przez Anna Mieszczanek | czwartek 23 października 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Politycy potrafią skompromitować co tylko się komu zamarzy. Właśnie kompromitują ideę referendum.
Co się mamy wzorować na jakichś Szwajcarach, którzy mają średnio 50 referendów w roku. Wiadomo do czego ich to doprowadziło: skrajna bieda i totalny brak bezpieczeństwa narodowego.
U nas, prezydent chce rozpisać referendum w kwestii szpitali i ZOZ-ów, ale zdaje się, że nie bardzo wie, o co ma Naród zapytać. Zaś politycy poza-prezydenccy oraz biegający od jednych do drugich dziennikarze, wrzeszczą, że to populizm i nie wypada mieć w liberalnej Europie takich pomysłów. Demokracja demokracją ale porządek musi być, prawda?
Platforma próbuje przepchnąć swoją wersje reformy służby zdrowia w sejmie i szuka większości. PiS odmawia współpracy. Co nazywa się u nas demokratycznym uprawianiem polityki.
Tylko nasz pomysł jest znakomity, wierzę w to głęboko – mówi do telewizora minister urzędujący, Ewa Kopacz. Ich pomysł jest zły, wierzcie mi – mówi do tego samego telewizora minister były, profesor Religa. Dlaczego mamy wierzyć jednej pani albo drugiemu panu? Dlatego, że nie ma innego wyjścia.
Dlatego, że świat przepisów i finansów, które dotyczyłyby służby zdrowia, jest tak skomplikowany, że normalny człowiek nie może się w tym połapać. Musi komuś uwierzyć, jeśli chce być zwolennikiem jednej albo drugiej opinii.
Może jeszcze stanąć po stronie zdrowego rozsądku. Ale jak? Rozsądek prosi o jakieś argumenty. Chciałby wiedzieć. Co jest plusem jednego rozwiązania, a co minusem? Co jest plusem drugiego rozwiązania, a co minusem? Dlaczego właściwie rząd za pieniądze podatników nie może uczciwie przedstawić im argumentów za jednym i za drugim rozwiązaniem? Przecież zwykle każde rozwiązanie ma plusy i minusy.
Czy naprawdę nie ma w wielki gmaszysku w Alejach Ujazdowskich nikogo, kto potrafiłby rozumem ogarnąć kwestię służby zdrowia z takiej właśnie perspektywy? Żeby uczciwie przedstawić argumenty Narodowi?
Bierze się, proszę panów, flipchart i kolorowe flamastry. Zaprasza się licealistów tuż przed maturą, którym szare komórki pracują na pełnych obrotach i są w stanie realnie ocenić plusy i minusy każdego projektu, przejrzawszy wcześniej dorobek pisany ekspertów. Się to kręci byle kamerą. A potem bardzo się prosi prezesa publicznej telewizji, żeby w ramach czasu przeznaczonego dla premiera albo prezydenta puścił to zamiast orędzia na stojąco lub siedząco, z flagą lub bez. W godzinnym programie telewizyjnym.
Ale premier z prezydentem wolą się bić na referendum. Mają czas.
Premier Tusk stara się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, któremu jest nawet przykro, że tak się musiał z prezydentem nieładnie bawić w samoloty do Brukseli. Ale mówi też: na referendum w sprawie prywatyzacji czy komercjalizacji szpitali się nie zgodzę.
Jeszcze niedawno starał się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, ale mówił, że nie zgodziłby się nigdy na referendum w sprawie tarczy antyrakietowej.
W kwestii euro w ogóle nic nie było o fajnych facetach ani o referendum, tylko datę wprowadzenia nowej waluty premier podał. Chociaż jak jeszcze nie był premierem, to zapewniał, że Platforma będzie dążyła do referendów w ważnych społecznie sprawach.
Czekam aż Premier powie, że tak mu się odmieniło przez posła Palikota: że jak Naród sobie wybiera takich posłów, to rzeczywiście trudno mu zaufać w kwestii zdrowia czy bezpieczeństwa.
Ciekawe, czy premier już na to wpadł?
Jeśli nie wpadł, to może dlatego, że czyta właśnie „Doktrynę szoku” Naomi Klein i martwi się, co to będzie jak Naród też przeczyta i w końcu zrozumie, co się kryje za niewidzialną ręką rynku.
Cała nadzieja premiera w tym, że u nas ludzie mało czytają. Co innego Szwajcarzy.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 23 października 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Moim prywatnym – przyznaję – perwersyjnym hobby stało się kolekcjonowanie we własnej głowie absurdów polityczno-ideowych. Czytając gazety, słuchając wypowiedzi, przeglądając strony internetowe i fora dyskusyjne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jakaś złośliwa siła wyższa postanowiła tak wymieszać różne pomysły, postawy i stanowiska, by przypominały groch z kapustą. A w polskich warunkach postanowiła w owym garncu namieszać wyjątkowo mocno.
Weźmy kilka kwestii.
Lustracja – jej zwolennik jest automatycznie określany jako prawicowiec, nierzadko skrajny. Dlaczego jednak osoba o poglądach lewicowych miałaby popierać zdrajców donoszących na własnych kolegów oraz umundurowanych bandziorów, którzy owe donosy wykorzystywali do niszczenia niezależnych inicjatyw społecznych? Lewica w perspektywie historycznej była za jawnością, za demokracją, za niezależnymi, oddolnymi działaniami społeczeństwa. Była po stronie słabych, krzywdzonych, przeciwko zamordystycznym watażkom i ich pomagierom. To raczej prawica lubowała się w elitaryzmie, zakulisowych zagrywkach, w polityce opartej na intrygach, nie miała zaufania wobec demokracji i spontanicznych inicjatyw społecznych.
Antykomunizm – znów jest to postawa postrzegana jako prawicowa. Co ma zrobić zwolennik takiej lewicy, która zawsze była antykomunistyczna, krytycznie oceniała bolszewików, rewolucję październikową, ZSRR, PRL, a nierzadko za takie poglądy zapłaciła wysoką cenę – śmierci w komunistycznym więzieniu, jak Kazimierz Pużak, lub wieloletniej emigracji, jak Adam Ciołkosz? Co wspólnego komunistyczny zamordyzm, oparty na odebraniu wszelkich swobód obywatelskich oraz na wszechwładzy partyjnych „samych swoich”, ma wspólnego z lewicowymi ideałami wolności, demokracji, równości?
Ekologia – ta dla odmiany jest przedstawiana jako lewacka oraz oparta na „lekceważeniu życia ludzkiego kosztem jakichś żyjątek”. Doprawdy, nie wiem, co ochrona środowiska, w którym żyją wszak także ludzie, ma wspólnego z lekceważeniem interesów człowieka. A co ochrona cennych obszarów przyrodniczych czy krajobrazu ma wspólnego z materialistyczną lewicowością? I dlaczego obrona tej części dziedzictwa – wszak w tych konkretnych realiach przyrodniczych żyje i kształtuje się wspólnota narodowa – jest sprzeczna z wartościami deklarowanymi przez prawicę?
Wolny rynek – ideologia typowo liberalna, uwielbiana jednak przez prawicę, nierzadko tę „twardą”. Co jednak wspólnego ma z etosem wspólnotowym wychwalanie indywidualizmu, który nader często przybiera postać egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi (konkurentami)? Czy wydajność ekonomiczna jest ważniejsza niż inne aspekty „zdrowego” bytowania wspólnoty, których kosztem nierzadko się ona zwiększa? Czy wolnorynkowi konserwatyści wiedzą, że mało kto tak wielbił kapitalizm, jak Karol Marks? Oczywiście chciał on jego obalenia, ale jednocześnie uważał, że kapitalizm jest potężnym taranem, który znakomicie rozbija dawne społeczeństwo i niszczy „zacofane” struktury, wszystko przekształcając w materialną wymianę.
Swobody obyczajowe – postulat typowo liberalny, stawiający w centrum uwagi indywidualne preferencje i zachcianki, bez oglądania się na wolę i postawę większości. Tymczasem dziś nikt bardziej nie przejmuje się jednostkową ekspresją i prawami różnych małych grupek niż lewica – ta sama lewica, która dawniej miała na uwadze interes większości, problemy dotyczące mas, a np. homoseksualizm uważała w najlepszym razie za nieistotną ekstrawagancję.
Można wyliczankę ciągnąć długo, ale po co? Oczywiście bez trudu można wyjaśnić część przyczyn tego pomieszania z poplątaniem. Choćby zjawiskami historycznymi – pojawienie się i ekspansja komunizmu sprawiły np., że lewica zaczęła być kojarzona z zamordyzmem zamiast z demokracją, a w sytuacji całkowitego braku swobód gospodarczych prawica uznała, że lepszy nadmiar rynku niż nadmiar państwa w gospodarce. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że dziś najpopularniejsze są takie „zestawy” poglądów i postaw, które trudno zrozumieć nie tylko na gruncie polityki, ale także logiki.
Nie wystarczy krytykować Jaruzelskiego i stan wojenny – trzeba jeszcze wychwalać Pinocheta i zamordyzm jego junty. Nie wystarczy uznać masakry w kopalni „Wujek” za godną najwyższego potępienia – trzeba też popierać Margaret Thatcher i jej rozprawę z angielskimi górnikami, której efektem było kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych i zapaść całych regionów. Nie wystarczy poprzeć ujawnienia i rozliczenia agentów SB – należy jeszcze dopatrywać się ich podstępnych działań w każdym współczesnym zjawisku społecznym. Nie wystarczy uznać, że zależność, a raczej poddaństwo Polski względem ZSRR było haniebne i szkodliwe – trzeba jeszcze wielbić USA, przyklaskiwać wszelkim ich działaniom a niedostatecznie gorliwych nazywać wyłącznie „ruskimi agentami”. Nie wystarczy krytyka PRL-owskich absurdów gospodarczych – konieczny jest jeszcze bałwochwalczy kult wolnego rynku, popieranie prywatyzacji wszystkiego i wiara w to, że pracowici i odpowiedzialni sobie świetnie radzą, a reszta to lenie, swoiści „podludzie”, którymi nie warto się przejmować lub w najlepszym razie zostawić na łasce Caritasu i datków Romana Kluski. Nie wystarczy krytykować prześladowań Kościoła w PRL-u – trzeba jeszcze być dewotą i uznawać, że Kościół ma rację zawsze i wszędzie, zaś wszelkie jego postulaty są korzystne dla Polaków. Nie wystarczy uznać, że pewna doza konserwatyzmu zabezpiecza społeczeństwo przed szkodliwym chaosem – trzeba jeszcze uznawać prezerwatywy za wynalazek samego Szatana, a wprowadzenie obowiązkowych zerówek traktować jak przejaw wielkiego spisku przeciwko rodzinie. Nie wystarczy traktowanie z przymrużeniem oka niektórych dziwactw środowisk ekologicznych – trzeba jeszcze popierać wylewanie betonu gdzie się da. Nie wystarczy dystans wobec „Gazety Wyborczej” i krytyka jej roli na polskim rynku mediów – trzeba jeszcze z wypiekami na twarzy śledzić neokonserwatywne łgarstwa „Rzeczpospolitej” i zachwycać się najgłupszą nawet opinią, jeśli tylko jest krytyczna wobec Michnika i spółki. Nie wystarczy uznanie wartości państwa narodowego i obrona jego prerogatyw – trzeba jeszcze średnio co półtora roku rozdzierać szaty z okazji kolejnego domniemanego rozbioru Polski przez „eurosodomę” lub „Unię Jewropejską”.
Z drugiej strony: nie wystarczy negatywnie oceniać dyskryminację obywateli ze względu na preferencje seksualne – należy jeszcze zachwycać się „kulturą gejowską”, a prześladowania tej grupy, choćby były urojone, uznawać za kluczowy problem ludzkości. Nie wystarczy krytykować kapitalizm i domagać się solidarności społecznej – trzeba jeszcze czcić Jacka Kuronia (partyjny wspólnik Balcerowicza) i uznawać Kazię Szczukę za modelowy przykład lewicowej wrażliwości. Nie wystarczy uznać, że wolny rynek generuje nierówności społeczne – trzeba zachwycać się gomułkowskim czy PRON-owskim zamordyzmem, bo wtedy „każdy miał pracę i mieszkania dawali”. Nie wystarczy być przeciwnikiem polityki USA – trzeba jeszcze wychwalać najbardziej wariackie i antypatyczne inicjatywy, jeśli tylko są przeciwne „imperializmowi amerykańskiemu” oraz wierzyć, że zamachu na WTC dokonał Bush do spółki z Mossadem. Nie wystarczy uważać, że ochrona środowiska to istotne wyzwanie – trzeba jeszcze jako nieodłączną część proekologicznych inicjatyw traktować promowanie wojowniczego feminizmu oraz wierzyć w to, że nikt tak nie służy „zielonym” ideom, jak „Gazeta Wyborcza”, bo przecież między reklamami samochodów zamieściła tekst Wajraka, że to niefajnie, gdy owe samochody z reklam pojadą akurat przez Dolinę Rospudy. Nie wystarczy nie być klerykałem – trzeba jeszcze wygłaszać opinie o współczesnej wszechmocnej Inkwizycji, wierzyć, że każdy ksiądz to złodziej lub pedofil, no i postrzegać o. Rydzyka jako demiurga polskiej rzeczywistości. Nie wystarczy niechęć wobec wojowniczego nacjonalizmu i grzebania w etnicznych życiorysach – trzeba jeszcze węszyć wszędobylskie spiski skrajnej prawicy, wzmianki o narodzie traktować jako zapowiedź powtórki z Auschwitz oraz z zapałem przekonywać, że „patriotyzm to idiotyzm”. Nie wystarczy dystans wobec „silnego państwa” i „odnowy moralnej” – trzeba jeszcze wisieć u brukselskiej klamki i uważać, że dobry pan komisarz ucywilizuje tutejszy ludek za pomocą głaskania po główce i prawienia morałów. Nie wystarczy krytyczne spojrzenie na „tradycyjne wartości”, a zwłaszcza na ich prawicową karykaturę – trzeba jeszcze wierzyć, że rodzina to przeżytek, że nic tak nie poszerza horyzontów jak palenie marihuany, a zakazy są po to, aby je łamać. Nie należy też wierzyć w ani jedno zdanie z „Gazety Polskiej”, a szczególnie z książek Cenckiewicza, za to Żakowskiego i Kingę Dunin trzeba traktować jako źródło prawdy objawionej i krynicę mądrości.
Ten kraj jest nasz i wasz. Głupota, dogmatyzm i pomieszanie pojęć plują nam w twarz.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 25 września 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Raz po raz wraca kwestia świętowania 1 maja. I tak poseł Jarosław Gowin z Platformy Obywatelskiej zastanawia się na łamach „Dziennika”, czy 1 maja nie zastąpić \wolnym dniem 6 stycznia (święto Trzech Króli). Pracownicze święto o lewicowej proweniencji widać niezbyt pasuje do III RP. I widocznie stanowi przeżytek w świecie pełnym dobrodziejstw ekonomicznego darwinizmu.
Do niedawna byłem przekonany, że Święto Pracy jest bezpieczne jako święto państwowe. Ale coraz częściej mam co do tego obawy. Prawoskrętne, liberalne elity polityczne nie mają wszak żadnego interesu w pielęgnowaniu pamięci o tym święcie. Jest im obce: ideowo i mentalnie. Szczególnie widać to w rozsianych po Internecie wypowiedziach młodszych przedstawicieli ugrupowań politycznych. Kult neoliberalnej ekonomii i pieniądza, chwała rosnącego PKB, stały się dogmatami, których niemal się nie kwestionuje w politycznym i gospodarczym mainstreamie. Kwestia wyzysku, mobbingu, braku terminowych wypłat, ograniczania praw pracowniczych kosztem biznesu, to tematy tabu: ośmieszane lub zbywane wzruszeniem ramion. Oczywiście, niszowe środowiska lewicy będą protestować, ale coraz łatwiej wyobrazić mi sobie sejmową większość, która znosi 1 maja jako święto państwowe.
Z drugiej strony: lewica sama ponosi odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Po pierwsze: obchody pierwszomajowe w gronie towarzyszy z SLD/SdPL to zwykle partyjne agitki, pełne taniego sentymentalizmu wobec czasów PRL. I chyba nikt uczciwie myślący nie jest w stanie wzruszać się nadto dobrobytem czasów Edwarda Gierka czy szczerym, ideowym socjalizmem towarzysza Gomułki. Owszem, zawsze można przespacerować się z alterglobalistami czy młodymi lewakami, przymykając oko na piewców Trockiego czy osobników w koszulce z „Che”. Bo już tak jest na tym łez padole, że nie zawsze można sobie wybrać sojuszników. I w tej akurat kwestii wolałbym stanąć w szeregu z lewakiem-trockistą, niźli z Jarosławem Gowinem i jego politycznymi krewnymi i znajomymi. Nie przekonuje mnie nawet argument z jeszcze jednego kościelnego święta podniesionego do rangi imprezy ogólno-państwowej. Świąt katolickich w kalendarzu mam dość – 1 maja tylko raz w roku. I doprawdy, nie samą religią żyje człowiek. Potrzeba jeszcze pracy i chleba. I choćby jednego dnia, w którym można o tym mówić publicznie, z nadzieją, że puszczą to w mainstreamowych mediach.
Swoją drogą, miałem Jarosława Gowina za człowieka konsensusu, który szanuje idee inne od własnych. Okazuje się jednak, że ze swoim katolickim konserwatyzmem świetnie wpisuje się w neoliberalny program własnej partii. Gdy jego koledzy od rana do wieczora powtarzają mantry o prywatyzacji, on swoją wypowiedzią, sugerującą zniesienie Święta Pracy, stwarza im zaplecze ideologiczne. W sumie: intelektualista, więc właściwy człowiek na właściwym miejscu z właściwym poglądem na określone sprawy. Święto Trzech Króli – no cóż, katolickie święta nikomu w Polsce nie wadzą, są poniekąd ideowo neutralne, przejrzyste, oswojone; Święto Pracy jak widać coraz częściej staje kością w gardle. I myślę, że nie w tym rzecz, iż jest „przeżytkiem” PRL-u. Bynajmniej, raczej przeszkadza swoją nieznośną aktualnością.
Do najbliższego 1 maja jeszcze kilka miesięcy. Byłoby dobrze, gdyby – jeśli ataki na Święto Pracy zaczną się nasilać – środowiska lewicowe rozpoczęły debatę na temat tego dnia i jego znaczenia we współczesnej Polsce. Przebić się do mainstreamu z własnymi argumentami, wymóc na posłach SLD jasne deklaracje, przypomnieć Polakom, po co im właściwie to święto. Ostatecznie to oni mogą okazać się największymi sojusznikami lewicy w tej materii. Owszem, w znacznej mierze nie ze względów ideowych, ale choćby dlatego, żeśmy polubili majowy długi weekend. Nie oszukujmy się: rzadko kto grillując będzie rozmyślał o kwestiach socjalnych, prawach pracowniczych i sprawiedliwości społecznej. Rzecz nie w tym, by zjadaczy chleba przerabiać – że tak szumnie powiem – w niebieskich proletariuszy (co wychodząc z fabryk trzymają skrzydła jak skrzypce). Rzecz w tym, by dać ludziom w długi weekend po prostu odpocząć, a przy okazji powiedzieć coś ważnego o Polsce z naszych, lewicowych pozycji. Bo to nie jest tylko kraj dla Jarosława Gowina, ani dla jego politycznych kumpli z PO, którym nawróceni na neoliberalizm Trzej Królowie mieliby przynieść w darze mirrę, kadzidło i złoto.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 25 września 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Rozgorączkowane Duchy Wojny i Cynizmu tego lata zatrzymały się dłużej nad Gruzją. Ale krążą wokół nas od zawsze. Jeśli nawet oddalą się na trochę od Ameryki, gdy Obama wygra wybory i zakwestionuje strategię osi zła Busha Juniora, przysiądą zapewne na dłużej gdzieś nad Rosją. Gruzja to ledwie preludium.
Są bajki, które karmią Ducha Wojny. Ja pokarmię Ducha Pokoju. To ważne, jakie bajki sobie opowiadamy. Oto bajka:
Któregoś popołudnia przylecieli z Kosmosu Obcy. We trzech. Mieli wielkie błękitne oczy i byli zupełnie łysi.
Mieli pełne plenipotencje, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol: ustalić, czy wciąż zabijamy się nawzajem, a jeśli tak, to pomóc nam w zaprzestaniu tego procederu, który w całym Kosmosie był już bardzo nie en vogue. Pomyśleli, że jak odsapną po podróży, pójdą szukać kompetentnych.
Długo szukać nie musieli – ledwie siorbnęli popołudniowej herbaty i już dostali jądrową rakietą od tłuściutkich pułkowników z pewnej wojskowej bazy, którym wyszło na radarach, że Obcy przypuścili atak na Ziemian.
Strzepnęli więc z siebie popiół po wybuchu, bo rakietom się nie kłaniali i nic się ich nie imało, i połączyli się telepatycznie z ONZ i firmą Google, która w swoich archiwach przechowuje prawie wszystko o każdym pojedynczym obywatelu naszego świata.
– Sondaż zrobimy ogólnoziemski – zawołali wszyscy trzej jednocześnie. – Pytanie będzie tylko jedno. Proste, żeby każdy zrozumiał. Ano takie:
Czy chcesz, żeby obok twojego domu toczyła się wojna – z zabijaniem twojej rodziny przy pomocy bomb z powietrza, rozwalaniem sąsiadów z karabinów maszynowych z ziemi i podpalaniem sklepów warzywniczych oraz mięsnych w sposób dowolny.
ONZ jakoś się nie mógł zebrać, ale chłopaki w szortach od Googla szybko się uwinęli i już po śniadaniu były wyniki sondażu.
No i prawie nikt nie chciał, żeby wojna była koło jego domu. Jak już, to u dalekich sąsiadów, ale lepiej, żeby w ogóle nie. Bo to głupota jest i marnotrawstwo wszystkiego.
Tylko kilka setek biznesmenów, co dobrze zarabiali na wojnie oraz pułkowników z generałami, co ich do wojny wychowali, no i parę setek specjalistów od prania mózgów powiedziało, że wojna jest wszystkim bardzo potrzebna.
– No to dobrze – powiedzieli trzej Obcy jak jeden mąż. – Tym generałom z biznesmenami i tymi od prania mózgów trzeba dać jeden stan w Ameryce. No, jakoś się dogadacie, który. I niech się tam między sobą zabijają, jak potrzebują. A reszta niech siada do obiadu, bo życia szkoda.
Dopilnowali czego tam było trzeba i polecieli do Wszechświatowego Porządku zdać relację.
I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza tymi w tym jednym stanie. Ale to już inna historia.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 25 września 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dyskusje na temat celowości polskich powstań ożywają ostatnio szczególnie intensywnie, bo i sama celebracja rocznic zrywów niepodległościowych jest bardziej huczna i uroczysta niż niegdyś. Akcja rodzi reakcję – im więcej szumu wokół powstania warszawskiego, tym więcej komentarzy o „bezsensownym szafowaniu życiem Polaków”, „szaleńcach, którzy posłali kwiat młodzieży na pewną śmierć”, „samobójczej polityce” itd. Jest to tym bardziej zrozumiałe, gdy historię zaprzęga się do bieżących interesów i politycznych gierek. Nie trzeba być ani przeciwnikiem powstań, ani zwolennikiem „realizmu politycznego”, by odczuwać niestosowność sytuacji, w której w pierwszym szeregu składających hołd powstańcom widzimy posłów i senatorów kiepskiej konduity. Na myśl przychodzi wówczas znany aforyzm Bernarda z Chartres – „Jesteśmy karłami na ramionach olbrzymów”, tyle że nabiera on zupełnie odmiennej wymowy niż w oryginale.
Tym, co zwraca uwagę, jest nasilenie krytyki powstań ze strony środowisk, które dotychczas raczej nie przejawiały takich skłonności. Wywody spod znaku „politycznego realizmu”, niechętne wobec tradycji powstańczej, były przez długie lata domeną grup i myślicieli konserwatywnych, a zwłaszcza endeckich. Stanowiły wręcz żelazny punkt tych doktryn. Endekom nie podobała się w zasadzie żadna „gwałtowna” akcja polityczno-militarna, od powstania kościuszkowskiego, przez listopadowe i styczniowe, rewolucję 1905 r., Legiony, po powstanie warszawskie. Wedle tej koncepcji, zagrożenia można przeczekać przycupniętym niczym zając pod miedzą, a wolność wymodlić lub wyżebrać gabinetowymi intrygami. Nawet gdyby było to realne, pozostaje jeszcze styl.
Nie miejsce tu na pastwienie się nad endecką wizją historii. Ważniejsze jest natomiast to, że dziś krytyką „szaleńczych” i „romantycznych” zrywów powstańczych coraz częściej zajmują się ludzie nie mający nigdy do czynienia z endeckimi koncepcjami, a nawet wrodzy im. Wątpię jednak, aby oznaczało to triumf logiki zawartej w „realnej polityce”. Mamy raczej do czynienia z triumfem drobnomieszczaństwa, z kolejnym wydaniem „małej stabilizacji”, a także z komfortową sytuacją, w której o nic nie trzeba się bić, bo nie dość, że wszystko mamy podane na tacy, to w dodatku zapomnieliśmy, na czym miałaby polegać ryzykowna walka.
Przeciw tradycji powstańczej można znaleźć wiele argumentów, które noszą znamiona sensu. Fakty mówią zresztą same za siebie – klęski, represje, zniszczenia materialne, a przede wszystkim strata tysięcy ludzkich istnień, nierzadko rzeczywiście najlepszych z najlepszych w danym okresie dziejowym. Zapewne podczas każdego z powstań popełniono liczne błędy – od samej decyzji o rozpoczęciu walki, przez wybór jej momentu, przeszacowanie atutów własnych i niedoszacowanie tych przeciwnika, a na sposobie prowadzenia działań kończąc. Analizowane chłodnym okiem, po upływie czasu, spora część powstańczych działań wydaje się pozbawiona sensu. Sądzę jednak, że tradycja powstańcza nie tylko jest warta ocalenia i możliwa do obrony. Jest ona także wartościowa. Z dwóch powodów.
Pierwszy jest mniej ważny. Przede wszystkim, nieuczciwe jest przedstawianie historii Polski jako pasma klęsk militarnych. To nie tylko powstanie wielkopolskie, z ironią i zarazem wyższością nazywane „jedynym zwycięskim”, przełamuje ten schemat. To także powstania śląskie, które trudno uznać w ostatecznym rozrachunku za klęskę. Wręcz przeciwnie – mając na uwadze sytuację wyjściową, układ sił w regionie, a także mizerne wsparcie ze strony władz polskich, należy uznać II i III Powstanie za znaczny sukces. Nie inaczej było z równie „szaleńczym” i „lekkomyślnym” stworzeniem Legionów, których siła militarna i znaczenie wojskowe nie należały do oszałamiających, jednak zupełnie inaczej należy ocenić wymiar propagandowy „na zewnątrz”, a także z punktu widzenia kształtowania świadomości Polaków żyjących od ponad wieku w trzech oddzielonych organizmach państwowych. Do równie „romantycznych” zrywów, choć nie zbrojnych, które przyniosły przynajmniej połowiczne zdobycze należy też zaliczyć rok 1956, wskutek czego nacisk zamordyzmu zelżał. Jeszcze bardziej widać to w przypadku Sierpnia ’80, bo jego pozytywnego wymiaru nie kwestionuje nawet większość endeków, pomijając komunistycznych kolaborantów z okolic „Grunwaldu”, PAX-u itp.
W tym aspekcie ważną rolę odgrywa również moment formułowania ocen i przestróg. Łatwo dziś, znając całokształt wydarzeń i ich przebieg, wskazywać błędy i wytykać potknięcia popełnione 150 czy 50 lat temu. Uzbrojeni w drobiazgowe analizy historyków, chłodno rozważający różne „za” i „przeciw”, zapewne jesteśmy w stanie formułować lepsze diagnozy niż te, które dominowały, gdy podejmowano decyzje odnośnie do interesujących nas wydarzeń. Mało który ze zwolenników-uczestników przegranych powstań miał tak wielką wiedzę i możliwość równie zdystansowanej analizy, jak te, którymi dziś dysponuje ktoś, kto choć trochę interesuje się przebiegiem i realiami ówczesnych wydarzeń. Z tego rodzaju ocen, a zwłaszcza moralizowania, wynika niestety równie niewiele, co z refleksji starca, który u schyłku życia już wie, że popełnił w młodości wiele błędów, które zaważyły na jego późniejszych losach.
Jednak znacznie ważniejszym argumentem jest w moim odczuciu nie to, co mieści się w sferze faktów, logiki i analiz, lecz w wymiarze moralnym czy wręcz emocjonalnym. Zdaję sobie sprawę, że to sfera śliska, bowiem „realiści” poddają krytyce właśnie nadmiar emocji, a niedostatek chłodnego spojrzenia podczas podejmowania decyzji o rozpoczęciu powstań. Mnie interesuje jednak nie to, co już było i czego nikt nie jest władny zmienić. Interesuje natomiast to, co z przeszłością można zrobić dzisiaj.
Gdy Piłsudski pisał w liście do Feliksa Perla w 1908 r., że nie potrafi żyć w panującej wedle niego w Polsce „wychodkowej atmosferze”, trafnie wskazywał na kluczowy problem związany z wartością „myśli powstańczej”. Powstania wybuchały w Polsce być może w momencie najmniej odpowiednim z militarnego punktu widzenia. Wybuchały jednak nieprzypadkowo wtedy, gdy z jednej strony rozmaicie pojmowany i uwarunkowany realizm opanowywał umysły większości, z drugiej zaś aktualny wróg czerpał korzyści z takiego stanu rzeczy. Wówczas garstka, która nie mogła znieść „wychodkowej atmosfery”, jałowego czekania, dzielenia włosa na czworo, nieustannego rozważania „za” i „przeciw”, robiła coś faktycznie „szaleńczego”. Owszem, nierzadko przegrywali z kretesem, kosztem wielkich ofiar. Ale uchylali okno i wpuszczali nieco świeżego powietrza.
Gdy dziś głosy potępienia pod adresem powstań dobiegają ze środowisk innych niż te tradycyjnie sceptyczne wobec takich postaw, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dawno nikt nie uchylił okna. Widać to wszędzie. Badania socjologiczne pokazują, że Polaków nie interesuje nic poza czubkiem własnego nosa, co w sytuacji, gdy jesteśmy społeczeństwem „zacofanym” oznacza nie egoistyczny indywidualizm, lecz apoteozę „życia rodzinnego”. Nie angażują się w życie publiczne, znajdując tysiące wymówek. Nie robią nic dla dobra wspólnego, za to mnóstwo energii trawią na wymyślanie karkołomnych teorii, z których wynika, że „nikomu nie warto ufać, bo wszyscy chcą mnie wydymać”. Mają pełne gęby frazesów podczas internetowych pyskówek, ale w sferze publicznej nie potrafią zareagować na nawet najbardziej dotkliwe przykłady chamstwa. Owszem, przy wódce każdy Polak jest odważny – nienawidzi polityków i szefa z pracy, ale to przecież on wybrał tych pierwszych i to on pokornie przytakuje temu drugiemu. I oczywiście nie odmówi sobie ani jednej butelki, aby sfinansować niezależną partię czy związek zawodowy, który nauczyłby szefa moresu. Gdy od takich ludzi słyszę, że powstania to „szaleństwo”, myślę sobie, że faktycznie jest to realizm – żywego trupa.
Jeszcze jedna przyczyna wydaje mi się tkwić u podstaw „nie-endeckiego” krytycyzmu wobec powstań. Dziś, przy wszystkich swoich wadach i niedogodnościach, przy istniejących obszarach biedy i patologii, Polska stanowi na tle poprzednich epok niemal eldorado. Pokolenie dzisiejszych dwudziesto-, czterdziesto-, a nawet sześćdziesięciolatków nie jest sobie w stanie wyobrazić, czym jest wojna, zagrożenie bytu jednostkowego i zbiorowego przez wrogie, obce państwo, czym jest powszechna i nieustanna świadomość potencjalnej utraty życia. Dziś nawet prawicowi fani Ernsta Jüngera i lewicowi miłośnicy „Che” Guevary to na ogół ciepłe kluchy, które co najwyżej na internetowych forach „walczą” ze „zgnilizną moralną” lub z „faszystowskim zagrożeniem” aż leje się krew, o przepraszam – kilobajty.
Bez wątpienia część decyzji o wybuchu powstań była pozbawiona sensu, a jeszcze więcej błędów popełniono w ich trakcie. Ale nawet wielka ilość przelanej krwi nie skłania mnie do potępienia powstań. Ich przeciwnicy zawsze przywołują argument, który mówi, co by było, gdyby – gdyby przeżyli, gdyby nie zginęli, gdyby nie zburzono tego czy tamtego. Ale to pytanie można odwrócić – po co mieliby przeżyć? Po to, żeby zażywali atmosfery wychodka? Żeby wraz z innymi respondentami CBOS-u czy OBOP-u najbardziej cenili „życie rodzinne” i kredyty na zakupy w Castoramie i Ikei? Żeby obserwowali, jak historyczne obiekty, których nie zburzyły wojny, zamieniane są w banki i autosalony, bo taka ponoć jest „konieczność ekonomiczna”? Po to, żeby klepali po całych dniach na klawiaturze wezwania do obrony demokracji przed „Kaczorami” lub do obrony „Kaczorów” przed krwiożerczym Tuskiem? Żeby emocjonowali się tym, iż Krasowski i Michalski napisali coś brzydkiego o Lisickim i Ziemkiewiczu lub odwrotnie, a oni wszyscy napisali o Michniku, który z kolei dał im odpór piórami Żakowskiego i Andermana? Żeby w każdych kolejnych wyborach głosowali na „mniejsze zło”? Żeby „wywieszali flagę i kibicowali naszym” pod dyktando globalnego koncernu piwowarskiego? Żeby…?
Zawsze, gdy słyszę antypowstańcze slogany, utrzymane w duchu tzw. realizmu, przypominają mi się słowa dwóch piosenek. Pierwszą wykonywał punkowy zespół Ulica, który w piosence „Romantyczność”, inspirowanej tak samo zatytułowanym wierszem Mickiewicza, śpiewał: „Głos namiętności wyżej cenię / Niż mędrców milczenie / Bo beznamiętni nigdy / Nie zmieniają historii”. Ale jeszcze bardziej celny wydaje się fragment piosenki Staśka Wielanka, poświęconej lwowskim i warszawskim nieletnim łobuzom, którzy w godzinie próby równie „szaleńczo” i „krótkowzrocznie” zrobili to, co każdy porządny człowiek zrobić wówczas powinien, choć akurat po nich niekoniecznie się tego spodziewano. „Na Łyczakowskim i Powązkach / Leżą pamięcią otulone / Strącone kulą w pierwszych lotach / Orlęta ledwie opierzone. / Najpierw w wojenkę się bawili / A potem spadła groza święta / Baciary, antki w jednej chwili / Pozamieniali się w Orlęta”. I jeśli ktoś zapyta o sens powstań – „po co nam to było?”, odpowiem: właśnie po to.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 25 sierpnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rzecz nie tylko w jednostkowej ocenie tych wartości, ale i w ich znaczeniu cywilizacyjnym. W pewnym sensie wszelkie ideologie i ich odmiany – liberalizm, konserwatyzm, socjalizm itd. – a także ustroje polityczne, od totalitaryzmu przez autorytaryzm po różne formy demokracji, są wtórne wobec pytania o to, któremu z tych czynników przyznać naczelną rolę.
O ile idea wolności kojarzy się na tym gruncie z zasadą odpowiedzialności (by nawiązać do tytułu jednej z ważniejszych analiz współczesności, pióra Hansa Jonasa), gdzie większą uwagę zwracamy na jednostkowy aspekt życia w świecie, o tyle ideę bezpieczeństwa można skojarzyć z zasadą współodpowiedzialności, wiążącej nas niemal nieskończoną ilością zależności z otaczającą rzeczywistością. Byłoby hipokryzją lub naiwnością twierdzić, że między wolnością a bezpieczeństwem jako wartościami cywilizacyjnymi nie istnieje konflikt. Wprost przeciwnie: w kwestiach społeczno-politycznych w pewnym stopniu odzwierciedlały go różnorakie konflikty i (tymczasowe) sojusze między liberalizmem, konserwatyzmem i socjalizmem. O ile liberalizm ze swej istoty jest apologią wolności, o tyle w przypadku socjalizmu wydaje się, że większe znaczenie ma kwestia bezpieczeństwa.
Rzecz jednak nie sprowadza się do polityki, jeśli rozumieć ją jako dziedzinę doraźności, której horyzonty zamykają się – w najlepszym przypadku – w dziesięcioleciach. Konflikt/dychotomia między zasadą wolności a zasadą odpowiedzialności staje się o wiele ciekawszy i widoczniejszy, jeśli rozpatrywać go na gruncie cywilizacji i gwałtownych przemian, jakie stały się udziałem świata w czasach współczesnych i wiążą się przede wszystkim z narodzinami nowych systemów ekonomicznych, rozwojem nauki i techniki oraz ich umasowieniem. Podam banalny, ale dość dobrze oddający rzecz przykład: rozwojowi cywilizacji towarzyszy powstanie nowych środków przemieszczania się znacznych grup ludności. Kolej, lotnictwo, samochody, tramwaje, autobusy: linie kolejowe, autostrady, trakcje, kontrola lotów.
Tak, tu właśnie pojawia się istotne dla naszego świata słówko: kontrola. Coraz większy rozwój technologiczny wymusza coraz bardziej skrupulatne i wyrafinowane formy kontroli i obostrzeń. Setki lat temu pijany szlachcic mógł wsiąść na konia i ruszyć w drogę, po leśnych duktach, hen, przed siebie, sam lub w towarzystwie swej kompanii, nie spotykając się z żadnymi poważniejszymi konsekwencjami ze strony państwa/społeczeństwa. Dziś pijany kierowca rozpędzonego do 150 km na godzinę pojazdu, jadący nie tym pasem, co trzeba, to osobnik nieodpowiedzialny, łamiący prawo. Zasada wolności w świecie zdominowanym przez technologię (którą – paradoksalnie – człowiek stworzył po to, by w znacznym stopniu wyzwolić się spod władzy żywiołów) musi ustąpić przed zasadą odpowiedzialności: dla naszego własnego dobra.
Istnieje termin dla opisania – w szerszej skali – zjawiska, które powyżej przedstawiłem obrazowo: „niepewność wytworzona”: nowoczesność, w tej wersji, w jakiej uczestniczymy, jest niewyzwalalna (to chyba neologizm?) z twardego brzemienia kontroli. Na poziomie społecznym czy obywatelskim możemy się – i mamy prawo – domagać wolności, ale na o wiele głębiej zakorzenionym poziomie technologii, która stała się naszą faktyczną naturą, jesteśmy skazani na różne formy opresji/kontroli: od zakazu przechodzenia na czerwonym świetle, przez konieczność kasowania biletów w tramwaju, po używanie komputera. Oczywiście, możemy pytać o zakres dotykających nas obostrzeń, ale tylko idealiści albo piewcy powrotu do natury mogą twierdzić, że możemy się bez nich obyć. Nawiązując twórczo do klasycznej zasady liberalizmu: nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo ogółu. A że żyjemy w coraz bardziej zglobalizowanym świecie musimy liczyć się z tym, że ów ogół jest coraz szerszą i coraz bardziej zatomizowaną masą, w której partycypujemy w duchu współodpowiedzialności (o tyle trudnej, że trudno czuć się współodpowiedzialnym za wybory milionów ludzi). To, co piszę, nie jest zresztą szczególnie odkrywcze: warto sięgnąć po znakomite, marksizujące studium Bronisława Baczki o Janie Jakubie Rousseau, „Samotność i wspólnota”, by zobaczyć jak ten nie lubiany przez wielu myśliciel trafnie analizował rodzący się handel na wielką skalę i mieszczańską konsumpcję – chcecie mieć coraz więcej, po coraz niższej cenie, ale pamiętajcie, że dzieje się to kosztem eksploatacji innej części świata. I kiedyś wy także, jako ludzie Zachodu, będziecie ponosić tego konsekwencje. Chcecie coraz więcej wolności, rozumianej jako nieskrępowany dostęp do coraz liczniejszych i lepszych dóbr, chcecie wolności od przymusu, ale czy zastanawiacie się, jakie może to przynieść konsekwencje w rzeczywistości tak niestabilnej i ostatecznie ograniczonej w swych możliwościach (materialnych)?
Gdybym był moralistą, mógłbym w tym miejscu wygłosić płomienny apel o większą ascezę technologiczną i konsumpcyjną. Ale nie jestem naiwny: ludzie cywilizacji, w której żyję, chcą coraz lepszych środków komunikacji, coraz szybszych i komfortowych sposobów przemieszczania się, coraz bogatszej oferty konsumpcyjnej. Wszystko to, niezależnie od najpiękniejszych haseł i najszczytniejszych idei oraz odwołania do szacownych wartości, generuje jednak nowe zagrożenia i wymusza nowe formy kontroli, zapewniającej bezpieczeństwo cywilizacyjne kosztem nie tylko jednostkowej wolności. Antyutopie opisują właśnie taki świat; możemy twierdzić, że się na niego nie zgadzamy, możemy szukać kozłów ofiarnych, ale nie zmieni to faktu, że sami ten świat współtworzymy. Kwestie socjalizmu, liberalizmu, konserwatyzmu są ostatecznie wtórne wobec tego zagadnienia, choć często nie-wprost je rozważają: jeśli więcej wolności, to za jaką cenę? Jeśli więcej bezpieczeństwa, to w imię jak daleko posuniętej kontroli, procedur i obostrzeń?
Płacimy cenę za to, że – zwykle w dość perwersyjny sposób, bośmy niedoskonali – „czynimy sobie ziemię poddaną”. Czy jednak bylibyśmy w ogóle zdolni postępować inaczej?