przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
…Albowiem kto się wywyższa, poniżon będzie. Troskliwa matka w pacholęcych latach życia twojego, arcynudne książeczki, które otrzymywałeś na gwiazdkę w dniach dzieciństwa, rady doświadczonych w życiu mędrców kładły ci w uszy stale a systematycznie tę prawdę.
A ja powiadam ci coś zgoła odrębnego: pałaj żądzą wywyższenia się, sięgaj wzrokiem daleko, bądź pożerany przez wielką ambicję, a idź śmiało, z czołem podniesionym, po tej drodze, która ginie gdzieś na wyniosłościach niebosiężnych. Wyżej, wciąż wyżej!
Oto artysta-aktor na scenie. Widzowie darzą go rzęsistymi oklaskami. Płomień wystąpił na lica, ogień namiętności przepala jego duszę całą. Żyje oklaskami i k’woli oklasków. Gdy któregoś dnia są słabsze, zgryzota go trawi. W oku błyska zawiść, jeśli towarzysz jego grał lepiej i zjednał sobie dłonie widzów.
To człowiek pożerany małą, arcymałą ambicją. Pluń mu w twarz, bo masz przed sobą nierządnika, który nigdy nie zaznał żądła ambicji prawdziwej. Ty zaś będziesz miał wielką ambicję!
Oto jeden z kapłanów pióra. Pożera go myśl o tym, aby był wywyższon ponad augurów [starożytni kapłani rzymscy, zajmujący się odczytywaniem woli bogów z lotu ptaków drapieżnych – przyp. redakcji „Obywatela”]. Udaje, iż niepokalany przystępuje do komunii u ołtarza Ideału – on, grzesznik, który ideami frymarczy. Łaknie poklasku, czołobitności, jak popękana od posuchy gleba – potoków deszczu ożywczych. Nie będzie gardził fortelami, insynuacją nawet, byleby zasiąść wysoko między mężami, a w ostateczności między niewiastami, którym łaskawie pozwoli chustami pokryć nogi swoje.
Pluń mu w twarz, bo ten człowiek nie zaznał jadu ambicji. Rozsadza go nikczemna namiętność parweniusza! W twej zaś piersi będzie złożone zarzewie wielkiej ambicji.
Oto gromada entuzjastów, która jak meteor zajaśniała na stronicach historii: Isnard, Vergniaud, pani Roland [politycy francuscy okresu Wielkiej Rewolucji – przyp. „Obywatela”]. Umieją słowami swymi rozpalać umysły, gestami wiązać do siebie serca ludzkie. Potężne duchy! Ale spojrzyj uważnie – w tych gestach jest coś… coś poziomego, plugawego niemal. Z oka strzelają płomienie, które nie tylko o zapale świadczą – czuć tam żądzę poklasku, popularności…
Odwróć się od tych aktorów, bo zaprawdę są jako aktorzy – acz wielkiego stylu. Los dał im okazję czynu, myśl ich ma wzloty potężne, ale coś trzyma ich tuż nad ziemią. Nie naśladuj ich, miej ambicję jeszcze większą!
Bądź ambitny! A to znaczy: nie dbaj o poklask, nie ściągaj na siebie uwagi ubiorem arlekina, nie strój się w pióra złote. Poklaski są jako dym haszyszu, który upaja i przed wyobraźnią twoją rozsnuwa zaczarowane krainy, ale tylko po to, ażebyś ocknąwszy się z upojenia spostrzegł, że nić żywota twego jest jeszcze bardziej szara, ty zaś – rozbitkiem uczucia i świętokradcą idei. Zamilkną niebawem. A nawet choćby trwały całe życie, pamiętaj, iż staniesz kiedyś przed sądem wnuków i prawnuków swoich. Czyny twe i słowa rozważać będą sędziowie, których nie zjednasz dowcipem i paradoksem, nie porwiesz frazesem, nie zniewolisz papką ani czapką. I z poklasków, ze stroju arlekina nic nie pozostanie. Żyłeś dla dumy kadzideł, pławiłeś się w hymnach wziętości i dla poklasku odstąpiłeś wielkich praw swoich. Miałeś ambicję histeryczki i klauna, ale nie męża i nie człowieka.
Bądź ambitny! A to znaczy: nie dbaj o hołdy i czołobitność. Kapłanki Wenery ulicznej dobijają się o wziętość, skoczkowie na linie pożądają oklasków. Od heter i skoczków idzie w górę bez kresu drabina, a po niej pną się ciżby wielkie. Każdy spycha sąsiadów, byleby dosięgnąć wyższego szczebla i stanąć na widoku gawiedzi. Pozostaw tę krwawą zabawę, za którą trzeba płacić czystością swej idei, motylom ludzkim, co żyją dniem dzisiejszym. Ty, który masz ambicję, utkwij wzrok swój w mgłach dalekiej przyszłości. Staraj się o nieśmiertelność imienia swego, a chociaż i jej pasmu czas wytknął kres jakiś, przecież przetrwa poklaski, które przypadły w udziale lekkoduchom. Milczą o tobie umyślnie lub spotwarzają w uniesieniu zazdrosnym – to znaczy, przerosłeś myślą swoją chwilę dzisiejszą. A gdy zaczną cię chwalić, wtedy imaj się obrachunku grzechów swoich i czyń skruchę, bo może sprzeniewierzyłeś się Ideałowi. Ty zwiastujesz Przyszłość. Wszystko w życiu może się tobie sprzeniewierzyć: zdrowie, miłość, ale ta, która cię wysłała, jako swego przodownika, o tobie nie zapomni.
Bądź ambitny! Dokoła ciebie rozgłosem cieszą się karlęta. Jak zgraja wilków szczerzą kły swoje na ciebie o żer swój trwożni. Gorycz, od której nie zawsze zdołasz uchronić serce swoje, będzie niekiedy doradzała ażebyś walczył z nimi ich bronią, bo zasada insultez! insultez! il restera quelque chose (spotwarzaj wroga, a coś z tego oszczerstwa przylgnie do niego), prowadzi niezawodnie do zwycięstwa w walce o imię. Odrzuć te podszepty, bo kryje się w nich trucizna dla ducha twego! Pamiętaj, iż nie będziesz wywyższon tylko dlatego, że umiesz innych poniżać. Walcz przeciw szalbierzom, zdzieraj maski z świętokradców, którzy do stołu Idei przystępują nieczyści, ale nie po to, ażebyś chciał wykazać, iżeś lepszy, jeno dlatego, iż tamci są nikczemni i czynem swoim krzewią upodlenie. Dla wielkiej ambicji jest jedna tylko droga: inni stworzyli rzecz potężną, więc pracuj abyś stworzył dzieło jeszcze potężniejsze.
Miej ambicję! Na drodze życia swego ujrzysz ludzi ambitnych, którzy za sobą ciągną rzesze zauszników i popleczników. Za maksymę swoją wzięli hasło, iż ręka rękę myje. Na ustach mają pracę dla przyszłości, ale sprzeniewierzą się jej, ażeby pozyskać względy teraźniejszości. Ty nie będziesz świadectwem fałszywym stwarzał ciżby przyjaciół i sojuszników. Albowiem jeżeli dla przyjaciela ważysz się na wyraz kłamliwy, wierz mi, bliską jest chwila, gdy zaczniesz obliczać, za ile siebie samego możesz sprzedać. Tkwią bowiem w tobie wszystkie pierwiastki sprzedajności! Tylko wyzwoleńcy idą takimi gromadami, związanymi przez fałszywe świadectwo, podtrzymywanymi przez papkę i czapkę, ty zaś masz ambicję wolnego człowieka.
Miej wielką ambicję! Wiem, iż krzyż ciężki kładę na twe barki. Radzę ci wyrzec się poklasku, który przecież nie tylko upaja, ale i podnieca, prowadzę cię na ścieżki samotne, kędy tylko myśl o sądzie nad tobą Przyszłości będzie przewodniczką i towarzyszką. Będziesz wśród ludzi, jeno nie z ludźmi. W milczeniu będą się odsuwali od ciebie, bo tylko tym dają poklask, którzy schlebiają ich instynktom, głaszczą ich drobne, plugawe ambicyjki. A może nawet złorzeczyć ci będą i niejedna ręka sięgnie po głaz, ażeby ukamienować ciebie. Nie zbierzesz rzeszy, pochlebców nie znajdziesz, ale w zamian sam nie będziesz prawił pochlebstw, nie staniesz się popychadłem ulicy bezimiennej. Nie będziesz popychadłem, bo masz ambicję, nie będziesz prawił pochlebstw, bo masz wielką ambicję.
Skazuję cię na samotność i krzyż kładę ci na barki. Pogódź się z tamtą i bierz krzyż śmiało na siebie. Na drogę błogosławię cię – twą wielką ambicją. Z niej poczną się czyny twoje…

CC BY-NC-SA João Almeida, http://www.flickr.com/photos/t3mujin/2289539989/
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje

CC BY-NC Uclax, wikipedia.de
Są u nas ludzie, którzy śnią o możliwości wysokiego rozwoju kulturalnego, pomimo braku samoistności politycznej. Całkowite poczucie stwierdzanej dzień po dniu bezsiły wobec bezprawia – odbija się na całym duchowym życiu. Musimy zdać sobie z tego sprawę, musimy to zrozumieć, gdyż ukazują nam tę wytworzoną przez ucisk niedojrzałość jako jakąś specyficzną właściwość duszy polskiej, jako jej wyższość ponad zagadnienia, które roznamiętniają i poruszają do głębi żyjące samodzielnie narody. Zabijąc wszystkie samoistne instytucje, wróg poraża coś głębszego, niż one same, znieprawia, osłabia wolę, hoduje stan paraliżu psychicznego, wytwarza przepaść pomiędzy zadomowioną prywatną psyche polską, a tragiczną dziedziną, w której ważą się wielkie odpowiedzialności, rozstrzygają w daleką przyszłość prowadzące sprawy. Struktura psychiki polskiej uległa w znacznej mierze temu rozkładowemu wpływowi: zaginęła lub osłabła sama zdolność odczuwania ciosów, wymierzanych przez przemoc, brak w sercu i myśli miar, które zdołałyby objąć cały ogrom klęski. Gdy myślę o pewnych właściwościach naszej zbiorowej psychiki, przypomina mi się zawsze ten telegrafista z powieści Wellsa, który układał olbrzymie plany zwycięskiej walki przeciw marsyjczykom, a jednocześnie nie był w stanie myśleć konsekwentnie choćby tylko o własnym swym, bezpośrednim bezpieczeństwie. Tu komplikuje się sprawa. Siła, zdolna przetrwać niezmiernie wiele istnieje niewątpliwie w Polsce, a nie zna ona samej siebie i my jej nie znamy. W każdym zaś razie przebywa ona poza dziedziną tzw. myśli: tkwi w samym procesie życiowym, w samej fizjologii, że tak powiem, polskiej pracy: sama rodzina polska, tak niezdolna do stworzenia historycznych podstaw narodowej myśli jest, nie jako myśl, lecz jako rzeczywistość, światem pełnym swej własnej, zapamiętałej energii. Polska nie zna samej siebie od strony swej mocy: posiada ona już bardzo znaczną wytrwałość w życiowej walce i bardzo małą tej wytrwałości świadomość. Brak jej organów zbiorowego czucia, myśl nie potęguje tu energii, lecz przeciwnie, pojawia się raczej tylko tam, gdzie energia ta słabnie. Energia ta nie umie nawet siebie w myśli utrwalić i przekazać: czy istotnie polska posiadająca, nawet pojedyncza, oddarta od zbiorowej pracy rodzina tylko to miała do powiedzenia światu, co zostało sformułowane w Rodzinie Połanieckich: tylko pogoda, zdolna uczynić znośnymi dla samej siebie nie tylko parcie świata, ale i liche sobkostwo własne: nic więcej? Dzisiaj Skałłon [właśc. Gieorgij Antonowicz Skałon, carski generał-gubernator Warszawy w latach 1905-1914 – przyp. redakcji „Obywatela”] jednym pociągnięciem pióra wstrzymał naukę 5500 z trudem i wysiłkiem doprowadzonych do szkoły średniej dzieci. W domu tych rodzin polskich padnie niejedno słabe słowo, ale drgnienia woli narodowej, słabo, źle uświadamiane, zdolność wytrwania, postawienia na swoim – wszystko to przerastać będzie niewątpliwie natężeniem swym najsilniejsze, Skargowskim choćby stylem pisane protesty. Będzie w tym wszystkim prawda tak twarda i niezawodna, że niemal zoologiczna: wszystko, co jest elementarne, fizjologiczne, posiada w Polsce niezmiernie wielką siłę; Polak nie wie jeszcze, w swej świadomej myśli, jak twardo już umie walczyć ze światem: pora już tylko, by to twarde, silne życiowe jądro przedarło powłokę niedojrzałości myślowej, aby świadomość zbiorowa przestała się wyrażać w formach marnotrawiących, osłabiających wyniki bezwiednego życiowego procesu, pora, by jako jedyna ukazała się samej sobie Polska zawziętej, zapamiętałej woli życia i niestrudzonej, nie słabnącej pod ciosami, przeciwnie, wciąż krzepnącej i coraz głębiej zapuszczającej korzenie – pracy. Ten stan rzeczy bowiem, w którym myśl jest wytwarzana przez to, co jest bezsilne, zahukane lub chociażby mężne – ale tylko ginące, posiada pewne niebezpieczeństwa. Gdyby to, co stanowi organizm polskiego życia, stało się organizmem polskiej myśli – stanowilibyśmy dziś jedną z najbardziej zwartych, w sobie zaufanych, jedną z najbardziej heroicznych, najmocniej ciążących nad wolą kultur narodowych. Bezskutecznymi są próby tworzenia z czystego ducha: ale ten okres już dla nas przeminął, duch ma tylko wstąpić w żywe, istniejące ciało, przestać być pasożytem, poznać swą rzeczywistość. Świadoma myśl polska ma przed sobą dzisiaj tę jedyną drogę: stać się organem stwarzającej samą siebie i utrzymującej się nieustannym wysiłkiem woli polskiej mocy, i budować na tym nie podlegającym żadnym wywłaszczaniom fundamencie: kiedy polskość stanie się synonimem spotęgowanej, czynnej i twórczej energii, kiedy atmosfera polska przesycona będzie pierwiastkami zapewniającymi techniczną, ekonomiczną, życiową wyższość każdemu polskiemu robotnikowi – i to od najniższych aż do najwyższych dziedzin pracy – wtedy Polska będzie ugruntowana na wieki w pierwiastku urągającym wszelkiej przemocy, wszelkim przewrotom, wszelkim burzom. Mowa polska niech się stanie tajemniczym zaklęciem i talizmanem, zapewniającym nieprzerwane świadomość. Brak jej organów zbiorowego czucia, myśl nie potęguje tu energii, lecz przeciwnie, pojawia się raczej tylko tam, gdzie energia ta słabnie. Energia ta nie umie nawet siebie w myśli utrwalić i przekazać: czy istotnie polska posiadająca, nawet pojedyncza, oddarta od zbiorowej pracy rodzina tylko to miała do powiedzenia światu, co zostało sformułowane w Rodzinie Połanieckich: tylko pogoda, zdolna uczynić znośnymi dla samej siebie nie tylko parcie świata, ale i liche sobkostwo własne: nic więcej? Dzisiaj Skałłon [właśc. Gieorgij Antonowicz Skałon, carski generał-gubernator Warszawy w latach 1905-1914 – przyp. redakcji „Obywatela”] jednym pociągnięciem pióra wstrzymał naukę 5500 z trudem i wysiłkiem doprowadzonych do szkoły średniej dzieci. W domu tych rodzin polskich padnie niejedno słabe słowo, ale drgnienia woli narodowej, słabo, źle uświadamiane, zdolność wytrwania, postawienia na swoim – wszystko to przerastać będzie niewątpliwie natężeniem swym najsilniejsze, Skargowskim choćby stylem pisane protesty. Będzie w tym wszystkim prawda tak twarda i niezawodna, że niemal zoologiczna: wszystko, co jest elementarne, fizjologiczne, posiada w Polsce niezmiernie wielką siłę; Polak nie wie jeszcze, w swej świadomej myśli, jak twardo już umie walczyć ze światem: pora już tylko, by to twarde, silne życiowe jądro przedarło powłokę niedojrzałości myślowej, aby świadomość zbiorowa przestała się wyrażać w formach marnotrawiących, osłabiających wyniki bezwiednego życiowego procesu, pora, by jako jedyna ukazała się samej sobie Polska zawziętej, zapamiętałej woli życia i niestrudzonej, nie słabnącej pod ciosami, przeciwnie, wciąż krzepnącej i coraz głębiej zapuszczającej korzenie – pracy. Ten stan rzeczy bowiem, w którym myśl jest wytwarzana przez to, co jest bezsilne, zahukane lub chociażby mężne – ale tylko ginące, posiada pewne niebezpieczeństwa. Gdyby to, co stanowi organizm polskiego życia, stało się organizmem polskiej myśli – stanowilibyśmy dziś jedną z najbardziej zwartych, w sobie zaufanych, jedną z najbardziej heroicznych, najmocniej ciążących nad wolą kultur narodowych. Bezskutecznymi są próby tworzenia z czystego ducha: ale ten okres już dla nas przeminął, duch ma tylko wstąpić w żywe, istniejące ciało, przestać być pasożytem, poznać swą rzeczywistość. Świadoma myśl polska ma przed sobą dzisiaj tę jedyną drogę: stać się organem stwarzającej samą siebie i utrzymującej się nieustannym wysiłkiem woli polskiej mocy, i budować na tym nie podlegającym żadnym wywłaszczaniom fundamencie: kiedy polskość stanie się synonimem spotęgowanej, czynnej i twórczej energii, kiedy atmosfera polska przesycona będzie pierwiastkami zapewniającymi techniczną, ekonomiczną, życiową wyższość każdemu polskiemu robotnikowi – i to od najniższych aż do najwyższych dziedzin pracy – wtedy Polska będzie ugruntowana na wieki w pierwiastku urągającym wszelkiej przemocy, wszelkim przewrotom, wszelkim burzom. Mowa polska niech się stanie tajemniczym zaklęciem i talizmanem, zapewniającym nieprzerwane krążenie energii, męstwa, mądrości i wytrwania, niechaj się stanie nie tylko wyrazem tęsknoty, ale przywilejem w walce życiowej dla całej, rozproszonej po świecie pracy polskiej: a wtedy ta moc, która istnieje już w ciemnych procesach życia, pozna samą siebie w słońcu i będzie Polska tak wieczna i trwała, jak zwycięstwo wspartego na własnej pracy człowieka. Niechże się stanie to polskie słowo istotnie mocą, której słuchają żywioły, niech zawrze w sobie świat tajemnych źródlisk, ożywiających codziennie borykającą się z losem, powstającą po każdej klęsce – krwawą, straszliwie pragnącą żyć wolę. W tej olbrzymiej, codziennej walce o chleb powszedni życia i myślenia, o oddech każdy – tkwi Polska, niechże pozna się ona w tym przyziemnym, codziennym trudzie, niech się stanie dla niego siłą. O rzeczach najmożliwszych do spełnienia mówimy tu, o rzeczach, które nie przekraczają miary ludzkiej woli. Wola polska miała już takie nagłe zwroty: bywało już jej na imię: Konarski, Śniadeccy, Staszic, Świętochowski. Tu idzie o wielki akt samozachowania duchowego, o stworzenie żywego zakonu pracy – i akt ten w tych i przez tych przede wszystkim powinien być dokonany, którzy pragną być narodu myślą. Inne narody żyć mogą z rozdwojoną, rozszczepioną świadomością – my potrzebujemy jednolitej: stworzyć trzeba myśl polską, organ samym sobie tylko ufających, na samych sobie tylko wobec wszechświata wspartych Polaków. Życie nasze woła o taką myśl, ginie i schnie jej głodem, powita ją jak wyzwolenie. To, co staje na przeszkodzie – to słabość nasza, to myśl tych, co żyją na powłoce skutej przez obcą przemoc, biczowanej przez nią pracy. Ktokolwiek bądź w Polsce dzisiaj żyje dla swojej własności, myśli, że ma coś własnego prócz pracy swojej, posiada tylko niewolę i z niej czerpie życie; każdy akt jego woli i myśli są znieprawione i zatrute przez nawpół bezwiedny, na wpół świadomy, nałogowy udział w wielkiej zbrodni. Nie ma dziś Polski, jest tylko jej rozbiór: i własność polska to pakt z rozbiorem, to rozbiór codzienny i spowszedniały. W Polsce nie ma miejsca na właścicieli, na spożywających: tu jest zastęp oporu i pracy – więcej nic. Nie ma dla nikogo ocalenia przed zmarnieniem duchowym, jak tylko to jedno: wytworzyć w sobie twardy zakon uczestnictwa w zbiorowej walce o przyszłość, w niezmordowanym wydobywaniu codziennym wysiłkiem własnym jej podstaw. Temu prawu służyć, w nim żyć, z nim stopić całą swą istotę: być w każdym momencie życia swego związanym z tym wielkim niesłabnącym bojem – oto jedyna droga. Nie ma dla niczego, co w Polsce pozostało z narodu, zbawienia, jak tylko w walce. Los nasz nie został nigdzie rozstrzygnięty: spoczywa on w nas samych, w naszej piersi, rodzi się z nas każdej godziny. Prawdy naszej na próżno szukamy poza sobą, z siebie, z życia swego narodu wydobyć ją musim. Myśl narodu uciemiężonego budować przyszłość swą może na tym tylko, co od woli wroga jest na zawsze niezależne, przemocy nie podlega, na tym, co jest wolne od przypadkowości i samowoli. Wola nasza tam, gdzie styka się ona bezpośrednio ze światem pozaludzkim, i w walce z nim życie swoje stwarza – oto jedyna dziedzina raz na zawsze zabezpieczona. Tu nie zdoła wtargnąć przemoc, jeżeli jej sami wrót nie otworzymy. Wszelka forma działania, zależna od pewnego społecznie usankcjonowanego stanu posiadania jest w ręku tych, którzy posiadają w swojej mocy wszelkie sankcje. Wyjęci spod praw ciemięskiego świata tylko na tym, co od woli niczyjej niezawisłe – na pracy naszej, samej tylko pracy, wsparci – przetrwać zdołamy wszystko. A przede wszystkim w dziedzinie myśli i słowa, w dziedzinie swobody wewnętrznej nie wolno nam liczyć się z niczym, co jest ochranianym przez nieprzyjaciela prawem: w każdej chwili prawo to zwróci się przeciwko nam, obnaży swoją naturę, ukaże się jako posterunek obcej przemocy. Pierwszym aksjomatem polskiej mądrości politycznej powinno być przekonanie, że ci, których byt zależnym jest od form prawnych, sankcjonowanych przez zorganizowaną siłę społeczną – są, muszą być wspólnikami tej siły; przeciwstawić się jej, stawić jej oporu nie potrafią, w swojej zaś przeciwko niej opozycji pójdą tylko do tej linii, poza którą mogłoby zacząć się niebezpieczeństwo dla ich przywilejów. Własność polska obchodzi nas tylko jako organ samowychowania polskiej pracy. Tylko rola, jaką odgrywa ona w produkcji narodowej, jest jej podstawą prawną. Gdy stać będziemy konsekwentnie na punkcie widzenia interesów polskiej pracy, napotkamy zawsze te interesy własności, które są interesem narodu, a nie własności. Myśl, świadomość narodowa opierać się mogą tylko na rzeczywistym prawie: kto i ile, chociaż jest reprezentantem przywileju, spełnia świadomie lub bezwiednie funkcję wytwórczą – objęty zostanie przez myśl liczącą się tylko z rozwojem i rozrostem polskiej pracy. I to rozstrzyga. […]
Więc naprzód, i nie dawajcie posłuchu, gdy mówią wam, że wszystko jest przewidziane. Przewidziane, przewidywane nie istnieje. Was właśnie potrzeba, was młodych, nowych, śmiałych, niezmordowanych, was, którzy tworzyć będziecie nad Polski ciemnym wysiłkiem – epicką atmosferę bohaterstwa, sławy i boju. Boju z samym sobą i światem. Przyrodę całą posiąść ma Polak, mieć w piersi, nad nią panować: wrosnąć myślą, sercem, wolą – w sam byt. Duszy tu potrzeba nade wszystko – młodej, odważnej duszy, naprzód idącej w nieznane, sobie i woli swej ufającej, pragnieniem lotu tworzącej swe skrzydła.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Trudno dziś wczuć się w ową szarzyznę beznadziejną życia polskiego przed wojną. Wśród „unormowanych”, „ustalonych” stosunków rok szedł podobny za rokiem, takie czy inne wypadki publiczne bardzo niewidocznie zmieniały ich barwę. Człowiek – wydać się mogło – wraz z urodzeniem już z góry przynosił sobie na świat swój los, a przynajmniej parę, dobrze wszystkim znanych, losu tego możliwości.
Przyszłość – zdawało się – stała się martwą.
Wykluczona poza życie była wszelka rzecz naprawdę nowa, nieoczekiwana, z wolnej, a twórczej woli ludzkiej się rodząca; niemożliwością była twórczość, romantycznym marzeniem, poezją był czyn. Przeciętny obywatel patrzył na te sprawy ze starczą pobłażliwością i podejrzliwością – a najwyższy duch narodu miał widzenie, że Konrad-twórca beznadziejnie zaklęty jest w szrankach sztuki, fikcji, teatru. Myśl o zasadniczej zmianie położenia narodu, o rozpoczęciu na nowo jego dziejów coraz bardziej stawała się mglista, coraz dalsza. Iskierka wiary żywej coraz ją rzadziej rozświetlała, coraz beznadziejniej wchłaniała ją w siebie atmosfera zatęchłej rupieciarni, odświętnych rekwizytów narodowych.
Przesłonił nam dziś te szare czasy krwawy tuman zawieruchy wojennej, która poza widnokręgiem naszego świata się poczęła – i nagle bieg rzeczy i losy ludzi w najfantastyczniejszy sposób pokierowała.
I dlatego trudno jest dziś sprawę zdać sobie z całej dziwaczności, patosu i. . . komizmu jednocześnie tego zjawiska, wcielonego w garść ludzi, którzy nagle, wśród bezdziejowej szarzyzny, uwierzyli w przyszłość, do niej przygotowywać się poczęli – i czynne role w niej sobie powyznaczali. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. Sami, w kilkudziesięciu, paruset, później w parę tysięcy – bez aparatu, bez rutyny – poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. W codziennej, szereg lat się ciągnącej pracy organizacyjnej, szkolnej i moralnej, rodziło się w nich przeświadczenie i pewność, że mimo pozorów rozumnej kalkulacji, mimo potęgi technicznej zaborców, mimo obojętności, a raczej zupełnej w tych rzeczach nieświadomości własnego społeczeństwa – oni stworzą armię, wywalczą i zbudują państwo.
Kto te rzeczy przeżył i poprzez perspektywy ubiegłego dziesięciolecia potrafi i zechce wspominać, ten dziś jeszcze odczuje całą wzniosłość i cały jednocześnie komizm owych bawiących się w wojsko gromadek, wychodzących w roku 1908 czy 1910 na ćwiczenia za rogatki Lwowa lub Krakowa, jeszcze bez mundurów, dobrze jeśli nie w „melonikach”, lecz w bardzo militarnie wówczas wyglądających szarych „maciejówkach”, z kilku schowanymi brauningami i mauzerami, z paru uroczyście niesionymi karabinami. Dziś jeszcze na śmiech się zbiera, gdy staną w pamięci poważne, ambitne rozważania około dwudziestoletnich wyższych szarż strzeleckich: „czy dam sobie radę z dywizją, czy tylko z pułkiem lub brygadą”. Ci z nich, którzy do dziś żyją, jakże często realizują i realizowali w roku 1920 te swoje naiwne marzenia.
Wstępując do Związku Walki Czynnej, każdy przyjmował uroczyście deklarację, w której mowa była o przyszłej „Rzeczpospolitej Polskiej” i o oficerach jej armii. Gdy organizacja zdobyła się na mundury, na czapce nosił każdy orła tego samego modelu, który dziś jest na czapkach całego wojska. Na „wielkie ćwiczenia” ci, którzy obejmowali funkcje oficerskie, wkładali na kołnierz te same zygzaki, które dziś są odznaką oficerską. Salutowanie odbywało się w ten sam sposób (dwoma palcami), jaki później był przedmiotem ciągłych zatargów Legionów z Austriakami, a jaki dziś obowiązuje w wojsku polskim. W wypracowanych wówczas regulaminach ustalono większość zasadniczych komend, terminów technicznych i taktycznych, które wchodzą dziś w skład regulaminu wojska polskiego.
Szereg ogólnych i szczegółowych przykładów owego urzeczywistnienia się marzeń można by ciągnąć znacznie dłużej – nawet gdy zwrócić uwagę na strzelecki „vox populi” o poszczególnych osobach. Komendanta Piłsudskiego każdy strzelec uważał za przyszłego Wodza Naczelnego, a nawet za głowę przyszłego państwa; gdy dzisiejszy płk. Kossakowski („Kirgiz”) wzniósł kiedyś na komersie strzeleckim okrzyk: „Niech żyje Mieczysław Pierwszy” – to strzelcy uważali to za wielki nietakt tylko dlatego, że wszyscy byli republikanami i wiedzieli, że republikaninem jest i Komendant. Z tego też samego powodu wściekali się, gdy ktoś ze złośliwych przeciwników Komendanta wydał w Zakopanem satyryczne wierszyki i karykatury na przyszłego „króla”. Sosnkowskiego, ponieważ był „szefem”, uważali strzelcy za przyszłego szefa sztabu generalnego – a to przewidywanie sprawdziło się również, niemalże dosłownie. Komendantów ówczesnych okręgów organizacyjnych nazywano ironicznie i z austriacka „Korpskomendantami” – dziś jeden jest dowódcą korpusu, a drugi inspektorem armii. Przewidywania co do przyszłych wybitnych dowódców liniowych oraz specjalistów sztabowych mniej ściśle się urzeczywistniły – już choćby ze względu na to, że wielu z nich (jak Herwin-Piątek, Wyrwa-Furgalski, Grudziński-Piększyc, Fleszar, Kordian-Monasterski) zginęło w Legionach – ale i tu wiele można by przytoczyć „cudownie” trafnych przewidywań.
Kto by tylko kontemplacyjnie zestawiać chciał marzenia owe i dzisiejszą rzeczywistość, ten by mógł snuć teorię jakichś cudownych natchnień zbiorowych, które przyszłość przewidywać były zdolne. Lecz naprawdę jest to zupełnie coś innego – coś, co jest nieskończenie bardziej cudownym od wszelkich proroczych przepowiedni.
Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardziej rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej; praca ta, trwająca od czasów strzeleckich poprzez Legiony i później aż do roku 1920, stała się klamrą łączącą te dwie, zazwyczaj tak rozbieżne rzeczy: ludzkie zamierzenia – i rozwijającą się przyszłość.
Ale praca to była nie byle jaka, nic nie mająca wspólnego z tym, co jest tylko mechanicznym wypełnianiem przyjętego na siebie obowiązku. Było to dosłowne, szereg lat trwające urzeczywistnienie mickiewiczowskiego hasła: mierz siły na zamiary. Było to dla nich – zwłaszcza w chwili wybuchu wojny, który tak bezradnym zastał całe społeczeństwo – nowe narodzenie się. Każdy z tych ludzi pamięta, jak wobec coraz to nowych, coraz większych i bardziej nieoczekiwanych zadań rozrastała się jego wola i zdolności, każdy przeżył takie momenty, kiedy naprawdę miał materialną wiarę, że w sprawie, której służy i w sytuacji, w jakiej się znajduje, nie mogą istnieć niemożliwości. Dlatego to – nie mówiąc już o olbrzymiej skali czynów Piłsudskiego, człowieka o talentach niezwykłej miary – epoka ta roi się od faktów, kiedy przeciętny poza tym człowiek wyrastał ponad siebie, bo ujawniał się w każdym człowieku tkwiący pierwiastek genialności. Ludzie bez uprzedniego, rutyną ustalonego przygotowania okazywali się w potrzebie dobrymi dowódcami wielkich jednostek lub administratorami wielkich działów pracy, młodzi oficerkowie stawali się działaczami i organizatorami zapędzającymi w „kozi róg” powagi polityczne, ludzie pierwszy raz widzący dany kraj i środowisko (np. Królestwo w r. 1914 lub Rosję w r. 1917) stawali się w nim ośrodkami krystalizacyjnymi planu politycznego i siły. Bo uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, niezdolni byli dopuścić do siebie refleksji bezradnej i szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakie ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.
Oto istotny dla Polski sens moralny dziesięciolecia ubiegłego.
Ma ono wartość niesłychaną. Nie tylko dlatego, że przerwało ów szary, bezdziejowy okres życia polskiego. Nie tylko dlatego, że w ciągu niego powstało i utrwaliło się Państwo Polskie. Nie tylko z powodu szeregu ważnych zdarzeń, przeżyć, zdobyczy. Ma ono wartość przede wszystkim moralną, gdy się je rozpatruje z punktu widzenia stosunku zamiarów ludzkich i pracy – do wyników. Z punktu widzenia owego największego cudu, jaki możliwy jest na ziemi: owego posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej.
I kto tylko na życie swoje i na przyszłość narodu patrzy poważnie, kto w dzisiejszej epoce – tak obfitującej w najpoważniejsze zadania – do czegoś dąży i od siebie czegoś wymaga, kto nie chce, by przyszłość była tylko podarunkiem losu lub dopustem, lecz „marzy” o owej przyszłości posłusznej, przyszłości ludzi dzielnych i wolnych – ten ową dziesięcioletnią epokę (bez względu na to, czy losy dały mu w niej działać czy nie) wcieli do swego credo życiowego, jako świadectwo potęgi ludzkiej woli i pracy.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
W lutym 1936 roku na sali sejmowej pięciu ministrów reprezentujących pięć najważniejszych w życiu gospodarczym państwa resortów, przedstawia wobec reprezentantów ciała parlamentarnego konieczność rozpoczęcia generalnego ataku, mającego zniszczyć ślady przeszłości, wzmóc obronność, siłę i zamożność Polski. Skarb, sprawy wojskowe, komunikacja, przemysł i handel, opieka społeczna – zabierają głos w tej sprawie. Wicepremier Kwiatkowski, budowniczy Gdyni, analizując dotychczasowe inwestycje z punktu widzenia rozwiązania zagadnień dzisiejszej i przyszłej Polski, domaga się, aby podstawowymi kryteriami przy nowych poczynaniach były: szybkie wzmocnienie naszej zdolności obronnej, stworzenie warunków do systematycznego uprzemysłowienia kraju, wreszcie zaktywizowanie dotychczas gospodarczo biernych regionów.
Wobec tego proklamowano powołanie do życia Centralnego Okręgu Przemysłowego, który stanowiąc w przyszłości ośrodek przemysłu obronnego, ma być równocześnie pomostem stwarzającym rynki zbytu dla płodów rolnych Wschodu, dla surowców i półfabrykatów Zachodu, dla zapasów energii (woda, elektryczność i gaz ziemny) Południa.
Polska – musi własnym wysiłkiem tworzyć i budować codziennie i z uporem, ze świadomością celu, własną nowoczesną organizację polityczną i gospodarczą, zdolną do życia, do rozwoju i do wytrzymania wszystkich ciśnień zewnętrznych i wewnętrznych.
Inwentaryzacja stanu posiadania pod względem rozmieszczenia istniejącego już przemysłu, obrotu towarowego, natężenia osiedleńczego – musiała w wyniku doprowadzić do konieczności znalezienia takiego ośrodka, który leżąc w centrum kraju, był związany ze źródłami energetycznymi i miał jednocześnie możliwości taniego przewozu. Takim ośrodkiem były ziemie rejonu kieleckiego, wyżyny lubelskiej i niziny sandomierskiej. Łącznie 44 powiaty województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego, lwowskiego, powierzchni 58 669 km kwadratowych, zamieszkałej przez 5 600 000 ludzi, teren o znacznej gęstości zaludnienia, wynoszącej 95 mieszkańców na 1 km kwadratowy. […]
Tak niedawno jeszcze żaden hałas nie mącił ciszy tych ziem, żadne zjawisko niespodziewane nie przerywało szarego, jednostajnego życia, mierzonego wschodami i zachodami słońca. Ziemie nad Wisłą, ziemie w widłach Wisły i Sanu żyły swoim, oderwanym od rzeczywistości życiem. W dalekiej Warszawie paliły się neony, Włosi dokonywali podboju Abisynii, a specjaliści Londynu i Nowego Jorku zastanawiali się nad usprawnieniem komunikacji lotniczej poprzez Atlantyk. W powiecie kolbuszowskim przypominano sobie masowe wyjazdy na „Saksy” sprzed trzydziestu lat i dzielono ziemię pomiędzy dzieci. W opatowskim czy kieleckim zastanawiano się jak dać radę kryzysowi, jak utrzymać się przy przerażająco niskich cenach zboża i wysokich cenach pudełka zapałek, równającego się wartości dwóch kurzych jajek.
Co roku mniej więcej o tej samej porze wylewała z brzegów Wisła, niszcząc raz większe, raz mniejsze obszary pól. A turyści, którzy docierali tutaj, zwiedzali miasteczka senne, zagubione w nędzy, oglądali spichlerze i składy mówiące, że kiedyś, gdzieś, szedł tędy wielki szlak, kipiało życie, wzmagała się zamożność.
W miasteczkach urzędowano i przekładano papierki, na targowiskach sprzedawano chude krowy i wynędzniałe szkapy. Im dalej na południe, im bliżej wałowi zielonych Karpat, tym więcej ludzi dusiło się na jednym morgu ziemi, tym trudniejsze były do znalezienia po chatach pudełka zapałek. Dziwny kraj, leżący pośrodku możnego, silnego państwa.
Dziwny kraj, przez który powinny by prowadzić naturalne drogi łączące poszczególne dzielnice, kraj opuszczony, zamarły, głuchy, podobny ciszą – Polesiu, głuszą – Nowogródczyźnie. Kraj niby to bogaty, o minerałach znajdowanych przez oraczy tuż niemal na powierzchni ziemi, kraj rąk roboczych tak chętnych do pracy – kraj strasznej biedy.
Aż raptem, gdzieś wiosną 1937 roku, zdawało się, że jakiś cud nastąpił w tych wszystkich Kozienicach, Rzeszowach, Niskach, Końskich i Sandomierzach. Najpierw pojawili się jacyś panowie ubrani po miastowemu, którzy długo a pilnie mierzyli, liczyli, chodzili, patrzyli. Hałasowały samochody, wbijano paliki, mierzono grunta, badano warunki i ceny. A potem, po wsiach przeludnionych, po miasteczkach opuszczonych poszła wieść, że fabryki i wielkie hale przemysłowe, że domy i szkoły, gazociągi i mosty będzie się tutaj budować. Że znajdzie się robota dla wielu, a ziemię będzie można przestać dzielić na małe ochłapy pomiędzy dzieci.
Na ziemiach środkowej Polski rozpoczęto pierwsze uderzenie tej wielkiej ofensywy, jaką wydano przeciwko groźnemu nieprzyjacielowi państwa, jego ubóstwu gospodarczemu. W Warszawie radzono jeszcze nad szczegółami, nad zielonymi suknami stołów konferencyjnych pochylały się głowy fachowców, gdy tymczasem poprzez czworobok ziem centralnych, czworobok nędzy i opuszczenia, szła wiadomość o tej bitwie, która lada dzień w imię dobra przyszłości, w imię rozładowania bezrobocia wsi i wzrostu uprzemysłowienia kraju ma się rozpocząć.
Do kopania i wożenia ziemi, do robót pomocniczych przy wznoszeniu budowli, przy zakładaniu kabli i układaniu gazociągów zwoływano ludzi, tych samych, którzy lata całe siedzieli bezczynnie. Nie grały co prawda trąbki sygnałowe, nie rozwijano na wietrze sztandarów, nikt wysoko nie błyskał szablą i nie wzywał do ataku. Wkrawywały się w ziemię łopaty, turkotały koła, hałasowały silniki, syczały piły, nawoływania unosiły się w powietrzu. Walka toczona aż po dzień dzisiejszy na ziemiach środkowej Polski rozpoczęła się.
Ziemie C.O.P. należą niewątpliwie do najbardziej przeludnionych. Gospodarstwa karłowate przeważają we wsiach, olbrzymie rzesze ludności (ponad 10 procent) zarówno w miastach, jak i wsiach, nie mają odpowiednich podstaw do życia. Pomoc zatem była koniecznością.
Centralny Okręg Przemysłowy posiada w znacznym stopniu bogactwa rozmaitych surowców, które przy odpowiedniej eksploatacji mogą stworzyć podstawę do rozwoju przemysłu. Piryty, fosforyty, wapienie, wreszcie rudy żelazne i ropa naftowa, drzewo, kamień drogowy i budowlany, glinki – wszystko to potwierdza opinię o ukrytych, zaniedbanych jednak w ciągu długich lat bogactwach.
Teren C.O.P. ma, nie tylko dzięki bliskości zagłębia węglowego, zapewnione możliwości taniego środka energii; prąd uzyskany z zakładów w Rożnowie i wielkich elektrowni Mościc oraz gaz ziemny regionu sandomierskiego, stwarzają korzystne warunki do rozbudowy przemysłu, opartego na taniej energii. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze względy komunikacyjne, które wykazują, iż opodal Sandomierza przecinają się najważniejsze linie kolejowe wewnętrzne i międzynarodowe. Tu znajduje się naturalny węzeł szlaków wodnych Bałtyk – Morze Czarne i idącej Wisłą od Zachodu drogi z Bramy Morawskiej.
W rozmaitych miejscowościach położonych na terenie C.O.P. rozpoczęto w 1936 r. budowę zakładów przemysłowych. Równolegle z tymi pracami postępowało wznoszenie domów mieszkalnych dla robotników i urzędników, nowych szkół dla dzieci, szpitali, spółdzielni i sklepów. Tam, gdzie jeszcze nie tak dawno było szczere pole, dzisiaj kończy się wznoszenie zabudowań i montaż urządzeń, tam słychać hałas maszyn.
Budowa wytwórni i domów nie rozwiązuje jednak bynajmniej całości planów związanych z C.O.P. Wśród nich na poczesnym, bodaj że najważniejszym miejscu, znajduje się sprawa zaopatrzenia ziem C.O.P. w energię elektryczną, dostarczenie taniego środka energetycznego zakładom przemysłowym, z równoczesnym uniezależnieniem od dostaw kopalń węglowych położonych tuż nad granicą.
Od elektrowni zbudowanych na wielkich zaporach wodnych w Rożnowie, Porąbce i Czchowie aż po elektrownie pracujące na gazie ziemnym, ma iść poprzez teren C.O.P. dwoma ramionami wielki rozdzielnik prądu elektrycznego o wysokim napięciu. Będzie on zasilał wszystkie wytwórnie C.O.P., oświetlał miasta, miasteczka i osady przemysłowe – kończąc się ujściem w Warszawie. Uderzeniem mającym zapewnić C.O.P. dostarczanie drugiego środka energii, gazu ziemnego – dotychczas poza użytkowaniem na miejscu zupełnie nie wykorzystanego w Polsce – jest budowa gazociągu od Rostok pod Jasłem aż po Radom. Gazociąg posiadać będzie, podobnie jak linie wysokiego napięcia, szereg bocznic skierowanych ku ważnym ośrodkom przemysłowym.
C.O.P., kraj o dziwacznym dotąd układzie gospodarczym, o fatalnych połączeniach komunikacyjnych, stwarzających przedziwne paradoksy, zwłaszcza w okolicach Sandomierza, gdzie dawniej biegła granica austriacko-rosyjska, domaga się wydajnej rozbudowy środków komunikacyjnych. Jednym z pierwszych pociągnięć musiało być uregulowanie Wisły oraz zabezpieczenie ziem położonych opodal jej brzegów, wraz z równoczesnym usprawnieniem żeglowności przez obwałowanie i regulację koryta. Z dziedziny komunikacji kolejowej wyłania się konieczność zbudowania poprzez C.O.P. linii kolejowej idącej od Śląska na Wołyń. Dwie dalsze magistrale muszą wiązać środek C.O.P. z Gdynią i ziemiami północno-wschodnimi.
Chociaż kwestie komunikacji nie mogą z natury rzeczy być rozwiązane z taką szybkością, jak elektryfikacja i gazyfikacja lub budowa wytwórni, to jednak – powinny być w miarę możności i kredytów realizowane, gwoli harmonijnego rozwoju powstającego ośrodka przemysłu. […]
C.O.P., budowany do dziś dnia wysiłkiem całego społeczeństwa, nie ma być jakimś regionem uprzywilejowanym, jakąś zamkniętą w sobie całością gospodarczą, żyjącą kosztem ofiar ponoszonych przez inne części kraju. Jego rola polegać ma w przyszłości na promieniowaniu we wszystkich kierunkach, oddziaływując przez to na przebudowę struktury gospodarczej całego państwa.
Osiągnięcie tego da się uzyskać dzięki rozproszeniu ośrodków przemysłowych, co przyczyni się do ożywienia terenów w dużo większym promieniu, aniżeli miałoby to miejsce przy zastosowaniu dotychczasowej metody skupiania fabryk na niewielkiej przestrzeni. […]
C.O.P. ma zatem stworzyć odpowiedni klimat rozwojowy dla pozostałych ziem Polski. Śląsk uzyska nowe możliwości rozbudowy dla sprzedaży surowców i fabrykatów czy półfabrykatów, które do dziś dnia w bardzo małej ilości docierają na kresy wschodnie. Dzięki taniej drodze Wisły, połączonej odpowiednimi kanałami z ziemiami prawego dorzecza, zwiększy się możliwość zbytu żelaza i węgla na Wileńszczyźnie, Nowogrodzieńszczyźnie i Wołyniu. Dalej, nadmiar wykwalifikowanych robotników i pracowników z ośrodków przemysłowych Zachodu i Warszawy znajdzie zatrudnienie w C.O.P. pospołu z ludnością miejscową, kształconą w szkołach zawodowych czy warsztatach powstałych przy nowych wytwórniach. Równocześnie, skutkiem podnoszenia się stopy życiowej w C.O.P. zwiększy się spożycie artykułów pierwszej potrzeby, których nawet dotąd było zbyt mało. Wołyń i Wielkopolska znajdą więc tutaj rynki zbytu dla swoich ziemiopłodów.
Dla rzesz młodych inżynierów, techników i fachowców wszelakich zawodów stworzone zostaną na terenach C.O.P. nowe możliwości i horyzonty. Wyniki osiągnięte dzięki powstaniu C.O.P. nie będą dawać się odczuć w całej rozciągłości w najbliższych kilku latach. To jest przecież plan obliczony na długą falę, plan, który ma objąć swoim działaniem zarówno stłoczony kopalniami i fabrykami Śląsk, jak i Wileńszczyznę, podobną dotychczas koloniom wytwarzającym rozmaite surowce a nie mającym możliwości kupowania produktów fabrycznych z racji niskich cen osiąganych za artykuły własne.
C.O.P. spełnić ma zadanie wielkiego sita, które przemiesza wszystkie nierówności ustroju gospodarczego poszczególnych części kraju, wyrównując je, nie odbierając jednak żadnej z ziem jej naturalnych walorów. O powstaniu tego planu nie decydowały przecież potrzeby natury propagandowej. Nie przypadek, nie trąby reklamy były bodźcem, tylko głębokie przestudiowanie błędów naszego ustroju gospodarczego, chęć zatarcia śladów przeszłości, zapewnienia równego podziału chleba obywatelom wszystkich ziem Rzeczypospolitej. […]
Po uporaniu się z trudnościami kryzysu, z latami walki o utrzymanie stanu posiadania, przystąpiliśmy natychmiast do wielkiej, porywającej wszystkie serca ofensywy. Do natarcia przeciwko wspólnemu wrogowi: biedzie oraz psychozie, iż Polska nie może wydobyć się ze stanu ubóstwa, że musi dusić się na przeludnionej wsi, czy wśród murów przemysłowych miast, o wytwórniach nie znajdujących odbiorców.
Powróciliśmy na stary, wiślany szlak wytyczony przez kupców „złotego wieku”, na ziemie, którymi zainteresował się wielki Staszic, wskazując jak ważnym jest w Polsce, kraju pól i lasów, posiadanie własnych kopalń i własnych wytwórni.
Praca, której podjęliśmy się, dzieło, które zrealizować zobowiązaliśmy się, nie jest łatwe. Obok braku kapitałów trzeba walczyć z brakiem wiary i zaufania. Trzeba w pustkowiu, podobnie jak kiedyś wśród chałup rybackich Gdyni, wznosić żelazo-betonowe gmachy przemysłowe i domy mieszkalne.
Nie jesteśmy jeszcze w połowie wielkiej roboty, chociaż już dawno słychać szum maszyn pracujących w Stalowej Woli, chociaż tysiące małorolnych chłopów znalazło pracę. Walka z przeciwnościami trwa. Wiemy, dlaczego walczymy, wiemy, o co walczymy. Nikt nie ustaje w tej walce. Tym radośniejsze są te zmagania, że walczymy przecież o nową Polskę, Polskę sprawiedliwości podziału chleba, Polskę gotowości bojowej żołnierza i pracy.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Sprawa, którą dziś Rząd przedstawia społeczeństwu i Izbom Ustawodawczym, jest naprawdę całkiem poważna i wiąże się ściśle z analogicznymi tendencjami i wysiłkami planowego działania w akcjach zbiorowych, które ostatnio coraz intensywniej absorbują uwagę również i u innych narodów.
Od roku 1924, tj. od chwili pierwszej stabilizacji polskiej waluty, do końca roku budżetowego 1935/36 ogólna suma wydatków budżetowych Państwa netto wynosi okrągło zł 30 mld. Z wydatków budżetowych i z akcji pozabudżetowej z dyspozycji samego tylko Państwa inwestycje pochłonęły w tym 12-leciu – łącznie z wojskiem – ponad zł 6 mld. Jest to suma wcale poważna.
Ona to stała się motorem rozwiązania wielu doniosłych i palących zagadnień. Powstało w tym czasie kilka nowych, ważnych gałęzi przemysłu, szczególnie gałęzi obsługujących potrzeby Państwa i rolnictwa; został pchnięty naprzód problemat mieszkaniowy; przybyły nowe arterie komunikacyjne; zapoczątkowana została akcja elektryfikacji kraju; pewne korzystne przesunięcia dokonały się w strukturze agrarnej kraju; pobudowane zostały ważne gmachy państwowe i reprezentacyjne; niektóre miasta uzyskały elementarne urządzenia zdrowotne i cywilizacyjne; pewien postęp dokonał się w opiece nad zdrowiem ludności; opanowane zostało technicznie nasze wybrzeże morskie. Niewątpliwie udałoby się zestawić i kilka innych jeszcze elementów twórczej pracy.
Wszędzie tam, gdzie zjawiała się w służbie Państwa energiczna i bardziej twórcza jednostka, wszędzie tam, gdzie konieczność krzyczała o rekonstrukcję czy inwestycję, gdzie przemawiała sama oczywistość nieodpartą logiką faktów – powstawały nowe wartości, nowe obiekty, nowe ważne prace publiczne. […]
Ale oto wyrasta zagadnienie nowe i główne. W jakim stopniu te odcinkowe plany, te indywidualne osiągnięcia, te poszczególne rozwiązania ustosunkowały się do naczelnych założeń polskiej polityki gospodarczej? Czy stały się odbiciem jednolitej polskiej racji stanu? Oto wielki i na wskroś nowoczesny problemat. Rozwiązywaliśmy od lat, z lepszymi lub gorszymi rezultatami, różne postulaty lokalne, regionalne, dzielnicowe, każdy z nas – w najlepszej intencji – przyciągał trochę pieniędzy publicznych do celów, którym służył; czyniliśmy nakłady z punktu widzenia potrzeb handlu, komunikacji, rolnictwa i przemysłu; szukaliśmy sposobów rozładowania bezrobocia w pojedynczych zagrożonych okręgach; rozbudowywaliśmy etatyzm i czasem próbowaliśmy wzmacniać gospodarstwo prywatne ze źródeł publicznych; ale w jakim stopniu rozwiązaliśmy postulaty syntetyczne dzisiejszej i przyszłej, żywej, rzeczywistej i obciążonej na przyszłość poważnymi trudnościami, odbudowanej i zjednoczonej Polski? […]
Jakież to cele gospodarczo-finansowe, jakież to kryteria muszą być włączone do zbadania słuszności każdego nowego wydatku, każdej nowej inicjatywy i nowej inwestycji w Państwie? Jakież to wielkie i poważne uzasadnienia muszą powstać, by zharmonizować miliony obywateli wobec faktu, iż prawo Państwa do korzystania z gromadzących się oszczędności jest ważniejsze i hierarchicznie wyższe niż prawo jego poszczególnych obywateli, i to pomimo stwierdzenia, iż Państwo nasze stoi na gruncie prywatnogospodarczej zasady politycznej.
Te zasadnicze kryteria i te podstawowe – w moim rozumieniu – postulaty syntetyczne narzucają się same przez się. Oto, na pierwszym miejscu musi być postawiony postulat szybkiego wzmocnienia naszej zdolności obronnej i postawienia jej na całkowicie nowoczesnym poziomie technicznym, produkcyjnym i komunikacyjnym.
Po wtóre, musimy ruszyć z martwego punktu dążności ku stworzeniu warunków dla systematycznego uprzemysłowienia kraju, jako praktycznie jedynej, wielkiej i trwałej możliwości dla absorpcji przyrostu ludnościowego, dla trwałego rozładowania bezrobocia, a zarazem dla otwarcia możliwości przetworzenia surowców polskich na wartości wyższego rzędu.
Wreszcie, powstaje postulat takich przeobrażeń struktury gospodarstwa polskiego – gospodarstwa zarówno agrarnego, jak i przemysłowego, by wielkie okręgi gospodarczo bierne zaktywizować, by zatrzeć wielkie różnice ekonomiczne między wschodem i zachodem Polski, by umożliwić przesunięcia w lokalnych dyspozycjach energią mechaniczną, by obniżyć podstawowe elementy w kosztach własnych produkcji, a w ten sposób ugruntować rentowność procesów gospodarczych na drodze wszechstronnego rozwoju, a nie wyzysku.
W krótkości można by zrekapitulować, że cele nasze są następujące: zabezpieczyć i utrwalić pokój, pogłębić, zjednoczyć i rozszerzyć Polskę gospodarczo i społecznie – tak, by mogła zabezpieczyć pracę dla ludzi i udźwignąć poważne koszty, które z tej przebudowy powstaną.
Czyż te proste kryteria nie były dostatecznie uwzględniane w dotychczasowych wysiłkach inwestycyjnych Państwa? Nie, nie były dominantą naszych prac i być nie mogły tak długo, jak długo nie dążyliśmy do stworzenia jednolitego, skoordynowanego planu inwestycji państwowych – jak do niedawna nie były drogowskazem i dla wielu innych narodów i państw. Wysiłki oddzielnych resortów, oddzielnych funduszów i pojedynczych ludzi były ogromne, godne szacunku i uznania i zmierzały często do osiągnięcia najlepszych rezultatów najmniejszym kosztem. Ale charakter tych wysiłków był zgoła inny. Inna była dotychczas podstawa dyspozycyjna, inna hierarchia celów.
Oczywiście, nie przetrawimy tu wyczerpująco nawet w całodziennej dyskusji tego złożonego problematu. Raczej uruchomimy tylko publiczną dyskusję. Toteż ilustrować te tendencje mogę tylko luźnymi przykładami.
Tak więc zobaczą Panowie dwie karty [mapy] Polski, z których jedna wskazuje na gęstość zaludnienia, a druga na przyrost naturalny ludności w poszczególnych okręgach kraju. Istnieje całkowita dysharmonia w tych obrazach. Mogą Panowie przestudiować inną mapę, która wyraża syntezę sieci komunikacyjnej Polski z roku 1918. Sieć ta składa się z 6 równoległych arterii, atakujących z zachodu granice Polski, i z kompleksu, który w formie promieni wypływa z Warszawy na wschód, jak gdyby dla łatwej ewakuacji. Moglibyśmy stwierdzić, że prawie do ostatnich lat usiłowaliśmy – nieświadomie – wzmocnić niektóre założenia komunikacyjne zaborcze, a słabo rozbudowaliśmy własne, które dadzą się ściśle wydedukować z potrzeb gospodarstwa polskiego.
I tak kolejno możemy wgłębiać się w dziesiątki zupełnie podstawowych zagadnień, dotyczących czy to źródeł energii, czy to wyzyskania surowców, połączenia komunikacyjnego okręgów, kompensujących swe potrzeby, przetwarzających surowce na półprodukty – i wszędzie w jaskrawej formie spotykamy przeciwieństwa polskiej gospodarczej racji stanu. Jeszcze w roku 1937 napotkamy rażące, mechaniczne, brutalne rozdarcia zjawisk gospodarczych – prawie zawsze na liniach szwu dawnych granic zaborczych. Badania te wykazały nam aż nadto dowodnie, z niezwykłą oczywistością, iż nie byłoby – w nakreślonych warunkach – większego nonsensu, jak dzielenie zmobilizowanych funduszów inwestycyjnych na powiaty czy okręgi, a nawet częściowo i na autonomiczne zagadnienia, przy zastosowaniu szablonowych proporcji czy targów resortowych. Przeciwnie, okazało się z całą wyrazistością, iż na przykład linia kolejowa, zbudowana w okręgach centrowych, a łącząca 2 przerwane arterie na kresach, może oddać nieocenione usługi najdalszym kresom wschodnim, choć terytorialnie nie tam ulokowana będzie dana inwestycja. Okazało się z całą oczywistością, że lokując w oderwaniu od całego syntetycznego, ogólnopaństwowego planu inwestycyjnego spore kapitały w jakiś, ważki sam w sobie, szczegół – unieruchamia się tak cenny kapitał, a nawet dana okolica po wykonaniu określonych robót powraca do dawnej nędzy i beznadziejności. Okazało się też, że łącząc zagadnienia obrony i gospodarstwa w jeden system, osiąga się spotęgowanie skutków ogólnogospodarczych, gdyż w ramach planu generalnego gospodarstwo służy obronie, a inwestycje obrony mogą wzmacniać wiele procesów gospodarczych.
Przez badania, które wciąż pogłębiamy i wciąż wzmacniamy obiektywną analizą, dochodzimy do wniosku, że inwestowanie choćby bardzo znacznych kapitałów w sposób chaotyczny, dowolny, wynękany na Rządzie przez zainteresowania lokalne, odsuwa i opóźnia moment generalnego ataku na powszechnie dostrzegane zło. A tym złem jest fakt, że Państwo – jedno z większych w Europie – Państwo, które przed wiekami było potęgą i siłą, które w bitwach zwyciężało i łamało potęgi obce, które dysponuje ludźmi, obszarem i względnym bogactwem surowców – w zakresie walorów gospodarczych w XX w. znalazło się na szarym końcu narodów w Europie.
Im dalej od kilku luźnych ośrodków pewnego tradycyjnego rozwoju gospodarczego, skoncentrowanego głównie na zachodzie Polski – tym braki techniczno-cywilizacyjne są większe, tym narzędzia pracy są prymitywniejsze, tym mniejszy walor reprezentuje praca ludzka, tym głębsze są przeciwieństwa socjalne, tym powszechniejsza jest nędza ludzka i indyferentyzm wobec idei Państwa. Polska B dochodzi aż pod Warszawę i Katowice, a nie kończy się – jak myśleliśmy – na linii Sanu, Bugu i Wisły. Musimy rozpocząć systematyczny i zwarty marsz przeciwko temu wspólnemu nieprzyjacielowi. Musimy doprowadzić do takiej koncentracji woli i wysiłku, by inwestycja, wykonywana w planowo określonym miejscu, budziła żywy oddźwięk i zadowolenie w całej Polsce.
Musimy dojść aż tak daleko, by resorty państwowe przy dyspozycjach finansowych na dany okres inwestycyjny roczny, wyrzekły się egoizmu resortowego wyciśnięcia, przy zastosowaniu wszelkich sztuk tej wiedzy, „maksimum” środków materialnych dla siebie, a poczęły decydować z punktu widzenia realizacji planu. Musimy dojść aż do tego, by w sporach i dyskusjach o planie inwestycyjnym przeważała troska o treść, a nie o formę wniosku. Jeżeli te nastawienia są niemożliwe, to niemożliwa jest i walka o zabezpieczenie tych naczelnych postulatów i celów, o których mówiłem uprzednio, to niemożliwe jest prawdziwe ruszenie z martwego punktu, choćbyśmy zmobilizowali bardzo znaczne środki materialne. Nie negując w sposób absolutny szeregu potrzeb lokalnych, nie negując możliwości czy konieczności kompromisu między aktualnymi potrzebami dnia dzisiejszego i planowymi potrzebami przyszłości – w imię naczelnej idei wzmocnienia sił i urządzeń obronnych, w imię syntetycznych potrzeb gospodarczych – musimy rzucić pierwsze konkretne hasło: rozbudowy nowego centralnego rejonu przemysłowego.
Tak, jak ongiś całym programem i symboliką polityczno- gospodarczą stało się to słowo: Gdynia – tak dziś stawiamy nowe hasło w programie uprzemysłowienia, które otrzymuje symboliczną i skróconą nazwę: okręg centralny – Sandomierz. Dziś okręg ten stanowi większą pustkę programowo-gospodarczą niż ziemie wschodnie, pomimo iż istniały próby ustawowe ulokowania tam specjalnych gałęzi produkcji. Nie jest on i dziś ani wybitnie rolniczy, ani przemysłowy. Nie ma on fizjonomii gospodarczej, choć w chwilach niebezpieczeństwa, wprost geofizycznie, musiałby się stać ośrodkiem zorganizowanej materialnej obrony. Jeśli tak jest, to tu rozwinąć się muszą nowe węzły komunikacyjne, to tu w dalszych dyspozycjach gospodarczych muszą nastąpić ważkie korektury energetyczne, surowcowe i przetwórcze.
Ale i ściśle gospodarczo okrąg ten musi się stać pomostem, który stworzy rynek zbytu i dla płodów rolnych okręgów wschodnich, i dla surowców i półproduktów okręgów zachodnich, i odbiorcę energii, opartej o siły wodne i ciepło gazu ziemnego, a skoncentrowanej na południu. Można udowodnić materiałem ściśle rzeczowym, że wszelkie wysiłki gospodarczego ożywienia kresów pozostaną w połowie bezskuteczne, jeżeli pomiędzy zachodem i wschodem pozostawimy martwe pustkowie, filtr bezwładu, okręgi przeludnione, nędzne i gospodarczo niezdefiniowane. Można nawet kusić się o dyskusję, że wytrzymałość zewnętrznych granic Polski na naciski będzie tym większa, im twardszy gospodarczo i organizacyjnie będzie kraj [region] obejmujący okręgi centralne między Sanem i Wisłą.
Drugim hasłem, które musimy jeżeli nie podjąć, bo ma ono już swoją historię w Polsce, ale ożywić i zaktualizować, to hasło zatarcia układów strukturalnych, wyrosłych pod wpływem i naciskiem interesu państw zaborczych. Żadne z wielkich zagadnień gospodarczych do końca wojny nie zostało i nie mogło być ujęte w skali potrzeb Narodu i Państwa Polskiego. Te przemiany muszą być przyśpieszone i muszą znaleźć konkretny wyraz w nowych poczynaniach inwestycyjnych. Na tych dwu głównych hasłach należy chwilowo skoncentrować naszą uwagę, choć ani w przybliżeniu nie wyczerpują one naszych aspiracji gospodarczych. […]
Pierwsze zręby rozbudowania przemysłu w tym okręgu – przemysłu związanego z celami obrony Państwa, z rozbudowaniem dróg komunikacyjnych, uregulowaniem rzek, z doprowadzeniem i rozprowadzeniem gazu ziemnego i energii elektrycznej, muszą pochłonąć sumę ok. zł 3 mld. Nie możemy jednak zaniedbać normalnego programu dróg komunikacyjnych, rozbudowy dróg wodnych, regulacji i melioracji, inwestycji rolniczych, rolniczo-przemysłowych, rozbudowy Gdyni i floty handlowej, akcji budowlanej, akcji wyposażenia miast, niezbędnych urządzeń w całej Polsce i na ziemiach wschodnich, co zaabsorbuje corocznie nie mniej niż zł 250 mln z funduszów publicznych. Pozostają jeszcze potrzeby specjalne: dotyczą one rozbudowy szkół i niektórych gmachów państwowych, potrzeb obronnych, ześrodkowanych w innych dzielnicach Państwa, a przede wszystkim wykończenia wielu prac, podjętych czasem w ostatnich latach bez należytego uzasadnienia, z punktu widzenia obecnych, nowych kryteriów, oraz potrzeby prac poszukiwawczych i badawczych – choćby w zakresie ustalenia naturalnych bogactw Polski na ziemiach wschodnich i wschodnio-południowych.
Tak więc widzimy, że plan 4-letni, obracający się w granicach sum poprzednio wymienionych, dla nowego, szerszego i planowego programu już zupełnie nie wystarcza. W każdym razie, zanim moglibyśmy podjąć wykonywanie planu szerszego i dłuższego, np. 10-letniego, musimy przygotować odpowiednie warunki wstępne. Roboty wcześniej zaczęte, bez względu na swe walory w przebudowie generalnej, omówionej poprzednio, muszą być wykończone. Ogólne tempo obrotów gospodarczych musi być wzmocnione, gdyż następnie nie należałoby unikać szerokiego współdziałania inicjatywy prywatnej w akcji uprzemysłowienia okręgów centralnych. Przeciwnie nawet, taki właśnie duży narodowy program mógłby regenerować anemiczną działalność prywatno-gospodarczą, mógłby wybitnie wzmocnić polski stan posiadania w przemyśle średnim i wielkim i skierować na inne tory działalność etatystyczną, rezerwując jej najszersze pole w działach rozbudowy ścisłego przemysłu obronnego, który zasadniczo winien się znajdować w ręku Państwa, oraz rozbudowy wszelkich dróg komunikacyjnych i magistrali elektrycznych i gazowych. Toteż plan 4-letni nie tylko nie upada, ale winien stanowić wyraźny pomost do planu znacznie szerszego. Byłby to okres dostateczny, aby w akcji planowania i w celowości wydatkowania nadzwyczajnych sum na wielki program inwestycyjny poczynić niezbędne postępy i przygotowania. Ponadto wstępne prace w tym nowym okręgu przemysłowym już obecnie zostaną dokonane, głównie w ramach akcji prowadzonej przez Ministerstwo Spraw Wojskowych i Ministerstwo Komunikacji. […]
Jestem jak najbardziej oględny i ostrożny w udzielaniu zgody na powstawanie nowych zadłużeń, gdyby jednakże przyjąć, iż prace te dokonane zostaną na kwoty o połowę mniejsze niż w latach 1935-36, to i wówczas pozycje te dosięgną zł 50-60 mln rocznie.
Tak więc to, co w 1937 r. powstanie w Polsce w formie nowych inwestycji – z dyspozycji czynników państwowych tylko – określi się sumą globalną zł 800 mln. Będzie to ogromny wysiłek Państwa, i mogę dziś spokojnie stwierdzić, że jest on możliwy już bez naruszenia czy to waluty, czy pozycji kredytu państwowego.
Warto jeszcze dla całości obrazu przytoczyć następujące informacje:
Inwestycje, planowane we Francji, w stosunku do całego budżetu łącznie z planem inwestycyjnym wyniosły w 1936 r. 19%. W Belgii na rok 1937 odnośny procent wynosi 20%. W Czechosłowacji inwestycje budżetowe i pozabudżetowe wynoszą 19% globalnej sumy wydatków, we Włoszech – 15%, przy czym jednak prawdopodobnie pewne inwestycje wykonuje się ze specjalnych funduszów, nie podlegających opublikowaniu. W Austrii odpowiedni procent dla inwestycji cywilnych wynosi ostatnio niecałe 4%.
W Polsce na rok 1937 budżet i wydatki pozabudżetowe inwestycyjne, obliczane podobnie jak w innych krajach, obejmą sumę globalną w wysokości ok. zł 2900 mln, inwestycje zaś z dyspozycji czynników państwowych – ok. zł 800 mln. Liczba charakteryzująca ten wysiłek wyniesie u nas 27,5%. W ubiegłym roku ten sam stosunek wyraził się kwotą ok. 20%.
Wyraźnie więc przechodzimy z formy pasywnej i konsumpcyjnej wydatków państwowych na podwyższanie części twórczej i inwestycyjnej.
Praca ta dokonuje się w warunkach niełatwych. Trudności psychiczne pracy publicznej są Panom aż nadto dobrze znane. Trudności materialne były tu omawiane wielokrotnie.
Toteż z punktu widzenia polskiej rzeczywistości i troski o przyszłość Polski trzeba spojrzeć na całe zagadnienie i na ten fragment, który zawarty jest w dwu projektach ustaw: w projekcie bardziej generalnym, 4-letnim, związanym z podwyższeniem naszych walorów obronnych i zapoczątkowaniem przebudowy struktury gospodarczej w nowym okręgu przemysłowym Polski, oraz w projekcie 1-rocznym, bardziej szczegółowym, związanym organicznie i planowo z pierwszym, a dotyczącym inwestycji, w których charakter gospodarczy przeważa.
Można, oczywiście, wywołać szereg wątpliwości i kwestii związanych z tymi projektami. Można twierdzić, iż troskę o podstawowe inwestycje można by całkowicie pozostawić prywatnej inicjatywie, gdyby tylko zapewnić jej trwałą i solidną rentowność. Można by sprzeciwiać się samej idei planowania i harmonizowania inwestycji w takim rozmiarze. Można by badać i odrzucać projekty inwestycji nierentownych albo pozornie nierentownych, czyniąc z tej zasady główne kryterium. Można usiłować przerzucać kwoty z jednej pozycji na drugą. Można też skoncentrować uwagę na wątpliwościach natury formalnoprawnej.
Każdy zarzut, z dobrą wiarą i z troską o dobro publiczne postawiony, zasługuje na uwagę, i uczynimy wszystko, by takie wątpliwości rozproszyć. Wszystkich jednak obaw nie usuniemy i nie pokonamy, gdyż sprawy, które dziś chcemy załatwiać, dotyczą przyszłości. Dlatego projektuję, przynajmniej w odniesieniu do inwestycji o charakterze ściśle gospodarczym, włączyć jeszcze dwa elementy, które korygowałyby stopniowo możliwe błędy: pierwszy – to powołanie do życia małego, ale sprawnego i fachowego komitetu poza biurokratycznego, który by omawiał zasadnicze linie planu, harmonizował poczynania z potrzebami życia gospodarczego i alarmował w razie zauważenia jakichś braków; drugi – to publiczna sprawozdawczość z prac dokonanych.
Sądzę, że te zapewnienia opinia publiczna przyjmie chętnie do wiadomości. Ale istota rzeczy pozostanie zawsze w tym, że projektowane prace i cele dojrzały już jako konieczność polityczno-gospodarcza i konieczność socjalna współczesnej Polski. Musimy pozytywnie, spokojnie, z męską decyzją pokonywać coraz większe trudności, jeżeli naprawdę cenimy zdobytą wolność i całość. W bezwładzie i w kryzysie wiecznie żyć nie można. Mamy pełną świadomość wagi zagadnienia obrony, zmobilizowanej przez cały Naród. Mamy świadomość, iż musimy uleczyć ostatecznie wszystkie głębokie rany i wszystkie choroby, które powstały w okresie długotrwałej niewoli i rozdarcia. Musimy tworzyć trwałą i mocną więź pomiędzy jedną dzielnicą Polski i drugą, pomiędzy Państwem i obywatelem, pomiędzy gospodarstwem i Narodem.
Polska musi własnym wysiłkiem tworzyć i budować codziennie i z uporem, ze świadomością celu własną nowoczesną organizację polityczną i gospodarczą, zdolną do życia, do rozwoju i do wytrzymania wszystkich ciśnień zewnętrznych i wewnętrznych.
Temu celowi służą w swej istocie i oba przedłożenia rządowe, które stanowią przedmiot naszych wspólnych trosk i rozważań.
przez redakcja | czwartek 12 kwietnia 2012 | inspiracje, nasze tradycje
Zacznijmy więc od owego „programu gospodarczego”, którego rzekomy brak tak często wysuwany bywa jako zarzut przeciw rządom pomajowym. Program gospodarczy – realny, opierać się musi zawsze i wszędzie przede wszystkim na przesłankach obiektywnych, tj. na warunkach przyrodzonych, położeniu geograficznym i dotychczasowym stanie posiadania. Jakież są te warunki w Polsce? Polska leży geograficznie między uprzemysłowionym zachodem i mało uprzemysłowionym wschodem i południowym wschodem Stosunkowo największym jej bogactwem jest ziemia. Różnica jaka istnieje między wydajnością tej ziemi w zachodnich a centralnych, południowych i wschodnich województwach, wskazuje na olbrzymie wprost możliwości rozwoju. Podobne możliwości przedstawia uszlachetnienie naszej produkcji rolnej, tj. wzmożenie produkcji hodowlanej oraz rozwój wszelkiego przemysłu rolnego. Rynek zagraniczny na zachodzie dla tej produkcji jest niemal nieograniczony i pewny, niezależnie od chwilowych trudności ze strony Niemiec. Uszlachetnienie eksportu drzewa przedstawia również rozległe możliwości. Ta intensyfikacja gospodarstwa rolnego oraz rozwój przemysłu rolnego i drzewnego może również zatrudnić nadmiar posiadanych przez nas tanich rąk roboczych. Konieczność rozwoju naszego górnictwa, zwłaszcza węglowego, jest oczywistą. Trudności eksportowe, jakie istnieją, nie są nieprzezwyciężalne – praca robotnika w tej dziedzinie, a stanowi ona co najmniej 40% kosztów produkcji, jest tańsza i wydajniejsza niż na sąsiednim Śląsku niemieckim. Jeśli chodzi o przemysł, to – z wyjątkiem dziedzin dotyczących obrony Państwa – należy w rozwoju tegoż uwzględniać przede wszystkim gałęzie oparte o surowiec krajowy. Z wyjątkiem niektórych tylko gałęzi przemysłu nie możemy w najbliższej przyszłości liczyć na eksport na zachód, za to wschód przedstawia możliwości bardzo duże. Tylko produkcja nasza stać się musi równie dobrą, a przede wszystkim tanią. Wprawdzie mamy brak kapitałów i skutkiem tego drogi kredyt – ale za to obciążenia podatkowe i płace robocze o wiele niższe niż za granicą. Brak nam jest za to racjonalizacji produkcji i to jest niewątpliwie zagadnienie najważniejsze.
Wreszcie cierpimy na przerost i ociężałość pośrednictwa, stąd wskazanie usilnej pracy w tym kierunku. Cierpimy też na brak dostatecznej ilości dróg wszelkiego rodzaju, a przede wszystkim mamy wielkie historyczne zaniedbania w dziedzinie komunikacji morskiej, niezbędnej dla normalnego rozwoju gospodarczego.
Zdawałoby się, że główne linie naszego programu gospodarczego winny być tym samym ogólnie zrozumiałe. Kierownictwo spraw gospodarczych wszak od początku, jak wykazaliśmy, spoczywało w rękach przedstawicieli tegoż życia gospodarczego. Jednak mimo to nie skrystalizował się wyraźny program gospodarczy. Przez kilka lat istniał spór, czy Polska jest krajem rolniczym, czy przemysłowym. „Losy Polski w ten sposób się ułożyły – mówił po przewrocie czołowy przedstawiciel sfer gospodarczych – że polityka nasza była dotąd nijaka, ani zimna, ani gorąca, że ani w naszym parlamencie, ani w Rządzie, ani w całym naszym aparacie biurokratycznym wyraźnego, jasnego kierunku nie było”. Wprawdzie mówca miał na myśli rzekome „oscylowanie między kierunkiem kapitalistycznym a socjalistycznym”, ale sens cytowanego zdania jest bardziej realny: nie było po prostu żadnej myśli przewodniej, nie było wówczas istotnie żadnego programu – nie mogło więc być żadnej zdecydowanej polityki. Jeśli zaś chodzi już o rzekome „oscylowanie między kierunkiem kapitalistycznym a socjalistycznym”, toż w takim razie kto oscylował? Osoby ministrów gospodarczych nie świadczą zupełnie o ich socjalistycznym nastawieniu w tych resortach. Reforma rolna postanowioną została i dokonywaną jest w płaszczyźnie gospodarki kapitalistycznej. Ochrona pracy i opieka społeczna rozwijają się we wszystkich państwach kapitalistycznych w interesie rozwoju tychże państw. […]
Jeśli zaś nie było programu ani planu, czyż naszym życiem gospodarczym nie kierował raczej żywioł – niż świadoma celu wola? Tego celu nie było, dla przyczyn we wstępie omówionych, dla [z] braku pierwiastka państwowości w naszych sferach gospodarczych. Oszołomienie z powodu nagłego i „darmowego” otrzymania Państwa musiało działać czas dłuższy – jak działa na biedaka, który wygrał wielki los na loterii i nie wie, co z wygraną uczynić. Dziś niewątpliwie powoli oszołomienie to przechodzi.
Nie było ideowego przygotowania u tych, co władzę w dziedzinie życia gospodarczego objęli. Przerost polityki i politykomanii przytłumiał też zagadnienia gospodarcze. Gdyby chociaż w imię najbardziej demagogicznych haseł ujawniała się naprawdę jakaś siła, zdolna do walki i zwycięstwa. Ale szereg faktów z naszej historii lat minionych świadczy, że żadnej siły nie było. Szereg paradoksów nigdzie nie spotykanych charakteryzuje nasze życie państwowe: czy to sposób uchwalenia – jednym głosem większości – reformy rolnej, czy ustosunkowanie się stronnictw do problemów konstytucyjnych pod kątem widzenia, kto miejsce Prezydenta może zająć itd.
Wychowani w doktrynie liberalnej, lecz nie śledzący i nie znający przeobrażeń tej doktryny w Ameryce i Europie Zachodniej, ujemnie do Państwa w ogóle ustosunkowani, przestraszeni widmem rzekomego socjalizmu w Rosji, wrogo odnoszący się do wszelkiej myśli demokratycznej – przedstawiciele naszego życia gospodarczego i jego kierownicy w Rządzie zapoznali [zapomnieli] funkcje współczesnego Państwa, zapoznali proces rozszerzania tych funkcji we wszystkich państwach kapitalistycznych. Upojeni inflacją wobec braku własnych kapitałów pragnęli, by Państwo dawało życiu gospodarczemu pieniądze, by jak najmniej z niego ściągało podatków, by przyjmowało na siebie ryzyko i gwarancję za straty, by zaś nie mieszało się do problemu cen i zysków!
Jakąkolwiek funkcję, wynikającą z prowadzenia polityki gospodarczej, pragnęło Państwo wykonywać, wszystko to podciągano pod ulubione miano etatyzmu, który stać się miał rzekomo zakałą rozwoju życia gospodarczego. Gdy z jednej strony oskarżano, i to tak niedawno, banki państwowe o szkodliwą konkurencję dla banków prywatnych, z drugiej dłoń wyciągano po kredyty. I dziś całe niemal życie gospodarcze domaga się kredytów z banków państwowych, przy jednoczesnym stanowisku rzekomo przeciwnym istnieniu tych banków, jako konkurencji bankowości prywatnej. Gdy Państwo otrzymało w spadku po zaborcach i okupantach szereg przedsiębiorstw, stanowiących najbardziej doskonały instrument polityki gospodarczej, wręcz odmienny od słusznie, choć tylko teoretycznie potępianych środków administracyjnych i policyjnych – starano się stale uzasadniać, że Państwo niezdolne jest do bezpośredniego kierowania warsztatami produkcji, że wprowadza etatyzm, konkuruje z prywatnym życiem gospodarczym. Starano się wyzbywać majątku państwowego. Sprzedano fabrykę celulozy. Odstąpiono za bezcen drogie inwestycje dokonane celem odbudowy fabryki żyrardowskiej. Usiłowano sprzedać Chorzów [zakłady azotowe]. Podejmowano pertraktacje o długoletnie wydzierżawienie monopolu tytoniowego, za cenę stanowiącą ułamek dzisiejszego dochodu z tego monopolu. Przygotowano sprzedaż państwowej wytwórni aparatów telegraficznych i telefonicznych. Nie będziemy mnożyć tych przykładów, ani przypominać całego szeregu interesów niekiedy brudnych, a zawsze lekkomyślnych. Gdy tak likwidowano przedsiębiorstwa państwowe, jednocześnie z kredytów państwowych w tej lub innej formie otrzymywanych, budowano liczne przedsiębiorstwa prywatne kosztem o wiele większym, niż normalna budowa wymaga, przy tym przedsiębiorstwa te Rząd musi teraz za długi przejmować.
Zarówno w dziedzinie programu, jak i planu czy stałych wytycznych polityki gospodarczej nic się prawie nie zmieniło po reformie walutowej 1924 r. Dokonano wielkiego dzieła, ale na jednym odosobnionym odcinku, więc musiało szybko upaść. W dalszym ciągu całokształtem życia kierowała żywiołowa gra sił grup i jednostek. Polityka koncesji dla panoszących się w Sejmie stronnictw, obok szeregu bezplanowych działań, prowadziła Państwo ku niechybnej zgubie – i doprowadzić by do niej musiała, gdyby nie nastąpił radykalny przewrót.

CC BY-NC-SA Piotr Świderek, bardzofajny.net / kooperatywa.org
Przewrót majowy stwarza nową erę w naszym życiu gospodarczym. […] Następuje okres świadomej celów polityki gospodarczej. […] Praca idzie od podstaw. Więc przede wszystkim bezapelacyjnie i bezwzględnie zrównoważony zostaje budżet Państwa, ta normalna podstawa każdego gospodarstwa. Za tym idzie stabilizacja waluty, bez czego rozwój życia gospodarczego jest niemożliwy. Te dwa nieodzowne czynniki stwarzają podstawę dalszej pracy. Rolnictwo zostaje otoczone należytą opieką. Wspaniale rozwija się Państwowy Bank Rolny, zasilając rolnika możliwie najszerzej w niezbędny dlań kredyt. Buduje się nową wielką fabrykę związków azotowych, by dać rolnikowi tak niezbędny dla użyźnienia gleby nawóz sztuczny. W tym samym celu prowadzi się prace nad rozszerzeniem kopalni soli potasowych. Rząd otacza opieką ruch spółdzielczowytwórczy, by wzmocnić produkcję hodowlaną, dającą rolnikom maksimum zatrudnienia i zysku. Prowadzone są wysiłki, by standaryzować wytwory eksportowe rolnika, mogące tą drogą znacznie zwiększyć jego dochód. Reforma rolna prowadzona jest w ten sposób, by nowy gospodarz nie musiał ginąć w objęciach lichwiarza – lecz miał możność prowadzić swą gospodarkę. W szybkim tempie prowadzone są prace komasacyjne. Większe sumy przeznaczono na kredyty melioracyjne. Prowadzone są prace nad budową sieci elewatorów.
Polityka aprowizacyjna Państwa, która tyle niezadowolenia wywoływała, prowadzona jest zarówno w interesie konsumentów, jak i producentów. Pierwszym jej rezultatem było, że w 1926/27 r. nie importowano już do Polski drogiej mąki zagranicznej, lecz ziarno, zatrudniając nasze młyny i oszczędzając na cenie. Drugim, że uniemożliwiono zbędny wywóz ziarna, które by potem po droższych cenach musiano sprowadzać. Dalej stworzono rezerwę zbożową. Teraz uruchamia się młyn i elewator w Lublinie, co ułatwi działalność rezerwy i pozwoli na racjonalizację w dziedzinie młynarstwa. Jednocześnie Rząd sfinansował budowę wielkich piekarń mechanicznych; obecnie ogranicza przemiał. Akcja ta krok za krokiem obniża koszt przemiału, producentom zaś zapewnia możliwą stabilizację cen ziarna i mąki, gdy uprzednie wahania były równie szkodliwe dla rolnika, jak dla kupca, młynarza czy piekarza – nie mówiąc już o konsumencie.
Nasze dotychczasowe życie gospodarcze wegetowało w zaśniedziałych, starych, przedpotopowych niemal formach, odcięte i bojące się jakiegokolwiek świeżego powiewu. Symbolem tego: odcięcie nas od dróg morskich i brak własnej floty handlowej…
Rozpoczęte w swoim czasie prace nad budową własnego portu w Gdyni utknęły w strasznym marazmie, ogarniającym całe nasze życie gospodarcze. Dopiero rządy pomajowe dokonały potężnego wysiłku, by jak najszybciej posiadane na świat okno szeroko otworzyć. Budowa portu z każdym dniem posuwa się naprzód, rośnie w szybkim tempie wielkie miasto Gdynia, powstaje flota handlowa…
Państwo usprawnia swój aparat i działalność przedsiębiorstw państwowych. Racjonalizuje swą gospodarkę leśną, wyprzedzając daleko prywatną gospodarkę w tej dziedzinie. Przedsiębiorstwa są komercjalizowane – by je słusznie dostosować do istniejących form życia systemu kapitalistycznego. Aby zbadać braki i wady naszego życia produkcyjnego i handlowego, powołana zostaje Komisja Ankietowa do badania warunków produkcji i wymiany. Do pracy w niej wciąga się zarówno przedstawicieli przemysłu i handlu, spółdzielczości, jak również przedstawicieli pracowników oraz teoretycznych i praktycznych znawców życia gospodarczego. Rok trwające prace Komisji przyniosły olbrzymi wprost materiał analityczny w najważniejszych dziedzinach naszego życia przemysłowego i handlowego. Wyniki prac są rewelacyjne [nieoczekiwane] nie tylko dla Rządu i społeczeństwa, ale i dla samego przemysłu. Na długi czas stanowić one będą punkt wyjściowy do szeregu prac mających na celu racjonalizację życia gospodarczego. Jako stała instytucja, w pewnej części swych prac pokrewna Komisji Ankietowej, utworzony został przy Ministrze Przemysłu i Handlu Instytut Badań Koniunktur Gospodarczych i Cen.
Sanacja życia gospodarczego – choć oparta już na najsolidniejszych podstawach równowagi budżetu i stabilizacji waluty – wymagała nadzwyczajnego wysiłku i tempa pracy, których istniejący tryb uchwalania ustaw przy danym składzie Sejmu nie gwarantował. Rząd zażądał i otrzymał – wraz z częściową chociaż zmianą konstytucji – pełnomocnictwo do dekretowania nowych ustaw. Lecz znów powtórzył się tradycyjny grzech polskich Sejmów, zarówno przedrozbiorowych, jak współczesnych: stara niechęć do płacenia podatków. Podatki wyłączono z pełnomocnictw. Uniemożliwiono Rządowi dokonanie reformy podatkowej, której stale i systematycznie wszyscy głośno się domagają. Co gorsza, gdy Minister Skarbu wniósł przedłożenie podatkowe, Sejm w 1928 r. odrzucił je bez rozpatrzenia.
Pełnomocnictwa jednak dały możność Rządowi wydania kilkuset dekretów, regulujących różne działy naszego życia gospodarczego. Powstały nowe ustawy o izbach handlowo- przemysłowych, rolniczych, rzemieślniczych, o sądach pracy, umowach o pracę, o inspekcji pracy, o emigracji, o ubezpieczeniu pracowników umysłowych, tak ważna ustawa bankowa, o rozbudowie miast i wiele, wiele innych. Gospodarka skarbowa, choć nie wsparta tak ważną reformą podatkową – rozwija się znakomicie. […]
Zaniedbane dawniej kolektywne potrzeby miast i gmin przez rozwielmożnienie się prywatnych interesów, w bankach państwowych, zwłaszcza Banku Gospodarstwa Krajowego – zostają w szerokiej mierze zaspakajane. Działalność Banku Gospodarstwa Krajowego ulega radykalnej zmianie – potrzeby samorządu i akcja budowlana, przemysł związany z obroną kraju, spółdzielczość, a wreszcie również celowe potrzeby przemysłu, handlu i rolnictwa znajdują właściwe zrozumienie i zaspokojenie.
Krok za krokiem posuwa się Rząd w swej pracy ku potędze Państwa. Gdy w związku z dopływem kapitałów zagranicznych i rozwojem konsumpcji wewnętrznej bilans handlowy staje się ujemnym, rozwija się szeroka przeciwakcja. Rozwój eksportu stać się musi tym czynnikiem, który zrównoważy bilans handlowy. Utworzony został specjalny Państwowy Instytut Eksportowy. Rząd buduje w Gdyni wielką chłodnię, by uchronić eksport produktów hodowlanych, opłacających dotychczas olbrzymi haracz Hamburgowi. Prowadzone są intensywne prace celem uregulowania produkcji i eksportu lnu, z którego to źródła wielkie korzyści, przy małym stosunkowo wkładzie, osiągnięte być mogą. Polityka specjalnej regulacji taryf kolejowych i zwrotu ceł ułatwia całemu szeregowi towarów zyskowny eksport, opracowuje się specjalne kredyty eksportowe. […]
Wpływ idei państwowej i racjonalizacji życia gospodarczego zaczyna powoli przenikać i do sfer gospodarczych. Pod tym wpływem zaczynają się skupiać rozbite dotychczas organizacje gospodarcze. Ruch ten zaczyna się od rolnictwa. Powstanie izb przemysłowo-handlowych doprowadzi niewątpliwie do pewnej konsolidacji i w tej dziedzinie.
Sytuacja gospodarcza kraju pod każdym względem ulega poprawie. Rozwija się kredyt zagraniczny i krajowy, bo wzmaga się oszczędność i kapitalizacja wewnętrzna. Zmniejsza się bezrobocie, zatrudnienie stale wzrasta. Rynek wewnętrzny powiększa się tak szybko, że cały szereg dziedzin przemysłu nie może eksportować z powodu braku towaru.
Podczas gdy dawniej – od rządów Moraczewskiego do majowego przewrotu – warstwy pracujące tylko bronić musiały zdobyczy socjalnych przed coraz to nowymi, coraz bardziej gwałtownymi atakami, zaś kroki nowe w tej dziedzinie, zwłaszcza w zakresie zabezpieczenia bezrobotnych, czyniono pod naporem wydarzeń – obecnie rozwinął Rząd szeroko nakreślony program budowy Kodeksu Pracy i w wielkiej mierze go już zrealizował.
Toteż obcy stwierdzają, że polskie ustawodawstwo społeczne w szeregu kwestii zajęło jedno z pierwszych miejsc w Europie, co powinno napawać nas wielką dumą. Wraz z umacnianiem się podstaw gospodarczych Narodu, ze wzmaganiem się produkcji i bogactwa kraju, wszyscy obywatele w miarę udziału swej pracy – winni z owoców jej korzystać.
Dokonano więc już w dziedzinie przyśpieszania rozwoju gospodarczego niewątpliwie bardzo wiele – ale jest to kropla w morzu naszych potrzeb. Toteż tylko dalszy, trwały, nieustanny, kolektywny wysiłek Rządu i społeczeństwa może te olbrzymie sukcesy kontynuować i rozwijać ku potędze Państwa.
W całej tej działalności przebija jednak planowość wysiłków – jako przeciwstawienie uprzednio panującej żywiołowości i jako dowód zwycięstwa myśli państwowej w naszym życiu gospodarczym.