Bydłowozy i Gombrowicz – podróż przez wschód Polski

Scena pierwsza. Podróż do małego świata

Sobota rano. Dowolna. Opisywany scenariusz powtarza się cyklicznie. Na zrujnowany plac dawnego Dworca Południowego PKS w Lublinie podjeżdża biały volkswagen. Wygląda równie dostojnie, jak hala dworcowa, w której zamiast poczekalni rozgościł się ciuchland i mała piekarenka. Bus ma zawieźć pasażerów na Roztocze. Już dawno nazwałem go „bydłowozem”, bo tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy, gdy zajmuję miejsce na rozregulowanym fotelu, a potem podskakuję na każdym wyboju. Dość powiedzieć, że w zasadzie nie cierpię na chorobę lokomocyjną, ale podróż tym środkiem transportu potrafi przyprawić mnie o jej objawy. Dodajmy do tego szczyptę tłoku, szczególnie w okolicach większych świąt – i już mamy obraz nędzy i rozpaczy. Mamy pocztówkę z kraju, który cofnął się do połowy ubiegłego wieku. Przejazdy powinny być reklamowane sloganem: „Tylko my zabierzemy cię w podróż w czasie”.

Sama jazda bardziej przypomina doświadczenia z krajów byłego Związku Radzieckiego niż zachodnie standardy. To zresztą nie tylko wina taboru. O ile droga wojewódzka nr 835 jeszcze spełnia jakieś kryteria jakościowe (i jest właśnie modernizowana), to trudno o takich mówić, gdy w miejscowości Tarnawa Mała skręci się w lewo. Miejscowi się śmieją, że gdzieniegdzie wójt zwinął asfalt na zimę i zapomniał rozłożyć z powrotem.

Alternatywa? Kiepski wybór. Sporo busów jedzie do Biłgoraja. Można ewentualnie dojechać do Tarnawy i prosić rodzinę o podwózkę do docelowej miejscowości – oddalonej o 17 kilometrów. Jest jeszcze popołudniowy bus, zapewniający większy komfort podróży. PKS? Kiedyś jeździło kilka. Dziś to już tylko przeszłość.

Scena druga. Podróż do wielkiego świata

Człowiek, który nie jechał pociągiem „Gombrowicz” relacji Przemyśl – Szczecin Główny przez Lublin, Warszawę Centralną, Kutno, Poznań, nie poznał prawdziwego oblicza transportu kolejowego w Polsce. Sam jeżdżę od kilku lat fragmentem tej trasy z Lublina do Poznania i z powrotem. Powtarzalność, z jaką dopadają mnie w tym pociągu wszelkie patologie polskiego transportu publicznego, jest wręcz tragiczna. Zanim wsiądę, wiem, czego mogę się spodziewać.

Przykład pierwszy z brzegu. Koniec września tego roku. Jak zwykle pociąg wtacza się do Poznania od strony stacji Garbary, by następnie zmienić kierunek jazdy. Na peronie mrowie ludzi. Setki pasażerów, którzy nerwowo wypatrują swoich wagonów. Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Spora część ludzi wysiada w stolicy Wielkopolski, znacznie więcej jedzie do Warszawy. Kupienie biletu z miejscówką w dniu podróży jest mało prawdopodobne. Żeby siedzieć, trzeba go nabyć co najmniej kilka dni wcześniej. Co dostajemy w standardzie oprócz pełnego przedziału? Ostatnio była to niezamykająca się toaleta, kurz unoszący się przy byle dotknięciu firanki i warstwy brudu. Mówiąc bez ogródek: smród i ubóstwo.

Zaledwie kilka dni przed opisywaną podróżą jechałem pojazdem tego samego przewoźnika z Gdyni do Poznania. Klimatyzowany wagon z roletą zamiast śmierdzącej firanki, ekran prezentujący prędkość i temperaturę, sześć miejsc, choć to druga klasa. I ta cisza, bo wagon jest wyciszony do tego stopnia, że ledwo słychać charakterystyczny stukot kół o szyny. Inny świat. Cywilizacja. Czy to jeszcze Polska, zastanawiałem się moszcząc się na siedzeniu?

– Z koleją mam do czynienia każdego dnia. Mogę tylko potwierdzić. Co więcej, właśnie wracam pociągiem z Lublina… normą jest, że wschodnią ścianę obsługuje tabor trzeciej albo i gorszej kategorii… – tak opis podróży „Gombrowiczem” skomentował mój znajomy kolejarz. Bez dodatków potrawa bywa niesmaczna, dlatego na koniec dorzucę jeszcze słowo o czasie przejazdu. Rekord spóźnienia, którego doświadczyłem? 180 minut. Aby nie być gołosłownym, dodam, że ten sam pociąg „Gombrowicz” miał wczoraj w Poznaniu 120 minut opóźnienia. Zgodnie z rozkładem udało mi się dojechać w ostatnich sześciu latach może trzy razy. Oczywiście nie jeżdżę codziennie, ale kilka razy w roku. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje jednak, że nie są to odosobnione przypadki.

Gdy czasami opisuję na Facebooku swoje „przygody” z podróży, spotykam się z niedowierzającą reakcją znajomych z innych części Polski. „Ale przecież jest pendolino, darty, flirty”. Niestety, nie udało mi się załapać na te cuda techniki na trasach, które pokonuję.

Te, zaledwie dwie, choć niestety powtarzalne sceny, ogniskują w sobie obraz transportu publicznego na wschodzie Polski. Tutaj, jeżeli nie masz samochodu, jesteś skazany na przemieszczanie się w warunkach, które są nie tylko dalekie od komfortu, ale i od godności. Tak, nie żartuję. Mówię to z pełną stanowczością. Uważam, że jestem zmuszony podróżować w warunkach, które uwłaczają ludzkiej godności. W XXI wieku. W Polsce z autostradami, ze szklanymi domami górującymi nad stolicą.

Misiewicze kontra Morawiecki

Każda zmiana władzy politycznej niesie ze sobą głębsze lub płytsze, lecz nieuchronne zmiany kadrowe w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa. Kolejne ekipy rządzące starają się, by obsada stanowisk w tych przedsiębiorstwach odpowiadała ich zapatrywaniom co do profilu pożądanego menedżera i specjalisty. Część komentatorów dopatruje się w tym zwykłej chęci „obdarowania swoich”, inni wskazują na konieczność budowania lojalnego zaplecza dla zapewnienia sprawności wykonawczej. Faktem jest jednak, że przypadki, w których nominowani na nowe posady nie przeszli testu przydatności na podobnych stanowiskach w sektorze prywatnym, budzą powszechną niechęć, podzielaną również przez znaczną część zwolenników rządzącego od roku układu politycznego.

Zjawisko nie jest nowe. Obejmowanie stanowisk w państwowych firmach przez osoby o kompetencjach ograniczających się do obszaru polityki jest tradycją podtrzymywaną przez kolejne rządy. Pamiętne zdanie, że „Staszek chce się sprawdzić w biznesie”, było komentarzem do nominowania polityka z ministerialnym stażem na stanowisko prezesa dużego państwowego przedsiębiorstwa. Jednak stopień upolitycznienia firm nigdy nie był totalny. „Polityczni” menedżerowie swoje braki kompetencyjne uzupełniali kadrami menedżerów i specjalistów z doświadczeniem z sektora prywatnego. Często dochodził do tego proces nauki przez praktykę. To wszystko razem sprawiało, że nie można uznać ostatniego ćwierćwiecza funkcjonowania tego typu spółek za jednoznacznie stracone. Co więcej, da się wskazać wiele przykładów spółek kontrolowanych bezpośrednio lub pośrednio przez Skarb Państwa, które w III RP wykorzystały swoje szanse i przewagi, rosnąc i modernizując się – i nie pasowały do karykaturalnego wizerunku przedsiębiorstwa państwowego jako archaicznego skansenu.

Pomimo niealarmujących doświadczeń historycznych, dzisiejszy brak troski rządzących o jakość kadr w spółkach Skarbu Państwa powinien być powodem do zmartwienia. W perspektywie kilku lat symboliczne niezręczności rządzących, takie jak awansowanie kadr przysłowiowej „Apteki w Łomiankach” na wysokie funkcje w gospodarce, mogą stać się idiomem zastępującym dyskusję o aktywności państwa w gospodarce. W połączeniu z nieuchronnymi niepowodzeniami niektórych aspektów „planu Morawieckiego” powstać może zbitka pojęciowa ośmieszająca nie-neoliberalne podejście do polityki gospodarczej. PiS, zapewne wbrew swoim intencjom, może uczynić prowadzenie wieloaspektowej polityki gospodarczej w przyszłości znacznie trudniejszym.

Taki obrót spraw byłby wielką szkodą, gdyż rządowa „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), pomimo niedoskonałości, dostrzega wagę potencjalnych korzyści z odgrywania przez państwo aktywnej roli w stymulowaniu procesów rozwojowych. Strategia wskazuje na istotny problem braku koordynacji aktorów sceny gospodarczej, diagnozuje istotne źródła potencjalnego wzrostu gospodarczego oraz oferuje szeroki wachlarz instrumentów stymulujących rozwój. Istotnym kamieniem milowym w polskiej debacie o polityce gospodarczej jest wyraźne sformułowanie chęci stymulowania prac sektorowych oraz horyzontalnych – produktowych. Innymi słowy, rząd w SOR uznaje, że bogacenie się krajów zależy nie tylko od polityki makroekonomicznej, lecz również od wsparcia na poziomie „meta”, czyli rozwijania konkretnych, coraz bardziej wiedzochłonnych sektorów, ale także na poziomie wręcz „mikro”, czyli konkurencyjności czołowych produktów eksportowych o globalnym zasięgu rynkowym.

To ujęcie rzeczywistości wsparte jest w SOR również postawieniem sobie przez rząd, poza celami makroekonomicznymi, konkretnych celów w zakresie sukcesu polskich branż i produktów. Mają być one osiągnięte za pomocą programów strategicznych oraz projektów flagowych. To cele często zbyt precyzyjne przy obecnej dynamice i stopniu skomplikowania niektórych rynków. Ta bardzo wysoko zawieszona poprzeczka może natomiast zmusić Ministerstwo Rozwoju do tworzenia bodźców organizujących usprawnienie koordynacji między polskimi instytucjami, sektorem finansów, spółkami Skarbu Państwa i sektorem prywatnych przedsiębiorstw.

Przy tych zaletach Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju nie trafia w sedno w swoim rozumieniu niezbędnych źródeł sukcesu gospodarczego Polski. Zbyt dużą wagę przypisuje oszczędnościom jako źródłu inwestycji oraz zadaniu mobilizowania zasobów kapitałowych jako kluczowym barierom, których przełamanie przyniesie wzrost. W istocie takie postawienie sprawy może prowadzić m.in. do chęci wzmocnienia sektora finansowego oszczędnościami Polaków, ale już niekoniecznie do wzmocnienia międzynarodowej pozycji konkurencyjnej Polski. Dzisiejszą barierą rozwoju gospodarczego nie jest bowiem brak oszczędności prywatnych i przedsiębiorstw, które mogłyby finansować inwestycje rozwojowe. Jest nią brak możliwości inwestycyjnych. Akumulacja kapitału jest istotnym czynnikiem rozwojowym, ale w tym momencie nie najistotniejszym.

Dla rozwoju Polski najbardziej decydującym, sprawczym czynnikiem jest i będzie w najbliższym czasie know-how (umiejętności, wiedza, wzorce), gdyż jego deficyt jest „trwalszy” niż brak kapitału do zainwestowania. Fundamentalna bariera to bowiem brak zdolności do organizowania przedsięwzięć o wyższej wartości dodanej – a brak ów wynika z niedostatków organizacji i zarządzania w polskich firmach. To w dużej mierze kwestie warunkowane kulturowo, zaś ich zmiana (czyli rozpowszechnienie dobrych wzorców, w tym postaw sumienności, uczciwości, aktywności) jest niełatwa. Obecny, patriarchalny i nieoparty na wiedzy model organizacji i zarządzania podmiotów polskiej gospodarki, jest największą przeszkodą w organizowaniu tych trudniejszych projektów. Projekty wprowadzające zmianę jakościową mają bowiem skalę, dynamikę i wymagania rynku, do których polskie życie gospodarcze nie przywykło.

Rola szybszego przyswajania wiedzy podczas procesów, które musimy przejść, aby osiągnąć wyznaczone cele, jest znacznie większa niż dotychczasowe wyzwania, zatem nie powinno dziwić, że, wbrew optymistycznym zapowiedziom rządu, instytucje międzynarodowe prognozują powolny spadek tempa wzrostu gospodarczego Polski. Nowemu wyzwaniu nie można podołać bez troski o wzrost umiejętności – zarówno indywidualnych, jak i przede wszystkim odnoszących się do pracy zbiorowej, organizacji i zarządzania. Polska musi się stać, mówiąc najbardziej generalnie, bardziej „wielkopolska”, opierając swoje nadzieje na przyszłość na sportowej rywalizacji z zachodnim rywalem. Rywalizacji na podstawie umiejętności indywidualnych i współdziałania, wytrwałości i rzetelności.

Waga zarządzania i organizacji tym bardziej jeszcze wzrasta, o im większej skali trudności przedsięwzięć mówimy. W przypadku niepodejmowanych do tej pory inicjatyw, trudniejszych, lecz generujących potencjalnie wyższą wartość dodaną, potrzebne umiejętności (od rzadkich kompetencji sektorowych, przez zaawansowane finansowanie projektowe, po nadzór i koordynację) są bardzo rzadkie i warto wręcz postawić otwarcie kwestię uzupełniania braków zachodnimi specjalistami. Tym bardziej martwi w niektórych przypadkach polityka kadrowa rządowego zaplecza, gdzie i tak rzadkie, trudno dostępne krajowe kompetencje, nie są komasowane przez kluczowe podmioty wyzwania SOR, jakimi są spółki Skarbu Państwa. Ich pozycja rynkowa, zgromadzone zasoby finansowe, możliwości oddziaływania są bardzo duże i mogłyby odegrać potencjalnie pozytywną rolę w realizowaniu planu Morawieckiego i w bieżącej pracy.

O kompromitację tych wysiłków jest dużo łatwiej, gdyż wyzwania są jakościowo trudniejsze. Te wyzwania wiążą się nie tylko z programami rozwojowymi SOR (choć te są dobrym przykładem), ale również z przyspieszającym tempem rozwoju gospodarek i nowymi modelami biznesowymi. Brak należytych starań o wzrost kompetencji kadry w tej sytuacji, wymagającej uwagi i wyobraźni, skończyć się może spektakularnymi wydarzeniami, w tym np. upadłością spółki Skarbu Państwa, brakiem przejścia do fazy wdrożenia projektu flagowego lub poważną porażką rynkową któregoś przedsięwzięcia.

Nie znaczy to, że niepowodzenie SOR zależeć będzie wyłącznie od polityki kadrowej. Już na starcie poprzeczka postawiona została przez Ministerstwo Rozwoju dość wysoko. Możliwe „wpadki” w zarządzaniu będą więc w pewnej mierze spowodowane wysokim poziomem trudności, lecz zła polityka kadrowa nada temu dodatkowy wymiar – niszczący zaufanie do możliwości pozytywnego wpływania przez państwo na procesy gospodarcze. Bez wątpienia część opiniotwórców o nastawieniu sceptycznym wobec obecności państwa w gospodarce wykorzysta tę okazję do wieszczenia klęski „projektu państwowego”. Największym przeciwnikiem Morawieckiego mogą się okazać jego właśni „sprzymierzeńcy”.

Można jednak projekty, instytucje i inicjatywy wychodzące z Ministerstwa Rozwoju potraktować jako istotne i przede wszystkim potrzebne ćwiczenie z zakresu koordynacji polityki gospodarczej. Ćwiczenie angażujące przez kilka lat zasoby i instytucje. Warto podejść do niego poważnie i zmobilizować wszystkie siły w celu dobrego wykonania projektowanych przedsięwzięć. Jednak SOR nie jest celem samym w sobie, a może stać się ważnym krokiem na drodze do zbudowania inteligentnego systemu wsparcia rozwoju i konkurencyjności kraju. Potencjalne nauki płynące z realizacji planu Morawieckiego – tak sukcesów, jak i porażek – są nie do przecenienia i warto nie marnować tej okazji do nauki poprzez zanegowanie całego dorobku obecnego rządu w obszarze gospodarki.

Koncepcja bardziej zaawansowanej aktywności państwa we wsparciu rozwoju gospodarczego jest bowiem kierunkiem nieuchronnym, jeżeli chcemy nadrobić dystans do krajów zaawansowanych, które takich instrumentów używały bądź używają. Fakt, że brakuje nam społecznej dojrzałości do wytworzenia instytucji i organizacji mogących w łatwy sposób sprostać temu zadaniu, nie oznacza, że nie powinniśmy się starać.

Trump a sprawa polska

Nie od dziś wiadomo, że polski dyskurs publiczny jest wyjątkowo zideologizowany i/lub upartyjniony. Jeśli ktoś jest prawicowcem, najczęściej przyjmuje prawicowość z całym dobrodziejstwem inwentarza, z urzędu broniąc wszystkich, nawet najgłupszych, prawicowych pomysłów. Gdy ktoś jest lewicowcem, zwykle nie zastanawia się, czy na pewno wszystkie postępowe postulaty są uzasadnione i odpowiadają polskim warunkom – są według niego uzasadnione, bo tak już ustalono gdzieś na Zachodzie, a jeśli polskie społeczeństwo krzywo na nie patrzy, to tym gorzej dla społeczeństwa. Nieszablonowe koncepcje są z gruntu uznawane za podejrzane, a komentatorzy i myśliciele wymykający się tradycyjnym podziałom –  uważani za odszczepieńców i outsiderów. Jeśli nie jest się hard pisowcem lub bezkrytycznym platformersem, można zapomnieć o błyskotliwej karierze w jednej z tych partii – i mieć co najwyżej nadzieję na zostanie szeregowym posłem z szóstego miejsca na liście.

Przez długi czas podziały te nie przenosiły się bezpośrednio na debatę na temat stosunków międzynarodowych. Istniał nad Wisłą konsensus co do ogólnych kierunków polityki zagranicznej, takich jak integracja ze strukturami UE i NATO, a przy poszukiwaniu potencjalnych sojuszników za granicą mało komu przychodziło do głowy, żeby szczegółowo analizować ich poglądy na aborcję. Niestety, druga dekada XXI wieku przyniosła w tej materii wyraźną zmianę na gorsze. Ideologiczne podziały zaczęły być wprost przenoszone na dyskusje o polityce zagranicznej Polski, a ideologiczne argumenty – odgrywać w tej debacie pierwszorzędną rolę. Prym pod tym względem wiedzie prawa strona, która przez lata chciała uchodzić za pragmatyczną zwolenniczkę realpolitik, w odróżnieniu od lewicowych idealistów. Tymczasem od pewnego momentu zaczęła gremialnie kibicować niebezpiecznym dla polskiego interesu prorosyjskim politykom z zagranicy, takim jak Le Pen we Francji, Hofer w Austrii czy ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec, tylko dlatego, że przyjmują bliską jej konserwatywną optykę. Zaczęła też fetować zdarzenia i procesy groźne dla Polski, takie jak Brexit czy dezintegracja UE, tylko dlatego, że przy okazji utarto nosa nielubianemu przez nią europejskiemu i krajowemu establishmentowi. Kulminację tego absurdalnego procesu przyniosło zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA.

Chłodna analiza postulatów, z którymi Trump szedł do władzy, odeszła w cień – ważniejsze, że przegrała kandydatka, która popiera aborcję do 9. miesiąca ciąży. Fakt, że nowym POTUS (President Of The United States) został kandydat jawnie prorosyjski oraz podważający bezwarunkowość Paktu Północnoatlantyckiego, będącego fundamentem polskiej architektury bezpieczeństwa, przestał mieć większe znaczenie – istotniejsze, że „liberalne elity” dostały po głowie. Tak, jakby szczęście lub nieszczęście CNN albo „New York Timesa” miało dla Polski większą wagę niż zgodnie działające NATO.

Tymczasem z punktu widzenia interesu naszej wspólnoty politycznej Donald Trump był najgorszym z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Największym obecnym zagrożeniem polskiego bezpieczeństwa jest agresywna polityka Moskwy. Do czego zdolna jest Rosja Putina, mogliśmy się przekonać po aneksji Krymu, zupełnej destabilizacji jednego z bardziej rozwiniętych terytoriów Ukrainy, jakim był Donbas, a przede wszystkim po rzezi ludności cywilnej w syryjskim Aleppo, przeprowadzonej byle tylko utrzymać przy władzy wygodnego Baszara al-Asada.

Najważniejszym strategicznym celem Polski jest obecnie dokończenie włączania terytorium naszego kraju w infrastrukturę zachodniej sieci bezpieczeństwa. Czyli skończenie z sytuacją, gdy nasz kraj jest w NATO członkiem drugiej kategorii. To oczywiście zupełnie nie na rękę Rosji. Podejmowanie działań w tym kierunku spowoduje bez wątpienia napięcia na linii NATO-Rosja. Trudno oczekiwać, że taką linię przyjmie POTUS, który nie tylko wypowiada się o Putinie ciepło, ale nawet wykorzystał rosyjskie ataki hakerów w kampanii wyborczej w USA –  zdarzenie zupełnie bez precedensu. Trudno oczekiwać, że wbrew interesom Putina zacznie działać polityk, który co rusz zapewnia, że się z nim „dogada”, chwali się otrzymanym od niego „pięknym listem” oraz zdradza niezdrową fascynację rosyjskim przywódcą i powtarza, że tamten jest „prawdziwym, silnym liderem”. Który w pierwszych etapach kampanii otoczył się takimi ludźmi, jak związany z Gazpromem Carter Page oraz były doradca Janukowycza Paul Manafort.

Oczywiście możemy być pewni, że Trump potrafiłby się rzeczywiście dogadać z Putinem. Jednak będzie to czysto biznesowa transakcja – „coś za coś”. Trump nie jest szalony, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. To cyniczny biznesmen, który może bez mrugnięcia okiem przehandlować marzenia Europy Środkowo-Wschodniej o większej obecności NATO na wschodniej flance, za ustępstwa Rosji w regionach bardziej interesujących USA – np. na Bliskim albo Dalekim Wschodzie.

Polscy zwolennicy Trumpa podkreślają, że administracja Demokratów, której Clinton byłaby kontynuatorką, jest winna „resetu z Rosją” oraz anulowania planów zainstalowania tarczy antyrakietowej m.in. w Polsce. Zapominają jednak, że „reset z Rosją” miał miejsce jeszcze przed inwazją na Ukrainę. Od tamtej pory kurs USA wobec Rosji wyraźnie się zaostrzył, czego przykładem jest chociażby ostatni szczyt NATO i decyzja o rozmieszczeniu w naszym regionie 4 rotacyjnych brygad. Oraz amerykańskie sankcje na Rosję, które Moskwie bardziej odbijają się bokiem, niż sankcje UE. Oczywiście chcielibyśmy zapewne nieco więcej niż rotacyjne brygady, ale możemy być raczej pewni, że od Trumpa nie uzyskalibyśmy nawet tego.

Kolejnym niebezpiecznym wątkiem w narracji Trumpa jest podważanie bezwarunkowej solidarności w ramach NATO. Mowa była nie tylko o możliwym braku pomocy dla sojuszników, którzy nie wypełniają swoich zobowiązań (chodzi głównie o wydatki na armię na poziomie 2 proc. PKB), ale nawet o konieczności „płacenia więcej” za amerykańskie zaangażowanie. Takie biznesowe podejście to zabójstwo każdego sojuszu. Możemy sobie wyobrazić sytuację, w której zaatakowany członek NATO najpierw musi wynegocjować odpowiednią cenę za pomoc USA, zanim otrzyma wsparcie z tej strony. Bezwarunkowość zaangażowania całego sojuszu w konflikt z jednym z członków jest najważniejszym argumentem przeciw inwazji na najsłabszych uczestników. W sytuacji, gdy ta bezwarunkowość jest podważana przez najsilniejszego z sojuszników, straszak przestaje działać.

Oczywiście można bagatelizować powyższe uwagi, twierdząc, że to tylko słowa wypowiadane w kampanii, by zdobyć głosy wyborców. Tyle że pierwsze doniesienia pokazują, iż prorosyjskość Trumpa nie jest wydumana, a jego tezy dotyczące NATO znajdują zrozumienie w najbliższym otoczeniu, które będzie tworzyć jego gabinet. Prawdopodobnym Sekretarzem Obrony lub Doradcą ds. Bezpieczeństwa Narodowego (istotna funkcja, którą w gabinecie Cartera pełnił Brzeziński) jest emerytowany generał Michael Flynn. Jego związki z Rosją są więcej niż dwuznaczne. Jest regularnym analitykiem… stacji telewizyjnej Russia Today, czyli anglojęzycznej tuby propagandowej Kremla. Już po inwazji na Ukrainę pojawił się m.in. na uroczystym obiedzie z okazji 10-lecia RT, gdzie siedział przy jednym stole z samym Putinem. Michael Crowley z „Politico” stwierdził wręcz, że Flynn „darzy Rosję uczuciem”. Sekretarzem Stanu będzie prawdopodobnie Newt Gingrich, który w jednym z wywiadów powtórzył tezy Trumpa podważające bezwarunkową solidarność w ramach NATO, a Estonię nazwał… przedmieściami Petersburga, o które Rosja nie zaryzykuje wojny nuklearnej. Sprowadzanie suwerennego państwa do przedmieść byłej rosyjskiej stolicy, która leży 160 km od granic Estonii, doskonale obrazuje sposób myślenia otoczenia Trumpa o wschodniej flance NATO.

Niektórzy amerykaniści zwracają uwagę, że w polityce zagranicznej Trump zainspirowany jest Richardem Nixonem. Dla państw naszego regionu musi to być dzwonek alarmowy. Nixon stawiał na powrót do koncepcji „koncertu mocarstw”, w której na temat porządku światowego ponad głowami maluczkich będzie negocjować pięć głównych sił globalnych – USA, ZSRR, Chiny, Europa i Japonia. W ramach tej polityki Nixon doprowadził zarówno do odwilży z Chinami, jak i z ZSRR. Oczywiście jesteśmy członkiem UE, a więc jednego z tych mocarstw w koncepcji Nixona, jednak w sytuacji postępującej dezintegracji Unii, której zresztą ochoczo przyklaskują polscy zwolennicy Trumpa, łatwo sobie można wyobrazić, że Europę w tym zestawieniu zastąpi najbliższy europejski sojusznik USA i najsilniejszy gracz na kontynencie, czyli Niemcy. Perspektywa ustalania swoich interesów przez USA, Niemcy i Rosję ponad głowami mniejszych państw naszego regionu musi jeżyć włos na głowie, nie zaś być powodem do fety.

Polscy zwolennicy Trumpa robią sobie nadzieje, że nowy POTUS, zgodnie ze obietnicą, doprowadzi do zniesienia wiz dla Polaków. Wydają się one jednak płonne. Zdecydowanie najważniejszym argumentem dla wyborców Trumpa za tym, by udać się do urn, był sprzeciw wobec imigracji (było to ważne aż dla 64 proc. jego zwolenników). Trudno przypuszczać, że Trump podejmie działania, które będą nie do przyjęcia dla 2/3 głosujących.

Niepoważne wydają się także nadzieje na zmianę gospodarczego paradygmatu rządzącego światem oraz poskromienie globalnych elit biznesowych. Twierdzenie, że Trump był kandydatem antyestablishmentowym, jest zupełnie niepoważne. To właśnie on wygrał w czterech najwyższych grupach dochodowych, nawet wśród osób zarabiających ćwierć miliona dolarów rocznie lub więcej. Tymczasem w najniższych grupach dochodowych dostał od Clinton lanie. Najlepszym dowodem na to, że elity biznesowe nie muszą się Trumpa obawiać, była reakcja giełdy nowojorskiej po wyborach, której indeksy zanotowały grubo ponad jednoprocentowe wzrosty – Dow Jones wzrósł nawet o 1,5 proc. Inaczej mówiąc, po wyborze Trumpa na Wall Street zapanował entuzjazm. Nic dziwnego, skoro zapowiedział on m.in. obniżkę podatku korporacyjnego z 35 proc. na 15 proc., co ma według niego skłonić firmy w USA do zatrudniania ludzi, choć firmy te już teraz mają zakumulowane rekordowe ilości kapitału, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zwiększały zatrudnienie. Nie robią tego chociażby dlatego, że łatwiejszy zarobek mogą uzyskiwać dzięki inwestycjom na zderegulowanych rynkach finansowych w USA. Tymczasem trudno mieć nadzieję, że były spekulant na rynku nieruchomości zamachnie się akurat na tę świętość.

Jedyne czego możemy oczekiwać, to zwiększenia barier handlowych, czego efektem może być np. odejście od koncepcji TTIP. Jednak umowy handlowe to nie całość otoczenia gospodarczego. Jeśli USA rzeczywiście znacznie obniżą podatki korporacyjne, to tylko przyspieszą „wyścig do dna” państw na całym świecie, które już teraz ścigają się w przyciąganiu kapitału preferencyjnymi stawkami podatkowymi. Pogłębi to tylko negatywne tendencje w globalnej gospodarce. Gdyby USA stały się czymś na kształt gigantycznego raju podatkowego, co w czasach rządów Trumpa jest całkiem możliwe, to o skutecznej walce z optymalizacją podatkową moglibyśmy zapomnieć na lata.

Bez wątpienia niektóre diagnozy Trumpa były celne. Globalny zliberalizowany handel oraz przepływ kapitału doprowadziły do stagnacji płac i pogorszenia się sytuacji mas pracujących Amerykanów. Jednak recepty, które stawia Trump, są najgorszymi z możliwych. Rozwiązaniem problemów zliberalizowanej światowej gospodarki nie jest zahamowanie integracji politycznej krajów Zachodu w połączeniu z jeszcze większymi preferencjami podatkowymi dla amerykańskich korporacji. A wprowadzanie antyimigranckich rozwiązań tylko jeszcze zwiększy napięcia wewnątrz społeczeństw.

W zwycięstwie Trumpa najgorsza jest jednak feta, jaka ma miejsce w Polsce. Tania satysfakcja z rzekomego „dokopania establishmentowi” (a w rzeczywistości tylko części liberalnego establishmentu polityczno-medialnego) przesłania interesy naszego kraju, które w wyniku wyboru Trumpa mogą ucierpieć. Silna wspólnota bez wątpienia przetrwałaby Trumpa, Brexit, Le Pen, Hofera i Alternatywę dla Niemiec razem wzięte. Jednak wspólnota, w której debata o polityce zagranicznej jest zdominowana nie przez argumenty dotyczące dobra państwa, lecz przez ideologiczne spory, bez wątpienia poniesie porażkę. I to nie w efekcie takiego a nie innego wyniku wyborów w USA, lecz z powodu samej siebie.

Świńska sprawa

Podstawowa dziedzina polskiej gospodarki rolnej, tj. hodowla trzody chlewnej i bydła, od około 20 lat podlega ekspansji kapitału zagranicznego o charakterze kolonialnym. Do tej pory nie padło publicznie tak radykalne określenie, jednak poszczególne aspekty tego zjawiska są coraz częściej ujawniane i poddawane krytyce, np. podczas obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi czy też w artykułach w prasie specjalistycznej. Ekspansja ta odpowiada podręcznikowej definicji i jest bliska klasycznym wzorcom opisującym rozmaite wersje gospodarki kolonialnej. W przypadku polskiego sektora hodowli występują dwa podstawowe elementy konieczne do zaistnienia gospodarki typu kolonialnego:

1. wielki obcy kapitał

2. polityka państwa nastawiona na:

a) promocję tegoż kapitału i uzyskanie przez niego monopolistycznej pozycji na rynku kosztem rodzimych producentów,

b) maksymalną redukcję rodzimej hodowli,

c) degradację środowiska społecznego, tj. zniszczenie rodzinnej gospodarki wiejskiej.

Oryginalnym rysem polskiego modelu gospodarki kolonialnej w dziedzinie hodowli jest jego połowiczność i niekonsekwencja. Polski ustawodawca nie zdobył się tu na całkowite podporządkowanie ustawodawstwa podatkowego interesom wielkiego zagranicznego kapitału. Obie strony poprzestały na stosowaniu oszukańczej praktyki (fałszywe faktury), a więc na systemowym łamaniu przepisów podatkowych, bądź co bądź formalnie obowiązujących. Zatem można powiedzieć, że funkcjonowanie wielkiego sektora polskiej gospodarki oparte jest na systemowym łamaniu polskiego prawa podatkowego.

Mechanizm tej quasikolonialnej ekspansji obcego kapitału jest następujący: pod koniec XX wieku na terenie Polski nastąpiła inwazja amerykańskiego koncernu Smithfield Foods. Rozpoczęła się od wykupu, po radykalnie zaniżonych cenach, świeżo zmodernizowanych zakładów mięsnych Animex. Następnym etapem była budowa olbrzymich ferm tuczu przemysłowego na terenach popegeerowskich, w zasadzie eksterytorialnych i często nawet nierejestrowanych przez administrację wojewódzką (co wykazała kontrola NIK z 2006 r.). Towarzyszyły temu duże konflikty na tle nieliczenia się koncernu z przepisami ochrony środowiska i zatruwania okolicznych mieszkańców.

Głównym narzędziem ekspansji obcego kapitału w obszarze hodowli i eliminacji przez niego polskiej rodzimej gospodarki hodowlanej nie są jednak gigantyczne fermy tuczu przemysłowego, lecz wprowadzony ok. 2003-2004 roku system tuczu nakładczego (zwanego też tuczem kontraktowym). Polega on na tym, że do zbankrutowanego polskiego rolnika-hodowcy zgłasza się zagraniczna firma, która oferuje kredyt na rozbudowę chlewni. Następnie podpisywana jest umowa przewidująca dostarczanie do owej chlewni zakupionych zagranicą (najczęściej w Danii) warchlaków. Zadaniem polskiego hodowcy jest tucz warchlaków paszą dostarczoną przez zagraniczną firmę. Warchlaki i pasza są własnością tej zagranicznej firmy. Mimo iż pasza jest jej własnością, co zresztą precyzuje umowa, hodowca dokonuje fikcyjnego zakupu na podstawie fałszywej faktury wystawionej przez tę firmę. Jest ona podstawą do ubiegania się o nienależny zwrot VAT.

Zatem polskie państwo w dużym stopniu finansuje obcemu kapitałowi koszty osobowe hodowli w formie dodatkowego dochodu dla najętego polskiego hodowcy. Oprócz tego poszczególni uczestnicy obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w grudniu 2015 r. wystąpili z twierdzeniem, że utuczone świnie, mimo iż są własnością zagranicznej firmy, w ubojniach są wystawiane jako własność polskiego hodowcy. Wynikałoby z tego, że ta operacja, wykorzystująca przepis zwalniający polskich rolników z PIT, służy omijaniu płatności podatku dochodowego przez wielki obcy kapitał.

Polski ustawodawca wyszedł naprzeciw interesom zagranicznych firm mięsno-hodowlanych. W 2004 r. w pośpiechu, tuż przed wstąpieniem do UE, przyjęto ustawę o podatku VAT, w której dla potrzeb zagranicznych firm zakwalifikowano usługi rolnicze, w tym tucz hodowlany, jako działalność rolniczą, wbrew postanowieniom istniejącej już ustawy o PIT. Ustawa o PIT zwolnienie rolników z podatku dochodowego ogranicza do działania wyłącznie na własny użytek, a więc wyklucza działania usługowe ze zwolnień od podatku dochodowego. Zatem od 2004 r. w interesie kapitału zagranicznego mamy potworka prawnego – współistnienie dwóch sprzecznych ze sobą ustaw, a nawet sprzecznych wykładni prawnych dotyczących zasad opodatkowania rolników.

Zatem, oprócz dopłat do produkcji na terenie własnego państwa, wielki kapitał otrzymuje unijne dopłaty rolnicze na terenie Polski, osobne premie preferujące wielkie gospodarstwa, premie eksportowe, i jeszcze nienależny zwrot VAT oraz prawdopodobnie zwolnienie z podatku dochodowego. Straty dla budżetu państwa z tytułu nienależnego zwrotu VAT w tuczu nakładczym trudno oszacować. Muszą być jednak olbrzymie.

W tej sytuacji polska hodowla nie ma żadnych szans konkurować z quasikolonialnym systemem, stworzonym przy współudziale polskiego państwa. Zwłaszcza że pojawiają się informacje o nękaniu i prześladowaniu skrajnie rygorystycznymi i zarazem absurdalnymi kontrolami (ok. 70 w ciągu roku!) wspólnotowych inicjatyw gospodarczych polskich rolników zrzeszających się w grupach producenckich.

Trzeba dodać, że nad całością przepływu stada i nad losem każdej pojedynczej sztuki sprawuje kontrolę Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Informacje o patologiach i przestępstwach podatkowych były za rządów Platformy Obywatelskiej dostarczane przez niektórych rolników miejscowym izbom skarbowym, a nawet wysyłane do Ministerstwa Finansów – bezskutecznie.

System tuczu nakładczego, będący podstawą systemu integracji pionowej (tj. sieć opiera się na własnej hodowli, własnych zakładach mięsnych i własnej dystrybucji) umożliwia obcemu kapitałowi dyktat cenowy i zmowę cenową (drastyczne zaniżanie cen) w punktach skupu, skutecznie eliminujące polską rozproszoną konkurencję. System ten jest prowadzony przez potężną grupę Animex (Animex, Morliny, Krakus, Yano i in.), przejętą w 2014 r. przez Chińczyków od Amerykanów. Grupa Sokołów to kapitał duński i fiński. Firma Poldanor – kapitał duński.

Innym czynnikiem, uderzającym wyjątkowo boleśnie w polską wieś, nie tylko w polską produkcję hodowlaną, lecz w ogół jej mieszkańców, jest zarzucenie przez poprzednie władze starań o sfinalizowanie prac nad ustawą normującą szkodliwe trujące wyziewy (tzw. ustawą odorową), spowodowane różnego rodzaju hodowlami (trzoda chlewna, hodowla drobiu, zwierząt futerkowych). Szczególnie dotkliwa i szkodliwa dla jakości życia na wsi jest przede wszystkim hodowla trzody chlewnej.

Z powodu braku rygorów określających i normujących jakość powietrza na wsi, Polska północna, a częściowo także środkowa, staje się ściekiem hodowlanym dla hodowli duńskiej, masowo przenoszonej na teren naszego kraju. Brak przepisów ochrony środowiska jest jeszcze jedną wydatną formą pomocy i wspierania zagranicznych firm, ponieważ zwalnia uczestników tuczu nakładczego z wydatków na te kwestie oraz z kłopotliwych działań o charakterze organizacyjnym.

Trzeba dodać, że umowa na prowadzenie tuczu nakładczego, zawarta między zagraniczną firmą a polskim hodowcą, obowiązkiem utylizacji ogromnych mas gnojowicy i ochrony środowiska obciąża wyłącznie polskiego hodowcę, który nie ma możliwości sprostania tym obowiązkom. Natomiast służby ochrony środowiska, niewyposażone przez ustawodawcę (celowo?) w skuteczne narzędzia prawne, chociażby w ograniczonym zakresie nie starają się dyscyplinować hodowców prowadzących tucz nakładczy i nie angażują się w ochronę środowiska.

System tuczu nakładczego może stać się ogromnym zagrożeniem dla polskiej własności ziemi z powodu uzależnienia od kredytów na budowę chlewni, zaciągniętych od zagranicznych firm mięsno-hodowlanych.

Zaniedbując rozliczenie i zdemaskowanie działań liberalnych władz, łamiących na olbrzymią skalę prawo finansowe w interesie obcego kapitału (i swoim własnym) w dążeniu do skolonizowania polskiej wsi przy udziale i pomocy tegoż kapitału, PiS rezygnuje ze swojego podstawowego atutu propagandowego. Warto by też postawić pytania: do jakiego modelu gospodarki rolnej dąży w rzeczywistości PiS, skoro tak bardzo nie spieszy mu się do położenia kresu neokolonialnemu procederowi w sektorze hodowli? I jak się ma ta inercja PiS do deklarowanej wierności konstytucyjnemu zapisowi o prymacie gospodarki rodzinnej w polskim rolnictwie?

Pańska Polska (w ciągłej budowie)

Droga Chaławy-Piotrowo, okolice wielkopolskiej Brodnicy, gdzie za neogotyckim kościołem mieści się pusty grób Józefa Wybickiego, wrzesień 2016 r. Droga – to brzmi dumnie. I już mocno na wyrost. Asfalt jest zryty i solidnie podniszczony na długich odcinkach. Tak wygląda mnóstwo lokalnych wąskich dróg w tej okolicy. Korzystają z nich nie tylko mieszkańcy coraz bardziej wyludnionych miejscowości, ale w znacznej mierze intensywnie użytkuje je także lokalny latyfundysta, właściciel sporej części dawnego PGR Manieczki. A zatem po tym dogorywającym asfalcie, położonym pewnie jeszcze w latach 60. XX wieku, przemieszczają się potężne ciągniki, siewniki, pługi zagonowe jednobelkowe, przyczepy ciężarowe, agregaty uprawowo-siewne, agregaty ścierniskowe podorywkowe, transportery do zbioru kapusty, brony talerzowe, rozrzutniki obornika, szuflo-krokodyle, zęby robocze, wały posiewne uprawowe, ładowacze czołowe i wiele, wiele innego sprzętu, o którym nie musimy nic wiedzieć, gdy w większym lub mniejszym mieście na straganie albo między sklepowymi półkami przebieramy między pieczywem, nabiałem, owocami, wędlinami, warzywami i dietami oferującymi lepsze życie, dobry metabolizm i prawidłowe wypróżnienie. Albo po prostu gwarantując sobie dalsze trwanie w ramach codziennej egzystencji.

Jest początek września, nigdzie się nie spieszę, obserwuję znój i odpoczynek wsi w czas babiego lata. W gieesie, który dawno przestał być gieesem, bo został sprywatyzowany i daje solidny dochód żyjącym z kilku takich sklepów właścicielom, ściskamy sobie ręce z lokalnym bywalcem, który patrzy na świat przez wielkie okulary z grubymi szkłami korekcyjnymi i chucha pogodnym piwnym śniadaniowym chuchem. Nigdzie się nie spieszy, zna wszystkie lokalne sprawki, żyje w symbiozie ze sprzedawczyniami i sklepowym zeszytem, a uśmiech ma tak życzliwy, że nawet czarne pieńki zębów w rozdziawionych ustach przekonują, iż żyjemy na najlepszym ze światów. I ma to potwierdzenie nawet w tym sklepiku. Niegdyś wszystkie towary oddzielały tam od klienta godne PRL-owskie lady: ta zwykła i ta chłodnicza. A za chlebem, gorącym, niekrojonym, sycącym i smacznym stać trzeba było w długiej kolejce – aż przywiozą, aż wydadzą, kto ile zamówił. Dziś w sklepie jest samoobsługa, chipsy o wielu nie-smakach i kapitalizm.

Wrzesień, polski wrzesień. Nie spadają bomby, nie nurkują Sztukasy – lichwiarze oferują pieniądze na publiczną, ponoć darmową szkołę. W całej okolicy jest dużo reklam chwilówek, jakieś lokalne firmy, do tego chyba Provident, jakaś szmata reklamowa Bociana na ceglanym pruskim murze zabudowań dawnego dworca kolejowego. Ludzie kupują za lichwę przyszłość swoich dzieci: dzieci chcą mieć nie tylko książki, chcą mieć buty i gadżety, są przystosowane do życia w realnym liberalizmie i jego konsumpcji, wiedzą, że prestiż buduje się na posiadaniu, że być to mieć, a kto sądzi inaczej, temu się stawia brzydkie pomniki, zaklina się go rondami, by nie wygrażał z zaświatów, i sprawa załatwiona. Zatem lichwa zabiera rodzicom ich marny zarobek, ich czas na sen i odpoczynek, ich ludzkie życie. By nawiązać do Szekspira: co odkroić od kości? Skąd wziąć funt ciała? Skąd dokąd do krwi ciąć żywe mięso? Ile kilogramów człowieka? Ile procent duszy? Jest piękne babie lato, lichwiarze oznaczyli okolicę, ludzie szukają pieniędzy – a przecież wiele rodzin i tak dostaje kasę od swoich bliskich, którzy wyjechali za granicę. A jednak nie wystarcza, bo zarabia się mało, bo dzieci chcą więcej, bo stare auto żre, a autobusy i pociąg prawie nie jeżdżą.

Na tej drodze wszystko widać. Rowerzyści w kufajkach, z pracy i do pracy. Kobiety z siatkami na rdzewiejących damkach. Dużo sprowadzonego z Niemiec szrotu. A raz po raz, najrzadziej, duże drogie samochody na bocznych, poniszczonych do cna publicznych drogach polskiej rzeczywistości. Wszystko, wszystko na wsi dobrze widać. Jak w miniaturze widać, jak rośnie pańska Polska, jaką nicością jest prowincjonalne państwo, jaki dystans dzieli tych, co odrywają karteczki od chwilówkowych ulotek od tych, co mieszkają w pobudowanych niedawno w okolicy naprawdę wielkich domach; widać, jaki dystans dzieli tych, co choćby u diabła kupią złotówkę, by oddać dwa złote, od menedżerów i prezesów, co bawią się czasem w dworkach odrestaurowanych jako hotele.

A że rodzime archetypy są oparte na magnacko-szlacheckiej mitologii, to pańska Polska w ciągłej budowie, z jej rozwarstwieniem, przyzwoleniem na cywilizacyjną atrofię rejonów, w których żyją ludzie eksploatowani przez bogatszych, właściwie nie dziwi. Przepoczwarzenie polskości, jakie się wydarza wskutek zderzenia realnego kapitalizmu ostatnich dekad z narodową obyczajowością, dość chyba jednak naskórkowo zmienioną przez realny socjalizm, nie pozostawia złudzeń: budujemy kraj oparty na silnej hierarchizacji powstałej w wyniku rozwarstwienia. O ile 500+ stanowi pewnego rodzaju korektę, czy może nawet wentyl bezpieczeństwa dla systemu pańskiej Polski, to daleko stąd jeszcze do zmiany samoświadomości społeczeństwa i jego wizji porządku społeczno-gospodarczego. Publicystycznym skrótem: dopóki Polki i Polacy nie odkryją na nowo pożytków płynących z egalitaryzmu i etatyzmu, dopóki będą się samozatruwać ksenofobią, to nie wydarzy się żadna dobra zmiana jako głęboki proces społeczny i państwowy. Chore jest także to, że znaczna część elit współczesnej Polski uwielbia własny dobrobyt, ale nienawidzi państwa, choć nie śmierdzą im pieniądze podatnika. Ba, im bardziej chwalą liberalizm, tym łatwiej w sytuacji politycznej koniunktury znajdują ścieżki do państwowych wodopojów.

Wiem, to, co powyżej, to znów dość ogólna konstrukcja. Tylko że to wszystko ma przełożenie na życie milionów konkretnych ludzi, na tak banalne życiorysy, że prawie nigdy ich nie widać. Przypominam sobie jak dwa, trzy lata temu, w rodzinnej wsi razem z sąsiadką wsiedliśmy do jednego z niewielu autobusów, który stamtąd wyjeżdżał. Sąsiadka jest po sześćdziesiątce, musiała coś załatwić w miejskim urzędzie oddalonym o kilkanaście kilometrów. Było około ósmej rano. Na miejscu byliśmy może pół godziny później. Autobus powrotny był po piętnastej. Spacerowałem po miasteczku, wpadłem do znajomych, do księgarni, wypiłem kawę, spacerowałem nad rzeką, poszedłem do lokalnej biblioteki z dostępem do internetu. Gdy wróciłem na dworzec autobusowy, sąsiadka już tam siedziała. Ponad sześćdziesięcioletnia kobieta spędziła na tym dworcu około pięciu godzin, czekając na powrotną komunikację. Na szczęście latem, na szczęście w bezpiecznej okolicy, na szczęście o własnych siłach. Dodam jeszcze, choć to niewiarygodne: tych parę lat temu komunikacja publiczna była tam nieco mniej zwinięta niż obecnie…

Oto miara cywilizacji, miara realiów w państwie, w którym elity a to bronią wartości, a to demokracji – ale w swoim egoizmie warstwy uprzywilejowanej już dawno odwróciły się najmniej przyzwoitym otworem ciała do sporej części Polski. I co najwyżej potrafią się między sobą licytować, kto bardziej winien, kto zorganizował te urocze zawody w zwijaniu ładu instytucjonalnego i infrastruktury publicznej w ich różnych wymiarach. Ale przecież łatwo sprawdzić, choćby w Wikipedii, kto rządził pańską Polską w poszczególnych latach; łatwo sprawdzić, kto kiedy w jakiej był partii, na jakie hasła się powoływał i jakie to skutki miało w praktyce; łatwo też sprawdzić, jak opisywali rodzimą rzeczywistość i jakie podsuwali recepty wpływowi redaktorzy, publicyści, osoby opiniotwórcze, przeróżne autorytety, specjaliści od katolickich wartości i od europejskich standardów demokratycznych.

Konsekwentnie pokazuję tylko pewien wycinek rodzimej rzeczywistości. A przecież należałoby to uzupełnić o wielkomiejską tragedię ludzką, związaną choćby z reprywatyzacją. Wszystkie te namiętności, podłość, obojętność, strach, zaszczucie, stresy wpędzające w chorobę, samobójstwa eksmitowanych, splendor władzy i pieniądza dla tych, którym wolno było w majestacie prawa krzywdzić słabych. Tym wszystkim czuć pańską Polskę – od zadaszeń, przez salony, po jej suteryny. Wiele można by również opowiadać o większych i mniejszych miasteczkach, w których także każdy dobrze już zna swoje miejsce w szeregu i wie, ile ma rąk do uściśnięcia, a ile dup do wycałowania, żeby dostać/utrzymać pracę. Nie spodziewam się fali powrotów do Polski, choć prezydent Duda – jak rozumiem, była to raczej głęboko zakamuflowana smutna ironia – mówił coś w Anglii o szansach, jakie dają młodym start upy. I nie chodzi wcale o PiS. Po prostu mało kto wróci do państwa, które co do zasady czyni z uboższych nawóz pod dobrobyt dość nielicznych. Niezależnie od tego, kto będzie rządził pańską Polską, żadnych realnie znaczących powrotów nie będzie: dopóki nie zacznie się odbudowa cywilizacji na szeroką skalę, dopóty emigracja będzie dramatyczną koniecznością – także dla tych, którzy w krajach, gdzie uciekają od realnej polskości wcielonej w III Rzeczpospolitą, najbardziej nienawidzą innych migrantów ekonomicznych.

Egalitaryzm i etatyzm – albo dalsze zdziczenie, które nie przestanie śmierdzieć bezwzględnością nielicznych i krzywdą znacznie liczniejszych, nawet pokropione kropidłem, nawet polukrowane wielkomiejską paplaniną o liberalnej demokracji. Egalitaryzm i dobrze pojęty etatyzm – albo przeklęta pańska Polska, jej wieczne sobkostwo, sobie-pańskość, „wzbogacone gburostwo” i wsobność.

Pełzająca dominacja algorytmów

Algorytmy zaczynają decydować o naszych losach. Jeżeli ich stosowanie ma przynieść postęp społeczny, musimy zdobyć się na ich krytyczną ocenę.

Słowo „algorytm” było do niedawna dla większości z nas jedynie elementem żargonu informatyków. Należało mu poświęcać tyle uwagi, ile poświęca się pojęciom z zakresu geologii lub lingwistyki – czyli bardzo niewiele. Dzisiaj rzecz wygląda inaczej: niemiecka wersja Google News (usługa umożliwiająca przeszukiwanie mediów internetowych) po wpisaniu hasła „algorytm” oferuje prawie 150 tysięcy wyników w serwisach informacyjnych – tytuły artykułów to na przykład: „Algorytm rozpozna kłamliwe e-maile”, „Przejrzystość: algorytm Amazona wprowadza klientów w błąd”, „Wskazówki dotyczące pisania listu motywacyjnego: sposób na przechytrzenie algorytmu”. Tytuły te dobrze ilustrują rolę, jaką algorytmy zaczęły od niedawna odgrywać w naszym życiu.

Algorytmy nie odczuwają głodu

Upraszczając, algorytmy to zadania do wykonania przez programy komputerowe. Definiują one, jakie czynności w jakiej kolejności wykonać. Jako takie nie są więc niczym nowym – pierwszy algorytm służący do programowania poprzednika dzisiejszych komputerów powstał już w XIX wieku. Obecnie coraz bardziej przenosimy swoje życie do cyfrowego świata, zabierając tam mnóstwo cyfrowych danych (tzw. big data) podatnych na analizę. To daje algorytmom nowe pole działania. Z takiej analizy coraz częściej wyciągane są konsekwencje dla naszego cyfrowego, a także rzeczywistego życia. Problematyka algorytmów zaczyna dotyczyć bezpośrednio każdego z nas.

Obecnie z algorytmów korzysta się na przykład w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych ponad 70% CV w ogóle nie przechodzi przez ręce żywego rekrutera – są selekcjonowane przez algorytmy. Algorytmy decydują też o tym, co wyświetli nam się w internecie, obojętnie, czy chodzi o reklamę szytą na miarę użytkownika, czy o cenę produktu w sklepie Amazona, która jest różna – i można to udowodnić – dla różnych klientów. Zazwyczaj także decydują o tym, czy i na jakich warunkach otrzymamy pożyczkę albo jakie stawki ubezpieczeń zostaną nam zaoferowane. W Stanach Zjednoczonych algorytmów używa się również do przewidywania prawdopodobieństwa recydywy w odniesieniu do więźniów. To tylko kilka przykładów.

Podczas analizy big data korzysta się z algorytmów głównie ze względu na ilość danych, z którymi człowiek mógłby poradzić sobie jedynie z wielkim trudem lub których przetwarzanie leży całkiem poza jego możliwościami. Jednocześnie algorytmy mają służyć eliminacji tzw. czynnika ludzkiego – udowodniono na przykład, że sędziowie wydają surowsze wyroki, gdy są głodni, a rekruterzy nie wybierają kandydata do pracy wyłącznie na podstawie kompetencji aplikującego, lecz także na podstawie jego podobieństwa do nich samych. A ponieważ algorytmom głód raczej nie przesłoni prawidłowego wnioskowania, wierzymy w ich obiektywność i racjonalność.

Niektórzy obserwatorzy zaczęli jednak podważać to założenie. Często zapominamy bowiem, że algorytm został przez kogoś stworzony i że również ta osoba nie reprezentuje neutralnego lub obiektywnego punktu widzenia. Sposób, w jaki algorytm został zdefiniowany, musi więc nieuchronnie obejmować zniekształcenia poznawcze uwarunkowane subiektywnym odbiorem rzeczywistości przez tę osobę, a nawet powielać stereotypy. Typowym przykładem jest wpisanie w algorytm rzekomo obiektywnych kryteriów, takich jak osiągnięty poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania. Czy formalnie osiągnięty poziom wykształcenia rzeczywiście mówi cokolwiek o przydatności kandydata na dane stanowisko? Czy przez mechaniczną klasyfikację osób według powyższych kryteriów nie wykluczamy tych, które nie miały jednakowych warunków wyjściowych, jak cała reszta? Czy nie reprodukujemy ich wykluczenia społecznego?

Rasizm maszyn

Problem pojawia się także podczas selekcji danych, na którą może wpływać specyficzna wizja świata, co następnie rzutuje na wyniki analizy. Należy także liczyć się z faktem, że same dane zawierają zniekształcenia rzeczywistości lub wzory społeczne, których powielanie czy wzmacnianie nie leży w naszym interesie. Na przykład grupy wykluczone są w danych reprezentowane w mniejszym stopniu albo w sposób, który odpowiada ich dyskryminacji. Przykładem jest mniejszy udział kobiet na stanowiskach kierowniczych. Na takiej podstawie algorytmy nie powinny jednak ślepo formułować przewidywań i zaleceń co do przyszłości ani ukierunkowywać czyichś zachowań.

Konkretnych przykładów tego rodzaju kłopotów z algorytmami jest coraz więcej – do bardziej zabawnych należy próba zorganizowania konkursu piękności, którego celem było wyłonienie „obiektywnie” najpiękniejszego człowieka. Ludzie zostali zaproszeni do wysyłania swoich zdjęć, na podstawie których algorytm miał wybrać najpiękniejszą osobę. Zdjęcia przesłało jednak znacznie mniej osób o ciemnym kolorze skóry, przez co były o wiele słabiej reprezentowane wśród zwycięzców. Algorytm na podstawie niższej reprezentacji takich osób w danych wejściowych wywodził, że cechy charakterystyczne ich urody stanowią raczej negatywne odchylenie od powszechnie przyjętego wyobrażenia na temat piękna. Mniej zabawna jest natomiast sytuacja, kiedy kobietom w internecie wyświetla się mniej ogłoszeń o pracę na wyższych stanowiskach. Dzieje się tak, ponieważ algorytm z faktu, że są na takich stanowiskach mniej reprezentowane, wywodzi, iż kobietom nie przysługują stanowiska tego rodzaju. Dochodzi tym samym do reprodukowania istniejącego niesprawiedliwego porządku rzeczy. Do najbardziej drastycznych przykładów można zaliczyć wyniki krytycznej oceny algorytmu, którego celem było przewidywanie prawdopodobieństwa popełnienia recydywy przez więźniów w Stanach Zjednoczonych. Wynika z niej, że dla kryminalistów o ciemnym kolorze skóry istnieje dwukrotnie wyższe prawdopodobieństwo, iż ryzyko recydywy zostanie dla nich przewidziane błędnie, podczas gdy kryminalistom o białym kolorze skóry dwa razy częściej błędnie przypisuje się bezproblemowość.

Im powszechniej używa się algorytmów do analizy danych, tym częściej należy myśleć o możliwych pułapkach. Taką refleksję utrudnia jednak fakt, że nie zawsze możemy się w ogóle dowiedzieć, czy tego rodzaju analiza została w danym przypadku przeprowadzona. Odrzuceni kandydaci do pracy nigdy się nie dowiedzą, czy nie zostali wyselekcjonowani przez algorytm zawierający przesłanki o charakterze dyskryminacyjnym. Dokładna budowa algorytmów oraz dane, na których bazują, stanowią u większości programów i aplikacji ściśle strzeżoną tajemnicę handlową, a zatem bardzo trudno poddać je krytycznej ocenie. Jeśli jednak ma miejsce ich wykorzystywanie w usługach publicznych – jak choćby w przypadku wspomnianego algorytmu przewidującego recydywę – powinniśmy się domagać ujawnienia mechanizmu ich działania oraz odpowiednich danych.

Z całości można wyciągnąć jeszcze jeden wniosek: nie tylko w czeskiej debacie publicznej coraz częściej słyszymy o tym, że szybki postęp technologiczny pociąga za sobą coraz większe zapotrzebowanie na osoby z wykształceniem technicznym. Społeczne skutki niewłaściwego stosowania algorytmów są jednak dość dobrym przykładem na to, dlaczego w erze cyfrowej być może bardziej potrzebni będą ludzie z wykształceniem humanistycznym, zdolni do zwrócenia uwagi na podobne zagrożenia. Tylko właściwie ukierunkowany rozwój technologiczny możemy nazywać postępem. Od osób wykształconych czysto technicznie raczej trudno oczekiwać, że będą to ukierunkowanie korygować. Decydujące znaczenie dla przyszłości będzie mieć ścisła interdyscyplinarna współpraca dyscyplin humanistycznych i technicznych.

Tłumaczenie Krzysztof Kołek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – w czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.