Edward Carpenter: Społeczeństwo samorządne (1917)

Edward Carpenter: Społeczeństwo samorządne (1917)

Większość ludzi zgadza się obecnie, iż rozrost biurokracji i administracyjnego formalizmu we współczesnym państwie to rzecz bardzo niepokojąca, zwiększenie zaś wpływu władzy centralnej na życie społeczne i multiplikacja praw stanowią bardzo poważne zagrożenie. Wszyscy wiemy, że instytucje sądu i prawa w istocie skutkują pojawieniem się najprzeróżniejszych rodzajów zła: przekupstwa, szantażu, krzywoprzysięstwa, szpiegostwa, kłamstwa, fałszywych oskarżeń – całej masy niepotrzebnych cierpień, których ludzie przysparzają sobie nawzajem. Że sankcjonują i systematyzują używanie przemocy, niekiedy skrajnie brutalnej. I że w jawny i bezpośredni sposób podtrzymują istnienie niesprawiedliwych urządzeń społecznych, na przykład monopolu ziemskiego. Że ich funkcjonowanie pełne jest absurdów i sprzeczności, zarówno w teorii, jak i praktyce. Że (jak na to zwracał uwagę wielokrotnie Herbert Spencer) paraliżują one życiowo tych, którzy się im poddają i wierzą w nie. I że, wreszcie, w większości przypadków działają tak archaicznie, że niemożliwe chyba byłoby przeprowadzenie takiej ich reformy, by zestroić je chociaż trochę z wymaganiami zdrowego rozsądku – nawet gdybyśmy istotnie chcieli taką reformę przeprowadzić.

A jednak, gdy tylko zaczynamy o nich rozmawiać, zazwyczaj bronimy ich dzielnie, twierdząc, że ich istnienie przynosi nam także pewne korzyści, co najmniej równoważące ich wpływ negatywny, że są – mówiąc krótko – złem koniecznym, bez którego nie możemy funkcjonować i usunięcie którego przyniosłoby tylko erupcję chaosu, przemocy i konfliktów społecznych.

Warto, być może, przyjrzeć się tutaj tej argumentacji nieco bliżej. Co ciekawe bowiem, dzieje najprzeróżniejszych ludów i narodów wskazują bowiem na coś przeciwnego. Nie tylko wszystkie plemiona przeszłości żyły w zgodzie i przyjaźni społecznej bez choćby śladu pisanych przepisów, ale nawet wiejskie społeczności dnia dzisiejszego, takie jak istniejące w różnych zakątkach Irlandii, Szwecji, Szwajcarii czy Chin, funkcjonują według dokładnie tej samej zasady. Prawo państwowe, jego ustanowienie i egzekwowanie, odgrywają w ich życiu rolę zaledwie marginalną. Oczywiście, we wszystkich tego rodzaju zbiorowościach wielkie znaczenie posiada obyczaj, ów niezbędny kręgosłup życia wspólnego. Ale obyczaj różni się znacznie od prawa, stanowi – jak moglibyśmy powiedzieć – prawo w formie zarodkowej, słabe, rudymentarne. I istotnie, jakkolwiek surowe, sztywne czy wręcz głupie byłyby przeróżne obyczaje plemion prymitywnych, to i tak niepomiernie łatwiej je zmienić, jeżeli nie skostniały jeszcze w formę pisaną, z towarzyszącym jej w sposób konieczny przepychem historii i ceremoniału – a także armią niebezpiecznych ludzi, zawodowo pilnujących jego przestrzegania [1].

Czy ludzkie społeczeństwa mogą istnieć bez rozbudowanej struktury obyczaju? Wątpię. Nie ma jednak żadnej wątpliwości co do tego, że mogą nie tylko istnieć, ale funkcjonować świetnie i w dobrym zdrowiu, bez prawa pisanego. I kiedy obyczaj przyjmuje – wśród ludów rozumnych i bardziej zaawansowanych, które wyszły ze stanu barbarzyństwa – formę łagodną i, wciąż wywierając pewną presję na sumienie jednostek, staje się dość elastyczny, aby zmieniać się w zależności od wymagań życia – wtedy właśnie widać wyraźnie, iż stanowi on szlachetniejszą siłę społeczną, niż prawo, przewyższając je tak, jak żywy organizm przewyższa martwą maszynę. Zresztą, przecież i znaczna część naszych relacji społecznych funkcjonuje na zasadzie zwyczajowej, niektóre z tych obyczajów zaś, jak widzimy choćby na przykładzie mody czy „prestiżu społecznego”, mają wielką moc. Żadne prawo, na przykład, nie reguluje kwestii zakładów sportowych, a jednak oszustwa w tej materii zdarzają się bardzo rzadko.

Oczywiście, ludziom tak przyzwyczajonym, jak my, by do każdej byle bzdury „wzywać policję”, trudno wyobrazić sobie życie bez tej instytucji. Ponieważ zaś od jej istnienia faktycznie zależy spora część naszego życia, jej likwidacja wywołałaby pewien chaos, to znaczy – może inaczej – ponieważ bez niej nie dałoby się utrzymywać ani obecnego systemu wyzysku, ani owych nieprawdopodobnych różnic majątkowych, jakie zachodzą między klasami, nasze społeczeństwo, oparte przecież właśnie na tych dwóch sztucznych fundamentach, z konieczności musiałoby się rozpaść [2]. Tym niemniej, twierdzić, że coś jest konieczne społecznie w ogóle tylko dlatego, że nie może bez tego istnieć społeczeństwo nienormalne, nienaturalne, jest czymś podobnie absurdalnym. To tak, jak gdyby powiedzieć, że ponieważ każda chińska arystokratka musi przejść proces krępowania stóp, wszystkie kobiety świata powinny mieć okaleczone stopy. I istotnie, tego nam właśnie potrzeba – zrozumieć, że nasz stan społeczny jest czymś tak samo strasznym i nieludzkim, jak okaleczona stopa. Jeśli zaś zdołamy to uczynić, zrozumiemy także, jak zbędne są wszystkie owe instytucje – takie właśnie, jak sądy i policja – za swój jedyny cel mające podtrzymywanie jego istnienia.

Z tej też przyczyny wszelkie wątpliwości, jakie pojawiają się w ludzkich umysłach w związku z propozycją stworzenia społeczeństwa ludzi wolnych – społeczeństwa bez rządu, a więc samo-rządnego – dotyczą nie tyle tego, czy powinniśmy to zrobić (tutaj raczej wszyscy się zgadzamy), ale tego, czy można to zrobić. Chodzi o kwestie praktyczne. Ale w tym wypadku większość trudności, jakie zachodzą, wynika nie z czego innego, jak z istnienia naszej obecnej patologii. Ludzie widzą więc, na przykład, że główną siłą napędową współczesnego życia jest bratobójcza walka o przetrwanie i wnoszą stąd, że bez rządu społeczeństwo pogrąży się w chaosie mordów i grabieży z jednej – oraz biernego próżniactwa z drugiej strony [3].

Choć sąd ten może wydać się bardzo twardy, tym, co napędza nasze życie społeczne w jego warstwie zewnętrznej, jest strach. Od nędznego niewolnika swego pracodawcy, który wstaje przed świtem, przeciska się przez nasze zatłoczone ulice do swego miejsca pracy, aby od pierwszego gwizdka przez dziewięć, dziesięć, dwanaście godzin wykonywać tę samą, monotonną czynność za śmieszne pieniądze; który wraca późnym wieczorem, by ucałować swoje śpiące dzieci, zjeść kolację i, w śmiertelnym zmęczeniu, zwalić się na łóżko, znów wstać i następnego dnia powtórzyć w każdym punkcie ten wycieńczający rytuał; i który godzi się na takie właśnie, nieludzkie i podłe życie, wyzute kompletnie z godności i sensu tylko dlatego, że boi się umrzeć z głodu; po wielkiego potentata, który wiedząc, że majątek zrobiony na przekrętach i spekulacji to dom zbudowany na piasku, który w każdej chwili może się zawalić; który im więcej ma pieniędzy, tym bardziej boi się je stracić; i który bez ustanku musi walczyć o pozycję, nawet uciekając się do najbardziej niegodziwych zagrywek; słowem, od najbiedniejszych do najbogatszych, całe nasze społeczeństwo drży o swój byt, nad wszystkimi straszliwy demon strachu rozpostarł swoje czarne skrzydła. Nieustanna gorączka to znak naszego życia. Nie ma w nim miejsca na naturalne zadowolenie i pogodę ducha. Jak ulice naszych miast długie i szerokie, nie znajdzie się na nich nikt, kto śpiewałby jakąś piosenkę (może z wyjątkiem gliniarzy). Nawet chłopcy pracujący w polu nie nucą już swoich słynnych przyśpiewek – no, nie wspominając nawet o tym, że gdyby robotnik w nowoczesnej fabryce śpiewał podczas pracy, zostałby natychmiastowo i brutalnie „wylany”. Przypominamy rozbitków, ostatkiem sił wspinających się na przybrzeżne skały. Pod nami szaleje ciemna i wściekła kipiel. Każdy stara się za wszelką cenę dokonać ledwie jednej rzeczy – nie spaść. Jeśli zaś w przypływie paniki wykona jakiś nieostrożny ruch i zepchnie w dół jednego ze swoich towarzyszy? No cóż, w takich warunkach podobnie przykre wypadki są rzeczą nieuniknioną.

Ale taki stan rzeczy nie jest normalny. I choć historia rodzaju ludzkiego niezbicie dowodzi, że walka o byt stanowi konieczny element życia, to nie znajdujemy w niej żadnych zgoła przykładów – może z wyjątkiem przypadków naprawdę skrajnych – podobnie wszechobecnego i miażdżącego niepokoju. Obserwacja plemion prymitywnych, z naszej perspektywy skrajnie „biednych”, odsłania przed nami obraz egzystencji zbiorowej zasadniczo odmienny od warunków naszego, jak moglibyśmy powiedzieć, imperium strachu. Proszę teraz moich Czytelników, aby na moment spróbowali wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby zdjęto z naszych barków to nieludzkie brzemię – i jakie byłyby tego skutki praktyczne.

Wyobraźmy sobie zatem, że jakiś dobry mag – jakiś, powiedzmy, transcendentalny minister finansów – machnął różdżką i wyczarował świat, w którym mielibyśmy nie tylko dobrą emeryturę na stare lata, ale także godne zabezpieczenie materialne na całe życie, no – może, aby nie przesadzić: gwarantowany dostęp do artykułów pierwszej potrzeby, tak iż w przyszłości nikt nie odczuwałby już owego stale towarzyszącego nam niepokoju o byt materialny swój i swojej rodziny. Jakie skutki miałoby to dla naszego życia?

Być może, jak wielu utrzymuje, że się stanie, dziewięć dziesiątych z nas powiedziałoby sobie: „Prędzej mi głowa odpadnie, niż kiedykolwiek jeszcze w życiu choćby kiwnę palcem”. Jak ten kataryniarz ze znanej anegdoty, który, doszedłszy do pewnego majątku, rozwalił swoje stare narzędzie pracy siekierą, wrzeszcząc: „No, to teraz sobie graj! Teraz sobie graj!”, czulibyśmy zapewne do naszej pracy tak ogromny wstręt, że rzucilibyśmy ją na zawsze. Jak powiadam, byłoby to bardzo prawdopodobne – i, co więcej, bardzo racjonalne! „Praca” bowiem oznacza współcześnie zazwyczaj zajęcie tak poniżające i bezsensowne, że najlepszym i najbardziej męskim, co można z nią robić, to jej nie wykonywać!

Załóżmy jednak, iż – mając zapewnione przynajmniej minimum egzystencji i wolność od zagrożenia śmierci głodowej – istotnie wszyscy udalibyśmy się na długi wypoczynek, z pietyzmem dbając przede wszystkim o to, aby nic nie robić. Że poleżelibyśmy sobie do góry brzuchem przez dwa, trzy, czy nawet sześć miesięcy. Czy to nie oczywiste, że po takim czasie dla większości z nas ta bezczynność stałaby się po prostu nie do zniesienia, w związku z czym wzięlibyśmy się do jakiejś roboty, tej lub innej, w każdym razie choćby po to, aby stworzyć coś ponad minimum – jakiś przedmiot użyteczny lub piękny, dla nas albo i naszych sąsiadów, albo i nawet dla społeczeństwa jako takiego? Że mówiąc najprościej, po pewnym czasie rozpocząłby się spontaniczny i szeroko zakrojony proces produkcji najprzeróżniejszych rodzajów dóbr, z towarzyszącym mu w naturalny sposób procesem wymiany, i ani byśmy się obejrzeli, a nieomal na naszych oczach powstałoby nowe, samowystarczalne społeczeństwo, działające nie ze strachu i niepokoju, ale raczej wspólnego dążenia do szczęścia i pełni?

Fakt, iż jeśli ulżyć im codziennych trosk, ludzie sami z siebie zaczynają zajmować się czymś pożytecznym, widać najwyraźniej na przykładzie klas posiadających. Nie da się wszak zaprzeczyć, że ich przedstawiciele, mając zapewnione nie tylko minimum egzystencji, ale dużo, dużo więcej, cechują się wielką energią i chęcią działania. Kilka dekad, ba, kilka lat, wystarczyło, aby sfalsyfikować pryncypia wykwintnej teorii socjologicznej o pikniku jako naczelnym celu ludzkiej egzystencji i teraz obserwujemy przecież prawdziwy wysyp najprzeróżniejszych stowarzyszeń, lig, organizacji charytatywnych, inicjatyw w stylu „sztuka dla ubogich”, krucjat antyalkoholowych i tego typu rzeczy, stanowiących po prostu naturalny wyraz twórczych energii człowieka, szukających dla siebie ujścia na niwie społecznej. Oczywiście to wielka szkoda, że, w związku z niezwykle niedoskonałym wykształceniem bogatych, inicjatywy te są zazwyczaj po prostu niewydarzone. Tym niemniej, niewątpliwie w przyszłości uda się to naprawić. Chodzi mi tutaj jednak wyłącznie o to, abyśmy dostrzegli, że skoro bogaci, choć tak źle przygotowani do tego przez tradycje i mentalność swojej klasy, spontanicznie podejmują podobne działania, nie ma niczego absurdalnego w założeniu, że zwykli ludzie, znacznie mocniej przecież stojący na ziemi, zrobią to samo.

Jeśli zaś ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech przypomni sobie tylko wszystkie owe tysiące mieszkańców naszych ogromnych miast, którzy daliby sobie odciąć dwoje uszu w zamian za możliwość pracy na roli – przecież nie z nadziei na zbicie majątku, ale dlatego, że kochają to życie. Albo którzy hobbystycznie zajmują się uprawą działek czy ogródków. Albo których prawdziwe życie zaczyna się po zakończeniu pracy zawodowej, którzy zajmują się po godzinach ciesielką, rzeźbieniem w drewnie, kowalstwem artystycznym czy czym tam jeszcze, słowem: to niepoliczone mnóstwo urodzonych ogrodników, stolarzy, ślusarzy – i potem, po prostu, spróbuje wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby ci wszyscy ludzie mogli nagle, w pełnej wolności, poświęcić się swojemu ulubionemu zajęciu.

Wydaje mi się to zatem przynajmniej możliwe, iż społeczeństwo wolne od przymusowej tresury i brutalnej kontroli, spontanicznie zaczęłoby wytwarzać dobra najcenniejsze dla siebie. Nie wynika stąd bynajmniej, rzecz jasna, iż taki stan rzeczy natychmiast wydałby z siebie idealną harmonię i powszechny pokój. Przyniósłby jednak zapewne przynajmniej kilka zmian na lepsze, które to również pragnąłbym tutaj pokrótce omówić.

Po pierwsze zatem, każdy człowiek kierowałby się przy wyborze zawodu głównie świadomością własnych upodobań i talentu, przynajmniej w stopniu znacznie większym, niż to ma miejsce obecnie. W związku z tym łatwiej byłoby mu znaleźć zajęcia, w których byłby dobry. Wzrost produktywności i efektywności, jaki ta zmiana wywołałaby, byłby wprost gigantyczny, a do tego uwolnienie naturalnej różnorodności smaku i inwencji jednostek skutkowałoby proporcjonalnym zwiększeniem różnorodności i indywidualności wytwarzanych dóbr.

Po drugie, praca w tym nowym systemie byłaby użyteczna. Na pewno nikt nie kopałby dołków w ziemi tylko po to, aby je za moment zakopać – no a przecież nie ma najmniejszych wątpliwości, że większa część pracy wykonywanej w naszym obecnym systemie ma mniej więcej tyle samo sensu. Indywidualny stolarz, składając komódkę dla siebie czy sąsiada, dba przede wszystkim o to, aby całość się trzymała, a szuflady otwierały i zamykały. A jednak w dziewięciu na dziesięć komód wytwarzanych w komercjalizmie, szuflady z ledwością da się otworzyć, a potem jeszcze trudniej zamknąć. Nie chodzi bowiem o to, aby dany mebel spełniał swoją funkcję, ale aby się sprzedał. Sprzedał i przyniósł zysk. No a skoro tak, to lepiej, aby – zachowując pozory jakości – był zwykłym badziewiem, bo wtedy klient szybciej będzie musiał kupić nowy i znów napychać kieszenie pośrednika czy fabrykanta. Stopień marnotrawstwa, jakie dokonuje się w warunkach naszego obecnego systemu, jest wprost gigantyczny. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia, dopóki pieniądze trafiają do tych, do których powinny.

W wolnym społeczeństwie praca byłaby wykonywana ze względu na swoją użyteczność. Ciekawe, że jeśli się nad tym zastanowić, nie ma żadnego zgoła innego powodu, aby w ogóle pracować. Rzecz jasna, w tym wypadku przez „użyteczność” rozumiem też, na przykład, piękno – bo nie ma, zresztą, żadnej przyczyny, dla której zaspokajanie jednej ludzkiej potrzeby, choćby potrzeby piękna właśnie, traktować specjalnie i wynosić ponad inne, na przykład taką potrzebę jedzenia. Chodzi mi o to, że każdą pracę, w istocie, wykonujemy tylko dlatego, że jej owoce służą zaspokojeniu jakiegoś ludzkiego braku. Z tajemniczych powodów wszakże, w społeczeństwie handlowym wcale to tak nie wygląda. Praca służy tylko wytwarzaniu czegoś, co się sprzeda i przyniesie zysk. Nie ma znaczenia, czy dany produkt jest wykonany dobrze, czy źle, o ile wypełnia to jedno naczelne zadanie. Łatwo na tej podstawie zorientować się przy tym, że nawet gdyby – w wyniku naszej reformy – skala produkcji spadła, nawet znacząco, i ludzie nie pracowali już tak długo, jak obecnie (co jest stanem nader pożądanym), to i tak w związku z zawrotnym wzrostem jakości i praktyczności wytwarzanych dóbr, jej wartość per saldo byłaby i tak dużo wyższa.

Po trzecie, z kolei, zmiana, którą tutaj postulujemy, poskutkowałaby tym, że praca sama z siebie – jak o tym często i mądrze pisał William Morris – stałaby się rodzajem przyjemności, prawdopodobnie największą przyjemnością życia. To zaś, zmieniłoby zupełnie jej naturę. Dzisiaj na pewno nie możemy powiedzieć, że praca stanowi przyjemność. Ilu znajdzie się dzisiaj ludzi, którzy czerpią realną satysfakcję ze swojego zawodu? Czy nie dałoby się ich policzyć w każdym hrabstwie dosłownie na palcach jednej ręki? A jednak, czym może być nasze życie, jeśli jego większość spędzamy robiąc coś, do czego czujemy wyłącznie odrazę? Nie – na miano prawdziwej ekonomii może zasługiwać tylko taka idea, która pozwoliłaby nam zmienić stan społeczny w taki sposób, aby praca zawodowa znów stała się źródłem radości. Tylko pragnąc tej zmiany, stoimy naprawdę po stronie człowieka, po stronie życia. Jeśli zaś pracujemy radośnie – pracujemy pięknie. Bolesny rozdział piękna i użyteczności znika, a wszystkie owoce ludzkiego wysiłku stają się także dziełami sztuki. Sztuka zaczyna być współrozciągła z życiem.

Nietrudno chyba zatem dostrzec, że podczas gdy społeczeństwo obecnie opiera się na fundamencie utrzymywanego przemocą systemu własności prywatnej, w którym z konieczności najwyższą pozycję zdobywają ludzie twardzi i bezwzględni, by potem żerować na innych, skutkiem zaś tego jest brutalna i nieustanna walka o byt, w której rolę najważniejszego czynnika psychologicznego odgrywa strach – my proponujemy wizję społeczeństwa, w którym własność prywatna – o ile w ogóle by istniała – stanowiłaby skutek spontanicznej zgody, wynikającej nie z lęku czy żądzy pieniądza, ale raczej poczucia realnej wspólnoty celu i życia, w którym ludzie pracowaliby dlatego, że lubiliby swoją pracę, że czuliby, iż umieją ją wykonywać i że jej owoce przyniosą pożytek im oraz ich bliźnim.

Jakże utopijnie to wszystko brzmi! Jakież to absurdalnie proste, wręcz naiwne – pracować dlatego, że się to lubi i chce się zrobić coś pożytecznego. Jak piękna jest ta koncepcja – i jak absolutnie „niepraktyczna”, niemożliwa do zrealizowania!

Niemożliwa? Doprawdy? Od Salomona po Isaaca Wattsa [4], mędrcy wszystkich epok radzą nam: uczcie się od mrówki – uczcie się od pszczoły! I – och! – jakże utopijne, jak niepraktyczne jest życie tych niemądrych stworzeń! Czy można wyobrazić sobie głupszą postawę, niż choćby ta pszczoły właśnie, naiwnej istoty, która nie tylko nie zawaha się oddać życia za rój, ale jeszcze zanosi owoce swojej pracy do wspólnych magazynów, zamiast schować je za wielkim murem i bramą zamkniętą na cztery kłódki, aby w odpowiednim momencie zbić majątek na handlu miodem? Głupie zwierzę, przyjdzie jeszcze dzień, że pożałujesz swego braku przedsiębiorczości, gdy – sama umierając z głodu – ujrzysz jak inni przejadają to, co w pocie czoła stworzyłaś!

A ciało ludzkie, owo cudowne zwieńczenie i lustro całego wszechświata – co z nim? Czyż ono również nie dostarcza przykładu najczystszej utopii? Żywa całość, złożona z miriadów komórek, członków, narządów – wszak zdrowe ciało to najdoskonalsza społeczność, jaką tylko można sobie wyobrazić. Co mówi dłoń, gdy musi coś chwycić? Czy zaczyna od targowania się, jaką zapłatę otrzyma za swój wysiłek i odmawia kiwnąć palcem, dopóki nie dowie się, co z tego będzie mieć? Oczywiście, że nie – przecież wiemy, iż każdy członek robi to, co do niego należy i (takie prawo utopii) tym samym podtrzymuje obieg krwi, dzięki któremu zostaje zaopatrzony w składniki odżywcze, jakich mu akurat potrzeba. W naturalny sposób pojawia się pytanie: czy zdrowe ludzkie społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować na podobnych zasadach? Czy sam fakt robienia czegoś dla ogółu, nawet rzeczy najbardziej niepozornej, to nie dość, aby człowiek miał zabezpieczone przynajmniej materialne minimum swego istnienia? Czy zdrowa wspólnota pozwoliłaby któremukolwiek ze swych członków umrzeć z głodu? Przecież to tak, jak gdyby ktoś pozwolił uschnąć i odpaść jednemu ze swych palców. I, wreszcie, czy nie jest możliwy taki stan społeczny, w którym ludzie przestaliby czuć niepokój o wynagrodzenie za pracę, ale raczej pracowali w pierwszym rzędzie dla przyjemności robienia czegoś pożytecznego, mając pewność, że nie pozostanie to bez godnej rekompensaty?

Bo istotnie, instynkt wykonywania zajęć potrzebnych, czyli takich, które trzeba zrobić, działa w człowieku z wielką siłą. Nawet dzieci, owe „dzikusy wieku”, odczuwają wielką dumę z bycia pożytecznym, no i przecież można chyba wyobrazić sobie, że moglibyśmy kiedyś, zamiast – jak teraz – wtłaczać im do głowy, że „trzeba sobie radzić”, robić pieniądze, „być szybszym” i, miażdżąc głowy swoich bliźnich piąć się na „szczyt”, na którym nie będzie już konieczności pracować – że zamiast tego, powiadam, moglibyśmy uczyć je, jak stać się szanującym siebie obywatelem dojrzałej wspólnoty, która – zapewniając swoim członkom materialne bezpieczeństwo – w naturalny sposób oczekiwałaby czegoś w zamian. Nawet małe dzieci rozumieją te sprawy. Czy naprawdę dorośli ludzie nie potrafiliby?

Ale absurdem jest w ogóle debatować nad kwestią możliwości, skoro samo życie dostarcza tak wielu konkretnych przykładów jej urzeczywistnienia. Herman Melville, w swoim pierwszym, pięknym dziele „Typee”, podaje opis życia rdzennych mieszkańców Markizów na Oceanie Spokojnym, wśród których spędził znaczną część roku 1846. Pisze: „Przez cały czas trwania mego pobytu ani jedna osoba nie została osądzona za przestępstwo wobec ogółu. Nie zauważyłem też żadnych śladów istnienia formalnych sądów czy skodyfikowanego prawa, ani żadnej formy »policji«, która łapałaby włóczęgów i naruszających spokój publiczny. Krótko mówiąc: plemię to nie ma żadnych oficjalnych instytucji na ochronę zgody i dobrobytu społecznego, owej korony wszystkich oświeconych cywilizacji”. A jednak, mimo dostrzeżenia tej „niedoskonałości”, dzieło to stanowi właściwie jedną wielką laudację ku czci Polinezyjczyków, ocierającą się momentami o romantyczny ferwor. Dodajmy, że świadectwo Melville’a jest wiarygodne i potwierdziło je wielu podróżników. Panował łagodny komunizm. Jeśli rybacy mieli dobry połów, nie zatrzymywali jego owoców dla siebie, ale dystrybuowali równo między wszystkich, sobie zostawiając taką samą część. Gdy jakaś rodzina potrzebowała nowej chaty, wszyscy pomagali przy budowie. Znajdujemy taki opis: „Przez cały dzień około setka ludzi znosiła na miejsca potrzebne materiały: niektórzy po jednej czy dwóch trzcinach do budowy ścian, inni – liście palmowe nabite na łodygi hibiskusa (z tego robi się tutaj dachy). Każdy trochę pomógł. W ten sposób, właściwie bez wysiłku, pracę zakończono przed zachodem słońca”.

Te same komunistyczne obyczaje istnieją, rzecz jasna, w niemal wszystkich plemionach kuli ziemskiej, na kulturach których nie odcisnęła jeszcze piętna cywilizacja komercjalistyczna. Ślady ich można odnaleźć jeszcze wcale blisko nas, na przykład na szkockiej wyspie St. Kilda, gdzie obyczaj dzielenia się owocami połowu, bardzo podobny do tego opisanego przez Melville’a, utrzymuje się do dnia dzisiejszego [5] – i, zresztą, trwają one, rozproszone, na obrzeżach naszej cywilizacji, wśród pracowitych „pszczół” naszych bujnych lasów i prastarych wsi. I, istotnie, możemy zasadnie zadać tutaj pytanie nie o to, czy taka forma życia społecznego jest możliwa, ale raczej, czy nie stanowi ona jedynej możliwej formy życia społecznego w ogóle? Bo to przecież oczywisty, czysty i ponury absurd, określać owe współczesne hordy ludzkie, w których wszyscy bezustannie walczą ze sobą o fizyczne przetrwanie, zaganiani do tej walki ciężką pałką praw i kar, mianem społeczeństwa. Równie dobrze można by uważać za „społeczeństwo” owych wygłodzonych nieszczęśników z „czarnej dziury” w Kalkucie [6]. Każdy, jeżeli spróbuje – chociażby na moment – przeniknąć myślą swoją najgłębszą naturę, pojmie w lot, że jedyną wspólnotą, w której mógłby się naprawdę spełnić, byłoby ta, która – z jednej strony – dawałaby mu pełną wolność, z drugiej wszakże: łączyła go mocnymi więzami zaufania ze wszystkimi współobywatelami. A także, iż w pełni wolni stajemy się wyłącznie troszcząc się o innych jak o siebie samego. To nie są skomplikowane zasady. I skoro zdołały je urzeczywistnić tak liczne plemiona, które nie wyszły jeszcze ze stanu prymitywizmu, z pewnością nie sprawiłoby to trudności ludziom cywilizowanym. Powie ktoś jednak (zupełnie, zresztą, zgodnie z prawdą): „Ależ, społeczeństwa europejskie są o wiele bardziej złożone, niż plemiona!”. Na to odpowiadam tylko tyle, że jeśli człowiek współczesny, ze swoją nauką i radami pedagogicznymi, ze swoim mózgiem, przez wieki ćwiczonym do naukowego myślenia, nie nauczył się rozwiązywać problemów bardziej skomplikowanych, niż „dzikusi” – to cóż; lepiej będzie, jeśli wrócimy do stanu „dzikości”.

Czas jednak powiedzieć kilka rzeczy bardziej praktycznych.

Jeśli zatem chodzi o samą możliwość stworzenia wolnego i prawdziwie wspólnotowego społeczeństwa, to nie mam – powtarzam – co do niej żadnych wątpliwości. Pozostaje jednak znacznie bardziej paląca kwestia tego, jak tę zmianę przeprowadzić – jaka droga mogłaby zaprowadzić nas do krainy wolnych ludzi?

Zaczęliśmy od wyobrażenia sobie ludu oswobodzonego spod tyranii strachu i niepokoju, ale w długiej perspektywie ewolucyjnego wzrostu, takie nagłe zmiany się nie zdarzają. Z tej przyczyny nie należy spodziewać się, że przejście do nowej formy społecznej nastąpi szybko. Grupy, które nauczyły się funkcjonować w warunkach „wolnej przedsiębiorczości” i bezustannej konkurencji tak świetnie, jak narody Europy, muszą się tego wpierw oduczyć. Poczucie wspólnego życia, z którego obecnie nie zostało niemal nic, musi mieć czas i przestrzeń do regeneracji. Mamy również pełną świadomość tego, że – w związku z tym właśnie – pewna pośrednia faza rozwoju gospodarczego będzie niezbędna.

Spoglądając na te zgliszcza społeczne, jakie komercjalizm zostawia w dziedzictwo przyszłym pokoleniom – te bezradne, wiecznie pijane, niewydarzone, niezdolne masy, przemierzające Londyn i hrabstwa wiejskie od przytułku do przytułku, albo równie niezdolnych i jeszcze bardziej bezużytecznych leniwców z klas wyższych, rozumiemy, iż tylko dyscyplina, skądinąd dość ścisła (taka, na przykład, jaką zaprowadzono nas czas wojny) może opanować nieco ten potworny chaos. Naród już został zmuszony do uczestnictwa w całej masie pożytecznych przedsięwzięć, takich jak odtworzenie rolnictwa, nacjonalizacja ziemi, zalesianie, budowa i naprawa szlaków wodnych, i tak dalej, których owocem jest daleko posunięte uspołecznienie gruntów i środków produkcji. Jednocześnie centralizacja przemysłu w coraz większe i większe trusty pozwala znacznie łatwiej kontrolować jego funkcjonowanie i zmuszać do pracy na rzecz dobra publicznego.

Z drugiej strony, rozwój związków zawodowych i spółdzielni, jak również intensyfikacja wymiany dóbr między tymi instytucjami, przynoszą podobne rezultaty. Instytucje owe tworzą zarodki nowego społeczeństwa, w którym bogactwo wytwarza się nie dla zysku jednostek, lecz dla dobra wielu. Ten swego rodzaju kolektywizm ochotniczy rozwija się równolegle do kolektywizmu państwowego.

Wraz z postępami tych nowych form gospodarki kolektywistycznej spekulacja stanie się stopniowo coraz bardziej i bardziej nieopłacalna. I choć, oczywiście, wielki biznes zrobi wszystko, aby storpedować program robót publicznych dla bezrobotnych (ponieważ poprawiając ich sytuację materialną, redukuje on odsetek taniej siły roboczej, na której opiera się system komercjalistyczny), to konieczności istnienia takiego programu nie da się już dłużej negować. Wraz zaś z jego realizacją, będzie on wywierał także coraz większy i większy wpływ na sytuację zatrudnionych – i ona również zacznie się poprawiać. Oprócz tego można mieć zasadną nadzieję, że równolegle do tych dwóch czynników pojawi się jeszcze coś trzeciego, czego zwiastuny widzimy zresztą omalże na każdym kroku – nowe poczucie odpowiedzialności społecznej, nowe rozumienie naszej religii i, co za tym idzie, nowa opinia publiczna, których to pojawienie się dałoby nowy impuls i nową żywotność procesom zmiany, której pragniemy. Jeśli zaś nasze przewidywania są prawdziwe, to być może już niedługo powszechny dostęp do pracy, wzrost pensji, w połączeniu ze stopniową humanizacją warunków i przebiegu procesu produkcyjnego, wydadzą z siebie coś w rodzaju powszechnej zamożności, a przynajmniej zlikwidują nędzę. Upokarzający strach, który ciąży na sercach dziewięciu dziesiątych populacji, niepokój żebraka o fizyczne przetrwanie, zniknie, przynajmniej w znaczącej części – a wraz z nim także szalony koszmar bezustannej rywalizacji i walki o byt. Nawet stosunek do własności uległby pewnemu uzdrowieniu. Dzisiaj, instytucja własności przypomina stalową barierę, o którą ludzie co chwila rozbijają sobie głowy, ale która chroni nas przynajmniej przed upadkiem w przepaść. Jutro wszakże, gdy przepaść ubóstwa zostanie niemal zupełnie zasypana, granica między człowiekiem a człowiekiem nie będzie musiała być grubsza, niż bandaż elastyczny [7]. Obudzimy się, po prostu, pewnego dnia i ze zdumieniem stwierdzimy, że nie potrzeba nam niczego innego, jak tylko być człowiekiem.

Jednocześnie (to znaczy wraz z procesem spadku mocy pieniądza jako narzędzia zysku i spekulacji), ów koszmar, który nas dzisiaj prześladuje, ten straszny demon, jakim jest „biznes”, ze swoją syzyfową pracą, obsesyjnym poszukiwaniem nowych rynków zbytu, brutalną eliminacją konkurencji, ze swymi akwizytorami, reklamą, armią księgowych, bankami i giełdami, kontami i sprawdzaniem wyciągów z kont – on również osłabnie i straci na znaczeniu, by pewnego dnia umrzeć zupełnie i pogrążyć się w otchłani niepamięci. Uwolnione od stresu i marnotrawstwa obecnego systemu, społeczeństwo ozdrowieje jak człowiek po ciężkiej chorobie, i odnajdzie w sobie pokłady energii twórczej, których istnienia nawet nie podejrzewało.

Tymczasem w wielkich organizacjach gospodarczych, tworzonych oddolnie lub odgórnie, ludzie będą z powrotem uczyć się radości wspólnego życia – radości wspólnego działania dla realizacji wspólnych celów, radości czucia wspólnego interesu. Gdy zaś się jej już nauczą, reszta dokona się sama.

Być może w toku tych zmian, wiodących nas do ostatecznego celu, jakim jest społeczeństwo wolne, samorządne, pewne instytucje oparte na własności osobistej, jak na przykład system płacowy, choć dalekie od ideału, będą musiały zostać utrzymane – i to przez długi czas. Zresztą można zasadnie twierdzić, że jakaś forma wymiany na zasadzie „płaca za pracę”, oczywiście bardziej ludzka, niż obecnie (taka, choćby, jak tak, którą przedstawił w swoim dziele „Communal and Commercial Economy” Carruthers [8]), oparta na fundamencie prawdziwie demokratycznym, da jednostce więcej wolności, niż spontaniczny anarchizm, bo w warunkach pierwszego, jeśli A chce pracować dwie godziny, a B osiem, to mogą to robić w spokoju sumienia, otrzymają bowiem wynagrodzenia proporcjonalne do swego wysiłku, natomiast w anarchizmie, A (niezależnie, jak wielkim byłby leniem) prawdopodobnie czułby, że oszukuje swoje społeczeństwo, pracując tak mało – i ono również mogłoby czuć się oszukane, i to niezręczne napięcie utrzymywałoby się tak długo, jak długo nie zacząłby pracować więcej, tak jak reszta [9].

Niewątpliwie, sprawdziłby się na tym etapie także jakiś system „gildii narodowych” [10], które, z jednej strony, zapewniłyby robotnikom możliwość samostanowienia, a z drugiej – sprawiedliwy (ale właśnie: sprawiedliwy) udział w dochodzie narodowym. I znów, chociaż system pieniężny będzie trwał niewątpliwie jeszcze bardzo długo (w formie pensji, wynagrodzeń, rekompensat, cen, i tak dalej), to z pewnością wraz z daleko idącą zmianą mentalności społecznej, musi on z czasem stracić swą stalową twardość i przyjąć formę bardziej elastyczną, z jednej strony chronioną mocą obyczaju, z drugiej jednak – dopuszczającą mnóstwo wyjątków, koniecznych ze względu na warunki życia. Własność prywatna straci w ten sposób obecny nieludzki charakter i stanie się kwestią pożytku, swoistej praktyczności, transfery pieniężne zaś zaczną przypominać zwykłą formalność, jak to już zresztą ma miejsce między przyjaciółmi.

W fazie końcowej zostanie natomiast już tylko obyczaj. Zanik prawa własności spowoduje także równoległy zanik opartego na przemocy prawa, którego własność jest głównym generatorem. Tym niemniej, ludzie zaangażowani w funkcjonowanie różnych skomplikowanych struktur gospodarczych nie przestaną robić tego, co do nich należy, tylko już nie z przymusu, ale głównie ze względu na osąd własnego rozumu.

Tak, obyczaj będzie trwał – i zmieniał się (powoli, powoli). Forma zaś, jaką przyjmą społeczeństwa przyszłości, okaże się znacznie lepsza, żywsza, bardziej ludzka niż cokolwiek, co mogłaby stworzyć zbiorowość przyduszona do ziemi ciężkim butem prawa.

Edward Carpenter

Przeł. Maciej Sobiech

Źródło tekstu do tłumaczenia: The Anarchist Library

Ilustracja w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

Edward Carpenter (1844-1929) – angielski poeta, prozaik, filozof, anarchosocjalista, a także jeden z pierwszych obrońców praw mniejszości seksualnych do równego traktowania. Najbardziej słynny ze swojego filozoficznego eseju „Civilisation: Its Cause & Cure” (1889). Za życia bardzo poczytny, wywierał ogromny wpływ nie tylko na cały ruch anarchistyczny i socjalistyczny, ale także na wielu artystów modernistycznych (m.in. D. H. Lawrence’a i E. Fostera), niedługo po śmierci popadł w niemal zupełne zapomnienie. Obecnie zainteresowanie jego myślą zaczyna przeżywać renesans.

Przypisy:

1. Patrz niżej. Spencer i Gillen, w swej niedawno wydanej książce „The National Tribes of Australia” twierdzą, że wśród Aborygenów nie ma instytucji „wodza”. Jest tylko rada starszych, zajmująca się wymierzaniem kar za „przestępstwa”, pilnująca przestrzegania prawa małżeńskiego i okazjonalnie przeprowadzająca drobne reformy. [Wszystkie przypisy pochodzą od autora, chyba, że zaznaczono inaczej – tłumacz]

2. Należy przy tym zauważyć, że – jak pokazuje przykład społeczeństw prymitywnych – istnienie drobnych nierówności, wynikających z różnicy talentu i indywidualnej pracowitości, zawsze będzie czymś nie tylko normalnym, ale i pożądanym.

3. Chociaż trzeba tu dodać, gwoli obiektywizmu, że na trudność tę zwracają przede wszystkim uwagę przedstawiciele tych klas, które same prowadzą próżniacze i bierne życie „dekoracji społecznej”.

4. Isaac Watts (1674-1748) – angielski kongregacjonalistyczny pastor, autor m.in. licznych hymnów religijnych – oraz wiersza dla dzieci „Against Idleness and Mischief”, za przykład pracowitości podającego młodemu czytelnikowi właśnie pszczołę (przypis tłumacza).

5. Patrz: rozdział IX dzieła „Poverty and the State” H. V. Millsa.

6. Niezwykle mały loch w należącym do Kompanii Wschodnioindyjskiej Fort William w Kalkucie, gdzie w 1756 roku zwycięskie wojska radży Sirad Ud-Daulaha spędziły około 64 pojmanych Anglików (szacuje się, że około 43 z nich zmarło). (Przypis tłumacza).

7. Zmiany w tej dziedzinie już się zresztą dokonują. Czterdzieści lat temu nieliczni ubierali się w stroje z popeliny, innym zostawał barchan. Dzisiaj jednak, gdy jedwab wytwarza się z celulozy drzewnej, wszyscy mogą nadążyć za modą i drogi ubiór właściwie niczego nie zmienia. Jaki pożytek z bycia bogaczem, jeśli ktoś zarabiający trzy funty tygodniowo, może robić wokół siebie tyle samo szumu, co ty?

8. John Carrtuthers (1836-1914) – brytyjski ekonomista i inżynier, socjalista, przyjaciel Williama Morrisa (przypis tłumacza).

9. Dodajmy, że trudno wyobrazić sobie, jak instytucje takie jak kolej czy fabryki, jeśli zdecydujemy się je zachować, mogłyby funkcjonować bez jakiejś formy systemu płacowego i powinności wykonania określonych funkcji, jakiej istnienie ów system implikuje.

10. Aluzja do rdzennie angielskiej myśli tzw. socjalizmu gildyjnego (przypis tłumacza).

Polska Partia Socjalistyczna o wojnie z bolszewicką Rosją [1920]

Polska Partia Socjalistyczna o wojnie z bolszewicką Rosją [1920]

Towarzysze i towarzyszki!

Najazd wojsk rosyjskich staje u wrót Polski. Armie polskie cofnęły się na zachód. Projektowany rozejm postawić może wojska rosyjskie u granic Rzeczypospolitej i gotowe one będą w każdej chwili przenieść w głąb kraju pożogę wojenną.

Nie myślcie, że przyniosą ze sobą nowe prawa dla polskiej klasy robotniczej i dla chłopów. „Biada zwyciężonym!” to jest hasło wypisane od początku świata na sztandarach wszystkich narodów.

„Biada zwyciężonym” to znaczy śmierć dla mężczyzn, gwałcenie kobiet, śmierć głodową dzieci, rabunek wszystkich środków wytwórczości, surowców, zboża, bydła, wszystko co się da wynieść, to znaczy panowanie bezprawia, panowanie brutalnej, pełnej pogardy dla słabych, siły reprezentowanej przez pijaną zwycięstwem soldateskę, to znaczy zabór, to znaczy panowanie jednego narodu nad drugim, to znaczy utrwalenie panowania jednej uprzywilejowanej klasy wewnątrz narodu zwyciężonego i zwycięskiego.

Walkę klasową z polską burżuazją musi przeprowadzić aż do rozstrzygnięcia polska klasa robotnicza wyłącznie swoimi własnymi siłami. Wygra ją, jeżeli będzie od burżuazji silniejszą, przegrywać będzie dopóki będzie od niej słabszą. Obcy najazd najbardziej czerwonej armii to nieprzemijająca fala wygłodzonych ludzi chcących się najeść, to ponowny zabór.

Niepodległość dziś zagrożona. Trzeba jej bronić. Trzeba całego wysiłku klasy robotniczej dla odparcia najazdu, dla uniknięcia zaboru. Interes klasy robotniczej i sprawa niepodległości Polski powiązane są ze sobą tak silnie, że nie dadzą się od siebie oderwać. Kto w tej rozstrzygającej chwili wytworzy siłę, odeprze najazd i zawrze sprawiedliwy pokój, ten tą samą zorganizowaną siłą ujmie w Polsce władzę.

Prawa trzeba zdobywać przez spełnianie obowiązku. Lud polski musi w chwili groźnej spełnić powinność odżegnania niebezpieczeństwa ponownego zaboru, aby raz jeszcze stwierdzić swoje prawo do gospodarzenia na swej ziemi, do ujęcia władzy w Polsce w swoje ręce.

Ale musi być silnym wiarą w swe własne siły. A wtedy nie złudzi go fakt, że w tej chwili władzę w Polsce sprawuje reakcja. Polska reakcja jest słabą, bo po jej stronie nie stoi wojsko, ta najlepiej w Polsce zorganizowana siła. Wojsko tworzone przez powszechny pobór nie może być reakcyjne. Wszak to synowie chłopów i robotników, kość z kości, krew z krwi ludu polskiego. Kto wierzy w świadomość robotnika i chłopa, w jego wyzwolenie się z pęt moralnej niewoli, ten nie żąda gwarancji, że rządy przejdą w ręce ludu, bo ten widzi siłę ludu, w ludowym wojsku. Ale wojsko się krwawi w ciężkim wysiłku odpierania najazdu, trzeba mu pomóc własną piersią, własną świadomością, własną ideologią. Niech wstaną te lwy, przed którymi drżały serca Brusiłowych, Kuków, dawniej carskich, a dziś sowieckich oficerów – i niech dokończą swą walkę.

Rozumie sytuację doskonale nasza burżuazja, widzi to jasno dzisiejszy rząd, a chcąc przedłużyć swą władzę wolą zawrzeć pokój zamiast oprzeć się na wysiłku ludowym. Tym szczerzej, że pokój z Rosją to niezmierzony rynek handlowy z całym wschodem, to wielkie źródło olbrzymich stałych zysków dla polskiego kapitalizmu.

My z innych powodów dążymy do pokoju. Wojna to mord, powietrze, ogień i głód. Pokój to praca twórcza, dobrobyt ludu, panowanie praw ludzkości. Dość wojny! Dość tego krwawego szału, który opanował świat przed sześciu laty i zaledwie ustał na zachodzie, ale w którym wiruje dotąd cały wschód i Polska.

Więc pokój! Ale pokój sprawiedliwy, bez zaborów, bez gwałtu kryjącego w sobie zarodki przyszłych wojen. Ani Litwa, ani Białoruś, ani Ukraina nie są rosyjskimi ziemiami. Narody tych ziem mają prawo stanowienia o swoim losie bez przymusu ani ze strony rosyjskiej, ani ze strony polskiej. A pokój zawarty pod protektoratem Anglii podsyca żądze imperialistyczne Rosji.

Rząd sowiecki chce pozyskać rosyjską burżuazję blichtrem odbudowania zaborczej Rosji w granicach szerszych niż była za caratu Mikołaja II.

Pisma partii rządzącej w Rosji zioną jadem nienawiści przeciw Polsce. Przechwalają się, że pokój podyktują na gruzach Warszawy. Że zostawią załogi dla ochrony utworzonego przez siebie, powolnego Rosji rządu komunistów, a zarazem dla dopilnowania wywiezienia żywności, bydła, surowców, maszyn, roli i taboru kolejowego. Od waszej stanowczości i woli, od waszej ofiarności zależy, czy rozejm i rokowania skończą się pokojem sprawiedliwym czy dalszą wojną. Chcecie mieć pokój sprawiedliwy zabezpieczający niepodległość, musicie wrogowi okazać siłę narodu, jego hartowną wolę do obrony przed najazdem i zaborem.

Towarzysze żołnierze! Musicie wytrwać w szeregach. Cały naród pogardą otoczy szerzących panikę generałów i oficerów, odepchnie od siebie dezerterów. Bez litości. Wytrwać. Kraj się rusza. Lud ławą ruszy wam z pomocą!

Pamiętajcie, że rozejm to jeszcze nie pokój.

Rozejm może być zerwany przez jedną z obu stron. Gdy wojska stoją naprzeciw siebie, karabiny same mogą zacząć strzelać. Pokój narzucony, może być przez jedną ze stron odrzucony. Narady pokojowe potrwają kilka miesięcy, w tym czasie front musi być utrzymany. Im większe siły nagromadzimy, tym prędzej uzyskamy pokój sprawiedliwy.

Towarzysze i towarzyszki! Centralny Komitet Wykonawczy PPS wzywa was do pracy, do ofiarności, do walki. Chcąc celowo zorganizować wysiłek zbrojny klasy robotniczej, utworzył Wydział Wojskowy, który wzywa was dzisiaj do wielkiej ofiarności. Kto to rozumie, kto czuje jak my, kto zdolny jest do znoszenia trudów wojennych, kto gotów życie położyć w obronie niepodległości i świętych praw klasy robotniczej, ten stawi się do szeregu, zgłosi się do naszych biur werbunkowych, które ułatwią mu dostanie się do szeregów wojska liniowego. Wydział wojskowy dopilnuje, aby rodziny walczących otrzymały ustawowy zasiłek, aby żołnierz po wojnie nie został ukrócony w swych prawach.

A nad tym, żeby wysiłek klasy robotniczej nie poszedł na marne, czuwa wypróbowana siła PPS.

Niech żyje niepodległość!

Do broni!

Aby odeprzeć najazd!

Aby zawrzeć pokój sprawiedliwy!

Aby władzę w Polsce ujął lud roboczy!

Niech żyje socjalistyczna Polska ludowa!

Wydział Wojskowy Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS

Powyższa odezwa ukazała się około 20 lipca 1920 roku. Opublikowano ją na plakatach, ulotkach i w prasie socjalistycznej. Jej treść przedrukowujemy za pismem „Robotnik Śląski” – organem Polskiej Partii Socjalistycznej na Śląsku Cieszyńskim, nr 156/1920, Frysztat, 22 lipca 1920 r.

Gerd-Klaus Kaltenbrunner: Grzech śmiertelny: hałas (1977)

Gerd-Klaus Kaltenbrunner: Grzech śmiertelny: hałas (1977)

Hałas jest jedną z najstraszliwszych plag naszego życia. Hałas to akustyczne śmieci, szczególnie dotkliwa forma stresu. Niszczy nie tylko nasz słuch, lecz szkodzi krążeniu krwi, oddychaniu i systemowi nerwowemu. Terroryzuje nasze zmysły i naszą duszę, zakłóca trawienie, wprowadza nieład w pulsowanie krwi i bicie serca. Do hałasu nie można się przyzwyczaić, chyba że przez otępienie, skrajną utratę witalności, a w końcu poprzez głuchotę. Wielki lekarz i odkrywca zarazków gruźlicy Robert Koch już w XIX stuleciu stwierdził, że pewnego dnia hałas zwalczać się będzie tak, jak cholerę i dżumę. Tego samego zdania był filozof Theodor Lessing, który w 1908 roku opublikował pracę „Przeciw hałasom naszego życia”.

Co powiedzieliby Koch i Lessing, gdyby żyli dzisiaj? Maszyny budowlane, młoty pneumatyczne, piły mechaniczne, turbiny, samochody, motocykle, samoloty, pociągi, kosiarki do trawników – wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy wytwarza hałas. Wielkie miasta są obozami koncentracyjnymi, w których miliony ludzi poddawanych jest torturom przy pomocy hałasu, hałasu w pracy i w czasie wolnym. Gdzie w miastach istnieją strefy rzeczywiście wolne od hałasu? Prawie wszyscy lokatorzy nowo budowanych mieszkań skarżą się na ściany, przez które wszystko słychać. Studiowanie praw akustyki i zwalczania hałasu nie należy do obowiązkowych przedmiotów studentów architektury. Kto z tych, którzy planują i budują domy, zważa na to, żeby jedna z dwóch naprzeciw siebie położonych ścian pochłaniała dźwięk?

Hałas szkodzi nie tylko naszemu zdrowiu fizycznemu. Niszczy on również naszą równowagę duchową. Nie tylko przeszkadza nam myśleć i dziwić się, lecz także patrzeć i marzyć. Rujnuje naszą kulturę i sprawia, że obumierają najbardziej elementarne warunki każdej wyższej kultury – religii, sztuki i filozofii. Albowiem każda kultura spoczywa na przezwyciężonym hałasie, na owym „niesłyszalnym centrum”, w którym, jak mówi Rilke, milkną wszystkie dźwięki i z którego rodzi się śpiew Orfeusza.

Hałas kaleczy nasze zdrowie i naszą wewnętrzną integralność, powoduje, że wysychają nasze twórcze talenty, wyobcowuje nas z natury. Jak okrutnie może działać na człowieka hałas, wiedzieli już dawni Chińczycy, którzy niekiedy dokonywali egzekucji przestępców przy pomocy bezustannych, ogłuszających dźwięków. Każdy wie, że nawet jeden głośny huk może nas na jakiś czas ogłuszyć, że długotrwały hałas powoduje nie tylko uszkodzenia słuchu, ale wywołuje również inne schorzenia. A przecież na naszej planecie z każdym rokiem ogromnieje lawina szkodliwych i nieprzyjemnych dźwięków. We wszystkich zakątkach i na wszystkich krańcach ziemi bez przerwy coś wrzeszczy, wydziera się, warczy, zgrzyta, brzęczy, trzeszczy, huczy. Dokądkolwiek przybywają ludzie, tam krzyczy się na cały głos i czyni zgiełk. Dziki, prymitywny, nieopanowany człowiek, taki, jakim jest z natury, okazuje się zawsze bezlitosnym „zakłócaczem” spokoju.

Dlaczego określenie „spokój cmentarza” wywołuje u większości współczesnych ludzi nieprzyjemne skojarzenia? Czy rzeczywiście spokój i cisza cmentarzy są czymś tak odpychającym? Czy ta cisza nie może być przynoszącą ukojenie okazją do skupienia i namysłu? Ale to właśnie przeraża stuprocentowo demokratycznego i wyemancypowanego obywatela. Jego rolą jest być głośnikiem. Rzeczą dlań niezrozumiałą jest fakt, że prawdziwy autorytet nie polega na przekrzykiwaniu innych, lecz na ciszy, która włada bez dyskusji. Na zdolności milczenia i zyskiwania milczącego posłuchu. Wszyscy ludzie, którzy coś znaczą, w wysokim stopniu mają udział w tej ciszy. Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałyby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Język nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów oraz milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. Ta odrobina autorytetu, odrobina mądrości; ośmielę się powiedzieć: także ta odrobina chrześcijaństwa, którą dziś jeszcze posiadamy, zasadza się na tej ciszy.

Wypełniona cisza jest czymś więcej niż tylko brakiem hałasu. Jednak nieobecność hałasu jest nieodzownym warunkiem tej ciszy. Jesteśmy dumni z postępów w prawie karnym i ze złagodzenia warunków odbywania kary. Tortury zostały zniesione. Nadużycia władzy przez policję są piętnowane w najostrzejszych słowach. Jednak tylko niewielu buntuje się przeciw biczowi hałasu, którym każdego dnia bezlitośnie smagane są miliony ludzi, przeciw brutalnej torturze, którą dla niezliczonych mieszkańców wielkich miast jest huk, łoskot i warkot. Na tysiąc inicjatyw obywatelskich przeciw elektrowniom atomowym przypada jedna walcząca o stłumienie hałasu! A przecież techniczne możliwości zwalczania hałasu jak najbardziej istnieją i wykorzystywane są w dalece niewystarczającym stopniu. Budowa dźwiękochłonnych ścian i okien, produkcja ciszej jeżdżących samochodów i ciszej latających samolotów – wszystko to jest technicznie możliwe. Ten, kto wysuwa przeciw temu argument, że pełne wykorzystanie możliwości technicznych jest zbyt kosztowne, ten przyznaje, że współczesny człowiek zawiódł, gdy chodzi o sensowne wykorzystanie techniki.

Cisza jest nie tylko problemem technicznym, lecz także – i przede wszystkim – celem etycznym. „Etyka”, „etyczny” pochodzą od greckiego słowa „ethos”. W filozoficznych leksykonach tłumaczy się je jako „moralność”, „moralna postawa”, „moralny charakter”. Te tłumaczenia nie oddają pierwotnego znaczenia tego słowa, które ma kosmiczną aurę. „Ethos” znaczy mianowicie: „pobyt”, „miejsce zamieszkiwania”. To jest obszar, na którym człowiek żyje, przebywa, zamieszkuje. Etyka byłaby więc rozważnym namysłem nad przynależnym człowiekowi miejscem pobytu i wskazówką dla takiego postępowania, które odpowiada zamieszkiwaniu człowieka dojrzałego. Do dobrego życia, do właściwego zamieszkiwania należy cisza. Hałas, pośpiech i zgiełk niwelują, kolektywizują i wywłaszczają człowieka. Cisza natomiast oznacza wolność, dojrzałość, indywidualność.

Nie tylko maszyny i aparaty plują hałasem. W każdym człowieku tkwi szalejąca, wrzaskliwa istota, która łaknie wrzawy. Wystarczy tylko bez sentymentalnego uprzedzenia spojrzeć na hordę szalejących dzieci. Lub na młodocianych chuliganów, którzy pędzą przez noc na swoich warkotliwych motocyklach. Albo na wyjących i gwiżdżących kibiców piłkarskich. Jakże wielu z tych, którzy latem uciekają z miast, aby znaleźć odpoczynek i spokój, jest całkowicie niezdolnych do tego, aby na krótko znieść samotnie prawdziwą ciszę. Poirytowani biciem dzwonów kościelnych (bo przeszkadzają im w spaniu), nie są nawet w stanie wędrować przez las bez tranzystorowego radia.

Spędzamy nasze lata jak gadanie, mówi Psalm 90. Spędzamy je w piekielnej maszynie hałasu nabierającej coraz bardziej demonicznych rozmiarów. Tęsknimy za ciszą i wpadamy w panikę, kiedy muśnie nas ona pośród wielkiej, nieskalanej natury, która nie zna hałasu, lecz podniosłą ciszę lub raz gwałtowne, raz łagodne tony. Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”.

Gerd-Klaus Kaltenbrunner

tłumaczył Tomasz Gabiś

Powyższy tekst Gerda-Klausa Kaltenbrunnera pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Zeitbühne”, lipiec 1977. Polski przekład zamieściliśmy w piśmie „Obywatel” nr 5 w roku 2002.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. by Mimzy from Pixabay.

Komitet Zagraniczny Polskiej Partii Socjalistycznej: Apel do ludów świata (1944)

Komitet Zagraniczny Polskiej Partii Socjalistycznej: Apel do ludów świata (1944)

Zwracamy się do was imieniem walczącej Warszawy. Głos nasz jest głosem ludu Warszawy, który od 150 lat w każdym pokoleniu zrywał się do walk powstańczych przeciwko obcym najeźdźcom. Głos nasz jest głosem robotników warszawskich, którzy są rdzeniem obecnej walki w Warszawie.

Pięć lat temu Polska pierwsza stawiła opór zbrojny agresji imperializmu niemieckiego. Robotnicze bataliony stanęły do obrony oblężonej i niemal bezbronnej Warszawy. Za swój opór we wrześniu 1939 Warszawa zapłaciła 80 tysiącami zabitych. Byliśmy wtedy samotni, ale nie żałowaliśmy ofiar, albowiem łączyliśmy z nimi pewność przyszłego zwycięstwa i uprawnienia Polski do odzyskania pełnej wolności i niepodległości w godzinie triumfu wolnych narodów świata.

W realiach niemieckich rządów terroru powstała rozległa sieć organizacji podziemnych, a przede wszystkim podziemnego ruchu robotniczego, skupionego wokół Polskiej Partii Socjalistycznej. Polska podziemna nie skapitulowała nigdy i w ciągu pięciu lat walki poniosła pięć milionów ofiar z żyć ludzkich – mężczyzn i kobiet zakatowanych w niemieckich więzieniach, obozach koncentracyjnych, powieszonych, rozstrzelanych, straconych w komorach gazowych. Nie było jednak nigdy wśród Polaków jednej chwili wahania, nie było zdrajców. Prowadziliśmy walkę naszą nawet wtedy, kiedy armie niemieckie były u szczytu swego powodzenia, kiedy zajęły nieomal całą Europę, kiedy stały u bram Moskwy i pod Stalingradem. Brakowało nam jednego: broni dostatecznej, aby zmierzyć się z nowoczesną potęgą zmechanizowanych Hunów. O broń tę wołaliśmy od dawna, coraz głośniej, coraz natarczywiej. Na bron tę czekał w Polsce kwiat naszego narodu.

Bez dostatecznego uzbrojenia rozpocząć musiała swą walkę Warszawa w dniu 1 sierpnia 1911. Rozpoczęła ją ufając, że otrzyma szybką i skuteczną pomoc sprzymierzeńców. Zabrakło tej pomocy przed pięciu laty, gdy sprzymierzeńcy nie byli dostatecznie uzbrojeni. Dziś siła wojskowa Sprzymierzonych ma nad Niemcami przewagę druzgocącą.

Po latach znienawidzonych rządów najezdniczych, jedna po drugiej stolice podbitych narodów zrzucają jarzmo okupacji. Dzielimy radość wyswobodzonego Paryża i wolnej Brukseli. Dzielimy dumę ludu Londynu, który zwycięsko wyszedł z wszystkich prób. A dziś na płonących zgliszczach Warszawy stawiamy sobie i światu pytanie: Czemuż podobna radość nie może być naszym udziałem?

Pierwszym uderzeniem robotnicy Warszawy, stanowiący trzon podziemnej Armii Krajowej, opanowali nieomal całe miasto. Gołymi rękami zdobywali niemieckie czołgi. Butelkami z benzyną niszczyli niemieckie Pantery i Tygrysy. Wyrabiane potajemnie w podziemnych wytwórniach granaty ręczne były bronią powstańców. Barykady zamykały drogę niemieckim oddziałom. Lecz kiedy nie nadchodziła pomoc, na stolicę naszą walić się zaczęła ulewa ognia i stali. Po utorowaniu sobie przejścia przez trzy główne arterie przelotowe i mosty na Wiśle, Niemcy przystąpili do zdobywania i systematycznego niszczenia dzielnicy za dzielnicą. Warszawa jest pod ogniem moździerzy 24-calowych, ciężkiej artylerii, miotaczy ognia, pociągów pancernych, kanonierek rzecznych. Z powietrza padają na miasto bomby z niemieckich samolotów, nadlatujących falami raz po raz. Wśród ruin i zgliszcz, oddziały naszej armii podziemnej trzymały się pazurami każdej piędzi ziemi. Tam tylko wchodził nieprzyjaciel, gdzie przestały oddychać żywe ludzkie ciała. Zniszczone zostało piękne, średniowieczne Stare Miasto, gdzie nie ocalał ani jeden z tysiąca domów, a pod gruzami śmierć znalazły tysiące ludzi. Pada w gruzy dzielnica za dzielnicą. Niemcy gnają do obozów wokół Warszawy ludność cywilną, mężczyzn, kobiety i dzieci, gdzie przebywają w warunkach trudnych do pojęcia umysłem człowieka cywilizowanego.

Warszawa jest bez światła i wody, bez żywności. Nie ma czym gasić szalejących pożarów. Ludzie mrą masowo od zarazy i głodu.

Niemcy grożą, że Warszawa cała ma być starta z powierzchni ziemi. Los, który spotkał warszawskie getto w maju ubiegłego roku, ma teraz być losem całej Warszawy, losem miliona mężczyzn i kobiet.

Nie słów współczucia lub pocieszenia oczekuje Warszawa. Nie oczekuje oklasków podziwu ani wieńców żałobnych. O nic nie prosi i o nic my dla niej nie prosimy. Żądamy i mamy prawo żądać natychmiastowej i skutecznej pomocy w walce. Żądamy stałych i ilościowo dostatecznych dostaw broni i amunicji dla polskich obrońców Warszawy. Żądamy osłony myśliwców przed nalotami Luftwaffe. Żądamy bombardowania niemieckich stanowisk i lotnisk w Warszawie.

Mamy prawo powiedzieć, iż nigdy w przeszłości nie brakowało polskiej krwi na polach walki o wolność na obu półkulach. Nie brakowało polskiego żołnierza w czasie tej wojny nigdzie na lądzie, w powietrzu i na morzu, gdzie tylko toczyła się walka o wolność. Nasz naród nie może zrozumieć i nigdy nie zrozumie, dlaczego w tej godzinie najcięższej dla niego próby ma być pozostawiony sam sobie.

Odrzucamy wręcz wszystkie oskarżenia i wybiegi, którymi ma być przesłonięta prawda walczącej Warszawy. Znamy tylko jedną prawdę i jedną rzeczywistość – prawdę miasta, które walczy i ginie za jedną i wspólną sprawę wolności świata.

Powołujemy się na najprostszą moralność w stosunkach pomiędzy wolnymi narodami. Apelujemy do sumienia świata. Walcząc w ostatecznym napięciu nerwów i woli, wydobywając z siebie ostatek sił – Warszawa domaga się, by w ślad za głosem sumienia nadeszła dla niej skuteczna pomoc w walce.

Przekazujemy ten głos Warszawy robotnikom, chłopom, demokratom, związkowcom, socjalistom całego świata. Wierzymy, że walkę Warszawy uznają oni za swoją własną sprawę.

Wierzymy, pragniemy wierzyć, że natychmiastowa i skuteczna pomoc dla Warszawy będzie dla umęczonego narodu polskiego potwierdzeniem jego wiary niezłomnej, iż z ofiar i męczarni hitlerowskiej okupacji, że z walki milionów o wolność, narodzić się musi nowa solidarność – solidarność wolnych ludów świata.

Zwracamy się do wszystkich mężczyzn i kobiet wolnych krajów, do prostych ludzi w miastach i wsiach, którzy zrozumieją całą udrękę Warszawy. Po 40 dniach nierównej walki, dobywając z siebie ostatka sił, walcząc wśród ruin i pożarów, Warszawa oczekuje skutecznej pomocy. Ta pomoc może jej być udzielona, winna być udzielona, musi być udzielona bez zwłoki!

Komitet Zagraniczny Polskiej Partii Socjalistycznej

Londyn, 9 września 1944 roku

George Dallas: Przemówienie radiowe do powstańców (1944)

George Dallas: Przemówienie radiowe do powstańców (1944)

Robotnicy Warszawy!

Przemawiam do was imieniem socjalistów z wielu krajów sprzymierzonych, którzy zbierają się regularnie w Londynie pod moim przewodnictwem i pod auspicjami Brytyjskiej Partii Pracy. Nasi polscy towarzysze Arciszewski i Ciołkosz zapoznali nas z udręką i walką robotników warszawskich od dnia 1 sierpnia. Znamy wszystkie szczegóły waszej walki i waszego obecnego położenia. Znamy wasze żądania. Nasi socjalistyczni towarzysze z krajów sprzymierzonych prosili mnie, bym był ich rzecznikiem i przekazał wam ich najlepsze życzenia oraz słowa podziwu i głębokiej solidarności.

Z trwogą w sercu śledziliśmy waszą walkę we wrześniu 1939. Wiedzieliśmy, że robotnicy Warszawy odgrywali czołową rolę w obronie swego miasta. Pamiętamy warszawskie bataliony robotnicze w okopach i na barykadach. Pamiętamy bohaterskie zachowanie się waszego przywódcy Niedziałkowskiego, rozstrzelanego później przez bezlitosnego nieprzyjaciela. Pamiętamy wasze poświęcenia, wasze spalone siedziby i zburzony pociskami budynek waszego słynnego dziennika „Robotnik”.

A potem pośród ogromu niemieckiego terroru, rozpłomieniło się powstanie warszawskiego getta. Najnieszczęśliwsze ofiary niemieckiego ucisku chwyciły za broń, której dostarczył im polski ruch podziemny. Z robotnikami na czele, getto powstało przeciwko hitlerowskiej tyranii w ostatniej i rozpaczliwej walce. Ich zgon nie pójdzie na marne.

Od 1 sierpnia Warszawa znowu jest jednym wielkim polem bitwy. Dowództwo niemieckie używa z barbarzyńską brutalnością wszystkich niegodziwych środków, by złamać wasz opór. I znowu samoloty Luftwaffe bombardują Warszawę. I znowu płoną całe dzielnice. Nowoczesny piękny i obszerny budynek waszego Związku Zawodowego Kolejarzy spłonął. Niemcy przywiązują kobiety i dzieci do czołgów, gdy ruszają do ataku na wasze stanowiska. Lecz mimo wszystko Warszawa się nie poddaje. Osiągnęliście nowe sukcesy. Podziemne władze Rzeczypospolitej Polskiej kierują stolicą. Wydawane są jawnie dziesiątki wolnych dzienników. A świeżo słyszano z Warszawy wolny głos Polskiego Radia. W bohaterskiej walce jednostek waszej Armii Krajowej biorą udział robotnicy, zorganizowani w zastępach bojowych PPS i milicji PPS.

Wiadome są nam warunki, w jakich prowadzić wam przyszło waszą walkę. Wiemy o wypadkach, że robotnicy gołymi rękami zdobywali niemieckie czołgi. Oddajemy cześć ich odwadze. Doszły nas wieści o straszliwym ogniu nieprzyjacielskim. Warszawę okrywają olbrzymie chmury dymu. Całe dzielnice przechodzą z rąk do rąk. To bitwa zawzięta, bitwa na śmierć i życie. A mimo wszystko nie upadliście, nie zachwialiście się. Jak mówi wasza stara pieśń rewolucyjna, hasłem waszym jest „Kto przeżyje wolny będzie, a kto poległ – wolny już”. Żądacie pomocy. Nie chcecie być osamotnieni. Wypełniliście ponad wszelką miarę wasze zobowiązania wobec demokracji światowej i wobec klasy robotniczej wolnych narodów. Wasza bohaterska walka będzie natchnieniem dla wszystkich miłośników wolności we wszystkich następnych pokoleniach. A teraz żądacie, abyśmy my wypełnili nasz obowiązek wobec was. Uczynimy wszystko, co w naszej mocy, aby wam dopomóc.

Apelujemy o pomoc i poparcie dla was! Musicie je otrzymać. Tragedia wrześniowa 1939 nie może się powtórzyć.

Wasze poświęcenia, niezrównane na całym kontynencie europejskim, udowodniły raz jeszcze wasze prawo do niepodległości jako demokratycznej republiki, w której będziecie mogli w drodze pokojowej utorować sobie drogę do socjalistycznej gospodarki. Całym sercem i całą duszą jesteśmy z wami. Wytrwajcie. Zwycięstwo jest blisko.

Towarzysze! My w ruchu robotniczym Wielkiej Brytanii oraz socjalistyczni robotnicy Narodów Sprzymierzonych, pozdrawiamy was. Ślubujemy, że uczynimy wszystko co w naszych siłach, aby dotarła do was jak najszybciej skuteczna pomoc, oraz że w przyszłości użyczymy naszego poparcia klasie robotniczej wolnej, niepodległej i demokratycznej Polski.

Cześć naszym towarzyszom z Polskiej Partii Socjalistycznej! Cześć robotnikom Warszawy! Cześć Walczącej Warszawie! Niech żyje wolna, niepodległa i demokratyczna Rzeczypospolita Polska!

George Dallas

Powyższy tekst to przemówienie radiowe, które autor wygłosił w dniu 31 sierpnia 1944 r. w Londynie. Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w piśmie „Robotnik Polski w Wielkiej Brytanii. Pismo Sekcji Zagranicznej Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 17, Londyn, 1 września 1944 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany.

George Dallas był wieloletnim działaczem Labour Party, w okresie, gdy powstał powyższy tekst należał do władz tego ugrupowania oraz był przewodniczącym partyjnej Komisji Spraw Międzynarodowych, która w sytuacji wojennej pełniła nieformalnie rolę koordynacyjną dla partii socjalistycznych Europy w kwestii sytuacji międzynarodowej.

Camille Huysmans: Do robotników Warszawy (1944)

Camille Huysmans: Do robotników Warszawy (1944)

Camille Huysmans, przewodniczący Socjalistycznej Międzynarodówki Robotniczej, przemówił do Warszawy przez radio z Londynu dnia 15 sierpnia rano.

Robotnicy Warszawy!

Słyszymy wołanie Wasze, polscy robotnicy, towarzysze nasi, walczący od dwóch tygodni o swe wyzwolenie. Wasz duch wywołał entuzjazm świata całego, a razem z nim całego ruchu socjalistycznego. Dni Waszej wspaniałej walki w roku 1939, ponure dni bohaterów getta – wszystko to stanęło z powrotem przed naszymi oczyma.

W jednej chwili Warszawa znalazła się znowu w polskim ręku. Górujecie nad wrogiem moralnie, ale chwilowo jesteście słabsi uzbrojeniem. Lecz możecie liczyć na poparcie socjalistycznych demokratów całego świata w walce Waszej. Nie zaniedbamy niczego, by pośpieszyć Wam z pomocą wszystkimi środkami, jakie stoją do dyspozycji naszego międzynarodowego ruchu socjalistycznego. Gołymi rękami zdobywaliście niemieckie czołgi, Tygrysy i Pantery. Walczyliście na barykadach i w okopach, zamieniliście Ratusz i Zamek w fortece, skąd sztandar polski biało-czerwony powiewa w pełnej chwale.

Socjalizm międzynarodowy walczył zawsze o niepodległość Polski. Widział on w swych szeregach tak płomiennych obrońców tej niepodległości, jak nasz wielki nauczyciel, Karol Marks. Cokolwiek nastąpi, socjalizm międzynarodowy nie zawiedzie Was nigdy.

Spotykaliście się z niepowodzeniami; mogło też dojść do nieporozumień z innymi, ale nie zapominajcie, że świat stary jest w wirze wydarzeń i że poród nowego świata dokonuje się wśród ciężkich bólów. Lecz nic nie idzie na marne, świat zrozumie, że ta walka bohaterska, to wspaniałe i nieporównane poświęcenie Wasze, towarzysze, przyniesie plon dla wszystkich przyszłych pokoleń.

Apelujemy i nie przestaniemy apelować do sumienia wszystkich miłujących wolność narodów świata, by dały Wam pomoc, by poparły Was w Waszej walce i by w obliczu poległych zagwarantowały tym, co przeżyją, nie tylko bezpieczeństwo, ale i lepszy byt.

Walka Wasza jest walką nas wszystkich. Alianci na wschodzie i na zachodzie uchwycili wspólnego wroga za gardło. Ludu polski, synowie Twoi walczyli w Norwegii, we Francji, w bitwie o Wielką Brytanię, w Afryce, we Włoszech, a teraz ponownie walczą we Francji; na siedmiu oceanach świata, wszędzie w powietrzu walczą Twoi synowie. Ty, ludu polski, nie możesz być opuszczony i nie będziesz opuszczony.

Żadnemu Piłatowi nie będzie wolno umyć rąk. Wiemy, że pragniecie pomocy i czynimy co w naszych siłach, abyście ją otrzymali. Nie upadacie na duchu. Poruszymy sumienie świata, aby Wasze nieporównane bohaterstwo znalazło uznanie i zostało złotymi zgłoskami zapisane w dziejach Socjalizmu, Wolności i Swobody.

Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w piśmie „Robotnik Polski w Wielkiej Brytanii. Pismo Sekcji Zagranicznej Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 16, Londyn, 15 sierpnia 1944 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany.