Urbanistyka i krajobraz

Urbanistyka i krajobraz

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji Emanuela Riggenbacha „Jak może młodzież chronić przyrodę?”, Kraków 1929 r.

Minęły czasy, gdy nazwą urbanistyka określano wyłącznie naukę o miastach. Dziś pod nazwą tą kryje się pojęcie o wiele szersze, urbanistyka dzisiejsza urosła bowiem do nauki ładu przestrzennego, stała się metodą planowania przestrzeni, kształtującą krajobraz ze wszystkich dostępnych jej elementów.

Urbanistyka XIX wieku była przede wszystkim chirurgią, która przeprowadzała radykalne operacje na chorych organizmach miast. Było to usuwanie objawów choroby bez niszczenia jej źródeł. Urbanistyka leczyła miasta, ale nie leczyła zdrowia ich ludności, dbając tylko o estetykę zewnętrzną i rozwój techniki.

Tymczasem ludność miast wymierała, degenerowała się. Trzeba było w urbanistyce, podobnie jak w medycynie, sięgnąć w głębokiej trosce o zdrowie, życie i szczęście mieszkańców po ratunek do przyrody. Rozpoczął się w stosunku do chorych miast okres przyrodolecznictwa.

Dziś wiedza o mieście uważa miasto za organizm, który jak każdy organizm podlega prawom przyrody. Dziś badamy wyroki natury ciążące nad miastami jako wielkimi skupiskami ludzkimi. Od razu rzuca się tu w oczy pierwsza oczywistość: człowiek nie może żyć dobrze tam, gdzie źle żyje drzewo lub inna roślina, z czego wypływa wniosek, że dla człowieka należy stworzyć przynajmniej takie warunki życia, jakie obowiązują dla świata roślinnego.

Urbanistyki dzisiejszej nie możemy zwęzić do kształtowania domów, ulic i placów. Dzisiejsze miasto jest tylko węzłowym punktem terenu, na który oddziałuje; miasto – to tylko punkt ciężkości okręgu czy regionu. To wreszcie tylko punkt zbiegu sieci dróg, wzdłuż których rozciąga się miasto coraz dalej, w miarę wzrastania szybkości komunikacji. Dlatego urbanistyka staje się dziś architekturą krajobrazu i główną nauką świadomego kształtowania tego krajobrazu.

Urbanistyka zajmuje postawę czynną w stosunku do krajobrazu /…/ nie znaczy to jednak, aby chętnie widziała przypadkową ingerencję ludzką, działającą dla doraźnych celów a wnoszącą w przyrodę dewastację, która narusza przyrodzoną jej harmonię. W krajobrazowych wartościach widzi ona energię potencjalną i olbrzymie jej wartości, które mogą być dane życiu ludzkiemu, a za utratę których zapłacili mieszkańcy skupisk ludzkich degeneracją, chorobami, śmiertelnością i brakiem radości życia i radości pracy. Krajobraz przyrodzony jest bowiem wartością analogiczną do wartości skarbów mineralnych lub wód leczniczych. Krajobraz trzeba eksploatować, a eksploatacja powinna wyglądać jak każda eksploatacja współczesna – musi być racjonalna i musi opierać się na zdobyczach naukowych.

Problem dzisiejszego miasta nie ogranicza się do niewielkiej przestrzeni zabudowanej. Dziś granice miasta to granice obszaru objętego wpływami bezpośrednimi wielkiego skupiska ludności. Obszar ten musi zamknąć w swych granicach nie tylko mieszkanie i pracę człowieka, ale także odpoczynek oraz regenerację jego sił fizycznych i duchowych.

Obszar tych okręgów, czyli tzw. regionów miejskich, rośnie dzięki czynnikowi komunikacji, który jest funkcją czasu. Dziś promień miasta urasta do długości 50-70 km, co równa się ogólnie rzecz biorąc godzinnej odległości. Olbrzymie te przestrzenie muszą być zorganizowane funkcjonalnie, a przy tym człowiek miasta musi znaleźć na nich niezbędny dla jego normalnego życia kontakt z naturą. Dlatego to stoimy dziś w obliczu hasła: „parki natury w pobliżu miast”.

Hasło to brzmi w obecnej rzeczywistości paradoksalnie. Wystarczy spojrzeć na obecny stan terenów podmiejskich, na potworną dewastację okolic każdego większego skupiska (u nas zwłaszcza Warszawy). Musimy stwierdzić, że w promieniu działania miasta nie ma zwykle ani jednego skrawka natury ocalałej przed skutkami pogromu, kierowanego dziką i bezplanową ekspansją skupisk ludzkich. Czasem w martwych komunikacyjnie i gospodarczo sektorach zachowują się jakieś kalekie strzępki pierwotnego krajobrazu, które w tym stanie, w jakim się znajdują, nie mogą wszakże zaspokoić masowych potrzeb ludności kontaktu z naturą. /…/

Powrót do dawnych form jest często niemożliwy. Wielkie przemiany techniczne, które oczekują nasz kraj, zmienią jego oblicze. Mam poważne obawy, że dzieła takie, jak regulacja Wisły, tamy na jej górskich dopływach, jazy wzdłuż jej biegu, kanały, nowoczesna sieć drogowa itp. wywołają radykalne zmiany w krajobrazie. Obawiam się, że zmiany te stworzą formy przypadkowe i nieprzemyślane. Co się np. stanie po regulacji Wisły z krajobrazem Kazimierza lub Sandomierza? Już dziś problemy te muszą być wzięte pod uwagę, już dziś powinna się rozpocząć nad tym dyskusja, już dziś powinna się rozwinąć pełna współpraca między przyrodnikami i Głównym Urzędem Planowania Przestrzennego Kraju.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Musimy przeprowadzić wyraźny podział funkcjonalny terenów. Życie miast i ich rozwój musimy ograniczyć do terenów na to przeznaczonych. Nie stać nas dziś na rozpraszanie wysiłków technicznych i ekonomicznych na nie ograniczonych ściśle przestrzeniach. Pozostałe tereny muszą się stać programowo i bezwzględnie terenami niebudowlanymi, terenami przyrody. /…/

Dawniejsze wizerunki miast wskazują, do jakiego stopnia kompozycje architektoniczne wiązały się ściśle z formami krajobrazu. Miasta dawne zmieniały krajobraz, ale go jednocześnie podkreślały. Może ówczesna technika nie była na tyle silna, aby móc przechodzić do porządku nad układami terenowymi, a może kultura dawnych czasów więcej rozumiała życie natury. Obecnie możliwości techniczne są prawie nieograniczone w stosunku do sił natury, ale dziś też, tak jak nigdy przedtem, nie możemy pozwolić sobie na marnotrawstwo – największym marnotrawstwem jest bowiem nie branie pod uwagę warunków przyrodniczych. /…/

Wielką rolę w dzisiejszej urbanistyce gra las. Dla miast zieleń ma wartość jedynie w formie drzew, a drzewa przedstawiają wartość głównie w skupieniach. Zdrowie mieszkańców miast oceniamy ilością lasów miejskich i podmiejskich. Las musi wchodzić do miasta wzdłuż szlaków komunikacyjnych, musi otaczać je jako izolacyjna bariera przeciw wiatrom i dymom oraz jako ochrona szlaków drogowych. A więc zadrzewianie i zalesianie – oto hasła aktualne! Drzew mamy w miastach mało, większych skupisk drzew jeszcze mniej. Musimy stworzyć wielką akcję zadrzewiania i to wszystkich terenów miejskich. Mobilizacja szkółek drzew, miliony nowo zasadzonych drzew dopiero z trudem wyrównają kiedyś w naszym pokoleniu straty wojenne, a przecież i stan przedwojenny był daleki od doskonałości. Środki lokomocji rozrzuciły ludzi na szerokich przestrzeniach regionów czy okręgów miejskich. Człowiek jeździ do pracy, spędza moc czasu w środkach transportu: stwórzmy mu drogę piękną krajobrazowo, aby jego droga do pracy i z pracy była rekompensowana wartościami estetycznymi i higienicznymi.

Krajobraz drogi i droga w krajobrazie są to dwa zagadnienia. Trasy dróg muszą przebiegać zgodnie z warunkami natury. Trzeba wreszcie zrozumieć, że droga nie jest wyłącznie zagadnieniem linearnym. Musi być komponowana jako cała przestrzeń widoczna z drogi i przestrzeń, z której ta droga jest widoczna. Znamy wiele tras kolejowych o pięknych widokach z okna wagonu, ale krajobraz jest zeszpecony właśnie tą samą linią kolejową. Trasy dróg muszą być projektowane jako zagadnienie kompozycji przestrzennej i to wszędzie, a nie tylko na terenach o specjalnych wartościach turystyczno-krajobrazowych. /…/

Krajobraz pierwotny występuje tylko w niewielu punktach kraju. Pozostałe połacie to krajobraz urobiony ręką ludzką. Nie pozbawia go wszakże piękna fakt, że ręka ludzka go kształtowała. Krajobraz rolniczy – to natura zrytmizowana. Człowiek poznał prawa natury, poznał rytmy przyrody i rytmy te zrealizował w krajobrazie. Rytmy pól, szachownice sadów owocowych, tarasy stoków z winnicami.

Człowiek wprowadził do przyrody linie proste i powierzchnie geometryczne. W tych rytmach krajobrazu musimy odszukać wymiary istotnie właściwe, zastosowane w skali do wielkości życia, do wysokości drzew, do nachylenia stoków. W dobie przebudowy ustroju rolnego, w dobie planowej przebudowy osiedli wiejskich, gdy w oczach naszych zmienia się krajobraz, musimy zapanować nad bezmyślnym krajaniem przestrzeni w martwe, bezsensowne, schematyczne figury, będące wynikiem bezmyślnych ocen wartości gruntów, musimy z powrotem zorganizować osiedla wiejskie, zbierając rozpędzone przez geometrów domy z różnych miejsc nie nadających się do mieszkania, musimy otoczyć osiedla wiejskie zwartymi przestrzeniami sadów. Jeśli zaniedbamy teraz to uczynić, to nasz krajobraz wiejski zmieni się w jeden wielki poligon przypadku. Musimy znaleźć jak najprędzej dla sprawy tej pomoc fizjografów i przyrodników, bo każdy dzień przynosi nam fakty dokonane i każdy dzień przekreśla bezcenne wartości żywe naszego krajobrazu.

Następną ważną sprawą jest zagadnienie architektury w krajobrazie, a zwłaszcza skali architektonicznej – pojęcia zasadniczego, jeśli chodzi o określenie wartości, jakie architektura wnosi z sobą do natury. Architektura dobra przedstawia w pejzażu wymiar człowieka. Architekturą mierzymy wielkość natury i dlatego naszą główną troską powinno być, aby ta skala ludzka nie zatraciła się w gigantycznych wymiarach budynków. Tylko bezmiar morza lub pustyni może pozwolić sobie na skalę Manhattanu lub piramid, ale stoimy wówczas przed faktem świadomego zgubienia skali.

Aby utrzymać skalę budownictwa, natura sama dyktuje wymiary i dlatego zawsze bezpieczniej jest, gdy architektura powstaje z podłoża, na którym stoi, lub z materiału, jakim jest otoczona. Na przykład podolska chata glinobitna, podhalański dom drewniano-kamienny lub wreszcie kamienne miasteczka włoskie czy hiszpańskie są integralną częścią krajobrazu. Budownictwo takie nie jest niczym innym, jak ułożeniem w inny sposób składników krajobrazu, ułożeniem ich w pewnym porządku, zgodnie z prawami fizycznymi materiału. Jest to tylko jakby wyzwolenie praw statyki i zrytmizowanie ich w postaci budynku. Gdy budynki powstają z podłoża, wielkość ich jest zawsze w określonych proporcjach do wymiarów dyktowanych przez naturę, jak wymiary drzew, wielkość okruchów skalnych, długość trzciny lub słomy. Dlatego budownictwo ludowe jest zawsze pełnowartościowym składnikiem krajobrazu, „wypowiadając” go językiem architektury. /…/

Dotychczas przyzwyczailiśmy się, że kopalnie, fabryki, koleje lub drogi były dysonansem w ogólnej harmonii natury, elementem obcym w krajobrazie. Rzeczywiście, „wiek pary i elektryczności”, okres racjonalistycznej wiary we wszechmoc techniki porozrzucał niedoskonałe technicznie i ohydne w swych czysto merkantylnych formach fabryki, mosty i inne urządzenia techniczne w najbardziej przypadkowo wybranych miejscach. O wyborze miejsca na fabrykę lub o trasie drogi albo kolei decydowały wyłącznie względy pieniężne. Sam teren, czyli krajobraz, tworzył tylko białe plamy na mapach podziałów własnościowych, zaś cena gruntów była jedynym kryterium w wyborze miejsca. Nic dziwnego, że w dziedzictwie po tym okresie otrzymaliśmy naruszenie ładu przestrzennego i przekonanie, że technika i natura to najzawziętsi wrogowie.

A przecież dawniej było inaczej. Gdy dziś spojrzymy na dzieła techniki przeszłości, gdy oglądamy dawne zamki obronne, mosty, młyny, drogi górskie, to musimy stwierdzić, że chociaż są to inwestycje czysto techniczne, pomimo to stanowią nieraz wspaniałe uzupełnienie i podkreślenie wartości krajobrazowych. Z tego wypływa wniosek, że na rolę techniki w krajobrazie wpływa przede wszystkim wybór miejsca, zaś miejsce dyktuje sama natura. /…/

Prawdziwa, wielka inżynieria to współpraca z naturą, to wyzyskanie praw rządzących zjawiskami natury i danie człowiekowi nowych ram życia przez stworzenie form, które są tej natury dopełnieniem i wyjaśnieniem.

„Człowiek uwielokrotniony” przez technikę i przemysł wtedy tylko może żyć pełnią życia i szczęścia, jeśli technika, którą się posiłkuje, jest zdrowa, jeśli jej sens nie gubi się w walce z naturą, jeśli to, co daje technika, nie było zapłacone tym, co straciła przyroda. Wielkie, szczytowe osiągnięcia techniki zawsze są wspaniałym dopełnieniem krajobrazu. Są to bowiem te same prawa natury przedstawione w swej najczystszej, prawie matematycznie czystej formie. Są skalą przyrody. Wielkie mosty określają rozpiętość dolin i szerokości rzek, potężne tamy swoją masą i profilem uzmysławiają nam potęgę i ilość wód przeciekających normalnie niepozornymi często strumykami. Drogi górskie swymi serpentynami podkreślają stromizny na pozór łagodnych stoków.

Lecz aby powstał ten efekt, musi być zachowany jeden warunek: proporcja wysiłku do celu. Ciężkie i wielkie konstrukcje stalowe, niosące mizerny wagonik kolejki linowej lub palisada przęseł mostowych, przykrytych ciężką kratownicą po to, aby od czasu do czasu dźwignąć na sobie parę samochodów lub wagonów, są zaprzeczeniem sił przyrody, są intruzem w krajobrazie, są ohydne jak objaw nadmiernego wysiłku, są tym, czym są krople potu na czole chorego człowieka. Pod pozorami ciężaru i mocy ukrywają one swą słabość, zaś słabością główną dzieł techniki jest jej niezgodność z krajobrazem i z warunkami natury. Na pewno most o zbyt gęstych, grubych i ciężkich filarach stoi w złym miejscu, na pewno linia kolejowa otoczona szeregiem płotków ochronnych, podparta szeregiem przepustów i murków, jest źle wytrasowana. /…/

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „
Jak może…”

Gdy myślimy o ochronie krajobrazu lub gdy chcemy zachować głębokie jego wartości w czasach wielkich przemian, musimy sobie zdawać sprawę z tego, do jakiego stopnia ingerencja czynników technicznych jest dopuszczalna i jakie dzieła techniki i architektury wejdą w skład nowego oblicza naszej ziemi. Od dzieł techniki musimy wymagać doskonałości technicznej i słusznego wyboru miejsca – od dzieł architektury musimy wymagać przede wszystkim skali. Skali człowieka i skali krajobrazu. Sprawa architektury w krajobrazie to nie sprawa tych czy innych form regionalnych czy ornamentów miejscowych. Sprawa architektury to głównie sprawa wymiarów i materiału, z którego architektura powstaje w danym terenie, a przy tym doskonałości technicznej. Bowiem techniczna doskonałość – to wyczucie zarówno podłoża, jak i klimatu, wyzyskanie właściwości materiału, jak i wypowiedzenie fizycznych praw w formie jasnej i zrozumiałej – to wreszcie podkreślenie romantyzmu przyrody przez proste linie i rytmy form architektonicznych.

Dlatego chroniąc krajobraz ojczysty nie powinno się wydawać nakazów budowania w tym czy innym „stylu” regionalnym, nie można definiować w tych nakazach, jakie powinny powstawać formy architektoniczne czy techniczne, bo to prowadzi do zwyrodnienia form (liczne przykłady nieszczęśliwego stosowania „stylu zakopiańskiego”, tyrolszczyzny lub innych eksperymentów w rodzaju stylu „dworkowatego” na kolei itp.). /…/

Aby tworzyć krajobraz, nie można narzucać inwestycjom tych lub innych nakazów czy dezyderatów, lecz w ciągłej współpracy przyrodników i urbanistów tworzyć wspólne dzieło.

Żyjemy w czasach, gdy bezwodne pustynie zmieniają się we wspaniałe ogrody, dzikie rzeki stają się spokojnymi taflami jezior – tworzy się nowy krajobraz, inny od zadymionego śmietnika dziewiętnastowiecza, inny od pompatycznych lub sentymentalnych perspektyw parkowych XVII i XVIII wieku, inny wreszcie od odwiecznych puszcz i stepów dawnych czasów. Powstaje krajobraz XX wieku, wieku powrotu do natury, ale nie w jej najpierwotniejszej formie, lecz w formie wyzwolenia i uznania jej praw.

Planowanie przestrzenne tworzy dziś ramy nowego krajobrazu Polski.

Jerzy Hryniewiecki

Powyższy tekst to skrócony zapis referatu wygłoszonego przez autora 21 września 1945 r. w Krakowie podczas pierwszego dnia zjazdu reaktywowanej Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Drukiem ukazał się w „Pamiętniku XIX Zjazdu Państwowej Rady Ochrony Przyrody”, Kraków 1945.

Z dziejów ochrony przyrody

Z dziejów ochrony przyrody

Utarło się zdanie, że idea ochrony przyrody jest wytworem kultury końca XIX i początku XX wieku. Zdanie to jest o tyle słuszne, że istotnie dopiero w tym czasie stała się ochrona przyrody jednym z twórczych czynników współczesnej kultury narodów i państw całego niemal świata. Niesłuszne natomiast jest takie zapatrywanie, gdy chodzi o jej początki, gdyż te sięgają historycznie daleko w przeszłość. /…/

Wierzenia religijne źródłem ochrony przyrody

Najdawniejszym źródłem ochrony przyrody były niewątpliwie wierzenia religijne. Tak, jak dziś jeszcze Pars modli się u stóp potężnych drzew, uważając je za święte i nietykalne, tak, jak Hindus nie dotknie nawet źdźbła trawy w świętych dolinach Himalajów, jak Japończyk utrzymuje przy życiu swą sztuką hodowlaną przy świątyniach rosnące, tysiącletnie sosny i kryptomerie, lub jak Arab nie dotknie na brzegu oazy stojącego okazu drzewa lotosowego – tak dawniej zawsze i od wieków odnosiły się do przyrody różne szczepy i narody. Z tradycji o naszych pogańskich przodkach wiemy, że mieli oni również swe drzewa święte przy gontynach, zaś źródła, gaje, niedostępne uroczyska i dymiące oparzeliska zaludniali w swej fantazji światem bogów i boginek, przez co były one dla nich nietykalne. /…/

Motywy gospodarcze

Drugim źródłem, z którego brały początek postanowienia ochronne w stosunku do przyrody, były motywy gospodarcze. Każdy kraj ma pod tym względem własną historię. Tak np. pierwsze zarządzenie, tyczące się ochrony ptaków śpiewających w Europie, wydane zostało w Zurychu w 1335 r., gdy uświadomiono sobie jasno pożyteczną rolę ptaków jako tępicieli szkodników w sadach i lasach. Król Władysław Jagiełło wydał w r. 1423 prawo chroniące „drzewa, które znajdują się być wielkiej ceny, jako jest cis”, aby zapobiec nadmiernemu wycinaniu i wywożeniu z Polski cisa, z którego wyrabiano podówczas kusze i łuki. Podobne pobudki kierowały królem duńskim Chrystianem V, gdy w r. 1671 wydał zakaz wycinania lasów w południowej Danii; zakaz ten był jednym z pierwszych tego rodzaju zakazów w Europie.

Dawne ustawodawstwo łowieckie chroniło w wielu krajach rzadkie gatunki zwierząt łownych bądź dlatego, aby nie pozbawiać kraju okazów fauny szczególnie cennej (np. bobrów), bądź też dlatego, aby polowanie na nie uczynić przywilejem głowy panującej. U nas król Władysław Jagiełło (1443) wydał daleko idące ograniczenia polowania na dzikie konie, łosie i tury, bóbr zaś chroniony był w Polsce już za czasów Bolesława Chrobrego, a król Zygmunt I w Statucie Litewskim ochronę tę wydatnie zwiększył odpowiednimi surowymi przepisami.

W dawnych ustawach ochronnych, wydawanych głównie z motywów gospodarczych, zjawiał się nierzadko także czynnik idealny [idealistyczny]. I tak np. wspomniane rozporządzenie z r. 1335, chroniące ptactwo pożyteczne w Szwajcarii, uzasadnione było nie tylko względem na ich użyteczność dla człowieka, ale również tym, że „swym miłym śpiewem radują one serce ludzkie”. Podobnymi względami natury idealnej uzasadniano w końcu XV wieku zakazy zabijania skowronków w Norymberdze, lub w księstwie Münster w połowie XVII wieku zakazy masowego niszczenia kwiatów wiosennych w okresie świąt Wielkanocnych. /…/

Przejście ku motywom idealnym

Na przełomie w. XVIII zjawiły się w Niemczech pierwsze zarządzenia chroniące ptaki, wobec klęsk elementarnych, wywołanych przez szkodliwe owady. I tak np. w r. 1796 władze hrabstwa Schmalkalden wydały zakaz zabijania i chwytania „prawie wszystkich” gatunków ptaków z powodu katastrofalnego rozmnożenia się w tym roku mniszki. Później zakazy te ponawiano i rozszerzano ich zasięg na coraz większe przestrzenie, w miarę, jak coraz powszechniej uznawaną była pożyteczność ptaków wobec nadmiernie rozmnożonych szkodników w sadach i lasach. /…/ Niemal równocześnie występuje w czasopiśmie „Diana” Jan Mateusz Bechstein z hasłem ochrony wszystkich gatunków zwierząt i wypowiada tezę, iż „wyniszczenie jakiegokolwiek gatunku zwierzęcia nie jest godne człowieka kulturalnego”. To hasło Bechsteina, przenosząc punkt ciężkości ochrony ptaków z platformy ściśle utylitarnej na moralną, znajduje licznych zwolenników, propagujących albo zupełną ochronę pewnych gatunków ptaków, albo też ich ochronę periodyczną, np. żądając zupełnego ich oszczędzania co czwarty lub siódmy rok. Jako rezultat pewnego kompromisu pomiędzy tymi dwoma kierunkami, propagującymi ochronę ptaków z motywów praktycznych i idealnych, uciera się w tym czasie po raz pierwszy w Niemczech podział na ptaki szkodliwe i pożyteczne, który do dnia dzisiejszego utrzymał się zwłaszcza wśród kół gospodarczych, nie mających głębszego wykształcenia biologicznego. Jest rzeczą interesującą, że bardzo wcześnie zjawiły się ze strony zoologów sprzeciwy co do tak szablonowego podziału ptaków i że np. przeciw uznawaniu tzw. ptaków drapieżnych za szkodliwe wystąpił po raz pierwszy już w r. 1826 profesor zoologii w Zurychu, Henryk Rudolf Schinz, podnosząc rolę ptaków drapieżnych w całokształcie fauny i groźbę naruszenia równowagi biologicznej w przyrodzie przez ich gwałtowne tępienie. W r. 1873 wypowiedział zdecydowaną walkę podziałowi ptaków na pożyteczne i szkodliwe znany ornitolog Otto Schmiedeknecht, a niedługo potem w r. 1875 powstał w Niemczech pierwszy Niemiecki Związek dla Ochrony Ptaków i rozpoczął wydawać miesięcznik od r. 1890 pt. „Ornithologische Monatsschrift”, który stanął do walki o ochronę ptaków godnie obok starszego czasopisma „Die gefiederte Welt”, wydawanego od r. 1872. /…/

Przytoczony przykład przemiany pojęć w dziedzinie ochrony przyrody ptaków w Niemczech można zastosować mutatis mutandis do innych dziedzin ochrony przyrody, nie tylko w Niemczech, ale również i w innych krajach. Podejmowana najpierw z motywów wskazanych przez życie praktyczne, przeistaczała się zawsze ochrona przyrody w problem natury ogólniejszej, ważny ze stanowiska nauki lub etyki.

Pomniki natury

Dla podniesienia idealnych wartości tzw. pomników lub zabytków przyrody najwięcej zasłużył się Aleksander Humboldt. Ten wielki uczony i podróżnik, którego nazwisko należało do najpopularniejszych na świecie na przełomie XVIII i XIX wieku, był właściwym twórcą pojęcia „pomnika”, czyli „zabytku przyrody”, tak jak je dziś pojmujemy. W latach 1799-1804 odbył on podróż do Wenezueli. W sprawozdaniu ogłoszonym w r. 1819 opisał olbrzymie drzewo, zwane Zamang, najstarsze i najpotężniejsze w tym kraju, nazywając je „pomnikiem przyrody” i porównując ze słynnym olbrzymem świata roślinnego, tzw. drzewem smoczym (Dracena draco) z okolicy Orotawy. Trafne porównanie wartości tego rodzaju pomnika z pomnikami sztuki, których wartość powszechnie jest znaną i uznaną, poparte autorytetem Humboldta, przyczyniło się w znacznym stopniu do spopularyzowania ochrony przyrody w jej okazach, szczególnie osobliwych lub pamiątkowych. /…/

Nie ulega też wątpliwości, że dzieła Humboldta były gorliwie czytane przez młodzież Uniwersytetu Wileńskiego, a odbicie jego zapatrywań na znaczenie ochrony przyrody znajdujemy u Adama Mickiewicza, który, przejąwszy od Humboldta pojęcie „pomnika przyrody”, wprowadził je do naszej literatury i zastosował do zabytkowych drzew polskich, pisząc w „Panu Tadeuszu” te pamiętne wiersze:

Pomniki nasze! Ileż co rok was pożera

Kupiecka, lub rządowa, moskiewska siekiera!

Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,

Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły, jak ptakom.

Romantyzm

/…/ Hasło powrotu do natury, głoszone przez tego wielkiego myśliciela [Jana Jakuba Rousseau], a płynące z jego zwątpienia o wartości kultury w ogóle, przyjęte zostało przez romantyków z entuzjazmem, było bowiem pożądaną przez nich ucieczką od kultury małostkowej i przewrotnej. Wartość realna idei nie leżała jednakże w samej negacji, lecz raczej w pozytywnym ustaleniu stosunku uczuciowego człowieka do natury. Toteż swoiste nawrócenie romantyzmu do przyrody, choć z czasem zmieniło swój wyraz z platoniczno- sentymentalnego na bardziej realny, pozostawiło w spuściźnie pokoleniom późniejszym swój głęboki ślad w dziedzinie estetyki i etyki. Ślad ten był tak silny, że nie usunął go z trwałego dorobku kultury żaden ruch późniejszy, z materializmem i pozytywizmem XIX wieku na czele.

Któż zaprzeczy, że i w naszym pokoleniu, umiejącym chronić przyrodę przed głupotą i wandalizmem jej niszczycieli argumentami naukowymi i ekonomicznymi, nie ma pierwiastków romantycznych? Czy w szeregach ochraniarzy całego świata nie spotykamy ciągle jeszcze idealistów typu czysto romantycznego, dla których przyroda pierwotna jest przede wszystkim błogosławioną ucieczką przed zgiełkliwą, natrętną i nużącą cywilizacją?

Niewątpliwie tak jest i tak będzie zawsze. Z tego nieważkiego źródła sentymentu wypłynęło już wiele siły realnej, pracującej na rzecz idei ochrony przyrody. Nie można też wątpić, że i nadal tak będzie. /…/

Artur Grottger, „Puszcza”, z cyklu „Lithuania” (1864–1866)

Ochrona „osobliwości”

Dalszym momentem, ważnym dla rozwoju historycznego ochrony przyrody, była wrodzona człowiekowi ciekawość, jaką ma dla wyjątkowych jej osobliwości. /…/ Tak np. w Stanach Zjednoczonych został utworzony już w roku 1832 pierwszy rezerwat dla ochrony źródeł gorących w Arkansas, gdyż źródła te jako osobliwość wzbudzały powszechne zainteresowanie ludności. Góra Smocza pod miastem Bonn w Niemczech została uznana za nietykalną zarządzeniem rządu pruskiego z podobnych pobudek już w roku 1829, a „mur diabelski” w Górach Harcu w roku 1852. Podobne pobudki kierowały inicjatorami ochrony „olbrzymich” drzew w Niemczech (w latach 1859 i 1869), a także w Polsce, gdzie już w roku 1829 pisano w obronie najgrubszego dębu w Bartkowie oraz słynnego „Baublisa”. /…/

Każdy, kto zna lepiej przyrodę i stosunek do niej ludzi prostych, wie dobrze, że i dziś jeszcze czynnik ten, który zwykle (zbyt pochopnie) nazywamy przesądem, działa na rzecz ochrony przyrody. Źródła „świętego” lub „cudownego” nie zasypie przecież nikt z ludu, tak jak nie tknie „diablego” kamienia (głazu narzutowego), nie zabije padalca napotkanego na ścieżce leśnej i nie strąci gniazda bociana ze swej strzechy. /…/ Nie wolno nam wszakże zapomnieć o tym, że czynnik omawiany działa także w sferach oświeconych, choć w innej formie aniżeli u ludu i że każde pokolenie uświęca i chroni pewną ilość osobliwości swej ojczystej przyrody, nadając drzewom, skałom, jeziorom, wodospadom itd. nazwy swych bohaterów narodowych, królów lub poetów. Nie sięgając do obcych przykładów, wystarczy tu wspomnieć o licznych w Polsce „alejach króla Sobieskiego”, lipie mistrza z Czarnolasu, altanie dumania Mickiewicza w Tuhanowiczach, dębach królewskich w resztkach Puszczy Niepołomickiej, igle Deotymy w Dolinie Ojcowskiej, wodospadach Mickiewicza lub Bramie Kraszewskiego w Tatrach itd. – nie mówiąc już o setkach drzew, uświęconych zawieszeniem na nich kapliczek lub krzyży. /…/

Motyw naukowy

Świetny rozwój nauk przyrodniczych w połowie wieku XIX dał początek temu motywowi, którego znaczenie z biegiem czasu nie tylko nie słabło, ale coraz to bardziej potężniało, tak że stopniowo stał się on najważniejszym czynnikiem działającym na rzecz ochrony przyrody na całym świecie. Motyw naukowy przyczynił się też najwalniej do tego, że problem ochrony przyrody stał się z czasem problemem międzynarodowym. /…/

Pomijając wcześniejsze i odosobnione usiłowania jednostek, które w Polsce występowały w obronie przyrody w imię postulatów naukowych, stwierdzić należy, że pierwsza silna inicjatywa w tym względzie wyszła z ośrodka krakowskiego. Związana ona jest z nazwiskami trzech wybitnych przyrodników: Ludwika Zeisznera, Maksymiliana Nowickiego i Eugeniusza Janoty, była zaś wynikiem ówczesnego zainteresowania się nauki polskiej przyrodą Tatr, a zwłaszcza losem tępionych bezkarnie rzadkich zwierząt górskich – kozicy i świstaka. Po pierwszej inicjatywie w tym kierunku, danej przez L. Zeisznera w r. 1851, zajęli się tą sprawą bardzo gorliwie M. Nowicki i E. Janota (1865) i po licznych zabiegach doprowadzili do uchwalenia przez Sejm Krajowy we Lwowie w dniu 5 października 1868 roku ustawy „względem zakazu łapania, wytępienia i sprzedawania zwierząt alpejskich, właściwych Tatrom, świstaka i dzikich kóz”, która w rok później (19 lipca 1869 r.) uzyskała moc obowiązującą.

Ustawa ta, którą wyprzedziliśmy inne narody i państwa, przeprowadzona w Sejmie z motywów czysto naukowych, pozostanie zawsze chlubą polskiej kultury.

Mało znanym jest fakt, że równocześnie (w tym samym dniu) z uchwaleniem ustawy o ochronie kozicy i świstaka w Tatrach, przyjął Sejm lwowski drugą, analogiczną ustawę ochronną „o ochronie pożytecznych ptaków i innych zwierząt”. /…/ Niestety, ustawa ta, tak chlubnie nowa w swym duchu i tak daleko sięgająca zwłaszcza w dziedzinę ochrony ptaków, napotkała u władz centralnych w Wiedniu na opór i mimo bardzo usilnych i długich starań, nie uzyskała nigdy sankcji cesarskiej i nigdy nie weszła w życie ku największej szkodzie kraju i nauki. /…/

Na rozpoczęcie nowego okresu pracy trzeba było czekać trzydzieści lat. Okres ten rozpoczął się dopiero w r. 1900. Związany on jest z nazwiskami przede wszystkim dwóch wybitnych przyrodników: Hugona Conwentza i Mariana Raciborskiego.

Hugo Conwentz

Hugo Conwentz, którego słusznie nazwano twórcą nowoczesnej ochrony przyrody, zanim zyskał szeroko znane imię na całym świecie, jako pionier tej idei w wielu krajach, pracował w Gdańsku i na Pomorzu. /…/ Dla nas rozpoczyna się główny okres pracy Conwentza od r. 1900, tj. od daty wydania przez niego książki pt. „Forstbotanisches Merkbuch für Westpreussen”, która dzięki instrukcji pruskiego ministra rolnictwa stała się wzorem dla analogicznych wydawnictw w innych dzielnicach niemieckich. W r. 1904 wydaje poznański nauczyciel gimnazjalny i kustosz niemieckiego muzeum, Pfuhl, takiż „Pamiętnik drzew i lasów Ks. Poznańskiego”, a w r. 1906 T. Schube swój „Pamiętnik lasów śląskich”. W wydawnictwach naukowych towarzystw, rozrzuconych po zniemczonych miastach b. zaboru pruskiego (Toruń, Bydgoszcz, Grudziądz i in.), w pismach periodycznych i codziennych, zjawia się teraz cały szereg luźnych wiadomości i artykułów. /…/ Centralny organ rządu pruskiego dla ochrony przyrody w Berlinie (Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege), na czele którego staje doświadczony w pracy Conwentz, obejmuje od r. 1906 kierownictwo tego potężnego ruchu. Dziesiątki tysięcy odezw i z niemiecką pedanterią ułożonych kwestionariuszy (samo Księstwo Poznańskie wypełnia ich w krótkim czasie 12 000 egzemplarzy!) krąży po całym kraju, zgarniając skrzętnie wiadomości o wszystkim, co dla ochrony przyrody mieć może jakiekolwiek znaczenie. /…/ Szczegółowy inwentarz przedmiotów ustawowo chronionych w byłej dzielnicy pruskiej dochodzi z pewnością do kilku tysięcy pozycji.

Równoważnikiem tego wielkiego ruchu, wznieconego w dzielnicach zachodnich ziem Rzeczypospolitej przez H. Conwentza, był analogiczny i równoczesny ruch, wszczęty w południowej dzielnicy Polski, tj. w Małopolsce, przez wielkiego biologa polskiego, Mariana Raciborskiego.

Marian Raciborski i Ferdynand Wilkosz

Po powrocie z Jawy w r. 1900 aż do przedwczesnej swej śmierci w r. l917, był Raciborski duszą wszelkich w tym kierunku poczynań, nie tylko we Lwowie i w Krakowie, lecz także na prowincji małopolskiej, gdzie niestrudzenie wygłaszał odczyty, popularyzujące nową ideę.

W r. 1903, pod wpływem Conwentza, który w swych zagranicznych podróżach agitacyjnych dotarł także do Ministerstwa Oświaty w Wiedniu, wydało Ministerstwo Oświaty b. Austrii reskrypt (z dnia 30 listopada 1903 r.) polecający czynnikom rządowym zajęcie się tą sprawą. Wskutek tego reskryptu wydało Namiestnictwo we Lwowie w lutym 1904 r. wezwanie do instytucji i osób prywatnych, aby donosiły mu o wszelkich zabytkach przyrody w kraju, zasługujących na ochronę. /…/ Toteż natychmiast na wezwanie Namiestnictwa odpowiedziano ze strony społeczeństwa nadesłaniem spisów rozmaitych pomników natury. Uczyniło to najpierw Towarzystwo Przyrodników im. Kopernika, przedstawiając szczegółowy spis kilkudziesięciu osobliwości przyrody zasługujących na ochronę i proponując utworzenie większych rezerwatów górskich w Karpatach (Tatry, Pieniny, Karpaty wschodnie) i stepowych na Podolu, w okolicy Borszczowa. Podobne żądania wysunął wydział filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z osób prywatnych, zajmujących się gorliwie sprawą ochrony przyrody, odpowiedział na wezwanie Namiestnictwa dłuższym memoriałem w r. 1906 Ferdynand Wilkosz, zasłużony długoletni prezes Towarzystwa Rybackiego w Krakowie, który odtąd niestrudzenie czynnym był dla ukochanej przez siebie idei. Uparcie i bez przerwy wysyłał on do Namiestnictwa lwowskiego liczne pisma, w których podawał coraz to nowe spisy ochrony godnych przedmiotów przyrody martwej i żywej. Do roku 1913 zdążył on w 15 wykazach przedłożyć Namiestnictwu spis 226 osobliwości przyrodniczych.

Niestety cała akcja, wywołana wspomnianym reskryptem wiedeńskiego Ministerstwa, okazała się bezcelową. Zmieniający się sezonowo ministrowie austriaccy zapomnieli o reskrypcie swego kolegi z r. 1903, Namiestnictwo zaś b. Galicji okazało się godne swej władzy przełożonej. Memoriały, plany i fragmenty inwentarza, wypracowywane gorliwie przez społeczeństwo, szły ad acta bezdusznej maszyny biurokratycznej. /…/

Inicjatywa towarzystw i instytucji

Na szczęście znalazło się w b. zaborze austriackim dosyć energii, ażeby akcję tak haniebnie zaniedbaną przez rząd centralny, samodzielnie dalej przeprowadzić. Przodujące w tym względzie Towarzystwo Przyrodników imienia Kopernika, za staraniem Mariana Raciborskiego, opracowało w ciągu lat 1906 i 1907 plan swego działania na tym polu, do którego dołączył się jednomyślną uchwałą X zjazd lekarzy i przyrodników polskich we Lwowie w dniu 22 lipca 1907 r. Rozpoczęto teraz pracę nad zestawieniem pierwszego „inwentarza zabytków przyrody”, zbierając doń materiały przez rozesłane w dużej ilości kwestionariusze. Druki te rozesłano po ziemiach całej Polski, a więc także do innych byłych zaborów. Znaczną ilość odpowiedzi, jakie nadesłano, zużytkował Raciborski częściowo (o ile chodziło o osobliwości florystyczne) w publikacji pt. „Ochrony godne drzewa i zbiorowiska roślin” (Lwów, „Kosmos” 1910 r.), stanowiącej pierwszy zalążek „inwentarza zabytków przyrody” całej Polski. Przez ukazanie się w druku wspomnianej publikacji, stworzony został wzór dla dalszej pracy w tym kierunku.

Obok przyrodników stanęli też do pracy leśnicy polscy. Na corocznych zjazdach Galicyjskiego Towarzystwa Leśnego zajmują się oni żywo sprawą ochrony przyrody. Rezolucje przyjęte przez zjazdy w r. 1912 i 1913, dowodzą należytego zrozumienia wśród nich hasła ochrony ginącej przyrody, zwłaszcza rzadkich gatunków drzew leśnych i wymierającej fauny pierwotnej. „Kółko przyrodnicze słuchaczy Wyższej Szkoły Lasowej” we Lwowie zbiera cenne materiały, odnoszące się do pierwotnych zbiorowisk leśnych, drogą rozesłania własnych kwestionariuszy. „Sylwan”, poczytny organ leśników małopolskich, ogłasza na łamach swoich artykuły, rozprawy i notatki dotyczące zabytków przyrody leśnej.

Widomym dowodem owocności tego ruchu wśród przyrodników i leśników były starania podejmowane wspólnymi siłami dla uzyskania większych rezerwatów leśnych w obszarach lasów państwowych, które tylko dlatego nie doprowadziły do celu, że przeszkodził temu wybuch wojny. /…/

Tym, czym była działalność Mariana Raciborskiego w kołach naukowych Małopolski, tym stała się w kołach literatów i artystów polskich działalność Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Wraz z Tadeuszem Korniłowiczem i Mieczysławem Limanowskim stworzył on Sekcję Ochrony Tatr w łonie Towarzystwa Tatrzańskiego, a przez swą rozprawę pt. „Kultura a natura” (w czasopiśmie „Lamus” z r. 1913) dał naszej literaturze ochroniarskiej jedną z najcenniejszych i najbardziej wpływowych publikacji.

Wspomnieć jeszcze muszę o podjętej próbie zainteresowania sprawą ochrony przyrody polskich władz autonomicznych byłego zaboru austriackiego, w pierwszej zaś linii Sejmu Krajowego. Rzecznikiem sprawy tej był przed forum sejmowym poseł Julian Brunicki, znany przyrodnik i badacz krajowej fauny motyli. Mowa jego wygłoszona w Sejmie dnia 15 listopada 1910 r., w której w sposób wymowny, a pod względem rzeczowej argumentacji doskonały, wystąpił z ideą ochrony przyrody, propagował myśl stworzenia, wzorem innych narodów, „rezerwacji”, czyli parków natury, oraz domagał się od Wydziału Krajowego przedłożenia Sejmowi „projektu ustawy o ochronie szarotki, limby, cisa i ewentualnie innych roślin na wymarciu będących”, przeszła niestety bez echa. Wydział Krajowy mimo uchwały Sejmu i mimo skierowanego doń w tej sprawie w rok później (1911) pisma F. Wilkosza, nie przystąpił do zorganizowania władz autonomicznych do pracy na tym polu. /…/

Warto wspomnieć na koniec krótko o prywatnej inicjatywie światłych jednostek z kół ziemiańskich na polu ochrony przyrody w tej części Polski. Na pierwszym miejscu wymienić tutaj trzeba stworzenie przez hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego w latach 90. ubiegłego wieku tzw. Pamiątki Pieniackiej, 40-morgowego rezerwatu leśnego, oraz utworzenie podobnych rezerwatów leśnych przez Adama hr. Stadnickiego w Nawojowej, przechowujących w sobie nieskalane piękno pierwotnej przyrody puszczy karpackiej. /…/

Ośrodek warszawski

Wobec braku jakiegokolwiek planowego ruchu, popieranego przez czynniki rządowe w kwestii ochrony przyrody w dawnym państwie rosyjskim, była działalność podjęta na ziemiach polskich byłego zaboru rosyjskiego aktem samopomocy społeczeństwa. Po przygotowaniu gruntu przez przyrodników grupujących się około warszawskiego „Pamiętnika Fizjograficznego”, a częściowo też koło „Wszechświata”, rozpoczęło ją samorzutnie Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, organizując w swym łonie na wiosnę r. 1908 Komisję Ochrony Osobliwości Przyrody. Niestety, w tym czasie brakło już na terenie b. Królestwa Kongresowego dostatecznej ilości przyrodników, pracujących na polu fizjografii krajowej, także hasło rzucone przez pionierów młodego, lecz bujnego ruchu krajoznawczego (Kazimierza Kulwiecia i Aleksandra Janowskiego), nie znalazło niestety oddźwięku. /…/ Nie mogąc obudzić ruchu na zewnątrz, zwróciło się Towarzystwo Krajoznawcze do pracy wewnętrznej, przygotowawczej, oddając na usługi idei ochrony przyrody łamy swego doskonałe redagowanego tygodnika „Ziemia”. Pod stałym tytułem „Ze skarbów naszej przyrody” stworzono w nim miejsce dla publikacji licznych artykułów i notatek, odnoszących się do polskich osobliwości przyrody. Owocem pracy wewnętrznej osobnej Komisji było zgromadzenie cennego zbioru fotografii, przeźroczy i map oraz dwie rozprawy popularyzujące ideę ochrony przyrody, K. Kulwiecia „Osobliwości i zabytki przyrody oraz ich ochrona” (1908) i Januarego Kołodziejczyka „Zabytki przyrody” (1917). Liczne fotografie i opisy pamiątkowych lub osobliwych drzew, rzadkich zwierząt i roślin, skał, źródeł i krajobrazów, zgromadzone w rocznikach „Ziemi”, tworzą znakomitą podstawę dla mającego powstać „inwentarza polskich pomników natury”.

Poza Towarzystwem Krajoznawczym zajmował się dużo sprawą osobliwości przyrodniczych znany i zasłużony statystyk lubelski [Henryk] Wiercieński, w którego zbiorach rękopiśmiennych (w Lublinie) znajdują się cenne zapiski, dotychczas jeszcze nie zużytkowane. Dla rozpowszechnienia idei ochrony przyrody niemałe też miało znaczenie wydawnictwo Zygmunta Woycickiego „Obrazy roślinności Królestwa Polskiego i krajów ościennych”, wychodzące w Warszawie od r. 1911, w którym umiejętnie spopularyzowano znajomość wielu polskich osobliwości florystycznych, przede wszystkim zaś zwrócono uwagę ogółu na wymierający w Polsce cis i modrzew polski.

Na koniec, podobnie jak w innych dzielnicach Polski, nie brakło i w zaborze rosyjskim także prywatnej, często bezimiennej inicjatywy w społeczeństwie, dzięki której ocalały zarówno liczne pojedyncze drzewa okazałe, rozrzucone po całym kraju, jak nie mniej liczne pamiątkowe aleje i stare parki dworskie, kryjące w sobie niejeden cenny pomnik natury. Z rezerwatów prywatnych, zawdzięczających swe powstanie jednostkom światłym i miłującym ojczystą przyrodę, wspomnę tutaj o rezerwacie leśnym w Złotym Potoku, gdzie pod nazwą „dzielnicy parkowej” wydzielił właściciel (hr. Raczyński) sporym szmat pięknego lasu mieszanego z grodziskiem przedhistorycznym pośrodku.

Tak przedstawia się w krótkim zarysie historia ochrony przyrody w Polsce podległej. /…/

Władysław Szafer

Powyższy tekst to fragmenty rozprawy Władysława Szafera, która ukazała się pod tym samym tytułem, jako rozdział drugi pracy zbiorowej „Skarby przyrody i ich ochrona” pod redakcją W. Szafera, nakładem Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Warszawa 1932. Ponadto w tym samym roku tekst ukazał się jako oddzielna odbitka (broszura), również nakładem PROP. Od tamtej pory nie była wznawiana. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, oprócz zaznaczonych większych skrótów poczyniono także niewielkie (usunięcie nazw obcojęzycznych itp.), których nie zaznaczano.

Społeczna organizacja ochrony przyrody

Społeczna organizacja ochrony przyrody

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji Emanuela Riggenbacha „Jak może młodzież chronić przyrodę?”, Kraków 1929 r.

Ochrona przyrody, której idea początek swój bierze zazwyczaj w sferach uczonych przyrodników i w tych też sferach miewa swą najsilniejszą ostoję, uważaną bywa przez szerszy ogół za jakąś specjalność zawodową. Zwyczajny obywatel, który nią się zajmuje, stawianym bywa w jednym rzędzie z filatelistą – jest to sport, jeśli nie maniactwo. Taki pogląd stanowi walną przeszkodę dla rozwoju idei i trzeba mu usilnie przeciwdziałać.

Pewna jednostronność przyrodniczego poglądu na tę sprawę nie jest tutaj bez winy. Przyroda jako źródło poznania, więc jako przedmiot badania naukowego, ma wartość niczym nie zastąpioną i olbrzymią, ale nie jest to (nie mówiąc oczywiście o wartościach materialnych) między idealnymi wartościami jej wartość jedyna; a co nie mniej jest ważnym, nie jest to wartość, która by przez szeroki ogół mogła być łatwo zrozumianą i przez którą można by go dla sprawy ochrony pozyskać. Ochrona przyrody zacieśniana do przyrodniczego wyłącznie punktu widzenia byłaby więc nie tylko niewystarczającą, gdyż pomijałaby inne ważne kulturalne cele, ale nadto przez takie zacieśnienie osłabiałaby swą siłę ekspansji. Inne, poza naukowo-przyrodniczym stojące cele ochrony, są dla ogółu daleko zrozumialsze i stanowią wdzięczniejszy materiał dla propagandy. Trzeba je sobie przypomnieć.

Przyroda jest dla nas wszystkich – dla wszystkich bez względu na zawód i stanowisko społeczne – wspólnym mieszkaniem, i to mieszkaniem, z którego wyprowadzić się nie można, chyba [że] na drugi świat. Oczywiście jest przeto w interesie wszystkich, aby to mieszkanie było jak najpiękniejsze i jak najmilsze. Jeżeli z tego nie wszyscy zdają sobie sprawę, to dla tego samego, dlaczego nawet w sferach materialnie uposażonych znajdujemy mieszkania niechlujne albo barbarzyńskie. Jest to brak kultury. A więc z szerzeniem się prawdziwej kultury duchowej powstaje poczucie potrzeby doskonalszej i szlachetniejszej kultury przedmiotowej, zatem wszystkiego, co nas otacza. I z tym uszlachetnieniem duchowym przychodzi poczucie, że w skład tej kultury przedmiotowej, która stanowi o obliczu ziemi, wchodzą nie tylko dzieła ręki ludzkiej, ale przede wszystkim wyższa ponad nie i nie zastąpiona niczym przyroda. Odróżnić w niej możemy dwie formy: przyrodę przeistoczoną przez pracę ludzką i przyrodę dziką, pierwotną. Obie te formy mają swoje idealne wartości i obie winny być pielęgnowane, sprawa jednak „ochrony przyrody” odnosi się przede wszystkim do tej drugiej. Ona posiada wartości idealne szczególne: oprócz wartości poznawczej, która dla dzisiejszego kulturalnego człowieka i poza sferą zawodowców nie jest obojętną, także szczególną wartość estetyczną i uczuciową, która właśnie przez kontrast ze wzmagającą się ciągle artyfikacją [„usztucznieniem”] życia nabiera ceny. W skład tego sentymentu wchodzi także uczucie umiłowania cech swojskich, zatem pewien rys tradycjonalizmu i nacjonalizmu, bez którego żadna w ogóle kultura nie ma fizjonomii [własnego oblicza] i podobną jest do fabrycznej tandety, tudzież – również z tym rysem związane – pragnienie zachowania historycznych lub choćby legendowych pamiątek.

Z takiego rozszerzenia zadań ochrony przyrody wynikają bardzo doniosłe następstwa: zmieniają się postulaty stawiane w tej dziedzinie ustawodawstwu, zmienia się charakter organizacji.

Co do ustawodawstwa ochronnego, to rysem jego zasadniczym jest wyjęcie z obiegu, względnie ograniczenie swobodnego rozporządzania rzeczami, które bez tego byłyby przedmiotem własności nieograniczonej, a to w imię „interesu publicznego”, z tymi rzeczami związanego. Z rozszerzeniem pojęcia ochrony, rozszerzają się granice tego interesu publicznego, a zatem i sfera ograniczeń. Ustawa musi przeto wyraźnie określić, jakie motywy ochrony uważa za złączone z interesem publicznym. Pod tym względem różne ustawodawstwa mają różny charakter, różne zajmując stanowisko wobec czterech motywów naczelnych, którymi są: motyw przyrodniczo-naukowy, estetyczny, pamiątkowo-historyczny, wreszcie wzgląd na charakter swoisty krajobrazu. W Prusach rozporządzenie ustanawiające Państwowy Urząd Ochrony Przyrody (z r. 1906) stoi na stanowisku naukowo-przyrodniczym i chce ochronić przede wszystkim te twory przyrody, które zachowały się tylko w resztkach i którym grozi zupełne wyginięcie; jest to ochrona „zabytków” przyrody. Życie jednak sprostowało tę jednostronność. Ochrona przyrody zostaje bowiem tutaj przeważnie w rękach towarzystw „ochrony swojszczyzny” (Heimatschutzvereine), które obok opieki nad cechami etnograficznymi pewnych okolic zajmują się zachowaniem wartości historyczno-pamiątkowych i estetycznych, a przede wszystkim zachowaniem swoistych cech krajobrazu. Ustawa francuska z r. 1906 nosi tytuł „prawa o ochronie pomników przyrody i okolic mających charakter artystyczny” i uwzględnia wyłącznie motyw estetyczny. Ustawa norweska z r. 1910 wymienia wszystkie motywy oprócz estetycznego; berneńska (z r. 1912) opuszcza motyw historyczny; heska (z roku 1902) i oldenburska (z r. 1911) uwzględniają wszystkie cztery motywy.

U nas pierwotne projekty rządowe stały na ciasnym stanowisku ochrony „zabytków” przyrody; pewien zwrot jednego z tych projektów wyrażał się nawet, że należy to chronić wśród wolnej przyrody, co się nie da schować w muzeum. Równocześnie jednak Ministerstwo Kultury i Sztuki podjęło inicjatywę ochrony krajobrazu z punktu widzenia estetycznego. Opinia rzeczoznawców wypowiedziała się wtedy w tym kierunku, że ustawa powinna być jedna i obejmować wszystkie motywy, zajmowanie się bowiem tym samym nieraz przedmiotem przez różne organa, z różnych punktów widzenia i na podstawie różnych przepisów prawnych, prowadziłoby do nieskończonych bałamuctw i zatruwałoby życie wszystkim działaczom, którzy woleliby się raczej od tego zamętu usunąć. Opinia ta ostatecznie zwyciężyła, a Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody w projekcie swych przepisów organizacyjnych wymienia jako przedmiot ochrony wszelkie twory przyrody, bądź pojedyncze, bądź ich zbiorowiska, a także całe krajobrazy i okolice, których zachowanie czy to ze względów przyrodniczo-naukowych, czy estetycznych, czy historyczno-pamiątkowych, czy ze względu na cechy swoiste – leży w interesie publicznym. /…/

Drugi wynik faktu, że postulat ochrony przyrody nie zamyka się wyłącznie w granicach interesu naukowo-przyrodniczego, jest jeszcze ważniejszy: dla sprawy pozyskuje się zainteresowanie szerokich warstw społecznych, można powiedzieć, że staje się ona „sprawą społeczną”. Z punktu widzenia przyrodnika jest to dlatego tak ważnym, że on postulaty swoje łatwiej urzeczywistnić może, związując je z tym szerokim prądem. Stawiam bowiem tezę, że żadne ustawodawstwo, żadna organizacja państwowa nie zdołają skutecznie spełnić zadań ochrony przyrody – bez oparcia się o szeroką podstawę społeczną. Od przejęcia się tym przekonaniem zależy, mym zdaniem, skuteczność wszelkiej pracy w dziedzinie ochrony przyrody. Ażeby udowodnić tę tezę, muszę naprzód ustalić pogląd na to, czym właściwie jest ustawodawstwo ochronne i na czym polegać może działalność państwa w tej dziedzinie.

Przed kimże to broni ustawa dany twór przyrody? Czy przed złodziejem i rabusiem lub przed szkodnikiem, którego czyn podpada pod przepis karny o złośliwym uszkodzeniu cudzej własności? Nie; do tego wystarczyłyby przepisy powszechnego prawa karnego lub przepisy karne innych ustaw, jak leśnej, rybackiej, łowieckiej, wodnej, o ochronie własności polnej itp. Co najwyżej można by tu podnieść szacunek wartości pewnych przedmiotów, jako szczególnie cennych, aby w ten sposób podnieść ich kwalifikację karną. Ale właściwe ustawodawstwo ochronne nie ma do czynienia z takimi tylko szkodnikami, zaczyna się ono dopiero tam, gdzie chodzi o ochronę danego przedmiotu przed jego prawnym właścicielem lub użytkownikiem. Własność jest prawem dowolnego rozrządzania rzeczą, jej użycia, przeistoczenia, zużycia i zniszczenia; ograniczenie właściciela w którymkolwiek z tych uprawnień jest częściowo odjęciem mu jego własności, jeżeli nie zupełnym to częściowym wywłaszczeniem.

Ograniczenie takie może być dwojakiego rodzaju: może to być ograniczenie przedmiotowego prawa własności, ścieśnienia niejako zakresu ustawowego pojęcia tego prawa, tak że z zakresu pojęcia własności wyłączone zostają pewne atrybuty, albo też może to być ograniczenie pewnego tylko podmiotowego, tj. indywidualnego prawa własności, którego źródłem jest w każdym wypadku specjalny akt prawny. Z reguły jest ten akt umową, gdyż właściciel tak jak może zbyć całą swą własność, tak też może zbyć albo jej część, albo poszczególny jej atrybut; w ten sposób powstaje np. służebność na rzeczy cudzej. Niekiedy jednak ma ten akt charakter jednostronny, zostaje on narzucony właścicielowi przez państwo; jest to naruszenie prawa własności. Ażeby ono było prawnie uzasadnione, muszą zaistnieć pewne szczególne warunki, określone w państwach cywilizowanych i praworządnych klauzulami konstytucyjnymi; w szczególności motywem musi być niewątpliwy i przeważający interes dobra publicznego, stwierdzony przez organ kompetentny i bezstronny, a nadto za odjęte prawo przysługiwałby właścicielowi odpowiedni ekwiwalent pieniężny. /…/

Prócz tego jednak samo faktyczne wykonanie ochrony, ażeby było skuteczne, musi szukać oparcia w społeczeństwie. Najlepszą żandarmerią są uświadomienie ogółu i opinia publiczna. Nie trzeba sądzić, że to jest cel zbyt odległy – na razie wystarczy bowiem założenie np. w gminie skromnego towarzystwa „przyjaciół drzew” lub coś podobnego, albo zainteresowanie choćby jednej osoby i powierzenie jej honorowej funkcji delegata itp.

Sprawa ochrony przyrody leżała zwykle w ręku stowarzyszeń; kiedy zajęło się nią państwo, pociągnęło ono do współdziałania również żywioły obywatelskie. Żywioł urzędniczy nie tylko nie wystarcza, ale z wielu względów do tej pracy się nie nadaje.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Najdalej w kierunku autonomii społecznej poszła była Bawaria; państwo zorganizowało tu tylko wydział centralny stowarzyszeń, który to wydział wzmocniło dodanymi urzędnikami. W nowszych czasach w podobnym kierunku poszła ustawa saska z 15 I 1934 r., która za organ centralny (odpowiadający naszej Radzie Ochrony Przyrody) uznała Saskie Krajowe Towarzystwo Ochrony Swojszczyzny. We Francji komisje departamentalne, utworzone na podstawie ustawy z 1906 r., składają się w większej części z żywiołów obywatelskich, więc z delegatów rad departamentalnych, z uczonych, artystów i literatów. W Prusach utworzono komitety prowincjonalne, do których wchodzą osoby powołane ze sfer obywatelskich, a w szczególności przewodniczący stowarzyszeń; centralny organ stanowi jednostka, uczony, profesor Conwentz. Periodyczne zjazdy reprezentantów stowarzyszeń i komitetów prowincjonalnych mają charakter informacyjny i dyskusyjny. Gdzie indziej, np. w Oldenburgu, doradczym organem rządu są konserwatorzy, instytucja podobna do znanych u nas konserwatorów zabytków sztuki; istnieją też rady kolegialne, tzw. rady pomników przyrody. Takie są rozmaite typy organizacji z udziałem żywiołu obywatelskiego. /…/

U nas przy tworzeniu pierwszej organizacji ustalono następujące zasady: Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody składa się z żywiołów obywatelskich, przeważnie uczonych przyrodników, ale także artystów i innych działaczy, tudzież z urzędników delegowanych przez poszczególne ministerstwa. W prezydium i w wydziale wykonawczym nie zasiadają wcale urzędnicy zawodowi. Z żywiołów obywatelskich, podobnie jak Komisja Główna, złożone są organy prowincjonalne: kuratoria ochrony przyrody. Tu rozszerza się jeszcze zakres udziału żywiołu obywatelskiego w radach kuratoryjnych, organie doradczym kuratoriów, do którego powoływane będą w szerokim zakresie osoby odpowiednio wykwalifikowane, rzeczoznawcy i działacze, między tymi zaś reprezentanci stowarzyszeń. W ten sposób inicjatywa i praca stowarzyszeń zostanie skoordynowaną i uzyska większą skuteczność, wchodząc w bezpośredni stosunek z organizacją państwową. Ale organizacja ta dalszymi jeszcze nićmi stara się wniknąć w społeczeństwo: na najbardziej nawet zapadłej prowincji, gdy tylko znajdzie osoby wykwalifikowane, mianuje „delegatów”, jako swych urzędowych reprezentantów, powierzając im funkcję przedstawiania sobie wniosków ochronnych, czuwania w porozumieniu z władzami administracyjnymi nad wziętymi w ochronę pomnikami przyrody, a nadto propagandy i inicjowania stowarzyszeń i wszelkiej samorzutnej akcji społecznej w dziedzinie ochrony przyrody. Prócz delegatów mianowani bywają jeszcze „korespondenci”, którzy nie mając charakteru urzędowego, pozostają z komisją lub kuratoriami w stosunkach jako informatorzy, a nabierając zainteresowania dla sprawy ochrony i zapoznając się z jej metodami, mogą się stać bardzo cennymi inicjatorami samorzutnej akcji społecznej w tej dziedzinie.

Przepisy organizujące Państwową Komisję Ochrony Przyrody nakazują jej zresztą inicjowanie stowarzyszeń, tudzież zachęcanie rozmaitych stowarzyszeń już istniejących (jak np. przyrodniczych, krajoznawczych, turystycznych, upiększania kraju etc.) do przyjęcia w zakres swych zadań także i ochrony przyrody. Towarzystwom takim mogą być powierzane delegacje PKOP, przez co akcja ich kierowana przez Komisję, zyskuje na wytrawności i konsolidacji. W ten to sposób organizacja ochrony przyrody wnika w społeczeństwo. /…/

Niezależnie od udziału społeczeństwa w akcji państwowej na polu ochrony przyrody, powstała w Polsce w r. 1928 społeczna organizacja ochrony przyrody pod nazwą Liga Ochrony Przyrody. Siedzibą Ligi jest Warszawa, koła i oddziały zakładane być mogą na obszarze całego państwa. Celem Ligi jest propaganda idei ochrony przyrody, gromadzenie funduszów na cele ochrony, organizowanie stowarzyszeń podejmujących zadania Ligi i współpraca w tym kierunku z innymi stowarzyszeniami, które poza tym mają cele specjalne (jako to towarzystwa krajoznawcze, leśne, rolnicze, łowieckie, rybackie, nauczycielskie, turystyczne itp.) oraz skupianie działalności tych stowarzyszeń i nadawanie jej wspólnego kierunku. Sądzę, że byłoby wskazane, aby do celów Ligi wciągniętą została oprócz ochrony przyrody, także ochrona swojszczyzny w szerszym znaczeniu, tak jak to ma miejsce u Heimatschutz niemieckich. W tym typie stowarzyszeń łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy. Pomijając wielką swoistą wartość, dla której winna być u nas zaszczepioną, z punktu widzenia ochrony przyrody jest ona kokoszą, która to jajko podłożone jej doskonale wygrzać potrafi. W Niemczech Heimatschutze są najsilniejszą ostoją idei ochrony przyrody.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Spopularyzowanie idei ochrony przyrody, a zwłaszcza spopularyzowanie jej w łączności z ochroną swojszczyzny, przynosi z sobą jeden skutek, z którym trzeba się liczyć. Jest nim wielkie rozszerzenie zakresu przedmiotów chronionych, nie tylko ze względu na ich kategorie, ale także ze względu na ich ważność, a więc i na ich ilość w obrębie kategorii poszczególnych. Występują przedmioty mające ważność tylko lokalną, różne niby „wielkości prowincjonalne”, drzewa uważane za olbrzymy tylko w Koziej Wólce, zwierzęta o kilkanaście mil dalej pospolite, głazy wzbudzające uśmiech politowania mieszkańca gór itp. Oczywiście państwowa organizacja ochrony przyrody nie ma żadnego powodu takimi osobliwościami się zajmować – z wyjątkiem gdyby była pytaną o opinię. Ale prądu tego rodzaju bynajmniej nie należy lekceważyć. Idzie on na rękę ochronie także prawdziwych i ważnych pomników przyrody; a oprócz tego ma też wartość swoistą. Każdy urządza sobie mieszkanie środkami na jakie go stać, a dobrze jest zawsze, jeśli robi co może i ubóstwem środków się nie zraża. Jest to sprawa odmiennej kategorii jak ochrona przyrody w ściślejszym tego słowa znaczeniu, sprawa która powinna być kierowaną raczej przez jakąś centralę towarzystw ochrony swojszczyzny, ale przecież dla celów ochrony przyrody nie obojętna. Podobny wypadek przedstawia sprawa tak zwanego upiększania okolic. Kiedy się o tym mówi, nie trzeba koniecznie mieć na myśli owych chińskich altanek stawianych na szczytach skał albo terakotowych gnomików wyzierających z paproci leśnych… Tego rodzaju wybryki głupoty i złego gustu, w których specjalistami są – a przynajmniej byli – zwłaszcza Niemcy, były powodem istnienia pewnego rodzaju stanu wojny pomiędzy ideą „upiększania” a ideą ochrony przyrody. W zapale walki padały zdania, że przyrody w ogóle upiększać nie można i trzeba ją zasadniczo pozostawiać taką jak jest. Takie hasło, bardzo trafne w odniesieniu do przyrody pierwotnej, zdaje się zupełnie zapominać, że większa część ziemi została zmieniona przez kulturę i sztukę ludzką. Czy jest jaki powód te zmiany, jeśli były kierowane niedbalstwem, nieświadomością, wyłącznie materialnymi względami lub złym gustem, uważać za nietykalne? Przeciwnie! Gdzie chodzi o przyrodę zartyfikowaną, sprawa jej ukształtowania, więc „upiększania”, jest sprawą bardzo dużego kulturalnego znaczenia. I jest to znowu odmienna kategoria od ochrony przyrody, ale i z tego prądu sprawa jej ochrony może i powinna korzystać. /…/ Dlatego nie leży żadna sprzeczność w zaleceniu nawiązywania stosunków pomiędzy organizacją ochrony przyrody a towarzystwami „upiększania kraju”; należy je przeciwnie wprost nakłaniać do przyjęcia w statuty swoje wyraźnie także zasady ochrony przyrody.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Idea ochrony przyrody może więc, jak widzimy, przybierać różne modyfikacje i wsiąkać różnymi strumieniami w społeczeństwo. Ma ona związek z bardzo żywotnymi interesami tego społeczeństwa. Nie może być uważaną za jakąś ezoteryczną ideę pielęgnowaną w zamkniętych konwentyklach, bo wtedy minęłaby się ze swoim powołaniem, tak jak etyka, gdyby chciała być pielęgnowaną tylko w kołach specjalnych etyków. W ogóle idea ochrony przyrody ma z etyką dużo podobieństwa… Nie jest to gałąź wiedzy albo rzecz zawodu, ale jest to norma postępowania, która powinna być normą ogólną. Jest ona do norm etycznych jeszcze w tym podobną, że rozszerza pojęcie obowiązku i odpowiedzialności, tudzież uczucie solidarności i miłości, także poza sferę stosunków z ludźmi, na całe – jak to nazywał Mickiewicz – „królestwo nieme”. Tylko kierownictwo należy tu do specjalistów, działanie – do wszystkich. Każde zamiłowanie, każde uzdolnienie, może tu (zwłaszcza w organizacjach ochrony swojszczyzny) znaleźć dla siebie odpowiednie pole. Na pierwszy plan wysuwa się więc na razie sprawa inicjatywy i propagandy, celem zaszczepienia idei ochrony przyrody w szerokie masy społeczeństwa, tej idei, która tyloma nićmi związana jest z kulturą ogólną i obywatelską.

Hugo Pfendsack, ilustracja do publikacji „Jak może…”

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt III, 1922. Następnie wersję nieco zmienioną przez autora zamieszczono w „O lice ziemi. Wybór pism Jana Gwalberta Pawlikowskiego”, wydawnictwo Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Skład główny – Kasa im. Mianowskiego, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, dokonując skrótów i poprawiając pisownię wedle obecnych reguł.

Żydzi i Polacy bez nacjonalizmów

Żydzi i Polacy bez nacjonalizmów

Żydzi w Rynku Żydowskim, Szydłowiec 1914 r. Fotografie do tego artykułu drukujemy dzięki uprzejmości Urzędu Miasta Szydłowca.

Żydzi nie posiadają własnego terytorium, gdyż – nie mówiąc już o krajach zachodnich – nawet tam, gdzie siedzą w zwartej masie, stanowią mniejszości rozproszone na obszarze rdzennej ludności danych krajów. Nie ma też obecnie jednego ogólnożydowskiego języka. Żydzi zachodnioeuropejscy posługują się językami miejscowymi. Żydzi na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej – o ile chodzi o masy – mówią żargonem niemieckim [tj. jidysz – przyp. red. „Obywatela”], na Bałkanach Żydzi miejscowi mówią żargonem hiszpańskim, w Azji i Afryce rozmaitymi miejscowymi narzeczami. Nawet tam, gdzie masy używają żargonu, klasy wykształcone posługują się językiem większości krajowej. I sam żargon przy zetknięciu się z językiem niemieckim upodabnia doń się bardzo szybko. Co się zaś tyczy języka hebrajskiego, to nie jest on już dzisiaj mową żywą, tylko tym samym, co łacina – językiem martwym, językiem ksiąg liturgicznych, kleru, nauki judaistycznej i w nieznacznej stosunkowo mierze językiem narodowym, pomijając już to, że znany jest prawie wyłącznie mężczyznom.

Brak terytorium i w znacznej mierze języka uszczuplił zakres funkcji narodowych żydostwa, umiejscawiając je w sferze religijnej. Nie ma polskiej, niemieckiej, francuskiej, angielskiej religii – i Polak, Niemiec, Francuz, Anglik, może zmieniać wyznanie zupełnie dowolnie, nie zatracając narodowości, gdy u Żydów zmiana wyznania niemal zawsze oznacza zupełne zerwanie z żydostwem. Najwymowniejszy to dowód, że Żydzi są grupą wyznaniową i że pozbawieni podstawowych cech narodowości – terytorium i języka – tworzą odrębną całość tylko dzięki przynależności do wspólnego wyznania.

Skutkiem zasadniczej odrębności wyznania żydowskiego, Żydzi znajdują się w tym zupełnie wyjątkowym położeniu, że nie mogą nikogo zasymilować, nawet tam, gdzie stanowią większość. Natomiast asymilacja Żydów z ich otoczeniem, pomimo najróżnorodniejszych przeszkód, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych, rozwijać się musi z tej prostej przyczyny, że Żydzi stanowią mniejszość – i to coraz mniejszą – z jednej strony skutkiem emigracji, z drugiej zaś z powodu wzrostu warstw chrześcijańskich tych kategorii, do których należą Żydzi.

Asymiluje się tylko mniejszość i tylko z większością należącą do tej samej klasy społecznej […]. Chłopi zlewają się z otaczającą ich masą chłopską odmiennej narodowości, większość robotnicza pochłania obconarodową mniejszość robotniczą, ogół ziemiaństwa albo burżuazji pochłania i przetrawia dostające się do jego sfery jednostki i całe grupy ziemiańskie i burżuazyjne. Asymilacja Żydów postępuje tą samą drogą. Asymiluje się burżuazja, inteligencja i klasa robotnicza.

Największą przeszkodą asymilowania się Żydów jest – zwłaszcza tam, gdzie mieszkają w zwartych masach – to, co stanowi w gruncie rzeczy istotę Żydów: ich wyznanie. Natomiast inne cechy żydostwa – ekonomiczne i psychiczne – ułatwiają jego asymilację.

U każdego narodu normalnego obok szowinistycznego nacjonalizmu może istnieć i patriotyzm – uczucie zupełnie normalne, szlachetne, wyrastające z całokształtu stosunków danego kraju w jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. U Żydów patriotyzm jest niemożliwy, o ile chodzi o patriotyzm żydowski. Ludzie pochodzenia żydowskiego mogą być płomiennymi patriotami francuskimi, niemieckimi, polskimi, węgierskimi, tylko Żyd-patriota żydowski jest najzupełniejszą anomalią. Brak mu bowiem tego pierwotnego podłoża patriotyzmu – owej patrii, ojczyzny, gdyż jego ojczyzną faktyczną od szeregu pokoleń nie jest ziemia żydowska.

Utraciwszy własną żydowską ojczyznę w Palestynie, Żyd był tułaczem dopóki nie począł się asymilować z mieszkańcami tych ziem, na których osiadł na stałe. Żyd niezasymilowany może w dalszym ciągu być tułaczem, dla którego obojętne są losy kraju jego czasowego pobytu. Ale w miarę asymilowania się, bodaj najpowierzchowniejszego, najbardziej niezupełnego, poczyna zrastać się z ojczyzną przybraną, nie tylko z jej teraźniejszością, ale i przyszłością i przeszłością.

Sztuczne hamowanie tego procesu, przeciwstawianie patriotyzmowi miejscowemu, patriotyzmowi większości mieszkańców kraju – jakiegoś innego patriotyzmu, nie wyrastającego naturalnie z podłoża całokształtu warunków krajowych, jest dążnością nie tylko reakcyjną, ale najzupełniej jałową.

Taką jałową dążnością jest chęć zastąpienia realnej, terytorialnej ojczyzny, jaką posiada każdy naród, przez fikcję autonomii eksterytorialnej, łączącej wszystkie grupy i jednostki żydowskie w rozproszeniu za pomocą eksterytorialnych, ogólnopaństwowych (jeśli już nie międzypaństwowych) instytucji narodowo-żydowskich.

Ażeby owa eksterytorialna autonomia ogarniała całokształt interesów żydowskich, musiałaby się opierać na odrębności Żydów – nie tylko wyznaniowej i po części językowej, ale i ekonomicznej. Tymczasem, o ile życie wyznaniowe Żydów wyodrębnia się jaskrawo ze stosunków otoczenia nieżydowskiego, o tyle ekonomiczne życie żydowskie jest organiczną częścią ogólnokrajowej gospodarki społecznej, życia ekonomicznego większości mieszkańców kraju.

Ekonomika tak ściśle związana jest z terytorium, że nie da się odeń oderwać w żaden sposób i czynność ekonomiczna poszczególnych odłamów żydostwa zahacza o życie chrześcijańskiej większości kraju co chwila.

Rozwój stosunków nowoczesnych w dobie kapitalizmu rozbija coraz bardziej żydostwo i sprzęga każdy jego odłam z odpowiednim odłamem większości mieszkańców kraju. Żydowska burżuazja żyje z pracy tej samej masy, co i chrześcijańska. Nie ma bowiem fabryk, których produkcja byłaby obliczona wyłącznie na odbiorców-Żydów. Fabrykant żydowski zatrudnia w olbrzymiej większości wypadków robotników-chrześcijan. Chrześcijanie zaopatrują się w potrzebne dla nich towary u kupców żydowskich. Sklepikarz żydowski liczy na tę samą klientelę, co jego chrześcijański konkurent. Żyd i chrześcijanin korzystają z tych samych [środków] komunikacji – kolei, poczt, telegrafów, telefonów, muszą płacić takież same cła i podatki ogólnopaństwowe czy krajowe, ulegają tym samym koniunkturom handlowym i przemysłowym itd. W takich warunkach nawet ściśle oświatowe sprawy żydostwa nie dadzą się zupełnie wyodrębnić (że wspomnę tu chociażby tylko o wykształceniu zawodowym), nie mówiąc już o wszystkim, co ma jakąkolwiek styczność z życiem gospodarczym. […]

Nawet sprowadzona do szczupłych granic ściśle kulturalnych, obejmujących sprawy wyznania, szkolnictwa i filantropii, autonomia eksterytorialna nie da się zupełnie konsekwentnie zastosować wobec organicznego uzależnienia życia żydowskiego od warunków danego terytorium i życia większości jego mieszkańców. […] Wszystko to wskazuje na zupełną jałowość a la longue [na dłuższą metę] dążności żydowsko-nacjonalistycznych, stających w poprzek normalnemu rozwojowi tak samego żydostwa, jak i otaczających je narodów. I na ziemiach dawnej Polski, tak samo jak na Zachodzie, proces asymilacyjny musi się rozwijać i rozwija się z nieubłaganą koniecznością, jakkolwiek tu, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, spotyka się z nadzwyczajnymi trudnościami.

Pierwszą z nich jest ogromna liczebność żywiołu żydowskiego, skutkiem czego zmniejszanie się jego stosunku procentowego do ogółu ludności odbywa się powoli, jakkolwiek nieustannie. Drugą jest skrępowanie polskości i jej wpływów asymilacyjnych skutkiem wtłoczenia jej w formy obcej państwowości. […] Zakazywanie słowników żydowsko-polskich, podręczników języka polskiego w żargonie przed rokiem 1905, obecnie zaś niedopuszczanie Żydów do nauki polskiego w szkołach – oto środki przeciwdziałania polonizacji ze strony rządu rosyjskiego. Są one jednak drobnostką wobec powodowania przez tenże rząd masowej imigracji Żydów spoza Królestwa – tzw. litwaków – na teren tego ostatniego.

Napływ fali litwackiej do Królestwa pociągnął za sobą skutki nadzwyczaj doniosłe. Przede wszystkim wzmógł on liczebność miejscowej ludności żydowskiej, następnie wpłynął na nią ideowo w kierunku nacjonalistycznym, przy czym ten nacjonalizm żydowski zaszczepiany był w formie rosyjskiej. Wywołało to zjawisko nowe w życiu Żydów Królestwa Polskiego – szerzenie się wpływów centralistyczno-rosyjskich w przebraniu nacjonalistyczno-żydowskim, co naturalnie musiało pogłębiać przepaść między Polakami a Żydami, nawet stojącymi na analogicznym stanowisku klasowym, i do pewnego stopnia wpłynąć hamująco na żywiołowy proces asymilacyjny.

Nacjonalizm żydowski bezwarunkowo przyczynił się do zatamowania asymilacji i zaognienia kwestii wzajemnych stosunków obydwu odłamów ludności Królestwa Polskiego. Polskie żywioły nacjonalistyczne wyzyskały bardzo sprytnie nacjonalizm żydowski dla wzniecenia ruchu skierowanego już nie tylko przeciwko „litwakom”, lecz i przeciwko Żydom w ogóle […] Bojkot zwrócił się zrazu przeciwko „litwakom” i nacjonalistom żydowskim, ale rozszerzył się szybko na ogół żydowski i dał się przede wszystkim we znaki Żydom zasymilowanym, Żydom-Polakom.

Jakie będą ekonomiczne skutki obecnego bojkotu, dziś powiedzieć nie możemy. Być może, że w pewnej mierze przyspieszy on wzmaganie się polskiego handlu, zwłaszcza na prowincji. Ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bardzo dużo przedsiębiorstw, wywołanych agitacją bojkotową, nie zaś obiektywnymi potrzebami życia ekonomicznego, nie wytrzyma konkurencji i upadnie. Przedwczesnym byłoby już dziś układać bilans zysków i strat ekonomicznych spowodowanych bojkotem. Natomiast inne, mianowicie polityczne skutki akcji bojkotowej już obecnie dadzą się dokładnie obliczyć.

Dziennik szkolny klasy III b Szkoły Powszechnej w Szydłowcu na rok szkolny 1937/1938
z nazwiskami rodziców żydowskich uczniów (ze zbiorów Sławy Lorenc-Hanusz)

Pierwszym jest czasowe powstrzymanie normalnego procesu asymilacyjnego, a przynajmniej znaczne jego zahamowanie. Bojkot, zwracający się przeciwko ogółowi żydowskiemu, odpycha od społeczeństwa polskiego żywioły zasymilowane, każe im odczuwać solidarność ogólnożydowską i w ten sposób wzmacnia nacjonalizm żydowski.

Następnie, bojkot wzmocnił siły reakcyjno-ugodowe w społeczeństwie polskim, stawiając na nogi bankrutującą z kretesem Dmowszczyznę i skupiając pod jej kierownictwem całe zastępy, nic z nią wspólnego dotychczas nie mające.

Dalej – utrwalił pozycję rządu rosyjskiego, i to z dwóch stron. Zwolennicy bojkotu uciekają się do pomocy rządowej w swych zakusach antysemickich, jak ograniczenie procentowe Żydów w Towarzystwie Kredytowym Warszawskim, jak wysiedlanie ich ze wsi w Lubelskiem itd. Żydzi, broniąc się przed bojkotem, uciekają się pod obronę policji i władz rządowych, manifestując swoją lojalność.

Heca bojkotowa zaciążyła ogromnie na całym życiu społeczeństwa w zaborze rosyjskim w chwilach tak doniosłych jak doba zaostrzenia się sytuacji międzynarodowej. Szał bojkotowy, wzniecony przez Dmowskiego i jego popleczników po wyborze Jagiełły [Eugeniusz Jagiełło – poseł PPS-Lewica do rosyjskiej IV Dumy, wybrany m.in. dzięki poparciu żydowskich środowisk mieszczańskich jako konkurent kandydata endeckiego – przyp. red. „Obywatela”], odwrócił uwagę społeczeństwa od wszystkich najbardziej palących zagadnień politycznych i skierował ją na jeden punkt – zwalczanie Żydów. Wszystko to dostatecznie wskazuje na szkodliwość bojkotu ze stanowiska polskiego i zwalnia nas od gromadzenia dalszych zarzutów przeciwko niemu – jako zgoła zbytecznych. […]

Bojkot oznacza wtargnięcie pierwiastka sztucznej agitacji do żywiołowego procesu ekonomiczno-społecznego. Wskutek swej sztuczności zamąca on bieg normalny tego procesu, powoduje jego zboczenie i w rezultacie hamuje go, wypacza i zabagnia, szerząc dezorientację w społeczeństwie, narzucając mu metody postępowania wypływające z zupełnie fałszywych przesłanek.

Oto np. wysuwa się bojkot jako rodzaj samoobrony przemysłu i handlu chrześcijańskiego, skazanego niemal na zagładę w razie nieistnienia bojkotu. W rzeczywistości jednak hasło bojkotu, szerzone w Królestwie, nie jest wynikiem słabości przemysłu i handlu chrześcijańskiego, ale raczej jego siły. Bojkot jest jednym ze środków walki rosnącego w potęgę konkurenta, który dąży do bezwzględnej przewagi i pognębienia przeciwnika, grając na pewnych instynktach ogółu.

Niestety, nie posiadamy statystyki wyznaniowej przemysłowców i kupców w Królestwie, ale, wnosząc z głosów zwolenników bojkotu, można by przypuszczać, że przedsiębiorczość żydowska niemal zmonopolizowała tam wszystkie gałęzie wytwórczości i wymiany i że chrześcijanie stawiają na polu handlu i przemysłu dopiero pierwsze kroki, pod ustawiczną groźbą całkowitego wyparcia przez Żydów.

Tymczasem obraz wzajemnego ustosunkowania się przemysłu i handlu chrześcijańskiego z jednej, a żydowskiego z drugiej strony, zestawiony niedawno przez „Tygodnik Ilustrowany” na podstawie „dość biegłej znajomości stosunków” i „brzmienia nazwisk właścicieli firm”, pokazuje nam zgoła co innego. A przecież „Tygodnik Ilustrowany” bynajmniej pismem filosemickim nie jest, co się zaś tyczy opierania się na brzmieniu nazwisk, to – wobec olbrzymiej liczby przemysłowców i kupców chrześcijan o nazwiskach niemieckich – łatwiej zaliczyć chrześcijanina w poczet Żydów niż popaść w błąd przeciwny. Jakżeż się przedstawia wynik badań „Tygodnika Ilustrowanego”?

Oto w dziedzinie przemysłu Królestwa przewagę liczebną posiadają nie Żydzi, lecz chrześcijanie. Żydów-właścicieli przedsiębiorstw jest 4210, chrześcijan 6775, czyli, innymi słowy, Żydzi posiadają w swych rękach tylko 39% ogólnej liczby przedsiębiorstw przemysłowych.

Jeśli przyjrzymy się poszczególnym gałęziom wytwórczości przemysłowej, to zobaczymy, że tylko w trzech działach – przemysłu zwierzęcego (garbarnie, sortownie szczeciny, fabryki szczotek), papierniczo-graficznego (papiernie, fabryki celulozy, introligatornie, fabryki tutek, drukarnie, litografie itp.) i konfekcyjnego – właściciele-Żydzi przeważają. W pierwszym właścicieli-chrześcijan jest 96, Żydów 185; w drugim – chrześcijan 309, Żydów 359, w trzecim chrześcijan 999, Żydów 1045. Jak widzimy, i tu mowy nie ma ani o „monopolu” żydowskim, ani o rozpaczliwym położeniu chrześcijan. Nawet w tych najbardziej „żydowskich” gałęziach przemysłu liczba przedsiębiorstw chrześcijańskich waha się między 1/3 a 1/2, zbliżając się raczej do tej ostatniej.

Należy jednak wziąć i to pod uwagę, że fabryki w tych właśnie działach nie należą do większych. Natomiast jeśli przejdziemy do tych gałęzi przemysłu, które odznaczają się wielkimi rozmiarami fabryk, to zobaczymy, że rola w nich Żydów jest dość skromna.

Tylko w przemyśle włókienniczym właściciele-Żydzi prawie dorównują właścicielom-chrześcijanom (640 wobec 645), ale dość przypomnieć, że taki kolos, jak zakłady żyrardowskie, że takie olbrzymie przedsiębiorstwa jak fabryki Scheiblerowskie w Łodzi, Peltzerów w Częstochowie, Schönów, Dietlów itp. w Zagłębiu są fabrykami „chrześcijańskimi”, aby zrozumieć, że i tu przygniatająca przewaga jest po stronie chrześcijan.

Weźmy teraz górnictwo i hutnictwo: właścicieli-chrześcijan 300, Żydów – 51, a więc sześć razy mniej. Przemysł metalowy: chrześcijan 1216, Żydów 339 – prawie cztery razy mniej. Przemysł mineralny (cement, gips, wapno, cegielnie itd.): chrześcijan 367, Żydów 156, tj. przeszło dwa razy mniej. Nawet w takich gałęziach przemysłu, jak drzewny lub spożywczy, przewaga chrześcijan jest ogromna. W dziedzinie przedsiębiorstw i biur technicznych zakładów chrześcijańskich jest osiem razy więcej niż żydowskich.

Zwróćmy się teraz do handlu. Tu należałoby się spodziewać bezwzględnej przewagi Żydów na każdym polu. Tymczasem i tu łatwowiernych wrogów „monopolu żydowskiego” musi spotkać szereg niespodzianek. Przede wszystkim nie ma zgoła żadnych zmonopolizowanych przez Żydów gałęzi handlu. Nawet w dziale przedsiębiorstw transportowych i ekspedycyjnych obok 123 żydowskich istnieje już 29 chrześcijańskich. Wśród domów agenturowych i handlowych – żydowskich jest 199, chrześcijańskich 52. Na 180 handlów papierniczych i księgarskich – żydowskich jest 103, chrześcijańskich 77. W dziale tak „żydowskim” jak manufaktura i galanteria (odzież, futra, bielizna, kapelusze, czapki, obuwie, przybory podróżne, galanteria skórzana) obok 2797 firm żydowskich widzimy 1613 chrześcijańskich. W dziale artykułów do użytku przemysłu i gospodarstwa, firm chrześcijańskich jest 696, żydowskich 857. Ale na tym dziale już się kończy przewaga żydowska. Artykułami chemiczno-kosmetycznymi handluje 519 chrześcijan obok 220 Żydów, artykułami spożywczymi 1071 chrześcijan wobec 917 Żydów. Z przedsiębiorstw finansowych 503 należy do chrześcijan, 140 do Żydów.

Cyfry te wskazują na coś zupełnie przeciwnego temu, co głoszą propagatorzy bojkotu, posługujący się z reguły argumentami albo demagogicznymi, albo z gruntu fałszywymi.

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych fałszów jest zdawkowe tłumaczenie gwałtownego ubytku ludności żydowskiej w Poznańskiem akcją bojkotową społeczeństwa polskiego. Nie bojkot ludności polskiej usuwa Żydów z Poznańskiego (jak zresztą z całego zaboru pruskiego), ale możność znalezienia łatwiejszego i wyższego zarobku w takich wielkich centrach handlowo-przemysłowych, jak Berlin, Frankfurt, Wrocław itd. Wypieranie, jeślibyśmy nawet użyli tego terminu, Żydów zaboru pruskiego w kierunku zachodnim odbywało się zupełnie bezboleśnie w drodze takiegoż samego procesu żywiołowego, jak emigracja z tegoż Poznańskiego i z tych samych Prus Zachodnich Niemców – na stałe, i Polaków – przeważnie na czas pewien. Proces ten nie miał nic wspólnego z akcją bojkotową, był bowiem wynikiem naturalnego rozwoju ekonomicznego kraju, takiego samego rozwoju, jaki odbywa się żywiołowo i w Królestwie, powodując rosnącą emigrację Żydów, tendencyjnie ukrywaną przez antysemitów dla tym większego powodzenia agitacji za pomocą straszaka „zżydzenia” kraju. […]

Żydzi, mieszkańcy Szydłowca, 1936 r.

Czy bojkot trwać będzie, czy też upadnie, emigracja żydowska z Królestwa musi wzrastać, tak samo jak rośnie we wszystkich innych dzielnicach dawnej Rzeczypospolitej skutkiem „przesycenia” kraju żywiołem żydowskim. Położenie mas żydowskich u nas jest analogiczne do położenia proletariatu rolnego. Obydwa te żywioły muszą szukać ratunku przed śmiercią głodową na emigracji, ponieważ w kraju dostatecznego zarobku znaleźć nie mogą. Skutkiem ruchu emigracyjnego – na razie na zachód, głównie do Ameryki, z czasem zaś i na wschód – stale będzie się obniżał stosunek procentowy ludności żydowskiej do ogółu mieszkańców Królestwa, aby kiedyś dojść do normy zachodniogalicyjskiej, później zaś i poznańskiej. […] Im zaś liczniejszą jest emigracja ludności żydowskiej, tym bardziej zmniejsza się zwartość żywiołu żydowskiego pozostającego w kraju, tym słabszym staje się jego opór na żywiołowe oddziaływanie otoczenia – na asymilację.

Oczywiście, w warunkach niewoli politycznej i niedorozwoju ekonomicznego asymilacja spotyka się z przeszkodami, o których już mówiliśmy, i może być ogromnie powolna. W warunkach normalnych jest ona natomiast daleko szybsza. Ponieważ zaś osiągnięcie normalnych warunków politycznego, ekonomicznego i kulturalnego rozwoju każdego kraju musi być celem i zadaniem jego ludności bez różnicy pochodzenia, przeto, walcząc o zdobycie tych warunków normalnych w postaci niepodległości na zewnątrz a wszechstronnego wzmocnienia zasobów ekonomicznych i kulturalnych wewnątrz kraju, żywioły niepodległościowe torują drogę asymilacji tej części Żydów, która na stałe pozostaje w kraju.

Uznawszy asymilację za jedyne wyjście dla Żydów, musimy zwalczać antysemityzm jako objaw tę asymilację utrudniający, wzmacniający natomiast nacjonalizm żydowski.

Heca antysemicka nigdy jeszcze nie przyczyniła się do usunięcia kwestii żydowskiej. Przeciwnie, zaogniała ona stosunki wzajemne, pogłębiała antagonizmy, utrwalała odrębność Żydów, wzmacniała ich spoistość wewnętrzną i w ten sposób hamowała rozwój żywiołowej asymilacji, stawała w poprzek temu naturalnemu procesowi.

Żadna heca antysemicka nie zapobiegła wzrostowi żydostwa tam, gdzie było to uwarunkowane stosunkami naturalnymi. Przecież nigdzie chyba (mam na myśli Europę) antysemityzm nie osiągnął takiego rozwoju, jak w swoim czasie w Wiedniu. A jednak, pomimo zupełnego triumfu antysemityzmu w stolicy Austrii, pomimo że partia antysemicka opanowała ją w zupełności, napływ Żydów do Wiednia rósł i rośnie – i nic temu nie jest w stanie zapobiec, jak nie jest w stanie zapobiec szybkiej asymilacji żydowskich przybyszów z Galicji z Niemcami wiedeńskimi.

Zwalczając antysemityzm, musimy jednak zdawać sobie dokładnie sprawę, kiedy mamy do czynienia z antysemityzmem właściwym, kiedy zaś ze zjawiskami ogłaszanymi za objawy antysemityzmu przez nacjonalistów żydowskich. Nie uznamy tedy za zjawisko szkodliwe kooperatywy [spółdzielni], chociażby ta zrujnowała dziesiątki sklepikarzy żydowskich, tak samo jak nie zaprzestaniemy tworzyć kooperatyw tam, gdzie są one ciosem dla sklepikarzy-chrześcijan. Bo uznajemy kooperatyzm za zjawisko dodatnie i pożądane ze stanowiska interesów całego kraju i ogółu ludności. Nie będziemy traktowali wrogo powstawania sklepów i handlów prowadzonych przez chrześcijan dlatego, że konkurencja ich może zaszkodzić handlowi żydowskiemu. Nie będziemy uważali za zbrodniarzy tych przemysłowców-chrześcijan, którzy pragną wtargnąć w dziedziny stanowiące do pewnego stopnia monopol handlu żydowskiego. Bo są to objawy żywiołowych procesów ekonomicznych, nie dających się ani rozpętać, ani zahamować przez jakieś sympatie albo antypatie.

Te kooperatywy i sklepy chrześcijańskie, które powstają nie z potrzeb naturalnych ludności i kraju, lecz ze sztucznej agitacji, nie dadzą się utrzymać i poupadają. Te zaś przedsiębiorstwa, które mogą mieć zdrowe podstawy, i bez agitacji bojkotowej zjawiłyby się wcześniej czy później, bo są wynikiem potrzeb naturalnych.

Żadna, najbardziej namiętna agitacja bojkotowa nie potrafiła la longue zmuszać konsumenta do płacenia drożej za gorszy towar, jeśli może on otrzymać lepszy taniej. Gdzie rozwijający się handel chrześcijański nie dorówna żydowskiemu jakościowo, skazany jest na zagładę pomimo rozpaczy antysemitów. Gdzie zaś zdoła mu dorównać i przewyższyć go swymi cechami dodatnimi, tam żadne skargi nacjonalistów żydowskich nie pomogą.

***

Reasumując wszystko, cośmy dotychczas powiedzieli, dochodzimy do następujących wniosków:

1. Swoistość i odrębność kwestii żydowskiej na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej spowodowana została zahamowaniem przez carat rosyjski normalnego rozwoju politycznego, ekonomicznego i narodowego tych dzielnic.

2. Pomimo uniemożliwienia przez carat swobodnego rozpraszania się żywiołu żydowskiego po olbrzymich przestworach europejskiego wschodu i po ośrodkach azjatyckich Rosji, oraz pomimo zatamowania przez najazd rozwoju narodowego ludności krajów, w których mieszkają Żydzi polsko-litewsko-białorusko-ukraińscy, asymilacja tych Żydów jest procesem odbywającym się żywiołowo i nie dającym się cofnąć.

3. Utrudniają ten proces: zacofanie ustroju politycznego Rosji, reakcyjny antysemityzm społeczeństwa i nacjonalizm żydowski, będący wypływem niezdrowych stosunków panujących pod caratem.

Z tego wypływa praktyczne zadanie, polegające na walce z całokształtem warunków nadających kwestii żydowskiej u nas cechy swoiste, a z caratem przede wszystkim. Wyjarzmienie wszystkich uciskanych przez carat ludów i krajów i zapewnienie im normalnych warunków rozwoju przyniesie w rezultacie i ziemiom dawnej Rzeczypospolitej rozwiązanie kwestii żydowskiej według tych zasad, które w czyn wcieliła Europa Zachodnia.

Minimalny program polityki polskiej we wschodniej Galicji i na tzw. Kresach

Minimalny program polityki polskiej we wschodniej Galicji i na tzw. Kresach

CC PD Granica w Brodach (obecnie Ukraina) pomiędzy Austro-Węgrami
i Rosją w 1905 r, pocztówka. Źródło: www.wikipedia.org

[…] Obecną […] granicę, ustanowioną traktatem ryskim, należy traktować jako zjawisko trwałe. Stąd jasny wniosek, że musimy skończyć z prowizorium na Kresach, przestać je traktować jakby tereny okupowane, musimy wypracować program naszej polityki na Kresach.

Założeniem tego programu powinno być dążenie, żeby Kresy te na zawsze związać z państwowością polską, uczynić z nich integralną część.

Uczynić to można tylko na tej drodze, że ludność Kresów dobrowolnie duchowo zespoli się z państwowością polską, poczuje się obywatelami polskimi z własnej woli i przekonania.

Innej drogi nie ma, każda inna droga prowadzi do tego stanu rzeczy, którego jesteśmy obecnie świadkami. Aby tak się stało, trzeba mieć na myśli następujące dwa postulaty: 1) aby ludność Kresów nie ciążyła do Rosji ani sowieckiej, ani żadnej innej; 2) aby powstanie w przyszłości państwa ukraińskiego i białoruskiego na ziemiach dziś podbitych przez Rosję, a co może odbyć się tylko w drodze rewolucyjnej, a więc strasznego wstrząsu państwowością rosyjską, nie wywołało eo ipso wstrząsu i na Kresach w Polsce. Innymi słowy, aby tak radosny i pożądany dla Polski fakt powstania niepodległej Ukrainy i Białorusi nie spowodował wewnętrznego załamania się w życiu państwa polskiego w momencie wymagającym od niego wielkiej czujności, a kto wie, czy i nie wydatnej pomocy powstającym do nowego życia narodom. Trzeba, aby polityka nasza na Kresach uczyniła z tej prowincji dla nas w tym momencie punkt oparcia w naszej czynnej polityce na wschodzie Europy, nie zaś kulę u nogi, która nas obezwładni i uczyni z nas w najlepszym wypadku bezsilnego, biernego widza rozgrywających się wypadków w Kijowie, Charkowie i Mińsku.

Jaki więc program winniśmy stosować, aby tego dopiąć?

Najprostszym, zdawałoby się, sposobem byłoby spolonizowanie Kresów pod względem narodowym. Tą drogą chciała iść Narodowa Demokracja i niemądra, będąca pod jej zgubnymi wpływami, biurokracja polska. Rezultaty dziś wszyscy widzimy.

Zarówno Ukraińcy, jak i Białorusini zamieszkali w Polsce dostatecznie udowodnili, że nie są już tym biernym materiałem etnicznym, z którym każdy może robić, co chce.

Trzeba więc iść drogą zaspokojenia potrzeb mniejszości narodowych w Polsce.

Otóż polskie stronnictwa lewicowe mają wyraźny program w stosunku do Kresów, to znaczy dążą do nadania im szerokiej autonomii terytorialnej.

Program ten z jednej strony zaspokaja potrzeby kulturalne i narodowe mniejszości narodowych, daje im to samo maksimum, które może dać Rosja, a więc na tej drodze da się szybko usunąć ciążenie ku temu państwu. Z drugiej strony trzeba liczyć się z tym, że na istotną politykę autonomii będzie Rosji znacznie trudniej zdecydować się aniżeli Polsce, bo tam ta autonomia wobec wzajemnego ustosunkowania sił łatwo przekształci się w federację, w której Rosji trudno będzie utrzymać przodujące stanowisko. Dlatego też należy liczyć się z tym, że nadanie autonomii Kresom uczyni z nich punkt oparcia dla tych wszystkich patriotów ukraińskich i białoruskich, którzy będą dążyć do niepodległości swych krajów. W ten sposób Kresy mogą stać się złotym mostem zgody i braterskiego współżycia narodów polskiego, ukraińskiego i białoruskiego.

Musimy przyjąć jako aksjomat, że Ukraina i Białoruś będą ciążyć ku Polsce, jak pomimo wszystko ciążą ku niej państwa bałtyckie.

To są te ogólne postulaty, którymi winniśmy kierować się przy rozpatrywaniu zagadnienia Kresów. […] W stosunku do zagadnienia wschodniej Galicji demokracji polskiej stawiane są dwa pytania: po pierwsze, dlaczego nie zgadzamy się na żądanie ukraińskich nacjonalistów, tj. na niepodległość wschodniej Małopolski, pomimo że istotnie Ukraińcy mają absolutną większość w tym kraju; po drugie, dlaczego nie zgadzamy się na to, by ze wschodniej Małopolski i Wołynia uczynić jedną prowincję autonomiczną.

Na te dwie kwestie trzeba dać zdecydowaną odpowiedź.

Otóż wschodnia Małopolska bez wątpienia co do swego terytorium, liczby ludności, życia ekonomicznego, bogactw naturalnych, położenia między Rosją, Polską, Czechosłowacją i Rumunią ma obiektywnie wszystkie dane, aby być małym samodzielnym państewkiem.

Jeśli jednak wypowiadamy się przeciwko niepodległości wschodniej Małopolski, to ze względu na jej wewnętrzne stosunki narodowościowe.

Kraj ten od 600 lat związany jest z Polską, tamtejsza ludność polska z pełnym prawem uważa siebie za współgospodarza, gdyż jest ludnością, która dała tej ziemi jej kulturę i bogactwa ekonomiczne, stanowiąc przodujący czynnik w każdej dziedzinie życia.

Otóż ta mniejszość, stanowiąca blisko 40% ogółu ludności, jest o tyle silna nie tylko liczbą, ale swoją kulturą i pozycją ekonomiczną, że wbrew niej rządzić tym krajem nie można. Każda próba oderwania tej ziemi od Polski spotka się ze zbrojnym powstaniem miejscowej ludności, co siłą rzeczy pociągnie za sobą materialną i moralną pomoc ze strony całego narodu polskiego, który nie może pozostawać obojętny na los swych współbraci.

Najlepszym tego przykładem – tragiczne bratobójcze walki o Lwów w 1918 roku. Jeśli dodamy do tego, że Żydzi, z którymi Polacy stanowią we wschodniej Małopolsce blisko 50%, są z wielu względów za jednością tego kraju z Polską – czego dowodem chociażby posłowie żydowscy z tamtejszych kręgów, którzy w Kole Żydowskim stanowią najbardziej państwowo myślący element i bynajmniej nie występują jako zastępcy ludności ukraińskiej – to widzimy, że połowa prawie ludności wschodniej Galicji, i to silniejsza swoją kulturą i siłą ekonomiczną, przeciwna jest wyraźnie jakiejkolwiek niepodległości wschodniej Małopolski. Otóż wbrew połowie ludności danego kraju, która ma poza tym „plecy” w reszcie ludności państwa, uzyskać, a tym bardziej utrzymać niepodległość nie sposób.

Z tych samych względów nie można łączyć wschodniej Mało­polski z Wołyniem, gdyż ogólną swoją fizjonomią, poziomem swej kultury, interesami ekonomicznymi, wreszcie historyczną przeszłoś­cią wschodnia Małopolska bliższa jest reszcie obecnej Polski aniżeli Wołyniowi.

CC PD Dniestr w Bakocie. Źródło: wikipedia.org

I dlatego dziś nie ma innego wyjścia jak szeroka autonomia wschodniej Małopolski z własnym sejmem i rządem.

Poziom kulturalny, uświadomienie narodowe, wyrobienie poli­tyczne ludności ukraińskiej we wschodniej Małopolsce jest do­statecznie wysokie, by autonomia mogła i powinna być tam nie­zwłocznie wprowadzona w życie. […]

Na dziś więc zadaniem rządu winno być działanie w tym kierunku, aby przyczyniać się swoją mądrą tolerancyjną polityką do coraz to większego uspokojenia kraju. Rząd musi zmienić administ­rację, musi pousuwać różnych kacyków, zaprzestać represji i szykan. Ludność ukraińska musi jako minimum mieć te same prawa i przy­wileje w dziedzinie szkolnictwa, administracji i sądownictwa, jakie miała za czasów austriackich. Muszą poza tym możliwie szybko odbyć się na podstawie demokratycznej ordynacji wybory do gmin, sejmików i rad miejskich, które wciągną ludność ukraińską do spokojnej pracy samorządowej, której jest ona dziś pozbawiona zarówno z powodu przestarzałej, arcyniedemokratycznej ordynacji wyborów, jak i z tej racji, że wybory nie odbywały się tam już 15 lat. Samorządy ze sprawiedliwą ordynacją wyborczą będą tym pierwszym etapem nowej wspólnej pracy obu powaśnionych narodów.

Nieuniknione tarcia niech tu przede wszystkim wyładują się, bo praca samorządowa to ma do siebie, że powoli różnice polityczne narodowe będą ustępować miejsca wspólnym interesom ekonomicznym całej ludności, które przede wszystkim stanowią zakres działalności ciał samorządowych. Nieuzasadniony jest strach przed majoryzacją w samorządach mniejszości polskiej przez większość ukraińską, gdyż należyte i konsekwentne przeprowadzenie zasady proporcjonalności przy wyborach do wszystkich ciał samorządowych i kwalifikowanej większości przy ważniejszych uchwałach zabezpieczy tej mniejszości należyty udział w pracy. […]

Druga sprawa, która walnie przyczyni się do pacyfikacji umysłów tamtejszej ludności ukraińskiej, to uniwersytet ukraiński.

Nigdzie, w żadnej dziedzinie pomoc dana narodowi tak się nie opłaca, jak w dziedzinie nauki. Wzbudza ona bowiem pomimo wszystko uczucie wdzięczności wśród najlepszej części każdego narodu, to znaczy tych, którzy uczą i uczą się. Sprawa uniwersytetu ukraińskiego to sprawa honoru naszego państwa. Daliśmy przyrzeczenie całej Europie i musimy dotrzymać. Tym bardziej, że Ukraińcom całkowicie i słusznie uniwersytet ten się należy. Sekretem poliszynela jest tajny uniwersytet ukraiński we Lwowie. I to, że Ukraińcy na taki uniwersytet zdobyli się, i to, że państwo polskie musi ten uniwersytet de facto tolerować, świadczy, jak czujemy, że słuszność w tej sprawie jest nie po stronie państwa polskiego. Nie załatwiamy tej sprawy tylko dlatego, że mamy krzykliwą a głupią Narodową Demokrację. […]

Przeprowadzenie tego programu minimum dziś we wschodniej Małopolsce oczyści atmosferę, wniesie uspokojenie, które pozwoli autonomię przeprowadzić nie w drodze gwałtów i namiętnych walk politycznych, ale w drodze mądrej ugody, której będą błogosławić cienie twórców unii w Horodle i Lublinie. […]

Sytuacja na Kresach jest zgoła inna aniżeli we wschodniej Małopolsce, bo to kraj mało rozwinięty pod względem ekonomicznym, z ludnością nie tylko zupełnie niewyrobioną politycznie, ale w ogóle mało kulturalną, w ogromnej większości złożoną z analfabetów, często nie uświadomioną narodowo.

W takich warunkach mówić o natychmiastowym wprowadzeniu autonomii to rzucać pusty frazes.

Wcześniej czy później przyjdzie potrzeba autonomii – i pod tym kątem widzenia trzeba tam prowadzić pracę – ale trzeba pod nią przygotować grunt. Bo w stosunku do Kresów mamy dwie drogi: albo trzymać je nadal w ciemnocie i upośledzeniu, oddając rządy w ręce niedołężnych i tępych starostów i policjantów – a wówczas ten kraj stanie się rajem dla bandytów i agitatorów bolszewickich – albo pójść drogą zrozumienia i wypełniania narodowych interesów ludności, co w konsekwencji doprowadzi do autonomii.

Do bandytyzmu, obrabowywania wojewodów już doszliśmy. Widzimy, dokąd ta droga prowadzi. Więc wkraczamy nieśmiało na inną. […]

Pierwszym krokiem w tym kierunku są tzw. ustawy językowe w administracji, samorządzie, sądownictwie i szkolnictwie.

Otóż jeśli chodzi o te ustawy, to poza ustawą o szkolnictwie są one na ogół ustawami dobrymi.

Wprowadzone uczciwie w życie, stanowić będą fundament należytego wychowania ludności Kresów na lojalnych wobec państwa a świadomych swej narodowości, swych praw i obowiązków obywateli.

Jak wiadomo, ustawa o języku w administracji i samorządach przewiduje prawo obywatela zwracania się w języku ukraińskim i białoruskim do każdego urzędu I i II instancji wschodnich województw i w tym języku żądania odpowiedzi.

Język ukraiński lub białoruski może być językiem obrad i korespondencji w ciałach samorządowych, gdzie ta ludność stanowi większość.

Tak samo w sądach, u sędziów śledczych strony, świadkowie i adwokaci mogą przemawiać po ukraińsku i białorusku, składać podania i skargi, żądać aktu oskarżenia, wyroków i uchwał sądów w tych językach. Notariaty obowiązane są sporządzać akty prawne w języku macierzystym stron.

Jak widzimy, na zasadzie tych ustaw języki ukraiński i białoruski zyskują równouprawnienie z językiem polskim.

Nie trzeba dowodzić, jak fakt ten z jednej strony wzmocni zaufanie ludności ukraińskiej i białoruskiej do sądów i urzędów, jak z drugiej strony podniesie poczucie godności wśród tej ludności, a wreszcie zmusi administrację naszą do traktowania z większym szacunkiem tę ludność i jej mowę.

Ustawa o szkolnictwie przez przyjęcie zasady utrakwistycznej [dwujęzyczności] daje szerokie pole do nadużyć w kierunku gnębienia szkolnictwa ukraińskiego i białoruskiego i może w rezultacie doprowadzić do zwinięcia już istniejących szkół na rzecz dwujęzycznych, które wątpliwą jest rzeczą, czy spełnią należycie swoje zadanie.

Z drugiej strony szkolnictwo dla Ukraińców i Białorusinów to nie tylko szkoły, ale i ogniska szerzenia i pogłębienia własnej kultury. Otóż tego nie da nauczyciel Polak dobrze władający językiem ukraińskim i dobrze uczący dzieci tego języka.

Trzeba tu było iść inną drogą. Tak jak do szkół ukraińskich i białoruskich wprowadzona jest obowiązkowa nauka języka pol­skiego, tak do szkół polskich trzeba było wprowadzić naukę języka ukraińskiego albo białoruskiego w szkołach wyższego typu, dążąc do tego, aby nauczycielami tych języków i ich literatury byli Ukraińcy, względnie Białorusini.

Tak czy inaczej ustawa ta jest eksperymentem, którego rezultaty szybko będą widoczne.

Ale oto przychodzi etap drugi – realizowania tych ustaw. […] Jakaż [jest] istotna droga realizacji? Oto przede wszystkim kategoryczny i bezwzględny nakaz, aby wszyscy urzędnicy I i II instancji na terenach objętych tymi ustawami nauczyli się, przypuśćmy, w ciągu roku, języka ukraińskiego, względnie białoruskiego.

Są to języki tak pokrewne polskiemu, że nauka ta będzie wymagać nie tyle pracy, ile dobrej woli. A jej, zdaje się, najmniej ma nasza administracja na Kresach w stosunku do miejscowej ludności. Sam fakt wydania takiego rozporządzenia wywoła dodatnie i silne wrażenie wśród zainteresowanej ludności.

Po drugie, musimy powoli i stopniowo przyjmować do administracji i do innych urzędów państwowych inteligencję ukraińską i białoruską.

Trzeba dobierać takich ludzi, którzy, raz złożywszy przysięgę na wierność Rzeczypospolitej, istotnie będą jej lojalnymi urzędnikami, a udział tych ludzi w administracji ogromnie wzmocni do niej zaufanie miejscowej ludności.

I na pewno będą oni lepsi, aniżeli ci wszyscy policjanci i urzędnicy wysyłani tam z Polski w drodze kary dyscyplinarnej, bo niestety nie ideowi urzędnicy, z własnej woli idący na Kresy, lecz ci wysyłani tam za karę lub wręcz wypędzeni z urzędów wewnątrz kraju, stanowią większość polskiej administracji na Kresach.

Po trzecie, musimy na Kresach możliwie szybko wprowadzić istotny uczciwy samorząd bez żadnych mianowań burmistrzów i wójtów, dobierania sejmików według widzimisię starostów.

Samorząd musi tam być oparty na tych samych zasadach wyborczych, co i w reszcie Polski, a więc bez żadnych kurii i sztucznych ograniczeń ludności miejscowej i z tym samym zakresem działania.

Nie ulega wątpliwości, że demokratyczna i sprawiedliwa ordynacja wyborcza odda samorząd na Kresach w ręce ludności niepolskiej. Nie ma co tego bać się. Będzie to najlepszym polem ujścia dla energii miejscowej inteligencji białoruskiej i ukraińskiej. Wszędzie w Polsce, a specjalnie na Kresach, samorządy będą miały olbrzymie pole do roboty.

Samorządy będą tą szkołą dla Kresów, w której jej ludność wykaże, jak szybko będzie mogła otrzymać autonomię.

Zapewne nie można zgodzić się z tym, aby samorządy zrobiły się terenem antypaństwowej politycznej działalności agentów sowieckich. Dlatego na Kresach winny być zastrzeżone administracji szerokie prawa kontroli, aż do zatwierdzania burmistrzów i zawieszania uchwał magistratów i rad, sprzecznych z interesami państwa.

Lepsza dla obu stron życzliwa kontrola nad istotnym samorządem aniżeli wypaczony samorząd, ale za to rzekomo niezależny od administracji. Natomiast samorząd wojewódzki winien mieć szersze i większe kompetencje aniżeli samorząd wojewódzki w etnograficznej Polsce.

Takie minimum reform musi być dokonane w dziedzinie administracji, sądownictwa i samorządu.

Przychodzi sprawa szkolnictwa.

Przede wszystkim winna być zwrócona uwaga na seminaria nauczycielskie. Tu przede wszystkim winien być dokonany eksperyment utrakwistyczny. Ale takie dwujęzyczne seminarium (tzn. z językiem wykładowym polskim i ukraińskim, względnie polskim i białoruskim), zasadniczo pożądane, może dać dodatni rezultat tylko wówczas, gdy faktyczne jego kierownictwo będzie oddane w ręce elementów ukraińskich, względnie białoruskich.

Tylko w takim seminarium uczniowie Polacy przejmą się zrozumieniem i sympatią dla ruchu ukraińskiego, względnie białoruskiego.

Natomiast z otwieraniem utrakwistycznych szkół, a tym bardziej z przekształceniem już istniejących ukraińskich, względnie białoruskich, na dwujęzyczne, należy zaczekać, aż nie wyjdą nauczyciele z utrakwistycznych seminariów.

Tymczasem trzeba istniejące szkoły prywatne ukraińskie i białoruskie upaństwowić i iść na spotkanie ludności białoruskiej i ukraińskiej w zakładaniu ich własnych szkół, utrakwistyczne zaś wprowadzać tylko tam, gdzie obie strony tego pragną, co może częścią zdarzać się w powiatach białoruskich.

Należy iść na spotkanie w zakładaniu państwowych średnich szkół białoruskich i ukraińskich, które państwo winno otoczyć specjalną troską i życzliwością, aby panowała w tych szkołach atmosfera przychylna dla Polski.

Wreszcie muszą być uznane matury prywatnych szkół średnich białoruskich i ukraińskich, uczniom tych szkół winny być szeroko otwarte drzwi do wszystkich wyższych zakładów w Polsce.

Aby jednak zamknąć koło potrzeb szkolnictwa białoruskiego i ukraińskiego, to należy na uniwersytecie w Wilnie utworzyć katedry języka, szkolnictwa i kultury białoruskiej z językiem białoruskim jako wykładowym, poza tym w tym samym Wilnie białoruski instytut pedagogiczny o szerokim zakresie naukowym, gdzie mogłaby odbywać się praca w tej najważniejszej obecnie dziedzinie życia narodu białoruskiego.

Na Wołyniu zaś, w Łucku lub Krzemieńcu, należy założyć wyższą akademię rolniczo-handlową ze specjalnym uwzględnieniem ruchu spółdzielczego we wszystkich jego formach, tak silnego na ogół na Wołyniu. Akademia ta mogłaby nosić charakter utrakwistyczny, to znaczy, że profesorami i uczniami byliby Ukraińcy i Polacy i wykłady byłyby prowadzone w obu językach, zależnie od narodowości danego profesora. Akademia tak pojęta odegrałaby ogromną rolę w podniesieniu ekonomicznym i kulturalnym Wołynia, a z drugiej strony dałaby zastępy inteligencji zarówno ukraińskiej, jak i polskiej, związanej węzłami przyjaźni.

Wykonanie tych postulatów na długie lata zaspokoiłoby potrzeby w dziedzinie szkolnictwa ludności białoruskiej i ukraińskiej. Pozostaje jeszcze jedna dziedzina życia duchowego tych narodów – mianowicie religie.

To dziedzina najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna. Musimy Cerkiew prawosławną w Polsce upaństwowić, musimy oderwać ją od faktycznej zależności od Rosji. Zależność ta jest dziś kanoniczna, bo uznaje patriarchę w Moskwie i faktycznie przez to, że ogromna większość duchowieństwa to Rosjanie i to w stylu czarnosecinnym.

Otóż Cerkiew prawosławną w Polsce uczynimy państwową polską, jeśli konsekwentnie przeprowadzimy na Wołyniu jej rutenizację, na Białorusi – białorutenizację. A możemy to uczynić tylko w tej drodze, że założymy większą ilość prawosławnych seminariów duchownych, prowadzonych nie tylko w języku, ale i w duchu ukraińskim, względnie białoruskim.

Te młode zastępy duchowieństwa, wychowane w innych warunkach, w seminariach o wysokim poziomie naukowym, zapoznane z językiem, literaturą i kulturą polską, będą stanowić coraz to silniejszą przeciwwagę staremu duchowieństwu. Z tych względów z uznaniem trzeba powitać projekt założenia wydziału teologicznego przy Uniwersytecie Warszawskim.

Z drugiej strony duchowieństwo prawosławne musi być dobrze uposażone, należycie respektowane przez władze państwowe i wręcz bronione przed gwałtami zachłannego i nieprzytomnego w swym fanatyzmie kleru katolickiego.

To jest program minimum w dziedzinie kulturalno-narodowej w stosunku do mniejszości ukraińskiej i białoruskiej w Polsce.

Ale cały ten program najskrupulatniej nawet wykonany na nic, jeśli nie będzie wykonany program minimum w dziedzinie ekonomicznej.

Kresy są gospodarczo zaniedbane. […] jeśli chcemy Kresy naprawdę jednoczyć z Polską, to musimy przez długie lata wielkie robić tam wkłady inwestycyjne. Musimy budować drogi, szosy, koleje, kolejki, szpitale, szkoły, urzędy gminne, suszyć błota, regulować rzeki, budować kanały itd. – wówczas dopiero ten kraj zacznie podnosić się gospodarczo, a co za tym idzie i dobrobyt ludności, a tym samym i przywiązanie jej do państwa będzie w miarę postępów tej pracy wzrastać. To na dłuższą metę. Ale głupi ten gospodarz, który otrzymawszy zdewastowany majątek, bez żadnych wkładów chce mieć z niego od razu złotą żyłę.

To jedno. Ale jest drugie zadanie ekonomiczne, które musi być niezwłocznie dokonane, to przeprowadzenie reformy rolnej na Kresach. Jeśli we wschodniej Galicji trzeba do tej sprawy podejść ostrożnie, aby nie wywołać na nowo odruchu nienawiści wśród ludności wiejskiej polskiej i ukraińskiej, to na Kresach reforma rolna musi niezwłocznie i radykalnie być przeprowadzona. […]

Rzecz naturalna, że reforma rolna przede wszystkim winna zaspokoić interes miejscowej ludności, a dopiero pozostała ziemia może iść na potrzeby ludności z Polski, zwłaszcza ta, którą rząd przez odpowiednie melioracje uczyni zdatną do uprawy.

Powtarzam, reforma rolna na Kresach to początek i nieodwołalny warunek istotnego ich zespolenia z resztą Polski.

Zapewne to operacja bolesna dla polskich ziemian na Kresach. Ale trudno i darmo – państwo musi wybierać między niezadowoleniem kilku milionów ludności, a względnym zadowoleniem (bo czy urodził się taki polski ziemianin, który byłby zadowolony z polskich rządów?) kilku tysięcy polskich ziemian.

Bez natychmiastowej reformy rolnej na Kresach wszystko inne to bieganie do Łucka i Nowogródka z dziecinną konewką po wodę, aby gasić pożar, coraz większe zataczający tam rozmiary.

***

Taki jest, według mnie, program minimum, który winien być niezwłocznie wykonany z całą energią i stanowczością.

Zapewne nie zadowoli on ukraińskich i białoruskich nacjonalistów, a wściekłość wywoła wśród polskich.

Ale każdy, kto trzeźwo patrzy na rzeczywistość, kto chce naprawdę budować państwo, kto chce, aby mniejszość białoruska i ukraińska w Polsce zaczęła żyć wolnym i pełnym życiem – ten musi przyznać, że ten program, który naszkicowałem, winien wszystkich pogodzić, gdyż każdy rząd polski bez wywoływania głębszych różnic w społeczeństwie polskim może go wykonywać, a każdy działacz ukraiński i białoruski, nic nie roniąc ze swych zasadniczych postulatów i nie wchodząc w żaden kompromis ze swoją godnością narodową może go przyjąć jako program na dziś.

A o to tylko mi chodziło.

Przemówienie w sprawie ustaw językowych

Wysoki Sejmie!

Zanim przystąpimy do rozpatrywania i głosowania ustaw zgłoszonych przez Rząd i obejmujących niektóre postanowienia w sprawie mniejszości narodowych, słusznym będzie, ażebyśmy przypomnieli sobie sposób, w jaki ustawy te powstały – sposób i moment.

Pan prezes Rządu w pierwszym przemówieniu swoim wygłoszonym w Sejmie zaznaczył, że podejmuje się jedynie sanacji Skarbu i że wszelkie inne zadania, bodajby nawet najbardziej pilne i najbardziej potrzebne w Polsce, pozostawia swoim następcom. Jednak siła i logika wypadków, niewątpliwie niezadowalający stan tych rzeczy w Polsce, zmusiły go do tego, że już w kilka miesięcy potem złożył publiczne oświadczenie, iż uważa za swój bezpośredni obowiązek przystąpić do unormowania tych rzeczy w drodze ustawodawczej, bodajby w najskromniejszym zakresie. W tym celu zwołano dwa dość liczne zgromadzenia osób zaszczyconych zaufaniem prezesa Rządu, które wypowiedziały swoją opinię i które zresztą rozeszły się bez pozostawienia jakichkolwiek konkretnych śladów.

Do pomocy Rządowi celem opracowania ustawy powołana została w następstwie tzw. Komisja Czterech, której skład znany jest Panom z wielokrotnych wzmianek w pismach. Komisja ta nie reprezentowała żadnego stronnictwa, żadnej grupy politycznej; zasiadali w niej obywatele przemawiający jedynie we własnym imieniu, reprezentujący jedynie własne poglądy. Z samego faktu, że w Komisji Czterech zasiadali ludzie należący do wręcz przeciwnych sobie obozów, reprezentujących wręcz przeciwstawne sobie poglądy na sprawę mniejszości, wynika i wynikać musiało, że w sprawie tej zawarty zostanie pewien kompromis, że kompromis ten, nie naruszający niczyich szerszych poglądów, nie rozwiązujący całości zagadnienia, nie przekreślający i nie odwołujący niczego, pokusi się o realne ujęcie tego zagadnienia, jakim jest język urzędowania władz państwowych w Polsce i używanie własnego języka w urzędach przez mniejszości narodowe.

Byłoby znacznie lepiej, gdyby czy to w pierwszych, liczniejszych naradach, czy to później w Komisji Czterech, zasiadali także i przedstawiciele stron zainteresowanych, przedstawiciele mniejszości narodowych. Co do mnie osobiście, gdybym był na miejscu p. premiera, wolałbym tą drogą dojść do pewnego porozumienia i osiągnięcia takiego minimum, jakie jest możliwe do osiągnięcia; jednakże brak przedstawicieli mniejszości w Komisjach Czterech nie zwalniał, jak sądzę, obywateli Polaków od wzięcia w niej udziału, od ciężkiego obowiązku dojścia do jakiegokolwiek wspólnego poglądu na palącą sprawę kresów. Podkreślam ten obowiązek nie dlatego, żebym się w ogóle entuzjazmował zasadą jedności narodowej, przed którą musiałaby ustąpić raz na zawsze rozbieżność zdań, ale dlatego, że w tej sprawie i w tym momencie, jak sądzę, słusznym będzie zupełnie, aby pogląd, który dziś zostanie uchwalony, był poglądem całej polskiej części naszego Państwa.

A teraz jeżeli chodzi o same ustawy, to zanim przystąpimy do szczegółowego ich czytania, słusznie będzie zastanowić się nad ich wartością, nad ich zakresem i nad możliwością ich wykonania.

Niewątpliwie ustawy te nie dają wszystkiego, niewątpliwie ustawy te nie obejmują całokształtu zagadnienia. Zostało to uczynione świadomie, nie dlatego, żeby zaprzeczyć samemu istnieniu całokształtu zagadnienia, ale powtarzam jeszcze raz, dlatego, aby zacząć od rzeczy najłatwiejszych, aby zacząć od rzeczy, co do których będzie możliwe osiągnięcie wspólnego poglądu, aby zacząć od rzeczy, które mogą być w życie wprowadzone.

Ustawy te, rzecz prosta, nie obejmują całokształtu zagadnienia przede wszystkim co do tych czy innych aspiracji mniejszości narodowych. Nie jako członek Komisji, ale jako obywatel Państwa, jako poseł Sejmu, jako reprezentant pewnego kierunku politycznego, rozumiem, że aspiracje te mogą iść znacznie dalej, aniżeli określają to ustawy, aniżeli określić to jest w stanie większość i całość Sejmu polskiego. Gotów też jestem w dążeniu do zrealizowania tych aspiracji towarzyszyć mniejszościom narodowym bardzo daleko, tak daleko, jak daleko pozwala na to interes Państwa Polskiego jako całości, jak pozwala na to bezsporna dla mnie zasada nienaruszalności jego granic, zasada uznania tego, co jest w danej chwili tworem skończonym, który na rzecz żadnej teorii, żadnego programu nie może być ćwiartowany. Jeżeli ktoś poza tym w duszy swej żywi aspiracje dalej idące, aspiracje co do samookreślenia się całkowitego, co do utworzenia własnego państwa, to jako człowiek mogę uznać te aspiracje, uznać ich słuszność i podstawy, lecz jako Polak musiałbym stwierdzić, że w obecnej chwili Polska, odcinając od siebie żywe kawałki organizmu państwowego, nie zaspokoiłaby nawet niczyich dążeń narodowościowych, lecz tylko interesy państw sąsiednich, i że skorośmy zeszli z zasady granic z 1772 r., to nie mamy nie tylko żadnego powodu, ale nawet żadnej możności godzić w podstawy tych granic, w jakich się dziś znajdujemy.

Oczywiście aspiracje narodowościowe mogą się także i co do wielu innych rzeczy posuwać znacznie dalej aniżeli ustawy. Niekiedy są to rzeczy pozornie drobne, a jednak wywołujące niesłychanie ostry spór i czyniące wrażenie pewnej zniewagi. Taka jest np. sprawa nazwy narodu. Mój osobisty pogląd jest, że naród każdy powinien nadawać sobie nazwę sam, bez niczyich wpływów, a zwłaszcza bez niczyjego nacisku. Dlatego też ilekroć tu w Sejmie przemawiałem, nazywałem Ukraińców Ukraińcami, tak jak oni siebie nazywają, tak jak brzmi nazwa ich klubu urzędowo w Sejmie naszym.

Ubolewałem bardzo, że co do tego punktu kompromis nie doprowadził tak daleko, jak powinien był doprowadzić i użyto innej nazwy, która zresztą jest nazwą i historyczną i odwieczną, użyto nazwy „ruski”, która, mam wrażenie, nikogo nie obraża, ale być może i nikogo nie zadowala. Związany uchwałami Komisji Czterech, związany poglądem moim co do konieczności pewnego kompromisu w tej sprawie, niewątpliwie głosować będę tak, jak mi to nakazuje umowa, ale to nie sprzeciwia się wcale mojemu wewnętrznemu przekonaniu, że w tym kierunku należałoby i można byłoby iść dalej.

Nie zadowalają mnie też te ustawy co do terytorium objętego przez nie. Przyznaję, że stojąc na stanowisku czysto teoretycznym, na stanowisku zasadniczym, można było iść dalej w uwzględnieniu praw mniejszości narodowych i praw poszczególnych obywateli wszędzie tam, gdzie się oni znajdują, niezależnie od tego, czy się znajdują na terenie tego województwa, czy innego. Ja osobiście nie widzę żadnej przeszkody, ażeby dzieci niemieckie czy ukraińskie uczyły się w swoim języku nawet wówczas, kiedy zamieszkują województwo krakowskie, nie tylko lubelskie. Jednak wracając znowu do twardego i praktycznego życia, zaznaczyć muszę, że nie udało się granicy tej posunąć poza granice trzech województw małopolskich i czterech województw północno-wschodnich. Myślę, że to wszystko, co Sejm uchwalić raczy, może być tylko początkowym rozwiązaniem zagadnienia niesłychanie drażliwego, skomplikowanego, a zarazem niesłychanie dla Polski ważnego, zagadnienia, od którego zależy nie tylko jej zdrowy rozwój, jej rozkwit, ale być może i życie.

Sądzę, że w tym rozumieniu ustawy, które w imieniu komisji przedkładam Wysokiemu Sejmowi, nie tylko nie są rzeczami najważniejszymi, ale są może najmniej ważnymi. Istotą rzeczy jest sprawa stosunku narodowości niepolskich, zamieszkujących Państwo nasze, do administracji naszej i odwrotnie – administracji naszej do mniejszości narodowych, stosunku, jak wiadomo, bardzo niepoprawnego obustronnie, niezadowalającego nie tylko żadnej mniejszości, ale żadnego Polaka w Polsce. Członkowie najrozmaitszych stronnictw i rządów już z tej wysokiej trybuny stwierdzili, że stosunki administracyjne, zwłaszcza na naszych kresach, są gorzej niż złe, że wymagają szybkiej i gruntownej sanacji i że bez uzdrowienia tych stosunków o żadnej istotnej poprawie, o żadnym rozwiązaniu zagadnienia mniejszości narodowych w Polsce nie może być mowy.

Niewątpliwie nie możemy o tym zapominać uchwalając ustawę językową, stwierdzić jednak wolno, że nie można zrobić od razu wszystkiego. Komisja, która odbyła 15 czy 18 posiedzeń, załatwiła w każdym razie taką rzecz, na którą, powiedzmy sobie, Austria potrzebowała 60 lat i której w drodze ustawy nie załatwiła aż do samej śmierci. Myślę, że nadejdzie w najbliższej przyszłości czas, gdy od zagadnień językowych trzeba będzie przejść do uzdrowienia administracji na tych czy innych podstawach i następnie do usunięcia skarg każdej ludności zamieszkującej kresy. Sądzę także, że rzeczą może jeszcze ważniejszą jest kwestia dobrobytu materialnego mniejszości narodowych, jest kwestia tego zupełnie słusznego żądania, aby w stosunku do ich dobytku, w stosunku do ich dobrobytu Państwo Polskie traktowało ich na równi z każdym innym obywatelem, jeżeli nie lepiej. Powiadam: „jeżeli nie lepiej” – ze względu na zniszczenia wojenne, którym oni podlegli i ze względu na to, że tamte części Polski w kulturze materialnej są cofnięte bardziej w tył, niż części Polski środkowej i zachodniej. Myślę, że rozwiązując zagadnienie dobrobytu materialnego, Rząd obecny czy przyszły nie będzie mógł także pominąć kwestii ziemi, która niewątpliwie jest jedną z najbardziej palących i co do której istotnie do tej pory stosunek nasz był nie tylko nieuregulowany, ale i niewłaściwy. Istnieją w tej sprawie, jak wiadomo, dwa poglądy krańcowo sprzeczne i jak osobiście mniemam, krańcowo szkodliwe. Jeden z nich nakazuje odsunięcie wyłącznie od dobrodziejstw reformy rolnej całej ludności niepolskiej, drugi usiłuje zarezerwować te ziemie tylko dla ludności polskiej [tak w oryginale, prawdopodobnie błąd w zapisie stenograficznym – przyp. „Obywatela”]. Nie będę się wdawał w szczegółowy rozbiór tego zagadnienia, bo to nie należy do tematu. Muszę jednak stwierdzić, że w tej sprawie, jak we wszystkich innych, moim skromnym zdaniem, rozwiązanie powinno iść po linii środkowej, powinno się pamiętać nie tylko o straszliwie zabójczym dla Państwa przeludnieniu rolniczym części środkowych i zachodnich Polski, ale przede wszystkim również powinno się pamiętać o potrzebach i sprawach ludności osiadłej od wieków na miejscu. Usunięcie jej zupełnie od ziemi byłoby rzeczą, która by na pewno nie odbyła się bez zatargów, doprowadzających do czynów dla Polski zabójczych.

Całe te trzy ustawy, które Wysoki Rząd przedkłada dziś Sejmowi, które powstały z dorady i przy współpracy Komisji Czterech, przesiąknięte są jedną ideą zasadniczą, ideą takiego współżycia narodowości w Państwie Polskim, przy którym nikt nie czułby się pokrzywdzonym, nikt nie czułby się niewolnikiem ani pasierbem, lecz każdy czułby się równouprawnionym obywatelem. Jeszcze raz stwierdzam, że te ustawy niewątpliwie nie dają całokształtu zagadnienia i nie pozwalają nikomu dzisiaj stwierdzić, że musi być z tego stanu rzeczy zadowolony. Ale też te ustawy nie wymagają żadnego z niczyjej strony pokwitowania. Jeżeli Państwo Polskie, jeżeli Sejm i Rząd polski występują z pewnymi ustawami i chcą je wprowadzić w życie, to nie pod czyimkolwiek naciskiem, nie dla zadowolenia czyichkolwiek poglądów, nie dlatego, że taki a nie inny jest pogląd Ligi Narodów czy Towarzystwa Przyjaciół Ligi Narodów, lecz tylko dlatego, że taki jest interes Państwa Polskiego.

Panowie twierdzą [zwracając się do mniejszości narodowych], tak twierdzili przynajmniej Panowie na komisji i w prasie, że pośpiech, z jakim ustawy są tu uchwalane, świadczy, iż są one uchwalane na eksport, dla zagranicy. Śmiem zaznaczyć, że to, czego żąda od nas w tej sprawie zagranica, to, czego żąda od nas pakt dodatkowy do Traktatu Wersalskiego, daje znacznie mniej niż te skromne trzy ustawy, te trzy kompromisowe ustawy, które dziś przedkładamy Sejmowi. I dlatego gdyby ktoś chciał tylko zadowolić Ligę Narodów, to mógłby się powstrzymać nawet w tej krótkiej drodze znacznie bliżej. Wobec tego wydaje mi się, że wszelkie posądzenia narodu polskiego o to, że ustawy te są wyłącznie dla zagranicy robione, są jedynie dowodem głębokiego zadrażnienia stosunków pomiędzy nami, pewnej podejrzliwości, która w tym wypadku na niczym nie jest oparta. Traktat o mniejszościach leżał u nas wprawdzie na stole, nie mieliśmy jednak potrzeby ani obowiązku do niego zaglądać, sprawdziliśmy tylko w pewnym momencie, czy istotnie wykonaliśmy to, czego od nas wymagał, i stwierdziliśmy z zadowoleniem, że dajemy znacznie więcej niż to jest naszym obowiązkiem prawnym, jeżeli już na tym punkcie stać mamy.

Czy ustawy te będą wykonane? Zaprzecza się temu. Sądzę, że i tu daje się może zbyt wielki posłuch swojej pobudliwości, swojej nieufności, może nieraz uzasadnionej praktyką życiową, ale zwracam uwagę, niezbyt pożytecznej. Nie wiem, jak i kiedy te ustawy będą wykonane, wiem natomiast, że zanim jakiekolwiek prawo będzie wykonane, trzeba mieć przede wszystkim zasadę, trzeba mieć to, o co się walczy, trzeba mieć owo prawo, prawo materialne, które by służyło za punkt wyjścia do wykonania.

Komisja Czterech, a także mniemam i Wysoki Rząd, zdają sobie najzupełniej sprawę, że od uchwalenia tego prawa do wprowadzenia go w życie będzie droga czasem dość daleka i czasem bardzo kamienista. Dlatego już w ostatniej chwili na Komisji Konstytucyjnej za zgodą wspólną wszystkich klubów polskich termin wprowadzenia tych ustaw w życie został nieco przesunięty. Pierwiastkowy tekst brzmiał: w miesiąc po uchwaleniu; myśmy przesunęli go na później, na 1 października, nie dlatego, żeby komuś zrobić przykrość, tylko dlatego, żeby zapewnić lepsze przygotowanie się do wprowadzenia w życie tych ustaw. Nie zaprzeczam jednak wcale, że tu i ówdzie, być może w bardzo wielu nawet wypadkach, znajdzie się urzędnik czy środowisko jakieś, które z tych ustaw będzie niezadowolone, które będzie je uważało za szkodliwe dla polskości i które je będzie wykonywało niedbale, albo wcale nie będzie chciało ich wykonywać. Wysoki Sejm w tej sprawie, jak w każdej innej, ma prawo kontroli nad działalnością Rządu, bądź przez zgłaszanie interpelacji, bądź przez utworzenie specjalnej komisji, która powinna czuwać nad tym, żeby to, co było wolą Sejmu, było też wolą władzy wykonawczej w całej rozciągłości, poczynając od jej przewodnika w Warszawie, a kończąc na najdrobniejszym urzędniczku w starostwie. Te wypadki łamania ustaw, nie tylko ustaw dotyczących mniejszości, ale jakichkolwiek ustaw, które się nie podobają temu czy innemu panu w starostwie czy komendzie policji, te wypadki nieuznawania prawa dlatego, że ono nie odpowiada czyimś poglądom, zachodzą istotnie dość często i, jak myślę, cały Sejm polski, niezależnie od przynależności partyjnej i narodowej, powinien z równym wysiłkiem i wytężeniem zajmować się tymi nadużyciami, w interesie nie tej czy innej mniejszości, tylko w interesie wspólnym całego Państwa.

Sądziliśmy zresztą, jako Komisja Czterech, że będzie rzeczą pożyteczną doradzić Rządowi, by utworzył jakiś organ, który by stale zajmował się kontrolowaniem i uzgadnianiem w rozmaitych resortach zamierzeń i poglądów Rządu, zwłaszcza jeżeli one będą już wykonaniem zamierzeń i poglądów Sejmu. Zdaje mi się tedy, że zanim dojdziemy do tego bardzo gorzkiego przekonania, że ustawy te nie będą wykonane, trzeba przecież dać pewien czas Rządowi i życiu, trzeba przekonać się i przyjść z faktami istotnymi, w przeciwnym bowiem wypadku narażają się Panowie na posądzenie, że stawiają zarzuty całkiem gołosłownie. I tutaj żadna praktyka dotychczasowa nie zmieni postaci rzeczy. To, że dotychczas działo się źle, nie jest precedensem, żeby i nadal do nieskończoności miało się w Polsce źle dziać. Jeżeli Panowie walczycie o poprawę złego, to wierzcie, że i my walczymy, a jeżeli te rzeczy nie mogą się stać w ciągu paru lat, to może dlatego, że są zbyt trudne dla społeczeństwa i narodu, który dopiero od kilku lat rządzi się sam.

Zdaje mi się zresztą, że wartość tych ustaw będzie nie tylko praktyczna, ale że polega ona także na pewnych teoretycznych ustaleniach i uzgodnieniach co do niektórych rzeczy. Gdybyśmy raz na zawsze zgodzili się, że w tej Polsce należy żyć na zasadzie uszanowania swoich kultur, swoich języków, na zasadzie przyzwyczajania się do siebie, skoro już wspólnie w tym państwie mieszkać musimy, to uczynilibyśmy niewątpliwie bardzo duży krok naprzód.

Państwo Polskie jest – Polską; miałem zaszczyt z tej trybuny kilkakrotnie to stwierdzić, że opiera się ono na tradycji historycznej polskiej i że uwzględnić musimy ten fakt realny, iż 2/3 ludności należy w tym państwie do narodu polskiego. To jednak nie wyklucza wcale jak największego poszanowania dla każdej innej kultury, dla każdego innego języka, i nie wyklucza także opieki, jaką Rząd Polski winien staraniom mniejszości narodowych w utworzeniu własnej kultury. Nie wyklucza to zresztą z drugiej strony również zasady współzawodnictwa w tym państwie. Zdaje mi się, że takie postawienie rzeczy, jakie kilkakrotnie w tym Sejmie było proponowane, że Polskę należy podzielić na pewne zamknięte terytoria, na pewne folwarki, które należą do tej czy innej narodowości, nie jest do przyjęcia dla nikogo. Ziemia Państwa Polskiego należy wspólnie do nas wszystkich i na tej ziemi, jak wszędzie niewątpliwie, musi być uznana zasada pokojowego współzawodnictwa różnych kultur, różnych języków, różnych tradycji i to współzawodnictwo, byleby tylko rozgrywało się w szrankach legalności, uszanowania innego człowieka i innego narodu, nie przyniesie nie tylko nikomu szkody, ale musi też przynieść wspólny pożytek, niewątpliwie bowiem współzawodnictwo czy jeśli inaczej chce kto nazwać, lojalna i legalna walka jest podstawą wszelkiego współżycia.

I oto dlatego sądzę, że Sejm Polski te trzy ustawy, które dzisiaj przedkładamy, uchwalić powinien. Sądzę, że powinien wejść na drogę wielkich i świetnych tradycji Państwa Polskiego, kiedy siłą naszą był nie tylko pancerz i miecz, ale kiedy był nią także rozum stanu, patrzący poprzez stulecia, zdolność przyciągania i przywiązywania do siebie innych narodów, zdolność rozwiązywania zagadnień narodowościowych na najwyższej płaszczyźnie człowieczeństwa. Ja myślę, że może z pewnymi wahaniami, może z pewnymi trudnościami, których wytłumaczenie aż nadto znajduje się w 120 latach naszej niewoli, na tę wielką drogę wkroczymy i tam znajdziemy tę moc i ten rozkwit Państwa, jakiego sobie wszyscy życzymy.

***

Na zakończenie dyskusji:

Wysoki Sejmie. Ze zgłoszonych i przeczytanych przed chwilą poprawek mogę tylko poprzeć poprawkę, uzgodnioną ze wszystkimi polskimi klubami, aby we wszystkich trzech ustawach tam, gdzie się spotyka słowo „ruski” w nawiasach dodać „rusiński”. Oprócz tego popieram rezolucję przyjętą przez Komisję Konstytucyjną, mianowicie wzywającą Rząd, aby wydał rozporządzenie normujące użycie języka żydowskiego na zgromadzeniach publicznych. Będzie ona głosowana przy trzecim czytaniu.

Zresztą oświadczam się przeciw wszystkim zgłoszonym poprawkom nie dlatego, ażebym niektórych osobiście nie uważał za słuszne, ale dlatego, że kompromis polega na tym, że się często głosuje przeciw temu, co się uważa za słuszne.

Korzystając ze sposobności, pozwolę sobie odpowiedzieć poprzednim mówcom w paru słowach. W przemówieniach Panów brzmiała nuta nieufności, czy ta ustawa będzie wykonana. Muszę raz jeszcze oświadczyć, jako Polak i członek Sejmu polskiego, że ja muszę mieć wiarę w to, że Państwo Polskie to wykona; gdybym tej wiary nie miał, nie mógłbym nie tylko pracować nad budową tego Państwa, ale nawet nie mógłbym żyć w tym Państwie. A poza tym Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie. W tej sprawie, tak jak wzywałem Was do cierpliwości, tak samo nagiąć muszę i siebie samego żelazną ręką do cierpliwości, aby przetrwać tę nienawiść i zbudować to, co uważamy za potrzebne dla wszystkich.