przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 27 kwietnia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
W 1980 r. Anna oparła się naciskom władz i Andrzeja Wajdy. Jej kolega ze Stoczni, Henryk Lenarciak, też twierdził, że zasada chrześcijańskiego przebaczenia nakazuje upamiętnienie poległych milicjantów razem ze stoczniowcami. Po stanie wojennym władza pojednała się z narodem przy „okrągłym stole” i pomnik nazwano pomnikiem „Solidarności”, chociaż „Solidarność” pomników sobie nie stawiała. Przypominanie minionych zbrodni PZPR, czyli – jak się okazało – sojusznikowi w obalaniu systemu komunistycznego, uważane jest za nietakt.
W 1981 r. bojówka robotnicza ze Stoczni Gdańskiej wyrzuciła działaczy Wolnych Związków Zawodowych z drukarni „Solidarności”. Stracili pracę i zostali poturbowani. Lech Wałęsa do pracy ich nie przywrócił i apelował o zaniechanie kłótni. Prasa związkowa o tym nie pisała, aby nie szkodzić wizerunkowi „Solidarności”.
W 1984 r. ktoś okrutnie zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. Cały naród z zapartym tchem czekał na wyniki śledztwa energicznie prowadzonego przez szefa bezpieki, generała Czesława Kiszczaka. Po pogrzebie żałobnicy udali się przed gmach bezpieki i krzyczeli: „Przebaczamy!”.
W 1985 r. na mszy żałobnej po zamordowaniu przez milicję studenta Antonowicza, ksiądz Jankowski apelował do licznie zgromadzonej młodzieży o niezabijanie nienarodzonych.
W 1989 r. po zamordowaniu kolejnego księdza, Siła-Nowicki, uczestniczący w obradach „okrągłego stołu” po stronie „solidarnościowej”, apelował, aby nie dać się sprowokować i nie zerwać rozmów.
W 2010 r., po porażającej katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, władza ma nadzieję na pełne pojednanie Rosji i Polski, ponieważ pamięć o zbrodni katyńskiej podobno już łączy, a nie dzieli. Apele o pojednanie po każdej tragedii są jakąś obsesją narodową. W podniosłym nastroju uroczystości żałobnych nikt nie zaprzeczy ewangelii, która każe miłować nieprzyjaciół.
Cenzura czuwa, aby pojednania nie zakłóciło publicznie postawione pytanie – Czy był to zamach terrorystyczny? Zakazane jest najważniejsze pytanie, które od czasu ataku na USA zadaje sobie opinia publiczna i prowadzący śledztwo po każdym poważniejszym wypadku komunikacyjnym. Zginął Prezydent Polski i dowódcy NATO. Zamachu mogła dokonać Al-Kaida, nasze wojska są w Afganistanie i Iraku. Mogli Czeczeńcy, aby rzucić podejrzenie na swego śmiertelnego wroga Putina. Może Rosjanie, pogrobowcy Stalina chcą przeszkodzić władzom Rosji w pojednaniu z Polską i otwarciu na Zachód. Czego boją się cenzorzy? Jakiej odpowiedzi?
Kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak doszło do tego, że Premier Polski oddał hołd polskim oficerom w Katyniu z Premierem Rosji, nie z Prezydentem Polski, rozsądna i zrównoważona kobieta zaczęła krzyczeć: pani chce wywołać wojnę. Jaką wojnę? Polska nie napadnie na Rosję, bo nie ma czym. Rosja nie zaatakuje Polski, bo nie ma powodu. Przyczyną mogłaby być obrona Gruzji, ale to już historia. IV wojny światowej też Polacy nie wywołają. Prezydent Obama wysoko ceni profesjonalizm rosyjskiego śledztwa i wojny o czarne skrzynki nie rozpocznie.
Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie tracą rozum na skutek nie rozpaczy, lecz strachu. Przestaną się bać, kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy okaże się, że Lech Kaczyński sam sobie winien, Jarosław Kaczyński przegra wybory prezydenckie, Donald Tusk przypieczętuje wieczną przyjaźń z Rosją, a cały świat pochwali Polskę za rozwagę.
Kiedy dostaliśmy wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, Andrzej kończył czytać wspomnienia Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej…”, wydane przez IPN. Historia Polski Walczącej dobiegała końca. Przytoczę kilka fragmentów. Autor cytuje słowa delegata Rządu. „Już wstępne rozmowy zostały przeprowadzone, między innymi także przez delegacje stronnictw, każdą oddzielnie, i wszyscy wrócili bez żadnych przeszkód. Nikt ich nie śledził ani przedtem, ani potem. Najważniejsza rzecz, że przyjęli nasz wstępny warunek, a mianowicie, że przede wszystkim zawiozą naszą delegację do Londynu, a później dopiero stamtąd pojedziemy na rozmowy”.
Korboński przyznaje, że to go uspokoiło. „Nie była jednak tego zdania moja lepsza połowa, Zosia, która z całą stanowczością twierdziła, że to pułapka. Doszło na tym tle do »wojny domowej«, w czasie której cały ród męski został wielokrotnie i ciężko spostponowany i odsądzony nie tyle od czci i wiary, ile od rozumu. Moje typowo mężowskie zalecenia »niewtrącania się w męskie sprawy« nie skutkowały i nawet takie żałosne i budzące litość powiedzonka, że »tutaj człowiek tyra latami, a do Londynu jadą inni…« były przyjmowane wybuchami sarkastycznego śmiechu. W podobny sposób reagowała żona naszego przyjaciela, członka formującej się delegacji. Ta tylko monotonnie powtarzała: »Ale zegarka to ty, tatuńciu, ze sobą nie bierz, bo ci go w tym Londynie Ruskie zabiorą«”.
W odezwie „Do Narodu Polskiego”, opublikowanej przez Radę Jedności Narodowej 17 maja 1945 r., czytamy: „Oczekujemy, że w utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej weźmie udział piętnastu aresztowanych przedstawicieli Polski Podziemnej, że z tą chwilą przywrócona będzie wolność słowa, prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń… Oczekujemy, że wielcy sprzymierzeńcy doprowadzą dzieło do takiego właśnie końca”.
Polską specjalnością jest chowanie głowy w piasek, który rozwiała historia.
przez Joanna Duda-Gwiazda | sobota 3 kwietnia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Już miałam gotowy felieton „Hipokryzja” o kłamstwach polityków, kiedy obejrzałam film Sekielskiego „Władcy marionetek”. Słowo tak zbladło w porównaniu z siłą wyrazu, jaką daje obraz, dźwięk, montaż, że „Hipokryzja” powędrowała do kosza.
I taki jest pierwszy wniosek z tego filmu. Wyborcy nabierają się na sugestywny wizerunek przywódcy, wykreowany przez specjalistów od marketingu politycznego i równie profesjonalnych realizatorów telewizyjnego obrazu. Sytuacja jest nieco schizofreniczna. Marionetkom trzeba pokazać w telewizji, że telewizja wodzi ich za nos, bo inaczej nie uwierzą. Kiedy okazało się, że uzależnienie od komputera może być szkodliwe, pojawiły się poradniki, jak uwolnić się od nałogu. W wersji internetowej, bo uzależniony papierem się brzydzi.
Mimo potęgi Internetu, wybory wygrywa się w telewizji. Zdumiewające, że film Sekielskiego, demaskujący manipulacje opinią publiczną, pokazała TVN, która ma decydujący wpływ na wynik wyborów. Uwierzyłabym w cudowne nawrócenie się TVN, gdyby Sekielski przeszedł się także po korytarzach gmachów telewizji i tak jak politykom, zadawał kolegom kłopotliwe pytania: czy telewizja kłamie, czy ty też kłamiesz? Zasłanialiby się tajemnicą handlową, ale byłoby ciekawie.
Sekielski nie jest polskim Michaelem Moorem. Ten amerykański działacz i publicysta krytykował rząd USA za podporządkowanie polityki interesom korporacji, ale nie był dziennikarzem CNN. Jego tragikomiczne filmy, np. o kurczakach udręczonych na przemysłowych farmach lub o koncernach farmaceutycznych, które trują pracowników, pokazywała jakaś mała stacja telewizyjna. W filmie Sekielskiego też jest śmiesznie i strasznie, ale o co chodzi politykom, nie wiadomo.
W porównaniu z Moorem, Sekielski z pozoru wydaje się bezstronny, ponieważ krytykuje całą klasę polityczną. Jeśli przyjrzymy się jego rewelacjom uważniej, widać wyraźnie, że jak zazwyczaj na celowniku są Kaczyńscy – barbarzyńcy zagrażający naszej cywilizacji. Nie zyskała uznania w oczach Sekielskiego nawet autentyczność działaczy PiS-u, którzy jako jedyni nie stosują się do ośmieszonych w filmie zasad PR.
Wytykanie lewicy alkoholowych wpadek Kwaśniewskiego to odgrzewane kotlety, chociaż przy tej okazji Sekielski pokazał lwi pazur. Ujawnił, że Kwaśniewskiego w Katyniu upił Sławoj Leszek Głódź. Lewica zaprawiona w bojach przez towarzyszy radzieckich poległa w konfrontacji z hierarchą Kościoła! Wyrazy współczucia.
Donald Tusk kreuje się na swojaka, faceta, który zawsze jest blisko ludzi. Jest to zarzut efektowny, ale niezbyt poważny. Natomiast zniszczenie przez PO dokumentacji wniosku obywatelskiego o referendum – jest przestępstwem. Charakterystyczne, że Sekielski nie przypomina, czego miało dotyczyć to referendum. Współczuje mieszkańcowi Warszawy, któremu Lech Kaczyński nie zwrócił nieruchomości zabranej na mocy „stalinowskiego dekretu”. Jest to skutek zachowania ciągłości prawnej III RP z PRL, ale tego dziennikarz nie wyjaśnia. Winien jest niedobry Kaczyński.
W przeciwieństwie do Moore’a, Sekielski nie krytykuje polityków z pozycji własnych poglądów. Ostro sprzeciwia się wojnie w Iraku, ale teraz to bardzo tania odwaga. TVN nie pokazała nawet migawki z protestów przed inwazją, kiedy zdzieraliśmy gardła krzycząc przed redakcją „Gazety Wyborczej” – Gazeta Wojenna! Opcja polityczna TVN wyłazi jak szydło z worka przy zarzutach wobec PiS-u. Jak wszyscy od dawna wiemy z telewizji i prasy, PiS zyskuje głosy wyborców strasząc ludzi. Czym mianowicie? Eriką Steinbach, oligarchami, rugowaniem Polaków z poniemieckich nieruchomości. Takie tam strachy na Lachy.
Może telewidzowie zauważą, że politycy wprawdzie kłamią, ale telewizja sekunduje tylko tym, którzy kłamią profesjonalnie i w interesie światowego postępu. Mam nadzieję, że kij ma dwa końce.
Mimo woli Sekielski trafnie definiuje główną linię politycznego podziału. Wszystkie partie jednoczą się przeciw PiS-owi, ponieważ tylko PiS wypowiedział wojnę oligarchii, czyli dominacji globalnego biznesu i finansów nad polską gospodarką.
Prawica i lewica toczą wojnę kulturową, nie dotykając bazy, czyli własności środków produkcji, podziałów klasowych, wartości dodatkowej. Prawica w interesie klas uprzywilejowanych kieruje uwagę społeczeństwa na zmiany zachodzące w nadbudowie. Lewica unika marksistowskiej interpretacji, ponieważ musiałaby się przyznać, że nie ma żadnego programu dostosowanego do kapitalizmu korporacyjnego.
Prawica i lewica kruszą kopie o gejów, aborcję, in vitro, parytety w polityce. Ale nawet gdy pojawia się problem zabierania dzieci rodzicom, dyskryminacji niepełnosprawnych albo osób w starszym wieku, dyskutanci szerokim łukiem omijają związane z tą dyskryminacją problemy materialne.
Spory są ideologiczne, nie merytoryczne. Ale co zastanawiające, nie są to spory ideowe. Nawet katolicy, wysoko niosąc sztandar wartości chrześcijańskich, mówią o zabijaniu życia, nie o nieśmiertelnej duszy. Może tak wygodniej, ponieważ ojcowie Kościoła długo nie mogli rozstrzygnąć, kiedy Bóg zsyła nieśmiertelną duszę. Obawiam się jednak, że przyczyna jest głębsza. W stanie wojennym ksiądz Prymas powtarzał: „Życie jest najwyższą wartością”. Życie – nie wiara, prawda, wierność Bogu, ludziom i ojczyźnie, czyli te wartości, za które męczennicy i bohaterzy oddawali życie.
Dlatego informacja, że czwartego czerwca odbędzie się beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki, to dobra wiadomość.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 10 marca 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Justyna Kowalczyk ujawniła, że biegaczki leczą astmę sterydami rozszerzającymi pęcherzyki płucne. „Rzeczpospolita” zarzuciła jej brak empatii dla rywalki, która zdobyła trzy złote medale mimo astmy. Złoty medal w biegu na 30 km wywalczyła Justyna, z czego wynika, że zdrowy też może, jeśli się postara. W PRL oszukiwałam lekarzy sportowych, aby mieć prawo do wspinania się w Tatrach. Teraz zdrowi i chorzy mają równe prawa.
Z dwóch kandydatów PO na kandydata na prezydenta RP Komorowski bliższy jest lewicy. Zauważyłam ocieplenie na linii Marszałek Sejmu – feministki. Sikorski, minister w rządzie PiS i w rządzie PO, żadnych poglądów nie posiada. Byłby idealnym kandydatem na prezydenta wszystkich Polaków z rekomendacji PO. Rekomendacje komplikują rozpoznanie poglądów polityka. Borusewicz jest marszałkiem Senatu najpierw z rekomendacji PiS, potem PO. Solidaruch czy liberał? Wicemarszałek Romaszewski, rekomendowany przez PiS, w kwestii immunitetów wykazał niezależność. Natomiast Rosół, rekomendując pannę Sobiesiak na kierownicze stanowisko w Totalizatorze Sportowym, był osobą prywatną, nie doradcą politycznym ministra Drzewieckiego.
Pragnienie zgody narodowej ponad podziałami wyraża projekt PO, aby prezydenci Wałęsa, Kwaśniewski i ich następcy dożywotnio zasiadali w Senacie. Dla pełniejszej zgody należałoby posadzić w Senacie również prezydenta Jaruzelskiego, a twórców filmu „Towarzysz generał” osadzić w więzieniu.
Według najnowszego modelu, prezydent ma siedzieć w pałacu na tronie pod żyrandolem. Może otworzyć wystawę historyczną poświęconą neandertalczykowi, ponieważ mieszkał on w środkowej Polsce i na sąsiadów nie napadał. Historia pogańskich Słowian skomplikuje politykę Watykanu, a Piastów i Jagiellonów może zagrozić stosunkom dobrosąsiedzkim. Im bliżej czasów współczesnych, tym gorzej.
Żaden Polak przytomny na umyśle nie wymieni słowa Żyd w innym kontekście niż Holocaust. Ostro karcone jest oskarżanie III Rzeszy, Niemców albo Hitlera o wywołanie II wojny światowej i zbrodnie na okupowanych terenach. Winni są naziści. Studenci amerykańscy wiedzą, że naziści to Polacy.
Socjolog amerykański David Ost ubolewa, że nacjonalistycznej prawicy udało się zagospodarować politycznie gniew klasy robotniczej na kapitalistów i skierować go przeciw obcym: Żydom, masonom i komunistom. Jako przykład wymienia gorączkę lustracyjną. Zdaniem Osta, liberalna część kierownictwa „Solidarności” była mniej sprawna politycznie, nie wykazała zainteresowania losem robotników. Chlubnym wyjątkiem był Kuroń, który troszczył się o bezrobotnych. Sądzę, że David Ost nie docenia politycznych osiągnięć tej formacji. Czytał polską prasę („Polityka” i „Gazeta Wyborcza”), rozmawiał „z dawnymi działaczami z kierownictwa Solidarności. Są to Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Aleksander Hall, Zbigniew Janas, Lech Kaczyński, Barbara Labuda, Jan Lityński, Adam Michnik i Grażyna Staniszewska”. Ci ludzie i te gazety wykazują przesadną skromność. Wciąż troszcząc się o demokrację zagrożoną przez ciemnogród, homofobów i nacjonalistów. A przecież mają wybitne osiągnięcia w zagospodarowaniu gniewu robotników tak, aby nie skierował się przeciw obcym i kapitalistom.
W rezultacie udanych z obu stron manewrów politycznych możemy już tylko bić się w piersi za własne zbrodnie, przepraszać, przebaczać i prosić o przebaczenie. Zbrodni ZSRR i PRL nie można nazywać komunistycznymi, ponieważ dotknięci czują się komuniści polscy, rosyjscy, francuscy, kubańscy i wenezuelscy. Początkowo można było jeszcze mówić o zbrodniach stalinowskich. Teraz jest to źle widziane, ponieważ Stalin jest bohaterem II wojny światowej. Stronniczość polskich nacjonalistów psuje nasze stosunki z Rosją i aliantami Stalina z II wojny światowej. Wkrótce Stalin zostanie uznany za największego bohatera naszych czasów, ponieważ Armia Czerwona uwolniła świat od największego zagrożenia – nazistów polskich i niemieckich.
Z tą gorączką lustracyjną to gruba przesada. TW Alek jest mocnym filarem lewicy, TW Bolek cenionym komentatorem politycznym. Polacy szanują TW, którzy się sami przyznali, choćby na mękach, czyli pod groźbą ujawnienia. Olechowski kandyduje na prezydenta RP, minister Boni decyduje, czy roszczenia pracowników są zasadne.
Zamiast archaicznego słowa „spisek”, proponuję używać określenia zgodnego z duchem czasu – spółka handlowa. Oto przykłady. Lewica broni agentury PRL jak niepodległości. Taka lewica to marzenie każdego kapitalisty. Co połączyło kapitalistów, lewicę i bezpiekę? Wyportkowanie klasy robotniczej (to określenie eleganckie, pochodzi z francuskiego). Spółkę handlową jawną Alek, Bolek, Kiszczak, Michnik, Balcerowicz, Kulczyk, Krauze i Coca-Cola zawarli przy okrągłym stole. Spółkę Chlebowskiego, Drzewieckiego i Rosoła z Sobiesiakiem i Koskiem nazwalibyśmy spółką handlową niejawną.
Skutecznym młotem na dociekliwych historyków i wścibskich dziennikarzy są niezawisłe sądy. Daniel Wicenty, historyk IPN, ujawnił w „Biuletynie IPN”, że Jan Fijor, niegdyś dziennikarz PAX-u, był TW Beretą. Fijor oskarżył historyka z artykułu kodeksu karnego o prześladowanie za poglądy, ponieważ Bereta jest wzorowym liberałem, podziwia finansistów i napisał książkę „Jak zostałem milionerem”. Jeśli Wicenty przegra, IPN wyrzuci go z pracy, bo w państwie prawa państwowy Instytut nie może zatrudniać przestępców.
Pisałam silva rerum, a wyszło panoptikum, czyli muzeum osobliwości.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Na przykład na modelu wspólnego pastwiska łatwo można wytłumaczyć ekonomiczny sens ustalanych przez wspólnotę zasad i wykazać absurd podejścia neoliberalnego. Gdyby socjologia była w programie politechniki, dostałabym na tacy wnioski i uogólnienia, do których mozolnie dochodziłam obserwując otoczenie.
Z drugiej strony może lepiej, że w WZZ-ach i „Solidarności” nie próbowaliśmy wpasować ludzi do różnych statystycznie słusznych klatek. Założyliśmy, że wszyscy Polacy są nadzwyczajni i tacy byli. Okazało się, że robotnicy są romantyczni i kreatywni, inteligenci pragmatyczni, a drobnomieszczanie kolaborują z marksistowską władzą. Nie sądzę, aby takie były oczekiwania socjologów. Uczeni przeprowadzali testy na dwóch grupach szczurów wstępnie wyselekcjonowanych. Szczury inteligentne szybko się uczyły i wszystkie zadania wykonały w krótkim czasie. Szczury tępe osiągnęły dużo gorsze wyniki. Powstał problem, kiedy okazało się, że obie grupy pochodziły z przypadkowej łapanki.
Pierwsza „Solidarność” z naukowego punktu widzenia nie miała prawa powstać. Socjologowie radzą sobie w ten sposób, że przedstawiają powstanie „Solidarności” jako proces rozwijania się buntu przeciw warunkom płacy, pracy i zaopatrzenia poprzez dołączanie postulatów politycznych i moralnych ogólniejszej natury. Jest to opis ahistoryczny. Na przykład Elizabeth Dunn w książce „Prywatyzując Polskę” pisze, że zaczęło się od wyjścia robotników na ulice. Robotnicy siedzieli w strajkujących zakładach i zastanawiali się, co Partia przełknie, a czego nie i jak skutecznie zmusić ją do ustępstw. Już pierwszej nocy przy układaniu 21 postulatów robotnicy zrezygnowali z wolnych wyborów i do stanu wojennego „Solidarność” nie wysunęła żadnych nowych żądań. Broniła pola wywalczonego strajkami przed naporem systemu. „Solidarność” raczej zwijała się niż rozwijała. Władza nigdy nie pogodziła się z faktem, że musiała ustąpić. W socjologicznych okularach nie widać ani problemu niepodległości, ani agentury, która w ogóle nie zalicza się do naukowych kategorii i żaden poważny uczony jej nie uwzględnia.
W artykule, który tłumaczyłam do „Poza Układem”, reakcję świadków na zamordowanie Kitty Genovese przedstawiano jako klasyczny przykład znieczulicy społecznej. Z książki o mafii dowiedziałam się, że była to żona bossa, którą mąż kazał zamordować za zdradę, a potem opłakiwał na pogrzebie w czarnej limuzynie okrytej białymi liliami. Cały Nowy Jork wiedział, kim jest Kitty i świadkowie bali się dzwonić na policję.
Nie mogę się zdecydować, czy socjologowie nadmiernie komplikują opis rzeczywistości, czy upraszczają. Może jedno i drugie. Kiedy unieważni się proste pytanie – dlaczego? – trzeba szukać kunsztownych interpretacji.
W debacie telewizyjnej socjologowie zastanawiali się nad fenomenem bieżącej polityki. Przy okazji afery hazardowej partia rządząca przekroczyła granice bezczelności, a reperkusji żadnych nie widać. Prof. Paweł Śpiewak wyjaśnił brak reakcji społeczeństwa wynikami ankiety. Polacy najbardziej chcieliby wybrać dobry rząd i nie angażować się w bieżącą politykę. A co w tym dziwnego? Każdy by chciał. Na śledzenie losów ustaw, zaglądanie za kulisy lub wczołgiwanie się pod dywan, gdzie zamiatane są różne przekręty – doba jest zbyt krótka. Partia rządząca robi co chce i nieustannie atakuje i niszczy opozycję. Nie wiemy, czy to obywateli zniechęca do aktywności, ponieważ o ich protestach dowiadujemy się dopiero, gdy palą opony i koczują w namiotach. Dr Fedyszak-Radziejowska wspomniała, że owszem, są reperkusje afery hazardowej. Prokuratorzy, sędziowie, urzędnicy dostali czytelną wskazówkę, jakie decyzje powinni podejmować.
Sądzę, że przyczyną bierności społeczeństwa jest strach i narastające poczucie bezsilności. Może się mylę, ale odpowiedź prof. socjologii na pytanie, dlaczego Polacy są bierni? – bo tak chcą – nie zasługuje na poważne potraktowanie. Więcej można się dowiedzieć z historii mafii.
Małe miasto w stanie New Jersey opanowała mafia i doprowadziła je do ruiny. Wybuchły zamieszki. Metody polityczne zawiodły, ponieważ nie było wiadomo, o co buntownikom chodzi. Policja była bezradna. Sprowadzono wojsko, wjechały czołgi. Miasto przez jakiś czas było okupowane. Kiedy było po wszystkim, prokurator przeprowadził wnikliwe śledztwo, ale nie wykrył żadnej szczególnej przyczyny. Ostatecznie stwierdził, że przyczyną buntu było powszechne przekonanie o powszechnej korupcji.
Socjolog E. Dunn prowadziła tzw. badania terenowe, czyli przez półtora roku pracowała w fabryce. Odkryła, dlaczego robotnicy nie angażują się w działalność związków zawodowych – „Podobnie jak ja byli po prostu wyczerpani”. Genialne! Równie genialnego odkrycia dokonałam po przejściu na emeryturę. Okazało się, że mogę uczestniczyć w ciekawych konferencjach i odczytach organizowanych przez IPN w godzinach pracy. Powszechnie obowiązuje opinia, że tylko ludzi starszych interesuje historia. Bezrobotni i bezdomni mają poważniejsze problemy bieżące. Znaczna część młodzieży wraca z pracy późnym wieczorem. Można to zauważyć podróżując środkami komunikacji publicznej. Natomiast studenci przygotowujący się do takich inteligenckich zawodów, jak socjolog, prokurator, sędzia, przedstawiciel handlowy, menedżer i dziennikarz, muszą spełniać oczekiwania przyszłych pracodawców.
Na koniec pytanie dla uczonych. Dlaczego informacja, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) została skorumpowana przez koncerny farmaceutyczne, nie znalazła się następnego dnia na pierwszych stronach gazet?
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Mój mąż żywi do takich znaczków awersję i już raz w geście solidarności pracowicie wypruwałam ze spodenek rakietki tenisowe. Jedynie ze sprzętu przeznaczonego na górskie wędrówki nie usuwamy logo i wybieramy firmy renomowane. Panuje moda na styl sportowy i można się pomylić kupując coś, co tylko wygląda jak sprzęt na warunki ekstremalne. Widzieliśmy młodych ludzi, którzy o mało nie pozabijali się na łatwej płetwie skalnej na turystycznym szlaku w Tatrach. Ich buty prezentowały się bardziej „profesjonalnie” niż nasze.
Sprzęt markowy jest dużo droższy niż podróbki na straganach i w marketach, ale nie buntuję się. Dobre buty, namiot, kurtkę, śpiwór projektują i testują fachowcy, którzy mają na ogół własne doświadczenia. Proces produkcyjny jest kontrolowany, a wynik sprawdzony. To kosztuje, więc nie chcę płacić oszustom, którzy coś podpatrzą, skopiują. Nie chcę też ryzykować, że ukryte wady ujawnią się w najmniej odpowiednim momencie.
Jednak czuję się w jakimś stopniu oszukana, kiedy na metce namiotu Fjord Nansen lub spodni Jacka Wolfskina czytam, że wyprodukowane są w Chinach. Z pozoru wszystko jest w porządku. Firma szuka jak najtańszego wykonawcy i nadal odpowiada za jakość. Ale wysokiej ceny nie obniża. Nie wierzę, aby masowa produkcja w chińskiej fabryce, zatrudniającej źle opłacanych pracowników, nie spowodowała obniżenia jakości. Globalna ekonomia wymusza wprowadzanie akordu, głównej przyczyny niskiej jakości towarów w PRL.
Wyprowadzanie produkcji w odległe rejony świata sprzyja podróbkom, a właściwie rozmywa ich definicję. Plaga podróbek markowych towarów powoduje straty właścicieli znaków firmowych, szacowane na dziesiątki milionów dolarów. Ale czy jest podróbką jakaś partia towaru wyprodukowana ponad wyznaczony limit w tej samej fabryce, z której wysyłany jest produkt markowy? Ktoś inny więcej zarabia, ale z punktu widzenia klienta nie ma żadnej różnicy. Wiadomo tylko: Made in China.
Powinnam się przyzwyczaić do wranglerów z Turcji albo wilczej łapy, która przywędrowała nie z Alaski, lecz z Szanghaju. Jednak byłam rozczarowana, kiedy na koszulce z chińskiego klasztoru, gdzie kultywowane są sztuki walki, siostrzeniec odkrył – Made in Poland. W przedmiotach materialnych, nie tylko w kulturze, szukamy czegoś autentycznego. Dlatego moją ulubioną marką jest „Kucharowa jeans”. Brzmi światowo i swojsko, świetnie wygląda i dobrze się pierze.
Nie jestem wyjątkiem. Wszyscy szukają żywności naturalnej, wytworzonej bez chemii według starych receptur, pachnącej, ale nie estrami, czyli „aromatami identycznymi z naturalnymi”. Producenci to wiedzą i im bardziej nas oszukują, tym lepsze mają pomysły na nazwy – majonez babuni, chleb pasterski, wędzonka z komina, szynka wiejska. Dobrze mieć w domu kota i na nim testować produkty mleczne i mięsne. Bez obaw, kot się nie otruje, po prostu nie zje żadnego świństwa.
Preparowaną żywność łatwiej porównać z oryginalną niż film zmasakrowany przez telewizję. Trzeba wyjątkowego zbiegu okoliczności, aby odkryć oszustwo. Na ogół powtórkę w telewizji ogląda się po wielu latach od premiery w kinie, a wówczas pojawiają się wątpliwości. Film jest jakiś inny, ale może na dużym ekranie, w sali kinowej i bez reklam odbieraliśmy go inaczej? A może pamięć wmontowała fragmenty innych filmów tego samego reżysera, że coś nam nie pasuje? Pierwszym filmem, w którym odkryliśmy nożyczki cenzora był „Dzień Niepodległości”. W tej superprodukcji wycięto kilka niepoprawnych fragmentów, np. o krótkofalowcach. Trzeba było usunąć oszołomów, dinozaurów posługujących się przestarzałą techniką z udziału w ratowaniu świata. W Święta z nudów jeszcze raz obejrzeliśmy „Rancho”, a raczej jego zwulgaryzowaną wersję, niepodobną ani do serialu, ani do filmu pod takim tytułem. Prawdziwym skandalem było wykastrowanie znakomitego filmu Woody Allena „Przejrzeć Harry’ego” przez szacowną stację TVP Kultura. Te podróbki puszczane są z zimną krwią bez żadnego ostrzeżenia, że to wersja dla prymitywnych półgłówków.
Dlaczego artyści-twórcy nie protestują? Może boją się, że widzowie o nich zapomną? W Święta próbowaliśmy też oglądać programy rozrywkowe. Nie da się. Nawet autentyczni artyści próbują małpować celebrytów, pretensjonalne wydmuszki show-biznesu.
Natomiast politycy ścigają się w rankingu naturalności. Tym zajmują się media i komentatorzy polityczni. Orędzie Prezydenta było sztuczne, ponieważ trzymał ręce na stole. A gdzie miał trzymać? Pod stołem? Najwyżej oceniany jest taki polityk, który potrafi ze szczerym uśmiechem i szczerym oburzeniem kłamać i oszukiwać. Gdyby miał jakieś skrupuły, był spięty i zażenowany, media to wychwycą, wyborcy wyczują i słupki poparcia spadną. To już nie są politycy-wydmuszki, to coś znacznie groźniejszego.
Może w czasie kryzysu nie powinnam zajmować się takimi błahostkami, jak podróbki filmowe. Ale kryzys też jest wynikiem podróbek finansowych, a oszustwa w sferze materialnej powinny być uwzględniane w rachunkach ekonomistów. Na początek proponuję przy obliczaniu inflacji przeczytać na kartonikach soków owocowych – „Teraz aż 25% owocu”. Reszta to woda i regulatory kwasowości, słodkości i zapachu. Obliczanie, ile jest soku w soku i mięsa w szynce nie jest zbyt skomplikowane i proszę to robić.
A biednym, którzy w zimie cierpią szczególnie, przekazuję życzenia od naszego znajomego. Byle do Wiosny… Ludów.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Po wyroku Trybunału w Strasburgu wojujący ateiści będą zdejmować i rozwalać krzyże, katolicy bronić. Doskonałe zajęcie na czas kryzysu. Normalizacja też mi się ostatnio źle kojarzy. Normalizacja w Iraku i Afganistanie nastąpi wówczas, gdy mieszkańcy przestaną uważać współpracę z władzą za kolaborację. Kiedy w PRL sytuacja się znormalizowała, na uroczystościach ubecy i akowcy zasiadali ramię w ramię za stołem prezydialnym. Wszyscy byli bohaterami, członkami ZBOWiD-u. Dlatego z reguły nie uczestniczę w kombatanckich zjazdach z okazji sierpniowych, teraz grudniowych rocznic. Do żadnego ZBOWiD-u się nie zapiszę.
Tolerancja, normalizacja, komputeryzacja, informatyzacja, elektryfikacja, industrializacja… niepotrzebne skreślić. W epoce postindustrialnej przemysł jest niepotrzebny, prawie go nie ma, przynajmniej w Polsce. Ale ja w to nie wierzę, gdzieś musi być, bo półki w sklepach uginają się od towaru, a nawet musi być go więcej, ponieważ opanował rolnictwo. Przemysłu nie widać, bo nie pracują w nim ludzie, lecz maszyny; automaty i roboty. Z globalnej statystyki wynika, że nadzorowane są przez Azjatów, głównie Chińczyków. Biali ludzie utrzymują się z handlu i wzajemnych usług. Roboty nie potrzebują ani fryzjera, ani sklepu, ani biura podróży, a Chińczycy daleko. Teoretycznie nie widać tu źródeł finansowania, ale praktycznie rozwiązano to w ten sposób, że pieniądz robi pieniądz. Można też nieźle żyć ze świadczenia usług finansowych. I tak to się kręci, chociaż coraz wolniej, bo marketing i reklamy nie są skuteczne, gdy klienci tracą pracę i pieniądze.
Elektryfikacja to już komunistyczny relikt. Rozwój technologii bezprzewodowej pozwala nawet w Afryce założyć konto w banku. Proszę zajrzeć na s. 388 książki Grzegorza Kołodki „Wędrujący świat”. Tak pokonuje się bariery rozwoju. Ale jak „bezprzewodowe” pieniądze zmaterializować w gotówkę albo towar bez dróg i kolei? Może zrzutami z samolotu? Przypomniał mi się kawał. Prelegent obiecuje: „Po pierwszej pięciolatce każdy będzie miał rower, potem motocykl, samochód, samolot, odrzutowiec”. Pada pytanie: „A po co odrzutowiec?”. Prelegent nie wie, ale ktoś z sali spieszy z pomocą: Wot durak! Dowiesz się, że we Władywostoku cukier dają i jeszcze po ostatnie kilo zdążysz”.
Kiedy w Polsce marzeniem inżyniera było fajne liczydełko Packarda, już zza oceanu dotarło ostrzeżenie. „Przed skomputeryzowaniem trzeba zaprowadzić idealny porządek. W przeciwnym razie komputer przyspieszy krążenie bałaganu”. W Polsce nikt w to nie wierzy do dzisiaj, chociaż komputeryzacja systemu ubezpieczeń pogrążyła ZUS w chaosie na kilka lat. Komputer to niezwykle sprawne i użyteczne narzędzie, ale tylko narzędzie. Wiara, że komputer, Internet, globalna sieć rozwiążą wszystkie problemy współczesnego świata, należy do najważniejszych postępowych dogmatów.
Internet pozwala szybko komunikować się i dotrzeć do różnych źródeł informacji, łamie cenzurę i autocenzurę głównych mediów. Szybciej i sprawniej pełni rolę wydawnictw bezdebitowych i Radia Wolna Europa. Jednak łatwość przesłania komunikatu spowodowała, że zanikają inne sposoby kontaktowania się – przez telefon, pocztą papierową, kolportażem ulicznym, na bezpośrednich spotkaniach towarzyskich i publicznych. Ważne informacje, nieprawomyślne idee nie wydostają się poza sieć, chyba że podchwyci je prasa lub telewizja. Większość internautów odwiedza tylko swoje ulubione strony i słynne surfowanie dla zapoznania się z różnymi poglądami można między bajki włożyć. Internet otworzył nieznane dotychczas możliwości. Uczeń nie musi już pisać wypracowania, nawet nie musi go czytać. Poskleja różne, mniej więcej pasujące do tematu kawałki, a nauczyciel nie może protestować. Uczeń się napracował, ściągnął z Internetu to, co mu było potrzebne, a zatem jest dobrze przygotowany do życia i pracy zawodowej, chociaż nie rozumie nawet znaczenia słów ze „swojej” pracy.
G. Kołodko pokłada w Internecie wielkie nadzieje. „Globalna sieć – niekontrolowana przez rządy, partie i kapitał – wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu na podobieństwo ubiegłowiecznych reakcji w skali narodowej na nacisk zrewoltowanych mas”. Wydaje się to możliwe, ponieważ w wirtualnym świecie nie czuje się ograniczeń. Można mieć bez liku przyjaciół i wrogów, można wysłać komunikat w stylu „a ja to wszystko pier…” – po którym człowiek czuje się lepiej, hodować zwierzątko, pozabijać staruszków, zdobyć sławę, władzę, nawet pieniądze. Niektórzy już przenieśli się do wirtualnych państw. Można pozabijać prezesów korporacji, ale jest to teoretyczna możliwość, ponieważ przy pierwszych oznakach zagrożenia instytucjonalni hackerzy wywołają w sieci chaos i awarie. Dezintegracja, podstawowa technika służb specjalnych, w sieci jest dziecinnie łatwa.
Gdyby wirtualna rewolucja się udała, to przeniesienie jej do świata rzeczywistego nie jest łatwe. Żeby wybić choć jedną szybę w banku, trzeba oderwać się od Internetu, wyjść na ulicę, a tam żadnych informacji (maszerować z netbookiem niewygodnie) i niebezpiecznie, pełno obcych ludzi. Swoich trudno rozpoznać, ściągnąć ich się nie da, ponieważ po naszych e-mailach policja aresztuje ich zanim wyjdą z domu.
Cenzura polityczna już ostrzy zęby na Internet. Internauci protestują i mogą liczyć na społeczne poparcie. Ale rewolucji cenzura Internetu nie wywoła. Cud może się zdarzyć tylko w realu. Czesi liczą, że rewolucję spowoduje brak piwa. Rewolucja bolszewicka zaczęła się na Potiomkinie, ponieważ w mięsie były robaki. Ale marynarze mieli do dyspozycji pancernik, a internauta może jedynie rzucić myszą bezprzewodową.
Globalna sieć zastąpi „nacisk zrewoltowanych mas”, jak przewiduje Kołodko. Natomiast wątpię, czy „wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu”.