Stanisław Posner: Ustawa o ratyfikacji konwencji dotyczącej zwalczania handlu kobietami (1924)

Komisja Spraw Zagranicznych rozpatrywała na dzisiejszym posiedzeniu ustawę przyjętą już przez Sejm, o ratyfikacji konwencji międzynarodowej dotyczącej zwalczaniu handlu kobietami i dziećmi z 30 września 1921 r. Komisja ustawę tę przyjęła i poleciła mi prosić Wysoki Senat, aby ustawę tę w brzmieniu, przyjętym przez Sejm, bez zmiany zatwierdził.

Panie i Panowie, ustawa, która dotyczy ratyfikacji konwencji genewskiej z 1921 r. powinna była przyjść pod obrady nasze znacznie wcześniej. Istotnie należy wyrazić zdziwienie, że dopiero po 30 miesiącach konwencja ta, przyjęta i podpisana przez przedstawicieli Rzeczypospolitej, przychodzi pod obrady Senatu. Stwierdzam to z ubolewaniem dlatego, że opieszałość, z jaką rząd polski spełnia swój obowiązek wobec tej sprawy, bardzo źle, bardzo niechętnie była przyjmowana na obradach komisji doradczej przy Lidze Narodów dla spraw walki z handlem żywym towarem. No, ale to się stało i stwierdzam z wielką radością, że wreszcie będzie można zawiadomić tę komisję i Ligę Narodów, że Polska spełniła swój obowiązek, że podpis, który położyła pod tą konwencją we wrześniu 1921 r. nie był pustym.

Konwencja, o którą tu chodzi, a która została przyjęta zarówno przez Sejm, jak i dziś jednomyślnie przez Komisję Spraw Zagranicznych, jest dopełnieniem szeregu konwencji, które ją poprzedziły, a które mają na celu walkę na drodze międzynarodowej z tym strasznym trądem społecznym, które nosi nazwę handlu kobietami i dziećmi.

Już w roku 1904, co znaczy 20 lat temu, sprawa ta była do międzynarodowego uregulowania zupełnie dojrzała. Rządy wszystkich państw kulturalnych przychodziły do wniosku, że jeżeli ta walka ma być na serio prowadzona, to może być prowadzona na drodze tylko międzynarodowej konwencji, a to dla tej prostej przyczyny, że i ten handel jest międzynarodowy, że on się opiera na organizacji międzynarodowej nadzwyczaj potężnej pod każdym względem, przede wszystkim pod względem środków, jakimi rozporządza i że jeżeli władze państwowe i opinia publiczna na serio pragnie koniec położyć temu strasznemu zjawisku i nadużyciu społecznemu, a przynajmniej to nadużycie ograniczyć, to osiągnąć to można tylko ma drodze porozumienia międzynarodowego. Skutkiem tego, z inicjatywy wielkiego działacza angielskiego Aleksandra Coote’a w 1904 r. zebrało się w Paryżu zgromadzenie przedstawicieli dyplomatycznych różnych państw i spisano pierwszą konwencję, która ma na celu różnymi sposobami zbliżyć się do tego wrzodu społecznego i z różnych stron, pod różnym kątem widzenia przystąpić do sanacji organizmu społecznego, na którym podobny wrzód mógł wyrosnąć.

Gdzie były trudności i dlaczego na drodze międzynarodowej tylko ta sprawa może być rozwiązana? Oto różne państwa próbowały walczyć z wrzodem za pomocą represji tego przestępstwa. Przestępstwa są przewidziane przez kodeks karny. A więc jest rzeczą prostą, że trzeba tylko, ażeby kodeksy kanie i urzędnicy, którzy wykonują postanowienia kodeksów karnych, do karania owych przestępstw w sposób bardziej dotkliwy wzięli się. Czyniono to, ale zauważono, że przestępstwo, o które chodzi w danym wypadku, jest tak złożone, nie jest prawie nigdy ograniczone do terytorium jednego tylko państwa. Jest to przestępstwo, które rozpoczyna się w Warszawie, które ma dalszy ciąg w Berlinie, dalszy ciąg w Hamburgu, potem na statku, który wywozi ofiary tego handlu do portów afrykańskich czy do Argentyny, do Brazylii itd. I otóż we wszystkich państwach, które tu wyliczyłem, obowiązują swoiste kodeksy karne, które często nie znajdują się w żadnym związku, w żadnym porozumieniu pomiędzy sobą. To, co jest ściśle określonym przestępstwem w jednym kraju, w innym kraju, który stoi o wiele niżej pod względem kulturalnym, nie jest jeszcze uważane za przestępstwo i nie podlega karze. Jedne kodeksy karzą tylko samo przestępstwo, inne również usiłowanie przestępstwa. Wysoka Izba widzi na tym krótkim przykładzie, jak trudne jest podjęte zadanie. I dlatego konwencja z 1904 roku przede wszystkim uchwaliła, iż należy dążyć do unifikacji kodeksów karnych pod kątem widzenia, stosowania represji do handlu kobietami i dziećmi.

To nie było jeszcze wszystko. Były jeszcze inne trudności. Zdarzało się dawnymi laty, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu, że towarzystwa dobroczynności, działające w granicach pewnych terytoriów, wydobywały ofiary tego handlu z domów publicznych i zwracały się do przedstawicieli konsularnych tych państw, z których pochodziły owe ofiary, ażeby te reprezentacje konsularne odsyłały ofiary do domów, do ojczyzny. Konsulowie tłumaczyli się, że nie mają na to funduszów, że ich budżet nie przewiduje takich nadzwyczajnych wydatków; byli konsulowie, którzy koszty związane z repatriacją tych ofiar pokrywali z własnych funduszów, byli tacy, ale to były wyjątki. Zdarzało się jednak i to jest zapisane ku hańbie świata przez bardzo wielu podróżników i badaczy, że ofiary te, z inicjatywy osób prywatnych i dobroczynnych wydobywane z domów rozpusty, musiały tam wracać, dlatego, że nie miały żadnych środków utrzymania, że nie miały z czego żyć i ażeby z głodu nie umrzeć, wracały znowu do kałuży, z której je dobre serca bliźnich wydobyły, i to był drugi punkt, na który konwencja z 1904 roku zwróciła uwagę.

Był i trzeci punkt, ten mianowicie, że handel kobietami i dziećmi jest handlem obliczonym na bardzo dalekie przestrzenie. Każdy to rozumie, że taki handlarz musi z natury rzeczy dążyć do tego, żeby zatrzeć jak najprędzej ślady swojej zbrodni. W kraju, w którym dokonał przestępstwa, wie, że może go dosięgnąć ręka sprawiedliwości, stara się tedy swoją zbrodnię przenieść gdzie indziej i jak najprędzej przeskoczyć, chociażby przez ocean. I tutaj odkrywała się daleka perspektywa, objęta tytułem emigracji, i dlatego konwencja międzynarodowa z 1904 r. poleciła rządom zwrócić specjalną uwagę na porty, z których odchodzą transporty emigrantów europejskich do dalekich zaoceanicznych krajów.

To są trzy główne momenty, które miała na widoku konwencja i my, kiedy dziś czytamy konwencję z 1904 roku, dzielącą nas przeciągiem 20 lat od chwili, kiedy się urodziła, dziwimy się, jak to może być, żeby rzeczy podobnie oczywiste, sprawiedliwe i jasne, nie mogły być od razu załatwione. Każdy zrozumie, że jeżeli są różnice między kodeksami, to trzeba je usunąć i trzeba te kodeksy ujednostajnić. Nadzór nad statkami transatlantyckimi jest słaby. Trzeba ten nadzór wzmocnić, albo ten nadzór stworzyć. To są rzeczy możliwe i do wykonania. Dlatego trzeba było aż 20 lat prawie, żeby ta sprawa została ostatecznie załatwiona? Ona jeszcze i dziś nie jest całkowicie załatwiona. Proszę Panów, w roku 1910 ten sam Aleksander Coote zaczął planowo objeżdżać różne państwa, poruszać opinię publiczną krajów, by na nowo ten sam komitet międzynarodowy zebrał się w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu, i aby na nowo przerobić tę samą konwencję, która zupełnie nie została wykonana. Czy opieszałość rządów, czy trudność sprawy, czy, jak niektórzy złośliwi publicyści uważają, wpływy owych handlarzy, samych owych międzynarodowych organizacji handlu kobietami i dziećmi są tak silne i przemożne, iż konwencja z roku 1904 w roku 1910 zupełnie nie była jeszcze tknięta. Słowem, że w roku 1910 po raz wtóry w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu zebrali się ci sami dyplomaci, z tymi samami mandatami i powtórzyli po raz drugi ten dezyderat, aby wreszcie państwa, związane już pewnym międzynarodowym związkiem w tej sprawie, przystąpiły do sanacji stosunków. Tak było w roku 1910, lecz i konwencja z roku 1910 znowu pozostała prawie martwą literą. Bardzo wiele państw podpisało tę konwencję, nie tylko z liczby tych, których przedstawiciele byli w Paryżu, ale wiele państw przystąpiło do niej później.

Niemniej jednak stwierdzono w czasie wojny i po wojnie, że konwencja pozostała nadal martwą literą. Między innymi parlament niemiecki ratyfikował ją w roku 1912, a w 1917 w ostatnim wydaniu podręcznika prawa międzynarodowego słynnego internacjonalisty niemieckiego von Liszta znajdujemy uwagę, że konwencja ta, ratyfikowana w Berlinie w roku 1912, pozostała do roku 1917 martwą literą, bo nawet rozporządzeń wykonawczych do tej ustawy nie wydano.

Otóż w takich warunkach zastało tę sprawę zawieszenie broni 1918 roku i z chwilą, kiedy w mowie wielkiego męża stanu, w głowie Wilsona, powstał plan zrealizowania starej zresztą myśli utworzenia Ligi Narodów, stowarzyszenia międzynarodowej walki z prostytucją, dla walki z handlu kobietami i dziećmi, zakrzątnęły się, ażeby do paktu Ligi Narodów został wprowadzony punkt, który ma na celu walkę z tym wrzodem. Otóż w Traktacie Wersalskim w art. 23 litera c) znajdujemy przepis ustawowy, że między innymi, Liga Narodów będzie się także zajmowała walką z handlem kobietami i dziećmi. I w myśl tego art. 23 lit. c), przy sekretariacie Ligi Narodów, utworzono specjalną komisję doradczą w sprawie walki z handlem kobietami i dziećmi, i tak komisja na pierwszym swoim posiedzeniu podniosła sprawę realizacji konwencji międzynarodowej z 1920 r. I konwencja z 1921 r., której ratyfikację dziś chcemy uchwalić, jest powtórzeniem po raz trzeci tych samych zasad, które zostały proklamowane po raz pierwszy w 1904 r., po raz drugi w 1910 r. i które do 1921 r. nie zostały w czyn wprowadzone.

Już na początku swego przemówienia wspomniałem o głównych podstawach tej konwencji. O co tam właściwie chodzi? Chodzi o unifikację tych zasad prawa karnego, które mają na celu walkę ze stręczeniem do nierządu i z handlem kobietami i dziećmi, po wtóre o opiekę silną i wszechstronnie wykonywaną zarówno w portach, z których wychodzą statki, jak i na samych statkach, wreszcie po trzecie – o opiekę nad biurami pośrednictwa pracy, które w krajach, w których pośrednictwo pracy jest sprawą prywatną, bardzo często pod pokrywką pośrednictwa pracy, pod pokrywką agencji do stręczenia nauczycielek, zajmowały się przed wojną po prostu handlem kobietami i dziećmi.

To jest treść tej konwencji.

Rząd Polski, który w 1921 r. położył swój podpis pod tą konwencją międzynarodową i który dziś ją ratyfikuje z tytułu uchwał zawartych w tej konwencji i z tytułu aneksów do niej, powołał do życia szereg instytucji, które mają na celu w najściślejszym związku z opinią publiczną pracować nad wyleczeniem społeczeństwa z tego wrzodu.

Muszę tu oświadczyć, że w kraju naszym na długo przed wojną i nawet wcześniej niż pierwsza konwencja międzynarodowa przychodziła do skutku w 1904 r., istniały towarzystwa prywatne o charakterze wyznaniowym, które zajmowały się opieką nad upadłymi kobietami i które między innymi także na własną rękę, w granicach swoich skromnych środków i skromnych możności, walczyły z handlem kobietami i dziećmi. Najstarszym z tych towarzystw jest towarzystwo katolickie ochrony kobiet, powołane niegdyś przed wielu laty do życia przez nieżyjącego już dzisiaj Gustawa Przeździeckiego. Za przykładem tego towarzystwa powstało towarzystwo żydowskie ochrony kobiet, towarzystwo protestanckie ochrony kobiet, które to towarzystwa w granicach sił i możności pracują nad leczeniem tego trądu społecznego.

Rząd Polski nie zadowolił się tymi inicjatywami czysto prywatnymi. Rząd Polski na skutek dezyderatu zawartego w konwencji, powołał do życia komitet polski do walki z handlem kobietami i dziećmi, taki sam, jaki istnieje w każdym z państw, które konwencję podpisały. Komitet ten składa się z przedstawicieli wszystkich tych towarzystw dobroczynnych, działających na terenie danego państwa, z przedstawicieli rządu i nadaje tej walce inicjatywę i pewien poważny, jednolity charakter. Na czele naszego polskiego komitetu dla walki z handlem kobietami i dziećmi, stoi bardzo znany specjalista w tych sprawach, autor ustawy o walce z chorobami wenerycznymi, dawny wyższy urzędnik Ministerstwa Zdrowia Publicznego, dr. Leon Wernic, którego inicjatywie zawdzięczamy bardzo wiele pięknych zarządzeń publicznych i prywatnych w tych sprawach, którymi się dzisiaj zajmujemy.

Proszę Pań i Panów, poza tymi dwiema kolumnami, na których spoczywa praca w tej dziedzinie, jest jeszcze trzecie kolumna, że tak powiem, to jest specjalna organizacja, którą się nazywa centralnym organem i która w myśl dezyderatów konwencji międzynarodowej, powinna być powołana do życia w każdym ministerstwie spraw wewnętrznych.

Rząd Polski wykonał te zobowiązania, które na nim ciążyły i w zeszłym roku, jeszcze przed ostatnim posiedzeniem komisji doradczej, organ taki powołał do życia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych organ centralny dla walki z handlem kobietami i dziećmi, organ, który ma centralizować w swoich rękach opiekę urzędową nad wszystkimi tymi sprawami, który ma opiekować się organami wykonawczymi, które w każdej komórce państwowej Rzeczypospolitej powinny czuwać nad tymi sprawami. Organ ten został zorganizowany. Niestety, żelazna miotła redukcji sprowadziła do niczego tę działalność, dlatego, że ten organ, który pracując dla całego Państwa, musi posiadać pewną poważną ilość urzędników, został dziś sprowadzony do pracy jednego tylko urzędnika i każdy z nas zrozumie, że w takich warunkach organ ten zupełnie pracować nie może. Ta redukcja w inicjatywie prywatnej wyraża się tym, że tam nie ma pieniędzy i towarzystwa ochrony kobiet, działające na terytorium Rzeczypospolitej, nie mogą teraz zupełnie podołać swojemu zadaniu. Postanowiono już dawno u nas zorganizować misje dworcowe, których organizacja również wynika z konwencji międzynarodowej; czynimy wszelkiego rodzaju zabiegi, aby sprostać temu zobowiązaniu, ale w gruncie rzeczy sprawa ta nie posuwa się naprzód dlatego, że nie ma na to środków.

I dlatego Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła dziś prosić Senat, ażeby zechciał przyjąć następującą rezolucję:

„Senat wzywa rząd do wyszukania środków w celu przyjścia z pomocą instytucjom opiekującym się kobietami i dziećmi, oraz dania możności komitetowi polskiemu dla walki z handlem kobietami i dziećmi zorganizowania misji dworcowych, zastrzeżonych w konwencjach międzynarodowych, Państwo Polskie obowiązujących”.

Dodam jeszcze, że rezolucja podobnej treści została również przez Sejm jednomyślnie uchwalona.

Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła też drugą rezolucję, która brzmi, jak następuje:

„Senat wzywa rząd do jak najszybszego przedłożenia projektu noweli karnej w przedmiocie zwalczania handlu kobietami i dziećmi w myśl zasad zawartych w konwencjach międzynarodowych paryskiej 1910 r. i genewskiej 1921 r.”.

Wszyscy wiemy, że posiadamy komisję kodyfikacyjną, która już od kilku lat pracuje nad kodyfikacją wszystkich ustaw polskich. Komisja ta uchwaliła nawet w dziedzinie prawa karnego ogólną część ustaw karnych, ale zanim te ustawy karne przejdą przez nasze izby prawodawcze, może upłynąć kilka lat. Będę nawet bardzo optymistycznym, jeśli powiem – lat kilka. Komisje kodyfikacyjne w innych krajach pracują dziesiątki lat, zanim kodyfikacje przez nie opracowane wchodzą w życie. Otóż ta rzecz wymaga bardzo prędkiego załatwienia. My nie możemy czekać, aż ustawa karna, która u nas zostanie szczęśliwie wprowadzona w życie, załatwi się i z przestępstwem, o którym my tutaj dzisiaj mówimy. I dlatego nowela, która załatwia tę sprawę w duchu zasad uchwalonych przez konwencję międzynarodową, jest bezwzględnie konieczna. Ta nowela od kilku lat już znajduje się na warsztatach Ministerstwa Sprawiedliwości, ale do dzisiejszego dnia z tych warsztatów nie zeszła i to jest przyczyną, dla której dzisiaj rezolucję przed chwilę przeze mnie przeczytaną uchwalić powinniśmy.

Wysoka Izbo, to jest wszystko, w krótkich słowach, w bardzo krótkich słowach, bo ten przedmiot jest tak obszerny, że wymagałby wielu godzin deliberacji, zanim by go w całości Państwu przedstawić. W krótkich słowach jest przedstawiona Wam treść konwencji międzynarodowej, którą Sejm uchwalił, a co do której Komisja Spraw Zagranicznych poleciła prosić Senat, żeby ją przyjął bez żadnych zmian, według brzmienia przyjętego przez Sejm.

Stanisław Posner

Powyższy tekst to zapis przemówienia w senacie RP, wygłoszonego w dniu 13 lutego 1924 r. Przedruk z książki Stanisława Posnera „Pięć lat pracy w senacie Rzeczypospolitej 1922-1927”, Księgarnia Robotnicza, Warszawa 1928. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Już na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych. Od początku XX wieku zaangażował się w zwalczanie prostytucji i handlu żywym towarem, w roku 1903 wydał głośną rozprawę na ten temat pt. „Nad otchłanią” – jej fragment można przeczytać tutaj: Nad otchłanią (w sprawie handlu żywym towarem). W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata do swojej śmierci funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.

Eugeniusz Kwiatkowski: Gdynia symbolem buntu (1936)

To, co w całej przeszłości naszej, w historii dawnej Rzeczypospolitej stanowi – szczególnie w okresie XVII i XVIII wieku – zjawisko dominujące i najbardziej charakterystyczne, a zarazem najbardziej ujemne, to fakt rozproszenia odpowiedzialności za przyszłe losy narodu i państwa, to brak jakiejkolwiek ciągłości w najważniejszych programowych wysiłkach i zamiarach.

Świadomość potęgującego się zła w życiu zbiorowym przenikała z pokolenia w pokolenie coraz głębiej; upadek dawnej potęgi – we wszystkich przejawach politycznych, gospodarczych i społecznych – rysował się coraz dobitniej i coraz wyraźniej. Dokoła Rzeczypospolitej wyrastały nowe potęgi militarne, ale w Polsce nikt nie potrafił się zdobyć na przymus niepopularnej ofiary, wyrażającej się w organizacji stałej armii dla ratowania zagrożonej niepodległości. Rządy wielu państw europejskich czyniły w tym czasie największe wysiłki dla rozwoju własnego gospodarstwa narodowego, a u nas wszelkie wysiłki tonęły w powodzi krytyki, narzekań, oporów, destrukcji i anarchii możnych, bez jakiegokolwiek realnego rezultatu. Skarb państwowy u naszych sąsiadów na wschodzie i na zachodzie reorganizował się i napełniał, u nas był chronicznie pusty, chronicznie deficytowy i uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek aktywniejszej i odważniejszej polityki. Każda próba reformy skarbowej, od czasu wojen kozackich i szwedzkich aż do okresu Sejmu Czteroletniego, spotykała się z niezmiennym oporem prawie całego społeczeństwa. Ani magnaci polscy, ani szlachta, ani dygnitarze i urzędnicy koronni, ani reprezentanci narodu, ani przedstawiciele gospodarstwa społecznego – nie zdołali rozbudzić w sobie tej świadomości, że pusty skarb nie napełnia się cudem, a tylko ofiarą i obciążeniem obywateli. Ubożejące systematycznie rolnictwo domagało się na sejmach równania cen przemysłowych w dół, wyznaczało wciąż nowe taksy na wytwory kupowane w miastach, a równocześnie antygospodarcze ustawodawstwo niszczyło miasta i handel, ścieśniało możliwości konsumpcyjne, a tym samym osłabiało ponownie rolnictwo. Przedstawiciele szlachty domagali się wolnego importu towarów zagranicznych, gdy import ten niszczył walutę polską, a wszystkie państwa sąsiednie w oparciu o cła rozbudowywały coraz wszechstronniej własną produkcję, protestowali oni przeciwko wszelkim inwestycjom państwowym podejmowanym nieśmiało to na wybrzeżu morskim, to wewnątrz kraju, obawiając się, że ten – jakbyśmy to dziś powiedzieli – „etatyzm”, ogranicza swobodę, nie realizowanej zresztą, prywatnej ekspansji i może spowodować jakieś obciążenia podatkowe lub celne. Taką charakterystyczną kampanię i polemikę prowadzono w okresie Władysława IV przeciwko cłom morskim mającym stworzyć fundusze dla ufortyfikowania wybrzeża morskiego i rozbudowy floty polskiej.

A gdy nawet zjawiała się na horyzoncie życia publicznego jakaś wybitna, historyczna jednostka, gdy próbowała ona mocą swego autorytetu narzucić elementy odpowiedzialności za losy państwa, przystosować jego politykę i jego organizację do zadań i przeciwności, którym Polska musi „stawić czoła”, gdy usiłowała złamać ostrze ciasnego i krótkowzrocznego egoizmu różnych mafii, to cały wysiłek rozpraszał się w nicości ponownie, po jej zgonie lub zejściu z areny publicznej działalności.

Państwo nasze odznaczało się bowiem dawniej szczególnie słabym instynktem samoobronnym i samozachowawczym, toteż społeczeństwo było eksploatowane przez całe wieki ze wszystkich stron.

Jeżeli dziś my współcześni przyglądamy się z goryczą i czasem z apatią objawom naszej gospodarczej niedoli, gdy stwierdzamy jak bardzo i jak daleko w tyle pozostaliśmy poza długim szeregiem narodów europejskich w odniesieniu do głównych sprawdzianów siły, to prawie zawsze zapominamy, że połowa naszej współczesnej niedoli i biedy wyrasta z dawno minionej przeszłości. Zapominamy, że tak samo jak losy przyszłych pokoleń i przyszłej Polski kształtować się będą na fundamencie naszej dzisiejszej pracy, naszego hartu, naszej zdolności do współdziałania i naszego stanu rozumu, naszej wytrwałości i ofiarności, tak samo nasze dzieje współczesne muszą się zmagać w trudzie i w wysiłku z tym, co stało się ciężką spuścizną przeszłości.

Przeglądając – własne i obce – źródła historyczne, możemy z nieulegającym wątpliwości obiektywizmem stwierdzić, że żywioł słowiańsko-polski, przy zlekceważeniu naczelnych i naturalnych tendencji politycznych i gospodarczych, był systematycznie w ciągu wielu wieków odpychany od wybrzeża morskiego i ze swych siedzib zachodnich na wschód.

Morze Bałtyckie – jako podstawa aktywizmu handlowego i aktywizmu strategicznego – było związane organicznie i strukturalni z naczelnymi postulatami polityki Rzeczypospolitej Polskiej.

Jakże jasne jest dziś właśnie dla nas, że rolnictwo, nie oparte o zorganizowany handel wewnętrzny i eksportowy, pomimo dobrych warunków naturalnych nie może się stać właściwym akumulatorem bogactwa narodowego.

Tak jest dziś i tak samo było w przeszłości. A w przeszłości Polski ten właśnie problem był może jeszcze ważniejszy niż dziś. Cała Polska była wówczas nastawiona prawie wyłącznie na rolnictwo, a zarazem była spichrzem dla Europy Zachodniej. Posiadamy dokumentarne stwierdzenia, iż w połowie XVII wieku trzy czwarte kapitałów najpotężniejszej giełdy amsterdamskiej zaangażowane było w handlu bałtyckim. Stosunek zaś handlu z Polską za pośrednictwem portu gdańskiego w porównaniu z całym międzynarodowym handlem na Bałtyku, ustalony na podstawie rejestru celnego w Sundzie, stanowił pod koniec XVI wieku prawie 60% ogółu statków. Sam eksport zboża z Polski przez Gdańsk wahał się wówczas w granicach ok. 300 000 ton, a były lata, w których cyfra ta bardzo znacznie wzrastała. Istniały wówczas w teorii znakomite koniunktury światowe dla rolnictwa polskiego; były całe dziesięciolecia pokoju w Polsce, gdy równocześnie Europa Zachodnia toczyła krwawe i niszczące wojny. Ceny zboża dochodziły wówczas do bardzo wysokiego poziomu. Ale handel zbożowy – wbrew oczywistej potrzebie i sytuacji – dla strony polskiej urywał się w połowie swego programu na Wiśle, przed bramami Gdańska. Port handlowy przestał być dawno instrumentem pomocniczym ekspansji handlowej Polski, a stał się celem samym w sobie, stał się uprzywilejowanym i wyłącznym pośrednikiem, umiejącym zgarniać wszystkie ekonomiczne korzyści dla siebie. Mechanizm pośredniczący centryfugował sam wszystkie zyski, pozostawiając produkcji ceny najniższego kosztu własnego.

Już ten jeden fakt posiadał doniosłość tak wielką i w skutkach swych tak powszechną, że po dzień dzisiejszy od nich uwolnić się nie możemy. Ale podobnych zagadnień i podobnych faktów historia Polski notuje znacznie więcej. Można bez obawy o przesadę twierdzić, że zaniedbanie w zakresie realizacji własnej, polskiej polityki morskiej i własnej ekspansji handlowej zubożało dawne państwo o wielomiliardowe wartości, zwęziło nasze granice etnograficzne, zaważyło ujemnie na naszym rozwoju społecznym i wreszcie stało się jedną z przyczyn upadku.

Fakt powstania po wielkiej wojnie światowej nowej Polski, wolnej i zjednoczonej, związanej bezpośrednio z Bałtykiem, powstrzymał nagle wiele procesów eksploatacyjnych, zahamował systematyczny wyzysk ziem polskich; musiał więc stworzyć całą falę nienawiści ku nowemu państwu zrywającemu wszystkie pęta służby jak gdyby kolonialnej, i budzącemu poczucie własnych praw narodowych w zakresie gospodarczym i politycznym. Terytorialnie najważniejsze elementy gospodarczej samodzielności Polski są związane z województwami śląskim pomorskim. Pierwsze może i powinno się stać punktem wyjścia dla systematycznego rozwoju przemysłu w Polsce, tak zasobnej w niewyzyskane surowce, posiadającej rynek wewnętrzny o nieograniczonych wprost możliwościach konsumpcyjnych i ogromny przyrost ludnościowy; drugie, tj. Pomorze, musi stworzyć podstawy własnego handlu w skali międzynarodowej. Odbudowa Polski, zjednoczenie trzech dzielnic pod względem gospodarczym i społecznym i nastawienie ich rozwoju na typ zachodnioeuropejski nie jest możliwe bez swobodnego kontaktu handlowego z całym cywilizowanym światem. Tej samodzielności – w szczególnych warunkach Polski, ustalonych już w ciągu wieków – nie zabezpieczy żaden, choćby najkorzystniejszy traktat, nie zabezpieczy obcy port handlowy i obcy element kupiecki. To wszystko musi stworzyć programowo sama Polska, swym władnym, upartym i niezłomnym wysiłkiem i nakładem materialnym.

Z tego też punktu widzenia Gdynia stanowi wyjątkowo wielki i ważny symbol programu nowej, odrodzonej Polski. Oczywiście, iż możemy się cieszyć czy chlubić, że Gdynia w ciągu kilku zaledwie lat stała się jednym z największych portów na Bałtyku, że odzyskanych praw narodowych na piaszczystym wybrzeżu polskim nie zmarnowaliśmy w tych pierwszych kilkunastu latach, pomimo wszystkich trudności; że Gdańsk, w oparciu o gospodarstwo polskie, szczególnie jako port, wykazuje bardzo poważny rozwój i nawet w latach najcięższego kryzysu ma ruch towarowy ponad dwa razy większy niż w najlepszych latach przedwojennych, przy odcięciu go od gospodarczego zaplecza Polski. Jednakże istotne, najgłębsze znaczenie Gdyni nie leży w samych faktach materialnych. Tego decydującego znaczenia nie posiada ani fakt nadzwyczajnego rozwoju miasta Gdyni, ani fakt powstania polskich linii okrętowych, zajmujących w porcie polskim coraz bardziej dominujące znaczenie i niosących już banderę polską do wszystkich najważniejszych portów świata, ani nawet fakt – nieznany początkowo Polsce – wykazujący większy obrót towarowy na mikroskopijnym wybrzeżu morskim niż na całej długość potężnej granicy lądowej, ani ilość kilometrów gotowych i pięknych nabrzeży w Gdyni, ani rosnąca z roku na rok ilość kranów przeładunkowych, wielkich i nowocześnie urządzonych magazynów, chłodni i fabryk czy może urządzeń kolejowych.

Istota znaczenia Gdyni leży w czym innym. Jest ona bowiem symbolem buntu, który zrodził się świadomie w psychice całego narodu i społeczeństwa polskiego i który jest reakcją przeciwko wiekowej eksploatacji Polski przez obce elementy i siły, eksploatacji, która systematycznie spychała nas w Europie do rzędu elementu wyzyskiwanego i niesamodzielnego, do tego poziomu biedy, która panuje w słomą krytej chacie chłopa polskiego, tego abnegata wszelkiej konsumpcji, lub na poddaszu polskiego pracownika pragnącego bezskutecznie sprzedać swe siły i zdolności za środki najmarniejszej egzystencji życiowej.

Nic bardziej, jak Gdynia i konsekwentna polityka morska, nie nauczyło nas rozumieć, że tak długo nie podźwigniemy własnego społeczeństwa z dna nędzy, nie oderwiemy się od roli pariasów, jak długo nie zdobędziemy się na takie samo uzbrojenie ekonomiczne, jakie zdobyły systematyczną i programową pracą inne, wielkie i cywilizowane narody Europy.

Drogi handlowe na wschód i na zachód przez granice lądowe zacieśniły się bezpowrotnie. Na ich rozwarcie się nie mogą już wpłynąć decydująco normalne i poprawne stosunki sąsiedzkie. Sama bowiem struktura gospodarcza tych rynków uległa zasadniczej zmianie w okresie tych kilkunastu lat, które przywróciły bałtyckie prawa Polsce.

Jeśli chcemy żyć jak naród naprawdę niepodległy i niezależny, politycznie, i gospodarczo, musimy zbudować i wyposażyć technicznie i organizacyjnie szeroką drogę komunikacji gospodarczej ze światem. W warunkach polskich istnieje tylko jedna możliwość budowy tej drogi: przez Gdynię. Jednakże Gdynia uda się nam naprawdę tylko wtedy, gdy słowo to stanie się programem całej Polski i to programem trwałym, niezłomnym, programem zawsze żywym i aktualnym, wciąż ulepszanym, doskonalonym i rozszerzanym.

Musimy zrozumieć, że właśnie przez Gdynię, przez Pomorze i Śląsk przebiega główny nerw gospodarczego życia polskiego, i przecięcie tego nurtu to paraliż całego organizmu, to stabilizacja nędzy wielu pokoleń, to niemożność wydobycia się z pęt tych powikłań, które tak jaskrawo rysują się przed oczyma współczesnego pokolenia.

Jeśli chcemy żyć i dalej prowadzić dzieło wyzwolenia Polski, to muszą stanąć zwarte i karne szeregi najlepszych ludzi w Polsce, którzy z pokolenia na pokolenie przekazywać będą hasło nastawiania zdolności obrony i zdolności twórczej pracy w kierunku Gdyni i Bałtyku przez etnograficznie polskie Pomorze.

Każda rocznica odzyskania dostępu naszego do morza, to dzień, który ma zawierać w sobie nie tyle świadomość osiągniętych rezultatów, ile raczej świadomość, że dzieło nasze i nasz obowiązek dalekie są od zakończenia, że temu programowi służyć musimy wytrwale i solidarnie my i nasi następcy przez szereg pokoleń.

Eugeniusz Kwiatkowski

Powyższy tekst Eugeniusza Kwiatkowskiego pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Morze” nr 3/1936. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Herman Lieberman: Nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna (przemówienie 1-majowe z roku 1941)

Herman Lieberman: Nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna (przemówienie 1-majowe z roku 1941)

Robotnicy całej Polski!

Odzywam się jako przedstawiciel Polskiej Partii Socjalistycznej do Was z Londynu, ze stolicy wielkobrytyjskiej, przez którą ciągnie się front bojowy w tej najkrwawszej z wojen. Nie ma na ziemi ludu bardziej godnego podziwu w męstwie i wytrwałości, gdy walczy przeciw wrogom, jak ten lud brytyjski ze swoją stolicą na czele. Cierpi on od bomb śmiercionośnych nieraz całe noce: giną kobiety i dzieci tysiącami, lecz niezłomna wola wytrwania aż do zwycięstwa ani na chwilę nie słabnie. Wy w Polsce rozpoczęliście w obliczu świata tę walkę bohaterską przeciw tyranii i okrucieństwu germańskiemu, dając przykład wszystkim innym narodom. Dlatego was tu wciąż wspominają i czczą; klasa robotnicza Wielkiej Brytanii ze wzruszeniem mówi o bohaterstwie robotników i chłopów polskich, którzy zarówno w czasie wojny wrześniowej, jak i po ustaniu działań wojennych na naszych ziemiach do dziś dnia zacięcie bronią swojej Ojczyzny i swojego prawa do wolności i sprawiedliwości. Wiemy o wszystkim, co wy cierpicie; wiadomości, które o tym z kraju do całego świata dochodzą, wszędzie wywierają wrażenie wstrząsające. Z miłością dla was łączy się podziw dla waszego wiernego bohaterstwa, bo w walce nie ustajecie. Na powierzchni ziemi i pod ziemią, jak Polska długa i szeroka, bronicie waszego prawa do niepodległej ojczyzny, walką i cierpieniem budujecie przyszłość. I po najpóźniejsze pokolenia, robotnicy i chłopi całej Polski, wasze czyny bohaterskie opromieniać będzie najpiękniejsza i najbardziej nadzieję krzepiąca legenda.

Dla waszej walki i bezgranicznego poświęcenia klasa robotnicza Wielkiej Brytanii na równi z całym jej narodem, ma głębokie zrozumienie. Należy to do starej tradycji ludności zamieszkującej tę wyspę, która dziś polskiej emigracji udziela swej gościny. Pamiętny jest w historii ruchu robotniczego całego świata dzień 28 września 1864 roku, kiedy zwołano międzynarodowe zgromadzenie w Londynie w sali św. Michała, celem zamanifestowania solidarności z narodem polskim pokonanym przez carat rosyjski w powstaniu styczniowym. Na tym to zgromadzeniu, w którym wzięli udział przedstawiciele wszystkich narodowości w związku z koniecznością obrony zwyciężonego narodu polskiego, uchwalono zawiązać pierwsze Międzynarodowe Stowarzyszenie Robotników. Zaraz po uchwaleniu wyrazów solidarności z ciemiężoną Polską wybrano Radę Główną tej pierwszej Międzynarodówki, która natychmiast obwieściła światu w uroczystej deklaracji, że Międzynarodówka robotnicza, jak i pojedyncze osoby i organizacje do niej należące, uznają za zasadę swego postępowania względem wszystkich ludzi bez różnicy barwy, wiary i narodowości – prawdę, sprawiedliwość i moralność.

Robotnicy Polski zawsze byli i dziś dnia pozostali wierni tym zasadom. Pod wszystkimi zaborami zawsze o ich zwycięstwo walczyli. Dla nich składali ofiarę z wolności, życia i mienia, a dziś, kiedy o te wielkie ideały ludzkie toczą się zacięte i krwawe boje niemal na przestrzeni całej kuli ziemskiej, my stokroć goręcej zbawienność tych haseł rozumiemy i odczuwamy.

Robotnicy! Dzielą nas lądy i morza, lecz myślą stęsknioną i braterską żyjemy wśród was, a wy z waszą niedolą, męką i walką bohaterską żyjecie wciąż w naszych sercach. Lata mijają i wciąż się tułamy po rożnych krajach, bardzo daleko od tych, co są nam najdrożsi! Ta sama jednak nadzieja i wiara przepełnia nasze i wasze umysły.

Wierzymy, że Polska jest nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna. Wierzymy, że przetrwa wszystkie burze i klęski, że ostoi się niezachwianie, jak niebosiężna opoka wbrew krótkotrwałym triumfom wrogów wolności ludzkiej i pomimo niesłychanego spustoszenia dokonanego prze zdobywców zarówno na naszej ziemi ojczystej, jak i w krajach z nami sprzymierzonych, które tak jak my dążą do zbratania się ludów na zasadach prawdy, sprawiedliwości i miłości ludzkiej. Żyjąc w Londynie, przez bombowce niemieckie wciąż dziko i bestialsko ostrzeliwanym, pozostajemy wraz z ludem brytyjskim nieprzerwanie pod wrażeniem głębokiej pewności, że zwycięstwo ostateczne uwieńczy sztandary sprzymierzonych narodów. Ani te narody, ani my – nigdy nie będziemy niewolnikami i cywilizowana ludzkość stojąca po naszej stronie, w coraz doskonalszy sprzęt wojenny zbrojna, zdruzgocze nienawistne jarzmo. Będziemy wolni, bo chcemy być wolni i wiemy, że droga do wolności prowadzi przez bezwzględną walkę przeciw jej wrogom i że bunt najpotężniejszych i najszlachetniejszych narodów przeciw totalistycznej tyranii zwyciężyć musi.

W dniu Pierwszego Maja, który robotnicy Polski tradycyjnie taką miłością otaczali, bo był zawsze pogłębieniu braterstwa wolnych narodów poświęcony, ponawiamy przysięgę, że z oparów krwi przelanej, z morza łez i bezmiaru niedoli przeżytej, z ruin, zgliszcz i grobów, którymi obficie zasłana jest nasza ziemia ojczysta, powstanie i rozkwitnie Nowa Polska, Polska Ludu Pracującego, Polska sprawiedliwa w swoim umiłowaniu wszystkiego, co tchnie dobrem, pięknem i prawdą, Polska, w której chłopi, robotnicy i pracownicy umysłowi w życiu odbudowanej Ojczyzny będą mieli głos rozstrzygający.

Herman Lieberman

 

Powyższy tekst Hermana Liebermana to zapis przemówienia radiowego na 1 maja 1941 roku. Tekst pierwotnie został opublikowany w piśmie „Przedświt – wydawnictwo Komitetu Zagranicznego Polskiej Partii Socjalistycznej w Londynie” z datą 1 maja 1941. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Thomas Spence: Prawa dzieci (1796)

„Otwórz usta dla niemych” (Prz 31,8)

„A cóż to są, na Boga, prawa dzieci?”, zapytali wyniośli ARYSTOKRACI, uśmiechając się pogardliwie.

Kobieta: Zapytajcie niedźwiedzicę i matkę wilcząt polującą w borach – one powiedzą wam, czym są naturalne prawa młodych każdego gatunku pod słońcem. Słowem będzie je chwalić, czynem da o nich świadectwo.

Są to prawa do sprawiedliwego udziału w owocach ziemi.

Czy gdy sama rzeczywistość przemówiła, dalej pytać się nas będziecie, co to są prawa dzieci, jak gdyby one żadnych praw nie miały, jak gdyby to były wyrośla, poronione płody Natury? Jak gdyby nie przysługiwało im prawo ssać mleko naszych piersi? Nam zaś – czerpać swobodnie z darów przyrody, której zrządzeniem i siebie, i dzieci nasze możemy wyżywić? Jak gdyby nie należały im się sprawiedliwie opieka, czyste otoczenie, ubrania i dach nad głową? Niegodziwcy! Jak macie czelność zadawać takie pytanie? Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, a dzieci człowiecze nie znajdą miejsca, gdzie mogłyby głowę położyć? I wszystkie samice wszystkich gatunków mogą pożywać trawę z naszych pastwisk i łąk, aby mieć pokarm dla swoich młodych – czy nam odmawia się prawa nawet i do tego? Czy ziemia nie należy do nas wszystkich, skoro nawet bydlęta mogą według potrzeb korzystać z jej owoców? Czy jesteśmy niżej od nich, by nie wolno nam było jeść ziół, jagód i orzechów, gdy jesteśmy głodne? Niżej niż wilki, by zabroniono nam polowania? Niżej niż wydry, byśmy nie mogły posilać się mięsem ryb naszych jezior i rzek? Czy nie wolno nam ścinać drzew i kopać węgla na opał? Czyżby Natura przygotowała swą wspaniałą ucztę dla wszystkich swych dzieci poza człowiekiem? Czy po to tylko nasze potomstwo przychodzi na świat, byśmy mogli płakać jedni nad losem drugich, żyć i umierać w nędzy i rozpaczy?

Arystokraci (z pogardą): A czyż niewieścia to rzecz pouczać mężczyzn o prawach i obowiązkach?

Kobieta: Tak, Molochy! Wiedźcie, że my, kobiety, bronimy praw ludzkich od początku. I choć mężczyźni, podobnie jak w ogóle samce wszystkich gatunków, łatwo poddają się apatii i obojętnieją na los swego potomstwa, w nas ogień Natury nie gaśnie nigdy. Przekonacie się o tym prędko. Na własne oczy ujrzycie, że nie tylko znamy swoje prawa, ale także umiemy się o nie upomnieć, na zgubę waszą i wszystkich tyranów. I skoro nasi mężczyźni, jak zmęczone osły, pozwalają nakładać na siebie jarzmo czynszów, dziesięcin i innych podatków, na nas, kobiety, spada obowiązek upomnienia się o godność naszego rodzaju. To ród niewieści złamie wasze jarzmo i podepcze je w proch!

Arystokraci: Czyli chcecie w swych małych rozumach cywilizację na powrót w dzicz przemienić, jeść jagódki i polować jak barbarzyńcy, nieokrzesani Indianie?

Kobieta: Nie, sofiści, nie chcemy żyć jak Indianie. Ale skoro dary Natury stanowią niezaprzeczalnie własność wszystkich ludzi, mamy do nich niezbywalne prawo, i nie pozwolimy dłużej, by odbierano je nam, nie dając stosownej rekompensaty.

Arystokraci: Słusznie. I czyż nie otrzymujecie zamiast nich chleba, mięsa baraniego i wołowego, owoców pól i ogrodów, nadto wszelkich luksusów sztuki i przemysłu? Jakie powody macie, by narzekać?

Kobieta: Raczycie żartować, dostojni panowie. Naprawdę wierzycie, że nie mamy na co narzekać? Że te wszystkie dobra to rekompensata za naturalne bogactwa, z których nas odzieracie? Nikt nam nic nie dał – kupujemy je same, pracując w pocie czoła!

Arystokraci: Ależ niewiasto, z pewnością nie spodziewasz się otrzymać dzieł ludzkiej pracy i geniuszu za darmo! Czy gospodarze nie muszą płacić znacznych czynszów? Czy uprawa roli i doglądanie bydła to nie zajęcia trudne, wymagające dużych wydatków i jeszcze większego wysiłku? Nie możecie oczekiwać, że ci ludzie oddadzą wam owoce swego trudu bez żadnego zadośćuczynienia z waszej strony, to wbrew sprawiedliwości!

Kobieta: A któż, zacni panowie, mówił o czymś takim? Tylko klasy uprzywilejowane i ich wierni naśladowcy grasujący na gościńcach mają ten obyczaj, by zabierać innym co ich, nie dając nic w zamian. Dla nas to rzecz obca. Nie, nie – to nie rolnicy są tutaj problemem; tylko wy. Odpowiadajcie zatem, kto pobiera owe czynsze, które tak bardzo obciążają angielskich gospodarzy?

Arystokraci: Oczywiście my.

Kobieta: Oczywiście wy! A kimże wy, u diabła, jesteście, kto wam dał prawo pobierać podatki od wspólnej własności?!

Arystokraci: Miarkuj się, kobieto! Ojcowie nasi zapłacili za swą ziemię krwią albo pieniądzem!

Kobieta: Dobrze powiedziane, łotry! Według słów waszych sądzić was będę, Molochy, dzieciobójcy! A więc przyznajecie, że jesteście dziedzicami bandytów, którzy ogniem i mieczem przywłaszczyli sobie naszą wspólną ziemię, na płacz i nieszczęście dzieci i ich matek? Albo, w najlepszym wypadku, tych, którzy kupili te już wcześniej mordem opłacone grunta? Potwory! Niech krew tysięcy niewinnych dziatek, które umarły przez waszą chciwość, spadnie na wasze głowy! Pozbawiliście nas, matki, dostępu do darów Natury i zastrzegliście go dla tych, którzy mają dość, by wam zań zapłacić, jak sami zresztą bezczelnie to przyznajecie. Niegodziwcy! Skarbem waszym nie złoto, ale łzy i jęki umierających dzieci! Krwawi zdziercy! Bando rozbójników! Czemu nazywacie siebie mianem panów i pań, po co wam, bestie, te wszystkie tytuły? Wasze miękkie stroje i piękne ozdoby wołają pod niebiosa o waszych początkach, rodzie barbarzyńców! Niedługo jeszcze jednak owe gotyckie symbole rzezi i rozbojów, herby wyzyskiwaczy wśród wyzyskiwanych, będą razić oczy oświeconego ludu! Czy trzeba, abyście to wy pobierali czynsze od pracy na roli? Czy nie lepiej, by gospodarze płacili je nam, którzy jesteśmy naturalnymi i prawowitymi dziedzicami całej ziemi świata? Jeśli zgadzamy się odstąpić im pod uprawę nasze pierwotne dziedzictwo, nasze tereny łowieckie, łąki, sady i łowiska, nasz węgiel kopalniom i lasy tartakom, czyż nie mamy prawa domagać się zwrotu? Jeśli nie, jak inaczej ktokolwiek miałby czelność sprzedawać nam coś, co i tak do nas należy!

Wyzyskiwacze, usłyszcie mój głos! Wy, którzy każdy dzień zamieniacie w orgię luksusu! Wy, dla których, zda się, słońce wschodzi i zmieniają się pory roku, dla których pracują wszyscy ludzie i zwierzęta, wzdychając – na próżno! – choćby o okruszyny spadłe z waszych uginających się pod ciężarem jadła stołów! Wy, dla których tłustość ziemi i nieba! Wy, nienasyceni niby otchłań grobu! Wy, którzy byście każde serce zatruli i pogrążyli w rozpaczy, byle tylko wasz duch się weselił, powiadam: słuchajcie! Oto nadchodzi kres waszej tyranii, waszego dzieciobójstwa! Jęki niesprawiedliwie więzionych, jęki żołnierzy gnanych batogami, jęki chłopów zgiętych do ziemi pod ciężarem jarzma, które nałożyliście na ich plecy, niedługo jeszcze będą wołać o pomstę do nieba, bo oto cała ziemia śpiewać zaczyna pieśń nową, pieśń nowego stworzenia, pieśń na złamanie żelaznej rózgi arystokratycznego ucisku i wschód wiecznego słońca sprawiedliwości!

Czyście naprawdę mniemali się filarami i podporą świata? Czyście naprawdę sądzili, że nigdy nie zdobędziemy dosyć rozumu, aby się was pozbyć? Że nie umiemy bez waszego dozoru piec chleba, peklować mięsa, rąbać drew na opał? Biedni! Wasze zaklęcia zostały przełamane! Wasza magia, wasze czarnoksięstwo, rytuały waszej ciemnej religii, wszystkie owe sztuki oszustwa i iluzji przeminęły, ich czas się zakończył! I oto jaśnieje nad światem promieniste Słońce Wolności w tę południową godzinę, która rozprasza mgły barbarzyński epok, odsłaniając oczom ludzkich córek i synów cudowny błękit niezmąconej pogody rozumu.

Skoro zatem wy sami, nakładając na nas ciężary nie do uniesienia, zmuszacie nas do walki o wolność, o nasze prawa, rychło zaczniemy radzić sobie bez was i sami dogadamy się z gospodarzami, jak człowiek z człowiekiem. Za jedno im to przecież, komu będą płacić czynsze, nam czy wam, ba! – nam zapłacą je chętniej, bo są spośród nas! Jeśli zaś nasi mężowie okażą się zbyt głupi i gnuśni, by upomnieć się o dziedzictwo swych dziatek i żon, to my, kobiety, weźmiemy sprawy w swoje ręce – i zobaczymy, czy którykolwiek mężczyzna ośmieli nam się sprzeciwić! W naszych rękach gospodarka kraju rozkwitnie jak nigdy dotąd. Śmiejcie się, tyrani, śmiejcie się, dalejże, choć lepiej byłoby wam płakać! Bo wody wielkie nie zdołają ugasić owej miłości, którą sama Natura złożyła w piersi niewieściej: czystej i doskonałej miłości matki do dziecka. Miłości, której nie można kupić. Miłości, która nie boi się niczego. Bądźcie pewni, że staniemy w obronie naszego potomstwa bez względu na niebezpieczeństwo – a hańba, cierpienie i rozpacz staną się udziałem tych, którzy spróbują stanąć nam na drodze. Tak! Dla nich właśnie weźmiemy sprawy w swoje ręce i wywalczymy życie, które się nam należy. Jeśli odstępujemy innym naszą wspólną ziemię, aby mogli ją uprawiać, oczekujemy za to sprawiedliwej zapłaty, która pozwoliłaby nam wyżywić siebie i tych, za których jesteśmy odpowiedzialne. Czy to oznacza, że nie chcemy pracować? Ależ nie! Taki czynsz nie wystarczyłby na prawdziwie godną egzystencję dla nas i naszych dzieci, wiemy to – dlatego nie boimy się spróbować sił w różnych zawodach, które pozwoliłyby nam rozwinąć nasze liczne talenty i nadać życiu sens i smak. Nie chcemy świata bez pracy. Jedyne, co chcemy, to aby służyła ona nam, a nie nienasyconym w swej chciwości tyranom.

Aby przekonać was, że nasz plan jest dobrze przemyślany, pokrótce go tutaj przedstawię. Wyda się wam bardzo prosty, ale prostota to znak doskonałości. Jak powiedziałam, my, kobiety (na mężczyznach bowiem nie można polegać) powołamy do istnienia w każdej gminie specjalny komitet złożony tylko z przedstawicielek naszej płci (ufamy, że nasi szarmanccy i inteligentni oblubieńcy nie będą nam w tym przeszkadzać), którego zadaniem będzie pobieranie czynszu od gruntów i gospodarstw już dzierżawionych, a także organizowanie przetargów na siedmioletnią dzierżawę tych, które nie będą akurat użytkowane. Z tego czynszu, określony procent (w zależności od potrzeb) będzie odprowadzany jako składka na potrzeby rządu centralnego. Składka ta zastąpiłaby wszystkie istniejące podatki – w ten sposób pozbędziemy się konieczności utrzymywania urzędów podatkowych. Pozostała część posłuży w pierwszy rzędzie do sfinansowania budowy i naprawy domów; budowy, czyszczenia i oświetlenia ulic; a także pensji urzędników publicznych. Czynsz ów będziemy, my, kobiety, pobierać co kwartał, bez pośrednictwa banków, w pieniądzu realnym, nie papierowym, dzięki czemu ani państwo, ani gminy nie popadną w długi. Jeśli zaś po sfinansowaniu wszystkich niezbędnych wydatków pozostanie nadwyżka, zostanie ona sprawiedliwie podzielona między mieszkańców gminy, czy to płci męskiej, czy kobiecej, czy to pozostających w związku małżeńskim, czy nie, z prawego i nieprawego łoża, ledwo co urodzonych i matuzalemów, oddających gminie wiele, jak rolnicy czy kupcy, i symboliczny wdowi grosz, jak rzemieślnicy i najemni robociarze – głowa każdej rodziny dostanie tyle, ile będzie potrzeba na utrzymanie jej i wszystkim jej domownikom.

Ponieważ narodziny dziecka, pogrzeby i choroba to wszystko sytuacje generujące duże koszty, wydaje się właściwe, wypłacać tę rentę także na każde nowo narodzone dziecko, choćby urodziło się ostatniego dnia danego kwartału, jak i na każdą osobę starszą, choćby i ta dzień po rozpoczęciu tegoż zmarła.

Nadwyżka ta, rozdzielana kwartalnie między wszystkich mieszkańców gminy, wynosić będzie najprawdopodobniej około dwóch trzecich łącznych wpływów czynszowych. Niezależnie wszakże od jej wysokości, renta gruntowa, o której mówimy, to niezbywalne prawo każdego człowieka żyjącego w stanie cywilizowanym – jako sprawiedliwa rekompensata za utratę możliwości swobodnego korzystania z darów ziemi dzierżawionej na potrzeby rolnictwa lub przemysłu.

Widzicie zatem, drodzy panowie, że nasza chwalebna praca została wykonana, a prawa gatunku ludzkiego znalazły fundament tak mocny, że nawet największy paroksyzm waszej niegodziwości nie zdoła go wywrócić. Co więcej, gdy się już za was zabierzemy, wasza potęga runie cała naraz. Nie zamierzamy drażnić lwa, wyrywać mu zębów jeden po drugim, jak to nam radzą niektórzy, byśmy wasze przywileje znosiły powoli, co przecież naraz rozjuszyłoby was tylko i dało możliwości zorganizowania oporu. Nie; zaczniemy tam, gdzie chcemy skończyć – pozbawimy was za jednym zamachem wszystkich zysków z czynszów i danin, które w całości zasilać zaczną budżety gmin, aby służyły realnej korzyści ich mieszkańców, jak się już wcześniej powiedziało.

Nie obawiajcie się jednak, cios nie będzie za silny. Chodzi o to, by zbudować system, nie o zemstę. Nie zmienimy was w żebraków, przeciwnie: pozwolimy zachować wam wszystkie ruchomości i oszczędności, złoto i srebro, drogie ubrania i meble, zapasy zboża i bydło, i ten majątek nieruchomy, którego nie można zakwalifikować jako infrastruktury rolnej, bo ta w całości (co sami rozumiecie przecież) musi przejść na własność samorządu gminnego. Widzicie zatem, że nadal będziecie najbogatszą warstwą społeczeństwa, jeśli zaś radośnie i ze szczerym sercem włączycie się w nasze dzieło, wasze życie stanie się znacznie szczęśliwsze, niż jest teraz, w naszym opłakanym systemie powszechnej niesprawiedliwości. Gdybyście jednak w pysze i głupocie swojej próbowali stawiać opór, nie pozostanie nam nic innego, jak – w obronie własnej – skonfiskować i wasze bogactwa ruchome, a może nawet pozbawić was życia: wtedy jednak krew wasza spadnie na wasze głowy, nie nasze! Dobrze będzie więc dla was podporządkować się chętnie i złączyć się z ludem węzłem prawdziwego braterstwa. Zważcie bowiem, że to gminy będą dysponować tym bogactwem, które teraz pozwala wam zachować status państwa w państwie – państwa zdolnego prowadzić wojnę przeciwko całemu społeczeństwu. Jeżeli zaś chodzi o wasz majątek ruchomy, to szybko stopnieje on podczas zmagań z ludem – silnym, bo wyzwolonym spod ciężaru czynszów i dziesięcin. Przygotujcie się zatem szybko do nowego życia, bo bliskie jest jego nadejście. I gdy rozbrzmieją w waszych uszach owe błogosławione słowa, ogłaszające wszystkim, że oto cała ziemia Anglii staje się odtąd własnością gmin, przyłączcie się do śpiewu waszych braci i sióstr, wejdźcie do radości całego narodu!

Złoty wiek, przez poetów sławion w świecie całem,

przestanie być legendą, a stanie się ciałem.

Tygrys groźny przy wołu cicho się położy,

dziecko rączkę do leża wściekłej żmii włoży,

grzywę lwa pośród pląsów radosnych rozburzy –

i nie zmącą pogody serca wichry burzy!

Spełni się proroctw wielkich starodawne słowo,

pieśni wieków minionych rozbrzmieją na nowo,

szczęście z ziemi wyrośnie, to wiecznie zielone

drzewo, i ponad Anglią rozłoży koronę.

Chwalmy zatem Natury myśl, co jasno świeci:

nie tylko prawa ludzi, ale – prawa dzieci!

Refren (na melodię „Sally in the Alley”)

Chodźmy więc wszyscy, ręka w rękę,

z wyżyn i nizin, miast i wsi,

każdego wieku oraz stanu

i obydwojga płci.

Chodźmy przez Anglii piękny kraj,

przez góry, łąki, gaje –

chodźmy, by wieść radosną nieść,

że Złoty Wiek nastaje.

Zakończenie

Chwila jednak, spokojnie. Nie wypada wszak rozmawiać pod nieobecność gospodarza! Pan Thomas Paine zruga nas niechybnie za pomysł podobnie sprawiedliwej dystrybucji dochodu narodowego. Czyż nie pisze on, w swojej „Sprawiedliwości agrarnej”, że lud może domagać się nie więcej, niż jednej dziesiątej obecnej wartości gruntów i całej gigantycznie rozwiniętej infrastruktury rolniczej? Dlaczego jednak mielibyśmy zadowolić się takim ochłapem? Ponieważ, odpowiada pan Paine, w procesie kultywacji wartość ziemi wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu do stanu naturalnego. No dobrze, ale czyja praca, zapytajmy, napędzała ten proces? Obszarników? Czyżbyśmy my, robotnicy, oraz nasi ojcowie stali z boku i biernie patrzyli, jak jaśnie pan w pocie czoła uprawia niewdzięczną rolę, dająca mu tylko osty i ciernie? Nie sądzę. Przeciwnie – każdy uczciwy człowiek przyzna, że ta przemiana to w głównej mierze zasługa klas pracujących.

To wysiłek robotników tworzy dobra materialne, a potrzeby ich rodzin – rynek, na którym można je zbyć. Logicznie zatem, to wytwarzane przez rolników i rzemieślników rynki stanowią właściwą przyczynę procesu kultywacji. Zlikwidujmy je, albo pozwólmy klasom pracującym na podobieństwo Izraelitów wyjść z kraju swego wygnania, a przekonamy się, w czym tkwiło źródło naszego rozwoju i jak zbudowano nasze piękne miasta.

Możecie wmawiać sobie, że po emigracji tej rzeszy nędzarzy życie toczyłoby się dawnym torem: rolnik orałby, a obszarnik budował, jak dotychczas. Ale powiadam wam: nie. Bo bez biedaków gospodarze nie mieliby rąk do pracy w polu ani nabywców na swoje zboże i bydło. Podobnie wyglądałoby to w przypadku arystokratów, którzy również nie mieliby nikogo, kogo mogliby nająć do pracy, a przy okazji stracili dochody z czynszów.

Patrzcie na swych szlachciców, waszych dumnych możnych, jak wobec braku robotników znów muszą zamienić się w barbarzyńskich myśliwych, jakimi byli ich ojcowie. Patrzcie, jak ich pałace, świątynie i miasta w proch się obracają, a zadbane ogrody i łąki zamieniają się w dzicz.

Widzimy zatem, że nie tylko ręce klasy robotniczej są narzędziami postępu, ale przede wszystkim jej plecy – i żołądki! I że to daniny, które ona płaci, buduje miasta – nie okrutni obszarnicy w swych pałacach za murem. Nie dajmy się przeto w chwili słabości zwieść udawanej dobrej woli bogaczy i nigdy nie rezygnujmy ze swych naturalnych praw. I jeśli kraj faktycznie rozwinął się pod panowaniem tych chciwców, niech idą do diabła – działali bowiem w swoim interesie, nie w naszym, my zaś nie spoczniemy, dopóki nasze prawa nie będą na powrót szanowane!

Thomas Spence

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to pierwsze polskie tłumaczenie tekstu Spence’a „The Rights of Infants”, napisanego w roku 1796, a wydanego rok później. Pominięto apendyks.

Polecamy inny tekst Thomasa Spence’a: Prawdziwe prawa człowieka

Thomas Spence (1750-1814) – angielski radykał, komunista, reformator, filozof i działacz społeczny i pedagogiczny. Pochodził z ubogiej i licznej rodziny rzemieślniczej (był jednym z dziewiętnaściorga rodzeństwa). Zwolennik głębokiej przemiany społecznej, uniwersalnego prawa wyborczego (również dla kobiet), a także… reformy ortograficznej, która uczyniłaby literaturę bardziej przystępną klasom nieposiadającym (sam Spence był wybitnym samoukiem). Inwigilowany przez służby brytyjskie i wielokrotnie więziony w dobie antyjakobińskiego terroru rządów premiera Pitta Młodszego. Zmarł w nędzy.

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Chrześcijańscy burżuazyjni politycy Austrii mają pewien cel, dla którego żyją: poskramianie marksizmu. Slogan walki z marksizmem panuje nad tutejszymi umysłami, jest on potrzebny, aby ożywić słabnący entuzjazm. Slogan ten działa niczym czerwona płachta na byka, która jest w stanie podnieść ciśnienie nawet najbardziej flegmatycznego drobnomieszczaństwa. Diabelskość marksizmu jest tutaj malowana wszędzie, stąd nie dostrzegają oni przyczyny swojego tragicznego przeznaczenia, jakim jest proletaryzacja i kapitalizm, dlatego też są gotowi podążać za tzw. politykami chrześcijańskimi, mimo wielkiego zamieszania, w imię zbawienia „zagrożonego społeczeństwa” oraz obrony „wiary przodków”. Faktem jest, że ci drobnomieszczanie – nawiasem mówiąc – nigdy nie nauczyli się niczego od Marksa oraz z dzieł jego życia, co właściwie nie odróżnia ich od większości ich polityków, którzy też nigdy nie byli obciążeni tą wiedzą, co jednak sprawia że polityka „antymarksizmu” jest dla nich tym łatwiejsza.

Psychoza antymarksizmu nie pozostaje tylko sprawą w zakresie chrześcijańskiej polityki, ostatnio zaczęła się rozlewać także na inne wymiary chrześcijaństwa. Mamy tutaj do czynienia ze starymi metodami walki oraz hasłami skierowanymi przeciwko socjalizmowi, które zostały zebrane pod szyldem „Walki z marksizmem”. Marksizm jest tutaj czerwoną płachtą, jednak nie taką, która ma wzbudzić morale do walki politycznej, lecz chrześcijański entuzjazm wiary.

A co teraz się dzieje z antymarksistami z burżuazyjnych i chrześcijańskich odcieni?

Jest kilka grup do rozróżnienia. Jedna z nich bezpośrednio reprezentuje politykę sił kapitalistycznych. Dla tej grupy marksizm jest zawsze niczym innym jak społecznymi oraz politycznymi dążeniami siły robotniczej do samoorganizacji. Ich walka z marksizmem jest walką z prawami ludzi pracy.

Druga grupa to burżuazyjni politycy, którzy jednocześnie są zatrudnieni jako przedstawiciele chrześcijaństwa. Ich celem jest zwalczanie politycznych przeciwników i temu celowi są oddani bez reszty.

Trzecia grupa to ci wśród chrześcijan, którzy w konfrontacji z nami mówią, że nie są „ani identyczni, ani spokrewnieni” z obiema poprzednimi grupami. Chcemy włączyć tę grupę w zasięg naszej dyskusji ponieważ takie zachowanie ujawnia płytką oraz nieskuteczną metodę obrony i utrzymania wartości religijnych i etycznych wobec współczesnego ruchu robotniczego.

Ta grupa, mówiąc o „antymarksizmie” – mówi po prostu o przezwyciężaniu tych tendencji w marksizmie, które wynikają z jego historycznych relacji z ideologicznym materializmem oraz ideami burżuazyjnego oświecenia, które odbijają się echem do dziś.

Takie intencje nie są niczym nowym. Wszystko to istniało na długo przed chrześcijańskim antymarksizmem. Musimy wskazać na religijno-socjalistyczne podejście, które było obecne w lewicowym ruchu robotniczym o wiele wcześniej niż pojawił się marksizm. Co więcej, możemy wskazać na pracę tych grup, które nie tylko z religijnego, ale również z punktu widzenia czysto etycznego i naukowego, przedstawiają swoją krytykę marksizmu w duchu robotniczym.

Jednak tym, co odróżnia te grupy od nowych chrześcijańskich antymarksistów, jest to, że ci pierwsi mając za punkt odniesienia socjalistyczny ruch robotniczy, chcą po prostu przezwyciężyć rzekome lub rzeczywiste błędy w nauce lub w fundamentach socjalizmu. Natomiast chrześcijańscy antymarksiści chcą przezwyciężyć sam socjalistyczny ruch robotniczy. Chcą wylać dziecko z kąpielą.

Czy to nie jest przesadą lub fałszerstwem?

Cóż, nie jest to trudne do udowodnienia. Religijni socjaliści są tymi, którzy chcą wnieść religijne i etyczne wartości do socjalizmu. Czy krytyka chrześcijańskich antymarksistów skierowana w stronę religijnych socjalistów nie koncentruje się właśnie na fakcie, że chcemy wypełniać nasze religijne obowiązki w oparciu o socjalistyczny ruch robotniczy? Jednak takie wytłumaczenie może być zasadne tylko wtedy, gdy krytycy chcą przezwyciężyć istniejące błędy socjalizmu poprzez przezwyciężenie socjalistycznego ruchu robotniczego w całości.

Tutaj ujawnia się fundamentalny błąd, który ma wpływ na stanowisko chrześcijan wobec socjalizmu: socjalistyczny ruch robotniczy jest widziany jako przyczyna, o której fałszywie przypuszcza się, że została zainicjowana przez program Karola Marksa. To, co jest niedostrzegane, to fakt, że socjalistyczny ruch robotniczy istniał na długo przed ogłoszeniem „Manifestu Komunistycznego”, że jego źródłem jest nędza klasowa oraz dziedzictwo religijne i etyczne, które zawsze było blisko klasy robotniczej, a które manifestuje się w jej sposobie życia i cierpieniu. W efekcie ruch ten zrodził się z elementarnej potrzeby swojego czasu, z historii, z Boga; stąd jego siła życiowa i stąd siły życiowe w historii będą większe i silniejsze niż wszelkie teorie, silniejsze niż prześladowania.

Jest to zatem główny punkt i tutaj nasze drogi się rozchodzą: dla chrześcijańskich antymarksistów i chrześcijaństwa jako takiego, socjalistyczny ruch robotniczy jest wytworem fałszywej doktryny. Widzimy tutaj, że głównym zadaniem, jak i celem jest pokonanie antykapitalizmu.

Oprócz tego jest jednak jasne, że pomija się osiągnięcia socjalistycznego ruchu robotniczego w walce społecznej, gospodarczej i politycznej ludu pracującego. Bo czym jest, gdy na przykład kardynał Piffl [1] powiedział niedawno w związku z reportażem dla „Reichspost” [2], że program socjaldemokracji „może wznieść niektórych jej przywódców, ale nie jest wstanie wyrwać mas ludzkich z nędzy ekonomicznej, pomimo wszystkich obietnic”? Rzeczywiste osiągnięcia socjaldemokracji jako przedstawicieli socjalistycznego ruchu robotniczego są tutaj po prostu pomijane, ich walka o najbardziej podstawowe prawa socjalne oraz polityczne w celu podniesienia poziomu życia oraz kultury ludu – także. I dlatego nawet historyczna funkcja socjalistycznego ruchu robotniczego jest tutaj lekceważona. Ponieważ broni się teraz – jak niedawno ustaliliśmy – jako „fałszywa doktryna”, broni się jako wynik swojej rzeczywistej pozycji władzy oraz społeczno-politycznych i państwowo-politycznych osiągnięć ludu pracującego, które zostały uzyskane dzięki niej.

Jeśli chrześcijanie, jak mówią, a nie partyjno-polityczni antymarksiści, byliby skupieni na walce z błędami, musieliby używać odpowiedzialnych metod w taki sposób, aby mogli wykluczyć jakąkolwiek szkodę na rzecz sytuacji robotników. Ale ponieważ nie oddzielają oni domniemanego lub faktycznego błędu od metody, którą stosują – odpowiedzialność ta nie została przez nich przyjęta. W związku z tym, interesy ludzi pracy są zagrożone, ponieważ w obecnych okolicznościach, poza partią socjalistyczną nie ma innego godnego uwagi ruchu robotniczego który stawiałby czoła kapitalizmowi. A tylko kapitalizm zyskuje na osłabionym ruchu robotniczym.

Dla każdego, kto chce walczyć z socjalistycznym ruchem robotniczym nie ma oczywiście innego środka jak polityczna, a nawet polityczno-partyjna walka przeciw niemu. I to właśnie widzimy u chrześcijańskich antymarksistów, którzy zgadzają się z antymarksistowską polityką pseudochrześcijańskich pseudosocjalistów. Jednakże nie mogą wyświadczyć gorszej przysługi chrześcijaństwu, które reprezentują. Nigdy, przenigdy nie możesz uratować wartości religijnych i etycznych, gdy bronisz ich w sojuszu z pseudochrześcijańskimi pseudosocjalistami. Takimi metodami nie można wyostrzyć sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego (a więc mas ludzi pracy). Takimi metodami poszerzasz tylko istniejącą przepaść.

Jest to bardzo niebezpieczna i ryzykowna gra ostatnią kartą: antymarksizmem. Niebezpieczna gra o prawa i ostateczne wyzwolenie ludu pracującego tak samo jak o chrześcijaństwo, o samą religię.

Metody i polityka chrześcijańskiego antymarksizmu doprowadzą do tego, że pewnego dnia chrześcijańscy antymarksiści wszystkich odcieni – próbując walczyć o dwie sprawy jednocześnie – mogą zostać w sytuacji bez racjonalnego wyjścia. Socjalistyczny ruch robotniczy ma bowiem wystarczającą witalność, by dać początek odmłodzonemu ruchowi socjalistycznemu, stąd też chrześcijański antymarksizm będzie odgrywał rolę mimowolnego akuszera, co być może jest jego ostatnią rolą przed upadkiem. Socjalistyczny ruch robotniczy sam w sobie ma wystarczającą siłę, by bronić wartości religijnych i etycznych bez wątpliwej pomocy z zewnątrz. I stąd, wbrew fałszywym hasłom chrześcijańskich antymarksistów, stawiamy własne hasło dla chrześcijan, którzy naprawdę poważnie podchodzą do głoszenia wartości religijnych i etycznych oraz do podboju sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego, dla nas samych. A brzmi ono: Nie walczyć przeciwko socjalistycznemu ruchowi robotniczemu, ale współdziałać w jego wysiłkach jako ruchu na rzecz obalenia kapitalizmu. Podejmować próby wyrażania w nim wartości religijnych i etycznych.

I wydaje się, że jest to dla nas podstawowa perspektywa chrześcijańska.

Otto „Kleiner” Bauer

tłumaczenie: Artur Matuszkiewicz; poprawki: Barbara Matuszkiewicz, Miłosz Matuszkiewicz.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w roku 1930 w czasopiśmie „Menschheitskampf”, organu Stowarzyszenia Socjalistów Religijnych (Bund Religiöser Sozialisten).

 

Otto Bauer (1897-1986) – aby odróżnić go od legendarnego lidera austriackiej socjaldemokracji o tym samym imieniu i nazwisku, nazywany był Otto Bauer „Kleiner” – Małym. Pochodził z wiedeńskiej rodziny robotniczej, pracował jako robotnik w przemyśle chemicznym i metalowym, socjalista, katolik. Jako 15-latek wstąpił do Bund der christlichen Arbeiterjugend – Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Robotniczej, bliskiego socjal-chadecji. Pod koniec I wojny światowej zaczął sympatyzować z lewicą, a po wojnie wstąpił do Sozialdemokratische Arbeiterpartei – głównej lewicowej partii austriackiej. Łączył katolicyzm i religijność z socjalizmem i marksizmem, odrzucając zarówno antymarksowskie poglądy socjal-chadecji, jak i antyreligijność i antykatolicyzm części lewicy. W roku 1926 należał do założycieli Bund Religiöser Sozialisten i został redaktorem naczelnym organu tego ugrupowania, pisma „Menschheitskämpfer“. Organizacja miała status grupy autonomicznej w łonie partii socjalistycznej i starała się oddziaływać w duchu tonowania w głównym nurcie ruchu socjalistycznego nastrojów antyreligijnych i antykatolickich. Starała się także oddziaływać na kręgi kościelne i tonować w ich łonie postawy antylewicowe oraz przeciwdziałać sojuszowi Kościoła z prawicą polityczną. Był krytykiem austrofaszyzmu, a po objęciu władzy przez skrajną prawicę Bund Religiöser Sozialisten został zdelegalizowany jako pierwsza z autonomicznych organizacji w łonie socjaldemokracji. Po zdławieniu demokracji przez austrofaszystów działał w nielegalnej organizacji Revolutionären Sozialisten Österreichs. Po zajęciu Austrii przez hitlerowców uciekł z rodziną z kraju i przez Zurych i Paryż emigrował w roku 1940 do USA. Od końca II wojny do emerytury pracował na Manhattanie w bibliotece ufundowanej przez jednego z jego przyjaciół.

Przypisy:

[1] Friedrich-Gustav Piffl – arcybiskup Wiednia, duchowny katolicki. Wspierał Chrześcijańską Partię Społeczną (Christlichsoziale Partei) oraz Chrześcijańskie związki zawodowe oraz prasę. 15 maja 1927 miało miejsce podpalenie Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu przez robotników, którzy protestowali przeciw uniewinnieniu dwójki nacjonalistów, którzy byli oskarżeni o zabójstwo dwojga działaczy socjalistycznych. Dodatkowo robotnicy podpalili siedziby gazety „Reichspost”. Chrześcijański ruch robotniczy i jego prasa popierały egzekucje uczestników zamieszek (skazano 84 osoby) oraz nie potępiały nacjonalistycznych morderców. To wydarzenie sprawiło że drogi Chrześcijańskiego ruchu robotniczego oraz socjalistów religijnych rozeszły się ostatecznie. Po zamieszkach chrześcijański ruch robotniczy założył paramilitarne bojówki przeciw socjalistom (Freiheitsbund).

[2] „Reichspost” – wydawana w Wiedniu między 1894 a 1938 gazeta codzienna związana z Chrześcijańską Partią Społeczną.

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Przy codziennej walce o każdy kawałek chleba, przy ciągłym niedostatku, szczególniej licznych rodzin po wsiach, jak i w miastach, nie zawsze stroskani rodzice mają czas i chęć, by głębiej zastanowić się nad niesprawiedliwościami wynikającymi z ustroju społecznego.

Jedni znoszą swą niedolę w obojętności i pokorze, przemęczeni pracą i trudem ponad siły, a drudzy, inteligentniejsi szukają poprawy, wytężając wszystkie swe siły, oszczędzając co się tylko da – a tylko uświadomiony człowiek rozumie, że oprócz tego konieczna jest solidarna praca w związkach i ciągłe dopominanie się lepszych praw i ciągłe żądanie spełnienia już wywalczonych praw, bo tylko w ten sposób można i trzeba stale i wytrwale niszczyć wyzysk i niesprawiedliwość społeczną.

Jedne z tych praw obejmują sprawy dotyczące całego państwa – to są prawa polityczne, inne, dotyczące codziennego życia ludu pracującego, jego dobrobytu i zdrowia, to są prawa społeczne.

Choć sprawy polityczne są trudniejsze do zrozumienia, ale jednak trzeba najważniejszymi się interesować, tak samo na wsi, jak i w mieście, tak samo mężczyźni, jak i kobiety; bo wszyscy jesteśmy obywatelami Państwa polskiego, bo wszyscy płacimy podatki na utrzymanie i rozwój naszego państwa, bo wszyscy, przez głosowanie do Sejmu i do rad miejskich i do rad gminnych, głosujemy i wybieramy posłów i radnych.

Toteż, kiedy teraz jest postanowione, że zmieniać ma Sejm prawa, które rządziły dotąd Polską przez te 8 lat, to powinniśmy wszyscy żądać, żeby te prawa, nazwane Konstytucją, nie tylko nie były pogorszone, ale przeciwnie, żeby były polepszone – dla tej najważniejszej części narodu, która daje swą pracę i swój rozum. To znaczy dla ludu pracującego na wsi i w mieście i dla inteligencji pracującej, a dla tych, co nie pracują ani mózgiem, ani rękoma, a tylko żyją kosztem pracy innych i opływają w bogactwa, to takie prawa powinny być zmienione, by wszyscy musieli pracować.

Oprócz niepogorszenia praw musimy dopominać się, by dobre prawa już uchwalone przez Sejm były nareszcie dobrze wykonywane. Jak Ochrona pracy, która ma bronić pracujących od niszczenia swego zdrowia w brudzie i zaduchu i złych wyziewach fabrycznych; jak przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, żeby nie zamęczać się długą pracą i mieć czas na odpoczynek, na dalszą naukę i na przyjemności kulturalne, jak różne ubezpieczenia społeczne od bezrobocia, od choroby, od kalectwa itp., a oprócz tego powinny być prawa zabezpieczające starość ludziom pracy.

Wiele, wiele jest tych różnych praw, ale tu chcę specjalnie mówić o tych, które są najpilniejsze dla szczęścia rodziny, dla dobra dzieci, dla wyswobodzenia kobiety z jej codziennych cierpień, trosk i straszliwego przemęczenia w pracy.

Chyba na pierwszym punkcie postawić tu trzeba tę straszną klęskę, która po wojnie nastała i do dziś tak trapi biedne i mniej biedne rodziny robotnicze po miastach, miasteczkach i po wsiach – to klęska mieszkaniowa, to ten straszliwy brak dachu nad głową, gdy parę rodzin musi często razem mieszkać, albo rodzice z 4, 5 i 6 dzieci gnieżdżą się w ciasnocie i zaduchu w suterynach, na poddaszach, albo w wilgotnych, ciemnych, nieludzkich norach. A z tej ciasnoty powstają różne kłótnie, demoralizacja i pijaństwo. Mąż ucieka do karczmy, bo nie ma domów ludowych, by odpoczął i poczytał po pracy, a kobieta – matka, gospodyni to męczennica od świtu do nocy, a dzieciska nieszczęśliwe źle chowane. Zdrowe, tanie, wygodne mieszkania to szczęście, zdrowie, i moralność całych rodzin – ludu pracy.

Na drugim miejscu żądać musimy, żeby była dobra, sprawiedliwa uczciwa opieka nad matką i dzieckiem. Przecież taki wyzysk pracy, jaki istnieje dziś dla kobiety, która rodzi dzieci, karmi je, wychowuje, prowadzi całe gospodarstwo, a oprócz tego jeszcze musi zarabiać poza domem, czy jako wyrobnica, czy jako robotnica fabryczna – toż to okropna niesprawiedliwość!

A to dlatego, że mężczyźnie, ojcu rodziny za mało płacą, albo biedaczysko traci zupełnie robotę i jako bezrobotny szuka na próżno lub źle szuka i niedbale. A cały kłopot na barkach biednej matki i żony! Tak być dalej nie może! A jeszcze teraz od panów i pań rozpustnych przyszła do proletariatu moda rzucania swych żon z małymi dziatkami – by z młodymi dziewczętami szukać zadowolenia.

Nieszczęsne te opuszczone rodziny pozostają w nędzy, matka rozpacza – nie może sobie dać rady – a na opuszczającego rodzinę ojca i męża nie ma dotąd żadnego prawa. A jeszcze gorzej ma matka nieślubna z dzieciątkiem przy piersi: nikt jej nie chce wspomóc, wszyscy potępiają, dziecko ginie z głodu.

Trzeba z tą niesprawiedliwością skończyć! Powinno być nareszcie w Polsce takie prawo, jak już w wielu narodach, że ojciec musi płacić część swego zarobku na utrzymanie nieślubnego dziecka, o ile nie chce z tą matką się żenić.

Ot wiele, wiele innych niesprawiedliwości dokucza kobietom, jeszcze więcej jak mężczyznom, a ta najgorsza z nich niesprawiedliwość to taka niska płaca za pracę. Nawet gdy kobieta pracuje tak dobrze, jak mężczyzna, a nawet lepiej – to i tak jej mniej fabrykant płaci. Niemądre są robotnice, że na taką małą płacę się zgadzają, a to dla tego, że są nieuświadomione, że nie należą do związków klasowych, że słuchają różnych rad swoich wrogów, którzy je wyzyskują. Powinny kobiety zawsze i wszędzie żądać równej płacy z mężczyznami, o ile spełniają tę samą pracę.

Trzeba także walczyć, by była prawem ustalona najniższa płaca i mniej nie wolno by było żadnej robotnicy płacić…

Ponieważ kobiety są więcej wyzyskiwane od mężczyzn, to powinny się jeszcze silniej organizować i dodawać sobie otuchy i zachęty, i o wszystkie prawa się dopominać. Patrzcie! Teraz są w Polsce ustanowione Sądy pracy, żeby pilnować sprawiedliwych wyroków, jak wam majster, albo fabrykant zrobi jaką krzywdę, jaki wyzysk, jaką niesprawiedliwość, a wiecie, że choć w Polsce kobieta ma te same wszystkie prawa co i mężczyzna – jednak kobiety w Polsce minister sprawiedliwości nie dopuścił, żeby była ławnikiem przy sądach pracy… Wasi koledzy, i towarzysze mogą być, a my kobiety, obywatelki nie… Żadna kobieta nie będzie pilnować spraw kobiet wyzyskanych, oszukanych, omamionych, skrzywdzonych, zhańbionych; taka to równość, taka to sprawiedliwość.

Tyle, tyle do zrobienia! – program nasz kobiecy duży, ogromny! A jeżeli jeszcze dodać te wszystkie nieszczęścia i hańby, które pchają młode dziewczęta do prostytucji, do sprzedawania swego ciała za pieniądze…

Jeżeli wspomnieć te przeogromne cierpienia kobiet, których szczęście rodzinne ginie z powodu pijaństwa męża, ojca, syna

Jeżeli zakończyć tę listę cierpień wielką śmiertelnością ukochanych dziatek, które matka wydaje na świat w cierpieniach, by trumna za trumienką szła na cmentarz, – to naprawdę każda z kobiet powinna dobrze się zastanowić, czy dla szczęścia własnego i dla dobra Ojczyzny jest lepiej urodzić i wychować dwoje lub troje zdrowych dziatek – móc je dobrze wykształcić na pożytecznych ludzi – niż rodzić i rodzić bezliku w niedostatku, ciasnocie i ciągłych cierpieniach, by nawet połowy nie zostało przy życiu.

Nad tym wszystkim trzeba się dobrze zastanowić, o tych wszystkich brakach i niesprawiedliwościach trzeba mówić teraz, gdy idzie 1 maj – dzień święta robotniczego, a następnie przyjdzie dzień specjalnie przyznany dla wysuwania żądań kobiecych, to „Dzień Kobiet”, w którym wszystkie stańcie w szeregu!

dr Justyna Budzińska-Tylicka

Powyższy tekst Justyny Budzińskiej-Tylickiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Kobiet. Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej”, numer 4-5/1929, Warszawa, kwiecień-maj 1929 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Grafika w nagłówku tekstu: MOM from Pixabay.