Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Znacie tego owada z okrągłym brzuchem i lepkim kosmatym ciałem, co po ciemnych kątach jak najdalej od światła dziennego rozciąga swe mordercze sieci, w których śmierć znajdują biedne, nieopatrzne lub lekkomyślne muchy. Ten wstrętny potwór o okrągłych szklistych oczach, o długich wygiętych nogach, które tak doskonale służą do chwytania i duszenia ofiary, ten potwór – to pająk.

Patrzcie, jak martwo i nieruchomo siedzi w swym kącie, czyhając na zdobycz, która ma dostać się w zakres jego władzy, albo z jaką piekielną zręcznością snuje tę zabójczą tkaninę, która ma chwycić słabą muchę i spętać ją bez litości! Wstrętne zwierzę poświęca dużo, nieraz bardzo dużo czasu na to, by wydoskonalić swe sieci podług wszelkich prawideł sztuki, aby zdobycz w żaden sposób nie umknęła. Oto przeciąga naprzód jedną nitkę, potem drugą, trzecią – coraz więcej. Przerzuca nitki poprzeczne, związuje je nowymi poprzecznymi, ażeby usiłowania ofiary, nawet w najwyższym śmiertelnym strachu czynione, nie mogły rozerwać sieci, tylko ją jeszcze bardziej zacieśniły.

Nareszcie pajęczyna jest gotowa, pułapka zastawiona. umknięcie – prawie niemożliwe. Pająk wraca do swojej nory i czeka, dopóki bujająca w powietrzu mucha, pędzona głodem, nie nadleci, szukając pożywienia.

Nie potrzebuje długo czekać: mucha nadlatuje wkrótce. Wypatrując pożywienia naprawo i na lewo, biedaczka zahacza się raptem o rozciągnięte przed nią sieci i zaplątuje się w nich, przerażona usiłuje wyrwać się i – ginie na wieki.

Zaledwie pająk spostrzeże, że ofiara jest złapana, porzuca swą norę, z krwi żądnym spojrzeniem i wyciągniętymi pazurami, zbliża się z wolna do swej zdobyczy – spieszyć nie ma potrzeby, nędzne zwierzę wie bardzo dobrze, że nieszczęsny owad, który się raz złapał – nie może ujść jego mocy. Coraz bliżej podchodzi, mierzy swą ofiarę zielonkawymi wytrzeszczonymi oczyma i pozbawia ją przytomności. Mucha drży na całym ciele ze strachu, widząc grożące niebezpieczeństwo, chce wyplątać się z więżących ją sieci, chce uciekać i wyczerpuje siły w rozpaczliwym szamotaniu.

Ale próżne wysiłki, daremny trud! Tkanina zaplątuje się coraz bardziej i pająk podchodzi coraz bliżej. Za każdym poruszeniem muchy, pragnącej wyrwać się z pajęczyny, w której drobne i zręczne oka się złapała, coraz więcej nici ją obejmuje, coraz nowe sieci ją oplątują. Nareszcie bezsilna i wyczerpana, niezdolna już do oporu, wpada w ręce swego wroga i zwycięzcy, obrzydliwego pająka!

I oto wstrętny potwór wyciąga kosmate łapy, chwyta ją w śmiertelny uścisk. Po tym zaczyna ssać drżące ciało swej słabej zdobyczy – chłepce krew raz, drugi, trzeci –– zależnie od apetytu i chęci. Zaspokoiwszy na chwilę swe pragnienie krwi, zostawia ją, nie zabijając całkowicie. Potem wraca i ssie na nowo, odchodzi i powraca, aż dopóki nieszczęsnej muchy całkiem nie wyniszczy, póki jej nie pozbawi krwi i soków żywotnych. I długa chwila mija, nieraz bardzo długa, zanim śmierć zakończy te męczarnie.

Dopóki jednak pożądliwa pijawka znajduje jeszcze w ciele lub trupie ofiary najmniejszą cząstkę siły żywotnej do wyssania, nie traci swej zdobyczy z oka. Wchłania w siebie jej życie, wysysa jej siły, chłepcze jej krew i porzuca dopiero wtedy, kiedy nic zgoła już w niej nie ma.

Wtedy biedna mucha, martwa, wyssana, lżejsza od źdźbła słomy, wypada z pajęczyny. Pierwszy powiew wiatru unosi ją z sobą i – wszystko skończone.

Pająk zaś, syty, zadowolony, powraca do nory, kontent z siebie i z całego świata, i dochodzi do przekonania, że porządnym ludziom jednak wcale nieźle dzieje się na tym świecie.

Muchy, które wysysają i zabijają, muchy, które niszczą i których krwią się karmią – to wy, proletariusze po miastach i po wsiach! To wy, uciskane ludy, wy, robotnicy ducha, wy, robotnicy fabryczni i rzemieślnicy, wy, drżące młode dziewczęta i słabe, gnębione kobiety, wszyscy, którzy nie śmiecie żądać swych praw, słowem, wy wszyscy, biedni, wyzyskiwani, których odrzucają precz, kiedy już z waszych żył nic nie można wyssać; to wy, którzy stanowicie całą produkcję, serce, rozum, żywotne siły kraju, i którym jedno tylko prawo przyznają – pokornie i cicho w jakimś kącie nędzny zakończyć żywot, uzbroiwszy w potęgę i upasłszy własną krwią, potem, trudem, myślą, życiem – swoich panów i ciemięzców: obrzydliwe pająki.

Pająki – to panowie, bogaci finansiści, wyzyskiwacze, spekulanci, kapitaliści, uwodziciele, wyższe duchowieństwo, pasożyty wszelkiego rodzaju, twórcy niesprawiedliwych praw, które nas duszą, tyrani, którzy nas ciemiężą. Pająki to ci wszyscy, którzy żyją naszym kosztem, kosztem ludu, którzy nas depczą nogami, którzy szyderczo urągają z naszej nędzy i z naszych daremnych trudów.

Mucha – to biedny robotnik, który się musi poddać wszystkim krwawym przepisom swego pracodawcy, dlatego, że nieszczęsny pozbawiony jest wszelkich środków do życia i musi dla siebie i swoich zdobywać pożywienie. Pająk – to wielki fabrykant, który co dzień zarabia na każdym swoim robotniku 2-3 ruble i raczy płacić mu łaskawie za 10-11-godzinną pracę 1-1,5 rubla dziennie.

Mucha – to górnik, co poświęca swe życie w dusznej kopalni, ażeby wyrwać ziemi skarby, które nie są dla niego przeznaczone; pająk to pan akcjonariusz, którego akcje podnoszą się podwójnie i potrójnie w cenie, i który jednak nigdy nie jest zadowolony i chce zagarniać coraz wyższe dywidendy, który okrada robotników z ich pracy, a kiedy się ważą żądać choćby najmniejszego podwyższenia płacy, woła policję i wojsko na pomoc, aby zmiażdżyło „buntowników”.

Mucha – to dziecię, które już w najmłodszym wieku musi ciężko pracować w fabryce, w warsztacie w rodzicielskim domu, bo praca rodziców nie wystarcza na wyżywienie. Pająk – to nie biedni rodzice, którym nędza każe poświęcać swe dzieci, lecz dzisiejszy przeklęty ustrój społeczny, który z żelazną siłą zmusza ich do gwałcenia naturalnych uczuć, do niszczenia własnej rodziny.

Mucha – to prawe dziewczę ludu, a pająk to nędznik pryncypał lub fabrykant, majster lub dyrektor, którzy czyhają na młode robotnice, korzystając ze swej władzy. Pająk to młody nadęty wietrznik, próżniaczy szlifibruk z „dobrej” rodziny, który ze śmiechem uwodzi młode dziewczęta i wciąga je w błoto, który w tym widzi punkt honoru, aby jak najwięcej kobiet zbezcześcić.

Mucha – to ty, pracowity rolniku, który użyźniasz ziemię dla bogatego dziedzica, siejesz zboże, którego nie zbierzesz, hodujesz owoce, które nie będą twoim pożywieniem. Pająki – to wielcy właściciele ziemscy, którzy zmuszają swych biednych chłopów, swych parobków i najemników do pracy bez chwili spoczynku, aby samym wieść próżniacze życie i opływać w dostatki, którzy z roku na rok podnoszą ciągle dzierżawę i zniżają zapłaty za uczciwą pracę. Muchy to wy, żony robotnicze, które dziś, podczas krwawej zawieruchy wojennej, nie możecie związać końca z końcem i nie wiecie, w jaki sposób wyżywić z nędznego zarobku całą rodzinę. Pająki to spekulanci, kupcy, sklepikarze, obszarnicy, chłopi bogaci, którzy korzystają z wojny i zręcznie tkają sieć drożyzny i spekulacji.

Muchy – to wy wszyscy robotnicy, którzy musicie krew swą przelewać na wojnie, to wdowy i sieroty po żołnierzach. Pająki – to rządy i kapitaliści, którzy przędą sieć intryg i matactw w swym własnym samolubnym interesie, którzy sieciami swej nikczemnej oszukańczej polityki oplątują miliony ludzi, posyłając ich na rzeź, każąc im mordować się wzajemnie niby to dla dobra „ojczyzny”.

Muchy – to my wszyscy, biedni i prości, którzyśmy od wieków drżeli na stopniach ołtarzy, kłonili głowy pod klątwą księży, ku czci i zabawie klechów wzajemnie się pobijali i ciemiężyli, chylili karki i zginali kolana, my, którzy pozwalamy naszym ciemięzcom używać owoców ich nieprawości dlatego, że sparaliżował nas osłabiający wpływ nauki religijnej. Pająki – to te czarne sutanny z obłudnym i zmysłowym spojrzeniem, które oplątują proste dusze swych owieczek poniżającymi naukami i trują je przez ducha poddania i służalstwa, ducha, który, jak temu Polska przykładem, cały naród rujnuje.

Słowem, muchy – to gnębieni, to uciskani, wyzyskiwani; pająki – to haniebni spekulanci i wyzyskiwacze, to samowola i despotyzm we wszelkiej postaci.

Dawniej pająki zarzucały swe sieci z wysokich zamków rycerskich i dworów, dziś obierają sobie z upodobaniem siedlisko w wielkich ośrodkach przemysłu i handlu, w bogatych dzielnicach szczęśliwców naszego wieku. Przeważnie znaleźć ich można po fabrycznych miastach, ale gnieżdżą się też i po wsiach i po małych miasteczkach, ujrzysz ich wszędzie, gdzie istnieje wyzysk, gdzie robotnik, ubogi proletariusz, drobny rzemieślnik, najemnik, zadłużony chłop wystawieni są bez miłosierdzia na bezgraniczną chciwość spekulantów.

W jakimkolwiek miejscu, w mieście i na wsi, wszędzie biedne owady szamocą się daremnie w sieciach swych wrogów, opadają z sił, umierają.

Ileż okropnych tragedii odegrało się w ciągu wieków w tej walce słabych i bojaźliwych much z pożądliwymi i okrutnymi pająkami! Czyż nie widzimy dzisiaj zwłaszcza, jak miliony much-robotników giną na wojnie i jak krwią ich tuczą się pająki – rządy i pijawki kapitalistyczne. Im dłużej trwa rzeź rozpasana, tym więcej trupów zaściela pobojowiska, tym gęściej giną za obcą sprawę bezimienni żołnierze-proletariusze, by sprawcy wojny, cesarzowie, generałowie, urzędnicy, wielcy kapitaliści używali dalej życia w pełni sławy i bogactw, by jeszcze większą stała się potęga tych pająków. Krwawa to i bolesna historia

Przyjrzyjmy się więc bliżej walce, którą dziś muchy z pająkami wiodą, poznajmy warunki, w których się odbywa, oświećmy się, my, muchy, jak urządzone są sieci, które nasi wrogowie na nas zastawiają, starajmy się odkryć ich zasadzki, a przede wszystkim – połączmy się my, którzyśmy pojedynczo za słabi, aby stargać oplątujące nas sieci. Zerwijmy kajdany, które nas pętają, wypędźmy naszych wrogów z ich siedzib, rozszerzmy wszędzie światło, jasne światło wiedzy, aby podłe potwory nie mogły w ciemnościach prowadzić swego zabójczego rzemiosła.

Ach gdybyście tylko chciały, muchy, gdybyście tylko chciały, byłybyście niezwyciężone! Wprawdzie pająki są dziś jeszcze silne, ale ich jest niedużo. Wy zaś, muchy, choć nie macie znaczenia ni wpływu, ale ilość wasza jest olbrzymia. Wy – to życie! Wy – to świat. Gdybyście tylko chciały! Gdybyście chciały się połączyć, za jednym uderzeniem waszych skrzydeł zerwałybyście wszystkie nici, wszystkie sieci, w których was dziś spętano, w których szamocecie się i giniecie z głodu. Koniec byłby wszelkiej nędzy i niewoli – gdybyście tylko chciały!

Nauczcież się chcieć!

Wilhelm Liebknecht

______________________
Powyższy tekst Wilhelma Liebknechta był kilkakrotnie wydawany przez różne polskie ugrupowania socjalistyczne pod koniec XIX i w początkach XX wieku jako krótka i przystępna broszura agitacyjna dla środowisk robotniczych.

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Sekularyzm jest przekleństwem

„Największym problemem społeczeństwa współczesnego jest oddzielenie tego, co duchowe, od tego, co materialne”, pisze Glenn Frank [1]. Separację duchowego i materialnego wymiaru życia nazywamy sekularyzmem. „Sekularyzm jest plagą współczesności”, poucza ojciec święty Pius XI. Edukacja bez religii to nie edukacja, a informacja. Polityka bez religii to nie polityka, a partyjniactwo. Gospodarka bez religii to nie gospodarka, a komercjalizm. Religia pomoże na wiele, na co dzień i na niedzielę.

Utylitaryzm

Gdy filozofowie angielscy „wyzwolili” się już zupełnie z więzów filozofii średniowiecznej, stworzyli coś, co nazywa się dziś utylitaryzmem. Utylitarystyczni myśliciele: Lock, Hobbes i Hume, wychowali uczniów – (f)utylitarystycznych [2] ekonomistów szkoły manchesterskiej. Od czasu powstania szkoły manchesterskiej, szkoły leseferyzmu, religia straciła związek z ekonomią polityczną – ponieważ ekonomia polityczna straciła związek z etyką społeczną.

Ekonomia futylitarystyczna

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej twierdzili, że realizacja materialnych interesów jednostek w czarodziejski sposób doprowadzi do realizacji powszechnego interesu ludzkości. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej definiowali dobrobyt jako stan społeczny, w którym wszyscy obywatele dorabiają na boku. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej wierzyli w prawo popytu i podaży i nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, w której byłoby za dużo podaży i za mało popytu.

Państwa futylitarystyczne

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej uważali, że biznes to biznes i państwu nie wolno mieszać się do gospodarki. Według futylitarystycznych ekonomistów szkoły manchesterskiej państwo to wielki windykator na usługach bogaczy. Wojna roku 1914 i pokój roku 1919 to ledwie logiczne konsekwencje głupich przekonań manchesterskich futylitarystów. Anglia, Francja i Ameryka, państwa futylitarystyczne, większość czasu i energii poświęcają obecnie na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez ekonomiczną ignorancję futylitarystycznych ekonomistów z Manchesteru.

Państwa totalitarne

Anglia, Francja i Ameryka wierzą, że przetrwają obecny kryzys nie zmieniając znacząco swej polityki z osiemnastego wieku. Rosja, Włochy i Niemcy odrzuciły system dwu- czy trójpartyjny i wprowadziły monopartyjny. Motto państwa futylitarystycznego brzmi: „Pilnuj swego interesu”. Motto państwa totalitarnego: „Rób, co ci każę, bo inaczej wylądujesz w obozie koncentracyjnym”.

Pluralizm

Humaniści wierzą, wespół z Robertem Burnsem [3], że „człowiek to człowiek, mimo wszystko”. Teiści wierzą, że Bóg stworzył świat, że jest ojcem wszystkich ludzi, ludzie zaś są braćmi wszystkich ludzi. Protestanci wierzą, że Bóg-Ojciec posłał swego Syna jednorodzonego, aby zadośćuczynił za grzechy świata. Katolicy wierzą, że ten Syn, Jezus Chrystus, założył Kościół – Kościół Katolicki. Humaniści to humaniści. Teiści to humaniści plus teiści. Protestanci to humaniści plus teiści plus chrześcijanie. Katolicy to humaniści plus teiści plus chrześcijanie plus katolicy.

Państwo pluralistyczne

Wszyscy – humaniści, teiści, protestanci i katolicy – wierzą w to, że człowiek jest osobą. Na tej wierze łatwo mogliby zbudować razem państwo pluralistyczne. Państwa futylitarystyczne i totalitarne nie opierają się na cywilizacyjnych tradycjach Zachodu. Państwo pluralistyczne to takie, w którym humaniści starają się być ludźmi, ortodoksyjni Żydzi – Żydami, protestanci – chrześcijanami, a katolicy – katolikami.

Wspólnymi siłami

Państwo pluralistyczne nie jest zagrożeniem dla ruchów społecznych opartych na osobistej odpowiedzialności. Kooperatyzm, korporacjonizm, agraryzm, komunitaryzm są w państwie pluralistycznym u siebie. Państwo pluralistyczne nie rozwiązuje problemów poprzez legislację czy tworzenie nowych urzędów, ale właśnie usuwając ze swych kodeksów wszelkie przepisy krępujące działalność społeczną opartą na osobistej odpowiedzialności. Państwo pluralistyczne opiera się na autorytecie, a więc jest wolne od autorytaryzmu.

Peter Maurin

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi z książki „Catholic Radicalism” (1949).

Przypisy tłumacza:

1. Prawdopodobnie chodzi tu o Glenna Franka (1887-1940), dziennikarza, wykładowcę i rektora Uniwersytetu Wisconsin-Madison w latach 1925-37, agrarystę i krytyka prezydenta Roosevelta.

2. Gra słów od łacińskiego futil – daremny, bezsensowny.

3. Robert Burns (1759-96) – poeta szkocki chłopskiego pochodzenia, prekursor romantyzmu, popularyzator szkockiej sztuki ludowej i przedstawiciel pogodnego „liberalizmu agrarnego” XVIII stulecia.

Peter Maurin (1877-1949) był francuskim rolnikiem, jednym z 24 rodzeństwa. Początkowo związany z ruchem Sillion, w latach 20. wyemigrował do USA, gdzie pracując w slumsach Nowego Jorku przeżył nawrócenie religijne i postanowiwszy rozpocząć prawdziwie katolicką akcję społeczną założył Katolicki Ruch Robotniczy i czasopismo „The Catholic Worker”, a także stał się mentorem wielu młodszych pisarzy, np. eks-komunistki Dorothy Day. Ze względu na swoje nastawienie prospołeczne, pacyfistyczne i antyfaszystowskie, był bardzo zwalczany przez konserwatywną hierarchię. Deklarował się jako „katolicki anarchista” bądź „katolicki radykał”. Często posądzany o ignorancję, był świetnym samoukiem i erudytą (czerpał głównie z filozofii personalistycznej Jacques’a Maritaina i dystrybucjonizmu Gilberta Keitha Chestertona). Charakterystycznym narzędziem literackim, którym się posługiwał, były tak zwane „proste eseje”, szczególny gatunek prozy wierszowanej, którego celem jest przekazanie trudnych i ważnych prawd w przystępnej, często dowcipnej, formie, z szerokim wykorzystaniem kalamburów, powtórzeń, żartów, paradoksów, zaskakujących metafor czy porównań.

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Istnienie gigantycznych problemów mieszkaniowych w społeczeństwie tak zamożnym jak nasze, to niewątpliwie wielki i oburzający paradoks. Wiele lat temu, jak wszyscy pewnie pamiętamy, usłyszeliśmy z ust największego autorytetu politycznego, że nigdy nie było nam tak dobrze [1]. Od tamtego czasu, według statystyk, gospodarka znacząco urosła. Ale problem mieszkaniowy czy raczej problem bezdomności, zamiast zmaleć – zwiększył się. Dziwne, prawda? W dzisiejszych czasach budowa domu zajmuje mniej czasu i wysiłku, niż kiedykolwiek wcześniej. Co w takim razie stoi na przeszkodzie? Czy niedobór gruntów? Na pewno nie. Brak pieniędzy? Mamy ich obecnie w obiegu więcej, niż śniłoby się to poprzednim pokoleniom – i ciągle ich przybywa. Mówią nam przecież, że dochód narodowy rośnie o 5% w skali roku.

Te dodatkowe 5% dochodu narodowego rocznie to dwa miliardy funtów. Cóż, tak na pierwszy rzut oka, powinno starczyć na wiele domów. Tylko że to tak nie działa. Wszystkie pieniądze generowane przez tzw. postęp są już „zaklepane” i nie idą na mieszkalnictwo. Idą – sami zresztą Państwo wiedzą, na co idą – na najprzeróżniejsze rzeczy, na przemysł samochodowy, transport lotniczy, podbijanie wskaźnika rocznych przepraw przez Kanał La Manche. A niedobór mieszkań jak był, tak jest. Potrafiliśmy skonstruować Concorde’a. Kosztowało nas to znacznie więcej, niż pierwotnie sądziliśmy, ale się udało. Planujemy budowę lotniska Maplin i tunelu pod Kanałem La Manche [2]. I oczywiście obydwa te projekty leżą w zasięgu naszych możliwości. Co to jest miliard? Jak to możliwe, że potrafimy dokonać takich rzeczy, a nie potrafimy rozwiązać problemu mieszkaniowego?

Powiedzą nam: „Tamto się robi, bo jest na to popyt”. Popyt? Skąd wiemy, że „jest popyt”? Maplin i tunel to projekty obliczone na wiele lat do przodu. Jak możemy przewidzieć, na co będzie popyt wiele lat do przodu? Ach, oczywiście, możemy, bo możemy, drodzy Państwo, mamy metody, mamy obliczenia. Obecne trendy wskazują, że liczba ludzi przekraczających rocznie Kanał La Manche wzrośnie nieomylnie z 23,7 miliona w roku 1970 do 49,7 miliona w 1980 i 97,7 miliona w 90. Naprawdę nie znali Państwo tych oczywistych faktów?

Mogę również podać Państwu liczbę przekraczających rocznie Kanał podróżnych-zmotoryzowanych: 1970 – 4,1 mln, 1980 – 9,6 mln, 90 – 20,1 mln. I istotnie, wobec tych szacunków jedyną racjonalną reakcją jest ta, na którą się zdecydowaliśmy. Jeśli chcemy być konsekwentni w naszej zabawie w „wiedzę”, zwyczajnie musimy zbudować nowe lotnisko i kanał podmorski. Nie musimy jednak, jak wszystko na to wskazuje, budować domów. Czy znajdzie się ekonomista, który narysowałby nam wykres pokazujący, ilu ludzi w Wielkiej Brytanii nie będzie miało dachu nad głową w 1980 i 1990?

Ilu ludzi bezdomnych będzie żyć w naszym kraju, gdy kolejni turyści przyjdą i odejdą? Nikt nie zaprzeczy, że istnieje popyt na mieszkania – na domy. W znacznej swojej części wszakże nie jest on, jak to się mówi w ekonomii, „efektywny”, ponieważ tych, którzy mieszkań najbardziej potrzebują, zwyczajnie nie stać na nie.

Na to możemy powiedzieć, że społeczeństwa nie interesuje popyt, który nie może zostać zaspokojony. Ale czy to faktycznie kwestia społeczeństwa? Ludzie nie pozostają obojętni – spójrzcie choćby na ustawodawstwo ostatnich dekad. Jak wiele wydano ustaw mających ulżyć bezdomnym i poprawić warunki bytowe w slumsach. Ale żadna nie rozwiązała problemu. Niemal bez wyjątku dzięki nim bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zdesperowani, choćby ich liczba jako taka się zmniejszyła. Mówiąc wprost: większość legislacji, zamiast rozwiązaniem problemu, okazała się częścią problemu; w związku z czym jasne stało się, że ten problem istnieje i ma jakieś źródła, i dopóki do tych źródeł nie dotrzemy, reszta na nic się nie przyda.

Co leży jednak u źródeł problemu? Cóż, nie zgrywam bynajmniej eksperta z dziedziny polityki mieszkaniowej, ale poświęciłem sprawie sporo namysłu; przeczytałem te wszystkie niezliczone raporty, jakie o niej napisano; i doszedłem do wniosku, że kwestią zasadniczą jest tutaj system prywatnego posiadania ziemi.

To, rzecz jasna, mało oryginalna konkluzja. W ciągu wieków wielu ludzi domagało się zniesienia indywidualnej własności ziemskiej – nie tylko Karol Marks – i nic z tego nie wynikało. Bo jedynym możliwym rozwiązaniem wydawała się nacjonalizacja.

Według jednej teorii, jedyną możliwą metodą nacjonalizacji ziemi jest wykup. Ale jak uzasadnić ogólnonarodową kampanię wykupu prywatnych nieruchomości? Inni, oczywiście, powiedzą na to: „Właśnie – dlatego potrzeba rozwiązań radykalnych: zakwestionowania istniejącego porządku i dokonania konfiskaty”.

Ale, pytajmy dalej, kto mógłby na serio bronić konfiskaty? Wracając zaś do wykupu: skąd rząd miałby wyczarować tak ogromną sumę pieniędzy, jaka byłaby potrzebna do jego przeprowadzenia? W tym martwym punkcie debata o nacjonalizacji ziemi się zatrzymuje. Po pierwsze, abolicja indywidualnej własności ziemi jest możliwa wyłącznie na drodze wykupu (tak się uważa), co wymagałoby gigantycznych funduszy, których nie ma skąd wziąć; po drugie wszakże, i ważniejsze, publiczna własność ziemi wiązałaby się, jak nam mówią, w sposób konieczny z jakąś formą centralnego planowania – i obydwie te perspektywy są nieakceptowalne i niebezpieczne.

Pytanie zasadnicze brzmi jednak: dlaczego w ogóle chcemy zmienić system własności ziemskiej? Odpowiedź zaś mnie przynajmniej wydaje się oczywista: aby zakończyć proceder spekulacji gruntem, proceder wykorzystywania dla prywatnych zysków tak znacznego w przypadku ziemi czynnika wartości dóbr rzadkich, zatrzymać, jak moglibyśmy powiedzieć, „cornering” rynku gruntowego – wiedzą Państwo, co to znaczy „cornering”, to praktyka polegająca na wykupie, na przykład, całego zasobu jakiegoś dobra, którego ludzie potrzebują niezbędnie do życia i którego podaż nie może zwiększać się w miarę wzrostu cen. To właśnie „cornering”. I grunty stanowią idealny wprost przedmiot „corneringu”. Pewna „baza” gruntowa to rzecz niezbędna do życia. Wraz ze wzrostem wskaźników – wzrostem mobilności, produkcji, wymiany – wartość gruntów (niezależnie od inflacji) to, że tak powiem, ulica jednokierunkowa. Posiadacz monopolu ziemskiego musi tylko chwilę poczekać, aby stał się zawrotnie bogaty. Stawiam następującą tezę: że ten typ własności indywidualnej, który może być dobrym rozwiązaniem w wypadku dóbr wytworzonych przez człowieka – bo podaż ich może zwiększać się względnie swobodnie dzięki ludzkiej pracy i inwencji – kompletnie nie sprawdza się w przypadku dobra takiego, jak grunt.

Jakie mamy zatem alternatywy, skoro nacjonalizacja, jak się ją zazwyczaj rozumie, nie wchodzi w grę? Poszukajmy drogi środka, jakiegoś nowego rozwiązania, które pozwoliłoby nam uniknąć pułapek zarówno indywidualnej własności ziemi, jak i jej nacjonalizacji. Czy uda nam się opracować model własności gruntów (a być może i innych nieruchomości), który po pierwsze i przede wszystkim wyeliminuje element spekulacyjny; po drugie – położy tamę nieproporcjonalnym, niesprawiedliwym zyskom, jakie przynosi w naszych czasach posiadanie ziemi i jakie wzrastają jeszcze w przypadkach zastosowania „corneringu”; rozwiązanie, po trzecie, które nie spowoduje strat obecnych posiadaczy, a zatem nie będzie oznaczać konieczności ich wynagradzania; które, po czwarte, nie przysporzy obecnym właścicielom ziemskim trudności, pod warunkiem, rzecz jasna, że ich działania mieszczą się w granicach prawa?

Powiedzą pewnie Państwo, że to jakieś szaleństwo, ale zastanówmy się chwilę. Dotrzymajcie mi towarzystwa na ścieżkach mego rozumowania. Każdy dziś skrawek ziemi w Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, ma jakąś konkretną wartość czy cenę. Każdy właściciel, gdyby chciał sprzedać, co jego, mógłby zyskać przynajmniej ogólne pojęcie, być może po konsultacjach z profesjonalistą, ile może zarobić. Przyjmijmy więc, że udało nam się określić wartość ogółu gruntów Wielkiej Brytanii – zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Oczywiście, wartość ta uwzględniałyby choćby obecne plany gospodarowania przestrzennego oraz inne podobne czynniki. Wartości w ten sposób uzyskane nazywam wartościami rejestrowymi gruntów brytyjskich na lipiec 1973. Szacowano by je w funtach szterlingach według obecnej mocy nabywczej tej waluty. Aby uprzedzić problem inflacji, rząd mógłby opublikować specjalny aneks określający zasady przeliczania funta z 1973 do funta z dowolnego momentu w przyszłości. Dzięki temu naszą wartość rejestrową można by z łatwością dostosować do warunków, gdyby zachodziła taka konieczność. Zmierzam do tego, że właściciel danej działki, gdyby chciał ją sprzedać, powinien dostać za nią nie więcej niż wynosi wartość rejestrowa wyrażona w funtach szterlingach z uwzględnieniem inflacji. Transakcja musiałaby być zapośredniczona przez samorząd lokalny, odgrywający w całym przedsięwzięciu rolę czysto bierną, o ile rzecz jasna sam nie zamierzałby wejść w rolę nabywcy. Jeśli nie, prywatny – jak powiadam – kupiec mógłby zapłacić prywatnemu sprzedawcy najwyżej równowartość ceny rejestrowej – i ani pensa więcej.

Ale co jeśli, na przykład ze względu na zmiany w gospodarowaniu przestrzennym, wartość tych lub innych gruntów znacząco wzrosła? W takim przypadku będzie wielu potencjalnych nabywców – zorganizuje się aukcję i wygra ten, kto da najwięcej, ale – uwaga – właściciel otrzyma tylko wartość rejestrową, nadwyżka zaś trafi na, jak to nazywam, lokalny fundusz gruntowy. Co zaś z wartością rejestrową? Jeśli w sposób opisany wyżej cena działki faktycznie została podbita, ta nowa najwyższa cena staje się zarazem nową wartością rejestrową. A co jeśli działka jest na sprzedaż, ale nie znajdzie się nikt, kto zaoferowałby za nią przynajmniej cenę równą wartości rejestrowej? Właściciel może sprzedać ją za mniej – i wartość rejestrowa spadnie do poziomu tej nowej, niższej ceny.

Krótko mówiąc: koniec niesprawiedliwych zysków z ziemi teraz i w przyszłości. Nadwyżki trafiają nie do prywatnej, a publicznej kieszeni – zasilają lokalny fundusz gruntowy. W tych wyjątkowych przypadkach, w których cena jakiejś działki spadła, właściciel faktycznie może nie odzyskać włożonych w nią pieniędzy, ale to przecież ryzyko, które ponosi każdy, kto kupuje kawałek gruntu, albo – jak kto woli – cena, jaką płaci się za ów nadzwyczajny przywilej, jakim jest bycie właścicielem ziemskim.

Zachęcam Państwa do zastanowienia się nad tą propozycją. Uważam, że stanowiłaby ona rzeczywiście złoty środek, „złote” rozwiązanie problemu własności ziemskiej. Nie utrudni w żaden sposób legalnej aktywności obecnych właścicieli. Ich sytuacja pozostanie jak obecnie, nie doświadczą żadnych kłopotów. Obecność nowych regulacji odczują dopiero, jeśli zdecydują się swoją działkę sprzedać – w przypadku, gdy jakiś właściciel ziemski zapragnie przestać być właścicielem ziemskim.

Uważam, że mój plan znacząco ułatwiłby władzom lokalnym kupowanie gruntów na cele publiczne po uczciwych cenach i pozwolił przekierowywać do wspólnej puli niesprawiedliwe nadwyżki generowane przez stale rosnące zapotrzebowanie na ziemię; ale tylko, jeśli pochodziłyby one z dobrowolnej transakcji między kupującym i sprzedającym. Krótko mówiąc, pozwalamy prawom rynku działać swobodnie, jeśli chodzi o wolną wymianę między prywatnymi obywatelami; niemniej, upewniamy się także, by ta wolna wymiana nie prowadziła do kumulacji fortun; sfera publiczna zaś, w tym wypadku samorząd lokalny, zyskuje dobre zabezpieczenie przed spekulacją.

Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły; wszystkie je można ustalić już po wprowadzeniu mojego planu w życie. Nie twierdzę również wcale, że wraz z rozwiązaniem problemu własności gruntów problem mieszkaniowy rozwiąże się samoczynnie. Wydaje mi się jednak, że poszłoby nam z nim znacznie łatwiej.

Pozwolą teraz Państwo, że przejdę do innej myśli. Od dość długiego czasu interesuje mnie kwestia właściwych rozmiarów, właściwej miary rzeczy. Wydaje mi się, że to temat bodaj najbardziej zaniedbany we współczesnym społeczeństwie. „Państwo”, napisał Arystoteles dwadzieścia trzy wieki temu, „nie powinno być większe lub mniejsze ponad pewną miarę, podobnie jak inne rzeczy: rośliny, zwierzęta, czy narzędzia, bo żadne z tych nie może działać właściwie, jeśli jest za duże lub za małe, ale traci swoją naturę albo ulega zepsuciu”. Trudno doścignąć język starożytnych. Wyobraźmy sobie małą wyspę z – powiedzmy – dwoma tysiącami mieszkańców. Pewnego dnia do brzegów naszej wyspy przybija łódka i wysiada z niej człowiek, którego właśnie zwolniono z więzienia na kontynencie. Były więzień wraca do domu. Czy ta hipotetyczna wspólnota doświadczy jakichkolwiek trudności, aby się nim zająć, zapewnić mu minimum ludzkich kontaktów, znaleźć dla niego pracę i rozpocząć proces ponownego włączenia go do społeczeństwa? Nie sądzę. A teraz wyobraźmy sobie wyspę z populacją dwadzieścia pięć tysięcy razy większą, wynoszącą jakieś pięćdziesiąt milionów ludzi; i że co roku wraca na nią nie jeden, a dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Automatycznie jak gdyby, wdrożenie tych tysięcy do normalnego życia staje się zadaniem ogromnie trudnym, zadaniem, do rozwiązania którego potrzeba armii ministrów i przepracowanych, zestresowanych kuratorów sądowych. Jakiż gigantyczny problem! Problem, istotnie, którego nikt nie zdołał jeszcze w satysfakcjonujący sposób rozwiązać.

Mniemam, że już coś, jak to mówią, „dzwoni”, że mamy przynajmniej sporo materiału do przemyśleń. Albo wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast jednego więźnia pojawia się na naszej małej wyspie z dwutysięczną populacją bezdomna rodzina licząca pięć osób, a nawet dwie takie rodziny (razem dziesięć osób). Dach nad głową dla dziesięciu osób znajdzie się od ręki. Ale zwiększmy skalę razy dwadzieścia pięć tysięcy i wyobraźmy sobie, że wspólnota licząca pięć milionów ludzi ma coś zrobić z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami bezdomnych. Udręka. Znów: ministerstwa, urzędy, prawa, regulacje, przesyły finansowe, ogromne trudności i ogromne wysiłki – i znów (na ile nam doświadczenie podpowiada) żadnych realnych rozwiązań.

Opublikowałem dopiero co niewielką rozprawę zatytułowaną „Małe jest piękne” i otrzymałem list od czytelnika, w którym wyjaśnia on ów dziwny i wymagający problem skali z matematycznego punktu widzenia. Cytuję: „Kluczowe znaczenie ma fakt, że gdy jakaś jednolita organizacja zwiększa swój rozmiar, ilość problemów komunikacyjnych zachodzących między jej częściami składowymi rośnie wykładniczo. Generalnie przyjmuje się, że maksymalna liczebność produktywnej grupy badawczej wynosi dwanaście. Jeśli się ją przekroczy, badacze, zamiast badać, tracą czas na ustalaniu, co kto powiedział i co robi reszta”.

Przed około dwudziestu laty, pracując dla National Coal Board [3] zainteresowałem się kwestią bezpieczeństwa pracy w kopalniach. W tamtym czasie mieliśmy dwieście pięćdziesiąt tysięcy wypadków rocznie. Ktoś zwrócił wtedy moją uwagę na inną kopalnię, nie węgla, ale jakiegoś chyba minerału, w każdym razie korzystającą z dokładnie takich samych metod wydobycia, jak my. Wskaźnik wypadków był początkowo w owej kopalni taki sam, jak w „naszych”. Pewnego dnia jednak zarząd postanowił podjąć kroki – i wypadki zupełnie niemal się skończyły. Przyjrzeliśmy się tamtym rozwiązaniom, bardzo zresztą logicznym, i powiedzieliśmy sobie: „Udało się im, uda się i nam!”. Co prawda to była jedna kopalnia, a naszych było sześćset, ale przecież jeśli chodzi o ilość zaopatrzenia, pracowników i tak dalej musiały zachodzić tutaj podobne proporcje. NBC powiedziało sobie: „Ochrona życia i zdrowia ludzkiego to kwestia niecierpiąca zwłoki. Zastosujmy te metody we wszystkich sześciuset kopalniach od razu”. I – nic. Żadnych efektów. Choć, rzecz jasna, przez te dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego czasu, poziom bezpieczeństwa w kopalniach podniósł się niepomiernie. W tamtym jednak wypadku to, co udało się w tej jednej kopalni, w „naszych” sześciuset się nie udało.

Wiele czasu zajęło mi zrozumienie tych osobliwych i paradoksalnych wydarzeń. Jeśli jeden kompetentny inspektor bezpieczeństwa z zespołem potrafi zrobić porządek w jednej kopalni, dlaczego sześciuset inspektorów w sześciuset kopalniach – nie? Odpowiedź brzmi: ponieważ jeden inspektor nie potrzebuje do wykonywania swojej pracy potężnej „nadbudowy” o charakterze administracyjnym; on sam, jako szef zespołu, jest tą „nadbudową”. Ale sześciuset szefów sześciuset zespołów już takiej „nadbudowy”, takiego koordynującego nadzoru wymaga (a przynajmniej wszyscy myślą, że tak jest).

Pozwolą Państwo, że zwrócę teraz uwagę na jedną rzecz: administracja, jeśli ma być skuteczna, to przedsięwzięcie nadzwyczajnie trudne, wymagające nieprzeciętnej inteligencji. Znacznie trudniejsze, niż zapobieganie wypadkom pod ziemią. Wynika stąd, że do pracy w administracji nadają się tylko ludzie wyjątkowo utalentowani; i jeśli chcemy stworzyć administracyjną superstrukturę odpowiednią do skali przedsięwzięcia (sześćset kopalni, przypominam), to wtedy naturalnym biegiem rzeczy najlepsi pracownicy muszą wziąć na siebie właśnie funkcje administracyjne, wykonanie właściwych zadań powierzyć trzeba zaś pracownikom drugiego i trzeciego rzędu.

Podkreślam to tutaj bardzo mocno, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Owszem, potrzebujemy rozbudowanych struktur, ale przecież nie biurokracji!”. Tylko że jeśli nie chcemy, aby nasza administracja była biurokratyczna, musimy – powtarzam – przekierować do niej naszych najlepszych ludzi. A i to nie wszystko. Bo jeśli w ogóle zachodzi potrzeba wytworzenia dla jakiejś operacji „nadbudowy” administracyjnej, w naturalny sposób pion wykonawczy (bez niczyjej winy) nie może rozwinąć skrzydeł, podlegając nadzorowi urzędników, z którymi nie ma (choćby ze względu na dystans przestrzenny) bezpośredniego kontaktu i których nigdy ani nawet nie spotkał, chyba że na krótkich, oficjalnych „konferencjach”.

To doświadczenie, wespół z wieloma innymi, jakie uzbierały się przez te dziwne dwadzieścia lat, przekonało mnie ostatecznie, że małe jest piękne – przy czym mówiąc „małe” mam na myśli nie coś groteskowo czy nieskończenie małego, ale miarę, którą można w pełni objąć umysłem – i że najlepiej radzić sobie bez rozbudowanych struktur administracyjnych.

Dobra administracja, powtórzę, wymaga nieprzeciętnego talentu i inteligencji; zła administracja zaś to chyba najgorsza rzecz, jaka może istnieć. Dlatego też, jak powiedziałem, kwestię miary, rozmiaru, uważam za naraz najważniejszą i najbardziej zaniedbaną w obecnej debacie publicznej. Cytowałem już Arystotelesa i zacytuję go jeszcze raz: „Gdy rzeczy stają się za duże lub za małe, tracą swoją naturę lub ulegają zepsuciu” albo, jak mawiała moja babcia: „Wszystko, co »za« jest, od złego pochodzi”.

Na koniec, pozwólcie, że podsunę Państwu jeszcze inną myśl. Zacząłem od tego, że to istotnie bardzo dziwne, że my, żyjący w społeczeństwie tak bardzo bogatym, nie umiemy poradzić sobie z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego. I istotnie, nie da się naszych niepowodzeń w tej materii nijak usprawiedliwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wobec nich cała nasza gadanina o sprawiedliwości społecznej zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie. Podobnie jak i wszelkie nasze pretensje do ekonomicznej racjonalności, bo kosztów społecznych niedoboru mieszkań – takich jak na przykład rosnący wskaźnik przestępczości, problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, trwałe bezrobocie – tych kosztów społecznych zwyczajnie nie da się zrekompensować; i nie mam żadnych wątpliwości, że są one dużo większe, niż potencjalne koszty realnej polityki mieszkaniowej.

Jak by z tym jednak było, nie chcę zostawiać Państwa z przekonaniem, że obecne bogactwo Wielkiej Brytanii, czy całej w ogóle Europy Zachodniej, to osiągnięcie trwałe, niezagrożone z wewnątrz czy zewnątrz. Owo tak zwane „osiągnięcie” stanowi bowiem skutek pewnych konkretnych i przygodnych praktyk oraz okoliczności, będących dzisiaj – by to ująć kolokwialnie, ale prawdziwie – „na końcówce”. Gdy mówię „praktyki”, mam na myśli życie z kapitału raczej, niż z pracy. Dzisiaj bowiem znaczną część naszego kapitału stanowi ropa – surowiec nieodnawialny, nad wydobyciem i dystrybucją którego my tutaj w Europie Zachodniej nie mamy właściwie żadnej kontroli. „Okoliczności” zaś to po prostu system pozwalający nam swobodnie ową ropę kupować – układ sił, który dynamicznie się zmienia. Gospodarka światowa (termin ten oznacza rzecz jasna przede wszystkim zamożne dwadzieścia procent ludzkości) potrzebuje siedmioprocentowego wzrostu dostaw ropy w skali roku, podczas gdy znaczna liczba producentów tego surowca, myśląc w perspektywie długoterminowej stabilności, podjęła decyzję o utrzymaniu produkcji na poziomie z roku 1971. Uczyniły to już Wenezuela, Libia i Kuwejt; i te trzy kraje odpowiadają za wydobycie więcej niż jednej trzeciej (trzydziestu pięciu procent, dokładnie) zapasów ropy naftowej trafiającej na rynek międzynarodowy. Czym okazują się wszystkie owe projekty, o których mówiłem, projekty mające rozkręcić transport zmotoryzowanych i niezmotoryzowanych turystów przez Kanał La Manche, w perspektywie realnych trudności – zaburzeń dostaw czy nagłego wzrostu cen, na przykład – na rynku ropy naftowej?

Jeżeli dalej będziemy żyć w przeświadczeniu, że możemy jeść, pić i popuszczać pasa, bo nasze dzieci i tak będą bogatsze od nas, to – może powiem w ten sposób: jeśli ktoś tak myśli, to najwyraźniej nie zapytał o zdanie ludzi, dzięki którym tak ogromny wzrost poziomu bogactwa, jaki miał miejsce w Europie Zachodniej, w ogóle stał się możliwy. Czy to wszystko nie wskazuje na konieczność fundamentalnej przemiany tego, co zwykło nazywać się naszym „sposobem bycia”? Ta zaś implikuje coś, co wielu z moich politycznych przyjaciół określa mianem „reformy systemowej” – zwrot w kierunku daleko posuniętej decentralizacji i samowystarczalności małych wspólnot oraz, przede wszystkim, znacznie bardziej elastycznego, sprawiedliwego i racjonalnego systemu własności ziemi, oprócz – rzecz jasna – wielu innych rzeczy.

Ernst Friedrich Schumacher

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Katolickiego Towarzystwa Pomocy Mieszkaniowej w 1973 roku, a następnie opublikowany przez tę organizację.

Przypisy:

1. Chodzi o wypowiedź premiera Harolda Macmillana (1894-1986), konserwatysty, z 1957 roku. W tym samym przemówieniu zaatakował także „doktrynerstwo” socjaldemokratów i przestrzegał przed zbyt dynamicznym wzrostem pensji.

2. Lotnisko Maplin, właściwie lotnisko Ujście Tamizy czy u ujścia Tamizy. Obydwa przedsięwzięcia stanowiły ówcześnie „oczko w głowie” rządów brytyjskich. Tunel powstał w latach 90. jako tzw. Eurotunel, lotnisko do dziś pozostaje w fazie projektu.

3. Krajowa Rada Węglowa, instytucja powołana w 1946 do nadzoru nad znacjonalizowanym przemysłem węglowym Wielkiej Brytanii.

Ernst Friedrich Schumacher (1911-1977) – niemieckiego pochodzenia ekonomista i statystyk, który już w okresie studiów związał się z kulturą anglojęzyczną. Studiował w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie następnie pracował w biznesie. Po objęciu władzy przez nazistów pozostał w Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny był jako obywatel niemiecki internowany, został uwolniony po interwencji Johna Maynarda Keynesa. Po wojnie brał udział w pracach związanych z planem Marshalla. Od roku 1950 do 1970 związany zawodowo z publicznym sektorem górniczym w Wielkiej Brytanii. Brał także udział w pracach organizacji i instytucji pomocowych dla krajów rozwijających się. Pod wpływem wizyt w Birmie i Indiach związał się z inicjatywami ekologicznymi, m.in. był szefem Soil Association – brytyjskiej organizacji działającej na rzecz rolnictwa ekologicznego, drobnego, nieprzemysłowego. W roku 1973 ukazał się zbiór jego esejów – książka „Małe jest piękne”, która przyniosła mu światową sławę i stała się „biblią” ruchu ekologicznego. W swoich poglądach łączył wątki socjalizmu (szczególnie nieetatystycznego). niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu, katolickiej nauki społecznej i refleksji ekologicznej. Publikowaliśmy już jego inny tekst: Koniec balu 

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

Już widzę oczyma wyobraźni, jak wielu naszych towarzyszy uśmiecha się gorzko czytając powyższy tytuł – bo cóż może mieć wspólnego ze sztuką czasopismo socjalistyczne? Zacznę więc może od tego, że rozumiem w pełni, jak bardzo „niepraktyczny” jest ten temat w warunkach obecnych, w systemie płac i kapitału. O tym, istotnie, jest ten tekst.

Czym wszakże, zastanówmy się, sztuka właściwie jest? Gdzie ma swe źródła? Otóż sztuka to ucieleśnione w pewien sposób zainteresowanie człowieka własnym życiem; jej źródło stanowi przyjemność z przeżywania tego życia; przyjemność, owszem, tak właśnie musimy ją nazwać, biorąc pod uwagę życie ludzkie jako takie, niezależnie, jakie dołączałyby się do niego konkretne cierpienia i problemy jednostek. Sztuka to właśnie wyraz owej przyjemności – przyjemności, powiadam, z życia w ogóle; z czynów przeszłości, obecnych w pamięci, z czynów przyszłości, obecnych w nadziei, przede wszystkim jednak z czynów teraźniejszości, obecnych tu i teraz; z pracy.

Tak, jakże dziwne musi wydawać się to nam w dzisiejszych czasach! Tym, czego na ogół przecież doświadczamy, jest przyjemność z bezproduktywnego użytkowania ludzkich energii – z trwonienia ich na sportach i rozrywkach; ale zajęcie w sensie produktywnym, praca – ta monotonna praca, którą musimy wykonać codziennie, aby mieć co jeść, którą będziemy musieli wykonać i jutro, i pojutrze, i każdego następnego dnia, dokładnie tak samo aż do naszej śmierci – jakąż, pytamy, przyjemność można czerpać z czegoś podobnego?

A jednak powtórzę: głównym źródłem przyjemności jest dla człowieka codzienna, konieczna dla zachowania życia praca, w której to jednocześnie przyjemność owa znajduje wyraz i ucieleśnienie; nic bowiem innego nie zdoła odcisnąć na powszednich okolicznościach życia charakteru piękna – ilekroć zaś owo piękno jest w życiu obecne, stanowi znak, że człowiek czerpie ze swojej pracy radość, niezależnie, jakie oprócz tego trapiłyby go trudności. To właśnie brak radości z codziennego wysiłku sprawił, że nasze miasta i domy stały się tak niewypowiedzianie szkaradne – afront wobec krajobrazu, którego naturalne piękno kalają; wszystkie zaś utensylia codzienne – nędzne, trywialne, brzydkie, słowem: wulgarne. Straszliwy jest ów stan rzeczy, jaki przychodzi nam znosić – odwagi jednak, przyszłość niesie ze sobą nadzieję; nie może być bowiem ta zewnętrzna szpetota niczym innym, jak tylko owocem nędzy i zniewolenia mas; i zasadnie można spodziewać się, że gdy system nędzy i zniewolenia zostanie obalony, znów zaczniemy organizować otaczającą nas przestrzeń w piękny sposób – co stanowi zresztą, jak powiedziałem, naturalny znak szczęśliwej i wolnej pracy.

Bądźcie pewni, że nic innego nie zdoła wydać z siebie czegokolwiek, co choćby pod pewnym względem przypominałoby sztukę; bo – pomyślcie tylko! – robotnicy, których to ręce przecież muszą stworzyć kiedyś sztukę nową, zmuszani są w warunkach systemu komercjalistycznego pędzić swe życie, nawet gdy powodzi im się relatywnie nieźle, w budynkach tak zatłoczonych i brzydkich, że nikt nie mógłby mieszkać w nich i zachować zdrowe zmysły, nie tracąc jednocześnie do szczętu poczucia piękna i umiejętności cieszenia się swą egzystencją. Pochód „armii przemysłu”, z jej „kapitanami produkcji” [angielskie określenie potentatów przemysłowych – przyp. tłum.] (na litość!…), znaczą, podobnie jak pochód jakichkolwiek innych wojsk, ślady zniszczenia naturalnego piękna i spokoju krajobrazu, nasza natura zaś, nakazująca nam żyć za wszelką cenę, zmusza nas, abyśmy przyzwyczaili się do tej degeneracji, poświęcając swe człowieczeństwo i płodząc dzieci skazane na życie jeszcze bardziej nieludzkie, niż to, które wiedziemy. Żyjący pośród takiej szkarady nie mogą być zdolni dostrzegać piękna – a zatem, także go wyrażać.

Ale nie tylko robotnicy cierpią z powodu tej tragedii (i ja przynajmniej bardzo się z tego cieszę). Sztuka wyższa i bardziej intelektualna przeżywa te same problemy, co sztuki użytkowe. Artyści, których cel życiowy stanowi wytwarzanie przedmiotów pięknych i interesujących, nie odnajdują w realnym świecie żadnego zgoła materiału odpowiedniego dla tego przedsięwzięcia, skoro wszystko, co ich otacza, jest brzydkie i wulgarne. Albo zatem szukają go w wyobraźni wieków minionych, albo zaczynają żyć w kłamstwie, fałszując i sentymentalizując własną epokę; w konsekwencji, wbrew swojemu niekłamanemu talentowi, inteligencji i entuzjazmowi, tworzą dzieła, z których niewiele nie zasługuje wprost na pogardę w porównaniu ze sztuką epok przed-komercjalistycznych. Nie wolno nam też zapominać, że te nieliczne, istotnie wartościowe dzieła, jakie w naszych czasach powstają, stanowią co do jednego owoce pracy ludzi zbuntowanych przeciw swojej epoce – czasem walczących z nią otwarcie, czasem kryjących swój sprzeciw pod maską cynizmu, ale nieodmiennie trawiących życie na sporach z bliźnimi, w znacznej większości wypadków zupełnie bezowocnych, choć powinni je przecież poświęcić rozwojowi owych wyjątkowych talentów, którymi zostali obdarzeni, a z których korzyści mogłaby czerpać cała ludzkość.

Tak też na wysokości i na niskości, panowie i niewolnicy, wszyscy pospołu cierpimy z powodu niedoboru piękna, bądź – innymi słowy – przyjemności godnych człowieka. Całkowita nieobecność przyjemności w życiu to drugi – po niezliczonych zastępach wywłaszczonych proletariuszy – wielki dar, jaki ustrój komercjalistyczny przyniósł światu. Tylko zmiażdżona przez stalowe tryby tej potwornej machiny wartościowa niegdyś cywilizacja mogła stoczyć się w podobną wulgarność. Teoria głosząca, jakoby kryzys sztuki wynikał ze zbiorowego zainteresowania nauką, pozbawiona jest podstaw. Oczywiście, to prawda, że nauce przynajmniej pozwala się dziś istnieć – z tego prostego powodu, że może ona generować zyski. Ludzie zaś, pragnąc jakoś użytkować swe wrodzone energie, zwracają się do niej – dokładnie dlatego, że przynajmniej istnieje, choćby tylko jako niewolnik (choć coraz bardziej niezadowolony i niepokorny niewolnik) kapitału. Sztuka wszakże, gdy wkomponować ją w wielką machinę zysku, natychmiast umiera, i zostaje po niej ledwie widmo, tandeta na usługach wielkich posiadaczy.

Jakkolwiek dziwne może się to zatem wydać niektórym ludziom, zupełną prawdą jest, że socjalizm, powszechnie kojarzony z płytkim utylitaryzmem, stanowi obecnie jedyną nadzieję sztuki. Może być i tak, że do czasu zakończenia rewolucji społecznej, a może i trochę potem, okoliczności życia stawać się będą coraz bardziej nijakie, smutne i bezsensowne. Mówię: może i trochę potem, ponieważ nie da się wykluczyć, że ludzie mogą potrzebować trochę czasu, aby pozbyć się nawyków ukształtowanych przez życie między dwoma biegunami: beznadziejnej nędzy i rozpasanego luksusu, które to życie narzucił im komercjalizm. Nawet w tym jednak jest nadzieja; bo możliwe, że wszystkie obecne przesądy i konwencje muszą przeminąć, aby sztuka mogła narodzić się na nowo; że przed tymi narodzinami, będziemy musieli pogodzić się z utratą wszystkiego, co dziś nazywa się sztuką; że nie pozostanie nam nic innego, niż ledwie materiał sztuki, to znaczy: sam rodzaj ludzki, ze swymi aspiracjami i pasjami, i swoim wspólnym domem: ziemią; który to materiał długo obrabiać będziemy musieli przy użyciu tych dwóch oto narzędzi: pragnienia i odpoczynku.

Ale choć tak być może, nie wydaje mi się, abyśmy mieli szansę zorientować się, kiedy to nastanie; zmiana, jeśli nastąpi, będzie prawdopodobnie tak powolna i stopniowa, że nawet nie zwrócimy na nią uwagi. Ba, możliwe, że już i dziś sztuka choruje śmiertelnie – i to, co z niej widzimy, to półżywe truchło, skazane na zagładę: ale, z drugiej strony, czy nie możemy żywić nadziei na to, że sztuka odrodzi się jeszcze przed osiągnięciem pokoju i ustanowieniem nowego porządku? Czy to niemożliwe, że tym, co zada ostateczny cios otaczającej nas szpetocie będzie sama wielka tragedia Rewolucji Społecznej, i że robotnicy zaczną tworzyć sztukę z tą samą chwilą, w której uświadomią sobie swój prawdziwy cel – równy udział w życiu godnym człowieka – i zaczną dążyć do jego realizacji? Wojna, którą będą toczyć, sama może dodać im skrzydeł – wrogiem nie jest bowiem przecież sztuka, ale niepokój: przytłaczający, plugawy niepokój istoty zmuszonej pracować codziennie dla fizycznego przetrwania za nędzne ochłapy, w sposób wyniszczający tak ciało, jak umysł, tak ze względu na nadmierną intensywność wysiłku, jak i czysto mechaniczny, nieludzki charakter.

Tak czy inaczej, czas wolny, który socjalizm chce zapewnić robotnikom, z konieczności rodzi pragnienie – pragnienie piękna, pragnienie wiedzy, pragnienie, krótko mówiąc, życia bardziej pełnego i sensownego. Powtórzmy zaś: pragnienie i odpoczynek to czynniki naturalnie sprzyjające sztuce – bez nich zaś, odwrotnie, sztuka może być tylko podróbką pozbawioną racji życia i istnienia: dlatego też nie tylko robotnik, ale i cały świat nie doświadczy sztuki realnie tak długo, jak długo obecne społeczeństwo komercyjne nie zostanie zastąpione społeczeństwem prawdziwym – społeczeństwem socjalistycznym. Wiem, że to temat zbyt poważny i trudny, by dało mu się oddać sprawiedliwość w krótkim artykule. Proszę zatem moich czytelników, by potraktowali ów artykuł jako wstęp do własnych rozważań o kwestii związków gospodarki ze sztuką.

William Morris

Przeł. Maciej Sobiech (vel Wąs)

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „The Commonweal” w kwietniu 1885 roku. W nagłówku tekstu wykorzystano jedną z prac graficznych autora.

William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Zarzut, że socjaliści są „beznarodowcami”, gorzej, że są „wrogami narodowości”, jest tak stary, jak starym jest socjalizm sam. O ile zarzut ten podnoszą nasi przeciwnicy polityczni w celach agitacyjnych lub ze względów taktycznych wobec bezkrytycznych mas, to popełniają świadome oszustwo i polemizować z nimi lub ich przekonywać byłoby bezpłodną pracą.

O ile zaś powtarzają ten zarzut i wierzą weń ludzie zbałamuceni, to obowiązkiem naszym jest powiedzieć im prawdę. Prawdę tę odsłonić i wskazać drogę do jej bezstronnego zbadania jest celem niniejszej rozprawki.

Zanim jednak przystąpimy do rzeczy, zwrócić chcemy uwagę na znamienny dla agitacyjnych metod naszych „patriotycznych” przeciwników moment, który polega na tym, że np. we Francji wrogami ojczyzny są tylko socjaliści francuscy, podczas gdy socjaliści niemieccy są tam uważani za szowinistów narodowych, oczywiście niemieckich, że w Niemczech znów za wzór patriotów przedstawia się socjalistów francuskich w przeciwieństwie do beznarodowych socjalistów niemieckich i że w Polsce również uznaniem, jako najgorętsi i najkonsekwentniejsi obrońcy interesów swego narodu, cieszą się w oczach „patentowanych patriotów” socjaliści – ale jeno u wrogich nam sąsiadów, podczas gdy socjalistów polskich wciąż jaszcze podejrzewa się jako zdrajców własnego narodu. Metoda ta, jakkolwiek haniebną jest w zastosowaniu i ze względów na cele, dla których bywa stosowaną, to jednak ma ona swoje głębsze, w historii uzasadnione pochodzenie, jak to w dalszym ciągu wykażemy.

Przede wszystkim stwierdzić należy, że wielcy politycy i teoretycy socjalizmu, a w ich rzędzie na pierwszym miejscu twórcy socjalizmu naukowego Karol Marks i Fryderyk Engels, przez całe swe życie, ze znaną i uznaną u tych myślicieli konsekwencją i energią domagali się odbudowania Polski niepodległej i wielkiej. Już w dziewięć miesięcy po napisaniu „Manifestu komunistycznego” Karol Marks w szeregu artykułów programowych i polemicznych, drukowanych w sierpniu i wrześniu roku 1843 w „Nowej Gazecie Nadreńskiej”, dowodził, że Polska nie tylko musi być na powrót do niepodległego bytu państwowego wskrzeszoną, ale, że musi ona odzyskać rozległość co najmniej tę, jaką jej zakreślały granice z roku 1772, to jest przed pierwszym rozbiorem, musi posiadać nie tylko dorzecza, ale także ujścia swoich wielkich rzek, oraz przynajmniej nad Morzem Bałtyckim wielki pas wybrzeża [Reger myli się w tym miejscu i przypisuje Marksowi pogląd sformułowany w niemal dokładnie takim samym brzmieniu przez Engelsa na łamach „Neue Rheinische Zeitung” w wydaniu z dnia 22 sierpnia 1848 roku; nie zmienia to faktu, że Marks formułował podobne wizje – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”].

Żądanie to ponawiali Marks i Engels przy każdej nadarzającej się sposobności, uzasadniając je ściśle naukowo koniecznościami rozwoju ekonomicznego Europy Środkowej, Polski i Rosji, który to rozwój uważali znów za konieczny warunek wzmocnienia się klasy robotniczej, mającej być nosicielką przyszłej rewolucji socjalnej na zachodzie i na wschodzie, a popierali to żądanie niestrudzenie przez cały ciąg życia swego nie tylko piórem i słowem, ale także czynem.

Gdy Adam Mickiewicz założył w Paryżu dziennik „Trybuna ludów” dla propagandy idei socjalizmu i niepodległości Polski, Marks stał się współpracownikiem tego pisma i ofiarował swe oszczędność dla jego podtrzymania. Gdy zaś w czasie wojny turecko-rosyjskiej A. Mickiewicz pospieszył do Konstantynopola, aby tam organizować legion polski, Marks popierał go, czym mógł, wydając wspólnie z Engelsem odezwy do „Międzynarodówki” wzywające do walki z Moskalami, a za wolność Polski, posyłając mu ochotników i pieniądze [nieścisłość Regera: Międzynarodówka Socjalistyczna powstała dopiero 8 lat po śmierci Mickiewicza, a Marks i Engels we wzmiankowanej sprawie apelowali nie do Międzynarodówki, lecz do postępowej części międzynarodowej opinii publicznej – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] .

W roku 1863, w czasie powstania polskiego, K. Marks czynił starania, aby nabyć dla powstańców polskich broń od zdetronizowanego księcia Brunszwiku, mieszkającego na wygnaniu w Paryżu. Po ostatecznym upadku powstania polskiego, gdy w Polsce szerzy się biały terror carski i reakcja, współpracownik i przyjaciel Marksa, Engels, w płomiennych artykułach, zamieszczanych w angielskim czasopiśmie „The Commonwealth” („Dobro publiczne”) w roku 1866 ponownie żąda odbudowania Polski, dowodząc, że leży to w interesie klas robotniczych całej Europy. Po upadku Komuny paryskiej w roku 1871, w czasie której rewolucjoniści polscy pod wodzą Jarosława Dąbrowskiego zorganizowali obronę Paryża i nią kierowali, K. Marks oddaje hołd bohaterstwu Polaków i ostro gani Francuzów i Napoleona III za to, że Polskę zdradzili i znów upomina się o odbudowanie Polski. W roku 1874 Engels w niemieckim organie socjalno-demokratycznym „Volksstaet” („Państwo ludowe”) nazywa odbudowanie Polski „koniecznością”. W roku 1884 obydwaj uczeni, K. Marks i F. Engels, odpowiedź swą komunistom-kosmopolitom polskim, wydawcom „Równości” genewskiej, kończą okrzykiem: „Niech żyje Polska!” [znowu ewidentna pomyłka Regera – Marks zmarł w roku 1883 – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. W roku 1892 w przedmowie do drugiego polskiego wydania „Manifestu komunistycznego” Engels raz jeszcze dowodzi, że „robotnicy całej pozostałej Europy potrzebują niezależności Polski również jak sami polscy robotnicy”.

Znakomity wódz niemieckiej socjalnej demokracji, świetny mówca i wytrawny parlamentarzysta Wilhelm Liebknecht, oprócz szeregu artykułów w obronie sprawy polskiej, napisał doskonałą broszurę pod tytułem „Czy Europa ma skozaczeć?”, w której dowodzi niezbicie, że jeżeli rewolucja socjalna w Europie ma mieć widoki powodzenia, to najpierw musi runąć carat rosyjski, ten „żandarm Europy”, i musi powstać Polska wielka, niepodległa, której historycznym posłannictwem jest stać na straży kultury i cywilizacji zachodu przed barbarzyństwem wschodu. Ten pogląd Liebknechta zyskuje dziś nowe, nieco odmienne znaczenie: oto, jak niegdyś Polska szlachecka przedmurzem była chrześcijaństwa, zasłaniając je piersiami swych pancernych rycerzy przed nawałą Turków i Tatarów, tak dziś jedynie wolna, niepodległa, demokratyczna i socjalistyczna Polska, Polska robotnicza i chłopska, potrafi uratować zdobycze rewolucji europejskiej przed potopem bolszewizmu, który grozi zagładą nie tylko zdobyczy kultury i cywilizacji, ale przede wszystkim zniszczeniem lub znacznym opóźnieniem ostatecznego zwycięstwa dokonywującej się w oczach naszych rewolucji socjalnej.

Poprzestajemy na tych kilku przykładach, albowiem na wołowej skórze nie spisałby samych tylko tytułów dzieł i artykułów licznych wybitnych pisarzy socjalistycznych obcych narodowości, jak np. Kautsky, Bebel, dr Wiktor Adler, Pernerstorfer, Jaurès i wielu, wielu innych, którzy w tej lub inne formie protestowali przeciwko ujarzmieniu narodu polskiego i domagali się odbudowania Polski.

Oczywiście, że nie inne stanowisko zajmowali zawsze i zajmują socjaliści polscy, z wyjątkiem nielicznych grupek i jednostek, których zacofanie myślowe zatrzymało się na pierwotnych poglądach kosmopolitycznych jaskiniowców, a zacietrzewienie partyjne zaprowadziło ich na manowce „ugodowości” i „organicznego wcielenia się” z najeźdźcami. Do takich zacofanych i zacietrzewionych należą niedobitki dawnych partii SDKPiL (czyli Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy) oraz tak zwanej lewicy PPS, którzy obecnie utworzyli wspólnie partię komunistyczną jako cześć składową takiej samej partii wszechrosyjskiej.

Polscy socjaliści nieśli zawsze wysoko sztandar walki o niepodległość i zjednoczenie całego narodu. Oto zaraz na pierwszym międzynarodowym Kongresie robotniczym i socjalistycznym w Paryżu w roku 1889 delegaci socjalistów polskich ze wszystkich ówczesnych trzech zaborów ukonstytuowali się jako osobna grupa i oświadczyli, że nie uznają rozdzielających ich granic państw zaborczych, że uważają się za odrębną reprezentację narodową i że dążyć będą do wywalczenia całkowitej niepodległości dla swojego narodu. Kongres to uznał i przyznał Polakom w Międzynarodówce własną stałą reprezentację, chociaż nie przyznał tego prawa np. Czechom, których delegaci na Kongresach międzynarodowych wchodzili w skład delegacji austriackiej, a w biurze międzynarodowym socjalistycznym reprezentowani byli przez delegatów z Austrii.

W kilka lat później, na międzynarodowej konferencji przygotowawczej do nowego Kongresu światowego socjalistów, która się odbywała w tymże samym czasie i w tym samym miejscu (w Hadze), gdzie obradował pierwszy międzyrządowy Kongres pokojowy, zwołany za inicjatywą cara rosyjskiego Mikołaja II, uchwalono na wniosek delegata polskich socjalistów, że „jedynie zniesienie panowania klasy nad klasą, a w pierwszym rzędzie upadek caratu i całkowita niepodległość żywych narodów mogą rozwiązać kwestię pokoju międzynarodowego”.

Uchwała powyższa jest dla nas bardzo ważną, albowiem wskazuje nam ona, że punktem wyjścia musi być dla nas, jako socjalistów i Polaków, w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej żywy naród i interes ludu polskiego, a nie państwo, że nie możemy się zadowolić i nie zadowalamy się jakąś „autonomią” kulturalną czy administracyjną, czy by ona pochodziła z łaski samodzierżawnego cara, czy też wszechrosyjskiego, choćby komunistycznego sowietu, lecz że niepodległość narodu polskiego musi być całkowita, całkowita co do treści i co do obszar, na który się rozciąga, to znaczy, że musi ona obejmować cały zjednoczony naród polski. Tak uchwaliła Międzynarodówka socjalistyczna już lat temu dwadzieścia, a uchwaliła na wniosek delegata polskich socjalistów. Zapamiętajmy to sobie i nie dajmy sobie tego nikomu wydrzeć ani sfałszować.

Zresztą wszelkie fałszerstwo na nic się nie przyda wobec bardzo jasnego brzmienia programu Polskiej Partii Socjalistycznej (zaboru rosyjskiego i pruskiego), który obowiązywał przez cały dotychczasowy ciąg istnienia, z górą lat trzydziestu. Zaraz w pierwszym ustępie tego programu jest powiedziane, że Polska Partia Socjalistyczna, będąc wyrazicielką potrzeb i ideałów klasy robotniczej w Polsce i organizacją polityczną tej klasy, dążąc do wyzwolenia całego ludu z niewoli ekonomicznej, politycznej i narodowej, stawia sobie za cel zasadnicze przekształcenie ustroju społecznego, oparcie społeczeństwa na nowych – socjalistycznych – podstawach, w dziedzinie zaś narodowej „zniesienie wszelkiego ucisku narodowego, zjednoczenie Polski”. Dalej zaś znajdujemy stwierdzenie: „dlatego też PPS, stawiając sobie za cel republikę demokratyczną, łączy ten cel z niepodległością, walczy o niepodległą Republikę Demokratyczną i Ludową”.

Równie wyraźnie i silnie sprawa niepodległości całego zjednoczonego narodu polskiego stawianą była od samego początku przez Polską Partię Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska (PPSD).

Już na pierwszym ogólnoaustriackim zjeździe socjalistów w Hainfeidzie w r. 1889 socjaliści polscy z Galicji przyłączyli się wprawdzie do nowo powstałej Robotniczej Party Socjalno-Demokratycznej w Austrii, lecz oświadczyli równocześnie, że nie czują się przez to w żaden sposób skrępowani w swym dążeniu do połączenia się z socjalistami polskimi z innych zaborów, ani też w swym dążeniu do odzyskania niepodległości narodowej.

W dziesięć lat później na ogólnym Kongresie socjalistów austriackich w Brnie w 1899 r., przy sposobności uchwalania tak zwanego Programu narodowościowego, który przewidywał przebudowę monarchii Habsburgów na demokratyczne narodowościowe państwo związkowe, składające się z autonomicznych terytoriów poszczególnych narodów zamieszkujących to państwo, delegacja polska złożyła deklarację, w której powiedziano: „polscy socjalni demokraci niezmordowanie dążą do tego, aby w przyszłości naród polski należał do ogólnej rodziny narodów jako wolny i zjednoczony”.

Warto przy tej sposobności przypomnieć, że socjaliści czescy złoży równocześnie (w r. 1899) deklarację, w której oświadczyli, że stojąc na gruncie praw żywych narodów, odrzucają wszelkie prawa historyczne; mieli na myśli osławione „historyczne czeskie prawo państwowe”, którego rodowód, sięgający wstecz poza rok 1335, wywodzi się od średniowiecznych stosunków dynastycznych i lennych, a na podstawie którego młodziutka, bo dopiero 28 października 1918 roku narodzona demokratyczna republika czesko-słowacka nie może rościć sobie żadnych praw do panowania nad polskim Śląskiem lub niemiecką częścią Czech i Moraw, nie mówiąc już o Słowacji i innych nie-czeskich krajach.

Ważniejszą jednak od pisanych programów była cała działalność socjalistów polskich, dążąca wytrwale i nieugięcie do wywalczenia ludowi polskiemu nie tylko praw ludzkich i obywatelskich, ale także narodowej wolności, niepodległości i zjednoczenia. Żadne prześladowani, niszczenie egzystencji, więzienia, ni katorga, ni Sybir, ani nawet szubienice nie potrafiły odstraszyć bojowników proletariatu polskiego, ani złamać ich ofiarnej energii. Stanisław Kunicki, Bardowski. Pietrusiński, Ossowski, Okrzeja, Montwiłł i tylu, tylu innych ginęli na carskich szubienicach z okrzykiem: „Niech żyje socjalizm! Niech żyje Polska!”. Z tym samym okrzykiem na ustach szli w bój z caratem w czasie rewolucji 1905 i 1906 roku robotnicy polscy w byłym Królestwie Polskim, to samo hasło zagrzewało robotników i młodzież socjalistyczną w Galicji i na Śląsku, gdy organizowano Związek Strzelecki, a następnie Legiony Polskie do walki o Niepodległą Polskę.

A co wcisnęło broń do ręki w styczniu 1918 roku górnikom karwińskim i hutnikom trzynieckim, by odeprzeć bohatersko a skutecznie zbrodniczy najazd Czechów na Śląsk Cieszyński, co wywołało powstanie Górnoślązaków przeciwko hordom krzyżackiego Grenzschutzu? Tęsknota do zjednoczenia się z odradzającą się Ojczyzną, tęsknota naturalna dzieci do połączenia się z Macierzą! Ale tęsknotę tę rozbudziło i wzmocniło uświadomienie klasowe, spotęgowała ją zaś i ujawniła dopiero łączność organizacyjna i ideowa z polskim socjalizmem.

A kiedy z pożogi i oparów krwi wielkiej wojny powstała Wolna i Niepodległa Polska, zebrał się w Krakowie zjazd ogromny około 500 delegatów socjalistów z całej Polski, aby utworzyć już jedną wspólną zjednoczoną (z PPS i PPSD) Polską Partię Socjalistyczną, której naczelnym, najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest w myśl uchwalonego na tym zjeździe programu: utrwalić i ugruntować niepodległość, dokonać dzieła zjednoczenia całkowicie rozdartej ongiś Polski.

***

Zapytajmy teraz, czy takie stanowisko PPS zgodne jest z wyznawaną równocześnie przez nią międzynarodową solidarnością? Bo samo powoływanie się na to, że Marks, Engels i inni koryfeusze socjalizmu stanowisko to podzielają, jeszcze niczego nie dowodzi, a może być co najwyżej wymówką, mającą nas ratować z kłopotu.

Na samym początku, kiedy ruch robotniczy był w powijakach, a robotnik, zupełnie jeszcze nieuświadomiony, nie rozumiał ani swego położenia, ani interesu klasowego, kiedy w warsztatach, fabrykach i kopalniach czas pracy trwał po 12 do 16 godzin na dobę, a traktowanie „wolnego najmity” gorszym było, aniżeli niewolników, wówczas trudno było wzywać robotników do walki o niepodległość narodu. Robotnik ciemny, głodny i nagi, ogłupiały z nadmiernego przemęczenia, nieczuły był w swej masie na nic, co nie dotyczyło bezpośrednio polepszenia jego ciężkiej doli. Nie zrozumiałby on nawet takiego wezwania. Musiano więc zrazu w agitacji uwzględniać sprawy i hasła najprostsze i najbardziej dostępne masie robotniczej. W miarę jednakowoż, jak ruch robotniczy rósł i wzmacniał się, a masa robotnicza przychodziła do poznaniu i zrozumienia swego stanowiska klasowego i swej siły, gdy obok najprymitywniejszych żądań polepszenia bytu klasy robotniczej zaczęto wykuwać żądania trwałych ustawowych reform socjalnych w dziedzinie ochrony robotniczej, szkolnictwa itp., a dla ich zdobycia lub zabezpieczenia już zdobytych ulg i reform okazała się konieczność wywalczenia dla klasy robotniczej praw politycznych, samorządu, demokracji, w miarę tego znikał z ruchu proletariackiego polskiego dawny, przez Bakunina głoszony „kosmopolityzm”. Twierdził on, że dla proletariatu, który jest międzynarodowym, jak międzynarodowym jest kapitał, obojętne jest terytorialne ukształtowanie państw. Bakunizm zbankrutował, a miejsce jego zajęło z żywiołową swą świadome i celowe dążenie do uzyskania niepodległości narodowej. Dlaczego? Oto dlatego, że bez demokracji, bez udziału klasy robotnicze w rządach zarówno w państwie, jak i w samorządzie lokalnym, bez prawa wykonywania ze strony robotników kontroli nad dochodami i wydatkami państwa, kraju i gminy, jako też nad wykonywaniem ustaw przez urzędników, nie może być mowy o zdobyciu trwałym, drogą ustawową, najkonieczniejszych reform socjalnych i szkolnych itp. i o ich dotrzymywaniu. Toteż żądanie wprowadzenia powszechnego głosowania i zdemokratyzowania całego życia publicznego w państwie, w kraju i w gminie jest najważniejszą częścią wszystkich programów socjalistycznych. Ale doświadczenie nas nauczyło, że nigdzie na świecie urzeczywistnienie tego podstawowego żądania demokracji i postępu nie napotykało na tyle tak nieprzezwyciężonych trudności, jak w Polsce pod rządami obcych najeźdźców. Tylko w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim w ostatnich latach panowania Austriaków udało się nam częściowo przełamać opór rządu i klas panujących, uzyskaliśmy w roku 1907 powszechne i równe prawo wyborcze do centralnego parlamentu wiedeńskiego. Lecz było ono tylko względnie równym, o tyle, że wszystkie głosy w tym samym okręgu wyborczym miały jednakową wartość, ale okręgi nie były równe: gdy w okręgach zamieszkałych przez polskich lub ruskich robotników i chłopów wypada jeden poseł na 20 do 50 tysięcy głosujących „równouprawnionych” obywateli, to w okręgach niemiecko-burżuazyjnych już 2500 lub 3000 wyborców wybierało sobie własnego posła. W ten sposób 9 milionów Niemców w Austrii miało w wiedeńskiej izbie posłów tyleż głosów i władzy, co 20 milionów wyborców sześciu innych narodowości austriackich. W Niemczech było jeszcze gorzej, tam Polakom wprost odmawiano prawa wybierania własnych posłów. W Rosji zaś po wyborach do pierwszej dumy bez ceremonii okrojono ilość mandatów tak, że odtąd robotnicy polscy nie mogli zdobyć ani jednego mandatu. Samorządu ziemskiego, który od dawna istniał w krajach rdzennie rosyjskich, w Królestwie Polskim w ogóle nie zaprowadzono, miasta polskie wydano w całości na łup złodziejskich czynowników carskich, ludowi wiejskiemu pozostawiono tylko z konieczności pozory samorządu.

fot. Remigiusz Okraska

 

Ale bądźmy sprawiedliwi i przyznajmy, że Moskale, Prusacy i Austriacy musieli tak postępować w obronie własnych interesów. Nie ulega bowiem wątpliwość iż ludność polska, uzyskawszy prawo rządzenia sama sobą, w pierwszym rzędzie byłaby wyrzuciła obcych urzędników, byłaby się zabrała do wzmocnienia rodzimego przemysłu i szkolnictwa narodowego i byłaby skorzystała z uzyskanej swobody, aby prędzej czy później zrzucić obce jarzmo, tak, jak to się w części działo w Galicji. Widzimy więc, że rządy demokratyczne nie dadzą się pogodzić z panowaniem najeźdźców. Z tego wynika, że niezbędną częścią składową demokracji jest niepodległość narodowa; nie może być bowiem mowy o demokracji tam, gdzie panują ucisk i niewola narodowa. W interesie każdego najeźdźcy – wszystko jedno, czy to jest Moskal, Niemiec czy Czech – jest skrępowanie rozwoju gospodarczego, oświatowego i politycznego narodu ujarzmionego Przeciwnie zaś, prawdziwie demokratycznym może być tylko naród oświecony, wolny i niepodległy, który sam również nikogo nie uciska ani nad nikim nie panuje.

Rozwijający się kapitalizm państw najezdniczych rozbudził w masach robotniczych i chłopskich polskich, wraz ze świadomością klasową i demokratyczną, także świadomość narodową. Pod szponami kapitalizmu obcego i swojskiego uświadomił sobie proletariusz polski, że jest człowiekiem, dziś i jutro może jeszcze cierpiącym i wyzyskiwanym, ale mającym pewne prawa obywatelskie. W tym samym procesie duchowym uświadomił sobie dość rychło, że ma także pewne prawa narodowościowe. Od tej świadomości do postanowienia walczenia o te prawa był już krok tylko jeden, gdy siła i klasowy charakter polskiego ruchu socjalistycznego i zarazem demokratycznego były już o tyle dojrzałe i świadome swoich dróg celów, że wyrazy „Ojczyzna” i „Niepodległość” nie tylko przestały być dlań wstrętnym straszakiem, lecz stały się częścią tej świadomości. Od tej chwili stały się one programem naszym i hasłem bojowym, ukochanym, dla którego nie poświęciliśmy nigdy i nie poświęcimy naszych ideałów socjalistycznych, ale poświęcamy pracę, siły, pieniądze i życie… Dlatego to z pogardą i politowaniem odrzucamy bez odpowiedzi podstępne i ciasne pytanie: Czy zdążacie przez niepodległą Polskę do socjalizmu, czy też przez socjalizm do niepodległej Polski? Walczymy równocześnie i z równym zapałem o niepodległą Polskę i o socjalizm, albowiem nie ma i być nie może na polskiej ziem wolności, demokratyzmu ani socjalizmu bez niepodległości, albowiem Niepodległa Polska jest jedną ze stron i polskiego i międzynarodowego ideału socjalistycznego i to jedną z najważniejszych.

Niestety utrudniały zrazu ruchowi socjalistycznemu w Polsce „unarodowienie się” – jeżeli to tak nazwać wypada – burżuazja, szlachta i urzędnikieria polska, które nie wahały się każde, choćby najskromniejsze żądanie podwyższenia zarobków lub skrócenia czasu pracy, a zwłaszcza wszelkie żądanie reform demokratycznych, piętnować, jako czyn wysoce „niepatriotyczny”, używając natychmiast przeciwko „zbuntowanym” robotnikom pomocy carskich, pruskich i austriackich żandarmów i prokuratorów. Z drugiej jednak strony codzienne doświadczenia, że rządy najezdnicze utrudniały lub wręcz uniemożliwiały robotnikom organizowanie się i nieraz z góry nie pozwalały przedsiębiorcom na żadne ustępstwa na ich korzyść, umacniało klasę robotniczą w tym przeświadczeniu, że walka z najazdem jest tak samo dla niej ważną, a może nawet pilniejszą, aniżeli walka z wyzyskiwaczami. Jednym słowem robotnicy zrozumieli, że Polska niepodległa jest koniecznym warunkiem swobodnego rozwoju ich klasy. Ruch rewolucyjny narodowy zyskał w ten sposób w ruchu robotniczym socjalistycznym potężnego i pożądanego sojusznika. Dlatego mogliśmy zauważać, że – zwłaszcza pod naborem rosyjskim – socjaliści cieszyli się długo uznaniem i poparciem szczerych patriotów spośród burżuazji – dążących do rewolucji narodowej.

Znamienną jest niezmiernie rzeczą; iż stosunek ten pogorszył się, aż w końcu zepsuł się na dobre, właśnie wtedy, gdy socjaliści polscy wyraźnie wywiesili sztandar walk o niepodległość narodową, a burżuazja polska przestała marzyć o rewolucji narodowej. Nas to nie zadziwia, nie boli ani nie oburza. Stwierdzamy natomiast z dumą, że zasługą polskiego socjalizmu nie tylko wobec polskiej klasy robotniczej, ale wobec całego narodu polskiego i wobec całej międzynarodówki socjalistycznej, pozostanie na zawsze to, iż dokonał on wielkiej i płodnej syntezy, łącząc ideały patriotyzmu z ideałami socjalizmu. Że stworzył nowe pojęcie, tyle razy przez swoich niestety i przez cudzych wyszydzanego: socjalisty-patrioty.

Do istoty kapitalizmu należy, że jest on zawsze zaborczym. Dąży on do coraz większego rozszerzenia kręgu swoich poddanych przez to, że coraz szersze warstwy dawniej samodzielnych przedsiębiorców przemysłowych i drobnych chłopów wywłaszcza z środków produkcji, zakuwając ich, jako robotników najemnych, oficjalistów albo dłużników, w bezpośrednią lub pośrednią zależność od kapitalistów, a równocześnie i przez to, że usiłuje jak najbardziej rozszerzyć koło swoich odbiorców. Kapitalizm, aby mógł się rozwijać, spełnić swoją rolę dziejową – czyli aby mógł przygotować dane społeczeństwo pod względem rozwoju ekonomicznego, to jest względem rozwoju techniki przemysłowej i handlowej ich organizacji za pomocą karteli i trustów, przy równoczesnym sproletaryzowaniu przeważającej większości danego społeczeństwa, oraz podniesieniu stopnia oświaty i kultury w masie narodu, musi mieć, jako naturalną podstawę operacyjną (to jest jako punkt wyjścia, oparcia się, czerpania nowych sił do obrony lub dalszych zaczepnych działań), im szerszą, tym lepiej oczywiście, własny silny rząd narodowy, własny rynek wewnętrzny, oparkaniony cłami handel protegowany przez rząd i przezeń na zewnątrz reprezentowany, a w razie potrzeby lasem bagnetów osłaniany i rozszerzany. Naturalną tedy tendencją rozwoju ekonomicznego jest wytworzenie państw wewnętrznie spoistych i silnych, z dobrą administracją, ładem i spokojem, wolnych od wszelkich tarć wewnętrznych, aby zaspokoić potrzebę kapitalizmu posiadania wolnych i zjednoczonych państw narodowych. Nie jest to wynikiem żadnej przypadkowości, że właśnie w dobie rozkwitu kapitalistycznego powstały państwa narodowe Anglii, Francji, Niemiec, Włoch itd. i że właśnie w tych państwach narodowych kapitalizm doszedł do najwyższych szczytów swej potęgi. Dlatego też nie jest zaprzeczeniem teorii materializmu w dziejach, lecz jest raczej jej potwierdzeniem, zjawisko, iż dawne prowincje Austrii – Wenecja i Lombardia – po wiekach należenia do niej, właśnie w tej dobie oderwały się od monarchii Habsburgów, aby się przyłączyć do swej macierzy, do zjednoczonych Włoch. Dopiero od tej doby Wenecja i Lombardia zakwitły na nowo, a Włochy stały się państwem nowoczesnym, na wskroś kapitalistycznym i zaborczo imperialistycznym. Naturalną tedy i zgodną zupełnie z zasadami naukowego socjalizmu jest nie tylko dążność do utworzenia państw jednolitych pod względem narodowym, do zgromadzenia w jednym państwie narodowym wszystkich współplemieńców, lecz także wynikająca z tego założenia chęć wynarodowienia innoplemieńców, którzy by się w takim państwie znaleźli. Z tego wynika jednakowoż jeszcze dalsza konsekwencja, że nie leży w interesie kapitalistów wzmacniać rynek wewnętrzny, bo to podnosi stopę życiową ludu i podnosi płace zarobkowe. Dlatego kapitaliści w każdym kraju są wrogami ruchu robotniczego u siebie w domu, a natomiast tęsknią i dążą do podbojów, do zagarnięć cudzych krajów, które by im dostarczały tanich materiałów surowych, a równocześnie zabezpieczały im wolny od zagranicznej konkurencji rynek zbytu dla ich własnych towarów. Dlatego to niemieccy kapitaliści w Austrii z takim uporem sprzeciwiali się najpierw przez sto lat uprzemysłowieniu, a następnie wyodrębnieniu Galicji, chociaż wyodrębnienie takie pożądanym było dla panowania Niemców nad Czechami i resztą ludów austriackich.

Tak wyglądają w świetle prawdy tajemnicze źródła, z których bije miłość ojczyzny, patriotyzm gorący i ofiarny burżuazji, krzepiący i zasilający jej apetyty imperialistyczne i aneksjonistyczne… Jeżeli jakaś siła zewnętrzna – np. najazd obcy, jak to było w Polsce – zamąci kryształową toń owych źródeł, wówczas muszą się wydobywać z nich wstrętne opary targowicy, trójzaborowej lojalności narodowo-demokratycznego moskalofilizmu albo organicznego wcielania się w panslawizm lub we wszechruskij-sowieckij komunizm. Nie przeczymy, że mogą istnieć też dla działań patriotycznych inne pobudki idealnej, uczuciowej natury, lecz istnieją one zawsze tylko u jednostek, u bohaterów, nigdy u klas, i nie mogą odegrać wielkiej roli. Względy natury ekonomicznej, materialnej, są silniejsze od ideałów – one tylko rządzą losami świata.

Burżuazja polska nie spełniła niestety swego historycznego zadania, nie zbudowała w swoim czasie niepodległego państwa polskiego. Przeszkodziły jej w tym własny niedorozwój i przemoc zaborczych sąsiadów. Skutkiem tego opóźnił się o znaczny etap rozwój całego naszego życia społecznego, a tym samym opóźnił się w Polsce rozwój klasy robotniczej, która w dobie dokonywującego się przełomu nie jest ani tak liczną w stosunku do reszty społeczeństwa, ani wewnętrznie tak przygotowaną do uskutecznienia już teraz rewolucji socjalnej, jak u naszych sąsiadów niemieckich lub czeskich, chociaż – to musimy stwierdzić – i tam jeszcze nie wybiła godzina socjalizmu. Ale zadanie tworzenia jednolitego państwa narodowego polskiego, zupełnie niepodległego i zjednoczonego ze wszystkich części narodu polskiego, musi być spełnione, tak samo dokonanymi muszą być inne zadania. Spełnienie tego zadania pozostawiły pokolenia poprzednie nam i w pierwszym rzędzie klasie robotniczej. Klasa robotnicza polska stała się spadkobierczynią ideałów i celów dawniejszych warstw pokoleń rewolucyjnych, więc i walkę o niepodległość od nich przejęła. Zanim pójdziemy dalej na drodze do socjalizmu, który uważamy jako wynik musowego, nieodzownie koniecznego rozwoju ekonomicznego w pewnym określonym kierunku, musimy ten dług spłacić, którego sami nie zaciągnęliśmy, musimy odbudować Polskę wolną, niepodległą, zjednoczoną.

Więc nie jest to objaw żadnego wykpiwanego „socjal-patriotyzmu”, lecz naturalny wynik stosunków, mus dziejowy, że o zjednoczenie z niepodległą Polską, która powstała nareszcie z oparów krwi wojny światowej, Śląska Cieszyńskiego i Górnego, Spisza i Orawy, Lwowa i Wilna i zagłębia naftowego borysławskiego oraz reszty ziem polskich, walczyli i walczą w pierwszym szeregu robotnicy socjalistyczni i że w Legionach Polskich” większość, większość świadomą, stanowili robotnicy i inteligencja socjalistyczna, że twórcą tych bohaterskich Legionów nie był nikt inny tylko socjalista, założyciel, długoletni wódz i bojownik Polskiej Partii Socjalistycznej, pierwszy naczelnik Wolnej, Niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej – Józef Piłsudski.

Tadeusz Reger

Powyższy tekst Tadeusza Regera to cała broszura, wydana nakładem redakcji tygodnika „Prawo Ludu”, Kraków 1919. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Powiadają oto, że nasz chodzący paradoks, znany wszystkim gentleman o nieznanym nazwisku, twórca głośnej rubryki „Cichy jak kot” [prawdopodobnie William E. Johnson (1862-1945), amerykański prohibicjonista, policjant i okazjonalnie autor o tym pseudonimie – przyp. tłumacza], poczynił w swoim ostatnim artykule pewne interesujące uwagi. To przez wybraną przez niego metaforę nie mogę powstrzymać się i nie powiedzieć, że pokazał pazur, ale niekoniecznie już kocią przebiegłość. Powiadają otóż, jakoby stwierdził, że nie dba o to, czego ludzie chcą, ponieważ i tak są zbyt niedoskonali, by wiedzieć, co dla nich dobre. Na ile widzę, wychodzi on po prostu z akceptowanego powszechnie dzisiaj aksjomatu, że wolność, obywatelstwo i wszystkie tego typu rzeczy to czyste nonsensy; i że jeśli Ameryka naprawdę jest, jak niektórzy o niej mówią, demokracją, to musi być też domem wariatów. Według przekazów, drugi element jego przesłania stanowi zaś teza, iż nie istnieje i nie może istnieć coś takiego, jak wolność osobista, chyba że w dżungli. Istotnie, prawdziwa wolność osobista zdarza się rzadko – ale szukać jej trzeba w najbardziej zaawansowanych cywilizacjach, a nie w dżungli. Tak czy owak wszakże, obrazy, jakich używa, wyjątkowo nie nadają się do obrony sprawy, której broni. Słysząc bowiem, że wolność może narodzić się tylko w dziczy, automatycznie niemal przypominamy sobie, że ta szczególna forma tyranii, której tak bardzo broni, również narodziła się w dziczy. Tyrania abstynencji ma swoje źródło w fakcie, że nie wolno pić wina na pustyni. Dzikie, wędrowne ludy Arabii postanowiły po prostu w pewnym momencie narzucić swoje mniej lub bardziej konieczne negacje szczęśliwszym ludom, siedzącym pod własną winoroślą i drzewem figowym. Ze swojej strony zauważam zaś, nikomu nie uwłaczając, że nowe restrykcje również pojawiły się w tych rejonach globu, które dopiero niedawno zostały ucywilizowane – w Ameryce, na przykład, oraz angielskich koloniach. Bo w Ameryce prohibicji naprawdę jakoś można bronić. W Europie nie można. Dla prohibicjonisty z nowego świata to Anglia, o całym Starym Kontynencie nie wspominając, będzie nowym światem. I nie chodzi mi bynajmniej o kwestię napojów wyskokowych, których spożycie prohibicjonista w oczywisty sposób zwalcza; ale o samą kwestię wolności, którą to wolność zwalcza dużo bardziej zaciekle. I, powtarzam, muszę przyznać, że jest to walka jakoś tam szlachetna, że cechują naszego przeciwnika przynajmniej typowo amerykańskie cnoty: prostoty i szczerości. Powiedzieć tak otwarcie, krótko i węzłowato: „Wolność to bzdura i ludziom nie wolno dawać tego, czego chcą” – to jest coś. Myśli tak bowiem dzisiaj bardzo wielu średnio rozgarniętych ludzi, nie mają jednak moralnej odwagi wyrazić swoich poglądów w sposób równie przejrzysty. W tym sensie, usprawiedliwiona jest zaiste Ameryka od dzieci swoich. Oto jej nieodrodny syn niszczy demokrację z ludowym zapałem prawdziwego demokraty. I tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który naprawdę mnie interesuje; do drugiej tezy, którą ponoć wygłosił – że to, czego ludzie chcą, się nie liczy, bo są zbyt niedoskonali, aby wiedzieć, co dla nich dobre. Otóż z logicznego punktu widzenia ma ten krystalicznie jasny argument ledwie jedną wadę; niedostrzegalną zresztą najwyraźniej, z jakichś tajemniczych przyczyn, dla wszystkich, którzy go używają. Przyjmijmy, jako pierwszą przesłankę sylogizmu, że wszyscy ludzie są niedoskonali. Tym, co trzeba przyjąć następnie, jest bez wątpienia fakt, że wszyscy prohibicjoniści są ludźmi. Wniosek tej dedukcji brzmi zaś tak strasznie, tak szokująco, że omal nie zawahałem się, czy go tutaj wyciągać. Wielu jednak, pozbawionych mojej wrodzonej delikatności, wyciągnie go bez problemu, i na pewno bez wahania. Oto bowiem okazuje się, że amerykańscy prohibicjoniści również są niedoskonali; powiedziałby ktoś pewnie, że w tym sensie, iż mają niedoskonałe mózgi; ja powiem może tyle, że na pewno niedoskonałe argumenty. Najbardziej niedoskonałym zaś z ich argumentów jest ten dotyczący niedoskonałości. Jeśli ludzie nie wiedzą, co dla nich dobre, w oczywisty sposób abstynenci również nie wiedzą, czy abstynencja jest dla nich dobra. Niemniej, błąd ten widać w bardzo wielu różnych kwestiach, nie tylko abstynencji, i ogólnie chodzi o sprawy znacznie większe, niż czy pić czy nie pić. Wielu eugeników twierdzi na przykład, że wszystkie małżeństwa powinny być aranżowane i kontrolowane naukowo. Przygotowują plany, czasami bardzo szczegółowe, i zawierające wszystko, poza listą osób, którzy mieliby zajmować się tym naukowym nadzorem w praktyce. Wiedzą wszystko na temat człowieka i jak kierować jego życiem; ale już chyba mniej na temat nadczłowieka, który miałby być kierownikiem. Jeśli ci panowie naprawdę uważają, że najlepszym możliwym ustrojem jest arystokracja natchnionych swatów, w naturalny sposób powinni umieć powiedzieć nam, kim owi swaci są i dlaczego. Jeśli zaś nie chcą przyznać się do poglądów arystokratycznych i wolą chować się za fasadą demokracji, to mają problem. Oto bowiem wszyscy okazujemy się za głupi, by zajmować się własnymi sprawami; i dość mądrzy, by zajmować się sprawami innych.

Na przykład widziałem niedawno sporządzony przez jakichś urzędników raport, w którym najróżniejsi, żywi i prawdziwi ludzie płci obojga rozbierani byli na czynniki pierwsze i klasyfikowani jako „dobrze przystosowani”, „źle przystosowani”, i tak dalej. Podstawą klasyfikacji były zaś to, jakich odpowiedzi udzielili wypełniając swego rodzaju krótką ankietę dotyczącą ich gustów estetycznych, poglądów na obecne spory partyjne i tak dalej. Otóż mam do podobnych egzaminów, jakie często dzisiaj przeprowadza się wśród warstw uboższych, sporo zastrzeżeń, pierwszym z nich jest zaś to, że nie mamy możliwości przeegzaminować egzaminatorów. Nie wiemy, dlaczego wybrali te akurat, a nie inne pytania; z jakich przyczyn, z dobrej czy złej woli. A przecież oni sami mogą wykazywać spory poziom „nieprzystosowania” w różnych ważnych sprawach; takich jak poczucie humoru i doświadczenie ludzkiej natury. Ani im nie zaświta, na przykład, że kiedy jakiś robotnik na pytanie, jakie kupuje dobra drugiej potrzeby, uznał za stosowne odpowiedzieć krótko: „piwo”, to mógł tak zrobić dokładnie po to, aby odpowiedzieć krótko. Albo że kiedy na pytanie o to, jak spędza czas wolny, odparł: „palę papierosy”, mogło to wynikać z jego przemożnej chęci, by nie spędzać go odpowiadając na osobiste pytania zadawane przez kompletnie obcych ludzi. Nie jest również wykluczone, że odpytywani postanowili, specjalnie dla swych egzaminatorów, ludzi pewnej klasy, miłośników Botticellego i adeptów Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, popisać się wysmakowaną ironią wyższego rodzaju. Poza tym, można wyobrazić sobie przecież całe mnóstwo pytań, na które robotnicy umieliby odpowiedzieć, egzaminatorzy zaś nie; ze względu na co nie zostały one zadane. Gdybyśmy jednak oni i ja, jak również egzaminatorzy i egzaminowani, słowem: my wszyscy, znaleźli się nagle w nowej sytuacji, w innym stosunku tak do siebie jak otaczającego nas świata, to sądzę, że wielu z nas czekałoby nie lada zaskoczenie. Gdybyśmy na przykład obudzili się pewnego dnia na bezludnej wyspie, to wątpię, czy wszyscy egzaminatorzy okazaliby się tak perfekcyjnie przystosowani, wszyscy egzaminowani zaś tak nieprzystosowani, jak się niektórym (zwłaszcza egzaminatorom) wydaje. Przypuszczam, że przekonalibyśmy się, że jest coś takiego jak praktyczne doświadczenie i sposób radzenia sobie z życiem niekoniecznie identyczny z wysublimowaną kulturą klasy średniej. I że nawet indywidua tak żałośnie niezaradne, jak te, które skręcają nam krzesła, wożą nas w taksówkach, czy budują domy, w których mieszkamy, wiedzą o świecie jedną czy dwie rzeczy, których nie ujęto w naukowym kwestionariuszu. I bardzo wątpię, czy uda nam się kiedykolwiek znaleźć egzaminatorów odpowiednich, aby sprawdzić coś takiego, przynajmniej dopóki nie osiągniemy dużo większej niż dzisiaj prostoty ducha – i nauczymy się egzaminować ludzi z pokorą i poczuciem humoru.

Gilbert Keith Chesterton

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 27 września 1919 r. Powyższe tłumaczenie opublikowano na stronie Chesterton Polska, a u nas ukazuje się w porozumieniu z tłumaczem.