przez Mark Weisbrot | piątek 31 marca 2017 | opinie
Od redakcji „Nowego Obywatela”: 20 lutego w Ekwadorze odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Poniższy tekst powstał przed nią. Wybory nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia i w efekcie 2 kwietnia odbędzie się druga tura, w której zmierzą się lewicowiec Lenín Moreno oraz konserwatywny liberał Guillermo Lasso.
***
W ciągu ostatniego roku Ameryka Łacińska skierowała swój kurs na prawo, z poparciem i przy przychylnej reakcji Waszyngtonu. Trzy z największych potęg ekonomicznych Ameryki Południowej – Brazylia, Argentyna i Peru – mają obecnie prawicowych prezydentów blisko związanych z Waszyngtonem i jego polityką zagraniczną. Standardowa narracja „konsensusu waszyngtońskiego” ignoruje jakąkolwiek rolę odegraną przez USA w regionie i przedstawia lewicowe rządy wybierane w Ameryce Południowej na przestrzeni kilku ostatnich dziesięcioleci jako te, które odniosły popularność na fali boomu konsumpcyjnego i populistycznych zwycięstw, rozdając środki biednym i nierozsądnie gospodarując budżetem. Gdy ów boom dobiegł gwałtownego końca, głosi dalej ta narracja, rządom skończyły się zarówno pieniądze, jak i polityczna koniunktura.
Ta historia jest jednak mocno przesadzona i ma służyć samemu opowiadającemu. Ekwador jest dobrym przykładem tego, jak rządy lewicowe w ostatnim dziesięcioleciu odnosiły sukcesy dzięki progresywnym i twórczym zmianom w polityce gospodarczej, a także dzięki reformom finansowym, instytucjonalnym i regulacyjnym.
Przykładowi Ekwadoru warto przyjrzeć się również dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo przesadzona jest znaczna część retoryki mówiącej, że „globalizacja” ogranicza decyzje rządów do tych, które uszczęśliwią międzynarodowych inwestorów. Okazuje się, że nawet stosunkowo niewielkie, rozwijające się państwo o średnim dochodzie, może wdrożyć alternatywne rozwiązania polityczne – jeżeli tylko obywatele wybiorą rząd niezależny i wystarczająco odpowiedzialny, aby je zastosować.
Wśród osiągnięć dziesięciolecia rządów lewicy w Ekwadorze (2007-2016) widzimy zmniejszenie ubóstwa o 38 procent i zmniejszenie skrajnego ubóstwa o 47 procent. Wydatki na cele socjalne, łącznie z większymi wydatkami na edukację i opiekę zdrowotną (liczone jako odsetek PKB) podwoiły się. Znacznie wzrosło uczestnictwo mieszkańców w wieku lat 17 i młodszych w edukacji, a wydatki na szkolnictwo wyższe (także liczone jako odsetek PKB) stały się najwyższe w Ameryce Łacińskiej. Średni roczny wzrost dochodu na mieszkańca był o wiele wyższy niż w ciągu poprzednich 26 lat (odpowiednio 1,5 i 0,6 procent), poza tym zdecydowanie zmniejszyły się nierówności społeczne.
Inwestycje publiczne liczone jako odsetek PKB wzrosły ponad dwukrotnie, czego rezultaty dały się zauważyć pod postacią nowych dróg, szpitali, szkół i dostępu do elektryczności.
Rafael Correa został wybrany na prezydenta Ekwadoru w 2006 r., a urzędowanie rozpoczął w styczniu 2007 r. Ten były minister gospodarki, wykształcony w USA, postanowił naprawić niektóre ze strukturalnych i instytucjonalnych problemów, które hamowały postęp kraju. W efektywnym prowadzeniu polityki przeszkadzał fakt, że Ekwador w 2000 r. przyjął dolara amerykańskiego jako walutę. Oznaczało to, że rząd nie mógł wpływać na kurs wymiany własnej waluty i stopień, w jakim mógł prowadzić politykę pieniężną, był ograniczony. Fakt ten zmniejszał również zdolność Banku Centralnego do wystąpienia w roli pożyczkodawcy ostatniej szansy dla krajowego system bankowego.
Wszystko to znaczyło, że rząd musiał wykazać się większą wydajnością i twórczą inicjatywą oraz zwiększyć zakres swojej kontroli nad systemem finansowym. W referendum w 2008 r. zatwierdzono nową konstytucję, dzięki czemu główny bank, uprzednio „niezależny” i zobligowany do skupiania się na utrzymaniu niskiej inflacji, stał się częścią zespołu ds. gospodarki w rządzie. To był ważny krok ku skoordynowaniu polityki gospodarczej. Wśród ekonomistów panuje przekonanie, które jest też filarem neoliberalizmu, iż banki centralne powinny być niezależne od urzędników państwowych. W praktyce oznacza to zazwyczaj, że nie odpowiadają one przed ogółem społeczeństwa, ale nie są w ten sam sposób niezależne od potężnych finansowych lobby.
Nowe prawo wprowadzone w 2009 r. wymogło na bankach w Ekwadorze sprowadzenie 45 procent ich aktywów płynnych z powrotem do kraju. Wymóg ten wzrósł do 60 procent w 2012 r., a faktyczny wskaźnik na rok 2015 wyniósł ponad 80 procent. Ta oraz inne reformy mające na celu zatrzymanie dolarów w kraju, były niezbędne do przezwyciężenia przez rząd pierwszej poważnej przeszkody: światowego kryzysu finansowego z 2008 r. i recesji z 2009 r. Ekwador stał się jednym z najbardziej poszkodowanych krajów na półkuli, jako że ceny ropy naftowej spadły, a rząd czerpał większość dochodów właśnie z eksportu ropy. Kolejne źródło wpływających do kraju dolarów, przelewy – głównie pieniądze przesyłane rodzinom przez Ekwadorczyków pracujących za granicą – również wyschło w trakcie recesji. Takie podwójne uderzenie mogło spowodować długotrwały kryzys, jednak dzięki znacznemu zwiększeniu wydatków rządowych i dużemu planowi stymulacyjnemu z 2009 r., tak się nie stało. Recesja trwała tylko trzy kwartały i kosztowała Ekwador około 1,3 procenta PKB.
Kolejnym dużym szokiem gospodarczym okazał się długotrwały spadek cen ropy naftowej w trzecim kwartale 2014 r. Rząd wykazał się wtedy jeszcze bardziej twórczym podejściem: oprócz wprowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej (tj. działań z większymi deficytami budżetowymi), bank centralny zadecydował o poluzowaniu polityki pieniężnej [czyli wprowadzeniu większej ilości pieniędzy do obiegu – przyp. red.], w podobny sposób, jak zrobiła to Rezerwa Federalna w USA w odpowiedzi na recesję. Bank „wyprodukował” miliardy dolarów, które pożyczył rządowi oraz bankom publicznym. Był to nieoczekiwany ruch ze strony rządu, który nie posiadał nawet własnej waluty, ale okazał się bardzo korzystny w drodze do gospodarczego ozdrowienia.
Najważniejsza decyzja podjęta w celu umożliwienia obecnej gospodarczej regeneracji w Ekwadorze była również najbardziej niekonwencjonalna: rząd nałożył szereg ceł na produkty importowane, korzystając z postanowienia Światowej Organizacji Handlu odnośnie do awaryjnego zabezpieczenia bilansów płatniczych. Zredukowanie importu w latach 2015-2016 dodało w tym czasie około 7,6 punktów procentowych do PKB. To działanie złagodziło efekt cięć budżetowych, których musiał dokonać rząd, gdy załamały się źródła dochodów.
Rząd Correi i jego partia (Alianza PAIS) były dzięki temu w stanie osiągnąć znaczne sukcesy gospodarcze i społeczne, mimo dwóch recesji wywołanych poważnymi zawirowaniami zewnętrznymi. Wbrew temu, co twierdzi Waszyngton, było to możliwe dzięki dużym reformom instytucjonalnym, regulacji finansowej i mądrym decyzją politycznym, z których wiele kłóciło się z neoliberalnymi standardami.
Pomocne było oczywiście to, że sam prezydent ma doktorat z ekonomii, wiedział, co robi i od początku był poważnie zaangażowany w postępowe zarządzanie. Nie zmienia to faktu, że rząd Correi musiał walczyć z potężnymi grupami interesu, w tym z bankierami, do których należała większość kanałów telewizyjnych, kiedy prezydent rozpoczął urzędowanie. Referendum w 2011 r. zakazało bankom posiadania firm medialnych (i na odwrót), co pomogło w uciszeniu ich głosu w debacie publicznej. Jednak pozostały one i tak potężną, upolitycznioną, prawicową siłą, tak jak działo się to w innych krajach z lewicowymi rządami, np. w Brazylii, gdzie duże media przewodziły zakończonym sukcesem wysiłkom zmierzającym do usunięcia prezydentki Dilmy Rousseff z urzędu, mimo niepopełnienia przez nią czynu, za który można by postawić ją w stan oskarżenia jako urzędnika państwowego.
Dziedzictwo obecnego rządu zostanie poddane próbie w wyborach prezydenckich i do Zgromadzenia Narodowego w tę niedzielę [mowa o pierwszej turze wyborów, która odbyła się w lutym 2017 – przyp. red.]. Kandydatem z partii Correi jest Lenín Moreno, znany z aktywizmu na rzecz osób niepełnosprawnych w kraju i za granicą (on sam porusza się na wózku inwalidzkim od czasu, kiedy został postrzelony w napadzie rabunkowym w 1998 r.). Moreno, który cieszy się popularnością w partii i wśród społeczeństwa, obiecał pomnożyć gospodarcze i społeczne zyski ostatniej dekady. I prowadzi w sondażach.
Najgroźniejszym przeciwnikiem Moreno jest Guillermo Lasso (nie zaskakuje nas, że jest wpływowym bankierem), który obiecuje obniżenie podatków, w tym rezygnację z podatku od zysków kapitałowych, co byłoby z pożytkiem głównie dla grup o wysokich dochodach. Lasso przegrał z Correą w 2013 r. – jego przeciwnik zwyciężył przytłaczającą liczbą głosów.
Kolejną przeciwniczką Moreno jest prawicowa była członkini Kongresu, Cynthia Viteri, która chce zniszczyć część z głównych reform Correi. Planuje między innymi przywrócenie bankowi centralnemu autonomii, zniesienie podatku od odpływu kapitału i zmniejszenie uprawnień rządu centralnego. Moreno musi uzyskać 40 procent głosów i co najmniej dziesięciopunktowe prowadzenie nad kolejnym kandydatem, żeby wygrać w pierwszej turze. Istnieje niewiele wiarygodnych sondaży przedwyborczych, ale Moreno jest postrzegany jako zwycięzca, nawet jeśli niewystarczająco popularny na wygraną w pierwszej turze.
Dlaczego te wybory są ważne? Jak zauważył w zeszłym miesiącu Noam Chomsky: W tym stuleciu Ameryka Łacińska, po raz pierwszy w ciągu 500 lat, wyzwoliła się od zachodniego imperializmu. W zeszłym stuleciu uosabiały go Stany Zjednoczone. „Różowa fala” to rzadkie wydarzenie w historii świata: obywatele państw rozwijających się przyczyniają się do gospodarczego i społecznego postępu przez demokratyczne wybory (bardzo niewiele krajów rozwijających się, które odniosły sukces ekonomiczny w dwudziestym wieku lub później, np. Chiny, miało ustrój demokratyczny). Od 2002 do 2014 r. wskaźnik ubóstwa w Ameryce Łacińskiej spadł z 43,9 do 28,2 procent, po okresie wzrostu trwającym dwie dekady.
Wszystkie te zyski – państwowa suwerenność, postęp społeczny, demokracja – okazują się trudne w utrzymaniu, gdy postępowe siły w regionie borykają się ze zwalniającą światową i regionalną gospodarką, z odradzającą się prawicą, która wciąż kontroluje większość bogactwa, dochodu i mediów w swoich krajach, jak również, w niektórych przypadkach, z własnymi błędami. I jakby tego nie było aż nadto, mamy też Waszyngton, który przez ostatnie 16 lat stosował prostą strategię: pozbądźmy się wszystkich lewicowych rządów, jakich tylko możemy, i upewnijmy się, że nigdy nie powrócą. Nikt nie oczekuje niczego lepszego od nowego reżimu w USA.
Być może o wyborach w Ekwadorze nie będzie głośno w zachodnich mediach, ale zwolennicy i przeciwnicy ruchów emancypacyjnych i postępowych rządów w Ameryce Łacińskiej z pewnością będą uważnie śledzić to wydarzenie.
Mark Weisbrot
Tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się w lutym 2017 r. na stronie internetowej czasopisma „The Nation”.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 28 marca 2017 | opinie
A więc wojna! – słyszymy każdego rana, gdy pies ze snu budzą nas pies, kot, dziecko, on lub ona, budzik, wycie pił spalinowych za oknem, demonstracje za lub przeciw. A więc wojna! Oko za oko, ząb za ząb, okładka za okładkę, kłamstwo za kłamstwo, propaganda za propagandę, nieżyczliwość za nieżyczliwość, obelga za obelgę. Wstajemy, bierzemy prysznic, pijemy kawę, sprawdzamy, czy stan twarzy w lustrze jest kompatybilny ze stanem konta bankowego, czytamy smsy, maile, powiadomienia, ponaglenia, potępienia, przymilenia. Pies szczeka na kosmos, a kot go kontestuje, dzieci mają gorączkę, ona lub on już wyszli. Rachunki do zapłacenia cierpliwie czekają na swoją kolej albo na komornika. A może jesteśmy sami tą wyobcowaną współczesną samotnością zasobów ludzkich trawionych spokojnie przez lokalny kapitalizm. A wokół wojna, wojna domowa. I walka klas. Już się z tym oswoiliśmy: można żyć pośród codziennej kanonady mediów masowego rażenia. Tak dzień cały, między pracą, prokrastynacją a rozrywką, w kraju wartości i brutalnej akumulacji kapitału. Wartości są jak baloniki napełnione helem, na ogół w barwach bogoojczyźnianych i w narodowo-wyklętym fasonie, unoszą się nad głowami zauroczonej młodzieży i dorosłych. Zaś akumulacja kapitału jednym odkraje mięso do kości, innych tuczy ponad miarę. Ale tego nie widać, bo w naszych czasach bogaci są coraz chudsi, a biedni nierzadko coraz grubsi. Bogaci noszą się niewyszukanie i dbają o kondycję, biedniejsi chcą mieć więcej, zatem biorą kredyty na prestiż i szybciej umierają z braku rzetelnej opieki medycznej.
I tak nastają kolejne dni i noce. Trwa wojna, z którą jesteśmy oswojeni, trwa walka klas, o której na ogół nie wypada głośno mówić – to również jest jej elementem. Wojna domowa jest w dużym stopniu wojną elit: tych, które dziś sprawują władzę, z tymi, które doświadczyły bolesnego odcięcia od instytucji władzy i straciły sporo atutów w rozmowach z mniejszym i większym kapitałem. Wojna domowa zmieniła bieg transferów finansowych ze spółek skarbu państwa i sięgnęła po inne zasoby ludzkie w ramach kooptacji do wyższych stref politycznych i propagandowych. W tym może nawet jest jakiś element klasowy: niejeden zabiedzony pisowiec i pisówka, wyposzczeni przez niemal dekadę, wreszcie doczekali gratyfikacji i głębokiej satysfakcji delektowania się upadkiem tych, co poszli precz od okienka z napisem „pieniądze publiczne”. O wielu nic nie wiemy, inni nieźle yaycują na naszych oczach. W szeregach przegranych wzmacnia się rozpacz i dezorientacja: o ile poprzedni rząd PiS nie przetrwał zbyt długo, robiąc sobie śmiertelnych wrogów z takich aliantów jak Roman Giertych czy Kazimierz Marcinkiewicz, o tyle ten obecny trafił na naprawdę niezłą koniunkturę, zarówno gospodarczo, jak i politycznie, społecznie i kulturowo.
Czasem trudno byłoby oddzielić od siebie poszczególne aspekty tych dwóch procesów: wojny domowej i walki klas. Bo czy głośny ostatnio list czytelniczki do „Wysokich Obcasów”, który jest kompendium lumpenliberalnych przesądów wobec tych dość nielicznych segmentów polityki społecznej, jakie ma do zaoferowania III RP swoim obywatelkom i obywatelom, to bardziej zgiełk walki klas czy wojny elit? To danie upichcono z jednego i drugiego: smutne przecież, ale arcytypowe dla polskich wyobrażeń społecznych uprzedzenia klasowe osoby, która nazywa się „lewaczką”, łączą w jedno wzajemne nienawiści postsolidarnościowych elit z typowymi narzędziami stygmatyzacji uboższych – tak się robiło i robi przemoc symboliczną w III RP.
Ale spójrzmy, jaki sprytny zabieg, na który na szczęście nabiera się dziś nieco mniej osób: czytelniczka „WO”, która wymiotuje na nas swoją niechęcią do socjalu, publicznej służby zdrowia i matek-„tipsiar” z butelką piwa w zanadrzu, nazywa się „lewaczką”. Centroprawica spod znaku Agory, maskująca swój klasowo-uprzywilejowany, zdecydowanie prokapitalistyczny charakter liberalizmem obyczajowym i udzielaniem łam ludziom ze środowisk lewicy, nie ma już nic do stracenia. Widać wyraźnie, co oni właściwie przez lata promowali jako „lewactwo”: neoliberalną demagogię połączoną z niechęcią wobec katolicyzmu i/lub Prawa i Sprawiedliwości. Jesteś lewakiem? Jesteś lewaczką? Tak, tak! Dlaczego? Bo nie znoszę PiS! Bo „Jan Paweł II zajebał mi szlugi”! I czego jeszcze nie znosisz? ZUS-u, górników, publicznej służby zdrowia. Oto „lewacki” kanon z okolic Agory. Problem w tym, że rzadko kto miał odwagę powiedzieć takim ludziom, żeby najpierw chwilę pomyśleli, jak definiują swoją lewicowość. A podobno w znacznej mierze wciąż definiuje się ona przez emancypację warstw niższych, egalitarny projekt społeczno-polityczny zakładający aktywny udział państwa w budowaniu powszechnego dobrostanu. Oczywiście, poczesną rolę odgrywa w tej materii lewicowy feminizm, ponieważ to kobiety, szczególnie kobiety klasy ludowej, zwykle lądują na niższych szczeblach patriarchalno-kapitalistycznego społeczeństwa. Ale „lewactwo” czytelniczki „WO” nie jest tym wszystkim – jest ordynarnym lumpenliberalizmem, cynicznym albo cierpiącym solidnie na fałszywą świadomość klasową.
To chyba największy problem lewicy w polskich realiach: jest skazana na obce media, zarówno pro- jak i antypisowskie. I telewizja zarządzana przez PiS, i stacje komercyjne potrzebują lewicy na własnych warunkach i do własnych celów. Zresztą media kapitału nigdy nie będą mediami świata pracy. W naszych warunkach nie jest winą ani Razem, ani stowarzyszeń lokatorskich, ani lewicowych feministek, że nie ma dużych mediów lewicy. Swoje popsuło SLD, związki zawodowe absolutnie zawaliły tę sprawę. Efekt jest taki, że wszyscy musimy liczyć na zaproszenia od wydawców, dla których jesteśmy mniejszymi lub większymi dziwadłami.
Walka klas i wojna elit w znacznej mierze są sporem o pojęcia. W tej materii to świadomość buduje polski byt i chyba dość skutecznie utrudnia wypracowanie języka, w którym moglibyśmy się ze sobą komunikować, nie tracąc potężnych ilości energii na wyjaśnianie elementarnych terminów z języka politologii, socjologii, historii idei. Nacjonaliści i centroprawica równie chętnie i bardzo instrumentalnie używają słów „lewica” i „lewactwo”. Lewakiem jest dla nich Adam Michnik, lewaczką Hanna Gronkiewicz-Waltz. To nawet zabawne, jak bardzo w Polsce centroprawica, i ta nieco bardziej liberalna i laicka, od pana Adama, i ta, która wzmacnia narodowo-katolicką nóżkę, od prezesa Kaczyńskiego, rozegrała lewicową terminologię na własną korzyść – w czasach zamętu, gdy SLD nie bardzo wiedziało, czym właściwie jest, to się musiało udać. I dziś płacimy tego skutki. Na marginesie: humaniści, cały ten inteligencki żywioł, to niesamowicie perfidne stworzenia. Gdy przestajemy dociekać prawdy, a skupiamy się jedynie na propagandzie, która w czasach takich jak obecne zapewnia nam byt, jesteśmy najbardziej niebezpiecznymi z rozumnych zwierząt. A to dlatego, że psujemy język, ten najważniejszy z kosmosów, jaki eksplorujemy, a który jest równocześnie największą siecią komunikacyjną ludzkości.
Do tego trzeba dodać jeszcze jedną istotną rzecz – (kontr)rewolucję w państwie Prawa i Sprawiedliwości. Te dwa zjawiska dzieją się równocześnie i niesamowicie dynamizują scenę społeczną i polityczną. Z punktu widzenia lewicy i lewicujących liberałów partia rządząca bywa przedstawiana albo jako niesamowicie niespójna w swoim programie i jego realizacji, albo niezwykle, autorytarnie wręcz konsekwentna. To sprzeczność w opisie, która wymagałaby osobnej analizy. W dużym skrócie, rzecz zależy od tego, jak ujmujemy tę prosocjalną część programu PiS, już realizowaną i zapowiadaną. Dla części lewicy to prawicowy socjalny populizm, dla innych faktyczne wyzwalanie prosocjalnego aspektu funkcjonowania państwa spod dyktatu lumpenliberalnej doktryny, na której w znacznej mierze ufundowano III Rzeczpospolitą. Można ten obraz próbować niuansować jeszcze bardziej i przyjąć, że w samym środowisku partii rządzących 500 Plus traktowane jest na różne sposoby i różne widzi się z niego pożytki, łącznie z bardzo doraźnymi, potencjalnie sprzyjającymi w kolejnych kampaniach wyborczych. Dla potrzeb tego felietonu zakładam, że ten dość umiarkowany program społeczno-gospodarczy, który wcale nie czyni Polski państwem dobrobytu socjalnego, jest czynnikiem realnie rewolucjonizującym naszą rzeczywistość. Obecnie na poziomie materialnym, choć pytanie – bardzo przecież lewicowe – jak kwestie bytowe mogą przełożyć się na świadomość społeczną.
I jeszcze jedno: przyjęcie 500 Plus sprawiło, że traktowane zwykle przez rządy jak piąte koło u wozu ministerstwo pracy i polityki społecznej (przez PiS nie tylko symbolicznie wzmocnione jego „urodzinnieniem”) nagle znalazło się w centrum zainteresowania opinii publicznej, elektoratu rządzącej partii i jej mniej lub bardziej prominentnych polityków. Socjalny aspekt prowadzenia polityki został wydobyty z głębokiego cienia. Oczywiście, to jeszcze nie przesądza o głębokiej zmianie na lepsze, ale w polskich warunkach lepiej mieć do czynienia z ministrą Rafalską niż z „lewacką” czytelniczką „Wysokich Obcasów”, która lumpenliberalne listy pisze. Choć zdaję sobie sprawę, jak głębokie emocje może wywoływać taka opinia w zaułkach lewicowego światka, które rzadko jednak odwiedzają tzw. zwykłe Polki i zwykli Polacy. Oczywiście ktoś zripostuje, że najlepiej byłoby mieć do czynienia z partią Razem u władzy, ale jej rządy lub efekty parlamentarnej obecności polskie społeczeństwo może rozliczy za kilkanaście lat. A może nigdy.
Jest jednak drugi aspekt obecnych rządów, który zdecydowanie neguje choćby przekonania zawarte w felietonie Marcina Janasika „Razem, ale dokąd?”. Tam, gdzie występuje mocny rozziew kulturowy między stronami konfliktu, socjalny kompromis nie jest możliwy ani na poziomie społecznym, ani tym bardziej politycznym. Z jakich przyczyn lewicowe feministki i feminiści mieliby na przykład przełykać gorzką pigułkę potencjalnego kompromisu z propisowskimi zwolennikami i zwolenniczkami Ordo Iuris? Tym bardziej, że #czarnyprotest nie był żadnym knowaniem lewicy i liberałów/liberałek, ale wkurzoną reakcją na dość ostentacyjne próby zmiany tzw. kompromisu aborcyjnego, który był przecież takim samym „kompromisem narodowym” jak Okrągły Stół. Czyli nie był nim prawie wcale. Nie, zdecydowanie: niech PiS robi 500 Plus, niech zwiększa uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, niech próbuje zwiększać ściągalność VAT (dobre i to, skoro nie ma odwagi zacząć ściągać większych podatków od naprawdę wielkiego kapitału), niech ściga i wsadza choć niektórych typów od reprywatyzacji, bo to wszystko jest korzystne dla dużej części społeczeństwa. I to jest najważniejsze: szansa na poprawę realnego bytu sporej części Polek i Polaków. Ale nie udawajmy, że to wystarczy, by zapomnieć o protokole rozbieżności, który znacznie ogranicza pole manewru właśnie słabszej stronie. Nie udawajmy, że po stronie centroprawicy nie ma ludzi, którzy z przyczyn konfesyjno-ideologicznych na różne sposoby negują choćby problem z patologiami w polskich rodzinach, zaczynając od przemocy domowej. Notabene: latem 2015 roku mogłem jeszcze zrobić dla „Gazety Polskiej Codziennie” wywiad z Marceliną Zawiszą i Katarzyną Paprotą z partii Razem. Dziś nie byłoby to możliwe – nie tylko dlatego, że Adrian Zandberg nieco za bardzo folguje językowi i nazywa politykę rządzącej partii „gówniarzerią”.
I jeszcze jedno: dlaczego znaczna część lewicy, która coraz lepiej pojmuje swoją historyczność, miałaby udawać, że pada deszcz, gdy duża część polityki historycznej prawicy, i tej w wydaniu instytucjonalno-, i tej w wydaniu rynkowo-tiszertowym, bazuje na świadomie uprawianej antylewicowości? Skoro już doszliśmy do wniosku, że hasełka w rodzaju „wybierzmy przyszłość” były w pewnym momencie najkorzystniejszą strategią dla SLD, ale nie dla lewicy jako takiej, to dlaczego mamy godzić się na kontrrewolucję pamięci, która bazuje na patriotyzmie niemal zupełnie wytartym z treści innych niż martyrologia? To prawica ma instytucje, niech zatem zacznie przypominać Polkom i Polakom „Testament Polski Walczącej”. Wiem, to nierealne. Akurat ten dokument to część historii, o którym nie chce pamiętać ani prawica okołopisowska, ani liberalna gospodarczo prawica z okolic Komitetu Obrony Demokracji. I dobrze wiemy, dlaczego: ponieważ to istotny element pamięci, który rozsadza neoliberalną układankę tożsamościową na poziomie światopoglądu publicznych instytucji i ideologicznego zapotrzebowania rynku.
Ważna rzecz – uwagi, które poniżej zapiszę, nie są ocenne, ale analityczne. Znana teza głosi, że PiS przejął od lewicy elektorat socjalny. Ale to o wiele bardziej skomplikowane. A to z tej prostej przyczyny, że ewentualny prosocjalny elektorat wcale nie oznacza z definicji elektoratu współczesnej lewicy, która w kwestiach emancypacyjnych znacznie wykracza poza postulaty sprzed stulecia. Nawet jeśli przyjmiemy, że lud w Polsce nie jest wcale tak konserwatywny, jak chciałaby prawica, to jest wystarczająco konserwatywny w sferze publicznej, by od dekad wybierać centroprawicę, albo co najwyżej mocno dwuznaczną w sprawach obyczajowych post-PRL-owską socjaldemokrację, a nie na przykład Zielonych. Co więcej, niestety, po kryzysie z przełomu dekad ujawniły się w polskim społeczeństwie głębokie pokłady frustracji, które uskrzydliły neoendeków na ambonach, stadionach i w politycznych gabinetach. Może był kiedyś moment, w którym dało się ulicę zdobyć dla lewicy (bezprzymiotnikowej), ale, jak się wydaje, niesprzyjających okoliczności było całkiem sporo.
Zatem nawet socjalny elektorat nie będzie tak łatwy do pozyskania. Dlaczego? Bo, jak dotąd, najprozaiczniej w świecie, na skrzyżowaniu między socjalnością a emancypacją kulturowo-polityczną rozchodzą się drogi przynajmniej części prosocjalnego elektoratu i lewicy. I także dlatego lewica, która nie może udawać, że nie słyszy chamskich uwag o emigrantach, wypowiadanych nierzadko wcale nie przy „budce z piwem”, ale w inteligentnych biurowcach przez modnie przystrzyżone korpoosoby, które po robocie kultywują nacjonalistyczne fobie, nie przywita z entuzjazmem wizji politycznego sojuszu z obecnym obozem władzy. Tym bardziej, o czym piszę ze smutkiem, że obrażanie lewicy i mocna dyskredytacja jej postulatów emancypacyjnych, nie tylko tych nazywanych obyczajowymi, ale np. antyprzemocowych i antyseksistowskich, jest po prostu częścią lajfstajlu niemałej części centroprawicy. Choć jest i odwrotnie: to niektórzy ludzie lewicy sądzą, że pogardą dla propisowskiego ludu i elity cokolwiek dla siebie wywalczą w przestrzeni społecznej. Tyle że siły wyborcze i możliwości instytucjonalne rozkładają się obecnie na zdecydowaną niekorzyść lewicy. Ten stan szybko się nie zmieni.
Choć dodajmy jeszcze jedną rzecz przy okazji rozważań o konserwatyzmie ludu. Otóż, rzecz jasna, duża część społeczeństwa nie jest tak arcykatolicka, jak to się podaje do wierzenia z ambon i rozlicznych mównic, albo jak straszą tym co bardziej histeryczni salonowi liberałowie. Mnóstwo Polek i Polaków wyznaje coś w rodzaju religijności niekonsekwentnej: np. mniej lub bardziej regularnie chodzi do kościoła, ale przymyka oczy na przeróżne formy libertynizmu obyczajowego, własnego i swoich dzieci (rzadziej sąsiadów i sąsiadek). Mnóstwo Polek i Polaków ma w nosie to, co ksiądz mówi o prezerwatywach, ale odnajduje dziwną radość w lamentacjach nad zagrożeniem uchodźczym dla Polski. Konstelacje tych poglądów są przeróżne. Jest też sporo ludzi, znaczna część społeczeństwa, która po prostu nie zna języka feminizmów, albo – z innej puli – nie lubi cynicznego antyklerykalizmu. I dopóki lewica nie uświadomi sobie, że właśnie do takich osób musi odnaleźć drogę, będzie stała przed ścianą biernego oporu. A dodajmy, że Razem wciąż jest partią, która myli się ludziom choćby z Nowoczesną. Być może dla wielu Polek i Polaków znalazłaby się nieco odpowiedniejsza oferta polityczna: zachowująca dystans do Kościoła, ale nie odnosząca się obelżywie do sacrum, patriotyczna, ale nie szowinistyczna, po części socjaldemokratyczna, otwarta na postulaty feministyczne. Ale takiej oferty nie ma i raczej nikt jej w najbliższym czasie nie skonstruuje. A może nie miałaby szans w świecie domagającym się coraz bardziej spolaryzowanych dookreśleń.
W każdym razie mamy dziś w Polsce do czynienia nie tylko z raczkującą rewolucją socjalną, ale też – znacznie chętniej pokazywaną przez medialny antypisowski mainstream – kontrrewolucją instytucjonalno-rynkową. W PiS nie krzyczą „śmierć frajerom!” (choć nigdy nie brakowało w otoczeniu i szeregach tej partii skrajnych lumpenliberałów), bo szczególnie obecnie to nie wypada i się nie opłaca. W PiS niektórzy powiadają: „śmierć drzewom, skoro własność jest najświętsza!”. Proliberalna część elity pisowskiej dziś na ogół trzyma język za zębami, z wyjątkiem publicystów obsługujących ten segment propisowskich wyborców, ale łatwo sobie można wyobrazić sytuację, w której zmiana koniunktury politycznej wzmocni sygnał radykalnie prorynkowy. A nie zapominajmy, że redaktor Ziemkiewicz co prawda zawsze chętnie zruga KOD, ale gdy trzeba „odda rację” Leszkowi Balcerowiczowi.
Trwa wojna domowa i trwa walka klas. Lewica ma trudniej: musi przekonać do siebie znacznie większą liczbę nieprzekonanych. I niekoniecznie zobaczy polityczną wygraną na własne oczy. Ale cóż to by było za życie, gdyby z założonymi rękoma patrzeć na ten cholerny kapitalizm.
Krzysztof Wołodźko
przez Marcin Malinowski | czwartek 23 marca 2017 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi III Konstytucji (art. 69-74). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj, a drugą tutaj.
Art. 69
1. Osobom niepełnosprawnym władze publiczne udzielają, zgodnie z ustawą, pomocy w zabezpieczaniu egzystencji, przysposobieniu do pracy, komunikacji społecznej oraz ograniczeniu wykluczenia cyfrowego.
2. Władze publiczne ograniczają wykluczenie osób niepełnosprawnych za pomocą odpowiedzialnego i zrównoważonego planowania przestrzennego. Szczegóły określa ustawa.
Sens dodania elementu o wykluczeniu cyfrowym został dobrze opisany w artykule Rafała Gdaka. Waga zasad planowania przestrzennego dla osób niepełnosprawnych nie wymaga objaśnień. Konstytucja powinna nałożyć na państwo obowiązek ich przestrzegania.
Art. 70
1. Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18-go roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa.
2. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością.
3. Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne. Obywatele i instytucje mają prawo zakładania szkół podstawowych, ponadpodstawowych i wyższych oraz zakładów wychowawczych. Warunki zakładania i działalności szkół niepublicznych oraz udziału władz publicznych w ich finansowaniu, a także zasady nadzoru pedagogicznego nad szkołami i zakładami wychowawczymi, określa ustawa.
4. Szkoły niepubliczne współfinansowane przez władze publiczne realizują, jako minimum, podstawę programową Ministerstwa Edukacji Narodowej. Szczegóły określa ustawa.
5. Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. W tym celu tworzą i wspierają systemy indywidualnej pomocy finansowej i organizacyjnej dla uczniów i studentów, zapewniając równość w dostępie do edukacji od przedszkola po uniwersytety, poświęcając szczególną uwagę kwestii równego dostępu do edukacji dzieci i młodzieży z biednych rodzin. Warunki udzielania pomocy oraz konieczność corocznego raportowania o równości w dostępie do edukacji określa ustawa.
6. Władze publiczne zapewniają spójność strategii edukacyjnej ze strategią zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym rozwoju polskiej gospodarki, przemysłu, badań naukowych oraz potrzeb społecznych.
7. Podstawa programowa przygotowuje dzieci i młodzież do życia w szybko zmieniającym się i globalizującym świecie, zwracając szczególną uwagę na polski kontekst i główne wyzwania globalizacji, takie jak zmiany technologiczne, ochrona przyrody i zmiany klimatyczne.
8. Zapewnia się autonomię szkół wyższych na zasadach określonych w ustawie.
Nie jest to temat, w którym mam całościowe kompetencje, natomiast orientuję w kilku jego aspektach. Ponieważ jest on fundamentalny dla przyszłości Polski i dobrobytu zwłaszcza biedniejszej części obywateli, pozwolę sobie na kilka komentarzy.
Co do art. 2 o bezpłatności oświaty publicznej, to jest to jeden z filarów egalitarnego społeczeństwa. Natomiast budzi sprzeciw darmowe, czyli finansowane z podatków pacjentów, kształcenie np. lekarzy, którzy całą karierę, bardzo dobrze płatną, prowadzą następnie za granicą. Są prawa, są i obowiązki. Oczywiście doświadczenie zagraniczne jest ważne, jednak np. lekarz wykształcony w Polsce i pracujący całe życie w Londynie, powinien spłacić koszt studiów po cenach komercyjnych. Podobnie np. z inżynierami czy innymi zawodami, których rynki pracy się zglobalizowały, a których koszt wykształcenia jest wysoki.
Ważne byłoby uściślenie, że strategia edukacji ma być zintegrowana z rozwojem ekonomicznym Polski, aby uczelnie nie produkowały absolwentów sobie a muzom, jak to często ma miejsce. Dodatkowo można by też pomyśleć o podkreśleniu wagi kwestii społecznych i kulturowych.
Punkt siódmy powinien nakładać na władze publiczne obowiązek tworzenia takich programów edukacyjnych, które będą dzieciom i młodzieży objaśniały zmieniający i globalizujący się świat i jego zawiłości.
Art. 71
1. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.
2. Państwo w swojej polityce społecznej, rodzinnej, zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju w sposób szczególny wspiera zrównoważoną demografię. Rząd co dwa lata raportuje przed sejmem sytuację demograficzną Polski i wdrażania strategii demograficznej.
3. Matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych, której zakres określa ustawa.
Widać gołym okiem, że program 500+ jest w duchu paragrafu 1. Powinno się dodać paragraf o wspieraniu demografii, której obecna kondycja zagraża zrównoważonemu rozwojowi Polski, w tym systemowi emerytalnemu.
Art. 71 powinien być bacznie analizowany także z punktu widzenia rozważań na temat skrócenia tygodnia pracy, wprowadzenia minimalnego dochodu gwarantowanego czy przyszłego opodatkowania pracy robotów, wypychających powoli ludzi z rynku pracy.
Art. 74
1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
2. Bezpieczeństwo ekologiczne jest rozumiane jako ochrona bioróżnorodności i zdolności ekosystemów do zapewniania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług ekologicznych, w tym czystej wody pitnej i powietrza.
3. Ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym bierze pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego, konieczność ochrony bioróżnorodności i naturalnych szlaków migracyjnych zwierząt.
4. Zasoby naturalne będące własnością państwa, które są kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego, jak lasy, rzeki, jeziora, wody gruntowe, ziemia rolna, nie podlegają przekształceniom własnościowym.
5. Zasoby naturalne kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego nie będące własnością państwa, są regulowane i chronione w duchu interesu społecznego, publicznego i narodowego. Ustawa zapewnia rozproszoną i egalitarną własność niepaństwowych zasobów naturalnych, reguluje ich obrót, uniemożliwia spekulację nimi oraz nadmierną koncentrację własności nieuzasadnioną interesem publicznym i społecznym.
6. Spory sądowe o własność i prawo do używania zasobów naturalnych w Polsce podlegają wyłącznie polskim sądom.
7. Władze publiczne są zobowiązane do wdrażania całościowej i długoterminowej strategii, mającej na celu ciągłą poprawę jakości ekosystemów i ich zdolności do dostarczania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług. Szczegóły reguluje ustawa.
8. Ochrona środowiska i bioróżnorodności jest obowiązkiem władz publicznych.
9. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska.
10. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska, zapewniając sprawiedliwy i równy dostęp do ochrony przyrody różnych polskich organizacji społecznych.
11. Obszary o zaostrzonej ochronie przyrody są osobami prawnymi. Sejm wybiera na Rzecznika Przyrody prawnika wyspecjalizowanego w prawie ochrony środowiska, który ma prawo reprezentować przyrodę przed sądem. Szczegóły, w tym odpowiednie finansowanie biura Rzecznika Przyrody, określa ustawa o zapewnieniu bezpieczeństwa ekologicznego, zachowaniu bioróżnorodności i sprawnych ekosystemów oraz zrównoważonym i odpowiedzialnym rozwoju.
To bardzo ważny artykuł z punktu widzenia prawa następnych pokoleń Polaków do czystego środowiska, swobodnego dostępu do niego oraz zdrowych usług ekosystemów, jak woda pitna, dobra ziemia rolna. Więcej na ten temat pisałem w dwóch artykułach na łamach „Nowego Obywatela” (dostępne są tutaj oraz tutaj).
W punkcie drugim tego artykułu należy dokładnie zdefiniować, co Konstytucja rozumie jako bezpieczeństwo ekologiczne.
Punkt trzeci narzuca ustawie o planowaniu przestrzennym obowiązek brania pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego. Z tego punktu powinno wynikać, że np. planując budowę czy remont drogi należy uwzględnić przejścia dla migrujących zwierząt, a planując zabudowę terenu – brać pod uwagę siedliska zwierząt.
Punkt czwarty chroni zasoby naturalne przed prywatyzacją czy presją na ich prywatyzację w przypadku kryzysu finansowego państwa, czyli pozbawienia społeczeństwa możliwości taniego korzystania z natury i jej usług, jak woda pitna czy czyste powietrze. Dokument Komisji Europejskiej na temat obszarów Natura 2000 szacuje, że roczny koszt tworzenia, ochrony i zarządzania obszarami Natura 2000 wynosi w całej Unii Europejskiej około 5,8 miliardów euro, natomiast zyski, w tym jakość usług ekosystemów, to około 200-300 miliardów euro rocznie, generowane np. przez zmniejszanie szkód powodziowych. Ochrona przyrody po prostu opłaca się, podobnie jak czyste powietrze w miastach.
Punkt piąty nakłada na niepaństwowych właścicieli ziemi rolnej, lasów czy jezior obowiązek zapewnienia minimalnych norm ochrony przyrody oraz chroni Polaków przed nadmierną koncentracją zasobów naturalnych w prywatnych rękach. Jest to bardzo ważne, gdyż wiele funduszy inwestycyjnych, np. z Chin czy krajów arabskich, masowo wykupuje tereny i zasoby. Konstytucja powinna to uniemożliwić w interesie społecznym i narodowym.
Punkt szósty powinien uniemożliwić sejmowi i rządowi traktatową zgodę na międzynarodowy arbitraż w kwestii zasobów naturalnych. Jeśli istniejące umowy o ochronie inwestycji to blokują, odpowiednie zapisy powinny zostać zmienione.
Punkt siódmy nakazywałby władzom publicznym ciągłą pracę nad poprawą bezpieczeństwa ekologicznego. Skutkiem powinno być dążenie do zwiększania ilości i wielkości terenów chronionych, na przykład jako obszary ochrony siedliskowej/gatunkowej (Habitat/Species Management Area, jak Natura 2000) czy ścisły rezerwat przyrody (Strict Nature Reserve).
Punkt dziesiąty może ukrócić dominację myśliwych.
W punkcie jedenastym puszczam wodze fantazji i postuluję, aby obszarom chronionym nadać osobowość prawną oraz stworzyć instytucję Rzecznika Przyrody z prawem do reprezentowania natury przed sądem.
Powinien także powstać nowy artykuł Konstytucji, wykładający stosunek wobec zmian klimatycznych. Nie zaryzykuję zaproponowania jego treści. Winien jednak jasno określić definicję problemu, zagrożenia dla Polaków, kontekst polskiej specyfiki węglowej oraz określić stosunek wobec praw przyszłych pokoleń i odległych krajów bezpośrednio zagrożonych zmianami klimatycznymi.
Kolejnym nowym artykułem powinien być zapis o prawach zwierząt. Bestialstwo hodowli przemysłowej nie zna granic. Coraz lepiej rozumiemy znaczenie niektórych gatunków na górze łańcuchów pokarmowych, jak wilki, w kontekście zdolności do przetrwania w dobrej kondycji i oferowania usług ekosystemowych. Głównym zagrożeniem dla zwierząt jest nieetyczne zadawanie im zbędnego bólu. Niestety nie istnieje u nas żaden zapis konstytucyjny, który odnosiłby się do ochrony zwierząt. Cywilizowany świat powoli to zmienia. Już w 1992 r. Szwajcaria wprowadziła do swojej konstytucji zmiany, zgodnie z którymi zwierzęta są traktowane jako istoty żywe, a nie rzeczy. W 1999 r. Nowa Zelandia zapewniła podstawowe prawa pięciu gatunkom małp. Zakazano wykorzystywania ich w ramach doświadczeń i badań. Zostało to uznane za największy sukces w historii walki o prawa zwierząt. W 2002 r. Niemcy jako pierwszy kraj w Unii Europejskiej wprowadziły do konstytucji poprawki gwarantujące zwierzętom większe prawa. Niestety taki artykuł naruszy interesy lobby hodowców, sieci handlowych i myśliwych, więc jego wprowadzenie nie będzie łatwe. Taki artykuł mógłby wyglądać następująco:
Art. Xx
1. Władza publiczna chroni zwierzęta przed bólem i cierpieniem, zabrania niehumanitarnych metod hodowli zwierząt oraz obrotu mięsem z takiej produkcji.
2. Państwo szczególnie chroni w Polsce zwierzęta istotne dla bioróżnorodności i zdrowia ekosystemów oraz promuje ich międzynarodową ochronę.
3. Rzecznik Przyrody ma prawo do reprezentowania zwierząt przed sądami, do oceny aktów prawnych względem ich zgodności z art. 74 i art. Xx oraz przesyłania ich do oceny Trybunału Konstytucyjnego.
przez Jan Przybylski | czwartek 16 marca 2017 | opinie
Niemal półtora roku, jakie minęło od powołania rządu Beaty Szydło, to czas, po upłynięciu którego ekipę można zacząć oceniać za pracę na własny rachunek, z uwzględnieniem zastanego stanu rzeczy, jednak bez interpretowania całego bieżącego stanu spraw w jego kontekście. Dotyczy to również obronności, o którą lepsza dbałość była jednym z istotnych akcentów propozycji wyborczej PiS. Na pewno udało się zaznaczyć obecność tych spraw w świadomości publicznej – można jednak żałować, że często w związku z kwestiami dość odległymi od merytoryki.
Przegląd wypada rozpocząć od sztandarowego projektu bieżącej ekipy, stanowiącego najbardziej radykalne i w praktyce jedyne naprawdę znaczące odejście od wcześniej prowadzonej polityki zbrojeniowej, czyli od Wojsk Obrony Terytorialnej. Ich znaczenie w ostatnich dniach podkreślono powołaniem specjalnego wiceministra odpowiedzialnego przede wszystkim za ten zakres. Zamierzenia na bieżący rok obejmują powołanie kolejnych trzech wojewódzkich brygad OT, które dołączą do trzech utworzonych w ubiegłym roku. Powołanie dowództw wojewódzkich stanowi wstęp do formowania rzeczywistych jednostek bojowych – podstawowym szczeblem taktycznym WOT będą powiatowe kompanie. Zabezpieczenie potrzeb tworzonych oddziałów, które mają zwiększyć do 2019 r. liczebność armii o połowę, wiąże się z koniecznością dokonania dość sporych zakupów. Takowe są czynione. Dla OT będzie przeznaczona część z ponad 86000 zamówionych w ciągu minionego roku karabinków automatycznych Beryl (które mają uzupełnić najnowsze MSBSy i broń wyborowa) i 1700 pocisków rakietowych bardzo krótkiego zasięgu Piorun. Zamówiono również umundurowanie, środki łączności oraz obserwacji i lekkie moździerze, a przewiduje się zakup środków przeciwpancernych, bezpilotowych statków powietrznych i pojazdów transportowych.
Energia, z jaką formowany jest nowy rodzaj wojsk, nie eliminuje jednak żadnej z wątpliwości wiążących się z nimi od samego początku. Obok nieuniknionej konkurencji o środki budżetowe z wojskami regularnymi, najważniejszą jest realna skuteczność lekkiej piechoty – mającej dysponować tylko symboliczną liczbą pojazdów opancerzonych – w potencjalnej konfrontacji z armią rosyjską. Ta ostatnia, dzięki poważnym inwestycjom epoki Putina, nabrała bardzo zrównoważonego charakteru, co uczyniło z niej groźnego przeciwnika, pozbawionego większości wcześniejszych słabości. Odznacza się ona bowiem jednocześnie dużą liczebnością i siłą ognia na każdym szczeblu, w znacznej mierze dzięki przemyślanym modernizacjom potężnych zasobów uzbrojenia postsowieckiego, uzupełnianego przez nowsze wzory, do których dołączyło nowoczesne wyposażenie w zakresach rozpoznania, dowodzenia, łączności i walki elektronicznej oraz poprawa jakości czynnika ludzkiego. Ten ostatni element jest efektem z jednej strony profesjonalizacji, wspomaganej radykalnym wzrostem płac kadry, a z drugiej – zmiany charakteru poboru przez uszczelnienie systemu, zapewnienie wyraźnie lepszych warunków bytowych i znaczące ograniczenie patologicznych zjawisk, takich jak niesławna „fala”. Dzięki temu armia rosyjska pozyskuje najlepszych poborowych, zamiast, jak to bywało wcześniej, najgorszych. Wszystko to każe sceptycznie podchodzić do możliwości, jakie w ewentualnym starciu z Rosją mają nasze ubogo wyposażone, szkolone w ograniczonym wymiarze czasowym jednostki, które być może byłyby realną pomocą w walce z przeciwnikiem słabo zorganizowanym, o przestarzałym wyposażeniu i niskim morale.
Modernizacja techniczna wojska ma być realizowana w oparciu o zaktualizowany plan opracowany jeszcze przez ekipę ministra Siemioniaka. Tu postawiono zdecydowanie na kontynuację. Niestety nie tylko zamierzeń, ale i postępującego odwlekania ich realizacji, rozmywającej się w negocjacjach, dialogach i anulowaniu poszczególnych zadań tylko po to, aby powróciły niedługo w bardzo podobnej formie, opóźnionej jednak o kilka lat. Jest to co prawda nieuchronne w sytuacji zmniejszenia planowanych do 2022 r. wydatków o niemal 25 proc., w celu przykrojenia ich do realnych możliwości budżetowych.
Bezwzględnie najważniejszym programem pozostaje nieodmiennie modernizacja systemu obrony przeciwlotniczej kraju. W tym przypadku trudno mówić o optymizmie. Dotychczasowe środki walki, jeżeli nie zostały jeszcze wycofane, są – poza bronią o zakresie bardzo krótkim – przestarzałe wyraźnie (zestawy Osa) lub niemal absurdalnie (pozostałe). Tymczasem w kwestii systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu i przeciwrakietowych, MON pozostaje, mimo ogłaszanych przełomów i rozstrzygnięć, na etapie rozmów z dwoma podmiotami, tj. teoretycznie preferowanym Raytheonem, oferującym wersję rozwojową systemów Patriot, i konsorcjum MEADS. Oczywiste jest, że dostawy pierwszych systemów, nawet w konfiguracji odbiegającej od docelowej, nie nastąpią, jak planowano i ogłaszano jeszcze niedawno, w roku 2018. W sytuacji trudności w spełnieniu (samych w sobie jak najbardziej słusznych, ale niemożliwych do zrealizowania z powodu wzorów „z półki” wymagań MON), a także chęci pozyskania perspektywicznych, jednak dopiero dopracowywanych nowości, takich jak system dowodzenia IBCS, otwarte pozostaje pytanie, jak duże będzie faktyczne opóźnienie (ostrożne szacunki mówią o 2019 r.) i jaka będzie dojrzałość otrzymanego rozwiązania, jego interoperacyjność i podatność na przyszłe modernizacje. Co gorsza, nie podejmuje się zdecydowanych działań w celu modernizacji zakresu zasięgu bliskiego. W przypadku teoretycznie nieobciążonego aż tak wygórowanymi wymaganiami programu „Narew” pierwotnie zakładano dostawę do 2022 r. dziewięciu spośród zakładanych jedenastu baterii, tymczasem według obecnych zamierzeń mają one ruszyć dopiero w 2021 r.
Modernizacja lotnictwa, wychodząca poza realizowane obecnie programy, odnośnie do których decyzje podjęto wcześniej (samoloty szkolenia zaawansowanego „Bielki”, zakupy uzbrojenia, takiego jak pociski JASSM/JASSM-ER, AMRAAM i Sidewineer czy bomby), stanowi przykład gonitwy koncepcji trudnej do ogarnięcia dla obserwatora. Teoretycznie sytuacja jest jasna: siły powietrzne dysponują trzema eskadrami F-16, dwiema MiGów-29 i jedną Su-22, a Plan Modernizacji Technicznej nie przewiduje żadnych zakupów do 2022 r., i takie też stanowisko prezentował MON jeszcze niedawno. Poprzednia ekipa ogłosiła, że w latach 20. zamierza zakupić 64 wielozadaniowe samoloty bojowe V generacji. Z uwagi na odległość w czasie trudno było te zamierzenia traktować jako coś więcej niż niezobowiązującą deklarację. Tymczasem, najprawdopodobniej w związku z opóźnieniami programów zakupów systemów OPL i śmigłowców wielozadaniowych, na początku stycznia pojawiła się potwierdzona przez wiceministra Kownackiego informacja o rozważaniach dotyczących rychłego zakupu aż 96 używanych F-16 (najpewniej A/B). Ewentualnie o zastosowaniu innego rozwiązania, które umożliwiłoby wycofanie przestarzałych i problematycznych w eksploatacji MiGów i Su oraz być może zwiększenie stanu liczebnego Sił Powietrznych. Kolejne dwa miesiące nie przyniosły wyjaśnienia sytuacji, można zatem napisać tyle, że nabycie celem modernizacji samolotów wyprodukowanych we wczesnych latach 80. byłoby ciekawym, godnym rozważenia pomysłem, ale przed 15 laty, jako przedsięwzięcie równolegle do zakupu nowych F-16. Obecnie mija się to z celem – stare maszyny są kosztowne w eksploatacji, a racjonalna ekonomicznie modernizacja nie pozwoli przekształcić ich w środek walki zdolny do konfrontacji z Rosją. Ona bowiem wprowadziła do uzbrojenia nowe modele maszyn, co prawda wywodzące się z Su-27 z przełomu lat 70./80. ubiegłego wieku, ale bardzo poważnie zmodernizowane, a także, co gorsza, poczyniła znaczne postępy w dziedzinie walki radioelektronicznej. Według nieoficjalnych informacji, uzbrojenie tureckiego lotnictwa było nieskuteczne wobec Su-34 i 35, a przedstawiciele jednostek zajmujących się tą dziedziną zgłaszają bardzo niepokojący przyrost obserwowanych możliwości Rosjan w tym zakresie. W tej sytuacji, jeżeli SP miałyby szukać sukcesorów MiGów i Su do pozyskania w nadchodzących latach, najskromniejszym akceptowalnym rozwiązaniem wydaje się być zakup F-16 w najnowszym wariancie, określanym jako V, przy czym z uwagi na prawdopodobne wygaszenie produkcji w ciągu najbliższego roku, góra kilku lat, decyzję należałoby podjąć szybko. Ewentualnie można dokonać modernizacji do tego standardu posiadanych samolotów i zamontowanie pochodzącego z nich wyposażenia w nabytych samolotach używanych, ale będących w rozsądnym stanie technicznym, tj. należących do wersji C/D, wyprodukowanych już w latach 90.
W odniesieniu do słynnego zakupu programu śmigłowców wielozadaniowych, sytuacja wydaje się (znów trudno nadążyć za deklaracjami i pomysłami, w szczególności samego szefa MON) wyglądać tak, że realizacja nastąpi później, w okrojonej formie, z rozbiciem na kilka platform. Co prawda może to umożliwić lepsze dostosowanie do potrzeb poszczególnych użytkowników, ale trudno będzie mówić o jakichkolwiek zyskach gospodarczych czy choćby usprawnieniu serwisowania, które w przypadku zakładów w Świdniku wygląda źle. Resort wyraża wolę kontynuowania programu zakupu śmigłowców szturmowych. Wygląda na to, że nie porwano się na przemyślenie ich użyteczności w możliwej do nabycia liczbie, jak i całych wojsk aeromobilnych w sytuacji siły wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej armii rosyjskiej. Opóźnia się wprowadzenie do uzbrojenia bezpilotowych statków powietrznych mających możliwości większe od czysto taktycznych. Mowa jest obecnie o dostawach dopiero od roku 2020. W 2016 r. nie zostały nawet uruchomione postępowania w tym zakresie.
Wojska lądowe były dotychczas, dzięki procesom modernizacyjnym prowadzonym od początku XXI wieku, najlepiej, obok lotnictwa, prezentującą się częścią Wojska Polskiego. Upływ czasu ujawnia jednak kolejne wymogi, z których jedne są przynajmniej w pewnym stopniu spełniane, drugie zaś nie. Na pierwszej szali należy położyć modernizację artylerii lufowej, dzięki rozpoczętym lub bliskim rozpoczęcia zakupom armatohaubic Krab, wreszcie na spełniającym wymogi wojska podwoziu, i moździerzy samobieżnych Rak wraz z towarzyszącymi systemami, nawet jeżeli trzeba będzie poczekać jeszcze na ich pełną kompletację czy nowoczesną amunicję. Wdrożono także zakupione od Niemiec czołgi Leopard 2A5 i zainicjowano modernizację dotychczas posiadanych pojazdów w wersji 2A4 (na jej palącą konieczność wskazują tureckie doświadczenia z użyciem tych wozów w Syrii).
Na drugiej jednak szali musi znaleźć się modernizacja parku pojazdów bojowych piechoty, a tu nie jest dobrze. Opóźniają się nawet dostawy wozów Rosomak w wersji z wieżą bezzałogową w końcu zintegrowaną z przeciwpancernymi pociskami kierowanymi Spike (dotychczas Rosomaki nie mają praktycznie żadnych zdolności samodzielnej walki z czołgami). Co gorsza, jedynym bojowym wozem piechoty o trakcji gąsienicowej pozostaje zupełnie już przestarzały BWP-1, a realność opracowania jego pełnowartościowego następcy w programie „Borsuk” (zakładane dostawy od 2021 r.) jest niewiadomą. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z typowanym na następcę czołgów PT-91 i T-72 pojazdem, który ma stać się owocem programu Gepard. Wcześniejsze, skrojone pod przemysł wymagania zakładały opracowanie dość lekkiego wozu, zunifikowanego z cięższą wersją platformy bojowego wozu piechoty. Tymczasem prezentacja przez Rosję przedseryjnych egzemplarzy nowego czołgu T-14 Armata przydała jeszcze większej wagi wątpliwościom odnośnie do sensu budowy wozu lekkiego. Wymagania są w trybie tajnym przeformułowywane, ale wydaje się, że nabycie pojazdu będącego czymś innym, niż pełnowartościowym czołgiem, będzie trudne do uzasadnienia. Tymczasem opracowanie takowego wydaje się być zadaniem zdecydowanie przekraczającym samodzielne możliwości polskiego przemysłu, w szczególności do roku 2022, kiedy miałyby rozpocząć się dostawy. Modernizacja zagranicznej broni pancernej (w tym i rosyjskiej) przez wprowadzanie systemów aktywnej ochrony pojazdów nakazuje też zastanowić się nad przyszłą bronią przeciwpancerną – pocisk Spike, acz zadowalający na dziś, przestaje być bronią perspektywiczną. Oczywiście nie mniej ważne niż środki „twarde” jest wspomaganie działania jednostek przez informatyczne systemy zarządzania walką różnych szczebli. Tu system batalionowy zanotuje co najmniej roczne opóźnienie wobec planów.
Na biegunie przeciwległym do Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych znajduje się Marynarka Wojenna, której najwartościowszymi jednostkami pozostają lądowe wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych. Fregaty, pojedyncza korweta i okręty podwodne starzeją się coraz bardziej – wśród tych ostatnich średnia wieku dochodzi do 50 lat – a następców nie widać. Opóźnia się nawet oddanie do służby pomnika nieudanego przedsięwzięcia modernizacyjnego, zdegradowanej do roli patrolowca niedoszłej korwety „Ślązak” (wcześniej „Gawron”), która w postaci z okrojonym uzbrojeniem i wyposażeniem miała zostać przekazana MW w zeszłym roku. Niestety, nie doszło do tego z uwagi na problemy z wykonaniem niezbędnych prac. Według obecnych planów wcielenie jednostki ma nastąpić w 2018 r., czyli 17 lat po rozpoczęciu prac. Problemy wystąpiły również podczas finalnej fazy działań konstrukcyjnych przy prototypowym niszczycielu min projektu „Kormoran II”, tu jednak opóźnienie ma wynieść „zaledwie” pół roku.
W przypadku planowanych następców eksploatowanych okrętów wojennych sytuacja nie wygląda dobrze. Postępowanie dotyczące tzw. okrętów obrony wybrzeża „Miecznik” (w praktyce po zmianie wymagań dużych korwet/małych fregat) oraz okrętów patrolowych z funkcją zwalczania min „Czapla” zostało w związku ze zmianami własnościowymi w przemyśle stoczniowym anulowane i ma zostać wznowione w bieżącym roku. Obecny harmonogram zakłada oddanie do służby jednostek pierwszego typu w latach 2022–24, drugiego – w latach 2024–2026. Opóźnienie wobec pierwotnych planów, sformułowanych w 2013 r., wynosi już 5 lat. Nie rozstrzygnięto również postępowania w sprawie budowy okrętów podwodnych, które obecnie mają zacząć wchodzić do służby najwcześniej w roku 2024 (z opóźnieniem wynoszącym 4 lata). Fatalna sytuacja sprzętowa MW skłania do formułowania koncepcji tymczasowego przejęcia używanych jednostek nieco mniej wiekowych i/lub nowocześniejszych, niż posiadane, np. wycofanych australijskich fregat typu „Adelaide”, należących do tego samego typu, co eksploatowane obecnie w Polsce jednostki pozyskane niegdyś od Stanów Zjednoczonych, jednak głęboko zmodernizowanych. Pomysły te nie wydają się jednak trafiać na podatny grunt w resorcie. Wypada jeszcze wspomnieć o swoistym kuriozum, jakim jest wzbogacenie planu modernizacji MW o budowę serii małych okrętów rakietowych w latach 2027–30. Tymczasem klasa ta na całym świecie zanika z uwagi na niemożliwość zapewnienia skutecznej obrony przeciwlotniczej, małą dzielność morską i brak uniwersalności jednostek. Można mniemać, że chęć budowy takich okrętów wynika z zupełnie mechanicznej chęci zastąpienia jednostek typu „Orkan”.
Deklarowany przez kolejne kierownictwa resortu cel to lokowanie jak największej części zamówień w krajowym przemyśle zbrojeniowym. Zamówienia złożone w 2016 r. są niewątpliwe w jakiejś mierze realizacją tej obietnicy. Sama umowa na zakup modułów ogniowych Regina (których efektorami są haubicoarmaty Krab) ma wartość niemal 4,7 miliarda złotych. Aczkolwiek trzeba będzie odliczyć importowane elementy podwozi koreańskiej konstrukcji, których zastosowanie stało się konieczne w wyniku moralnego i technicznego zestarzenia się nośnika krajowego, w połączeniu z problemami jakościowymi. Dla radomskiej Fabryki Broni zamówienia na łączną kwotę niemal pół miliarda złotych stanowią mannę z nieba. Przy odpowiedniej polityce zarządu może to pozwolić na podjęcie starań w celu stania się światowym graczem, który nie jest zależny wyłącznie od rodzimego wojska. W przypadku innych producentów sytuacja będzie uzależniona od pomyślnego podpisania umów i wywalczenia istotnego udziału w realizacji programów. Podpisywane są wprawdzie, np. przy okazji programu „Wisła”, liczne porozumienia przemysłowe, należy jednak pamiętać, że do czasu rozstrzygnięcie postępowań mają one charakter wyłącznie deklaratywny. Przejęcie przez Polską Grupę Zbrojną dawnej Stoczni Szczecińskiej oraz Stoczni Marynarki Wojennej (formalnie w stanie upadłości i likwidacji) da być może okazję do przeprowadzenia sanacji państwowej części tego sektora – jak wspomniano wcześniej, dotychczas realizacja programów przebiegała źle i nie dawała powodów do optymizmu na przyszłość.
Z drugiej jednak strony, realizacja niektórych istotnych przedsięwzięć wyłącznie krajowymi siłami wygląda na porywanie się z motyką na słońce, szczególnie w sytuacji problemów w realizacji zadań o znacznie mniejszym zakresie, takich jak bezzałogowa wieża do bojowych wozów piechoty. Dotyczy to w szczególności programu, który powinien efektywnie doprowadzić do powstania nowego czołgu. Tu narzucającą się z uwagi na ogrom zadań formą jest współpraca międzynarodowa, a obiecujące deklaracje o ewentualnym dołączeniu do kooperacji niemiecko-francuskiej czy, być może, rozszerzenia współdziałania z potężnym koncernem Rheinmetall, nie wydają się mieć póki co ciągu dalszego. Rozwiał się także w praktyce miraż wyszehradzkiej współpracy przy bojowym wozie piechoty, intencje partnerów okazały się nie do pogodzenia. Nie udało się zrealizować również koncepcji współpracy z Norwegią przy budowie okrętów podwodnych, która miała w zamierzeniach zapewnić znaczne korzyści polskiemu przemysłowi – Norwegowie nie zamierzali czekać do greckich Kalend na naszych decydentów i samodzielnie dokonali zakupu. Do niepowodzeń należy zaliczyć też efekty programu śmigłowcowego – zarzucono jak się wydaje pomysł repolonizacji zakładów produkcyjnych sprzedanych podmiotom zagranicznym, co w praktyce wyklucza konsumpcję przemysłową przyszłej modernizacji lotnictwa.
Na zakończenie przeglądu warto wspomnieć o budzących emocje sprawach kadrowych, zahaczających o politykę. Do dymisji podało się w ostatnim okresie wielu wysokiej rangi oficerów, w tym Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych generał Mirosław Różański oraz szef Inspektoratu Uzbrojenia generał Adam Duda. Niewątpliwie ma to związek z problematycznymi koncepcjami kierownictwa MON. Jednym z obszarów są wspomniane wyżej kwestie zakupowe, takie jak osławiony przetarg śmigłowcowy, którego wynik anulowało nowe kierownictwo. Drugim jest samo funkcjonowanie wojska. Obok zagadnienia Wojsk Obrony Terytorialnej, spór dotyczy choćby decyzji resortu o przeniesieniu elementów 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej do podwarszawskiej Wesołej, kwestionowane z uwagi na zasadność operacyjną. Zaplecze jednostek, kluczowe dla odtwarzania gotowości bojowej jednej z najwartościowszych jednostek, znajdzie się tam w obszarze znacznie intensywniejszego potencjalnego oddziaływania przeciwnika, a nawet może znaleźć się na terenie zaskakującego wtargnięcia. Odchodzenie kluczowych dla wojska osób musi budzić niepokój, nawet jeżeli dotychczasowe ich dokonania budziły kontrowersje (jak w przypadku Inspektoratu Uzbrojenia). Ważne, aby wypełnianie wakatów dokonywało się według klucza kompetencyjnego, a nie politycznego czy też związanego z bezkrytyczną akceptacją wątpliwych nieraz decyzji kierownictwa politycznego.
Jan Przybylski
przez Cezary Miżejewski | poniedziałek 13 marca 2017 | opinie
Można popaść w depresję podczas lektury wywiadu z Pawłem Załęskim („Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego”) o roli sektora obywatelskiego w polityce, zwłaszcza w kontekście obecnej polityki rządu. Autorowi nie da się odmówić wielu trafnych spostrzeżeń. Istnieją jednak również pozytywne narracje, niekoniecznie oskarżające sektor pozarządowy o demontaż i prywatyzację państwa, a pokazujące jego duże możliwości w zakresie nowej wizji partnerstwa publiczno-społecznego, tworzącego nowy model społeczny.
NGO, czyli kto?
Oczywiście należy zacząć od zdefiniowania obszaru, o którym mówimy. Autor dokonuje zabiegu podziału organizacji obywatelskich na polityczne i niepolityczne. Ten drugi nurt nazywa dla rozróżnienia NGO-sami. Problem jednak w tym, że masowe ruchy polityczne, jak i związki zawodowe, organizacje pozarządowe, czyli fundacje i stowarzyszenia, to różne wersje tej samej aktywności obywatelskiej. I jakkolwiek byśmy na to nie patrzyli, to wszystkie one składają się na to, co czasem niesłusznie nazywa się „społeczeństwem obywatelskim”. Trudno zatem dowieść, że wpływ organizacji społecznych na zmiany polityczne był minimalny. Rola ruchu związkowego, komitetów obywatelskich „Solidarności” w okresie 1989-1990, rola Społecznego Komitetu na Rzecz Referendum w 1992 czy w obecnych czasach rola Rodziny Radia Maryja lub ruchów miejskich – jest tego klasycznym przykładem. Warto przypomnieć, że – zgodnie z danymi GUS – mamy ponad 160 tys. organizacji, z czego blisko 60 tys. to nierejestrowe organizacje przyparafialne, zaś klasycznych stowarzyszeń nie zajmujących się sportem, pożarnictwem, łowiectwem itd., jest zaledwie 35,5 tys. Dlatego też zabieg autora jest zafałszowaniem całej rzeczywistości, ujmując jego najbardziej medialny kawałek jako całą rzeczywistość. Oczywiście w porównaniu z większością krajów europejskich jesteśmy krajem o najniższym poziomie zrzeszania się obywateli, co jest po trosze smutnym dziedzictwem poprzedniego systemu.
Prawdą natomiast jest, że wśród tej wyróżnianej odrębnie grupy NGO apolityczność została wpisana jako podstawowa zasada tej grupy. Apolityczność ta jest oczywiście sztuczna, bowiem w istocie wpisywała się w funkcjonujący model demoliberalny, co zaowocowało dość wyraźną postawą w sporze politycznym, sprzyjającą bardziej linii reprezentowanej przez UD-UW-PD-PO niż jakiejkolwiek innej. Warto zwrócić uwagę, że z modernistycznych formacji ostatniego ćwierćwiecza tylko środowisko ludowców dbało w miarę dobrze o Ochotnicze Straże Pożarne (ok. 15 tys.), Ludowe Zrzeszenia Sportowe (ok. 8 tys.) czy Koła Gospodyń Wiejskich (ok. 1,2 tys.). Imputowanie natomiast przez autora, że stanowi to proces uwłaszczenia komunistycznej nomenklatury, jest jednak nieporozumieniem wynikającym z nieznajomości tych podmiotów. Działa tu wiele autentycznych, a często jedynych na obszarach wsi organizacji, które aktywizują nie tylko dorosłych, ale i wielu przedstawicieli młodzieży. Inaczej jest w przypadku organizacji, które można by przypisać do szeroko rozumianej lewicy. Pierwsze próby samoorganizacji, podejmowane w początkach lat 90. przez PPS, a potem Unię Pracy, m.in. organizacje lokatorskie czy bezrobotnych, rozpadły się, zaś SLD programowo nie uważało i nie uważa organizacji za partnera czy podstawę działań, sądząc, że „państwo załatwi wszystko”. Po drugiej stronie, oprócz potężnego Caritasu i wspomnianych ruchów parafialnych, zaczął się również formować blok organizacji „Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej”, który dwukrotnie zabrał już publicznie głos, w tym dość sensownie w sprawie ustawy o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Ideolodzy trzeciego sektora do dzisiaj poszukują świętego Graala, jakim jest wspólna reprezentacja organizacji obywatelskich, oraz wspólnego mianownika w kontrze do władzy publicznej. Niestety – a może raczej stety – trudno znaleźć wspólny mianownik dla organizacji myśliwych oraz organizacji przeciwników polowań. Podobnie z interesami PZPN i Uczniowskich Klubów Sportowych. Dlatego też patrzenie na obszar organizacji obywatelskich jako spójną całość pod względem politycznym jest dość trudne. Można natomiast patrzeć na ten obszar poprzez jego zachowania i funkcje, jakie pełni.
Pomiędzy publicznym a prywatnym
Dużo poważniejszym zarzutem stawianym przez Załęskiego jest natomiast teza o hybrydowym charakterze organizacji obywatelskich. Czyli, w uproszczeniu, o komercyjnym funkcjonowaniu za publiczne pieniądze. Co, z jednej strony, powoduje niedookreśloność działań, a z drugiej – demontaż funkcji państwa. To poważny zarzut i pewnie, w pierwszej z tych kwestii, niepozbawiony sensu. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, iż sytuacja ta wynika nie tylko z poczynań i światopoglądu ideologów trzeciego sektora, ale także z polityki państwa.
Ideolodzy sektora, wychowani na amerykańskich wzorcach, tak długo pielęgnowali kwestię odrębności od państwa (łącznie z adaptacją amerykańskiej nazwy organizacji pozarządowej: NGO), że wpadli we własną pułapkę. Polska nie jest krajem filantropii i filantropów, w którym możliwa jest autonomia finansowa organizacji. Biznes ma te działania w głębokim poważaniu i, zamiast wspierać istniejące organizacje, stworzył własne fundacje, które wspiera środkami publicznymi z 1% podatku PIT. Tym samym koncept na finansową i, co za tym idzie, pozarządową autonomię – spalił na panewce. Dziś zaledwie ok. 12% przychodów stowarzyszeń i fundacji pochodzi z darowizn i innych przekazanych środków finansowych, zaś ze zbiórek publicznych jest to 1%, a ze składek – 4% (GUS, „Sektor non-profit w 2014 r.”, 2016). Źródła publiczne to blisko połowa przychodów (46%). Ta sytuacja spowodowała wejście w działalność gospodarczą czy ekonomiczną w ramach działalności odpłatnej pożytku publicznego. Niektórzy niestety zatracili proporcje. I czasem nie wiem, czy takie organizacje takie jak np. Forum Rozwoju Demokracji Lokalnej – przy całym szacunku dla ich działań i rzetelności – są już biznesem, czy też nadal organizacją obywatelską. Zwracam uwagę, że np. we Włoszech organizacje nie mogą prowadzić działalności ekonomicznej, ale za to wolontariat finansowany jest przez fundację bankową – nie dobrowolnie, lecz na mocy zobowiązań nałożonych przez państwo. Zaś działalność gospodarczą prowadzą wyodrębnione spółdzielnie socjalne.
Unikanie państwa, wręcz niechęć lub zniechęcenie do brania współodpowiedzialności, z jednoczesnym korzystaniem ze środków publicznych, sprowadziło organizacje do roli podwykonawcy dla władz publicznych. Można im narzucić zarówno tematy, jak i kierunki działań, zmuszając organizacje do działania reaktywnego zarówno w zakresie merytorycznym, jak i warunków finansowych. System finansowania organizacji w Polsce, czyli ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, jest młodszym dzieckiem zamówień publicznych, dlatego wysublimowany system konkursów, preferujący źle pojętą „konkurencyjność”, zmusza do konkurowania również na poziomie zaniżonych stawek. To pokłosie syndromu „najniższej ceny” doprowadziło wiele przedsięwzięć na skraj absurdu, dokładając dodatkowo tzw. wkład własny, czyli zaniżone koszty wykonania zadania trzeba uzupełnić dodatkowo o 10-15% wkładu własnego ze składek czy innych źródeł. Największe szkody wprowadziło – silne w kulturze organizacyjnej – pojęcie „wspierania organizacji pozarządowych”, w które uwierzyły też same organizacje. Czyli realizacja zleconych zadań publicznych jest wspieraniem organizacji. Ale już zakup tej samej usługi od przedsiębiorcy jest po prostu zakupem od przedsiębiorcy. Organizacji robi się przysługę, w przypadku przedsiębiorcy kupuje się niezbędny produkt. Wspieranie dodatkowo zepchnięto do getta, ograniczając środki w budżecie przeciętnie do 1% wydatków jednostek samorządu terytorialnego. W przypadku kupowania usług u prywatnych przedsiębiorców nie ma natomiast żadnych limitów. Można zlecić co i ile się chce. Dopiero w 2017 roku wszedł w życie plan zamówień publicznych, który, jak warto zwrócić uwagę, nie obejmuje zakupów poniżej 126 tys. zł. Ta nierówność powoduje, że prawdziwy zakres zadań zlecanych przedsiębiorcom wielokrotnie przekracza to, co przeznacza się dla organizacji.
Usługi społeczne jako partnerstwo publiczno-społeczne
Jedną z tez Załęskiego jest próba obalenia mitu, że organizacje pozarządowe zajmują się pomocą biednym i potrzebującym wsparcia. Tymczasem – jak twierdzi – badania wskazują, że dotyczy to niewielkiego odsetka trzeciego sektora. Rzeczywistość jednak jest inna. Według GUS („Działalność organizacji non-profit w 2013 r.: Zarządzanie, współpraca i świadczenie usług społecznych”, 2016), sektor obywatelski obejmuje 95% sportu i rekreacji, 75% placówek integracji społeczno-zawodowej oraz 28% jednostek stacjonarnych pomocy społecznej. Ale warto zwrócić uwagę, że w przypadku placówek wsparcia dziennego aż co druga prowadzona jest przez organizacje, zaś w stacjonarnej pomocy społecznej – co trzecia. W edukacji jest to 10%, w silnie skomercjalizowanej ochronie zdrowia zaledwie 3%, ale już opiece pielęgnacyjnej 12%, a hospicyjnej aż 37%. Trudno uznać to za śladowe ilości, choć udział mógłby być dużo wyższy, gdyby inna była polityka publiczna w Polsce.
A kwestia tej polityki jest zasadniczej wagi. Polska stoi przed kluczowymi decyzjami odnoszącymi się do usług społecznych. Oprócz konieczności ich rozwoju, wynikającej zarówno z kwestii demograficznych (do 2030 r. liczba osób starszych wzrośnie z obecnych niemal 1,5 mln do ok. 2,2 mln), świadomościowych (np. w przypadku praw osób z niepełnosprawnością), polityki publicznej w zakresie rodziny, zwłaszcza rodzin z dziećmi itd., warto pamiętać, że podlegamy regułom Europejskiego Modelu Społecznego, który usługi społeczne w interesie ogólnym uważa za istotną cześć polityki społecznej UE.
Powstaje zatem pytanie, czy oprócz przemyślenia – co nieuniknione – systemu finansowania tych wszystkich elementów usług, KTO będzie je realizował i na jakich zasadach. Można polegać tu na dotychczasowym systemie outsourcingu usług w ramach nowego zarządzania publicznego, gdzie cena, a nie jakość stanowi podstawę realizacji zadań i gdzie dumping socjalny naruszający podstawowe przepisy prawa łączy się z drenażem zysku do właścicieli firm usługowych. Drugie pytanie, jakie należy sobie postawić, to pytanie o organizację działań. Czy ma być oparta wyłącznie na strukturach biurokratycznych, działające reaktywnie, czy też powinna być partnerska i oparta na potrzebach obywateli.
Jeżeli zatem zadajemy sobie pytanie, po co nam organizacje obywatelskie, to może warto myśleć o podejściu łączącym działania niekomercyjne ze współuczestnictwem obywateli i ich organizacji w procesie realizacji usług społecznych. Czy istnieje jakaś różnica? Organizacje oparte na swojej misji są zakorzenione w społeczności lokalnej, korzystają ze wsparcia społecznego, tworzą miejsca pracy dla ludzi, którzy są dziś oddaleni od rynku pracy. Przykładem są Warsztaty Terapii Zajęciowej, obejmujące dziś sieć prawie 700 placówek stworzonych z inicjatywy rodziców na rzecz swoich dzieci. Gdyby nie ich inicjatywa, państwo nie zrobiłoby tu wiele. Ludzie ci realizują działania obywatelskie, chcą tu – na terenie społeczności – pracować, żyć i mieszkać. Tu ich dzieci chodzą do przeszkoli i szkół, tu kupują w lokalnych sklepach. Ci ludzie zyskując podmiotowość w tym, co robią, aktywizują się w społeczności, odbudowują aktywność ekonomiczną i społeczną wspólnot samorządowych jako społecznie odpowiedzialnego terytorium. Tych samych wspólnot, które istnieją dziś tylko w formie biurokratycznych struktur realizujących to „co się opłaca”.
Jednak uzyskanie podmiotowości to nie tylko powiedzenie sobie, że usługi mogą realizować tylko lub przede wszystkim organizacje obywatelskie. Musi zostać zapewniona podmiotowość, czyli współuczestnictwo w planowaniu, realizacji i monitorowaniu tych działań. Muszą zostać zapewnione nowe rozwiązania umożliwiające nie konsultacje, ale partycypację w programowaniu. Powinny powstać nowe instrumenty koprodukcji usług, o których pisze m.in. dr hab. Dawid Sześciło, czy choćby partnerstwo w ich realizacji, czego nie zapewnił dotąd system prawny. Czy można zrobić to bez publicznych pieniędzy? Nie jest to możliwe. Sektor publiczny sam w sobie nie udźwignie rozmiaru tych obowiązków i nie pomoże tu żadna forsowna rekomunalizacja, bowiem nie chodzi tu o pozbywanie się zadań, które i tak pozostaną publiczne, lecz o sposób, zakres i metody ich realizacji. Samo finansowanie tych zadań przez sektor publiczny nie uzależnia, bo ktoś zawsze płaci. Ważne jest, w jaki sposób jest to przeprowadzane. Zauważył to już dawno Jeremy Rifkin w „Europejskim marzeniu”, porównując europejski i amerykański model organizacji obywatelskich.
Alternatywy są proste. Usługi zapewni przedsiębiorca komercyjny, którego celem jest jak największy zysk, albo władza publiczna, która musi spełniać wszystkie standardowe procedury – albo będą realizowane w sposób zindywidualizowany, empatyczny i uspołeczniony. Pieniądze są te same. Ale wynik prac może być różny.
Jaka polityka publiczna
Ta dyskusja odbywa się w kontekście projektu regulacji o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Nie chcę tu dyskutować o wszystkich aspektach tego pomysłu, bowiem kwestia wielowymiarowości sektora obywatelskiego jest bardziej skomplikowana. Organizacje to również działania wzajemnościowe, hobbystyczne, rzecznicze, strażnicze i spełniające jeszcze wiele innych funkcji, które klasyfikują naukowcy i które widzimy w bieżącej działalności.
Warto spojrzeć tu na aspekt usług omawiany powyżej. Ustawa w tej materii wiele nie rozwiąże. Jej zadaniem jest podniesienie rangi problematyki w wymiarze horyzontalnym, choć w istocie nie wynika z niej koordynacja działań rządowych. Możliwe jest tu jedynie stworzenie jednego lub kilku funduszy wspierających organizacje instytucjonalnie. Zapewne gdyby nie kontekst, w jakim się pojawiła ustawa (otoczka skandalu medialnej nagonki na organizacje), dyskusja byłaby o wiele bardziej spokojna. Bardziej ciekawe są rozważania grup eksperckich pełnomocnika rządu, które wskazują na potrzebę bardziej przyjaznego otoczenia prawnego, nowych pomysłów na finansowanie, działań o charakterze edukacyjnym. To ciekawe kierunki, ich propozycje nie są niepokojące, ale już sposób procedowania budzi niepokój. Czy oznacza to zmianę w polityce publicznej rządu? Na razie tylko w zakresie współuczestnictwa organizacji w procesie stanowienia norm, choć głównie nie polega to na ograniczeniu praw, ale na budowaniu narracji antywarszawskiej, co mogłoby oznaczać walkę z oligarchią sektora pozarządowego. Na razie nie przekłada się to na budowanie wsparcia dla organizacji lokalnych, zaś dotychczasowy Priorytet Funduszu Inicjatyw Obywatelskich finansujący małe granty dla małych młodych organizacji poprzez regranting – będący dziś jedyną formą wyrównywania szans – jest nadal zagrożony.
Nieco inaczej wyglądają prace Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w kontekście ekonomii społecznej, które to pojęcie obejmuje również organizacje obywatelskie. Nota bene aspekt ekonomii społecznej, podobnie jak kwestia wykluczenia społecznego, zostały wykreślony w trakcie konsultacji z projektu ustawy o NCRSO. W MRPiPS dyskutuje się o założeniach projektu ustawy kompleksowo regulującej sferę ekonomii społecznej, w tym zasady udziału podmiotów ekonomii społecznej w realizacji zadań publicznych, opisanej – co ważne – w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju z lutego br.
Tu pojawia się propozycja zintegrowanego programowania społecznego w gminach i powiatach, przy aktywnym współudziale organizacji obywatelskich. Pojawiają się nowe formuły upraszczające możliwość zlecania usług społecznych i tworzenia partnerstw. Pojawia się pomysł zastąpienia konkursów negocjacjami w zakresie jakości i stawek. Powierzania zadań, a nie wspierania, jak do tej pory. Być może to część obszaru, który powinniśmy zdefiniować jako ekonomię solidarną, łączącą realizację usług społecznych z integracją i zatrudnianiem osób zagrożonych wykluczeniem. To nowe, bardzo otwarte podejście partnerstwa publiczno-społecznego. I to się wydaje kierunkiem wartym dyskusji i wsparcia.
Dość naiwne wydają się oczekiwania Załęskiego, że odcięcie finansowania organizacjom zajmującym się np. wsparciem bezdomnych, stanie się najlepszą drogą do upolitycznienia tych organizacji i że w efekcie będą one walczyć z bezdomnością, zamiast korzystać z jej istnienia. To droga, którą państwo usiłuje stosować od dawna. Przerzucając choćby z administracji rządowej na samorządową zadania, bez dodatkowych środków (a nawet przy zmniejszonych) nie powoduje się zmiany, a jedynie zanik funkcji publicznych. Zniesienie dofinansowania domów dziecka nie spowoduje nagle powstania innych form pieczy zastępczej. Istotą nie jest bowiem likwidacja środków, bo postawa organizacji nie zależy od rodzaju środków, lecz od ich upodmiotowienia, aby współuczestniczyły w planowaniu zadań publicznych w sferze społecznej.
To współudział obywateli w polityce samorządowej może zmienić znacznie więcej, niż tylko protestujące organizacje. Nie neguję potrzeby istnienia społeczeństwa cywilnego, w którym świadomi swych praw obywatele mogą wiele zmienić, ale podstawą w obecnym zglobalizowanym świecie jest współuczestnictwo w działaniach, i takie działania są planowane. Oby tylko nie zabrakło woli do ich wprowadzenia.
Cezary Miżejewski
przez Marcin Janasik | wtorek 7 marca 2017 | opinie
Pozwolę sobie dorzucić trzy grosze do niedawnej polemiki między Piotrem Ikonowiczem z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej a Justyną Samolińską z partii Razem, odnosząc się do bardzo ważnej kwestii podniesionej przez tą ostatnią, a mianowicie skuteczności działania. Chodzi mi jednak nie o skuteczność organizacyjną, lecz polityczną.
Zacznijmy od truizmu – istotą partii politycznych jest dążenie do realizacji swojego programu poprzez przejęcie władzy czy choćby udział w jej sprawowaniu. Jaki jest więc ten błyskotliwy strategiczny plan działań, który ma do tego doprowadzić? Nawet jeśli partia Razem ściągnie na akcje wspomniane przez Samolińską 20-30 razy więcej ludzi niż Ikonowicz i pokaże te kilka tysięcy aktywistów na raz, to co z tego, jeśli nie przełoży się to na zmiany polityczne i gospodarcze zgodne z programem partii czy choćby mu bliskie? Rzeczywiście imponujący start osiągnięty dzięki entuzjazmowi aktywistów i poparciu neoliberalnych mediów z TVN i GW na czele, chcących tuż przed wyborami urwać PiS-owi kilka punktów procentowych z mobilnego elektoratu socjalno-antyestablishmentowego, może zostać łatwo zmarnowany i niestety obecny kierunek działania Razem (mam na myśli przede wszystkim konszachty z KOD-em, o czym za chwilę) do tego prowadzi. Żeby było jasne: przed ostatnimi wyborami zarekomendowaliśmy aktywistom i sympatykom naszych działań głosowanie, z braku sił antysystemowych, właśnie na Razem, PiS i (ostrożnie wybranych) kukizowców, czyli na ugrupowania antyoligarchiczne – zakładające możliwość istnienia „Systemu z ludzką twarzą”, wprawdzie posiadanego przez garstkę oligarchów łupiących ludzkość, ale płacących podatki i pozbawionych władzy politycznej. Bez podnoszenia tak ważnych dla całej planety i naszego gatunku kwestii jak abolicja zadłużeniowa, redystrybucja własności, antykonsumpcjonizm itp. Sukces Razem naprawdę zatem leży mi na sercu.
Fundamentalne pytanie do aktywistów tej partii brzmi: naprawdę liczycie w przewidywalnym horyzoncie czasowym, powiedzmy 7-11 lat, na zwycięstwo w wyborach i samodzielny rząd? W Polsce? Skoro nawet w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji się to nie udaje? Zrobicie więcej akcji niż Syriza? Stworzycie lepsze struktury niż Podemos? Jak przekonacie Polaków tymi samymi hasłami, które nie działają w bardziej lewicowych, progresywnych, wyemancypowanych społeczeństwach, nie mających spadku po realnym socjalizmie i w dodatku dotkniętych masowym bezrobociem młodzieży? Kolor flagi można zmienić na jakikolwiek, ale jak sprawicie, żeby wasi aktywiści byli bardziej zaangażowani, bardziej ofiarni, bardziej świadomi niż we wspomnianych krajach, tworząc ruch społeczny przekładający się na 30-40% poparcia wyborczego?
Bardzo ograniczone są możliwości masowego obudzenia ludzi wytresowanych (okaleczonych mentalnie w procesie socjalizacji) przez system do funkcji konsumpcyjno-produkcyjno-reprodukcyjnych trybików machiny do działalności obywatelskiej i pełni człowieczeństwa godnego naszej nazwy gatunkowej czy choćby tylko do kompulsywnego głosowania. Należałoby temu zagadnieniu poświęcić osobny tekst, traktujący też o świadomej konsumpcji, samoświadomości i przewartościowaniu celów życiowych narzucanych nam przez system na rzecz wolnego, wszechstronnego rozkwitu połączonego z uznaniem Sprawy za priorytet (nie tylko czasowy i finansowy, ale też edukacyjny). Czyli czemuś, na czym tak Ikonowicz, jak ja i wszyscy inni aktywiści antysystemowi i antyoligarchiczni połamali sobie zęby zarówno w Polsce, jak w innych krajach, a gryźliśmy przez lata, ile sił w szczękach i sercach. System okazał się póki co zbyt potężny i zbyt dobrze kontroluje ludzi mentalnie, co nie zmienia faktu, że dla sił antyoligarchicznych to warunek podstawowy do zwycięstwa niezależnie od form organizacyjnych, programów, liderów itd. Oczywiście wszystkie te trzy elementy muszą współgrać, żeby aktywistów… aktywizować do budzenia kolejnych – i koło się zamyka. Jeśli w tej sferze nie nastąpi przełom, a nic go nie zapowiada (w tym warunki społeczne raczej nie będą tak złe – czyli tak dobre – jak dajmy na to w Grecji), to wasi młodzi aktywiści zdążą skończyć studia, zacząć kariery, rozmnożyć się i odejść z przyczyn o wiele ważniejszych niż Sprawa, zanim nastąpi Wasz samodzielny rząd.
Potencjał Razem, bez większych zmian jakościowych na scenie politycznej, to 10, 15 czy – co już wydaje mi się mało realne – 20-25%. Tak czy siak, partia ta może liczyć tylko na koalicję lub wieczną opozycyjność. Jeśli odrzucimy to drugie jako działanie nieskuteczne (umieszczenie grupy posłów w sejmie czy radnych w samorządach samo w sobie pod kątem realizacji programu nic nie daje), rodzi się pytanie, z kim taka koalicja byłaby możliwa – z kim chce Razem współrządzić Polską?
Obecnie partia ta ma jeszcze mniejszą zdolność koalicyjną niż PiS, który zawsze w zanadrzu będzie miał przynajmniej część kukizowców, do czego oczywiście się nie pali ze względu na osobowość i poglądy ich lidera, oraz ewentualnie PSL jeśli partia ta straci instynkt samozachowawczy. A Razem? Właśnie Ikonowicza macie. I kilku trockistów. Garstkę feministek, gejów i Zielonych. Może trochę organizacji miejskich i NGO’sów. Z całą sympatią do wyżej wymienionych – jakoś tego rządu nie widzę. Realne opcje są tylko dwie: neoliberalne szKODniki (czyli PO/.N/SLD/palikociarnia i podobne środowiska pod jakimkolwiek szyldem) lub właśnie PiS. Nad opcją pierwszą litościwie spuszczę zasłonę milczenia. Mam nadzieję, że nikt w Razem nie bierze tego pod uwagę, tym bardziej jeśli krytykuje się Ikonowicza za zakończone przecież z hukiem konszachty z SLD sprzed kilkunastu lat.
PiS to de facto siły narodowowyzwoleńcze o zacięciu solidarystycznym. Owszem, antykomunistyczne i antylewicowe głównie w sensie symbolicznym i kulturowym, co przecież można zrozumieć ze względów historycznych. Polska jest obszarem o statusie półkolonii na drodze do niepodległości. Pełną niepodległość uzyska wyłącznie jeśli konflikt z międzynarodową finansjerą kontrolującą UE (wystarczy zerknąć choćby na listę płac Goldman Sachs) eskaluje, a PiS zacznie odcinać dreny łączące gospodarkę polską z rajami podatkowymi, korporacjami i instytucjami globalnych banksterów, odzyska kontrolę nad kluczowymi sektorami lub chociaż je spolonizuje kapitałowo, wprowadzi sprawiedliwą redystrybucję dochodów (pozostawiając niestety niesprawiedliwą strukturę własności) itd. Jest w tym chyba dla Razem strategicznym sojusznikiem?
Różnica między antyoligarchiczną, populistyczną, konserwatywną obyczajowo socjaldemokracją (mam na myśli aspekt społeczno-gospodarczy), jaką stał się PiS w ostatnich latach od czasu pogrzebania projektu PO-PiS-u i nastania ścisłego sojuszu z „Solidarnością” a antyoligarchiczną socjaldemokracją liberalną obyczajowo, czyli Razem, jest chyba jednak mniejsza, niż między tą ostatnią a neoliberałami z PO, .N, SLD? Stosunek PiS do pieniędzy publicznych i redystrybucji jest fundamentalnie różny od PO i Nowoczesnej głównie przez to, że pisowcy czują się autentycznie obrońcami i gospodarzami Polski, to dla nich święta misja, czują się odpowiedzialni za społeczeństwo i utożsamiają się raczej z tymi, którzy cierpią, niż z tymi, którzy ich od 28 lat łupią. Dla realizacji idei sprawiedliwości społecznej nie zawahają się sięgnąć do pieniędzy, z których Polska jest okradana, natomiast PO/Nowoczesna/SLD reprezentują moim zdaniem interesy tych, którzy kradną – od prywatyzacji/reprywatyzacji przez wyłudzenia VAT-u i wszystkie możliwe szwindle finansowe i przetargowe, lichwę i wyzysk, po niepłacenie podatków. Na fundamentalnym, moralnym i mentalnym poziomie środowiska Razem i PiS są bardzo podobne; pod kątem duchowym mają nieco inną wersję tego samego archetypu mesjańsko-prometejskiego, najważniejsze jednak, że to właśnie on im przyświeca.
Kto jak kto, ale lewica powinna chyba rozumieć wtórność nadbudowy kulturowej i pierwsza wyjść z drugorzędnych różnic dla dobra wspólnego, nawet jeśli jeszcze dziesięciu Giżyńskich będzie ją myliło ze stalinistami. Dla organizacji, której jeden z liderów nosi koszulkę z Marksem, powinno to być chyba jasne. Nawet jeśli Razem naprawdę przejmuje się Trybunałem Konstytucyjnym (zaangażowałem się przeciwko nowelizacji ustawy o zgromadzeniach, więc mogę to zrozumieć), to zawsze może zacząć takie akcje robić poza KOD-em. Jako, jak czytamy u Samolińskiej, liczna organizacja, nie będzie z tym miało problemu.
Warto przypomnieć nastrój panujący choćby w środowisku Klubów Gazety Polskiej i wśród części prawicowych publicystów po debacie przedwyborczej, aż do pierwszej akcji Razem pod sejmem w ekstremalnie ważnym dla PiS momencie. Razem było postrzegane jako grabarz SLD, nowa nadzieja na sensowny układ sceny politycznej, w której lewica to nie postkomuniści i neoliberałowie zblatowani z oligarchią polską i europejską. Jakkolwiek Kukiz na obecnej nieformalnej koalicji czy, jak kto woli, przychylnej opozycyjności wobec PiS może realnie stracić, to Razem, starannie wybierając różnice nie stanowiące dla PiS casus belli (jak choćby ustawa antyterrorystyczna, prawa kobiet, podatki dla najbogatszych, konopie, większa redystrybucja itp.) tak czy siak zgarnie wszystkich po lewej stronie sceny politycznej poza wymierającymi przecież resztkami elektoratu SLD i niedobitkami Palikota choćby przez swoją obecną i dającą się przewidzieć w najbliższej przyszłości bezalternatywność. Co oczywiste, myśląc o przyszłej koalicji, w żadnym wypadku nie należy się tak politykom PiS, jak i dziennikarzom i oddolnemu, „demonstracyjnemu” aktywowi partyjnemu kojarzyć z oligarchicznymi szKODnikami. Spacery w takim towarzystwie to działanie w przeciwnym kierunku. Równie dobrze Razem mogłoby wspierać „turystyczne” podróże Nocnych Wilków, albo zrobić jakąś wredną akcję w rocznicę Smoleńska czy aneksji Krymu. Różnić się można rzeczowo również z przyszłym sojusznikiem, a wroga można sobie zrobić z PiS-u bardzo łatwo, zwłaszcza jeśli się grzebie w ranach. To akurat zrozumiałe.
Jeżeli PiS zdobędzie znów samodzielną większość, to nie ma o czym mówić. Gdyby jednak w wyniku jakichś zawirowań czy kontrofensywy globalnej oligarchii lub kolejnego globalnego kryzysu PiS nie zdobył większości nawet z kukizowcami (choć środowisko to jest mentalnie bliższe PiS-owi niż Razem, to sam Kukiz na pewno będzie traktowany z wielką ostrożnością), to tylko taka koalicja ratowałaby Polskę od powrotu neoliberałów pod tym czy innym szyldem. PiS stałby się w długim okresie niezagrożoną partią władzy, lawirującą między skrzydłami, których nie ma sensu połykać – skrajna prawica jest zbyt obciążająca wizerunkowo, rdzenni kukizowcy niekontrolowalni, a lewica po prostu niestrawna. Być może taka koalicja mogłaby nawet zmienić Konstytucję w kluczowych dla obywateli sprawach jak referenda, bez których obligatoryjności nie można mówić tak naprawdę o demokracji, a co najwyżej o demokracji oligarchicznej (w której mamy jedynie prawo, by co 4 lata wybrać sobie nadzorców) czy urealnienie wolności ekonomiczno-życiowej przez wprowadzenie Minimalnego Dochodu Gwarantowanego. Może nawet udałoby się wykorzystać państwo do obudzenia społeczeństwa i masowej, mentalnej przemiany w coś bardziej… ludzkiego. Kto wie.
Popychanie, a nawet szarpanie PiS-u w dobrym kierunku mogłoby być historycznym sukcesem Razem jako mniejszościowego koalicjanta, daleko większym niż działalność Podemos, bo przekładającym się na konkretne ustawy i budżet państwa. Podgrzewanie nastrojów „roszczeniowych”, rozbudzenie apetytu na jeszcze większy, sprawiedliwy kawałek tortu przy referendalnym stole decyzyjnym, wspierałoby egalitarny, redystrybucyjny kierunek PiS i przysłużyłoby się pracującym i bezrobotnym Polakom bardziej niż spacery z ich wrogami. Ugruntowanie postaw solidarystycznych, przynajmniej pod kątem polsko-trybalistycznym, bo na masowe pogłębienie empatii i świadomości gatunkowej trzeba będzie jeszcze pewnie poczekać, przy odpowiedniej konstelacji długofalowo byłoby bardzo korzystne.
Oczywiście można utyskiwać na autocenzurę, kompromisowość, pragmatykę polityczną. Jako że jestem święcie przekonany, że można (i trzeba!) zmienić nie tylko Polskę, ale cały globalny system, nie będę nikogo oskarżał o utopijność czy idealizm. Rzecz w tym, że w formule partyjnej, tu i teraz, takie właśnie działanie będzie dla Razem strategiczne najkorzystniejsze. Z kolej powrót banksterskiej oligarchii reprezentowanej przez PO, .N, SLD i PSL jest największym zagrożeniem dla społeczeństwa polskiego, a już zwłaszcza dla najuboższych, bronionych przez lewicę warstw. Większym niż nowa patriotyczno-solidarystyczna oligarchia tworzona przez PiS, bo do tego rzeczywiście sprowadza się przejmowanie Polski przez to plemię bez urealniania demokracji. Umówmy się jednak, że tacy są z PiS-u faszyści, jak z Razem bolszewicy. Jedyną realną szansą dla Razem na realizowanie swojego programu w horyzoncie 7-11 lat jest udział w rządach tej solidarystycznej „alter-oligarchii” jako jej mniejszościowy składnik. Z jednym, dwoma, trzema ministerstwami, możliwością częściowej realizacji programu, kucia kadr, sprawdzania idei w praktyce. To naprawdę więcej niż można zrobić spacerując z KOD-em. Jest źle, ale miejmy nadzieję nie jest jeszcze za późno. Choćby po Ziobrze i Kurskim widać, że Jarosław Kaczyński może i nie zapomina, ale potrafi się wznieść ponad przeszłe konflikty, jeśli jest to dla niego użyteczne. Naprawdę warto już teraz zastanowić się nad przyszłością w kontekście skuteczności działania i przestać budować niepotrzebne mury, zwłaszcza że przy mentalności polskiej klasy politycznej ich zburzenie może być potem naprawdę trudne. Zawód polityka to także odpowiedzialność za ogół nawet kosztem schowania ego do kieszeni. Jeśli jest się „lewackim” politykiem – tym bardziej, tak mi się przynajmniej wydaje.
Marcin Janasik