Weź chwilówkę? – rozmowa z prof. dr hab. Iwoną Jakubowską-Branicką

Weź chwilówkę? – rozmowa z prof. dr hab. Iwoną Jakubowską-Branicką

 

Czym jest sektor pozabankowy albo parabankowy? Czym różni się od „normalnej” bankowości – prawnie, ekonomicznie i społecznie?

Iwona Jakubowska-Branicka: W polskim systemie prawnym nie istnieje legalna definicja parabanku. Mimo że prawnicy powszechnie używają tego pojęcia, nie pojawia się ono w aktach prawnych. W literaturze przedmiotu można jednak znaleźć próby zdefiniowania parabanku oraz instytucji pozabankowej. I tak np. Witold Srokosz w książce „Czynności bankowe zastrzeżone dla banków” definiuje parabanki jako podmioty rynku finansowego, które, nie będąc bankami, wykonują na podstawie innych ustaw niż prawo bankowe czynności bankowe zastrzeżone dla banków lub bez upoważnień ustawowych wykonują czynności bankowe w ujęciu szerokim. Zdefiniować parabanki spróbowali także twórcy słownika dostępnego w ramach Portalu Edukacji Ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego, mówiąc, iż w ich ocenie najbardziej trafne jest przyjęcie, że instytucje parabankowe to inne niż banki instytucje, dla których działalność depozytowa jest działalnością podstawową. Ostatecznie najszersza definicja stwierdza, że parabankami są wszystkie instytucje finansowe świadczące usługi podobne do bankowych; w ujęciu węższym instytucjami parabankowymi określa się podmioty inne niż banki, które zostały przez odrębne ustawy upoważnione do podejmowania czynności bankowych sensu stricto. W naszej książce „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” przyjęliśmy, że parabankiem jest instytucja finansowa, która świadczy usługi zbliżone do usług świadczonych przez banki (tzw. usługi bankowe w ujęciu szerokim), jednak nieobjęta nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i niestosująca przepisów ustawy Prawo bankowe, a zatem przyjęliśmy definicję wypracowaną przez Komitet Stabilności Finansowej.

Co w kontekście sektora parabankowego oznacza przywoływane w waszej książce pojęcie hybrydyzacji?

W tym sensie instytucje te mają charakter hybrydowy, jeśli przez hybrydę rozumieć kombinację aspektów, które tradycyjnie przynależą do różnych domen, w tym przypadku obszaru bankowego i pozabankowego. Takie zdefiniowanie instytucji parabanku pozwala na stwierdzenie, że firmy pożyczkowe są jedną z form parabanków. Do niedawna instytucje pożyczkowe nie miały swojej definicji legalnej. Sytuacja zmieniła się wraz z nowelizacją ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 11 października 2015 r. i zdefiniowała instytucję pożyczkową jako kredytodawcę, który nie jest: bankiem krajowym, bankiem zagranicznym, oddziałem banku zagranicznego, instytucją kredytową lub oddziałem instytucji kredytowej, spółdzielczą kasą oszczędnościowo-kredytową lub podmiotem, którego działalność polega na udzielaniu kredytów konsumenckich.

Powiedzmy kilka słów o korzeniach całego zjawiska. Skąd się ono wzięło i jakie są jego korzenie, zarówno globalnie, jak i w Polsce?

Rynek małych firm pożyczkowych od dawna funkcjonował w USA i w Europie Zachodniej, natomiast w Polsce zaczął rozwijać się w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Firmy te oferowały tzw. szybkie pożyczki oraz pożyczki i kredyty „bez Biura Informacji Kredytowej”, kierując swoją ofertę przede wszystkim do osób bez zdolności kredytowej. Pojawiało się coraz więcej punktów stacjonarnych proponujących takie pożyczki, a równolegle rozlała się fala ogłoszeń reklamowych na słupach, latarniach, ścianach domów, przystankach. W końcu na ulicach miast stanęły tzw. pożyczkomaty, w których całą procedurę zaciągnięcia pożyczki można było załatwić od ręki, za pośrednictwem urządzenia. Jeszcze w 2015 r. liczbę firm pożyczkowych w Polsce szacowano na kilka tysięcy tzw. małych, lokalnych firm, które działały przeważnie w obrębie jednej miejscowości lub na niewielkim obszarze, oraz na kilkadziesiąt firm o zasięgu znacznie większym, w tym ogólnopolskim.

Czy od tamtej pory coś uległo zmianie? Jaka obecnie jest skala rozpowszechnienia instytucji pożyczkowych w Polsce?

Ciekawe, że gdy w 2013 r. rozpoczęliśmy nasze badania nad rynkiem firm pożyczkowych (projekt „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce”), okazało się, że ze względu na zmiany w otoczeniu prawnym, są one prowadzone w kluczowym i bardzo dynamicznym okresie. Zaczynaliśmy je w momencie, gdy rynek usług pożyczkowych był w niewielkim stopniu uregulowany prawnie, co oznaczało, że każdy przedsiębiorca mógł prowadzić usługi pożyczkowe, swobodnie tworząc swoją ofertę. Niedługo później pojawiły się pierwsze regulacje. Przełomem wyznaczającym kierunek rozwoju branży firm pożyczkowych była nowelizacja ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym: Ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o zmianie ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. 2015, poz. 1357). Zawiera ona pierwsze rozwiązania mające prowadzić do choćby częściowego unormowania działalności branży firm pożyczkowych w Polsce. Ustawa nałożyła znaczące ograniczenia na działalność tych firm, ustawodawca założył, że nowe prawodawstwo równocześnie wyeliminuje z rynku niestabilne firmy oraz zmniejszy ryzyko zbytniego zadłużania się klientów.

Ograniczono pozaodsetkowy koszt pożyczki: w pierwszym roku kredytowania koszty te nie mogą przekroczyć 55% kwoty kredytu, a w każdym kolejnym roku dodatkowo 30% pożyczonej kwoty. Łączny koszt wszystkich opłat pozaodsetkowych z jednej pożyczki nie może przekroczyć 100% jej wartości (art. 36a). Nowelizacja zlikwidowała możliwość tzw. rolowania pożyczek, czyli prolongaty terminu spłaty za odpowiednią prowizją. W praktyce nierzadko obserwowane były przypadki „rolowania” niemal w nieskończoność pożyczek zaciąganych na miesiąc, przy jednoczesnym czerpaniu zysków przez firmę poprzez wciąż pobierane odsetki od kwoty kredytu (art. 36b).

Kolejnym krokiem zmierzającym do prawnego uregulowania funkcjonowania firm pożyczkowych na polskim rynku kredytowym była nowelizacja ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 22 lipca 2017 r., a na jej mocy został utworzony Rejestr Instytucji Pożyczkowych prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego. Od tej pory podmiot pragnący rozpocząć działalność jako instytucja pożyczkowa zobowiązany jest do złożenia wniosku zawierającego podstawowe informacje, w tym: nazwę spółki, adres, dane członków zarządu włącznie z PESEL, numer w rejestrze KRS, NIP. Konieczność rejestracji nie oznacza jednak – niestety – możliwości kontroli działalności firm pożyczkowych przez Komisję Nadzoru Finansowego. W tej chwili w rejestrze KNF zarejestrowane są 493 instytucje pożyczkowe, można jednak domniemywać, że w dalszym ciągu działają firmy pożyczkowe powstałe i zarejestrowane lata temu jako działalność gospodarcza. O ile mi wiadomo, do dnia dzisiejszego nie ma spisu wszystkich działających firm pożyczkowych, nie mówiąc już o mechanizmach ich faktycznej kontroli. Trudno więc określić rozmiary tzw. szarej strefy, co zresztą jest jedną z przyczyn prowadzących do samoorganizacji tej części sektora firm pożyczkowych, która nie chce być utożsamiana z tą „szarą strefą”.

Podsumowując, można powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich lat, od 2015 r. trwa nieprzerwanie proces prawnego uporządkowania sytuacji firm pożyczkowych. Celem ustawodawcy jest również niewątpliwie zabezpieczenie interesów pożyczkobiorców korzystających z usług tych firm.

Dlaczego w ogóle ludzie biorą chwilówki? Jaki jest profil odbiorcy tego typu usług?

Wyniki naszych badań ilościowych z roku 2016, na reprezentatywnej próbie ogólnopolskiej (przeprowadzonych przez CBOS 21–28 stycznia 2016 r. w ramach badania omnibusowego 2016/03), wskazują, że z usług firm pożyczkowych w ciągu ostatnich pięciu lat od chwili przeprowadzenia badania korzystało 6,7% respondentów. W kontekście próby badawczej grupa ta wydaje się niewielka. Jednak przy założeniu reprezentatywności próby dla populacji Polski, co oznacza, że populacja dorosłych osób w 2016 r. według GUS wynosiła 31 537 114, mówi nam to, że w podobnej sytuacji mogło znaleźć się 2 207 598 osób. Z uwagi jednak na to, że jest to badanie sondażowe, wynik należy poprawnie podać w przedziale, który tutaj wynosi między 2 172 546 a 2 242 650 osób (dla 95% poziomu ufności). Ostatecznie wnioskujemy, że z usług firm pożyczkowych korzystało około 2,2 mln Polaków.

Na ogół, niestety, są to osoby mające poważne kłopoty finansowe. Z produktu finansowego, jakim są chwilówki w firmie pożyczkowej, najczęściej korzystają respondenci oceniający własne warunki materialne jako złe – 21,3%, w rodzinach o dochodach do 649 zł na osobę, pracujący w prywatnym gospodarstwie rolnym – 20,5%, rolnicy – 13,8% i renciści – 13,1% oraz osoby mające wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne – 8,9% lub zasadnicze zawodowe – 8,3%. Chwilówki najczęściej biorą ludzie starsi, w wieku 55–64 lata – 9,6%, również mieszkańcy miast powyżej 500 tysięcy i więcej mieszkańców. Osoby korzystające z usług firm pożyczkowych najczęściej wpadają w spiralę zadłużenia – 35,5%; ponad jedna trzecia z nich (34,4%) znajdowała się lub znajduje w krajowym rejestrze dłużników; najczęściej objęte są postępowaniem sądowym z powodu niespłacania długów – 36,3%. Badani, którzy korzystali z usług firm pożyczkowych, najczęściej biorą pożyczki od 1000 do 2501 zł – 29,2% (ostatnia chwilówka tej wysokości dotyczy 32,3% badanych) oraz od 500 do 1100 zł (ostatnia chwilówka tej wysokości – 20,5% badanych), powyżej 3000 zł – 10,9% badanych (ostatnia chwilówka tej wysokości – 18,5% badanych).

Zaledwie 72,7% badanych było w stanie spłacić pożyczkę w terminie, 18,6% nie miało takiej możliwości z powodu braku wystarczających środków, 4,5% badanych nie spłaciło pożyczki w terminie z powodu kontrowersji z pożyczkodawcą. Aż 44,5% badanych zdecydowało się na wzięcie pożyczki w firmie pożyczkowej, a nie kredytu lub pożyczki w banku z powodu braku zdolności kredytowej, a tym samym braku dostępu do tradycyjnych usług bankowych. 22% jako uzasadnienie podaje brak formalności, fakt, że nie trzeba przedstawiać żadnych dokumentów takich jak poświadczenie wysokości zarobków czy zgody współmałżonka. 8,6% przyznaje, że pożyczki są bardzo drogie, ale procedura ich uzyskania jest bardzo szybka. Zaledwie 4% nie uważa tych pożyczek za drogie, ceniąc sobie ich szybkie udzielenie. Badani, którzy nie mają zdolności kredytowej, jako powód podają brak stałych dochodów, pracę na czarno – 44,6%, niskie dochody – 29,6% oraz posiadanie zadłużenia w innych bankach, co skutkuje odmową udzielenia kredytu bankowego – 14,9%. Większość badanych, tj. 64%, nie akceptuje kosztów pożyczek (33% akceptuje), ale korzysta z nich z konieczności.

Padło tu wiele danych – czy możemy na ich podstawie stwierdzić, że chwilówki to problem związany przede wszystkim z ubóstwem i niską pozycją społeczną?

Wszystko na to wskazuje. Z przedstawionych analiz wynika jednoznacznie, że w zdecydowanej większości klientami firm pożyczkowych w Polsce są ludzie wykluczeni z bankowego rynku finansowego, nieposiadający zdolności kredytowej, przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, osiągają bardzo niskie dochody, a po drugie – nie spełniają kryteriów formalnych wymaganych przez banki, nie posiadają stałego zatrudnienia, są zatrudnieni na tzw. śmieciówkach. Wykluczenie z systemu bankowego oznacza niemożność korzystania z relatywnie tańszych kredytów i pożyczek, a więc upośledzonych skazuje na jeszcze większe upośledzenie w sytuacji konieczności pozyskania pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można więc mówić o podwójnym wykluczeniu.

Czy wiemy coś o tym, na co są wydawane te pieniądze? Na jakie potrzeby odpowiadają?

Według przywoływanego przeze mnie badania, ostatnią chwilówkę badani najczęściej przeznaczyli na: zakup żywności – 17,4%; zapłatę rachunków – 14,6%; opłacenie leczenia, zakup leków – 13,1%, zaplanowane remonty, np. mieszkania – 10,3%, nagłe, nieprzewidziane wydatki, np. naprawy – 6,8%, edukację dzieci, np. zakup podręczników, opłaty w szkole – 6,6%; wyjazdy, wypoczynek – 6,2%, na zakup podstawowych rzeczy dla najbliższych, np. ubrania dla dzieci – 4,9%. Pozostałe wybory lokują się poniżej 4 pkt procentowych, warto jednak zwrócić uwagę, że 3,1% bierze chwilówki na zaspokojenie bieżących potrzeb, na które nie mają środków, ponieważ spłacają kredyty, a 2,3% na spłatę długów zaciągniętych przez członków rodziny. Jedynie 3,9% badanych zadeklarowało, że wzięli chwilówkę na zakup ekstra sprzętu, np. drogiej komórki.

Przytoczona struktura potrzeb, których zaspokojeniu służą chwilówki, jest przygnębiająca i nie pozostawia wątpliwości, iż tak drogie pożyczki służą zaspokojeniu potrzeb podstawowych, a nie ekskluzywnych.

Co Polki i Polacy sądzą o chwilówkach? Czy są świadomi związanego z nimi ryzyka?

Większość respondentów korzystających z usług firm pożyczkowych nie ma do nich zaufania – to 57,8%. Niezależnie od tego niepokoi i zadziwia fakt, iż zaledwie 51,6% badanych pożyczkobiorców skorzystało z możliwości wcześniejszego poznania treści umowy dotyczącej warunków, na jakich udzielana jest pożyczka. Z odmową możliwości wcześniejszego poznania warunków umowy spotkało się 13,1% pożyczkobiorców. Nie umiało podać ogólnych kosztów ostatniej pożyczki aż 27% pożyczkobiorców. Trudno powiedzieć, czym spowodowany jest taki stan rzeczy. Prawdopodobnie katastrofalnie niskim poziomem edukacji ekonomicznej, związanym najczęściej z niskim wykształceniem badanych pożyczkobiorców. Takie wytłumaczenie wydaje się najbardziej prawdopodobną hipotezą, ale na pewno nie jedyną możliwą.

Przeanalizowaliśmy również 19 skarg na firmy pożyczkowe, które wpłynęły do Rzecznika Finansowego oraz 71 skarg złożonych do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zdecydowana większość skarg dotyczyła niebotycznie wysokich kosztów rzeczywistych pożyczki, dochodzących niekiedy do 200-300%, nękania przez pożyczkodawcę, niemożności przedłużenia terminu spłaty, bezprawnego naliczania kosztów pożyczki. Wszyscy skarżący pisali w nadziei, że Rzecznik Finansowy lub UOKiK rozwiążą ich problem, co z uwagi na kompetencje wymienionych urzędów nie jest możliwe.

No właśnie – czy instytucje państwowe w jakiś sposób pomagają ofiarom firm pożyczkowych? Czy mogą oni liczyć na jakieś wsparcie?

Postawmy zatem pytanie, na ile prawo chroni interesy pożyczkobiorców. W 2016 r. w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości zespół kierowany przez Mateusza Grochowskiego przeprowadził badanie poświęcone praktyce polskich sądów w sprawach o roszczenia z umowy pożyczki. Raport z badań „Umowa pożyczki w orzecznictwie sądów powszechnych” został opublikowany na stronie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Analiza objęła ogółem 367 spraw rozpoznawanych przez sądy powszechne i zakończonych prawomocnie w 2015 i w 2016 r. Prowadzone badanie wskazało na bardzo wyraźną dominację w badanej grupie umów o charakterze „jednostronnie sprofesjonalizowanym” – w których jedna ze stron trudni się stale i w zorganizowany sposób zawieraniem umów danego rodzaju. Niemal wszystkie spośród badanych spraw toczyły się z powództwa pożyczkodawców – zwykle instytucji pożyczkowych lub nabywców wierzytelności. Tylko w jednej ze spraw w całej badanej próbie w roli powoda występował konsument. Przeważająca liczba spraw kończyła się przegraną konsumenta. Co więcej, jak jasno dowodzi badana próba, w większości przypadków odbywało się to przy całkowitej bierności pożyczkobiorcy, który nie podejmował jakiejkolwiek obrony wobec żądań pożyczkodawcy. W badanych sprawach wyraźnie zaznaczyła się dysproporcja w korzystaniu przez strony z pomocy adwokatów i radców prawnych. O ile pożyczkodawca dysponował z reguły pomocą profesjonalnego pełnomocnika, o tyle konsumenci niezwykle rzadko korzystali z tej formy pomocy. Można to wytłumaczyć przede wszystkim wysokimi kosztami korzystania z pomocy fachowych pełnomocników.

Badanie ujawniło także wyraźną słabość instytucjonalnej ochrony interesów konsumenta, zarówno w sferze działań państwa, jak i w sektorze pozarządowym. W badanych sprawach, z nielicznymi wyjątkami, niemal zupełnie ignorowano szerszy kontekst prawa konsumenckiego w porządku prawnym UE. Sądy pomijały zarówno treść legislacyjnych dokumentów UE, jak i orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE, czyniące priorytetem ochronę praw konsumenta. System kontroli i wsparcia, który powinno zapewnić państwo, funkcjonuje z reguły źle. Sądy w wielu przypadkach jedynie zatwierdzają to, co przedstawi im pożyczkodawca. W ten sposób pierwotne wykluczenie ekonomiczne przekłada się na wykluczenie z systemu bankowego, a to z kolei powoduje częściowe wykluczenie z ram porządku prawnego tworzonego przez państwo. Mamy więc do czynienia z potrójnym, „kaskadowym” wykluczeniem, a ostatecznie z wykluczeniem obywatelskim, bo o takim można mówić, gdy jednostka przestaje być podmiotem prawa, które nie chroni jej interesów.

Co dalej? Czy istnieją bezpieczne i pożyteczne chwilówki, czy można sobie coś takiego wyobrazić?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się już toczonym dyskusjom – istnienie i funkcjonowanie firm pożyczkowych jest powszechnie krytykowane z uwagi na bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek. W 2019 r. rząd zgłosił projekt nowej ustawy, ograniczającej w znacznym stopniu dochody firm pożyczkowych. Obecnie limit kosztów pożyczki wynosi 55% wartości pożyczki w skali roku. Projekt ustawy antylichwiarskiej, przyjęty przez rząd, zredukował ten próg do, początkowo, wysokości 45%, a ostatecznie przewiduje się, że będzie on wynosił 20%.

Projekt ten wywołał prawdziwą burzę dyskusji. Protestują przedstawiciele firm pożyczkowych, wieszcząc upadek tego sektora. Komisja Nadzoru Finansowego zgłosiła zastrzeżenia do projektu, wskazując, że w imię ochrony interesów konsumentów nie można doprowadzić do unicestwienia firm legalnie działających na rynku finansowym. Autorzy projektu są natomiast zdania, że ograniczenie wysokości oprocentowania działa w interesie pożyczkobiorców, którzy niejednokrotnie stawali się ofiarami nadużyć.

Czy chwilówki można trzymać w ryzach? Ograniczanie rynkowej samowoli firm pożyczkowych może zwiększać bezpieczeństwo ich klientów i ograniczać szkody społeczne?

To bardzo szeroki temat. Wydaje się jednak, że podstawowe kwestie to po pierwsze kontrola, czy firmy pożyczkowe działają zgodnie z obowiązującym prawem. Po drugie, umożliwienie pożyczkobiorcom faktycznego dochodzenia swoich roszczeń, realne wsparcie ze strony instytucji państwa, takich jak np. UOKiK czy Rzecznik Praw Konsumenta. Następnie – kontrola poziomu zadłużenia deklarujących chęć zaciągnięcia pożyczki. Część osób korzysta z dobrodziejstw FinTechu, czyli technologii cyfrowej w branży finansowej, co przy braku kontroli wysokości poziomu zadłużenia prowadzi do niekontrolowanego poziomu zadłużania się. I wreszcie, kwestia ostatnia spośród moim zdaniem najważniejszych. Korzystanie z usług firm pożyczkowych nie wymaga zgody współmałżonka, co może prowadzić, i często prowadzi, do katastrofy finansowej całych rodzin. Odpowiedzialność za długi obciąża współmałżonka nawet wówczas, gdy nie mają wspólnoty majątkowej.

Nadal jednak pozostaje tutaj założenie, że chwilówki w jakiejś postaci są czymś nieuniknionym. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że instytucja firm pożyczkowych jest jedyną, która umożliwia legalne zaciągnięcie pożyczki ludziom nie posiadającym zdolności kredytowej. Całkowity zakaz takiej działalności uderzy w ludzi, którzy w świetle obowiązujących zapisów nie mają zdolności kredytowej, w tym również zatrudnionych na umowie-zlecenie na krótki okres czasu. Jest wielce prawdopodobne, iż uniemożliwienie firmom pożyczkowym legalnego funkcjonowania na polskim rynku finansowym prawdopodobnie doprowadziłoby do wytworzenia tzw. szarej strefy, co byłoby katastrofalne, tym bardziej, że w sytuacji epidemii koronawirusa prawdopodobnie liczba osób potrzebujących wsparcia finansowego wzrośnie lawinowo, przynajmniej na jakiś czas.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, luty–marzec 2020 r.

Prezentowane wyniki badań zostały szeroko omówione w: „Rynek firm pożyczkowych w Polsce. Teoria i praktyka”, red. naukowa I. Jakubowska-Branicka, PTE Warszawa 2018. Książka została wydana w ramach projektu „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce” sfinansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2013/11/B/HS6/01506.

Szymon Majewski (ur. 1992) – warszawiak i piasecznianin, z wykształcenia historyk. Ideowo demokratyczny socjalista inspirujący się myślą Edwarda Abramowskiego. Poza tym miłośnik dobrego hip-hopu i wycieczek po lasach.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Paweł Szymczuk z Pixabay.

Odzyskać motłoch! – rozmowa z dr. Łukaszem Mollem i dr. Michałem Pospiszylem

Z dr. Łukaszem Mollem i dr Michałem Pospiszylem o prowadzonym przez nich seminarium pt. „Filozofia polityczna motłochu. W poszukiwaniu plebejskich dóbr wspólnych” rozmawia Szymon Majewski.

18 lutego rozpoczęło się prowadzone przez Was w Polskiej Akademii Nauk otwarte seminarium. Proponowane pojęcie motłochu sugeruje, że mamy do czynienia z podmiotami, których nie da się zwyczajnie włączyć w prosty schemat dzielący społeczeństwa na klasy wyzyskujące i wyzyskiwane, uciskające i uciskane. Czy motłoch jest jakościowo odmienny od starożytnych niewolników, feudalnych chłopów i późniejszego przemysłowego proletariatu? Czy mieści się w takich dychotomicznych podziałach, czy raczej całkowicie się im wymyka – a jeśli tak, to na czym polega jego istota?

Michał Pospiszyl: Raczej powiedzielibyśmy, że je przecina. Klasyczna typologia walk klasowych, która myśli o epokach najpierw ekonomicznie, a później politycznie, rozpisuje tych politycznych antagonistów zgodnie z wcześniej przygotowaną siatką. Stąd efektem ekonomicznej analizy feudalizmu musi być ustawienie sporu na linii zacofane chłopstwo, rodzące się mieszczaństwo i odchodząca arystokracja, a w wypadku kapitalizmu prosta opozycja robotnicy kontra fabrykanci. Schemat, który wychodzi od walk społecznych, od żądań dostępu do dóbr wspólnych, zasobów, walki o uwolnienie od długów, likwidacji przywilejów, hierarchii itd., będzie zawsze bardziej skomplikowany, bo tych aktorów, grup, które walczą, jest nieskończona różnorodność. W tym sensie klasyczny schemat ma pewną wartość, ułatwia zrozumienie, że historia jest zawsze historią walk, ale zarazem pokazuje, że owe walki przebiegały po bardzo skomplikowanych liniach, a ich uczestnicy bardzo często obierali nieoczywiste pozycje. Dobrym przykładem są tutaj – nieźle udokumentowane i nie tak rzadkie – sojusze chłopów z arystokratami. Coś, co w ramach klasycznego marksizmu wydaje się niedorzeczne, przy bliższej analizie, dokonanej bez uprzedzeń, może okazać się niezwykle pouczające. Tak było na przykład podczas walk w południowych Włoszech w XIX wieku, świetnie opisanych przez Martę Petrusewicz („Latifondo: economia morale e vita materiale in una periferia dell’Ottocento”), gdzie chłopi, wykorzystując słabość arystokracji jako siły schodzącej ze sceny historycznej, używali jej do walki z włoskim mieszczaństwem. Podobnie buforową rolę arystokracja odgrywa w historii wioski heretyków opisanej w słynnej mikrohistorycznej pracy Emmanuela Le Roy Ladurie („Montaillou: wioska heretyków 1294-1324”), w której lokalny baron długo osłania chłopów przed siłami inkwizycji współpracującej już wówczas z francuską monarchią. Obie te historie dobrze pokazują, że oczywisty dla wielu osób taktyczny sojusz klas podporządkowanych z mieszczaństwem, w uniwersalnym pochodzie dziejów w ogromnej ilości wypadków byłby dla tych klas zabójczy. Nie chcę przez to powiedzieć, że klasy te nigdy nie wchodziły (czy też nie powinny były wchodzić) w sojusze z burżuazją, ale uwrażliwić na takie spojrzenie, na historię, w której nie istnieją oczywiste alianse.

Łukasz Moll: Klasa społeczna rozumiana ekonomicznie – jako zamknięte w gospodarstwach domowych niewolnictwo, przykute do ziemi chłopstwo czy będący dodatkiem do maszyny robotnicy fabryczni – to w pewnym sensie motłoch schwytany w pułapkę pracy przymusowej. Nie wynika z tego oczywiście, że tradycyjna analiza klasowa jest błędna. Powiedziałbym, że jest po prostu niepełna i spóźniona, przychodzi niejako już po tym, kiedy coś ważnego się zdarzyło, po przegranych walkach klas, których schematu i aktorów nie da się tak łatwo rozpisać w dwubiegunowy sposób. Wówczas motłoch jest już tylko resztką, jakimś niepasującym odrzutem, który na ogół spotyka się i z wrogością klas uprzywilejowanych – bo nie chce pracować, włóczy się, żebrze, kradnie – i nieuprzywilejowanych, pracujących, bo obija się, źle się prowadzi i swoją beztroską kłuje w oczy. W momentach rewolucyjnych ten motłoch jednak wychodzi z marginesów, mnoży się, na nowo przecinając utrwalone podziały. Więcej nawet, zaryzykowałbym tezę, że motłoch nie tylko przebiega w poprzek podziałów klasowych i schematów walk klasowych, o czym mówił Michał, ale przecina każdego z nas. W każdym z nas jest obecna jakaś cząstka stawania-się motłochem. Francuski historyk, jezuita Michel de Certeau, zauważył, że nawet będąc już zaprzęgniętymi do pracy przymusowej, próbujemy czynić w niej jakiś podziemny użytek. To może być wynoszenie materiału z fabryki po to, żeby na boku lub po godzinach majsterkować, albo czytanie książek spod stołu podczas pracy w biurze albo szatni. Wydaje mi się, że bez tego naddatku oporu i gotowości do cichej subwersji norm, porządek klasowy by nie przetrwał. Te motłochowe taktyki czynią go znośnym. Zasadnicze pytanie brzmi oczywiście: czy można, a jeśli można, to w jaki sposób, wyrwać je z marginesów i uczynić podstawą alternatywnych stosunków społecznych.

Wynikałoby z tego, że pewnym momentem fundacyjnym dla motłochu, szczególną dla niego chwilą, przez której pryzmat dzisiaj można o nim mówić, są narodziny kapitalizmu w jego nowoczesnej postaci; nastąpiło to po przegranych walkach (Łukasz), a w trakcie tych przeobrażeń pewne warstwy wśród motłochu podejmowały nawet taktyczne sojusze z przemijającymi klasami panującymi poprzedniej formacji, tj. z arystokracją (Michał). Czy to znaczy, że motłoch nie zawsze występował na marginesie historii i wielkich procesów społecznych?

Ł. M.: Narodziny kapitalizmu odgrywają niebagatelną rolę w historii motłochu. Ale trzeba tu być ostrożnym, żeby nie wpaść w pułapkę – której nie ustrzegł się całkowicie sam Karol Marks w „Kapitale” – i nie sprowadzić tych narodzin do jednego aktu o możliwym do wyodrębnienia miejscu i czasie. Jak wiadomo, dla Marksa tę rolę odgrywały przede wszystkim – mówię „przede wszystkim”, bo jednak pisał też o kolonializmie, imperializmie, niewolnictwie, grabieży ziemi poza Europą – procesy grodzenia dóbr wspólnych w Wielkiej Brytanii. Ta koncentracja na „ojczyźnie rewolucji przemysłowej”, kraju najbardziej zaawansowanej produkcji kapitalistycznej, utrudniła dostrzeżenie faktu, że geneza kapitalizmu jest znacznie bardziej pogmatwana. W zasadzie kapitalizm rodzi się co dzień, jego przetrwanie nieustannie zależy od podtrzymania stosunków społecznych opartych na wywłaszczeniu z bezpośrednich środków utrzymania, wywłaszczeniu, po którym rosnąca liczba populacji zmuszona jest świadczyć pracę przymusową. Praca przymusowa jest tak stara jak społeczeństwa klasowe, wyprzedza zatem kiełkowanie relacji kapitalistycznych. Ale to właśnie nieokiełznany apetyt kapitalizmu na grodzenia kolejnych dóbr wspólnych – od lasów i pastwisk, z których korzystać mogła biedota, po przestrzeń miejską, wiedzę i Internet – sprawia, że wzrasta liczebność, a wraz z nią polityczne znaczenie motłochu. Tych „ludzi luźnych”, pozbawionych bezpieczeństwa egzystencjalnego, trzeba częściowo zintegrować w system pracy przymusowej, a resztkę poddać różnym formom kontroli. W takich warunkach motłoch przestaje być problemem marginesowym, a staje się zagadnieniem centralnym dla współczesnej polityki.

M. P.: Też unikałbym takiego linearnego ujęcia. Że kiedyś uważaliśmy że kapitalizm został stworzony dzięki rewolucjom radykalnego mieszczaństwa i zbuntowanych mas (co jasno widać podczas rewolucji angielskiej, stanowi to też przedmiot Marksowskiej analizy rewolucji lipcowej) i że teraz zastępujemy to schematem, w którym masy jednak współpracowały z arystokracją, a motorem wszystkich zmian była burżuazja. Sytuacja wyglądała bardzo różnie. Na przykład w XIII wieku, póki mieszczaństwo jest klasą bardzo słabą, w ramach średniowiecznych ruchów heretyckich odgrywa rolę zdecydowanie pozytywną. Sojusz chłopstwa, biedoty, nędzarzy, zdegradowanych kleryków i prostytutek z kupcami przynosi niejednokrotnie ciekawe efekty. Druga sprawa to kwestia podmiotowości mas w historii. Oczywiście z pewnej perspektywy motłoch to resztka, odpad, to, co się nie zmieści w fabryce, wyląduje pod pokładem statku na Atlantyku, włóczy się po europejskich lasach itd., ale z drugiej, co dobrze rozpoznają różni radykalni filozofowie przełomu średniowiecza i nowożytności, masy to właściwie jedyny podmiot polityczny. Każdy porządek społeczny musi rozpocząć się od rozwiązania tego fundamentalnego problemu „co zrobić z motłochem”, jak go ujarzmić, zdyscyplinować, jak sprawić, by nie rozbił ustanowionego ładu? Tu znajdziemy całe spektrum odpowiedzi – od takich, które stwierdzą że należy masy poddać silnej autorytarnej władzy, że to ona stanowi rękojmię pokoju, po takie, które rozwiązania będą szukać w porządku demokratycznym lub nawet komunistycznym, a więc zdolnym zaspokoić roszczenia biedoty.

W takim wypadku wyłaniałby się nieco paradoksalny obraz. Z jednej strony amorficzny, niedookreślony i wymykający się wyraźnym klasyfikacjom charakter motłochu mógłby podpowiadać, że nie mówimy o aktorze wywierającym lub zdolnym do wywierania wpływu na bieg dziejów, tylko tak naprawdę, z szerszego punktu widzenia, nieistotnym. Ale okazuje się, że pomimo tej swojej płynności i pozostawania na peryferyjnych obszarach rzeczywistości społecznej, motłoch był dla rodzącego się kapitalizmu wrogiem, którego należało bezwzględnie ujarzmić, żeby system mógł się narodzić i rozwijać. Czy właśnie tym należy tłumaczyć trwogę i wstręt, jakie motłoch wzbudzał u luminarzy historycznych przemian? Czy wynikały one z tego, że w istocie motłoch cieszył się dużym znaczeniem i stanowił zagrożenie dla stabilności rodzących się, a później już okrzepłych porządków?

Ł. M.: Mamy na to wiele przykładów. Weźmy studium Silvii Federici nad związkami procesów o czary z kapitalistycznymi wywłaszczeniami. Od Europę późnego średniowiecza po Nigerię końca XX wieku, poddaną neoliberalnej terapii szokowej przez międzynarodowe instytucje finansowe, okazuje się, że kobiety okazują się strażniczkami dóbr wspólnych i porządków stających na drodze rozwoju kapitalizmu, i dlatego muszą zostać zdemonizowane. Jest tak, jakby tym procesom, które według apologetów kapitalizmu, a także sporej części lewicowców, uchodzą za postępowe, musiały towarzyszyć spektakularnie regresywne kontrtendencje. Ta sama logika ujawnia się w pracach historyków Petera Linebaugha i Markusa Redikera nad narodzinami globalnego kapitalizmu w trójkącie atlantyckim: między europejskim kolonializmem, afrykańskim handlem niewolnikami i karaibskimi plantacjami. Okazuje się, że aby przeprowadzić grodzenia, konieczne było zesłanie za Atlantyk angielskich radykałów i heretyków, włóczęgów i żebraków, irlandzkich buntowników, natarczywych wieśniaczek, pojmanie ludności afrykańskiej i pokonanie rdzennych ludów Ameryk. XVII-wieczny filozof Francis Bacon nazwał te wszystkie grupy wielogłową hydrą, która wprowadza chaos, poprzez który społeczeństwo ulega wynaturzeniu. Jednak obok tej negatywnej filozofii motłochu, w której staje się on w najlepszym razie obiektem humanitarnej troski i programów opiekuńczych, a w najgorszym przedmiotem pogardy, represji i eksterminacji, istnieje podejście afirmatywne, akcentujące to, w jaki sposób motłoch się odradza, jest nierozwiązywalnym problemem społecznym. Wspomniani Linebaugh i Rediker śledzą, do jakiego stopnia ludzie o różnym pochodzeniu, mówiący odmiennymi językami i wielbiący innych bogów, potrafią wchodzić ze sobą w interakcje, czy to na statkach, w więzieniach, czy jako zbiegowie z plantacji, i tworzyć mikroświaty o ultrademokratycznym, horyzontalnym charakterze. To te lojalności władza w interesie kapitału musi rozbić w oparciu o zasadę „dziel i rządź” – to, że wielogłowa hydra zacznie działać w skoordynowany sposób, że dokona równoczesnego ataku z wielu stron naraz, budzi wielkie przerażenie. Tym bardziej, że – to kolejna właściwość motłochu – tak trudno go poznać, opisać, a przez to i rozgryźć.

Powiedzieliśmy już, że uproszczony obraz podziałów i walk klasowych – a co za tym idzie, chyba też kanonicznie marksistowskiej historiozofii z jej linearnym charakterem – trzeba trochę skomplikować. Chciałbym w związku z tym nawiązać do tego, w jaki sposób klasyczny marksizm odnosił się do tej problematyki. Pełen pogardy i wezwań do brutalnego rozprawienia się z niebezpieczną tłuszczą stosunek liberalnych czy konserwatywnych filozofów do motłochu nie budzi większego zdziwienia, ale wystarczy przypomnieć utrzymane w bardzo wyższościowym i lekceważącym tonie słowa Marksa w „18 Brumaire’a…” o wywodzącym się z paryskiej ulicy zapleczu społecznym Ludwika Bonaparte, żeby dostrzec, iż również dla myśli lewicowej motłoch bywał czymś problematycznym. Jak do tego problemu ustosunkowywała się tradycja marksistowska, czy w ogóle go dostrzegała?

M. P.: Z samym Marksem sprawa jest bardzo skomplikowana, wyjęte z kontekstu fragmenty o lumpenproletariacie brzmią faktycznie, jakby nie musieli się ich wstydzić najwięksi europejscy konserwatyści – są pełne uprzedzeń, stereotypów, lęków. Z drugiej strony należy uwzględnić ostry polemiczny ton, w jakim utrzymany jest „18 Brumaire’a” a także, że tym, co naprawdę irytuje Marksa, jest pewien rodzaj politycznej bierności, który w tych konkretnych okolicznościach historycznych rzeczywiście stał się udziałem klas zdegradowanych, lumpenproletariackich. Taka polityczna lektura umożliwia zrozumienie, dlaczego w innych fragmentach, w których Marks pisze o motłochu, wyraża się o nim bez tych wszystkich uprzedzeń, z pewną empatią (jak w tekście o zbieraczach chrustu), a nawet lokuje w motłochu swoje polityczne nadzieje (jak w tekście o Komunie Paryskiej).

Ł. M.: Miałbym na uwadze, że sam Marks był jednak rozdarty między dwiema, nazwijmy to, stawkami, które organizowały jego aktywność jako rewolucjonisty i jako filozofa. Z jednej strony, lojalność wobec nieuprzywilejowanych, z drugiej jednak pewna stawka naukowa, związana z tym, jak zostanie przyjęte jego dzieło wśród intelektualistów. I ta druga stawka moim zdaniem miała zgubny wpływ na jego myślenie. Przejmował on pewne znajdujące się w obiegu liberalne i konserwatywne koncepty, jak np. pogardliwy stosunek do motłochu obecny u Hegla czy negatywne stereotypy na temat Orientu (m.in. Adam Smith, François Bernier). I próbował on w oparciu o te koncepty – początkowo niesproblematyzowane, traktowane po prostu jako naukowe – przedstawić swoją filozofię. Z perspektywy czasu widzimy jednak, że poglądy Marksa w tych sprawach ewoluowały. Wiemy o tym dzięki temu, że światło dzienne ujrzały kolejne z jego niewydanych pism, a ponadto uprawianie materializmu historycznego nie jest już dłużej zamknięte w skostniałych radzieckich schematach. Widzimy, że z biegiem lat Marks był coraz bardziej skłonny sądzić, że siłą obalającą kapitalizm nie musi być z konieczności proletariat wychowany do bardziej cywilizowanego porządku społecznego w kapitalistycznych fabrykach. O ile początkowo twierdził na przykład, że Irlandczycy powinni porzucić kwestię niepodległości i włączyć się we wspólny front z „bardziej rozwiniętym” angielskim proletariatem, to dzięki swojej międzynarodowej działalności zmienił zdanie. Podobnie w kwestii polskiej: początkowo jego wsparcie dla niej wynikało w dużej mierze z kalkulacji geopolitycznych – odrodzona Polska osłabi wpływ barbarzyńskiej Rosji na modernizujące się Niemcy, co przybliży rewolucję proletariacką. Ale później to aktywność polskich rewolucjonistów w walkach społecznych toczonych w całej Europie była dla niego najważniejsza. I tak samo było ze wsparciem czarnej ludności Stanach Zjednoczonych, z oceną potencjału rewolucyjnego na indyjskiej i rosyjskiej wsi czy w zrewoltowanym mieście, jak podczas Komuny Paryskiej – Marks coraz bardziej myśli o klasie nie jako o grupie wyznaczonej antagonizmem robotnicy-kapitaliści, ale jako o koncepcie politycznym, który zawiązuje się w żywiole polityki.

A jak wyglądała sytuacja w późniejszym marksizmie?

Ł. M.: Jeśli chodzi o marksizm po Marksie, to ta ambiwalencja między protekcjonalnym stosunkiem, w którym motłoch jest widziany jako zdegenerowany lumpenproletariat, reakcyjne chłopstwo niechętne wobec kolektywizmu czy konserwatywne drobnomieszczaństwo będące podporą faszyzacji, a bardziej przychylną oceną jego rewolucyjnego potencjału, przenika całą marksistowską tradycję. Chcąc przedstawić historię powszechną jako historię walk klasowych, marksizm ma oczywiście duże zasługi w odsłanianiu położenia poszczególnych grup i ich roli politycznej. Ale równolegle przejawia tendencję do wpisywania pozyskiwanej wiedzy w schemat ustalonych z góry sposobów produkcji – od niewolnictwa przez feudalizm i kapitalizm po komunizm – i redukowania jej do starcia dwóch głównych klas. Świetnie widoczne jest to na przykład u wybitnego marksistowskiego historyka Erica Hobsbawma, który napisał przełomowe prace o bohaterach ludowych, postaciach w rodzaju Robin Hooda, Janosika czy Pancho Villi, ale jednocześnie jego myślenie o historii napędzały narracje o postępowym pędzie nowoczesności, wychodzącym od brytyjskiej rewolucji przemysłowej i francuskiej rewolucji politycznej. Mamy jednak w marksizmie nurty, które pozwalają otworzyć historię walk klasowych na to, co marginesowe. Wspomnijmy tu tylko o Antonio Gramscim, który, widząc nierównomierny rozwój swojej ojczyzny, Włoch – podział na uprzemysłowioną Północ i „zacofane” Południe – posługiwał się kategorią podporządkowanego (subalterno) podmiotu, który zdaje sprawę z nieostrości podziałów klasowych i który został twórczo rozwinięty przez teoretyków postkolonialnych z kapitalistycznych peryferii, zmagających się z problemem nieprzystawalności marksizmu do realiów społecznych panujących w ich krajach. Wspomnijmy o bardzo ważnym dla rozwoju historii ludowej (zajmującą się badaniem historii z perspektywy klas niższych) Edwardzie Palmerze Thompsonie, którego interesowały głęboko zakorzenione, jeszcze przedkapitalistyczne wspólnotowe praktyki i zwyczaje ludowe i to, w jaki sposób ewoluują one pod wpływem kapitalizmu. Wspomnijmy o włoskich autonomistach, którzy zaproponowali tzw. przewrót kopernikański w ramach marksizmu. Odrzucili oni pogląd, zgodnie z którym za siłę napędową w historii należałoby uznać dążenie kapitalizmu do rozwoju – co czyniłoby z mieszczaństwa klasę postępową, stawiającą fabryki, niosącą cywilizację i kaganek oświaty, a z robotników produkt kapitalizmu, który w przyszłości go obali. Odwrócili oni relacje między pracą a kapitałem: pierwotny miał być opór pracy żywej wobec pracy przymusowej, który wpędza kapitał w kryzys i zmusza go do wynajdywania coraz to nowych strategii poszukiwania zysku. W perspektywie pracy żywej dowartościowana została praca domowa, szeroko pojęta reprodukcja społeczna (usługi, studia, transport) czy lumpenproletariat. Tym samym przeciwstawiono się męskocentrycznemu i „robociarskiemu” skrzywieniu marksizmu. Mamy wreszcie Waltera Benjamina, który przedstawił postęp w apokaliptycznym tonie: jako wicher, po którym zostaje składowisko ruin, a przed materializmem historycznym postawił zadanie odzyskania potencjału przegranych walk i zatrzymania szaleńczego pochodu historii, zamiast upatrywania nadziei w postępie technologicznym czy upowszechnieniu kultury mieszczańskiej.

Filozofia polityczna motłochu” w drugim zaproponowanym przez Was znaczeniu to myśl tworzona przez sam motłoch albo pod jego pozytywnym wpływem, afirmująca tę grupę (czy raczej grupy skoro mówimy o zjawisku tak niejednorodnym i płynnym). Czy moglibyście powiedzieć coś więcej o przykładach takich myślicieli, głoszonych przez nich koncepcji i ich społecznego oddziaływania?

M. P.: To z jednej strony grupa filozofów, o której mówiliśmy wcześniej, a więc myślicieli wciąż mieszczących się w kanonie historii filozofii (jak Marsyliusz z Padwy, Machiavelli czy Spinoza), ale formułujących całkowicie inną odpowiedź na wybuchające wówczas bunty, na podmiotowość mas w sytuacji rodzącego się kapitalizmu. W skrócie, odwrotnie niż główny nurt europejskiej filozofii wszyscy oni uważają, że motłoch to nie żadna amoralna, histeryczna i pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności grupa, przeciwnie, wskazują, że masa właśnie dlatego, że składa się z całej rzeszy różnych jednostek, cechuje się potężną inteligencją, zdolną rozwiązywać w kolektywny sposób problemy, o których nie śniło się filozofom. To raz. Dwa, i ten nurt wydaje nam się szczególnie zajmujący, to myśliciele wprost wywodzący się z ludu. Szczęśliwie mamy kilka znakomitych tekstów po polsku na temat tych postaci. To książka Carlo Ginzburga o XVI-wiecznym młynarzu z Włoch oraz esej tego samego historyka o ludowym libertynie żyjącym w wieku XVII (który drukowaliśmy w „Praktyce Teoretycznej”). Obie te historie, choć koncentrują się na postaciach w jakiś sposób wyjątkowych, zdaniem Ginzburga odsłaniają coś więcej niż tylko poziom świadomości tych dwóch badanych jednostek, pokazują pewną tendencje, pewien sposób myślenia powszechny wśród klas ludowych, nawet jeśli w każdym poszczególnym przypadku ta tendencja przyjmuje inną postać. I jaki jest to obraz? Skrajnie odmienny od tego, który od setek lat, głównie za sprawą Kościoła, próbuje się wkładać ludziom do głowy. Owa oddolna, ludowa teologia jest bardzo pogańska, panteistyczna, wszystko może w niej stać się nośnikiem boskich, mistycznych sił, nie ma w niej miejsca na trwałe, niezmienne hierarchie, Boga ojca czuwającego nad całym światem i reprezentujących go na ziemi monarchów. To wszystko zostaje odrzucone, a świat jest pomyślany jako sieć głównie horyzontalnych relacji. Trwałość tego światopoglądu, tej komunistycznej wizji całego kosmosu (którą analizuje w swoich pracach także Silvia Federici), jest uderzająca, jeśli pomyśleć o tym, ile czasu i energii włożono w to, żeby go wykorzenić. Ostatecznie cel ten został osiągnięty, jednak Kościół miał w tym odgrywać zupełnie drugoplanową rolę, a siłą, która wyruguje tę ludową filozofię, tę komunistyczną kosmologię, będzie nowoczesne mieszczaństwo.

Wydaje mi się, że motłoch jest konstruowany w opozycji do uprzywilejowanych – ale czy w ogóle jest mu potrzebne uznanie ze strony klas panujących, czy w ogóle chciałby angażować się w taką grę i ubiegać się o potwierdzenie przez nie własnej podmiotowości? Czy bardziej pasujące do tych grup nie byłoby trwanie we własnym, oddzielnym świecie, w którym ten głównonurtowy nie jest żadnym istotnym punktem odniesienia?

Ł. M.: Tu widzę obosieczne zagrożenie. Rzeczywiście, już sama nazwa „motłoch” budzi skojarzenia z miszmaszem, z czymś, co nie daje się bezproblemowo reprezentować przez swoich przedstawicieli i w ogóle przez nowoczesną politykę, w której partie czy liderzy reprezentują zbiorowe interesy jakichś grup – klasy robotniczej, rolników, kobiet itd. I z tego punktu widzenia włączenie motłochu w politykę przedstawicielską będzie zawsze pewnego rodzaju stłumieniem jego potencjału, uczynieniem z niego grupy „wykluczonych”, wymagającej opieki, paternalistycznego socjalu, współczucia. Ale też z drugiej strony istnieje zagrożenie symetryczne – swego rodzaju ludomania, opierająca się na założeniu, że skoro motłoch jest tym, co na marginesie, co wymyka się polityce, to nic z nim nie zrobimy, on będzie twardo uwięziony w swoich przyzwyczajeniach i co najwyżej stanie się siłą wspierającą rozmaite – lewicowe bądź prawicowe – populizmy. Te dwie skrajne odpowiedzi nazwalibyśmy antyesencjalizmem i esencjalizmem. Antyesencjalizm głosiłby, że motłoch nie ma i nie może mieć żadnej esencji, jest tym, co płynne, nieuformowane – i dzisiaj takie założenie przyświeca różnym ruchom społecznym, które odmawiają udziału w instytucjonalnej polityce: od Occupy przez Żółte kamizelki we Francji po Czarne Protesty w Polsce. Natomiast esencjalizm to skłonność do obstawiania przy pewnym wyobrażeniu ludowości – że jest niechętna zmianom, tradycjonalistyczna, niechętna polityce i można ją jedynie podjudzić przy użyciu efektownych haseł i dzięki charyzmatycznemu liderowi. Nie twierdzę, że obie te strategie mobilizacji nie mogą odegrać w określonych sytuacjach pozytywnej roli. Nas jednak interesowałoby coś innego – odnalezienie w konstytucji motłochu pewnych praktyk, które dziś są trudno uchwytne, mają charakter raczej strategii przystosowawczych, takiej cichej solidarności i sąsiedzkości. A następnie zastanowienie się, na ile te praktyki mogą stać się podstawą dla równościowej polityki. Zarówno te horyzontalne ruchy społeczne, jak i różnej maści populizmy, mierzą się z tym samym deficytem: potrafią mobilizować do sprzeciwu, ale nie radzą sobie z kształtowaniem alternatywnych form stosunków społecznych.

M. P.: Kwestie zewnętrznej pozycji motłochu można rozumieć też bardziej ekonomicznie niż politycznie, bardziej w odniesieniu do kapitalizmu niż liberalnej demokracji. Wówczas stawką przestaje być pole demokracji parlamentarnej i rozmaite odpowiedzi, od odmowy udziału w tak skrojonej demokracji, przez próbę jej reformy, po populistyczną krytykę. A stawką zaczyna być analiza rozmaitych praktyk oporowych, walk, które toczą się zasadniczo o zablokowanie kapitalistycznej, czy, w naszym wypadku, neoliberalnej transformacji. Historycznie rzecz biorąc, najsilniejsze walki antykapitalistyczne toczone były właśnie w taki sposób, od „czarownic”, przez ruchy antykolonialne, bunty niewolników, a nawet XIX-wieczny ruch robotniczy, podobnie działo się w historii III RP podczas walk rolników, lokatorów czy kobiet broniących prawa do aborcji. W każdym z tych przypadków grupy podporządkowane stają w obronie swojej formy życia, a więc świata, w którym aborcja nie kosztuje kilku tysięcy złotych, ale jest finansowana i zabezpieczana przez państwo, w którym każdy ma prawo do mieszkania, a rolnik nie zostaje rzucony sam na starcie z globalnym kapitalizmem. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że lewica powinna być skierowana ku przyszłości, a jej podstawą kategorią filozoficzno-polityczną powinien być postęp. Właściwie, jeśli uczciwie przyjrzeć się historii walk klasowych, to nic takiego nie miało miejsca. Punktem wyjścia do każdej antykapitalistycznej walki był pewien zastany system wartości, oczekiwań, marzeń, relacji społecznych, które umożliwiały jego trwanie. Nie chodzi przy tym o wyobrażanie sobie tego „zewnętrza” jak jakiejś alternatywnej, idyllicznej rzeczywistości, całkowicie odseparowanej i nigdy nie dotkniętej przez stosunki kapitalistyczne. W wielu przypadkach jest to rzeczywistość niemal w całości (jak na przykład górnictwo) wytworzona w ramach kapitalizmu, a jednak w ramach tego wytworzonego w kapitalizmie stanu rzeczy wytwarza się rodzaj zewnętrza, a więc w tym przypadku świata górniczego, który stawia opór, walczy przeciwko likwidacji kolejnych praw zdobytych przez pokolenia robotników. To opór, walka tworzą to, co zewnętrzne wobec kapitalizmu i w czym możemy poszukiwać obietnicy innego kształtu stosunków społecznych i ekonomicznych.

Kto, w skali całego świata, jest motłochem dzisiaj? Jakie grupy, nurty czy ruchy społeczne można tutaj wyróżnić i wskazać?

Ł. M.: Mówiliśmy wcześniej, że motłoch warto rozpatrywać w perspektywie współczesnych kapitalistycznych grodzeń – wywłaszczenia ze wspólnotowej formy życia. Jeśli przyjmiemy taką optykę, otworzy się przed nami naprawdę duży i wewnętrznie zróżnicowany zestaw podmiotowości. Możemy w zasadzie powrócić do Baconowskiej hydry, która ciągle żyje i ma się dobrze. Co ciekawe, jej łby także są znajome. Bo są tu nadal rolnicy stający w obronie wiejskich relacji społecznych, przekształcanych pod wpływem agrobiznesu czy grodzenia dostępu do oddolnej wiedzy (kwestia patentowania nasion i GMO) lub wody. Są tu nadal piraci, dziś już nie atlantyccy, a głównie ci działający w obronie wolnego przepływu w sieci, który dziś jest grodzony na przykład przez płatne platformy typu VoD i media społecznościowe, po prostu wykorzystujące nagromadzone oddolnie bogactwo sieci. Ale nie zapominajmy także o tych morskich, bo istnieje przecież związek między somalijskim piractwem a utratą łowisk, które przejęły wielkie korporacje. Współczesność ma także swoje czarownice – wydaje się, że stawką nowych walk feministycznych jest nawet nie tyle „moje ciało, mój wybór”, ale kolektywnie rozumiane prawa reprodukcyjne, wspólny, gwarantowany dostęp do zdrowia i opieki, gdzie decydujący głos w kwestii przerywania ciąży przysługiwać ma oczywiście kobietom. Nadal mamy tzw. Indian – od Zapatystów w Meksyku, którzy stworzyli alternatywę dla kapitalistycznych relacji w Chiapas, po walki w Boliwii przeciwko prywatyzacji wody i włączenie alternatywnych kosmologii do strategii rozwoju, by przezwyciężyć kryzys ekologiczny. Również dzisiejsze migracje odpowiadają na jeszcze większą skalę dawnym włóczęgom, zbiegom, zesłańcom. W każdym przypadku mamy tutaj do czynienia z bardziej lub mniej skoordynowanymi, ale każdorazowo liczebnie znaczącymi ruchami, które rozregulowują warunki akumulacji kapitalistycznej. Ale żeby też nie romantyzować za bardzo ich znaczenia, sam zadaję sobie pytanie, czy aby to nie jest dziś dla kapitału funkcjonalne.

M. P.: To wbrew pozorom trudne pytanie, oczywiście możemy szukać rozmaitych przykładów, od Żółtych Kamizelek po ruchy Black Lives Matter, sans-papiers, Czarny Protest, widzieć jego przejawy w liczącym 200 milionów osób strajku, który niedawno odbył się w Indiach, czy myśleć w tych kategoriach o opiekunach osób niepełnosprawnych lub o ruchu lokatorskim w Polsce. I to wszystko będą trafne przykłady. Ale z drugiej strony może lepiej posługiwać się tą kategorią w sposób, który Łukasz zarysował wyżej, w oparciu o badania de Certeau, a więc myśleć o motłochu jako kategorii, która przecina każdy zastany porządek społeczny, każdą podmiotowość zbiorową i indywidualną.

Przenieśmy się teraz na chwilę do bliższego nam kontekstu. Od pewnego czasu coraz częściej mówi się o potrzebie napisania ludowej historii Polski, uwzględniającej perspektywę pomijanych przez tradycyjną historiografię nieuprzywilejowanych grup. Czy w historii społecznej Polski występował motłoch, a jeśli tak, to gdzie i pod jakimi postaciami, jeżeli nie chcemy ograniczać się do „konwencjonalnych” klas uciskanych, tj. chłopstwa, a potem proletariatu? Czy odcisnął jakieś trwałe i odczuwalne do dziś piętno na losach naszego społeczeństwa?

M. P.: Spór o historię jest z naszej perspektywy zasadniczy. To dominujące sposoby opowiadania przeszłości sprawiają, że o klasach podporządkowanych (chłopach, służących, robotnikach itd.) nie mówi się wcale, a jeśli już, to ujmuje się je w kategoriach całkowicie biernych aktorów procesu dziejowego. Dobrym przykładem takiej „ludowej historii Polski” – robionej z podobno dobrymi intencjami, ale z katastrofalnym skutkiem – jest oczywiście głośna książka Andrzej Ledera. Ale mimo solidnej krytyki, jaka spadała na tę pracę, reprezentowany w niej sposób myślenia cały czas ma się świetnie, i to nie tylko w publicystyce liberalnej. Dobrym przykładem jest wydana ostatnio przez „Krytykę Polityczną” książka Alicji Urbanik-Kopeć o polskich robotnicach z przełomu XIX i XX wieku („Anioł w domu, mrówka w fabryce”), w której autorka próbuje dowodzić, że kobiety pracujące za niewolnicze stawki, w katastrofalnych warunkach sanitarnych po kilkanaście godzin dziennie, w istocie doświadczały postępu, bo praca w fabryce wyzwalała je z więzów chłopskiej społeczności. Książka ta jest dobrym przykładem tego, jak bardzo szkodliwa jest ideologia postępu. Mamy cały materiał dowodowy, który świadczy o tym, że żaden postęp nie miał miejsca (książka uczciwie dostarcza tego materiału całe tony), ale przecież wiemy, że przyszłość jest lepsza od przeszłości, więc niezależnie od ceny, którą trzeba zapłacić, będziemy dowodzić, że umieranie z chorób, głodu i przepracowania, to w istocie emancypacja…

Ł. M.: Mamy problem z myśleniem o historii Polski bez tej całej opowieści o konieczności wyrwania się z zacofania, która zbyt łatwo przeradza się w taką intelektualną i mentalną samokolonizację. Kończy się to tym, że przyjście kapitalizmu, zabory czy socjalistyczną modernizację przyjmujemy jednostronnie, jako automatyczny postęp. Widoczne jest to nie tylko u na wyrost kojarzonych z lewicą autorów liberalnych, takich jak Leder, ale nawet u niewątpliwie lewicowego Jana Sowy, którego świetne skądinąd i przełomowe pod wieloma względami „Fantomowe ciało króla” też zbyt łatwo kupuje tę opowieść o polskości jako formie nienowoczesnej, która nie potrafi wykrzesać z siebie żadnej pozytywnej propozycji poza alternatywą długiego trwania w okowach tradycji i wejścia z kapitalistycznymi centrami w relację peryferyjną. Sądzę, że problem jest nawet głębszy. Napisanie ludowej historii Polski z perspektywy filozofii politycznej motłochu, o której tu rozmawiamy, jest po prostu niemożliwe. Nie tylko z tego praktycznego powodu, że motłoch jest często niewystarczająco reprezentowany w archiwach – a jeśli już, to z perspektywy władzy, bo historię piszą zwycięzcy. Jest tak zwłaszcza w archiwach kraju, który doświadczał kolonizacji. Podstawowy powód jest inny. Państwo narodowe to produkt historii i historia to produkt państwa narodowego. Jeżeli chcielibyśmy konsekwentnie wprowadzić motłoch do historii, to nie możemy od razu myśleć w kategoriach państwa. Ono w końcu musi się wyłonić na horyzoncie – bo przecież nie możemy zamykać oczu na rzeczywistość – ale już w zupełnie nowy sposób, który nie byłby niesproblematyzowany, z góry założony. Pojawiłoby się pytanie o to, jak procesy kontroli, upodmiotowienia, ujarzmienia, unarodowienia próbowały okiełznać motłoch i gdzie otwierały się wobec nich linie ujścia. Myślę tu o takich przypadkach jak rabacja galicyjska, powstania kozackie, osadnictwo niemieckie, migracje do Nowego Świata, radykalne odłamy reformacji czy oddolne, często niewygodne dla partii interpretacje socjalistycznej obietnicy w PRL. To są wszystko tematy, których uczciwe potraktowanie może poszerzyć naszą wyobraźnię historyczną, wskazać alternatywy dla państwa i narodu, a zarazem pomóc nam zrozumieć, w jaki sposób państwo narodowe zostaje ustanowione i reprodukuje się pomimo ruchów, które dysponują potencjałem jego rozbiórki. Tak rozumiana historia ludowa Polski to coś więcej niż po prostu uzupełnienie dominujących, narodowocentrycznych narracji o białe plamy: robotników, chłopów, kobiety czy mniejszości narodowe i religijne.

Napisanie polskiej historii motłochu jest w takim razie rzeczywiście trudnym wyzwaniem skoro, poza problemami czysto technicznymi i dotyczącymi źródeł, wymaga porzucenia kategorii nie tylko konwencjonalnej nauki o przeszłości, którą wszyscy znamy ze szkół i innych dominujących aparatów ideologicznych, ale też zyskującego na popularności podejścia, które najlepiej symbolizuje Leder, a które w masach widzi tylko bierny i urabiany przez innych podmiot, czy też nadmiernych zachwytów nad modernizacją, wcale nie zawsze prowadzącą do dobrych rezultatów. Na koniec chciałbym się odnieść bezpośrednio do dzisiejszej rzeczywistości i zapytać, czy filozofia polityczna motłochu może aktualnie zostać wykorzystana jako narzędzie pewnej zmiany politycznej i społecznej. Wskazujecie na potencjał tkwiący w filozofii politycznej motłochu oraz jego praktykach emancypacyjny – przykładem może być przywiązanie do dóbr wspólnych, stawiane w kontrze do rzeczywistości zamieniającego wszystko w towary i stawiającego kolejne grodzenia kapitalizmu. Na czym ten potencjał polega i w jaki sposób moglibyśmy go dzisiaj wykorzystać? Jak miałoby to wyglądać w przełożeniu na rzeczywiście odczuwaną i wprowadzaną w życie zmianę społeczną?

Ł. M.: Taka polityka niewątpliwie musiałaby być wolna od nieznośnego protekcjonalizmu względem tego wszystkiego, co uchodzi za ludowe, pospolite, masowe. Tam, gdzie posługuje się wyobrażeniami o bierności, tradycjonalizmie, konformizmie czy zamiłowaniu do przemocy, złodziejstwa, lenistwa, musiałaby dostrzec praktyki słabych, bardzo często niewyartykułowane przez politykę przedstawicielską. Nie ma tu oczywiście miejsca na odmawianie klasom niższym absolutnie podstawowego wkładu w produkcję społeczną – zwłaszcza w tych sferach, bez których nie można sobie wyobrazić społeczeństwa, jak opieka, edukacja, pozyskiwanie surowców, budownictwo, transport. Nie ma miejsca na gloryfikację zawłaszczycieli, na widzenie w nich zawiadowców postępu – chyba że takiego jego modelu, który jest korzystny przede wszystkim dla nich samych, a więc opiera się na wyzysku. Nie może być mowy o wprowadzaniu jakiejś klasistowskiej różnicy kulturowej, wedle której klasa średnia jest postępowa, wyzwolona, otwarta, a ludzie pracy są konserwatywnym, ciemnym ludem, który trzeba trzymać krótko. Rozsiewanie tego typu wizji kończy się polityką opartą na obustronnym resentymencie, jest paliwem dla demagogicznego politykierstwa. Tak bym widział politykę w duchu lewicowego populizmu, cały czas pamiętając jednak, że filozofia polityczna motłochu nie powinna być redukowana do rozgrywek parlamentarnych i do przedstawicielstwa. Dzisiaj mamy aż za nadto przykładów na to, że jej żywioł nie daje się do tego sprowadzić. Czy weźmiemy Żółte Kamizelki we Francji, Black Lives Matter w Stanach Zjednoczonych czy ruch Occupy – widzimy, że są to mobilizacje w obronie i na rzecz poszerzenia określonej formy życia, na którą polityka instytucjonalna musi jakoś zareagować, ale których nie potrafi zagospodarować. Czynienie tym ruchom wyrzutów, że nie chcą reanimować trupa liberalnej demokracji, podobnie jak stawianie im z zewnątrz określonych żądań do realizacji, to jeszcze jeden przykład na zatrwożoną motłochem filozofię, dla której szukamy alternatywy. Ona musi polegać na praktykowaniu innego podejścia badawczego czy na innym zaangażowaniu w walki – w obu przypadkach wolnym od besserwisserstwa.

M. P.: Zarówno polityczna, jak i filozoficzna perspektywa, którą przyjmujemy, wykluczają zajęcie pozycji intelektualisty, który będzie przebierał w możliwych opcjach lub dyktował, co powinno się robić. Poucza nas o tym historia, więc uważamy, że najmądrzejsza jest zawsze „masowa inteligencja”, a więc wiedza zgromadzona w praktykach motłochu, wytwarzana w walce, ale zarazem czerpiąca z historii, z tradycji walk społecznych. Wierzymy, że ten kolektywny intelekt, mądrość produkowana przez miliony pojedynczych umysłów, gromadzący całą różnorodność spojrzeń i perspektyw, może jeszcze stworzyć rzeczy, o których nam się nie śniło.

Dziękuję za rozmowę.

Luty 2019 r., rozmawiał Szymon Majewski

 

Łukasz Moll – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii, redaktor czasopisma naukowego „Praktyka Teoretyczna”, lewicowy aktywista z Górnego Śląska.

dr Michał Pospiszyl – filozof, teoretyk kultury, redaktor kwartalnika „Praktyka Teoretyczna” i pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor książki „Zatrzymać historię: Walter Benjamin i mniejszościowy materializm” (Warszawa 2016) oraz współautor (wraz z Katarzyną Czeczot) pracy „Romantyczny antykapitalizm” (Warszawa 2018).

Wyjść poza przywilej: o kulturę i rozwój dla wszystkich

Wbrew temu, co może się wydawać na pierwszy rzut oka, życie w wielkim mieście przynosi korzyści nie tylko najbardziej oczywistym beneficjentom istniejącego porządku: deweloperom, kamienicznikom czy spędzającej dni w przeszklonych biurowcach kaście menedżerskiej, która przechodzi na samozatrudnienie, żeby uniknąć płacenia wyższej stawki podatku od swoich niebotycznych wynagrodzeń. Współczesne metropolie z całym swoim wewnętrznym bogactwem i mnogością występujących w nich opcji mają ofertę przyjemnego życia także dla grup, które niekoniecznie muszą mieścić się na samym szczycie tradycyjnie pojmowanej hierarchii klasowej. Jedną z nich jest zbiorowość, którą z braku lepszego określenia, należałoby nazwać wrażliwą i subtelną inteligencją. Należą do niej  ludzie wyposażeni w wysoki kapitał kulturowy i oddający się zajęciom zapewniającym poczucie dobrego i pożytecznego życia, wykraczającego poza nużącą rutynę ustawicznej harówki umożliwiającej w zasadzie tylko przetrwanie i zaspokojenie najbardziej przyziemnych potrzeb. Ludzie o ugruntowanym poczuciu sensu, opartego na czynnościach mądrych i wzniosłych – dyskusjach o literaturze, kinie i muzyce, zaangażowaniu społecznym czy dywagacjach o naturze i problemach naszego świata. Ludzie, którzy odczuwają satysfakcję i pewne, nie zawsze całkowicie uchwytne, spełnienie, a przy tym wykazują się – czasami tylko frazesową, ale nierzadko prawdziwie szczerą – wrażliwością społeczną.

W dalszej części tekstu postaram się naszkicować klasowy charakter stylu życia polegającego na częstym kontakcie z kulturą czy różnych formach partycypacji oraz przedstawić kilka propozycji, które – w moim przekonaniu – lewica powinna bardzo poważnie wziąć pod uwagę, jeżeli zależy jej na realizacji swojego najważniejszego celu, czyli budowie wspólnoty wolnych i równych obywateli i obywatelek, w której dostęp do wspólnego dziedzictwa i twórczych aktywności nie będzie tylko przywilejem zastrzeżonym dla wybranych.

Wielu i wiele z nas zna to przyjemne uczucie, kiedy w jesienny wieczór wychodzi się z seansu w niewielkim i przytulnym kinie studyjnym i z głową pełną nowych, wzbogacających wrażeń można razem z towarzyszem czy towarzyszką wizyty wymienić się opiniami na temat właśnie obejrzanego filmu Larsa von Triera albo Michaela Haneke. Myśli wędrują wtedy w jakieś wyższe i oderwane od prozy codzienności rejony, a wszystko nabiera pewnej wyjątkowej lekkości. Zamiast zwykłego wyjścia do kina – jeżeli mamy trochę szczęścia i talent do wynajdowania ciekawych okazji – trafimy w nim na takie perełki jak tygodniowy przegląd kinematografii irańskiej albo cykl największych arcydzieł szkoły polskiej czy włoskiego neorealizmu. Można udać się także w inne miejsca, które pozwolą spędzić czas w kształcący i rozwijający sposób. Być może będzie to spotkanie na temat nowej książki cenionego przez nas autora, gdzie głos zabiorą osoby powszechnie szanowane za swoją dogłębną znajomość tematu i wieloletnie środowiskowe wyrobienie. Innym razem przypadkowo trafimy zaś na wystawę jedynych w swoim rodzaju, fascynujących fotografii przedwojennej Huculszczyzny albo – gdy najdzie nas pewna szczególna fantazja – weźmiemy udział w otwartych warsztatach z majsterkowania czy miejskiego ogrodnictwa, czyli umiejętności, które w dzisiejszych czasach coraz bardziej wypada sobie przyswoić. Równie dobrze możemy też wylądować na panelu dyskusyjnym poświęconym poetyce performatywnych strategii oporu podczas niedawnych masowych demonstracji, w których oczywiście także wzięliśmy udział. W grę wchodzi również odbywający się w klimatycznym klubie koncert jakiegoś dobrego zespołu, tudzież seminarium na temat jakiegoś wycinka myśli społecznej.

Nie ograniczamy się jednak tylko do roli biernych odbiorców i odbiorczyń tego, co zostanie dla nas przygotowane przez innych. Razem z koleżankami i kolegami ze swojej organizacji chętnie włożymy trochę wysiłku w poszerzenie kulturalno-aktywistycznej oferty naszego dużego i tętniącego życiem miasta o kolejne interesujące pozycje. Przyciągną one podobnych do nas koneserów i koneserki o wyrobionym guście, smaku i poglądach. Dni mijają nam na płynnym przechodzeniu pomiędzy tymi kolejnymi odsłonami kreatywnego zaangażowania i kumulacji przeżywanych doświadczeń, windujących nas ponad przytłaczającą przeciętność i szarzyznę. Gdzieś w tle oczywiście jest jakaś praca zarobkowa (albo jeszcze czasami nauka), bo w większości nie jesteśmy rentierami i musimy jakoś zdobywać pieniądze. Nie pochłania ona jednak całości naszego czasu, umożliwia zachowywanie upragnionego work-life balance, a nawet jakoś wiąże się z naszymi ogólnymi zainteresowaniami, co czyni ją dodatkowo bardziej znośną albo i wręcz miłą. Nasze życie niekoniecznie jest usłane wyłącznie różami, miewamy na przykład przejściowe problemy mieszkaniowe, a jako przedstawiciele i przedstawicielki prekariatu nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie o to, co będzie się z nami działo za dziesięć lat. Podstawowa równowaga jest jednak zachowana, przynajmniej w takim stopniu, że budząc się rano nie musimy przeklinać rozpoczynającego się dnia, który w swojej monotonii nie będzie niczym się różnił od poprzedniego i następnego.

Praca, pieniądze, mieszkanie – jeżeli chwilę się nad tym zastanowić, to nietrudno zauważyć, że do zaistnienia wszystkich wymienionych przyzwyczajeń potrzebne jest pewne wymierne podłoże materialne. Żeby móc w spokoju uczestniczyć w kulturalnych i społecznych inicjatywach, trzeba mieć po prostu zapewnione niezbędne bytowe bezpieczeństwo i możliwość choćby względnej kontroli nad własnym życiem. Praca musi trwać odpowiednio krótko, a finanse starczać na więcej niż kupno żywności, opłacenie czynszu, rachunków i karty miejskiej. Aktywność zawodowa nie może wysysać wszystkich fizycznych i umysłowych sił, nie jest też wskazane, żeby odbywała się w warunkach upokarzającego podporządkowania, które odbiera ochotę na inne sposoby relaksowania się niż wieczorne znieczulanie za pomocą piwa. Słusznie potępiana za uderzanie w prawa pracownicze oraz infekowanie pracujących niepewnością i lękiem, „elastyczność” czasami okazuje się rozwiązaniem wygodnym i ułatwiającym wiele spraw. Termin ten będzie bowiem znaczył zupełnie coś innego dla zatrudnionego na śmieciówce przez agencję pracy tymczasowej magazyniera, który w każdej chwili może stracić swoje jedyne, mizerne źródło utrzymania, a co innego dla mogącego swobodnie planować swój czas grafika. Tylko druga z tych osób będzie miała możliwość takiego ułożenia dnia, które połączy w sobie przyjemne z pożytecznym i pozostawi spory margines na samorozwój i aktywizm.

Nie należy także zapominać o niebagatelnym znaczeniu czynników środowiskowo-towarzyskich. Tak zwane „otwarty umysł” i „ciekawość świata” (skądinąd, o ile nie są udawane, to naprawdę cenne właściwości, których nie zamierzam deprecjonować, warto jednak zdawać sobie sprawę ze stojących za nimi uwarunkowań) często są wynoszone jeszcze z domów rodzinnych, w których od małego miało się szansę na kontakt z całym tym specyficznym sznytem osób kulturalnych i bywałych. Stabilna pozycja społeczno-ekonomiczna rodziców umożliwia kilka lat względnego spokoju podczas darmowych studiów wyższych. Podczas nich aspirujący do wrażliwej inteligencji młodzi ludzie poszerzają erudycję o kolejne poznane książki, pojęcia i nazwiska, zdobywając w ten sposób kolejne atuty w grze o kulturowy prestiż. Wyniesione w trakcie studiów znajomości znacznie ułatwiają dalsze radzenie sobie na rynku pracy dla kreatywnych i twórczych. Wszystko to razem tworzy kolejne z nieskończonych konfiguracji inteligenckich sieci, o których na łamach „Nowego Obywatela” w zeszłym roku bardzo interesująco opowiadał prof. Tomasz Zarycki. Możemy znajdować się na ich bliższych lub dalszych orbitach, mniej lub bardziej oddalonych od dzierżącego hegemonię „rdzenia”, z którym miewamy styczność np. podczas odwiedzanych przez nas paneli dyskusyjnych. Poruszanie się po nich nie zawsze jest łatwe, ale i tak zapewniają one swoim uczestnikom wiele przyjemnych i pożytecznych możliwości. Często niedostrzegalna dla znajdujących się wewnątrz tej struktury osób bariera wejścia staje się coraz wyższa i trudniejsza do pokonania dla innych, którzy tym samym zostają odcięci od wielu rzeczy i spraw, często nie bez powodu uznawanych za godne, dobre i mądre.

Wrażliwa i subtelna inteligencja nie jest w wielkim mieście sama – za swoich jedynych towarzyszy nie ma też tylko wymienionych na początku tekstu oligarchicznych elit. Gdy jej przedstawicielki i przedstawiciele kierują się do któregoś z ulubionych małych kin albo klubokawiarni, mijają wiele miejsc, w których mnóstwo ludzi spędza całe dnie na pracy. Pracy, która raczej nie pozwala na rozwijanie skrzydeł fantazji i nie zapewnia poczucia satysfakcji czy dumy z własnych osiągnięć albo pozytywnego wkładu w rzeczywistość. Dużo częściej polega za to na wykonywaniu powtarzalnych i nudnych czynności, które wymagają sporego wysiłku i to nie tylko stricte fizycznego. Wytrzymanie dziesięciu godzin w sklepie położonym w odizolowanej od zewnętrznego światła i powietrza galerii handlowej, z nieustająco sączącym się z głośników „muzakiem” oraz nieprzebranym morzem przechadzających się we wszystkie strony klientek i klientów, na których potrzeby i kaprysy trzeba odpowiadać z całą wyuczoną, lukrowaną uprzejmością – również jest bardzo trudnym zadaniem, o czym zresztą miałem okazję przekonać się kiedyś osobiście. Można przytoczyć bardzo wiele przykładów miejsc pracy, które w powszechnym odbiorze nie są wysoko wartościowane, a dla zajmujących je osób czasami stanowią nawet pewien powód do wstydu, zwłaszcza, w zdarzających się niekiedy konfrontacjach z ludźmi zajmującymi się rzeczami ocenianymi jako lepsze czy napawające dumą. Wszystkie te miejsca pracy są jednak niezbędne po to, by nieprzerwanie utrzymywać w ruchu sprawną machinę nowoczesnego i światowego stylu życia, a wakaty szybko doprowadziłyby do zakłóceń poważnych i odczuwalnych dla osób uprzywilejowanych.

Kultura jest jednym z tych obszarów, w których podziały klasowe odznaczają się bardzo wyraźnym i dotkliwym piętnem. Napisano o tym już niezwykle dużo, chciałbym jednak zobrazować to pewnym wymyślonym i być może zupełnie niedoskonałym przykładem. Wyobraźmy sobie kończącego/ą zmianę o godzinie dwudziestej drugiej pracownika czy pracownicę Żabki, który/a wychodząc zmęczony/a ze sklepu po całym dniu stania za ladą, rozkładania towarów na półkach i skanowania kodów kreskowych, mija opuszczającą właśnie budynek kina grupkę osób pogrążonych w dyskusji. Wszystkie uczone teorie socjologiczne o dystynkcji klasowej i przemocy symbolicznej materializują się i nabierają nieznośnie – czasami wręcz boleśnie – konkretnych kształtów. Pomiędzy pracownikiem/pracownicą a rozprawiającym o właśnie obejrzanym filmie (a może o jakiejś książce albo nowym miejskim happeningu?) ludźmi przebiega niewidoczna, lecz niemal namacalna linia demarkacyjna. Nikt raczej nie wypowie tego na głos, ale wszyscy dobrze wiedzą, kto stoi po przegranej a kto po wygranej stronie takiego układu; kto znajduje się w jakiejś swoistej glorii, a kto skrywa się w poświacie bezsensu, wyczerpania, poczucia marnowania czasu i uwiądu sił witalnych. Możemy z tym gorączkowo polemizować, powołując się na nasze prospołeczne i egalitarne przekonania, potępiać klasizm i deklarować otwarcie na wszystkich ludzi bez względu na to, gdzie pracują i w jaki sposób spędzają czas. To wszystko naprawdę może być całkowicie szczere i wypływać ze szlachetnych pobudek, rzeczywistość społeczna jest jednak bezlitosna i drwi sobie z idealistycznych uniesień, niszcząc je swoimi surowymi wyrokami. Klasowość wisi w powietrzu, przenika nas i nasze codzienne zachowania, w znacznym stopniu determinuje formy przestrzeni, wygląd, ubiór czy nawet dosyć banalne nawyki. Nieustannie dzieli ludzi i uniemożliwia przejście do świata opartego na wspólnym, powszechnym korzystaniu z dóbr kultury i obywatelskim aktywizmie. Nie ma od niej ucieczki, a przynajmniej tak długo, dopóki nie zdecydujemy się na pewne konkretne i wymierne działania, które zmienią wytwarzające ją warunki.

Dość często występujące przekonanie o tym, że istnieją dwie przeciwstawne sobie kategorie ludzi światłych i ciemnych („ci, którym się chce i pchają świat do przodu” vs „ci, którzy się tylko przyglądają”, „Polska Agnieszki Chylińskiej” vs „Polska Zenka Martyniuka”) jest nie tylko niesłychanie aroganckie, ale również zwyczajnie naiwne. Nasze gusta, upodobania i przyzwyczajenia nie są żadnymi naturalnymi cechami, które w wyniku zrządzenia jakiejś tajemniczej siły czynią nas lepszymi albo gorszymi. Stanowią wypadkową bardzo wielu jak najbardziej namacalnych uwarunkowań. Trudno rozwijać w sobie wrażliwość, umiłowanie piękna i zapał do zmieniania świata, jeżeli najzwyczajniej w świecie nie ma się na to czasu, siły ani środków. Nawet jeżeli na chwilę pominąć znaczenie naszkicowanych wcześniej barier symbolicznych, ludziom pochłoniętym ciężką i długą pracą najemną zazwyczaj nie uda się znaleźć momentu odpowiedniego na czynności właściwe dla tych, którzy/e nie muszą dźwigać takiego ciężaru. Materialny wymiar życia zawsze wskaże inne i bardziej palące obowiązki, niezbędne dla podtrzymywania codziennej ciągłości, a oddawanie się „uwznioślającym” zajęciom pozostaje luksusem, na który ciągle brakuje odpowiedniej chwili.

W Warszawie często zwracam uwagę na widniejące na drzwiach sklepów i dyskontów godziny ich otwarcia. To, w jakim stopniu skrócony jest czas pracy w weekendy, zakrawa na jawną kpinę z pracownic i pracowników. Zamiast rozpoczynania dnia o godzinie szóstej albo siódmej i kończenia o dwudziestej drugiej, tak jak dzieje się to od poniedziałku do piątku, personel Carrefourów Express, Żabek czy Freshów w niedziele zyskuje niebywały przywilej przyjścia na ósmą albo dziewiątą i pozostania do dwudziestej albo dwudziestej pierwszej. Czy ktoś może mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ta jedna godzina więcej wystarczy na cokolwiek innego niż jeszcze moment snu – a nikt przecież nie lubi zrywać się z łóżka z samego rana – i zjedzone pośpiesznie w biegu śniadanie, a wieczorem nieco szybszy powrót do domu, gdzie jedyną rzeczą na jaką ma się ochotę jest położenie się do łóżka? Tak, praca w takich miejscach najczęściej odbywa się w systemie zmianowym – od rana do popołudnia albo od popołudnia do wieczora. Nadal jednak jest to niewielka pociecha i niewielki zysk w postaci raptem kilku odzyskanych dla siebie godzin, podczas których nierzadko i tak trzeba zająć się na przykład obowiązkami domowymi. W tym samym czasie wiele osób może w spokoju udawać się na spotkania autorskie, wernisaże i spacery albo po prostu siedzieć w parku z książką. Żadne „wzniosłe” myśli, idee czy pomysły raczej nie narodzą się w sytuacji ustawicznego obciążenia organizmu powtarzalnym i hipnotyzującym wysiłkiem. Do rozwijania twórczych aspektów ludzkiej natury potrzeba pewnej zagwarantowanej sfery nieskrępowanej ekonomicznym przymusem wolności, która dla mas ludzi nie jest osiągalna w systemie nastawionym na eksploatację i korzystanie z czyjejś nisko opłacanej pracy.

Część czytelniczek i czytelników może zarzucić mi zbyt ironiczne opisanie stylu życia grupy nazwanej przeze mnie na początku wrażliwą i subtelną inteligencją. Niektóre z tez mogą zostać uznane za niesłuszny i podyktowany jakimiś dziwnymi powodami atak. Warto zatem w tym miejscu podkreślić, że nie takie są moje intencje, a „kulturalne” spędzanie czasu uznaję za coś wartościowego i cennego. Rzecz tylko i aż w tym, żeby zdjąć z nich odium klasowego przywileju i uczynić czymś osiągalnym dla każdej i każdego – pierwszym krokiem w tym kierunku może być zaś zdanie sobie sprawy – jeżeli czujemy, że sami/e zaliczamy się do opisanej grupy – z własnej pozycji i zastanowienie się nad tym, co możemy zrobić żeby również inne osoby mogły korzystać z tego z czego my już korzystamy. Pamiętajmy o przesłaniu Ludwika Krzywickiego, który w wydanej po raz pierwszy w 1908 roku broszurze „Takimi będą drogi wasze” w następujących słowach uświadamiał ówczesną socjalistyczną młodzież o klasowej naturze kulturowych podziałów i wzywał ją do traktowanej jako etyczny obowiązek solidarności z tymi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia: Pacholę szczęśliwe, któreś w życiu swoim nie zaznało męczarni głodu ani nie pożerało w oknach kramiku zgniłych łakoci okiem pożądliwym, mroźnej nocy nie drżałoś z zimna otulone w łachmany, nie skowyczałoś z bólu w kącie brudnej izdebki, skatowane przez pijaka-ojca! Uczęszczasz do szkoły i nauczyciel ani razu nie rzucił ci w twarz obelgi, iż cuchniesz od brudu, nie wchłaniasz w siebie miazmatów zbrodni, zatruwających lata młodociane tych, co nie z ojców na świat przyszli, jeno z pyłu przydrożnego, siostra twoja nie będzie o zmroku tułała się po zaułkach i za pieniądze nie obnaży wdzięków swoich przed nieznanym przechodniem. Odrosłoś zaledwie od ziemi, a już odsłonił się przed tobą uroczy świat Ideału: książka opowiada ci o męczennikach myśli, których hartu nie złamały płomienie stosów, o wytrwałych pionierach dróg nowych, co w lodach dalekiej północy szukają uspokojenia lub niosą żar swój w gorące strefy południa. Po główce twojej snują się rojenia o imieniu i o sławie, o zagrzewaniu serc ludzkich i budzeniu umysłów […] Oto masz czym głód swój uśmierzyć, zarówno głód ciała, jak ducha. Rówieśnicy twoi liczni łakną zaś kawałka chleba powszedniego, a duch ich nawet nie ocknął się z bezwładności sennej niemowlęcia. Marzysz o czynach wielkich, o tym, jak z towarzyszami rojeń swoich opaszesz wspólnymi ramiony ziemskie kolisko. A tłumy pacholąt istnieją na świecie, które zaledwie coś dosłyszały, iż książka istnieje […] Wiedz, że podwoje świątyń sztuki i nauki dlatego stoją przed tobą otwarte, a świat Ideału odsłonił swoje powaby, ponieważ inni ciemnotą swoją i nędzą okupili dostatek domu twojego, żmudnym zaś i ciężkim wysiłkiem opłacają poloty twego ducha.

Zachowując odpowiednie proporcje – na całe szczęście bieda w roku 2017 wygląda inaczej niż w 1908 – przekaz ten jest nadal aktualny i w dalszym ciągu może stanowić pewne moralne i ideowe wytyczne dla lewicy zorientowanej na obalanie klasowych barier. Jak do tego dążyć? Pierwszymi nasuwającymi się na myśl ruchami polityczno-prawnymi są takie posunięcia jak skrócenie czasu pracy, zapewnienie każdej obywatelce i każdemu obywatelowi wyzwalającego od ekonomicznego zniewolenia bezwarunkowego dochodu podstawowego czy – w bliższej perspektywie – znaczące ograniczenie albo całkowite zakazanie pracy w niektórych sektorach w niedziele, które powinny na nowo stać się zagwarantowanym jako powszechne prawo czasem wolnym. Prawdopodobnie w jakimś stopniu będzie to wymagało zrezygnowania przez osoby lepiej sytuowane  z części swoich wygód, takich jak robienie zakupów o dowolnej porze. Jest to jednak niewielka cena, jeżeli poważnie myślimy o zaprojektowaniu lepszego i sprawiedliwszego społeczeństwa. Kolejnym istotnym wyzwaniem, o którym nie wolno zapomnieć, jest wzięcie przez państwo większej odpowiedzialności za umożliwienie wszystkim dostępu do dobrej i zróżnicowanej oferty kulturalnej. Nie mam wystarczających kompetencji, aby sformułować tutaj szczegółowe rozwiązania. Jestem jednak pewien, że organy publiczne mogą mieć tutaj duże pole do popisu, a dotowanie zegalitaryzowanej kultury na wysokim poziomie powinno stać się jednym z priorytetów wszystkich nastawionych prospołecznie władz, tak aby jedyną szeroko osiągalną ofertą nie pozostawała jedynie skomercjalizowana papka dosyć miernej jakości. Z racji osobistych doświadczeń, scenerią dla mojego tekstu było wielkie miasto – niezmiernie ważne jest jednak to, żeby taka infrastruktura jak kina, biblioteki, galerie czy miejsca otwarte na różnego rodzaju aktywność społeczną znajdowały się także w mniejszych miejscowościach. Nie możemy dłużej milcząco akceptować geograficznego wykluczenia, które pozbawia mieszkańców i mieszkanki obszarów poza dużymi ośrodkami możliwości uczestnictwa w kulturze. Inicjatywa leży także w rękach grupy, która obecnie zachowuje w tej materii swego rodzaju monopol – od organizatorek i organizatorów różnych inicjatyw może zależeć to, czy ich propozycje będą przedstawiane w inkluzywny sposób czy nie. Występując z pomysłem jakiegoś wydarzenia artystycznego, debaty albo integrującej lokalną społeczność imprezy sąsiedzkiej, zastanawiajmy się, co można zrobić, żeby dotrzeć z nim do ludzi, którzy do tej pory nie stanowili naszego domyślnego targetu, jakie kanały i środki komunikacji mogą się tu okazać najbardziej skuteczne. Za każdym razem, kiedy w takim wydarzeniu weźmie udział ktoś, kogo wcześniej się tam nie spodziewaliśmy, będzie to sukces, który zbliży nas do założonego celu. Obecny stan rzeczy bowiem jest nie do pogodzenia z lewicowym ideałem równości, szczęścia i samorozwoju dla wszystkich i warto podejmować starania, żeby to zmienić.

Szymon Majewski