Polityka transferowa

Moje lewicowe serce raduje się z astronomicznych zarobków czołowych
piłkarzy. Smuci zaś na wieść o podwyżkach dla lekarzy ratujących ludziom
życie.

Rozgrywki toczące się na stadionach Madrytu czy Londynu, coraz silniej zglobalizowane i skomercjalizowane, są mi od lat doskonale obojętne. Obce jest mi jednak święte oburzenie na rzekomo niemoralną wysokość gaży ich głównych bohaterów. Nic mi do tego, ile decydują się płacić współczesnym gladiatorom właściciele klubów czy reklamodawcy. Jeśli tylko futboliści uczciwie płacą podatki, wzrost ich bogactwa nie odbywa się ze szkodą dla żadnej grupy społecznej. Gdy ma postać transferu środków od firm bukmacherskich, koncernów telekomunikacyjnych czy arabskich szejków na konta chłopaków z górniczego Knurowa, ubogich przedmieść Marsylii czy zniszczonego wojną Sarajewa (by wspomnieć parę rzeczywistych przykładów z ostatnich lat) – zyskuje wręcz charakter pożądanej redystrybucji.

Mimo wszystkich zmian, piłka nożna pozostaje jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin gospodarki, gdzie awans społeczny jest częsty, a najwyższe szczyty osiągane wyłącznie dzięki sumiennej pracy. Co więcej, spełnia funkcję antycykliczną, jako że piłkarze rzadko są „ciułaczami”, a jeśli inwestują, to raczej w realną gospodarkę. A zatem kupujcie sobie kolejne auta, rodzicom – lepsze mieszkania, a kochankom – biżuterię, drogie (dosłownie!) gwiazdy. Dla dobra wspólnego!

Uważam jednocześnie, że lekarze zatrudnieni w sektorze publicznym nie powinni zarabiać szczególnie dużo. Owszem, zbyt niskie płace oznaczają zagrożenie korupcją oraz „wysysanie” medyków przez sektor prywatny czy placówki zagraniczne. Jednak powyżej pewnego progu, zapewniającego komfort własny i rodziny, wysokość płac ma kluczowe znaczenie wyłącznie dla jednostek zdemoralizowanych, a takie należy ze służb publicznych eliminować, zamiast do nich przyciągać. Nie chcę, by moje ubezpieczenie zdrowotne trafiało do kieszeni osób, którym tzw. godność nie pozwala, dajmy na to, operować za mniej niż dziesięciokrotność średniej krajowej. No i co będzie, jeśli w kluczowym momencie spóźni się przelew?

Powyższe rozważania to więcej niż spekulacje. Pokazał to niedawny przykład oddziału chirurgii zielonogórskiego Szpitala Wojewódzkiego, który w bieżącym miesiącu będzie przyjmował tylko najpilniejsze przypadki. Dotychczasowi specjaliści, zarabiający kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, odmówili bowiem przedłużenia kontraktów. Nieoficjalnie wiadomo, iż zażądali co najmniej 25 tys. zł, uzasadniając to faktem, że „w Barcelonie zarabia się dużo więcej”. Media milczą, czy w skład ich żądań wchodzi również podniesienie najwyższej stawki podatku dochodowego do 47% oraz płacy minimalnej do 738,5 euro, jak ma to miejsce w Hiszpanii. Dyrekcja placówki się nie ugięła i wiele wskazuje na to, że medycy przejadą się na swojej zachłanności. Problem ogólny jednak pozostaje.

Jeśli o mnie chodzi, niech lekarze zarabiają jak w Szwecji. Tylko niech najpierw sprawny sektor publiczny (a więc także nakłady na leczenie) oraz skala korupcji osiągną u nas porównywalny poziom, a oni sami zaczną równie uczciwie płacić równie wysokie podatki. Skoro już teraz chcą zarabiać jak w Barcelonie, proponuję nauczyć się grać w piłkę.

O produkty (dla) klasy średniej

Nie tylko przy urnie, ale i w centrum handlowym czuję się niereprezentowany.

Za wyjątkiem życia politycznego – w ramach którego wszystkie liczące się siły akceptują społeczno-gospodarcze status quo, różniąc się głównie na poziomie przyjmowanych narracji – w Polsce coraz bardziej widoczne są skrajności. Dobrze widać to w większych miastach, gdzie nowe apartamentowce nierzadko wyrastają w bliskim sąsiedztwie rozsypujących się kamienic. Jednak nie wszystkie polskie dychotomie stanowią odzwierciedlenie realnego, materialnego bądź mentalnego zróżnicowania społeczeństwa.

Trudno mi na przykład oprzeć się wrażeniu, że oferta rodzimych producentów i handlowców, czy będzie to żywność, ubrania czy obuwie, w większości kierowana jest do zaledwie dwóch grup konsumentów. Do tych, dla których znaczenie mają wyłącznie „codziennie niskie ceny”, oraz tych, którzy oglądają się na marki, nie na metki. Co natomiast z tymi, których odrzuca asortyment dyskontów oraz bazarów, ale także irracjonalne marże japiszońskich delikatesów i butików? Intuicja podpowiada, że takich konsumentów powinna być pokaźna armia, a skoro istnieje popyt… Tymczasem, „przyzwoitą jakość za rozsądną cenę” najłatwiej w Polsce spotkać w reklamach. Niewidzialna ręka rynku, która przyjaźnie macha do bogatych, a biednym bądź tylko niewybrednym wciska tandetę, „średniakom” o przyzwoitym guście nierzadko pokazuje figę.

Podobne myśli wzbudzają we mnie gastronomiczne panoramy polskich miast. Podstawę oferty stanowią w nich zwykle budki ze „śmieciowym żarciem” (występującym w dwóch podstawowych odmianach, pseudo-amerykańskiej i pseudo-arabskiej) – oraz restauracje, jeśli nie dobre, to przynajmniej drogie. Głodny Polak zbyt często musi więc wybierać między rolą kulinarnego chama oraz snoba; jedynym możliwym kompromisem okazuje się wtedy nierzadko zaufana pizzeria. Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego nadwiślański kapitalizm nie zrodził zbyt wielu rodzimych odpowiedników trattorii czy bistro?

Dojmujący brak „środka” odczuwalny jest także w ofercie telewizji i radia, kin i teatrów. Coś dla siebie bez trudu znajdą w nich zarówno gospodynie domowe (przy całym szacunku!), jak i miłośnicy „długich irańskich dramatów o trudzie żniwiarza”, jak określił ten rodzaj twórczości Kamil Śmiałkowski. Dzieła przystępne w formie, a jednocześnie ambitne, na które można czasem trafić w polskich stacjach telewizyjnych, pochodzą przeważnie z traktowanej z wyższością Ameryki, a jeśli nakręcono je w Polsce – to w latach 60. bądź 70. ubiegłego wieku. Większość producentów i akwizytorów kultury posiada szeroki katalog propozycji dla „człowieka masowego”, tak jak go sobie wyobrażają, pozostali na ogół nastawiają się na wiernych konsumentów niszowego asortymentu. A mnie się marzą polskie seriale na miarę „Rodziny Soprano”!

Nikt mnie nie przekona, że Polacy są tak mało wymagający, jak adresowana do nich oferta. Zwłaszcza, że jeśli zaproponować im coś posiadającego pewne ambicje, ale pozbawionego pretensji – przyciąga to tłumy, czy będą to lodziarnie Grycana, czy „Rewers” Borysa Lankosza. Przez resztę czasu pozostaje im samodzielne szperanie po obrzeżach mainstreamu (TVP Kultura, radiowa Trójka) oraz w Internecie – bądź tańczyć na lodzie, jak im Doda zagra.

Po słowach ich poznacie

Nie tak dawno temu jedna z partii apelowała, by polityków rozliczać z „czynów, nie słów”. Czasami jednak wystawiają sobie oni wystarczające świadectwo już na poziomie sloganów.

Analiza haseł wyborczych wydawać się może zajęciem jałowym. Zwłaszcza odkąd także w Polsce zaczęli je układać specjaliści od marketingu politycznego, rzadko kiedy wykraczają one poza konwencję. I tak – może poza Januszem Korwin-Mikkem, który konsekwentnie obiecuje „benzynę po 2 zł” – nawet kandydaci i ugrupowania uważane za radykalne stawiają zwykle na niezobowiązujące i niekontrowersyjne ogólniki. Dość wspomnieć, że formacja Andrzeja Leppera, uznawana za tzw. partię protestu, w ostatnim wyścigu do parlamentu deklarowało walkę „O prawdę i godność”, a dwa lata wcześniej Maciej Giertych stawał w szranki walk o prezydenturę pod sztandarem, na którym widniało: „Z nadzieją w przyszłość”. Przede wszystkim jednak przyzwyczailiśmy się, że papier, na którym drukowane są wyborcze plakaty, jest bardzo cierpliwy, a obietnice demokratycznie wybieranych polityków warte tyle, co tych nominowanych przez monopartię. Jak władza mówi, że da, to mówi!

Mimo powyższego, warto poświęcić politycznym sloganom nieco uwagi. Okazuje się wtedy nieraz, że wybór konkretnego frazesu potrafi całkiem sporo powiedzieć na temat mentalności kandydata czy ugrupowania. Klasycznym przykładem jest tutaj sentencja „reformatorów” z Unii Demokratycznej z 1993 r., która brzmiała „Po pierwsze gospodarka”, notabene skopiowana z wcześniejszej o rok kampanii Billa Clintona. O tym, jak dalece dobro abstrakcyjnej „gospodarki” wspomniane środowisko przedkładało nad realnie istniejące interesy polskich pracowników, zaświadczyć może zwłaszcza liczne grono konsumentów zupy, którą kilka lat wcześniej serwował jeden z jego liderów.

Równie wyrazistym przykładem jest obietnica innej formacji postsolidarnościowej, przypomniana przez Cezarego Michalskiego podczas zorganizowanej przez „Obywatela” debaty nt. dwudziestolecia polskiej transformacji (jej zapis ukazał się w „Obywatelu” nr 45). Współpracowałem przy dwóch kampaniach wyborczych AWS-u: tej pierwszej, kiedy oni – my – wygrali wybory, oraz przy przegranej kampanii Krzaklewskiego. Wiedziałem, że to jest prawica, natomiast to był dla mnie ciągle jeszcze jakiś sposób odbudowy wspólnoty solidarnościowej, ponieważ w AWS-ie byli zarówno centroprawicowi inteligenci, jak i związkowcy, zarówno przedstawiciele „elit”, jak i „ludu”. Kiedy u schyłku AWS-u w małej grupie wymyślaliśmy dla Krzaklewskiego główne hasło jego kampanii, wygrał slogan „Bezpieczna przyszłość, rodzina na swoim”; tylko socjolog Tomasz Żukowski i ja głosowaliśmy przeciw. Dla mnie to był taki symboliczny koniec „Solidarności”, bo to była przecież kampania lidera związkowego, a dostała hasło neokonserwatywne, neoliberalne – powiedział wtedy Michalski, dodając, że jego pokolenie, które zaczynało jako solidarnościowe, teraz pakuje się w najgorszy upeeryzm, w traktowanie społeczeństwa jako zdziczałego stanu natury, gdzie nie panują żadne wartości i gdzie się tylko wychodzi na polowanie, żeby przynieść mięso dla „rodziny na swoim”.

W trwającej właśnie kampanii Andrzej Olechowski poszedł już na całość. „Wybierz swój dobrobyt”, zwrócił się do indywidualnego obywatela, pardon – wyborcy. Od początku kampanii staram się przekonać Polaków, że dzisiaj ich patriotycznym obowiązkiem jest bogacenie się – uzupełnia kandydat Stronnictwa Demokratycznego, zgrabnie wpisując się w tradycję rozwijaną w ostatnich dekadach przez Komunistyczną Partię Chin. Mieliśmy być drugą Japonią, jednak w ostatnich latach w wyobraźni naszych liberalnych technokratów coraz wyraźniej zastępuje ją jej większy sąsiad, któremu do demokracji daleko, za to urządził piękne igrzyska, a i chleba tam coraz więcej, gdyż PKB rośnie jak na drożdżach. Po pierwsze gospodarka

Pozostaje mieć nadzieję, że Polacy nie będą się dali nabierać na tak formułowane zachęty, co zresztą miało miejsce w dwóch poprzednich z przywołanych przykładów. Tylko z czego tu wybierać, skoro nawet „Polska Solidarna” w praktyce okazała się dobrą matką przede wszystkim dla nieźle sytuowanych „rodzin na swoim”?

Biznes specjalnej troski

Nowy raport NIK obnaża fakt, że Specjalne Strefy Ekonomiczne to sztandarowy przykład ideologicznego, a nie pragmatycznego podejścia do gospodarki.

Istniejące od połowy lat 90. SSE to wyodrębnione administracyjnie części kraju, gdzie przedsiębiorcy mogą prowadzić działalność na preferencyjnych warunkach. Pomoc publiczna udzielana firmom inwestującym w strefach obejmuje m.in. zwolnienia i ulgi podatkowe, sprzedaż gruntów poniżej ich wartości oraz dotacje celowe. Ideą zakładania stref jest przyciąganie kapitału, zwłaszcza zagranicznego, do regionów słabo rozwiniętych, ze strukturalnym bezrobociem. Dzięki temu mają tam powstawać nowe miejsca pracy. Samorządowi politycy lubią przywoływać nazwy dużych firm, które zdecydowały się rozpocząć działalność w „ich” strefach, obowiązkowo dodając do tego informację o liczbie osób, które znalazły tam zatrudnienie.

Warto skonfrontować tę propagandę sukcesu z twardymi danymi. O ile jednak urzędowego optymizmu mamy aż nadto, ze szczegółowymi wyliczeniami jest znacznie gorzej. Najwyższa Izba Kontroli właśnie ujawniła, że rząd nie zna wszystkich kosztów ponoszonych przez państwo w związku z funkcjonowania stref. Również wielkość dotychczas udzielonej pomocy publicznej nie jest dokładnie znana. W rezultacie, niemożliwa jest rzetelna ocena opłacalności tego instrumentu.

NIK wyjaśnia, że Ministerstwo Gospodarki nie prowadziło dotąd analiz efektywności SSE. Nie porównywano poniesionych kosztów z takimi korzyściami, jak nowe miejsca pracy czy wzrost dochodów z podatków lokalnych. Brakuje refleksji nad tym, czy nie należy zmodyfikować pomocy udzielanej przedsiębiorcom inwestującym w SSE. Resort nie posiada długofalowej koncepcji dalszego istnienia stref, a wydłużenie stosowania tej formy pomocy publicznej do końca 2020 r. nie zostało poprzedzone żadnymi ekspertyzami. Nawet w okresie znaczącego spadku bezrobocia w latach 2005-2008, na co zwrócił ostatnio uwagę Chevalier, nie pomyślano o stopniowym ograniczaniu przywilejów firm z SSE czy zasięgu terytorialnego tych specjalnych obszarów.

Przeciwnie – strefy cały czas się powiększają. Brak przejrzystych zasad dotyczących poszerzania stref spowodował, że tworzono podstrefy w regionach rozwiniętych, zaprzeczając tym samym idei istnienia SSE /…/ W ten sposób utworzono np. dwie podstrefy Łódzkiej SSE w Warszawie – czytamy na stronie Izby. Jej kontrolerzy ustalili, że poszerzanie granic stref najczęściej odbywało się z inicjatywy inwestorów, niejednokrotnie uciekających się do dwuznacznych nacisków. Ogłaszali oni, że w przypadku odmowy uruchomią działalność poza Polską – warto przy tym wspomnieć, że żaden inny kraj Europy Środkowej nie zdecydował się na tworzenie podobnych stref, istnieją one natomiast na Ukrainie i Białorusi Tego rodzaju szantaż odniósł skutek m.in. w przypadku Pomorskiej SSE, którą powiększono o 7,8 ha terenów prywatnych we Frydrychowie (gm. Kowalewo Pomorskie).

Wnioski nasuwają się dwa. Po pierwsze, choć w kontekście stref specjalnych przywilejów dla biznesu mówi się głównie o nowoczesnych fabrykach, które wybudowano w ich granicach, prorozwojowy charakter tego instrumentu nie jest niczym bezspornym. Dopóki nie są prowadzone rzetelne wyliczenia dotyczące tej formy pomocy publicznej, jej stosowanie jest bardziej wyznaniem wiary w neoliberalne dogmaty niż elementem racjonalnej polityki ekonomicznej. Nasuwa się skojarzenie z hurra-prywatyzacją prowadzoną w pierwszych latach transformacji. Prozaicznemu „przekręciarstwu” towarzyszyła wówczas autentyczna wiara w zbawczą moc Inwestorów – jakichkolwiek, byleby raczyli wziąć choć kawałek społecznego majątku. W niewiele zmienionej postaci ta prywatyzacyjna religia przetrwała zresztą do dzisiaj, a jej wyznawców możemy codziennie oglądać na ekranach telewizorów, jak wysiadają ze służbowych limuzyn.

Po drugie, przyznanie części przedsiębiorców nadzwyczajnych zwolnień z ich obowiązków wobec społeczeństwa dodatkowo zwiększyło nierównowagę sił między kapitałem a państwem. „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – w realizacji tej klasycznej doktryny biznes wykazuje więcej zręczności, niż jakikolwiek reżim.

Neoliberała portret własny

Pod koniec ubiegłego roku na antenie płatnej stacji HBO miała miejsce premiera filmu dokumentalnego Andrzeja Fidyka i Anny Więckowskiej, zatytułowanego „Balcerowicz. Gra o wszystko”. Jako szczęśliwemu nie-posiadaczowi telewizora nie było mi dane się z nim zapoznać. Jak sądzę, dużo nie straciłem. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ten filmowy portret architekta polskiej transformacji kręcony był na kolanach. Fidyk, który podczas studiów na SGPiS miał zajęcia z Balcerowiczem, mówi o nim wprost jako o kluczowym dobroczyńcy polskiej gospodarki, a nawet i całego bloku wschodniego, jak relacjonuje Ewa Winnicka z „Polityki”. Jednak to nie treść domniemanej laurki dla ikony polskiego neoliberalizmu wydała mi się godna uwagi. Znacznie bardziej interesujące jest to, że środki na produkcję wyłożył koncern energetyczny Enea, pozostający własnością państwa.

Dla tych, dla których absurd tej sytuacji nie jest oczywisty, warto przytoczyć niedawne słowa byłego wicepremiera. Na łamach dziennika, któremu nie jest wszystko jedno, kolejny raz pozwolił on sobie na uwagę, że przedsiębiorstwa, których państwowa własność zostaje utrzymana, niechybnie upadają. Co więcej, tę formę własności zaatakował również w kontekście specyficznym dla mecenasa swojej biografii. Dlaczego miedź czy węgiel mają być „strategiczne”? Dlaczego skarb państwa ma mieć większość w Orlenie, Lotosie czy KGHM? To nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia! To są etatystyczne przesądy rodem z Ameryki Łacińskiej – grzmiał na tradycyjnie przyjaznych sobie łamach.

Finansowane ze środków publicznych wybrzydzanie na państwową własność ma u nas ugruntowaną tradycję (patrz – casus „Rzeczpospolitej”). Leszek Balcerowicz ma jednak w swoim stałym repertuarze więcej poglądów, od propagowania których państwo powinno trzymać się jak najdalej, o ile poważnie traktuje tzw. wartości europejskie. Temu, że bliższy jego sercu jest Dziki Zachód niż Europa Socjalna, autor polskiej „terapii szokowej” daje nieustanny wyraz co najmniej od dwudziestu lat. Także w cytowanym już tekście. Choć jest on krótki, zdążył w nim jeszcze m.in. kategorycznie odrzucić instytucję dialogu społecznego (W Polsce panuje mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć), oraz zakwestionować sens programów mających niwelować różnice w rozwoju społecznym między „Polską A”, a „Polską B” (Nie ma sensu dążyć do tego, by na siłę w każdym miejscu w kraju tworzyć miejsca pracy, bo nie wszędzie dadzą się one produktywnie stworzyć i utrzymać. Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca).

Sponsorowanie filmu o Balcerowiczu z de facto publicznych pieniędzy można potraktować jako anegdotę. Jeśli nawet, to jest ona wymowna. W dobie kryzysu, kiedy koniec neoliberalizmu został odtrąbiony nawet przez media głównego nurtu, uwielbienie menadżerów czołowej państwowej spółki dla symbolu tej doktryny brzmi jak ponury żart. Historia ta jest także świetnym przykładem neoliberalnej obłudy. Celnie podsumował ją Janusz Śniadecki ze Zrzeszenia Związków Zawodowych Energetyków, który postawił retoryczne pytanie, jak sposób finansowania filmu ocenia jego bohater, który wielokrotnie przekonywał, że najgorsze, co może się Polsce przydarzyć, to własność publiczna i monopole. Wygląda, że nie zawsze, jeśli pieniądze są słusznie wydawane – skomentował Śniadecki.