przez Michał Rydlewski | niedziela 15 czerwca 2025 | opinie
Etnologowie twierdzą, że opis oraz interpretacja są kluczem do poznania kultury, tj. uczynienia możliwym do zrozumienia sensów praktyk, które podejmują badane wspólnoty. Ich zdaniem każdy taki opis oraz interpretacja są w nieunikniony sposób także opisem samego opisującego, gdyż zazwyczaj nieświadomie, tj. milcząco dla własnej świadomości poznawczej, opisujący narzucają swoje przesądy, imputują coś opisywanym, co wcale nie musi się okazać prawdą z punktu widzenia czy doświadczenia tych ostatnich. Z tego powodu mówią o konieczności podjęcia próby podzielenia tego doświadczenia poprzez badania terenowe, zbliżenie się do świata życia tych ludzi tak bardzo jak się da, aby zobaczyć świat z ich punktu widzenia.
Jedną z praktyk kulturowych, którą polscy etnografowie opisywali z dużym zacięciem, była praktyka religijna polskiego ludu znana pod nazwą religijności ludowej czy religijności typu ludowego. Każdy, kto studiował etnologię czy socjologię, stykał się z klasykami polskiej myśli etnologicznej opisującymi wierzenia polskiego ludu. Szczególną rolę odegrały ustalenia skądinąd wybitnych polskich socjologów: Floriana Znanieckiego oraz Stefana Czarnowskiego. Sumując ustalenia tych i innych badaczy można podać najistotniejsze cechy religijności ludowej.
Pierwsza z nich to sensualizm, czyli wrażliwość na zmysłowy kontakt z obiektem kultury, który jest nie tyle symbolem świętości, ile świętość się w nim zawiera (to naleciałość myślenia magicznego). Druga to socjomorfizm, czyli przenoszenie na święte postaci wyobrażeń i ról społecznych znanych z rzeczywistości wioskowej. Trzecia to rytualizm wyrażający się w skrupulatnym przestrzeganiu sekwencji działań (ujawnia się tutaj tradycjonalizm), które jednak były, zdaniem badaczy, duchowo powierzchowne ze względu m.in. na słabą znajomość doktryny. Czwarta to uczuciowość, a nawet swoisty sentymentalizm i gorliwość we wspólnotowym i ostentacyjnym przeżywaniu rytuału. Piąta cecha to wspólnotowość, albowiem religijność ludowa wyraża się we wspólnocie – czy to narodowej („nacjonalizm wyznaniowy”) czy lokalnej (np. parafialnej, wioskowej) – a indywidualne przeżycie jest czymś wtórnym.
Nie trzeba nawet sięgać do profesjonalnej literatury etnologicznej, aby wyobrazić sobie oraz zrozumieć obraz świata kształtowany przez ten typ religijności. Wystarczy przeczytać „Konopielkę” Edwarda Redlińskiego lub obejrzeć znakomity film na jej podstawie.
Choć etnologiczne opisy trafnie rozpoznawały cechy dystynktywne tego typu religijności, pomijały coś niezwykle istotnego, wręcz fundamentalnego, co wybrzmiało w słowach Ludwika Stommy: „Do samego kościoła zagląda większość etnografów tylko po to, aby zauważyć, że na św. Szczepana (26 XII) sypią w niektórych okolicach ziarno z chóru. Reszta wydaje się redundantna nieistotna dla chłopskiej egzystencji. Jakby rzeczywiście nie chcieli etnografowie przyjąć do wiadomości dosyć oczywistego faktu, że «ten prosty naród wierzy» i że ma to istotne konsekwencje dla jego kultury”.
Do tego „oczywistego faktu” etnografowie, będący prawie zawsze inteligentami posługującymi się pozytywistyczno-scjentystyczną aparaturą pojęciową, docierali z trudem, o ile w ogóle byli nim zainteresowani.
Przyjmowali oni wobec religijności ludowej postawę mniej lub bardziej krytyczną, niekiedy wręcz ją piętnując lub wyśmiewając jako zabobon, wskazując na odejście od doktryny, jej synkretyzm z ludowymi kategoriami kulturowymi i pogańskimi naleciałościami. W efekcie uzyskaliśmy obraz religijności ludowej jako fasadowej, w ostateczności karykaturalnej i nieprawdziwej, gdyż nie przeżywanej z odpowiednią głębią. Zamiast przeżycia mamy do czynienia raczej z pustym gestem rytualnym spajającym lud w sensie wspólnotowo-społecznym niż dający jakoby jednostce kontaktu z transcendentnym Bogiem.
Czy interpretacja ta jest trafna? Czy ludowa wiara faktycznie jest tak powierzchowna i pozbawiona przeżycia wewnętrznego? Czy nie pobrzmiewa w etnograficznym opisie pycha inteligenckiej wyższości nad nie dość wykształconym ludem?
Bardzo trafnej krytyki etnograficznych opisów religijności ludowej dokonała Izabela Bukraba-Rylska w artykule „Religijność ludowa i jej niemuzykalni krytycy”. Mówiąc najkrócej, zdaniem tej socjolożki wsi opozycja powierzchowność – głębia, jest poznawczo wątpliwa. Słusznie bowiem pyta: dlaczego na przykład wrażliwość na zmysłowy konkret miałaby być czymś gorszym niż zdolność do symbolicznego traktowania tajemnicy wiary? Dlaczego silna emocjonalność, właściwa dla przeżywania katolickich obrzędów, zasługiwać musi na krytykę, jeśli czas misterium jest momentem rzeczywistego uobecnienia, a nie jedynie przypomnienia zbawczej obecności Boga? Z jakiego powodu zakładać, że intelektualizm i osobiste doświadczenie sacrum są czymś lepszym niż wspólnotowe, mocno przeniknięte uczuciem przeżywanie tajemnic wiary?
Bukraba-Rylska, w czym nie jest odosobniona, trafnie zwraca uwagę, że mamy do czynienia z obrazem jednostronnym, powierzchownym i będącym wynikiem dążenia do infantylizowania oraz deprecjonowania religijności ludowej – i że te wszystkie zabiegi wynikają ze światopoglądu samych badaczy.
Inaczej przedstawia się jakoby powierzchowna i rytualna wiara z perspektywy badaczy terenowych.
Na przykład Anna Niedźwiedź sprzeciwia się przekonaniu, że w religijności ludowej, traktowanej jako masowa, nie istnieje przeżycie wewnętrzne, duchowe. Wręcz przeciwnie, na podstawie rozmów z badanymi, słuchając tego, co mają oni do powiedzenia, stwierdza, że przedstawiciele tego typu religijności mają bardzo głębokie życie duchowe wynikającą właśnie z bezpośredniości powodującej intensywność przeżyć.
Mówić krótko, by przywołać tytuł pięknego tekstu Michała Łuczewskiego, Czarnowski zbłądził. Zbłądził, gdyż, jak wielu innych badaczy, był typowym polskim inteligentem, który, co widoczne jest także dzisiaj, nie rozumie ludu, gdyż nie jest z nim w relacji równości, lecz w relacji hierarchii. Zgodnie z ideałami Oświecenia ma cywilizować barbarzyński lud. Nie interesuje go, dlaczego lud jest taki, a nie inny, liczy się bowiem to, jaki być powinien – a powinien być tym, jak on go sobie wyobrazi. Trafnie zauważa Łuczewski, iż opisy wiary ludu przypominają raczej klasyczny dyskurs kolonialny niż bezstronną analizę. Odzwierciedlają przesądy samych badaczy, a nie badanych, tworząc karykaturę z ich przeżywanego świata. Łuczewski krok po kroku rozbraja utarte przekonania dotyczące religijności ludowej, pokazując jak od środka, z punktu widzenia badanych, są one przeżywane, oddając tym samym sprawiedliwość doświadczeniu konkretnego człowieka.
Przykładem jest jeden z bohaterów tekstu Łuczewskiego, Michał, o którym autor mówi, iż nie jest jedynie świadkiem „religijności ludowej”, lecz świadkiem Chrystusa. Dzięki obcowaniu z tym typem religijności sam badacz się nawraca, przyznając, iż procesem rozumienia w terenie, jakiego doświadcza badacz, jest konwersja religijna, która staje się w jego przypadku rzeczywistością, a nie metaforą.
To przykład tego, jak żywe doświadczenie wiary, jakoby nieobecne w tym modelu religijności, może przemienić podmiot zakorzeniony przecież w zdystansowanym oglądzie naukowym, któremu jednak umykałoby to, co najważniejsze. Co więcej, ten naukowy i jakoby bezstronny opis, chełpiący się swoją znajomością doktryny, może nie tylko fałszować obraz żywej wiary, ale wręcz ją unicestwiać.
Znakomicie zobrazował tę kwestię Roman Brandstaetter jako opis inteligenckiego grzechu w imię prawdy. W jednej z refleksji zawartej w „Kręgu Biblijnym” wspomina wieczorne lektury Pisma Świętego. Był wtedy dzieckiem odkrywającym dopiero piękno wiary, a jego przewodnikiem był dziadek, który uczył go obcowania ze Słowem. Czytaj powoli, nie połykaj liter, wejdź w siebie – radzi chłopcu. Po latach uzna on te wspólne chwile za najpiękniejsze momenty dzieciństwa, które znajdują swoje odzwierciedlenie w pierwszych wersach wspomnianej książki: „Nikt z nas nie posiada przepisu na dobre i właściwe przeżywanie Pisma Świętego ani nikt nie może nikomu takiej recepty przekazać. Każdy musi sam dla siebie zdobyć tę umiejętność, zwłaszcza, że jest ona zawsze równoznaczna z szukaniem tego, co pragniemy znaleźć w księdze, która udziela nam odpowiedzi na dręczące pytania. Ponieważ w zależności od naszych niepokojów i trosk stawiamy Świętej Księdze różne pytania, każdy z nas powinien ją na swój własny sposób czytać, przeżywać i wsłuchiwać się w udzielane przez nią nauki”.
Słowem, do tajemnicy Boga zawartej w Piśmie wiedzie wiele dróg, i nie jest On tylko tym, kogo trzeba czcić, lecz w którym trzeba mieszkać. W jednym z tekstów „Kręgu Biblijnego”, pt. „Wieczór pod lampą gazową”, Brandstaetter przywołuje namysł nad fragmentem z Drugiej Księgi Kronik, dotyczącej króla Manasesa, który zgrzeszył oddając cześć posągom pogańskich bóstw. Ale to nie jedyny jego grzech, gdyż znacznie poważniejszym było, poprzez swoje czyny, odebranie wiary innym, tj. swojemu ludowi. Są grzechy, mówi Dziadek, które ludzie popełniają w imię prawdy i ku chwale prawdy – i to one są najcięższe.
Jak to uzasadnia? Opowiada następującą przypowieść. W mieście Safed, w północnej Galilei, mieszkał pobożny Żyd imieniem Abraham. Pewnego dnia, gdy, jak codziennie, modlił się w synagodze, usłyszał kazanie jednego z bogobojnych i słynących z mądrości rabbiego, który na wspomnienie chwały Izraela, przypomniał dawny zwyczaj składania chlebów z Świątyni Pańskiej. Abraham słysząc lament rabbiego zapłakał nad smutnym losem swojego ludu i ślubował pobożnie składać raz w tygodniu dwa chleby. Wkładane po kryjomu do świętej arki bochenki znikały, co traktował on z radością jako dowód, iż Pan przychylnym okiem spojrzał na jego dary i spożył je ze smakiem. Wzruszony dziękował, że Bóg wysłuchuje jego gorących modlitw.
Pewnego dnia, składając swoje dary Panu, usłyszał za sobą głos stojącego za nim rabbiego, który zapytał go, co czyni i czy wie, co dzieje się z jego chlebami. Odpowiedział, zgodnie ze swoim przekonaniem, iż Pan okazuje mu łaskę spożywając jego ofiarę. Głupcze – pouczył go rabbi – przecież Bóg jest niewidzialny, nieskończony i nieograniczony ciałem, nie posiada żadnych cielesnych właściwości, tym bardziej ust, do których wkładałby twoje bochenki i trawiącego je żołądka. Jesteś prostakiem i nieukiem. Co więcej: dopuściłeś się grzechu. Twoje chleby zaś zjada nieuczciwy dozorca, którego przyłapałem na tym uczynku, chcąc dowiedzieć się, któż jest taki szalony, aby wkładać bochenki do arki.
Abraham zapłakał, zrozumiawszy, iż czcząc Pana wedle swojej najlepszej woli, zabluźnił przeciw Niemu swoim nieuctwem i głupotą. Rozgniewał Pana, który odwrócił oblicze od jego darów. Zgnębiony i rozczarowany opuścił świątynię i wrócił do domu.
W nocy do rabbiego przyszedł Bóg i powiedział: „Chciałeś wyprowadzić z błędu pobożnego człowieka, ale w swoim zacietrzewionym dążeniu do prawdy zapomniałeś o tym, że nie jest ważne, czy Ja, Pan Zastępów, spożywam te chleby, czy spożywa je nieuczciwy sługa boży. Albowiem ważne jest tylko, że Abraham, człowiek prostego serca, wierzył, iż Ja, Bóg, posiliłem się jego chlebem. A ty co zrobiłeś? Zabiłeś wiarę pobożnego człowieka! Kto zabija wiarę człowieka nawet w imię prawdy, winien jest śmierci, bo czyni tak, jakby zabił samego człowieka. Dlatego umrzesz, rabbi”.
Najczęściej ta prosta wiara jest postrzegana jako rzekomo nieskażona pogłębioną refleksją teologiczną, w związku z czym pozbawiona głębi intelektualnej, a zatem, prosty wniosek, nieprawdziwa. Wniosek to jednak nie tyle prosty, ile prostacki, gdyż polegający na wywyższeniu i zuniwersalizowaniu własnej postawy, jak gdyby tylko jedna droga biegła do Pana. Co więcej, w Ewangelii Św. Mateusza Chrystus mówi, że aby wejść do Królestwa Niebieskiego trzeba być jak dziecko, co oznacza między innymi, że tak jak ono trzeba stać się ufnym w nierefleksyjnym trybie (to wszak uczeni w piśmie mieli problemy z uwierzeniem).
Typowy polski inteligent, gardzący religią chrześcijańską, a szczególnie jej ludową wersją, uwielbia w internecie poinformować o podsłuchanych przez siebie strzępkach rozmów, najczęściej na cmentarzu we Wszystkich Świętych. W ogóle zrobiła się jakaś modą na podsłuchiwanie innych ludzi, by wyłowić jakieś sformułowanie i inteligencko zinterpretować językowy obraz świata. Szkoda że nie potrafi zobaczyć tej ulotnej chwili misterium nad grobami bliskich. Potrafi on jedynie wyśmiewać coś, czego nie pojmuje jego ograbiony z sacrum oraz ograniczony umysł uformowany przez nowoczesność, „religijną niemuzykalność”, indywidualizm i Rozum.
Jak trafnie zapytuje Magdalena Zowczak, autorka znakomitej „Biblii ludowej” opowiadającej o interpretacji wątków religijnych w kulturze ludowej: „Dlaczego etnolodzy tak otwarci na myślenie mityczne czy magiczne, kiedy dochodzi do opisu tzw. ludowej religijności, wciąż powtarzają pejoratywne zabarwione określenia, zapożyczone od socjologów z minionej epoki: utylitaryzm, socjomorfizm, rytualizm, sensualizm, które stanowią powtórzenie odwiecznych zarzutów kierowanych przeciw katolicyzmowi przez protestantów czy prawosławnych?”.
Dlaczego nie dostrzec w religijności ludowej pierwocin magicznego doświadczenia świata? Intymnego kontaktu z sacrum, rekompensującego, a być może nawet przewyższającego poznanie intelektualne? Te pytania wybrzmiewają jeszcze wyraźniej, jeśli uświadomić sobie, że spora część dzisiejszych polskich posthumanistów o proweniencji tzw. lewicowej z lubością oddaje się powrotowi do magii w postaci „nowego animizmu”, ożywiania dawnych mitycznych wyobrażeń. Czynią zatem to, co było udziałem prostego ludu, który czuł kontakt z sacrum, a którego nie czują już oni, gdyż nazbyt się odczarowali. Lud wydaje się infantylny wierząc w „Boże stópki” (ślady Jezusa odciśnięte w kamieniach), ale rzeka mająca swoją ludzką czy zwierzęcą osobowość jest do przyjęcia. Samych siebie jednak za te przekonania nie piętnują, lecz wywyższają, co zdradza ich ideologiczność oraz obecność struktury długiego trwania w postaci postkolonialnej mentalności rzutującej nawet na ich obraz współczesnej polskiej religijności oraz osób wierzących.
Bardzo mądrze pisał Dariusz Czaja, krakowski etnolog podróżujący po włoskim Południu, jak nietrafnym określeniem jest opisywanie miejskiej procesji religijnej poprzez pojęcie jakoby zwietrzałego z treści „folkloru religijnego”: „Zwykliśmy czasem pytać – z troską albo trwogą – czy w tego rodzaju obrzędach wspólnotowych jest jeszcze dzisiaj pełnia przeżycia, czy są to już tylko wydrążone formy przywołujące pamięć niegdysiejszej świetności. Czy dzisiejsza procesja to tylko martwy skansen marionetek poruszanych sznurkami tradycji, czy forma żywa? Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Monte Sant’ Angelo wątpliwości te okazują się całkiem puste w środku. I jeśli nawet nie do końca wiadomo, co jest istotną treścią tego przeżycia (kto jest tak mądry, by nam to metodycznie wyłożyć?), to niezbędność tego corocznego spektaklu jest tutaj faktem. Spróbujcie tym wszystkim ludziom powiedzieć, że w przyszłym roku procesja się nie odbędzie! Co było – ma trwać, mówi ten korowód, a siła, z jaką to zaświadcza, nie pozwala wątpić w prawdziwość tego przekonania. W tym pochodzie ze śpiewem i chorągwiami nie ma nic z dewocyjnej ostentacji, nic z ducha religijnego tryumfalizmu. Jest natomiast coś swojskiego, naturalnego i zwykłego. Jest spokojna pewność, że dawne gesty są po to, by je powtarzać. Że jest tak, jak ma być. I że będzie tak jak jest”.
Religijność ludowa nie jest zachętą do braku religijnego namysłu, nie jest cyklicznie powtarzaną pustą formą. Jest inną formą doświadczenia sacrum, tj. jako namacalnego konkretu, realnego przeżycia zamiast intelektualnej abstrakcji. Inną – nie oznacza gorszą, do czego przecież zawsze przekonują nas etnologowie.
Uczuciowa siła tego religijnego przeżycia z całą mocą objawia się w tzw. ludowej sztuce nieprofesjonalnej, tworzonej przez osoby przesiąknięte ludowym typem religijności. Heródek, jeden z bohaterów „Sztuki zwanej naiwną” Aleksandra Jackowskiego, tworzący z wielkiej religijnej potrzeby, ustawiał wyrzeźbione przez siebie anioły na łące i siadał między nimi, tworząc własną, namacalną realność Nieba. Wzruszają szaty Chrystusa, które malował własną krwią. Ujmuje Józef Lurka, który rzeźbiąc „Zaparcie Św. Piotra” ćwiczył wyraz jego twarzy – płakał, czując swoją i Piotra małość w obliczu samotnego i upokorzonego Jezusa. W rzeźbie przedstawiającej pożegnanie Jezusa przez Marię dał jej twarz własnej matki.
Z uczucia wydobywa się głos być możne znacznie głębszy niż pochodzący z umysłów teologów: religio oznacza więź z Bogiem, tu i teraz obecną oraz przeżywaną, konkretną i prawdziwą jak krzesło, na którym siedzę. Bóg nigdy nie był bliżej człowieka.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Michał Rydlewski | niedziela 25 maja 2025 | opinie
Film Dennisa O’ Rourke’a „Cannibal Tours” należy do klasyki filmu etnograficznego. Oglądał go każdy, kto zajmuje się antropologią wizualną. W rzeczywistości oznacza to jednak, że nie jest on szczególnie znany, tym bardziej że został nakręcony w 1988 roku. Wynika to m.in. z faktu zdystansowanego podejścia samych antropologów do zastąpienia pisma kamerą oraz z kłopotów z definicją filmu etnograficznego.
Niestety nie jest on także znany szerszej publiczności spoza dyscypliny antropologicznej. A szkoda, gdyż ten nieco ponad godzinny film krytycznie i bezkompromisowo ukazuje turystykę jako niszczycielską praktykę kultury zachodniej. W interpretacji australijskiego reżysera i niedoszłego antropologa jest ona elementem budowania zachodniej hegemonii kulturowej, kapitalistyczną przemocą i uzależnieniem innych kultur od własnych ekonomicznych i symbolicznych wyobrażeń oraz zgodnie w tym wyobrażeniem tych kultur tworzeniem, kontynuacją kolonializmu i wyzysku, choć ideologicznie transparentną.
O’ Rourke, który interpretuje praktykę turystyczną poprzez obrazy, rozpoczyna swój film czarnobiałymi zdjęciami niemieckich kolonizatorów. W ten sposób dobitnie uświadamia widzowi, czym w istocie jest ta, jakoby nie wyrządzająca nikomu krzywdy, praktyka. Miejscem jego zainteresowania jest część Nowej Gwinei, na podstawie której reżyser opisuje przyśpieszony proces modernizacji oraz dekolonizacji tamtejszego społeczeństwa. Szczególnie interesują go jednak odwiedzający to miejsce turyści, którzy przybywają tam po misjonarzach oraz kolonizatorach.
Wędrujący wzdłuż rzeki Sepik turyści, którzy, jak sami mówią, widzieli już prawie wszystko, zostali zwabieni nie tylko egzotycznym rajem, ale przede wszystkim opowieścią o kanibalach – stąd tytuł filmu, który można przetłumaczyć jako „Wyprawy do kanibali”. Dla etnologa, a polskiego widza w szczególności, słowa, które wypowiada względem czasów kolonialnych za panowania Wilhelma II jeden z niemieckich turystów: „To były dobre czasy”, brzmią tak, jak gdyby nic się nie zmieniło w mentalności tych ludzi, a przemianie uległy jedynie środki nadzoru i czerpania korzyści, w tym przyjemności.
Na zdjęciach białe stroje i mundury niemieckich kolonizatorów wyraźnie odznaczają się na tle przyrody oraz wyraźnie odróżniają ich od czarnej skóry mieszkańców tego rejonu świata. Przypominają oni Obcych, analogicznie jak wielki biały statek turystów, którym przybędą oni dekady później przypomina kosmiczny obiekt, którego rzeka Sepik jeszcze nie widziała. Ta obcość to nie tylko kontynuacja dyskursywna (od kolonizatorów po turystów), ale swoista klamra, która otwiera i zamyka film. Zresztą motto filmu dobitnie uświadamia, kto tak naprawdę jest Obcy: to ci, którzy przybywają, żeby zobaczyć obcą krainę, a nie ci, którzy w niej mieszkają. Faktycznie, żadna inna kultura nie wymyśliła takiej egzotycznej praktyki, dzisiaj już nieomal bez reszty służącej kapitałowi i zaspokajaniu chęci „autentycznych przeżyć” oraz klasowo uwarunkowanego prestiżu. Słowem: to My jesteśmy dziwni, a nie Oni.
Film O’ Rourke’a ma jednak znacznie mocniejszy wydźwięk, albowiem krytyka praktyki turystycznej jest tylko pretekstem do wystawienia bardzo negatywnej opinii kulturze zachodniej jako takiej. To kultura kanibali, którzy pożerają inne kultury, pożerają ich symbole i odzierają ze znaczenia artefakty i świętości, beztrosko przejmując i bawiąc się nimi we własnym interesie. Sprawia to, że ekonomicznie słabsi muszą podporządkowywać się silniejszemu i udawać tego, kim nie są, gdyż określonego ich widoku (określenie Johna Bergera) pożąda turysta, albowiem chce zobaczyć prawdziwych kanibali. Tożsamość tubylców staje się odgrywana na potrzeby turystów, którzy nie są zainteresowani ich prawdziwym życiem, ale chcą zobaczyć swoje wyobrażenie o kanibalach, choć ci już realnie nie istnieją. Tylko to wyobrażenie jest dla nich turystycznie pociągające, stąd świat pod ich kontrolą przemienia się w produkt, towar dostosowany do ich potrzeb, choć nawet sobie tego nie uświadamiają, gdyż nie są do tego poznawczo zdolni. W takim ujęciu tytuł filmu można przetłumaczyć jako „Wyprawy kanibali”.
Chodzi jednak nie tylko o wymiar kradzieży symbolicznej oraz degradacji tożsamościowej, ale także o wymiar ekonomiczny. W kilku scenach filmu widzimy bowiem, jak wprowadzone przez białego człowieka reguły wymiany są niesprawiedliwe, gdyż sprzyjają tylko turystom. Jeden z tubylców negatywnie ocenia praktykę targowania się przez turystów. „Kiedy ja idę do sklepu, to tam nie ma pierwszej ceny, drugiej ceny czy trzeciej ceny” – mówi. Zarabianie pieniędzy przez tubylców to także przymus zgody na sprowadzenie siebie do fotografowanego obiektu, upokorzenie poprzez uprzedmiotowienie. W jednej ze scen widzimy fotografowanego przez kilkoro turystów wyraźnie zakłopotanego mężczyznę. Jedna z kobiet wręcza mu monetę, dziękując za możliwość zrobienia zdjęcia. Wtedy reżyser ujawnia swoją obecność, pytając: „Trudno zarobić dolara?”. Tak – odpowiada. Trzeba zobaczyć tę scenę, aby poczuć, w jak wielkim stopniu mamy do czynienia ze spektaklem upokorzenia, w której relacja biznesowa jest korzystna tylko dla jednej ze stron.
Warto podkreślić, że robienie zdjęć przez turystów nie jest praktyką bezproblemową. Aparat, to nieodzowne narzędzie turysty, bez którego praktyka ta właściwie by nie istniała, którym „strzela” się zdjęcia tak, jak kiedyś strzelbą, pokazuje, jak bardzo obrazy, pożądane widoki mogą być przemocą: choć nie zabijają fizycznie, zabijają poczucie godności.
Tę godność krajowcom przywraca O’ Rourke, który, zgodnie z antropologicznym wymogiem zaangażowania, staje po ich stronie w tej nierównej ekonomicznie i symbolicznie walce. Już sam sposób obrazowania/kadrowania tubylców oraz turystów nie pozostawia w tym względzie wątpliwości.
Turyści są kadrowani prawie zawsze grupowo i w ruchu, co podkreśla ich plemienny charakter. Przedstawia ich jako intelektualnie oraz moralnie wątpliwych (co i rusz wygłaszają jakieś „mądrości”), gdyż są kulturowymi rasistami, uznającymi, iż w gruncie rzeczy niosą pomoc tubylcom, pomagają im, są zatem szlachetni. Co i rusz wygłaszają sądy, w których z poczuciem wyższości oceniają kulturę tubylców, zachowując się jak dziewiętnastowieczni badacze lub podróżnicy czy trawelebryci pokoju Wojciecha Cejrowskiego. Ocena przychodzi im z niebywałą łatwością, gdyż Oni są przecież prostsi, My zaś jesteśmy przedstawicielami kultury wyższej. Pokazuje to mentalną strukturę długiego trwania o charakterze kolonialnym, myślenie kalkami oświeceniowymi i modernistycznymi.
Ten kulturowy rasizm jest widoczny nie tylko w warstwie mentalnej, ale nawet fizyczno-cielesnej. W jednej ze scen włoska turystka mówi do partnera, że chce mieć zdjęcie z dziećmi, traktując je w zasadzie jak małpki w zoo, które sympatycznie wskoczą na ramię. Dzieci jednak nie wydają się dość słodkie, zresztą jak tubylcy w ogóle, którzy są nastawieni za swój zysk i wydają się aroganccy (wiadomo, powinni być mili), a kobieta nie chce zbyt bliskiej obecności dzieci stających obok niej. Odpowiednie zachowanie dystansu mówi znacznie więcej: ona nie chce z nimi zbyt bliskiego kontaktu. Małpki są fajne, ale jako egzotyczne ozdoby.
Przejmujący i jednocześnie irytujący jest fakt, że turyści zupełnie nie rozpoznają realnych efektów swojej praktyki. Nie są świadomi swojego kulturowego rasizmu. Nie pojmują nawet, że to, co widzą oraz fotografują, jest wyreżyserowane przez samych tubylców, którzy ze względu na finansowe korzyści wytwarzają artefakty, zamieniają się w kanibali, nie do końca rozumiejąc zachwyty turystów nad własną plemiennością, ich turystyczną potrzebę podróżowania i oglądania ich. Turyści w ogóle nie widzą, że to, co jest im dane, to sztuczny skansen, a nie rzeczywistość. Nie ma to dla nich jednak znaczenia, gdyż fotografia, jako martwy artefakt, i tak nie odróżni, czy człowiek w stroju kanibala naprawdę nim jest, czy jest tylko za niego przebrany. Fotografia jako turystyczna pamiątka postawiona na komodzie w Berlinie będzie pokazywała i zaświadczała o tym, czego pożąda turysta – wycieczkę do prawdziwych kanibali, kolejne egzotyczne i autentyczne miejsce poza cywilizacją, w którym byłem.
Z kolei tubylców O’ Rourke pokazuje w konwencji portretu. Historia portretu sięga czasów nowożytnych. Były one wykonywane tylko ważnym osobom. Tym samym O’ Rourke pokazuje, iż to oni mają coś ważnego i przede wszystkim sensownego do powiedzenia, to oni znacznie lepiej widzą, co się rzeczywiście dzieje z nimi samymi, z ich kulturą i czym dla nich jest modernizacyjny postęp. Jest wyzyskiem i niemożnością życia w taki sposób, w jaki się chce, jest koniecznością dostosowania do obcych i niezrozumiałych reguł.
O ile nowoczesno-kapitalistyczne reguły białego człowieka są dla tubylców sztuczne i nie chcą się do nich dostosować, „zgrać” z nimi, to tak naprawdę film O’ Rourka opowiada o plemieniu turystów, a szerzej – o tym, co się stało z Europejczykami. Reżyser jakoś szczególnie im nie współczuje z powodu zaistniałej, na ich przecież życzenie, sytuacji kulturowej.
Jaka to sytuacja?
To sytuacja wyalienowania nie tylko z natury, ale i z własnej kultury.
Pierwsze kadry filmu pokazują zbiornik wodny z delikatnymi falami. To natura. Po chwili słyszymy radiowe trzaski, jak gdyby ktoś chciał się „dostroić”, „złapać” fale, tutaj radiowe, lecz to się nie udaje. Fale technologii nie zapewniają kontaktu ani ze światem, ani z innymi ludźmi, szczególnie jeśli ci nadają na innych kanałach. To dobra metafora braku komunikacji pomiędzy turystami a tubylcami: jedni i drudzy nadają na odmiennych falach.
„Cannibal Tours” to zatem film o absolutnym braku możliwości i chęci komunikacji pomiędzy tubylcami a turystami. Ci drudzy chcą jedynie doświadczyć swojego wyobrażenia autentycznego kanibala, nie pojmując, iż jest to żywy skansen powstały w wyniku ich, turystów, kulturowego wyalienowania. Nie mogą się oni porozumieć z tubylcami, gdyż wtedy zabiłoby to ich wyobrażenie. Można wyciągnąć wniosek, iż żyją oni w świecie własnej iluzji, utracili kontakt z rzeczywistością, albowiem świat kanibali istnieje o tyle tylko, o ile istnieje ich wyobraźnia oraz przymus ekonomiczny powołujący ich do życia. Odmowa komunikacji to odmowa przyznania się do własnej kulturowej porażki.
Turyści, jako przedstawiciele egzotycznej i dziwacznej kultury, są z niej wyalienowani, gdyż ich praktyka polega na poszukiwaniu autentyczności. Nowoczesność odczarowała ich świat i uczyniła pozbawionym sensu. Poszukują wśród kanibali czegoś żywego, prawdziwego, sami bowiem są ze świata, który im to odebrał. Ich wędrowanie z kraju do kraju jest tylko sposobem ucieczki od samego siebie, sprawdzeniem, czy przypadkiem prawdziwiej i autentyczniej nie jest gdzie indziej. Gna ich po świecie tęsknota za czymś, co utracili, a fotografowanie ma w jakiś sposób zatrzymać czas, utrwalić coś, co i tak przeminie, przypomnieć po latach, jak ciekawe miało się życie. W tym sensie zarówno turyści, jak i tubylcy są w jakiś sposób nieszczęśliwi i skrzywdzeni, przy czym ci drudzy ponoszą niezawinione przez siebie konsekwencje działań kultury turystycznej.
Bardzo wymowne jest zakończenie filmu, a w zasadzie dwa jego zakończenia, i co warte podkreślenia, zakończenia niezwykle bogate symboliczne. To siła antropologicznej interpretacji w wykonaniu O’ Rourke’a zbliżającego go do sztuki filmowej jako takiej. Choć „Cannibal Tours” uznaje się za film etnograficzny, to reżyser skonstruował niezwykle bogaty znaczeniowo symbol, na który składają się sceny na statku, gdy turyści opuszczają zwiedzaną przez siebie wioskę.
Turyści, pomalowani przez mieszkańców w lokalne wzory, zaczynają swoją zabawę: pozują z groźnymi minami, napinają mięśnie. To pokaz ich siły i męskości, zachowują się jak wyruszający do walki wojownicy plemienni. Jednak wzory, które odmalowali na ich twarzach mieszkańcy wioski to nie wzory wojowników, lecz wzory, jakie malowano zmarłym. Ironia, ten przecież, jak nam się wydaje, europejski wynalazek, okazuje się gestem oporu tubylców, ale jednocześnie przenikliwą diagnozą kultury zachodniej: przynosicie tylko śmierć, jesteście tym, co zabiera życie. Potrafimy was opisać lepiej niż wy nas. Turyści jednak nie są świadomi tego, że stali się obiektem drwiny ze strony tych, których uważają za „prymitywniejszych”, więc świetnie się bawią, a ich wygłupy przeradzają się w błazenadę.
O’ Rourke poprzez zwolnienie tempa scen i odpowiedni montaż oraz dodanie muzyki klasycznej Mozarta, stwarza symboliczny obraz tańca śmierci. Mozart jest znakiem kultury wysokiej, znakiem wyższości białego człowieka nad plemiennym bębnem. Jednak ta kultura wcale nie jest wyższa, przekonuje O’ Rourke. Nie jest nią, gdyż jedyne co potrafi, to niszczyć inne kultury, także wtedy, gdy zniszczyła własną, rozplatając związek między znaczonym a znaczącym, kiedy znaki przestały cokolwiek znaczyć i można się nimi dowolnie wymieniać, gdyż do niczego już się nie odnoszą. Dom duchów zniszczono najpierw u siebie, potem zaś u tubylców. Jedyne, co zostaje, to głupkowata zabawa, pozór, iluzja, tania przyjemność, pseudonaukowe „mądrości” i niczym nieuzasadnione poczucie wyższości oraz utrata kontaktu z rzeczywistością. Bardzo Baudrillardowska diagnoza.
Kultura europejska, której wyrazem jest praktyka turystyczna jako jej znak rozpoznawczy, jest martwa, albowiem jest już bezpłodna. Z tego względu musi żywić się innymi kulturami, bo sama nie ma nic do zaoferowania. W ostatnich scenach filmu, już po partii napisów końcowych, widzimy mężczyznę i kobietę żartujących z nabytych przez siebie plemiennych penisów. Przedstawiciele wykastrowanej kultury muszą zabrać to, czego nie mają, a czego symbolem jest penis: sprawczości, siły, męskości, płodności. Europejczyk został wykastrowany, a przez to cech potrzebnych do życia musi szukać gdzie indziej, doprowadzając owe „gdzie indziej” do degradacji. W tym sensie przestaje się on żywić nawet innymi kulturami, on spożywa już resztki – stając się padlinożercą.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: mannette from Pixabay
przez Michał Rydlewski | środa 7 maja 2025 | opinie
18 maja odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Na rozstrzygnięcie wyborów, czyli tego, kto zostanie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, przyjdzie nam zapewne poczekać do drugiej tury, gdyż żaden z głównych kandydatów raczej nie zgromadzi takiej większości, czyli ponad pięćdziesięciu procent, aby wygrać w pierwszej turze. Na podstawie sondaży można zasadnie przewidywać, że w drugiej turze spotkają się Rafał Trzaskowski oraz Karol Nawrocki.
Kto wygra wybory bardzo trudno przewidzieć, gdyż różnica w oddanych głosach na pewno nie będzie wielka. Choć obaj główni konkurenci zapewniają o swojej „obywatelskości”, niezależności od głównych sił politycznych, do których przynależą, formalnie, jak Trzaskowski, lub nie, jak Nawrocki, to jasnym jest, że reprezentują Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. W wyborach prezydenckich idzie jednak o to, aby uzyskać głosy nie tylko swojego partyjnego elektoratu, ale także głosy wyborców innych partii oraz głosy oddawane na kogoś innego w pierwszej turze. Te przepływy nigdy nie są oczywiste, a to one są decydujące. Można przypuszczać, że wyborcy lewicowo-liberalni (Hołownia, Lewica) oddadzą swój głos na Trzaskowskiego, uznając go za tzw. mniejsze zło niż Nawrockiego. Nawrocki może liczyć na głosy kandydatów prawicowych, choć nie do końca jest przewidywalne, jak zachowają się wyborcy Sławomira Mentzena: czy będą głosowali bardziej bazą, tj. kwestiami ekonomicznymi, tutaj wolnorynkowymi, czy nadbudową, czyli światopoglądem. Nawiasem mówiąc zapewne obaj kandydaci w drugiej turze będą walczyli o głosy Konfederatów, zapewniając o swoim wolnorynkowym podejściu. Dodatkowo Trzaskowski będzie zapewne mówił o „umiarkowanym” podejściu względem tzw. obyczajówki – w tym sensie jego wykonany w czasie debaty gest odłożenia na bok tęczowej flagi podarowanej mu przez Nawrockiego, choć pewnie spontaniczny, nie był tak błędny, jak może się wydawać (pytanie, czy uda mu się przekonać konfederatów, że nie jest „Tęczowym Rafałem”?). Moim zdaniem większość wyborców Mentzena zagłosuje jednak na Nawrockiego i to te głosy zapewnią mu wygraną.
Śledząc kampanię wyborczą, jednocześnie spekulując nad rozstrzygnięciem uwarunkowanym m.in. dobrze lub źle prowadzoną kampanią, można powiedzieć o kilku kwestiach ujętych w perspektywie zmediatyzowania pola polityki.
Można tutaj poruszyć szereg zagadnień, jak np. rola memów czy debaty telewizyjne.
Memy to forma komunikacji internetowej o charakterze ironicznym, będąca szybkim komentarzem do rzeczywistości, która może wpływać na ukształtowanie wizerunku danego polityka poprzez skuteczne wyśmianie go, np. jego nieautentyczności. Przykładowo Trzaskowski został „Bonżurem”, a memy dotyczące jego podróży „telekomunikacją” miejską w Warszawie skutecznie pokazały, iż kreowanie się na zwykłego Warszawiaka nie bardzo ma sens. Polityk chce nas przekonać, że jest jednym z nas, lecz nie jest, gdyż w istocie jest „resortowym dzieckiem”.
W tym ujęciu wpisanie Trzaskowskiego w scenariusz panicza z bogatego domu, w przeciwieństwie do Nawrockiego jako „chłopaka z osiedla”, jest z pewnością na korzyść tego drugiego, albowiem większość ludzi nie miała zapewnionego startu takiego jak prezydent stolicy.
Ponadto przeczytanie w jednej z debat przez Krzysztofa Stanowskiego fragmentu książki „Rafał”, dotyczącego niezwykłej odwagi Trzaskowskiego wśród rekinów i walki z węgorzem, spowodowało, iż stał się raczej obiektem memiarskich drwin niż poważnego traktowania. Memy, jak kiedyś reklama, poprzez humor są w stanie związać nas z określonym wizerunkiem, analogicznie jak miało to miejsce w przypadku Bronisława Komorowskiego jako poczciwego, „bigosującego” wuja.
Rola debat telewizyjnych także nie jest bez znaczenia, szczególnie że były stosunkowo chętnie oglądane.
Pokazują one, że po pierwsze, klikalność i popularność w internecie nie przekłada się automatycznie na dobry występ w telewizji. Najlepszym chyba tego przykładem jest Sławomir Mentzen. Konfederacja jest partią internetowo bardzo sprawną, być może nawet najsprawniejszą w tym medium, gdyż potrafią stworzyć merytorycznie treściwy, zabawny oraz zapadający w pamięć tik-tokowy przekaz. Telewizja to jednak nie to samo, co internet, nagrywanie filmików i, koniec końców, kontrola przekazu.
Po debacie w Końskich, zorganizowanej przez sztab Trzaskowskiego, a przeprowadzonej przez TVP, stracił on pięć punktów procentowych, a tyle samo zyskał Nawrocki. Trudno rzecz jasna przesądzić, skąd taki spadek, jakie czynniki wchodzą w grę, ale z pewnością Trzaskowski wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii i refleksu oraz zestresowanego. To swoją drogą ciekawe, że politycy tak obeznani z mediami wciąż się denerwują, choć tego zdenerwowania nie było widać np. u Szymona Hołowni czy Marka Jakubiaka. Ten pierwszy jest wychowany przed kamerami, drugi z kolei, jak każdy, kto ma przemyślane poglądy i autentycznie wierzy w to, co mówi, szybko analizuje wypowiedzi innych i kontruje je ze swojego punktu widzenia. Podobnie jest z Adrianem Zandbergiem, który znakomicie, bo merytorycznie, wypada w debatach.
Myślę, że Trzaskowski zdaje sobie sprawę, iż jego przekaz nie jest spójny, i choć zapewne ma przećwiczone odpowiedzi na kłopotliwe pytania, to podskórnie czuje, że jest to nieprzekonujące – być może nawet dla niego samego. Widać, że w trudnych momentach, jak chociażby ten z flagą LGBT postawioną przed nim przez Nawrockiego, nie potrafi zareagować: gdyby naprawdę wspierał to środowisko, przyjąłby flagę i odpowiednio to skomentował, co przecież nie jest jakoś kłopotliwe – można było to świetnie obrócić na swoją korzyść. Zresztą gestu takiego można było się spodziewać, by przypomnieć tylko postawienie przez Andrzeja Dudę proporczyka z logiem PO przed Bronisławem Komorowskim w czasie walki o prezydenturę nieomal dekadę temu. Świetnie zachowała się Magdalena Biejat, która nie wstydziła się tęczowej flagi, a dzięki temu gestowi, jej poparcie wzrosło, gdyż okazała się autentycznie przywiązana do swoich wartości.
Pewnym kłopotem dla Trzaskowskiego okazała się także informacja, iż w jego sztabie, także przed debatą w Końskich, znalazła się znana psycholog Natalia de Barbaro, która miała go do tego występu przygotowywać. Psychologowie współpracują z politykami, jednak ujawnienie takiej informacji nie robi dobrego wrażenia, gdyż przedstawia Trzaskowskiego jako kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, tj. nie jest na tyle silny, aby sobie poradzić samodzielnie. Oczywiście w pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ale jednak pozostawia pewną wątpliwość względem siły jego charakteru, nawet jeśli tylko na poziomie emocji a nie racjonalności.
Ponadto należy docenić zorganizowanie debaty przez TV Republikę, która – zaryzykowałbym takie stwierdzenie – przełamała hegemonię mediów lewicowo-liberalnych. Brak udziału Trzaskowskiego w tej debacie nie zrobił dobrego wrażenia na Polakach, gdyż prawie 45 procent negatywnie oceniło decyzję o odmowie uczestniczenia w niej. Uważam, że Trzaskowski nie przyszedł, bo wiedział, że w mediach innych niż sprzyjające PO po prostu nie da sobie rady.
Jak medialnie „ustawić” starcie obu głównych kandydatów, aby wygrał Nawrocki?
Nawrocki musi stać się przedstawicielem całej opozycji, wszystkich tych, którzy nie chcą „domknięcia systemu”, by użyć sformułowania Grzegorza Schetyny zdradzającego rolę prezydenta z PO. Wszystkich ludzi niezadowolonych z obecnych rządów, a tych jest większość, która dodatkowo rośnie, niż zadowolonych. Trzaskowski musi zostać pokazany tym, kim jest: przedstawicielem liberalnych elit, którym zależy tylko na władzy (czytaj: dostępie do środków finansowych), podwładnym Donalda Tuska, słabo radzącym sobie prezydentem Warszawy, post-polityczną wydmuszką PR-ową bez własnego zdania i poglądów. Kimś, kto tak jak typowy przedstawiciel bezkrytycznego uwielbienia dla Unii Europejskiej, jest w gruncie rzeczy marionetką w rękach przedstawicieli tzw. starej Unii, co świetnie widać przy okazji m.in. obecnych planów rozwoju systemu przemysłu zbrojeniowego w krajach Unii.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay
przez Michał Rydlewski | niedziela 6 kwietnia 2025 | opinie
W ostatnich wyborach parlamentarnych, jak osoba o lewicowych poglądach, nie głosowałem na tzw. lewicę, czyli Nową Lewicę oraz Razem. Głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, gdyż ta partia, obok Razem, to jedyna w Polsce partia lewicowa, tj. oparta na modelu socjalnym w opozycji do neoliberalnego, który wymaga myślenia wspólnotowego, a nie indywidualistycznego. Wszak pod hasłem „Polska solidarna, nie liberalna” PiS wygrało pierwsze wybory, o czym nie powinno zapominać, i przejęło władzę z rąk absolutnie skompromitowanej Platformy Obywatelskiej.
W moim uniwersytecko-inteligenckim otoczeniu mój głos zawsze budzi zdziwienie. Jak to? Głosujesz na „konserwę”? Popierasz homofobiczny język oraz zakaz aborcji do dwunastego tygodnia? Pytania te słyszałem tyle razy, i prawie nigdy bez autentycznej ciekawości, a zawsze z ledwie skrywanym pouczeniem, że postanowiłem napisać o tym, dlaczego lewicowiec głosuje na PiS.
Dlaczego nie głosowałem na lewicę?
Po pierwsze z powodu bezkrytycznego podejścia do Unii Europejskiej, co przejawia się w ogólnym podejściu, jak i w poszczególnych działaniach. Lewica nie dostrzega ekonomicznej gry interesów ze strony m.in. Niemiec, wierząc, że nasz interes narodowy jest zawsze zgodny z interesem Unii Europejskiej: realizując ten drugi, realizujemy polski. Polityka lewicowa, jeśli chce być skutecznie prowadzona, musi opierać się na silnym, sprawnym, samodzielnym i suwerennym państwie (póki co nie ma, jak sądzę, lepszego rozwiązania).
Lewica zagłosowała za kierunkiem federalizacji państw narodowych, który uważam za błędny. Lewica prawie każdą i często trafną krytykę działań Unii Europejskiej ze strony PiS-u traktuje jako germanofobię, twierdząc, iż wróg jest na „Wschodzie”, a nie na „Zachodzie”. Oczywiście, że tak jest, nie należy jednak bezkrytycznie podchodzić do wszelkich działań Brukseli, gdyż nierzadko realizuje ona interesy najsilniejszych państw kosztem tych mniejszych lub/i słabszych. Przykładem jest niemiecka polityka prowadzona ponad naszymi głowami i naszą częścią Europy (Nord Stream).
Po drugie, co łączy się z powyższym, lewica nie rozpoznała zagrożenia ze strony Rosji, które rozpoznało Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dopiero po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku zaczęła zmieniać swoją „pacyfistyczną” optykę, w której kwestię bezpieczeństwa nierzadko sprowadzano do bezpieczeństwa na drodze (nawiasem mówiąc, to PiS wprowadził przepisy to bezpieczeństwo polepszające), gdyż „wojny i tak nie będzie”. Ważniejsza od armii miała być budowa przedszkoli. W tym sensie PiS był dla nich, jak i dla KO, rusofobami. Rzeczywistość działań Rosji przyznała rację PiS-owi.
Trzecia kwestia to łatwowierność w liberalny przekaz medialny np. względem migracji. Niedługo po wyborach ukazał się artykuł dziennikarki „Gazety Wyborczej” Małgorzaty Tomczak, w którym wprost przyznała, że przez długi czas dziennikarze „wytwarzali fałszywą wiedzę”, czyli po prostu kłamali, w sprawie kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. Nawet po tym, jak wprost powiedziano, że kłamano, a jest przecież oczywiste, że jest to element wojny hybrydowej, jedna z posłanek lewicy i tak nie zmieniła swojej humanitarnej optyki, która choć szlachetna (to jest właśnie wykorzystywane przez Putina i Łukaszenkę), jest po prostu niebezpieczna. Migrant na granicy polsko-białoruskiej jest bytem hybrydowym, co utrudnia podejmowanie decyzji na zasadzie albo-albo (być może nawet nie da się wypracować takiego rozwiązania, które godziłoby narrację „humanitarną” oraz narrację skupioną na bezpieczeństwie).
Po czwarte, lewicy brak jakiejkolwiek wspólnotowej narracji, choć deklaruje solidarność społeczną etc. W wypowiedziach jej polityków przebija ledwo skrywana niechęć do patriotyzmu i przywiązania do tradycji (jakiegoś nawet minimum patriotycznego) kosztem wychwalania wszystkiego, co jakoby jest postępowe i nowoczesne, czyli „zachodnie”, a koniec końców indywidualistyczne i obejmujące głównie kwestie tzw. światopoglądowe. Trafnie tę kwestię sportretował kiedyś Remigiusz Okraska. Mam bardzo podobne obserwacje. Uważam, że narracja wspólnotowa, i poniekąd patriotyczna, rozumiana jako troska o swój kraj, jest konieczna dla jego przetrwania. Przy okazji wojny w Ukrainie widać, że część mężczyzn w wieku poborowym, za łapówki, ucieka przed obroną swojego kraju. Wystarczy przejść się ulicami Wrocławia, aby zobaczyć, ilu zdrowych Ukraińców w wieku poborowym tu mieszka). Eksperci śledzący wojnę w Ukrainie wskazują, że armia tego kraju składa się w większości z mężczyzn w wieku średnim (40 plus). Nie da się obronić kraju bez zasobów ludzkich, zdeterminowanych, aby kraju bronić. Z tego m.in. powodu (istnieje ich rzecz jasna więcej), jest bardzo prawdopodobne, że Ukraina wojnę przegra, tak jak przegra każdy kraj, którego wróg ma większe morale lub potrafi zmusić przemocą swoich obywateli do walki (tak, jak czyni to Rosja). Wojna w Ukrainie pokazuje, że kraj, który chce stawić czoło napaści, musi mieć nie tylko dobrą armię, ale i rezerwy zdolne zastąpić regularne wojsko, gdyż ono będzie ginąć. Bez powrotu obowiązkowej służby wojskowej, co jest koniecznością (analogicznie jak w Izraelu) i to w sposób równy, tj. dla mężczyzn i kobiet, zaatakowany kraj sobie nie poradzi. Byłem świadkiem wielu skrajnie negatywnych emocji, kiedy rząd jedynie zasygnalizował możliwe powołanie określonych roczników na ćwiczenia wojskowe. Jeśli nie chce się wziąć udziału w ćwiczeniach, to co będzie, gdy pojawi się realne zagrożenie? Można wyśmiewać narrację o husarii i żołnierzach wyklętych, którą PiS sprytnie podpowiedział części młodych ludzi wykluczonych ekonomicznie i kulturowo-symbolicznie, ale jest ona lepsza niż hiperindywidualizm i mówienie o Polsce per „ten kraj”.
Bywa, że pytam studentów, kto z nich broniłby Polski, gdyby została napadnięta przez Rosję. Wszyscy poza wyjątkami mówią, że wyjechaliby z kraju, gdyż nic ich z nim nie łączy, jego losy są im obojętne, „ten kraj nic dla nich nie zrobił”. Wszyscy są anty-PiS, gdyż, jak mówili, nie wyobrażają sobie głosowania na partię, która zakazuje aborcji i „prześladuje” osoby LGBTQ+ (o ile zgadzam się, że wielu polityków PiS-u używa homofobicznego języka, określenie „prześladowanie” jest zbyt mocne). Analogicznie jak u polskiego inteligenta hierarchia wartości koncentruje się wokół tych dwóch kwestii. Takie podejście, w którym słowo „Polska” czy patriotyzm nie przechodzi przez gardło, jest widomym znakiem, że – mówiąc kolokwialnie – coś poszło nie tak, gdyż stosując tę logikę, już nas, jako państwa, nie ma. Kto by nas zatem bronił? PiS-owski beton, który jest bardziej patriotyczny niż anty-PiS, w tym także ci wszyscy, którymi inteligent i spora część młodego pokolenia tak bardzo pogardza: „sebixy”, „kibole”, mężczyźni z klasy robotniczej, prekariusze, wyborcy Konfederacji (w badaniu odsetek deklarujących bronienie kraju był w tej grupie jednym z najwyższych), słowem ci wszyscy, którzy zamiast wielkomiejskiego coachingu dostali patriotyczną, oczywiście „kiczowatą” (jak łatwo pośmiać się z odzieży patriotycznej, boki zrywać) narrację o husarii i żołnierzach wyklętych.
Ponadto lewica fetyszyzuje „młodych”, którzy jakoby „skręcają w lewo” i to po nich spodziewa się najwięcej. Tymczasem „na lewo” oznacza tutaj po prostu progresywny liberalizm światopoglądowy. Nawiasem mówiąc, lewica czulszym okiem spogląda w stronę kobiet, głosząc nawet, bardzo nieinkluzywne hasło, iż „Lewica jest kobietą”. Uważam to za naiwność, gdyż po pierwsze tylko część młodego pokolenia jest progresywna światopoglądowo (co nie jest związane z byciem lewicowym w sensie socjalnym) i nie równa się stawaniu po stronie biedniejszych. Raczej wierzy się w narrację samodzielnego sukcesu, indywidualizm, wybór konsumencki jako posiadający polityczną sprawczość, troskę o siebie, a nie o innych. Solidaryzm oraz inkluzywność dotyczą raczej określonych grup mniejszościowych, nie zagrażających interesowi ekonomicznemu, bo w przypadkach, gdy trzeba zrezygnować z części swojego dochodu na rzecz kogoś innego, postawa ta staje się coraz bardziej problematyczna. Po drugie, obserwując studentów dwóch uniwersytetów, powiedziałbym, że światopoglądowo są dużo bardziej „wypośrodkowani” niż progresywni, a wielu z nich wcale nie jest za „pisowskim rozdawnictwem”.
Ponadto istnieje spory rozdźwięk pomiędzy mężczyznami a kobietami. W takim ujęciu lewica popełniła błąd stygmatyzując sporą część mężczyzn, którzy ex definitione jawili się jako siły wrogie kobietom. W walce płci stanęła w dużej mierze po stronie kobiet, dopiero ostatnimi czasy patrząc na mężczyzn jako podmioty podległe licznym presjom społecznym i nierzadko pokrzywdzonym w pewnych obszarach (wiek emerytalny, służba wojskowa etc.). Słowem: lewica zaniedbała mężczyzn, stąd nie jest dziwne, że kierują się w stronę tych, dla których są ważni albo tam odnajdują jakąś narrację usensowniającą świat.
Po piąte, spora część wyborców lewicy wcale nie jest lewicowa. Jest neoliberalna. Tym, co skłania ją do głosowania na lewicę, są sprawy światopoglądowe czy liberalno-progresywny sposób podejścia do mniejszości seksualnych, aborcji, niechęć do Kościoła katolickiego. To o tyle ważne, że jeśli jej wyborcy wcale nie są lewicowi, będą na partii wymuszać rozwiązania właśnie nielewicowe, zaś partia, aby istnieć, będzie robiła to, czego chcą i jacy są jej wyborcy, gdyż to od nich jest zależna. Przykładem może być podejście do pracy w niedziele wyborców lewicy: 66% jej wyborców chce przywrócenia pracy w niedziele, w odróżnieniu od wyborców PiS-u, których tylko 13% oczekuje zniesienia zakazu handlu w niedzielę. Zatem dla wyborców tej partii kwestie światopoglądowe są ważniejsze niż lepsze życie klasy robotniczej. Co więcej, politycy lewicy także nie są lewicowi, lecz neoliberalni, w tym sensie, że bronią rozwiązań klasy ludzi zamożnych, gdyż sami do niej należą. Posłowie Lewicy, jak m.in. Maciej Gdula, Krzysztof Śmiszek czy Dariusz Wieczorek, mają po kilka mieszkań, a ten ostatni dwa domy. Są oni przeciwni wprowadzeniu podatku katastralnego, czyli wyższego podatku od więcej niż jednej nieruchomości. Nic w tym dziwnego, bronią swojego interesu klasowego. Ich pokrętną logikę znakomicie obnażył Robert Mazurek w rozmowie z Dariuszem Wieczorkiem.
Po szóste, znaczna część wyborców lewicy, których znam, szczególnie z kręgów uniwersyteckich, ledwie skrywa swoją niechęć, a niekiedy wręcz pogardę wobec klasy ludowej, która różni się od nich światopoglądowo (nie jest tak bardzo progresywna i „postępowa”, nawet jeśli nie jest szczególnie konserwatywna), ale także swoimi gustami („jak można lubić disco polo?”), przyzwyczajeniami, szeroko pojętym sposobem bycia.
Widać to dokładnie w książce Didiera Eribona „Powrót do Reims”, w której autor wprost i szczerze mówi o swojej niechęci do klasy, z której się wywodzi, i którą, jako że jest z natury zła, musi wyegzorcyzmować. Lewica bywa także chamofobiczna, wspierając de facto postrzeganie klasy ludowej przez liberałów jako cywilizacyjny przeżytek, który trzeba „wyedukować”, aby przestała być tym, kim jest, gdyż w takiej postaci stanowi zakałę nowoczesnego świata i blokuje światopoglądowy postęp. Jej zwyczaje, obserwowane zawsze z inteligenckim dystansem, należy wyśmiać, ukazując w krzywym zwierciadle.
Jednym z ciekawszych artykułów na temat błędów i niezrozumienia prowincji jako głównego terenu życia klasy ludowej jest tekst Arkadiusza Bednarczuka „Źródła niechęci lewicy wobec aktywizmu grup lokalnych” („Zeszyty Wiejskie” 2023, t. 29). Autor dowodzi w nim, że lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu opiera się na schematach zaczerpniętych z dyskursu modernizacyjnego i często ujawnia klasizm wobec uboższych warstw społeczeństwa. Co więcej, twierdzi autor, lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu często powtarza schematy wartościujące, które zostały wykorzystane w trakcie transformacji systemowej w latach 90. XX w., służąc wówczas jako ideologiczne usprawiedliwienie wyzysku i przewagi klasy średniej. Wszystko to sprawia, że lewicowa krytyka aktywizmu lokalnego jest de facto krytyką klasową, prowadzoną w interesie klasy średniej, co wiąże się ze zmianą tradycyjnego lewicowego dyskursu i przeorientowaniem go na problemy kulturowe, a także z politycznym zagospodarowaniem wielkomiejskiej klasy średniej. Radykalizacja żądań w odniesieniu do sfery kultury w celu politycznego pozyskania klasy średniej sprawia, że z perspektywy społeczności lokalnych dyskurs lewicowy traci swoją wiarygodność jako siła zdolna do zmiany systemowej i ograniczenia ubóstwa.
Po siódme, przeszkadza mi „zakochanie się” lewicy w Donaldzie Tusku. Oglądając wiele programów publicystycznych, w których brali udział przedstawiciele lewicy, nie słyszałem ani jednej wyraźnej krytyki neoliberalnych rządów tego polityka, jak i wielu błędów związanych z jego polityką „resetu” z Rosją, czyli koniec końców uczynieniem Polski krajem słabym i zależnym od silniejszych sąsiadów, czego konsekwencje zawsze ponoszą najbiedniejsi (zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny, co widać na Ukrainie). Często „sceniczną”, powtarzaną argumentacją, jest sformułowanie, że to już historia, którą nie należy się zajmować; „zakulisowo” zaś można usłyszeć, że „Tusk się zmienił”. Uważam to za absolutną naiwność, bo niby dlaczego miałby się zmienić? Zmienić swój neoliberalny i proniemiecki kurs polityczny, jeśli wygrywa wybory i potrafi stworzyć rząd z partią, która w programie ma lewicowe postulaty, lecz prawdopodobnie nie zrealizuje większości z nich? Po co było krytykować neoliberalny kapitalizm, jeśli teraz popiera się polityka, który prowadził i dalej będzie prowadził taką samą politykę?
Ponadto lewica weszła w sojusz z politykami, którzy ewidentnie dokonują czynów nielegalnych i niepraworządnych. Mam na myśli Joannę Scheuring-Wielgus, która jest zastępczynią ministra Sienkiewicza i sankcjonuje jego działania. Dokonał on siłowego przejęcia Telewizji Polskiej oraz wyłączył nadawanie TVP Info, co spotkało się z krytyką Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Co ciekawe, był z tą Fundacją związany Adam Bodnar, minister sprawiedliwości, który jednak teraz „ma pełne zaufanie do pana ministra”, a zdanie Fundacji mało go interesuje. Osiem lat opozycja krzyczała: „konstytucja”, „praworządność”, a pierwszym, co robi po wyborach, jest jej łamanie, w czym nie widzi niczego złego, gdyż jest to stan „wyższej konieczności”, jak powiedział minister Sienkiewicz. Chodzi o to, jakoby mowa nienawiści względem Pawła Adamowicz lejąca się z TVP Info była odpowiedzialna za jego śmierć. Jest to tłumaczenie, na które może się nabrać tylko wyborca partii (rzetelna analiza faktów niczego takiego nie potwierdza), nie mówiąc już o tym, że nawet sąd wydając wyrok na mordercy prezydenta Gdańska, wskazał, że nie można mówić o politycznej inspiracji mordercy. Tutaj warto przypomnieć słowa posła Macieja Koniecznego w jednym z programów publicystycznych, który powiedział, że nie podobają mu się takie działania względem TVP. Konieczny dodał jednak, że jest to tylko jego prywatna opinia. To potwierdza moją obserwację, że sprawczość partii Razem równa się zero. Cieszę się, że opuścili szeregi Nowej Lewicy, ale nie ma to w obecnej chwili, po pierwsze, żadnego znaczenia, po drugie, faktem jest, że dali obecnemu rządowi votum zaufania, co jest dla mnie niewybaczalne. Poza tym jej wyborcy rozpoznawali w moim polu cyfrowej widzialności za błąd niewejście do rządu oraz są za wyrzuceniem z partii Pauliny Matysiak.
Podsumowując: ze względu na błędne, podstawowe koordynaty rzeczywistości, nietrafne oznaczenie punktów orientacyjnych i rozpoznania terytorium społecznego nie ufam Lewicy, gdyż de facto realizuje plan polityków neoliberalnych, w dodatku w nadbudowie, w gruncie rzeczy, konserwatywnych. Z powyższych względów byłem sceptyczny wobec działań Lewicy. Używając słowa „błędne”, ma myśli fakt, że lewicowa narracja przegrywa w zderzeniu ze społeczną rzeczywistością działań innych aktorów i tworzonych przez nich obrazów i konstrukcji: Rosja okazała się śmiertelnym zagrożeniem.
Czarę goryczy przelała jedna wypowiedź, która padła w debacie wyborczej w TVP Info, gdzie Lewicę reprezentowała Joanna Scheuring-Wielgus, która wcześniej należała do ultraneoliberalnej partii Nowoczesna. Akceptując fakt, iż można zmienić zdanie, chciałbym odnotować jedną jej wypowiedź, która moim zdaniem pokazała, że nowe barwy lewicowości nie zmieniają jej myślenia o klasach społecznych, szerzej – ich istnieniu. Padła ona przy okazji pytania o migrację: „Każdy z nas kiedyś chciał wyjechać do innego kraju po lepsze życie. Ja sama wyjeżdżałam, jak byłam studentką, do Londynu, i pracowałam na zmywaku. I tak samo przyjeżdżają do nas ludzie za chlebem i lepszą pracą”. Otóż pracowałem zaraz po studiach rok w Irlandii (wcześniej, pomiędzy czwartym a piątym rokiem studiów, trzy miesiące jako student). Pracowałem przy rozładunku tirów, w hotelu, take away’u, sklepie Centra (coś jak nasza Żabka), aby ostatecznie trafić do firm archeologicznych. Mieszkałem w kilku miejscach w Carlow, zawsze jednak z chłopakami z klasy ludowej kilka lat starszymi ode mnie: z małych miejscowości, robotnikami, bez wyższego wykształcenia. Nikt z nich nie chciał jechać po lepsze życie, jak widzi to posłanka Lewicy, lecz został do tego przymuszony sytuacją ekonomiczną w Polsce, do której doprowadziły rządy neoliberalnej Platformy Obywatelskiej (pamiętam wypowiedzi polityków tej partii, że jak komuś jest tutaj źle, to są otwarte granice). To nie był ich wybór, bo nikt z nich nie chciał zostawiać swojego świata (żon, dzieci, rodzin, przyjaciół itp.) i jechać do innego. Dla nich to nie była wakacyjna wyprawa studentki czy wielokulturowa przygoda, lecz niełatwa konieczność i perspektywa pozostania tam na lata. Nie ma zatem tego „my”, o którym ona mówi – w tym sensie jej podejście jest nielewicowe, albowiem znikają u niej klasy oraz ich sytuacje ekonomiczne i egzystencjalne, a tak myśli neoliberał. Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby nie było konieczności wyjazdu, trzeba zatem budować dobrobyt u siebie, aby nie musieć wyjeżdżać. Posłanka Lewicy przedstawiła tego rodzaju wyjazd jako bezproblemową oraz indywidualną decyzję o poszukiwaniu lepszego życia, podczas gdy „warunki lepszego życia” nie są w ogóle opisane.
Nawiasem mówiąc, ci młodzi mężczyźni (dzisiaj powiedzielibyśmy „przegrywy”), z jakimiś piętnem porażki, które zawsze towarzyszy emigrantom, w Irlandii świetnie się odnaleźli pomimo słabej znajomości angielskiego. Potrafili naprawiać samochody, sprzedawać je, zorganizować sobie domowe siłownie. Czując, że godnie zarabiają, odkładali pieniądze, bo zaczynało mieć to sens. Byli oszczędni, świetnie gotowali, byli w najwyższym stopniu zaradni. Okazywali się zatem, w sprzyjających warunkach ekonomicznych, dobrymi pracownikami, osobami, które potrafiły zaadaptować się do nowych warunków, jeśli jakieś państwo, tak jak Irlandia, dawało im szansę, której w neoliberalnej Polsce nie mieli.
Można teraz zapytać, czy był to dobry wybór. „Nie” powiedziałbym lewicy także po raz drugi.
Dlaczego?
Po pierwsze wchodząc do koalicji z neoliberałami i umiarkowanymi konserwatystami, czyli ludźmi od siebie biegunowo odległymi, poparli rząd, który wyzyskiwał, wyzyskuje i będzie wyzyskiwał sporą część Polaków, doprowadzał do większego bezrobocia, zwolnień, biedy, obniżenia jakości życia i zdrowia. Neoliberał nie potrafi po prostu nic innego i wie o tym każdy, kto pamięta pierwsze rządy obecnego premiera. Niczego innego nie potrafi także Nowa Lewica. Przedstawiciele Nowej Lewicy potrafili nawet dobijać coś, co i tak od dekad jest niszczone, czyli polską naukę. Dostając tak mało znaczące ministerstwo mogli się wykazać. Minister Dariusz Wieczorek oraz Maciej Gdula wykazali się „znakomicie”…
Ta pseudo-lewica powinna już zostać raz na zawsze wchłonięta przez PO i zniknąć ze sceny politycznej. Czas już na nową, inną lewicę, gdyż obecna stanowić może coś na zasadzie „lewego” skrzydła postpolitycznej PO, która potrafi tylko niszczyć przy wsparciu, jawnym bądź milczącym, Nowej Lewicy.
dr Michał Rydlewski
Powyższy tekst to zmieniona wersja artykułu, który wcześniej ukazał się w piśmie „Dyskurs i Dialog”. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.
przez Michał Rydlewski | środa 12 marca 2025 | opinie
Fotografia jako artefakt, czyli coś stworzonego przez człowieka, jest medium pomiędzy zewnętrznym światem, jego materialnym utrwaleniem a patrzącym podmiotem. Znaczenie fotografii nie jest dane w samej fotografii, ale jest w oku patrzącego. Oczywiście, na pewnym poziomie możemy opisać, co na nim jest, co ono przedstawia (semiotycy nazywają to denotacją), ale jego sens wiąże się z poziomem konotacji, czyli znacznie kulturowo głębszych odniesień. Dopiero wtedy widzimy więcej niż tylko prosty opis. Wtedy zdjęcie wydaje się do nas przemawiać, uderza nas swoim wyrażeniem czegoś istotnego, pewnej prawdy, np. o francuskim państwie, a niekiedy może wręcz streszczać określone stulecie czy wyrażać dany światopogląd.
Przykładowo znane zdjęcie Chrisa Niedenthala „Czas apokalipsy” może być widziane jako dokument, albowiem w kinie „Moskwa” znajdującym się w Pałacu Kultury i Nauki był wyświetlany ten film, o czym informuje nas widoczny na zdjęciu plakat, ale także jako symbol stanu wojennego, gdyż w tym czasie było robione zdjęcie dodatkowo utrwalające transporter opancerzony „skot” i kilku zomowców.
W takim ujęciu można powiedzieć, że ta sama fotografia może funkcjonować na dwóch polach: dokumentu oraz symbolu, realizmu i tego, co dodane przez wyobraźnię patrzącego, a nawet całej patrzącej wspólnoty, która ten symbol dostrzega. „Czas apokalipsy” staje się symbolem, wręcz metakomentarzem, do zupełnie innej rzeczywistości niż Wietnam, w którym toczy się miejsce akcji filmu.
Jeden z najwybitniejszych teoretyków fotografii, Roland Barthes, stworzył kategorię punctum, czyli tego, co w zdjęciu przyciąga uwagę patrzącego: nakłuwa i niepokoi, gdyż jest tajemnicze w tym sensie, że nie możemy jasno powiedzieć, dlaczego właśnie to nas przyciąga. Punctum może być wszystko, co jest na zdjęciu i wcale nie musi być to coś, co było intencjonalnie fotografowane, lecz znalazło się tam przypadkiem. Punctum jest subiektywne, wręcz intymne, tylko dla twoich oczu, chciałoby się powiedzieć. Możesz je zobaczyć od razu, gdy spojrzysz na wykonane zdjęcie, a może ono uderzyć niespodziewanie po latach, sprawiając, że punctum staje się jednocześnie punktem opowieści o najbliższym świecie przeżywanym, np. rodziny i własnej tożsamości.
Z tego względu wyrzucając stare albumy, gardząc rodzinnymi fotografiami-pamiątkami, popełniamy zbrodnię, gdyż mordujemy możliwość rozpoznania dawnego świata, który zawsze jakoś nas formuje. Tracimy tym samym możliwość opowieści o naszych bliskich oraz koniec końców o samych sobie. Jako nastolatek możesz nie lubić rodzinnych fotografii i albumów, ale jako człowiek dorosły widzisz w nich to, czego nie widziałeś wtedy: dzięki twojemu „nażyciu się” dostrzegasz więcej, tj. nowe znaczenia i wymiary, a nawet jakieś prawdy o życiu. Jednak aby je dostrzec, fotografie, jako materialne artefakty muszą istnieć, gdyż bez nich nigdy nie uruchomi się proces nadawania nowych znaczeń, widzenia na nowo. Nasze fotografie, czy tego chciał ich twórca czy nie, opowiadają nam świat oraz nas samych. Trzeba tylko tę opowieść, w przypadku medium obrazowego, jakim jest fotografia, zobaczyć.
Taką piękną historię opowiada nam Pedro Meyer. To znany hiszpańskojęzyczny fotograf pochodzenia żydowskiego.
W diaporamie cyfrowej, czyli szeregu wyświetlanych zdjęć z podłożoną muzyką i komentarzem, zatytułowanej „I Photograph to Remember” opisuje życie swoich rodziców: Lisy i Ernesto. Czyni to na podstawie rodzinnych zdjęć: od początkowych, kilku okolicznościowych, jak zdjęcie zaręczyn, po w większości robione przez niego. Pedro od bardzo młodego wieku fotografuje, rodzina jest przyzwyczajona, że on i aparat to jedno, co sprawia, że znika poczucie dziwności i sztuczności, gdy jesteśmy fotografowani. Fotograf, który zawsze wprowadza dystans, tutaj jest członkiem rodziny, co daje mu możliwość utrwalania sytuacji w ich oryginalnym i naturalnym kontekście. Życie jest pokazywane takim, jakie jest. To ono jest tematem opowieści Meyera.
Widzimy na zdjęciach zmienianych co kilkanaście sekund, lecz trwających wystarczająco długo, żeby dobrze im się przyjrzeć, koleje życia rodziców Pedra: przede wszystkim ich wielką miłość, czułość, przywiązanie do siebie, radość z bycia razem, cieszeniem się każdą chwilą spędzaną wśród kochających się ludzi. Meyer pokazując nam fotografie opowiada historię rodziny, opisując wydarzenia większej i mniejsze wagi, czasami także całkiem zabawne, a wynikające z dużego poczucia humoru ojca.
Najbardziej przejmująca część opowieści Meyera rozpoczyna się już w czwartej minucie, kiedy ojciec Pedra, mężczyzna już w sile wieku, dowiaduje się o swojej chorobie nowotworowej. Fotografie pokazują napiętą i skupioną twarz Lisy, gdy rozmawia przez telefon z centrum medycznym. Za nią stoi wyczekujący na diagnozę ojciec. Pedro mówi, że wygląda tak, jakby czekał na wyrok na swoje życie. Potem pojawia się zdjęcie portretowe ojca zrobione, gdy dowiedział się, że został mu około miesiąca życia. W jego oczach jest wszystko, co można sobie wyobrazić, gdy człowiek dowiaduje się, że jego życie dobiega końca. Widzimy, jak Lisa i Ernesto przytulają się, ile jest w tym dotyku czułości, oddania, ale także strachu. Jak w chwili ogromnego bólu i samotności jedynym, co daje ukojenie, jest miłość drugiej osoby, która ratuje przed rozpaczą świadomości końca.
Od tego momentu projekt Meyera opowiada o umieraniu, które jest przecież częścią życia. Obserwujemy powolny, postępujący krok po kroku procesu umierania ojca, a później mamy Pedro, która także zachoruje na raka. Ten proces ma swoje tempo, ale nie tak szybkie, jak zapowiadają to lekarze, bo ci ludzie są silni i chcą żyć, bo życie to ich wzajemna miłość, wobec której diagnoza medyczna jest śmieszna, tak jak ironią losu jest fakt, że Ernesto żyje dłużej niż lekarz informujący go, iż został mu tylko miesiąc życia (przeżył trzy lata więcej). Ernesto, choć boi się śmierci, akceptuje jej nadejście. Nie wygnał jej z horyzontu własnej egzystencji, ale stawił jej czoła – i to czyni go człowiekiem w obliczu sytuacji granicznej. To raczej Pedro wydaje się bezbronny, bo nie ma słów, języka, aby powiedzieć ojcu „to coś”. „Co miałem mu powiedzieć?” – pyta. „Żeby nie umierał?”.
Nie umiemy mówić o śmierci, bo uczyniliśmy ją czymś albo estetycznym, albo zupełnie wygnaliśmy z życia. Nie umiemy w jej obliczu powiedzieć tym, których kochamy, tego, co naprawdę ważne, co sprawia, że wszyscy cierpimy, bo nie ma nic gorszego niż odchodzenie w samotności. W tym sensie żyjemy w kulturowej dziczy, jak zdiagnozował przed dekadami ten stan podejścia do śmierci historyk Philippe Ariès.
Jest piękny moment w opowieści Meyera. Ojciec prosi go, jako fotografa i syna jednocześnie, żeby zrobił mu zdjęcie. „Co mam zrobić?” – pyta ojciec. „Cokolwiek chcesz” – mówi syn. „Dobrze, to chcę latać”. Pedro fotografuje starego, umierającego ojca z rozłożonymi jak ptak ramionami. Może to nie tylko metafora? Może Ernesto naprawdę jest ptakiem, tak jak one wolnym? Może właśnie takimi powinno czynić nas życie pełne miłości?
Z czasem ojciec słabnie coraz bardziej, a czułość żony jest wprost proporcjonalna do utraty przez niego sił: całują się i przytulają nieustannie. Lisa troskliwie opiekuje się mężem, codziennie wychodząc z nim na spacer. Na jednej z fotografii widzimy podtrzymywanego przez nią i pielęgniarkę Ernesto, który nie ma już sił, aby iść tylko o własnych. Przed nimi, na zdjęciu, Pedro utrwalił coś jeszcze: uczące się chodzić dziecko, które matka trzyma za ręce. Na jednym zdjęciu widzimy początek i koniec, które są do siebie bliźniaczo podobne. Początek i koniec dzieli tylko czas. W innym momencie swojej opowieści Pedro fotografuje noworodka urodzonego w tym samym szpitalu, w którym jest jego umierający ojciec. Rozmazana dłoń dziecka wskazuje na ruch ku dłoni matki bądź pielęgniarki. Bezbronność jest słowem, które dobrze oddaje oba różne i jednocześnie podobne momenty. Na początku i na końcu wyciągamy ku komuś dłoń, aby pomógł nam żyć oraz towarzyszył w umieraniu.
Motyw trzymania się za ręce przewija się w całej diaporamie wiele razy. Dotyk zastępuje słowa, mówi więcej niż słowa, szczególnie jeśli te słowa nie istnieją, albo nie są w stanie czegoś wypowiedzieć. A może po prostu za bardzo ufamy w słowa? Rak oraz guz mózgu powodują, że Ernesto przestaje widzieć i słyszeć oraz mówić – zostaje tylko dotyk. To zmysł, który zastępuje komunikację poprzez inne, które uważamy za znacznie ważniejsze. Czy słusznie? Na jednej z fotografii widzimy ojca ściskającego dłoń syna (drugą ręką Pedro robi zdjęcie). Ściska tak mocno, że dłoń Pedro staje się niebieska.
Fotografie Meyera pokazują bez żadnej estetyzacji umieranie, odsłaniając to, co krępujące i ukrywane: degradację ciała, jego absolutną bezradność względem elementarnych potrzeb, jak toaleta; słabość, marność, a nawet brzydotę. Jest kilka takich zdjęć, które można potraktować jako pokazujące zbyt wiele, np. gdy widzimy bezbronnego ojca w łazience. Można nawet się moralnie oburzyć, że pokazują to, czego nikt nie chce oglądać. Często mówimy: „Zapamiętajcie mnie takim, jakim byłem przed chorobą, kiedy byłem zdrowy”. Ale to tylko efekt naszego lęku przed końcem, skutek zdziczałej kultury nakazującej nam odwracać wzrok od nieestetycznego ciała umierającego człowieka, który staje się tym, czym nie jest: biologiczną masą podłączoną do maszyn. Jest bowiem czymś więcej i to widać tylko w punctum.
Ponadto pojawia się pytanie, dlaczego pamiętać człowieka tylko wtedy, kiedy jest zdrowy. Choroba i umieranie to także części życia. Może właśnie wtedy okazanie miłości drugiemu człowiekowi jest najwyższą próbą człowieczeństwa? Nie ma co uciekać od tego momentu, bo wtedy umiera coś więcej niż człowiek, ginie bowiem wiara w człowieczeństwo. Może właśnie w tych chwilach ta miłość może się dopełnić? Może ona wybrzmieć właśnie z ogromną mocą w drobnym na pozór, wydawałoby się, geście trzymania za rękę, bo czasami ludzie nie potrzebują słów. Pedro zauważa także, iż personel medyczny robi to inaczej niż bliska osoba. Dotyk dotykowi nierówny, nawet jeśli wygląda tak samo, bo liczy się to, czego nie widać: emocje, coś, co różni nas od maszyn.
Gdy obserwujemy zmagania ojca z chorobą, chwile, gdy wydaje się, że koniec jest bliski oraz zaskakujące momenty polepszenia jego stanu zdrowia, Pedro otrzymuje informację, aby udać się do innego szpitala, gdyż jego mama miała krwotok mózgowy spowodowany guzem mózgu. Co więcej, okazuje się, że ona też ma raka. Od tego momentu fotograficzna opowieść Pedra skupia się na Lisie. Pedro musi zdecydować o operacji mamy, której wynik jest nieprzewidywalny. Widzimy fotografię, gdy personel ścina jej włosy, przygotowując do operacji. Pedro mówi, że nie może pozbyć się skojarzeń ze zdjęciami z obozów koncentracyjnych. W jednym i drugim przypadku, pomimo oczywistych różnic, człowiek zostaje uprzedmiotowiony, a człowieka nie można sprowadzić do jego biologiczności, zredukować do ciała. Może zdjęcia pomogą mi zrozumieć, co teraz się dzieje, mówi Pedro, gdy fotografuje wywożoną na blok operacyjny mamę.
Następna fotografia przedstawia mamę po dziesięciu dniach od operacji, i jak twierdzi Pedro, mama wygląda jak królowa. Chodzi nie tylko o elegancki ubiór. Z jej oczy bije siła. Lisa wraca do formy, żartuje, maluje się, a włosy odrastają.
Guz mózgu nie daje jednak o sobie zapomnieć i w efekcie połowa jej ciała zostaje sparaliżowana. Z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a fotografia pokazuje nam żegnającego się z mamą Pedra, który trzyma ją za rękę. Kolejna pokazuje już zmarłe ciało zawinięte w biały materiał. Widać tylko twarz.
Pedro i rodzina nie mówią ojcu o śmierci żony, uważając, że nie ma to sensu. Ale, jak mówi Pedro, on w jakiś sposób to wiedział. Przestał jeść, trzymając godzinami jedzenie w ustach. Siedział godzinami i dłonią głaskał w powietrzu wyimaginowaną postać Lisy. Analizując tę fotografię z wyciągniętą dłonią moglibyśmy zapytać: co przedstawia? Co robi na niej ten mężczyzna? Gdybyśmy nie znali historii miłości Ernesto i Lisy, tj. całego kontekstu, w którym widzimy zdjęcia, moglibyśmy jedynie powiedzieć, oto chory i tracący kontakt z rzeczywistością mężczyzna porusza dłonią w powietrzu. Kontekst sprawia, że widzimy, jak czule dotyka zmarłą żonę. Zmarłą jednak tylko dla nas, bo nie dotyka się kogoś, kogo nie ma obok ciebie.
Ernesto umiera w dziewięć tygodni po żonie, jakby nie miał siły już walczyć, albo po prostu nie było już takiej potrzeby. W tych okolicznościach lepszym może być tylko spotkanie się w innym świecie. Bo miłość jest silniejsza niż śmierć i nie ustaje nawet po śmierci, jest czymś, co istnieje pomimo różnicy tego i tamtego świata, łącząc niewidzialną więzią żywych i umarłych.
Patrząc na te wszystkie fotografie, mówi Pedro, przypominam sobie, jak moja mama pytała: dlaczego nie możemy być tak blisko siebie przez całe życie?
Właśnie, dlaczego? Pewnie każdy z nas słyszał i nierzadko się zastanawiał nad słowami wielu umierających ludzi, co istotne, zaskakująco zgodnych, którzy żałowali, że za mało czasu poświęcali na życie, miłość, bliskość. Niby wszyscy to wiemy, a jednocześnie tak trudno zacząć, w tym sensie, żyć naprawdę, jakbyśmy nie do końca wierzyli, że jesteśmy śmiertelni. Usuwając z horyzontu naszego życia śmierć, usunęliśmy także samo życie, które ma sens wtedy, kiedy jest w nim miłość. Miłość przekracza bowiem granice światów, analogicznie jak przekracza je gest Ernesto głaszczącego Lisę, która jest przy nim mimo fizycznej nieobecności.
Patrząc na fotografie i całą opowieść Meyera o swoich rodzicach, można dojść do wniosku, że przedstawiają one nie tylko umierających ludzi, lecz streszczają także czas miłości, bliskości i czułości, który być może odchodzi. Patrząc na te fotografie widzimy to, co tracimy.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski