Bezradność Obywatelska

To było w sierpniu 1988. A zaraz potem komuniści zgodzili się na rozmowy Okrągłego Stołu.

„- W piątek 19 sierpnia kilku naszych młodych działaczy zaczęło na stoczni rozdawać ulotki – wspomina Alojzy Szablewski, ówczesny przewodniczący „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej. – Wezwali Lecha Wałęsę, ten przyjechał i wtedy zapadła decyzja, że w poniedziałek 22 sierpnia rozpoczynamy strajk. Zarządziłem, że dokładnie o siódmej przerywamy pracę i opanowujemy most pontonowy na stoczni. Udało się, po godzinie strajkowało już trzy tysiące ludzi. Potem wysłałem stoczniowców, uzbrojonych w rurki, aby przejęli bramy. Pogonili esbeków. Ustroiliśmy bramy i kontrolowaliśmy sytuację.

Stoczniowcy przedstawili wtedy dyrekcji zakładu tylko jeden postulat – legalizację „Solidarności”. Do protestu przyłączyły się inne gdańskie zakłady. Strajk z sierpnia 1988 osobiście wspierało wielu znanych opozycjonistów m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik i obaj bracia Kaczyńscy. Władze uległy, wyszły z propozycją rozmów. 31 sierpnia Lech Wałęsa po raz pierwszy spotkał się z generałem Czesławem Kiszczakiem. Postawił warunek: legalizacja „Solidarności”, a Kiszczak: wygaszenie fali strajków. Strajki w całym kraju zakończyły się w pierwszej połowie września. Rozpoczęły się przygotowania do Okrągłego Stołu” (powyższy opis to skrót artykułu Macieja Sandeckiego z trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”).

Dzięki temu strajkowi mamy od niemal dwudziestu lat swoje państwo. Państwo upartyjnione, zbiurokratyzowane i marnotrawiące pieniądze podatników.

To moje państwo nawet nie zapytało swoich obywateli o to, czy chcą włączyć się w światowe szaleństwo zbrojeniowe i straszy obywateli, że jeśli nie będziemy mieli tarczy, to nas wrogowie zniszczą. Moje państwo nazywa to polityką.

Moje państwo nie potrafi z obywatelami rozmawiać. Moje państwo uważa, że wie lepiej. Moje państwo nie potrafi przedstawić obywatelom listy dziesięciu najważniejszych problemów społecznych do rozwiązania.

Nie potrafi przeprowadzić uporządkowanej, publicznej debaty nad każdym z tych problemów. Nie potrafi przedstawić uczciwie całego spektrum możliwych rozwiązań – od prawa do lewa.

Nie potrafi powiedzieć obywatelom: musimy przestać wyszarpywać sobie wszystko. Musimy przestać się siłować. Musimy zastanowić się jak zrobić, żeby możliwie wiele osób zaakceptowało rozwiązanie problemów.

Moje państwo.

Moje państwo zaraz wepchnie nas w wojnę na Kaukazie, tak jak wepchnęło polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu.

Moje państwo jest właśnie takie.

A ja mam strasznego moralnego kaca. Bo kiedy kończył się Okrągły Stół, miałam nadzieję i wierzyłam, że po komunie państwo będzie nasze, dbające o dobro obywateli. I teraz się czuję jak kretynka. Lepiej by mi było, gdybym nie brała kiedyś serio solidarnościowych marzeń.

Rozmawiam dziś w Internecie o tym państwie. A to w na stronie salon24.pl, a to na stronie tekstowisko.com.

Delilah: mówimy NIE instytucjom, które w biały dzień i w świetle prawa robią nas w bambuko. Ale w sumie co z tego, że mówimy NIE?

Grześ odpowiada: no nic.

Ja pytam: nie sądzicie, że to pewien kłopot, że możemy tak sobie mówić NIE i nic z tego nie wynika? Kłopot – dla demokracji – fundamentalny.

Ano kłopot – mówi Delilah. – Ale co z tym fantem można począć?

Ja na to: No właśnie. Jedna wielka Bezradność Obywatelska.

Nie ma darmowych obiadów

Slogan mówiący, że nie ma darmowych obiadów, przypisywany Miltonowi Friedmanowi, zrobił wśród liberałów oszałamiającą karierę. Przypominaniem o braku darmowych obiadów tłumaczą właściwie wszystko. Publiczna powszechna edukacja? A skąd, nie ma darmowych obiadów, rachunki za bezpłatną szkołę regulujesz w podatkach. Publiczna bezpłatna służba zdrowia? Bzdura, nie ma darmowych obiadów, zapłaciłeś za to fiskusowi. Władze lokalne położyły nowy chodnik – to złodzieje, którzy ściągnęli z nas haracz, z tego połowę zagarnęli, za resztę wybudowali byle jaki chodnik i jeszcze domagają się wdzięczności. I tak dalej – wszystko, co publiczne, nie jest wedle liberałów darmowym obiadem, lecz posiłkiem, za który zapłaciłeś pod przymusem, odprowadzając podatki.

Oczywiście na poziomie ogólnym jest to prawda. Usługi publiczne opłacamy z własnych podatków i nie są one całkowicie bezpłatne. Jednak w liberalnej propagandzie kryje się fałszywy wniosek, że gdyby nie płacenie podatków, to każdy z nas byłby w stanie za owe usługi i dobra zapłacić z własnej kieszeni prywatnemu wykonawcy. O tym, że jest to bzdura, można się przekonać z kalkulatorem w ręku. Jeśli weźmiemy przeciętnego podatnika, który zarabia np. 2 tys. PLN miesięcznie, to ogół jego podatków – bezpośrednich, w postaci składek społecznych (np. zdrowotnej) oraz pośrednich (opodatkowanie nabywanych usług i produktów) wyniesie w zależności od sytuacji danej osoby od kilkuset do tysiąca złotych, czasem nieco więcej. Ten sam przeciętny podatnik ma jednak dwójkę dzieci w wieku szkolnym, które spędzają na lekcjach w lepiej lub gorzej wyposażonej szkole jakieś 100 godzin miesięcznie (co przy godzinowej stawce choćby 5 zł na osobę daje 500 zł za jedno dziecko). Ten sam podatnik korzysta z porad lekarza, powiedzmy, że w skali 4-osobowej rodziny raz czy dwa w miesiącu. Korzysta też z innych usług gwarantowanych przez państwo lub samorząd lokalny – większość z nich wydaje się nam tak oczywista, że nawet ich nie zauważamy. A są to rzeczy kosztowne – począwszy od uzbrojenia terenu, na którym powstał nasz dom lub mieszkanie, przez stworzenie chodników, jezdni, linii kolejowych, skwerów i parków, przez zatrudnienie policjantów, a kończąc na infrastrukturze do odbioru sygnału telewizyjnego czy radiowego. Gdybyśmy za każde z tych dóbr musieli zapłacić osobno, z własnej kieszeni, to nawet otrzymując wypłatę w kwocie nieopodatkowanej, nie bylibyśmy w stanie zgromadzić środków na to wszystko. Tym bardziej, że na inwestycje budżetowe przeznacza się nie tylko podatki „personalne”, lecz także te od firm, wpływy z ceł itd.

Jasne, nie każdy podatnik ma dwójkę dzieci, nie każdy jeździ koleją, a niektórzy nawet mają końskie zdrowie i nigdy nie leżeli w szpitalu. Tyle że na taką osobę przypada niepracująca matka trojga dzieci, częsty użytkownik drogi (np. taksówkarz) lub osoba, która zachorowała na białaczkę, a koszt leczenia wyniósł 200 tysięcy złotych. Po pierwsze zatem, rezygnacja z systemu zbiorowego i przejście na indywidualne opłaty pozostawiłyby wiele osób na lodzie – i to wcale nie tylko tych niezaradnych, leniwych i biednych, bo wspomniane leczenie białaczki może dotknąć każdego i zrujnuje nawet osobę całkiem zamożną. Po drugie, oferowanie pewnych usług na skalę masową oraz w perspektywie wielopokoleniowej, pozwala znacznie obniżyć ich koszty. Prywatna firma musiałaby tworzyć wszystko od zera, dogadując się z innymi firmami w kwestiach spornych (kto np. sfinansuje skrzyżowanie dwóch prywatnych chodników?), po jej upadku w kolejnym pokoleniu należałoby zaczynać od nowa itd. A brak finansowania takich inwestycji z podatków skutkowałby niepewnością usługodawców – jeśli pokolenie wstecz zebrała się grupa chętnych na opłacenie budowy drogi, to nie ma żadnej pewności, że wśród ich dzieci będzie wystarczająco dużo chętnych, aby zgromadzić kwotę na rozbudowę, remonty czy stworzenie trasy dojazdowej.

Darmowych obiadów zatem faktycznie nie ma, bo za wszystko ktoś kiedyś zapłacił. Ale zarazem system finansów publicznych i powszechnych podatków gwarantuje przynajmniej minimalny wkład do obiadowego kotła. Liberałowie zresztą doskonale o tym wiedzą. Ich pomstowanie na darmowe obiady, które kosztują nas wszystkich miliony złotych, dotyczy dość specyficznie i wycinkowo pojmowanych sfer rzeczywistości. Kosztowne obiady to wedle nich szkoły publiczne, zasiłki dla biednych czy bezrobotnych, system ubezpieczeń emerytalno-rentowych, dotacje do państwowych kopalń czy nierentownych kolei. W tych kwestiach zawsze słyszymy od nich, że dość już utrzymywania darmozjadów, że trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności za siebie, że jeśli coś jest nierentowne, to znaczy, iż niepotrzebne, więc zlikwidujmy to i będzie po problemie. Dziwnym trafem jednak, to samo środowisko ideowo-polityczne i jego kibice milczą w kwestii tych usług publicznych, które są kosztowne, lecz przydatne im lub po prostu, nie wiedzieć czemu, uznane za słuszne i godne uznania.

Pomijając skrajną i niewielką grupkę liberalnych ortodoksów, zwących się libertarianami, którym zdarza się krytykować wszelkie budżetowe wydatki (jest to więc utopia, ale spójna logicznie i uczciwa), liberałowie są ślepi na jedno oko. Widzą nierentowne koleje i kopalnie, widzą publiczne szkoły i zasiłki dla bezrobotnych, ale tak się dziwnie składa, że ich czujnemu oku uchodzi całe mnóstwo innych publicznych wydatków, nierzadko większych, albo takie rodzaje szkód i ubytków, za które ich sprawcy nie chcą płacić z własnej kieszeni. Weźmy tylko dwa wymowne przykłady specyficznego pojmowania „darmowości” przez liberałów.

Szczególnie przeze mnie lubiany, bo wyjątkowo bezczelny przykład takich postaw to postulaty tzw. środowiska lekarzy. Jest o nich głośno średnio raz na pół roku, gdy straszą „odejściem od łóżek pacjentów”, gdyż zarobki w służbie zdrowia nie pozwalają im „żyć godnie”. Na czele tego towarzystwa stoi niejaki Krzysztof Bukiel, związany ze skrajnie liberalnym środowiskiem Unii Polityki Realnej. Postulaty tej części lekarzy są chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem liberalnej hipokryzji. Z jednej strony, narzekają na niskie pensje w państwowej służbie zdrowia, które znacząco odbiegają podobno od „stawek rynkowych”. Krytykują również to, że państwo w znacznym stopniu kontroluje służbę zdrowia w wymiarze własnościowym, zamiast sprywatyzować sporą część usług leczniczych.

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że „środowisko lekarskie” chciałoby zwolnić się z państwowych etatów i rozpocząć prywatną praktykę w nowo zbudowanych, równie prywatnych klinikach, gdzie mogliby ze sobą do woli konkurować o pacjentów. Wręcz przeciwnie. Ideał wygląda wedle nich tak: najpierw państwo funduje przyszłemu lekarzowi 6-letnie darmowe studia, które są znacznie bardziej kosztowne niż np. studia historyka czy botanika. Później zatrudnia absolwenta owych studiów w państwowym szpitalu za „stawkę rynkową”, czyli od 6 do 12 tysięcy złotych miesięcznie, bo takie kwoty zdaniem protestujących lekarzy pozwalają „żyć godnie”. To nie koniec zabawy. Oprócz tego państwo nie powinno się zbytnio wtrącać w realia etatu lekarza, gdyż on samodzielnie powinien określać, kiedy w pracy jest, kiedy zaś go nie ma. A nie ma go wtedy, gdy prowadzi „praktykę prywatną”. Polega ona na tym, że państwo za grosze sprzedaje lub dzierżawi część szpitala, przychodni lub drogiego publicznego sprzętu prywatnej spółce lekarskiej. I bynajmniej nie po to, żeby na wolnym rynku konkurowała ona o klientów. Skądże – państwo ma podpisać z tą spółką kontrakt gwarantujący wykonanie w skali roku odpowiedniej, tzn. opłacalnej dla jej właścicieli, liczby porad i zabiegów, finansowanych w całości z funduszy publicznych.

Jednak niektórym do „godnego życia” i to nie wystarczy – są tacy lekarze, którzy oprócz pensji w państwowej placówce oraz drugiego etatu na kontrakcie w „prywatnej” przychodni finansowanej z NFZ, prowadzą jeszcze gabinet całkowicie prywatny, np. u siebie w domu. Tam co prawda są już w zasadzie zdani na wolny rynek i konkurencję o klientów (choć nierzadko niemal zmuszają pacjentów szpitalnych do prywatnych wizyt), ale niekoniecznie chcą to robić wedle zasad obowiązujących inne podmioty gospodarcze. Jeśli kobiecina handlująca warzywami i owocami w jako tako korzystnie zlokalizowanym „zieleniaku” musi mieć kasę fiskalną i drobiazgowo rejestrować sprzedaż „owoców krajowych” lub „południowych”, po 3-6 zł za kg, to pan lekarz nie ma obowiązku rejestrować opłat za wizytę rzędu 200-300 zł, gdyż to naruszałoby jego osobistą godność oraz dobre imię „zawodu zaufania publicznego”.

Wyłania się z tego obraz koszmarnej układanki, w której państwo płaci za wszystko, na nic nie ma wpływu, a cały zysk trafia w prywatne ręce. Noam Chomsky trafnie nazwał kiedyś taki system „uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków”. I taki system nie przeszkadza liberałom, choć zapewnia 2-3 darmowe obiady jednej osobie. Jeśli liberałowie walczą w tej kwestii z „socjalizmem”, czyli z państwem i jego polityką zdrowotną, to tylko wtedy, gdy krytykują „zbyt niskie” stawki w państwowym szpitalu, „za małe” środki z NFZ na prywatne kontrakty oraz „zbyt wolne” przekazywanie za grosze publicznego mienia prywatnym spółkom lekarskim. Mówiąc inaczej, zamiast walczyć z darmowymi obiadami, oni domagają się większych porcji!

Innym ciekawym przykładem tej ślepoty czy cwaniactwa, jest dotowanie transportu samochodowego. Pamiętajmy, że liberałowie bardzo nie lubią nierentownych kolei. Problem w tym, że trasy drogowe są znacznie bardziej nierentowne, a mimo to domagają się ich rozbudowy za państwowe pieniądze. Dlaczego za państwowe – ano dlatego, że na świecie niemal nie istnieją autostrady zbudowane całkowicie prywatnie. Żadna firma nie weźmie się za takie przedsięwzięcie bez przynajmniej kredytowych gwarancji rządowych, a i to jest rzadkością, bo najczęściej państwo musi wprost, z budżetu, zapłacić za taką budowę, a następnie – jak w przypadku szpitali – oddać za śmieszne pieniądze autostrady w zarząd prywatnym firmom, by mogły zarabiać na pobieraniu opłat.

Ale nie tylko w tym tkwi problem. Otóż liberałowie skrzętnie przemilczają fakt, że już istniejące drogi są skrajnie nierentowne. Częste są głosy, że to skandal, iż kierowcy płacą tak wysoką akcyzę w cenie paliwa, a państwo buduje tak mało autostrad w zamian. Celowo przemilcza się tu fakt, jak ogromne wydatki są konieczne, aby utrzymać już istniejącą infrastrukturę transportu kołowego. Zupełnie w tych wyliczeniach pomija się także i to, że motoryzacja indywidualna bazuje na ogromnej ilości darmowych obiadów – kierowcy nie tylko nie finansują z akcyzy całości wydatków na budowę i remonty dróg, ale niemal w ogóle nie partycypują w finansowaniu innych kosztów motoryzacji. A te koszty są – nomen omen – kosztowne. Jeśli po stronie „winien” kierowców uwzględnimy nie tylko budowę i remonty dróg, ale też np. wykup ziemi pod nowe trasy, naprawę budynków niszczejących pod wpływem drgań wywołanych ruchem samochodowym, koszty korozji wywołanej opadami deszczów skażonych spalinami, wydatki na leczenie chorób spowodowanych tym, co wydostaje się z rury wydechowej (m.in. astma, część alergii, niektóre odmiany raka, różne schorzenia dróg oddechowych i układu krążenia), to otrzymamy kwoty zawrotne.

Mój redakcyjny kolega, Olaf Swolkień, przygotował niedawno raport poświęcony polityce transportowej. Wkrótce ukaże się on naszym nakładem, a teraz zacytujmy fragmenty dotyczące kosztów generowanych przez kierowców: „Według badań prowadzonych przez uniwersytet w Karlsruhe i instytut INFRAS w Zurychu, w krajach »starej« Unii koszty zewnętrzne transportu wynoszą około 7-8% PKB. Jak pisał publicysta Krzysztof Jasiński, »według szacunków tej samej organizacji koszty zewnętrzne transportu w Polsce są niemal 2 razy wyższe, co oznacza, że co siódmą złotówkę wypracowaną w kraju (około 150 mld zł) zużywamy na dofinansowanie transportu«. Dla porównania: całkowite przewidywane wpływy z akcyzy od paliwa silnikowego to w roku 2008 około 25 miliardów zł”. Dla jasności dodam, że ok. 96% owych kosztów transportu przypada na motoryzację. Kolejny cytat z raportu: „Niemiecki znawca tych problemów, Lutz Ribbe, zbadał jak wyglądają wydatki i wpływy z komunikacji samochodowej dla Wrocławia [pod koniec lat 90. – przyp. R. O.]. Okazało się, że »Miasto Wrocław wydaje 16% swojego budżetu na komunikację samochodową. Po drugiej stronie może zaksięgować wpływy z komunikacji samochodowej w wysokości 3% budżetu miasta. A więc Wrocław gotów jest wydać 13% swojego budżetu na ruch drogowy, nie otrzymując za to od niego ani grosza«”. No i ostatni cytat, aby pokazać, jakie są koszty nie tylko finansowe, ale i „osobowe” tej ponoć bardzo rentownej motoryzacji: „według badań brytyjskich i angielskich, jeżeli Twoje dziecko mieszka w pobliżu drogi o dużym natężeniu ruchu /…/, to ma 6 razy większą szansę na nowotwór mózgu, rdzenia kręgowego, białaczkę, chłoniaka lub »tylko« astmę”.

Jak widać, istnieją bardzo, ale to bardzo obfite darmowe obiady dla części społeczeństwa, zaś nierentowne koleje (których pasażerowie czy firmy spedycyjne też przecież płacą podatki w cenie owej usługi!) są po uwzględnieniu wszelkich kosztów znacznie mniej deficytowe i o wiele słabiej obciążające wspólną kasę niż transport samochodowy. Czy jednak liberałowie domagają się likwidacji darmowych obiadów w dziedzinie motoryzacji? Czy chcieliby budować autostrady za pomocą dobrowolnej zrzutki kierowców? Czy promują kolej lub tramwaje, które po dokładnym wyliczeniu są znacznie mniej kosztowne niż całokształt poruszania się samochodami? A może zechcieliby w czynie społecznym łatać drogi, w których ich samochody zrobiły dziury?

Skądże znowu – dla nich darmowe obiady i socjalizm to dofinansowany pociąg, który zamiast kompletu 300 pasażerów wiezie ich tylko 60. Natomiast 5-osobowy samochód z jedną osobą, dofinansowany z budżetu na różne sposoby co najmniej 10 razy bardziej, uważają za wyraz ciemiężonego wolnego rynku, rentownego tak, że bardziej już chyba nie można. Darmowe obiady są według nich wtedy, gdy budżet dotuje PKP (zresztą śmiesznymi kwotami w porównaniu choćby z Czechami), natomiast gdy minister Religa chciał wprowadzić podatek, dzięki któremu kierowcy finansowaliby wreszcie leczenie ofiar wypadków (czyli płacili za własne czyny), wówczas miłośnicy płatnych obiadów dostali z oburzenia piany na ustach. A przecież powinni cieszyć się, że ktoś chce od nich wyegzekwować opłatę za niewielką część posiłku, który w menu figuruje jako „motoryzacja indywidualna”.

Tego rodzaju przykłady swoistej schizofrenii liberałów można mnożyć. Choćby ich krytyka dotacji dla nierentownych małych gospodarstw rolnych ze „ściany wschodniej”, przy jednoczesnych zachwytach nad hipermarketami, które oferują tanią żywność. A przecież gros produktów rolnych w hipermarketach pochodzi z wielkich farm otrzymujących gigantyczne dotacje, znacznie większe niż te dla drobnych gospodarstw. Inny przykład to pomstowanie na złe dotacje dla państwowych kopalń, które gwarantują krajowi bezpieczeństwo energetyczne, przy jednoczesnym wychwalaniu ulg podatkowych dla „zagranicznych inwestorów”, którzy zajmują się tak istotną działalnością, jak np. produkcja karmy dla psów albo chipsów dla ludzi. Każdy bez trudu, po chwili namysłu, znajdzie takich absurdów jeszcze sporo.

Co z tego wynika? Ano dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście nie ma darmowych obiadów – tyle tylko, że to nie „socjaliści” (czyli zwolennicy aktywnej polityki gospodarczej i socjalnej państwa) powinni o tym pamiętać, gdyż oni mają tego pełną świadomość, postulując abyśmy wspólnie finansowali różne wydatki. Powinni o tym natomiast pamiętać liberałowie, którzy bardzo lubią krytykować darmowe obiady i jednocześnie chętnie je konsumują.

Drugi ważny wniosek jest natomiast taki, że teorie i wywody mówiące o możliwości zlikwidowania darmowych obiadów, są nie tylko bzdurne, ale zawierają postulat cofnięcia rozwoju ludzkości o co najmniej kilka stuleci, jeśli nie do epoki jaskiniowej, bo to właśnie wtedy wszyscy osobiście płacili w taki czy inny sposób za każdy produkt i usługę. Dziś poważna dyskusja nie toczy się między wizjami rozwoju społecznego a zwolennikami cywilizacyjnego regresu, lecz na temat tego, za co chcemy wspólnie płacić. Za dobrej jakości powszechną opiekę medyczną czy za „godne życie” lekarzy na trzech etatach? Za zasiłki dla ludzi, którzy nie z własnej winy stracili pracę i środki utrzymania czy za zwiększanie produkcji spalin i skutki tego procederu? Za porządną edukację wszystkich polskich dzieci czy za dotowanie „zagranicznych inwestycji”, aby ich właściciele mogli szybko, niewielkim kosztem i bez ryzyka zarobić jak najwięcej?

Rzeczywiście, nie ma darmowych obiadów – są tylko płatne obiady. A my – społeczeństwo-podatnicy – musimy zdecydować, czy płacimy za niesmaczne i niezdrowe, czy za pożywne i wartościowe.

Chrześcijaństwo i społeczeństwo nadziei

Z czym kojarzy mi się polski katolicyzm? Z apoteozą gospodarczego liberalizmu, często zapożyczonego od amerykańskich neokonserwatystów, z politycznym triumfalizmem, niemal wprost proporcjonalnie rosnącym do regresu w sferze oddziaływań społecznych, z kuriami przypominającymi twierdze, ze sprowadzaniem etyki do kwestii rozporka, z kompletną obojętnością (by nie powiedzieć wrogością) wobec zagadnień ekologicznych i znaczną mizerią w sferze troski o losy gorzej sytuowanych i ubogich. Czy w Polsce, kraju ponoć tak katolickim, istnieje chadecja? Czy ktoś tu słyszał o chrześcijańskim socjalizmie? Nie. Religię jako akt społeczno-polityczny mają u nas dla siebie środowiska narodowo-katolickie. Owszem, traktują ją z całą konsekwencją także politycy pokroju Marka Jurka, ale oni przypominają dziś bardziej „kustoszy Tradycji”, niż ludzi realnie oddziaływujących na sferę publiczną polityków.

W pewnym sensie polski katolicyzm wydaje się martwy i wycofany z przestrzeni publicznej. Myślę o pewnego rodzaju intelektualnym prymitywizmie, który zakłada, że religia jest albo dla nacjonalistów (i wtedy pejoratywnie nazywa się ją zwykle „fundamentalistyczną”), albo dla miłośników „społeczeństwa otwartego”, co czyni ją miłą, a przynajmniej znośną w oczach epigonów Oświecenia. Ostatecznie da się ją pogodzić z tzw. wolnym rynkiem, czyli – w praktyce – z ekonomicznym darwinizmem i egoizmem, wyznawanym przez część lepiej sytuowanych Polaków na dorobku. Na ostatni rodzaj katolicyzmu made in III RP składa się niemal równorzędnie Biblia, Tradycja i koncepcja państwa jako nocnego stróża. Bo, wedle tej wizji, co z państwa jest, od złego pochodzi…

Nie wynika to jednak z natury religii katolickiej, ale z polskiej traumy historycznej. Tu bowiem każda forma odwołania się do państwa, niemal każda forma etatyzmu traktowana jest jako relikt PRL-u. A każde odwołanie do troski o dobro wspólne (definiowane inaczej niż często-gęsto sprowadzone do czystej formułki wezwania: „Bóg, honor, ojczyzna”), jakim jest np. środowisko naturalne i dbałość o nie, uważane – zgodnie z najgorszą, krótkowzroczną (bo nie chcę nikogo oskarżać o złą wolę) manierą – za formę straszliwego lewactwa. Nic też dziwnego, że w rodzimym dyskursie publicznym skrzętnie pomija się niedawne, pro-ekologiczne wypowiedzi Benedykta XVI. Polscy katolicy – en masse – by nie narażać się na wysiłek przemyślenia własnych poglądów wolą przemilczeć to, co jest dla nich w niedawnych) wypowiedziach papieskich niewygodne. A etyka chrześcijańska – powtórzę – jest traktowana przede wszystkim jako zbiór przypisów dotyczących tego, co w łóżku wolno, czego nie wypada i z kim. Można odnieść przykre wrażenie, że jesteśmy tu po prostu zakładnikami współczesnej pop-kultury, tyle że ze zmienionym znakiem. Kler zaś, który mógłby podpowiedzieć coś więcej, koncentruje się zwykle na odzyskiwaniu kościelnego majątku, fraternizacji z klasą polityczną wszelkich nurtów i życiu w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. A jeśli nie jest, to znaczy, że winni są jacyś „oni”. Z tym że „oni” znaczy co innego dla abp Życińskiego, a co innego dla duchownych z miasta Torunia, co innego dla ojców paulinów z Częstochowy, a jeszcze co innego dla abp Dziwisza.

Czy istnieje dziś w polskiej polityce autentyczny ruch religijny, poza nurtem narodowo-katolickim? Wątpię. Nawet jeśli traktować z dobrą wolą deklaracje aktywu PiS czy PO, w obu tych partiach widać daleko idące dwój-myślenie, które ostatecznie każe się domyślać, że religia jest tu pewnym szacownym zabytkiem (czasem szczerze przyjmowanym), który jednak nie obliguje do poważniejszych przemyśleń natury politycznej. I nie chodzi tu bynajmniej o kwestię aborcji, w której politykom najłatwiej pogodzić się z hierarchami, bo nie narażają żadnych wiążących dla siebie interesów. Czy słyszeliście o tym, by ktokolwiek liczący się w polityce tworzył dziś w Polsce programy w oparciu o solidaryzm społeczny, wywiedziony z Katolickiej Nauki Społecznej? Czy pamiętacie, jak najważniejsze ugrupowania polityczne odnosiły się do nauczania Jana Pawła II w sprawie wojny w Iraku? Czy wreszcie słyszeliście, by pro-ekologiczne wezwania Benedykta XVI rozeszły się szerszym echem w polskiej debacie publicznej? Pewnie nie. Nadmienię, że np. tekst Cezarego Michalskiego, poświęcony tej kwestii, został w zasadzie gruntownie przemilczany. Bo i opinie Ojca Świętego w tej kwestii są w Polsce niemal dla wszystkich niewygodne: Nowej Lewicy nie pasują do jej obrazu Kościoła, kręgom około-kościelnym do ich dziwacznie bojaźliwego (a czasem cynicznego) światopoglądu, zgodnie z którym ekologia to zło wcielone i narzędzie Żydów, masonów i lewaków.

Powtórzę: w kwestii religii w kraju tak bogatym w tradycje religijne panuje zadziwiający prymitywizm. Możesz być katolikiem-nacjonalistą, możesz być katolikiem-liberałem, możesz być wreszcie katolikiem z „Arki Noego”: bylebyś nie traktował zbyt serio państwa (boś etatysta i lewak), albo kwestii ekologicznych (boś lewak i ewentualnie z Unii się urwałeś), albo samej doktryny (bo widać nie było cię w „Arce Noego”). Mówiąc uczenie: jest dziś w Polsce, tak w życiu politycznym, jak i religijnym kilka paradygmatów, których przekroczyć nie wolno. A przynajmniej dla świętego spokoju nie wypada.

Tym bardziej zachwycił mnie tekst mowy Baracka Obamy, opublikowanej w pierwszym numerze reaktywowanej „Res Publiki Nowej” („RPN”, wiosna/lato 2008, 192/rok XXI); mowy zatytułowanej „Wezwanie do odnowy” (Call to Renewall), wygłoszonej przezeń 28 czerwca 2006 roku. Jest to przejrzysty intelektualnie, treściwy głos na rzecz pełnoprawności religii w życiu publicznym współczesnej Ameryki, aprobujący wielość wyznań na gruncie państwa multi-kulturowego. Ten tekst znacznie poszerza horyzonty rozumienia współczesnej polis, która w pewnym sensie w swojej egzystencji cofnęła się do czasów przed-chrześcijańskich, podporządkowując intuicję religijną polityce (wspomnijmy na los Sokratesa!). Co ciekawe – i na to zwróciłem uwagę z polskiej perspektywy – religia jest dla Obamy polityczna w sensie społecznym, nie odwrotnie. To znaczy: jest polityczna przez zmiany (z reguły zmiany na lepsze, co on sam zauważa), jakich dokonuje w świecie.

Nie zamierzam w tym miejscu referować wspomnianego tekstu obecnego kandydata Demokratów na prezydenta, zainteresowani mogą sięgnąć po „Res Publikę”. Zwrócę tylko uwagę na ważną, a zapoznaną z polskiej perspektywy kwestię, którą porusza, gdy wspomina, m.in. Martina Luthera Kinga: „Twierdzę /…/, że zwolennicy świeckości mylą się, żądając od osób wierzących, by przed wkroczeniem w sferę publiczną zostawiły swą religię na progu domu. Frederick Douglas [wybitny czarny abolicjonista – przypis tłumacza], Abraham Lincoln, William Jennings Bryant [trzykrotny kandydat na urząd prezydenta USA – [przypis tłumacza], Dorothy Day [katolicka działaczka na rzecz ubogich – przypis tłumacza], Martin Luther King – jak i większość wielkich reformatorów w amerykańskiej historii – nie tylko byli motywowani wiarą, ale także używali religijnego języka dla poparcia swej sprawy. Mówienie, że w debatach publicznych ludzie nie powinni odwoływać się do »prywatnej moralności« jest absurdem. Nasze prawo z definicji stanowi kodyfikację moralności w znacznej mierze ugruntowanej w tradycji judeochrześcijańskiej. Co więcej, jeśli my, progresiści, odrzucimy część tych uprzedzeń, mamy szansę na nowo odkryć wartości, wpływające na moralny i materialny kierunek rozwoju naszego kraju, podzielane zarówno przez osoby religijne, jak i świeckie. Możemy dojść do wniosku, iż wezwanie do poświęceń na rzecz następnych pokoleń, potrzeba myślenia w kategoriach »ty«, a nie tylko »ja«, znajduje oddźwięk w kongregacjach religijnych w całym kraju”.

Ważność tego opisu nie polega tylko na tym, że człowiek, określający się mianem „progresisty” wskazuje na ważność religii w życiu publicznym, ale że widzi jej społeczne konsekwencje (a może i źródła?): realną możliwość budowy choć odrobinę lepszego świata. Tu rodzi się oczywiście problem: na ile doczesny, lepszy świat dla wszystkich jest kwestią zainteresowania chrześcijan, a na ile mrzonką (herezją). Dziś, jak sądzę, zbyt wielu gorliwych katolików w Polsce uważa, że bezpieczniej uciec się do eschatologii i (słusznej) nadziei na Powtórne Przyjście, niż zająć się wykluczonych i pokrzywdzonych realiami III RP. Jest to forma społecznego kwietyzmu, pozwalająca z czystym sumieniem zająć się robieniem własnych interesów, bez specjalnie głębokiej refleksji (co najwyżej ograniczonej do pomstowania na post-komunistów) nad meandrami współczesnej Polski. A zawsze znajdzie się taki pleban, co ewentualne smutki rozgrzeszy, w zamian za nowy dach na kościele. Bo choć wierni już w większości nie wierzą i do świątyni chodzą pro forma, to jednak nie wypada, by im na głowy cokolwiek padało… Są bowiem tacy księża, którzy już nie wierzą w Boga, ale wciąż wierzą, że nie powinno się psuć dobrego nastroju parafianom.

A mowa Obamy przypomniała mi czytaną niegdyś książkę Martina Luthera Kinga: „Dlaczego nie możemy czekać”. Zacytuję jej fragmenty: „Zaczyna się Rok Pański 1963. Widzę młodego czarnego chłopca. Siedzi na schodkach, które prowadzą do pełnej robactwa czynszowej kamienicy w Harlemie. Korytarze cuchną śmieciami. Chłopiec co dzień obraca się w świecie pijaków , bezrobotnych i szmaciarzy. Chodzi do szkoły, do której uczęszczają głównie Murzyni i niewielu Portorykańczyków. Jego ojciec jest bezrobotny. Matka – służąca – mieszka i pracuje na Long Island. Widzę młodą czarną dziewczynkę. Siedzi na progu zmurszałego drewnianego domku jednorodzinnego w Birmingham. Ktoś inny nazwałby to budą. Ściany aż proszą się o pomalowanie, a połatany dach grozi zapadnięciem. Pół tuzina małych mniej lub bardziej rozebranych dzieci biega po domu. Dziewczynka musi występować w roli matki. Nie może dłużej chodzić do pobliskiej szkoły, gdzie uczą się tylko Murzyni, ponieważ jej matka zginęła niedawno w wypadku samochodowym. Sąsiedzi twierdzą, że mogłaby żyć, gdyby karetka, która miała ją zabrać do szpitala – szpitala przeznaczonego tylko dla Murzynów – nie przyjechała tak późno”.

I tu skończę ten tekst, by uniknąć nadmiaru patosu: możliwe jest chrześcijaństwo i możliwe społeczeństwo nadziei. Tylko nie jestem pewien, czy akurat tutaj, gdzie niemal wszyscy zdają się być przeniknięci Dobrą Nowiną (z poprawką na lyberalizm) aż do mdłości.

Antenka

Parlamentarzyści postanowili, że sejmowa sala numer 14 będzie salą imienia Bronisława Geremka. Mam lepszy pomysł.

Już po pogrzebie Profesora, pytano polityków o jego najważniejsze dla nich przesłanie. Był zawsze pełen kultury, nie przekraczał granicy dobrego smaku; umiał różnić się pięknie; miał mocne, socjaldemokratyczne przekonania, ale też wielką odpowiedzialność za państwo – tak trzej przedstawiciele różnych opcji podsumowali w TVN24 swoje kontakty z Profesorem. To było na końcu jego drogi.

A bliżej początku?

W 1986 roku, w pokoiku zaprzyjaźnionego Pallotyna na Grochowie, robiłam z profesorem Geremkiem wywiad dla podziemnej „Karty”. U Pallotynów, żeby była mniejsza szansa na podsłuch.

Autoryzowaliśmy go potem w ajencyjnym – tak się wtedy mówiło na prywatny – warzywniku na Miodowej, w którym pracowałam jako sklepowa, bo takie były dziwne losy dziennikarzy. Od siebie z Piwnej Bronisław Geremek miał trzy kroki.

Naprzeciwko był kościół Kapucynów, ten z ruchomą szopką. Na półce w sklepie – importowane mule, po które przychodziła czasem Joanna Szczepkowska, ta, co potem obwieściła, że skończył się nam komunizm. Na ladzie kalafiory, pomidory, rzodkiewka. Bronisław Geremek, w bereciku z „antenką” pochylał się ku mnie przez tę ladę, tuż obok worków z kartoflami. Poważnie stawialiśmy przecinki, dopisywaliśmy jakieś fragmenty zdań.

Ombutsmen, ombutsmen, ombutsmen – powtarzał wciąż i wciąż w tej rozmowie u Pallotynów. Tak tę rozmowę pamiętam, choć w ostatecznym tekście znalazły się inne wątki. Nawet nie wiedziałam wcześniej, kto to taki ten ombutsmen. A to po prostu rzecznik praw obywatelskich. Człowiek i instytucja, która gwarantuje mi obronę w tych momentach, w których demokracja niebezpiecznie przystaje, jakby się zastanawiała: ku anarchii podążyć, czy może raczej ku tyranii.

I w jednym i w drugim przypadku prawa pojedynczego człowieka są zagrożone, zaniedbane, pozostawione samym sobie. Jak dziś.

Dlatego myślę, że zamiast tworzyć w sejmie salę imienia profesora Geremka, lepiej stworzyć tam Komisję Praw Obywatelskich. Która będzie oceniać każdy nowy i stary akt prawny pod kątem przestrzegania praw obywatelskich. Zauważać skutki i zagrożenia, jakie prawo niesie pojedynczemu obywatelowi.

Wystarczy dziesięć osób. Niezależnych. Na czas pracy w Komisji zawieszających swoją partyjną działalność.

 

Konstytucja mówi, że Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. Należałoby potraktować poważnie ten artykuł.

I, może, znaleźć zdjęcie Profesora w tym bereciku z „antenką”. Powiesić przy stole prezydialnym nowej komisji. Żeby wychwytywała wszystko to, co zagraża zwykłemu Obywatelowi.

Bo Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. To pierwszy artykuł naszej Konstytucji. Czy ktoś jeszcze dziś o tym pamięta? W sejmowej sali numer 14, 15, 16?

Polityka (bardzo) seksualna

W starym dowcipie oficer pyta szeregowego, z czym mu się kojarzy kolor biały. – Z d… – odpowiada. Oficer zdziwiony pyta: a czerwony? – Też z d… Dlaczego? – drąży temat przełożony. – Bo mnie się wszystko kojarzy z d… Ideologom i politykom dzisiejszej prawicy i lewicy też się prawie wszystko kojarzy właśnie z tym.

Gdy lewica do postulatów socjalnych dołączyła obyczajowe, jakaś logika w tym tkwiła. Można uznać, że wyzysk i dominacja nie dotyczą wyłącznie sfery ekonomicznej, lecz także kulturowej. Nawet gdy zniesione zostały formalno-prawne zakazy i bariery, dyskryminujące rozmaite postawy kulturowe czy mniejszości seksualne, zapewne w nawykach i obyczajowości pozostały ślady dawnych postaw. Kwestia dyskusyjna, czy to skutek trwałości tradycyjnej kultury, czy np. biologicznych skłonności człowieka, a więc jak z tym problemem sobie radzić, jeśli w ogóle można – ale fakt pozostaje faktem: jakaś forma dystansu, a czasem także aktów nietolerancji, mniej lub bardziej dotkliwych, istnieje mimo zmian przepisów czy treści programów nauczania.

Można zatem uznać, że warto się pochylić nad owym zjawiskiem. Nie mówię wcale o tym, że wszyscy mają się nawzajem uwielbiać. Na paranoję zakrawa mi fakt, gdy w kilku krajach tradycyjny etos chrześcijański zostaje poddany krytyce jako homofobiczny, choć wynika on wprost z przesłania Biblii. Ale nie da się ukryć, że oprócz licznych chrześcijan, którzy uważają homoseksualizm za grzech i odmawiają zgody na zrównywanie postaw homoseksualnych z tradycyjnymi, są też takie środowiska, które zamiast argumentów lubują się w wyzwiskach od „pedałów”, chcą gejów i lesbijki wygnać lub przymusowo leczyć.

Bez trudu można zrozumieć, że czy to religijne (chrześcijaństwo) czy kulturowe dziedzictwo danej zbiorowości nie zawiera wielu „nowomodnych” i „postępowych” wątków i postaw, a osoby kultywujące takie postawy mają prawo żyć w przekonaniu (nawet jeśli fałszywym), że „nowinki” zagrażają wartościom, które są im bliskie. Nie ma zatem nic zaskakującego w tym, że chrześcijanie krytykują choćby śluby homoseksualistów, a rozmaici niereligijni konserwatyści protestują przeciwko adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Na pewno to, co nazywamy moralnością, jest jednym z elementów tożsamości religijnej i etnicznej, a naruszenie kodeksu etycznego zbiorowości skutkuje zmianami w jej łonie lub przynajmniej potencjalną możliwością takich przeobrażeń. Strach czy dystans wobec zmian jest postawą naturalną i nie można od nikogo wymagać, by sprawnie, szybko i bezboleśnie zagłuszył rozmaite wątpliwości.

Można więc uznać, że debata związana z kwestiami seksualnymi jest zjawiskiem całkowicie naturalnym – i w przypadku obrońców tradycyjnej moralności, i wtedy, gdy inni ją krytykują w imię wyartykułowania problemów środowisk, którym owa moralność sprawia jakieś problemy. Jednak skala, jaką osiągnęło to zjawisko, nie wydaje mi się już zjawiskiem naturalnym, a skutki tego dla debaty publicznej i działań społeczno-politycznych są opłakane. Szczególnie w Polsce, gdzie po niemal pół wieku PRL-owskiej „zamrażarki” wszystkie tendencje ideowe z „wolnego świata” są przyjmowane bezrefleksyjnie, zaś ich wyznawcy cechują się bardzo dużym zapałem.

Gdyby potraktować wypowiedzi liderów i ideologów sceny politycznej jako odzwierciedlenie postaw ogółu Polaków, to można by wywnioskować, że mało ważne są dla nas problemy ekonomiczne, wizje rozwoju, kwestie ustrojowe i wiele innych tradycyjnych elementów polityki, zaś nic nas tak nie martwi i nie ekscytuje, jak to, co można nazwać zbiorczo moralnością. I zapewne tak po części jest, jak w samospełniającym się proroctwie – skoro politycy i ideolodzy epatują nas kwestiami związanymi z seksualnością, to w efekcie przeciętnie aktywny politycznie Polak zaczyna postrzegać świat przez ich pryzmat. Stajemy się jak szeregowiec z cytowanego dowcipu – wszystko kojarzy się nam z d…

Zobrazuję to kilkoma przykładami, które skłoniły mnie do niniejszych przemyśleń. Są one chyba wystarczająco wymowne, aby zastanowić się nad tym, czy wszystko jest w porządku z dzisiejszymi sporami ideowymi oraz ze sposobem konstruowania tożsamości poszczególnych opcji politycznych.

Pewnego dnia na konserwatywnym forum dyskusyjnym natrafiłem na wątek, który w tytule miał „bojkot McDonald’sa”. Zmęczony prymitywizmem polskich konserwatystów, którzy debatują głównie o wspomnianej „moralności” oraz o obniżaniu podatków, pomyślałem, że może wreszcie dostrzegli nieco więcej. Bojkot McDonald’sa to, wydawałoby się, temat dla konserwatystów wymarzony – kto jak kto, ale właśnie oni powinni wieszać psy na ekspansji tandetnej oferty, ujednoliconej w skali świata, która wypiera tradycyjne, lokalne nawyki żywieniowe, a wraz z nimi całą kulturę kulinarną. Na to, że skrytykują sieć fast foodów za wyzysk personelu i XIX-wieczne stosunki pracy, nawet nie liczyłem – wśród polskiej prawicy przesłanie katolickiej nauki społecznej jest popularne mniej więcej tak samo, jak capoeira lub origami. Liczyłem natomiast na to, że wreszcie ktoś dostrzegł, iż ekspansja prymitywnej kultury konsumpcyjnej w jej zunifikowanej formie, po prostu szkodzi narodowemu etosowi. Jak myślicie, za co jednak McDonald’s miał być bojkotowany? Za to, że podobno jest czy chce być firmą tzw. gay friendly, czyli przyjazną homoseksualistom.

Innym razem kolega poinformował mnie o losach naszego znajomego. Ten wieloletni lewicowy działacz, uczestnik setek inicjatyw, zapalony społecznik, skazany w procesie sądowym za wspieranie strajku jednej z grup pracowniczych, od dawna zajmujący się pomocą rozmaitym grupom wykluczonych i sponiewieranych Polaków, udał się ni z tego ni z owego na tzw. paradę równości. Nigdy nie zajmował się taką tematyką, a jego lewicowość dotyczyła kwestii socjalnych, nie obyczajowych – zajmowanie się tymi drugimi wręcz krytykował. Co go skłoniło do takiej decyzji? Podobno to, że w swoim środowisku został do tego stopnia zaszczuty jako „homofob”, że dla świętego spokoju postanowił zamienić flagę czerwoną na tęczową i paradować w jednym pochodzi m.in. z tolerancyjnymi ultraliberałami, którzy bez mrugnięcia okiem likwidowali całe zakłady czy wręcz branże, nie troszcząc się ani minuty o ofiary tego procederu, czyli tysiące pracowników.

Rodzima prawica wojowała kiedyś z billboardami reklamowymi. Fajna sprawa, pomyślałem – co wspólnego ma bowiem z konserwatyzmem ten szpetny proceder? Co dobrego z punktu widzenia tożsamości kulturowej wynika z faktu, że zabytkowe starówki wielu polskich miast wprost zaklejone są krzykliwymi billboardami, nierzadko w dodatku powielającymi grafikę i hasła powstałe o tysiące kilometrów stąd? Jaką wartość prezentują wielkie tablice ustawione wzdłuż dróg, szpecąc krajobraz? Co wspólnego z dbałością o pamiątki przeszłości mają takie zjawiska, jak wieszanie wielkich płacht reklamowych na Kościele Mariackim i murach Wawelu? Można by spodziewać się, że konserwatyści będą wrogiem takiego estetycznego śmietnika. Przeciwko czemu jednak protestowali? Przeciwko billboardom reklamującym bieliznę, na których modelka miała odsłonięte jakieś 20% biustu. Bo dzieci patrzą! Jasne, że patrzą – patrzą też na Wawel obwieszony płachtami reklamowymi. Niech się dzieci uczą, po co są zabytki kluczowe z punktu widzenia tożsamości narodowej – po to, żeby prywatne firmy mogły traktować je jako miejsce ekspozycji, napędzającej im klientów. Wawel obwieszony reklamową tandetą to ucieleśnienie ideałów konserwatywno-liberalnych – jest przeszłość i tradycja, jest też rynek i zysk…

Niedawno na jednym z lewicowych portali internetowych dwójka publicystów prowadziła dyskusję o „lewicowej homofobii”. Autorzy przekonywali czytelników, bez żadnych konkretów, że w środowiskach lewicy wręcz roi się od osób niechętnych homoseksualistom i że jest to skandal. W dyskusji pod tekstem kilkanaście osób z przeróżnych środowisk lewicowych i lewicujących napisało niezależnie od siebie, że taka diagnoza jest zupełnie bzdurna, bo nie o żadną homofobię chodzi. Zwracali uwagę, że problem dyskryminacji gejów i lesbijek jest marginalny, choć mocno wyolbrzymiany, a w kraju takim jak Polska istnieje całe mnóstwo problemów pilniejszych, poważniejszych i dotyczących znacznie większych grup społecznych. Wszyscy uczestnicy dyskusji twierdzili, że nie przeszkadza im równe traktowanie osób homoseksualnych, natomiast są przekonani, iż mamy do czynienia z mnóstwem innych, dużo poważniejszych problemów, dotyczących osób, za którymi – inaczej niż za gejami i lesbijkami – nie ujmują się np. duże liberalne media. Jak widać, nie chodzi tu o żadną homofobię, lecz o inny wybór priorytetów. Czy to coś zmieniło w postawie autorów wstępnej diagnozy? A skądże, jeden z dwójki autorów uznał, że takie właśnie stawianie sprawy to kłująca w oczy homofobia, będąca, jak widać, palącym problemem lewicy czy wręcz stawiająca lewicowość owych dyskutantów pod dużym znakiem zapytania.

Tego typu przykładów z lewicy i prawicy mógłbym podać znacznie więcej. Stawianie w centrum dyskusji problematyki związanej z seksualnością – mniejszości seksualne, identyfikacja płciowa (feminizm), postawy wobec seksu (edukacja seksualna, antykoncepcja itp.) – jest powszechne. Jeszcze bardziej niż w polityce – gdzie czasami trzeba zejść na ziemię, tj. zniżyć się do problemów, którymi żyje elektorat, a ten częściej styka się z brakiem łóżek w szpitalach niż np. z gejami i ich rozterkami – widoczne jest to w środowiskach ideotwórczych. Dla głównego nurtu myśli lewicowej „nowoczesna” postawa wobec kwestii okołoseksualnych i stawianie ich w centrum uwagi, stanowi papierek lakmusowy lewicowości. Z kolei główny nurt prawicy ocenia moralną kondycję każdego człowieka i całego społeczeństwa niemal wyłącznie przez pryzmat postaw dotyczących seksualności, bagatelizując wiele innych zjawisk i postaw składających się na to, co można nazwać godnym życiem. Jeśli weźmiemy dwa najbardziej rozpoznawalne czasopisma obu opcji, czyli „Frondę” i „Krytykę Polityczną”, to jak na dłoni widzimy prawicę i lewicę seksualną. „Fronda”, która kiedyś była pismem bardzo szeroko i nieszablonowo omawiającym rozmaite kwestie kulturowe, od jakiegoś czasu koncentruje się na problematyce obyczajowej i okołoseksualnej. Nie proponuje w tej mierze niczego nowego czy świeżego, a jedynie niemal dosłownie skopiowane trendy i opinie amerykańskich neokonserwatystów, powtarzane do znudzenia i przesytu. „Krytyka Polityczna” z kolei od początku reprezentowała „lewicę obyczajową”, a sporadycznie pojawiające się tam wątki socjalno-ekonomiczne giną wśród takich kwestii, jak kino feministyczne czy homoseksualne skłonności literatów. Również tutaj trudno o oryginalność, bo nie sposób za taką uznać kopiowania i nachalnego epatowania pomysłami zachodniej Nowej Lewicy o niemal już półwiekowym rodowodzie. O przepraszam, oryginalnym wkładem w debatę jest ze strony tego środowiska temat prostytucji w obozach zagłady, bo i taka tematyka pojawia się w „KP”…

O czym świadczy natrętne wałkowanie tematyki seksualnej? Można doszukiwać się różnych przyczyn – od obsesji po odwracanie uwagi od dużo ważniejszych kwestii – ale nie w tym rzecz. Ważniejsze jest dostrzeżenie oczywistego, choć w tym kontekście jakby zapomnianego faktu, że jednak nie wszystko kręci się wokół d… Co więcej, kręci się wokół niej coraz mniej. Można uznać, że na Zachodzie w latach powiedzmy 60. nałożyły się na siebie dwie tendencje: rozwój i stabilizacja ekonomiczna oraz wyczerpanie się dotychczasowych wzorców kulturowych. Nie trzeba się było martwić o pracę, poziom życia był wysoki i stale rósł, a jednocześnie zderzyły się oczekiwania młodzieży z postawami pokolenia ich rodziców. W takiej sytuacji na scenę weszły nowe trendy i postawy – nowolewicowy bunt, oparty głównie o kwestie obyczajowo-kulturowe. Wkrótce wywołał on reakcję obronną środowisk konserwatywnych, które też jednak dostosowały się do nowych czasów i ich wyzwań. Ta kulturowa wojna była tyleż uzasadniona, co nieunikniona. Sęk w tym, że obecnie jest ona anachroniczna. Dziś spory zdominowane przez kwestie obyczajowe są dla ich uczestników być może ważne, a zapewne wygodne (pozwalają być w centrum uwagi, bez zajmowania się problemami trudniejszymi i mniej popularnymi), ale nie są one kluczowe z punktu widzenia wyzwań, przed jakimi stajemy.

Dziś, po kilku dekadach neoliberalnej globalizacji, to nie prawa gejów, antykoncepcja czy zapłodnienie in vitro dotykają sedna problemu. W gospodarce nastąpiło niejako cofnięcie się do czasów sprzed epoki stabilizacji gwarantowanej przez politykę państw dobrobytu z lat tzw. złotej trzydziestki (1945-1975). Pojawiły się jednak nie tylko stare problemy społecznych skutków nieskrępowanego kapitalizmu, ale także rozliczne nowe zjawiska – wyczerpywanie się kluczowych surowców, dewastacja środowiska naturalnego i jej skutki, dynamiczny rozwój technologii ingerujących w same granice człowieczeństwa (klonowanie, eksperymenty genetyczne) i w ogóle życia (modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt), stale rosnąca i nierzadko wymuszana mobilność społeczna, konflikty religijno-etniczne, destrukcja tradycyjnych struktur władzy i atrofia społeczeństwa obywatelskiego.

To wszystko sprawia, że żyjemy w sytuacji rosnącego chaosu i niepewności, a współczesne lub prognozowane problemy przypominają te, które zapełniały karty najstraszliwszych dystopii. Już dziś mamy do czynienia z ogromnymi możliwościami kontroli i manipulacji ludzkim zachowaniem, technologia przekształca przyrodę na skalę niespotykaną w historii ewolucji, do absurdu doprowadzono kwestię własności prywatnej (za posiadanie „nielegalnych kopii” piosenek czy filmów w domowym komputerze można trafić za kratki), automatyzacja skutkuje malejącym zapotrzebowaniem na pracę człowieka (przynajmniej tę tradycyjnie pojmowaną) i jego coraz większym wyobcowaniem z procesu produkcji, co rodzi coraz większe problemy materialne i psychologiczne. I tak dalej – tych wyzwań jest mnóstwo. Właśnie w takich realiach należałoby oczekiwać od polityków i ideologów pogłębionej debaty, nowych wizji i strategii. A oni mydlą nam oczy gejami i lesbijkami, pigułkami antykoncepcyjnymi, „gołymi babami”, zapładnianiem takim i owakim, „brakiem zgody na dewiacje” i „zwalczaniem heteronormatywności”.

Kwestie moralności i seksualności nie są nieistotne. Ale prawica seksualna i lewica seksualna są jak szeregowy ze starego dowcipu. A może raczej jak Maks z filmu „Seksmisja”, do którego Albercik rzekł w pewnym momencie: „Nasza cywilizacja legła w gruzach, a tobie tylko dupy w głowie”.

Kto nie strajkuje, niech nie je

Ilekroć oglądam medialne migawki i relacje z polskich strajków, tylekroć mam wrażenie, że temat ten próbuje się upchnąć w kąt lub przedstawić strajkujących w nienajlepszym świetle. Zwykle jest to rozhisteryzowana tłuszcza, albo nieporadnie wypowiadający swe racje ludzie, którzy nie budzą w odbiorcy ni krzty sympatii. A jako tzw. głos ulicy słyszymy zwykle poirytowanych i wściekłych ludzi, zmęczonych protestem pocztowców, kolejarzy, kierowców MPK, pielęgniarek czy nauczycieli. Ci, którzy podejmują się strajków, to roszczeniowcy, związkowa sitwa lub nieudacznicy, wrzód na zdrowym ciele organizmu. Interesujące, jak ta retoryka, choć o wiele bardziej subtelna, przypomina to, co o strajkujących ludziach „Solidarności” w czasach PRL-u mówiła oficjalna propaganda (a w pewnym okresie także część solidarnościowych elit). Tyle że wtedy częściej używano terminu „warchoły”, który dziś, w III RP wypadł z obiegu, może i dlatego, że zbyt wyraźnie przypominałby pewne podobieństwa w ideologii wyznawanej przez nomenklaturę.

Strajk jest zawsze rozsadnikiem istniejącego ładu, zjawiskiem budzącym niepokój strażników istniejących struktur, jest także czynnikiem anarchizującym istniejące status quo. I desperackim wołaniem o sprawiedliwość, a przynajmniej o zachowanie ducha tej sprawiedliwości w życiu społecznym i ekonomicznym. I właśnie ten ostatni element zwykle zostaje usunięty w cień w większości współczesnych przekazów medialnych. Ludzi domagają się podwyżek, zachowania uprawnien, próby wynegocjonowania lepszych warunków pracy czy też – najbanalniej w świecie – zachowania etatu. Oficjalna ideologia III RP, skutecznie zaszczepiona społeczeństwu, przedstawia tego typu kwestie z dobrodusznym politowaniem lub jawną pogardą. Marks miał rację: panujące idee są ideami panujących. A panujący chcą mieć święty spokój: myślę zarówno o „stu najbogatszych Polakach”, zagranicznym kapitale, jak i politycznych krewnych i znajomych tych państwa ze wszystkich partii liczących się na naszej scenie politycznej. Z drobnym zastrzeżeniem: jedynym przyjacielem strajkujących jest aktualna (w danym momencie) opozycja. I kilka lewicowych partii kanapowych, które z zasady nie mają większego poparcia wśród gorzej opłacanych mas: resztki klasy robotniczej czy szerszej rzeszy pracowników najemnych.

Zresztą, kto dziś może sobie pozwolić na strajk? Większe centrale związków zawodowych, reprezentujące resztkę haniebnie – wedle rozumienia neoliberałów czy nekonów – nie sprywatyzowanych zakładów pracy. Na marginesie została większość „transformowanych” Polaków, utrzymujących się na tzw. rynku pracy. Tu trzeba jasno przyznać, że spora w tym zasługa samych związków zawodowych, które przez lata kompletnie nie radziły sobie z nowymi wyzwaniami w rodzaju sieci hipermarketów, albo cynicznie realizowały własną politykę, politykę upolitycznionych, sfraternizowanych z biznesem sitw związkowych. W ramach politycznych wojen posyłano na bitwy swoich związkowców, by np. utrudnić życie aktualnie rządzącym. Za grosz w tym suwerennej, dalekowzrocznej wizji.

Kryzys lewicy w Polsce jest nie tylko kryzysem politycznym, ale – w dużej mierze – także kryzysem dzisiejszego ruchu związkowego, hybrydy post-solidarności i post-PRL-u. Nowa, obyczajowa lewica zaś podsuwa nową wizję protestu: marsze tolerancji. Abstrahując od kwestii obyczajowych, różnica jest taka, że marsze protestu osłania policja, zaś w czasie „klasycznych strajków” protestujący mają siły porządkowe przeciwko sobie. W zasadzie mają przeciwko sobie wszystkich: od „stu najbogatszych Polaków”, przez rządzących, po fotoreporterów i gryzipiórków, niepomiernie zdziwionych, że są jeszcze takie dwunożne, nieopierzone zwierzęta, ze złością i gniewem w oczach wegetujące na obrzeżach nowego, wspaniałego świata. A gdy to chamstwo zwali się do Warszawy, to już w ogóle jest płacz i zgrzytanie zębów.

Jak dotąd pamiętam tylko jeden incydent, gdy media pozytywnie odniosły się do długotrwałych strajków pielęgniarek: gdy za czasów rządów PiS przed siedzibą Rady Ministrów siostry rozbiły „białe miasteczko”. Wielce byłem zdziwiony, jak długo, szczegółowo i z jaką empatią większość mediów potrafi relacjonować strajkowe wydarzenia, jak umie współczuć, sympatyzować i pochylać się z troską. Wtedy to właśnie Sławomir Sierakowski stworzył jedną ze swych wielkich wizji, wieszcząc rychły sojusz inteligencji i ludu pracującego, jak z czasów „Solidarności”, w imię obalenia kaczofaszyzmu. Miała to być nowa jakość, co z niejakim zachwytem odnotowała część wybitnych publicystów. Owszem, była. Jak wszystko w czasach mediokracji – miała swoje pięć minut. I ani chwili dłużej. Bal maskowy (bo trudno to nazwać karnawałem) szybko się skończył ku chwale rosnącego PKB. Trzeba odnotować zresztą, że wśród zwolenników PiS, którzy histerycznie reagowali wówczas na białe miasteczko, reakcje wobec strajkujących diametralnie się zmieniły już w czasach rządów PO. Strajkujący ludzie, niczym kolektywny chłopiec do bicia czasów III RP, zaczął po prostu otrzymywać cięgi i pieszczoty od kogo innego. Ale zasadniczo ich pozycja nie uległa zmianie: są na kolanach. Tyle że obecnie łatwiej wstać, otrzepać pył polskiej ziemi i udać się za chlebem na obczyznę.

Kłopot w tym, że ktoś tu musi zostać, by obsługiwać „stu najbogatszych Polaków”, dać zarabiać ludziom z show-bizu, utrzymywać klasę polityczną itp. Kto zatem zostaje, a wie, że nie samą myślą żyje człowiek, niech pamięta to hasło: kto nie strajkuje, niech też i nie je.