O Unii na serio

Gdy dekadę temu, na 10-lecie obecności Polski w Unii Europejskiej, wydaliśmy numer poświęcony podsumowaniu tego okresu, sprawa była prostsza niż dzisiaj. Bilans raczej pozytywny, a to, co budziło wątpliwości, nie należało do kwestii absolutnie kluczowych.

Inny był też kontekst. Młodsi czytelnicy tego nie pamiętają, ale akces Polski do UE dokonał się w epoce beznadziei. W kraju sponiewieranym „terapią szokową” Balcerowicza i jej powtórką za Buzka i Belki. W czasach, gdy prawica „suwerennościowa” i „narodowa” ścigała się z całą resztą na kult wolnego rynku i kurs antyspołeczny.

Polska była wtedy w zapaści. Z niemal rekordowym bezrobociem. Z marnymi płacami. Z zerowym „socjalem”. Ze zlikwidowanymi połączeniami kolejowymi, zdewastowaną infrastrukturą, zwijaniem usług publicznych. Z biedą i beznadzieją. Naprawdę trudno było uwierzyć, że może być gorzej. Być może nieco naiwnie, ale chwytaliśmy się wszelkiej nadziei. Także i takiej, że Unia mimo wad i słabości oznacza jednak szansę. Czy mieliśmy rację?

Sądzę, że w roku 2014 żyło się nam już lepiej niż w 2004. Także dzięki wielorakim aspektom przynależności do Unii. Tyle że była to Unia inna niż dziś. Od tamtej pory miało miejsce kilka zjawisk.

Centralizacja polityczna i coraz większy nacisk brukselskiej niewybieranej elity na poszczególne kraje, głównie te biedniejsze i słabsze. Znacznie silniejsze zaznaczenie się egoistycznych interesów kilku silnych państw, w tym Niemiec, kosztem innych. Narastanie sprzeczności w samej UE, skutkujące m.in. Brexitem. Krótkowzroczna polityka wschodnia krajów „starej Unii”, skutkująca bezradnością wobec Rosji. Problematyczna i coraz powszechniej odrzucana polityka migracyjna. Ekologia robiona ponad głowami społeczeństw, bez liczenia się z kosztami, zróżnicowaną sytuacją poszczególnych krajów, interesami gospodarki i poziomem życia obywateli. Narastanie społecznego buntu wobec tego wszystkiego naraz lub poszczególnych zjawisk – buntu etykietkowanego jako „populizm”.

Dzisiaj żyjemy lepiej niż w 2014 i 2004. Coraz więcej słabości ukazuje natomiast sama Unia.
Polacy są dość euroentuzjastyczni w ogóle. Ale już mniej, gdy mowa o poszczególnych pomysłach unijnej elity. Zarówno 20. rocznica obecności w UE, jak i taki stan rzeczy to dobra okazja i dobry powód, aby znowu przyjrzeć się integracji europejskiej.

Bierzemy pod lupę najbardziej problematyczne sprawy. Rolnictwo, ekologię, kwestie klimatyczne, strefę euro, sprawy pracownicze, miejsce Polski w gospodarczym układzie sił na kontynencie, rozdźwięk między kulturą euroelity a przekonaniami społeczeństw, rolę Niemiec, centralizację władzy, kondycję państwa narodowego itp. A także to, jakie oblicza i barwy polityczne przyjmuje eurosceptycyzm oraz europejską, lecz nieunijną perspektywę..

Staramy się dyskutować o Unii na serio. Z udziałem autorów z bardzo zróżnicowanych środowisk, nierzadko niezgadzających się w ocenie UE. Bez czołobitnego entuzjazmu i pokory dobrze wytresowanego niewolnika. Ale i bez (pseudo)krytycznego frazesu, który może sprawdza się na wiecach i memach, lecz nie w debacie o przyszłości Polski w tak czy inaczej ułożonej Europie.

Ufam, że lektura niniejszego numeru będzie pożyteczna, choć oczywiście nie wszystkie ważne kwestie udało się nam poruszyć.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Dokąd jedzie Polska?

Wiele jest tematów, o których piszemy od lat. Nie z powodu braku innych pomysłów. Dlatego, że są one bardzo ważne pod względem społecznym. Innym szybko się nudzą. My uważamy, że dopóki problem trwa, dopóty trzeba o nim pisać. Należy do nich temat transportu zbiorowego i jego różnych aspektów.

Zajmujemy się tym od pierwszego numeru pisma „Obywatel”, na bazie którego powstał później „Nowy Obywatel”. To już 24 lata. W tym czasie pisaliśmy wielokrotnie o kolei i jej niszczeniu. O wykluczeniu transportowym. O zapaści komunikacji zbiorowej na prowincji. O stale rosnącej motoryzacji indywidualnej. O tym, że na kolej nigdy „nie ma” poważnych środków, ale zawsze są grube miliardy na drogi. Ale także o tym, że ludzie są często skazani na samochody, po zniszczeniu innych form transportu. I że nie jeżdżą nimi na złość całemu światu i planecie, lecz z braku innych możliwości.

Trwało to przez lata. W tym czasie mainstreamowe media pisały o „nierentownych” pociągach i autobusach. O tym, że autostrady to nowoczesność, a kolej to relikt przeszłości. O tym, że gdy państwo czy powiat dokładają do transportu zbiorowego, jest to marnotrawstwo, ale gdy niezamożny człowiek tankuje co miesiąc auto za kilkaset złotych, żeby w ogóle móc dojechać do pracy, to jest rentownie i racjonalnie. Obok tych wywodów umieszczano za setki tysięcy reklamy koncernów motoryzacyjnych. W ramach rzetelności dziennikarskiej, rzecz jasna.

Później mody się zmieniły. Bo ekologia, bo rządził PiS, bo wielkomiejska klasa komentatorska ma pod nosem metro i resztę świetnego transportu zbiorowego. Zaczęło się zatem a to nagłe i znacznie spóźnione lamentowanie nad wykluczeniem komunikacyjnym, a to żądanie stworzenia na zawołanie świetnego transportu zbiorowego, a to pomstowanie na „ciemniaków”, którzy jeżdżą dieslami wbrew zmianom klimatycznym itd. Neofici są zazwyczaj najbardziej zapalczywi, więc był to dość kiepski teatrzyk.

Wracamy dzisiaj kolejny raz do tematyki transportu w Polsce. W gronie autorów, którzy zajmują się tym od lat, konsekwentnie i wnikliwie. Zgromadziliśmy w jednym numerze najlepszych fachowców, choć oczywiście nie wszystkich. Mówią i piszą o CPK – sensie i sednie tej inwestycji. O tym, co dalej z koleją w Polsce, żeby była naprawdę przydatna. Dlaczego sprawny transport zbiorowy jest swoistym prawem człowieka. Jak wygląda wykluczenie komunikacyjne i jego przeróżne aspekty. Ile kosztowałoby wyeliminowanie tego problemu. Ile wydajemy na drogi i dlaczego tak dużo. Jak stworzyć alternatywę dla samochodów lub częstej jazdy nimi – ale bez moralizowania ludziom i pohukiwania na nich. Czy kluczowa jest mobilność przestrzenna – czy raczej brak konieczności przemieszczania się za wieloma sprawami. Jakie są przykłady sprawnego lokalnego transportu zbiorowego w Polsce. I o jeszcze innych aspektach i wyzwaniach dotyczących tej dziedziny życia.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział czasopismo niebranżowe, które w jednym numerze oferuje taką dawkę informacji o transporcie w Polsce. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Górniczy stan (wyjątkowy) [2005]

Górniczy stan (wyjątkowy) [2005]

W roku 1984 wybuchła w Wielkiej Brytanii swoista wojna domowa. 9 marca br. minęło 20 lat od momentu zakończenia wielkiego strajku górników, którego porażka oznaczała początek końca brytyjskiego przemysłu węglowego, górniczych społeczności oraz ich tradycyjnej kultury robotniczej.

Złote lata

Tuż po zakończeniu II wojny światowej lewicowy rząd brytyjski upaństwowił sektor górniczy ze względu na jego znaczenie dla kraju. Państwo przejęło wszystkie większe kopalnie i część zakładów kooperujących z górnictwem. Do końca lat 50. stale zwiększano wydobycie i zatrudnienie w tej branży. Wówczas zaznaczyła się tendencja spadkowa zapotrzebowania na węgiel. Nowe, bardziej wydajne technologie spalania, wzrost znaczenia ropy naftowej i gazu ziemnego w energetyce – sprawiły, że górnictwo zaczęło mieć kłopoty finansowe. Nie udawało się sprzedać całego urobku, a realia rynku ograniczały wysokość cen węgla.

Wymusiło to zmiany, które przebiegały dość spokojnie w latach 60. Likwidowano kopalnie najbardziej nierentowne, o niewielkich złożach i trudnych warunkach geologicznych. Główny ciężar reformy przypadł na rządy laburzystów, którzy doprowadzili do zamknięcia ponad połowy kopalń i podobnej skali redukcji zatrudnienia (o ponad 300 tys. osób). Zwalnianym pracownikom starano się zapewnić inną pracę, wielu odeszło na przedwczesne emerytury, a ogólna sytuacja gospodarcza pozwoliła górnikom na stosunkowo „miękkie lądowanie”. Rządy konserwatywne i laburzystowskie kierowały się ideałami państwa opiekuńczego, ale panował także konsens w ocenie górnictwa: przerostów zatrudnienia, zbyt dużych inwestycji, nowych trendów w energetyce itp.

Wpływ na przebieg zmian miała również potęga związków zawodowych. W 1945 r. utworzono National Union of Mineworkers (NUM) – Krajowy Związek Górników. Pod koniec lat 70. zrzeszał prawie 200 tys. osób, co stanowiło niemal 90% załóg kopalń. Do tego dochodziło Krajowe Zrzeszenie Sztygarów, liczące w tym okresie ok. 15 tys. osób. Sektor energetyczny w ponad 50% bazował na węglu z państwowych kopalń głębinowych, więc dłuższy strajk górników oznaczał poważne kłopoty dla całej gospodarki.

Obrazu dopełniało dość korzystne dla związków zawodowych ustawodawstwo w Wielkiej Brytanii: gwarancje niemożności pociągnięcia związków do odpowiedzialności finansowej za straty spowodowane strajkami; powszechny zwyczaj mówiący, że jeśli większość pracowników chce strajku, to wszyscy pozostali muszą przerwać pracę. Potęgę NUM ograniczała jednak tradycja „dogadywania się” z centralnym zarządem kopalń oraz własny statut – np. strajk można było podjąć, gdy w referendum uzyskał poparcie 2/3 związkowców.

Nadciąga apokalipsa

Na początku lat 70. do władzy doszła Partia Konserwatywna, po raz pierwszy z tak liczną reprezentacją wolnorynkowych radykałów. Premierem został Edward Heath, niechętny państwowemu interwencjonizmowi, a funkcję ministra edukacji objęła Margaret Thatcher. Szybko okazało się, że rynkowe reformy nie przyniosły ożywienia gospodarczego, rosła inflacja. Pod wpływem strajków różnych grup zawodowych, Heath powrócił do modelu bardziej prospołecznego. Tzw. kryzys naftowy spowodował gwałtowny wzrost cen ropy. Polepszyło to kondycję górnictwa (wzrosło zapotrzebowanie na węgiel) i pogorszyło ogólne nastroje w kraju.

Pewni swojej siły, związkowcy z NUM postanowili przeciwdziałać i tak nieśmiałej polityce reformowania górnictwa. W 1974 r. ich strajk doprowadził do obalenia rządu Heatha. Partia Pracy, zawdzięczająca górnikom powrót do władzy, prowadziła politykę korzystną dla tego sektora. Choć proces zamykania kopalń i redukcji zatrudnienia trwał, to jego tempo było niewielkie, a kolejny kryzys naftowy polepszył koniunkturę na węgiel i kondycję całej branży. Była to jednak cisza przed burzą.

W 1979 r. wybory wygrali torysi, a premierem została Margaret Thatcher. „Żelazna Dama” nie tylko popierała wolny rynek i uważała, że związki zawodowe są szkodliwe dla rozwoju gospodarki. Od czasu obalenia rządu Heatha przez górniczy strajk, szczególną, wręcz karykaturalną niechęcią darzyła związkowców z tego sektora.

Przymiarki

Ustawy z pierwszych lat rządów Thatcher nałożyły na związki wysoką odpowiedzialność finansową za narażenie innych na straty materialne podczas strajków. Zakazano także strajków solidarnościowych, czyli dotyczących poparcia dla postulatów pracowników innych zakładów. Zakazy objęły często stosowaną metodę pikietowania zakładów, mającą na celu niedopuszczenie do nich łamistrajków i dostaw zaopatrzenia. Nie można już było legalnie pikietować poza własnym miejscem zatrudnienia, a w nim liczebność pikiet ograniczono do… 6 osób.

Po pierwszym, a zwłaszcza drugim szoku naftowym, pod koniec lat 70. Wielka Brytania położyła nacisk na eksploatację ropy i gazu na Morzu Północnym – od początku lat 80. zauważalnie wzrósł ich udział w bilansie energetycznym kraju. Nastąpił rozwój energetyki atomowej, potaniał węgiel z importu, a koniec kryzysu naftowego oznaczał tańszą ropę. W porównaniu z sytuacją sprzed dekady, udział rodzimego węgla w bilansie energetycznym zmalał o kilkanaście procent. Pogorszeniu uległa sytuacja finansowa górnictwa – antyinflacyjna polityka „Żelaznej Damy” doprowadziła do wzrostu wysokości odsetek od kredytów, więc inwestycje w górnictwie obciążono dodatkowymi kosztami.

Gdy w 1981 r. rząd postanowił zlikwidować 50 kopalń i zwolnić z nich ok. 25 tys. osób, strajk rozpoczęło 50 tys. górników. Zapasy węgla były znikome, zarząd kopalń prowadził własną politykę, niezależną od rządu. Thatcher szybko musiała odwołać swoje zamiary.

Żarty się skończyły

Przez niemal 30 powojennych lat panował wokół górnictwa pewien konsensus i obie strony były gotowe na kompromisy. Torysi pod wodzą Thatcher wypowiedzieli jednak ten niepisany układ.

W 1982 r. na czele NUM stanął Arthur Scargill, wcześniej przywódca związku w zagłębiu Yorkshire. Był on przedstawicielem radykalnego skrzydła NUM – pochodził z górniczej rodziny o tradycjach komunistycznych, w młodości działał w Lidze Młodzieży Komunistycznej. Był radykalny jeśli chodzi o poglądy – konsekwentnie popierał jak najdalej posuniętą nacjonalizację przemysłu – ale także w kwestii działań: gloryfikował pikietowanie kopalń, strajki solidarnościowe, nie krył sympatii wobec „robotniczej przemocy”.

Wybór Scargilla nie był przypadkowy. Kopalnie likwidowano stopniowo, lecz proces ten trwał tak długo, że nie sposób było go całkiem zneutralizować, a jego skutki były widoczne gołym okiem. Konfrontacyjna postawa Thatcher dodatkowo zaburzyła poczucie pewności, w każdej chwili można było spodziewać się utraty pracy. Pogorszyła się także sytuacja ekonomiczna górników – w efekcie polityki „Żelaznej Damy” najbardziej stracili robotnicy przemysłowi, których realne płace malały lub rosły znacznie wolniej niż innych grup zawodowych. Kumulacja gniewu i frustracji zaowocowała wyborem Scargilla, a związek zyskał lidera, który wprost nienawidził ówczesnej polityki gospodarczej torysów.

O jedną kopalnię za daleko

Thatcher wyciągnęła wnioski z porażki w pierwszym starciu. Dbała o duże zapasy węgla w kluczowych branżach i przedsiębiorstwach. Dokonała także zmiany szefa zarządu kopalń – został nim Ian MacGregor, znany z tego, że w USA skutecznie złamał strajk hutników. Cały czas prowadzono politykę likwidacji kopalń i zwalniania górników, fiaskiem kończyły się negocjacje ws. podwyżek płac w tym sektorze. „Reformatorzy” byli jednak roztropni, dokonując zamykania kopalń pojedynczo, w różnych okręgach węglowych. Choć Scargill zdawał sobie sprawę z prawdziwych zamiarów rządu, nie potrafił przekonać związkowców do strajku generalnego. Kolejne referenda pokazały, że zwolennicy protestu byli w mniejszości – niespełna 40% członków związku chciało strajkować.

Na początku 1984 r. zarząd kopalń postanowił zamknąć kopalnię w Cortonwood w Yorkshire. Związkowcy zarzucali pomysłodawcom, że jest to decyzja nieuzasadniona. Najpierw w tej, a później w okolicznych kopalniach wybuchł strajk. Identyczna sytuacja była w Szkocji. Takiej okazji nie mógł przepuścić Scargill, który potraktował te strajki jako pretekst do akcji ogólnokrajowej – w jego ocenie, im szybciej udałoby się doprowadzić do upadku rządu torysów, tym lepiej dla górnictwa i całej gospodarki brytyjskiej.

Nie będąc pewnym wyniku referendum ws. strajku, wraz z współpracownikami z zarządu NUM podjęli kontrowersyjną decyzję o przystąpieniu do akcji protestacyjnej na mocy uchwały. Nagięli w ten sposób statut związku, co wzbudziło nieufność wielu jego członków (dało też Thatcher argument o nielegalnym charakterze strajku). Do swej najważniejszej bitwy związek przystąpił podzielony, rozdarty we władzach krajowych i regionalnych oraz na poziomie kopalń. Do strajku nie przyłączyło się zagłębie Nottinghamshire – rentowne, największe pod względem wydobycia i kluczowe dla zaopatrzenia strategicznych odbiorców węgla. Niemniej jednak strajk górników stał się faktem. Od wiosny do jesieni brało w nim udział ok. 145 tys. osób, a pracowało ok. 40 tys. Wydobycie wstrzymano w 130 kopalniach, wielkość urobku spadła o 75%.

Węgiel i krew

Przeciwko górnikom rzucono znaczne siły policyjne. Usiłowały one rozpędzać pikiety przed kopalniami. Aresztowania uczestników pikiet objęły setki osób. Media ujawniły liczne przypadki bestialskiego znęcania się nad zatrzymanymi. W kilku górniczych miejscowościach doszło do zdarzeń, które należy określić mianem pogromów – zmasowane siły policyjne odcięły je od świata i bez powodu atakowały kogo popadnie.

Szczególnie silne ataki przypuszczono w Nottinghamshire, gdzie strajkujący z innych zagłębi próbowali zablokować miejscowym drogę do pracy, aby zwiększyć „siłę rażenia” protestu. Wysłano tam kilka tysięcy policjantów, m.in. zaprawionych w walkach z agresywnymi kibicami sportowymi i zamieszkami w Irlandii Północnej. Na wielką skalę przeprowadzono policyjne blokady dróg wiodących do Nottinghamshire, zatrzymujące górników jadących na pikiety.

Podczas blokady koksowni w Orgreave doszło w maju i czerwcu 1984 r. do prawdziwej wojny z udziałem, wedle różnych szacunków, od kilkunastu do ponad 30 tys. górników i kilkunastu tysięcy policjantów z doborowych oddziałów. Policja używała agresywnych psów, armatek wodnych, gazu łzawiącego, transporterów opancerzonych, helikopterów i broni palnej. Górnicy odpowiedzieli płonącymi barykadami, stalowymi linkami rozciąganymi na drodze szarżującej konnej policji, koktajlami Mołotowa itp.

Do zwalczania strajku użyto wyspecjalizowanej komórki Scotland Yardu i brytyjskich służb specjalnych (MI5). W wielu miejscach spotkań strajkujących założono podsłuchy. Scargillowi i kilku innym liderom przydarzyły się zagadkowe wypadki (m.in. samochodowe), które trudno interpretować inaczej niż jako próbę zastraszenia, jeśli nie chęć pozbawienia ich życia.

Łącznie podczas strajku aresztowano ok. 12 tys. górników. Około 5 tys. z nich stanęło przed sądem, większość została skazana, z czego ponad 200 osób otrzymało wyroki powyżej jednego roku pozbawienia wolności. Około tysiąca górników zostało w czasie strajku wyrzuconych z pracy pod różnymi pretekstami.

Marchewka i kij

Przede wszystkim dążono jednak do pogłębienia podziałów wśród strajkujących. Na wstępie rząd zaproponował bardzo wysokie odprawy górnikom, którzy dobrowolnie odejdą z pracy. W trakcie strajku każdy brytyjski górnik otrzymał imienny list od prezesa zarządu kopalń, w którym był namawiany do wywarcia presji na liderach związku w celu przerwania strajku. Osoby, które nie przystąpiły do strajku, oprócz pensji otrzymywały dodatkowe gratyfikacje z funduszu zorganizowanego przez Davida Harta – milionera o poglądach skrajnie liberalnych. Wraz z innymi ludźmi biznesu, inspirował i finansowo nagradzał on postawy łamistrajkowe – rzekomo oddolne wystąpienia górników wzywających kolegów do powrotu do pracy. Każda taka inicjatywa była skrzętnie nagłaśniana przez wielkie media jako przykład tego, że „zwykli górnicy chcą pracować, ale nie pozwalają im związkowi wichrzyciele”. Obóz Thatcher był w tej nagonce wspierany przez znanego magnata medialnego Roberta Maxwella, właściciela m.in. poczytnego brukowca „Daily Mirror”.

Górnicy nie otrzymywali wypłat podczas strajku (także ich liderzy nie pobierali związkowych pensji), lecz jedynie niewielki, ustawowy zasiłek. Najbardziej potrzebującym zasiłki wypłacał także NUM, prowadzono publiczne zbiórki na rzecz strajkujących górników, organizowano imprezy sportowe i kulturalne, z których zysk przeznaczano na ten cel. Ale łączne dochody górników z tych źródeł wynosiły 15-30% normalnej pensji. Gdy strajk nie odniósł szybkiego sukcesu, od lata 1984 r. zaczęły się kruszyć szeregi bojowych górników – bieda wygnała ich do pracy. Jesienią, wyczuwając nastroje, zarząd kopalń zaoferował różne premie tym, którzy wrócą do pracy do połowy listopada – z oferty skorzystało ponad 10 tys. górników i był to początek końca strajku. Fali powrotów do pracy nie dało się już powstrzymać, szczególnie wzmogła się ona po skromnych i biednych świętach Bożego Narodzenia.

Presja rządowa skierowana była nie tylko wobec strajkujących. Jednym z czynników mogących przesądzić o sukcesie protestu było wsparcie górników przez inne branże: hutnictwo, kolej, transport samochodowy i dokerów. Gdyby te grupy zawodowe dołączyły do strajku, Thatcher nie opanowałaby chaosu. Strajk transportowców i kolejarzy uniemożliwiłby przewożenie węgla z niestrajkujących kopalń, strajk dokerów – rozładunek węgla z importu, a strajk hutników pogłębiłby zawirowania gospodarcze. Hutników jednak przestraszono widmem upadku branży, która przeżywała dekoniunkturę, kolejarzy przekupiono podwyżkami, dokerzy przez krótki okres strajkowali, ale szybko pod wpływem gróźb i obietnic wrócili do pracy – ogólną tendencją było werbalne popieranie strajku przez liderów innych branż, lecz „doły” związkowe nie chciały strajkować. Gwoździem do trumny było udaremnienie przez rząd strajku członków Krajowego Zrzeszenia Sztygarów jesienią 1984 r. Ustawodawstwo zakazywało pracy górników bez nadzoru – gdyby sztygarzy przyłączyli się do strajku, musiałyby stanąć wszystkie kopalnie.

Umiejętne stosowanie zasady „dziel i rządź” złamało robotniczą solidarność. Gdy Scargill zwrócił się o pomoc do Kongresu Związków Zawodowych (głównego zrzeszenia związkowców różnych branż) – apelował o strajki solidarnościowe i wsparcie finansowe – nie wyszło z tego nic poza obietnicami.

Skok na kasę

NUM, związek dość zamożny, w wyniku długiego strajku popadł w tarapaty. Duże wydatki wiązały się z prowadzoną działalnością strajkową, m.in. finansowaniem wyjazdów na pikiety. Dodatkowo ekipa Thatcher stworzyła wyrafinowany plan uderzenia w ten czuły punkt związku.

Nowe ustawodawstwo związkowe po raz pierwszy wprowadzono w życie. Do sądów trafiły pozwy przeciwko NUM, dotyczące utrudniania pracy i strat finansowych. Już pierwszy wyrok w takiej sprawie, wytoczonej regionalnemu oddziałowi związku, opiewał na 50 tys. funtów, po nim przyszły kolejne, w tym maksymalna kara dla centrali związku – 200 tys. (w momencie wybuchu strajku NUM miał ok. 10 milionów funtów). Do tego doszedł inspirowany przez wspomnianego Harta pozew łamistrajków żądających uniemożliwienia kierownictwu NUM dysponowania majątkiem związku w sytuacji, gdy strajk podjęto bez referendum.

NUM nie zamierzał płacić, ale Thatcher wynajęła znaną firmę Price Waterhouse (obecnie PricewaterhouseCoopers). Przy współpracy wywiadu brytyjskiego szybko dowiedziała się ona, gdzie są pieniądze związku – także wtedy, gdy przezornie zostały przelane na konta fasadowych instytucji i zaufanych osób prywatnych. Zabiegi prawne zablokowały większości funduszy NUM lub znacznie utrudniły obracanie nimi, ściągnięto też wszystkie grzywny nałożone przez sądy oraz 800 tys. funtów jako zapłatę za usługi Price Waterhouse. Odblokowanie funduszy związku nastąpiło dopiero w 1986 r.

Samobójcze bramki

O porażce strajku zadecydowały także błędy związkowców. Fatalny był moment rozpoczęcia akcji – wczesna wiosna, kiedy maleje zapotrzebowanie na węgiel. Gdyby strajk wybuchł w okresie wzmożonego popytu na ten surowiec, szanse na wygraną byłyby znacznie większe, także dlatego, że nazbyt wielkich ilości węgla nie dało się gromadzić ze względów technicznych. Tymczasem małe zużycie, zapasy i utrzymanie części wydobycia sprawiły, że gospodarka przetrwała ten okres, a przeciąganie się strajku wyniszczyło NUM finansowo, znacznie zubożyło górników i podkopało ich morale.

Choć górnicy cieszyli się tradycyjnie sympatią znacznej części społeczeństwa, to Thatcher wykreowała ich obraz jako darmozjadów, którzy wymuszają swoisty haracz na rządzie. Pogorszyła się także kondycja mniej zamożnych grup zawodowych, które porzuciły solidarystyczną postawę i zaczęły traktować górników jak konkurentów. Społeczeństwo nie odwróciło się od górników – w całym kraju miały miejsce setki inicjatyw na rzecz ich poparcia, zebrano duże kwoty na pomoc strajkującym, liczni ludzie kultury wyrażali publicznie poparcie dla celów strajku –jednak inne grupy zawodowe nie przyłączały się do strajku, a rząd mimo wszystko cieszył się sporym zaufaniem.

Choć powszechnie potępiano przemoc policji, to również „bojowa” postawa górników napotkała na krytykę. Latem i jesienią 1984 r., kiedy frustracja strajkujących zaczęła gwałtownie rosnąć, w kilku miejscach kraju miały miejsce brutalne samosądy – doszło do ciężkich pobić i demolowania mieszkań górników, którzy wyłamywali się z grupowej solidarności i nie chcieli strajkować. W listopadzie stała się tragedia – przypadkowo zabito taksówkarza wiozącego łamistrajka do pracy.

Gdy związek zaczął mieć kłopoty finansowe, liderzy NUM zaczęli rozpaczliwie poszukiwać wsparcia. Pomoc zaoferował Związek Radziecki (formalnie tamtejsze związki zawodowe) – ostatecznie jednak obiecane pieniądze nie trafiły do strajkujących górników. Uniemożliwiła to postawa brytyjskich służb specjalnych oraz rosnące wpływy Michaiła Gorbaczowa, który był przeciwny ingerencji w sprawy brytyjskie. Jednak całą sprawę wykorzystano do przedstawienia w mediach liderów NUM jako agentów, którzy prowadzą strajk na zlecenie ZSRR, żeby zdestabilizować sytuację wewnętrzną. Podobnie było z Libią, która pozostawała wówczas w konflikcie dyplomatycznym z Wielką Brytanią. Pieniądze z tego kraju nigdy nie trafiły do strajkujących górników, za to sprawę wykorzystano do zmasowanych ataków na Scargilla – istnieją poważne przesłanki, że całość była prowokacją brytyjskich służb specjalnych, na którą dali się złapać liderzy NUM.

Równia pochyła

Pod koniec lutego 1985 r. przekroczono symboliczną barierę – do pracy wróciła ponad połowa górników. 9 marca uznaje się za datę zakończenia strajku – NUM nie osiągnął nic, a jego straty były dotkliwe. Był to jednak tylko wstęp do zniszczenia brytyjskiego górnictwa.

Klęska górników w 1985 r. oznaczała przetrącenie kręgosłupa tej grupie zawodowej. Już w czerwcu 1985 r. nastąpił rozłam w NUM i powstał Związek Demokratycznych Górników. Choć był znacznie mniejszy, to rozbicie ruchu związkowego uniemożliwiło skuteczną obronę praw pracowniczych. Likwidacja kopalń w następnych latach nie napotkała na silny opór, podejmowane próby strajków kończyły się porażkami.

W 1983 r. działało 170 kopalń z ponad 190 tys. górników – w roku 1990 (koniec rządów Thatcher) były już tylko 73 kopalnie i 65 tys. górników. Wydobycie węgla zmalało jednak tylko o ok. 15%, głównie w efekcie zamykania kopalń o niższej wydajności, wymuszania na górnikach coraz cięższej pracy oraz wskutek stosowania nowoczesnych maszyn (bardzo drogich, co sprawiło, że wzrost wydajności nie przełożył się na znaczną poprawę rentowności kopalń). Później było jeszcze gorzej. Recesja na początku lat 90. i liberalizacja rynku surowców energetycznych (węgiel i ropa kupowane na rynku światowym były tańsze niż rodzimy węgiel) skłoniły kolejny rząd torysów do dalszego „reformowania” górnictwa. Zamykano kopalnie (całkowicie likwidując niektóre zagłębia węglowe) i zwalniano górników. W 1994 r. było już tylko 16 państwowych kopalń głębinowych, zatrudniających 8 tys. górników. Wydobycie węgla spadło w stosunku do poziomu z roku 1983 o niemal 70%.

Rok później górnictwo sprywatyzowano. 14 kopalń kupiła firma RJB Mining. Spółka ta osiągała dodatnie wyniki finansowe, co nie było trudne, bo ocalałe z pogromu kopalnie były najlepsze i wzmocnione państwowym programem inwestycyjnym z początku lat 90. Ale i RJB nie patyczkował się z kopalniami – firma zamknęła kilka swoich zakładów, podobnie było z kilkoma innymi prywatnymi kopalniami. Dziś w całej Wielkiej Brytanii funkcjonuje 10 kopalń (większość należy do firmy UK Coal), pracuje w nich tylko 9 tys. górników.

Czyż nie dobija się górników?

Na przestrzeni kilkunastu lat zlikwidowano w jednym sektorze 180 tys. miejsc pracy, co oznacza, że średnio cztery razy tyle osób – górnicy i ich rodziny – zostało pozbawionych głównego źródła dochodów. Wbrew propagandzie zwolenników Thatcher, nie powstało wiele nowych miejsc pracy – w każdym razie nie w dawnych górniczych społecznościach, gdzie do dziś bezrobocie sięga 20-30%. Około 90 tys. byłych górników nie znalazło żadnej stałej pracy, a większość nowych posad jest znacznie gorzej płatnych niż w kopalniach. W dawnych górniczych osadach o kilkadziesiąt procent wzrósł poziom przestępczości, wiele z nich przypomina strefę wojenną. Panuje tam nie tylko bieda – znacznym problemem jest nawet… analfabetyzm. Zniszczono także coś więcej niż etaty przy wydobyciu węgla – stabilizację społeczną, kilkudziesięcioletnią tradycję i styl życia górniczych osad, a także wiarę tysięcy ludzi w to, że rząd służy dobru obywateli.

To wszystko nabiera dodatkowego znaczenia, gdy wiemy, że całkiem liczne były przypadki zamykania rentownych kopalń. Że fałszowano raporty i analizy, byle tylko wykazać konieczność likwidacji. Że Thatcher odmawiała dopłat do górnictwa, uzasadniając to zasadami wolnego rynku, lecz hojnie wspierała z budżetu energetykę atomową i przemysł wydobywczy ropy naftowej i gazu. Na pewno częściowe reformy górnictwa były potrzebne, ale wielu ekspertów twierdzi, że przy rozsądnej polityce gospodarczej można było to robić wolniej i bez konieczności likwidacji niemal całej branży. Znaczna część kopalń miałaby do dzisiaj rację bytu – mogły być rentowne lub obciążać budżet nie bardziej niż koszty bezrobocia, biedy i dewastacji górniczych społeczności.

Rynek i konserwatyzm, ruiny i zgliszcza

„Żelazna Dama” jest symbolem promowania wolnego rynku i obrony wartości konserwatywnych. Rzeczywistość przeczy temu obrazowi. Przenikliwie opisał to dawny apologeta i współpracownik Thatcher, brytyjski filozof polityki John Gray, który widząc skutki neoliberalnych pomysłów stał się radykalnym krytykiem takiej ideologii.
W tekście „Dziwna śmierć Anglii torysów” ukazał on destruktywny wymiar polityki Thatcher z punktu widzenia tych wartości, które rzekomo wyznawała i promowała. O ekonomicznych skutkach jej polityki napisał tak: „/…/ destruktywna polityka deregulacji rynku pracy, która w latach osiemdziesiątych rozbijała ruch związkowy, w latach dziewięćdziesiątych zaczęła niszczyć tkankę klas średnich wykonujących wolne zawody”. Z kolei następstwa kulturowe ofensywy thatcheryzmu ocenił następująco: „Jednym z najważniejszych skutków zastosowanej w Wielkiej Brytanii po 1979 roku radykalnej strategii wolnorynkowej był demontaż tych koalicji interesów ekonomicznych i grup społecznych, które były rękojmią istnienia konserwatyzmu przedthatcherowskiego. /…/ Średnioterminowym skutkiem neoliberalnej polityki konserwatystów w Wielkiej Brytanii jest erozja etosu w takich instytucjach jak służba państwowa i służba zdrowia, które poddano reformie zgodnej z receptami myślenia kontraktowego i menedżerskiego. Jakby było mało tej dewastacji znaczącego obszaru brytyjskiego dziedzictwa instytucji obywatelskich, owo neoliberalne dążenie do wtłoczenia życia społecznego w prymitywne ramy modelu wymiany rynkowej przyspieszyło delegitymizację takich instytucji jak monarchia i Kościół. /…/ Anglia torysów – owa bogata sieć wzajemnie powiązanych interesów, więzi szacunku społecznego i odziedziczonych instytucji, sieć, którą zdolność polityczna torysów skutecznie chroniła i odtwarzała poprzez umiejętną jej adaptację do instytucji demokratycznych Wielkiej Brytanii – ta Anglia torysów jest dziś praktycznie martwa”.

Jakaś okrutna ironia historii – ale także nauka na przyszłość – tkwi w tym, że liderka Partii Konserwatywnej zniszczyła konserwatywny styl życia, a w imię doraźnej poprawy wskaźników ekonomicznych po prostu rozwalono ład społeczny kształtowany przez pokolenia. Trafnie wyrazili to twórcy filmu „Orkiestra” (oryg. Brassed off), którego akcja rozgrywa się podczas „dogrywki” likwidacji brytyjskich kopalń w pierwszej połowie lat 90. W usta jednego z głównych bohaterów, emerytowanego górnika i szefa kopalnianej orkiestry dętej, włożyli oni znamienne słowa: „Od 10 lat ten cholerny rząd niszczy nasz przemysł i nie tylko przemysł, także naszą społeczność, nasze domy i nasze życie, a wszystko to w imię postępu, dla kilku wszawych funtów”.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 22 w roku 2005. Tekst przypominamy w 40. rocznicę rozpoczęcia strajku górników w Wielkiej Brytanii. Zdjęcie w nagłówku tekstu: przemarsz strajkujących górników w Dinnington w hrabstwie South Yorkshire; kopalnię w tej miejscowości zamknięto w roku 1991.

Pisząc tekst korzystałem z wielu źródeł, ale najważniejsze dane zaczerpnąłem z: Alex Callinicos i Mike Simons – „The Great Strike” (1985); Ken Coates i Michael B. Brown – „Community under Attack” (1997), Piotr Jachowicz – „Strajk górników brytyjskich w latach 1984-1985” (2002).

Twoja złotówka miewa znaczenie

Twoja złotówka miewa znaczenie

W tym, co nazywane bywa wyborami konsumenckimi czy patriotyzmem zakupowym, trzeba znaleźć złoty środek. Między egocentryczną megalomanią spod znaku przekonania, że decyzje zakupowe jednostek zmienią świat, a przekonaniem, że nic od nas nie zależy.

Ostatnio w mediach społecznościowych przypadkiem natrafiłem na kilka podobnych historii. A to w Tarnowskich Górach zamykano ostatni sklepik na jakimś osiedlu. A to w Krakowie zakończyła działalność „odwieczna” księgarnia w jednej z dzielnic. A to tutaj, gdzie mieszkam od niedawna, zlikwidowano sklepik „1001 drobiazgów” funkcjonujący przez dekady, a mające długie staże księgarnia i kino zaczęły mówić o kłopotach finansowych i ryzyku upadku. Wszystkie te wieści odbijały się w internecie szerokim echem. Rozmaite były opinie, przy okazji wylewano przeróżne żale pod adresem władz lokalnych, państwowych, a nawet całego świata. Nierzadko bez ładu i składu, jeśli chodzi o wiedzę o tym, kto za co odpowiada, co może, a czego w świetle prawa nawet nie powinien dotykać. Byli też wujowie i ciotki dobra rada spod znaku pomysłów dotyczących tego, jak prowadzić takie biznesy. Część tych pomysłów była być może zasadna, część zupełnie fantastyczna, jeszcze inne stanowiły syntezę dobrych chęci z brakiem orientacji w realiach prowadzenia działalności gospodarczej w ogóle czy w przypadku dysponowania ograniczonym kapitałem. Taki urok dyskusji internetowych. Dominowały natomiast opinie przeniknięte żalem, nostalgią, współczuciem. Wiele osób opisywało to w kategoriach straty czegoś dla nich ważnego. Tyle lat coś istniało, ale już nie będzie.

Czemu upadają takie biznesiki? Przyczyn jest wiele. Skończyły się czasy półdarmowych pracowników. Można uznać, bynajmniej nie będąc liberałem gospodarczym, że te naprawdę małe biznesy płacą składki i podatki zbyt wysokie jak na ich obroty i skalę działania – choć korwinowskie recepty na ten stan rzeczy są bzdurne. Skończyły się czasy taniej energii. Czynsze za lokale komercyjne są w Polsce nierzadko zatrważające. Zapewne część takich inicjatyw mogłaby działać lepiej, inaczej, w sposób nadążający za zmianami pokoleniowymi, kulturowymi czy technologicznymi. A część tego rodzaju firm odchodzi w przeszłość z przyczyn naturalnych – ktoś zmienia pracę, ktoś idzie na emeryturę, ktoś chce robić coś innego, komuś przydarzyła się choroba itd.

Ale zazwyczaj chodzi o czynnik banalny i oczywisty – za mało klientów, czyli wpływów, czyli zysków. Czasami ma to przyczyny naturalne. Zmienia się struktura demograficzna, zmieniają trendy kulturowe czy mody konsumpcyjne. Czasami zmienia się otoczenie – wystarczy, że w okolicy zamknięto duży zakład, aby w ślad za tym upadły pobliskie kioski, sklepiki czy knajpy, bo nie ma już strumienia klientów, który dawniej istniał. Młodzi konsumują inaczej niż pokolenie ich rodziców. Seniorzy nie korzystają z części usług, które wybierali w sile wieku. Jest mniej dzieci, a więcej emerytów. A także, co stanowi ogromny nowy trend, rzadko analizowany w tym kontekście, mnóstwo ludzi przemieszcza się obecnie samochodami. To oznacza zupełnie inną „mapę” miasta i okolicy w kontekście korzystania z różnych firm, niż było to w czasach, gdy wiele osób robiło zakupy na szlaku pieszym lub na trasie dom, praca, przystanki komunikacji zbiorowej.

Chodzi też jednak o zaniechanie. Gdy znajomi wspominają z nostalgią nieistniejące sklepy, punkty usługowe czy knajpy, albo troszczą się o te, które podupadają, pytam ich, kiedy ostatnio i jak często z nich korzystali. Pytam też w myślach samego siebie. Zwykle okazuje się, że wcale nie było to niedawno oraz że było niezbyt często.

Moda na „wybory konsumenckie” pojawia się i odżywa co jakiś czas. Zwykle w środowiskach, które mówią o takiej czy innej zmianie świata na lepsze. To kupujmy, a tego nie. U tych, a nie u tamtych. Takie i takie warunki muszą być spełnione, żebym coś nabył. Ekologia, wegetarianizm, troska o warunki zatrudnienia przy produkcji, postawy firmy wobec różnych spraw i zjawisk – to wszystko jest wdzięcznym polem do wywołania w nas poczucia sprawstwa.

Ma to sensowne podłoże – wypełniamy rozmaite role społeczne, różniąc się przy tym. Jeden jest pracownikiem, więc może wstąpić do związku zawodowego, ale inny studiuje, jest emerytem lub ma jednoosobową działalność gospodarczą, więc płaszczyzna związkowa ich nie dotyczy. A konsumentem jest każdy. Jeden ma portfel grubszy, inny chudszy, ale każdy coś kupuje. Każdy może zatem „głosować” portfelem. W dodatku żyjemy w konsumeryzmie – wybory zakupowe są częścią naszej tożsamości. To kupuję, tamto bojkotuję, tych popieram, ta marka pozycjonuje się na takich jak ja, a tamta na innych niż ja, ta firma deklaruje wartości mi bliskie, a inna – odległe od mojego światopoglądu.

Poza tym żyjemy w świecie, gdzie tożsamość konsumenta jest często jedyną na serio nam dostępną. Skruszył się lub został wyszydzony etos zawodowy, szczególnie grup mniej szanowanych. Z konkretnymi miejscami coraz trudniej się utożsamić w czasach mobilności. Rzadko należymy do organizacji społecznych, jeszcze rzadziej angażujemy się w ich zaawansowane działania. W polityce mamy poczucie, że nasz głos ma niewielkie znaczenie. Wobec wielkich trendów świata czujemy się jak mróweczka przy słoniu. Często mamy poczucie bezradności, alienacji, braku sprawstwa. To, jak wydajemy własne pieniądze, jest często ostatnim bastionem poczucia sprawczości. Kupuję, więc jestem. Kupuję, więc o czymś decyduję.

Stąd popularność wiary w siłę sprawczą wyborów konsumenckich. Lubimy mieć poczucie decyzyjności. Tego, że coś od nas zależy. Tyle że często jest to pułapka, w którą złapane zostało nasze ego. W kwestii megatrendów nie zależy od nas prawie nic. My mamy trochę złotówek, a wielkie biznesy, korporacje, kreatorzy mód i produktów – mają ich grube miliony. Spora część produkcji, konsumpcji, reklamy itp. ma dziś charakter globalny, a żyjemy w świecie 8 miliardów ludzi. Nasz jednostkowy wysiłek, nasza decyzja czy postawa są wobec tego statystycznie nieistotne. Nawet jeśli będzie nas 100 tysięcy, co wymaga wielkiego wysiłku organizacyjnego, wciąż będziemy małą grupką wobec globalnych wyzwań czy skali operowania światowych potentatów. Dotyczy to nie tylko pozytywnych wyborów konsumenckich, ale także ich krytycznej wersji – bojkotów jakichś firm, produktów, składników itp.

Jako jednostka często nie znaczymy zupełnie nic. Dlatego wybory konsumenckie są albo zupełnie nieistotne, albo sprawcze w stopniu niewielkim i w bardzo długiej perspektywie, albo działają dopiero wtedy, gdy współgra z nimi trend biznesowy, polityczny itp. Pamiętam takich prób wiele. Kupowania tego czy bojkotowania tamtego. Takiej czy innej wielkiej firmy. Drobiazgowego czytania etykietek. Sprowadzania czegoś z daleka za cenę sporych wysiłków. Na krótką metę daje to satysfakcję. Na dłuższą – traci się ogrom energii. Im większa skala wyzwania, tym łatwiej i szybciej wymiękamy. Albo zapamiętujemy się w sekciarskim odlocie i z pogardą patrzymy na współpracowników rejterujących z pola walki lub na „bierne społeczeństwo”, które nawet jej nie podjęło. Doskonały przepis na frustrację i zgorzknienie.

Co gorsza, ułuda zmian oddolnych i związanych z wyborami konsumenckimi jest wygodna dla wielkich i wpływowych. Władze polityczne umywają ręce od zmian ustawowych oraz od przeciwstawienia się potęgom biznesowym i ich lobbystom. Świetnie to widać w ekologii. Zamiast zmiany ustawowej, np. wprowadzenia opakowań wielorazowych i zwrotnych tam, gdzie to tylko możliwe, co zmniejszyłoby marnotrawstwo surowców, energii i skalę wytwarzania odpadów o ogromne wskaźniki, całość spycha się na nas. W cenie produktu płacisz za jednorazowe zaawansowane opakowanie, później w swoim czasie prywatnym segregujesz śmieci, w rachunkach płacisz za koszty rosnącej skali ich utylizacji i przetwarzania, a to wszystko nie rozwiązuje żadnego problemu. Jedna ustawa nakazująca biznesowi np. sprzedaż większości napojów w zwrotnych opakowaniach szklanych lub znaczne ograniczenie zaawansowania opakowań, miałaby dla ochrony środowiska o wiele, wiele większe znaczenie i pozytywny skutek niż nasze nieustanne krzątanie się przy segregacji śmieci. Których rosnącą stertę trzeba później wywieźć, przetwarzać, robić z nich nowe opakowania kosztem kolejnego dużego zużycia energii i sporych emisji, a te bezużyteczne utylizować kosztem kolejnych terenów, wydatków, zanieczyszczeń itp. Ale to oznaczałoby kłopoty i wydatki po stronie biznesu. Czyli jego mniejszy zyski. Dzisiaj ekologiczne skutki i koszty są zepchnięte na ciebie, twój portfel i twoją darmową pracę. I na środowisko naturalne. A skoro tak dużo się krzątasz przy „osobistej odpowiedzialności” za „stan planety”, to zapewne zabraknie ci czasu i sił, aby wraz z innymi dopominać się od władz publicznych narzucenia biznesowi innych reguł i obciążenia kosztami właśnie jego – nie konsumentów.

„Wybory konsumenckie” to strategia chybiona wobec zjawisk o wielkiej skali. Prowadząca raczej do frustracji niż poczucia sprawczości. Czy to oznacza, że zupełnie nie ma ona sensu? Wręcz przeciwnie – ma. Tyle że w mikroskali. Zmiany na lepsze w przypadku zjawisk o dużym zasięgu trzeba robić odgórnie. Ustawami, przepisami, instytucjami, normami itp. Zmiany na lepsze w przypadku zjawisk o niewielkiej skali można natomiast robić własnym portfelem. Nie tylko nim – ale także nim. To tutaj twoje pieniądze rzeczywiście mogą mieć znaczenie. A ty możesz zyskać uzasadnione i wymierne poczucie sprawczości.

Możesz na przykład ocalić sklepik, stragan, kiosk, knajpę, „odwieczny” punkt usługowy. Sprawić, że w lokalnej społeczności zostanie więcej pieniędzy. Czyli będzie ona zamożniejsza. Ty dasz zarobić komuś, a ten ktoś wyda to lokalnie u kogoś jeszcze innego, więc ten jeszcze ktoś również zarobi. Zapłacą podatki lokalnie, a nie w stołecznej centrali wielkiej firmy, zatem będzie więcej w budżecie na zieleń, chodniki, dom kultury, noclegownię dla bezdomnych czy zajęcia dla zdolnych dzieci. Przetrwa tkanka społeczna i gospodarcza, a twoje miasto czy dzielnica nie będą jak wymarłe. Na twoich zakupach czy zleceniach zarobi zwykły człowiek, taki jak ty, może twój sąsiad – a nie milioner czy miliarder, który nawet nie wie, gdzie na mapie znajduje się miejsce, w którym do jednego z tysięcy jego sklepów czy innych usług zanosisz część pensji. I tak dalej.

Sprawa komplikuje się przy patriotyzmie gospodarczym. Zasadniczo warto nabywać polskie produkty – czy to firm z polskim kapitałem, czy przynajmniej powstające w Polsce. To są miejsca pracy, podatki i inne korzyści dla kraju. Bzdurne są stwierdzenia, że kapitał nie ma narodowości. Owszem, ma, co widać w momentach jego odpływu do krajów macierzystych w sytuacjach kryzysowych czy pod wpływem rozmaitych przetasowań politycznych. Problematyczne jest to, że nie zawsze firma „czysto polska” zachowuje się dobrze czy lepiej wobec pracowników, społeczności lokalnych czy innych aktorów życia publicznego. Bywa z tym wręcz gorzej. Zdarza się nawet transferowanie środków polskich dużych graczy do rajów podatkowych albo inne formy unikania opodatkowania. Ale co do zasady lepiej, aby nasze pieniądze zostawały w naszym kraju.

To, co nie działa w makroskali, może natomiast sporo zdziałać na skalę niewielką. W przypadku małego sklepu już kilkudziesięciu dodatkowych klientów może zdecydować o przetrwaniu. To samo z punktami usługowymi, lokalami gastronomicznymi, stoiskiem na targu/bazarze itp. W małej skali decydują małe kwoty. To one mogą być albo nie być takiego biznesiku. Nie tylko pod względem finansowym, choć ten jest kluczowy. Ważne jest także poczucie sensu i przydatności u osób prowadzących niewielkie inicjatywy.

Nie wymaga to wielkiej filozofii, zaawansowanych wysiłków czy skomplikowanych strategii. Wystarczy odrobina uważności i pamięci. Niewielkie poświęcenie dotyczące tego, żeby o czymś pamiętać lub zrezygnować z wygody na rzecz czegoś tylko odrobinę trudniejszego. Czasami wystarczy przejść dodatkowe sto czy dwieście metrów, nie wejść odruchowo do sieciówki, lecz do pobliskiego innego podmiotu, uznać, że tym razem możemy ze znajomymi spotkać się nie w lokalu modnym czy popularnym, lecz tym nieco zapomnianym czy położonym kawałek od głównych szlaków imprezowych.

Oczywiście nie zawsze się da. Jedną ze słabości „wyborów konsumenckich” jest, paradoksalnie, ich ortodoksyjne traktowanie. Jesteśmy tylko ludźmi, ze słabościami i pokusami. Jeśli będziemy zamęczali samych siebie nieustannym myśleniem o „czystości” postaw czy obwinianiem się o „odstępstwo” od nich, to mamy szanse zrazić się do takich postaw w ogóle.

Innym problemem jest łatwe uznanie, że to się nam nie opłaca. Tak, część niewielkich inicjatyw miewa wyższe ceny. Bo działają w niewielkiej skali. Bo nie stoi za nimi fundusz inwestycyjny czy zamożny właściciel, którzy mogą okresowo bazować na niskich zyskach, aby zdobyć udział w rynku. Bo nie zamawiają towarów na wielką skalę, więc nie otrzymują takich rabatów od ceny jednostkowej, jakie mają gigantyczni gracze branżowi. Oczywiście niemal wszyscy musimy pilnować portfela, bo niemal wszyscy jesteśmy niezamożni. Ale różnice cenowe w przypadku części produktów bywają niewielkie. Nie zawsze jest taniej w internecie niż stacjonarnie, gdy uwzględnisz koszty przesyłki. Można po określone towary wybierać się do podmiotów sieciowych, jeśli różnica w cenie jest wysoka, ale do niewielkich sklepów iść po pozostałe, które nie są znacząco droższe. A bywają tańsze, bo i tak się zdarza – czasami „codziennie niższe ceny” to tylko mit wtłoczony nam do głów nachalną reklamą, już dawno nieweryfikowany w praktyce odnośnie do konkretnych produktów. W dodatku duzi gracze liczą na to, że przyjdziesz skuszony promocjami wybranych towarów, ale kupisz kilka nieplanowanych. I w efekcie wydasz więcej niż zamierzałeś.

Zdarzają się sensowne argumenty wskazujące na to, że niekoniecznie małe jest piękne. Wiemy, że prawa pracowników niewielkich podmiotów bywały łamane czy nieegzekwowane częściej niż w wielkich podmiotach, gdzie np. powstały związki zawodowe. Różnie z tym bywa. Lepsze traktowanie pracowników wymusił na sieciach handlowych niedobór rąk do pracy, związany z demografią, malejącym bezrobociem i niechęcią do podejmowania zatrudnienia w takich miejscach. Dopóki mogli, dopóty bez umiaru eksploatowali zatrudnionych. Czasy, gdy kasjerki siedziały w pampersach, nie mogąc przerywać pracy nawet wizytą w toalecie, już na szczęście minęły. Wciąż aktualne są natomiast takie sytuacje jak ta, gdy sieć supermarketów Kaufland systemowo dyskryminuje pracownice m.in. z powodu ich rodzicielstwa, a z pracy wyrzuciła działaczkę związkową, która nagłośniła sprawę.

Podobnie jest z innymi sprawami. Sieciowe biznesy mają do perfekcji opanowane na przykład PR-owe opowieści o trosce o środowisko, a nawet wdrażają w tej dziedzinie rozwiązania zbyt kosztowne dla niewielkich biznesów. Ale co z tego, skoro sam model ich działania jest skrajnie nieekologiczny. Jeśli podstawowe produkty przejeżdżają pół Polski lub całą tylko dlatego, że koncernowi wygodniej zawrzeć jeden kontrakt z wielkim producentem zamiast dziesięciu z mniejszymi regionalnymi, to skutkuje to sporym śladem ekologicznym i węglowym. Bo te produkty trzeba przewieźć TIR-ami, czyli zużyć ropę, oraz magazynować, czyli zużywać energię itp.

Gdy wydajesz pieniądze u małych lokalnych producentów, to zostają one w lokalnej społeczności. Wraz z wszystkimi korzyściami z takiego stanu rzeczy, o których już pisałem. Ale nie tylko o to chodzi. Zapaść jednych drobnych podmiotów oznacza często zapaść kolejnych. Widać to świetnie w handlu. Wielkie sieci zamawiają u wielkich producentów. Mniejsi nie mają szans wejść na ich półki. Zostają im tylko niewielkie sklepy, których coraz mniej. Gdy wielkie sieci wykańczają małe sklepy, mniejsi producenci tracą kanały zbytu. Czyli podstawy swego istnienia.

A co zostaje nam, konsumentom? Coraz bardziej ujednolicona oferta, powstająca w gigantycznych fabrykach, dostępna w całym kraju – i w całym kraju jednakowa. Oczywiście nie każdemu to przeszkadza. Ale innym tak. Paradoks stanowi fakt, że miał być wolny wybór, miała być różnorodność, miała być szeroka oferta. W praktyce z roku na rok więcej udziałów w rynku ma niewielka liczba dużych graczy i ich megamasowych produktów.

A my zostajemy z zamkniętym sklepem, zlikwidowanym kioskiem czy budką z warzywami, wymarłym targowiskiem, opustoszałą knajpą, zanikiem drobnych punktów usługowych. Z ubytkiem lokalnych podatków, czyli brakiem środków na wiele ważnych wydatków. Na miejskiej pustyni, w której poruszamy się między lokalami kilku wielkich sieci. Poza nimi coraz mniej jest czegokolwiek innego. I zostajemy z żalami oraz nostalgicznymi wspomnieniami wylewanymi w internecie: tu było, tu stało, tam chodziliśmy, tamto pamiętam, to było fajne, tego mi brakuje, za tym tęsknię, tamtego szkoda.

Nasze portfele i decyzje zakupowe nie zmienią świata. Mogą choć trochę zmienić naszą społeczność i najbliższą okolicę. Każda złotówka może mieć znaczenie. Właśnie w mikroskali.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Szukaj dziury w całym

Gdyby przenieść w nasze czasy kogoś świadomego ideologicznie oraz aktywnego politycznie sprzed stu lat, to po krótkim zapoznaniu się z rzeczywistością mielibyśmy pacjenta w stanie przedzawałowym lub proszącego o rozmowę z kimś, kto pomoże mu uporać się z nadmiarem wrażeń emocjonalnych.

Dowiedziałby się bowiem, że największe od dekad programy socjalne uruchomiła w Polsce partia nazywająca się prawicową. Że w historycznie mocno lewicowej Francji największym poparciem robotników cieszy się ugrupowanie „skrajnie prawicowe”. A na wszelakie lewice głosują tam i gdzie indziej ludzie z wysokimi dochodami, świetnie wykształceni, wielkomiejscy adepci hiperkonsumpcji i elity kultury, a wyborców plebejskich jest w tym gronie niewielu. Że w różnych krajach naturalnym sojusznikiem ugrupowań lewicowych czy postępowych są partie, które odpowiadają za politykę antysocjalną i chętnie pomstujące na „roszczeniowość” ludu. Że za nowoczesne i demokratyczne uznaje się skupianie coraz większej władzy w ręku niewybieranej i niekontrolowanej kontynentalnej elity. Że wrażliwi intelektualiści są zatroskani o warstwy ludowe z odległych krajów i kontynentów, ale o rodakach z takich warstw sądzą i mówią, że to ciemnogród, który sprzedał się za świadczenia socjalne. I tak dalej, i temu podobne.

A jednocześnie tej ewolucji – nieraz totalnej – pojęć, idei i systemów wartości coraz rzadziej towarzyszą poważne dyskusje. Co, jak, dlaczego, czemu tak, a czemu nie inaczej?

Kogo to obchodzi, gdy kilka plemion nawzajem obrzuca się zajadle błotem? Gdy przekonania należy nabywać w pakietach – jeśli jesteś za punktem A, to musisz być też za punktem T. Gdy wszelkie odstępstwa, niesubordynacje i brak ortodoksji są karane wykluczaniem odszczepieńców. Chyba że jakaś wolta jest w interesie którejś grupy, służy korzyści czy szwindlowi – wtedy strażnicy czystości ideologicznej nagle tracą czujność. Ale na co dzień lepiej za dużo nie myśleć, nie mieć wątpliwości, nie wychylać się. Demokracja, wolność, niezależność – tak, tak, oczywiście, ale wracaj do szeregu i stój w nim idealnie równo.

Oto numer „Nowego Obywatela” poświęcony ideom, pomysłom, postawom i osobom dalekim od ortodoksji i jednomyślności. W ogóle lub na tle swoich macierzystych środowisk. Ekolog i „zadymiarz” wzywa do ochrony dziedzictwa narodowego. Lewicowiec broni Brexitu przeciwko europejskiemu centralizmowi. Narodowiec krytykuje lewicę, ale także prawicę. Prezentujemy lewicowe argumenty i fakty przeciwko imigracji. Rozmawiamy z dziennikarką, która dopominała się o prawa imigrantów i uchodźców, ale nie przymyka oczu na problemy i mity związane z tym procesem. Feministki próbują zrozumieć „toksycznych mężczyzn”. Mamy wywiad z badaczem, który wykazuje, że postępowa tolerancyjna elita ma w nosie zarówno swoich rodaków, jak i imigrantów, a jej środowisko to ucieleśniona idea „white power”. Przypominamy lewicowe i marksistowskie stanowiska przychylne upominaniu się o tożsamość narodową. Lewicowość antykomunistyczną. Oraz tradycje i współczesność socjalizmu inspirowanego Biblią. I jeszcze inne teksty o nieoczywistej wymowie. Jako bonus do tego wszystkiego unikatowe materiały z odległej przeszłości, spod znaku ciekawych i niegdyś całkiem wpływowych, a dzisiaj zapomnianych idei – dystrybucjonizmu oraz syndykalizmu.

Czy wszystko to jest absolutną i ostateczną prawdą? Zapewne nie. Ale przynajmniej jest próbą myślenia wbrew bezmyślności. I próbą zmierzenia się na serio ze światem, jego problemami i wyzwaniami. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.