przez Lech Mergler | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Uważam, że interwencja publiczna, czyli polityka, w tym przypadku polityka miejska, rozumiana jako intencjonalne działanie władzy publicznej na rzecz rozwoju miast, jest konieczną, nową jakością. Musi ona „przebić” się przez stereotypy, według których rzeczy same z siebie „idą ku dobremu”, wystarczy jedynie nie przeszkadzać działaniu wolnego rynku.
Ministerstwo miałoby wykreować politykę miejską jako strategiczną politykę publiczną, niezbędną dla cywilizacyjnego rozwoju kraju. Ona moderowałaby rynek, używając jego zasobów i ukierunkowując jego energię dla optymalnego pożytku publicznego.
Lista problemów miejskich do rozwiązania, niekiedy dramatycznych, jest dość długa. Jako pierwszy z nich określiłbym odbudowanie/zbudowanie podmiotowości miast, słabych w tradycji wiejskiej, chłopsko-szlacheckiej Polski; nadanie tej podmiotowości aktualnego znaczenia. Związany z tym jest rozwój demokracji miejskiej, jako realnej demokracji społecznej, partycypacyjnej, nie tylko formalnej. Podmiotowość miasta bez uczestnictwa mieszkańców, przy dominacji aparatu zarządzającego, to atrapa.Kolejna kwestia to wyludnianie się dużych miast, związane z zamieraniem i degradacją historycznych centrów oraz suburbanizacją, czyli rozlewaniem się miast na peryferia. Dramatyczny problem stanowi także destrukcja przestrzeni miejskiej w sensie urbanistycznym oraz estetycznym, z uwikłaniem w inne sfery, jak transport, środowisko przyrodnicze, kwestie społeczne. Niepokojącym zjawiskiem w tym względzie jest m.in. blokowanie się systemów transportowych miast i aglomeracji z powodu politycznego priorytetu dla indywidualnej komunikacji samochodowej i niedorozwoju transportu publicznego.Do tego dochodzi deficyt zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych, jeden z największych w Europie, pogłębiony przez wieloletnią dominację kosztownego, komercyjnego budownictwa deweloperskiego, głównie dla bardziej zamożnych. Wiążą się z tym nierówności społeczno-cywilizacyjne, ukrywane przez tworzenie fasadowych, „czekoladowych” fragmentów miast oraz spychanie w cień ubóstwa, degradacji i wieloletnich zaniedbań. Dotyczy to także miast jako całości: jedne znajdują się w kryzysie systemowym (np. Łódź, Wałbrzych), inne są w znacznie lepszej sytuacji. Przy czym kryzys finansów i zadłużenie miast, na granicy upadłości, powodowane są głównie ogromnymi wydatkami na cele ekskluzywne.
Co zatem należałoby zrobić, aby przeciwdziałać takim negatywnym tendencjom? Jest kilka decyzji o istotnym znaczeniu dla miast, które moim zdaniem powinny być podjęte niemal „od ręki”.
W ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym trzeba uzupełnić zapis art. 17 o spotkania informacyjno-konsultacyjne z mieszkańcami ws. planów miejscowych – na samym początku procedury ich uchwalania. W art. 59 tej ustawy lub w inny sposób należy wprowadzić nakaz niesprzeczności (lub zgodności) decyzji o warunkach zabudowy z ustaleniami studium przestrzennego.Dla przywrócenia estetyki miast przytłoczonych nadmiarem reklam powinno się ustalić niskie limity kosztów z tego tytułu oraz ulgi podatkowe z tytułu kosztów umieszczania reklam w lokalnych mediach.Trzeba również zablokować możliwość nakładania na miasta-gminy nowych zadań bez zagwarantowania środków na ich finansowanie. Nowe środki powinny uwzględniać potrzeby i oczekiwania mieszkańców.Ponadto należy podjąć prace legislacyjne nad ustawą o rewitalizacji i rozwoju miast, a także przyjąć Kartę Lipską z 2007 r., która jest „konstytucją” zrównoważonego rozwoju miast Unii Europejskiej – jako regulatora rozwoju miast w Polsce.Cele do zrealizowania na poziomie ministerstwa to przede wszystkim potrzebne miastom akty prawne oraz polityki sektorowe. Jednak punktem wyjścia musi być „zbudowanie” samego Ministerstwa, a przede wszystkim funkcjonalne inkorporowanie tego nowego podmiotu do struktury władzy państwowej, łącznie ze strukturami terenowymi. Ministerstwo musi obejmować jako główne takie dziedziny jak budownictwo, polityka przestrzenna, rozwój miast i metropolii, transport lokalny i samorząd miejski.
Akty prawne (ustawy) wymagające opracowania lub nowelizacji to ustawa o rewitalizacji i rozwoju miast, ustawa aglomeracyjna, ustawa o transporcie w miastach, o samorządzie miejskim, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, prawo budowlane, ustawa o ochronie praw lokatorów, prawo ochrony przyrody i ustawa o informacji o środowisku.
Polityki sektorowe (tematyczne pakiety) z kolei winny służyć następującym celom długofalowym:
- Odrodzenie centrów dużych miast – społeczne, urbanistyczne, ekonomiczne; podniesienie (odbudowa) ich atrakcyjności jako miejsca zamieszkania; powstrzymanie odpływu mieszkańców z miast oraz zahamowanie procesów suburbanizacji.
- Dostępność mieszkań – dla ogromnej większości mieszkańców miast o dochodach realnie przeciętnych, powyżej progu upoważniającego do pomocy społecznej, ale zbyt niskich, by mieszkanie kupić lub wynająć na rynku (stąd obecna ucieczka z miast).Zatrzymanie i odwrócenie procesów degradacji przestrzennej miast; preferencje systemowe dla inwestycji wysokiej jakości, przy blokadach dla tych o jakości niskiej.
- Transport zrównoważony: uwolnienie, zwłaszcza centrów miast, od samochodów, jakościowy wzrost masowej komunikacji publicznej – transformacja miejskich systemów transportowych.
- Upodmiotowienie miast oraz upodmiotowienie ich mieszkańców jako twórców i beneficjentów miasta. Także upodmiotowienie gospodarcze – wspieranie produktywności.
- Zmniejszenie rosnących nierówności społecznych.
Niektóre z tych zmian wymagają pewnych nakładów finansowych. Politykę miejską utożsamia się z poglądem, że rozwój miast mają sfinansować fundusze europejskie. To nieporozumienie – trzeba zbudować trwały system stymulowania i finansowania tego rozwoju. Spodziewane niebawem nowe środki unijne powinny współtworzyć podstawy tego systemu, a nie służyć powstawaniu kolejnych, jeszcze szerszych dróg dla samochodów. Nieco inaczej jest z funduszem Jessica, który powinien być jak najszerzej wykorzystywany przez biznes i administrację na inwestycje miejskie, przy wsparciu rządu.
Jednak podstawowy kapitał miasta to jego mieszkańcy – kapitał społeczny, ludzki, kulturowy itd. Trzeba znieść blokady energii mieszkańców, samorządności i samoorganizacji, a wspierać regulacje, które służą partycypacji i zaangażowaniu. Przykłady korzystnych działań w tym względzie to budżet obywatelski, konsultacje społeczne, referenda lokalne, uprawnienia decyzyjne jak najbliżej mieszkańców i inne.Warto również zauważyć, że lokalny biznes, mały i średni, został „zdradzony” przez rządzące miastami elity na rzecz firm zagranicznych lub globalnych – w handlu, nieruchomościach, usługach. Trzeba to odwrócić, bo firmy rodzime sprzyjają akumulacji kapitału.
przez Bernard Margueritte | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Pamiętamy słynne słowa prezydenta Kennedy’ego: nie pytaj, co Ameryka może robić dla ciebie – pytaj, co ty możesz uczynić dla Ameryki! Wydaje mi się, że dziś zamiast bić się o utrzymanie wielkich dotacji europejskich, które pomogą zapewne tu i ówdzie, ale są zarazem wielce korupcjogenne, należałoby zapytać raczej, co Polacy mogą zrobić dla Europy. Otóż mogą po prostu wszystko – mogą uratować Europę! Aby tego dokonać, muszą jednak zerwać z poczuciem wstrętu dla własnej tożsamości, jaki polskie władze próbują od kilku lat zaszczepić w narodzie.
W 1991 r. na Zamku Królewskim w Warszawie Jan Paweł II powiedział: Polacy mogą albo wejść po prostu do społeczeństwa konsumpcyjnego, zajmując w nim – jeśli się im powiedzie – ostatnie miejsce, zanim nie zamknie ono definitywnie swych bram dla nowych przybyszy, albo też przyczynić się do ponownego odkrycia wielkiej, głębokiej, autentycznej tradycji Europy, proponując jej jednocześnie przymierze: wolnego rynku i solidarności. Niestety, wiemy, jaki wybór został dokonany. Polska goni Europę, chorą Europę, która zagubiła swego ducha, swój humanizm i stanowi antycywilizację moralną, ekonomiczną i socjalną. Ambicją rządzących w Polsce jest zapomnieć o wartościach, których Polska była zawsze kolebką, i pogrążać się radośnie w grzęzawiskach europejskich. Ta atmosfera – nie fin de siecle’u, lecz début de siecle’u – pachnie upadkiem cywilizacyjnym.
Ostatnia debata na temat budżetu europejskiego pokazała, że liderzy Wspólnoty postanowili kontynuować, a nawet pogłębiać politykę neoliberalną, która doprowadziła do obecnego kryzysu. Mówi się o zaciskaniu pasa, nie widząc, że ten kierunek prowadzi do coraz poważniejszego kryzysu, bezrobocia, pauperyzacji jeszcze większej rzeszy obywateli. Przypomina to leczenie choroby nowotworowej, w ramach którego stosuje się tak ostrą dawkę chemioterapii, że w końcu zabija ona pacjenta. W dalszym ciągu mówi się o tym, że należy zapewnić finansjerze i biznesowi jak najlepsze możliwości, aby warunki produkcji były coraz korzystniejsze. Jednak po co zapewniać doskonałe warunki podaży, kiedy już nie ma popytu, bo ludzie nie mają za co kupować?
Ostatnio mieliśmy do czynienia z sytuacją tragi-komiczną. Premier i cała usłużna prasa uprawiali po raz kolejny propagandę sukcesu, jeszcze większą niż za czasów Gierka. Polska odniosła wielki sukces w unijnej debacie budżetowej! Ale ogłoszony w tym samym dniu raport OECD zawiadamia, że Polskę czeka katastrofa… Nie było „wielkiego sukcesu” naszego kraju podczas debaty budżetowej. Na dwie najważniejsze polityki – Spójności i Wspólną Politykę Rolną – udało się uzyskać ok. 101 mld euro (72,9 mld euro i 28,5 mld euro), podczas gdy w poprzedniej perspektywie finansowej (2007–2013) była to kwota ok. 95 mld euro (68 mld euro i 27 mld euro). Ale w latach 2006–2013 inflacja w UE osiągnęła prawie 16%, czyli aby zachować chociaż realną wartość środków z poprzedniej „siedmiolatki”, Polska powinna otrzymać kwotę ok. 111 mld euro! Po drugie podczas gdy w latach 2007–2013 Polska zapłaciła do kasy Unii ok. 24 mld składki, w latach 2014–2020 będzie musiała płacić – wg prognoz KE – blisko 40 mld euro, a więc aż o 16 mld euro więcej! Po trzecie polscy rolnicy nie dość że mogą tylko pomarzyć o wyrównaniu dopłat do średniej unijnej, to z 14 mld euro środków na rozwój obszarów wiejskich zostało zaledwie 7,5 mld euro.
Ale nawet gdyby Polska dostała więcej, czy byłoby to dla niej takie dobre? Zauważmy przy okazji, że ci sami neoliberałowie, którzy odmawiają obywatelom w potrzebie prawa do pomocy społecznej, radują się, kiedy państwo, którym kierują, dostanie „pomoc społeczną” od Unii Europejskiej! Jednak co ta pomoc daje naprawdę Polsce? Blog „PatriotyzmEkonomiczny.pl” wyliczył, że 7 euro na 10 zapłacone Polsce z kasy UE idzie w rzeczywistości… do kas koncernów niemieckich, francuskich i innych krajów Europy Zachodniej, które kontrolują gospodarkę polską – czyli pieniądze wracają do źródła!
Co gorsza, te dotacje są wysoce korupcjogenne, a także zabijają naszą innowacyjność, od której zależy przyszłość kraju. Nie inwestujemy już w polskie badania naukowe i w polskich naukowców, skoro najnowsze technologie przynoszą nam firmy zachodnie. Obłędna i samobójcza polityka!
Jak wskazuje Paweł Badzio w tekście dla „Gazety Bankowej” (9/02/2013), komentując wyniki ostatniego raportu OECD, przyszłość państw zależy głównie od dwóch czynników: rozwoju edukacji i prężności demograficznej. W obu kategoriach Polska ma fatalne wskaźniki. Wobec tego, jak przewiduje OECD, średni wzrost Polski w okresie 2012–2060 wyniesie ok. 1,7–1,8% i ulokuje nas na końcu listy uprzemysłowionych krajów świata. Gorzej wypadają tylko Portugalia, Włochy i Grecja… W roku 2030 nastąpi moment krytyczny – Polska stanie się najwolniej rozwijającym się krajem świata (wśród krajów badanych przez OECD). Wzrost w Polsce w tym czasie będzie na poziomie zaledwie 1 proc.
W tej sytuacji obecna wasalizacja Polski wobec Niemiec i Europy Zachodniej jest nie tylko wysoce niemoralna, ale w dodatku prowadzi do katastrofy gospodarczej.
Jak do tego doszło? Myślę, że przepaść polityczna i wręcz cywilizacyjna – moim zdaniem nie do wyrównania – która istnieje w Polsce, jest wynikiem zupełnie różnego stosunku do ojczyzny. Od 1989 r. – z małymi przerwami – krajem rządzą ludzie, którzy wstydzą się polskości. I z tego wypływa cała ich polityka, zarówno wewnętrzna, jak i zagraniczna, w tym europejska. Owi politycy uważają, że polskość to nieszczęście, od którego należy uciekać, aby wejść do Europy i stać się wreszcie „nowoczesnym” krajem. Jak mogliby znaleźć wspólny język z tymi, którzy są dumni z bycia Polakami i wierzą, iż Polska może przynieść Europie dużo korzyści, doprowadzając do jej odnowy?
Konsekwencje takiej postawy są daleko idące. Jedną z nich jest wyprzedaż Polski: skoro nie szanujemy tego, czym jesteśmy, trzeba jak najprędzej oddać, co się da, „lepszym” biznesmenom z Zachodu, zawierając z nimi korzystne osobiste układy. Tak doprowadzono do stanu, w którym 80% banków czy mediów jest w rękach kapitału zagranicznego i gdzie niepodległość jest więc już tylko iluzoryczna.
Czasem ludzie się dziwią, że ci sami, którzy wczoraj głosili wyższość teorii socjalistycznej, są dziś najgorętszymi propagandystami neoliberalizmu zachodniego. Sprzeczność jest tylko pozorna. Osoby te nie mają szacunku dla polskości. Wczoraj uciekali w kierunku komunistycznego internacjonalizmu, dziś są zagorzałymi zwolennikami globalnego liberalizmu. Obojętnie w jakim kierunku, byle tylko uciekać od Polski! Ich odruchem podstawowym jest odruch „targowiczan”. I nieważne, czy oddajemy się w ręce Moskali, czy biurokracji brukselskiej, czy jednych i drugich, jak teraz. Grunt, aby – broń Boże – Polska nie była Polską!
Ten układ liberalno-globalistyczny, tworzony przez ludzi, którzy wstydzą się polskości, nie mógł zaowocować niczym innym jak wyprzedażą interesów polskich, postawą wasalską wobec możnych z kontynentu, gotowością do zbierania okruchów ze stołu wielkiego biznesu. Takie postępowanie jest tym bardziej absurdalne, że Polska „Solidarności” i Jana Pawła II jest w gruncie rzeczy w dużo lepszej sytuacji niż Europa Zachodnia, która totalnie się zagubiła i nie ma już żadnej wizji. Jan Paweł II powiedział, na czym polega paradoksalna wyższość naszej części kontynentu: Narody Europy Środkowo-Wschodniej pomimo wszystkich przeobrażeń narzuconych przez dyktaturę komunistyczną zachowały swoją tożsamość, a poniekąd nawet ją umocniły. Walka o tożsamość była dla nich walką o przetrwanie… Podstawowym zagrożeniem dla Europy Wschodniej jest jakieś przyćmienie własnej tożsamości. W okresie samoobrony przed totalitaryzmem marksistowskim ta część Europy przebyła drogę duchowego dojrzewania, dzięki czemu pewne istotne dla życia ludzkiego wartości mniej się zdewaluowały niż na Zachodzie…
Podczas swej wizyty nad Wisłą w 1967 r. generał de Gaulle wyraził nadzieję, że Polska będzie umiała patrzeć trochę dalej, trochę wyżej. Nigdy takie życzenie nie było bardziej na miejscu niż teraz. Polska bowiem nie jest narodem tuzinkowym. Polska jest albo wielka, albo jej nie ma! Dopiero kiedy Polska będzie Polską, możemy mieć nadzieję, że Europa będzie mogła stać się Europą. To nie Polska potrzebuje Europy, to Europa potrzebuje Polski, tej prawdziwej Polski!
przez Bogdan Grzybowski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Gdybym był ministrem, dążyłbym do skierowania działań podległego mi resortu zgodnie z jego nazwą: na szeroko rozumianą politykę rynku pracy i politykę społeczną. Obecnie działania tego ministerstwa w zakresie rynku pracy ograniczają się głównie do rejestrowania bezrobotnych, zaś w zakresie polityki społecznej są pozbawione planu i niepodparte żadną wizją rozwoju.
Do podstawowych wyzwań z zakresu polityki społecznej zaliczyłbym: wzrost nierówności dochodowych, komercjalizację usług zdrowotnych, demontaż państwa opiekuńczego, pojawienie się prekariatu (życie w ciągłej niepewności; w którym trudno cokolwiek zaplanować), niewolnicze wykorzystywanie pracowników, patologie w zatrudnieniu (umowy śmieciowe, zmuszanie do samozatrudnienia, rekordowa liczba umów terminowych itd.), dramatycznie wysokie bezrobocie, ucieczkę z Polski najmłodszych, najcenniejszych pracowników, coraz większą populację biednych pracujących (working poor), rosnącą liczbę bezdomnych, wzrost skali niewypłacania wynagrodzeń pracowniczych czy radykalne zwiększenie liczby osób żyjących poniżej minimum egzystencji.
Problemy te wymagają szczególnie pilnych działań i odpowiedzi na pytanie, jak naprawić państwo, by wykorzystać ogromny „margines” wykluczonych dla rozwoju gospodarczego i wyrównać rażące nierówności szans, dochodów i majątku, zerwać z biedą i bezrobociem, które w coraz większym stopniu stają się dziedziczne.
Punktem wyjścia dla nowej strategii ministerstwa byłoby odejście od dotychczasowej polityki, prowadzącej do likwidacji miejsc pracy, na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy. Uważam, iż należy radykalnie zmienić w ministerstwie podejście do zatrudnienia – odejść od traktowania go jako „reszty” procesów gospodarczych na rzecz budowania zintegrowanej, prozatrudnieniowej strategii rozwoju. Dlatego proponuję „pracę zamiast zasiłku”. W tym celu odblokowałbym zamrożone środki Funduszu Pracy i przeznaczyłbym je na aktywizację bezrobotnych. Obecnie niska skuteczność działań aktywizacyjnych finansowanych z tego Funduszu wynika z oderwania decyzji o kierunkach wydatkowania jego środków od rzeczywistych potrzeb rynku pracy. Dlatego należy zwiększyć wpływ partnerów społecznych na decyzje dotyczące wykorzystania tych zasobów finansowych.
Kolejną prostą rezerwą, w dodatku nie pochodzącą z budżetu państwa, są ogromne zyski przedsiębiorstw. Szacuje się, że przedsiębiorcy zgromadzili na swoich kontach ok. 200 mld zł. To są tylko kapitałowe inwestycje w formie depozytów lub obligacji. Należy pilnie wprowadzić motywację w postaci ulg inwestycyjnych, aby przedsiębiorcy zaczęli tworzyć nowe miejsca pracy. Musi powstać realny Narodowy Program Zatrudnienia, obejmujący m.in. stymulowanie inwestycji, kształcenie zawodowe, promowanie programu rozwoju budownictwa mieszkaniowego na wynajem, pobudzenie rozwoju małych przedsiębiorstw, opracowanie i wdrożenie stabilnych warunków prawno-ekonomicznych sprzyjających zatrudnieniu oraz tworzeniu miejsc pracy, m.in. w dziedzinie podatków oraz pożyczek udzielanych ze środków publicznych na tworzenie nowych miejsc pracy.
Aby zapobiec zwolnieniom grupowym, niezbędne są rozwiązania na rzecz ochrony miejsc pracy, związane z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców. Ponadto uważam, iż należy przekazać część zadań i środków finansowych Europejskiego Funduszu Społecznego partnerom społecznym. Polska jest jedynym państwem Unii Europejskiej, w którym ci partnerzy nie otrzymują do swojej dyspozycji istotnej części środków EFS na realizację zadań wynikających z przyjętych priorytetów i muszą się o nie ubiegać w postępowaniach konkursowych. Niewielki jest też ich wpływ na pozostałą część tych funduszy, a przecież to oni wiedzą najlepiej, jaka pomoc konieczna jest na ich terenie oraz są zainteresowani zmniejszeniem bezrobocia i lepszym przygotowaniem pracowników do potrzeb zakładów pracy.
W zakresie ochronnym należałoby stworzyć alternatywę dla osób, które mają bardzo długi staż ubezpieczeniowy. Projekt ustawy, który do sejmu wnieśli obywatele, ma na celu stworzenie pracownikom o bardzo długim stażu możliwości przejścia na emeryturę przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego. Proponowane rozwiązanie dotyczyć ma kobiet, których okres składkowy wynosi co najmniej 35 lat, oraz mężczyzn z okresem składkowym co najmniej 40 lat. Społeczne skutki projektowanej ustawy są jednoznacznie pozytywne. Kreuje ona swoistą nagrodę, jaką jest niewątpliwie większa elastyczność w określaniu momentu przejścia na emeryturę dla tych osób, które będą miały bardzo długi staż ubezpieczeniowy – i to staż oparty na faktycznej aktywności zawodowej, bowiem pod uwagę będą brane jedynie lata składkowe.
Kolejne moje decyzje dotyczyłyby: 1. uzależnienia świadczeń z pomocy społecznej od dochodu, ale urealnionego w stosunku do dzisiaj obowiązujących progów dochodowych; 2. wprowadzenia możliwości wyboru lokowania składki ubezpieczeniowej w drugim filarze pomiędzy OFE a ZUS (wprowadzenie dobrowolności przynależności do OFE); 3. wprowadzenia rozwiązań prawnych zachęcających pracodawców do organizowania Pracowniczych Programów Emerytalnych; 4. nowelizacji przepisów ustawy o emeryturach pomostowych – nie wszystkie stanowiska pracy w warunkach szczególnych i o szczególnym charakterze zostały zakwalifikowane do wykazu ryzyk, więc należałoby rozszerzyć katalog takich prac; 5. wzrostu najniższych emerytur i rent; 6. rezygnacji z warunku, że świadczenie przedemerytalne przysługuje po upływie co najmniej 6 miesięcy pobierania zasiłku dla bezrobotnych; 7. wzrostu świadczeń z pomocy społecznej oraz innych świadczeń kierowanych do najuboższych.
W zakresie polityki społecznej należy w pełni ratyfikować Konwencję 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy, dotyczącą minimalnych norm zabezpieczenia społecznego. Konwencja 102 nazywana jest często europejską konstytucją socjalną, bo taki ma charakter. Mówi o warunkach i wysokości przyznawanych świadczeń w zakresie opieki lekarskiej, zasiłków chorobowych, pomocy dla bezrobotnych, ubezpieczeń na starość, świadczeń w razie wypadków przy pracy i chorób zawodowych, zasiłków rodzinnych i macierzyńskich, świadczeń w razie inwalidztwa i śmierci żywiciela rodziny. Po 51 latach obowiązywania Konwencji Polska zdecydowała się ją przyjąć do porządku prawa polskiego. Zgodnie z postanowieniami umowy przyjęła część jej założeń. Do dnia dzisiejszego nie ratyfikowano jednak konwencji w części dotyczącej zasiłków chorobowych, świadczeń w razie bezrobocia, świadczeń w razie wypadków przy pracy i chorób zawodowych oraz świadczeń w razie inwalidztwa.
Z uwagi na to, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, nie można pominąć także kwestii Karty Praw Podstawowych. Fakt, iż uzyskała ona charakter prawnie wiążący, ma niebagatelne znaczenie dla obywateli UE. Chodzi o możliwość bezpośredniego i pełnego powoływania się na jej treść i dochodzenia swoich praw przed sądami unijnymi – obecnie z powodu postawy polskiego rządu możemy to robić tylko w ograniczonym zakresie. Powoduje to niedopuszczalny stan niepewności i nierówności wśród obywateli Wspólnoty. Polacy w pewnym sensie stali się w Unii Europejskiej obywatelami drugiej kategorii – trzeba nadrobić to zaniedbanie.
przez Piotr Ciompa | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Najważniejszym zagadnieniem dialogu społecznego jest zwiększenie emancypacji pracowników. W Polsce aktualnie wolność i szczęście większej liczby osób ogranicza pracodawca, nie polityk. Zbyt często lęk przed niezawinioną utratą zatrudnienia prowadzi do tolerowania w miejscu pracy praktyk urągających godności człowieka. Lęk ten wpływa także na życie pozazawodowe.
Co oznacza emancypacja pracownika? To rozłożone na kilka kadencji przesunięcie jakiejś części władzy w przedsiębiorstwach na rzecz reprezentacji pracowniczej. Reprezentacja ta miałaby kierować się interesem przedsiębiorstwa (ale nie jego właścicieli!). Byłby to w skali mikro proces trochę podobny do demokratyzacji państw europejskich w XIX i XX w. W jego wyniku poszanowanie wolności drugiego człowieka będzie sprzyjać rozwijaniu przez niego skrzydeł. Dla pracowników reprezentujących załogę, którym zostanie powierzona odpowiedzialność za coś więcej niż tylko los swój i rodziny, zostanie utworzony kanał awansu wzmacniający w ten sposób struktury społeczne.
Dowartościowanie pracowników sprzyjać będzie dobrowolnemu związaniu ich z przedsiębiorstwem, tworząc kolejną wspólnotę wiążącą obywateli w społeczeństwo pojmowane jako wspólnota wspólnot. W konsekwencji metodami nieadministracyjnymi prowadzić to będzie do mniejszego zróżnicowania płac, co jest jednym z warunków powstania społeczeństwa egalitarnego, gdzie z dobrem wspólnym identyfikować się będzie większość obywateli. Jeżeli osiągniemy ten cel, znaczna część szczegółowych problemów, które obecnie niesłusznie postrzegane są jako zagadnienia fundamentalne, przed którymi stoi minister, będzie łatwiejsza do rozstrzygnięcia, bowiem osłabnie opór grup interesów, które dziś blokują lub stępiają potrzebne rozwiązania. Ilustracją niech będzie spór na temat wieku emerytalnego. Jeżeli kiedykolwiek powstanie rząd kierujący się wartościami bliskimi środowisku „Nowego Obywatela”, nie można wykluczyć, iż ze względu na czynniki, na które rządy narodowe nie mają już wpływu, przyjdzie mu powiedzieć współobywatelom, że będą musieli pracować jeszcze dłużej. Łatwiej jednak znosić wyrzeczenia, przynależąc do wspólnoty egalitarnej, gdzie bieda jest dzielona sprawiedliwie. Być może egalitarne społeczeństwo sprzyjać będzie także zaradzeniu problemom demograficznym, skoro wielodzietność, wspierana przez państwo, nie będzie oznaczała obniżenia statusu materialnego w relacji do innych.
Jak instytucjonalnie może wyglądać wdrożenie powyższej idei? Przyczółek już istnieje – są to utworzone ledwie w kilku tysiącach polskich przedsiębiorstw na podstawie dyrektyw UE rady pracowników o kompetencjach konsultacyjnych. W zasadzie nie spełniają one swojej roli, bowiem polska ustawa jest niejasna i pełna sprzeczności, co lepiej uzbrojonym prawnie pracodawcom pozwala paraliżować jej funkcje. Dodatkowo pomysł rad pracowników jest kontestowany przez centrale związków zawodowych, które obawiają się konkurencji. Dlatego zmian tych nie wprowadzi się ani zwykłą zmianą prawa, ani konfrontacyjnie.
Wdrożenie projektu powinno być rozłożone na kilkanaście lat, począwszy od etapu, w którym rady miałyby jedynie kompetencje konsultacyjne, następnie ostrożnie, w ramach dojrzewania reprezentacji pracowniczej, poszerzane o wpływ na niektóre, ale nie wszystkie decyzje.
Rada pracowników współzarządzająca przedsiębiorstwem jest dobrym przygotowaniem do wprowadzenia akcjonariatu pracowniczego. Przede wszystkim w przedsiębiorstwach na tyle dużych, że groźba ich upadłości może spowodować takie konsekwencje społeczne, iż państwo czuje się zobowiązane do interwencji w ich obronie. Również przedsiębiorstwa strategiczne z punktu widzenia interesu publicznego (np. monopole naturalne lub korzystający z rzadkich dóbr koncesjonariusze) w pierwszej kolejności powinny zostać objęte takim programem. Wywłaszczenie prywatnych właścicieli powinno mieć miejsce za odszkodowaniem. Dziś duże korporacje nie kierują się duchem przedsiębiorczości i funkcjonują bardziej jak urzędy, tyle że cel i nagroda za jego osiągnięcie są inaczej sparametryzowane. Dotychczasowe doświadczenia pokazują jednak, iż firmy zarządzane przez pracowników mają skłonności do przejadania nadwyżek zamiast ich inwestowania i są mało innowacyjne. Bardzo szybko pracownicy sprzedają swoje akcje, gdyż długofalowy rezultat ich posiadania jest zbyt abstrakcyjny, w przeciwieństwie do konkretnej gotówki już dzisiaj. Dlatego wprowadzenie własności pracowniczej musiałoby zostać obwarowane wieloma warunkami dotyczącymi ograniczeń w wypłacaniu wynagrodzeń lub dywidendy, a także w zbywaniu akcji. Być może najwłaściwsza byłaby forma własności spółdzielczej, oczyszczona z pewnych archaizmów.
Program własności pracowniczej, wprowadzany ostrożnie (po przeanalizowaniu przyczyn niepowodzeń podobnych programów, w tym fiaska ostatniego na szerszą skalę wywłaszczania prywatnych inwestorów we Francji na początku lat 80.), nie powinien po spełnieniu pewnych warunków obniżyć jakości produktów i usług dostarczanych społeczeństwu.
Jednym z takich warunków jest ograniczenie uprawnień związków zawodowych w przedsiębiorstwach objętych programem własności pracowniczej. Aktualnie związki zawodowe zaadaptowały się w systemie neoliberalnym jako jeden z wielu reprezentantów interesów partykularnych, a nie dobra publicznego. Retoryka wyższości moralnej wynika z reprezentowania interesów większej niż w przypadku pracodawców liczby – i to uboższych – osób, ale przecież nie wszystkich. Takie przypadki jak choćby poparcie przez związki prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w zamian za atrakcyjny pakiet socjalny albo presja wywarta na rząd, żeby upublicznić na giełdzie (czyli podzielić się suwerennością nad podmiotem strategicznym dla państwa) Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA, by nabyć prawo do 15% akcji pracowniczych, pokazują, iż związki zawodowe nie zawsze dbają o interes publiczny. Tym niemniej, jako strona słabsza, związki zawodowe muszą od państwa otrzymać rozsądne wsparcie w konfliktach z pracodawcami.
Dziś w zasadzie jedynym argumentem negocjacyjnym organizacji pracowniczych jest ogłoszenie strajku, co poza aktualnymi lub byłymi przedsiębiorstwami państwowymi jest bardzo trudne do realizacji. Być może w dużych firmach w zamian za obwarowanie ogłoszenia strajku dodatkowymi wymogami związki zawodowe powinny otrzymać prawo zawieszenia na pewien czas niektórych działań pracodawcy. Takie rozwiązanie zmusiłoby obie strony do rzeczowego dialogu.
Drugim zagadnieniem wymagającym przełomu jest pozycja kobiet na rynku pracy. Nierówności w wynagradzaniu za tę samą pracę są skandalem wymagającym stanowczej interwencji państwa. To prawda, że wolny rynek, kierując się zabsolutyzowanym kryterium efektywności ekonomicznej prawidłowo wycenia pracę kobiet – częstsze niż w przypadku mężczyzn zwolnienia na opiekę nad dziećmi, urlopy macierzyńskie i wychowawcze czynią pracę kobiet droższą. Ale społeczeństwo ma szersze cele niż wolny rynek i dlatego państwo powinno wkroczyć w ten obszar. Taką interwencją mogłoby być wdrożenie ustawy inspirowanej po części rozwiązaniami Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Pracodawca musiałby odprowadzać na rzecz tego funduszu kwotę, której wyliczenie oparte byłoby o różnice w średnim wynagrodzeniu mężczyzn i kobiet na tym samym stanowisku. Różnica w stosunku do PFRON-u polegałaby na tym, że po wyrównaniu przez pracodawcę wynagrodzeń uwolni się on od daniny, która w związku z tym miałaby charakter przejściowy. Dowartościowania wymaga także praca kobiet w domu proporcjonalnie do liczby osób nieletnich i niepełnosprawnych znajdujących się pod jej opieką. Proces ten można zacząć od wdrożenia ustawy przepisującej na konto osoby pracującej w domu do 50% składki na ubezpieczenie społeczne, zapisywanej dziś na koncie osoby zatrudnionej.
Wychodząc poza emancypację pracowniczą, ważnym elementem dialogu społecznego jest wprowadzenie systemu permanentnych referendów lokalnych. W pewnych sprawach organ stanowiący samorządu terytorialnego powinien mieć obowiązek ogłoszenia referendum. Na przykład trzy terminy takich referendów powinny być wyznaczone w jednym dniu dla całego kraju w dacie innej niż wybory. Pytania powinny mieć zawsze charakter wyboru między alternatywnymi rozwiązaniami. Wobec zdominowania mediów przez jedną opcję ideową nie widzę możliwości zarządzania przez referenda sprawami państwa, bowiem wpływ grup interesu powiązanych z korporacjami medialnymi zawsze zniekształcać będzie wolę obywateli na niekorzyść dobra publicznego. I tak znacznym postępem w dialogu społecznym na szczeblu centralnym będzie zlikwidowanie tzw. niezależności niektórych instytucji centralnych, blokujących dziś demokratyczną debatę poprzez umocowanie w nich dominującej mniejszości ideowej. Mam na myśli takie instytucje jak Rada Polityki Pieniężnej, Prokuratura, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji itp. Natomiast za całkowicie fikcyjną w dziele odzyskania demokracji uważam możliwość referendum ws. odwołania z funkcji prezydenta/burmistrza/wójta gminy. Referenda takie widzę jako zaproszenie do dokonywania nieodpowiedzialnych wyborów, skoro w trakcie kadencji teoretycznie ewentualny błąd mógłby być naprawiony. Obywatel ma wiedzieć, że jego decyzje niosą ze sobą realne konsekwencje. Na drugi raz może rozważniej odda swój głos.
Za główną barierę wdrożenia egalitarnych i wspólnotowych wartości w życiu społeczeństwa uważam daleko posuniętą demoralizację wszystkich chyba grup społecznych (także tych najbardziej upośledzonych) wartościami neoliberalnymi, stawiającymi ponad dobrem wspólnym swój własny, osobisty interes. Przełamanie takiego stanu rzeczy nie jest możliwe bez odnowy standardów etycznych. Niestety, z jednej strony kiełkująca dopiero w Polsce etyka laicka zagłuszana jest przez chwast nihilizmu, z drugiej strony Kościół w zasadzie rezygnuje z aspiracji do kształtowania standardów w obszarze społecznym. Bez masowego wsparcia osób opowiadających się po stronie dobra wspólnego wdrożenie samych ustaw niczego nie zmieni, pogłębiając tylko nieład.
przez Ryszard Bugaj | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Gdybym mógł decydować, to starałbym się nadać inny niż obecny kierunek gospodarczej i społecznej polityce Polski. Oczywiście ta polityka powinna być zakotwiczona w profesjonalnej diagnozie i orientować się na jasno określone cele. Te ostatnie nigdy nie mogą być jednak w pełni obiektywne. Ich zdefiniowanie zawsze związane jest z preferencją określonych interesów i wyrasta z aksjologicznych przekonań.
Patrzę na procesy społeczne i gospodarcze przede wszystkim przez pryzmat długookresowych interesów dużych grup (pracowników, rolników, a także świadczeniobiorców). Jestem przekonany, że realna równość szans jest najważniejszym warunkiem możliwie szybkiego rozwoju gospodarczego. Przyjmuję, że nie ma globalnej i pozytywnej alternatywy dla ładu ustrojowego opartego o demokrację przedstawicielską, rynek i prywatną własność. Rynek ma jednak pewne wady i dlatego konieczna jest aktywna polityka suwerennego państwa. Poniżej formułuję postulaty zgodne z tą generalną orientacją.
W najbliższych latach polityka makroekonomiczna powinna być zrównoważona, tzn. musi ograniczać deficyt, a jednocześnie w maksymalnie możliwym stopniu stymulować popyt globalny. Jedyna droga to zwiększenie podatkowych obciążeń grup o wysokich dochodach. Tylko gospodarstwa domowe o wysokich dochodach mogą bowiem ponieść dodatkowe ciężary na rzecz redukcji deficytu, a mimo to nie ograniczyć bieżących wydatków na dobra krajowe.
Kompleksowa reforma podatkowa (nie tylko z powodu wyżej wspomnianych uwarunkowań makroekonomicznych) powinna generalnie zmierzać do ustanowienia realnie progresywnych obciążeń. W moim przekonaniu powinna ona obejmować: likwidację podatku liniowego dla samozatrudnionych (ten podatek płacą tylko najbogatsi), niewielkie (o 1–2 punkty procentowe) obniżenie dolnej stawki podatku PIT i ustanowienie nowej górnej stawki od nadwyżki ponad bardzo wysokie dochody (np. ponad 50 tys. miesięcznie), stopniowe obejmowanie podatkiem PIT na ogólnych zasadach dochodów z rolnictwa (wliczając w nie dotacje obszarowe z UE), ograniczenie (przez wprowadzenie na szeroką skalę kategorii kosztu zryczałtowanego) zaniżania dochodów do opodatkowania dokonywanego przez sztuczne zaliczanie do kosztów wydatków konsumpcyjnych (np. na luksusowy samochód), opodatkowanie transakcji na rynku kapitałowym (pod warunkiem wprowadzenia takiego podatku w UE).
Reforma podatkowa powinna też zmienić konstrukcję podatku od nieruchomości poprzez przyjęcie, że podstawą wymiaru podatku jest jej wartość. Powinny być jednak zastosowane bardzo niskie stawki, tak by ciężary podatkowe np. właściciela „standardowego” mieszkania lub domu jednorodzinnego nie wzrosły. Należy też powrócić do pobierania podatku od spadków i darowizn, ale znaczna wartość spadku (np. 500 tys. zł) przypadająca na jednego spadkobiercę powinna być z podatku zwolniona.
Zasadniczych zmian wymaga również system ubezpieczeń emerytalno-rentowych. Najważniejsze jest ustanowienie zasady, że wszystkie dochody z pracy są „oskładkowane” według jednolitej stawki. Zasada ta powinna obejmować również rolników i „mundurowych”. Można oczekiwać, że w konsekwencji wprowadzenia tych zmian ustaną zasadnicze przyczyny wymuszania tzw. umów śmieciowych. Ponadto należy znieść jednolity wiek emerytalny, ustalając normę minimalną (62 lata dla kobiet i 64 dla mężczyzn), upoważniającą pracownika do przejścia na (nieco obniżoną) emeryturę, i normę maksymalną (odpowiednio 64 i 66 lat), upoważniającą pracodawcę (ale nie obowiązkowo) do „wysłania” pracownika na emeryturę. Uczestnictwo (i jego zakres) w II filarze powinno być dobrowolne, a katalog podmiotów rynkowych upoważnionych do gromadzenia składek ubezpieczeniowych rozszerzony na duże banki. Dla likwidacji (lub choćby ograniczenia) redystrybucji na rzecz ubezpieczonych o wyższych dochodach należy wprowadzić łagodną degresję wysokości świadczeń względem zgromadzonych kapitałów emerytalnych. Limit wynagrodzenia (dochodu) oskładkowanego należy powiększyć z obecnych 2,5 średnich wynagrodzeń do np. pięciu średnich. Jednocześnie ustanowić trzeba prawo ubezpieczonego do jednorazowego pobrania części kapitału emerytalnego, ponad kwotę zabezpieczającą wypłatę świadczenia na przeciętnym poziomie – oczywiście świadczenie byłoby wtedy odpowiednio obniżane.
Konieczne jest również poprawienie zabezpieczenia socjalnego dla osób bezrobotnych poprzez rozszerzenie uprawnień do zasiłku, a także jego niewielkie zwiększenie. Równolegle z tym wzmocnić należy kontrolę zatrudnienia, a także ustanowić w ograniczonym zakresie obowiązek świadczenia pracy przez osoby bezrobotne na rzecz społeczności lokalnej.
Wzmocniłbym również politykę przeciwdziałania zapaści demograficznej. Konieczne jest w krótkim okresie zagwarantowanie powszechnego dostępu do żłobków i przedszkoli – bezpłatnych dla rodzin wielodzietnych i wysoko dotowanych dla pozostałych. W nieodległej przyszłości ustanowione powinno być także uprawnienie rodzin do bonów na zakup „wyprawki szkolnej” (przede wszystkim podręczników). Płatne urlopy macierzyńskie zastąpiłbym „stypendiami” dla matek/ojców zajmujących się dziećmi do lat 3. Stypendia w tej samej wysokości, np. na poziomie minimalnego wynagrodzenia, byłyby przyznawane bez względu na wcześniejsze zatrudnienie.
Ponadto konieczne jest ograniczenie niektórych rodzajów wydatków publicznych. Wiele instytucji jest rozbudowanych ponad miarę. Liczba członków Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powinna być radykalnie zmniejszona. Dodatkowo zmniejszone powinny być koszty administracyjne, a także nakłady na utrzymanie sejmu, senatu, urzędu prezydenta. Poza tym zrezygnowałbym z trójszczeblowego systemu samorządów terytorialnych i zlikwidowałbym samorządy powiatów. Można także bez szkody zmniejszyć dotacje do partii politycznych nawet o 2/3.
Istotne oszczędności można uzyskać również poprzez rezygnację z ostentacyjnych wydatków publicznych i zmniejszenie jednostkowych kosztów infrastruktury (np. słynnych ekranów dźwiękochłonnych na budowie dróg).
Uważam też, że państwo powinno zaangażować się w realną pomoc uzyskania mieszkania przez młode rodziny o niewysokich dochodach. Trzeba podjąć znaczący program budowy mieszkań na wynajem (20–30 tys. mieszkań rocznie). Czynsz w tych zasobach powinien pokrywać bieżące koszty eksploatacyjne. Rodziny wynajmujące mieszkania powinny mieć – po określonym czasie – prawo do ich wykupu po cenie równej wartości odtworzeniowej.
Podobnie za konieczne uważam radykalne przeciwstawienie się upolitycznieniu kadr przedsiębiorstw publicznych. Można tu uzyskać poprawę, powołując instytucję analogiczną do RPP, wyłanianą przez parlament (jednak nie według zasady, że większość obsadza wszystkie miejsca, lecz w przybliżonej proporcji do liczebności większości rządowej i opozycji) spośród osób o odpowiednich kwalifikacjach, nie pełniących w przeszłości żadnych funkcji politycznych. Rada powinna mieć wyłączną i bezpośrednią kompetencję do powoływania w trybie konkursowym kadr kierowniczych w „strategicznych przedsiębiorstwach”.
Sądzę też, że w Polsce powinien istnieć mniejszościowy sektor przedsiębiorstw publicznych działających generalnie zgodnie z zasadami rynkowymi, ale korzystających (w niektórych przypadkach i tylko w niedługim okresie przejściowym) z pewnych form pomocy publicznej. Powinny to być nieliczne przedsiębiorstwa technologiczne, przedsiębiorstwa w sektorach „naturalnego monopolu” (np. na kolei), wybrane banki i przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe, a również przedsiębiorstwa w sektorach silnie zdominowanych przez kapitał zagraniczny. Przesłanką do utworzenia listy takich przedsiębiorstw publicznych powinna być aktywna polityka przemysłowa.
Uważam również, iż pracownicy powinni uzyskać realne prawa współuczestnictwa w zarządzaniu przedsiębiorstwami – zarówno prywatnymi, jak i publicznymi. Wynagrodzenia menedżerskie powinny być ograniczone przez prawo: w przedsiębiorstwach publicznych przez określenie bezpośrednich limitów (wyższych niż obecnie), natomiast w przedsiębiorstwach prywatnych ten limit powinien dotyczyć wypłat wliczanych w ciężar kosztów. Jednoznacznie prawnie powinna być też uregulowana kwestia wysokości odpraw, np. dla menedżerów z tytułu zakazu pracy u konkurencji.
W moim przekonaniu państwo powinno – przez system ulg podatkowych oraz decyzje dotyczące inwestycji infrastrukturalnych – silniej wspierać regiony o niskim poziomie rozwoju i wysokim bezrobociu. Potrzebne jest przeciwstawienie się demontażowi usług publicznych (szczególnie poczty i transportu publicznego) na terenach o niskim rozwoju gospodarczym. Ze względów ekologicznych (a również dla wzmocnienia pozycji konkurencyjnej krajowych wytwórców) przystąpić należy do realizacji programu „TIR-y na tory” w przewozach transgranicznych.
Niezbędne jest także jednoznaczne określenie długookresowej polityki integracyjnej. Polska nie powinna w dającym się przewidzieć czasie przystępować do strefy euro, natomiast musi stanowczo domagać się respektowania przez Brukselę zasady solidarności zgodnie ze standardami stosowanymi w przeszłości (transfery finansowe do 4% PKB na „politykę spójności” – na lata 2014–2020 byłoby to 450–500 mld zł). Nie można też akceptować dyskryminujących Polskę programów redukcji zanieczyszczeń. Nie ma również dobrych powodów, by przystępować do zintegrowanego europejskiego nadzoru finansowego. Jednocześnie Polska powinna energicznie zabiegać o oszczędności na rozdętej brukselskiej biurokracji, a także o racjonalizację wydatków na dotacje rolnicze.
Na koniec chciałbym podkreślić, iż chociaż dotychczasowa transformacja ma na koncie istotne sukcesy, nie była ona (szczególnie z perspektywy „zwykłych ludzi”) polityką optymalną. Najważniejsze jest jednak to, że polityka ta już się „zużyła” i warunkiem rozwoju w najbliższych latach jest zasadnicza jej korekta. W szczególności odrzucić trzeba zamiar rządu, by koszty kryzysowych procesów w gospodarce niemal w całości przerzucić na uboższe grupy, chroniąc środowiska uprzywilejowane, stanowiące polityczne zaplecze obecnej większości parlamentarnej. Również warunkiem zapewnienia większego dynamizmu (i przeciwstawienia się peryferyzacji gospodarki) jest dużo bardziej aktywna polityka państwa.
Ewidentnie demagogiczny jest argument, że zwrot „socjalno-interwencyjny” miałby być nierealny z powodów budżetowych („nie stać nas”). Polska decydując się na pobieranie podatków według standardów powszechnie stosowanych w krajach Unii ma wszelkie możliwości, aby celową i możliwą korektę programu gospodarczego państwa sfinansować bez popadania w pułapkę zadłużenia.
przez redakcja | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
W poprzednim numerze opublikowaliśmy pierwszą część odpowiedzi w naszej ankiecie. Przypomnijmy, że jej pomysł bazował na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.
Wyboru „ministrów” dokonaliśmy kierując się ich poglądami i postawą, sięgając m.in. także po kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych. Jak to bywa w tego rodzaju eksperymentach intelektualnych, wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych. Łączy ich natomiast krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.
Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:
- Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
- Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
- Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
- Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.
W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.
Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Z tego względu niektórzy z nich formułowali konkretne postulaty i zapowiedzi decyzji, inni natomiast przedstawili ogólną wizję ideową, która miałaby przyświecać poczynaniom danego resortu.
W poprzednim numerze zaprezentowaliśmy koncepcje 12 ministerstw, obecnie natomiast przedstawiamy 10 kolejnych resortów. Zapraszamy do lektury.
Ankietę przygotował zespół w składzie:
Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk.