przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
W całej swojej działalności i politycznej, i naukowej Adam Próchnik pozostawał wierny ideałom, które przyjął za swoje już w latach młodości. Jeden z jego ostatnich artykułów konspiracyjnych w „Barykadzie Wolności” nosił znamienny tytuł: „O niepodległość, socjalizm, wolność”. Te trzy słowa charakteryzują dobitnie całość życia i działalności człowieka, polityka, historyka, wychowawcy – pisał w 30. rocznicę jego śmierci prof. Krzysztof Dunin-Wąsowicz.
***
Adam Próchnik przyszedł na świat 21 sierpnia 1892 r. we Lwowie. Jego matka, Felicja Nossig-Próchnikowa, to, jak na owe czasy, kobieta niezwykle oryginalna. Była głośną publicystką, zwolenniczką ruchu sufrażystek, a także jedną z pierwszych kobiet w Galicji, które uzyskały tytuł doktora filozofii (specjalizowała się w socjologii). Z prawnego punktu widzenia, ojcem Adama był Izydor Próchnik, zwykły urzędnik bankowy. Małżeństwo nie trwało jednak zbyt długo, a większą jego część małżonkowie spędzili w separacji. Wtedy też przyszedł na świat Adam Próchnik, którego biologicznym ojcem, jak głosiły plotki, był Ignacy Daszyński, wybijający się już wówczas na jednego z przywódców ruchu socjalistycznego w Galicji. Jego ojcostwo jest prawdopodobne, choć dziś historycy nie są już w stanie potwierdzić owego faktu niezbitymi dowodami.
Dorastał Próchnik w środowisku lewicowców i liberałów. Nic więc dziwnego, że już jako nastolatek wstąpił do socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Promień”, zrzeszającej uczniów galicyjskich szkół średnich. Jego młodzieńcza droga jest charakterystyczna dla wielu działaczy PPS, którzy zaczynali w organizacjach uczniowskich, później wstępowali do Związku Walki Czynnej (ZWC), Związku Strzeleckiego, i wreszcie angażowali się w działalność partyjną w szeregach Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska. Próchnik we wszystkich tych organizacjach działał już jako uczeń szkoły średniej.
Jednak jego największą namiętnością wcale nie była polityka, lecz historia. W 1911 r. podjął studia historyczne na Uniwersytecie we Lwowie. Jak wynika ze wspomnień kolegów i zachowanych dokumentów, przyszły działacz PPS był nie tylko zdolnym studentem, ale z czasem stał się także jednym z liderów środowiska lwowskiej lewicy akademickiej, sympatyzując wówczas z utworzoną przez Feliksa Perla tzw. PPS-Opozycją.
Do przerwania studiów zmusił Próchnika wybuch I wojny światowej. Jako „poddany” Franciszka Józefa, otrzymał kartę mobilizacyjną i trafił na front w mundurze armii austriackiej. Niewiele brakowało, a wojna skończyłaby się dla niego tragicznie – podczas walk w Karpatach odmroził sobie nogi i tylko dzięki usilnym staraniom Daszyńskiego udało się uratować je przed amputacją. Do walki jednak już się nie nadawał, co miało swoje dobre strony, mógł bowiem wrócić na uniwersytet.
Studia skończył jeszcze w trakcie trwania konfliktu i w 1917 r., na podstawie dysertacji „Demokracja kościuszkowska”, otrzymał tytuł doktora filozofii. Dobór tematu wyraźnie wskazywał na zainteresowania Próchnika, którym wierny został w swej pracy historycznej do końca. Nie chciał być kronikarzem wielkich wojen i zbrojnych potyczek czy apologetą monarchów, badał ruchy społeczne i prądy intelektualne, dążące do zmiany status quo. Interesowali go ci, którzy walczyli o postęp, demokratyzację i poszerzanie granic wolności człowieka. Stąd też bohaterami jego książek stawali się francuscy rewolucjoniści, polscy reformatorzy doby Oświecenia, czy – przede wszystkim – działacze ruchu robotniczego i bojowcy PPS. Jego prace w wielu aspektach do dziś zachowują żywotność, nie tylko ze względu na świetny warsztat badawczy, ale także dzięki niepospolitym zdolnościom literackim. Nie była z pewnością podyktowana kurtuazją opinia wybitnego historyka, Henryka Wereszyckiego, który pisał, że Próchnik jest jednym z pionierów badań nad epoką popowstaniową polskich dziejów i to – jednym z pionierów najważniejszych. Gdy przeglądamy dorobek historiograficzny okresu, który przed r. 1939 nazywał się historią najnowszą, to można bez wahania stwierdzić, że dorobek w nim Próchnika jest najpoważniejszy, i to nie tylko ilościowo, ale co najważniejsze i jakościowo.
Listopad 1918 r. zastał Próchnika we Lwowie, gdzie jako żołnierz POW brał udział w toczonych z Ukraińcami walkach o władzę w mieście. Wkrótce jednak trafił do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie objął funkcję dyrektora państwowego archiwum. Z Piotrkowem i piotrkowską organizacją PPS związany był przez 10 lat, szybko stając się jedną z centralnych postaci życia politycznego i kulturalnego w tym mieście.
***
W latach 20. pozostawał jednak w zasadzie jedynie działaczem lokalnym, którego nazwisko niewiele mówiło opinii publicznej. I choć nie miał większego wpływu na ówczesną politykę ogólnopolskiej PPS, to brał aktywny udział w publicystycznych debatach na temat najważniejszych problemów państwa i kierunków polityki partii. Szczególnie zajmowała go kwestia powojennego ułożenia stosunków narodowościowych w Europie i jej znaczenie dla Polski. Uważał, że „porządkowanie” mapy politycznej Europy dobiega końca i z czasem wszystkie narody kontynentu uzyskają własne państwo. Oczywiście, nie było to dla niego równoznaczne z całkowitym rozwiązaniem problemu. Pisał: Pozostaną, naturalnie, sprawy sprawiedliwego rozgraniczenia tych państw i sprawy mniejszości narodowych. Ale sprawy te nie będą mogły już mieć tego kolosalnego znaczenia, jakie dawniej posiadały. Realizacja tej pokojowej wizji, którą zresztą Próchnik mocno wiązał ze zwycięstwem socjalizmu, była jednak dużo trudniejsza niż mu się zdawało. Pokazał to choćby problem przynależności państwowej terenów Litwy, Białorusi i Ukrainy, o które przyszło toczyć walkę odrodzonej Rzeczypospolitej oraz Rosji Radzieckiej.
Kwestia wschodniej granicy państwa i polityki wobec obszarów na wschód od Bugu budziła w łonie PPS duże kontrowersje i przyznać trzeba, że do pokoju ryskiego nie zdołali socjaliści wypracować spójnej i powszechnie akceptowanej propozycji programowej. Różnie interpretowano koncepcję „federacyjną” i różnie też oceniano kolejne posunięcia Józefa Piłsudskiego, kształtujące wówczas polską politykę wschodnią. Sprawom tym wiele uwagi poświęcał też Próchnik, polemizując z kierownictwem partii i jej głównym teoretykiem – Mieczysławem Niedziałkowskim. Zdecydowanie odrzucał zarówno, posiadającą endecką proweniencję, tzw. koncepcję inkorporacyjną (przyłączenie do Polski rozległych obszarów na wschodzie), jak i popularną na lewicy ideę federacyjną. Próchnik odrzucał pomysł budowy federacji Polski oraz mniejszych państw na wschodzie (rozważano Białoruś, Ukrainę i Litwę), jako oparty na błędnym założeniu o „niedokończeniu” procesów narodowościowych na tych terenach. Nie ma bowiem – pisał – w gruncie rzeczy ukończonych procesów narodowościowych. W istocie bowiem procesu narodowościowego leży cecha płynności […]. Próchnik dowodził, że roztoczenie swoistej kurateli nad „młodszymi braćmi” i pomaganie innym narodom w „dorastaniu” do pełnej niepodległości jest nie tylko wątpliwe etycznie, ale także błędne z politycznego punktu widzenia. Dopóki Polska będzie państwem burżuazyjnym, dopóty Białorusini czy Ukraińcy nie mogliby liczyć na możliwość pokojowego opuszczenia federacji. Jedyną drogą, aż nazbyt dobrze znaną Polakom, byłaby więc irredenta. Z sarkazmem pisał, że koncepcja przemienienia Polski w zakład wychowawczy życia niepodległościowego dla sąsiadów przyniosłaby w rezultacie szkodę zarówno nam, jak i naszym uczniom.
Co proponował w zamian? Pełne urzeczywistnienie prawa samostanowienia narodów o swym losie, rozszerzenie Polski do swych granic etnograficznych i rozdzielenie terenów pośrednich między rodzinę wolnych i swobodnych narodów. […] Nie wmawiać w jedne narody, że nie dojrzały do państwowości własnej, a w drugie, że mają do spełnienia misję pedagogiczno-polityczną. Pamiętamy zbyt dobrze, jak nas wychowywano do niepodległości. Nasz program wschodni powinien być wyraźny i jasny: dać głos ludności. Propozycje Próchnika nie zyskały zbyt wielu zwolenników, jednak samodzielność jego sądów wzbudziła zainteresowanie i uznanie. Nie przypadkiem zwróciliśmy uwagę na ten aspekt poglądów Próchnika – po pierwsze, jest to mało znana część jego dorobku, a po drugie, właśnie podczas debaty nad polityką wschodnią wyraźnie zaznaczyło się jego stanowisko opozycyjne wobec przywódców partii. Jak zobaczymy, nie było mu po drodze z liderami PPS w zasadzie przez całe międzywojnie.
***
Mimo udziału w polemikach i dyskusjach na łamach prasy socjalistycznej, przez długi czas stał na uboczu „wielkiej polityki”. Uwagę poświęcał przede wszystkim działalności społecznej i samorządowej. W wielu wspomnieniach widnieje opinia, że miał duszę społecznika, angażującego całą energię dla dobra wspólnoty. Był przez całe dwudziestolecie aktywnym członkiem niezliczonej ilości stowarzyszeń, zasiadał także w samorządzie Piotrkowa Trybunalskiego i Warszawy. Jako ławnik piotrkowskiego magistratu, a później prezes Rady Miejskiej, dbał o realizację takich postulatów lewicy, jak upowszechnienie oświaty, tworzenie kas chorych czy budowa tanich mieszkań. Dowodem uznania było obdarzenie go w 1928 r. przez mieszkańców Piotrkowa mandatem poselskim.
Kariera sejmowa Próchnika trwała, wobec przedwczesnego rozwiązania izby, jedynie dwa lata, śmiało jednak można powiedzieć, że był to punkt zwrotny w jego życiu. W pracy poselskiej zajmował się przede wszystkim najlepiej sobie znaną problematyką oświaty. Z sejmowej mównicy bronił szkoły wolnej, demokratycznej i nastawionej na wyrównywanie szans. Przestrzegał przed, coraz bardziej widocznymi, dążeniami sanacji do podporządkowania szkolnictwa własnym interesom. Przypominał, że szkolnictwo służy celom szerszym i dalszym, celom przyszłości, a nie może być uzależnione od bieżącej polityki, od jej zmienności i kaprysów. Bronił też, ograniczanej przez administrację, niezależności nauczycieli. Zwracając się do ówczesnego ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego (tak nazywał się wówczas resort oświaty), Stanisława Czerwińskiego, pytał: Czyż może być wychowawcą młodzieży człowiek bojący się własnego cienia, pozbawiony swobody myśli, żyjący w ciągłym strachu utraty pracy, zmuszony do ukrywania swych poglądów, jeżeli już nie do płaszczenia się przed władzą? Czyż ten brak charakteru ma być wzorem dla młodzieży?
Swoje oświatowe pasje kontynuował Próchnik w latach 30. jako działacz Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, a także jako wieloletni członek Zarządu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. Wierzył, że demokratyczna oświata, pobudzająca ciekawość, a zarazem skłaniająca do krytycyzmu i nonkonformizmu, jest środkiem, który przybliża urzeczywistnienie socjalizmu. Szkoła nasza musi więc być inna od zwyczajnej szkoły. Musi chować członków przyszłego solidarnego świata pracy. Ma ona zatem dwa zasadnicze cele: 1) musi wytworzyć człowieka, który potrafi walczyć o nowy ustrój, 2) człowieka, który zdolny będzie do życia w owym ustroju, który będzie pożytecznym i twórczym członkiem przyszłego społeczeństwa. W rychłe nadejście owego „przyszłego społeczeństwa”, równego i wolnego, zachowywał niezachwianą wiarę przez całe życie.
***
Zdecydowanie antysanacyjne wystąpienia sejmowe Próchnika, a także coraz ostrzejszy ton jego artykułów prasowych sprawiły, że zaczęła się skupiać wokół niego grupa członków PPS kontestujących dotychczasową – w ich mniemaniu kunktatorską – politykę kierownictwa partii. Przyznać trzeba, że w jego publicystyce nie było awanturnictwa i efekciarstwa, nie poszukiwał taniego poklasku. Widać to choćby na przykładzie prowadzonych analiz narastania w Polsce autorytaryzmu. Nie wysuwał personalnych oskarżeń, nie chciał wyszydzić i ośmieszyć poprzez wyolbrzymianie drobnych incydentów. Pragnął natomiast zrozumieć przyczyny porzucenia demokracji i mechanikę rządów dyktatorskich.
Zastanawiając się nad fenomenem dyktatury, Próchnik zauważał, że historia uczy, iż zazwyczaj najwyższa władza przypada w takich wypadkach jednostkom przeciętnym i małym, faworytom szczęścia, kabotynom, zarozumialcom, pustym pęcherzom rozdętym przez zręczną reklamę. Rządy autorytarne, mimo wytwarzania iluzji sprawności i siły, były w jego opinii dużo mniej skuteczne niż normalnie funkcjonujący system demokratyczny. Za fasadą realizacji „woli ludu” kryło się jedynie ograniczanie swobód obywatelskich, forowanie konformizmu i mierności, łamanie moralności społeczeństwa. Wszystkie te negatywne przejawy dyktatury można było, zdaniem Próchnika, wskazać także w Polsce rządzonej przez Piłsudskiego i jego współpracowników. Trzeba raz wreszcie wyrzec się naiwnej wiary w cudowne skutki uderzenia szabli czy stuknięcia buta. Że się go przerażają ludzie małego ducha, że się korzą przed nim ludzie słabego charakteru, nie znaczy to bynajmniej, aby to samo uczynić miały spory narodowościowe, aby się ulęknąć miał kryzys gospodarczy. Zagadnień tych nie można przerazić, trzeba je rozwiązać. em>Tych problemów rozwiązać nie umiał, zdaniem Próchnika, rządzący w Polsce obóz sanacyjny.
Szczególną formą dyktatury, której wiele uwagi poświęcał, był faszyzm, rozsadzający ramy tradycyjnych interpretacji socjalistycznych. Aby móc z ruchem tym skutecznie walczyć – pisał Próchnik – trzeba znać dobrze jego istotę, trzeba wiedzieć, co on reprezentuje. Te wewnętrzne czynniki faszyzmu pozwalają dopiero wytworzyć sobie prawdziwy obraz jego siły i trwałości, i umożliwiają ocenę perspektyw toczącej się walki. Dla Próchnika faszyzm był próbą ratowania – pogrążonego w kryzysie – kapitalizmu, poprzez stworzenie iluzji, że istnieje inna droga naprawy niż ta postulowana przez ruch socjalistyczny. Porównywał jednocześnie dziejową rolę faszyzmu do tej, którą przyszło odegrać oświeconemu absolutyzmowi. Pisał na ten temat: Ludy są rzekomo niezdolne do decydowania o swym szczęściu. Operację, która jest niezbędna przeprowadzi dyktatura, która jedna posiada tajemnicę jak uszczęśliwić ludzkość. Politykę tę można nazwać śmiało polityką „oświeconego faszyzmu”. Człowieku, przemawia faszyzm do obywatela, ty nie wiesz, na czym polega twe szczęście, ja cię uszczęśliwię, ale pozwól, że najpierw wezmę cię za łeb. I tę wstępną czynność przeprowadza z energią i zapałem.
***
Walka z faszyzmem, czy szerzej, z wszelkimi formami dyktatury, a więc także z sanacją, wymagała jego zdaniem stworzenia bloku sił, który byłby zdolny przejąć władzę i rozpocząć budowę ustroju socjalistycznego. Tutaj też, jak się wydaje, kryła się jedna z głównych przyczyn intensywnych polemik, jakie toczył w latach 30. z kierownictwem PPS. To wtedy właśnie „niepokorny” Próchnik został przez komunistów okrzyknięty przywódcą „lewicy socjalistycznej” i zwolennikiem jednolitego frontu, pojmowanego na sposób kominternowski. Tak też przez długi czas przedstawiano jego postać w PRL, widząc w nim nieomal jednego z ojców „zjednoczenia ruchu robotniczego”, czego wyrazem miało być – w oficjalnej interpretacji – powstanie PZPR. Stanowisko takie nie było jednak do końca uzasadnione.
Niewątpliwie w połowie lat 30. Próchnik, dostrzegając postępy faszyzmu w Europie, zaostrzanie dyktatury w Polsce oraz wzrost wpływów Stronnictwa Narodowego i ONR, stał się zwolennikiem współpracy socjalistów z komunistami. Uważał, że w tych warunkach zbliżenie wszystkich sił walczących o nowy ustrój jest konieczne. Nie chodziło jednak o podporządkowanie PPS interesom Moskwy, lecz o trzeźwy, wolny od uprzedzeń stosunek do komunistów. Uważał, że można znaleźć w nich cennego sojusznika w walce ze wspólnym wrogiem, a być może także sojusznika w budowie nowego ładu społecznego. Pisząc o swoich doświadczeniach z żoliborskiej WSM, gdzie obok siebie zamieszkiwali i współpracowali przedstawiciele różnych partii socjalistycznych, komuniści i bezpartyjni lewicowcy, zauważał: Mamy niejednokrotnie różne poglądy co do drogi, która prowadzi do celu, hołdujemy różnym metodom walki, należymy do różnych kierunków i partii politycznych. I nie może być inaczej. Nie jesteśmy jednak oderwani od ogólnego pnia klasy pracującej, żyjemy jednym z nią życiem i po organizmie naszym krążą te same prądy, które krążą po jej organizmie. Rzucił też hasło, jego zdaniem streszczające sens idei frontu ludowego: Mamy wspólne cele, starajmy się o wspólną drogę.
Poszukiwanie zbliżenia przede wszystkim z komunistami i polemika z nawiązującymi do koncepcji „nowego Centrolewu” poglądami Niedziałkowskiego czy Pużaka, w przypadku Próchnika wynikały z przeprowadzonej analizy procesu dziejowego. Próchnik uważał, że systemy autorytarne i faszystowskie, ukształtowane w okresie międzywojennym, nie są jedynie odstępstwem, koszmarnym interludium w procesie budowy demokracji parlamentarnej, lecz stanowią po prostu kolejną fazę rozwoju społecznego, poprzedzającą socjalizm. Ci, którzy początkowo przypuszczali, że faszyzm jest to lokalne zboczenie z drogi demokracji, byli w błędzie. Faszyzm jest pewną fazą rozwojową, pewnym okresem procesu dziejowego. Dlatego też wspólna z ludowcami czy tzw. lewicą sanacyjną walka o przywrócenie stosunków politycznych sprzed przewrotu majowego, była jego zdaniem naiwną próbą zawrócenia koła historii. Przy innej okazji pisał wprost: Nie będziemy wszak walczyć z faszyzmem pod hasłem odbudowy swobód demokracji burżuazyjnej, ale pod hasłem bezpośredniej całkowitej przebudowy ustroju. Po obaleniu faszyzmu przyjść miał więc czas budowy socjalizmu, nie zaś okres restytucji demokracji burżuazyjnej.
Aby podjąć skuteczną walkę o zdobycie władzy, zdaniem Próchnika potrzeba było jednak znacznie więcej, niż tylko zawrzeć porozumienie z komunistami i pozyskać dla idei frontu ludowego warstwy zdeklasowane, np. bezrobotnych, wywłaszczonych chłopów czy ubogich urzędników. Przede wszystkim należało zmienić kierunek polityki PPS – naturalnego lidera całego projektowanego bloku. Próchnik chciał, aby partia zerwała z zachowawczą i ostrożną polityką, dostosowując się do narastających radykalnych nastrojów społecznych. Podobnie jak on myślało wielu innych działaczy, np. Norbert Barlicki czy Stanisław Dubois. Ta partyjna „lewica”, choć bardzo niejednolita, dzięki swemu dynamizmowi i radykalizmowi zdobywała coraz większe poparcie wśród szeregowych pepeesowców. Świadczył o tym choćby ostry, momentami rewolucyjny ton, uchwał podjętych przez kongres partii w 1934 r. Rok później, w tym samym kręgu powstał projekt nowego programu PPS, który mógł być zapowiedzią poważnego zwrotu w polityce partii.
Kim byli autorzy owego – jak go nazwano – „żółtego programu”? Dziś trudno ustalić skład całej grupy, ale wśród nich znalazł się Próchnik. Na łamach prasy z zapałem przekonywał o słuszności programu: Zasadniczą rzeczą, która przemawia za projektem „mniejszości” jest to, że stanowi on pewną logicznie, konsekwentnie przemyślaną i przeprowadzoną koncepcję. Nie ma tam niejasności i wnioski są wyciągane aż do końca. Program stwierdza więc, że przeżywamy fazę kapitalizmu monopolistycznego, bankructwo form gospodarczych i polityczny odpowiednik tego – faszyzm. Czy na takich przesłankach można skonstruować program reformistyczny? Niepodobna.
W istocie, projekt daleki był od reformizmu i kunktatorstwa. Zapowiadał ostrą walkę z rządami sanacyjnymi, aż do możliwości obalenia ich drogą zbrojnego przewrotu włącznie. Zwycięstwo w tej walce miało otworzyć drogę do budowy nowego, socjalistycznego ładu. W początkowym okresie socjalistyczny rząd miał sprawować władzę w formie dyktatury, aby złamać wszelkie pojawiające się próby restytucji kapitalizmu. Próchnik w artykułach na ten temat pisał, że program, który współtworzył, przewiduje szereg ograniczeń wolności i praw politycznych, niezbędnych w okresie dyktatury. Ale odrzuca równocześnie karę śmierci i kary połączone z udręczeniami. Konstytuuje dyktaturę jako demokrację proletariacką, istniejącą z woli klasy pracującej i pod jej kontrolą. Ostrze jej ma być skierowane przeciw wrogom klasowym warstw pracujących, ale nie przeciw samym tym warstwom.
Wbrew pozorom, nie oznaczało to zanegowania demokratycznej tradycji europejskiego ruchu socjalistycznego. Jego myśl szła podobnym torem, co ówczesne rozważania sporej części teoretyków Międzynarodówki Socjalistycznej, z Otto Bauerem na czele. Próchnik od początku aktywności publicystycznej podkreślał zalety systemu demokratycznego, jako najsprawiedliwszej, optymalnej formy rządów. O ile jednak w latach 20. wierzył, że powszechne prawo wyborcze i rządy parlamentu będą w stanie uruchomić proces demokratyzacji życia społecznego i tym samym przybliżą Polskę do socjalizmu, o tyle w latach 30. rozważał to zagadnienie w sposób bardziej zniuansowany. Przeprowadził wówczas wszechstronną, wielopłaszczyznową i… chyba do dziś w wielu miejscach aktualną krytykę demokracji przedstawicielskiej. Z jednej strony bowiem maskuje ona, pod pozorami równości i wolności, rzeczywiste antagonizmy klasowe i konflikty społeczne. Z drugiej zaś sprowadzenie „rządów ludu” jedynie do ponawianego co kilka lat aktu wyborczego owocuje brakiem zainteresowania sprawami kraju. Współczesna mieszczańska demokracja […] oddaje czynną rolę w ręce kilkunastu ministrów i kilkuset posłów. A aktywność reszty społeczeństwa polega na udziale co kilka lat w akcie wyborczym. W praktyce równa się to niemal bierności, gdyż nie można wymagać, aby w tych warunkach mogło się wytworzyć poczucie odpowiedzialności za losy kraju.
Demokracji politycznej przeciwstawiał Próchnik koncepcję demokracji integralnej – obejmującej obok sfery polityki (ze szczególnym naciskiem na instrumenty bezpośredniego wpływu społeczeństwa na decyzje), również sferę ekonomiczną i społeczną. Taka demokracja oddaje w ręce społeczeństwa wszystko, oddaje mu decydowanie w pierwszej i ostatniej instancji w sprawach politycznych, narodowych, kulturalnych, gospodarczych, społecznych i wszystkich innych. Znosi nie tylko absolutyzm króla czy dyktatora, ale również absolutyzm kapitalisty, fabrykanta, bankiera. Jednak realizacja tego ideału możliwa była, zdaniem Próchnika, wyłącznie w ramach ustroju socjalistycznego. W jego imię, warto było sięgnąć – choćby przemocą – po władzę i zastosować w okresie przejściowym środki dyktatorskie wobec wszystkich, którzy chcieliby czynnie zwalczać rząd socjalistyczny.
Radykalne koncepcje Próchnika i jego towarzyszy nie miały jednak, w specyficznych warunkach drugiej połowy lat 30., większych szans na realizację. Dzięki zabiegom kierownictwa PPS znacznie zmniejszyły się wpływy zwolenników porozumienia z komunistami i bezpośredniego starcia z sanacją. Tym samym nie było jakichkolwiek szans na przeforsowanie współtworzonego przez Próchnika projektu programu PPS. On sam zresztą, w obliczu narastania groźby wojny i wiadomości o kolejnych procesach pokazowych w Moskwie, sukcesywnie eliminował bardziej radykalne tony ze swoich tekstów. Wobec informacji o oskarżeniach wysuwanych wobec znanych przywódców bolszewickich, jak Zinowiew, Bucharin czy Radek, Próchnik tracił zaufanie do komunistów. Wciąż wierzył w konieczność stworzenia bloku sił walczących o socjalizm, wciąż nazywał go frontem ludowym, lecz w miejsce dawnego optymizmu, w jego wypowiedziach coraz częściej pojawiały się sceptyczne, powątpiewające tony. Ostatecznie nadzieje na „jednolity front” przekreślił Stalin, likwidując KPP i pozbawiając życia większość jej przywódców.
***
Tymczasem na pierwszy plan wysuwały się zagadnienia międzynarodowe i problem obrony kraju. Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemcy, Próchnik z zimnym realizmem pisał: Stoimy sam na sam w obliczu państwa osiemdziesięciomilionowego, które swoją własną potęgę techniczną powiększyło o walory techniczne reprezentowane przez Czechosłowację. Z tym stanem trzeba się liczyć. […] Obalona została wiara w różne deklaracje polityczne, w składane obietnice, w ofiarowywane gwarancje. […] Świat nie będzie miał spokoju. Będzie wciąż niepokojony, nie dadzą mu zażyć ciszy. To jest właśnie tą realnością, z którą należy się rachować. Warto podkreślić jednak, że nawet w obliczu zagrożenia wojną, Próchnik pozostał bardzo wyczulony na wszelkie przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Podkreślał, że tylko zgodna współpraca Polaków oraz przedstawicieli mniejszości narodowych daje nadzieję na pomyślny rezultat wojny. Przestrzegał, że dopóki państwo polskie prowadzi politykę dyskryminacji ze względu na pochodzenie narodowościowe, nie może ono liczyć na to, że do jego obrony stanie 1/3 jego obywateli, czyli przedstawiciele mniejszości narodowych. Ze szczególną energią zwalczał antysemityzm i faszystowskie tendencje widoczne zarówno w obozie rządzącym, jak i – szczególnie jaskrawo – w kołach endeckich.
Jeszcze dzisiaj bardzo aktualnie brzmią jego słowa z artykułu zamieszczonego w „Robotniku”: Są ludzie, którzy mają pełne usta wielkiej Polski, do której rzekomo dążą. Wszystko zależy od tego, w czym widzimy wielkość Polski. Ale Polska barbarzyństwa, Polska młodych nieuków bijących szyby i napadających na kobiety, Polska brutalnej siły fizycznej nie jest z pewnością wielka. I co najważniejsze nie jest bezpieczna […]. Nie należy bowiem popełniać błędu i mieszać brutalności z siłą, odwagi z bezczelnością, energii z barbarzyństwem i dzielności z rozwydrzeniem, które wyrosło na bezkarność. Małe idee rodzą małych ludzi. Wielka Polska – to Polska kultury, Polska ludzi wolnych i szczęśliwych.
Najgorsze przewidywania się sprawdziły – 1 września wybuchła wojna. Próchnik w trakcie oblężenia Warszawy pracował w utworzonym przez działaczy PPS Robotniczym Komitecie Pomocy Społecznej. Po wkroczeniu Niemców zaangażował się od razu w działalność konspiracyjną: prowadził tajne komplety, udzielał w WSM schronienia ukrywającym się działaczom, redagował różne podziemne wydawnictwa. Podjął także pracę w tworzonym – w ramach Związku Walki Zbrojnej – Wojskowym Biurze Historycznym, dla którego prowadził kronikę okupacji. Znalazł się jednak początkowo na uboczu konspiracyjnego życia politycznego. Nie znalazło się dla niego miejsce w utworzonej w celu zastąpienia PPS nowej konspiracyjnej organizacji, nazwanej WRN – Wolność, Równość, Niepodległość.
Wkrótce jednak Próchnik zaangażował się w wydawanie socjalistycznego pisma „Barykada Wolności”, powstałego z inicjatywy Norberta Barlickiego i Stanisława Chudoby. Na łamach tego pisma rozważał możliwe scenariusze wydarzeń w ogarniętej wojną Europie. Był głęboko przekonany, pamiętając choćby zakończenie poprzedniej wojny światowej, że konflikt skończy się rewolucją społeczną, która otworzy drogę do budowy socjalizmu. Wojna, jego zdaniem, „obudziła” bierne dotychczas masy, uzmysłowiła im zgubne skutki trwania kapitalizmu. Przepowiadał: Wojna jest to olbrzymie przedstawienie, na którym wszyscy są obecni. A przy końcu przedstawienia do głosu dojdą widzowie. […] Olbrzymia lawina została poruszona i z wolna zaczyna się posuwać.
Po początkowej izolacji, szybko wyrósł na jednego z liderów podziemnej lewicy. Grupa działaczy skupionych wokół „Barykady Wolności” powołała we wrześniu 1941 r. nowe ugrupowanie: Polscy Socjaliści (PS), na którego czele stanął właśnie Próchnik. Deklaracja programowa PS głosiła konieczność rewolucyjnego zakończenia wojny i utworzenia opartej na wzajemnym zaufaniu „Federacji Europejskiej”. W Związku Radzieckim widziano cennego sojusznika w walce z Niemcami, ale zarazem, co warto mocno zaakcentować, zastrzegano: nie zmieniamy naszego negatywnego stosunku wobec politycznego ustroju Sowietów.
Rozłam w ruchu socjalistycznym stanowił okoliczność bardzo niekorzystną, nic dziwnego więc, że w zasadzie tuż po powstaniu PS rozpoczęto rozmowy na temat połączenia PS i WRN w jednolitą, kontynuującą przedwojenne tradycje, PPS. Jednym z głównych uczestników negocjacji był oczywiście Próchnik. Nie udało mu się jednak ich z powodzeniem ukończyć. Zmarł nagle, 22 maja 1942 r. Dostał ataku apoplektycznego w jednej z warszawskich kawiarni w trakcie rozmów na temat przywrócenia jedności w ruchu socjalistycznym.
***
Adam Próchnik to jedna z najciekawszych postaci międzywojennej PPS. Trudno uznać go za typ „działacza partyjnego”, zorientowanego w kuluarowych rozgrywkach, z bezwzględnością zwalczającego przeciwników. Nigdy też nie szukał taniego poklasku, pochwał i pochlebstw. Był za to intelektualistą naprawdę dużego formatu, bez wątpienia jednym z najtęższych umysłów PPS. Jego spuścizna historyczna w dużej mierze do dziś zachowuje aktualność – przykładem może być jedna z najgłośniejszych prac, „Pierwsze piętnastolecie Polski Niepodległej”, pisana „na gorąco” historia II Rzeczypospolitej, do której odwołania można spotkać we współczesnych rozprawach naukowych.
Analiza publicystyki Próchnika ukazuje nam go jako przenikliwego obserwatora wydarzeń politycznych, samodzielnego i oryginalnego w swych sądach i opiniach. Był Próchnik zarazem humanistą i marksistą, przekonanym o tym, że inny, lepszy świat jest możliwy. Walce o ten lepszy świat poświęcił w zasadzie całe swoje dorosłe życie.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Szkoła o tyle ma wartość, o ile przygotowuje do życia; nauczanie, które jest słowem, jest absolutnie bezcelowe: słowo bowiem jest tylko symbolem, a życie jest rzeczywistością.
Binet
Zagadnienie samorządu uczniowskiego od dawna absorbuje poszczególne jednostki spośród, a nawet i spoza nauczycielstwa zarówno u nas, jak zagranicą. Dyskutowano nad tym zagadnieniem na łamach prasy pedagogicznej, poświęcono mu całe rozprawy, bądź obszerne rozdziały w dziełach pedagogicznych, niekiedy ostro krytykując, częściej jednak je polecając i zachęcając ogół nauczycieli-wychowawców do wypróbowania tego środka.
Przeciwnicy samorządu twierdzili, że osłabia, pomniejsza autorytet nauczyciela-wychowawcy, że rozluźnia karność i dyscyplinę szkolną, sprzyja rozpolitykowaniu młodzieży, wprowadza do szkoły anarchię itd., itd. Zwolennicy podkreślali dodatnie znaczenie samorządu dla kształcenia samodzielności ucznia, jego woli, charakteru, uczuć i cnót społecznych. […]
Cóż więc ma być pobudką do wprowadzenia samorządów uczniowskich do wszystkich szkół naszych i nie „na próbę”, krócej lub dłużej trwającą, ale na stałe, jako systemu wychowawczego i na dziś jedynego, bezkonkurencyjnego. Odpowiedź tu będzie krótka:
1) współczesne życie społeczne i państwowe (nasze koniecznie);
2) psychika dziecka, zwłaszcza dziecka polskiego.
Minęły bezpowrotnie te czasy, kiedy wola jednostki była źródłem prawa dla ogółu, dla milionów, kiedy te miliony od dziecka przyzwyczajano do wykonywania bez szemrania woli swego pana-monarchy, króla czy cesarza. Szkoła ówczesna przygotowywała młodzież do życia przez wpajanie, wszczepianie w nią cnoty posłuszeństwa dla osoby „najjaśniejszego pana”, którego władza nad poddanymi pochodziła z nieba, od Boga. Śmiałek, który miał odwagę powątpiewać o mądrości i nieomylności władzy i jej boskim pochodzeniu, narażał się na najsurowszą karę, surowszą niż za kradzież czy inne tego rodzaju przestępstwo.
Prawo krytyki tych zarządzeń nie istniało, chyba gdzieś w podziemiach, w ukryciu, jako konspiracja, a więc bezprawie. Zdanie poddanego, jako jednostki prawnej, nie było brane pod uwagę, gdy wydawano jakieś nowe zarządzenie, nowe prawo. Cnotą obywatelską było spełnianie polecenia czy zarządzenia bez dyskusji i bez krytykowania intencji prawodawcy. Odpowiedzialność za wydane prawo czy zarządzenie ponosił prawodawca wobec Boga, ale nie wobec poddanych. Ten, kto czuł niesprawiedliwość prawa w stosunku do swej osoby, mógł swe cierpienia, swą krzywdę ofiarować Bogu i prosić Go o sprawiedliwość i zmiłowanie na tamtym świecie, po śmierci.
To bezpowrotne wczoraj. A czym się ono różni od chwili obecnej, od dzisiaj? A tym przede wszystkim, że dziś źródłem prawa jest wola ogółu. Ogół obywateli jest prawodawcą dla jednostki, nawet najwyżej postawionej w hierarchii społecznej, a jednostka, jako cząstka tego ogółu, biorąc udział w tworzeniu prawa bezpośrednio lub pośrednio, bierze jednocześnie na siebie odpowiedzialność za celowość i użyteczność tego prawa. Jeżeli więc dzisiaj w państwie demokratycznym jakieś prawo daje się we znaki obywatelom, to im nie wolno narzekać na jednostkę, powołaną również przez ogół do wykonania i tylko do wykonania tego prawa; oni sami, względnie wybrani przez nich przedstawiciele, mogą uchylić istnienie prawa krzywdzącego ogół. Nie minister więc ponosi winę za istnienie tego czy innego prawa w państwie demokratycznym, ale Sejm, a więc wola ogółu obywateli, która to prawo ustanowiła.
Nowe warunki życia wymagają nowego człowieka, którego dopiero wychować potrzeba, którego wychować musimy, jeżeli chcemy utrzymać zdobytą nową formę życia państwowego. Obecnie bowiem mamy stare treści w nowej formie, do niej niedopasowane, z nią skłócone, i wyjście z tej sytuacji prowadzi albo do wyrzeczenia się nowej formy na korzyść starej, albo do pozyskania nowej treści dla nowej formy. Ponieważ pierwsze wyjście jest niemożliwe, bo do tego nie dopuści dzisiejszy duch czasu i ogólne uświadomienie społeczne i polityczne szerokich mas, przeto pozostało wyjście drugie, to jest wychowanie człowieka w duchu potrzeb demokratycznych.
Jeżeli to uczynimy punktem wyjścia, wówczas samorząd uczniowski stanie się systemem powszechnym, chlebem codziennym; bo jak nie nauczymy się pływać, przyglądając się z brzegu rzeki, jak inni pływają, nie nauczymy się tańczyć, przyglądając się, jak inni tańczą, chodzić – przyglądając się, jak inni chodzą, tylko musimy sami próbować pływać, tańczyć czy chodzić, początkowo nabijając nawet guzy, ale stopniowo nabierając wprawy i doświadczenia aż do kompletnego wydoskonalenia każdej z tych umiejętności. Nie nauczymy się żyć w duchu zasad demokratycznych, jeżeli będziemy biernymi obserwatorami, jeżeli będziemy tylko patrzyli, jak inni żyją, lub jeżeli będziemy wysłuchiwali całej masy pogadanek, jak się żyć powinno.
Dzisiejszy obywatel, w przeciwieństwie do „wczorajszego”, po dojściu do pełnoletniości ma prawo i obowiązek obywatelski wybierać i być wybranym do piastowania przeróżnych godności i urzędów. Trzeba, żeby ten obywatel dzisiejszy już od dziecka do godnego piastowania powierzonych sobie obowiązków prywatnych i publicznych starannie i pilnie się przygotowywał i nie „na próbę” tylko, ale na serio, bo człowiek, jak mówi James, „jest chodzącym zespołem nałogów”, które najłatwiej powstają i utrwalają się w najwcześniejszym okresie życia i które dadzą się podzielić na dobre i złe, pożądane i niepożądane. Zadaniem więc szkoły i wychowania jest unikanie złych nałogów, a wprowadzanie do natury dziecka pożytecznych. Dobre, pożyteczne nawyknienia, nabędzie dziecko wtedy, gdy każde wyobrażenie pożyteczne z punktu widzenia społecznego, każdą myśl i uczucie nauczy się przetwarzać w czyn. Znakomity pedagog i socjolog amerykański John Dewey tak mówi o wartości nauki: „Tylko ta nauka ma wartość, która pozwala uczniowi zrozumieć jego środowisko społeczne i daje mu możność poznać, w jakim stopniu jego zdolności mogą oddawać usługi społeczeństwu”. […]
Ideałem człowieka na „dziś” jest człowiek-społecznik w najlepszym i najszerszym tego słowa znaczeniu. W Polsce ten ideał piastowany jest od czasów Komisji Edukacyjnej, która nam w testamencie przekazała, by z dziecka wychować człowieka, któremu w społeczeństwie będzie dobrze i z którym społeczeństwu też ma być dobrze. Oto ideał, oto cel, do którego szkoła polska dzisiaj winna dążyć, i trzeba stwierdzić, że życie szkolne przewybornie nadaje się do zrealizowania tego celu. Autor znanego dzieła „Uczeń i klasa”, prof. Bohdan Nawroczyński, mówi: 1) „organizacja szkolna w wyjątkowy sposób sprzyja kiełkowaniu i wzrostowi życia społecznego wśród grup młodzieży, stanowiących klasy szkolne, 2) poczynając mniej więcej od 10. roku życia, zdolności społeczne młodzieży szkolnej są już do tego stopnia rozwinięte, iż wytwarzają w niej żywiołowe dążenia do rozszerzania się i tworzenia organizacji, po 3) wskutek tego uczniowie jednej klasy albo stanowią grupę społeczną, obdarzoną świadomością zbiorową, a nieraz nawet z wyraźnie zarysowaną indywidualnością, albo też są bardzo podatnym do utworzenia takiej grupy materiałem i po 4) przy sprzyjających warunkach uspołecznienie klasy szybko wzrasta, tworząc niejako sklepienie nad ośrodkowymi dążeniami jednostek, drobniejszych ugrupowań. Nad tym sklepieniem może wystrzelić wieżyca ideału, przyświecająca całej klasie szkolnej”.
Popęd kolektywny, pobudzający dzieci do zrzeszania się i podejmowania wspólnych zadań, może iść, a nawet idzie w dwóch kierunkach – dodatnim i ujemnym, a zawsze tworzy się nałóg, który jest regulatorem dalszego życia osobnika. O ile szkoła zignoruje istnienie i siłę tego popędu, znajdzie on ujście dla siebie przy pomocy innych czynników, jak złego otoczenia, ulicy itp. Inaczej będzie, gdy szkoła zorganizuje warunki, które pozwolą, temu naturalnemu popędowi kolektywnemu stać się z czasem świadomą i pożyteczną siłą społeczną. […] Jak widzimy, pobudką do organizowania samorządów uczniowskich wcale nie muszą, nie powinny być jakieś czynniki sztuczne, zewnętrzne, jakaś bezmyślna mania naśladowania cudzych wzorów, ale powinny i muszą tu być uwzględnione czynniki natury psychologicznej, społecznej, państwowej i ogólnoludzkiej, czynniki przepotężne i wieczne, bo naturalne. […]
Im wcześniej dziecko zacznie żyć w gromadzie zorganizowanym życiem zbiorowym, tym silniejsze będą te nałogi, tym słabsze instynkty egoistyczne. Praca społeczna staje się przyzwyczajeniem, cechą trwałą całego ogółu, jak cechą ogółu może być brak zainteresowań do spraw ogólnych, o ile ten ogół w młodocianych latach swego życia nie był dopuszczany do czynnego udziału w zaspakajaniu swych potrzeb, o ile o wszystko troszczyli się, o wszystkim myśleli starsi. […] okres impulsywnych, potężnych, a bezinteresownych, bo wrodzonych popędów mija wraz z okresem młodzieńczym. Kto nie potrafił z niego skorzystać, wychował nicponia, i odpowiedzialnym tu winien być wychowawca, a nie nicpoń. Może być wynik jeszcze gorszy – wychowanie może dać społeczeństwu „trutnia”, który nie pracuje dla powiększania zasobów społecznych, tylko jest zwyczajnym zjadaczem chleba. I tutaj też wina spada na szkołę i w dużej mierze na rodziców. A dzieje się to przeważnie tak: mamy sporo dzieci tzw. dobrze wychowanych, którym nianie, mamy, ciocie i wiele, wiele innych bardzo życzliwych bliźnich stale mówią: „Tobie nie wypada krzyczeć, nie wypada włazić na drzewo, nie wypada, nie wypada…”. Lata mijają, i to się powtarza wciąż, a co wypada robić, to mówi się bardzo rzadko, a jeżeli się mówi, to przeważnie tak: „wypada być grzecznym, spokojnym chłopcem, ładnie się kłaniać, ślicznie dziękować, rączki całować” itd. Mija okres silnych naturalnych popędów, ale nie miały one możności stać się siłą świadomą, energią twórczą, wolą żelazną, charakterem nieposzlakowanym. Wszystko to „wyschło”, zmarniało. Został żyjący, chodzący manekin, truteń. Taki jest jeszcze gorszym od nicponia, bo ten ostatni może się „nawrócić”, może stać się pożytecznym, gdy przestanie robić źle, a zacznie robić dobrze. „Nicponia” na to stać, bo on jest czynny, energiczny, przedsiębiorczy, silny – wystarczy tylko zmienić kierunek wyładowania tej energii, a otrzymamy typ dodatni; „truteń” to na całe życie – trup…
Czyta się czasami, że gdzieś zaprowadzono w szkole samorząd, bo szwankowała tam karność… Chłopcy sami dobrowolnie wyrzekają się swych naturalnych praw, staja się grzecznymi, posłusznymi, cicho siedzą na lekcjach, cicho i przyzwoicie zachowują się po lekcjach. To zasługa samorządu. Sami sądzą i wydają wyrok na kolegę, o ile ten nie stosuje się do opracowanego regulaminu. Rada Pedagogiczna szczyci się takimi wynikami. A mnie się zdaje, że tu zaszło grube nieporozumienie, że tu wzięto środek za cel, że takie uproszczenie sprawy mocno jej szkodzi i ją komplikuje. Bo zważmy tylko. Jeżeli naczelnym zadaniem samorządu ma być wzmocnienie rozluźnionej karności, jeżeli chłopcy sami będą pracowali nad „unieruchomieniem” pragnącego być czynnym „motoru”, to będzie zupełnie naturalną rzeczą, że ten lub ów chłopak „śmielszej natury” wybuchnie przy okazji i wejdzie w kolizję z ustalonym porządkiem; będzie też naturalną rzeczą, że taki samorząd może istnieć parę miesięcy, rok ostatecznie, dając „dobre wyniki”, ale dłużej już to trwać nie może, bo zabraknie wreszcie materiału odżywczego, zbraknie soków żywotnych. Próba się udała, i można sobie dać z nią spokój.
Jeżeli zaś samorząd pojmiemy szerzej, to punkt ciężkości racji jego istnienia przeniesiemy właśnie na uruchomienie motorów działania na boisku, w ogrodzie, przy warsztatach przeróżnych, na wycieczkach, w klasie oczywiście też, na korytarzu, na podwórku, na sali gimnastycznej, jednym słowem, wprowadzimy ład tu, gdzie panował bezład, ale tylko w tym celu, żeby owemu „motorowi” umożliwić intensywniejszą pracę. Wszak na to trzeba wysiłku lat całych, a nigdy nie zabraknie „materiału odżywczego”, przeciwnie, on stale rośnie, powiększa się. Karność wtedy zmieni się w swej najistotniejszej treści, mianowicie zniknie strach i lęk przed prawem, którego twórcą była jednostka, a rozwinie się poszanowanie prawa, którego twórcą będzie ogół. I od razu trzeba tu zaznaczyć, że do poszanowania prawa, źródłem którego jest wola ogółu, prowadzi droga długa i żmudna, że tu potrzebne długie lata pracy całego zespołu nauczycielskiego i dzieci oraz ich rodziców. […]
Rada Pedagogiczna – to mózg zbiorowy całego organizmu, jakim jest szkoła. Trzyma ona rękę na pulsie całej pracy, obmyśla dla niej kierunek i szuka środków i pomocy, niezbędnej dla jej zrealizowania. Nic tu nie trzeba „nadawać” i nic kasować, bo w ciągu kilku lat system ten wchodzi w krew ogółu, tj. uczniów i nauczycieli tak, że wszystko inne byłoby anarchią i dezorganizacją. System ten jest wprost naturalnym wynikiem wspólnego pożycia na wspólnym terytorium pod wspólnym dachem gromady ludzkiej, której każda jednostka czuć się chce, czuć się powinna i czuć się musi współtwórcą szczęścia, dobra i pomyślności całej gromady. Użyłem tu wyrazu „musi”. Nie chcę, żeby czytelnik rozumiał inaczej jego znaczenie, niż ja, i dlatego króciutkie wyjaśnienie.
Najistotniejszym zagadnieniem w życiu zbiorowym ludzi dorosłych w ustroju demokratycznym jest powszechne zrozumienie, czego od każdego z nas wymaga dobro ogólne, bez względu na to, czy każdemu pojedynczemu obywatelowi to dogadza; nikomu np. nie dogadza płacenie podatku, ale chodzi o to, aby wszyscy rozumieli, że to jest konieczność, bez której nie da się pomyśleć utrzymanie państwa, bezpieczeństwa życia i mienia poszczególnego obywatela oraz należyte funkcjonowanie całego aparatu państwowego; to konieczność, bez której w ogóle nie ma życia w kulturalnej i cywilizowanej organizacji, jaką jest państwo. Chyba gdzieś, gdzie człowiek mógłby żyć luzem, w pojedynkę, tam nie byłoby wymiaru podatkowego, ale tam nie byłoby w ogóle prywatnej własności, i silniejszy bezkarnie zabierałby wszystko, nawet życie słabszemu. W społeczeństwach zorganizowanych świadomość oddania części swego majątku dla zabezpieczenia reszty istnieje u większości obywateli, i mniejszość, nie uznająca tego, będzie zmuszona uszanować wolę ogółu, wolę większości. To samo w szkole, na sejmikach klasowych i ogólnych omawiane są potrzeby, wyczuwane i uznawane przez większość. Wniosek, który na Sejmiku nie uzyska większości, przepada, ale wniosek, przyjęty przez większość, obowiązuje mniejszość wbrew jej woli, i to ma wielką wartość wychowawczą. Nauczyciel ma możność „opozycyjnej mniejszości” wykazać na przykładach z historii własnego narodu czy z historii powszechnej, że tak być powinno. Nauczyciel, domagając się wykonania uchwalonego wniosku, występuje w roli stróża prawa, którego źródłem jest wola większości, nie wola jego jako jednostki, i nie wola mniejszości. Dzieci doskonale zdają sobie z tego sprawę i otaczają nauczyciela jeszcze większym szacunkiem, i tym większym, im gorliwiej ten obowiązek nauczyciel spełnia. Oczywiście, nauczyciel musi szczerze kochać dziatwę, zarówno jako wesołą, beztroską „dzisiejszość” oraz jako rosnące, zbliżające się „jutro”; musi serio traktować życie młodocianej gromady, być pobłażliwym dla drobnych uchybień, właściwych temu wiekowi, i nie wypływających ze złej woli, ale raczej z braku wszelkiej woli; musi pamiętać, że dzieci znakomicie czują, kiedy nauczyciel jest ich przyjacielem serio, a kiedy tylko sztucznym, udającym. Prawdziwemu swemu przyjacielowi dzieci pozwalają być bardzo wymagającym, nie przestając go darzyć swoją miłością i przywiązaniem, a to wszak jest tajemnicą owocności pracy naszej czy to jako nauczycieli, czy jako wychowawców. Organiczne zespolenie nauczyciela z klasą, to wielka siła pedagogiczna, to kres wszelkiej konspiracji, to wspólny przepotężny bojowy front, przed którym pierzcha wszelki wróg życia szkolnego, a więc lenistwo, niedbalstwo, zła frekwencja itd. […] Tego nie osiągnie najlepszy nauczyciel, jeżeli nie dopuści do czynnego udziału w życiu klasy i szkoły swego wychowanka, jeżeli nie uczyni go „obywatelem”, obarczonym obowiązkami i korzystającym z przywilejów, wrażliwym na wszystko, co się dzieje w szkole, chętnie i z wewnętrznego popędu niosącym w ofierze swą pomoc dobru ogólnemu, z ogniem w oczach opowiadającym rodzicom w domu, co się w szkole uchwaliło, co się zrobiło, co jeszcze zrobić trzeba i co zrobione być musi, bo tego wymaga dobro i honor klasy, honor szkoły. Później przyjdzie kolej i na honor ojczyzny, honor ludzkości.
Tylko w ogniu pracy dla dobra ogółu, w atmosferze wzajemnego szacunku i życzliwości rosną szlachetne charaktery, wielkie dusze, tu krzepnie i potężnieje wola do pokonywania coraz większych trudności, tu kształci się myśl, zrozumienie wartości zbiorowego wysiłku, roli jednostki w społeczeństwie, wielkiej wartości siły zorganizowanej zbiorowej, a więc państwa, siły, gwarantującej szczęście i dobrobyt słabej jednostki. Tu kształcą się skłonności tej jednostki do niesienia ciężarów na rzecz dobra ogólnego. Tego nie osiągniemy wygłaszając nawet najwznioślejsze pogadanki na temat, co to jest ojczyzna, a co jej winien obywatel, i co to jest wspólne dobro itd.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
W Stanach Zjednoczonych, w George Junior Republic, spotkaliśmy jeden z najstarszych przykładów zastosowania w internacie systemu samorządu uczniów. Również w Stanach Zjednoczonych znajdujemy najbardziej rozpowszechniony wzór samorządu dla eksternatów.
Twórcą systemu, lub przynajmniej pierwszym jego organizatorem, jest Wilson Gill. […] Uczynił nawet więcej; wprowadził bowiem swój system do kilkuset z górą college’ów na całej przestrzeni Stanów Zjednoczonych i Kanady aż do Kuby. Nie zamierzam przedstawiać tu szczegółów sławnego „systemu Gilla”. Rzecz naturalna, jest on w ustawach konstytucji szkolnych odbiciem ustroju państw amerykańskich. […]
W Europie, niedługo przed wojną, dwa kraje poczęły wprowadzać u siebie powszechnie system samorządu uczniów. Trudno się domyślić, że były to Prusy nadreńskie i Austria. F. W. Foerster w dziele „Szkoła i charakter” podaje artykuł z „Gazety Kolońskiej”, opisujący ten system: trymestralne wybory urzędników, rozdział obowiązków, ustanowienie biura ogólnego, złożonego z „osób zaufania” wszystkich klas szkoły w wieku powyżej 14 lat. Wszystkie wewnętrzne czynności nadzoru nad zachowaniem się i czystością należą do tego biura i do jego prezydenta.
W Austrii inicjatywa wyszła od dr. K. Prodingera, dyrektora liceum w Poli. Wskutek zakorzenionych sporów między Włochami, Niemcami i Słowianami, wpadł on na pomysł wprowadzenia od 1908 r. systemu samorządu. Rezultat był tak pomyślny, że grupy dawnych wrogów wzięły się do harmonijnej współpracy dla dobra swojej szkoły. W miejsce dawnych przesądów i wrogich nastrojów wzięło górę w obradach uczucie ludzkości, zgody i zdrowy rozsądek. Oto kilka zdań, wyjętych ze streszczenia pism Prodingera […]:
„Uczniowie mają prawo głosowania i wybierają swych funkcjonariuszy i wyższych urzędników, a mianowicie: naczelnika gminy, sekretarza, prokuratora, członków rady i sędziów. Poza tymi urzędami stwarza się w miarę potrzeby inne, np. «radę zdrowia», komitet dla sportów, komitet dla uroczystości szkolnych, dla biblioteki itp. Rada ogólna i sędziowie zbierają się w stałych terminach, wydają zarządzenia i czuwają nad ich wykonaniem. Gmina ta, której bardzo szczegółowa konstytucja wzoruje się na ustroju państwa austriackiego, dzieli się na osiem okręgów, według ośmiu klas gimnazjum. Pierwszem jej zadaniem jest stosowanie wszelkich środków dla poprawy i uszlachetnienia charakterów swych członków, wydawanie praw, których celem jest dobro gminy oraz staranie o wymiar sprawiedliwości w każdym wypadku. Członkowie mają obowiązek wspierać wysiłki zarządu i pomagać mu w jego działalności”.
Powodzenie tego systemu było tak wielkie, że austriackie ministerstwo oświaty publicznej, na podstawie rozważań X Kongresu nauczycieli szkół średnich, który odbył się w 1910 r. w Wiedniu, oraz po kilkakrotnych wizytacjach gimnazjum Prodingera w Poli, poleciło jego system – nie narzucając go wszakże – wszystkim gimnazjom austriackim. Wiele z nich przyjęło go i było z niego zadowolonych. […]
Nie mogę rozwodzić się nad niezliczonymi próbami, których dokonywano bezpośrednio przed wojną w wielu miastach niemieckich. Podaję jedynie, jako godną, zapamiętania, znakomitą organizację wyższej szkoły realnej we Frankfurcie nad Menem, pod dyrekcją dr. Maksa Waltera, oraz szkoły zawodowej w Monachium, której dyrektorem jest dr G. Kerschensteiner, autor dzieł pierwszorzędnej wartości, […] z którym korespondowałem przed wojną, dostarczył mi, odnośnie do naszego zagadnienia, ogólnej bibliografii obejmującej z górą trzysta pozycji. Wskazuje to, że idea ta rozwija się zarówno w teorii, jak i w praktyce. […]
Próby demokracji szkolnej, czynione ostatnio w eksternatach angielskich, zdają się czerpać natchnienie głównie z doświadczeń zyskanych w internatach […]. J. H. Simpson wprowadził swój projekt w życie w klasie złożonej z 23 chłopców, w wieku od 13 do 18 lat. Uważa on, że każda klasa winna stanowić jednostkę społeczną. Wiedział, że nie powinno się uczniom narzucać gotowej konstytucji; konstytucja tylko wtedy jest użyteczna, gdy odpowiada samorodnym potrzebom i życzeniom dzieci lub młodzieży. Dlatego też ograniczył się do ustanowienia w swej klasie różnych funkcji dla możliwie największej ilości uczniów: bibliotekarza, dyżurnych na różnych lekcjach i dla różnych zajęć szkolnych, przełożonych najrozmaitszych spraw klasy, np. przewietrzania klasy itp. – i czekał. […] Od tej chwili poprzez nieuniknione przeciwności, jakie napotyka żyjący organizm w pełni rozwoju, rozwija się zalążek tej organizacji. „W praktyce nie ma szczegółów życia klasy, którymi by obywatele nie mogli się zająć swobodnie, wedle swego uznania; mogą oni powziąć według swej woli wszelkie postanowienia natury gospodarczej. Istnieją dla nich tysiące zagadnień o żywotnym znaczeniu: nie tylko są upoważnieni do wydawania praw w tej dziedzinie, lecz uważam to za rzecz zasadniczą”. […]
Innego przykładu dostarcza E. A. Craddock, profesor języka angielskiego i francuskiego w średniej szkole politechnicznej w Holloway. Pełną władzę ma komitet uczniów, wybrany przez kolegów w wieku 11 do 14 lat. Profesor nie zajmuje się ani porządkiem, ani karnością, a system, jak się zdaje, działa znakomicie. […] Craddock uważa, że dla powodzenia ustroju demokratycznego jest konieczne wstrzymać się zupełnie od wszelkiej interwencji. Najmniejsze bowiem wmieszanie się z jego strony powoduje wypaczenie doświadczenia przez przesunięcie ciężaru odpowiedzialności i w ten sposób naraża na zniszczenie całej wartości zasadniczego trzonu systemu: rzeczywistego samorządu. A błędy? – zapytamy. Błędy są nadzwyczaj rzadkie. Uczniowie wybierają swych szefów bardzo trafnie. Ci zaś, którzy przez komitet zostali skazani, mogą, o ile uznają to za właściwe, odwołać się do ogólnego zgromadzenia klasy. Członkowie komitetu jednak wydają wyroki i skazują tak sprawiedliwie, iż wypadek taki prawie nigdy się nie zdarza. Pod tym względem mają oni znaczną wyższość nad dorosłymi: znają dokładniej charakter tych, których sądzą; dzięki wyborom zawiśli są od kolegów, którzy powierzyli im funkcję wymagającą zaufania, i wiedzą, że opinia publiczna, która w razie błędu osądzi z kolei ich samych, jest nieprzejednana na punkcie sprawiedliwości i prawdy. Mało nauczycieli może się pochwalić taką znakomitą karnością, jaką uzyskuje komitet. Oszustwa są po prostu niemożliwe; chłopcy między sobą znają wszystkie kruczki i nie byłoby dobrze próbować wywieść w pole członków komitetu. […]
W Paryżu Roger Cousinet, wielki znawca dzieci, mówił po raz pierwszy o systemie autonomii uczniów w „Société libre pour l’étude psychologique de l’enfant”. Belot postanowił bezzwłocznie przeprowadzić doświadczenie proponowane przez Cousineta, w kilku klasach swego okręgu. […] Belot przedstawił wyniki doświadczenia: „Odpowiedziało 37 klas należących do osiemnastu szkół męskich i żeńskich, wszystkie z II i X dzielnicy. […] 16 klas (12 męskich i 4 żeńskie) doszło do wyników mniej lub więcej przychylnych dla samorządu, 20 klas (10 męskich, 10 żeńskich) do ogólnego potępienia systemu lub do niekorzystnych rezultatów. Zdaje się, że powodzenie jego jest mniejsze u młodszych dzieci. Ogólnie sądzono, iż byłoby lepiej, rozpocząć doświadczenie z nowym rokiem szkolnym. Wysoka liczba dwunastu funkcji, rozdawanych co miesiąc między różnych uczniów, wymaga od nauczyciela zbyt wielkiego nadzoru; co do ilości funkcji należałoby zatem pozostawić pewną swobodę”.
Na pierwszy rzut oka zdaje się, iż jest więcej krytyki niż pochwał i że system potępiła większość wychowawców, którzy go próbowali. Rozważając rzecz z bliska, widzimy ze zdziwieniem, że tak nie jest. Skrytykowano i potępiono jedynie warunki doświadczenia: nowy system, stojący w sprzeczności z wszystkimi tradycjami szkoły paryskiej, narzucono wręcz bezwzględnie dzieciom, które były najzupełniej nieprzygotowane do urzeczywistnienia go. Nie tylko brak tu przygotowania, ale brak również okresu przejściowego, nie było żadnego stopniowania, nie było przemyślanego zetknięcia się z trudnościami, które trzeba zwyciężyć. Rozpoczęło się rzecz w środku roku szkolnego. Żądało się, by wszyscy uczniowie, nawet najmniej do tego zdolni, spełniali funkcje wymagające zaufania, z których niejedna przedstawia przy wykonaniu wielkie trudności. Niektórzy wreszcie nauczyciele wierzyli naiwnie, że dla pełnej oceny systemu winni wstrzymać się niemal zupełnie od jakiegokolwiek wkraczania bez względu na to, co by się działo. A właśnie duchowy wpływ nauczyciela nadaje całą wartość samorządowi. Bez tej początkowej interwencji powstaje niemal nieuchronnie anarchia.
Najbardziej też należy podziwiać to właśnie, że paryskie doświadczenie nie doprowadziło do anarchii i że dzieci – i to często – wcale nieźle dawały sobie radę bez żadnego przygotowania; jest to wprost cud! Próbę tę tak źle rozpoczętą, której wyniki były mimo to pod wielu względami zachęcające, uważam, mimo niekorzystnych pozorów, za prawdziwy sukces systemu samorządu uczniów. […]
Pozostaje mi wspomnieć o tym, co zrobiono w Szwajcarii. Nie ma roku, by jedna lub więcej szkół prywatnych lub publicznych nie wprowadziła tego systemu, te zaś, które go raz przyjęły, przeważnie go zachowują. To chyba dowód, że uznają go za dobry. […] Pierwszorzędny materiał dowodowy stanowi dzieło, wydane po niemiecku, C. Burckhardta z Bazylei, który szkicuje nam żywo zdarzenia zaszłe w jego klasie, zorganizowanej w małą republikę. […] Państwo – mówi pokrótce Burckhardt […] – powierza nauczycielowi wychowanie i nauczanie młodzieży. Czy nauczyciel ma być monarchą absolutnym, czy konstytucyjnym? Zaletą absolutyzmu jest to, że upraszcza sprawę; jest on jednak wrogiem wszelkiego rozwoju; zabija wolę, bez której człowiek nie istnieje. Wola młodzieży musi mieć możność wyrażania się. Dobrze, a wola nauczyciela? Czy winna poddać się tamtej? Tak, gdy to, czego chce młodzież, jest dobre. Młodzież powinna najpierw wypowiedzieć swą wolę; nauczyciel sprzeciwi się jej dopiero wtedy, gdy schodzi ona na niebezpieczną drogę. W innych razach dozwólmy młodzieży mylić się czasem i przez własne doświadczenie znajdować dobrą drogę. W ten sposób osiągnie ona niezawisłość i zdolność osądzania. […]
Jak postępował C. Burckhardt? Pierwsze przelanie władzy, na które się zgodził, polegało na przyznaniu klasie prawa samodzielnego mianowania przez nią tygodniowych dyżurnych. Prawo głosu jest tu jednakie dla wszystkich; to ośmieliło słabszych i wszyscy poczuli, iż są częścią zbiorowości. Od tej chwili zmieniły się stosunki między nauczycielem a uczniami: nauczyciel przestał być istotą innego gatunku. Wkrótce zaczyna on odczuwać coraz silniej przywiązanie i wdzięczność uczniów. Powierzenie klasie mianowania dyżurnych uchodzi za akt zaufania. Drugie stadium: poruszono sprawę, jak długo mają trwać mandaty dyżurnych: powstaje dyskusja, protokoły. Z wolna formuje się reguła przystosowana do potrzeb. Nauczyciel niczego nie narzuca. Duży zysk przedstawia ustalenie regulaminu, który jest zawiązkiem konstytucji, odpowiada on samorzutnej potrzebie działania uczniów i w ten sposób zadowala ich głęboki instynkt. Daje im odczuć, że nie podlegają żadnemu naciskowi pochodzącemu z zewnątrz. Charaktery występują na jaw. Wiele dzieci, u których dotychczas zauważono tylko brak uzdolnień, objawia swą indywidualność. W całej zaś tej działalności nie ma celów egoistycznych: jest ona na służbie zbiorowości. […]
System samorządu, przeciwstawiając się dążeniom indywidualistycznym lub egoistycznym, które w szkołach panują jeszcze zbyt niepodzielnie, sprzyja tendencjom społecznym. Tendencje indywidualistyczne oddalają jednostki od siebie, zamiast zbliżać je i jednoczyć. A czyż szkoła nie powinna być laboratorium przyszłych obywateli, instytucją, w której się oni przygotowują do wypełniania obowiązków względem społeczeństwa i państwa? Z ustrojem samorządowym wkracza do szkoły życie. Nie ma już tu rywali, przeciwników, siedzących obok siebie, ale są koledzy, dzielący to samo życie, te same smutki i radości. Powstaje wspólne organizowanie się. Zbiorowość bowiem wymaga organów dla zredagowania powziętych decyzji, strzeżenia prawa, ułożenia stosunków z nauczycielem. Miło jest widzieć, w jakim stopniu panujący nastrój sprzyja samemu nauczaniu. Zdolniejsi pomagają słabszym, ustala się współpraca. W miarę jak znika fałszywy indywidualizm, okazuje się i rozwija u każdego prawdziwa indywidualność. […]
System ten przedstawia jeszcze inną korzyść; wychowując dziecko na czynnego i świadomego rzeczy obywatela w przyszłości, zbliża je do wielkiego społeczeństwa dorosłych. Promienne wspomnienie małej republiki szkolnej będzie mu w przyszłości towarzyszyć w prawdziwej republice. Miłość kraju rodzinnego otrząśnie się z wszelkiego szowinizmu, nie będzie już ona sentymentalnym nastrojem mniej lub więcej biernym, lecz przybierze czynną formę spontanicznej współpracy. Z tego względu wyrobienie poczucia odpowiedzialności znaczy to samo, co wychowanie obywatelskie. Mały obywatel, żyjąc od wczesnej młodości życiem demokratycznym, nauczy się myśli politycznej. Z doświadczenia pozna wartość rozmaitych ustrojów; przeszedł bowiem przez wszelkie stadia życia obywatelskiego, począwszy od biernej roli poddanego do niezawisłego obywatela, który z równymi sobie stanowi o sprawach publicznych. Dlatego też będzie się żywo interesował światem przyszłości. Nie owładnie nim prasa ani opinia publiczna; gdy będzie potrzeba, potrafi stawić im czoło. A gdy później uzna się za pożądane poddać go „kształceniu obywatelskiemu”, abstrakcyjne teorie nabiorą w jego oczach życia; siedząc bowiem w ławie szkolnej, widział w rzeczywistości, jak w miniaturze pracują niektóre koła złożonej maszyny państwowej. […]
Próby przeprowadzane w Szwajcarii francuskiej można podzielić na dwie grupy: jedne, dokonywane w szkołach średnich, drugie, których polem doświadczalnym uczyniono szkoły powszechne. […] Istnieje szereg środków, którymi zapoczątkować można wprowadzenie ustroju samorządu. Trzeba zacytować przysłowie: „Kto za dużo chwyta, słabo trzyma”. Tak więc samorząd i przywileje, które on za sobą pociąga, przyznawać by można tylko dobrym uczniom, a ci zwolna przystępowaliby do wyboru nowych obywateli, w miarę jakby się ci ostatni okazywali tego godni. Dyrektorowie kolegiów, którzy uważają inicjatywę prywatną za proceder zbyt powolny, a którzy zachęceni dobroczynnym działaniem systemu samorządu zechcą go wprowadzić w swych szkołach, mają jeden szybki środek: wprowadzić go z urzędu. Próbował to przeprowadzić Lalive, dyrektor szkół średnich w La Chaux-de-Fonds. W 1919 r. zaproponował on wprowadzenie systemu samorządu w gimnazjum, żeńskiej szkole średniej i w seminarium. Z wyjątkiem dwu klas dziewcząt w wieku od 14 do 16 lat, wszystkie inne klasy postanowiły wypróbować go. Jedna ze wspomnianych dwu klas mimo to prosiła później o pozwolenie przyłączenia się, a najmłodsi uczniowie w wieku od 12 do 14 lat, których pominięto, domagali się energicznie, by im także pozwolono spróbować tego systemu, na co też się zgodzono. Przy głosowaniu nad nim wymagana była większość 2/3 głosów. Jest to oznaką, że system został przyjęty z ochotą.
Regulamin ustalający współpracę uczniów w dziedzinie karności, uchwalony przez konferencję nauczycieli szkół średnich w dniu 19 grudnia 1918 r. i zatwierdzony przez Radę Szkolną 10 stycznia 1919 r., postanawia, że każda klasa ma zamianować z początkiem każdego trymestru komitet złożony z 3 do 5 członków z prawem bezpośredniego powtórnego wyboru. „Komitet klasowy ma następujący zakres działania: a) rozpatruje wszelkie kwestie dotyczącego dobrego stanu klasy; b) stara się przyjść z pomocą uczniom chorym lub zaniedbanym i pomagać im w pracy; c) może wyrażać życzenia w sprawie kursów szkolnych i rekreacji pozaszkolnych; d) dba o estetyczny wygląd klasy”. […]
Konstytucja ta zaraz po nadaniu weszła w życie. Zamianowano komitety. Czy trzeba dodawać, że nowy system został przyjęty z wielkim zapałem i sprawił cuda? Zbyt wcześnie jeszcze bez wątpienia, by mówić o wynikach tej próby. Dyrektor oświadczył mi, że dotychczas jest z niej zadowolony. Uczniowie jednak z wolna dopiero zrozumieją, czego się od nich oczekuje. Często w początkach troska o regulamin bierze u kilku uczniów górę nad wszystkim innym i stwarza atmosferę podejrzliwości i wzajemnej kontroli; wtenczas więcej mówi się o karach, niż o wzajemnym niesieniu sobie pomocy. U innych znowu przeważa szydercza obojętność. Nie zawsze jednak uczniowie są ostatnimi, którzy dobrze rozumieją sprawę; są nauczyciele, którzy wytrąceni z równowagi swych przyzwyczajeń, nie nauczywszy się w swym życiu kierować obcym umysłem jedynie przy pomocy wyjaśniania i przekonywania, nie odnoszą się do systemu przychylnie. Są wreszcie rodzice, którzy podnoszą krzyk na „sowieckie szkoły” i zakazują swemu potomstwu słuchać komitetów klasowych! Miejmy nadzieję, że te wypadki zacofania będą coraz rzadsze.
Dziwnym trafem najbardziej ciekawe próby w zakresie samorządu uczniowskiego przeprowadzono w Szwajcarii francuskiej nie w szkołach średnich, lecz w początkowych. Pragnę tu mówić o próbach równocześnie niemal dokonywanych przez Guignarda, nauczyciela w Founex i przez Chessexa w Brenles i w La Sarraz.
Każdemu oddać trzeba, co mu się należy. Hipolit Guignard zaczął skromnie w 1908 r. i oto przez 12 lat wypróbowuje ten ustrój z takim powodzeniem, że, jak mówi, ani on, ani jego uczniowie, ani rodzice nie pragnęliby wprowadzenia innego. Warto więc zbadać bliżej, czego może nas nauczyć człowiek tak wielkiego doświadczenia w dziedzinie, w której pod względem kompetencji nie ma sobie równego wśród nauczycieli nie tylko w Szwajcarii, lecz prawdopodobnie w całej Europie.
Oto co pisał H. Gailloz w „L’Educateur” z 29 stycznia 1910 r., jako wstęp do referatu swego kolegi Guignarda: „Jeden z kolegów w okręgu Nyon podaje nam wiadomość o próbach, jakie przeprowadził w jednej ze swoich klas, i na liczne prośby zewsząd doń skierowane przysyła nam łaskawie odpisy regulaminów obowiązujących w tej szkole od roku. Regulaminy te, oparte na zasadzie self-governement, zatwierdzone przez miejscową komisję szkolną, wskazują, że idea ta opuściwszy dziedzinę niedościgłej utopii, znajduje się na drodze pełnego urzeczywistnienia w praktyce. Rozumie się, że podobne regulaminy nie są szablonami, które wszędzie należy stosować dosłownie. Powodzenie zależy przede wszystkim od charakteru i ducha klasy, od indywidualności nauczyciela i jego ideału karności szkolnej. Przyjąć bez zmiany regulaminy takie, jakie istnieją w Founex, byłoby grubym i naiwnym błędem. Należy je przestudiować i zbadać dokładnie, polegając na własnym sądzie i niczego nie robiąc zbyt pośpiesznie. Próba jest niezmiernie interesująca i ciekawi jesteśmy ostatecznych wrażeń nie po jednym, lecz po kilku latach doświadczeń […]”.
A oto, jakie korzyści w ustroju samorządowym widział już w r. 1910 nauczyciel z Founex: „Wykonywanie samorządu przez klasę powoduje bardzo korzystną zmianę w sposobie jej myślenia. Odpowiada ono potrzebie czynnej działalności dziecka. Pozwala przejawić się indywidualnościom, rozwija odwagę moralną i otwartość. Pozwala zaspokoić potrzebę sprawiedliwości, na co uczniowie są bardzo wrażliwi. Uczy poszanowania prawa i autorytetu i przez to wzmacnia karność. Korzystny jego wpływ rozciąga się również na nauczyciela, który lepiej widzi wychowawczą stronę swego zadania i wzór, jaki winien dawać w swych słowach, nacechowanych zawsze życzliwością i szacunkiem dla wszystkich swoich podwładnych. Wreszcie, system ten stanowi praktyczną szkołę obywatelską, która zaszczepić może młodej generacji nieco zamiłowania do spraw publicznych”.
Od czasu gdy napisano te słowa, szereg nowych dowodów potwierdził pierwsze wrażenie. […] „Po dwunastu latach prób stwierdzam – mówi autor – iż ten nowy środek jest jedynym, który nam pozostaje, by skierować nauczanie ku wychowaniu moralnemu i demokratycznemu. Rodzina nie życzy już sobie surowości nauczyciela-automatu; zbyt często bierze ona stronę dziecka. Ponieważ zaś hartowanie charakterów jest niemożliwe przy nauce mającej właściwości rozrywki ani w szkole ciągłej zabawy, przeto trzeba koniecznie przeciwstawiać sobie wzajemnie drobne pragnienia, jak to się dzieje w rzeczywistym życiu. Wówczas, rozwijając się swobodnie, zwalczają się one i neutralizują wzajemnie ku większemu spokojowi nauczyciela i z korzyścią dla wyników nauki. Co więcej, poczucie sprawiedliwości i dobrowolnie przyjętego prawa stwarza zdrową atmosferę zaufania; nauczyciel może wtedy z ulgą odłożyć bicz pogromcy, czy laseczkę magnetyzera, i stać się moralnym kierownikiem i współpracownikiem swych uczniów”. […]
Znakomite wyniki, do jakich doszedł w Founex Hipolit Guignard, znajdują poparcie w rezultatach uzyskanych przez Alberta Chessex w Brenles sur Moudon (1909 do 1910) i w wyższej szkole początkowej w La Sarraz (1913 do 1917). Dwie próby Alberta Chessex uważam mimo ich bezpretensjonalności za doświadczenia wzorowe i to z dwu powodów: przede wszystkim Chessex postępował „organicznie”, nie przeskakiwał poszczególnych stopni, nie narzucał konstytucji, nie rozwijał u uczniów skłonności do pustego ustanawiania przepisów. Wszystko, co tam postanowiono, odpowiadało potrzebom organizacji, odczuwanym przez wszystkich; wszystko miało na celu lepsze spełnienie funkcji społecznych, które inaczej nie szłyby tak dobrze.
Po wtóre, doświadczenia te zasługują na uwagę ze względu na wartość otrzymanych wyników. Chessex umiał w rezultacie wprowadzić wśród swych uczniów, chłopców i dziewcząt, bez względu na ich ilość, tego rodzaju ujmującą karność, która zdaje się utrzymywać sama przez się, która sprawia wrażenie, że nauczyciel nie ma co robić i zdaje się potwierdzać myśl J. J. Rousseau, że „dziecko rodzi się dobre”.
Trzeba jednak pozbyć się złudzeń: wolność postępowania połączona z porządkiem jest tu wynikiem długich i cierpliwych wspólnych poszukiwań, rozmyślań, porównań, wniosków, wysiłków udanych lub zakończonych niepowodzeniem, prób cierpliwie poprawianych i udoskonalanych. Tak, niewątpliwie, dziecko rodzi się dobre, przynajmniej w głębi swej natury; lecz tę naturę przysłania często gruba warstwa nierozumu i egoizmu, którą trzeba długo oddzierać, piłować i wygładzać, zanim przez jej złoże dotrzemy do czystego metalu, który pod nią się kryje.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Wychowanie moralne
1. Ogólne wyniki samorządu pod względem moralnym są dodatnie wszędzie (kilka wyjątków). Formułują się w następujący sposób: „rozwój poczucia godności osobistej i odpowiedzialności zbiorowej”, „kształci wolę, uprzejmość, solidarność, prawdomówność”, „samodzielność, odpowiedzialność, solidarność, zaufanie do przełożonych”, „tępi egoizm, kłamstwo, kradzież, plotkarstwo”, „w klasie wzięły górę jednostki najlepsze, które pociągają za sobą oporniejsze”, „kształci wolę, urabia charakter, budzi i rozwija instynkty społeczne, zabija egoizm, rozwija altruizm pod warunkiem aktywizacji wszystkich jednostek wchodzących w skład danej grupy samorządowej”, „szczerość, rozwój odwagi cywilnej”, „zmniejszenie się bójek, nie ma skarg, nic nie ginie, porządek, mniej kłamstwa, więcej szczerości, spotęgowanie ambicji”, „zaradność w rozmaitych sprawach szkolnych i pozaszkolnych, współżycie i wzajemna pomoc”, „zrozumienie pojęcia zła i dobra bez względu na karę i nagrodę”. Są to motywy, które powtarzają się w różnych wariantach i połączeniach wszędzie. Kilka wyjątków brzmi przeważnie lakonicznie: wyniki są „małe” (po 4 miesiącach), „wątpliwe” (po roku przerwany), samorząd jest „bez wpływu”, „niezupełnie zadowalające, ale jest postęp” (po roku stosowania).
Pewne zastrzeżenie przy dodatnich wynikach ogólnych zawarte jest w następującej odpowiedzi: „Z ogólnych wyników byłem zupełnie zadowolony. Klasa w krótkim czasie przeistoczyła się w grupę poważnie traktujących swe obowiązki osobników. Wzrosło poczucie odpowiedzialności, ale, co gorsza, zniknęła z twarzyczek wesołość, ustępując miejsca zbytniej stosunkowo powadze”.
2. a) Więcej nieco ograniczeń (45 wypadków) daje odpowiedź pozytywna co do ducha pomocy wzajemnej, wyrabianego w pracy samorządowej. W 33 wypadkach wynik taki dał się zauważyć tylko „częściowo”, stosunek ten wyrażany jest nieraz ściślej, np. u 50%, 3/4, 25–75%. U innych wynik jest „mały” albo „żaden” (po 3 miesiącach stosowania), albo też „jeszcze” nie nastąpił (po roku); czasem też wymagania lub nadzieje widocznie są zbyt wygórowane, np. „tego (dobrych wyników w tym kierunku) nie zauważyłem – może ze względu na wiek” (istotnie, dzieci są w wieku 8–9 lat, a nauczyciel stosuje samorząd od… 4 miesięcy). Niektórzy ograniczają wpływ samorządu w danym kierunku: osiągający wyniki w rozwoju ducha pomocy wzajemnej nie przypisują ich samorządowi albo nie wyłącznie. Jedna odpowiedź określa wyniki jako „obłudę”, inna zaś zastrzega się, że „byli tacy, co nadużywali pomocy kolegów”. Inni natomiast podkreślają bardzo duże wyniki w tym kierunku: „u niektórych dzieci aż do fanatyzmu” „nawet u 7–8-letnich mogą to stwierdzić”. Forma tej pomocy wyraża się przeważnie w pomocy przy nauce młodszych lub mniej uzdolnionych w pewnych przedmiotach; rzadziej w pomocy materialnej. W każdym razie jest tu 80% odpowiedzi pozytywnych bez zastrzeżeń.
b) Niewłaściwą dążność do wysuwania się na czoło spotyka się w 56 wypadkach stale, w 160 wypadkach „częściowo”, „rzadko”, w 147 wypadkach objawów takich nie ma. Niektóre odpowiedzi zawierają inne uwagi, np.: „zdarza się, ale czy to zawsze jest złe?” albo podobnie: „dążność tę uważam za bardzo właściwą”, „każdą ambicję wysuwania się na czoło można wykorzystać, przydzielając odpowiednią pracę; wolałem takich niż obojętnych”. Dzieci, u których tę dążność się spostrzega, to albo dzieci młodsze, albo chłopcy, albo jednostki ambitne, albo „zdolne, ale często mniej wartościowe”, albo dzieci, „które to z domu wyniosły”, albo „w żeńskiej nie, w koedukacyjnej tak”. Jak różne (a może i niepewne) jest doświadczenie nauczycieli pod tym względem, dowodzi zeznanie 8 nauczycieli (różnych klas w jednej szkole (powszechnej): 4 razy – tak, 1 – często, 2 – rzadko, 1 – nie.
c) Chęć krytykowania i obmowy występuje bez omówień w 71 wypadkach, jako zjawisko częste („wprost walczyć trzeba z tym”) w 2 wypadkach, czasem (rzadko, początkowo) w 105 wypadkach, u dziewcząt w 11 wypadkach, krytyka – tak, obmowa – nie w 22 wypadkach albo też jeżeli występują, to nie w związku z samorządem i nie jako skutek systemu lub przy źle prowadzonym samorządzie, albo też w czasie, kiedy istniał sąd, „przeto sąd został usunięty”, czasem „u tych, którzy piastowali urzędy”, czasem zaś przeciwnie, „hamuje się przez wybór krytyków do zarządu”, niekiedy samorząd wpływa na usunięcie poprzednio istniejącej wady obmowy.
d) Wzrost poczucia odpowiedzialności jest niemal powszechny, zaznaczony jest bez zastrzeżeń w 335 wypadkach, w tym w 31 wypadkach podkreśla się taki skutek jako wybitny, „może to najpoważniejsza zdobycz systemu”, „występuje to już od samego początku”, „już po trzech miesiącach pracy i wśród najmłodszych dzieci się objawia”.
Częściowe wyniki otrzymało 14 nauczycieli, nie uzyskało dobrych wyników w tym kierunku zaledwie 11 odpowiadających; inni jeszcze uzależniają osiągnięcie poczucia odpowiedzialności od dobrego prowadzenia samorządu, od typu dziecka, od jego wieku (jedni od starszego, inni od młodszego), od sprawowania przez nie urzędu, od długości pracy.
e) Skłonność do sądzenia i sprawiedliwości spotyka się również bardzo często, acz nie powszechnie, przy tym więcej jest różnorodnych zastrzeżeń. Bezwzględnie przyznaje taki skutek 264 nauczycieli, przyznaje sprawiedliwość, zaprzecza sądzeniu – 10, reszta zaprzecza obojgu, wyrażając przekonanie, że dzieci umieją wytykać błędy, ale nie sądzić obiektywnie, że „gdyby nie osoba wychowawcy, sprawiedliwość ucierpiałaby na korzyść uczucia”, że „duża impulsywność (dzieci) utrudnia prawidłowy wymiar sprawiedliwości”, wymiar sprawiedliwości jest zbyt surowy.
f) Podobnie przedstawia się wyrabianie przez samorząd większego panowania nad sobą: w 293 wypadkach wynik taki osiągano bezwzględnie, w 23 wypadkach tylko częściowo („rzadko”, „nie u wszystkich”, „u paru”), w kilku tylko wypadkach u tych, którzy zajmowali stanowiska odpowiedzialne lub tylko po dłuższym stosowaniu samorządu albo też z trudnością, czasem osiągało się tylko „dobre chęci”, w 10 tylko wypadkach wyników w tym kierunku nie uzyskano.
g) Znacznie słabszy wynik otrzymało się w kierunku poszukiwania kompromisu, bo tylko w 181 wypadkach bezwzględnie, w 27 wypadkach częściowo, w 7 tylko u starszych albo u tych, co pełnią urzędy, w 67 wypadkach wyników w tym kierunku nie osiągnięto; jedna z odpowiedzi zaznacza, że praca w samorządzie nie usposabia do kompromisu, raczej do radykalizmu. Czasem odpowiedzi budzą wątpliwości, wynikają bowiem ze zrozumienia pytania, jako dotyczącego niegodzenia sprzecznych interesów grup lub sprzecznych mniemań, lecz schodzenia z linii uznanej za właściwą; na przykład zdarzyło się to „u kilku mniej wartościowych” albo kompromis „między dobrem a złem? Tak, stanowi to, niestety, wadę nie tylko młodzieży, ale i ogółu społeczeństwa, z którego ona pochodzi”.
h) Skłonność do intryg występuje dość rzadko: w 31 wypadkach wymieniona jest bez zastrzeżeń, w 70 wypadkach z oznaczeniem „rzadko”, „czasem”, „wyjątkowo”, „w ciągu 10 lat zauważyłem tylko 4 razy”, „w ciągu 5 lat dwa wypadki”, w 4 wypadkach „z początku”, w 4 wypadkach „w okresie dojrzewania”, „w klasach wyższych” (gimnazjum), w 10 wypadkach „wśród dziewcząt”, w 3 wypadkach „u pewnych typów”, np. u „ambitnych a mało uspołecznionych”, w 3 wypadkach samorząd taką skłonność „zmniejsza”, czasem na tle narodowościowym lub religijnym. W 154 wypadkach skłonność ta nie występuje wcale.
i) Natomiast częściej występuje nadmierna ufność do własnego zdania i pewność siebie, bo na ogół w 158 wypadkach, przy czym jednak w 116 wypadkach wymieniana jest jako objaw rzadki, występujący u inteligentnych, u starszych (4 odpowiedzi), to znowu u młodszych (1 odpowiedź) lub nawet w klasach średnich gimnazjum albo też u „jedynaków”, „u członków zarządu”, „u niektórych, o ile zbyt długo piastują urząd”. W 6 odpowiedziach zaznacza się, że skłonność ta, o ile występuje, nie może być uważana za skutek systemu samorządowego, lecz że najwyżej „samorząd wyzwala tę skłonność”, ale jej nie wytwarza, „u jednostek, mających te właściwości z natury, samorząd potęguje je”. Uznając pewien wpływ samorządu na wytwarzanie się tych skłonności u pewnych jednostek lub grup, podkreślają równocześnie niektórzy zjawisko odwrotne, pewnej uległości, „przygaszenia” względnie reakcji oporu ze strony tych jednostek lub grup, które nie mogły się wybić.
Objawu pewności siebie pod wpływem instytucji samorządu nie dostrzeżono w 108 wypadkach.
3. Ułatwianie przez samorząd uczniowski samowychowania stwierdzone jest przez wszystkie odpowiedzi z wyjątkiem jednego wypadku stanowczego przeciwnika tej metody. Niektórzy podkreślają znaczenie samorządu w tym kierunku jako „jedyny środek” albo „główny cel”. W kilku wypadkach są drobne zastrzeżenia, jak np. że to środek tylko częściowy (3 odpowiedzi), że jest mało skuteczny w zastosowaniu do dzieci poniżej lat 14. lub do dziewczynek w tym wieku, lub do dzieci słabych i nieśmiałych, które wolą podporządkowywać się tylko innym, wreszcie, że wyniki w tym kierunku są na ogół dobre, ale „spotkałem jednostki, u których samorząd uwydatnił silniej zboczenia”, „zwiększa to konieczność czuwania wychowawcy nad kierunkiem tego samowychowania. Łatwo o zboczenia: fałszywa ambicja itp.”.
4. Równie jednomyślna jest opinia o objawianiu się w samorządzie charakteru indywidualnego wychowańców. Wprawdzie odpowiedzi negatywnych jest nieco więcej, bo 3, ale też mniej zastrzeżeń, że udaje się to tylko w małym stopniu lub u niektórych; takich zastrzeżeń jest 4. Natomiast w kilku wypadkach uznano samorząd za jedyny względnie najlepszy środek do poznania wychowanków, „nawet skrytych i pojedynków”, przy czym samorząd ujawnia nie tylko „typy bardziej aktywne, pomysłowość, trafność sądu, zaradność, inteligencję i inicjatywę”, ale także „ofiarność lub aspołeczność”, albo „często niezaradność życiową uczennic lepszych, a samodzielność gorzej się uczących”.
5. Podobnie rzecz przedstawia się z poznaniem wychowanków pod względem moralnym. Stanowczo zaprzecza tej możności tylko 5 odpowiedzi, potwierdzają z pewnym ograniczeniem („często, ale nie zawsze”, „czasem”, „trochę”) 4 odpowiedzi, we wszystkich innych wypadkach odpowiedzi są twierdzące z podkreśleniem, że w tym kierunku „nie ma lepszego systemu w dzisiejszej szkole”, że „dopiero teraz poznałem dobrze swoje dzieci”, że system „dał wiele materiału i wiele ciężkich, ale i pięknych przeżyć”, że rezultaty były „często nawet rewelacyjne” lub że poznawało się dzieci „częściej pod względem ujemnym”.
6. Powierzanie odpowiedzialnych czynności w samorządzie, jako środek wpływu wychowawczego na kolegów, nie było stosowane w 81 szkołach, przy czym tylko w 3 z uzasadnieniem, że miało się w tym kierunku „złe doświadczenie”, „wynik niepomyślny” lub że unikało się tego, ponieważ stanowi „pole do nadużyć i złośliwości, co się może minąć z celem”. W 267 wypadkach jest ten środek stosowany, przy czym w 8 z zastrzeżeniem, że dzieje się to z inicjatywy nauczyciela albo też „stosuje to nauczyciel, nie podając tego samego uczniom, bo wykonywaliby pewne czynności z poczuciem, że to jest kara, co wpływałoby na niesumienność wykonania”. Niekiedy podkreśla się, że przeważnie stosował to nauczyciel sam, ale niekiedy także i dzieci, albo że właśnie metoda powstała samorzutnie. Zakres i formy tych czynności są dość rozmaite. A więc wybiera się „brudasów na porządkowych”, „niesfornych na wójtów”, powierza się nawet kasę „dziewczynce posądzonej o kradzież – skutek był doskonały”, „spóźniającej się – ewidencję nieobecnych i spóźniających się” albo „uczniowi, który się spóźniał, polecono badać temperaturę i notować przed godziną 8 – nie spóźniał się więcej”, „uczniowi, który często podlegał kodeksowi, powierzono misję sądzenia – skutek był pomyślny”.
Wpływ kolegów w samorządzie wyraża się także w innej formie: na przykład „starsze są opiekunkami młodszych klas” albo „czasem samorząd prosi o utrzymanie w zakładzie jakiegoś zagrożonego usunięciem chłopca, zobowiązując się rozciągnąć nad nim specjalną opiekę”.
[…]
Wychowanie społeczne
1. W kierunku wychowania społecznego wszystkie niemal samorządy, z wyjątkiem 3, otrzymały wyniki dodatnie. Wyjątki te sprowadzają się do następujących okoliczności: a) zdecydowanie ujemne ustosunkowanie się względem metody samorządowej w ogóle, wprowadzonej przez nauczyciela wskutek nakazu; b) „wątpliwe” wyniki ogólne samorządu wprowadzonego na próbę i przerwanego po roku, c) „ogólnie słabe” wyniki samorządu, wprowadzonego bez stadiów przygotowawczych do klasy przyzwyczajonej przez poprzedniego nauczyciela do surowego rygoru.
Poszczególnie wyrabiane zalety społeczne dzieci prowadzących samorząd zdefiniowane są jako: wyrobienie poczucia obywatelskiego, zrównanie społeczne klasy, zrozumienie idei demokratycznej, wiara w pracę zbiorową, sprawność techniczna w pracy zbiorowej, solidarność, poczucie zbiorowej odpowiedzialności, pogłębienie instynktów społecznych, spotęgowanie uczuć altruistycznych, ofiarność, poczucie prawa i sprawiedliwości, karność dobrowolna. Przykłady sformułowań: „zrozumienie istoty współżycia organizacyjnego, wzajemna tolerancja, poszanowanie prawa i władzy, umiejętność wspólnego rozstrzygania wszelkich spraw i wątpliwości, które nastręczają się w życiu dzieci”. „Samorząd szkolny, jako wyraz zorganizowanej i owianej jednym duchem społeczności szkolnej, okazał się dobrym środkiem wychowania społecznego, ponieważ pozwala uczniom poznać takie fakty społeczne, jak: solidarność, kierownictwo, podporządkowanie się woli jednostki kierowniczej, posłuszeństwo, współdziałanie, karność, obowiązkowość, poczucie potrzeby norm, lojalność, zdolności organizacyjne itd. Tu do pewnego stopnia zaznajamia się młodzież z techniczną stroną organizacji społecznych. Jeżeli chodzi o dziedzinę wychowania obywatelskiego, to ustrój samorządowy sprzyja krzewieniu i utrwalaniu pewnych cnót obywatelskich, jak: oszczędność (prawie wszyscy uczniowie posiadają książeczki oszczędnościowe), popieranie wytwórczości krajowej, ofiarność na cele państwowe (flota narodowa, liga obrony powietrznej i przeciwgazowej, budowa łodzi podwodnej, szkoły polskie na obczyźnie)”. „Współżycie i współdziałanie (zabawy uczniów starszych dla młodszych, odczyty), ofiarność (pomoc materialna i intelektualna, korepetycje bezinteresowne), zmysł społeczny i obywatelski (np. samorząd ustanowił stałe stypendium ku uczczeniu 10. rocznicy odzyskania niepodległości)”.
Rzecz godna podkreślenia, że praca organizacyjno-społeczna i wprawa w niej nabyta odzywają się w dalszym życiu. Niestety, nie zawsze szkoła ma możność śledzenia dalszych losów wychowanka. Niejednokrotnie wszakże fakty są przytoczone. Na przykład: „Informacje o pracy byłych wychowanków na stanowiskach nauczycielskich, ich zainteresowania społeczne, udział w samorządach, spółdzielniach, strażach ogniowych zachęcają do dalszej pracy nad samorządem szkolnym”. „Jednostki z samorządu pracują potem w zarządach kół młodzieży wiejskiej”. A potem: „Zżycie się, solidarność i poczucie odpowiedzialności wszystkich za uczynki jednego z nich przetrwały długo poza czas pobytu w szkole”.
2. Co do poszczególnych stron życia zbiorowego, samorząd dał uczniom pojęcie o tym, co to jest: a) prawo – w 198 wypadkach, b) sąd – w 159 wypadkach, c) sejm – w 169 wypadkach, d) podział władz – w 187 wypadkach. W innych wypadkach albo tych pojęć nie dał, albo tylko je zbliżył lub ułatwił, albo też, jak w sposób charakterystyczny zeznaje jeden z nauczycieli, uczniowie znają te pojęcia skądinąd, „ale tu poznają technikę”. W każdym razie w tym kierunku samorządy uczniowskie w Polsce w większości wypadków nie są nastawione.
3. Natomiast w kierunku wychowania obywatelskiego samorząd wychowuje bez zastrzeżeń według 314 odpowiedzi, przy czym w 46 wypadkach czyni to w sposób wybitny, jest „najlepszym”, a nawet „jedynym środkiem”, „jednym z głównych zadań”, „jedyną realną prawdziwie «poglądową» formą tego wychowania w szkole powszechnej i niższym gimnazjum, niezbędną również na poziomie wyższym”. W 21 wypadkach samorząd tylko przyczynia się do wychowania obywatelskiego lub w niewielkim stopniu może być do tego pomocny. W niewielu wypadkach spotykamy zastrzeżenia: „jeśli w planie lekcyjnym udzielić na to czasu”, „stopień zależy od typu samorządu”, „całkowicie nie daje, gdyż nie posiada wszystkich znamion komórki życia obywatelskiego”, „może być pomocą, ale nie mniej ważnym czynnikiem jest atmosfera życia obywatelskiego wytworzona przez Dyrekcję i Radę Pedagogiczną”, „względnie stosowany – tak, inaczej stwarza warcholstwo”, „o ile jest prowadzony poważnie i systematycznie przez szereg lat”, „tylko obejmujący wszystkie klasy i o jednym systemie”, „sam – nie, może tylko pomagać skutecznie innym zabiegom szkoły”.
4. Zagadnienia mniejszości narodowych i wyznaniowych w większości samorządów (60%) nie są poruszane bądź dlatego, że szkoła jest pod względem narodowym i wyznaniowym jednolita, bądź dlatego, że dzieci są młode, bądź dlatego, że sprawy te nie należą do istoty samorządu i omawiane są na lekcjach i pogadankach historycznych, spółdzielczych, etycznych. Dobre wyniki wychowawcze w kierunku wyrównania sprzecznych interesów i uprzedzeń wobec mniejszości osiąga się więc i poza samorządem: „Mamy wśród wychowanek seminarium grupy wyznaniowe: ewangelicką, prawosławną i żydowską, po kilka uczennic każdej grupy w całym seminarium. Stosunki koleżeńskie wszystkich grup są najserdeczniejsze. Żydówki wybierane bywają do zarządu. Nie jest to jednak zasługą samorządu uczniowskiego, tylko ideologii Rady Pedagogicznej, która oddziałała na uczennice”. Często nauczyciele wprost pomijają te tematy w szkołach o składzie mieszanym, aby uniknąć zadrażnień, gdy tymczasem w innych szkołach o takim składzie życie samorządowe samo przynosi z sobą takie zagadnienia, które wymagają rozstrzygnięcia. Praca na terenie samorządu w kierunku zwalczania tych antagonizmów nie zawsze jest skuteczna, bo silnie działają tu wpływy domu, ale niejednokrotnie daje jednak dobre wyniki. Tak np. kwestie te powstawały z początku, „potem przestały istnieć wskutek wpojenia tolerancji” albo powstają „szczególnie przy urządzaniu wspólnych prac, jednak z domu dzieci wynoszą złe nastawienia i nienawiść do mniejszości, którą zwalcza się jednak skutecznie”, „większość dzieci nie chce zastanawiać się nad sprawiedliwym ujęciem praw, przysługujących mniejszościom narodowym, sądzę, że nastawienie takie jest wynikiem wychowania domowego”.
Pomijanie zasadniczego rozpatrywania zagadnień mniejszości jest nieraz celowe i metodyczne: „Unikamy tych zagadnień, ujmując rzeczywistość szkolną z punktu widzenia równości obywatelskiej bez uwzględnienia różnic narodowościowych i wyznaniowych”, „natomiast wpajamy w dzieci szacunek dla państwa jako zbioru i ochrony interesów zamieszkujących w nim różnych narodowości i wyznań”, albo: „traktuję dzieci jednakowo bez dyskusji i zastanawiania się”. W innych wypadkach samorząd, nie rozwiązując tych spraw z góry i teoretycznie, jest praktyczną szkołą wyrobienia sobie sprawiedliwego podejścia do trudności. „W gminie jest 10 Żydów. Z wprowadzeniem samorządu wyeliminowano Żydów, względnie nie pozwolono Żydom sprawować żadnych urzędów w gminie, mimo iż większość z nich to najzdolniejsi i najpilniejsi uczniowie. Przy ponownych wyborach weszli do zarządu gminy dwaj Żydzi, większość bowiem przekonała się, że będą lepszymi urzędnikami niż każdy inny”. Podobnie: „Kwestie te wyłaniają się często przy wyborze przodowników i dają sposobność zrozumienia, że dobrym, obywatelem (klasy, szkoły, państwa) może być każdy rozumny i uczciwy człowiek, który pracą swoją dla dobra gminy lub państwa nabywa różnych praw, mimo różnicy wyznania czy narodowości”.
5. Sąd polubowny był instytucją, do której praca samorządowa uciekała się w niewielu stosunkowo, bo w 54 wypadkach. Zazwyczaj w tych wypadkach odwoływano się do wychowawcy, jako do „superarbitra” lub „rozjemcy”.
6. Stronnictwa powstawały w 109 samorządach. Były to przeważnie ugrupowania czasowe, doraźne, wynikające na tle poszczególnych spraw, czasem w związku ze zdarzeniami życia pozaszkolnego („przed wyborami do ciał ustawodawczych – na tle przynależności rodziców do ugrupowań politycznych”). Samorząd jako taki rzadko je wytwarzał, „raczej tylko ujawniał, bo istniały niezależnie od niego”. Jeżeli więc ujawnia się w nim rywalizacja grup, „przyczyna tego leży we wpływie domu, imprez teatralnych i organizacji pozaszkolnych, które na młodzież wpływ swój wywierają, niwecząc, a nawet do pewnego stopnia anulując pracę nauczyciela, przejętego np. wychowaniem pacyfistycznym, lub też dając dzieciom możność wnikania w te sprawy, zagłębiania się i wyciągania nieodpowiednich wniosków”.
7. Stron niedogodnych dla życia klasy samorząd nie miał w 185 wypadkach. Dość często zatem był połączony z trudnościami w różnych kierunkach. W kierunku organizacyjnym, gdy np. „nie obejmował całokształtu życia szkolnego i nie był uznawany i poważnie traktowany przez ogół grona nauczycielskiego”. W kierunku utrzymania karności: „brak natychmiastowej egzekutywy”, „czasem nieład”. W kierunku pracy naukowej: „czasem wpływał ujemnie na inne obowiązki”, wywoływał „zaniedbanie w nauce”, „absorbował nieraz czas przeznaczony na przedmioty naukowe”, „absorbował czas i energię umysłową”. W kierunku moralnym: „podchodzenie nauczyciela, umizgi względem przełożonych”, „niektórzy starali się pochlebiać wychowawcy lub szefom”, „rozwinął zmysł pieniactwa”, „chęć wywyższenia się niektórych”. W kierunku społecznym: „koterie narodowościowe”, „antagonizmy”, „wprowadzony zbyt wcześnie, zamiast łączyć, rozdrabniał (koterie, intrygi, stronniczość)”. Czasami wynikać mogą niedogodności dalej jeszcze sięgające. „Przy pewnych niedopatrzeniach wytwarzały się wśród członków samorządu nastroje opozycyjne względem szkoły, co utrudniało pracę wychowawczą. Objawy takie powstawały pod wpływem najrozmaitszych czynników, nie zawsze dających się przewidzieć, ulegały zawsze zlikwidowaniu dzięki znajomości młodzieży i taktowi wychowawców”.
przez redakcja | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
W obiegu publicznym funkcjonował niegdyś bon mot mówiący, że zmieniają się partie u steru władzy, a i tak zawsze rządzi Leszek Balcerowicz. Od momentu rozpoczęcia transformacji ustrojowej mamy niemal nieprzerwaną dominację sił neoliberalnych. Sprawnie rozmontowują one wszystkie te funkcje i usługi państwa, które sprzyjają słabszym i mogłyby zmniejszać nierówności społeczne.
Nawet gdy mandat do rządzenia otrzymują formacje deklarujące orientację prospołeczną, to nie wynika z tego istotny zwrot w polityce socjalnej czy gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko z powodu układu sił, w którym pierwsze skrzypce grają reprezentanci interesów warstw zamożnych, ale także z dominacji „klimatu” neoliberalnego – czy to w sferze ideologii, czy w środkach masowego przekazu, czy w świecie nauki. Eksperci partyjni oraz pojawiający się w okresach politycznych kryzysów bezpartyjni kandydaci do „rządów fachowców” są zawsze przekonani, że niewidzialna ręka rynku niemal wszystko zrobi najlepiej.
Zgodnie z ideami przyświecającymi naszemu pismu postanowiliśmy zaproponować coś zgoła odmiennego. Przygotowaliśmy eksperyment intelektualny polegający na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.
Jak to w eksperymentach bywa, mogliśmy sobie pozwolić na dużą dowolność. Przede wszystkim, co należy mocno podkreślić, mogliśmy dokonać wyboru „ministrów” także spośród kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych, a wręcz odcinających się – z różnych przyczyn – od takiej ewentualności. Z tego względu nie należy traktować ogółu osób biorących udział w ankiecie jako ostrzących sobie apetyty na posady rządowe. Nie o personalia bowiem tutaj chodzi (stąd brak premiera naszego „rządu”), lecz o idee, praktyczne koncepcje i intelektualne drogowskazy. Albo po prostu o ściągawkę dla potencjalnego rządu, który chciałby realizować politykę naprawdę prospołeczną.
Formuła eksperymentu pozwoliła nam także na coś, co wygląda na ekstrawagancję, a co w naszym odczuciu wcale nie musi nią być. Otóż nasz „rząd” oznacza przede wszystkim potraktowanie serio idei rządu fachowców. Po pierwsze wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz silnie skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych, oraz takie, które odcinają się od tego rodzaju samoidentyfikacji. Po drugie są to naprawdę fachowcy, choć o różnej „podbudowie” – od naukowców z tytułami profesorskimi i z najlepszych uczelni, przez ekspertów doświadczonych w służbie publicznej, po amatorów pełnych pasji w zgłębianiu danej dziedziny. Łączy ich krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.
Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:
- Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
- Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
- Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
- Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.
W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.
Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Uważni czytelnicy z pewnością zauważą, iż część wypowiedzi dotyczy resortów, które obecnie… nie istnieją lub noszą odmienne nazwy. Wyszliśmy bowiem z założenia, że aby dokonać głęboko prospołecznej zmiany neoliberalnego kursu, konieczne są korekty również na poziomie takim jak nazewnictwo i zakres działania części ministerstw czy wręcz dedykowanie pewnym sferom rzeczywistości społecznej resortów celowych, dotychczas nie utworzonych.
Zapraszamy do lektury. Obecnie prezentujemy 12 ministerstw, a dokończenie cyklu opublikujemy w kolejnym numerze czasopisma.
Ankietę przygotował zespół w składzie: Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk
Pomoc: Zuzanna Faliszewska, Bartosz Oszczepalski, Magdalena Wrzesień