przez redakcja | czwartek 11 listopada 2021 | klasyka, opinie
Sejm warszawski nie słyszał dotąd tak silnego i rzeczowego przemówienia, jakie wygłosił dnia 10 lutego poseł towarzysz Daszyński.
Warszawskie pismo burżuazyjne „Kurier Polski” pisze o niej, że w każdym innym państwie mowa taka byłaby plakatowaną na koszt publiczny.
Mowa tow. Daszyńskiego huczała tętnem i burzą krwi polskiej, zmagającej się dziś na wszystkich granicach ziem naszych o całość i niepodległość, błyskała skrami diamentów żywcem wyrwanych z duszy polskiej, oczyszczonej z namułu półtorawiekowej niewoli – ale i twardą była jak diament.
Gdy odzywał się tow. Daszyński w stronę Niemiec i Czech, że połowa ludu polskiego na Górnym Śląsku, który porwał za broń przeciw katowskim rządom Hoersinga [Otto Hörsing – były niemiecki działacz socjaldemokratyczny i związkowy na Górnym Śląsku, po II wojnie mianowany komisarzem Rzeszy i Prus na tym terenie, szybko dał się poznać z bandyckich metod, m.in. z wysyłania wojska przeciwko nieuzbrojonym strajkującym polskim robotnikom, których mordowano – przyp. redakcji Nowego Obywatela] to byli nasi socjaliści polscy, i że górnik na Śląsku Cieszyńskim, powieszony przez najeźdźców-Czechów, przy wejściu do kopalni, był przewodniczącym miejscowej grupy socjalistów polskich – czujemy w głębi serc naszych i sumień, że tow. Daszyński rzucił w twarz światu całemu najistotniejszą, przeogromną moc uczucia i niezłomnego przekonania, jaka pulsuje dziś w krwi dziesiątków milionów Polaków od Ostrawicy i Karpat po Bałtyckie Morze – że nie ma dziś siły, która by zmusiła nas do pozostawienia poza granicami Państwa Polskiego choćby najmniejszego skrawka ziemi polskiej. Wyżynie skali temperamentu uczuciowego mowy tow. Daszyńskiego odpowiadała siła argumentów i głębokie przeświadczenie, że skoro połączymy do reszty wszystkie ziemie polskie, mając do dyspozycji ogromne zasoby bogactw naturalnych i cały lud polski – staniemy się granitową potęgą na przełomie środkowej i wschodniej Europy, opartą o polskie brzegi Morza Bałtyckiego.
Ze względu na szczupłe rozmiary naszego pisma i nawał materiału plebiscytowego – mowę tow. Daszyńskiego podajemy w streszczeniu Polskiej Agencji Telegraficznej. Spodziewamy się jednak, że wyda ją w całości Główny Komitet Plebiscytowy.
***
Wysoka Izbo! Rzadko bywa, żeby sprawa tycząca się pokoju europejskiego i naszego w tym pokoju udziału, mieściła w sobie tyle goryczy, ile poruszona w punkcie drugim. Polska, zawdzięczająca sojusznikom swój byt państwowy w obecnych granicach zachodnich, nie mogła nabrać tego przekonania, ażeby pełnia praw jej została w traktacie wersalskim wyrażoną. Trzy były największe wartości, którymi Polska mogła rozporządzać na swojej zachodniej granicy. To były dwa tereny węglowe Śląska Cieszyńskiego i Śląska Górnego, a trzecia wartość to był port gdański. To było ujście na wielkie, wolne morze. I wszystkie te trzy walory polityczne, społeczne i ekonomiczne walory bezcenne, zostały Polsce albo w niedostatecznej mierze przyznane, albo zostały puszczone na zmienne losy walki plebiscytowej.
Granica zachodnia Polski, można powiedzieć, jeszcze do dnia dzisiejszego nie została ustalona ostatecznie. Jeszcze o nią Polska nie krwawą bronią wprawdzie, ale dzień po dniu walczyć będzie musiała, a jeżeli sprawa gdańska nosi na sobie piętno połowicznego, szkodliwego rozwiązania, to słuszną jest rzeczą, że Polska już dziś, w tym okresie, kiedy między Polską a Gdańskiem ma stanąć umowa w najbliższych kilku tygodniach, regulująca stosunek Gdańska do Polski, że Polska w tym czasie nie powinna być bezbronną, powinna walkę sobie narzuconą, powiadam jeszcze raz – bezkrwawą walkę, podjąć i przeprowadzić. Jednym z kroków, jednym z czynników tej walki jest wniosek, który tu jest na porządku dziennym. Chodzi o pogłębienie Wisły, zbudowanie portu polskiego na polskiej ziemi, tak jak gdybyśmy musieli liczyć się z ewentualnością nie utraty Gdańska, ale połowicznego prawa korzystania z portu gdańskiego. Pewnie, że są możliwe trudności. I bardzo dobrze zrobił pan referent, że przestrzega świat, iż nie jest to blef, że nie jest to pusta pogróżka, tylko że jest to konieczna konsekwencja w razie, jeżeli Gdańsk szczerze i bez zastrzeżeń nie stanie się portem polskim. Bo tutaj my wszyscy jesteśmy jednego zdania, że na narodowość mieszkańców Gdańska żaden Polak nie czyha, że na tym punkcie Niemcy gdańscy mogą być zupełnie spokojni, że ani kropli ze swych praw narodowych nie uronią przez przyłączenie się do Polski. Ale Polska nowoczesna, Polska robotnika i chłopa, zrozumiała, że Polska może być tylko wtedy wolna i niepodległa, jeżeli stanie się wielkim warsztatem wolnej, zorganizowanej pracy polskiej. A tym warsztatem nie będzie mogła być dopóty, dopóki nie będzie miała wolnego dostępu do morza.
Wspomniawszy następnie, iż rozlegające się w sejmie słowa krytyki wewnętrznych naszych stosunków są wyzyskiwane przez naszych wrogów w agitacji plebiscytowej, oświadcza, iż jest to dzieciństwo używać takich właśnie argumentów w walce plebiscytowej, bo są one ostatnim argumentem, którego w plebiscycie, w nowej walce o duszę i o los mas polskich wolno używać.
Warszawa – mówił – gości w swych murach deputację gdańską; pośród tej deputacji jest szesnastu socjalistów niemieckich, 8 scheidemannowców [zwolenników Philippa Scheidemanna, polityka lewicowego, który w okresie kształtowania się ładu powojennego przewodził ugrupowaniu autonomicznemu wobec głównego nurtu niemieckiej socjaldemokracji – przyp. redakcji NO], 8 niezawisłych. Niech wywiozą z Warszawy to jedno zdanie i to jedno przekonanie i niech dadzą znać braciom swoim i towarzyszom w Niemczech, że na tym punkcie socjaliści polscy są w pierwszych szeregach walki o duszę narodu polskiego i o ziemie polskie, że nie jest walka słowem jedynie prowadzona, że ten górnik polski na Śląsku, który w obronie swojego szybu dał się powiesić u wejścia do szybu przez czeskiego najezdnika, że ten górnik był przewodnikiem socjalistycznej grupy miejscowej, niechaj wiedzą o tym, że spośród tysięcy tych Ślązaków, którzy porwali za broń, aby koniec położyć katastrofie systemu Hoersiga i spółki, że wśród tych tysięcy połowa to byli towarzysze partyjni, socjaliści polscy, górnicy z Górnego Śląska. Niech wiedzą, że fakty te to nie przypadek, że fakty te to dalszy ciąg niesłabnącej nigdy walki o prawa, że nie ma braterstwa międzynarodowego między braćmi, z których jeden jest w kajdanach, a drugi jest wolny. Wszyscy muszą być wolnymi, aby wszyscy mogli stać się braćmi. Niech wiedzą dalej, że Polska to nie żebrak międzynarodowy, że Polska nie łasce chwili zawdzięcza swoją dzisiejszą wolność, że nie ma narodu w Europie, który by w stu kilkudziesięciu latach niewoli tak jak Polacy dziesięć razy chwytali za broń, dziesięć razy praw swych przeciw innym, przeciw największym bronili przemocą. To, co przyszło, przyszło nie jako dar, ale jako prawo, którego się nie wyrzekniemy i wyrzec nie możemy, bo byśmy w tej samej chwili zginęli. Dlatego, proszę panów, Polska z przeszłości swej siłę swoją czerpać może, ale o tyle większą okaże się tak siła, o ile spojrzymy w przyszłość.
Niech przy Polsce opowie się Górny Śląsk, niech opowie się Śląsk Cieszyński, niech staną Warmiacy i Mazurzy, Orawianie i Spiszowiacy, a wówczas Polska będzie krajem, który jak żaden kraj w Europie, będzie mógł spojrzeć tej przyszłości w oczy. I nieprawdą jest, że w Polsce, jak to wam zawsze w twarz ciskają, rządzą magnaci wspomagani przez lichwiarzy, albowiem tu nie drzemie, ale żyje, rozwija się i walczy siła ludu, chłopa i robotnika polskiego, a przyłączenie tych terenów spornych, tych terenów zakwestionowanych, jeszcze wzmocni tę siłę dwukrotnie i trzykrotnie. Polska z Górnym Śląskiem, Polska ze Śląskiem Cieszyńskim, Warmią, Mazurami, ze Spiszem i Orawą, zaiste będzie to Polska chłopa i robotnika razem, a nie pana i kapitalisty. Tak się zarysowuje ekonomiczna i społeczna przyszłość tego kraju.
To pewne, że kto by dziś po torturach wojny światowej, kto by dziś chciał ocenić stan jakiegoś kraju jako stan stały i trwały, ten byłby ślepym człowiekiem, ten byłby człowiekiem, którego nienawiść zaślepia, ten byłby człowiekiem, którego argumentów nie należy poważnie traktować. To są te rzeczy, o których na terenach plebiscytowych w walce o dusze należy z naszej strony z całym naciskiem mówić, bo każdy wie to, że my w sejmie korzystamy z wolności demokratycznego państwa, korzystamy z obecnego powszechnego bez zastrzeżeń głosowania, to, że my w sejmie nie bawimy się w komplementy, to, że palec kładziemy na ranę, to, że słowa nasze budzą silny odruch w społeczeństwie, to nie może być argumentem, który by mówił przeciwko Polsce i dlatego ja odpieram z oburzeniem argumenty, które się pojawiły w pruskim „Przyjacielu Ludu”, wydanym pod strażą rządową, a który zużytkował mowę moją w listopadzie o stosunkach w Polsce tu w tym sejmie wypowiedzianą jako mowę, która miała wykazywać niezdolność Polski do życia, która miałaby odstraszyć bodaj jednego Polaka od przyłączenia się do tej Polski. Wzywam tę prasę, która na podobną drogę dała się uwieść, ażeby nie przeceniała tego rodzaju argumentów. Wolność słowa, wolność krytyki, jest pierwszym dowodem, że Polska ta jest na drodze do zupełnego wyzdrowienia. Słabo organizm nie zniósłby krytyki, tylko zdrowy organizm może wytrzymać walki wewnętrzne.
Ignacy Daszyński
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” – organie Polskiej Partii Socjalistycznej, 15 lutego 1920 roku; siedzibą redakcji pisma było wówczas miasto Frysztat, które wkrótce, mimo znacznej przewagi ludności polskiej, zostało zagarnięte zbrojnie przez Czechosłowację. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: freestocks-photos from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 17 października 2021 | klasyka, opinie
Przed czterema laty w domu 46 przy ulicy Kruczej, na parterze od frontu, na prawo z bramy, znajdował się magazyn kapeluszy damskich. Szyld był tylko osłoną. W owym magazynie dziesięcio-, dwunastoletnie dziewczęta używane były do zbrodniczych praktyk.
Opowiedział mi o tym adwokat przysięgły J. S. w następującymi słowach:
– Kolega mój, lekarz prowincjonalny, zachęcony został do udania się tam, jeśli „pragnie ujrzeć coś ciekawego”. Na zapytanie jego, „czy kapelusik już gotów”, wprowadzony został do sąsiedniego pokoju i tu znalazł dwie dziewczynki, które uczyniły mu propozycję. – „Ja wam pokażę” – zawołał oburzony. – Wówczas otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, i ukazał się w nich drab jakiś o groźnej postawie. „Co nam pokażesz” – zapytał. Lekarz wyjął rewolwer i tyłem wycofał się z pułapki.
Zapytałem adwokata przysięgłego, który zna prawa, co myśli ze swą informacją uczynić.
– Mówiłem o tym z Gr… Powiedział, że to do niego nie należy, że są to rzeczy znane, że trudno tu coś poradzić. –Trzeba by to jakoś sprawdzić.
Udaliśmy się więc tam nazajutrz. Wizyta nasza zrazu silnie zaniepokoiła właścicielkę magazynu, ale po chwili uspokoiła się i kazała przyjść nieco później. Po wypiciu kawy w cukierni powróciliśmy. Tym razem otrzymaliśmy pewne informacje:
Panowie są nieostrożni: zajeżdżają w nocy, czasem pijani, robią awantury. Mieszkanie parterowe od frontu jest niewygodne. Prostytutki uliczne, zatrwożone konkurencją, denuncjują ją. Ma wiele kłopotu z policją. Wreszcie ktoś doniósł matkom tych dzieci. Ostatecznie wyprowadza się, więc za dni kilka da nam nowy adres i tam nas zaprasza „po kapelusik”.
Po tygodniu udałem się sam. Trafiłem akurat na przeprowadzkę. Stróż nie chciał mi udzielić nowego adresu i odmówił wszelkich informacji…
Zwróciłem się w tej kwestii do redaktora L. S. Nie udało mi się silniej go zainteresować tą sprawą. Przyznał natomiast, że jest to bardzo „niełatwa do wyświetlenia sprawa”…
Był moment, kiedy chciałem raz jeszcze tam się udać, zastrzelić handlarkę dzieci. Był to czas, kiedy wierzyłem gorąco w wartość „protestów moralnych”. Zwierzyłem się temu i owemu – odradzono. Fakt ten silnie wpłynął na mój światopogląd: przejrzałem…
A potem już z pobłażaniem patrzałem na działalność Wysłouchów, towarzystw ochrony kobiet itd., itp.
Fakt ten uważałem za jedną z tajemnic kształtowania się mego ducha i dlatego nigdzie nie wspominałem o nim przez lat cztery. Dziś, zdaje mi się, nie wolno mi o nim przemilczeć. A wreszcie nic spóźnionego: bohaterowie niniejszego faktu (resp. panowie S. i S.) żyją i mogą go potwierdzić.
Zaznaczam raz jeszcze: ani adwokat przysięgły, ani redaktor dziennika nie potrafili zareagować na ohydną i jawną zbrodnię. Stosunki cenzuralne tak się wówczas układały, że stójkowy z ową damą, znaczyło to narazić się na porażkę i – zemstę ze strony alfonsów.
Nasza prasa nigdy nie konstatuje faktów, jeno radzi i… stawia stopnie ze sprawowania, wydaje świadectwa – ulicy. Nic to, że ulica jej nie czyta, a na stopniach się nie zna. Jeśli Rabski czy Bartoszewicz napiszą swojej kucharce czy lokajowi, że sprawowali się źle, będzie to miało w rzeczy samej pewien skutek; ale oni nie poprzestaną za nic w świecie na tak skromnej roli: od czegóż są publicystami, publicznymi dziennikarzami? Publicznych dziennikarzy mamy dziś więcej niż dawniej, mnożą się…
Walka z upadkiem, z rozpustą jest świętą sprawą, „splamiono ją, zbezczeszczono krwią ludzką” – pisze pan Straszewicz w „Kurierze Polskim”. „Od krwi ludzkiej zła rdza osiada na zawsze na duszy zabójcy. Zabójstwo znieprawia zabójcę”.
Przyznaję, że są to ładne zdania – powinien był jednak ich autor pamiętać, że wszystkie święte sprawy są w ten sposób zbezczeszczone. – „Sprawcy rozruchów obniżyli poziom obyczajowy i moralny ludności całej, robiąc ją świadkiem gwałtu i mordu”. I to ładne; niestety jednak świadkami gwałtu i mordu są całe pokolenia od wieków, chronicznego.
„Niech sądy najsurowiej karzą wyrzutków społecznych, niech będą obmyślone i zastosowane jak najsurowsze środki zapobiegawcze” – krzyczy „Goniec”. Mądrzejsi są już ci, którzy wołają o szkoły: wówczas liczba wyrzutków społecznych spadłaby do poziomu zagranicy, i sądy mniejszą ich liczbę musiałyby surowo karać.
„Słowo” pragnie otoczyć Żydów opiekuńczym skrzydłem swych rozumowań.
Odpowiada mu słusznie „Kurier Codzienny”:
Co ruch antysemicki może mieć wspólnego z ruchem antyprostytucyjnym? Możemy zapewnić „Słowo”, że samorodnie nie wynikną one, zbyt bowiem blisko poznał się tłum chrześcijański z proletariatem żydowskim.
Niepotrzebnie jednak pragnie „Kurier Codzienny” się dowiedzieć, gdzie się owe nieszczęśliwe dziewczęta podziały, kto je nakarmił, kto im dal pomieszczenie? Od ciekawości podobnej jeden krok tylko do rady, na wzór „Kuriera Warszawskiego”, by je umieścić w przytułkach – towarzystw ochrony kobiet wyznań obu.
***
„Kurier Warszawski” jak zwykle – po błazeńsku.
„Walka z rozpustą i lincz. Śpiew anioła i ryk rozjuszonego tygrysa”.
Któż po tym „tygrysie” i „aniele” nie poznałby pióra operetkowego sprawozdawcy?
A przecież sprawa zbyt poważna chyba, by się po niej
ślizgał dziennikarski totalizatorowicz.
***
„Warszawski Dniewnik” jako bezpośredni powód rozruchów podaje fakt następujący:
Na weselu żydowskim zebrano dla nowożeńców kilkadziesiąt rubli. Nagle wszedł na salę alfons czy nożowiec, zabrał pieniądze i poszedł. Wydaje się to nieprawdopodobne: jakim prawem wszedł, jakim prawem wziął pieniądze, czy mógł sądzić na chwilę bodaj, że mu to ujdzie bezkarnie?
Odpowiadam: mógł sądzić, że mu to ujdzie bezkarnie.
***
Tęgie łby mieszczańskiej inteligencji zrazu zaczęły rozważać, czy zabicie dwóch prostytutek spośród kilkunastu tysięcy i zranienie dziesięciu zbirów spośród drugich kilkunastu tysięcy – usunie prostytucję czy też nie.
I rzekły, że nie usunie. I zaczęły pouczać ulicę, że ta się trudzi daremnie. Ależ ulica wie o tym, wie…
A potem spadając na łapy, jak kot, nieszkodliwie, z wyżyn tragicznego faktu – orzekły łby twarde, że w Piasecznie jest jeszcze pięć wolnych miejsc dla pięciu kobiet upadłych, które zechcą już teraz… być moralnymi.
O tym wiele… wiele jeszcze można by powiedzieć. Tylko że rana jeszcze krwawi; niech zastygnie.
Janusz Korczak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w warszawskim postępowo-radykalnym piśmie „Głos” 3 czerwca 1905 roku. Artykuł ukazał się po głośnym „pogromie lupanarów”, w ramach którego głównie żydowscy, ale także polscy robotnicy o poglądach socjalistycznych dokonali rozbicia „zagłębia” domów publicznych w Warszawie przy ulicach Marszałkowskiej, Krochmalnej, Leszno i innych. W trakcie trzydniowych zamieszek zdewastowano kilkadziesiąt domów publicznych, miały miejsca liczne pobicia sutenerów (kilku zabito), a walki między zorganizowanymi robotnikami a alfonsami trwały jeszcze przez kilkanaście dni. Nie są całkowicie wyjaśnione przyczyny tych zajść, aczkolwiek jedną z prawdopodobnych jest gniew żydowskich robotników wobec masowego i coraz bardziej zaawansowanego procederu handlu żywym towarem na potrzeby branży usług seksualnych, dotykającego głównie kobiet ze środowisk robotniczych, w tym żydowskich. Janusz Korczak (wówczas młody lewicowy dziennikarz) i środowisko pisma „Głos” wraz z ówczesną postępową inteligencją (m.in. jednym z czołowych jawnych działaczy PPS, Stanisławem Posnerem) angażowali się w zwalczanie prostytucji. Tekst ze względu na cenzurę carską odnosi się do tych wydarzeń w sposób ogólnikowy i aluzyjny.
przez redakcja | niedziela 19 września 2021 | klasyka, opinie
Żyjemy w czasach bardziej niezwykłych, niż nam wszystkim się wydaje. To chyba jedyny dobry skutek, jaki instytucja wyborów powszechnych wywiera na ludzki umysł. Gdybyśmy zobaczyli starą pannę z anglikańskim modlitewnikiem w dłoni, zdziwiłoby nas to na pewno, a przynajmniej zaciekawiło, gdyby okazało się, że przy okazji praktykuje ona kanibalizm. Rozmowa z drobnym angielskim urzędnikiem zawsze jest ciekawsza, jeśli wychodzi w niej przypadkowo, że nasz interlokutor uważa się za prawowitego papieża. Otóż wierz mi lub nie, Czytelniku, ale nasza Anglia pełna jest takich osobliwych figur, które – same w sobie równie prozaiczne – wierzą w rzeczy równie niestworzone, a wręcz szalone. I prawdziwy i wieczny humor wyborów powszechnych polega dokładnie na tym, że ludzie ci zaczynają zabierać głos. Piszą listy. Zadają pytania. I człowiek zaczyna rozumieć nareszcie, że Anglia to naprawdę kraina elfów.
Moją tezę, że w angielskiej ignorancji tkwi jakiś element dziwny, nieomal magiczny, trzeba jednak dobrze rozumieć. Po pierwsze zatem: moja definicja ignorancji nie jest ani racjonalna, ani emocjonalna; krótko mówiąc: nie chodzi mi tutaj po prostu o różnicę zdań. Osobiście sądzę, że taki pan Haeckel [1] to wielki ignorant; każdy, kto zna trochę historię chrześcijaństwa widzi, że jego uwagi na temat historii chrześcijaństwa są takie, że – dosłownie – koń by się uśmiał. Idąc dalej: Lorda Milnera [2], na przykład, również mam za ignoranta – szczególnie w sprawie historii i kultury Anglii rzecz jasna, ale właściwie we wszystkich niemal sprawach z wyjątkiem dziennikarstwa. Ale to właśnie opinie, czy raczej przekonania. Nie fakty. Jak by nie spojrzeć, chrześcijaństwo i Anglia to jednak dość złożone problemy. W tym jednak przypadku chodzi mi właśnie wyłącznie o ignorancję faktyczną, ewidentną – taką, jak gdyby powiedzieć, że Dickens napisał „Targowisko próżności” albo że Shropshire jest wyspą.
Otóż natężenie owej niewątpliwej, jak moglibyśmy powiedzieć: biało-czarnej, ignorancji w życiu społecznym, to rzecz dosłownie nie do uwierzenia. Na przykład, niedawno „Daily News” zbeształo publicznie pewnego sympatycznego, starszego pastora, choć jego jedyną winą jest to, że wierzy we wszystko, co napiszą w „Daily Mail” [3]. Chodzi jednak o to, że dziennikarze „Daily News” przemilczeli jedyny bodaj naprawdę niezwykły fragment zupełnie zwyczajnej wypowiedzi tego zacnego jegomościa. Prawda, nazwał Lloyd George’a [4] „gryzipiórkiem”, a McKennę [5] „belfrem”, ale tylko dlatego, że przeczytał te określenia tego samego dnia w porannej gazecie. Zaraz potem jednak dodaje nasz śmiały gentleman coś własnego pomysłu – pisze: „Winston Churchill, dziennikarz”. Pewien jestem, że zrobił to zupełnie niewinnie. Że naprawdę święcie wierzył w to, że pan Churchill nadludzkim wysiłkiem wydźwignął się z biedy i błota Grub Street [6]. Że Winston Churchill tyle ma wspólnego z Randolphem Churchillem [7], co Will Crooks [8] z Sir Williamem Crookesem [9]. Otóż fakt, że pan Winston Churchill to polityk dziedziczny, członek jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów Anglii, to po prostu fakt, który może się nam podobać bądź nie podobać. Możemy uważać, że jest dzięki temu urodzonym przywódcą albo zepsutym i leniwym pozerem. Ale to fakt; taki sam, jak to, że na wieży katedry św. Pawła stoi krzyż. I tego właśnie faktu okazał się nasz poczciwy, wiejski duszpasterz zupełnie i dziwnie nieświadom. Oto właśnie owa niebywała ignorancja i łatwowierność, o której mówię, że ujawnia się przy okazji wyborów powszechnych.
Kiedy indziej zgoła pewna szlachetna dama, gdy powiedziałem jej, że jestem liberałem, zupełnie poważnie zapytała mnie, czy naprawdę uważam, że lepiej by było, gdyby Anglią rządzili Niemcy. Sądząc, że to dobra polityczna satyra, odpowiedziałem w podobnym tonie. Powiedziałem jej, że przecież już i tak w znacznej mierze rządzą nami Niemcy – i czasami dostają za to tytuły szlacheckie. Jej riposta omal nie zwaliła mnie z nóg. Bo okazało się, że w przekonaniu mojej zacnej interlokutorki pan premier Asqhuit [10] naprawdę i dosłownie miał pewnego dnia domagać się, aby Kaiser został królem Anglii! Uważała, że to jego oficjalny postulat. Miała jednak pewne wątpliwości, czy aby nie trochę ryzykowny. Powtarzam: ponownie odkrywamy dla ludzkości krainę elfów.
Bardziej interesująca jest jednak druga cecha tej społecznej ignorancji. To, mianowicie, że nie przejawiają jej wyłącznie, nawet nie przede wszystkim, klasy biedniejsze. Przeciwnie: jeżeli się pojawia, to raczej u wykształconych. Częściej spotka się ją u księży, niż u krętaczy. U dam, niż u sprzątaczek. Trudno byłoby znaleźć w Londynie (a przynajmniej w okolicach Westminsteru) dorożkarza, który nie wiedziałby, że Winston Churchill jest arystokratą; gdybyśmy zapytali jednak duszpasterzy służących przy katedrze – strzelam, że z pięciu nie miałoby tej świadomości. I gdybym naprawdę chciał komuś wmówić, że jestem zwolennikiem aneksji Anglii przez Niemcy, najłatwiejszym celem byłyby tu wyfiokowane szlachcianki ze zubożałych rodów. Drobni arystokraci popierają protekcjonizm – w praktyce chodzi częściej o swoisty protekcjonizm intelektualny, którego muru nic nie przebije. Przede wszystkim jednak klasy wykształcone cechuje coś, co nazwać moglibyśmy ignorancją akcydentalną: londyńczycy nie wiedzą nic o angielskiej wsi, mieszkańcy wsi – o rozwoju miejskim, szeregowi politycy o tym, co się pisze w opozycyjnych gazetach, a twardogłowi księża o dogmatach innych religii. I wszystko to razem zlewa się w jedną oceaniczną masę nieporozumienia, w której dziennikarz może pływać całymi dniami.
Prawda jest bowiem taka, że nie ma czegoś takiego, jak klasy wykształcone; z tego prostego powodu, że nie ma czegoś takiego, jak edukacja. Są tylko różne rodzaje edukacji, a więc i różne typy, a właściwie style, ludzi wykształconych. Ktoś może dawać wykłady przed Królewskim Towarzystwem Jeździeckim i nie mieć pojęcia o tym, jak obstawiać na wyścigach – ba!, może przeprowadzać na koniach sekcje zwłok i kompletnie nie umieć na nich jeździć. Młody polityk może znać się bardzo na ekonomii, ale nie na gospodarce. I błędy popełnianie przez biskupów, bankierów czy biologów świadczą o ignorancji nie mniej, niż to, że dziecku mylą się litery alfabetu, a Indianin nie zna współczesnej astronomii. Każdy z nas jest ignorantem w jakiejś dziedzinie życia; większość z nas w większości z nich. Różnica między pychą a pokorą leży wyłącznie w świadomości – świadomości istnienia owych setek zawodów, w których by nam nie wyszło, tych setek egzaminów, których byśmy nie zdali. Nie mam nic przeciwko, aby taki hipotetyczny pan Roberts wiedział, że jest świetnym bilardzistą, a nawet zadzierał nosa aż do gwiazd na tę okoliczność. Chciałbym tylko, aby pamiętał przy tym, a raczej powtarzał sobie co dzień, jak litanię, że byłby także prawdopodobnie najgorszym puzonistą na świecie, słabym krawcem, trzeciorzędnym inżynierem okrętowym, nędznym mimem, rozczarowującym linoskoczkiem, podprzeciętnym komentatorem klasyki łacińskiej, no i, rzecz jasna, że nie najlepiej radziłby sobie na turnieju rycerskim. Być może trudno byłoby utrzymywać wszystkie te obrazy naszych potencjalnych niepowodzeń i klęsk przed oczyma wyobraźni przez dwadzieścia cztery godziny. Ale podobnie gigantyczna pokora ducha na pewno jest warta zachodu.
Jednym ze sposobów ułatwienia sobie tego zadania byłoby wprowadzenie do prawa angielskiego pojęcia stopnia ignorancji, podobnie jak teraz mamy stopnie wykształcenia. Moglibyśmy dostawać za to dyplomy. Na przykład, ktoś dostawałby piękny certyfikat potwierdzający, że na taki a taki temat nie wie zupełnie nic. „Dr. nauk humanistycznych” mógłby oznaczać nie doktora, a dramat nauk humanistycznych. „Lic.” – nie licencjat, a „licentia poetica” w jakiejś dziedzinie. Byłoby to dla nas wszystkich świeże i słodkie doświadczenie, gdybyśmy zaczęli umieszczać na naszych wizytówkach czy dokumentach oficjalne informacje na temat tego, na czym się najbardziej nie znamy. Ja musiałbym dopisywać przed swoim imieniem tak wiele liter, że mogłoby to okazać się trochę niepraktyczne.
Gilbert Keith Chesterton
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 5 lutego 1910 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od tłumacza.
Przypisy tłumacza:
1. Ernst Heinrich Haeckel (1934–1919) – biolog niemiecki, próbujący transponować teorię ewolucji Darwina na grunt stricte filozoficzny.
2. Sir Alfred Milner (1854–1925) – brytyjski polityk, gubernator Transwalu i komisarz Afryki Południowej podczas II wojny burskiej.
3. Niestety, bez dostępu do archiwów nie sposób ustalić, do jakiego artykułu prasowego Chesterton się odnosi.
4. Lloyd George (1858–1945) – angielski polityk liberalny i ostatni premier Wielkiej Brytanii (w latach 1916–1922) z ramienia Partii Liberalnej.
5. Reginald McKenna (1863–1943) – angielski polityk liberalny, pełniący różne funkcje w różnych rządach Wielkiej Brytanii.
6. Ulica jednej z najbiedniejszych dzielnic w Londynie, słynna z tego, że mieszkało i pracowało tam wielu początkujących literatów aspirujących do normalnego życia.
7. Lord Randolph Churchill (1849–1895) – angielski polityk konserwatywny, zwolennik tzw. demokracji torysowskiej, ruchu politycznego w łonie Partii Konserwatywnej, głoszącego konieczność poparcia przez torysów demokratycznych reform w kraju i działania na rzecz tzw. mas. Ojciec Winstona.
8. Will Crooks (1852–1921) – angielski działacz związkowy, bardzo zasłużony dla sprawy robotniczej, członek Towarzystwa Fabiańskiego.
9. Sir William Crookes (1832–1919) – renomowany angielski fizyk i chemik, słynny z uznania realności zjawisk paranormalnych.
10. Herbert Asquith (1852-1928) – angielski polityk liberalny, premier Anglii w latach 1908–1916, słynny z rozległych reform (m.in. reformy ubezpieczeniowej).
przez redakcja | środa 25 sierpnia 2021 | klasyka, opinie
Wszyscy martwili się szczodrze, tylko Kalabus bez nogi wcale się nie martwił.
– Jeszcze nigdy nie było, żeby jakosi nie było! – mawiał z namaszczeniem, a górnicy słuchali go z szacunkiem, ponieważ nie miał nogi.
Kopalnia wyludniła się już dawno. Kilka miesięcy temu, jak ostatni wagonik węgla wydobyto ze szybu. Odtąd maszyny spoczywały, rozwalone niedbale na lśniącej, kamiennej posadzce. Szmatłał się koło nich krzywy Ciuszek, wycierał zwitkiem konopi, smarował i nie dozwalał rdzewieć. Raz w tygodniu tylko nastawało w hali maszynowej wielkie święto, a w kotłowni czynił srogi hałas łysy Kuboszek. Siedem kotłów stało bezczynnie, pod ósmym od wczesnego rana palił i doglądał, czy manometr się rusza. A gdy się ruszał, gdy wskazówka opadła na czerwoną kresę, a z kotłowego cylindra zaczynała bzykać para, otwierał wentyl z paradą na wyświechtanym wysokim krześle, ujmował poziome lśniące koło jak szofer kierownicę i czekał. A gdy mu nad głową zajazgotał dzwonek, jął powoli kręcić kołem, a wtedy maszyna budziła się.
Do kopalni zjeżdżali dozorcy ze sztygarami. Wędrowali przez kilka godzin po dudniących gankach, zaglądali do wszystkich przodków, oświecali stropy, patrzyli na stemple, włazili na czworakach do zawalisk, podziwiali spustoszenie, łypali niespokojnie po ścianach, a potem z ulgą wracali pod szyb i pospólnie wyjeżdżali na powierzchnię. Następnie w kancelarii pisali sążniste raporty, radując się poniewoli, że pan zawiadowca będzie się drapał po głowie, ze będzie wędrował od okna do okna, przeżuwał jakieś niemieckie przekleństwa i martwił się jeszcze szczodrzej, aniżeli górnicy.
Przed bramą czekali górnicy.
– Jak tam, panie sztygar, z moim pokładem? – pytali.
– Już jest po nim. Zaciśnięty, żeby nawet mysz nie wlazła.
– A w pokładzie Hildy?
– Ho, ho!… Po pas wody!
– Pierona jasnego!
– Tak!… Do pasa, a nawet może wyżej!…
– A co na pochylni pod trzecim zjazdem?
– Nic. Stoi, jeny stemple obrosły grzybami!…
– A kiedy się toto skończy?
Popatrzył się sztygar z politowaniem, wstrząsnął ramionami, splunął niechętnie i prychnął krótkim śmiechem.
– To się zapytej, pieronie głupi, swojej baby!… – i odchodził statecznie, przekonany, że dobrze powiedział. Bo skąd on może wiedzieć, kiedy skończy się bezrobocie?… Głupie pytanie!…
Kalabus bez nogi pytał się sztygarów, co tam się dzieje w kopalni, chociaż od roku przeszło pracował już na powierzchni w markowni. A kiedy kamraci martwili się, że kopalnia niszczeje, on się wcale nie martwił. Nawet się radował.
– A niech bestię zawali!… – i stukał drewnianym kikutem o kamienistą drogę.
Wtedy wszyscy patrzyli na nogę jego i uznawali, że Kalabus ma słuszność.
Spod pomiętej nogawki wysterkał drążek, okuty niezdarnie na końcu, czarny i ogryziony. Ponad kolanem zaś nogawka wydymała się nieznacznie. Każdy wiedział, że tam kończy się drewniany kikut, a rozpoczyna prawdziwa noga.
– Kalabusie, a jak to było z ty waszą nogą? – pytali kamraci.
– Dyć wiecie.
– No wiemy, ale ten tu oto nie wie! – i wskazywali na kogoś, który istotnie nie znał tej historii.
– A na śliwkę dosz?
– Dóm!
– No, to dowej! – i wyciągał łakome paluchy po pęcherz z tytoniem. Nabierał spory zwitek, utoczył w gałkę i wsuwał do ust. Potem miesił go ze smakiem, spluwał gęsto żółtą, cuchnącą śliną i opowiadał. A tamci czekali na samo zakończenie, gdyż to było najciekawsze i najbardziej śmieszne.
– …i dobrze. Zdawało się, że już szlus ze mną. Noga leży pod kamieniem, a kamień taki wielki jak sto diabłów. Kamraci się mordują, a kamień ani rusz. A pan inżynier powiada, że źle. Ale potem przylecioł ten chudy Wytrzens i mówi, że mo radę. Tóż mów, pieronie!… – powiada pan inżynier. I co zrobiła ta bestia?… Wziął taki flaszencug… pan inżynier to nazywoł jakimi wielokrążkiem… No dyć wiecie, co się podnosi ciężary, albo wagon, albo co!…
– Wiemy, wiemy.
– … no, tóż!… I dobrze. Ten wielokrążek uwiązali do stempla, łańcuch przeciągnęli do nogi…
– A czemu nie rozsadzili kamienia dynamitem?…
– Głupie jak cap. Jakby odstrzelili, toby mnie zabiło, ni?… Tóż jako powiadom!… Tą nogę przywiązali do łańcucha, a potem zaczęli tym wielokrążkiem toczyć. Ciągną, ciągną… To wrzeszczę jak dziki osieł!… Ale potem mnie zamroczyło… A kiedy mnie w szpitolu wskrzesili, już było po nodze!… Urwali mi ją powyżej kolana jakby była z ciasta ulepiono!
– A co potem?…
– Potem przychodzi ten chudy pieron Wytrzens i pyto się, jak się mom. A jo nic, jeny mówię: Schyl się, pieronie, to ci powiem!… – On się schylił, a jo go pras w pysk!… – Tu masz, pieronie morski, za tę moją nogę, coś mi ją urwoł…
– Nie mówcie!… Tak zrobiliście?
– Jako prawiem! Takżech zrobił!… A Wytrzens się dziwo jak głupi, a jo po drugi roz pras go w pysk!… A mosz pieronie morski za moją nogę!…
Górnicy zanosili się śmiechem, bo ich to ogromnie bawiło, że Kalabus w taki sposób odwdzięczył się Wytrzensowi za wyratowanie go z opresji.
Wypadek ów przez długi czas był głośny na kopalni. Wszyscy górnicy omawiali go żywo, a każdy się dziwił niezwykłemu pomysłowi Wytrzensa. Ci, co byli obecni przy ratowaniu Kalabusa, wyjaśniali, że istotnie nie było innego wyjścia. Były tylko raczej dwa wyjścia. Albo otruć Kalalmsa, stękającego na spongu w okrwawionym pyle, z prawą nogą przywaloną olbrzymim blokiem piaskowca, albo też nogę mu urwać.
– To mógł to przecież lekarz uczynić! – mówili ci, co nigdy nie byli w kopalni.
– Głupiś – tłumaczyli górnicy. – Jak tu ściągać lekarza do kopalni, kiedy daleko od szybu, człowiek już ledwie zipie, krew odchodzi, a na głowy posypuje się miał z oberwanego stropu. Tylko czekać, a zawali się do reszty i biedoka przysypie i życie wydusi. I tak groziło niebezpieczeństwo tym, co go ratowali…
– A Kalabus wcale nie wrzeszczoł – wyjaśniali drudzy – bo gdy nim prasło o spong, a nogę przygniotło, to już był bezprzytomny. Stękoł jeny jak krowa przy ocieleniu!…
Tamci kiwali głowami w niedowierzaniu, górnicy zaś triumfowali w duchu, że z nich tacy ludzie.
Od tego czasu minął rok przeszło, a Kalabus nie mógł przebaczyć Wytrzensowi urwanej nogi. I chociaż mu drudzy tłumaczyli, że gdyby nie Wytrzens, to nie wyszedłby z życiem spod kamienia, wciąż żywił zemstę w swoim chropowatym sercu.
– Nie podaruję pieronowi – mawiał zajadle. – Nie podaruję tego ani za diabła!…
Poza tym żywił nienawiść do kopalni. Teraz radował się, że wskutek bezrobocia zarywają się stropy na chodnikach, że stemple kładą się pokotem miażdżone ciężarem obwału, że woda zalewa niższe pokłady i że jeżeli tak jeszcze poczekać z rok – kopalnia „zdechnie”, jak mawiał.
Po wyleczeniu przydzielony został do markowni na powierzchni, gdzie odbierał i wydawał znaczki górnikom. A kiedy wszyscy górnicy zjechali już do kopalni, zdawał raport sztygarowi.
– Numer 87 pijany, na szychtę nic przyszoł!… Numer 112 noga złomano… Numer 378 baba jego porodziła dziecko, musioł doma zostać!… Numer 35 zaś strzelił szychtę!… Ani na słoną wodę nie zarobi pieron!. A numer 521, panie sztygar, to kocynder!… Polazł kańsi ku dziousze, dzioucha mu nogi przyległa i na szychtę nie przyszoł!… Numer 201 wczoraj zabity w 3 poziomie!…
Wyliczał po kolei każdy numer znaczka, co w osamotnieniu błyszczał na czarnym haku na ogromnej czarnej tablicy, sztygar zaś zapisywał nazwiska ich właścicieli w umorusanej księdze.
Kalabus nie pominął żadnej sposobności, żeby dokuczyć Wytrzensowi. Kiedy go dojrzał kroczącego z lampą do okienka markowni, wszyscy górnicy, co opodal się znajdowali, czekali na wynik. Kalabus zawsze coś takiego zmajstrował, że można było się uśmiać do woli. Raz podał mu jego znaczek posmarowany od dołu ludzkim łajnem, drugi raz zanurzył go w przygotowanym kwasie siarkowym, innym razem znów rozpalił go w płomieniu lampy, a kiedy Wytrzens wyciągnął łapę, Kalabus zdejmował drutem znaczek i rzucał mu go na środek dłoni, Wytrzens wtedy sypał pieronami, wydziwiał ogromnie, nóg połamanie obiecywał, a Kalabus rechotał ubawiony i stukał hakiem po drewnianej nodze.
– To za moją nogę, fideuszu zatracony!… – wołał za nim. – To za moją nogę!…
Potem nastało bezrobocie i Kalabus już nie miał sposobności, żeby Wytrzensowi dokuczyć.
– Ho, ho… – mawiał w gospodzie między kamratami. – To nic!… On jeszcze mnie kiedyś popamięto!…
Górnicy zastanawiali się, co by Kalabus mógł uczynić złego Wytrzensowi. Znali wszyscy Kalabusa i wiedzieli, że niezdolny do takiej zemsty, która by przerażenie budziła.
– Nie zabije go – pocieszali się – no, bo nie zabije. Za dobry z niego człowiek. Nabić mu także nic może, bo nie da rady z drewnianą nogą. Chyba okna mu może wytłuc kamieniami lub psa otruć. Lecz i to nie, bo Kalabus mo dobre serce…
Potem górnicy zaczęli grzebać w ziemi za węglem.
Poza kopalnią, na bezpańskiemu wydmuchowisku, tuż obok hałdy kopali biedaszyby. Ogromny obszar nieużytków, rozorany wędolcami i zapadliskami, wypełniony miejscami gnijącej wody, w której dzieci się taplały i zdechłe psy gniły, gdzie nawet mizerna trawa nie chciała uróść, a chłopcy prowadzili tam srogie batalie, rozbijając sobie głowy kamieniami i czyniąc piekielny wrzask, ogromne to wydmuchowisko bezpańskie zaludniło się czarnym mrowiem ludzkim. Górnicy kopali głębokie studnie, stawiali nad nimi proste kozły zbite z desek, na kozłach umieszczali kołowroty, na kołowroty nawijali liny, a na linach zawieszali stare kubły i spuszczali je do biedaszybów. Na dnie mozolili się wytrawni, starzy kopacze. Kuli ganki w odkrytym pokładzie węgla, podcinali ściany, zbijali klinami, urobek wsypywali w kubły, a kubły wędrowały wąską gardzielą studni, wynurzały się na powierzchnię i radowały ludzkie oczy nadzieją uciszenia parszywego głodu. Tamci zaś pod ziemią podbijali strop nielicznymi stemplami, dyszeli utrudzeni w słodkawym zaduchu, pocili się nadzy do pasa, a co raz spoglądali na strop, czy się nie rysuje, czy nie leci na głowy. Strop zaś błyszczał w rudym świetle karbidówek jakby powleczony czarnym szkliwem, i pękał nieznacznie.
Potem pojawił się dwutlenek węgla. Dwóch górników wydobyto bez życia z podziemia. Wówczas przy wejściach do biedaszybów pojawiły się wymyślne wentylatorki, zmajstrowane z dużych puszek po śledziach, toczone nogą lub ręką, warczały śmiesznymi skrzydłami blaszanymi, a starymi, zardzewiałymi rurami wsączał się do kopaleńki słaby wicherek, sycił zmęczone płuca zapachem powietrza i rozrzedzał dwutlenek węgla.
Kalabus także miał swój biedaszyb. Nazwał go szumnie: Prezydent, i pospólnie z trzema kamratami wydobywał węgiel. Dwaj z nich ślęczeli pod ziemią, on zaś z młodym Wawrzyczkiem kręcił kołowrotem. Najczęściej czynił to jednak sam, bo Wawrzyczek musiał „robić wiater na wentyla to roku”. Zapierał się więc drewnianą nogą w ziemię, zapierał ramionami w rękojeść kołowrotu i toczył ciężko.
Po węgiel przyjeżdżali chłopi, kupowali go za bezcen, a Kalabus poklinał ciężko i zżymał, że mało zarabia.
Potem jednak zdarzało się, raz i drugi, że zamiast węgla wydobywano z biedaszybu ludzkie zwłoki. Jedne strute brakiem tlenu, inne znowu ukrwawione i dyszące resztką wyciekającego życia, inne zaś zniekształcone i zmiażdżone. Często zdarzało się takie żniwo. Równocześnie zarządy kopalń jęły czynić starania, by władze zlikwidowały biedaszyby.
– Konkurencję, nam czynią!.. – skandali panowie z dyrekcji kopalni.
– Za dużo śmiertelnych wypadków! – wołała prasa.
Przyszła policja, przyszli z nią sztygarzy z ładunkami dynamitowymi i biedaszyby zostały zniszczone. Wsadzono po jednym ładunku do ziemi na każdym rogu szybika, zapalono lont i uchodzono. Lont jarzył się rudym płomieniem, pełzał po ziemi, sypał ciemnymi iskrami, a potem znienacka wybuchała pod niebo ciężka chmura czarnej ziemi.
Po kilku dniach na bezpańskim wydmuchowisku szczerzyły się ogromne wyrwy, większe zapadliska i jeszcze głębsze wądolce.
Opodal zaś stali górnicy, zaciskali pięści i ciężko pieronowali.
U Kalabusa nastał głód. Parszywy, po trzykroć przeklęty głód. Kalabuska beczała i głośno wyrzekała na swoją dolę, Kalabus teraz dopiero zaczął się martwić, a dwunastoletni synek hasał po wędolcach i rozbijał głowy kamratom, a oni zaś jemu, co miało oznaczać wojnę między Niemcami a Polakami.
– Wiesz staro, co? – rzekł pewnego razu, kiedy już naprawdę nie było co do ust włożyć.
– Co?… – zachlipała przez łzy Kalabuska.
– Pójdę po fechie! Mom nogę drzewnianą, to mi ludzie prędzej daję jakiś grosz! Ni?…
I poszedł.
Kusztykował powoli po wsiach, zaglądał do chałup, dopraszał się chleba, kilku groszy, a wieczorami noclegu. Z początku nie mógł się zżyć z nowym zawodem. Wchodził więc nieśmiało do chałup, pukał również nieśmiało, a gdy mu ktoś otworzył drzwi, mamrotał swoją prośbę i stukał drewnianą nogą o posadzkę w sieni. Potem jednak nabrał już wprawy. Umiał odgadnąć za pierwszym spojrzeniem, czy go odprawią z niczym, czy też obdarzą kilku groszami. Gryzło go to jednak, że zeszedł na dziady.
– Pierona! – mruczał do siebie, kiedy wygrzewał się pod drogą i zliczał miedziaki. – To jo stary górnik, a teraz muszę klamki czyścić!… Szpetny koniec człowieku pisany!…
Ulżyło mu dopiero wtedy, kiedy przybłąkał się do samotnej chałupy pod lasem i poprosił o nocleg. Gospodarz nie chciał go przyjąć, lecz w końcu zmiękł na sercu i wezwał do izby.
– Nie chciołech was przyjąć, bo u mnie w stodole leży już jeden… – tłumaczył się.
– Co za jeden?…
– A diabli go tam wiedzą!… Stary dziod jakiś!… Przyszoł z kataryną, legnął mi pod stodołę i uświerknął. Była komisja, powiedzieli że kaput!… Kozali mi go do stodoły włożyć, a jutro po niego przyjadą z Katowic.
– A katarynka?…
– A jest tam w stodole przy nim!…
– To se ją wezmę!…
– A biercie!…
Nazajutrz poszedł do stodoły, zmówił pacierz nad zwłokami, podniósł starą suknię, którą był nieboszczyk nakryty, westchnął! żałośnie, potem wziął na plecy katarynkę i poszedł. Po drodze spotkał karetkę jadącą po umarłego dziada.
Odtąd już nie miał wyrzutów sumienia. Stawał przed upatrzonym domem i grał. Katarynka była dychawiczna i nie grała żadnych pobożnych kawałków, żadnych pieśni kościelnych, tylko jakieś cudaczne melodie, które słyszał kiedyś z okna pana inżyniera, kiedy stał na drodze, a w oknie siedziała córka pana inżyniera i kręciła małą korbką u gramofonu. Nuciła przy tym coś o jakiejś tęsknocie, o bubliczkach, o Rebece i o tym, że się boi sama spać.
Baby wtedy załamywały dłonie i długo obiecywały jej wieczne potępienie, a chłopcy gromadzili się pod oknami i nucili tamte piosenki. A potem je świstali.
Melodie te, wygrywane bez ustanku na katarynce, podobały się Kalabusowi. Były jakieś smętne, a jednak taneczne, tak bardzo taneczne, że podczas grania kiwał w takt głową i kołysał się miarowo w biodrach i na drewnianej nodze. Koło niego zaś tłoczyła się zawsze ogromna gromada dzieci, dziewczyny wychodziły z domów i wynosiły mu chleb smarowany masłem lub zgoła kęs kiełbasy i kilka groszy, co starsi strzygli zaś oczyma po dziewczynach, opierali się niedbale o płoty, kołysali również głowami i świstali do wtóru.
Po tygodniu wrócił do domu. Przyniósł kilkanaście złotych, spory kęs słoniny, wieniec kiełbasy i flachę gorzałki.
Zeszli się górnicy, wszyscy ogromnie zdziwieni, że Kalabus przyszedł z katarynką. Na podorędziu mieli słowa najeżone pieronami, słowa gorzkie i pełne wymyślania na głód i bezrobocie, chcieli pomstować przed nim na psie życie, ale Kalabus nie słuchał. Nie chciał zresztą słuchać, bo wiele widział i wiele słyszał podczas swojej niedługiej wędrówki.
Ustawił więc na koźle katarynkę i zaczął grać. Umilkli górnicy, zaczęli słuchać. Potem przybiegły dzieci, a za dziećmi przyczłapały baby, chude i biedą zgryzione, za babami dziewczyny i chłopcy. Otoczyli Kalabusa wielkim kołem i słuchali. A Kalabus stukał drewnianą nogą do taktu, uśmiechał się do wszystkich i kiwał głową.
Katarynka piszczała i łapała oddech jak człowiek krztuszący się pyłem węglowym, a spoza czerwonych firaneczek, naciągniętych na przedniej ściance, kuśtykała cudaczna melodia i pozwalała ludziom zapominać o wszystkim, co serce toczy. Zapalały się przygaszone oczy, podnosiły skołatane głowy, przed człowiekiem otwierał się jakoby daleki świat, gdzie nie ma bezrobocia i gdzie nie ma głodu.
Starsi przypominali sobie dawne lata, kobiety wzdychały, bo widziały się w jakąś noc wiosenną, młode i ponętne, o pełnych piersiach i gorącej krwi, lezące na sianie, w słodkim omdleniu grzebiące palcami we włosach na pacholęcej głowie. Dziewczyny przeciągały się leniwie a nieznacznie, i spod oka patrzyły na chłopców i taksowały ich ramiona i barki. Chłopcy zaś patrzyli na dziewczyny, uśmiechali się i również się przeciągali.
Potem Kalabus poszedł ma drugi koniec osady górniczej.
– A co słychać z Wytrzensem? – zupytał kamrata, co go odprowadzał, a z którym kiedyś w jednym filarze pracował.
– Hm… Wytrzens… Czy nie wiecie?…
– Ni…
– Hm… Wytrzens niezadługo pojedzie!
Przystanął Kalabus, spojrzał na kamrata.
– To za moją nogę urwaną – mruknął…
– Ech, nie plećcie, ni!…
Uszli kęs drogi w milczeniu. Kalabus myślał o Wytrzensie, co niezadługo pojedzie. Nie wiedział teraz, czy się radować, czy go żałować. Nogi szkoda, ale Wytrzensa też szkoda! Jego niechęć do niego stawała się podobna do zakurzonego szkła, które słońce podświeca. A może to nie była niechęć?… Żal tylko, że…
Zamyślił się Kalabus, bo nie mógł znaleźć odpowiedzi, jaki to był żal.
– To mówicie, Kopoczku, że Wytrzens pojedzie?…
– Yhy!…
– A cóż mu tak dojęło?
– Suchoty! – mówił dochtór, że jakieś galopujące suchoty!…
– A z czego?
– Z głodu… Przeziębił się, gdy z biedaszybu wyjechoł spocony na wierzch… Było to jakosi zaroz z początku, jakżeśmy je zaczęli kopać!… Było jeszcze zimno. Wyjechoł spocony, bez koszuli… No, taki błozen!… No i pojedzie!
Kalabus już nie czuł niechęci do Wytrzensa.
Kalabus nie czuje już nawet żalu do Wytrzensa.
– To jest prowda!… – mruczy. – Gdyby nie Wytrzens, nie byłoby mnie na świecie!…
Pożegnał się z kamratem na rozstajnej drodze i zawrócił w kierunku Wytrzensowego domu.
Przed sienią ujrzał Wytrzenskę. Pod słoneczną ścianą leżały oparte części łóżka. Wytrzenska lała wrzącą wodę w ich szpary i szczeliny.
– Dzień dobry, Wytrzensko!… Jak się mocie? – zapytał.
Chuda Wytrzenska wytarła nos do fartucha, westchnęła żałośnie:
– Jak groch przy drodze…
– A co robicie?
– Pluskwy parzę, bo bestie chcą mi chłopa zeżreć.
Stanął obok niej i przypatrywał się, jak cienką trzaskę wpychała w szczeliny łóżka. Ze szczelin wyłaziły grube, opasłe, rude pluskwy. Wówczas Wytrzenska porywała garnek z wodą i chlusnęła na nie. Woda była wrząca, więc pluskwy spadały na ziemię bez życia. Dwie kury zbierały je łakomie i połykały ze smakiem.
– A co stary?
– Podziwejcie się na niego!…
Wszedł do izby i znowu wyczuł, że nie ma już u niego ani niechęci, ani żalu do Wytrzensa. Bo oto leży na wznak w łóżku i dyszy. Twarz ma żółtą, zapadłą, oczy płonące i głębokie. Tli się w nich resztka życia.
– Jak się mocie, Wytrzensie?…
Wytrzens odwrócił z wysiłkiem głowę i zakrztusił się kaszlem. Wypluł czarną grudkę krwi, a potem legł z powrotem i patrzał na powałę.
– Już pójdziecie?
Wytrzens kiwnął głową, że pójdzie.
– No, nie starejcie się. Każdy tam pójdzie. Jo też!…
Wytrzens podniósł nieznacznie dłoń i opuścił ją ciężko. Kalabus zrozumiał, że Wytrzens lekceważy sobie jego pociechę.
– Chcecie gorzoły?
Wytrzens potrząsnął głową, że nie chce.
– A pamiętocie?… Nogi mi urwaliście! Oto tą!… – i wysunął swój drewniany kikut.
Spojrzał Wytrzens na Kalabusową drewnianą nogę i nic nie powiedział. Kalabus zaś postawił swoją katarynkę na koźle, nastawił mechanizm na najpiękniejszą melodię.
– Chcecie to wóm zagrom…
Wytrzens skinął z wysiłkiem głową.
Uradował się Kalabus, bo zdawało mu się, że jeżeli zagra mu przed śmiercią na katarynce, to dusza jego nie będzie się męczyła w piekle ani w czyśćcu, lecz pójdzie prosto do nieba. Jakby po równym przekopie pod szyb. Nawet bez lampy można trafić. A potem stanie pod szybem, spojrzy w górę, stanie w windzie i fiu pod górę. Jak prawdziwy górnik, wracający ze szychty na powierzchnię. A na powierzchni świeci słońce!…
Kalabus uśmiechnął się do tych myśli, rad bardzo, że je tak składnie ułożył. Potem stanął za katarynką, oparł się lewym łokciem o jej wierzch, prawą rękę ujął za korbę.
– Tóż posłuchajcie, Wytrzensie!… Bydzie piekno muzyka!… A wom bydzie się lepiej umierało!…
I zaczął grać. Katarynka najpierw skrzypnęła przeciągle, potem zadyszała piskliwie, a następnie już potoczyła się na izbę posuwista, rytmiczna, tęskna melodia tanga. Tańczyła po izbie, posuwała się lekko i jakby na palcach, miękka i pieszczotliwa, wypełniała zaduch pokoju jakby zapachem nieznanych kwiatów, czasem zaskrzypiała zepsutym mechanizmem, czasem sapnęła ciężko, potem znów płynęła jednostajnie, cicho, usypiająco.
Wytrzens słuchał. Łypał najpierw powiekami, wykręcił głowę na poduszce, żeby lepiej słyszeć patrząc na katarynkę, a następnie jął szybko oddychać. Jakby się mocował z jakimś ciężarem. Suche, wychudłe palce splotły się, potem opadły wyczerpane na kołdrę.
Kalabus zaś grał. Zasłuchany w znajomą sobie melodię, ulegał złudzeniu, że w tej chwili kroczy po tamtym przekopie w kopalni, o którym poprzednio myślał, że kołysze miarowo a posuwiście płomykiem lampy, cienie skaczą w półkroku, a za nim stąpa dusza Wytrzensa. Idzie zielonkawa po gębie, wycieńczona i chwiejąca się z wysiłku, jak górnik wyczerpany do ostatka, pod szyb wracający…
Skończył. Zaskrzeczała resztka melodii, urwała się i nastała cisza.
Kalabus spojrzał na Wytrzensa.
Wytrzens leży na wznak w łóżku, podobny już do trupa, dyszy ciężko, a powiekami przygniata powieki, mocno i z wysiłkiem, jakby dłonie zaciskał, w których zamknął umykające życie.
Gustaw Morcinek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w książce „Przedmieście”, Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Powyższy tekst publikujemy w 130. rocznicę urodzin Gustawa Morcinka.
W nagłówku tekstu wykorzystano obraz autorstwa Normana Cornisha, angielskiego artysty, który pracował jako górnik, a jako malarz i grafik portretował życie przedstawicieli tego zawodu oraz społeczności przykopalniane.
Gustaw Morcinek (1891-1963) – urodzony w robotniczej ubogiej rodzinie, rok po narodzinach syna zmarł jego ojciec, co skutkowało życiem rodziny w biedzie. Urodził i spędził dzieciństwo w hutniczo-górniczej Karwinie, dziś na terenie Czech, wówczas z ludnością większościowo polską. W wieku 16 lat rozpoczął pracę w kopalni. Gdy zauważono jego zdolności i chęć nauki, górnicy z zebranych składek opłacali wysłanie i utrzymanie go w Białej (dziś Bielsko-Biała), gdzie uczęszczał do seminarium nauczycielskiego. W czasie I wojny przymusowo wcielony do wojska austriackiego. Tuż po zakończeniu wojny brał udział w działaniach na rzecz przyłączenia Śląska Cieszyńskiego do Polski. Od roku 1919 do 1935 pracował jako nauczyciel w Skoczowie. Od początku lat 20. zajmował się aktywnością dziennikarską, publicystyczną i literacką. Szybko zyskał uznanie krytyków literackich i czytelników. W swoich tekstach łączył perspektywę patriotyczną z wyraźnym rysem prospołecznym i sympatyzowaniem z lewicą. Autor licznych powieści i opowiadań; w jego utworach z akcją dziejącą się w środowisku górniczo-hutniczym zagłębia karwińsko-ostrawskiego wielokrotnie pozytywnie portretował działaczy i aktywność polskiej lewicy niepodległościowej. Reprezentował poglądy antyniemieckie oraz krytykował zaborczość czeską wobec większościowo polskich terenów Śląska Cieszyńskiego. Oprócz literatury pięknej i publicystyki pisał także teksty historyczno-krajoznawcze, był zamiłowanym turystą pieszym i miłośnikiem krajobrazu Beskidzkiego. W czasie hitlerowskiej okupacji więziony w obozach koncentracyjnych, odmówił podpisania volkslisty.
przez redakcja | niedziela 15 sierpnia 2021 | klasyka, opinie
Przyjaciołom i towarzyszom z 201 pułku piechoty na pamiątkę dni sierpniowych 1920 r. ofiaruje
AUTOR
Nie spełnić obowiązku do końca, to tyle, co go wcale nie spełnić. Trwać i wytrwać – to zadanie godne człowieka i obywatela. Przemóc zmęczenie, wyczerpanie, zniechęcenie – iść do końca po kamienistej drodze, pomimo ran w nogach – to zadanie, godne wysiłku. Ktokolwiek ścigał się kiedy, bądź jako piechur, bądź na bicyklu, bądź na koniu, bądź w rzece, wie, jak w toku wyścigu przychodzą chwile, kiedy już się „nie chce” biec dalej, kiedy spływa na biegnącego zniechęcenie, drętwieją mu nogi, gaśnie żądza zwycięstwa… W takich chwilach współzawodnicy spadają z koni, łamią bicykle, mdleją w wodzie. Są to słabi ludzie, słabi – nie fizycznie, ale pod względem charakteru i nie powinni byli właściwie nigdy byli siadać na konia ani stawać w liczbie współzawodników. Wola ich była żadna. Nie mieli tej siły, która znamionuje pełnego i odpowiedzialnego człowieka: nie mieli charakteru.
Wielki patriota japoński, marszałek Nogi, zwycięzca carskich generałów i admirałów, uczył swoich żołnierzy, że w wielkiej bitwie ostatni o wszystkim decyduje kwadrans. Kto kogo przetrzyma o piętnaście minut! Kto potrafi dłużej nerwy swoje trzymać na uwięzi, kto nie podda się zmęczeniu, zniechęceniu, kto dłużej o chwilę tylko niż przeciwnik obroni siebie przed trującym gazem gnuśności – ten zwycięży!
Wielka to prawda i każdy z nas w zwykłem naszym życiu, pracą wypełnionym, sto razy ją stwierdzić miał sposobność.
Żołnierz bije się, aby zwyciężyć. Po to znosi wszystkie trudy, wszystką mękę, wszystkie znoje służby na froncie, wszystkie niebezpieczeństwa ataków i kontrataków. Chce zwyciężyć! Życie oddaje, aby bronić piędzi ziemi, na której się urodził, gdzie na cmentarzu rodzice jego spoczywają, gdzie rodzeństwo jego, albo i dzieci własne się chowają, gdzie żyje jego przyjaciel i towarzysz. Chce zwyciężyć! Takie jego prawo i taka wola. Wróg mu kraj najechał, pali wsie i miasta, uprowadza ludzi w niewolę, zabiera dobytek. Żołnierz wie, że czeka go nędza, głód, poniewierka. Wie, że czeka go nowa niewola. Pamięta dobrze tę niedawną, od której jęczał w więzieniach, w cytadelach, w katordze pod okiem carskich gubernatorów. Nazywano ich Skałłonami, Brusiłowami. Dziś znowu ci sami Brusiłow, Poliwanow zajmują ziemię, która już była od cara wyzwolona, pędzą przed siebie dobrze znanych od zarania dzieciństwa kozaków dońskich i kubańskich, niszczą i palą. Żołnierz słyszy, że wróg, dokąd przyjdzie, mężczyzn w wieku poborowym do wojska swego wciela, a kolejarzy w Białymstoku, w Brześciu, do brygad robotników zmilitaryzowanych wcielił i na koleje pognał syberyjskie.
Żołnierz myśli o jutrze. Nie chce niewoli. Brzydzi się niewolą. Chce być wolnym. Chce wolnym oddychać powietrzem. Chce być wolnego państwa wolnym obywatelem. Będzie pracował z całej siły nad zreformowaniem tego państwa. Zbierze siły, aby reformy w nim wprowadzić, aby rządy klasy wyzyskiwaczy ukrócić, aby paskarzom na wsi i w mieście rogi pousuwać, aby i tu do głosu dochodził ten, kto pracuje i ten tylko, kto pracuje. Ale te reformy, te wielkie przeobrażenia on tylko, polski robotnik, tu w Polsce zaprowadzić może. Tych reform nie zaprowadzi cudzoziemiec, nie zaprowadzi przy pomocy bagnetów zwycięzca na kozackim koniu.
Żołnierz tedy chce zwyciężyć i aby zwyciężyć, musi trwać, musi wytrwać.
W chwili zmęczenia odzywa się w nim głos, który mówi: „Dosyć już będzie, pojechali pokój robić. Są tam i moi towarzysze. Po co bić się? Po co dłużej się męczyć? Będzie pokój! Odetchniemy nareszcie po tylu latach wojny”. Żołnierz ciężko wzdycha, kładzie karabin, wypręża ramiona. Ale wnet odzywa się rozwaga. „Cóż, że pojechali? Mogą wrócić z niczym. Mogą nie przyjąć warunków, które wróg będzie chciał narzucić. A może to tylko podstęp wojenny ze strony wroga? A może ten wróg, który tyle razy oszukiwał, mówiąc o pokoju, wołając o rozejm, a może ten wróg i teraz i dzisiaj po to tylko zgodził się na propozycje nasze, żeby zyskać na czasie, żeby uśpić naszą czujność, żeby wykorzystać moją dobroduszność, moją dobrą wiarę i podejść nas z tyłu”.
Żołnierz słucha i zamyślił się.
Po chwili głos, zawsze żywy, nawet w zmęczonym człowieku ciągnie dalej: „Pokój pisać, to znaczy pisać umowę. Idziesz nająć mieszkanie. Ile razy zdarzy się, że już masz wynająć, gdy umowa nie dochodzi do skutku. Tu paskarz, gospodarzem zwany, powie ci nagle, że masz za dużo dzieci, albo dowiesz się, że woda nie dochodzi na twoje piętro. Umowa, co już miała być spisana, nie dochodzi do skutku… I wcale w tym twojej nie było winy. I znowu trzeba chodzić i szukać, rozpytywać się, a nieraz i zapłacić, aby mieszkanie wolne znaleźć i znowu zacząć się układać. Albo też i wrócić do dawnego gospodarza, wymóc naprawę podłogi, tapety w jednym pokoju, przyrzeczenia naprawy wodociągu… Wtedy pójdziemy znowu pisać kontrakt…”.
Tak mówi Rozwaga. Stara to przyjaciółka człowieka. Mówi przez nią mądrość pokoleń długich, nieskończonych, których żołnierz zmęczony jest dziedzicem, mówi też doświadczenie i obserwacja życia. Żołnierz zamyślił się i przypomniał sobie raz jeszcze wszystko, co wie, co słyszał o tych, z którymi walczyć o ziemię swoją musi.
Mija zmęczenie. Żołnierz rozumie, że od jego trwania i wytrwania zależy ten upragniony Pokój. Im więcej będzie trwał, im więcej wróg będzie z nim się musiał liczyć, tym warunki pokoju będą lepsze, tym pokój będzie trwalszy, tym zapłata za trudy, za znoje, za mękę, będzie poważniejsza. Inaczej będą o pokój pertraktowali ci, którzy się tam głowią nad tym, aby z honorem wojnę zakończyć i niepodległe istnienie nasze zawarować i umocnić, jeżeli czuć będą za sobą niezwalczoną wolę robotnika, który kości położy, a karabinu z dłoni nie wypuści. Ta świadomość, że robotnik stoi murem, doda im siły i otuchy. I wróg inaczej z nami będzie mówił, jeżeli poczuje, że mówi z nim Siła.
Żołnierz zapomina o zmęczeniu, odpędza od siebie precz Gnuśność, Zniechęcenie. Głęboko nabiera w piersi powietrza. Myśli o swoich, których w domu zostawił. Myśli o tym, co wczoraj w „Robotniku” czytał, o francuskim, o belgijskim towarzyszu broni, takim samym, jak on, robotniku.
Dziwna rzecz! Ten robotnik nienawidził wojny, zawsze przeciwko niej wojował, groził, że nie pójdzie na wojnę, że rzuci karabin, a gdy wróg mu kraj najechał i gdy mu broń w rękę dali, poszedł na front i walczył, i ginął w ciągu całych czterech lat. Tysiąc pięćset dni i nocy na froncie, w obozie i w polu! Tysiąc pięćset dni! Toć to szmat życia cały spędzony z dala od swoich, od miasta rodzinnego i wsi rodzinnej, od matki, od żony, od dziecka. Ile w tych długich miesiącach tygodni spędzonych na szpitalnym łożu! Ilu z kompanii padło, ilu pozostało!
Przecież i we francuskim i w belgijskim żołnierzu budził się głos nieraz na pewno, który mówił: „Dosyć, niech pokój piszą! Dosyć tej męki, tej poniewierki, tej nędzy, tych chorób, tych ran! Ja też żyć chcę. Co będzie, to będzie. Nie mogę dłużej!”.
A jednak ten żołnierz belgijski trwał i wytrwał do końca. Wróg mu kraj obrócił w perzynę. Zniszczył przemysł, zniszczył handel. Namawiał robotników, aby szukali pracy w Niemczech. Robotnik odmówił. Socjaliści niemieccy przyjeżdżali popierać te namowy. „Co was obchodzi – mówił w Domu Ludowym w Brukseli znany socjalista niemiecki, Herman Wendel, – niepodległość Belgii? Praca jest pracą. Robotnicy są braćmi. Pracę bierze się tam, gdzie się praca znajduje. Czy lepiej umrzeć z głodu, niż pracować w Hamburgu czy w Kolonii?”.
Robotnik odmówił. Wendel był w mundurze oficera niemieckiego, a ci, których zastał w Domu Ludowym, w sekretariacie Związków Zawodowych, wyprosili go za drzwi… Robotnik nie chciał pracy od Niemca. Nękał go głód, żył wyłącznie prawie z tego, co dawały komitety amerykańskie – a z kraju się nie ruszał. Niemiec pędził go do robót publicznych, porywał mu żony i córki, wywoził, katował, gwałcił – uparty Belg nie ustępował. Gdzie mógł, tam szkodził Niemcom. Urządzał zamachy. Roznosił po kraju listy i konspiracyjnie wydawane dzienniki antyniemieckie. Tracił [w rozumieniu: likwidował – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] szpiegów niemieckich, a sam tropił tajemnice i rządowi swemu przekazywał. Pod tym względem dokazywał cudów. Jego spryt, jego przenikliwość, jego odwaga budziły podziw wszystkich sztabów Ententy. Alianci wiedzieli wszystko, co się w Belgii dzieje, w całej Belgii, na całej przestrzeni zajętej przez wroga.
Od sierpnia 1914 aż po listopad 1918 roku, w ciągu tysiąca pięciuset z górą dni i nocy, stał w polu, leżał w okopie strzeleckim żołnierz francuski. Przetrzymał wszystko: nędzę i poniewierkę okupacji, mękę i niedolę okopu strzeleckiego, niebezpieczeństwo służby na froncie w ciągu długich czterech okresów zimowych. Przetrzymał i okupację północnych departamentów. Przetrzymał niedolę służby na froncie. Przetrzymał dwa blisko miliony strat w ludziach na froncie, milion zmarłych w szpitalach!
Cała Francja nosiła żałobę i wytrwała. Zapomniała o bólach, których serce matki przeboleć nie zdolne, w pracy. Te matki, te żony i siostry orały, siały, służyły na kolejach, dźwigały tłumoki, nosiły listy. Francja w ciągu tych czterech lat była tylko obozem, szpitalem, fabryką. W fabrykach broni pracowało trzysta tysięcy kobiet. Nie [da się] policzyć strat w ludziach, które ta ciężka, odpowiedzialna i niebezpieczna praca pochłonąć musiała.
Z frontu przychodził żołnierz i opowiadał, jak Niemiec zniszczył Francję, jak ją „zamordował” po prostu, jak obalił kominy fabryk w sześciu departamentach, jak miasta obrócił w perzynę, jak nie rozpoznasz w tych miastach ani ratusza, ani kościoła, ani rynku, ani ulicy. Jak trawa porosła ruiny, jak rozwalone, zdeptane, znieważone pociskami są nawet cmentarze. Jak pociski rozorały pola, wydobyły na wierzch podglebie, tu białe kredowe, ówdzie czerwone – w pasie glin urodzajnych. Jak sady wszędzie spiłowane, jak lasy w pół drzewa pościnane kulami armatnimi. Jak boleśnie razi oko widok lasu poranionego szrapnelami. Jak rzeki pod wpływem tych zmian, od pocisków tysiące razy powtarzanych, zmieniają koryta.
Wszystko to żołnierz widział. Zaciskał pięści i czekał. Zabijał w sobie tęsknotę do życia na wolności. Zabijał znużenie. Prowadzono go do ataku. Szedł posłusznie za oficerem, który mu drogę wskazywał, nie z tyłu, a przed nim. Ofensywy roku 1915, 1916, 1917 nie miały powodzenia. Przynosiły wielkie straty, nie posuwały sprawy naprzód.
Zniechęcenie mówiło w żołnierzu: „Dosyć, niech robią pokój! Nic z tego nie będzie!”. Znaleźli się i doradcy, dobrze schowani w bezpiecznych kancelariach na tyłach, którzy po cichu szeptali, jak gdyby wtórując znużeniu: „Trzeba pokój robić! Już robią pokój! Po co dłużej gnić błocie!”.
Żołnierz siedział wciąż w okopie. Brał cięgi od silniejszego wroga, zdarzało się, że brał i niewolnika. Od jeńców słyszał, że tam u wroga nie wszystko jak najlepiej stoi. Nędza, zmęczenie, amunicja na wyczerpaniu. Wróg udaje tylko, że zwycięża. Nadrabia miną.
Żołnierzowi francuskiemu i belgijskiemu w pomoc przyszli Amerykanie. Przywieźli pieniądze, armaty, przysłali milion żołnierza.
Ci, co chcieli za każdą cenę pokój zawierać, wołali: „Cóż nam po Amerykanach? Kiedyż z nich żołnierze będą! Lat na to trzeba. Francja trzy razy zginie, zanim pierwszy Amerykanin z amerykańskiej wystrzeli armaty!”.
Wróg rozumiał, że nie ma czasu zwlekać. Musi ostatni atak dopuścić, zanim żołnierz amerykański stanie w szeregu. Zebrał tedy wszystkie siły. Ściągnął z rosyjskiego frontu wszystkie swoje armie. Uderzył z całej siły. Zdawało się, że przychodził koniec Francji. Front angielski rozdarty. Front francuski rozdarty. W ciągu dwu miesięcy wróg posunął się tak daleko, jak nigdy od początku wojny nie był. Znowu setki tysięcy cywilnej ludności zapędzone na tyły niemieckie. Znowu wróg jest tuż u progu Paryża. Uciekają znowu tłumy paskarzy i nie paskarzy, armia zjadaczy chleba, co w herbie nosi zajęcze ucho.
A żołnierz, a robotnik paryski, ten rewolucjonista z powołania, ten wróg wojny z zawodu – siedzi wciąż w okopie! Nie ogląda się na pesymistów. Czyta wesołe gazety, które żołnierze wydają. Robi karykatury oficerów i generałów. Żartuje z oficerami, którzy mu odważnej dotrzymują kompanii. Wydrwiwa cywilów stroskanych, o długich nosach, o głowach zwieszonych, gdy na wypoczynek przychodził na tyły, cały w błocie, nie myty od tygodni, cały we wszach i od robactwa toczony. Cały świat nad nim łzy ronił. Gazeciarze dwu półkul świata podziwiali jego bohaterstwo, żałowali jego krwi, jego wysiłku. Mówili, że to bohaterstwo jest nadaremne, że Niemca żadna siła nie zmoże. Z wielkiej czułości serca płakali nad biedną Francją, której ostatnia przychodziła godzina.
Aż tu nagle świat dowiedział się, że się Niemiec cofa. Drgnął nad Marną, cofnął się o staję i znowu o staję i znowu o dziesięć kilometrów. Nie minęło dwa miesiące i Niemca już we Francji nie było. Prosił o pokój. Wnet o łaskę prosić był zmuszony.
To prosty żołnierz wygrał wielką wojnę na francuskim froncie. Na nic byłyby talenty wodzów, wielka nauka generałów, rozum polityków, gdyby ten prosty żołnierz nie był tej wojny wytrzymał. Gdyby ulegając zniechęceniu, zmęczeniu, wyczerpaniu fizycznemu i moralnemu, nie był usiedział w okopie. Czynił Niemiec wszystko, co mógł, aby żołnierza zniechęcić. Namawiał go do dezercji, nadsyłał agitatorów za pokojem, z aeroplanów sypał ulotki. Żołnierz nie dał się. Robotnik paryski poznał się na podstępnej grze nieprzyjaciela. Po tysiąc razy powtarzał sobie: trwać!
Trwać i wytrwać!
„Wojnę prowadzi się dla pokoju i pokój będzie zawarty, ale ja chcę takiego pokoju, który by zamykał ostatnią wojnę. Musimy wojnę skończyć tak, aby się nigdy więcej nie powtórzyła”.
Trwał tedy, aż przyszła chwila Pokoju, który był tryumfem.
Japończyk miał rację. Najczarniejsza noc bywa przed świtaniem! Wtedy przed samym końcem zwycięskim opanowuje żołnierza zmęczenie największe. Karabin nie chce strzelać. Wszyscy wkoło są zdenerwowani. Wtedy największa sztuka opanować siebie, odpędzić od siebie precz smutek i gnuśność i niewiarę. Stanąć mocno na posterunku, niesłabnącą ręką przyciskać karabin do ramienia i bronić ziemi rodzonej, ojczystej, domu, rodziny, a także ideałów Wolności i Równości i Braterstwa, za które się tyle lat przesiedziało w carskich więzieniach!
Żołnierz, co w okopie cierpi i ginie, za Wolność ginie. On, chłop i robotnik, jest gospodarzem tej ziemi, której broni. On ją urządzi. On jej reform przysporzy. On jej da szczęście i dobrobyt. On sam tylko, a nie bagnety cudzoziemców. Dziś robotnik broni nie tylko Ojczyzny, nie tylko prawa do Wolności, ale i prawa do Rewolucji Społecznej, która tylko jego rąk, jego mięśni, jego ofiary nieskończonej dziełem być może.
Stanisław Posner
Powyższy tekst to broszura wydana kilkakrotnie w czasie wojny polsko-bolszewickiej, w tym w sierpniu 1920 roku przez Komitet Robotniczy Obrony Warszawy, związany z Polską Partią Socjalistyczną. Była wydawana anonimowo. Rozpoczynająca ją dedykacja jest oczywiście sztafażem autora, mającym uwiarygodnić jej treść w oczach czytelników-żołnierzy; Posner faktycznie nie brał udziału w żadnych walkach ze względu na wiek i stan zdrowia. Od tamtej pory tekst broszury nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Oprócz niej autor w czasie powojennych walk o ustalenie granic Polski napisał jeszcze dwie inne broszury skierowane do żołnierzy: „Rozejm” oraz „Żołnierz-obywatel”. Autorstwo Posnera dla tych anonimowo wydanych publikacji potwierdza m.in. partyjny i prywatny kolega autora, Feliks Perl, który z racji funkcji redaktorskich w wydawnictwach PPS posiadał w tej kwestii informacje z pierwszej ręki.
Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych, zwalczanie prostytucji. W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata, do śmierci, funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.
przez redakcja | środa 11 sierpnia 2021 | klasyka, opinie
Stosowanie tej doktryny [chodzi o doktrynę absolutnych praw jednostki, opisaną w rozdziale poprzednim – przyp. tłumacza] poddawano co prawda w praktyce, to znaczy w konfrontacji z pewnymi wyjątkowymi problemami społecznymi, pewnym ograniczeniom, tym niemniej, wszelkie takie ograniczenia miały właśnie wyłącznie charakter wyjątku. Co do istoty, koncepcję absolutnego charakteru praw jednostki uznaje się za rzecz samą przez się oczywistą i aż do wybuchu wojny [I wojny światowej] stanowiła ona podstawowe credo współczesnej cywilizacji przemysłowej. Jej najważniejszą implikacją jest zaś przekonanie, że podstawę i zwornik życia społecznego stanowią nie funkcje, lecz prawa; że prawa te nie wynikają z działalności społecznie celowej, ale są dane naturalnie. Stąd choć gromadzenie majątku i dysponowanie nim w oczywisty sposób zależą od świadczenia innym pewnych usług, a zatem są od nich zależne, to w sensie głębszym każda jednostka, która przychodzi na świat, ma przyrodzone prawo do swobodnego posługiwania się tym, co posiada, celem realizacji własnego interesu ekonomicznego. Przy czym prawo to ma charakter fundamentalny i pozostaje zupełnie niezależne od tego, jakie konkretnie usługi świadczyć będzie owa jednostka swym współobywatelom. Oczywiście, towarzyszyło temu założenie, że wolne korzystanie z tego prawa naturalnie doprowadzi do zaspokojenia realnych potrzeb społecznych. Zaspokojenie owo nie stanowi jednakże bynajmniej motywu i kryterium oceny produkcji, ale wtórną jej ledwie konsekwencję, osiąganą do tego niejako „przy okazji”, właściwie bez udziału świadomej intencji. Nie jest ono zasadą i standardem gospodarki, lecz produktem ubocznym, tak jak smoła jest produktem ubocznym procesu odgazowania węgla. Pojawienie się lub nie produktu ubocznego nie ma żadnego związku z oceną procesów zasadniczych. Jednostka jest bowiem w tym przypadku poniekąd absolutem, i choć społeczeństwo ma prawo domagać się od niej pewnych ustępstw w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, to gdy stan wyjątkowy mija, sprawy wracają do normalnego biegu, w warunkach normalnych zaś bezwzględny charakter praw jednostki jest poza dyskusją.
Przekonanie to odcisnęło w XIX wieku ogromne piętno na historii tak Anglii, jak Ameryki. Do odziedziczonej po przeszłości koncepcji absolutnego charakteru prawa własności dołożono drugą, której źródła również można szukać w historii, ale która prawdziwą popularność zyskała dopiero wraz z narodzinami gospodarki kapitalistycznej. Chodzi o koncepcję, że jakakolwiek interwencja państwowa ograniczająca w pewien sposób możliwości indywidualnego zysku musi być z gruntu nieroztropna lub niesprawiedliwa. Dlatego też każda próba uczynienia odpowiedzialności społecznej warunkiem korzystania z prywatnego majątku czy realizacji indywidualnego interesu gospodarczego spotykała się za każdym razem ze zdecydowanym oporem. Wszyscy znamy opowieść o owej wielkiej walce, jaką stoczyły ze sobą w dziewiętnastym stuleciu humanitarystyczny sentymentalizm i osiemnastowieczna teoria własności. Nigdy nie zapomnimy sprzeciwu, jaki podnoszono w imię prawa własności wobec wszystkich propozycji reformy prawa pracy, reformy mieszkaniowej, zakazów spekulacji, a nawet wprowadzenia obowiązku podłączania domów czynszowych do kanalizacji. „Czy nie mogę robić ze swoim tego, co mi się podoba?” – taką odpowiedź słyszało państwo angielskie od prywatnych właścicieli zawsze, gdy próbowało zapewnić minimum bezpieczeństwa i higieny lokatorom i pracownikom fabrycznym. Nawet dziś jeden angielski landlord może zablokować, a przynajmniej znacznie skomplikować plany rozwoju infrastruktury miejskiej ustalając zaporowe ceny gruntów, ponieważ naszym samorządom brak odpowiednich instrumentów prawnych do przeprowadzenia wykupu przymusowego, stają zatem przed dylematem: bankructwo czy przeludnienie? Procedury wykupu ziemi, czy ogólnie zwiększenia prerogatyw jakiejkolwiek instytucji publicznej, zostały obwarowane dziesiątkami kruczków prawnych w taki sposób, aby jak najbardziej chronić posiadaczy i uniemożliwić podporządkowanie ich praw interesowi publicznemu – dokładnie dlatego, że w mentalności przeciętnego Anglika prawa jednostki wciąż zachowują status naturalnego absolutu, dobro społeczne zaś uważa się za wtórne i względne.
Nikomu też zapewne nie trzeba przypominać, jaki wpływ wywarła ta doktryna na prawo podatkowe. Podatki dochodowe dopuszczano wyłącznie jako środek tymczasowy, ponieważ w ogólnym przekonaniu jednostka powinna w normalnych warunkach wydawać swoje pieniądze wyłącznie na własne potrzeby, bez oglądania się na społeczeństwo. Podatek spadkowy denuncjowano jako kradzież, ponieważ samo jego istnienie implikuje, że prawo dziedziczenia zależy od sankcji społecznej. Budżet roku 1909 wywołał tak ogromną awanturę wcale nie ze względu na wysokość podatków gruntowych – w liczbach bezwzględnych przychody z nich przedstawiały się wprost śmiesznie – ale dlatego dokładnie, że w odczuciu ogólnym opierał się on na koncepcji, wedle której prawo własności nie ma charakteru absolutnego i korzystanie z niego może wiązać się z pewnymi specjalnymi zobowiązaniami wobec innych, co wiedzie – jeśli przemyśleć to stanowisko logicznie i do końca – w prostej linii do jego relatywizacji.
Relatywny charakter prawa własności to rzecz nie do przyjęcia dla tych, którzy wychowani zostali w przekonaniu, że swoboda dysponowania własnym majątkiem i prawo do nieograniczonej ekspansji ekonomicznej to święte i niezbywalne prerogatywy człowieka. Ogólnie biorąc, takie pojmowanie prawa własności miało do niedawna w Anglii ledwie kilku poważnych przeciwników. W efekcie nie kwestionowano absolutnego charakteru prawa własności nawet w tych przypadkach, w których korzystanie z niego nie przynosiło żadnej zgoła korzyści społecznej ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio. Nikt przecież nie uważa, że właściciel ziemski qua właściciel pełni jakąkolwiek funkcję społeczną. Pobiera prywatne podatki, to wszystko. A jednak prywatna własność gruntów miejskich ma się w Anglii tak dobrze, jak sto lat temu. I tak Lord Hugh Cecil [1], w swojej niezwykle interesującej książeczce na temat kapitalizmu otwarcie stwierdza m.in., że niezależnie od tego, czy ze swojej własności korzystamy w sposób godziwy, czy niegodziwy, społeczeństwo nie ma prawa interweniować, każda interwencja w procesy ekonomiczne bowiem to de facto kradzież, a kradzież jest grzechem. Nie ma chyba ani jednego człowieka na świecie, który twierdziłby, że marnowanie tak ogromnych obszarów na prywatne parki czy tereny łowieckie w jakikolwiek sposób przyczynia się do pomnożenia dobra publicznego. Mimo to jednak nasi mali monarchowie trzymają się mocno na swoich lokalnych stolicach i wciąż kładą dla zabawy na łowach tysiące zajęcy. Nikt już nie może twierdzić, że „niewidzialna ręka rynku” zmusza monopolistę do działania w interesie ogółu. Tym niemniej, w wielu sektorach naszej gospodarki (jak pokazują to niedawne raporty państwowe), konkurencja właściwie nie istnieje. Przerodziła się w monopolistyczne kombinaty, korzystające z prawa własności w sposób równie swobodny, co jednostki. I nikt nie może utrzymywać, że górnictwo upadnie bez płacenia prywatnemu ziemianinowi za licencję na wydobycie, albo że statki handlowe przestaną pływać, jeśli ich właściciele nie będę zarabiać na każdym kursie 50% włożonego kapitału. A jednak kopalnie wciąż muszą płacić wysokie odstępne, a właściciele okrętów wciąż zarabiają fortuny i otrzymują tytuły szlacheckie.
W tym właśnie momencie, gdy wszyscy debatują nad koniecznością zwiększenia społecznej produkcji bogactwa, ostatnią rzeczą – jak się wydaje – jaka może przyjść do głowy przeciętnemu angielskiemu urzędnikowi, jest postawić pytanie, dlaczego tak wiele z tego bogactwa powinno marnować się w przedsięwzięciach bezsensownych czy służyć pokryciu nieproporcjonalnie wielkich kosztów generowanych przez inicjatywy przynoszące znikomą ledwie korzyść społeczną – albo nieprzynoszące wręcz żadnej. Płacenie prywatnym właścicielom za użytkowanie ich majątku, nawet jeśli oni sami w całej sprawie ani palcem nie kiwną, stało się w Anglii rzeczą tak naturalną, że gdy – w momencie zagrożenia samego bytu narodowego – wystąpiła konieczność rozpoczęcia eksploatacji nowych złóż ropy naftowej, nasz rząd zupełnie na serio zobowiązał się płacić właścicielom ziemskim, na których majątkach miano rozpocząć wydobycie, specjalną daninę od każdego galonu surowca, choć właściciele owi do tego czasu nie mieli nawet pojęcia, że pod ich gruntami znajduje się ropa. Na każdą zaś wypowiedź podającą w wątpliwość, czy podobny idiotyzm naprawdę stanowi kwestię „moralnego obowiązku narodu”, reaguje się dzisiaj świętym oburzeniem! Takie prawa to nie prawa – to zwykłe przywileje. Bo przywilej właśnie można zdefiniować jako prawo nieskorelowane z funkcją społeczną.
Krótko mówiąc: w powszechnym przekonaniu dysponowanie prywatnym majątkiem i posunięcia ekonomiczne nie muszą być społecznie sensowne, ponieważ stanowią kwestię absolutnych prerogatyw jednostki, nieskorelowanych z żadną funkcją użyteczną dla ogółu. I nawet jeśli w sensie intelektualnym doktrynę tę udało się już obalić, to jednak w sensie praktycznym właśnie na niej wciąż opiera się nasza organizacja społeczna. Jak wolno ulega ona nawet najbardziej niepodważalnym i oczywistym argumentom wskazującym na jej nieadekwatność, widać dobrze na przykładzie stosunku liderów świata biznesu do wojennych regulacji gospodarczych. Państwowa kontrola nad koleją, górnictwem i transportem morskim, wyjęcie dystrybucji surowców spod praw konkurencji handlowej i powierzenie jej publicznym instytucjom, regulacja cen, próby ukrócenia spekulacji – wszystkie te środki w konkrecie praktyki mogły okazać się skuteczne lub nieskuteczne, przemyślane bądź nieprzemyślane. Więcej nawet – istotnie, wiemy, że niektóre okazały się po prostu głupie, jak choćby zakaz importu, wprowadzony w momencie, w którym trzeba odbudować kraj po pięciu latach ruiny, że inne z kolei, nawet jeśli teoretycznie jak najbardziej właściwe, w praktyce zostały błędnie wykorzystane. Gdyby atakowano je dlatego, że utrudniają skuteczne pełnienie funkcji społecznych – gdyby wszyscy potentaci gospodarczy świata porozumieli się i powiedzieli opinii publicznej to, co powiedziało ledwie kilku z nich (ku swojej wielkiej chwale): „Akceptujemy politykę państwa, kwestionujemy jedynie sposób jej realizacji; zgadzamy się, że transakcje powinny być czyste: konkretna suma pieniędzy za konkretną usługę, co więcej – sami dołożymy starań, aby takie właśnie były” – gdyby tak się stało, powiadam, moglibyśmy spierać się o fakty, co do zasad wszakże, panowałaby pełna zgodność.
W rzeczywistości jednak, lwia część krytyki kierowanej pod adresem polityki państwowej prowadzonej podczas wojny, miała naturę zupełnie przeciwną. Protestowano nie dlatego, że restrykcje gospodarcze ograniczały możliwości działań społecznie użytecznych, lecz ponieważ ograniczały one indywidualne zyski – nie dlatego, że przez nie handlowcy nie mogli pomóc swemu społeczeństwu, ale dlatego, że utrudniono im akumulację kapitału. Krótko mówiąc: nie dlatego, że uniemożliwiały przekształcenie procesów gospodarczych w sensowne funkcje społeczne, ale dlatego właśnie, że o mały włos się to udało! Jeżeli wierzyć raportom doradców komisarza do spraw górnictwa węglowego, akcjonariusze naszych kopalni mieli się podczas wojny zupełnie dobrze. A jednak próba ograniczenia ich dochodów o 50% została określona przez Lorda Gainforda [2] mianem „pospolitej konfiskaty, grabieży w biały dzień”. Potentaci przemysłowi (znów: z kilkoma chwalebnymi wyjątkami) wyraźnie oczekują, że po normalizacji warunków ponownie będą mogli prowadzić swoje interesy wyłącznie dla własnego zysku, to znaczy że nie zostaną one podporządkowane (jak stało się to częściowo podczas wojny) korzyści społecznej.
Przyznać bowiem, że zaspokojenie potrzeb społecznych to właściwy standard oceny działań gospodarczych, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozbawić prawo własności jego absolutnego charakteru i ujrzeć je takim, jakim jest – to znaczy jako wtórne i względne: skorelowane z funkcją społeczną, a zatem możliwe do zawieszenia w wypadkach, w których korzystanie z niego takiej funkcji nie służy. Krótko mówiąc: w milczący sposób przyjąć zasadę, że aktywność gospodarcza i własność istnieją dla dobra społecznego, choć w dotychczasowej mentalności świata biznesu sprawy miały się dokładnie na odwrót, i to społeczeństwo traktowano wyłącznie jako narzędzie pomnażania prywatnych majątków. Dla tych, którzy uznają te archaiczne poglądy nie jak wielu, bo muszą – ale dlatego, że pozwoliły im one zgromadzić fortunę i wspiąć się na szczyt drabiny społecznej, podobne odwrócenie relacji środków i celów musi wydawać się niczym innym, jak rewolucją. Oznaczałoby ono bowiem dla nich konieczność usprawiedliwiania przed (jak moglibyśmy powiedzieć) trybunałem zbiorowości korzystania z tych praw, które dotąd uważali za święte i nienaruszalne.
Przez większą część wieku XIX owo napięcie, istniejące między prawami jednostki a funkcją społeczną, ukrywano za parawanem doktryny o „naturalnej harmonii” między korzyściami indywidualnymi a dobrem ogółu. Konkurencja, utrzymywano, stanowi dobry substytut osobistej uczciwości. Dziś, po dekadach krytyki, z tego intelektualnego ersatzu nie zostało już praktycznie nic i niewielu znajdzie się takich, którzy wciąż trwaliby przy owej przedziwnej mieszance optymizmu i moralnego bankructwa, która pozwalała osiemnastowiecznym ekonomistom stwierdzać: „Chciwość ogranicza chciwość, a żądza zysku nakłada sama sobie odpowiednią miarę”. Czynienie z praw jednostki osi i centrum życia społecznego wciąż stanowi najistotniejszy element polityki i organizacji społecznej industrializmu. Ogromna praca, jaką intelektualiści europejscy wykonali w celu obalenia naiwnego przekonania, że interesy publiczny i prywatny naturalnie się pokrywają, a ludzki egoizm jest narzędziem Bożej Opatrzności, stanowiącego w ubiegłym stuleciu usprawiedliwienie ekonomicznego egotyzmu, przyniosła zaskakująco mizerne skutki. Ekonomiczny egotyzm to wciąż współczesna religia państwowa; jest zaś tak dokładnie dlatego, że doktryna o naturalnej harmonii interesów nie stanowi bynajmniej istoty leseferyzmu. Była ledwie jego „barbakanem”, nie twierdzą. Twierdza wciąż pozostaje niezdobyta.
Tym, co nadało systemowi przemysłowemu jego moc i charakter, jego zwartą strukturę i niebywałą twardość, nie jest bynajmniej teoria harmonii interesów, nie. Jest nią doktryna o przedustawności praw jednostek wobec funkcji społecznych, czyniąca je jakością samą w sobie, niewymagającą sankcji wyższego autorytetu. Czyli głosząca, w sensie praktycznym, że można z nich korzystać bez oglądania się na dobro ogółu. Dzisiaj pogląd ten przynosi skutki jeszcze gorsze, niż we wczesnym wieku XIX. Bo nasi lordowie biznesu już nie konkurują między sobą, a zamiast tego zawiązują kombinaty, wygasł również stary spór kapitału ruchomego i nieruchomego. Raison d’etre nowego konserwatyzmu wydaje się zorganizowanie społeczeństwa – tak przy pomocy środków politycznych, jak stricte ekonomicznych – w taki sposób, by niezależnie od przyszłych zawirowań zabezpieczyć możliwie najpełniej zyski czerpane obecnie przez wielkich potentatów nie za konkretne usługi, ale dlatego, że mają oni do nich „prawo”. Stąd unia dwóch partii „starego porządku” [liberałów i konserwatystów – przyp. tłumacza], propozycje wzmocnienia Izby Lordów, powrót do protekcjonizmu, szybkie tworzenie nowych monopoli i nieustanne próby kupienia przy pomocy szklanych paciorków bardziej wpływowej części klasy robotniczej. Rewolucje, jak pokazują to liczne gorzkie doświadczenia przeszłości, niemal zawsze upodabniają się do rządu, który obaliły. I czy naprawdę powinno nas to dziwić, że doktrynę absolutnych praw właścicieli zastępuje coraz częściej doktryna absolutnych praw pracowników – mniej szkodliwa i nieludzka, prawda, ale równie dogmatyczna i głupia?
Społeczeństwo, które chciałoby uczynić akumulację kapitału zależną od wypełniania obowiązków wobec ogółu, które płaciłoby tylko za konkretne, pożyteczne społecznie usługi, a nie tym, którzy żadnej usługi nikomu nie świadczą, dla którego najważniejsze byłoby nie to, ile człowiek ma, ale w pierwszym rzędzie to, co może zrobić, stworzyć lub osiągnąć, moglibyśmy określić mianem społeczeństwa funkcjonalnego – bo główny nacisk padałby w nim właśnie na pełnienie funkcji społecznych. Takie społeczeństwo wszakże nie istnieje obecnie nigdzie na świecie, choć jego miraż – istotnie – migotał w przeszłości na horyzoncie myślenia. Społeczeństwa współczesne dbają przede wszystkich o zabezpieczenie praw jednostek, funkcje zostawiając – chyba że w sytuacjach wyjątkowych – własnemu losowi. Główną motywacją, nadającą charakter i koloryt ich instytucjom publicznym, ich polityce i politycznej refleksji, jest nie pragnienie zrobienia czegoś dla dobra ogółu, lecz bezustanne dążenie do ułatwienia jednostkom osiągania tych celów, które one uznają za słuszne dla siebie. Jeśli zapytalibyśmy dowolnego przedstawiciela takiego społeczeństwa o cel czy zasadę życia zbiorowego, bez wątpienia otrzymalibyśmy jakąś luźną trawestację Benthamowskiej maksymy o „możliwie największym szczęściu możliwie największej liczby obywateli”. Powiedzieć wszakże, iż celem życia społecznego jest szczęście, to pozbawić go w ogóle jakiegokolwiek celu. Szczęście bowiem, z konieczności ma naturę indywidualną i czynić je naczelną zasadą życia wspólnego to w praktyce wydawać owo życie na pastwę nieokiełznanych ambicji jednostek, z których każda dąży wyłącznie do jakiegoś celu osobistego.
Tego typu społeczeństwo z kolei nazwać można społeczeństwem akumulacji kapitału – bo jego jedyny cel, ich raison d’etre, stanowi właśnie samo dla siebie bogacenie się. Koncepcja ta musi poruszać w duszy ludzkiej jakąś czułą strunę – nieprzypadkowo przecież uległ jej urokowi cały świat współczesny. Odkąd industrializm po raz pierwszy ujawnił w Anglii swą porażającą siłę, idzie przez świat dosłownie jak taran, zapuszczając korzenie nawet w tych państwach, których do niedawna był jeszcze kompletnie obcy, czego przykładami są Rosja, Japonia, Indie i Chiny, tak że każda dekada właściwie staje się świadkiem rozrostu jego wpływów. Sekret zaś tego triumfu jest jasny. Polega on na stworzeniu ludziom nieograniczonych niemal możliwości korzystania z tych mocy sprawczych, w które wyposażyły ich natura czy społeczeństwo, wrodzony talent, energia czy egotyzm, albo po prostu ślepy los, bez oglądania się na to, czy przynosi to komukolwiek innemu jakąkolwiek korzyść. Industrializm usprawiedliwia determinowane klasowo różnice w sprawczości społecznej jako „konieczny element życia” i całą energię kieruje ku wzmocnieniu pozycji tych, którzy władzę już mają, względnie mogą ją łatwo zdobyć, tak aby mogli oni bez przeszkód używać jej do realizacji własnego interesu i wzmocnienia swojej pozycji. Skupiając uwagę społeczeństwa nie na wywiązywaniu się ze zobowiązań wobec zbiorowości – które w sposób istotny ograniczają pole indywidualnego działania, ale jednocześnie nadają owemu działaniu sens i celowość – lecz na realizacji interesu indywidualnego, otwiera możliwość nieograniczonego niemal gromadzenia dóbr, a zatem folguje jednemu z najpotężniejszych instynktów ludzkiej natury. Silnym oferuje zupełną swobodę używania własnej siły, słabym – nadzieję, że kiedyś oni także staną się silni. Przed oczyma wszystkich stawia złoty puchar, wspaniałą nagrodę, którą nie wszyscy rzecz jasna zdobędą, ale o którą wszyscy mogą przynajmniej walczyć – zawrotną wizję nieograniczonej ekspansji ekonomicznej. Mówi każdemu człowiekowi: „Nie ma potrzeb poza twoimi potrzebami, nie ma praw poza twoją chęcią, nie ma żadnych ograniczeń poza tymi, które sam sobie nałożysz”. W ten sposób czyni jednostkę centrum jej własnego, subiektywnego wszechświata, a wszystkie zasady moralne sprowadza do kalkulacji kosztów. Dodatkowo niesłychanie upraszcza najważniejsze dylematy życia w dużych wspólnotach – jako iż likwiduje kompletnie rozróżnienia między typami działalności gospodarczej, źródłami dochodu, między godziwym zyskiem a niemoralną zachłannością, między przedsiębiorczością a chciwością, własnością nabytą godziwie a tą pochodzącą z kradzieży, normalnym cieszeniem się owocami własnej pracy a pasożytniczym życiem milionera, ponieważ wszystkie zjawiska ekonomiczne traktuje dokładnie tak samo i wszystkim wpaja przekonanie, że nadmiar lub niedomiar, marnotrawstwo czy niekompetencja, nie wymagają interwencji państwowej, która zapobiegałaby ich katastrofalnym skutkom, ponieważ automatycznie niemal reguluje je mechaniczna gra sił rynkowych.
Pod wpływem podobnych idei ludzie nie stają się bynajmniej, jak się nam czasem wmawia, mądrzejsi, wrażliwsi czy bardziej religijni. Bo religia, mądrość i wrażliwość implikują akceptację ograniczeń. Stają się za to potężni i bogaci. Biorą ziemię w dziedzictwo i odmieniają oblicze świata, nie zważając na to, że stracili duszę. I wciąż cieszą się owym nędznym kikutem wolności, jaki oferuje im rzeczywistość, w której nic nie stoi na drodze między bogactwem a tymi, którzy – z urodzenia, talentu bądź wyroku fortuny – mają dość siły, aby po nie sięgnąć. Ani społeczeństwu, ani jednostce nietrudno bowiem wcale osiągać wyznaczone cele – pod warunkiem, że są one odpowiednio uproszczone, no i że nie rozprasza ich uwagi przesadnie refleksja nad innymi wymiarami życia. Ktoś, kto za jedyny cel istnienia stawia sobie wykorzystanie możliwości życiowych, kwestię odpowiedzialności zaś bierze w nawias, wyznacza sobie zadanie naraz zrozumiałe i w pełni wykonalne. Wiek osiemnasty je wyznaczył. Wiek dwudziesty o mały włos go nie wykonał. A nawet jeśli nie wykonał, to na pewno przygotował grunt. Narodową produkcję bogactwa per capita szacowało się w 1914 roku w Anglii na dwieście funtów. I jeżeli rodzaj ludzki nie zdecyduje się oddać swego materialnego dobrobytu ambicjom i terrorowi partykularystycznych nacjonalizmów, wszystko wskazuje na to, że do roku 2000 suma ta się podwoi.
Richard Henry Tawney
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst to II rozdział książki autora pt. „Acquisitive Society” z roku 1920. Tytuł polskiego tłumaczenia pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
Richard Henry Tawney (1880-1962) – angielski historyk idei, religii i życia gospodarczego. Absolwent Oxfordu. Żołnierz podczas pierwszej wojny światowej, ranny w bitwie pod Sommą. Po wojnie pracował naukowo na różnych uniwersytetach brytyjskich i gościnnie zagranicą. Ceniony i renomowany historyk zajmujący się związkami sfery religijnej z życiem gospodarczym, autor m.in. głośnej książki „Religia a powstanie kapitalizmu” (jedynej jego pracy przełożonej na polski), polemizującej ze znanymi tezami Maxa Webera. Za działalność naukową otrzymał tytuł doktora honoris causa 8 uniwersytetów, w tym Oxfordu i Sorbony. Przez niemal całe dorosłe życie związany z brytyjskim ruchem socjalistycznym. Od roku 1906 należał do Fabian Society, po I wojnie działał w Niezależnej Partii Pracy, a następnie w Partii Pracy, aktywność naukową i edukacyjną łączył z zaangażowaniem jako ekspert i negocjator w brytyjskich związkach zawodowych, szczególnie w górnictwie. Był wpływowym orędownikiem bezpłatnej edukacji na szczeblach wyższych niż tylko podstawowy. Należał do nurtów w ruchu robotniczym zwanych „socjalizmem chrześcijańskim” i „socjalizmem etycznym”. Był przyjacielem i współpracownikiem arcybiskupa Williama Temple’a oraz głównego twórcy brytyjskiego państwa dobrobytu Williama Beveridge’a.
Przypisy:
1. Hugh Richard Heathcote Gascoyne-Cecil, pierwszy baron Quickswood (1869–1956) – konserwatywny polityk angielski, zwolennik wolnego handlu i przeciwnik rozluźnienia unii z Irlandią, Walią i Szkocją.
2. Joseph Albert Pease, pierwszy baron Gainford (1860–1943) – angielski polityk liberalny, minister w rządach premiera Asquitha, potentat węglowy.