Ewangelia według Judasza

Przedmiotem sporu była zasada, którą George Orwell w „Folwarku Zwierzęcym” ujął krótko i jasno: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Pięknoduchy chełpiły się, że jest to ich autorski pomysł, chociaż jest to zasada stara jak świat i nie umarła wraz doktryną marksistowską. Demokraci upierali się przy równości wobec prawa, ale solennie zapewniali, że filmy Polańskiego są piękne, wybitne i bardzo im się podobają.

Zdumiał mnie ten zgodny chór uwielbienia dla Dzieł Mistrza, ponieważ trudno uwierzyć, że wszystkie filmy Polańskiego wszystkim się podobają. Przesłanie tych filmów jest głęboko niemoralne, co np. u mnie wywołuje odruch niechęci, nawet wobec filmów doskonałych, jak „Chinatown” czy „Dziewiąte wrota”. Nie wszystkie filmy zaliczam do wybitnych. „Nieustraszeni pogromcy wampirów” to bajka niezbyt straszna i niezbyt śmieszna, której nawet przewrotna puenta nie ratuje. Może opowiadając się po stronie prawa trzeba zabezpieczyć się przed oskarżeniem o stronniczość? Jest to jakiś absurd. Albo talent nie jest kryterium w ocenie przestępstwa, albo jest, a wówczas kiepskich filmowców i grafomanów można zamykać w więzieniu, a utalentowanych nie wolno. Analogicznie, albo wolność słowa i poglądów przysługuje wszystkim, albo ograniczymy ją do słów ważkich i mądrych, a poglądów do słusznych – i wolność skończy się cenzurą i represjami.

Zastanawiałam się, co niepokoi mnie w filmach Polańskiego. Nie to, że dobro przegrywa ze złem, bo tak przeważnie w życiu bywa, a w kinie tylko w Hollywood mamy gwarancję happy endu. U Polańskiego dobro właściwie nie przegrywa, zostaje wystawione do wiatru. Ingerencja szlachetnych frajerów w świat zła chwilowo powoduje jeszcze większy chaos i ostatecznie wzmacnia zło. Nie widziałam filmu „Śmierć i dziewczyna”. Może przesłanie tego filmu jest inne.

Istotą nowego trendu w kulturze nie jest to, że Dekalog jest łamany. Dekalogu nie ma. Kiedy przestępca uchodząc z łupem woła „Łapać złodzieja”, nie zaprzecza siódmemu przykazaniu – „Nie kradnij”. Jeśli złodziej woła „Łapać policjanta”, a tłum klaszcze, to żyjemy w innym świecie. Nastąpiła zamiana ról. Przestępca i nikczemnik jest ofiarą, pokrzywdzony i szukający sprawiedliwości – katem. Ludzi prawych przedstawia się jako nikczemników dążących do zemsty, owładniętych nienawiścią. Tak np. działa obrona komunistycznej agentury. W polityce oznacza to koniec z hipokryzją – mam siłę i władzę, więc mogę robić, co mi się podoba. Zamiana ról nie jest prostym odwracaniem kota ogonem, kiedy partie licytują się, która jest bardziej skorumpowana. Posłankę, która z zamiaru „kręcenia lodów” przy prywatyzacji szpitali nieroztropnie zwierzyła się policjantowi, przedstawia się jako ofiarę wrednego politycznego spisku. Biznesmen okazał się policjantem, trzeba jej współczuć i wybaczyć.

Naiwnych ludzi uczciwych wszyscy pouczają, że byli zbyt ufni, nieostrożni lub sprowokowali przestępcę. Przestępca jako ofiara prowokacji to nic nowego. Zgwałcona dziewczyna miała krótką spódniczkę i zgrabne nogi, a sąsiad ograbiony w czasie urlopu nie miał krat w oknach, trzech zamków i drzwi antywłamaniowych.

Może przesadzam, może źle odczytuję znaki czasu, jednak odnoszę wrażenie, że pogarda dla dobra i lansowanie zła to jednak coś nowego. Zło jest głębokie, inteligentne, kuszące, dostępne tylko jednostkom silnym, wybitnym. Dobro – słabe, głupie, ślamazarne. Kiedy takie postawy stają się powszechnie akceptowane, rodzi się faszyzm i mafia. Zło zawsze intrygowało artystów, ale jeśli w ich twórczości dobro w ogóle nie jest obecne, łatwo przekroczyć linię, za którą nie ma już nic, żadnego sensu, wartości, nadziei. Nie jest dziełem przypadku, że wybitne filmy, które otarły się o tę granicę, opisują faszyzm („Zmierzch bogów”) i mafię („Ojciec chrzestny”). Polański też nie przekracza granicy, za którą kończy się sztuka. Wampiry odjeżdżają w świat, dziewiąty krąg się otwiera i pojawia się napis – The End. Ósmy krąg, o którym śpiewa Wysocki, jest martwy, nie może być już tworzywem dla artysty. Wildstein pisze o Dolinie Nicości, Herbert o potworze, którego twarzą jest nicość. Artyści próbują opisać niezłomnych bohaterów, którzy beznadziejnie przegrywali, ale ich cierpienia przerażają widzów i czytelników. Wolimy opowieści o rycerzu, który pokonał smoka. Film o księdzu Jerzym tak spodobał się widzom, ponieważ był zrealizowany w duchu etosu rycerskiego. Trzeba talentu Sołżenicyna, aby na bohatera opowiadania „Jeden dzień Iwana Denisowicza” wybrać przeciętnego zeka w przeciętnym łagrze. O wiele łatwiej napisać coś ciekawego o tajnym agencie, który musi prowadzić podwójne życie. Ciągła gra z najbliższymi i z oficerem prowadzącym, panowanie nad lękiem przed zdemaskowaniem, wymagały inteligencji, przebiegłości, mocnego charakteru. Odmowa była łatwa i prosta, może nawet prostacka.

Kiedyś trafiłam na jakiś bzdurny artykuł o tzw. ewangelii Judasza. Zdrajca był przedstawiony jako jednostka wybitna, głęboko tragiczna ofiara boskiego spisku. Zdradzony Jezus, wystawiony oprawcom figurant, słaby i bezsilny, dał się ukrzyżować dla przyszłej nagrody. Wyrzuciłam te brednie, nie czytając dokładnie. Teraz żałuję. Zamiana ról kata i ofiary w zdarzeniach, które stanowią fundament naszej kultury, pomogłaby mi lepiej zrozumieć współczesny świat. Wciąż nie wiem jak poprawnie interpretować rolę trzydziestu srebrników.

Andrzej Gwiazda: Zmiany w IPN

Prezentujemy opinię Andrzeja Gwiazdy, członka Kolegium IPN, o planowanych zmianach w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowanie tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.

Projekt zmian ustawy o IPN, zgłoszony przez posła Chlebowskiego, przewiduje uchylenie lub zmianę około 40 istotnych przepisów, w tym likwidację Kolegium IPN i zastąpienie go Radą IPN. W dotychczasowej dyskusji najwięcej uwagi poświęcono właśnie tej propozycji oraz zmianom silnie osłabiającym niezależność i pozycję Prezesa IPN, a tym samym niezależność całego Instytutu.

Jedyną jednoznacznie korzystną zmianą jest ustawowe wykluczenie anonimizacji w udostępnianych dokumentach.

Najbardziej niebezpieczną propozycją jest uchylenie ust. 2 w art. 5. Art. 5 precyzuje jakie służby i instytucje, „w rozumieniu ustawy”, zalicza się do organów bezpieczeństwa państwa. Ustęp 1 tego artykułu wymienia czternaście takich służb i instytucji komunistycznego państwa polskiego. Natomiast ustęp 2 rozszerza to pojęcie na „organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o zadaniach podobnych do zadań organów, o których mowa w ust.1.”.

Uchylenie ust. 2 Art. 5 w zasadniczy sposób zmienia podstawowe zadania IPN określone w Art. 1. – „ewidencjonowanie, gromadzenie, przechowywanie, opracowywanie, udostępnianie i publikowanie dokumentów organów bezpieczeństwa państwa”, (podkreślenie – A. G.).

Wprawdzie w gestii IPN pozostają nadal dokumenty „organów bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy i ZSRR”, jednak dotyczy to tylko zbrodni: nazistowskich, komunistycznych, wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi. W sprawie postępowania nie kwalifikującego się do kategorii zbrodni, art. 1. odwołuje się do art. 5. Tego artykułu, z którego poseł Chlebowski zamierza wykreślić przepis pozwalający IPN zajmować się działaniami służb państw obcych. Powstaje pytanie, co IPN ma zrobić z dokumentami dotyczącymi służb takich, jak np. niemiecka Stasi, rumuńska Securitate i im podobnych, oraz działaniami Gestapo, NKWD, KGB, które nie mieszczą się w wymienionych kategoriach zbrodni. Nowa ustawa nie pozwalałaby nawet takich dokumentów przechowywać.

Uchylenie ust. 2 art. 5. spowoduje, że funkcjonariusze i współpracownicy „organów” państw obcych, na pytanie lustracyjne powinni odpowiedzieć: „Nie współpracowałem”. Rezydent KGB będzie mógł zostać prezesem IPN lub prezydentem RP.

Autorzy projektu zmian ustawy chcą wyłączyć z „organów bezpieczeństwa państwa” urzędy cenzury oraz urzędy do spraw wyznań (Art. 5, ust. 1. pkt. 13 i 14).

Organy cenzury, jakkolwiek nie popełniały bezpośrednich zbrodni, wypełniały zadanie ukrywania i pochwały tych zbrodni. Cenzura, w przeciwieństwie do instytucji wymienionych w pkt. 1-12, skierowana była nie przeciw osobom lub grupom, lecz przeciwko całemu narodowi. Cenzura nie tylko uniemożliwiała swobodę wypowiedzi jednostkom, np. literatom. Cenzura, działając niejawnie, przez blokowanie informacji okłamywała całe społeczeństwo, co kwalifikuje jej działania jako łamanie praw człowieka.

Wyłączenie urzędów do spraw wyznań uważam za błędne, lecz ocenę pozostawiam czytelnikom.

Uchylenie art. 7 definiującego dokument w rozumieniu ustawy jest niedopuszczalne. Nie istnieje uniwersalna, powszechna definicja „dokumentu”. Każdy dział działalności intelektualnej definiuje ten termin stosownie do swej specyfiki. Według słownika, na potrzeby nauki „dokument” definiuje się zgodnie z treścią art. 7. Uchylenie tego artykułu spowoduje dowolność w uznaniu, co jest dokumentem. W księgowości dokumentem jest to, co da się zaksięgować, w zagadnieniach prawnych za dokument uważa się „pisemny ślad czynności prawnej” i takiego rozstrzygnięcia należy się spodziewać, gdy spory o definicję dokumentu zostaną skierowane do sądu. Pozwoli to sparaliżować pracę IPN, co wydaje się celem tej zmiany.

Omówiłem na początek najbardziej bulwersujące propozycje zmian, by zwrócić na nie uwagę. Te propozycje w tak oczywisty sposób pokazują intencje ich autorów, iż każdy może je właściwie ocenić.

Kolejne zmiany nie są już tak oczywiste. Niektóre propozycje na pierwszy rzut oka mogą się wydawać słuszne, inne pozbawione znaczenia. Aby zorientować się w ich prawnych i praktycznych skutkach, konieczne jest poświęcenie dużej ilości czasu, „surfowania” po gąszczu odwołań od jednego do kilku nieraz innych artykułów, ustępów, punktów, które z kolei też odwołują się do jeszcze innych. W wyniku tych rajdów prawnych, nic nie znacząca z pozoru zmiana urasta do poziomu dywersji narodowej lub okazuje się tylko bublem prawnym, bublem logicznym lub kosmetyką bez znaczenia. Do oceny skutków prawnych niektórych przepisów konieczna jest znajomość warunków i środowisk, w których te przepisy będą realizowane.

Każdy projekt ustawy musi być poddany pod publiczną dyskusję. Obowiązek uzasadnienia celowości i słuszności projektu ciąży na autorze. Znaczącym błędem projektu jest uchylenie się jego autorów od tego obowiązku.

Wyklucza to równorzędną dyskusję, gdyż zmusza krytykującego do przypisywania autorom intencji i celów. Jest to dla dyskutanta sytuacja niewygodna, gdyż stwarza wrażenie stronniczości i braku obiektywizmu. Błędy wynikające z ignorancji autora, mogą być potraktowane jako wynik złej woli lub celowe zastosowanie manipulacji. W ocenianym projekcie możemy znaleźć wiele przykładów niedbalstwa i niekonsekwencji, które pozwalają przypisać autorom złą wolę.

Podam na końcu kilka takich przykładów. Teraz jednak zajmę się ważniejszymi propozycjami zmian, jak również tym, czego w projekcie zabrakło.

Proponowane zmiany ustawy ignorują zasadę niezależności IPN. Jej fundamentem jest niezależność pracowników IPN, szczególnie na stanowiskach kierowniczych. W art. 9 czytamy: „Prezes IPN w sprawowaniu swego urzędu jest niezależny od organów władzy państwowej”.

Warunkiem niezależności jest w pierwszym rzędzie brak wszelkich przesłanek mogących budzić podejrzenie o nawet bardzo luźną współpracę z „organami bezpieczeństwa państwa”, wymienionymi w art. 5. Art. 11. precyzuje warunki ochrony IPN przed przedostaniem się do niego współpracowników „organów bezpieczeństwa państwa”.

Uważam, że art. 11. powinien uwzględniać również przypadki, w których ujawnienie informacji o współpracy nastąpiło w czasie pełnienia funkcji.

Projekt zmian ustawy konsekwentnie ignoruje zabezpieczenia. Nawet proponując nowe stanowiska lub funkcje, pomija konieczność „lustracji” kandydatów.

Drugim warunkiem niezależności IPN, jest zabezpieczenie przed wpływami koterii politycznych. Kluczem do takiej niezależności jest niezależność Prezesa IPN. Proponowane zmiany w art. 10 ust. 1, art. 13, art. 15, art. 23, ust. 2, oraz w art. 24a, tak silnie osłabiają pozycję prezesa IPN i otwierają tak wiele dróg korporacyjnej i politycznej presji, że w sumie stają w jawnej sprzeczności z art. 9 o niezależności Prezesa IPN.

Nowa treść art. 10. przewiduje, że Prezes IPN powoływany jest przez sejm większością 3/5 głosów, natomiast odwoływany jest zwykłą większością! Taka asymetria procedury powoływania i odwoływania Prezesa poddaje go tak silnej presji politycznej, iż w praktyce czyni Prezesa IPN klientem aktualnie większościowej, jawnej lub ukrytej koalicji sejmowej.

Nowy art. 24a dodaje dwa tory odwołania Prezesa, przez odrzucenie rocznego sprawozdania: przez Sejm oraz przez Radę IPN. Zmiana ustawy nie precyzuje, czy Prezes składa Sejmowi i Radzie identyczne sprawozdanie, czy różne. Nie określa też skutków prawnych przypadku, gdy Sejm sprawozdanie Prezesa przyjmie, natomiast Rada odrzuci.

Nowa treść art. 15 likwiduje Kolegium IPN i zastępuje je Radą IPN. Kolegium liczy 11 członków, Rada ma mieć tylko 9, co wydaje się bez znaczenia. Za to Rada miałaby nieco szersze kompetencje niż Kolegium, w szczególności ograniczałaby kompetencje Prezesa.

Członkowie Rady IPN mieliby być powoływani: dwóch przez Prezydenta spośród czterech kandydatów desygnowanych przez Krajową Radę Sądownictwa, dwóch przez Senat i pięciu przez Sejm spośród odpowiednio 4 i 10 kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie elektorów. Po dwóch elektorów wybierają Rady wydziałów uczelni, mających prawo nadawania tytułu doktora habilitowanego w dziedzinie historii.

Proponowane zmiany w art. 15 z pozoru mają uniezależnić kierownictwo IPN od bieżących interesów ugrupowań politycznych. Pobieżna nawet analiza propozycji wskazuje, że miałyby skutek przeciwny. Andrzej Urbański zauważył, że zmiany w art. 15 przekształcają IPN z instytucji państwowej w instytucję silnie uzależnioną od korporacji.

Tak dotychczas atakowane „upolitycznienie” IPN, czyli mianowanie prezesa i kolegium przez wybieranych w wyborach powszechnych Prezydenta, Sejm i Senat, odzwierciedlało w możliwie wierny sposób wolę narodu co do działań IPN. Proponowane zmiany ubezwłasnowolniają pochodzące z powszechnych wyborów władze, ograniczając ich rolę do akceptacji kandydatów, przedstawionych przez instytucje o charakterze korporacyjnym, które nie podlegają społecznej kontroli i same dla siebie tworzą hierarchię stanowisk. Rozwiązanie takie powoduje rozmycie odpowiedzialności. Ani uczeni historycy delegujący elektorów, ani sami elektorzy nie czują się odpowiedzialni za swe decyzje, gdyż wyznaczają tylko kandydatów, a wyboru dokonuje Sejm i Senat. Senatorzy i posłowie też nie czują się odpowiedzialni, gdyż w swych decyzjach są ograniczeni do wyboru spośród kandydatów, których im narzucono. Osobnym zagadnieniem jest delegowanie kandydatów przez Radę Sądownictwa, z których Prezydent może wybrać członków Rady IPN. Taka procedura ma uzasadnienie w przypadku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Zastosowanie jej dla mianowania członka Rady IPN jest pozbawione sensu. Jest to w dodatku propozycja dezawuująca, a nawet obraźliwa dla urzędu Prezydenta RP.

Prezydent, posłowie i senatorowie mogą nie mianować przedstawionych im kandydatów, uruchamiając karuzelę delegowania elektorów i wyznaczania kandydatów tak długo, aż zmuszą elektorów do zapytania partii politycznych, kogo mają przedstawić jako kandydatów, czyli wrócić do procedury obecnej.

Z drugiej strony, korporacje naukowe mogą zbojkotować ustawę, tak jak zbojkotowały ustawę nakazującą złożenie oświadczeń lustracyjnych. Wtedy Radę wybiera się tak, jak teraz Kolegium.

Podniesienie wymagań minimalnego stopnia naukowego z magistra na doktora, nie ma większego znaczenia, choć w odbiorze społecznym podnosi prestiż Rady.

Natomiast praktyczne ograniczenie składu Rady do zawodu historyka, słuszne jest tylko z pozoru. Historia ma wiele działów, których wybitni specjaliści mogą mieć wątłą wiedzę z działów, którymi się nie zajmują. Szczególnym działem historii jest historia najnowsza. Jest to dział, którego znakomita większość historyków starannie unika, nie tylko z obawy narażenia się politykom, ale przede wszystkim z powodu dynamiki rozwoju tego działu, w którym często pojawiają się nowe fakty, dezawuujące ustalone poglądy i wykonane prace. Na wydziałach historycznych uniwersytetów panuje powszechna niechęć, żeby nie powiedzieć pogarda czy wrogość wobec adeptów historii najnowszej. Dlatego specjaliści z historii najnowszej najczęściej pracują na wydziałach innych niż historyczne. Mają więc małą szansę na członkostwo w Radzie IPN.

Propozycja powierzenia głównej roli w kształtowaniu działalności IPN korporacjom, które niedawno w sposób zorganizowany zbojkotowały ustawę lustracyjną, zdumiewa i nasuwa obawy o bezstronność w ten sposób wyłonionej Rady i przedstawionego przez tę Radę kandydata na Prezesa. Tym bardziej, że postanowienia nowego art. 15. nie przewidują „lustracji” ani elektorów, ani wybranych przez nich kandydatów do Rady IPN. Tak więc: Rady wydziałów, które odmówiły poddania się „lustracji” wybiorą niesprawdzonych według art. 11 elektorów, ci przedstawią równie niesprawdzonych kandydatów. Dopiero po wyborze członków Rady przez Prezydenta, Senat i Sejm zadziałają przepisy art. 11 i może się okazać, że nie mogą oni pełnić tej funkcji.

Projekt zmian ustawy o IPN, oprócz omówionych ważnych zmian, zaskakuje ilością błędnych propozycji, a także stwierdzeń, które z pozoru cieszą. Omówienie wszystkich zajęłoby co najmniej drugie tyle tekstu. Podam więc kilka krótkich przykładów.

W art. 36 czytamy: „Dokumenty … których odnalezienie nie wymaga kwerendy … udostępniane są w ciągu 7 dni”. To zbyt piękne. Czytam jeszcze raz i okazuje się, że dotyczy to tylko instytucji państwowych. Dla nas, szaraczków, oznacza to wypchnięcie na koniec kolejki.

W art. 30 znajdujemy jeden przepis, nakazujący udostępniać oryginały dokumentów oraz drugi, nakazujący usunąć z udostępnianych oryginałów dane „wrażliwe”. Spełnienie obu nakazów wymaga zniszczenia oryginałów. Tenże art. 30 jakby na kpinę wymaga zatajenia wyznania, poglądów filozoficznych, pochodzenia etnicznego i rasowego!

Szczytem ignorancji jest wymaganie, by Prezes IPN w ciągu pół roku opublikował „szczegółowy i kompletny inwentarz archiwum IPN”. Zasób IPN stanowi stos o wysokości 86 km. Jego inwentarz będzie liczył zdaniem specjalistów-archiwistów kilkanaście tysięcy stron. Opracowanie go zajmie co najmniej kilka lat.

W opinii zespołu prawników projekt nie daje podstaw do dalszych prac legislacyjnych.

Andrzej Gwiazda

Powyższy tekst ukazuje się w ramach współpracy Autora z pismem „Obywatel” (Andrzej Gwiazda jest członkiem Rady Honorowej pisma). Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowaniu tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.

Podróże kształcą

Logicznie myślący wiedzą, że upadek komunizmu zawdzięczamy Lechowi Wałęsie. To on przekonał Jaruzelskiego, polskiego szlachcica z kresów, w głębi serca patriotę, że Polska powinna być niepodległa, demokratyczna i kapitalistyczna. Polacy jednoczą się ponad podziałami, aby pokazać Europie, że komunizm obalili ludzie honoru, obradujący przy Okrągłym Stole, a nie Niemcy, rozwalając mur berliński. Niemcy nie mówią całej prawdy. Największy w historii kawałek muru odłupał mój mąż z Kazikiem Michalczykiem przy pomocy zakrzywionej rury. Pewnie dostaną zaproszenie na rocznicę do Berlina. Z Niemców nikt śmiać się nie będzie, ale boję się, że wkrótce Polacy będą pośmiewiskiem Europy, ponieważ wiedza o pierestrojce wydaje się na świecie dość powszechna. Nie wpadłabym na to, gdybyśmy nie wybrali się w Góry Fogaraskie w Rumunii.

We francuskim przewodniku turystycznym przeczytałam: „Odkryto, że rewolucja [w 1989 roku] stanowiła manipulację zmontowaną z błogosławieństwem Moskwy”. „Oglądaliśmy komedię nagrań w »procesie« małżonków Ceausescu, Targu Mures i dyskryminację mniejszości węgierskiej”. Moim zdaniem, Ceausescu został zamordowany, ponieważ w oparciu o Chiny uniezależnił się od Moskwy i spłacił zagraniczne długi. Autorzy przewodnika sugerują, że kluczową rolę w tych wydarzeniach odegrał Iliescu „wysoko stojący w hierarchii komunista, wyszkolony w Moskwie przez KGB, panujący nad siecią byłej Securitate, tajnej policji”. „Szczyt barbarzyństwa został osiągnięty, kiedy »czarne twarze« wystąpiły przeciwko tak zwanym »chuliganom« (w istocie przedstawicielom sił demokratycznych, które nie zaakceptowały oszukańczej »rewolucji«), manifestującym na uniwersyteckim placu”.

Dalej już poszło gładko jak w Polsce. W pierwszych demokratycznych wyborach w maju 1990 roku wygrał Iliescu i wprowadził Rumunię do świata zachodniego. Rumunia weszła do Rady Europy w październiku 1993, z akceptacją NATO przystąpiła do programu Partnerstwo dla Pokoju na początku 1994, uzyskała status partnera stowarzyszonego z UZE (Unią Zachodnioeuropejską, wstępny krok do UE). Skończyło się też jak w Polsce. W 1996 r. Iliescu przegrał wybory, ale kraj był już dogłębnie skorumpowany. Nieliczna warstwa nowobogackich i obszary nędzy, zniszczone fabryki, ugory.

Zadziwiły mnie rewelacje francuskich oszołomów, wyznawców spiskowej teorii. Kogo chcemy oszukać świętując w kolejnych odsłonach zwycięstwo Lecha Wałęsy nad komunizmem? UZE odkryliśmy studiując traktat z Maastricht przed referendum i nikt nam nie wierzył. We Francji nie jest to tajemna wiedza. Oszołomy wszystkich krajów łączcie się!

Pożytki z wędrówek po górach są zaskakujące. Najpierw cieszę się, że na miesiąc uciekam z miasta. Kiedy wracam, winda na dziesiąte piętro jest ósmym cudem świata, a gorący prysznic zamiast mycia końca nosa w lodowatej wodzie wprawia mnie w stan zachwytu. Niestety, po kilku dniach pławienia się w luksusach nieuchronnie następuje twarde lądowanie. Dzwoni telefon, kupuję gazety, z telewizora wyłania się wiecznie żywy Stefan Niesiołowski. Dziura w budżecie, „Rosomak” rozleciał się na minie-pułapce, katarski inwestor okazał się kiełbasą wyborczą. Na Westerplatte wszyscy podkreślają, że Lech Wałęsa reprezentuje wartości, na których budujemy wspólny europejski dom. Nigdy więcej wojny pod warunkiem, że potrafimy rozchmurzyć Putina. Jak to zrobić, najlepiej wie Wałęsa. Niemcy mają swojego bohatera Schroedera, biznesmena budującego z Rosjanami podmorski rurociąg. Putin zaleca Polakom model niemiecki.

Wymyśliłam sposób łagodzenia skutków zderzenia z cywilizacją. Najpierw miękkie lądowanie, czyli kilka dni w Beskidach. Też góry i problemów nie brakuje. Jesienne maliny tak obrodziły, że właścicielka zachęca, aby sobie zebrać za darmo, bo już nie może więcej usmażyć. Krowa jest cielna i sąsiadka martwi się, że nie będzie twarożku. Dwa koguty pobiły się o kilka kur. Jajko tych kur kosztuje 50 groszy. W Gdańsku za jajko kury z wolnego wybiegu płacę prawie złotówkę.

Są też inne problemy. Wysypisko nie może przyjąć śmieci przywiezionych przyczepką. Śmieci wolno odbierać tylko od przedsiębiorców z licencją. Policja nie wie, gdzie wyrzucić śmieci, aby nie zapłacić mandatu. Wszyscy wiedzą, a policja nie wie. Jak się dowie i zacznie sypać mandatami, na śmieciach wyrośnie mafia, jak w Neapolu. Problemem zainteresowała się lokalna telewizja, ale propozycja, aby odbierać śmieci od wszystkich i jeszcze płacić parę groszy za kilogram, nie zyskała uznania. Przed wysypiskiem ustawiłaby się kolejka ludzi z reklamówkami, workami i przyczepami pełnymi śmieci i kraj byłby czysty.

Z kolei w Komańczy zwiedziliśmy zakład produkujący brykiety z siana i trocin. Trociny są w tartakach kłopotliwym odpadem, a bele siana zalegają latyfundia prominentów z Warszawy, którzy muszą kosić łąki, aby dostać unijne dotacje. Surowca jest obfitość, ale biznes rozkręca się powoli, chociaż właściciel jest pomysłowym projektantem. Brykiety z trocin obciążone są 22-procentowym VAT-em, brykiety z siana, jako produkt rolniczy, VAT-em minimalnym. Korzystnie byłoby do siana dodawać trociny, ale to zmienia kwalifikację produktu. Kwadratura koła, bo albo cena za wysoka, albo wartość kaloryczna za mała. Na obniżkę VAT-u nie ma co liczyć, bo premier łata dziurę budżetową. I tak w Komańczy skończyły się wakacje od polityki.

Miraże słodkiego życia na kominie

Dlaczego bronicie żabek a nie ludzi? Chodzi oczywiście o Dolinę Rospudy, gdzie zjawiliśmy się dość efektownie, bo z namiotem w tęgie mrozy. Wszyscy to zauważyli i PiS musiał się tłumaczyć, dlaczego rekomenduje Andrzeja Gwiazdę do Kolegium IPN.

Obrońcom agentów źle kojarzyła się obrona żabek, ale to mogę zrozumieć. Natomiast nie rozumiem, dlaczego to pytanie zadają polscy patrioci na każdym publicznym spotkaniu. Dlaczego interesy ponadnarodowych korporacji, żądających wygodnego transgranicznego transportu, uznano za polską rację stanu? Może chodzi tylko o to, że skoro sąsiedzi żądają – to zastaw się, a postaw się, więc pokażemy im, że nie jesteśmy zapyziałą prowincją Europy.

Wyremontowanie drogi między wsią Marcinkowice a przysiółkiem Łęg, na której moja siostra demoluje swój samochód, do polskiej racji stanu się nie zalicza. Ta droga z gigantycznymi dziurami stanowi wyzwanie, terenowy tor przeszkód dla quadów, które są ostatnio najmodniejszym prezentem na pierwszą komunię. Przyjęcia na pierwszą komunię organizuje się teraz na 100 osób w eleganckich lokalach. Część społeczeństwa jest zamożna, biedniejsi biorą pożyczkę w banku. Z łezką w oku wspominam wiosenny czas pierwszych komunii w zgrzebnych czasach PRL. Z otwartych okien w bloku dochodziły chóralne śpiewy dorosłych, którzy raczyli się czymś mocniejszym. Przed blokiem chłopcy ścigali się wożąc na taczkach z budowy koleżanki-aniołki w białych szatkach. Przynajmniej wszyscy bawili się dobrze i tanio. Teraz aniołki już po cywilu rozjeżdżają quadami polne drogi, łąki i zagajniki.

We Francji ochrona krajobrazu i obrona środowiska naturalnego jest oczkiem w głowie samorządów lokalnych. W Polsce też tak będzie – pociesza mnie koleżanka z Francji. Może doczekam. Po spotkaniu w Bielsku-Białej nocowaliśmy we wsi Brenna niedaleko Skoczowa. Za oknem szumiał górski potok, wokół lasy, samochodów niewiele. Wójt nie jest entuzjastą dobrej szosy przez przełęcz do sąsiedniej doliny – turyści nie przyjadą, przejadą przez Brenną. Ma rację. Schroniska na alpejskich przełęczach straciły klientów, kiedy pobudowano przelotowe szosy.

Ten nietypowy wójt wydaje pisemko pod ciekawym tytułem „Antidotum”. Z tej gazetki dowiedzieliśmy się, że „Głos Ziemi Cieszyńskiej” opublikował artykuł pod tytułem „Kontrowersyjny ks. Popiełuszko”. „Kontrowersyjny”, słówko-wytrych, nigdy nie jest używane w stosunku do osób, które mieszczą się w głównym nurcie polityki. Na przykład biskup Gocłowski nie jest kontrowersyjny, chociaż mieszkańcy gdańskiej diecezji byli zgorszeni jego udziałem w pogrzebie gangstera „Nikosia” i brakiem nadzoru nad finansami firmy Stella Maris.

Dlatego nie martwię się, że Andrzej Gwiazda jest „kontrowersyjny”. Na promocji naszej książki w Warszawie pewien patriota powiedział: „Nie dajcie się zmarginalizować do roli obrońców żabek”. Funkcjonowanie na marginesie życia publicznego to nasza specjalność. I tak wróciliśmy do biednych żabek, które dobrzy ludzie zbierają do koszy w czasie wiosennej wędrówki żab do zbiorników wodnych i przenoszą na drugą stronę drogi.

Zastanawiam się, jak patrioci chcą wychować patriotyczną młodzież, tępiąc odruchy współczucia, troskę o ojczystą przyrodę, szersze zainteresowanie przyszłością świata.

W gazetce „Antidotum” znalazłam też przedruk z „Rzeczpospolitej” artykułu Marka Nowakowskiego. Podtytuł – „Chamostan rośnie w siłę, jego kodeks postępowania staje się niepisaną normą” – zapowiadał ciekawy tekst. Znany pisarz bije na alarm: „Miałkość, małość zyskały pierwszeństwo”, piętnuje „zamęt światopoglądowy”, a także „małpią, powierzchowną europeizację”. Zgadzałam się z autorem, który jako antidotum proponuje powrót do historii, tradycji, woli wspólnego działania. Gdy Nowakowski wyjaśnił dokładniej, co zagraża polskiej młodzieży, przestałam rozumieć, o co mu w ogóle chodzi:

W Parlamencie Europejskim prym wiodą ludzie o rodowodzie lewackim, apostołowie marksizmu, maoizmu, trockizmu, wielbiciele Che Guevary i Czerwonych Brygad. Działają na frontach globalizacji, ekologii, katastrofy klimatycznej, pomocy dla głodujących w „trzecim świecie”, obrony Palestyńczyków. Bezbronna polska młodzież bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, protesty w Dolinie Rospudy, wdrapywanie na wysokie kominy. Te zabawy są wyrazem pogoni za sukcesem materialnym, kariery za wszelką cenę, mirażem słodkiego życia.

Miraże słodkiego życia po wdrapaniu się na wysoki komin? Pomoc dla dzieci w Afryce umierających z głodu, którą organizują również polscy misjonarze, to spuścizna po lewactwie Czerwonych Brygad? Jaki jest związek między paradą gejów a Doliną Rospudy?

Marek Nowakowski piętnując „zamęt światopoglądowy” powinien pierwszy uderzyć się we własną pierś. Być może takie propozycje „porządkowania światopoglądu” wynikają ze zwykłej niewiedzy. Nawet wybitni humaniści nie wiedzą, że między anarchistami i trockistami jest większa przepaść niż między Karolem Marksem a Miltonem Friedmanem i nie znają polskiej tradycji w ochronie przyrody. Gdyby polski król nie chronił Puszczy Białowieskiej, hrabia Zamojski nie wykupił Tatr, gdyby Polacy nie lubili bocianów, bożych krówek i jaskółek, nie byłoby w Polsce żadnych problemów z żabkami i bocianami. Młodzież studiowałaby historię zamiast przywiązywać się do drzew.

Na szczęście hasło „bij Żyda” wypadło z kanonu tradycyjnych cnót polskiej prawicy, bo byłoby to w obronie Palestyńczyków…

Rozmyślania o pieniądzach

Nowe plecaki są ciężkie, wisi z nich mnóstwo dziwnych troczków i nie chcą stać, więc trzeba rzucać je w błoto.

Z mojej praktyki filozoficznej wynika, że przed wycieczką w nowe wysokie góry dobrze jest poprawić sobie nastrój. Zawsze trochę się boję, czy dam radę. Kiedyś na wykładzie prof. Wolniewicza, zawodowego filozofa, dowiedziałam się, że jedynym źródłem poczucia religijnego jest lęk przed śmiercią albo piękno i potęga dzikiej przyrody. Niezupełnie zgadzam się z profesorem, ponieważ przeczucie Boga wydaje mi się stałą cechą ludzkiej natury, ale jest tu jakaś analogia ambiwalentnych uczuć: lęku i uwielbienia.

Podbudowana filozoficznie, nadal zwyczajnie się boję, czy nie spadnę na słabo zabezpieczonych szlakach i nie wiem jak poczuć się macho, bo wtedy wszystko się udaje. Nawet komercyjni uzdrowiciele duszy zalecają podobną filozofię. W wersji dla ubogich brzmi ona tak: myśl zawsze o pieniądzach i tylko o pieniądzach, a będziesz ich miał dużo. Dla ambitniejszych zamiast pieniędzy wstawia się słowo „sukces”. Nie jest to zła rada przed wakacjami, bo trzeba myśleć jak zaopatrzyć się w pieniądze i jak ich nie stracić, czyli nie dać się okraść, co w podróży może się zdarzyć.

Plecak szyje się mozolnie, a mnie myślenie o pieniądzach wpędza w jeszcze większą frustrację. Nie martwię się o pieniądze, bo w górach do życia potrzebna jest mi woda. Pieniądze mogłyby się przydać tylko do rozpalenia ogniska, jeśli zabraknie benzyny do juwla. Myślę o pieniądzach, których biednym ludziom brakuje na najskromniejsze choćby wakacje.

Na takie zmartwienie żadna filozofia nie ma recepty. W lipcowym numerze miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska” Andrzej pisze o tajdze: „tajga wyżywi”, „step wyżywi” – ale teraz za darmo na Sybir nie wożą. Trzeba mieć na bilet i strzelbę, bo żywienie się dzikimi roślinami jest marne. Kiedy byliśmy na Syberii, Andrzej zachęcał mnie do jedzenia swoich pyszności, zajadał się dzikim czosnkiem, ale mnie tylko dzika truskawka, kłubienika, wydawała się jadalna.

Przeglądam dalej miesięcznik porządnej, chrześcijańskiej polskiej prawicy w poszukiwaniu jakiegoś sposobu na smutki egzystencjalne, ale nie smutki Sartre’a czy innych egzystencjalistów, tylko ludzi, którzy nie mają pieniędzy na bilet. Znalazłam artykuł „Polityczna poprawność niszczy brytyjskie kino”. Dramaty społeczne zawsze były mocną stroną brytyjskiego kina, ale autorka twierdzi, że pojawiły się dopiero po zwycięstwie Partii Pracy w 1997 roku. W epoce Margaret Thatcher filmy brytyjskie jeszcze sławiły tradycję, patriotyzm, brytyjski styl życia i cywilizacyjną misję imperium. Podobno dramaty społeczne, niszczące brytyjskie kino, wyrażają światopogląd „liberalnej klasy średniej, wciąż oglądającej się na »Kapitał« Marksa, antyamerykańskiej i zdecydowanie probrukselskiej”.

Trochę skomplikowana ta figura światopoglądowo-polityczna – przez prawe ucho do lewej nogi. Na szczęście autorka na przykładach wyjaśnia, o co jej chodzi. Jako czołówkę filmów poprawnych politycznie wymienia „Orkiestrę”, „Trainspotting” i „Goło i wesoło”. Jej zdaniem, w tych filmach „ekrany zaroiły się od typów spędzających większość czasu w pubie, których jedyną aktywnością jest bicie żon i dzieci i którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm, Margaret Thatcher i wszystkich świętych, ale palcem nie ruszą by zmienić sytuację na lepsze”.

Nie bronię „Trainspottingu”, chociaż pewnie jest to też dramat społeczny. Wyszłam z kina po obejrzeniu narkomana bardzo artystycznie nurkującego w kiblu. Gust mam trochę staroświecki, ale to nic dziwnego, ponieważ do klasy średniej się nie zaliczam, ani tej liberalnej, poprawnej politycznie, ani niepoprawnej. Nie te pieniądze, czytanie „Kapitału” nic mi nie pomoże.

„Orkiestrę” i „Goło i wesoło” obejrzałam z zapartym tchem, a po latach jeszcze raz w telewizji. Wzruszyły mnie opowieści o ludziach w małych miasteczkach północnej Anglii, gdzie wszyscy stracili pracę po zamknięciu hut i kopalń. Stracili źródło utrzymania, sens życia, ale nie poddali się, ratowali godność, odnaleźli radość wspólnego działania. Jeśli autorka pisze, że nie ruszyli nawet palcem, to nie wiem, czy widziała te same filmy, co ja. W „Goło i wesoło” ruszali nie tylko palcem.

W pierwszej chwili poczułam zazdrość. Oto pogląd na świat prosty jak drut. Nawet w komunizmie czasami winien był sekretarz albo politruk. A tu nic, żadnych okoliczności łagodzących. Źle ci się wiedzie, to wyjdź z pubu, nie bij żony i rusz palcem.

Zazdrość mnie opuściła, kiedy za chaotycznym atakiem na tych, „którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm”, dostrzegłam strach przed buntem. Autorka pociesza się, że te filmy „szeroka publiczność najoczywisciej ignorowała” i chociaż poprawne politycznie, „do multipleksów nie miały wstępu”.

Niewielka to pociecha. Nie widziałam jeszcze demonstracji wychodzącej z kina. A jak się lud zbuntuje, to i z kościoła wychodząc burdy będzie wzniecać i szkody czynić. To już nawet widzieliśmy. Ciężki jest los intelektualistów broniących burżujów przed Marksem. W razie czego burżuje wyjadą na Seszele, a oni zostaną sam na sam ze swoim strachem przed ulicą. A u mnie odwrotnie, tradycyjnie pozostał mi strach przed policją.

W lecie rewolucji nie będzie, bo nikomu nie chce się fatygować w upały. Wracam do szycia plecaków. Wyjeżdżamy.

Nowa logika

Zdumiewające fakty, szokujące opinie pchały się pod pióro niemal nachalnie i dopóki ich nie opisałam, rosły stosy nie załatwionych papierów, nie oddzwonionych telefonów, nie wyprasowanych koszul. Od pewnego czasu wydajność producentów absurdów przekroczyła moje możliwości percepcji. Nie wiem co wybrać i jak to skomentować. Oto kilka próbek.

Komisja sejmowa do sprawy nacisków na wymiar sprawiedliwości przesłuchiwała prokuratora na okoliczność zorganizowania konferencji prasowej. Prokurator cytował chronologicznie wypowiedzi dziennikarzy i polityków szkalujących prokuraturę. Wyglądało to na zorganizowaną nagonkę, której celem było zaniechanie śledztwa, a przynajmniej jego utrudnienie. Prokuratura odwołała się do opinii publicznej. Trochę pomogło, po konferencji prasowej nacisk zelżał. Komisję sejmową te zeznania bardzo zdenerwowały. Chciała wykryć naciski, ale nie te, o których mówił prokurator, jakieś inne. Przewodniczący, poseł Karpiniuk, wpadł w trudny do zdefiniowania stan ducha i umysłu. Kompromitował się na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ, jak twierdził, jest przewodniczącym i może mówić i robić, co zechce. W serwisach informacyjnych królował komentarz – przesłuchiwany prokurator reagował emocjonalnie, groził komisji skargą za naruszenie jego dóbr osobistych, a Jacek Kurski został wykluczony ze składu komisji.

Reagowanie emocjonalne jest najcięższym zarzutem, ale poprawne złe emocje zasługują na najwyższą pochwałę. Na przykład używanie rynsztokowych wyzwisk w słusznym gniewie na szarganie narodowych świętości i pozycji Polski na świecie, jest dowodem przynależności do sfer wyższych. Podobnie jest z tolerancją. Jest to cnota najwyższa, ale wiadomo, że nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji.

Najdoskonalszym produktem nowej logiki jest Lech Wałęsa, pogromca komunizmu, Logo Polski i przemian w Środkowo-Wschodniej Europie. Opanował zasady nowej dialektyki perfekcyjnie. Jako klasyk jest często cytowany – „za, a nawet przeciw”, „plusy dodatnie, plusy ujemne”, „nie chcę, ale muszę”. Wałęsę lubimy i szanujemy ponad podziałami. Kto nie pała miłością do Wałęsy, grzeszy emocjonalnym stosunkiem do naszego dobra narodowego. Nie wierzycie? – to posłuchajcie.

„Dziennikarz: Ale w tych podsumowaniach widać, że nie pała pan miłością do swojego bohatera. Paweł Zyzak: Nie zgadzam się, nie zawarłem w nich ocen moralnych. Dziennikarz: Czyli lubi pan Wałęsę? Jest to dla pana postać pozytywna? Paweł Zyzak: Nie mam do niego stosunku emocjonalnego. Odnoszę się do Wałęsy z szacunkiem jako do człowieka i byłego prezydenta mojego kraju. Zaletą mojego wieku jest natomiast to, że mogę na niego spojrzeć chłodnym okiem”.

Zaletą mojego wieku i wieku Wałęsy jest to, że nie musimy patrzeć na siebie chłodnym okiem. To znaczy on nie musi, a ja owszem, powinnam, a nawet muszę. Wypowiedzi Wałęsy nikogo nie szokują – przecież to nasz milusiński, a „Kaczory to obciach”. Na szczęście tyle demokracji jeszcze zostało, że mogę na Wałęsę w ogóle nie patrzeć, tzn. wyłączyć telewizor, kiedy mówi coś o mnie, albo o prezydencie mojego kraju. Nie muszę też chodzić na akademie ku czci Wałęsy, chociaż jest to bardzo źle widziane. W stosunku do Wałęsy naród powinno połączyć jedno uczucie – wdzięczności za obalenie komunizmu. Kiedyś organizowano akademie wdzięczności za pokonanie faszyzmu, ale też nie chodziłam. W Radzie Mędrców Europy Lech Wałęsa jest symbolem wyzwolenia z komunizmu i tak być powinno. To jedna z nielicznych decyzji premiera, którą popieram bez zastrzeżeń.

Jeśli jesteśmy przy Europie, muszę się przyznać do nieuctwa. Dopiero z okazji kongresu Europejskich Partii Ludowych w Warszawie dowiedziałam się, że PO należy do tego klubu. Byłam przekonana, że to „L” znaczy Liberalny, czyli postępowy ekonomicznie i światopoglądowo. Kiedy politycy omawiali szczytne ideały, świetlane perspektywy i znaczące osiągnięcia, lud roboczy na ulicach Warszawy dawał upust swoim emocjom. Pewnie też nie wiedział, że obradują jego przyjaciele. Może chodzi o to, że Platforma reprezentuje interesy ludu jako ogółu, tzn. akcjonariuszy, biznesmenów, urzędników, aktywistów z organizacji pozarządowych, a lud roboczy to przypadek szczególny? Może ludem roboczym zainteresują się partie zielonych, bo to gatunek wymierający?

Gdy pojawiła się informacja o świńskiej grypie, zadzwoniła moja siostra: „Nie wiesz, o co chodzi? Przy ptasiej grypie chcieli sprzedać szczepionkę z magazynów koncernu Dicka Cheneya, ale tym razem mówią, że szczepionkę trzeba wyhodować”. – „Może chodzi o wyeliminowanie meksykańskiej wieprzowiny z amerykańskiego rynku?” – próbowałam zgadywać i czekałam na reportaże z niechlujnych ferm w Meksyku, widoki stosów padliny i służb sanitarnych w ubraniach kosmitów. Zamiast tego pojawili się dwaj robotnicy meksykańscy i powiedzieli: „Wszyscy, którzy pracowali na amerykańskiej fermie świń, po powrocie do domu zachorowali”. Zrozumiałam, że to ferma w USA, chociaż niekoniecznie. Tej informacji nie powtórzono i żaden dziennikarz nigdy nie zapytał, gdzie znajduje się źródło epidemii, jak chorują świnie, czy zostały wybite i jakie straty ponieśli hodowcy. Prezydent Meksyku mówił tylko o wielkich stratach w branży turystycznej. Jak udało się osiągnąć taką cenzurę?

Dlaczego nikt się nie dziwi, chociaż wszyscy widzą to samo, co ja?