Zmartwychwstanie (1909)

Blisko 2000 lat mija od owej chwili, gdy syn ubogiego cieśli z Nazaretu, szlachetny marzyciel, głęboki myśliciel i łagodny ten reformator umarł śmiercią męczeńską na krzyżu za to, że głosił naukę powszechnej równości, chrześcijańskiego braterstwa i wolności dla wszystkich ludzi.

I oto mijają lat tysiące, a stara nierówność między ubogimi a bogaczami zaostrza się, nienawiść między narodami rośnie, więzy niewoli dla całych ludów zacieśniają się coraz bardziej. Czyżby więc marzenie Nazareńczyka miało być złudzeniem?

O nie! My wszyscy wierzymy, że owo wielkie, powszechne zmartwychwstanie ludu, którego symbol obchodzi w tych dniach świat katolicki, zbliża się każdym dniem i jest już coraz bliższe.

Żaden okres w dziejach rodu ludzkiego nie był świadkiem takich potężnych przewrotów w dobie krótkich kilku lat, jak czasy obecne, na których kapitalistyczny system wytwarzania piętno swoje wycisnął.

„Burżuazja dokonała daleko większych cudów, niżeli piramidy egipskie, rzymskie wodociągi lub katedry gotyckie, wykonała ona o wiele inne pochody, aniżeli wędrówki ludów lub wyprawy krzyżowe”. Tak sławił już przed 60 laty Karol Marx zwycięski pochód nowoczesnej techniki, niezrównany przewrót wszystkich stosunków życiowych, które były dziełem rozrastającego się kapitalizmu. A jednak czymże były owe ogromne przędzalnie Lancashiru, służące twórcom nowoczesnego socjalizmu naukowego, Marksowi i Engelsowi, za przykład do udowodnienia prawa rozwoju kapitalizmu, w porównaniu z dzisiejszymi potworami przemysłu, w których dziesiątki tysięcy robotników dniem i nocą własną krew i pot swój, swe mózgi i swe mięśnie przekuwają na złoto dla kapitalisty, w których jeden robotnik, przy pomocy ujarzmionych, ślepych sił przyrody – wytwarza więcej nadwartości, aniżeli wówczas stu może ludzi?

I chociaż ten przewrót techniczny nie wychodzi od razu na korzyść całego ludu, chociaż pozornie staje się on nawet tylko podstawą, na której wznosi niebotyczny pałac karteli, trustów i związków przedsiębiorców, na której gruntuje się panowanie wielkich banków i umacnia wszechwładna dyktatura klasy kapitalistycznej, to jednakowoż on to właśnie – ten cudowny rozwój techniki przemysłowej daje klasie robotniczej otuchę do dalszej zwycięskiej walki, skłania on ją do zespolenia sił wszystkich warstw klasy wyzyskiwanej wszystkich uciśnionych narodów w jedną potężną wolę dla dokonania wielkiego dzieła odrodzenia ludzkości.

Krwawymi śladami znaczy swe kroki pochód kapitalizmu. Pokolenia całe miażdży on i rozgniata bezlitośnie. Zabija dzieci w pyłem i dymem przesyconym powietrzu swych fabryk, rabuje żonom proletariatu szczęście macierzyństwa, demoralizuje młodzież, szklanym okiem patrzy na śmierć głodową bezrobotnych, zapełnia więzienia zbrodniarzami…

Pozbawia rzemieślnika samodzielności, wypędza chłopa z ojczystego łanu, zamieniając obydwóch w „wolnych najmitów”. Na wszystko wyznaczył cenę, wszystko kupuje za pieniądze: życie i zdrowie mężów, cześć niewiast. Niszczy dalekie ludy, cudzym krajom zabiera ich bogactwa. A wszystko to po to tylko, by samemu tyć i olbrzymieć! Ociekając krwią i potem niezliczonych milionów, wiedzie kapitalizm ludzkość do przyszłej krainy zbawienia – do socjalizmu.

Dowodem tego są dzieje ostatniego dziesiątka lat. Pierwsze jego lata obfitowały w wielkie zdobycze. Rozkwit przemysłu wzmocnił znacznie siły rewolucyjne proletariatu. We Francji zdawało się, że nadeszła już chwila, gdy proletariat może sięgnąć po dyktaturę w państwie. Republika rozbiła kajdany rzymskie i uwolniła się od zmory klerykalizmu. W Rosji rewolucja zmusiła carat do pokłonu. W Austrii zdobyli robotnicy równouprawnienie obywatelskie w państwie. Na Węgrzech rząd przyrzekł to samo. Wszędzie rosły nadzieje proletariatu.

Niestety, zbyt krótko trwał ten pomyślny okres. Powoli, cichaczem, idąc od zachodu, z Ameryki, przyszła do nas zmora kapitalistyczna – kryzys przemysłowy. Straszny brak pracy osłabił znacznie obecnie, na długi może czas, siłę uderzeń proletariatu. Ośmielona tym reakcja podnosi wszędzie głowy. W Rosji carat tryumfuje nad rewolucją, którą topi w potokach krwi, dusi na szubienicach, wypędza na mroźne pola Sybiru. W Niemczech wolnomyślna burżuazja rzuca się bezwstydnie w objęcia klerykalno-szlacheckiej reakcji, aby pokonać znienawidzoną socjalną demokrację. W Austrii dzieje się to samo; raz powstaje koalicja antysocjalistyczna pod wodzą chrześcijańsko-socjalnych, to znów rozdmuchuje się rozmyślnie dziką hecę narodowościową, byle w jej zgiełku zagłuszyć żądania mas ludowych. Nawet wielkie dzieło ubezpieczenia socjalnego, które ma zapewnić spokojną starość weteranom pracy i otrzeć gorzkie łzy głodu i nędzy kalekom, wdowom i sierotom, ma się stać narzędziem, środkiem do tego, aby wydrzeć klasie robotniczej zdobyte już prawo do samorządu na tym polu.

Wraz z tym przyszło zaostrzenie się stosunków międzynarodowych. W epoce rozkwitu ekonomicznego i pomyślnej koniunktury przemysłowej państwa kapitalistyczne muszą dbać o utrzymanie pokoju. Przeciwieństwa między burżuazjami różnych państw stają się dopiero niebezpieczne, grożą jawnym konfliktem, zatargiem zbrojnym, tym prędzej, gdy ogólny kryzys daje dotkliwiej odczuwać cudzą konkurencję. I otóż byliśmy dopiero co świadkami, jak dawne przeciwieństwa między Anglią a Niemcami a zarazem między słowiańską Rosją a germańskimi Niemcami i Austrią, prawie, że doprowadziły już do wielkiej wojny europejskiej. Na szczęście obawa przed możliwymi skutkami jej – obawa przed gniewem rozgoryczonych mas proletariatu – zmusiła rządy państw do powrotu na drogę rozumu. Przykład komuny, która była następstwem wojny prusko-francuskiej, przykład rewolucji w Rosji i Polsce, która wybuchła po nieszczęsnej wojnie rosyjsko-japońskiej, uczy, że niedalekim już jest czas, gdy państwa kapitalistyczne po raz ostatni będą mogły wydobyć miecz wbrew woli ludu.

A wtedy słowo stanie się ciałem i nastąpi wybawienie ludzkości z więzów klerykalizmu, militaryzmu i kapitalizmu.

Wtedy będzie ludzkość cała święcić swoje rzeczywiste zmartwychwstanie.

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 15/1909, Cieszyn, dnia 9 kwietnia 1909. Pismo to było organem Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej na Śląsku Cieszyńskim i w zagłębiu karwińsko-ostrawskim. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Leon Wasilewski: O Ukrainie (1911)

Z tego, że Ukraińcy rosyjscy dziś reprezentują ruch jeszcze bardzo słaby – słabszy od ruchu nie tylko polskiego, ale nawet ormiańskiego, gruzińskiego lub łotewskiego, z tego, że dość jeszcze długo będą musieli zajmować się wznoszeniem fundamentów swej przyszłej polityki narodowej – z tego wszystkiego nie wynika bynajmniej, aby ruch ukraiński można było bagatelizować. Przeciwnie, posiada on niewątpliwie tyle żywotności, że po przebyciu pewnych nieuniknionych przejściowych stadiów rozwoju przetworzy się w świadomy ruch polityczny. Gwarancją tego jest z jednej strony niewątpliwe unarodawianie się szerokich mas ukraińskiej ludności chłopskiej, robotniczej i drobnomieszczańskiej, z drugiej zaś oddziaływanie na inteligencję ukraińską Galicji, z jej wszechstronnym życiem narodowym miejscowej ludności ruskiej.

Jeśli bowiem Ukraina rosyjska znalazła się po 30 października roku 1905 w położeniu niemal takim samym, jak Ruś galicyjska w roku 1848, to jednakże pod tym względem zachodzą też znaczne różnice. Przede wszystkim Ukraińcy rosyjscy mogą korzystać z owoców tej pracy kulturalnej i politycznej, jaka została wykonana w Galicji. Następnie zaś te zasoby intelektualne i materialne, jakie posiada dziś Ukraina rosyjska, w porównaniu z zasobami „popów i chłopów” ruskich z roku 1848 są wprost olbrzymie.

Wobec tego wszystkiego możemy się spodziewać wcześniej czy później rozwoju i rozrostu ruchu ukraińskiego i w dziedzinie politycznej. A to dla nas ma ogromne znaczenie. Nieobojętnym jest bowiem dla Polaków, a dla demokracji polskiej przede wszystkim, w jakim kierunku podąży ewolucja polityczna społeczeństwa i kraju, z którymi tyle nici nas łączy. Musimy się tedy bacznie przyglądać etapom tego rozwoju, a to tym bardziej, że ten odłam społeczeństwa polskiego, który zamieszkuje Ukrainę, chcąc nie chcąc musi dzielić jej losy. Koniecznym jest wobec tego, aby na polu politycznym Polacy ukraińscy jak najprędzej doszli do zupełnego porozumienia się z Ukraińcami, by ręka w rękę wspólnie pracować dla dobra i przyszłości tego kraju, który jest przecież wspólną własnością wszystkich zamieszkujących go szczepów.

Chcąc bliżej zapoznać się ze stanem obecnym aspiracji politycznych ruchu ukraińskiego, należy rzucić okiem wstecz i przyjrzeć się tym drogom, jakimi zdążała ewolucja przekonaniowa inteligencji ukraińskiej od pierwszych chwil budzenia się jej świadomości narodowej.

Pierwsze występy założycieli nowożytnej literatury ukraińskiej – Kotlarewskiego, Hułaka-Artemowskiego – były pozbawione wszelkich pierwiastków politycznych. Centralistyczna gospodarka Rosji, całkiem świadomie, otwarcie i konsekwentnie dążąca do zatarcia wszystkich cech odrębnych, wypleniła prawie zupełnie te szczątki dążności separatystycznych, które objawiły się na Ukrainie po przyłączeniu się jej do Moskwy i które znalazły swój najjaskrawszy wyraz w ruchu Mazepy. Lud ukraiński, zgnębiony poddaństwem, cofał się kulturalnie, szlachta zaś szybko rusyfikowała się. Autor „Eneidy” – Iwan Kotlarewski – posiada dość mgliste pojęcie o narodowości ukraińskiej, jako o czymś odrębnym i samoistnym i w ogóle nie ma żadnej świadomości narodowo-politycznej. To samo da się rzec o wszystkich prawie pisarzach ukraińskich aż do czasów Szewczenki. Hułak-Artemowskij cieszy się niezmiernie z triumfów wojsk rosyjskich nad Polakami w roku 1831 i z tego, że „Paszkiewicz wydawyw z Lachiw weś żyr”. Kwitka pisze rzeczy wprost serwilistyczne, a w „Łystach do lubeznych zemlakiw” otwarcie chwali ład panujący. Ambroży Metłynśkyj nazywa Moskwę „ridnyj kraj” itd. Słowem, ani jeden z tych pisarzy ukraińskich nie przejawił żadnych, nie mówiąc już o separatystycznych, ale nawet autonomicznych dążności.

Jedynym objawem autonomizmu ukraińskiego była słynna „Historia Russów”, długo przypisywana metropolicie Koniskiemu, ale napisana w rzeczywistości (około roku 1810) przez Wasyla Poletykę. Ta „Historia” jednak nie miała w sobie nic etnograficznie ukraińskiego. Napisana przez człowieka, który uważał siebie za „ruskiego” i używał wyłącznie języka rosyjskiego, „Historia Russów” miała na celu wykazanie potrzeby konstytucji w Rosji, przy czym Poletyka utożsamiał przyszły ustrój konstytucyjny z dawnym ładem kozackim. „Historia Russów” tchnie nienawiścią do Polaków i opowiada niestworzone rzeczy o okrucieństwach Lachów. Bardzo dużo z tych „faktów”, pomimo, że były obalone przez późniejszych historyków rosyjskich i polskich, błąka się dotąd po podręcznikach i utworach beletrystów rosyjskich.

Dopiero u Szewczenki spotykamy się z całkiem jasną świadomością narodową i określonymi poglądami na przeszłość i teraźniejszość Ukrainy. Szewczenko zupełnie dobrze rozumiał odrębność narodu ukraińskiego tak od Rosjan, jak i od Polaków, a w swych poezjach całkiem świadomie występował przeciwko centralizacyjnym zarządzeniom Piotra I i Katarzyny II. Jego sympatie były po stronie Hetmańszczyzny kozackiej, której jednak zbyt nie idealizował. Bolała go zdrada narodowa starszyzny kozackiej, którą nazywał „warszawskim śmieciem, błotem, podnóżkami Moskwy”, piętnował renegatów, ze wstrętem pisał o tych „zemlaczkach” zmoskwiczonych […].

Tam, gdzie mówi o przeszłości, staje na stanowisku kozackim, ale np. w zakończeniu „Hajdamaków” wypowiada myśli pożałowania nad tym, że „dzieci Słowian” upijały się krwią. „Dobrze, że minęły te czasy” – powiada, a w wierszu do Bronisława Zaleskiego mówi o „wznowieniu cichego raju z Polakami”. Wpływy „Historii Russów” kojarzyły się u Szewczenki z wpływami polskiej poezji romantycznej i osobistego stykania się z zesłańcami-Polakami, jak Bronisław Zaleski, Żeligowski i inni. Wpływy polskie rozbudziły u Szewczenki niejasne dążności niepodległościowe i myśli o odzyskaniu wolności przez Ukrainę i lud ukraiński.

W „Testamencie” swym („Zapowit”) Szewczenko wypowiedział te myśli o walce z gnębicielami Ukrainy i jej ludu najwyraźniej […].

Szewczenko reprezentuje szczyt rozwoju świadomości narodowo-politycznej Ukrainy. Genialna intuicja syna ludu podpowiedziała mu to, na co się nie mogli zdobyć przedstawiciele inteligencji ukrainofilskiej, którzy po pogromie „Bractwa Cyrylometodyjskiego” cofali wstecz ukraińską myśl polityczną, topiąc ją w mętach utopijnego federalizmu wszechsłowiańskiego lub wschodnio-europejskiego.

I Kostomarow, i Kulisz udowodniali, że Ukraińcy nie są zdolni do samodzielnego życia politycznego, że ich połączenie się z Rosjanami było koniecznością dziejową i że ani Rosjanie bez Ukraińców, ani Ukraińcy bez Rosjan nie dadzą sobie rady. Nawet tam, gdzie przywódcy ukrainofilstwa mogli przemawiać zupełnie otwarcie, w prasie emigracyjnej, wypowiadają się oni za jednością wszechrosyjską, jakkolwiek uważają za konieczne wyodrębnienie obszaru ukraińskiego „w przyszłym związku słowiańskim” w samodzielną całość (artykuł Kostomarowa w „Kołokole” Herzena).

Ale i te słabe przebłyski świadomości politycznej, jakie spotykamy u Kostomarowa i ukrainofilów skupiających się dokoła „Osnowy” petersburskiej, zanikają na długo pod wpływem Antonowicza i jego przyjaciół kijowskich.

Kiedy bowiem w przeddzień powstania 1863 roku ukrainofile, za słabi, aby odegrać samodzielną rolę polityczną, musieli się zdecydować: albo pójść ręka w rękę z demokratami polskimi i z Polską powstańczą przeciwko caratowi, albo wystąpić przeciwko Polsce demokratycznej, powstańczej i – faktycznie – poprzeć carat, Antonowicz i jego przyjaciele najbliżsi wybrali to ostatnie. Wprawdzie zwrot ten został uzasadniony ładnie brzmiącymi frazesami demokratycznymi (słynna „spowiedź” Antonowicza, umieszczona w „Osnowie”), jednak, kiedy polska młodzież demokratyczna, nie mniej od Antonowicza kochająca lud ukraiński, ginęła na polu walki orężnej, w kazamatach turm carskich i na dalekim wygnaniu, Antonowicz, przyjąwszy prawosławie, robił spokojną karierę urzędniczo- profesorską. A wśród katów Polski nie brakło i ukrainofilów, jak pomocnik Murawiewa, Ołeksa Storożenko, jak „urządzający” Królestwo wspólnie z Milutinem Kulisz…

Zachowanie się ukrainofilów w roku 1863 i stanowczy ich zwrot ku zaniechaniu wszelkiej polityki cofnęły sprawę ukraińską o lat kilkanaście. Następne pokolenia, budząc się do działalności politycznej na gruncie odrębności ukraińskiej, muszą rozpoczynać ją, nawiązując tradycje „Bractwa Cyrylometodyjskiego” i marzeń wszechrosyjsko-federalistycznych.

Apolityczność ukrainofilstwa po roku 1863 pchała wszystkie żywsze i energiczniejsze żywioły młodzieży ukraińskiej do obozu rosyjskiego. W rosyjskich ruchach liberalnych i radykalnych Ukraińcy brali zawsze udział wybitny, ale nigdy się nie wyodrębniali. Wśród rewolucjonistów rosyjskich było sporo Ukraińców – nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości – wystarczy tu wymienić Lizohuba, Kibalczycza, Krawczyńskiego-Stępniaka, Wołchowskiego. Ale ruch ukraiński jako taki bezpośredniego pożytku z nich nie miał. Przeciwnie, Rosjanie coraz bardziej przyzwyczajali się do faktu, że Ukrainiec-rewolucjonista niczym się – poza wymawianiem dźwięku h – od Wielkorusa nie różni, żadnych odrębnych dążności nie żywi i w gruncie rzeczy jest takim samym, jak i on, Rosjaninem.

Wydawana w Genewie od końca ósmego dziesięciolecia przez Dragomanowa „Hromada” stawia program ogólnorosyjski, nawiązując go do tradycji „Bractwa Cyrylometodyjskiego”. Uznając korzyści niepodległości państwowej dla każdego narodu, „Hromada” nie widzi jednak potrzeby dążenia do separatyzmu politycznego ani dla Ukrainy rosyjskiej, ani dla Rusi galicyjskiej. Stawia natomiast program konstytucyjny, przy czym, zbijając poglądy „buntarskie” rewolucyjnych „narodników” – ludowców rosyjskich, pokłada całą nadzieję w ruchu ziemstw, który ma rzekomo doprowadzić do przekształcenia Rosji w duchu federacyjnym. „Hromada” propaguje łączność wszystkich „niepaństwowych” narodowości (Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Łotyszów, Estończyków, Ormian, Gruzinów, Rumunów, Żydów) w walce z rządem biurokratycznym i z przewagą narodowości „państwowych” (Rosjan, Polaków i Niemców bałtyckich).

Obszernie i szczegółowo został wyłożony plan federalizacji Rosji w broszurze „Wilna Spiłka” (Wolny Związek). „Wilna Spiłka” (1884) projektuje podział Rosji na 20 krajów autonomicznych, przeważnie na zasadzie czysto etnograficznej; tylko tam, gdzie jedna narodowość zamieszkuje połać zbyt rozległą, dzieli ją na dwie lub kilka. W ten sposób obszar narodowościowy ukraiński rozpada się na cztery kraje, czyli kantony. Program „Wilnej Spiłki” jest czysto liberalny. Dąży on do zdobycia: 1. praw człowieka i obywatela, jako niezbędnego warunku godności osobistej i rozwoju, i 2. samorządu, jako niezbędnego fundamentu dążeń do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej. Część społeczno-ekonomiczna programu jest nader niejasna. Z socjalizmu „Hromady” nie pozostało tu już nic, jeśli pominąć kilka słów o upaństwowieniu kopalni, wód, lasów, kolei itd.

Pod wpływem Dragomanowa, jak już wiemy, w Galicji powstaje partia radykalna, oddziałująca poniekąd i na Ukrainę, gdzie w końcu lat dziewięćdziesiątych wyodrębnia się z obozu ukraińskiego drobna grupka Ukraińców-radykałów. Zawiązują oni stosunki z Galicją i próbują szerzyć na Ukrainie te zasady, jakie wypowiadali radykaliści ruscy w swym organie „Naród”. Wielkiego powodzenia jednak nie osiągnęli i większość ukrainofilów, wkraczając lękliwie na grunt działalności politycznej w Galicji, popierała narodowców i ich akcję ugodową, zainicjowaną zresztą w Kijowie przez Antonowicza. Bądź co bądź jednak propaganda Dragomanowa i jego galicyjskich zwolenników przesiąkła różnymi drogami i do tych kół ukraińskich, które się z radykałami nie solidaryzowały.

Pod wpływem tej propagandy wewnątrz obozu ukrainofilskiego dawała się spostrzec pewna ewolucja w kierunku demokratycznym i ludowym. Demokraci ukraińscy konsolidują się powoli, wypowiadając się ze swymi poglądami w galicyjskich i bukowińskich organach prasy jako grupy „świadomych Ukraińców”.

Ci to „świadomi Ukraińcy” stanowili na schyłku XIX stulecia najenergiczniejszą i najruchliwszą grupę wśród ukrainofilów. Ich świadomość narodowa doszła już była do najwyższego na owe czasy rozwoju. Znaczna ich część używała konsekwentnie języka ukraińskiego w stosunkach codziennych i władała nim już dobrze. W szeregach „świadomych Ukraińców” mogliśmy spotkać znaczny poczet zdolnych pisarzy i publicystów, a cała popularna literatura była owocem ich pracy. Poglądy swe wypowiedziała ta grupa w artykułach zamieszczanych przeważnie w czerniowieckiej „Bukowynie”. Pomiędzy tymi artykułami wyróżniała się zwłaszcza praca P. Wartowego pt. „Listy z naddnieprzańskiej Ukrainy”, w której ten zdolny publicysta dał przegląd dotychczasowego ruchu ukraińskiego i szkicował program „świadomych Ukraińców”.

Główne ich zadanie – to dążenie do zdobycia praw dla języka ukraińskiego w cerkwi, szkole, sądownictwie i wśród inteligencji. Chcą oni, podnosząc dobrobyt i poziom kulturalny mas, przekształcić tych instynktownych Ukraińców na – świadomych. Uważając Ukraińców za całkowicie samodzielną narodowość, „świadomi Ukraińcy” zrzekali się jednak wszelkich marzeń o niepodległości politycznej. Aczkolwiek Ukraina byłaby zdolna do samodzielnego życia politycznego, jednakże „dziś o żadnych planach charakteru politycznego nie można ani myśleć” – powiadali, przypuszczając jednocześnie, że „Przyjdzie kiedyś czas, że i Rosja zagwarantuje nam tak samo nasze prawa, jak je zagwarantowała Austria Rusinom”. Taż sama grupa mówiła w „Wyznaniu wiary młodych Ukraińców”, że chce zupełnej autonomii wszystkich narodów Rosji na zasadzie decentralizacji jak najdrobniejszych jednostek administracyjnych (powiatów, gmin itd.).

Rzecz charakterystyczna, że grupa „świadomych Ukraińców” nie żywiła wcale nienawiści do Polaków. Np. Wartowyj powiada we wzmiankowanym wyżej artykule: „Ukraińcy z Lachami muszą się pogodzić! Wówczas, kiedy się pogodzą, kiedy jedni drugim nie będą przeszkadzali w pracy, a przeciwnie, będą pomagać – tylko wówczas zdołają szczęśliwie i pewnie walczyć ze wspólnym wrogiem, który jednakowo chce i z Lacha i z Ukraińca zrobić Moskala; jednego mamy wroga, razem też musimy się bronić od niego, a nie spierać się ze sobą”.

Z tych samych kół pochodziła, jak się zdaje, broszura „Poraboszczajemyj naród”, wydana po rosyjsku i po francusku, w której wyliczone zostały wszystkie prześladowania, jakich doznawała narodowość ukraińska od biurokracji rosyjskiej. Ale i w tej broszurze (1895) nie znaleźlibyśmy żadnej radykalniejszej myśli politycznej nad żądanie przekształcenia Rosji na państwo praworządne. W ogóle świadomość polityczna „świadomych Ukraińców” pod koniec ubiegłego stulecia nie stała na zbyt wysokim poziomie.

W roku 1897 odbył się w Kijowie zjazd, który połączył w jedną, dość zresztą luźną, całość żywioły „świadomie ukraińskie”, stojące na gruncie demokratycznym. Powstała tą drogą organizacja inteligencji ukraińskiej, nie posiadającej trwałych związków z masą ludową, usiłująca za pomocą coraz szerszej pracy kulturalnej wytworzyć grunt dla akcji narodowej, opartej na ludzie. Do organizacji tej weszły dość rozmaite żywioły, nie wyłączając radykalnych i nawet socjalistycznych, jako do organizacji bezpartyjnej. To oczywiście nie mogło się przyczynić do wyraźnego ukształtowania się dążności programowych całości organizacji, która też nosiła w swym łonie zarodki przyszłych rozłamów i secesji.

Przez dłuższy czas socjaliści ukraińscy nie stanowili żadnej grupy odrębnej. Część ich należała do Socjal Demokracji, część do partii Socjal Rewolucyjnej, część zresztą pozostawała w związku organicznym z radykałami. Dopiero w ciągu pierwszych lat bieżącego stulecia poczyna krystalizować się samodzielna ukraińska partia socjalistyczna.

W roku 1900 we Lwowie ukazuje się broszurka, wydana w imieniu pierwszej ściśle partyjnej organizacji ukraińskiej – tzw. RUP (Rewolucyjnej Ukraińskiej Partii) pt. „Samostijna Ukraina”. Autorzy broszury wychodzą z założenia, że każda narodowość dąży do zorganizowania się w niezależnym, samodzielnym państwie, ponieważ tylko jednolite pod względem składu etnograficznego państwo może dać swym członkom nieograniczoną możność wszechstronnego rozwoju duchowego i materialnego dobrobytu. Uważając to twierdzenie za pewnik, autorzy broszury wzmiankowanej rozpatrują kwestię, czy oswobodzenie polityczne jest dla Ukraińców potrzebne, i dochodzą do wniosków w sensie twierdzącym. Dalej broszura zapuszcza się w dowodzenie historyczne prawa Ukrainy do samodzielności politycznej. Ukraina, połączywszy się z Rosją na zasadzie umowy w Perejasławiu (1654), stanowiła całkiem samodzielne państwo, łączące się z państwem moskiewskim „jako wolne z wolnym i równe z równym”. Ponieważ zaś Rosja nie dotrzymała ani jednego z punktów umowy perejasławskiej, przeto Ukraina ma prawo wysnuć z tego logiczne konsekwencje. W ogóle broszura ta używa takiej argumentacji, że niepodobna wcale domyślić się, aby wydająca ją grupa była socjalistyczną, jakkolwiek wszystkie późniejsze wydawnictwa RUP posiadają zupełnie socjalistyczny charakter i sama ta partia przekształca się z biegiem czasu w organizację doktrynersko-socjalnodemokratyczną.

Jednocześnie z ukazaniem się „Samostijnej Ukrainy” wyszedł program UPS (Ukraińskiej Partii Socjalistycznej), który był właściwie dosłownym tłumaczeniem programu PPS, przystosowanym do warunków ukraińskich. Był to więc program socjalistyczny, domagający się demokratycznej republiki ukraińskiej. UPS, dążąc do tego celu, oświadczała, że „pragnie działać w braterskim sojuszu z socjalistycznymi partiami Polski i Rosji”. UPS przystąpiła do wydawania pisma partyjnego, ale trwalszej żywotności nie ujawniła i po pewnym czasie zanikła.

Inaczej miała się sprawa z RUP, która, wzrastając powoli, w końcu stała się poważnym czynnikiem ukraińskiego życia narodowego. Stworzyła ona socjalistyczną literaturę ukraińską, powołała do życia szereg organizacji, wzięła czynny udział w wielkich rozruchach rolnych w guberni połtawskiej w roku 1902, a jednocześnie przebywała ideową ewolucję wewnętrzną. Z grupy czysto nacjonalistycznej przekształca się ona w partię socjalno-demokratyczną, co uwidocznia się w ustawicznych zmianach jej programu, aż w końcu – w roku 1905 – firma RUP ustępuje nazwie Ukraińska Socjalno-demokratyczna Partia Robotnicza”, która przyjmuje program autonomii Ukrainy.

Niepodległościowcy ukraińscy już przed tym wystąpili z RUP, zakładając własną, czysto nacjonalistyczną partię – UNP (Ukraińska Narodowa Partia), głoszącą walkę ze wszystkimi „obcymi żywiołami” na Ukrainie. Wśród jej nielicznych wydawnictw zasługują na uwagę charakterystyczne „dziesięć przykazań”. Drugie z tych przykazań brzmi: „Wszyscy ludzie są twymi braćmi, ale Moskale, Lachy, Węgrzy, Rumuni i Żydzi – to wrogowie naszego narodu, dopóki panują nad nami i wyzyskują nas”. Trzecie tak wygląda: „Ukraina dla Ukraińców! Otóż wypędź z zewsząd na Ukrainie obcych-gnębicieli!”. Dodać należy, że partia ta uważa się za socjalistyczną, jak wszystkie zresztą grupy ukraińskie, które powstały w ciągu burzliwych lat 1904–1905.

Wypadki ówczesne przyczyniły się do ożywienia dziaalności istniejących na Ukrainie grup inteligencji. Powstają Ukraińska Partia Radykalna i Ukraińska Partia Demokratyczna. Partia demokratyczna pierwotnie nie objawia wielkiej żywotności i daje się ubiec radykalnej, która zajęła się wytworzeniem doborowej biblioteczki politycznej dla ludu, wydawanej w Galicji. Po 30 października, kiedy staje się możliwą jawna działalność publicystyczna partii ukraińskich, kiedy pojawiają się pierwsze pisma ukraińskie, ruch ukraiński szybko rośnie i wszystkie siły polityczne inteligencji ukraińskiej skupiają się w dwóch partiach – socjalno-demokratycznej i demokratyczno-radykalnej, powstałej z połączenia się demokratów ukraińskich z radykałami. Program pierwszej prawie w zupełności odpowiada programowi innych partii socjalno-demokratycznych. Warto tylko zwrócić uwagę na jej stanowisko w kwestii praw narodowych Ukrainy. Stanowisko to określa się w jednej z uchwał II zjazdu USD, którą tu przytaczamy dosłownie:

„Zważywszy, że proces centralizacji ekonomicznej jest tylko jedną ze stron ewolucji ekonomicznej, drugą zaś stanowi ekonomiczna decentralizacja, która pociąga za sobą decentralizację polityczną; zważywszy, że formy polityczne przystosowują się do indywidualnych – ekonomicznych, psychologicznych i kulturalnych warunków bytu każdej narodowości; zważywszy, że demokratyzacja ustroju państwowego wymaga decentralizacji prawodawstwa, administracji i sądownictwa, że w interesach usunięcia – o ile to jest możliwe w społeczeństwie kapitalistycznym – ucisku narodowego konieczne jest oddanie wszystkich tych spraw, w których objawia się ucisk narodowy, w ręce zgromadzenia reprezentacyjnego narodowo-terytorialnej jednostki – II zjazd USDPR w interesie rozwoju walki klasowej i sił wytwórczych na Ukrainie przyjmuje do swego programu postulat autonomii Ukrainy z odrębnym sejmem prawodawczym w tych sprawach, które dotyczą jedynie narodu mieszkającego na terytorium Ukrainy”.

Socjalni demokraci ukraińscy wydali też najdokładniejsze uzasadnienie teoretyczne postulatu autonomii Ukrainy (M. Porsz, „Pro autonomiju Ukrajiny”).

Na gruncie autonomicznym stoi i Ukraińska Partia Radykalno-Demokratyczna. Żądania programowe tej partii zostały sformułowane w sposób następujący: „Domagamy się, aby w Rosji był wprowadzony ustrój istotnie konstytucyjny, demokratyczny. Jak tylko się zbierze Duma państwowa, powinna ona natychmiast postarać się, aby w drodze prawodawczej została zawarowana wolność słowa, druku, zgromadzeń, stowarzyszeń, strajków i wyznania. Jednocześnie należy skasować karę śmierci. Należy postanowić, aby nikt nie mógł być karany bez postanowienia sądu i aby bez nakazu sądowego nie można było przedsiębrać rewizji i aresztowań. Ma być ogłoszona powszechna amnestia. Nasi posłowie powinni domagać się wprowadzenia powszechnego, bezpośredniego, równego i tajnego głosowania przy wyborach do Dumy. Duma musi mieć prawo rozstrzygania wszystkich kwestii – za zgodą cesarza – ustanawiać nowe prawa, zmieniać dawne, mieć dozór nad działalnością wszystkich ministrów i urzędników, którzy mają ponosić odpowiedzialność wobec Dumy za wszystko, co czynią. Żaden podatek ani wydatek ze skarbu państwowego nie powinien być oznaczany bez Dumy. Bez niej też nie powinno się zaciągać pożyczek państwowych.

Należy zrównać wszystkich ludzi wobec prawa bez różnicy wyznania, narodowości lub płci. Dla wszystkich musi być sąd jednakowy – publiczny, niezależny od władz, sąd z sędziami wybranymi. Wszystkie władze i wszyscy czynownicy mają odpowiadać przed sądem za swe przestępstwa tak samo, jak każdy inny obywatel. Policja ma być oddana instytucjom społecznym miejskim i powiatowym… Służba wojskowa powinna być skrócona. Żołnierze mają odbywać służbę wojskową w swym kraju rodzinnym. Na przyszłość zaś należy wprowadzić milicję.

Należy natychmiast wprowadzić dobre szkoły, aby wszystkie dzieci płci obojga uczyły się w tych szkołach bezpłatnie. Dzieci zdolniejsze powinny móc otrzymać możność dalszego kształcenia się. Dzieci ukraińskie powinny być uczone w języku ukraińskim. Tak samo w szkołach średnich i wyższych należy wprowadzić naukę języka ojczystego… Mowa ukraińska powinna być wprowadzona w sądach i urzędach.

Państwo rosyjskie jest bardzo wielkie i mieszka w nim dużo narodowości. Trudno jest rządzić takim państwem ze stolicy, rozstrzygając tam wszystkie, chociażby najdrobniejsze sprawy każdego narodu i kraju: dużo potrzeb tego albo innego narodu pozostanie niezaspokojonych. Dlatego trzeba, aby każdy kraj, zamieszkany przez jakiś naród, miał prawo ustanowienia swej krajowej rady narodowej i w niej miał pieczę o potrzebach swego kraju i ustanawiał prawa miejscowe. To znaczy, że należy dać krajom i narodom autonomię. Nasz naród ukraiński musi mieć prawo zaprowadzenia autonomii Ukrainy z radą narodową, gdzie nasi posłowie będą dbali o potrzeby naszego narodu. Gdy wszystkie narody i kraje będą miały zaspokojone swe potrzeby, wówczas i całe państwo będzie mocne i spoiste, gdyż żaden naród nie będzie chciał oderwać się od państwa, wszyscy zaś będą go bronili od wszelkiego wroga.

Wiejskie, gminne i miejskie urzędy muszą się składać z reprezentantów całej ludności miejscowej bez różnicy stanów i płci oraz muszą mieć prawo załatwiania samodzielnego wszystkich spraw miejscowych, co zaś przenosi ich siły, to należy do powiatowego i gubernialnego ziemstwa, wybranego w powszechnym, równym i bezpośrednim głosowaniu.

Chcemy, ażeby z ziemi korzystał tylko ten, kto uprawia ją własnoręcznie. Ziemia rządowa, apanażowa, klasztorna musi być oddana ludowi (radzie narodowej), ziemia zaś obywatelska wykupiona według cen oznaczonych przez specjalnie wybrane komisje i też oddana radzie narodowej. Rada narodowa opracuje prawa, na mocy których cała ziemia będzie rozdana rolnikom do użytku na warunkach, ustanowionych przez posłów. Na razie zaś, dopóki jeszcze ziemia nie będzie w całości wykupiona, należy uporządkować arendę ziemską, zmniejszyć czynsze dzierżawne i rozszerzyć prawa drobnych dzierżawców – rolników.

Fabryki mają też z czasem przejść na własność rady narodowej. Na razie zaś należy wydać prawa dotyczące ochrony zdrowia i interesów robotników i skrócenia dnia roboczego do 8 godzin, wprowadzić ubezpieczenie robotników i pozwolić im organizować stowarzyszenia i strajki.

Zamiast podatków obecnych należy wprowadzić jeden podatek postępowy od dochodów”.

Pomimo szybkiego rozwoju, polityczny ruch ukraiński był zanadto słaby w przeddzień zwołania pierwszej Dumy, aby odegrać jakąkolwiek rolę wybitniejszą. Partii demokratycznej brakowało poparcia mas i jakiejkolwiek organizacji poza szczupłymi kołami inteligencji. Socjalni demokraci ukraińscy posiadali wpływ na ludność pracującą po wsiach i mniejszych miasteczkach, ale tak samo, jak i wszystkie inne partie socjalistyczne, bojkotowali wybory do Dumy. Prawie nigdzie skutkiem tego nie wysunięto odrębnych kandydatów ukraińskich. Niemniej jednakże w pierwszej Dumie państwowej znalazło się sporo Ukraińców nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości narodowej. Przystąpili oni do utworzenia własnego klubu, ale uczynili to tak późno, że – zanim się ten klub zorganizował, Duma została rozpędzona.

W drugiej Dumie znów znaleźli się świadomi Ukraińcy, którzy skupili się w odrębnej grupie, wchodzącej zresztą w skład frakcji dumskiej „partii pracy” (trudowicy), jako najbardziej pokrewnej im programowo. Grupa ukraińska wydaje własny organ „Ridna Sprawa – Wisty z Dumy”, redagowany bardzo umiejętnie i skutkiem tego szerzący się z powodzeniem na Ukrainie. Pod wpływem ukraińskiej opinii narodowej grupa ukraińska w II Dumie występuje wreszcie z klubu „trudowików” i staje się klubem zupełnie samodzielnym, stojącym na gruncie programu autonomii Ukrainy.

Klub ten wypracował szereg poprawek do rządowego projektu dotyczącego oświaty ludowej. Klub ukraiński domagał się: 1. aby natychmiast założono kursy mowy ukraińskiej, literatury i historii dla nauczycieli; 2. aby zaczęto wykładać język ukraiński w seminariach nauczycielskich na Ukrainie; 3. aby na uniwersytetach – kijowskim, charkowskim i odeskim – ustanowiono katedry ukraińskiej mowy, historii i literatury. Poza tym klub ukraiński gromadził materiały do wniosków o autonomii Ukrainy, o samorządzie miejscowym, o języku ukraińskim w sądzie, cerkwi itd. Zachody te jednak do niczego nie doprowadziły.

Nie przyzwyczajono się bowiem w Rosji traktować żądań ukraińskich na serio, gdyż nigdy tych żądań nie popierała żadna siła poważna. W dniach spotęgowanej walki rewolucyjnej – od wojny japońskiej aż do upadku powstania moskiewskiego, kiedy najdrobniejsze grupki narodowościowe – w rodzaju Jakutów czy Czuwaszów – budzą się do samodzielnej pracy politycznej, o Ukraińcach jako o samodzielnej sile politycznej głucho. Ukraińscy działacze narodowi korzystają skwapliwie z ustępstw wydartych caratowi przez rewolucję, rozwijają bardzo intensywną pracę kulturalną, ale w dziedzinie czysto politycznej pracy tej towarzyszą zaledwie słabiuchne próby stworzenia własnych partii.

Toteż potęgująca się reakcja kontrrewolucyjna zmiotła doszczętnie zalążki tych partii. W trzeciej Dumie Ukrainę reprezentuje masa ciemnych chłopów i popów czarnosecińców, o żadnym klubie ukraińskim nie ma już mowy, partie polityczne zanikły zupełnie i tylko jedna z nich – socjalno-demokratyczna – poczyna się odradzać w latach 1909–1911.

Praca kulturalna pochłonęła wszystkie siły intelektualne Ukrainy, ale i ta praca zwęża się coraz bardziej skutkiem represji administracyjnych. Ofiarami tych represji padają pisma ukraińskie, niektóre „Proświty”, jak np. kijowska, mnóstwo działaczy ukraińskich idzie na zesłanie i emigrację, a rząd zupełnie niedwuznacznie daje do poznania, że nie będzie tolerował nawet kulturalnego ruchu ukraińskiego. Prasa czarnosecinna denuncjuje ruch ukraiński jako „separatystyczny”, jako dzieło „polskiej intrygi” lub „machinacji austriackich”, i można się obawiać, że w miarę dalszego rozwoju reakcji zanikną i te nieliczne warsztaty pracy, jakie Ukraińcy posiedli po roku 1905.

Bądź co bądź jednak kilkoletnia działalność prasy i stowarzyszeń ukraińskich dokonała wielkiego dzieła. I śladów tej działalności rządowi już się nie uda wyplenić. Albowiem świadomość narodowa głęboko przeniknęła ukraińskie masy chłopskie, robotnicze i drobnomieszczańskie. W ciągu lat paru proces ukrainizacji mas posunął się ogromnie naprzód i można twierdzić z całą stanowczością na podstawie danych dokumentalnych, zgromadzonych w prasie ukraińskiej, że ostatnie pięciolecie dało pod tym względem Ukrainie więcej, niż poprzednich lat trzydzieści. Ukraińcom brakuje dziś tylko organizacji politycznych, które by mogły zużytkować do szerokiej walki narodowej te siły potencjalne, które się nagromadziły w masach. Ale i organizacje te wcześniej czy później muszą się zjawić i kwestia ukraińska stanie się jedną z najbardziej poważnych i niebezpiecznych dla caratu kwestii narodowych.

W poprzednich rozdziałach staraliśmy się nakreślić obraz rozwoju sprawy ukraińskiej w jej przebiegu historycznym aż do dnia dzisiejszego. Obszar ukraiński, rozdarty na dwie części nierówne – austriacką i rosyjską – znalazł się tu i tam w warunkach wręcz odmiennych. Kiedy w zaborze austriackim – w Galicji i na Bukowinie – wszedł on już od lat kilkudziesięciu na tory rozwoju konstytucyjnego, to w jarzmie rosyjskim w dalszym ciągu ulega samowoli biurokratycznej, która jednym pociągnięciem pióra może w każdej chwili obrócić wniwecz owoce pracy całych lat dziesiątków. W zaborze austriackim Rusini stanowią naród w całkowitym znaczeniu tego wyrazu – naród z dnia na dzień pomnażający swe zdobycze kulturalne, społeczne i polityczne, na Ukrainie rosyjskiej są oni w znacznym jeszcze stopniu materiałem etnograficznym, którego przekształcenie się na naród zależy od radykalnej zmiany warunków politycznych.

A jednak właśnie tu, na Ukrainie rosyjskiej, znajduje się środek ciężkości całej sprawy ukraińskiej. Bo o samodzielnym bytowaniu politycznym Rusi galicyjsko-bukowińskiej mowy być nie może ze względu na jej szczupły obszar i skomplikowane stosunki narodowościowe. Ideał, do którego musi dążyć każdy naród normalny – ideał niepodległości narodowej, może być urzeczywistniony tylko przez wyjarzmienie się Ukrainy rosyjskiej. I wcześniej czy później ideał ten musi stać się hasłem czysto praktycznym ukraińskiego ruchu narodowego, demokracji ukraińskiej.

Dziś, jak już wiemy, dążenia niepodległościowe na Ukrainie nie istnieją niemal zupełnie. Względy oportunizmu, jak również tradycje wieloletniej apolityczności ruchu ukraińskiego wraz z nadziejami na możliwość przekształcenia się Rosji na „raj równouprawnionych narodów” – wszystko to nie pozwala dziś jeszcze hasłu niepodległości Ukrainy, rozlegającemu się tu i owdzie od czasu do czasu, stać się hasłem realnym. Ale wcześniej czy później dojść do tego musi. Praktyka życiowa wskaże na jałowość bezmyślnego oportunizmu, przeświadczenie o konieczności walki politycznej już się szerzy i szerzyć się nie przestanie, a nieuniknione bankructwo złudzeń co do różowej przyszłości narodów Rosji dokona reszty. Z chwilą zaś, kiedy dążenie do niepodległości Ukrainy stanie się programem szczerej demokracji ukraińskiej, nadejdzie i moment ułatwiający uregulowanie kwestii polsko-ukraińskiej.

Dziś kwestia ta znajduje się w stanie potęgującego się zaognienia. Wprawdzie zaognienie to istnieje tylko na gruncie galicyjskim, ale niepodobna zamykać oczu na fakt, że dziś ani Ruś galicyjska od Ukrainy rosyjskiej, ani Galicja w ogóle od zaboru rosyjskiego nie jest murem chińskim przedzielona. I stosunki galicyjskie rzucają cień ponury na stosunki polsko-ukraińskie w zaborze rosyjskim. Rozwydrzony nacjonalizm znajduje poparcie i za kordonem.

Skargi na ucisk i prześladowania żywiołu ruskiego w Galicji, skargi bardzo często nieuzasadnione i dające obraz wyolbrzymiony w celach czysto agitacyjnych, znajdują gościnność na łamach ukraińskiej prasy kijowskiej. I tam wywołują efekt olbrzymi, zwłaszcza że ze skargami na ucisk i prześladowanie, spadające na Ukrainę z rąk rządu rusyfikatorskiego, należy się bardzo miarkować.

W rezultacie Ukrainiec rosyjski, pozbawiony najelementarniejszych praw narodowych i językowych u siebie w domu, czytając codziennie skargi korespondentów lwowskich na „ucisk polski”, daje się zasugestionować i wierzy, że ten ucisk jest gorszy od tego, jakiemu on – Ukrainiec rosyjski – ulega. Wytwarza się coś podobnego do stosunków w Królestwie sprzed roku 1905-go, kiedy dzięki swobodnemu rozleganiu się skarg na ucisk pruski i hakatyzm, przeciętny filister polski, nie posiadający ani dziesiątej części tych praw, co Polak w Prusach, był jednak święcie przekonany, że to właśnie w zaborze pruskim, nie zaś w rosyjskim, Polacy ulegają najgorszym prześladowaniom.

Nie chcę bynajmniej porównywać położenia zaboru pruskiego z położeniem Rusi galicyjskiej. Tylko bowiem niesumienność agitatorska skrajnych polakożerców ruskich może czynić coś podobnego. Między zaborem pruskim a Wschodnią Galicją nie można żadnej paraleli przeprowadzać. Rusini bowiem, pomimo całego ciężaru walki, jaką muszą prowadzić, są prawdziwymi panami w porównaniu z Poznańczykami lub Górnoślązakami. Językiem ich szkoły ludowej, średniej i dziesiątka katedr uniwersyteckich jest język ukraiński, który również w sądzie, urzędzie, gminie i sejmie posiada stale rozszerzające się prawa przy zupełnej nieobecności jakichkolwiek praw wyjątkowych dla Rusinów. Bynajmniej nie chcę twierdzić, jakoby te prawa, jakie posiadają w coraz większym zakresie Rusini galicyjscy, stanowiły zasługę Polaków. Są one bowiem rezultatem energicznej, ofiarnej walki samych Rusinów, są one ich zdobyczą – takąż samą, jak bogata prasa, składająca się z dziesiątków organów, jak działalność stowarzyszeń oświatowych, organizacji ekonomicznych, społecznych i politycznych.

Dużo jeszcze pozostaje Rusinom galicyjskim do zdobycia, jeszcze dużo pracy będą musieli włożyć w budowę gmachu swej przyszłości, dużo nadużyć usunąć, aby zrealizować faktycznie nawet te prawa, jakie dziś już teoretycznie posiadają. Walka polsko-ruska będzie się toczyła, bo jest ona nieunikniona tam, gdzie dwie narodowości – uprzywilejowana społecznie i politycznie i upośledzona – wspólnie jeden kraj zamieszkują. W walce tej i jedna i druga strona będzie się dopuszczała nadużyć i wybryków, częstokroć ohydnych, bo z obydwu stron na plan pierwszy wysuwają się żywioły skrajnie nacjonalistyczne, szowinistyczne, nie przebierając w środkach. […]

Walka się toczy i toczyć się nie przestanie. I jeśli szczera demokracja obydwu narodów coś może uczynić, to chyba starać się o to, aby ta walka nie przybierała form tak ohydnych, aby w niej było mniej krwi i błota, a więcej poglądów szerszych, wybiegających poza ciasne szranki zaścianków powiatowych i prowincjonalnych, więcej zrozumienia interesów całej Polski i całej Ukrainy.

Jedynym bowiem wyjściem z dotychczasowej, zdawałoby się beznadziejnej sytuacji jest ocenienie stosunków wzajemnych Polaków i Ukraińców – po obydwu stronach kordonu – ze stanowiska dążeń niepodległościowych obydwu krajów. Tylko na tle tych dążeń możliwy jest modus vivendi i – w dalszej przyszłości – sojusz między Polakami a Ukraińcami. Tylko w świetle ideału niepodległości Polski i Ukrainy demokracja obydwu narodów znajdzie drogę postępowania, gwarantującego zadośćuczynienie interesom realnym każdego z tych krajów. Tylko pod hasłem niepodległości kwestia polsko-ruska w Galicji lub chełmska w zaborze rosyjskim dadzą się sprowadzić do właściwej miary zatargów granicznych dwóch narodowości, żyjących w szachownicy wzajemnej, jak to jest w Galicji Wschodniej lub na kresach.

Leon Wasilewski

Powyższy tekst to – z niewielkimi skrótami – ostatni rozdział oraz zakończenie książki Leona Wasilewskiego „Ukraina i sprawa ukraińska”, Spółka Nakładowa „Książka”, Kraków 1911. Od tamtej pory tekst nie był nigdy wznawiany, poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł.

Kobiety w walce o wyzwolenie (1928)

Rozwój gospodarki kapitalistycznej spowodował, że miliony kobiet w świecie muszą pracować, aby zapewnić sobie głodową egzystencję. Niskie zarobki zmuszają, że obok męża musi iść do pracy zarobkowej kobieta, aby wspólnie z mężem pracować na utrzymanie swej rodziny. Toteż w obecnych ciężkich warunkach pracy i niskich zarobków znajdują się w znacznie gorszym położeniu kobiety, a w szczególności wdowy i panny, które muszą same pracować na utrzymanie siebie, a nieraz i swych rodzin. Jeżeli zważymy, że kobiety jako matki bardzo często są zmuszone do pracowania przy takich rodzajach pracy, które się odbijają bardzo szkodliwie na ich zdrowiu, oraz na zdrowiu ich dzieci.

Przez to kapitalizm wyrządza krzywdę nie tylko matkom, ale i młodemu pokoleniu, które przychodzi na świat o nadwyrężonym zdrowiu i siłach do życia. W dzisiejszych społeczeństwach spotykamy tu i owdzie setki tysięcy proletariuszy małokrwistych, scharlaciałych, z góry skazanych jako kandydatów podatnych do chorób zakaźnych, w szczególności tych, których gruźlica zabiera tysiące w młodym wieku jako skutki nędzy i głodu mas robotniczych.

Wobec tego, że kobiety dzięki warunkom wytworzonym są mniej podatne do organizowania się i uświadomienia, kapitaliści doceniają, że kobiety są mniej odporne w walce z wyzyskiem w wielu gałęziach przemysłu i chętnie przyjmują je do pracy, bo pracują za niższe wynagrodzenie, niż ich współtowarzysze pracy.

Statystyka wskazuje, że liczba kobiet zmuszonych do pracy zarobkowej stale wzrasta, zwłaszcza w krajach silnie uprzemysłowionych.

Na tysiąc ludności płci żeńskiej było czynnych [zawodowo] kobiet

1895–1905                                                    1920–1925

W Wielkiej Brytanii 240                            255

w Niemczech 201                                        357

w Holandii 168                                            183

w Stanach Zjednoczonych 222                 259

Jeszcze jaskrawiej widać wzrastające znaczenie kobiet w życiu gospodarczym w następujących danych:

Na 1000 czynnych zawodowo mężczyzn było czynnych zawodowo kobiet

w latach 1895–1905                                      1920–1925

w Wielkiej Brytanii 249                                255

w Niemczech 354                                           559

w Holandii 289                                              302

w Stanach Zjednoczonych 222                   259

Ten wzrost liczby pracujących kobiet wskazuje, iż siłą żelaznej konsekwencji są one zmuszone ciężko pracować na swoje utrzymanie w tych krajach, gdzie ruch zawodowy odgrywa rolę znacznie większą jak w Polsce, albowiem w tych krajach przy wyższej kulturze i odpowiednich warunkach gospodarczych są znacznie wyższe zarobki niż w naszym kraju, a mimo to taka duża ilość kobiet jest zatrudniona przy pracy zarobkowej.

Dla charakterystyki w Polsce podajemy cyfry zatrudnionych kobiet w przemyśle włókienniczym.

Ogółem pracuje 52 733 kobiet i 5000 dziewcząt do lat 18, a w samej Łodzi 32 640 kobiet i 2300 dziewcząt W Polsce całej pracuje kobiet w szkodliwych zawodach.

Kobiet Młodocianych

Włókienniczym 50 proc., 5 proc.

Papierniczym 30 proc., 8 proc.

Drukarskim 27 proc., 16 proc.

Metalurgicznym 9 proc., 15 proc.

Płace kobiet przy mizernych zarobkach mężczyzn są niższe o 30 proc. Takie jest wykonywanie Konwencji Waszyngtońskiej. W szczególności w Łodzi nie przestrzega się ustawodawstwa o zakazie nocnej pracy kobiet i młodocianych. To nieprzestrzeganie ustaw dotyczących ochrony kobiet i młodocianych jest stosowne przez kapitalistów dlatego, iż robotnicy nie są należycie zorganizowania w szczególności kobiety.

Klasowe Związki Zawodowe od dość dawna interesują się tym zagadnieniem i robią wysiłki, aby kobiety organizować równorzędnie ze współtowarzyszami pracy. Kobiety świadomsze ze swej strony winny wszystko uczynić, co jest w ich mocy, aby rozszerzyć organizację zawodową wśród kobiet fabrycznych, bo to leży w interesie ogółu robotnic, aby przeprowadzić należytą walkę o wyzwolenie kobiety, aby one i ich dzieci z głodu nie konały.

Jest charakterystyczne, że w związku z akcją wyborczą wydawnictwa, a w szczególności odezwy Bloku Katolicko-Ludowego i Bloku Katolicko-Narodowego są poświęcone w dużej mierze dla pozyskania głosów kobiet na te listy nieprzejednanych wrogów klasy robotniczej.

Odezwy te w sposób obłudny wskazując jako głównych wrogów lewicę wysuwają straszak, że jak lewica zwycięży w wyborach do Sejmu to przeprowadzi rozwody i śluby cywilne w Sejmie, co będzie nieszczęściem w szczególności dla kobiet matek, ale odezwy te milczą o krzywdzie, jaką wyrządza współczesny kapitalizm proletariatowi, a w szczególności matkom i ich dzieciom.

Przecież wszyscy świadomi wiedzą, że to co piszą pismaki burżuazji, to są strachy na lachy mające na celu oszukać i otumanić kobiety z proletariatu w tym celu, aby pozyskać głosy nieświadomych na listy burżuazyjne. Przecież stwierdzone jest niewątpliwie dawno, że wszelką demoralizację, jak prostytucja, złodziejstwo, ciemnota, różne choroby i nieszczęścia, jak i brak pracy, głód, nędza, brak odpowiednich mieszkań itp. powoduje ustrój kapitalistyczny.

Czyż to lewica winna, że około pół miliona robotników było zmuszone wyemigrować do Francji, aby szukać środków do życia i tysiące z nich pozostawiło swe żony i dzieci w kraju, a rokrocznie 200 000 tysięcy z górą udaje się na roboty rolne do Niemiec i rodziny ich znajdują się w podobnych warunkach? Czy lewica winna, że setki i tysiące robotników pozbawionych pracy opuszcza swe rodziny w głodzie i nędzy i udaje się za pracą do innych miast? Czy to nie podrywa węzłów życia rodzinnego, o tym milczycie panowie i przechodzicie nad tym tragizmem i nieszczęściem do porządku dziennego.

Kobiety pracujące, odwróćcie się z pogardą od sługusów reakcji kapitalistycznej, nie dajcie się oszukać przy wyborach obecnych.

Walka o lepszy byt klasy robotniczej zarazem jest walką o polepszenie bytu kobiet pracujących. Toteż w obecnych wyborach kobiety-robotnice winny oddać swe głosy na listę partii socjalistycznych – nr 2.

Droga do wyzwolenia kobiety prowadzi przez demokrację i zdobycie pełni równouprawnienia w życiu politycznym i społecznym kobiet pracujących.

Kobiety same muszą się organizować i należeć do Związków Zawodowych i samodzielną siłą zbiorową walczyć nieustannie o swe postulaty – wyzwolenia kobiety.

Sprzymierzeńcem kobiet w ich walce są socjaliści i organizacje klasowe, a nie stronnictwa prawicowe, które zawsze idą z reakcją kapitalistyczną przeciwko klasie robotniczej, a więc i kobietom.

Kobiety robotnice muszą na każdym miejscu zdzierać maskę obłudy ze swoich wrogów klasowych i szerzyć świadomość o konieczności wspólnej walki z robotnikami o wyzwolenie kobiety z jarzma dzisiejszej niewoli wyzysku i uścisku.

A. S.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Włókniarz. Miesięczny organ Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu w Polsce” nr 2/1928, Łódź, 15 lutego 1928 r. Było to pismo lewicowego związku zawodowego, związanego z Polską Partią Socjalistyczną. Autorem artykułu był prawdopodobnie Antoni Szczerkowski – z zawodu tkacz, lider PPS w Łodzi, lider tego związku zawodowego oraz przewodniczący komitetu redakcyjnego czasopisma. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Helena i Szymon Syrkusowie: Architekci-reformatorzy. V Międzynarodowy Kongres Architektury Nowoczesnej (1937)

W 1928 r. w zameczku La Sarraz w Szwajcarii zebrało się, na zaproszenie p. Hélène de Mandrot, grono zbuntowanych przeciw rutynie pionierów nowego budownictwa, któremu wielki architekt francuski Le Corbusier przedstawił następujące zasadnicze tematy do przedyskutowania:

Nowoczesna technika i jej konsekwencje w budownictwie; standaryzacja; zagadnienia socjalno-ekonomiczne; zagadnienia budowy miast; wychowanie młodego pokolenia architektów. Zebranie to ukonstytuowało placówkę współpracy międzynarodowej: CIAM – Les Congrès Internationaux d’Architecture Moderne. Dla każdego kraju wyznaczono delegata CIRPAC-u (Comité International pour la Réalisation des Problèmes d’Architecture Contemporaine – Komitet Międzynarodowy dla realizacji problemów architektury współczesnej), któremu powierzono organizację miejscowej grupy Kongresów.

Już w lutym następnego, 1929 roku, odbył się pierwszy Kongres CIÀM-u w Bazylei, pod przewodnictwem prof. Karola Masera, zmarłego niedawno architekta szwajcarskiego. Postawiono od razu sprawę na szerokiej płaszczyźnie społecznej: nowa architektura służyć musi szerokim kręgom konsumentów. Brak zdrowej podstawy, brak czynnika masowości odbiera rację bytu zawodowi architekta. I dlatego program działalności Kongresów nie obejmuje tematów indywidualnych; już wówczas postawiliśmy sobie za cel dojście do syntezy funkcjonalnego miasta.

W zrozumieniu różnorodności problematów, składających się na pojęcie „Miasto”, postanowiono przede wszystkim zebrać materiał obiektywny, stwierdzający istniejący stan rzeczy. Zaczęto od elementu najmniejszego: mieszkania dla „szarego człowieka”, rozpatrywanego pod kątem potrzeb biologicznych: Air – son – chaleur – lumiére – prawa każdego człowieka do powietrza, światła, ciepła i ciszy w obrębie mieszkania.

Opracowano kwestionariusze i wzory dla jednolitego przedstawienia planów „mieszkania najmniejszego” – takiego, jakie się w danym mieście najczęściej spotyka i takiego, jakim powinno być. Już wówczas Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa przyszła grupie polskiej z pomocą. Teodor Toeplitz ogromnym nakładem pracy wypełnił jeden z kwestionariuszy i był pierwszym członkiem Kongresu w charakterze nie architekta, lecz specjalisty: społecznika i spółdzielcy.

Ponieważ miasto Frankfurt n. Menem, podporządkowane talentowi organizatorskiemu Ernsta Maya, miało wówczas w dziedzinie masowego zaspakajania potrzeb mieszkaniowych najwięcej bodaj do powiedzenia – tam odbył się II Kongres. Zebrani fachowcy uzgadniają wymagania, stawiane „mieszkaniu najmniejszemu”. Rezultaty opublikowano w wydawnictwie „Die Wohnung für das Existenzminimum”. Zebrane plany wystawione były w r. 1930 w WSM w Warszawie, podczas wystawy „Mieszkanie najmniejsze”.

Kongres frankfurcki konstatuje fakt, że nie można realizować dobrych tanich mieszkań bez racjonalnego rozwiązania sposobu zabudowy dzielnic mieszkaniowych, i postanawia rozpatrzyć na następnym kongresie łączenie komórek mieszkalnych w większe jednostki. Zainicjowano wystawę i wydawnictwo „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic”, mające na celu:

a) porównanie przez jednolicie zestawione tablice możliwości zabudowy w ramach istniejącego prawodawstwa budowlanego w poszczególnych krajach;

b) opracowanie w jednolity sposób prób poprawienia zabudowy z punktu widzenia higieny i komunikacji.

III Kongres w Brukseli. Wystawa „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic mieszkaniowych”. Zestawienie zdobyczy kilkunastu krajów. Przodują ówczesne Niemcy, dzięki wybudowanym osiedlom Frankfurtu n. Menem, Dessau, Karlsruhe-Dammerstock, Celle, Kassel, Berlina etc. Projekty i realizacje grup szwajcarskiej, amerykańskiej, belgijskiej, holenderskiej, węgierskiej, hiszpańskiej, francuskiej etc. Projekt Praesensu, osiedla WSM na Rakowcu – pierwszego w Polsce osiedla, w którym domy ustawione są zdecydowanie „frontem do słońca a nie do rynsztoka”.

Kongres przekonuje się na mocy zebranego materiału, że architekci wszystkich niemal krajów walczą o zapewnienie mieszkańcom miast – światła, powietrza, zieleni przez racjonalne sposoby zabudowy, wypracowane w latach ostatnich (zabudowa liniowa). Na przeszkodzie stoją sztywne plany regulacji miast, nie nadające się przeważnie do zastosowania w nich nowych systemów zabudowy.

Ażeby zdobyć pewność, jak należałoby zorganizować. miasta, grupy Kongresu w 16 krajach przeprowadzają w jednolicie opracowanym znakowaniu i w jednakowym formacie analizę 31 miast: Amsterdamu, Aten, Bandungu, Baltimore, Barcelony, Berlina, Brukseli, Charleroi, Como, Dalat, Dessau, Detroit, Frankfurtu, Genewy, Genui, Hagi, Kolonii, Littorii, Londynu, Los Angeles, Madrytu, Oslo, Paryża, Pragi, Rotterdamu, Sztokholmu, Warszawy, Werony, Zagrzebia i Zurichu.

Każde miasto przedstawione jest w postaci trzech map: mapy funkcji w obrębie miasta, mapy komunikacji w obrębie miasta oraz mapy funkcji komunikacji w obrębie regionu wraz z tablicami przyrostu ludności, warunków topograficznych i klimatycznych, z fotografiami z lotu ptaka, fotografiami charakterystycznych dzielnic itp.

Spróbujmy wczytać się w znaki na wszystkich tych mapach. Charakterystyczna mapa funkcji dzielnic wskazuje wszędzie niemal, jak na przekór logice, dzielnice mieszkaniowe przemieszane są z fabrycznymi, bez względu na kierunek zwiewania dymów. Znamy tę chorobę, toczącą dzielnice fabryczne w śródmieściu Warszawy, ale dowiadujemy się, że gdzie indziej to samo się dzieje. Dzielnice handlowe zlewają się z mieszkalnymi – nie tylko w Warszawie. Ulica, wąski korytarz, obliczony na komunikację pieszą lub konną, nieprzygotowany do szybkości pojazdów mechanicznych, zagraża życiu mieszkańców. Z mapy regionów widać jasno, że proletariat – pracownicy fizyczni i umysłowi – 10-15 proc. swego życia spędzają w kolejce dojazdowej, kolei podziemnej, autobusie czy tramwaju, a ile czasu tracą na dojście pieszo do najbliższej stacji? Nigdzie prawie zagadnienia komunikacyjne nie są opanowane – ani w obrębie miast, ani tym bardziej w obrębie regionu. Porównanie Le Corbusiera, że Paryż to stół biesiadny, na który od dwóch tysięcy lat wnosi się nowe potrawy, nie uprzątnąwszy resztek, jest słuszne dla wszystkich miast.

Rozpatrzenie tych „stołów biesiadnych” 31 miast to temat IV Kongresu Ateńskiego w 1933 roku. W rezultacie tego rozpatrzenia zostaje sformułowana zasadnicza hierarchia funkcji nowego miasta: habiter – mieszkać, travailler – pracować, se distraire — wypoczywać, circuler – przenosić się z miejsca na miejsce. Specjalnie podkreśla Le Corbusier zapoznane zagadnienie.

Ażeby zapewnić mieszkańcom miast „radość is– totną” (les joies essentielles)

niebo

drzewa

światło,

należy uratować przyrodę, otaczającą miasta, przed trądem przedmieść.

Miasto-ogród zadowala egoizm jednostek, niwecząc zalety organizacji kolektywnej. Miasto skoncentrowane, dzięki nowoczesnej technice, zapewni swobodę indywidualną w obrębie mieszkania i zorganizuje życie kolektywne w związku z coraz aktualniejszym zagadnieniem organizacji zjawiska „wczasów”.

Stąd czynnik indywidualny: mieszkanie; czynnik kolektywny: wczasy, które wypełnione będą przez sporty, odpoczynek, naukę. Wczasy dzielą się na codzienne i sezonowe. Miasta znaleźć muszą odpowiednie przestrzenie dla organizacji wczasów.

Kiedy w dniu 29 czerwca roku bieżącego na V Kongresie Le Corbusier wstąpił na trybunę Sali Iéna w Paryżu, odnieśliśmy wrażenie, że czas cofnął się. Oto pierwsze słowa jego referatu:

,,Cztery podstawowe funkcje urbanizmu, to: mieszkać, wypoczywać, pracować, przenosić się z miejsca na miejsce. Na kongresie paryskim tylko dwie pierwsze funkcje: mieszkanie i wczasy – będą tematem dyskusji. Te dwie funkcje są nierozłączne. Wczasy codzienne stanowią bezpośrednią funkcję mieszkania”.

Ale czas nie cofnął się. Przez cztery lata pracy, które dzielą nas od podróży do Grecji, tezy wykładów ateńskich dojrzały i zyskały ugruntowanie teoretyczne. A dzięki osiągnięciom Rządu Ludowego we Francji, nabrały nagle ostrej aktualności. Zakres ich ze zbyt ciasnego pojęcia miasta objął regiony i ich część składową: wieś. Kongres paryski odważył się poruszyć zagadnienia, które dotychczas rzadko interesowały architektów, wierzących jeszcze w mit „wsi spokojnej, wsi szczęśliwej”; zmusił ich do myślenia nie tylko o proletariacie miejskim, ale i o warunkach mieszkania, wypoczynku, pracy i komunikacji robotnika wiejskiego. Szkielet kongresu paryskiego, zatytułowanego „Mieszkanie i wczasy”, składał się z trzech zasadniczych referatów:

Rozwiązania zasadnicze (Le Corbusier, Paryż);

Ulepszenie miast istniejących (J. L. Sert, Barcelona);

Propozycje, które pozwoliłyby przystąpić do problematu wsi (mieszkanie i wypoczynek) (S. Syrkus, Warszawa)

dopełnionych przez referat dodatkowy robotnika rolnego Norberta Bezard o stosunkach rolnych we Francji i propozycjach co do ich ulepszenia. Zaproszono również licznych specjalistów, ażeby wypowiedzieli się ze swego punktu widzenia na zasadnicze tematy kongresu w nawiązaniu do jednego z czterech referatów. Dzięki poparciu rządu francuskiego, jeszcze w tym roku ukaże się „Księga V Kongresu Architektury Nowoczesnej”.

Rozważano zagadnienia wielkiej wagi: zagadnienia terenowe, które już w Atenach stanowiły oś debaty. Zarówno na wsi, jak w mieście, rozkawałkowanie gruntów uniemożliwia projektowanie w szerokim zakresie. Architekt na każdym kroku napotyka na trudności nie do przezwyciężenia. A jednak trudności te muszą być przezwyciężone, jeżeli nasze miasta i wsie nie mają być skazane na zagładę. W każdym kraju w innym tempie – innymi metodami – nastąpią zmiany, ale architekci wszędzie muszą głośno i wyraźnie wypowiedzieć wspólne dla wszystkich krajów postulaty, sformułowane przez Le Corbusiera i przyjęte przez Kongres:

„Najwyższym prawem urbanizmu jest generalny plan kierunkowy, oparty na istotnych i palących potrzebach ludności”.

„Konieczność stworzenia terenów budowlanych, sprzyjających mieszkaniu i wczasom”.

„Wyzwolenie ziemi pod kątem przestudiowania i opracowania planu widzenia interesu publicznego, wykluczającego spekulację”.

„Mieszkanie i wczasy, uznane za obowiązek społeczeństwa wobec wszystkich jego członków, stać się muszą dalszym ciągiem urządzeń użyteczności publicznej”.

Liczni specjaliści poparli te postulaty. Nie możemy wymienić tu wszystkich – ograniczymy się do kilku charakterystycznych. Więc znany paryski lekarz, dr Winter, z którym by przedstawiciele Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na pewno znaleźli wspólny język, mówił o architekturze i medycynie, o konieczności i możliwości współdziałania tych dwóch zawodów, a w szczególności o zagadnieniu „dziecka w mieście”. P. Lenoir, sekretarz Domu Techniki, mówił o technice i finansach w służbie planu; referat jego dopełniły bardzo optymistyczne wywody znanego ekonomisty, p. Delaisi. Pułkownik Vauthier ze Sztabu Generalnego poruszył zagadnienie urbanizmu i architektury w obliczu niebezpieczeństwa wojny powietrznej.

Drugi dzień: Ulepszenie miast istniejących – J. L. Sert. Ze sprawą tą wiąże się ściśle kwestia zmian ustawodawstwa budowlanego. Genewski architekt, F. Quêtant, opracował na ten temat bardzo szczegółowy kwestionariusz. Odpowiedzi nań stanowić będą nowy ważny dokument międzynarodowej współpracy – nową broń w walce z istniejącym stanem rzeczy, uniemożliwiającym racjonalne ,,mieszkanie i wczasy”.

Holendrzy zademonstrowali wzorową ankietę na temat „Wczasy ludności Rotterdamu”, zilustrowaną wspaniałym reportażem fotograficznym, której punktem wyjścia był znów przeciętny mieszkaniec i jego potrzeby. Nie wystarczyła tu oficjalna statystyka. Ażeby dotrzeć do dna zagadnienia, architekci sami zajęli się statystyką, taką, jaka im jest potrzebna. Więc np. w szkołach rotterdamskich dzieci dostały taki temat wypracowań: „W co się bawisz, kiedy masz czas wolny?”, „Gdzie się bawisz?”, „Dlaczego tam właśnie, a nie gdzie indziej?” itp.

Podobnymi metodami posługuje się WSM i jej organy. Osiągnięcia jej w dziedzinie organizacji wczasów, tj. życia społecznego na terenie osiedli spółdzielczych przedstawił zebranym Stanisław Tołwiński. Referat i realne, poparte doświadczeniem w pracy spółdzielczej propozycje, wzbudziły wielkie zainteresowanie. Tołwiński, jako specjalista-spółdzielca, został zaproszony na członka Kongresów.

Trzeci dzień przyniósł nowy dla Kongresu temat: Reorganizacja wsi, dla którego Francuzi ukuli nowy termin „Urbanizm wiejski” – Urbanisme rural. Temat ten wymaga intensywnej i długiej współpracy agronomów, ekonomistów, statystyków, geologów, urbanistów etc. dla wspólnego celu: stworzenia racjonalnych warunków mieszkania i wczasów, pracy i komunikacji dla ludności wiejskiej. Toteż zasadniczy referat S. Syrkusa nie pretendował do wyczerpania tematu: wytyczył tylko linie kierunkowe pracy architekta w tej nowej dlań dziedzinie. Referent oparł się częściowo na „Strukturze Społecznej Wsi Polskiej” (Wyd. Instytutu Gospodarstwa Społecznego), częściowo zaś na opracowanej wespół z Janem Chmielewskim „Warszawie funkcjonalnej – przyczynku do urbanizacji Regionu Warszawy”.

Po nim wstąpił na trybunę Norbert Bezard, chłop z Maine. Ten „specjalista” wzbudził burzę oklasków zarówno swoim „niefałszowanym” wyglądem, jak werwą i przekonaniem, z jakimi żądał pomocy architektów. Poczuliśmy nagle wszyscy, jak bardzo jesteśmy na świecie potrzebni.

„Wszystko robi się dla miast – mówił – nic dla miasteczek i dla ferm”.

„Wszystko jest na wsi do zrobienia, bo wieś jest stara jak świat, zgrzybiała, niedostosowana do obecnej epoki. Zabudowania gospodarskie rozpadają się w gruzy – a z nimi całe wsie. Są one zresztą pobudowane bezmyślnie, bez pojęcia o zasadach urbanizmu. Konia z rzędem temu, kto odkryje jakiś plan zabudowy w naszych wsiach i farmach… Jeżeli są ślady planu – to chyba rzymskie lub z epoki neolitycznej: drogi – gościńce, które gdzieś tam kiedyś prowadziły…”.

„Wszystko jest na wsi do odrobienia – według planu i w porządku. My wszyscy, my, młodzi, wiemy, że w architekturze i w urbanizmie wszystko jest możliwe – że inżynierowie i architekci dysponują techniką i materiałami potrzebnymi dla naszej budowy”.

„Mieszkanie chłopa. Tu zaczyna się nasza »rozmowa« z architektem. Czy chłop ma pragnąć czy nie tradycyjnej strzechy (choćby nowej), którą narzuca mu akademia? My, chłopi, odpowiadamy: nie! Żądamy farm – narzędzi cywilizacji, odrzucających na bok romantyzm i… gnój. Jasno – wyraźnie. Jeżeli spotykacie jeszcze wieśniaków roztkliwiających się romantycznością, to dlatego, że nikt dotychczas nie wyjaśnił im dobrodziejstw farmy-narzędzia, farmy promiennej, funkcjonalnej. Jeżeli wieśniacy nie potrafią żądać takiej właśnie farmy, to dlatego, że nie znają możliwości nowoczesnej techniki”.

„Jakie były etapy rekonstrukcji wsi? Wypytywałem o to chłopów z naszej grupy gminnej. Przede wszystkim spichrz-elewator, brzuch wsi – zabezpieczenie przed spekulacją. Następnie klub – z wielkim krzykiem żądano sali zebrań. Potem drogi, łączące wieś z najbliższymi ośrodkami. A po zaspokojeniu tych trzech najpilniejszych postulatów wszystko inne: farmy, miasteczko spółdzielcze, drogi. Całość inspirowana przez plan gminny, dzieło chłopów, stanowiący nieodłączną część planu regionalnego”.

Z wystąpień następnych delegatów: angielskich, włoskich, węgierskich widać było jasno, iż to, co zrobiono dotychczas w dziedzinie urbanizacji miast, wsi, regionów, jest kroplą w morzu potrzeb.

Widać było również, że zagadnień tych nie rozwiążą urbaniści w zaciszu swych pracowni. Masa – robotnicy wiejscy i miejscy muszą uświadomić nas o swych potrzebach – my uświadomimy ich o możliwościach technicznych. Przykład współpracy chłopa z Maine, Norberta Bezard, z architektem Le Corbusierem powinien być wszędzie naśladowany.

Helena i Szymon Syrkusowie

Powyższy tekst Heleny i Szymona Syrkusów pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie WSM” nr 9/1937, Warszawa, wrzesień 1937. Pismo to było miesięcznikiem wydawanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Adrian Grycuk, Ulica Pruszkowska w Warszawie, rok 2021, fragment jednego z osiedli zaprojektowanych przez autorów powyższego tekstu; źródło: Wikipedia.

Staremu światu (1913)

Staremu światu (1913)

Znowu jesteśmy świadkami obchodzonej – u schyłku starego roku – tysiąc dziewięćset czternastej rocznicy przyjścia na świat wielkiego reformatora ludzkości, którego nauki rozsadziły starożytny świat pogański. Zasady głoszone przezeń – mimo to do dziś dnia nie zostały urzeczywistnione. Maluczkich on ci nauczał, z maluczkimi przestawał i maluczkim chciał zgotować inny… lepszy los. Marzyciel… chciał zaprowadzić wszechludzkie braterstwo na ziemi, głosił równość wszystkich synów ziemi – karcił fałsz i obłudę, chłostał faryzeuszów i bogaczy. Przewrotni kapłani – głosiciele wiary w innego boga – oskarżyli go przed rządem rzymskim jako buntownika i poniósł sromotną śmierć na krzyżu. Ale za wzniosłą była idea, za wzniosłe „ziarna prawdy” przezeń głoszone, żeby jego nauka zeszła wraz z nim do grobu. Ponieśli ją w świat daleki jego apostołowie, którzy wszyscy pochodzili z prześladowanej i gnębionej masy ludowej. W miejsce zdrajcy przybył potem do nich mędrzec – uczony, św. Paweł. Szli przez wszystkie lądy z jednym hasłem: Jedną jest owczarnia i jeden kościół boży, a więc wszyscy ludzie są równi, nie wolno jednemu nad drugim panować, bo wszyscy są między sobą równi bracia. Potęga imperium rzymskiego nic ostała się wobec tych nowych haseł. Skruszyły one jej podstawy społeczne, zmiażdżyły jej bogów prastarych. Ale nie wytrwali przy ideach i przykazaniach, głoszonych przez Wielkiego Marzyciela jego następcy w wiekach późniejszych. Zastępcy Syna Człowieczego, który nie miał gdzie głowy skłonić, powkładali ziemskie korony i zamieszkali w pysznych pałacach. W galilejskich chatach rybackich – a później w katakumbach rzymskich bujnie krzewiła się prosta prawda, by potem zamrzeć w bogatych, złoconych kościołach. Wypędzał ongi Chrystus przekupniów ze świątyń – dziś handlują w nich głosiciele jego nauki świętościami. Sprzedają odpusty – nawet sakrament chrztu, „bez którego człowiek nie może wnijść do Królestwa niebieskiego”, nie jest wolnym od opłaty. A w Ameryce każą sobie księża już i za spowiedź wielkanocną, za odpuszczenie grzechów w imieniu Chrystusa, płacić po 10 dolarów.

Wszędzie, gdzie lud walczy o swe prawa, o lepszy kawałek chleba, gdzie broni się przed wyzyskiem, nie znajdziesz księży przy boku maluczkich; stoją oni przy jego krzywdzicielach.

I robi się coraz zimniej i coraz bardziej pusto w złoconych świątyniach. Berlińskie pisma podają, że w wielkich kościołach znajdziecie tam w niedzielę zaledwie kilkudziesięciu ludzi.

Nauka Chrystusowa jednak nie zamarła. Podstawowe jej zasady, miłość wszechludzka, równość i braterstwo całego rodzaju ludzkiego, których wyrzekli się nowocześni faryzeusze-kapłani, wypłynęły na nowo z odmętu wieków – świeże i nieskażone, jakie padły niegdyś nad błękitnymi toniami jeziora tyberiadzkiego… Macie je wypisane na czerwonych sztandarach, wokoło których skupiają się milionowe rzesze dzisiejszych maluczkich – nowoczesnych proletariuszy…. na czerwonych sztandarach, zabarwionych niejednokrotnie męczeńską krwią – robotnika! Chrystusowe ziarna prawdy znajdziecie dziś – jasno i bez wykrętów podane – w katechizmach socjalnej demokracji!

Prawdę Chrystusową umiłowały czerwone masy robotnicze i hasła jego ewangelii wzięły za swoje… One też podjęły się ich zrealizowania.

________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 52/1913, Frysztat, 26 grudnia 1913 roku. Pismo to było organem Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, ukazującym się na Śląsku Cieszyńskim, w tym na przygranicznych terenach należących obecnie do Czech, a wówczas zamieszkiwanych w znacznej większości przez ludność polską.

Nowoczesna cywilizacja (1907)

Żyjemy w dwudziestym stuleciu cywilizacji i kultury, w wieku postępu. Podziwiamy cuda, jakie stwarzają para, elektryczność, gaz, wprowadzone w zastosowanie ręką człowieka. Z ciekawością przyglądamy się nowoczesnym miastom jakby wyrosłym niedawno spod ziemi, olbrzymim i wspaniałym budowlom, potężnym fabrykom o całych lasach dymiących wiecznie kominów, gdzie różnorodne i doskonale skonstruowane maszyny kierowane silną ręką proletariusza wytwarzają krociowe bogactwa!

W dziewiętnastym stuleciu nauka i wynalazki w technice przemysłu zrobiły daleko większe postępy niż kilka przeszłych stuleci, a i tego należy się spodziewać, że w bieżącym stuleciu poczyni jeszcze większe postępy. Gorączkowa praca z dniem nieomal każdym stwarza i wynajduje wynalazki, które jakby goniły się wzajem, celem przysporzenia bogactw, zmniejszenia nakładu sił i pracy, uprzyjemnienia życia.

W prasie i literaturze, sięgających szczytu prawie swego rozwoju, roi się od słów, zapewnień, prawie że hymnów witających kroczący z dumą postęp; dobrobyt dzisiejszego pokolenia znajduje tylu piewców, że naprawdę zdawałoby się, że żyjemy w latach, w których życie człowieka staje się wolnym od trosk i cierpień, pełne wesela i radości, tak, że nic ludziom nie pozostaje, jak używać wszystkiego. I czemuż by nie? Wszak widać wszędzie składy przepełnione żywnością i materiałami niezbędnymi do życia, magazyny pełne wszystkiego aż do zbytku i wyuzdania, zapraszają niejako ludzi do używania nagromadzonych bogactw. A nad tym wszystkim rozbrzmiewają głosy wolności, humanitarności, sprawiedliwości…

A jednak zastanawiają i w zdumienie wprawiają każdego z nas zjawiska wręcz przeciwne cywilizacji, zjawiska nieznane nigdy nawet dzikim narodom, zjawiska tchnące śmiertelną nienawiścią do cywilizacji i postępu. W społeczeństwie głoszącym wolność i sprawiedliwość popełnia się gwałt najgorszego gatunku, w ustroju społecznym niby przesyconym dobrobytem, żyje większość ludzi w największej nędzy i niedostatku, w społeczeństwie głoszącym równość i wolność głos drobnej garści bogaczy świata więcej znaczy, niż wola całego narodu, niż wola uciśnionych mas ludu; w społeczeństwie chorującym na nadmiar oświaty i kultury zapełniają ulice i ciemne przedmiejskie sutereny tłumy ludu roboczego nie umiejące ni czytać, ni pisać, tłumy, które odpędzono od spożywania owoców kultury i dobrobytu. Około przepełnionych składów i magazynów, gdzie środki żywności gniją i niszczeją, wałęsają się masy żebraków i ludzi żądających pracy, którzy może jeszcze ani raz w życiu nie nasycili się należycie; wspaniałe gmachy i budowle, bogate zamki i drogie wille z przestronnymi i wygodnymi salami, jasnymi i ciepłymi pokojami stoją latami pustką, bo zamieszkuje je zaledwie kilka osób, jakiś biskup lub magnat, mający ku przyjemności zastęp nudzących się kobiet, które swymi pieszczotami lub ciałem rozweselają mu życie – podczas gdy całe masy pożytecznych ludzi gniotą się w brudnych, wilgotnych bez światła i słońca suterenach, gnieżdżą się na nędznych poddaszach lub w barakach pełnych brudu i niechlujstwa, w jaskiniach, gdzie nędza, głód i choroby wyprawiają swe orgie, gdzie w mrokach rodzą się zbrodnie, powstają gwałty, a śmierć najobfitsze zbiera żniwo przed czasem.

Na ochronę koni, psów i innych zwierząt wydaje się ustawy, społeczeństwo cywilizowane zakłada stowarzyszenia opieki nad zwierzętami, ale to samo „cywilizowane” społeczeństwo nie zna ustaw ochraniających tysiące robotników; w każdym roku padają w fabrykach trupy robotnicze, temu głowę zmiażdżyło, tego maszyna rozerwała w kawałki, temu rękę urwało, tam znowu w kopalniach gazy zatruły dziesiątki górników lub spadające z góry kamienie śmiertelnie pokaleczyły ojca licznej rodziny. Ilu górników przez niedbalstwo odpowiednich organów straciło życie, ilu stało się kalekami, ilu straciło siły i zdrowie w gazach i pyle kamiennym czy węglowym, gdzie za marną, psią zapłatę pracowali na jaśniepanów. Gdzież są ustawy na obronę ludu, gdzie słuszność, gdzież ta kultura głosząca sprawiedliwość i wolność. Nie ma jej? Ale niewinnego człowieka umiała wysłać na szubienicę lub wtrącić do więzienia za to, że śmiał upomnieć się o swe prawa, za to, że nędza popchnęła go do buntu; nędzarza wpakowano do aresztu za to, że z głodu ukradł kawałek chleba. Gdzież poczucie sprawiedliwości u tych „cywilizowanych” jaśniepanów, którzy dostają apopleksji na widok znęcania się woźnicy nad koniem, gdzież te pisma piszące całe artykuły o niedyspozycji żołądkowej jakiegoś książątka chorującego z przesytu, gdzież ci w czarnych sutannach głoszący miłość bliźniego, którego należy przyodziać i nakarmić?

W tej rażącej sprzeczności dobrobytu i nędzy, kultury i ciemnoty, postępu i wstecznictwa mieści się obłuda i faryzeuszostwo „cywilizowanego” społeczeństwa dwudziestego stulecia. Czy tutaj może być mowa o humanitarności, postępie lub cywilizacji? O ile prześcignęła humanitarność dzisiejszych klas burżuazyjnych życie dzikich barbarzyńskich plemion? U ludów dzikich ludzi niezdolnych do pracy wrzucano do wody lub strącano ze skały do przepaści, aby nie byli ciężarem dla innych, tak robiono np. w starożytnej Sparcie, krainie greckiej. Dziś w społeczeństwie o wysokiej kulturze i humanitarności skazuje się ludzi na powolne konanie, na śmierć głodową, na całe to piekło dzisiejszej nędzy.

W dzisiejszym ustroju społecznym wyniki nauk, korzyści badań, wszelkie owoce wynalazków i pracy, stały się wyłącznym majątkiem małej garści ludzi, fabrykantów, kapitalistów, baronów węglowych, którzy do wytworzenia tych bogactw ani jednym kiwnięciem palca się nie przyczynili.

Taki miliarder Rotszyld nie wie nawet, ile ma fabryk na świecie, ze sprawozdań dyrektorów dowiaduje się dopiero o tym, a sam spędza chwile na podróżach po norweskich zatokach lub polowaniach na tygrysy w północnej Afryce, podczas gdy lud roboczy pracuje ciężko na niego, po fabrykach i po kopalniach, po to, aby p. Rotszyld mógł życia do woli używać.

Dzisiejszy ustroi wobec tych krzyczących niesprawiedliwości i gwałtów nie zdoła się długo utrzymać, nieustające walki, jakie się w nim rozgrywają z dnia na dzień, powodują rozkład i zgubę istniejących obecnie stosunków: naprzeciw garstki ciemięzców staje milionowy tłum żebraków do walki. Prawdziwym paszkwilem ośmieszającym cywilizację i postęp dzisiejszy są istniejące ustawy i różne rozporządzenia, które służą do tego, aby mniej liczna klasa wyzyskiwaczy mogła bezkarnie okradać lud roboczy, rabować jego zdrowie, siłę i życie. Dziś nie ceni się człowieka dla jego zdolności, pracy, wykształcenia, ale dla… pieniędzy, majątków, które prawem kaduka, nieuczciwym sposobem pozyskał. Możesz być największym głupcem, ale jeśli masz pieniądze, świat powie, żeś mądry, jesteś skończonym łotrem, ale bogatym, przyjdą ludzie, pokłonią ci się i nazwą cię uczciwym, jesteś krwawym tyranem, ale mającym za sobą szubienice, armaty i ustawy, społeczeństwo ogłosi cię najsprawiedliwszym człowiekiem. Ale prawie zawsze zostaniesz głupim, nieuczciwym, szubrawcem jeśliś biedny, choćbyś był mądrym, uczciwym, ba nawet świętym. Dzisiaj potaniała już cnota – mówi poeta.

To całe piekło powyżej przedstawionych stosunków to wykwit tak wychwalanej przez klerykałów i burżuazję prywatnej własności, uświęconej, jak oni powiadają, przez samego boga, który bogaczowi kazał majątek rozdać ubogim. Kapitał, który stworzył nowoczesną kulturę i burżuazyjną cywilizację, ten kapitał będący źródłem tej krzywdy społecznej, wykopie swą zachłannością dla siebie grób. Każdy choć trochę myślący człowiek zrozumie, że obecne stosunki nie dadzą się długo utrzymali. Własność prywatna, kapitał prowadzi ludzkość na drogę zupełnego upadku, a periodycznie pojawiające się kryzysy przemysłowe, wyrzucające na bruk klasę pracującą – są najlepszym dowodem szkodliwości prywatnych kapitalistycznych przedsiębiorstw, których krzywdzącą działalność należy powstrzymać i zmienić.

Głosicielem nowych i sprawiedliwych zmian przyszłego ustroju społecznego jest lud roboczy, proletariat górniczy i fabryczny, który gromadzi siły i w swoich organizacjach gotuje się do walki o lepszy ustrój społeczny dla wszystkich. Spełnienie tego celu to wprowadzenie w życie myśli socjalistycznej, której głosicielem jest lud roboczy. Proletariat nie ma nic do stracenia, a cały świat do zdobycia, w walce więc, jaką wydał staremu porządkowi walącemu się już w gruzy, budował będzie nowy świat, który nowymi pójdzie tory. Nic więc dziwnego, że idea socjalistyczna znajduje taki posłuch wśród mas robotniczych, nic więc dziwnego, że wrogowie ludu oszczerstwa i psy wieszają na ludzie roboczym i to nic dziwnego, że świat burżuazyjny na gwałt wrzeszczy: socjaliści chcą świat, cywilizację, postęp zniszczyć, wywrócić świat do góry nogami. A byłże kiedy świat tak do góry nogami postawiony, jak dzisiaj? Lud roboczy zszeregowany w partii socjalistycznej chce ład i porządek zaprowadzić, zwycięstwo ludu roboczego to zwycięstwo prawdziwej cywilizacji i kultury, postępu i sprawiedliwości. Nie dziwi więc dzisiaj nikogo, że na całym świecie rozbrzmiewa potężny głos: proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! W ślad zanim podążają milionowe szeregi robotnicze, przed których pochodem drży w strachu stary, podły świat!

_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Górnik – organ Unii Górników w Austrii” nr 1/1907, Cieszyn, 9 stycznia 1907 r. Było to pismo wydawane przez górniczy związek zawodowy na Śląsku Cieszyńskim, pozostający pod wpływem polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze austriackim. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.