przez Anna Mieszczanek | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W demokracji wielu rządzących troszczy się o swoje dobro. Politeia, to ustrój, w którym wielu rządzących troszczy się o prawdziwe dobro ogółu. Kiedy stary Arystoteles ze Stagiru (384-322), greckiej kolonii u wybrzeży Tracji, pisał tak w swojej Polityce, igrzyska olimpijskie ku czci Zeusa odbywały się co cztery lata już od trzech wieków. Na czas igrzysk zaprzestawano wojen, a w trwających konfliktach ogłaszano „święty rozejm” na 2 miesiące.
Kiedy baron Pierre de Coubertin – francuski historyk i pedagog, umierał w 1937 r. w Genewie, mógł być dumny, że zainicjował wznowienie międzynarodowej, sportowej rywalizacji. I pewnie szczęśliwy myślał o zaprojektowanej przez siebie olimpijskiej fladze, na której pięć kolorowych, splecionych ze sobą kół, symbolizujących poszczególne kontynenty, miało pokazywać zarazem różnorodność, jak i jedność ludzi zamieszkujących Ziemię.
Z inicjatywy barona, w roku 1896 przywrócono igrzyska olimpijskie. Coubertin uważał sport nie tylko za sposób okazywania czci bogom czy środek hartowania ciała, ale przede wszystkim za uniwersalną metodę wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju. Ale nie udało mu się zawrzeć w dokumentach komitetu olimpijskiego wymogu wstrzymywania wojen na czas igrzysk. Dlatego od 1896 r. Igrzyska nie odbyły się trzy razy: w roku 1916 z powodu I wojny światowej, w 1940 i 1944 z powodu kolejnej wojny światowej.
Kilka lat temu MKOL powierzył Chinom organizowanie Igrzysk. I dziś my, zwyczajni ludzie, próbujemy zjeść elegancko tę żabę, która jednak jadalna nie jest. Nasi przywódcy przekonują nas, że tak prosta decyzja jak bojkot olimpiady – np. przez kraje Unii Europejskiej – jest niemożliwa. Władze Chin ostrzegły bowiem, że w grę wchodzą losy wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem – jak podaje „Dziennik”, informując jednocześnie, że przynajmniej premier Tusk nie pojedzie na uroczystość otwarcia.
Wielomiliardowe kontrakty, duże pieniądze do zarobienia, dużo nowych rzeczy, które dzięki olimpiadzie w cieniu ginącej Lhassy my, konsumenci, będziemy mogli zakupić, gdy tylko reklamodawcy je nam zareklamują.
Żyję w demokracji – chcę w politei. Chcę mieć wpływ na dobro ogółu. I nie za bardzo mogę.
Owszem. Podpisałam mądry apel do premiera, sformułowany przez Krystynę Straczewską o powołanie, zgodnie z intencją Jego Świątobliwości Dalajlamy, międzynarodowej misji obserwacyjnej w sprawie łamania praw człowieka w Tybecie oraz międzynarodowej komisji, mediującej pomiędzy rządem Chin a przedstawicielami społeczności tybetańskiej.
Jak podpisywałam – było 600 podpisów. Kilka dni później – 40 tysięcy! Te podpisy zbierają do końca marca na stronie www.tybet2008.pl
Czy mogę coś jeszcze? Zanim zaleje mnie fala niepotrzebnych mi rzeczy z tych wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem? W zasadzie nie.
Chociaż? Hej, hej panie i panowie reklamodawcy, którzy – obsługując efekty wielomiliardowych kontraktów – w zasadzie rządzicie naszym światem. Jest jednak coś, co mogę i co zrobię.
Mogę wam publicznie obiecać, że nie obejrzę ani kawalątka żadnej transmisji z chińskiej olimpiady.
Ani otwarcia.
Ani zamknięcia.
Ani żadnej konkurencji.
Nie będę się zatem – nawet niechcący – wpatrywać w loga firm sponsorujących olimpiadę. Ani nawet przypadkiem na żadne logo nie spojrzę, zanim ręka z pilotem chciałaby mnie przenieść do innego kanału, kiedy będziecie się reklamować przed albo po transmisji. I będę się bardzo pilnować, żeby wyłączać wszelkie migawki z olimpiady w programach informacyjnych.
Nie. To nie będzie dziecinne zamykanie oczu i udawanie, że skoro nie patrzę – tego nie ma. Wiem, że to jest.
Ale chcę, żebyście wiedzieli, że świadomie zamykam oczy i odmawiam przyglądania się imprezie, która musi się odbyć tylko dlatego, że Wy musicie zarobić swoje wielkie pieniądze.
Ani stary Grek ze Stagiru ani francuski baron nie zaakceptowaliby Waszej postawy. Wiem to. Więc jeśli ktoś jeszcze chce odmówić udziału w reklamowym święcie, niech podpisze się pod prostym zdaniem:
Nie chcę uczestniczyć w takiej olimpiadzie i nie będę oglądać transmisji.
I już.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ten liberalny slogan jest bardzo popularny, ciesząc się – przynajmniej w teorii – uznaniem chyba wszystkich znaczących sił politycznych. To, że jest powszechnie nadużywany, a każda ekipa, która przejmie ster władzy, szybko rezygnuje z zapowiadanych oszczędności, nie stanowi przy tym wcale największego problemu. Wręcz przeciwnie – kwoty, jakie na swoje zachcianki przeznaczają z państwowej kasy jej aktualni „zarządcy”, to w skali całego budżetu mało znaczący drobiazg. Oczywiście zarówno slogan o tanim państwie, jak i lamenty o „horrendalnych wydatkach” z publicznego skarbca, cieszą się popularnością. Są użyteczne w jałowych pyskówkach polityków, przesłaniając ich miałkość oraz brak zaangażowania w problemy znacznie ważniejsze. Przydają się także różnym leniwym mędrkom, którzy przed telewizorami czy przy kieliszku pomstują na „onych” z rządu i sejmu, choć sami nigdy nie kiwnęli palcem w sprawach publicznych choćby na skalę małego miasteczka. Jeszcze bardziej w rozliczaniu z „taniego państwa” lubują się tabloidy – o, to prawdziwa woda na ich młyn: „Poseł X poleciał rządowym samolotem na prywatne spotkanie”, „Pani Y zamówiła dowóz wody mineralnej taksówką za pieniądze z urzędu”, „Asystent premiera zapłacił służbową kartą za schabowego” itp. Oburzajmy się!
W ten sposób omijamy sedno sprawy. Oczywiście, iż „grosz publiczny” należy oszczędzać, a apanaże posłów i rządowych biurokratów są na tyle wysokie, że za prywatne wydatki powinni płacić właśnie z nich, nie zaś z państwowej kasy. Oczywiście, iż bezczelność wielu „reprezentantów społeczeństwa” nie zna granic i uważają oni, że kampanie wyborcze służą oszukiwaniu głosujących frajerów, których kosztem można później przez kilka lat żyć wygodnie i beztrosko. Oczywiście, że w wielu instytucjach publicznych panuje nieróbstwo, prywata i kumoterstwo, że tworzy się dla krewnych i znajomych posady, które nie są związane z realną i niezbędną pracą, a na innych etatach pracują ludzie o wydajności niższej o połowę niż w przeciętnej firmie prywatnej. Ale na tym te oczywistości w kwestii „taniego państwa” się kończą.
Koniec owej wyliczanki oznacza, że jeśli odłożymy na bok wywody polityków i wrzask tabloidów, to niewiele zostanie z owej gadaniny o „tanim państwie”. Owszem, można i należy zaoszczędzić co nieco na nonszalanckich wydatkach klasy rządzącej. Warto również pozbyć się nierobów z instytucji publicznych. Należy też przemyśleć wiele budżetowych wydatków, bo niektóre z nich na pewno są pozbawione sensu. Czy te zmiany sprawią jednak, że otrzymamy w efekcie państwo naprawdę tanie?
Otóż nie. Z tego prostego powodu, że w Polsce na sporą część niepotrzebnych czy za dużych wydatków publicznych przypada znacznie większa ilość sfer niedofinansowanych, nierzadko drastycznie. Jeśli z urzędów i instytucji budżetowych zwolnimy leniuchów, którzy otrzymali te posady po znajomości, to na ich miejsce będziemy musieli przyjąć zapewne nieco mniej nowych, wydajnych osób, ale jednocześnie trudno oczekiwać, żeby osoby naprawdę pracowite i zaangażowane w swoje obowiązki zechciały na dłuższą metę zajmować stanowisko, na którym pensja u szczytu „kariery” dobija do 1500 zł. Pomijając rzadkie przypadki wielkiej pasji czy indywidualnych preferencji, większość takich osób przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do prywatnych firm, choćby dlatego, że zmusi je tzw. konieczność życiowa, czyli np. koszty wychowania dzieci, spłaty kredytu, chęć egzystencji na poziomie choć ciut wyższym niż wegetacja od wypłaty do wypłaty. Koniec końców, jeśli instytucje publiczne miałyby zacząć działać naprawdę sprawnie, to prawdopodobnie kwoty wydatkowane na ten cel należałoby raczej zwiększyć niż zmniejszyć w stosunku do obecnych.
Nad wizjami „taniego państwa” nie warto byłoby się poważnie zastanawiać, gdyby nie fakt, że mają one drugie dno. Jeśli przyjrzeć się temu, kto najczęściej je głosi i w jakim „otoczeniu” występuje ów termin, wtedy okazuje się, że sprawa jednak jest warta komentarza. Otóż orędownikami „tanich państw” są głównie środowiska wierzące w liberalne mity – mity nie tylko szkodliwe, ale i zupełnie pozbawione sensu, zwłaszcza w takich realiach technologiczno-gospodarczo-społecznych, jak obecne. Roztaczane przez nich wizje zbrodni tej miary, co prywatny przelot służbowym samolotem albo zapłacenie z rządowych funduszów za lunch, są typowym przykładem prymitywnego liberalnego populizmu, który chce nam obrzydzić samą instytucję państwa i jego funkcje. Tymczasem „tanie państwo” – to państwo słabe, niesprawne. Jeśli coś nam takie państwo zapewni, to nie tyle oszczędności – lub co najwyżej niewielkie – lecz regres cywilizacyjny i znaczne dodatkowe wydatki na takie usługi, które dotychczas miały status publicznych.
Jeśli przyjrzymy się rozwojowi nie tylko przez pryzmat wzrostu PKB, który jest miernikiem bardzo wybiórczym, to okaże się, że państwa sprawne, zapewniające swoim obywatelom wysoki materialny poziom życia oraz „niematerialną” jakość życia, to w zasadzie same „drogie państwa”. Czyli takie, które na obywateli, a przede wszystkim na prywatne firmy nakładały znaczne podatki oraz tworzyły rozbudowany aparat administracyjny do zadań związanych z wydatkowaniem tych pieniędzy. Jeśli zsumujemy takie zdobycze, jak wysoki poziom życia (czyli zamożność obywateli), jego upowszechnienie (żadna sztuka mieć najwięcej milionerów – sztuką jest najmniejsza liczba biedaków), wysokiej jakości podstawowe usługi (opieka zdrowotna, edukacja, mieszkalnictwo, zabezpieczenie na starość i w czasie choroby) oraz dbałość o kwestie pozamaterialne (kultywowanie tożsamości narodowej, wspieranie kultury wysokiej, zachowanie zabytków, ochrona środowiska, stabilizacja życiowa i ład społeczny), to okaże się, że w największym stopniu są one pospołu zapewniane przez „drogie państwa”.
Niemcy, Francja, Kanada, Japonia, Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia, Holandia, w nieco mniejszym stopniu Włochy, Hiszpania i kilka innych krajów – to „państwa drogie”, a jednocześnie oferujące swoim obywatelom najwyższą jakość życia, gdy bierzemy pod uwagę powszechną zamożność oraz niematerialne aspekty egzystencji. Nawet rzekome wyjątki – bardziej liberalne Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – nie są żadnymi wyjątkami. Spora część dobrobytu tych krajów i ich stabilizacji społecznej to w ciągu ostatniego wieku efekt keynesowskich strategii, zapoczątkowanych przez New Deal Roosevelta oraz programu reform socjalnych Beveridge’a, kontynuowanych przez Partię Pracy. Rozwój społeczny i gospodarczy USA i Wielkiej Brytanii bazował przez około 40 lat (od mniej więcej połowy lat 30. do połowy lat 70.) na rozwiązaniach nie mających nic wspólnego z „tanim państwem”. A i dziś, po szaleństwach reaganomiki i thatcheryzmu, pomału, lecz stale rehabilituje się tam udział instytucji publicznych w oferowaniu obywatelom wielu niezbędnych dóbr i usług, niezbyt dostępnych na wolnym rynku mimo zaoszczędzenia kilku funtów czy dolarów przez tzw. podatników.
Rozbudowane, aktywne struktury państwa nie są, jak czasem próbują przekonywać krytycy etatyzmu, swego rodzaju fanaberią zamożnych krajów, które lekkomyślnie postanowiły „przejeść” bogactwo, gromadzone przez wiele lat. Jest dokładnie odwrotnie – przykład wszystkich czterech krajów skandynawskich pokazuje, że wprowadzenie „drogiego państwa” pozwoliło ubogim, marginalnym, w znacznej mierze chłopskim narodom na błyskawiczne, trwające zaledwie kilka dekad, dogonienie największych potęg ekonomicznych, a następnie przegonienie ich. Trudno byłoby natomiast znaleźć kraj, który tak wysoki poziom życia zapewnił w tak krótkim czasie ogółowi swoich mieszkańców dzięki „taniemu państwu”. Nawet chętnie przywoływana przy tej okazji Irlandia nie jest „tanim państwem”. Stosunkowo niskim podatkom towarzyszy tam wiele form ingerencji w stosunki ekonomiczne i społeczne, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć. Wystarczy porównać, jak niekorzystnie na irlandzkim tle wypada nasz system pomocy społecznej dla osób wykluczonych z rynku pracy albo ochrona praw pracowników najemnych, by między bajki włożyć opowieści o „irlandzkim liberalnym cudzie gospodarczym”. Jeśli Irlandczycy coś zawdzięczają liberalizmowi, to tylko tyle, że ominęli mielizny najbardziej topornych, nieefektywnych i przestarzałych form etatyzmu i „socjalu”.
Za agitacją na rzecz „taniego państwa” kryje się dążenie liberalnego lobby do stworzenia państwa, owszem, taniego, lecz dla najzamożniejszej części społeczeństwa. To znaczy takiego, w którym finansowa oligarchia będzie w niewielkim stopniu zasilała budżet i partycypowała w zagwarantowaniu reszcie społeczeństwa przyzwoitych usług publicznych. Oczywiście z punktu widzenia osób zamożnych jest to racjonalne posunięcie – całe te wywody o „kosztownym państwie”, „niewydolnej biurokracji”, „rozdętych wydatkach budżetowych” itp., mają na celu zohydzenie państwa jako takiego. Wówczas oni sami będą płacili znacznie mniejsze podatki, a koszty funkcjonowania państwa zostaną w jeszcze większym stopniu przerzucone na niezamożnych. W dodatku, za te usługi, które zapewnia lub mogłoby zapewniać – przy zmianie dotychczasowej polityki – państwo, trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni podmiotom należącym do najbogatszych.
Powstaje zatem pytanie, czy nam – zwykłym ludziom – opłaca się „tanie państwo”. Czyli takie, które nie zdoła sfinansować swoim obywatelom porządnej jakości plomb dentystycznych, o leczeniu poważniejszych schorzeń nie wspominając, nie zapewni im edukacji na przyzwoitym poziomie, mieszkania każe nabywać po horrendalnych cenach na 40-letnie, mordercze kredyty oraz zmusi wszystkich do zakupu samochodu, bo kolejowe i tramwajowe szyny rozlecą się ze starości, uniemożliwiając korzystanie z takich środków lokomocji. To „tanie państwo” będzie oczywiście miało wystarczająco dużo środków na finansowanie wojskowych „misji stabilizacyjnych” na drugim końcu świata, na policję pilnującą dziesięciu procent jaśnie państwa przed „motłochem”, na wydatkowanie miliardów złotych na autostrady, którymi tiry wielkich firm będą woziły produkty jeszcze większych koncernów – bo redukcji akurat tych wydatków nie przewiduje przecież żadna z wizji „taniego państwa”. Oszczędzać można przecież na dożywianiu ubogich dzieci, na komunikacji publicznej, na leczeniu, oświacie…
Wybór między „tanim państwem” a „drogim państwem” oznacza wybór między naśladowaniem Brazylii lub Finlandii. Czyli między krajem ogromnego rozwarstwienia społecznego, bezkarnej oligarchii finansowej, wyalienowanej klasy politycznej, wysokiej przestępczości, dużych obszarów biedy, a krajem ze ścisłej cywilizacyjnej czołówki: znakomitej edukacji, przyzwoitej służby zdrowia, egalitaryzmu społecznego przy zapewnieniu znacznego stopnia zamożności, bezpieczeństwa i ładu społecznego, sprawnych instytucji publicznych i rozwiniętych mechanizmów wpływu obywateli na decyzje władz.
Oczywiście nie mam na myśli tego, że Polska zamieni się w kraj slumsów-faveli, narkotykowych gangów i policji strzelającej do demonstracji niezadowolonego społeczeństwa. Na pewno jednak przy wprowadzaniu rozwiązań spod znaku „taniego państwa” nie uda się nam ani dogonić w rozwoju żadnego z „drogich państw”, ani nawet zapewnić ogółowi społeczeństwa takich warunków życia, w których strach przed utratą pracy, chorobą czy egzekucją niespłaconego długu nie paraliżuje wszelkiej aktywności wykraczającej poza wyścig szczurów. „Drogie państwo”, choć przy niedostatecznej społecznej kontroli nabiera z czasem pewnych wad, m.in. w postaci nadmiernej biurokracji czy marnotrawstwa, to państwo przyjazne obywatelom, oferujące stabilizację i pozwalające na wyrwanie się z kieratu notorycznej harówki. „Tanie państwo” to iście arystokratyczne przywileje garstki zamożnych oraz spychanie całej reszty społeczeństwa do roli pariasów.
Jest to tym bardziej widoczne właśnie w takich czasach, jak nasze, gdy wiele z dotychczasowych „naturalnych” ograniczeń i gwarancji, związanych z silnym państwem narodowym i „zakotwiczeniem” kapitału, zostało zmiecionych przez mechanizmy i realia globalizacji i konkurencji na światowym rynku. W czasach, gdy niespotykana potęga finansowa oraz technologiczna (choćby najnowsze lekarstwa albo techniki manipulacji genetycznych) znalazły się w rękach prywatnych koncernów, nie poddanych społecznej kontroli. W czasach, gdy coraz bardziej kruszą się tradycyjne formy życia, jak rodzina, społeczność lokalna czy zbiorowość religijna.
Liberałowie lubują się w opowiastkach o tym, że omnipotentne państwo i jego straszliwi biurokraci sprawili, iż ludzie są bezradni, niesamodzielni, pozbawieni inicjatywy – i że tylko wolny rynek może im pomóc stanąć znów na nogach i wziąć w ręce ster własnego życia. Są to bajki dla naiwnych. Bezradność człowieka wynika przede wszystkim z liberalnego kultu egoistycznego indywidualizmu, przy jednoczesnym rozbiciu przez przeobrażenia gospodarcze i technologiczne tego społecznego „otoczenia”, w którym do niedawna funkcjonowała większość ludzi. Liberalne gawędy o XIX-wiecznym kapitalizmie zawierają obraz sytuacji, w której państwu niezbyt, czy wręcz minimalnie rozbudowanemu towarzyszyła indywidualna aktywność. Nie wspominają jednak o tym, że ówczesne społeczeństwo nie było zbiorem zatomizowanych jednostek, lecz zbiorowością pełną „mikroelementów” w postaci rodzin, sąsiedztw, społeczności lokalnych i religijnych, organizacji zawodowych itp. To właśnie one w znacznej mierze kompensowały skutki wolnego rynku, dając człowiekowi oparcie w szerszym kręgu wsparcia i współpracy.
Dziś jednak to wszystko istnieje w formie szczątkowej – nie dlatego, że państwo tak bardzo ingerowało w życie społeczne, iż zniszczyło owe pośrednie struktury. To głównie promowane przez rynek rozwiązania organizacyjne i technologiczne oraz wzorce kulturowe i styl życia sprawiły, że człowiek stał się monadą, dryfującą samotnie wśród milionów podobnych sobie, nawiązując nietrwałe relacje, które zrywa pod byle pretekstem lub z powodu rozmaitych konieczności (choćby w efekcie wychwalanej przez liberałów „mobilności społecznej”). Nie ma sensu roztkliwiać się nad światem, który odszedł, nic nie pomogą lamenty nad „starymi dobrymi czasami”. Ale warto mieć świadomość, że na placu boju zostały tylko dwa silne podmioty – wielki i coraz bardziej wszechogarniający Rynek oraz kurczące się, nadwerężone, lecz wciąż silne i całkiem sprawne państwo (czy też związki państw, jak np. Unia Europejska).
„Tanie państwo” oznacza więc, że jednostka zostanie pozostawiona bez żadnej pomocy i wydana na pastwę potężnych struktur Kapitału. „Drogie państwo” oznacza, że owszem, czasem zezłości nas leniwy biurokrata lub wścibski Urząd Skarbowy – ale jednocześnie nie będziemy na tym świecie sami, lecz zyskamy oparcie w Państwie, które temuż Kapitałowi może nałożyć kaganiec.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rok temu, może nieco później, zrobiono na mojej ulicy nowy chodnik. Położono nową kostkę brukową, podwyższono krawężnik, kanaliki ściekowe zabezpieczono specjalną blachą, która dzięki równomiernie umieszczonym otworom zapobiegała gromadzeniu się wody na powierzchni chodnika. Chodziło się po tym chodniku elegancko i w poczuciu cywilizacyjnego awansu całej okolicy. Choć słowo „chodziło” niezbyt wiernie oddaje sytuację. Częściej się przemykało, i nadal przemyka, bo większość chodnika zwyczajowo zawłaszczają dla siebie kierowcy samochodów, czy to osobowych, czy dostawczych. Tuż obok mnie w ubiegłej kadencji regularnie parkował pewien senator i jego petenci. Bynajmniej, nie poczytuję sobie tego za powód do dumy.
Po jakimś czasie zauważyłem, że w miejscu, gdzie parkują cięższe wozy, chodnik się kruszy, a blaszane zabezpieczenia bądź powypadały i zniknęły, bądź uległy daleko idącym odkształceniom. Z czasem się z tym oswoiłem: śliczny chodnik w szybkim tempie poszarzał i spowszedniał, w czym zapewne pomogły mu mniej lub bardziej „wypasione” dwuślady. Kilka dni temu, wracając do domu spostrzegłem, że blaszane zabezpieczenia zniknęły – na ich miejsce położono rury odpływowe i całość zamurowano. Mniej to estetyczne, ale pewnie bardziej funkcjonalne. Rozwiązanie na miarę Rzeczpospolitej byle jakiej.
W tym miejscu ktoś powie, że dobrze się stało, że to bardziej pragmatyczne i dłużej wytrzyma pod naporem aut. Zgoda. W ogóle uważam, że z estetyką w przestrzeni publicznej nie należy w Polsce przesadzać (i jak się zdaje, większość ma w tej opinii podobne zdanie). Przystanki tramwajowe i autobusowe powinny być wykonane z blachy zbrojonej albo żelbetonu (bo i tak zaraz ktoś je zniszczy); to samo winno dotyczyć środków komunikacji masowej – prosto, solidnie, przaśnie. Bez zbędnych fanaberii dla plebsu, który i tak tego nie doceni. To samo w państwowych urzędach. Ślicznie i higienicznie to może być na strzeżonych osiedlach, w inteligentnych wieżowcach i wnętrzach limuzyn. Chamstwo, niestety (piszę to pół żartem, choć i z gorzkim poczuciem prawdy tych słów) nie zasłużyło na poczucie ładu i piękna wokół siebie. W ogóle, „przestrzeń publiczna” to jak się zdaje dla wielu jakiś przesąd. Ładnie i czysto to może (choć nie musi) być w domu. Na ulicy wolno nam wszystko i za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Ani za swoje psy, które – proszę wybaczyć – srają gdzie popadnie, ani za stosy walających się wokół koszy ulotek reklamowych, ani za butelki przy drogach, ani za wszechobecne pety.
Rzeczpospolita byle jaka to istne terytorium tragikomedii. Bywa komiczna, gdy zalany w sztok pasażer pociągu usiłuje podać konduktorowi bilet, u stóp przetacza mu się butelka wódki (kupiona w tymże dalekobieżnym pociągu), a przedstawiciel instytucji państwowej udaje, że nic nie widzi i nic nie czuje. Jest tragiczna, gdy na warszawskim moście zdarza się tragedia, bo zmotoryzowane święte krowy rozwijały tam prędkość 200 km/h. Skąd się biorą takie święte krowy? To proste: ileż razy oglądaliście w TV rodzime sławy różnego kalibru, opowiadające o tym, jak to przekraczały prędkość w swoich samochodach i zatrzymała je policja… Co było dalej? Wszystko wyjaśnia puszczone do nas z ekranu oko. Rzeczpospolita byle jaka nie szanuje praw. Żadnych. Nie liczy się z ludźmi, chyba że mogą przynieść jej korzyść lub się ich boi, albo dla jakichś przyczyn podziwia. Ale wszystko to ostatecznie gra pozorów, obliczona na krótko.
Dlatego muszą – na nieszczęście wielu – zastępować ją ostatecznie prawa natury. One powodują, że niszczeje niedawno położony chodnik i one sprawiają, że ludzie mają kogo przedwcześnie odwiedzać na cmentarzach. Nie mają względu na nic: ani na tych, co męczą się z rzeczywistością, cierpią lub giną, bo zawinili, ani na tych, co się męczą, cierpią i giną, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie w tym pięknym kraju, nazwanym przeze mnie Rzeczpospolitą byle jaką. Jej barwy to wszechogarniająca szarzyzna, w jej godle zwykły, uliczny brud, a hymnem siarczyste przekleństwa. Rzeczpospolita byle jaka niewiele bowiem odróżnia się od stanu natury, tyle że tej natury zdeprawowanej przez człowieka, w której nie ma już nic z sielskości. Bliżej jej do natury wielkiego śmietniska, na którym najlepiej żyje się szczurom. A kto jest obywatelem Rzeczpospolitej byle jakiej? Zbyt często, niestety, my wszyscy.
przez Anna Mieszczanek | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Ogólnopolski Związek Zawodowy Miast i Wsi „Rybnik 90” wygrywa przetargi na pranie górniczych ubrań. Są konkurencyjni – piorą za połowę tego, co chcą inni.
„Jak to możliwe? Rybnik 90 nie zatrudnia pracowników na etat. Po wygraniu przetargu – już w 13 kopalniach – dotychczasowi pracownicy pralni mają do wyboru: albo wstępują do związku, podpisują umowę, że pracują jako wolontariusze i idą na bezrobocie, albo wylatują z roboty. Wolontariusze dostają wtedy z pośredniaków zasiłek – w zależności od miast 450-550 zł – a związek nie musi płacić za nich składek do ZUS-u. Dodatkowo Rybnik 90 obiecuje wolontariuszom, że co miesiąc da im co najmniej 500 zł zapomogi. – Zapomoga nas przekonała, bo razem z »kuroniówką« dostajemy tyle, ile byłoby na umowie o pracę – przyznają nam związkowcy, którzy zgodzili się na taki układ. Proszą o anonimowość ,bo boją się stracić pracę”.
Przez związek przewinęło się 200 takich wolontariuszy.
Kierownictwo kopalń jest zadowolone. Inspektorat Pracy w Katowicach uważa, że „związek nie powinien podpisywać z członkami umów o wolontariacie. Można je bowiem zawierać tylko w przypadku pracy na rzecz instytucji użyteczności publicznej, jak np. hospicjum czy szpital. – Działanie związku jest więc nie tylko nieetyczne, ale też niezgodne z przepisami”. Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach przypomina, że „jeżeli wypłacane wolontariuszom zapomogi są opodatkowane, to nie powinni oni zostać zarejestrowani jako bezrobotni”. Prokuratura w Rybniku sprawę bada, a szef doradców premiera i były minister pracy i polityki socjalnej, Michał Boni, rzecz całą komentuje jednym zdaniem: „takie działanie związku to granda i jest ono nieuczciwe”.
Pewnie jest.
Nieuczciwe jest jednak i to, że państwo ustala wysokość zasiłku dla bezrobotnych na poziomie 450-500 złotych i zabrania ludziom, którzy dostają ten zasiłek, podejmowania jakiejkolwiek pracy – pod groźbą odebrania zasiłku. Gdyby zasiłek wynosił – powiedzmy – dwa tysiące, ok, rozumiałabym zakaz zarabiania. Ale to nie są dwa tysiące.
Za 450-500 złotych przeżyć się, w zasadzie, nie da. Państwo, czyli posłowie uchwalający w ustawie taki a nie inny mechanizm wyliczania zasiłku – musi to wiedzieć. Ale zachowuje się jak klasyczny monopolista. Dyktują warunki, z którymi nie ma jak dyskutować.
Jaką funkcję pełni w takiej postaci zasiłek? Uspokaja sumienie posłów, którym może się wydawać, że załatwili sprawę.
Nie załatwili. Stworzyli pułapkę. Weźmiesz 450 złotych – nie wolno ci zarobić jakkolwiek. Jak zarobisz – stracisz zasiłek. Że dalej nie będziesz miał pracy, bo zarobiłeś tylko na jakimś zleceniu – nas to nie obchodzi. Masz być posłuszny. A jak nie będziesz – wylatujesz z systemu.
Co by się stało, gdyby przepisy pozwalały osobie dostającej zasiłek legalnie zarabiać, jeśli na przykład zdarza się okazja? Szef związku zawodowego z pewnością nie kombinowałby z podpisywaniem umów wolontariackich i z udzielaniem fikcyjnych zapomóg, które są tylko inną formą wynagrodzenia za pracę.
Wiem, są dyżurne badania, z których wynika, że ci źli i nieuczciwi obywatele zawsze będą się starali oszukać państwo i pomoc społeczną. Badania pokazują, że zwykle jest takich nieuczciwych około 5 procent. I to jest traktowane jako powód do traktowania pozostałych 95 procent jak potencjalnych oszustów. No a rzeczywistość działa wedle zasady samosprawdzających się przepowiedni. Krok po kroku i wszyscy są już oszustami.
Zapewne 5 procent wolontariuszy z tej związkowej pralni czuje się świetnie wiedząc, że oszukało system opieki społecznej. Ale zapewne pozostałe 95 procent wolontariuszy, odbierając swoją zapomogę, czuje się źle. Wiedzą, że proceder, w którym biorą udział, nie jest uczciwy. Mają jednak mało komfortowy wybór: być uczciwym za 450 złotych lub nieuczciwym za dwa razy więcej.
Umówmy się: tysiąc złotych miesięcznie to nie są pieniądze, które by satysfakcjonowały jakiegokolwiek posła.
Jeśli 95 procent wolontariuszy pralni poświęca dla takich pieniędzy własne poczucie komfortu, jaki daje uczciwość, to znaczy, że ci ludzie nie znajdują innego sposobu na to, żeby jakoś przeżyć.
Na szczęście, na szczęście, mamy unijne programy inwestowania w kapitał ludzki i zarządzania grupami zagrożonymi marginalizacją. Mnożą się nam jak grzyby po deszczu dobre praktyki w tej sprawie, które są przedmiotem licznych konferencji w ładnych wnętrzach. Z ledwie co założonych spółdzielni socjalnych i wsi tematycznych powstają już doktoraty i habilitacje na poważnych uczelniach. Rosną nowe strony internetowe i odbywają się szkolenia dla dziennikarzy, którzy będą opisywać świetlaną przyszłość dawnych bezrobotnych. Przewodniczącego związku Rybnik weźmie w swoje łapki prokuratura, proceder się ukróci i będzie dobrze.
Ja bym tego człowieka poprosiła raczej o ekspertyzę na temat radzenia sobie w permanentnej sytuacji kryzysowej.
No ale ja tu tylko sprzątam.
*http://www.gazetawyborcza.pl:80/1,75248,4970630.html?nltxx=2015058&nltdt=2008-02-28-06-06
przez Remigiusz Okraska | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
W debacie wokół książki „Strach” J. T. Grossa, niejako mimochodem pojawił się pewien bardzo istotny wątek, który oczywiście przeszedł niemal niezauważony przez tzw. opinię publiczną. Prof. Andrzej Friszke, pisząc w „Gazecie Wyborczej” o krytykach Grossa (głównie o Marku Janie Chodakiewiczu i jego książce „Po Zagładzie”), poświęcił część artykułu takiej kwestii: „Warto zwrócić uwagę na czarno-biały obraz politycznego podziału społeczeństwa, jaki wyłania się z pracy Chodakiewicza, a także publikacji wielu innych autorów związanych z IPN. Po jednej stronie są rządzący komuniści, po drugiej – antykomunistyczni partyzanci /…/. W tej perspektywie nie istnieje Polskie Stronnictwo Ludowe – milionowa partia, która dźwigała główny ciężar oporu wobec komunistycznej dyktatury. /…/ IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej” (cały artykuł tutaj).
Na taką opinię zareagował rzecznik IPN-u, Andrzej Arseniuk, pisząc m.in.: „Historyk Andrzej Friszke na łamach »Gazety Wyborczej«, kontynuując dyskusję wokół książki Jana T. Grossa (»Gross i chłopcy narodowcy« 23-24.02.2008 r.), napisał, iż »IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej«, koncentrując się rzekomo na historii Narodowych Sił Zbrojnych. Jest to twierdzenie nieprawdziwe, niekompetentne i zaskakujące jak na byłego członka Kolegium IPN, za którego kadencji ukazały się dwa tomy materiałów konferencyjnych »Represje wobec wsi i ruchu ludowego« czy prace regionalne, jak »Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim«” (całe oświadczenie tutaj)
Życie pisze doprawdy dziwne scenariusze. Na przykład taki, że oto muszę stanąć po stronie „Gazety Wyborczej”, czy raczej tekstu opublikowanego na jej łamach. Dzieje się tak pomimo iż przez wiele osób jestem traktowany jako „zoologiczny antymichnikowiec”. Sama „Gazeta” raczyła poświęcić mi przeczytany przez kilkaset tysięcy osób tekst, mówiący, że jestem groźnym faszystą – takim, jakimi ten dziennik lubi straszyć swoich czytelników, a więc kimś, kto mniej więcej co trzy dni zjada liberalne niemowlę na drugie śniadanko.
W dodatku muszę zająć stanowisko krytyczne wobec IPN-u, a zatem, chcąc nie chcąc, przyłączyć się do przodującej w atakach na tę instytucję sitwy „okrągłostołowej” i postkomunistów. I znów robię to, mimo iż przez ładny kawałek czasu krytykowałem (i krytykuję nadal) te środowiska polityczne, które przy „okrągłym stole” dogadały się, jak rządzić Polską – a efekty tychże rządów uważam za scenariusz dla Polski chyba najgorszy z możliwych, zarówno w aspekcie gospodarczym, jak i kulturowym i politycznym. Robię tak również pomimo tego, że postkomuniści potraktowali mnie podobnie jak „Wyborcza” – ich główny dziś organ, tygodnik „NIE”, będący wyrazicielem opinii środowiska esbecko-szmaciakowatego, redagowany przez rzecznika prasowego zbrodniczej junty gen. Jaruzelskiego, również zaprezentował mnie w całkiem sporym nakładzie jako – jakżeby inaczej – groźnego faszystę. Tak, w stylu tych, którzy co trzeci dzień zjadają na drugie śniadanie rumianego, PRL-owskiego emeryta.
Te wszystkie daleko idące różnice między mną a redaktorami szmatławców traktujących IPN jako jednego z czołowych wrogów, nie zmieniają smutnego faktu – w tym konkretnym sporze rację ma prof. Friszke. Ale zabieram głos nie dlatego, że owa wymiana zarzutów między Friszke a IPN-em jest szczególnie ważna. Bo sama w sobie nie jest. Istotna jest natomiast kwestia, która pojawia się niejako w tle sporu. Tą kwestią jest sposób prezentowania niedawnej historii przez IPN oraz sympatyzujących z nim polityków, dziennikarzy i inne osoby publiczne, kształtujące świadomość Polaków.
We wspomnianym sporze prof. Friszke ma rację na poziomie elementarnych faktów. Argumenty rzecznika IPN-u można włożyć między bajki. Tak się szczęśliwie składa, że mam na półce wspomniane przezeń książki, mające jakoby dotyczyć „historii PSL-u w latach 40-tych”. I wystarczy je przekartkować, by dowiedzieć się, że pan rzecznik, delikatnie mówiąc, nagina fakty. Książka pt. „Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim” niemal w ogóle nie odnosi się do PSL-u, z tego prostego powodu, że gdy rozpoczęto kolektywizację wsi w Polsce, PSL jako niezależna partia, opozycyjna wobec Sowietów i ich lokalnych namiestników – już w zasadzie nie istniał. Dwa tomy materiałów konferencyjnych pt. „Represje wobec wsi i ruchu ludowego” też trudno uznać za spełniające postulat prof. Friszke – tom II obejmuje lata 1956-1989, zatem niemal w ogóle nie dotyczy lat 40-tych. Tom I z kolei, owszem, zawiera kilka tekstów na wspomniany temat – ale to zaledwie około 2/3 zawartości książki liczącej niewiele ponad 300 stron. Po pierwsze zatem, Friszke ma rację – IPN nie opublikował ani jednej książki poświęconej w całości historii PSL-u w latach 40-tych. Po drugie – opublikowane przez IPN materiały na ów temat (w kilku różnych książkach i Biuletynie IPN), nie są nawet wstępem do poważnego i wyczerpującego omówienia tematu, stanowiąc zaledwie drobny przyczynek do tej pracy.
Problem nie tkwi jednak tylko w prezentacji historii PSL-u. Jeśli przejrzymy ofertę wydawniczą IPN-u, bez trudu dostrzeżemy tam znacznie większą lukę czy też białą plamę. Jeszcze mniejszą ilość analiz poświęcono bowiem np. polskiej lewicy antykomunistycznej – tej części PPS, która nie zgodziła się na „sojusz”, czyli wcielenie do PZPR pod wodzą PPR. A było to w skali kraju, bagatela, około 200 tysięcy osób, które nie zaakceptowały „zjednoczenia”; byli to także tacy wybitni działacze Polskiej Partii Socjalistycznej, jak Kazimierz Pużak, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski, Adam Pragier czy Adam i Lidia Ciołkoszowie. Taka tematyka niemal w ogóle nie pojawia się w publikacjach IPN-u, jest jej jeszcze mniej niż tekstów poświęconych PSL-owi.
Są za to wydane przez IPN książki: „Konspiracja antykomunistyczna i podziemie zbrojne w Wielkopolsce w latach 1945-1956”, „Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie” (monografia słynnego partyzanta „Warszyca”), „»Dobić wroga«. Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie (1945-1947)”, „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956”, „Operacja »Sejm« 1944-1946” (o likwidacji przez UB partyzantki antykomunistycznej w Polsce południowo-wschodniej), „Aparat bezpieczeństwa państwa wobec środowisk narodowych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1945-1956”, „Chronić i kontrolować. UB wobec środowisk i organizacji konspiracyjnych młodzieży na Lubelszczyźnie (1944-1956)”, „Podziemie poakowskie w województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945-1947”, „O Polskę Wolną i Niezawisłą (1945-1948). WiN w południowo-zachodniej Polsce (geneza – struktury – działalność – likwidacja – represje)”, „»Zostańcie wierni tylko Polsce…«. Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)”, „Podziemie niepodległościowe w województwie białostockim w latach 1944-1956”, „Ludzie podziemia AK-WiN w Polsce południowo-zachodniej (1945-1948)”, „Ostatni leśni 1948-1953”, „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948”, „Rozpracowanie i likwidacja rzeszowskiego Wydziału WiN w dokumentach UB (1945-1949)”, „Żołnierze porucznika Wądolnego. Z dziejów niepodległościowego podziemia na ziemi wadowickiej 1945-1947”, „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie 1939-1944”, „Kryptonim »Orzeł«. Warszawski Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w dokumentach 1947-1954”, „Okręg Krakowski Zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« 1945-1948. Geneza, struktury, działalność”.
Niepodległościowe podziemie zbrojne, jak widać, ewidentnie fascynuje autorów związanych z IPN-em. Ale to przecież nie jedyny obszar ich zainteresowań. Oprócz oczywistych tematów, związanych z ważnymi wydarzeniami w historii PRL-u (czerwiec ’56, grudzień ’70, „Solidarność” itp.), kolejną preferowaną działkę tematyczną stanowi Kościół. Oto kilka wybranych tytułów książek spod znaku IPN: „Operacja: Zniszczyć Kościół”, „Niezłomni. Nigdy przeciw Bogu. Komunistyczna bezpieka wobec biskupów polskich”, „Władze komunistyczne wobec Kościoła katolickiego w Łódzkiem”, „Z dziejów Kościoła katolickiego w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim”, „Represje wobec duchowieństwa górnośląskiego w latach 1939-1956 w dokumentach”, „Represje wobec Kościoła katolickiego na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie 1945-1989”, „Do prześladowania nie daliśmy powodu… Materiały z sesji poświęconej procesowi Kurii krakowskiej”. I tak dalej, nie będę Was zanudzał kolejną wyliczanką.
Gdyby komuś było mało tych atrakcji, może jeszcze przeczytać inną książkę sygnowaną przez IPN: „Ziemianie wobec okupacji 1939-1945”. A jeśli ktoś interesuje się naprawdę kluczowymi kwestiami z niedawnej przeszłości, tego na pewno usatysfakcjonuje lektura jedynie 287 stron rozprawy pt. „Urząd Bezpieczeństwa w powiecie Lwówek Śląski (1945-1956)”. Co tam jakiś PSL – mamy w ofercie kilkadziesiąt pozycji o podziemiu zbrojnym. Co tam PPS – poczytajcie o ziemianach i ich troskach. Co tam śmierć Pużaka w komunistycznym więzieniu – wszak wydano kilka rozpraw o represjach wobec Kościoła… I jeśli ktoś liczy na to, że oczywista tendencyjność IPN-u i jego „skręt w prawo” nie są widoczne gołym okiem, ten chyba jest przekonany, że ma do czynienia z idiotami, którzy nie potrafią ani czytać, ani myśleć. A może coś przeoczyłem i Pan Rzecznik Prasowy oświeci mnie i wskaże stosowne publikacje w bogatej ofercie IPN-u? Mam na półce jakieś 50 pozycji z dziedziny „polska powojenna lewica patriotyczna”, ale żadnej z nich nie sygnuje IPN. Bo i po co miałby to robić – przy odrobinie szczęścia można na internetowych aukcjach nabyć np. „Wojnę i konspirację” Zaremby, londyńska edycja z roku 1957, w całkiem przystępnej cenie, tak od 100 do 150 zł. Wydatek w sam raz na kieszeń np. emeryta, który w młodości załapał się na działalność w PPS-ie. Albo dla studenta z niezamożnej rodziny…
Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko publikowaniu książek o antykomunistycznym podziemiu zbrojnym. A wręcz przeciwnie – cieszę się z każdego takiego wydawnictwa, bo pozwala ono odkłamać 45 lat cenzury i fałszowania faktów oraz brednie wciąż funkcjonujących w „obiegu naukowym” pseudohistoryków z PZPR-owskiego nadania. Cały problem w tym, że ta cenzura i fałszowanie nie dotyczyły wyłącznie historii podziemia antykomunistycznego czy Kościoła, ale w równie wielkiej mierze ich ofiarą padł niezależny ruch ludowy i socjalistyczny. I dlatego nie może być zgody, aby państwowa instytucja, finansowana z podatków obywateli o przeróżnych poglądach politycznych, zajmowała się propagowaniem wiedzy o tak jednostronnie wybranych wydarzeniach i postawach z przeszłości.
Jest to tym groźniejsze zjawisko, że w sukurs IPN-owi idą inne podmioty – państwowe i prywatne. O ile po roku 1989 wielokrotnie przypominano zbrojne podziemie antykomunistyczne, o tyle wzmianki o niezłomnej części PPS-u były sporadyczne. Pomnika doczekał się „Ogień”, ale nie Pużak. W publicznej TV łatwiej natrafić na film czy program o „żołnierzach wyklętych” niż o Adamie Ciołkoszu. Bez trudu kupimy w ambitniejszych księgarniach książki i albumy o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale ze świecą tam szukać opracowań o Arciszewskim. Ile razy, słysząc modne w ostatnich latach peany na cześć Powstania Warszawskiego, mieliśmy okazję dowiedzieć się, że jedną z czołowych jego sił politycznych i bojowych stanowili socjaliści z PPS-u? Czy ofiarą bandytów z UB padli tylko członkowie formacji zbrojnych obozu narodowego, czy może także np. komendant VI Okręgu Batalionów Chłopskich, pułkownik „Zawojna”, czyli Narcyz Wiatr, przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, antykomunista, lecz jednocześnie działacz lewego skrzydła ruchu ludowego, zastrzelony na krakowskich Plantach w biały dzień? Czy tyle samo wysiłku, ile włożono w poszukiwania miejsca pochówku „Warszyca”, poświęcono wyjaśnieniu okoliczności śmierci lewicowego ludowca i antykomunisty, Władysława Kojdera, uprowadzonego z domu przez UB i odnalezionego w lesie z 30 kulami w ciele?
Oczywiście nie wątpię, że wielu autorów czy to książek wydanych przez IPN, czy artykułów prasowych, czy scenarzystów filmów dokumentalnych, to osoby szczerze i autentycznie zainteresowane tematyką podziemia zbrojnego, przeszłości ruchu narodowego czy relacji między władzami PRL a Kościołem. Nie zmienia to jednak faktu, że w efekcie otrzymujemy obraz tendencyjny. A problem nie dotyczy bynajmniej przeszłości, lecz jak najbardziej związany jest z tym, co dzieje się tutaj i teraz.
Paradoksalnie, ta prawicowa tendencyjność w „pisaniu historii”, najbardziej na rękę jest postkomunistom i liberałom. Postkomunistom m.in. dlatego, że popycha w ich kierunku tych wszystkich, którzy mają lewicowe poglądy i nawet jeśli krytycznie oceniają PRL, to obca jest im myśl, że mieliby utożsamić się z wizją przeszłości, w której czołową rolę odgrywają Narodowe Siły Zbrojne, major „Łupaszka”, ziemianie i biskupi polscy. Tacy ludzie – a znam ich sporą ilość osobiście – albo wybierają postkomunistów jako „mniejsze zło”, albo wręcz, zwłaszcza młodsi z nich, nawet nie mają pojęcia, że w Polsce istniała po wojnie silna tradycja lewicy antykomunistycznej, która została brutalnie zdławiona przez sowiecką agenturę i zwykłe szumowiny wycierające sobie gębę hasłami lewicowymi.
Z kolei liberałom taka propaganda pozwala wyprzeć ze społecznej świadomości i kart historii tę niewygodną dla nich prawdę, że skrajnie wolnorynkowych „reform”, korzystnych dla wąskiej grupy społecznej, w dodatku przeprowadzonych na mocy porozumienia z postkomunistami, dokonali w Polsce zwykli zdrajcy. Bo środowisko, umownie mówiąc, „Gazety Wyborczej” to przecież ludzie, którzy zanim zaczęli wprowadzać „plan Balcerowicza”, przez wiele lat odwoływali się do tradycji lewicy patriotycznej. Adam Michnik, nim został obrońcą Kiszczaka, nie raz odwoływał się do tradycji Pużaka i Ciołkoszów. Jacek Kuroń, zanim stał się ministrem w ultraliberalnym rządzie, a politykę społeczną sprowadził do rozdawania zupy, przez wiele lat powoływał się na prospołeczny etos PPS-u. Komitet Obrony Robotników był oczywiście środowiskiem łączącym różne tradycje, ale wyraźnie zaznaczała się w nim tendencja spod znaku lewicy patriotycznej, w sensie zarówno ideowym, jak i personalnym (tzw. stary KOR to m.in. Aniela Steinsbergowa, Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, a z młodszych m.in. Jan Józef Lipski). Pierwsza „Solidarność” nie była tylko zrywem antykomunistycznym, domagającym się transmitowania mszy świętej w radio i kolejnych pielgrzymek Papieża-Polaka, ale także – o czym dziś mówi się coraz rzadziej – egalitarnym ruchem obrony praw pracowników i ich sytuacji bytowej.
Oczywiście nie można dzisiejszym liberałom odmówić prawa do zmiany poglądów. Sęk w tym, że swoją pozycję po roku 1989 zawdzięczają oni poparciu społecznemu, udzielonemu nie za obnoszenie się z wizjami podatku liniowego, cięć socjalnych i „restrukturyzacji przemysłu”, lecz opartemu na własnej legendzie z tych lat, gdy byli obrońcami robotników i liderami masowego, głównie pracowniczego ruchu społecznego. To właśnie im najbardziej na rękę jest sytuacja, w której tradycje lewicy patriotycznej są zapomniane, ponieważ, po pierwsze, nikt ich samych nie rozliczy z tego, co niegdyś głosili, a po drugie – nie powstanie w Polsce żadna lewica konkurencyjna wobec ich „okrągłostołowych” partnerów z SLD lub niezależna towarzysko i finansowo od środowiska „Gazety Wyborczej”.
Oczywiście obecna sytuacja jest też na rękę prawicy. Marginalizowanie tradycji niezależnego, lewicowego, lecz antykomunistycznego ruchu ludowego i socjalistycznego, pozwala jej kreować taki obraz teraźniejszości, w którym jedynym przeciwnikiem pozostaną „niemoralni” postkomuniści i ci wszyscy, którzy z nimi tak czy inaczej kolaborują. A także taki obraz przeszłości, której jedynym godnym spadkobiercą pozostają oni sami, czyli ludzie odwołujący się do „bojowego” katolicyzmu, wolnego rynku, elitaryzmu itp. W tym obrazie nie ma miejsca na coraz silniejsze w międzywojniu PPS i Stronnictwo Ludowe, na liczny udział socjalistów w AK, na masowe Bataliony Chłopskie, na powszechne w czasie wojny opinie o klęsce wrześniowej jako porażce „Polski pańskiej, ziemiańskiej i plebańskiej”, na lewicowy zwrot nastrojów społecznych w czasie okupacji, na niekomunistyczną wizję egalitarnej i prospołecznej Polski po wyzwoleniu (jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „Program Polski Ludowej”, przygotowany w 1941 r. w Londynie przez PPS-owca Zarembę i ludowca Miłkowskiego).
George Orwell proroczo napisał w „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. W takim ujęciu problemu, jaki nakreśliłem, jest tylko zdrowa prawica mniej lub bardziej liberalna (zwłaszcza, że z tradycji piłsudczykowskiej i endeckiej pozostały dziś w obiegu głównie hasła kulturowo-obyczajowe, znikły natomiast ich niegdysiejsze wizje socjalnej czy solidarystycznej gospodarki) oraz podli, niemoralni postkomuniści i ich centrowi pomagierzy. Wszelkie spory ideowe można zatem bez trudu sprowadzić do nieustannego, jałowego wałkowania tematu aborcji, lustracji, praw homoseksualistów i stosunku wobec Kościoła. I tak oto nieważna jest kwestia nakładów na pomoc socjalną, wysokość stawek podatkowych, prywatyzacja, rola własności państwowej (bo o takim „dziwactwie” jak spółdzielczość i gospodarka trójsektorowa, nawet nie ma sensu i z kim rozmawiać), zakres i znaczenie sfery publicznej, sposób reakcji na globalizację gospodarczą itp. Wybór społeczeństwa ogranicza się do wyboru między liberałami, którzy modlą się często lub wcale, między mającymi korzenie w KOR-ze lub w PZPR, między liberalnym Tajnym Współpracownikiem a liberalną ofiarą jego donosów, ewentualnie między liberałem, który miał dziadka w Wehrmachcie lub tym, który miał dziadka w Legionach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mowa tu o Eugenio Pacellim, papieżu Piusie XII, który sprawował swój urząd w latach 1939-1958. Ciążą na nim zarzuty obojętności wobec Holocaustu, losów narodu polskiego pod okupacją i – last but not least – rzekomego sprzyjania Hitlerowi. Nie zamierzam podawać tutaj papieskiej apologii, chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka (zapomnianych) faktów i na ich podstawie wysnuć nieco szerszą refleksję o „niewdzięczności pamięci”. Tego rodzaju namysł wciąż może być dla nas przydatny, bo historia, nie mniej niż niegdyś, choć może w bardziej wyrafinowany sposób, wydaje się być „sędziwą damą” na usługach różnorakich wydziałów propagandy i akwizytorów niezobowiązujących uogólnień.
Tuż po wojnie Pius XII powszechnie uznawany był za obrońcę Żydów, jedną z niewzruszonych moralnie postaci czasów II wojny światowej. Człowieka, który całkiem sprawnie radził sobie w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Wiele osób – choćby kard. Sapieha – miało dopiero z czasem uświadomić sobie trud i dobrą wolę papieża. Jednak stosunkowo szybko do dzieła przystąpiła sowiecka propaganda, bynajmniej nie bezinteresowna (mówiąc eufemistycznie) w swych ideowo-politycznych relacjach wobec papiestwa. A gdy w latach 40. namiestnik Watykanu zajął własne stanowisko wobec problemów relacji Izraela i Palestyny, uznając, iż konflikt między nimi wymaga poszanowania praw obu stron konfliktu, obróciła się przeciwko niemu także część środowisk żydowskich. Jednak wydarzeniem bodaj najważniejszym – z punktu widzenia światowej opinii publicznej – dla ugruntowania się „czarnej legendy” Piusa XII jest sztuka teatralna „Namiestnik”, napisana przez komunizującego za młodu Rolfa Hochhutha. Jej pierwsze wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa, które było ekspozyturą radzieckiego wywiadu, powołaną do życia przez gen. Iwana Agajantsa, specjalisty KGB w dziedzinie dezinformacji. Najprawdopodobniej także dokumenty, na podstawie których powstał „Namiestnik”, zostały spreparowane przez KGB i wywiad rumuński. Papież Rolfa Hochhutha to człowiek sprzyjający Hitlerowi, obojętny, jeśli nie wrogi wobec eksterminowanego narodu żydowskiego i innych nacji niszczonych przez hitleryzm.
Czy rzeczywiście papież, a pośrednio Watykan był jednym z trybów, a przynajmniej bezwolnym pionkiem w hitlerowskim dziele zagłady? Warto przypomnieć – in extenso – fragment opublikowanej także po polsku książki pióra Israela Zolli, wielkiego rabina Rzymu, później nawróconego na katolicyzm. Opisuje on na jej kartach historię, jaka rozegrała się w Wiecznym Mieście we wrześniu 1943 roku: „Wehrmacht bronił się jeszcze, trzymając Rzym przez ponad dziesięć miesięcy. Ataków na Żydów ze strony Niemców nie udało się uniknąć. Gestapo musiało rozumować w ten sposób: ponieważ ciało i krew żydowska są jak najgorszej natury, nadają się jedynie do krematorium, ale ich złoto?! Zgodnie ze starożytną maksymą pecunia non olet następuje rozkaz: oddać pięćdziesiąt kilogramów złota w ciągu doby, w przeciwnym wypadku zabierzemy trzystu zakładników. Odbywa się posiedzenie plenarne rady /…/. Rankiem około siódmej zjawia się u mnie doktor Pierantoni: »Niech Pan idzie do Watykanu i pożyczy piętnaście kilogramów złota«. Zgadzam się. Jest też doktor Fiorentino z samochodem. Jestem nędznie ubrany. »Wejdziemy – mówi Pierantoni – przez bramę pocztową. Watykan jest otoczony przez agentów gestapo. Będzie pana oczekiwać zaufana osoba. Aby uniknąć okazywania dokumentów osobistych z pieczątką rasa żydowska, będzie pan zawsze przedstawiany jako inżynier wezwany w sprawach budowlanych«. /…/ Poszedłem /…/. Niebawem znalazłem się blisko szefa Skarbca, a potem szefa Sekretariatu Stanu. Watykan faktycznie wydał już kilkakrotnie miliony, by umożliwić zbiegłym Żydom dalszą ucieczkę [podkreślenie – K. W.]. Odzywam się zatem w ten sposób: »Widzicie zatem, że Nowy Testament nie zaniedbuje Starego. Wspomóżcie także mnie. Osobiście zaangażuję się w zwracanie długu i chociaż jestem biedny, gwarantuję, że Żydzi z całego świata złożą na moje ręce kontrybucję i dług oddam«. Zarówno szef, jak i kardynał byli wzruszeni. Szef Skarbca wyszedł i wrócił po kilku minutach. Rozmawiał z papieżem. »Niech pan przyjdzie przed pierwszą. Biura będą puste, będzie tylko dwóch lub trzech urzędników. Będą czekać, by wręczyć panu paczuszkę. Należy zostawić pokwitowanie odbioru w formie zwykłego bileciku. Przejdzie pan bez trudności«. »Podziękowanie dla Jego Świątobliwości«” (Israel Zolla, „Byłem rabinem Rzymu”, Kraków 2007, ss. 215-216).
Nie miałoby sensu powracanie do tych przebrzmiałych wydarzeń, gdyby nie smutna lekcja, jakiej wciąż nam udzielają. „Czarna legenda” papiestwa – a pośrednio katolicyzmu – dotycząca czasów II wojny światowej jest dziś przez wiele opiniotwórczych środowisk traktowana jako niepodważalny fakt. Natomiast rzeczywisty obraz zdarzeń, w który wpisuje się przytoczona opowieść Israela Zolli, zdaje się być zamazany, ignorowany, źle widziany. Historia jest zakładniczką zarówno cynizmu propagandy, jak potocznych opinii, które miarodajności nabierają dzięki temu, że są bezkrytycznie powtarzane i propagowane. Starożytni powiadali: nie znać historii to zawsze być dzieckiem. Kim jednak staje się ten, kto zna tylko jej stronniczą, wybrakowaną wersję? I staje się jej bezkrytycznym wyznawcą? W najlepszym razie – ignorantem. W najgorszym – potworem, zdolnym w przyszłości dokonać kolejnych zbrodni i fałszerstw. Pytanie zresztą, czym może skończyć się to przewartościowanie problematyki II wojny światowej, której jesteśmy świadkami, a którego bodaj jedną z pierwszych ofiar padł Pius XII.
Niestety, wciąż uczestniczymy w historycznych kuglarstwach. Zdaje się także, że nawet co do naszych najnowszych dziejów nie ma jednej historii, ale wiele wybiórczych opowieści, czy to na użytek politycznych sekt, czy opiniotwórczych towarzystw wzajemnej adoracji. Czym jest dziś miara rzeczy, czy istnieje szczera chęć uznania przekonań i rozumowań innych niż własne? Myśleniem rządzi wielki kwantyfikator: zły jest Kościół, źli są Żydzi, źli są lewacy, źli są prawicowcy, złe feministki, złe Stany Zjednoczone, zła Rosja. Zaś na co dzień to zupa bywa za słona. Stąd zarówno historia powszechna, jak i powszednia zdane są na pastwę uogólnienia, uproszczenia, łatwych wymówek i sądów używanych dla wyjaśnienia złożonych sytuacji. Czasem dokonuje się to z premedytacją, czasem – bezrefleksyjnie: myśl turkocze radośnie po wyżłobionych w mózgu koleinach.
Los Piusa XII brzmi jak memento: nie wydawajmy łatwych sądów o świecie, tym bardziej nie czyńmy tego ze złej woli, bo i my i nasi idole paść mogą ich ofiarą. A nie tak łatwo obrócić w proch pomniki, bynajmniej nie ze spiżu uczynione.