przez Konrad Malec | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Związek zawodowy to strajk, zadyma, zablokowany ruch w Warszawie. Takie skojarzenia nie obejmują jednak coraz bardziej istotnych – a co więcej, skutecznych – form działalności związkowej.
Mądry związkowiec po szkoleniu
Organizacje pracodawców oraz większe firmy mają do dyspozycji całe sztaby ekonomistów, prawników i innych specjalistów. W razie sporu, pracownicy zazwyczaj zmuszeni są liczyć na własne umiejętności i wiedzę. Aby Dawid mógł się zmierzyć z Goliatem, musi umieć dobrze wymierzyć cios. W tym celu związki zawodowe regularnie organizują szkolenia dla swoich członków.
– Mają one na celu lepszą organizację pracowników i ich siły. Uczą, jak tej siły użyć – wyjaśnia Elżbieta Wielg, kierownik Biura Szkoleń i Programów Europejskich NSZZ „Solidarność”. – Komisje Zakładowe są często niewielkie. Uczymy, jak organizować pracowników, żeby poczuli potrzebę bycia w związku. Tłumaczymy też, dlaczego bez nich Komisja nie jest w stanie niczego zrobić – informuje p. Elżbieta. – Zdarza się, że po szkoleniach działacze czują taką moc, iż uważają się za gotowych do negocjacji z pracodawcą. Uczulamy ich, że sama wiedza nie wystarczy, trzeba mieć wokół siebie ludzi, którzy będą kibicowali, gdy zaczną się rozmowy.
Kursy innego rodzaju uczą działaczy, w jaki sposób przedstawiać postulaty, aby stać się równorzędnym partnerem pracodawcy. – Szkolimy z prowadzenia negocjacji i sztuki kształtowania wizerunku, które w działaniach związkowych są niezbędne – wyjaśnia Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce.
Choć niektóre szkolenia, np. z dialogu społecznego, organizuje większość związków, prawie każdy dodaje do nich „coś od siebie”. – Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych prowadzi szkolenia z komunikacji społecznej nie tylko z załogą i pracodawcą, ale też ze społecznością lokalną, na którą składają się również związkowcy – podkreśla wiceprzewodniczący centrali, Andrzej Radzikowski. – Jako reprezentatywny związek zawodowy opiniujemy nie tylko ustawy ogólnokrajowe, ale także prawo lokalne – dodaje.
Coraz częstsze są także zajęcia z rachunkowości i finansów oraz z prawa. – Omawiamy wszystkie przepisy, które dotyczą pielęgniarek, np. ustawę o działalności leczniczej. Tak, byśmy wiedziały np. jak nie dać się zmusić do przejścia na kontrakt – informuje Dorota Gardias, do czerwca 2011 r. przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Związek Nauczycielstwa Polskiego robi podobne szkolenia dla nauczycieli, górnicy zaś dokształcają społecznych inspektorów pracyi… aktywizują kobiety. – Przez „męską dominację” w branży członkinie naszej organizacji są słabo zauważalne. Chcemy, żeby ich głos był również brany pod uwagę w naszych działaniach – wyjaśnia Edyta Piórkowska ze Związku Zawodowego Górników w Polsce (ZZGwP).
Choć „Solidarność”, która liczy niemal 700 tys. członków, zatrudnia wielu specjalistów, często sięga również po szkoleniowców z zewnątrz. – Najczęściej prowadzą oni zajęcia dla naszych trenerów, prawników, osób odpowiadających za wizerunek związku czy jego politykę informacyjną – wyjaśnia p. Wielg. Podnoszenie kwalifikacji związkowców odbywa się w sposób nowoczesny, obejmuje zarówno przyswajanie teorii, jak i warsztaty umiejętności praktycznych. Działacze „eski” coraz częściej biorą także udział w konferencjach i seminariach.
Wielokrotnie mniejsza Konfederacja Pracy świetnie potrafi wykorzystywać wiedzę o obowiązkach szkoleniowo-prewencyjnych różnych instytucji, czym znacząco obniża koszty edukacji. – Przy szkoleniach dotyczących mobbingu poprosiliśmy o pomoc inspektorów pracy, którzy przeprowadzili je za darmo, w ramach swoich obowiązków. My zapewniliśmy salę i catering – wyjaśnia Michał Lewandowski, skarbnik związku.
Dzięki zabiegom OPZZ wprowadzono prawną możliwość tworzenia w zakładach funduszu szkoleniowego, służącego zwiększaniu umiejętności załogi. – Niestety nie jest on obligatoryjny – ubolewa Radzikowski. Co więcej, w obliczu nieudolności urzędów pracy związki podjęły się organizowania szkoleń zawodowych, pozwalających na przekwalifikowanie pracowników. Aby było to możliwe, lokalne struktury największych central ubiegają się m.in. o pieniądze z funduszów europejskich. – W Małopolsce przeprowadziliśmy szkolenia fryzjerskie, manicure, pedicure, w Szczecinie organizowaliśmy kursy dające uprawnienia kierowców zawodowych, w jeszcze innych miejscach – uczyliśmy obsługi urządzeń biurowych – wymienia wiceszef Porozumienia.
Środki uświęcają cel
Wzorem firm i organizacji pozarządowych, związkowcy szybko uczą się sięgać po środki unijne, np. z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Najczęściej pozyskują je na wzmacnianie dialogu społecznego. OPZZ prowadzi duży projekt „Kompetentny uczestnik dialogu społecznego”, ZNP – „Dialog społeczny”, zaś ZZGwP – „Profesjonalnego związkowca”.
Ponadto pierwszy z wymienionych związków zorganizował za wspólnotowe dotacje obserwatorium regionalnych rynków pracy. – Podobne rzeczy robią urzędy pracy, ale one opisują tylko stan zastany, który każdy widzi. My staramy się prognozować przyszłą sytuację, co daje możliwość działania, by zmniejszyć bezrobocie – wyjaśnia Grażyna Różanek z Zespołu ds. Funduszy Europejskich. Co istotne, obserwatorium nadal działa pomimo zakończenia finansowania. Z kolei Konfederacja Pracy wykorzystuje fundusze unijne, żeby przybliżać członkom nowe zjawiska prawno-pracownicze czy społeczne.
Tego rodzaju inicjatywy są okazją do udowodnienia, że dla dobra pracowników związki potrafią współpracować także z oponentami. – Szkolenia z efektywnych narzędzi komunikacjiprowadzimy wspólnie z organizacjami pracodawców – mówi Radzikowski. Podobnie postępują górnicy. – W naszym projekcie udział biorą nie tylko związkowcy, ale także przedstawiciele Związku Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego – mówi Karina Pater, koordynator Biura Szkoleniowego ZZGwP. – Przełamujemy stereotypy pracodawców o związkowcach, i odwrotnie. Pokazujemy, że związkowiec nie tylko krzyczy i żąda. Na pierwszym seminarium związkowcy usiedli po jednej stronie, pracodawcy po drugiej. Podobnie było w przerwach. Podczas kolejnych grona coraz bardziej się mieszały, a rozmowy były konstruktywne.
Mimo to Leszek Miętek zauważa pewien brak zaufania do działaczy społecznych. – W Unii organizacje pracowników zarządzają funduszami – tylko w Polsce dystrybuują je urzędnicy. Gdyby te środki znajdowały się pod zarządem związków, z pewnością szybciej byłyby rozdzielanie i wykorzystane w całości, jak w pozostałych krajach UE.
Eksperci świata pracy
„Solidarność” dawno dostrzegła, że samymi protestami wiele nie zdziała. – Rozmowom z pracodawcą nie towarzyszy walenie pięścią w stół, lecz merytoryczna wymiana argumentów – przekonuje Małgorzata Benc, szefowa biura terenowego związku w Zawierciu. Z tego powodu zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach organizacja stara się pozyskiwać do współpracy ekspertów z różnych dziedzin, szczególnie ekonomistów i prawników, którzy będą w stanie np. wykazać, że pracownicy powinni otrzymać podwyżkę. „Solidarność” dorobiła się nawet własnego Biura Eksperckiego, działającego przy Komisji Krajowej.
„Eska” od lat współpracuje także z S. Partner, jedyną w Polsce firmą dostarczającą ekspertyzy dla związków zawodowych. Efektem kooperacji „Solidarności” i S. Partner jest np. opracowanie „Praca Polska 2010” – stustronicowa analiza sytuacji pracowników i dostępu do pracy, w odniesieniu do ogólnej sytuacji gospodarczej. Świetnie przygotowany raport, któremu zorganizowano premierę w błysku fleszy, został znakomicie przyjęty, a zawarte w nim treści, jak np. dowody na spadek płac realnych – trafiły do mediów. – Od 30 lat przygotowujemy ekspertyzy, które pomagają nam formułować postulaty – podkreśla Jacek Rybicki z Komisji Krajowej. Jednak takie opracowania, nawet jeśli były skuteczne w poszczególnych negocjacjach, nie wpływały na ton debaty publicznej.
Zmiana nastąpiła w 2007 r., gdy „Solidarność” w kampanii „Niskie płace barierą rozwoju Polski” publicznie podpierała się stosowną ekspertyzą. – Uprzedziliśmy zarzuty, że związkowcy chcą, aby „nalewano z pustego”. Raport pokazywał czarno na białym, że niskie pensje są nie tylko dotkliwe dla pracowników, ale także hamują rozwój gospodarczy kraju – wyjaśnia Rybicki. W kolejnych latach podobnie przeprowadzono kampanie „Polska przyjazna pracownikom” i „Solidarność na kryzys”.
Z tych działań zrodził się pomysł na swego rodzaju podsumowanie dotychczasowych prac właśnie za pomocą „Pracy Polskiej 2010”. – To nasza odpowiedź na słowa premiera Tuska, że Polska jest „zieloną wyspą”. Z punktu widzenia pracowników nasz kraj zasłużył na zupełnie inny kolor – zżyma się Rybicki. O profesjonalnym przygotowaniu raportu może świadczyć doskonałe przyjęcie go przez środowiska akademickie. Po takim sukcesie związkowcy przygotowują drugą część, poświęconą polityce przemysłowej. Ważnym impulsem do takiej aktywności był brak autentycznej debaty nad kierunkami rozwoju Polski. „Solidarność” postanowiła przełamać medialną jednomyślność i pokazać możliwe alternatywy.
Obywatel związkowiec
Efektem działań eksperckich są obywatelskie projekty ustaw. W 2005 r. udało się przeforsować przygotowaną przez „Solidarność” nowelizację przepisów o emeryturach i rentach. W kwietniu 2011 r. „eska” rozpoczęła zbiórkę podpisów pod projektem ustawy o podniesieniu płacy minimalnej do wysokości połowy średniej krajowej (obecnie jej wysokość jest corocznie ustalana przez rząd, w 2010 r. wynosiła 42% przeciętnego wynagrodzenia). – Projekty przygotowuje nasze Biuro Eksperckie. Czasem, gdy zachodzi konieczność, korzystamy także z usług zewnętrznej kancelarii – wyjaśnia Henryk Nakonieczny z Prezydium Komisji Krajowej.
Również ZNP, aby skuteczniej walczyć o równy dostęp obywateli do edukacji, postanowił odwołać się do inicjatywy ustawodawczej. – Zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod projektami ustaw mających upowszechnić edukację przedszkolną, by każde dziecko mogło z niej skorzystać. Po raz pierwszy taki projekt, z 200 tys. podpisów, złożyliśmy w Sejmie w 2008 r. Niestety ustawa nie przeszła pomyślnie przez parlament, dlatego w ubiegłym roku zgłosiliśmy podobny, poparty przez 150 tys. osób – wyjaśnia Magdalena Kaszulanis, rzecznik prasowy związku.
Zakłada on finansowanie przedszkoli z subwencji oświatowej, a więc z budżetu centralnego. O ile początkowo koalicja rządząca była temu rozwiązaniu przeciwna, dziś samo MEN proponuje podobną zmianę, co daje dużą szansę powodzenia inicjatywy. – Podpisy zbieraliśmy w środowisku nauczycielskim i za jego pośrednictwem, ale też wychodziliśmy ze stolikami do obywateli i zachęcaliśmy ich do poparcia naszego przedsięwzięcia, co cieszyło się dużym uznaniem. Wiele osób opowiadało nam, jak ciężko zapisać dziecko do przedszkola – relacjonuje Kaszulanis.
Do ustawodawczej mobilizacji społeczeństwa sięgnęło też OPZZ, które przy poparciu niemal 300 tys. obywateli zaproponowało wprowadzenie możliwości przejścia na emeryturę dla kobiet po 35 oraz mężczyzn po 40 latach pracy, niezależnie od wieku. – Projekt ustawy stworzyliśmy z myślą o osobach, które rozpoczęły pracę przed 18. rokiem życia lub niewiele później. W tej chwili są dość mocno wyeksploatowane, a przez te lata już dawno wypracowały swoje emerytury – wyjaśnia Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy Porozumienia oraz przewodniczący Konfederacji Pracy. – Podobny dezyderat zaistniał już wśród 21 postulatów w sierpniu 1980 r. PO jest temu projektowi przeciwna, jednak trafił do prac w podkomisjach.
Grosz do grosza, a będzie… 6 milionów
Niemal każdy nosi w portfelu karty uprawniające do zniżek. Mają służyć lojalności klientów wobec np. sieci handlowej. Dlaczego podobne rozwiązanie miałoby się nie sprawdzić jako sposób wzmocnienia identyfikacji ze związkiem zawodowym?
Piotr Gołąb, koordynator ds. rozwoju w podbeskidzkiej „Solidarności”, długo zastanawiał się, jak wcielić w życie statutowy zapis o pomocy członkom związku w różnych sferach życia. W 2003 r. wymyślił „Grosik” – kartę oferującą osobom zrzeszonym w „esce” możliwość tańszych zakupów w wybranych sklepach i punktach usługowych. Początkowo program objął Podbeskidzie, po czym stopniowo rozszerzał zasięg na inne regiony.
Równolegle w Wielkopolsce i Zagłębiu Miedziowym związkowcy z zakładów Volkswagena zainicjowali przedsięwzięcie opierające się na identycznej filozofii, które szturmem zdobyło oba regiony. – Nasz program jest efektem kontaktów ze związkami z krajów skandynawskich i z Niemiec – wyjaśnia Dariusz Dąbrowski, przewodniczący „Solidarności” w Volkswagen Motor Polska i koordynator Programu Rabatowego „Twój Partner” w Zagłębiu Legnickim. Gdy „Grosik” objął całą Polskę, związkowcy z wspomnianych regionów pozostali przy swoim programie, ponieważ był on już dobrze znany lokalnym kupcom.
W 2008 r. związkowcy posiadający kartę „Grosik” mogli liczyć na zniżki w ponad 2 tys. obiektów na terenie kraju. Rabatem objęto zarówno podstawowe produkty spożywcze, jak i usługi tak wyszukane, jak nauka języków obcych, ubezpieczenia czy wycieczki turystyczne. – Nie samą pracą człowiek żyje, dlatego dbamy o rozrywkę. Oferta obejmuje m.in. zniżki na bilety do aquaparków, kin i teatrów. To daje oszczędności całej rodzinie – wyjaśnia Małgorzata Benc, która wdrażała program w Regionie Śląsko-Dąbrowskim. Podobnie działa „Twój Partner”, który liczy 15 tys. uczestników, mogących kupować z rabatem od ok. 5% w sklepach spożywczych do nawet 40% w punktach z techniką grzewczą.
– Zdarza się, że gdy w zakładzie panuje dobra sytuacja, ludzie zaczynają się zastanawiać, po co w ogóle płacić składki – wyjaśnia pomysłodawca „Grosika”. Zaś Dariusz Dąbrowski dodaje: Chcieliśmy w jakiś sposób wyróżnić naszych członków, że chce im się należeć do związku. Tym bardziej, że wielu z nas zarabia naprawdę grosze, zdarzają się nawet czasowe zawieszenia płacenia składek. Używanie naszej karty pozwala pracownikom zrekompensować sobie związkową „daninę”, i to wielokrotnie. W 2008 r. program pozwolił członkom „Solidarności” zaoszczędzić łącznie 6 mln zł.
„Grosik” cieszy się dobrą opinią specjalistów ds. biznesu i marketingu. Akcentują oni nie tylko ekonomiczny wymiar programu, ale i jego potencjał w promocji związku, którego logo znajduje się na karcie i naklejkach wskazujących, że dany punkt ją honoruje.
O podobnej inicjatywie myślał związek maszynistów, jednak z uwagi na duże rozproszenie członków oraz znacznie mniejszą ich ilość zrezygnowali z tej koncepcji. Udało im się za to zorganizować korporacyjną sieć telefoniczną u jednego z głównych operatorów w Polsce. – Byliśmy pierwsi wśród związków zawodowych – nie kryje dumy Rafał Zarzecki z ZZM. Dzięki temu zrzeszeni maszyniści mają co dwa lata możliwość otrzymania atrakcyjnego telefonu w dobrej cenie, przy tanich połączeniach. – To nie tylko oszczędność dla naszych członków, ale też wymiar praktyczny. Jeśli jest nagła sytuacja, np. akcja strajkowa, mamy możliwość wysłać do wszystkich grupowego SMS-a – zauważa Zarzecki.
Związkowcy wszystkich narodów, współpracujcie!
Dzięki temu, że „Solidarność” i OPZZ są członkami Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, mogą łatwiej korzystać z wiedzy i umiejętności pracowników z innych państw. Także współpraca największych central z S. Partner, będącą polską filią grupy konsultingowej Syndex, która na całym świecie udziela wsparcia związkom zawodowym, daje dostęp do międzynarodowych doświadczeń.
– Mamy 450 ekspertów, wśród nich np. 70 specjalizujących się w sektorze metalurgicznym, 40 ekspertów sektora finansowego, 60 specjalistów ds. branży chemicznej. Stanowimy cenne i stale aktualizowane – przez 40 lat działalności! – źródło informacji na temat przedsiębiorstw i sektorów, w całości do dyspozycji pracowników – zapewnia dr Stéphane Portet, socjolog i ekonomista, który w przeszłości był ekspertem m.in. Międzynarodowej Organizacji Pracy oraz Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju. Z usług S. Partner coraz częściej korzystają również organizacje branżowe i regionalne, a nawet zakładowe.
OPZZ bierze aktywny udział w pracach MOP. Poza byciem członkiem EKZZ oraz Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, współpracuje w ramach porozumień regionalnych, np. Związkowej Sieci Morza Bałtyckiego czy Związkowej Grupy Wyszehradzkiej. Doświadczeniami wynikającymi z kryzysu gospodarczego wymienia się m.in. z organizacjami z Hiszpanii, Portugalii i Bułgarii. Porozumienie ma też przedstawiciela w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym – ciele doradczym Komisji, Parlamentu i Rady Unii Europejskiej. Druga co do wielkości polska centrala prowadzi współpracę z konkretnymi związkami zawodowymi w innych krajach. Najlepiej jest ona rozwinięta z brytyjskim UNISON (Związek Pracowników Usług Publicznych), przy którym Porozumienie ma od trzech lat oddelegowanego przedstawiciela. – Stara się on namawiać pracujących tam Polaków do wstąpienia do UNISON, a następnie koordynować ich działania oraz udzielać bieżącej pomocy – wyjaśnia dr Piotr Ostrowski z Zespołu ds. Międzynarodowych i Integracji Europejskiej OPZZ.
Współpracę międzynarodową prowadzą też związki branżowe. – Współpracujemy w ramach ALE – Międzynarodowej Federacji Maszynistów – ze związkowcami z 16 krajów Europy. Warte podkreślenia jest to, że do ALE wstąpiliśmy jeszcze przed akcesją do UE – nie ukrywa zadowolenia Leszek Miętek, będący obecnie wiceprezydentem federacji. Ambicją ponad stutysięcznej ALE jest skupienie maszynistów ze wszystkich, nie tylko unijnych, państw Europy. Należą do niej związkowcy z Chorwacji czy Szwajcarii. – W świecie znikających granic problemy maszynistów w różnych krajach stają się podobne. Dążymy do ujednolicenia, przynajmniej w obrębie Unii, przepisów dotyczących naszej grupy zawodowej, by móc lepiej bronić jej interesów – wyjaśnia Miętek. Już dziś maszynista przekraczający granicę i napotykający tam na problemy może liczyć na skuteczną pomoc kolegów ze sfederowanego związku, znającego miejscowe realia.
Politykę międzynarodową prowadzą również nauczyciele, budowlańcy i inne duże związki. Dobrym przykładem branżowej współpracy jest porozumienie Związku Zawodowego „Budowlani” z jego ukraińskim odpowiednikiem, podpisane przy okazji przygotowań do Euro 2012. – To wspólna inicjatywa na rzecz wzrostu bezpieczeństwa pracy na budowach w obu krajach – wyjaśnia Ostrowski. ZNP współpracuje z niemieckimi kolegami z GFF, m.in. w ramach edukacji antydyskryminacyjnej. Poza obszar wąsko rozumianej międzynarodowej działalności związkowej wychodzą też górnicy, których przedstawiciel w EKES zajmuje się tematyką energetyki.
„Solidarność”? Lubię to!
– Polacy, zwłaszcza młodzi, postrzegają „Solidarność” przez pryzmat historii, składania kwiatów pod pomnikami i trzech „najazdów” na Warszawę rocznie. Mało kto wie, że prowadzi ona setki działań będących codzienną „pracą u podstaw” – zauważa Norbert Kilen z agencji kreatywnej Think Kong. Realizuje ona na zlecenie związku nowoczesne kampanie społeczne, które pomagają przełamać wspomniane stereotypy.
Jak wyjaśnia Krzysztof Zgoda, były szef Działu Rozwoju Związku, zachodnie organizacje pracowników oprócz bezpośrednich nacisków na pracodawców często kierują działania w stronę obywateli wrażliwych społecznie. Chcąc skłonić koncern IKEA, aby zainteresował się wyzyskiem ochroniarzy zatrudnianych przez jego podwykonawcę, firmę Solid Security, „Solidarność” zwróciła się do klientów meblowego giganta z prostym pytaniem: „Czy IKEA jest OK?”.
Akcja, o której mowa, jest modelowym przykładem, jak powinno się walczyć z międzynarodowymi molochami. Polscy aktywiści przy wsparciu miejscowych związków przeprowadzili pikietę przed sklepem IKEI w Sztokholmie. Poświęcono jej kilkuminutową relację w głównym wydaniu tamtejszych wiadomości! Wydarzenie było zaskoczeniem dla miejscowej opinii publicznej, wobec której IKEA prezentuje się jako firma odpowiedzialna społecznie. – Tego samego dnia w największym szwedzkim dzienniku ukazało się półstronicowe ogłoszenie z opisem ciężkiego losu pracowników ochrony w polskich oddziałach koncernu – relacjonuje Zgoda. Co ważne, solidarność pracowników zadziałała nie tylko w macierzystym kraju firmy. – Podobne pikiety zorganizowały związki zawodowe w Korei, Niemczech, USA, Szwajcarii, Australii i Wielkiej Brytanii – wspomina działacz. Pracownicy Solid Security otrzymali także ogromne wsparcie od polskich internautów.
Głównie w Sieci prowadzona była inna kampania, „UśmiechniętaKasjerka.pl”, mająca zwrócić uwagę klientów hipermarketów na warunki pracy kasjerek. Ciężki los pracowników handlu „Solidarność” nagłaśniała także w grudniu 2010 r., gdy przed sklepami wielkich sieci kolportowane były ulotki z dołączonym opłatkiem, stylizowane na list pisany rączką dziecka, martwiącego się, że mama pracująca w markecie znowu spóźni się na Wigilię.
Wymienione akcje przyniosły nie tylko uświadomienie części społeczeństwa w zakresie problemów wybranych grup zawodowych, ale i bardzo wymierne efekty. Solid Security stworzyło fundusz dla pracowników w potrzebie, w Tesco i Kauflandzie powstały związki zawodowe, z kolei nagłośniony w mediach list, jak się wydaje, stanowił dla wielu sieci handlowych argument przesądzający o skróceniu czasu pracy w Wigilię.
Los pracowników ochraniających urzędy miała z kolei poprawić akcja „NaciśnijUrzędnika.pl”. W jej ramach opisywano nadużycia, jakich dopuszczają się firmy opłacane ze środków publicznych. Za pośrednictwem strony internetowej kampanii obywatele mogą w prosty sposób zwracać się do wybranych ministrów z żądaniem, aby podlegający im urzędnicy wymagali od wynajmowanych firm przestrzegania czasu pracy ochroniarzy.
Mniej „elektroniczne”, ale równie dobre i pomysłowe kampanie społeczne prowadzi ZNP. Przykładem może być „Dobra szkoła” czy „Nie dajmy popsuć naszej szkoły”, stanowiące głos w obronie publicznej edukacji na wysokim poziomie. – W ich ramach w szkołach pojawiły się plakaty, ulotki, a na budynkach zawisły bannery – wyjaśnia Kaszulanis. Tego typu kampanie są tańsze niż działania medialne, a mają szansę być nawet bardziej skuteczne – póki co rodzice częściej mają ze szkołą kontakt bezpośredni, niż elektroniczny.
Podobnie jak „Solidarności”, również związkowcom z Konfederacji Pracy leży na sercu tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu. Niestety, jak przyznaje Michał Lewandowski, zainteresowanie projektem z tego zakresu było mniejsze niż oczekiwane przez związek. – Chcieliśmy trafić do pracowników i pracodawców, by zwiększyć świadomość społeczną oraz chęć wdrażania wysokich standardów w zakładach pracy – wyjaśnia. – Niestety pracodawcy nie są chętni, by wprowadzać w życie cokolwiek, czego nie muszą, a dla związkowców zmuszonych do walki o to, co tak naprawdę należy się pracownikom choćby na mocy zapisów Kodeksu pracy, społeczna odpowiedzialność biznesu to zbyt duża abstrakcja.
To nie jedyna nowatorska „działka”, którą zajęła się organizacja. Wcześniej związkowcy z Konfederacji jako pierwsi podjęli temat mobbingu. Uczyli pracowników, w jakich sytuacjach dochodzi do nadużyć i kiedy mogą wystąpić na drogę prawną. – Jeśli „wchodzi” coś nowego, to zależy nam, żeby wiedza możliwie szybko trafiła do pracowników – podsumowuje pionierskość swego związku Lewandowski.
Każda z opisanych kampanii „Solidarności” ma stronę na Facebooku, związek nagłaśnia też ogół swoich inicjatyw na tym popularnym portalu. W jego ślady coraz częściej idą kolejne organizacje. – Konfederacja jest kadrowo młodym związkiem i wielu jej członków korzysta z Internetu jako źródła informacji – uzasadnia Ilka. – Chcieliśmy tym sposobem przyciągnąć do nas młodych. Ponadto portale społecznościowe oferują szybką i łatwą możliwość spojrzenia na to, co się dzieje w związku, często mimochodem – odsłania motywy maszynistów do „wejścia w Sieć” Zarzecki. U górników pomysł wyszedł od związkowej młodzieży, informujewiceprzewodniczący ZZGwP Wacław Czerkawski, który wskazuje też, że dzięki nowoczesnym mediom pracownicy w zakładach rozrzuconych po całej Polsce wiedzą, co dzieje się w innych częściach kraju. Z kolei ZNP podkreśla, że wykorzystuje Internet nie tylko z myślą o własnych członkach. – Staramy się za jego pośrednictwem dotrzeć również do osób spoza związku, zwłaszcza do rodziców – wyjaśnia Kaszulanis.
OPZZ i ZZM założyły profile na YouTube. Zaletą kilkuminutowych filmów umieszczanych w Sieci jest nie tylko potencjalnie nieograniczona liczba osób, do których można dotrzeć bez ponoszenia dodatkowych kosztów. – Odbiór oglądanego człowieka jest łatwiejszy niż np. wywiadu z nim w związkowym biuletynie – zauważa Ilka. Klipy wideo i w ogóle ekspansja w Internecie mają być też dla związków sposobem „ucieczki do przodu”. – Gazety, nie tylko związkowe, zmniejszają nakłady, coraz mniej osób po nie sięga – wyjaśnia sekretarz prasowy OPZZ. Działacze Porozumienia podkreślają, że filmy na YouTube to krok w stronę własnej telewizji internetowej, jakkolwiek droga do niej jeszcze daleka.
Zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem
Działania PR znacząco ociepliły wizerunek związkowców. – Miałem liczne sygnały, że ludzie lepiej nas postrzegają, gdy organizujemy kampanie takie jak ta na rzecz pracowników handlu, niż gdy palimy opony. PR wzbogaca nasze działania – uważa Krzysztof Zgoda. Zastrzega jednocześnie, że podstawą aktywności związków powinna pozostać samoorganizacja pracowników i odwaga w walce o swoje. Zaś Kilen dodaje: Bardzo się cieszę, że takie akcje docierają do młodych i nowoczesnych osób. To pomaga związkowcom zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem.
To „zaprzyjaźnianie się” obejmuje nie tylko działania wizerunkowe. OPZZ i Konfederacja Pracy uczestniczą w Polskim Forum Społecznym, mającym być platformą wymiany myśli i poglądów między związkami zawodowymi, partiami i organizacjami społecznymi. – Pracownicy to też obywatele. Jest coraz więcej oddziaływań różnych grup na siebie, współpraca staje się koniecznością – zauważa Radzikowski.
Związkowcy starają się trafiać „pod strzechy” z informacjami na temat swoich inicjatyw oraz samą ideą pracowniczej samoorganizacji. Wielkopolska „Solidarność” nawiązała współpracę ze stowarzyszeniem kibiców Lecha Poznań, a także z samym klubem. Wśród związkowców jest wielu kibiców „Kolejorza”, którzy chcieliby promować zarówno związek, jak i ukochaną drużynę. Dzięki współpracy trybuny mają być pełniejsze, a ideały związkowe docierać do nowych osób.
Protesty, blokady i strajki niewątpliwie pozostaną ważnym orężem związków zawodowych, jednak jest to broń ostateczna. Na co dzień aktywiści pracowniczy posługują się innymi metodami – zazwyczaj mniej spektakularnymi, ale nierzadko bardzo skutecznymi.
przez Konrad Malec | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Przez stulecia mury obronne chroniły mieszkańców miast przed najeźdźcami. Dziś przebiegają wewnątrz nich. Oddzielają „młodych i przedsiębiorczych” od „nieudaczników”.
III RP(A)
Polska na tle większości państw europejskich zdecydowanie wyróżnia się liczbą zamkniętych osiedli. Z kolei na tle naszego kraju szczególną pozycję zajmuje Warszawa, gdzie już cztery lata temu było ich ponad 400. Dla porównania, w Berlinie jest tylko jeden taki obiekt, a w Paryżu – trzy. Aż 60% warszawiaków chce mieszkać na zamkniętym osiedlu, a w Trójmieście taką potrzebę deklaruje 1/3 mieszkańców.
Generalnie, w całej Europie Środkowej uwidacznia się popularność takich inwestycji. Jednak to Polska jest nieformalnym liderem. Na zachód od Odry nieco więcej jest ich w Wielkiej Brytanii, ale tamtejsze samorządy podjęły działania uniemożliwiające ich powstawanie przez wymuszenie na deweloperach zasady „bezpieczeństwa przez projekt” (będzie jeszcze o tym mowa); podobna polityka prowadzona jest w Holandii. Dużą popularnością cieszą się natomiast „zony” w USA i Ameryce Łacińskiej. Aż 1/3 terytorium Sao Paulo jest zamknięta, 2 mln ludzi pracuje w ochronie (policjantów jest niespełna 500 tys.). Krajem szczególnie obfitującym w ten specyficzny rodzaj gett jest RPA, gdzie poza podziałem na bogatych i resztę dochodzi spadek po apartheidzie. Oprócz tego możemy je zaobserwować w krajach Trzeciego Świata.
– Miasto u samych podstaw było tworem otwartym. Mieszkańców łączyła wspólnota interesów i zarządzania przestrzenią. Świat zewnętrzny był obcy, wewnątrz były prawa i obowiązki. Kiedy w środku powstaje enklawa, dotychczasowy układ zostaje zaburzony – tłumaczy dr hab. Jan Skuratowicz z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, specjalista w dziedzinie zabudowy rezydencjonalnej.
W przeszłości całe kwartały bywały zamieszkane przez przedstawicieli jednego zawodu lub ludzi o podobnym stopniu zamożności. Wynikało to jednak z przyjętej tradycji lub miało uzasadnienie praktyczne. Poszczególne części miasta nie były od siebie odcięte, a mieszkańcy mogli się między nimi swobodnie przemieszczać. Dziś w dużych i średnich miastach coraz częściej jest inaczej.
– O osiedlu zamkniętym możemy mówić wówczas, gdy za ogrodzeniem, z ograniczeniem dostępu, znajduje się kawałek terenów publicznych, jak ulica, sklep czy plac zabaw – informuje dr Jacek Gądecki z Katedry Socjologii Ogólnej i Antropologii Społecznej AGH, autor książki „Za murami. Osiedla grodzone w Polsce – analiza dyskursu”.
Gdy takie osiedla pojawiały się w kolejnych polskich miastach, zwykle były witane entuzjastycznie. Media widziały w nich kolejny etap rozwoju, „doganianie Zachodu”. W tym samym czasie krytyczne uwagi pod adresem „polskiego fenomenu” wnosili… niemieccy badacze miast.
Wyspy bezpieczeństwa?
Pierwsze takie obiekty powstawały w latach 60. w Stanach Zjednoczonych. Były to swoiste oazy dla emerytów, którzy nie akceptowali zachodzących zmian, zwłaszcza związanych z młodzieżową rewoltą. W ten sposób chcieli obronić swój styl życia. Nie były one chronione przez strażników – strzegły ich płoty i oddalenie od właściwego miasta. Zjawisko nasiliło się dwadzieścia lat później na fali przestępczości i wojen gangów, jakie przetoczyły się przez USA. Wówczas pojawiły się osiedla strzeżone, na których wzorowane są ich polskie odpowiedniki.
Głównym deklarowanym powodem zamieszkania na zamkniętym osiedlu jest właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa. – Ten czynnik był najczęściej wymieniany przez uczestników targów mieszkaniowych, wśród których prowadziłam badania. Tuż za nim było: mieszkanie na osiedlu zamkniętym. To wartość sama w sobie – mówi dr hab. Maria Lewicka, kierująca Katedrą Psychologii Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Przekonanie o konieczności zapewnienia sobie ochrony wynika m.in. z braku wiary Polaków w państwo i jego służby. – Wówczas pojawia się chęć fizycznego odcięcia się od złego otoczenia, by zapewnić sobie poczucie kontroli – uważa dr Gądecki. – Trudna historia sprawiła, że policjanta często postrzegamy jako organ represji, nie darzymy go szacunkiem – uzupełnia Jan Skuratowicz.
Czy przeprowadzenie się do ogrodzonego i strzeżonego bloku rozwiązuje problem? – Przeświadczenie, że mieszkanie na takim osiedlu zapewnia bezpieczeństwo, jest dość złudne. Statystyki, choć dość wyrywkowe, pokazują, że jest inaczej – zwraca uwagę prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych UW. – Naprawdę duże osiedla właśnie kiedy są zamknięte, stają się niebezpieczne dla swoich mieszkańców. Na wewnętrzne zagrożenia wskazują m.in. badania przeprowadzone w USA. Również w Polsce mamy pierwsze jaskółki zagrożeń „od środka”. Niedawno w Poznaniu doszło do serii podpaleń samochodów w garażach. Sprawcą okazał się ochroniarz. Wcześniej między mieszkańcami doszło do wojny o miejsca parkingowe, toczonej na spuszczane z kół powietrze i wezwania straży miejskiej do nieprawidłowo zaparkowanych aut.
Pojawiają się zorganizowane grupy, wyspecjalizowane we włamaniach na zamkniętych osiedlach. Jacek Gądecki przytacza przykład mężczyzny, który pomógł dwóm innym załadować telewizor do furgonetki, myśląc, że pomaga sąsiadowi się wyprowadzić. – Dopiero gdy odjechali, zdał sobie sprawę, że przypominał jego własny – opowiada naukowiec i wspomina, że na początku pobytu w Krakowie wynajmował mieszkanie w grodzonym apartamentowcu, w którym został okradziony. – Ludziom się wydawało, że w takim miejscu są bezpieczni. Zostawiali na korytarzach wózki czy rowery i te rzeczy ginęły.
Zdarza się, że szajki używają specjalistycznych urządzeń, znajdujących się na wyposażeniu straży pożarnej, by np. wystawić z zawiasów drzwi antywłamaniowe. Co więcej, osiedla są najczęściej strzeżone przez ochroniarzy najniższej rangi, bardzo słabo opłacanych, a więc podatnych na korupcję; bywa, że współpracują z gangami. – Bardziej niż o bezpieczeństwie możemy mówić o poczuciu bezpieczeństwa. Ludzie, kupując mieszkania na takich osiedlach, nabywają raczej wyobrażenia niż realny produkt – kwituje naukowiec z AGH.
Praktyka pokazuje, że o wiele większy wpływ na bezpieczeństwo ma architektura niż ogrodzenie. Przykładem jest koncepcja „bezpieczeństwa przez projekt”, polegająca na projektowaniu miasta w taki sposób, by nie było w nim ciemnych zaułków. Mieszkańcy wyglądający z okien powinni mieć dobry widok na to, co dzieje się w okolicy. Całość powinna być dobrze oświetlona, z dużą ilością przestrzeni wspólnej, z zielenią i ławeczkami, sprzyjając integracji mieszkańców podczas spacerów i lokalnych imprez, organizowanych przez rady osiedli lub administrację.
Pierwsze osiedla zgodne z tą filozofią zbudowano w Siechnicach pod Wrocławiem oraz w Szczecinie, podobne zaczynają powstawać w Warszawie. Chuligani czy wandale raczej nie pojawiają się w takich miejscach, nie czują się w nich dobrze. – Badania prowadzone przez Katarzynę Zaborską pokazują, że te osiedla zapewniają wyższy poziom bezpieczeństwa, a jednocześnie zwiększają identyfikację z miejscem i polepszają relacje sąsiedzkie. A najlepszym gwarantem bezpieczeństwa jest dobry sąsiad – podkreśla Maria Lewicka. – Tymczasem im więcej płacimy za mieszkanie w „bezpiecznym miejscu”, tym mniejsze zaangażowanie w naturalną kontrolę społeczną i zainteresowanie tym, co dzieje się u sąsiadów – podsumowuje dr Gądecki.
Niestety, wspólnych przestrzeni brakuje nie tylko w odciętych „zonach”, ale także na niegrodzonych osiedlach, powstających według widzimisię deweloperów. Tworzenie przyjaznych przestrzeni zawsze podnosi koszty, które ciężko przerzucić na nabywcę.
Szumowiny, czyli my wszyscy
Mieszkańcy nowo powstałych osiedli zamkniętych są najczęściej młodzi (średnia wieku poniżej 35 lat), wykształceni, zatrudnieni na dobrych posadach. Wiemy też, że w miejscu zamieszkania spędzają niewiele czasu. – Nie wiadomo, czy czują się tam źle, czy też daje o sobie znać wpływ czynników socjodemograficznych. Prowadzą bowiem odmienny tryb życia od przeciętnego robotnika czy osoby o licznych kontaktach lokalnych – zastrzega dr hab. Lewicka.
Wiele ich codziennych zachowań wskazuje na to, że czują się lepsi od mieszkańców „świata zewnętrznego”. Opryskliwe traktują np. doręczycieli ulotek. Ci ostatni w Internecie skarżą się na „panów zza płotów”, którzy nierzadko witają wyzwiskami ludzi chcących jedynie wykonać swoją pracę. Na problemy natknęli się także studenci robiący ankiety wśród mieszkańców takich miejsc – potencjalni rozmówcy nie tylko odmawiali, lecz nawet przeliczali swój czas na pieniądze i byli gotowi odpowiedzieć na pytania za 300-500 zł.
Rezydentka jednego z bogatych stołecznych osiedli skarżyła się, że musi na siłę organizować nastoletniemu dziecku sieć kontaktów, bowiem nie przewidziano miejsc sprzyjających integracji najmłodszych mieszkańców. Jest tylko pół boiska do koszykówki, tak usytuowanego, że gdy dzieci zaczynały grę, pogłos powodował telefon sąsiadów do ochrony. Kobieta wozi więc syna po całym mieście na różne zajęcia. Plac zabaw na osiedlach zamkniętych lub półzamkniętych okazuje się nierzadko wygrodzoną klitką, w obrębie której dzieci nie mogą swobodnie biegać.
Jaki sens mają mikroprzestrzenie o ograniczonym dostępie? Prof. Jałowiecki: Dają poczucie pewności, że nasza pociecha nie spotka się z jakimś „niesłusznym” dzieckiem i nie nabierze złych nawyków. Dr hab. Lewicka dodaje: Ta sama motywacja każe wozić dzieci do szkoły na drugim końcu miasta, choć w okolicy mamy całkiem przyzwoitą placówkę. To bardzo groźne dla dzieci tych mieszkańców. Wychowywane są w enklawach, odcięte od reszty społeczeństwa. Człowiek dorastający w takich warunkach obawia się spotkania z innymi ludźmi.
Konsekwencją strachu jest postrzeganie świata przez pryzmat stereotypów oraz brak zaufania do przedstawicieli innych grup, co uniemożliwia współpracę. – W Polsce mamy najniższy w Unii Europejskiej stopień zaufania do innych ludzi. Nasze badania wykazały, że jest to główna przesłanka potrzeby zamykania się – wyjaśnia Maria Lewicka. – Konsekwencją będzie dezintegracja społeczeństwa – ostrzega Bohdan Jałowiecki.
Rezydenci zamkniętych osiedli rzadko przyznają się, że o wyborze miejsca zamieszkania zadecydowały inne powody niż poszukiwanie bezpieczeństwa czy ładne, zadbane otoczenie. Tymczasem ważną, nierzadko zapewne najważniejszą, rolę odgrywa łączący się z nim prestiż. – Podkreślają w ten sposób swój sukces materialny – uważa Jałowiecki. Prowadzi to do silnych podziałów klasowych, nawet w obrębie spójnej, wydawałoby się, grupy. Najlepszym przykładem jest Marina Mokotów, której mieszkańcy najpierw odgrodzili się od innych warszawiaków, a następnie „jeszcze bogatsi” oddzielili się od bogatych.
– Obserwujemy przyspieszone wchodzenie w poszczególne klasy społeczne. W kolejnych latach przypisanie do nich będzie coraz silniejsze i bardzo świadome. Nie będzie już możliwe mówienie o „kolegach z podwórka” jak w ostatniej kampanii prezydenckiej – uważa Jacek Gądecki. Pogardę już „odciętych” względem pozostających po zewnętrznej stronie muru najlepiej widać na zapewniających anonimowość forach internetowych. Panują na nich określenia: „blokersi”, „żule”, „szumowiny” czy wręcz „podludzie”, a świat poza osiedlem określany jest jako „syf za płotem”. Nic dziwnego, że w odpowiedzi pojawia się niechęć, zawiść, a w końcu wrogość. Ciekawa jest w tym kontekście historia przytaczana przez Marię Lewicką: dzieci z otwartego osiedla przedostały się na zamknięty plac zabaw. Początkowo rówieśnicy z osiedla grodzonego się ucieszyli, bo było ich niewielu i nagle zyskali kompanów do zabawy. Rozpoczęła się gra w piłkę. Wszystko było dobrze, póki „lepsze” dzieci nie zaczęły przegrywać. Wówczas jedno z nich poszło po ochronę i kazało wyprosić intruzów.
Miasto szeroko zamknięte
– Osiedla zamknięte fatalnie wpływają na miasto, które staje się zbiorem oddzielnych wysp – uważa architekt Jerzy Gurawski, wykładowca Politechniki Poznańskiej. – Ci, którzy zostają na zewnątrz, są uważani za potencjalnie niebezpiecznych.
Odpowiedzią na sąsiedztwo nowo powstałego, odciętego terenu, bywa wtórne grodzenie starych osiedli. Przyczyną jest chęć odwetu: skoro oni nas nie chcą, to my ich też nie chcemy u siebie. Częściej jednak wymusza je proza koegzystencji: mieszkańcy elitarnych enklaw chętnie korzystają z dóbr przeznaczonych dla „plebsu”. Zostawiają auta na sąsiednich terenach – bo „u nich” deweloper zaplanował zbyt małą liczbę miejsc parkingowych, za które dodatkowo trzeba zapłacić. Wyprowadzają psy na spółdzielcze trawniki – bo nie wypada, by ich pupilek załatwiał się na prywatnych. Przyprowadzają dzieci na place zabaw, które w nowobogackiej przestrzeni często są zbyt małe.
Obawy o żerowanie przez „lepszych” na cudzym-wspólnym mieli mieszkańcy Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Politechnika w Warszawie, którzy w pierwszej chwili po wybudowaniu luksusowej Mariny Mokotów chcieli się odgrodzić od nowego sąsiedztwa. Płot póki co nie powstał, ale jeśli z Mariny zostanie wybudowany nowy wyjazd, ukierunkowany na środek starej zabudowy, nie wykluczają sięgnięcia po to rozwiązanie.
W grodzeniu przestrzeni istotną rolę odgrywają władze lokalne. – To skandal, że do tego dopuszczają – prof. Jałowiecki nie zostawia suchej nitki na samorządowcach. Takie praktyki można bowiem znacznie ograniczyć odpowiednimi zapisami planu zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że większość miast sporządziło takie plany dla zaledwie kilku procent powierzchni. Ponieważ zaś ich nie ma – lub są tworzone „pod inwestorów” – powstaje olbrzymi chaos urbanistyczny, przyspieszający tworzenie kolejnych osiedli zamkniętych. I koło się zamyka.
Paradoksalnie władze często widzą dobry interes w dogadaniu się z deweloperem, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Cieszą się, że inwestor pociągnie kawałek asfaltu i wodociągu, albo obok swoich budynków postawi kino. Dla porównania: pod czeską Pragą stanęło grodzone osiedle. Samorząd był przeciw, odmówił jego oznakowania i podzielenia działki. W efekcie, wszyscy mieszkańcy byli zameldowani pod jednym adresem, co stało się przyczyną poważnych perturbacji. W ich wyniku przedsiębiorca musiał spuścić z tonu.
Utrudnić grodzenie można także przy użyciu innych przepisów, np. egzekwując prawo wodne – w Warszawie i Poznaniu niektóre osiedla dochodzą do samej rzeki, do której w świetle ustaw powinien być zachowany swobodny publiczny dostęp. Sprawdzić by się mogły również przepisy przeciwpożarowe. Powszechnym problemem dla służb ratunkowych jest utrudniony dostęp na zamknięty teren. Pierwszy kłopot to znalezienie wjazdu, zwłaszcza w przypadku nowych obiektów. Nawet jeśli ratownicy wiedzą, którędy dostać się do środka, często oznacza to konieczność nadłożenia drogi i utratę bezcennego czasu. Zdarza się też, że muszą dzwonić do alarmującego, by raczył zejść otworzyć bramę, którą można uruchomić tylko pilotem.
Płot jest osobną budowlą, na którą urzędnicy nie muszą się godzić. – Niestety, władze miejskie w Polsce nie są szczególnie operatywne ani sprawne. Wszyscy widzimy, jak wyglądają nasze miasta – zżyma się prof. Jałowiecki. Maria Lewicka dodaje, że niewielu polskich samorządowców i urzędników potrafi myśleć o mieście jako całości. – Skutkuje to gettoizacją od razu w bardzo ostrej formie – kwituje Gądecki.
Ciekawe, że polskie strefy luksusu często odbiegają od zachodnich norm. Większość apartamentowców nie spełnia standardów tego typu obiektów. Zamierzony efekt osiąga się przez ogrodzenie i strażnika, dających poczucie prestiżu, co pozwala na cięcie kosztów przy jednoczesnym windowaniu cen za metr. Z drugiej strony, trudno nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym, które nie posiadałoby przynajmniej ogrodzenia i podwójnego zabezpieczenia domofonami.
Mury i ochroniarze sprawiają, że coraz częściej mieszkańcy stref zamkniętych domagają się zwolnienia z podatków lokalnych. Administratorom czy deweloperom nie przeszkadza to jednak domagać się od samorządów np. poszerzenia dróg prowadzących do osiedli. – W Dreźnie to inwestor musi zapewnić dojazd – inna rzecz, że na grodzenie nie dostałby zezwolenia. W Polsce inwestorzy są silniejsi od władz i to oni dyktują warunki – wyjaśnia dr hab. Skuratowicz. – U nas obowiązuje myślenie: zapłaciłem za ekskluzywne mieszkanie w ładnej okolicy, to mi się należy. Tymczasem gdy w Norwegii rozpisano referendum w sprawie obniżenia podatków – obywatele zagłosowali przeciw, bo wiedzą, że coś z nich dostają, że przyczyniają się one do dobra wspólnego – podsumowuje dr hab. Lewicka.
Warto jednocześnie pamiętać, że odcięcie się od otoczenia bywa bronią obosieczną. – To oni mają problem, bo nie mogą się przedostać na naszą część. Nawet do szkoły czy kościoła muszą chodzić naokoło – wyjaśnia Zbigniew Staroń, prezes wspomnianej spółdzielni Politechnika. – Nasi mieszkańcy już się przekonali, że nie ma tam po co chodzić. Teraz to tamtym zależy, by dostać się do nas.
Wilki u bram
Pojawiają się inicjatywy pomysłowo krytykujące nowy trend. Jedną z pierwszych i ciekawszych było zamknięcie łańcuchami przez warszawskie środowiska kontrkulturowe bram czterech osiedli na Kabatach we wrześniu 2006 r. Łańcuchom towarzyszyła informacja, że poza enklawą (nowo)bogactwa znajduje się Teren nie-prywatny (publiczny, niestrzeżony). ZAKAZ WSTĘPU. Grozi spotkaniem z biednym, chorym lub brudnym.
Pomimo deklaracji organizatorów happeningu, że akcja ma charakter czysto symboliczny – łańcuchom celowo towarzyszyła maleńka kłódka, by nie sprawić nadmiernych utrudnień spieszącym się rano do pracy – doszło do nerwowych reakcji, dzwonienia po ochronę i biegania strażników od bramy do bramy z nożycami do metalu.
Dwa lata później, szwajcarski artysta San Keller, zszokowany ilością warszawskich „twierdz”, poprowadził „watahę wilków” pod ich bramy. Ponad dwadzieścia osób wyło pod Mariną Mokotów, Rezydencją nad Potokiem, na Kopie Cwila oraz u wrót Eko Parku. Keller tłumaczył później, że wilki w naszej świadomości symbolizują zagrożenie, ale są też symbolem wolności, oraz że podobnie jak ludzie tworzą społeczność, którą zamknięte osiedla niszczą. Na „zaatakowanych” osiedlach ochrona w pośpiechu zamykała bramy i wzywała posiłki. Zaskoczeni mieszkańcy nie mogli się dostać do swych bastionów ani się z nich wydostać. Happening przebiegał spokojnie, a „wilki” zamilkły o 22.00, by uszanować ciszę nocną.
***
W średniowieczu każdy mieszkaniec miał prawo do miasta i obowiązki wobec niego. Żebrak miał prawo do stopnia przed kościołem, do dachu w przyklasztornym przytułku, ale i obowiązek jego obrony w przypadku napaści. Obcy wchodzący do miasta musieli zapłacić. – Problem w tym, że dzisiejsi mieszkańcy używają miasta, ale w nim nie mieszkają. Myślą o nim w kategoriach archipelagów, a co za tym idzie, nie wykazują dbałości o wspólną przestrzeń – podsumowuje dr Gądecki.
W Polsce nastała era grodzenia. Odcinamy się od świata i od innych ludzi, nawet bliskich. Dla porównania, w Skandynawii nie tylko nie grodzi się fragmentów miast, ale nawet pojedyncze domostwa bardzo często nie posiadają choćby symbolicznego płotu. Niestety, mimo iż tyle się mówi o „doganianiu” czy „naśladowaniu” Europy, bliżej nam pod tym względem do Afryki lub Ameryki Południowej niż do zamożnych krajów europejskiej Północy.
przez Konrad Malec | czwartek 9 czerwca 2011 | nasze rozmowy
Największy polski związek zawodowy rozpoczął zbieranie podpisów pod projektem ustawy zakładającej wzrost płacy minimalnej. O akcji, jej postulatach i przebiegu rozmawiamy z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
***
Proszę opowiedzieć o założeniach projektu proponowanego przez „Solidarność”.
Piotr Duda: Płaca minimalna to określona przez prawo wysokość wynagrodzenia, poniżej której pracownik zatrudniony w pełnym wymiarze czasu pracy nie może być opłacany. W Polsce wynosi ona w chwili obecnej 1386 zł. Oczywiście brutto – na rękę to trochę ponad 1000 zł.
Teoretycznie o wysokości płacy minimalnej powinny decydować związki zawodowe, organizacje pracodawców i rząd – w ramach Komisji Trójstronnej. Jednak od kilku lat coraz trudniej wypracować kompromis. Czarę goryczy przelała sytuacja z zeszłego roku, gdy związki zawodowe, pracodawcy oraz strona rządowa podpisali porozumienie w sprawie wysokości płacy minimalnej na rok 2011 na poziomie 1408 zł, a Rada Ministrów to porozumienie odrzuciła – mimo że podpisał je wicepremier Waldemar Pawlak – i ustaliła płacę minimalną na poziomie 1386 zł. To był przykład jawnego lekceważenia przez rząd dialogu społecznego. Nie pierwszy zresztą.
Spowodowało to, że zawiązał się Komitet Obywatelski Inicjatywy Ustawodawczej w sprawie podniesienia płacy minimalnej. Nasi eksperci przygotowali projekt ustawy o płacy minimalnej, którego celem jest stopniowe podwyższanie minimalnego wynagrodzenia za pracę, aż do wysokości 50% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, w tempie zgodnym z tempem wzrostu gospodarczego. Mówiąc prościej, wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie ulegała szybszemu zwiększaniu w przypadku wzrostu PKB o co najmniej 3%, natomiast jeśli wzrost gospodarczy będzie niższy lub miał wartość ujemną, minimalne wynagrodzenie pozostanie ustalone według dotychczasowych zasad.
Chodzi nam o to, żeby płaca minimalna nie była uzależniona od „widzimisię” rządu, lecz została ściśle powiązana z PKB.
1386 zł brutto to bardzo mało, jeśli uwzględni się szybko rosnące ceny czy coraz wyższe opłaty. Podwyższenie płacy minimalnej jest konieczne z uwagi na trudną sytuację finansową pracowników o najniższych dochodach. Minimalne wynagrodzenie na obecnym poziomie powoduje, że ci ludzie nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb. Wśród polskich pracowników – pracujących ciężko w pełnym wymiarze czasu pracy – rośnie ubóstwo i wykluczenie społeczne. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, odsetek pracowników żyjących w rodzinach, w których poziom wydatków był niższy od minimum egzystencji, wyniósł w 2010 roku 12%. To przygnębiające informacje.
Podczas spotkań z pracownikami w różnych zakładach w kraju słyszę, że odgórne podniesienie płacy minimalnej jest dla nich jedyną szansą na większe zarobki, bo pracodawcy nie chcą słyszeć o podwyżkach. „Solidarność” nie mogła pozostać głucha na takie apele.
Skąd pomysł właśnie na obywatelską inicjatywę ustawodawczą? Przecież większość tego typu projektów ustaw nie „przeszła” pomyślnie przez sejm. Czemu akurat ta, a nie inna droga do celu?
P.D.: Obywatelska inicjatywa ustawodawcza to najlepsza forma działania dla związku zawodowego, który nie ma reprezentacji w Sejmie. Liczymy na poparcie posłów z różnych partii, ale nie chcemy się wiązać z żadną siłą polityczną. Politycy uaktywniają się przed wyborami, wtedy można na nich liczyć, w innych sytuacjach – już niekoniecznie. Nie chcemy wchodzić w żadne układy, powiązania. Mam w pamięci zdanie Jana Pawła II, że władza przechodzi z rąk do rąk, a ludziom trzeba zawsze pomagać i związki zawodowe muszą o to dbać.
Żeby ustawa trafiła do Sejmu, musimy zebrać 100 000 podpisów poparcia dla projektu. Jestem spokojny, że je zbierzemy. Co stanie się z ustawą w Sejmie – zobaczymy. Sądzę jednak, że pomysł jest na tyle dobry, a inicjatywa na tyle słuszna, że ustawa w takiej czy trochę innej postaci zostanie przyjęta. Przecież posłowie to też ludzie. Muszą widzieć, co dzieje się w kraju. Co powiedzą ciężko pracującym ludziom? Że 1000 zł netto na miesiąc to uczciwe wynagrodzenie? Że za takie pieniądze można przeżyć miesiąc?
Jak na Waszą propozycję zareagowały pozostałe centrale związkowe?
P.D.: Oficjalnie nie zareagowały, nie dotarło do nas żadne oficjalne oświadczenie. Ale z nieoficjalnych informacji wiem, że inicjatywa „Solidarności” spotyka się z bardzo przychylnym przyjęciem wśród związkowców z innych central. Cieszę się, bo starania o poprawę jakości życia najuboższych są ważniejsze niż różnice programowe czy ideowe.
Pracodawcy są przeciw Waszej propozycji, twierdząc, że doprowadzi ona do zmniejszenia zatrudnienia i zastoju gospodarczego. Co „Solidarność” ma im do powiedzenia?
P.D.: Oczywiście, że pracodawcy są przeciwni naszym propozycjom! Gdybyśmy słuchali tego, co mówią, płaca minimalna do dzisiaj nie przekroczyłaby progu 1000 zł brutto.
Oparliśmy się na badaniach dotyczących funkcjonowania płacy minimalnej w Polsce, wykonanych przez prof. Zofię Jacukowicz na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej. Pracodawcy, którzy wzięli udział w anonimowym badaniu, sami przyznawali, że z punktu widzenia kosztów utrzymania płaca minimalna jest za niska. Zgadzali się z tym nawet ci, którzy oceniali, że koszty pracy nie pozwalają im na podwyżki.
Uważam, że jeżeli pracodawca nie jest w stanie zapłacić solidnie pracującemu pracownikowi wynagrodzenia w wysokości płacy minimalnej, albo trochę większego, to nie powinien się w ogóle zabierać za działalność gospodarczą. Jak już mówiłem, podwyższenie płacy minimalnej jest konieczne z uwagi na trudną sytuację finansową pracowników o najniższych dochodach. 1386 zł to nie jest godna zapłata, nie oszukujmy się.
Pracodawcy straszą bezrobociem. Jednak wyniki badań prof. Jacukowicz nie potwierdzają istnienia alternatywy: niskie płace albo bezrobocie. Nie stwierdzono zależności pomiędzy wysokością minimalnego wynagrodzenia ani wysokością płacy przeciętnej a sytuacją na rynku pracy.
Nie martwią nas też skutki finansowe dla budżetu państwa. Podniesienie płacy minimalnej tylko o 10 zł zapewni budżetowi państwa, dzięki odprowadzanym podatkom i składkom, 14,39 mln zł dodatkowych wpływów. Pamiętajmy jednak, że faktyczne wpływy budżetowe będą wyższe, ponieważ obliczenia te oparto tylko na liczbie osób zatrudnionych w podmiotach zatrudniających powyżej 9 osób. Poza tym, przy wzroście minimalnego wynagrodzenia obejmować będzie ono większy procent zatrudnionych. Wzrosną też wpływy budżetowe z podatku VAT.
Ile podpisów udało się już zebrać i do kiedy można je nadsyłać? Jak można się włączyć w zbiórkę podpisów?
P.D.: Mimo że akcja zbierania podpisów trwa dopiero od kilku tygodni, projekt poparło już kilkadziesiąt tysięcy osób. Podpisy zbierane są w Zarządach Regionów NSZZ „Solidarność”, komisjach zakładowych i innych strukturach związku. W wielu miastach ustawiane są stoliki, gdzie również można składać podpisy. Można też wejść na stronę www.placaminimalna.pl i pobrać druk poparcia. Po zebraniu choćby kilku podpisów, trzeba go odesłać do zarządu regionu albo Komisji Krajowej. Na stronie podane są adresy wszystkich zarządów regionów.
A tak na marginesie – słyszałem, że w Państwa redakcji też można złożyć podpis pod projektem ustawy. Bardzo mnie to cieszy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 3 czerwca 2011 r.
Od redakcji „Nowego Obywatela”: Petycję popierającą omawiany powyżej projekt ustawy można podpisać m.in. w siedzibie wydawcy naszego pisma: Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom, Łódź, ul. Więckowskiego 33/126, od poniedziałku do piątku w godzinach 9-16.
przez Konrad Malec | wtorek 31 maja 2011 | nasze rozmowy
Minister Edukacji Narodowej, Katarzyna Hall, przedstawiła propozycje legislacyjne, będące według związkowców furtką do cichej prywatyzacji oświaty. O propozycjach minister i sprzeciwie nauczycieli rozmawiamy z Magdaleną Kaszulanis, rzeczniczką prasową Związku Nauczycielstwa Polskiego.
***
Dlaczego ZNP przyznało czerwoną kartkę Minister Edukacji Narodowej?
Magdalena Kaszulanis: Pani minister otrzymała czerwoną kartkę od nauczycieli i nauczycielek za propozycję nowelizacji Ustawy o systemie oświaty. Daje ona możliwość przekazywania szkół samorządowych fundacjom, stowarzyszeniom i związkom wyznaniowym. Zdaniem ZNP, taki zapis grozi bardzo poważnymi konsekwencjami – demontażem edukacji publicznej oraz prywatyzacją odpowiedzialności za edukację. Przyjęcie tych propozycji przeniesie odpowiedzialność za edukację dzieci na rodziców i organizacje pozarządowe, które miałyby prowadzić szkoły.
Może to dobrze, że rodzicie przejęliby odpowiedzialność za edukację swoich dzieci i mieli większy wpływ na funkcjonowanie szkół?
M. K.: Już dzisiaj, w ramach rad rodziców, mają oni bardzo duże kompetencje i możliwości wpływu na funkcjonowanie placówek szkolnych. Problemem w tym, że niezbyt duża grupa rodziców korzysta z tych rozwiązań. Pytanie powinno więc raczej brzmieć: jak zachęcić rodziców do większego zaangażowania się w życie szkoły? Jak spowodować, by ze szkołą kontaktowali się częściej niż tylko przy okazji wywiadówek? Skoro rodzice nie korzystają z obecnych możliwości, to złym rozwiązaniem jest przekazywanie im tak odpowiedzialnego zadania, jak prowadzenie szkoły, z wszystkimi konsekwencjami aministracyjno-organizacyjnymi. Dlatego szkoły powinny nadal być prowadzone przez jednostki samorządu terytorialnego.
Dobrym przykładem nietrafności pomysłów pani minister jest gmina Lelów w woj. śląskim. Wójt chce oddać lokalnemu stowarzyszeniu wszystkie szkoły. Tyle że nie ma na to chętnych. Dlatego propozycja MEN, dotycząca zlecania realizacji zadań oświatowych innym podmiotom niż samorząd, jest odpowiedzią nie na potrzeby rodziców, lecz na głosy samorządów narzekających na koszty związane z utrzymywaniem szkół i wynagrodzeniami nauczycieli.
Co zmiany zaproponowane przez Katarzynę Hall oznaczają dla szkolnictwa, edukacji i równości w dostępie do niej?
M. K.: Szkoła prowadzona przez stowarzyszenie, fundację czy związek wyznaniowy, może rządzić się swoimi prawami i nie troszczyć o wyrównywanie szans edukacyjnych, jak ma to miejsce dziś. Egalitaryzm obecnego systemu edukacji pokazują wyniki międzynarodowego badania PISA. W kolejnych edycjach nasi uczniowie wypadają coraz lepiej: najwięcej mamy dobrych uczniów. Oznacza to, iż nie ma dużej grupy uczniów bardzo dobrych i bardzo złych, co wskazuje na względne wyrównanie poziomu nauczania.
Wygląda to zatem na pozbywanie się odpowiedzialności przez państwo – zarówno merytorycznej, jak i finansowej.
M. K.: Tak, państwo pozbywa się odpowiedzialności za prowadzenie szkół i kształcenie. To podstawowy obowiązek państwa, realizowany przez samorządy. Subwencja oświatowa po reformach minister Hall będzie trafiać nie do samorządu, ale do organizacji pozarządowych. Mówimy przy tym o ogromnych pieniądzach – chodzi o prawie 40 mld złotych.
Czy organizacje będą mogły potem „odsprzedać” szkołę np. firmie prywatnej?
M.K.: Takiej możliwości nie przewidziano w projekcie ustawy, więc trudno dziś wyrokować, w którą stronę to może się potoczyć w przyszłości. Możemy się jednak spodziewać, że jeśli te organizacje uznają, iż prowadzenie szkoły jest dla nich niekorzystne, np. wiąże się ze zbyt dużymi kosztami, to będą próbowały w jakiś sposób zrezygnować z tego zadania.
Zmiany zaproponowane przez minister edukacji dotkną także nauczycieli. Prawdopodobnie będzie to oznaczało likwidację Karty Nauczyciela.
M.K.: Zdecydowanie jest to sposób na realizację marzenia pani minister o likwidacji Karty Nauczyciela, a przynajmniej tej jej części, która gwarantuje prawa pracownicze. Nie znam żadnej szkoły prowadzonej przez instytucję inną niż samorząd, która zatrudniałaby w oparciu o Kartę Nauczyciela. W szkołach prywatnych i stowarzyszeniowych Karta po prostu nie obowiązuje, a warunki pracy i płacy pedagogów są często o wiele gorsze niż w placówkach samorządowych. Najlepiej obrazuje to przypadek jednej ze śląskich gmin, gdzie stowarzyszenie prowadzące szkoły zatrudnia nauczycieli od września do czerwca, a w wakacje belfrowie rejestrują się w urzędzie pracy jako bezrobotni.
Spotkałem kilka przypadków, gdzie przejęcie szkoły przez rodziców uratowało placówkę przed zamknięciem.
M.K.: Dziś można przejąć małą placówkę, do 70 uczniów. Jeżeli szkoła jest mała, samorząd nie radzi sobie z jej utrzymaniem, a społeczność lokalna ma wolę przejęcia placówki, to takie rozwiązanie ma sens. Ale to może dotyczyć tylko małych szkół.
Czy ZNP widzi konieczność przeprowadzenia zmian w systemie edukacji?
M.K.: Chcemy rozmawiać o awansie zawodowym. Obecny system powoli przestaje działać, ponieważ coraz więcej nauczycieli cieszy się najwyższym stopniem awansu zawodowego. Chcemy pracować nad zmianą struktury wynagrodzenia, nad zwiększeniem udziału płacy zasadniczej w ogólnym wynagrodzeniu i ujednoliceniem dodatków. Dziś – czysto hipotetycznie – może ich być kilkanaście, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Równie ważne są dla nas rozmowy o sposobie finansowania edukacji, ponieważ dzisiaj, upraszczając, subwencja oświatowa jest przeliczana na liczbę uczniów. Taki model może być problemem w dobie niżu demograficznego – według prognoz GUS, za 10-15 lat liczba uczniów może zmniejszyć się nawet o 1/3. Jeżeli pozostaniemy przy obecnym systemie finansowania, nakłady na prowadzenie szkół zmaleją. Mniej pieniędzy oznacza mniej szkół. Dlatego, naszym zdaniem, już dzisiaj powinno się rozmawiać o tym problemie i szukać rozwiązania.
Czy obywatele mogą jakoś wesprzeć nauczycieli w ich protestach?
M.K.: Już dziś często tak się dzieje, np. w Łodzi, gdzie mieszkańcy – rodzice, uczniowie – wraz ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego intensywnie protestują przeciwko decyzji władz miasta o likwidacji kilkunastu dużych, dobrze funkcjonujących szkół. Połączenie sił wszystkich zainteresowanych istnieniem szkół przynosi efekty.
Podobna sytuacja miała miejsce w Bytomiu, gdzie miasto zamierzało zlikwidować „ekonomik”, dużą, świetnie wyposażoną i odnowioną szkołę, która nie ma problemów z naborem kolejnych roczników uczniów. Podobnie jak w Łodzi, próba likwidacji szkoły zjednoczyła nauczycieli, uczniów i rodziców. Uczniowie zrobili wielką akcję promocyjną, przygotowali bannery, rozwieszali plakaty po całym mieście i organizowali spotkania z młodszymi koleżankami i kolegami, na których opowiadali, jak fantastyczna jest ich szkoła i dlaczego warto wybrać właśnie ją. Jak widać, niektóre decyzje samorządowców uruchamiają obywatelskie postawy wśród uczniów.
Co dalej z „czerwoną kartką”?
M.K.: Na razie premier Donald Tusk na spotkaniu z Prezydium ZG ZNP zapewnił, że rząd nie będzie w pośpiechu wprowadzał nowych przepisów. Przynajmniej w tej kadencji. Będziemy nadal informowali o planach rządu, ale już nie tak intensywnie, jak w czasie ostatnich miesięcy. Ufamy, że słowo premiera ma swoją moc, a co za tym idzie, że rząd nie będzie starał się za wszelką cenę wprowadzać tej ustawy bez konsultacji ze środowiskiem oświatowym.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 26 maja 2011 r.
przez Konrad Malec | wtorek 10 maja 2011 | nasze rozmowy
O walce pracowników o przejęcie Zakładów Azotowych w Puławach rozmawiamy z Rafałem Nowakiem, prezesem spółki pracowniczej, powołanej w tym celu.
Skąd pomysł na wykupienie Zakładów Azotowych przez pracowników?
Rafał Nowak: Pierwszy raz pomyśleliśmy o tym po otrzymaniu do konsultacji rządowego projektu wspierania prywatyzacji obywatelskiej, pod koniec lata 2009 r. Paradoksalnie, pomógł nam kryzys gospodarczy – nie byłoby nas stać na wykup akcji, ale pakiet kontrolny Skarbu Państwa stracił na wartości i z poziomu 1,5 mld zł spadł do 600 mln. Prace nabrały tempa w momencie, gdy dotarły do nas informacje, że ministerstwo szykuje się do ogłoszenia przetargu na akcje. 2 kwietnia 2010 r. powstało międzyzwiązkowe porozumienie na rzecz prywatyzacji obywatelskiej, które od razu szukało wsparcia w społeczności lokalnej i uzyskało uchwały wspierające m.in. od rady miejskiej w Puławach, starostwa powiatowego oraz rady powiatu puławskiego. Te podmioty opowiedziały się przeciwko prywatyzacji oraz zadeklarowały, że jeśli jednak do niej dojdzie, to wspomogą akcjonariat obywatelski.
Jak doszło do założenia spółki pracowniczej?
R. N.: W maju 2010 r. ministerstwo skarbu ogłosiło przetarg na akcje, pomimo naszych protestów i próśb o możliwość przedstawienia własnego pomysłu prywatyzacji pracowniczej. Efekt przyniosło wsparcie lokalnych posłów, dzięki któremu 1 lipca ub. r. odwiedził nas wiceminister skarbu Adam Laszkiewicz, który po spotkaniu z pracownikami, rozmawiał z samorządowcami. Następnego dnia pracownicy z samorządowcami i tutejszymi parlamentarzystami złożyli wizytę wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi. Na koniec skonstatował z zadowoleniem, że tak duży zakład może być pilotażowy w dziedzinie prywatyzacji pracowniczej. Można powiedzieć, że ojcami całego pomysłu byli związkowcy, natomiast akuszerem wiceminister skarbu, który 1 lipca na spotkaniu z nami powiedział, że jeśli chcemy, to nikt nam nie broni zawiązać spółkę i złożyć ofertę.
14 lipca 2010 r. aktem notarialnym zawiązaliśmy spółkę pracowniczą, utworzoną przez 29 akcjonariuszy. Zarząd i rada nadzorcza powstały po konsultacjach społecznych, w uzgodnieniu z organizacjami związkowymi. 22 lipca złożyliśmy wstępną ofertę na zakup pakietu akcji, prowadząc jednocześnie rozmowy w celu pozyskania finansowania zewnętrznego. Udało nam się namówić do współpracy konsorcjum doradcze na zasadzie success fee, czyli jeśli kupilibyśmy akcje, wówczas zapłacimy im premię. W skład konsorcjum wchodzili prawnicy i ekonomiści z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, którzy pomogli nam stworzyć biznesplan i skonstruować wiążącą ofertę. Kłopotem było badanie spółki – żądano od nas zabezpieczenia w wysokości 20 milionów złotych. Zrezygnowaliśmy z badania ze względu koszty, wychodząc z założenia przyjętego przez ministerstwo skarbu, że spółka założona przez pracowników doskonale wie, jaka jest sytuacja firmy i nie musimy jej dodatkowo badać.
Do końca 2010 r. spółka liczyła 619 wspólników i posiadała kapitał 117 tysięcy 800 złotych. Uważamy, że w niesprzyjających warunkach zgromadzenie takiej kwoty stanowi duży sukces. Największą barierą jest prawo, nie sprzyjające akcjonariatowi pracowniczemu. Program rządowy zakładał m.in. szybkie tempo uzupełnienia aktów prawnych, które zdefiniują spółkę aktywności obywatelskiej i pozwolą jednostkom samorządu terytorialnego uczestniczyć w takich przedsięwzięciach. Niestety do dziś nie doczekaliśmy się takich rozwiązań, a ich brak stanowi barierę przy organizowaniu finansowym całego przedsięwzięcia. Ponadto spółka pracownicza, działająca na podstawie ustawy o komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, stoi trochę w sprzeczności z ustawą o obrocie papierów wartościowych. Dawało to pretekst do drobnego szykanowania i utrudniania życia spółce pracowniczej. W tych warunkach uważam zebranie ponad 600 osób do wspólnego i niepewnego przedsięwzięcia ekonomicznego za duży przejaw samoświadomości załogi, a mamy już zgłoszenia kolejnej setki, która chce się włączyć w ten proces.
Wspominał Pan, że rzucano wam kłody pod nogi. Czy mógłby Pan o tym opowiedzieć?
R.N.: Na spotkaniu 1 lipca, minister Leszkiewicz zobowiązał publicznie radę nadzorczą Zakładów Azotowych Puławy, aby była patronem i wspierała politykę informacyjną, pomogła załodze wyjaśnić, czym jest rynek kapitałowy i co niesie za sobą prywatyzacja pracownicza. Do momentu złożenia oferty wstępnej mieliśmy nieograniczony dostęp do publikatorów zakładowych, gdzie mogliśmy prezentować nasze plany i zamiast pracodawcy prowadziliśmy kampanię informacyjną, wyjaśniającą mechanizmy rynku oraz to, dlaczego wybraliśmy formę spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
W międzyczasie weszła w życie procedura, która zakazywała kontaktów oferenta z pracownikami i zarządem spółki Zakłady Azotowe Puławy. To było kuriozum. Spółka pracownicza, czyli po prostu pracownicy, nie mogli rozmawiać ze swoimi kolegami o ofercie spółki pracowniczej, bo złamalibyśmy procedurę prywatyzacyjną. Doszło do tego, że mając 100 metrów z biura siedziby spółki do siedziby zarządu, wszelkie pisma musiałem wysyłać przez Warszawę.
W tym samym czasie zabrano nam dostęp do zakładowego radiowęzła i tablic informacyjnych.
Wielu „ekspertów” mówi, że prywatyzacja pracownicza nie była przewidziana dla tak dużych przedsiębiorstw.
R.N.: Jakie znaczenie ma skala firmy? Liczy się sam mechanizm. Dość celnie wyraził to dr Gwiazdowski, który powiedział: jeżeli za firmą stoją banki, które gwarantują jej kredyty, to dlaczego tę firmę traktować inaczej niż inny podmiot gospodarczy? My prosiliśmy tylko o to, żeby nie traktować nas inaczej. Nieprawdą było, że wartość naszej oferty była znacznie niższa od ceny rynkowej. W dniu złożenia oferty, czyli 30 listopada, ta oferta była znacznie powyżej ceny giełdowej.
Doszliśmy do wniosku, że skoro mamy płacić potężne pieniądze bankom, to dlaczego nie zapłacić ministrowi Skarbu Państwa. Zaproponowaliśmy, że kupimy Zakłady Azotowe na raty za naszą premię, a za zarządzanie uzyskamy pakiet kontrolny akcji po 10 latach. Przy niektórych „dzikich” prywatyzacjach byle „biznesmen” wziął kredyt i za wartość wyprodukowanego towaru i zapasów po dwóch miesiącach od przejęcia firmy był w stanie spłacić ten kredyt. Natomiast my Skarbowi Państwa będziemy płacić raty z premią za ryzyko. Dlaczego pracownicy nie mogą, za premię za zarządzanie, po iluś latach przejąć Zakładów Azotowych?
„Eksperci” wielokrotnie „flekowali” nas, że Zakłady Azotowe nie będą miały gwarancji rozwoju i pieniędzy na inwestycje. Moglibyśmy trochę zmienić przepisy statutu, aby lekko uprzywilejować akcje większościowego udziałowca. Wówczas de facto pakietem kontrolnym jest 30%, co udowadnia rola Skarbu Państwa np. w Orlenie. To pozwoliłoby nam sprzedać 40% obecnych akcji, a to daje 500-600 mln na inwestycje. Biorąc pod uwagę, że spółka pracownicza maksymalizowałaby dywidendę w celu uzyskania pieniędzy na spłatę raty ministrowi skarbu, to inni inwestorzy mogliby wiele zyskać, a tym samym akcje byłyby bardzo pożądane, a więc łatwe do sprzedania. Podobnego zdania są niezależni eksperci. Podobną kwotę moglibyśmy uzyskać z kredytów. Inwestycje w przemyśle chemicznym są bardzo kosztowne, ale za miliard złotych można wiele zbudować i powiększyć trwały majątek firmy.
W naszej ofercie był przygotowany duży program inwestycyjny. Znowu się kłania to, że pracownicy doskonale wiedzą, czego fabryka potrzebuje. Niestety ministrowi skarbu zabrakło odwagi, aby przynajmniej zacząć z nami negocjacje, które przecież mógł w każdej chwili zerwać. W ich trakcie moglibyśmy uaktualnić naszą ofertę cenową, jeśli minister byłby niezadowolony, albo dostać lepsze gwarancje bankowe. To wszystko jest systemem naczyń połączonych: gdybyśmy byli bardziej zaawansowani w negocjacjach ze Skarbem Państwa, to mielibyśmy umowę kredytową z bankami, które zapewniałyby przynajmniej 2-3 transze, czyli 30% całego zobowiązania.
Widząc, że nasze koncepcje nie zadowalają ministra, zaproponowaliśmy udział rejestrowy, czyli my zarządzamy akcjami, ale formalnym właścicielem pozostaje Skarb Państwa – co roku uwalnia on pewną pulę akcji, którą my spłacamy. W przypadku, gdyby coś nam się nie udawało, minister miałby prawo przejąć akcje z powrotem i ponownie je sprzedać. Nie było ryzyka, że „załatwimy” firmę. Przecież to my w pierwszej kolejności nie chcemy, żeby zakład zbankrutował – chcemy chronić i rozwijać nasze miejsca pracy.
Wydaje się, że ministrowi skarbu, jako reprezentantowi społeczeństwa, powinno zależeć właśnie na sprzedaży firmy pracownikom.
R.N.: Myślę, że to efekt doktrynerstwa. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Związkowiec zdejmuje kufajkę i chce kupić giganta”. To doskonale obrazuje myślenie: jak to, pracownicy, związkowcy w gumofilcach i kufajkach, chcą kupić taką wielką firmę? Cały czas wskazywaliśmy, że w skład naszej spółki pracowniczej wchodzą osoby, które mają doświadczenie w zarządzaniu tym konkretnym zakładem. Jeden z kolegów był przez dwie kadencje członkiem rady nadzorczej z ramienia załogi, inny przez dwie kolejne kadencje był członkiem zarządu. Kolejny kolega pracował najpierw jako specjalista ds. inwestycji, później pełnił obowiązki dyrektorskie, a w międzyczasie był w radzie nadzorczej spółki-córki, czyli zna ład korporacyjny, ma o nim doskonałe pojęcie. Przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest pracownik odpowiadający za politykę społeczną. Koleżanka jest prawniczką, ja jestem ekonomistą, pracuję w pionie energetycznym, jestem starszym specjalistą od taryf i koncesji. Wiceprzewodniczący rady nadzorczej spółki pracowniczej jest stałym członkiem komisji trójstronnej, w zespole do spraw sektora chemicznego. Mamy szeroką wiedzę o tym, co się dzieje w firmie i w branży. Po prostu zabrakło woli politycznej, żeby zaryzykować taki projekt.
Pracownicy wykazali ogromną determinację.
R.N.: Za tą determinacją stoi przykra lekcja – prywatyzacja puławskich zakładów produkcji żelatyny, jednej z najnowocześniejszych tego typu fabryk w Europie. W tej chwili na jej miejscu stoi hipermarket, a drugi jest w budowie. „Inwestor” Grabek zaorał sprawną fabrykę! Dlatego w naszym przypadku tak szybko zareagowały samorządy i stąd olbrzymie poparcie tutejszej społeczności. Zakłady Azotowe są jednym z dwóch pracodawców o tej skali w województwie lubelskim. Patrząc, co się działo z prywatyzacją zakładów w Świdniku, gdzie przyszedł kryzys i były zwolnienia grupowe, padł na nas blady strach. Dane ministerstwa skarbu mówią, że po pełnej prywatyzacji, przeciętnie w ciągu 2-3 lat zwalniane jest 30% załogi. W naszym przypadku to 900-1000 osób.
Gdy ktoś mówi, że to demagogia i straszenie, to daję prosty przykład: przychodzi koncern, który ma własne służby księgowe, inwestycyjne, rozwojowe, badawcze – po co on będzie tu utrzymywał etaty? Będzie dbał o miejsca pracy w macierzystej spółce. Przy sprawnej racjonalizacji można zlikwidować nawet pion handlowy, a tutaj może zostać tylko zakład produkcyjny. Służby remontowe mogą być „lotne”, zwłaszcza jeśli koncern ma inne fabryki produkcyjne w Polsce. Można to tak zaplanować, żeby te ekipy jeździły po Polsce. I w ten sposób bardzo łatwo może dojść do zwolnienia 1000 pracowników.
Jakie związki zawodowe przystąpiły do porozumienia?
R. N.: Wszystkie 6 działających organizacji związkowych w Zakładach Azotowych, tj.: Związek Zawodowy Pracowników Ruchu Ciągłego, Związek Zawodowy Kadra Azoty, którego jestem przedstawicielem i Związek Zawodowy Inżynierów i Techników (te 3 organizacje są zrzeszone w Forum Związków Zawodowych), NSZZ „Solidarność”, Związek Zawodowy Pracowników Zakładów Azotowych Puławy (OPZZ) oraz Społeczny Związek Zawodowy (nie zrzeszony w żadnej federacji).
Na koniec proszę przybliżyć obecną sytuację. Czy pracownicy mają jeszcze szansę na wykup zakładu i co stanie się z Azotami?
R. N.: Obecnie czekamy na decyzję właściciela, czyli MSP. W III kwartale tego roku ma się rozpocząć kolejne podejście do prywatyzacji zakładów WSCh. Biorąc pod uwagę obecną cenę za 1 akcję na GPW, nie należy się spodziewać sukcesów… Obecnie zagrożeniem są unijne regulacje dotyczące redukcji emisji CO2, mogące „położyć” całą branżę, a jeśli się sprawdzą rewelacje prasy o cenie gazu po 500 dolarów za 1000 m3, spowoduje to olbrzymie kłopoty poprzez wzrostów kosztów produkcji. Ledwo wyszliśmy z kryzysu, a szykują się następne problemy. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby przeprowadzenie dalszej konsolidacji branży i powrócenie do tematu za 2-3 lata. Pracownicy, realnie rzecz biorąc, mają szansę na współudział w procesie. Możemy być zarządzającymi i do ewentualnego konsorcjum jako jedyni wnieść know-how, bo nikt rozsądny nie wyłoży takiej gotówki przy istniejącym ryzyku. Czeka nas na pewno pracowite lato i jesień. Broni nie składamy, ale nikt nie mówił że będzie łatwo i przyjemnie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 9 maja 2011 r.