przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
W pamięci mojej wypływa jeden z utworów Kielanda.
Ku schyłkowi wspaniałej uczty proszą obecnego tam wirtuoza, ażeby zechciał coś zagrać. Mistrz siadł do fortepianu i zgrzytem przejął obecnych – zaimprowizował pieśń głodnych…
Mam wrażenie, że „Pamiętniki bezrobotnych” będą dla wielu takim zgrzytem. Ale niechaj idą w świat, choćby miały wywoływać takie ciężkie wrażenie, niechaj budzą sumienia ludzkie! Niechaj idą w świat te odgłosy nędzy, która w chwili obecnej nie tylko u nas, ale i gdzie indziej rozsiadła się tak buńczucznie – te podźwięki ciężkich doświadczeń, a przede wszystkim głodu i chorób, te niedopowiedziane męki cierpień moralnych, które tak obficie tkwią w sytuacji dzisiejszej. Liczba wołających o pomoc idzie w dziesiątki i setki tysięcy! A nie jest to sprawa zamknięta tylko w obrębie chwili obecnej. Chodzi tam o przyszłość naszą, o to nie odrosłe jeszcze od ziemi pokolenie, na którego barkach spoczną kiedyś losy kraju, a które dzisiaj nie dojada, podupada na zdrowiu, karłowacieje i wyrodnieje. Albowiem, pomimo nędzy, dzieci rodzą się obficie. Rodzą się i umierają! Traktuje się te narodziny jako dopust boży, który wywołuje niekiedy westchnienie: ach! Boże z wysokiego nieba, nie daj już nikomu dużej rodziny, aby chodzili po ojczystej ziemi boso i głodno! A ojcom opadają bezwładnie ręce: powiła mi żona aż dwoje dzieci… Przyzwyczaiłem się już do dziecka, które miało przyjść, ale dwoje – tego się nie spodziewałem. Sąsiedzi z suteryn mi gratulowali, a ja stałem prawie oszołomiony, widząc całą grozę swego położenia. Żona wzrokiem jakby mi się tłumaczyła, że nie jest temu winna. Rodzice korzą się przed „wolą nieba”, a dla niemowlęcia nastają ciężkie chwile doświadczeń: pierś matki wyschnięta nie darzy dziecka pokarmem, na kupno mleka nie stać rodziców, dziecku wlewa się do ust czarne pomyje, które noszą miano kawy… Może wybawi je śmierć, a jeśli tego nie uczyni, krajowi przybędzie cherlak ze skutkami wygłodzenia w ciele swoim na całe życie. Wśród ciężkich doświadczeń nawet pożycie rodzinne ulega rozprzężeniu: mąż opuszcza żonę i przemierza nieraz kraj cały, czy nie znajdzie zarobku. Żona przyjmuje miejsce stałej posługi lub wraca do swoich rodziców. Małżonkowie marzą o wznowieniu wspólnego pożycia, gdy nastaną lepsze czasy. Niekiedy żona zniecierpliwiona niedołęstwem męża, „który nie umie znaleźć pracy”, porzuca go i żyje z mężczyzną, który ma zarobek. To rozejście się małżonków, chwilowe lub stałe, jest ostatnim ogniwem długiego pasma swarów i kłótni. Nędza materialna, zanik więzi uczuciowych, niekiedy kompletne piekło! Człowiek marnieje. Marnieje fizycznie, marnieje duchowo. A ponieważ największym bogactwem społecznym jest niewątpliwie istota ludzka, klęska dzisiejsza zastoju, tak chłoszcząca ją głodem i chorobami, tak szarpiąca jej nerwy i tak wroga subtelniejszemu poczuciu godności osobistej, jest wielkim marnotrawieniem tego bogactwa.
Ale w zastoju istnieje jeszcze inna strona, znaczenia pierwszorzędnego.
Chodzi o nastroje tłumów dotkniętych klęską bezrobocia.
Tam, wśród tych tłumów odsuniętych od jedynego źródła utrzymania, jakim jest praca, z konieczności narasta jakiś osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu. Kiełkują tam poglądy mocnym zabarwione niezadowoleniem, a nieraz i chęcią odwetu. Narastają i kiełkują żywiołowo z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Oddźwięki tych kiełkowań rozbrzmiewają obficie w nadesłanych pamiętnikach, oddźwięki tym rzetelniejsze, iż głos zabiera człowiek, któremu najczęściej obca jest umiejętność przyoblekania swoich myśli w barwne wyrazy, a nawet niekiedy w logiczny tok skojarzeń. I właśnie to oddziaływanie zastoju na umysły ludzkie, to rzeźbienie przezeń – z potulnego człowieka – zgorzkniałego malkontenta, to kiełkowanie tu i ówdzie możliwości jakiegoś odruchu zbiorowego, są sprawą niezmiernie doniosłą z punktu ogólnospołecznego. Każdy usiłujący trzymać rękę na pulsie życia społecznego: mąż stanu, polityk partyjny, działacz społeczny, powinien mieć to w pamięci swojej, że chwila taka jak dzisiejsza nie tylko doświadcza ludzi nędzą i głodem, ale nadto krzesze w jaźniach ludzkich iskry rokoszu – żywiołowo, samorzutnie w każdej chwili ich ciężkiego żywota. Dlatego „Pamiętniki bezrobotnych”są nie tylko opowieścią mającą ocknąć sumienia ludzkie, ale także książką dla ludzi dbałych o przyszłość, dla polityków, dla mężów stanu, aby wiedzieli, co tam w głębi narasta w duszach ludzkich. Niekiedy wyrazy tego narastania są mocno naiwne, niemal dziecinne, nieraz nawet zakrawają na niepowiązany bełkot, na odruch emocjonalny w jednym wykrzykniku zawarty, ale swoją drogą są wyrazami czegoś, co chociaż nie zawsze dorzeczne, staje się przecież wyznaniem tysięcy.
Ale zanim podejmiemy sprawę tych nastrojów, warto poznać tych, którzy są wyrazicielami tych stanów, jak rzekliśmy raczej emocjonalnych niż jasno sformułowanych.
W „Pamiętnikach” doszli do głosu różni ludzie: mocno religijni i zdecydowani ateusze, osobistości o dużej wrodzonej inteligencji i półanalfabeci, duchy niespokojne żądne wciąż nowych wrażeń i oportuniści z urodzenia, godzący się z losem swoim i z każdą sytuacją. Są w tej gromadzie wyznawcy różnych stronnictw, a obok nich inni, zupełnie obojętni na sprawy ogólniejsze. Różnobarwna mozaika typów! I tak samo unosi się nad nimi złożona atmosfera zapatrywań i nastrojów, acz bardzo jednolita przy głębszym wejrzeniu. W tym rozbiorze poczesne miejsce należy się tym, którzy zaliczają siebie do tej lub innej partii, a więc bezrobotnym, którzy mają jakiś wyrobiony pogląd na stosunki społeczne lub raczej jakieś ułomki sformułowanych aspiracji. Albowiem o konsekwentnej całości powiązanych zapatrywań wyjątkowo może być mowa wśród tego grona osób, które nadesłały do Instytutu Gospodarstwa Społecznego swoje wynurzenia. Ale różnego znaku „partyjnicy” są w nieznacznym odsetku, nawet bardzo nieznacznym. Rdzeń pamiętników tworzą zwyczajni śmiertelnicy, może żywiący jakieś żywsze sympatie dla haseł tego lub innego stronnictwa, ale nie idący w żadnym ordynku partyjnym, a więc mający swoje własne drogi myślenia, swoje własne zapatrywania i nawet własne środki zaradcze na poskromnienie kryzysu – naiwne, nieraz bardzo naiwne, ale, jeszcze raz powtarzamy, własne bez jakiegokolwiek stempla partyjnego. A w tej gromadzie bezkształtnej są niektórzy jako tako oczytani, ale znowu ci stanowią niewielki odsetek, większość zaś nie grzeszy ani umiejętnością zdawania sobie sprawy z natury tej klęski, jaka ich dotknęła, ani potrzebą głębszego wniknięcia w jej istotę. Nie winniśmy temu się dziwić. […] Wiele spośród osób, które nadesłały pamiętniki, odczuwa tę żywiołowość klęski, ale nadaje jej charakter jakiegoś fatum – widzą w niej dopuszczenie boże i w bezwładnej rozpaczy opuszczają ręce. Ale przecież zrozumienie istoty kryzysu i jego źródeł jest rzadkie nawet wśród osób bardziej wykształconych spośród inteligencji! Jest również rzadkie pomiędzy naszymi pamiętnikarzami. Bądź co bądź kryzys jest ostatecznie dziełem rąk ludzkich po omacku plączących się i poruszających wśród bezplanowej anarchii w sferze produkcji. Ale jego wyładowanie się, jego przebiegi stale posługują się świadomą działalnością ludzi. Właśnie tych ludzi stawia się zwykle pod pręgierz jako sprawców i winowajców. Żywiołowe, ślepe potęgi anarchii gospodarczej rozpływają się w ludziach, zostają przetłumaczone na czyny woli ludzkiej, na skutki ich świadomości.
Takie stanowisko zajmują zazwyczaj nasi pamiętnikarze.
Myśl ich w uściskach ciężkiej rzeczywistości pracuje – naiwna, niepogłębiona.
Rzecz ciekawa, u wielu daje się wyczuwać jakiś żal, niekiedy niejasny, jak gdyby zamglony, a niekiedy wyraźny, do Niepodległej Polski, iż pozwala na srożenie się takiej klęski: w głowie nie może im się pomieścić, ażeby ta Niepodległa nie zdołała ukrócić kryzysu. Częściej jednak szuka się winowajcy wyraźniej skrystalizowanego, a więc czyjejś złej woli, która przyczyniła się do rozpanoszenia się kryzysu, a w każdym razie sprawiła, iż nie ma wystarczającej pomocy zbiedzonym ludziom w tej ciężkiej potrzebie, albo że pomoc, o ile istnieje, jest powolna, niedostateczna, niedbała. Winowajcami są przede wszystkim przemysłowcy, którzy wypowiedzieli pracę. Poprzez pamiętniki wije się nieustająca skarga na niesprawiedliwy sposób dokonywania redukcji: zwalnia się nie tych, którzy najmniej potrzebują zarobku, ale tych, którzy nie byli dostatecznie czołobitni i potulni lub nie mieli „pleców za sobą”. Pozostają przy pracy tacy, którzy mają grunty i sklepy, pozostają młodociani, a tymczasem ojcowie licznej rodziny są odsunięci od zarobku. Niekiedy pozostaje dziewczyna, ponieważ złożyła daninę ze swoich wdzięków… Oto pierwsze źródło obrachunków bezrobotnego – ze swoim przedsiębiorcą, obrachunków odbywających się w izdebce poszkodowanego w jego rozmyślaniach wśród ciszy nocnej, w jego rozmowach z żoną, w jego żalach przed towarzyszami niedoli. Zarzuty czepiają się na razie jednej osoby, tj. pryncypała, który wymówił miejsce, ale w zetknięciu z innymi poszkodowanymi tak samo dotkniętymi redukcją i tak samo pielęgnującymi w sercu swoim żal na razie tylko do swego pryncypała rzecz żywiołowo, samorzutnie przybiera charakter ogólniejszy, klasowy. Człowiek zaczyna, że tak powiemy, chwytać z powietrza nastrój o takim zabarwieniu. Te nowe pierwiastki poczynają się nie tyle z samej nędzy, ale z rozważań, z rozmów o niej. Zwłaszcza dojrzewają tam, wśród długich wystających ogonków przed różnymi instytucjami pomocy. Ach te ogonki!… Ludzie wystają głodni, nieufni, zdenerwowani, toczą się rozmowy, rozbrzmiewają żale. Uczestnik tych zborów odchodzi stamtąd z ułamkami filozofii klasowej, z wrogością dla komitetów pomocy. A te komitety, te instytucje pomocy!… To inni winowajcy. […]
I wreszcie jeszcze jeden winowajca, zresztą rzadziej wysuwany. Są to organizacje państwowe. Ten i ów zwraca się z prośbą o pracę do władz różnej instancji od najniższych do najwyższych. Patrzy się tam na państwo jako na potęgę, która na wszystko ma środki, wszystkiemu może zaradzić. A ponieważ państwo jest również bezradne i bezsilne, rodzi się żal do niego i do Niepodległej Polski. Jak to w Polsce nie ma miejsca dla chcących pracować! Czy Polska nie jest niepodległa! A zwłaszcza takie żale występują w postaci napiętej u tych, którzy orężnie walczyli o Polskę1, a obecnie znaleźli się bez pracy. A jest ich przeszło 15% wśród naszych pamiętnikarzy. A pomiędzy nimi są tacy, którzy poszli na obronę kraju od warsztatu zarobkowego lub odeń zostali powołani do wojska – a gdy wrócili, bez ogródek odmówiono im pracy…
Winowajców więc jest co niemiara.
Winowajców, którzy niekiedy są coś winni, ale najczęściej są bezsilni wobec podmuchów huraganu gospodarczego. Im wyrobienie społeczne pamiętnikarza jest mniejsze, tym więcej rozbrzmiewa skarg przeciw poszczególnym osobom, tym namiętniej są piętnowane jako sprawcy sytuacji obecnej. I tylko u niewielu występuje świadomość, że klęska tkwi nie w osobach, nie w poszczególnych instytucjach, nie w dobrej lub złej czyjejś woli, ale w anarchii dzisiejszej produkcji, w bezplanowości dzisiejszego gospodarstwa społecznego, znajdującego się w rękach przedsiębiorstw prywatnych.
Wzbiera więc powódź utyskiwań, urasta w napięciu żal, z wolna nabierający charakteru klasowego, potężnieje niechęć ku okupionej tylu ofiarami Niepodległej Polsce, a w końcu kiełkują możliwości różnych dreszczów, przynajmniej dreszczów miejscowych. A w tym zamęcie niejasnych stanów, rozgoryczonych myśli, tego szukania winowajców silnym tętnem uderza tęsknota do utraconej pracy i jej idealizowanie.
Oto wiązanka takich wynurzeń:
…Wszędzie i zewsząd płyną skargi ludu, dotkniętego bezrobociem, tłumnie i gromadnie skarga łączy się w jedno wielkie, rozpaczliwe wołanie: Pracy! Pracy nam dajcie!
…Robotnik pracowałby chętnie, gdyby zaofiarowano mu zamiast jałmużny pracę za sprawiedliwą zapłatę.
…Bez pracy nikczemnieją dusze, łamią się charaktery. O pracę więc wołam z głębi serca, o pracę dla siebie i tych tysięcy innych bezrobotnych, którzy pracować są zdolni do niej, ale nie mają sposobu na jej zdobycie. Witaj jutrzenko pracy!
…Nie chcę zapomogi ni wsparcia – dajcie mi pracy!
…O kiedyż się skończą te nasze męczarnie? Kiedy wreszcie przestaniemy być nędzarzami my wszyscy, którzy przecież mamy zdrowe i młode ręce do pracy, z której moglibyśmy żyć jak ludzie? O kiedyż znów zaryczą syreny fabryki, by oznajmić, że jest praca? Kiedy to nastąpi, kiedy… O błogosławiona praca, praca, praca!
***
Do konkursu stanęło 774 bezrobotnych: jeden uczestnik przypada na 400 zarejestrowanych bezrobotnych.
Liczba uczestników jest poważna, tym bardziej, iż ta gromada powstała samorzutnie w różnych zakątkach kraju, i to spomiędzy osób, które siebie nigdy nie oglądały.
Wolno więc się spodziewać, iż ogół tych pamiętników posiada charakter dostatecznie przedstawienniczy, że użyjemy starego wyrażenia zamiast dzisiejszego „reprezentatywny”.
Nasuwają się jednak różne zastrzeżenia co do wagi tego przedstawiennictwa.
Po pierwsze wśród bezrobotnych, którzy stanęli do konkursu, wielu mogło ulec złudnej pokusie, że ten uzyska nagrodę, kto przeszedł najcięższe doświadczenia, i dlatego przedstawiali swój los beznadziejniej niż było w rzeczywistości. Istotnie, moglibyśmy wskazać kilka pamiętników, z których w całej pełni wyziera chęć wzruszenia czytelnika – może ktoś litościwy pośpieszy z pomocą… Ale opowieści robione rzucały się od razu w oczy swoją nienaturalnością. Wypadło nam odrzucić dwa opowiadania, niby nowele, które niezręcznym mnożeniem sytuacji ciężkich i ponurych, a do tego niedorzecznych, dawały zamiast rzeczywistości jej karykaturę. Są to jednak wyjątki. Ludzie pracy fizycznej nie są przyzwyczajeni do chodzenia na szczudłach i nawet gdyby chcieli nakładać sztuczne barwy, poczucie prawdy bierze górę, a obraz kreślony staje się rzetelnym odtworzeniem tego, co było. Przesady nie było! I nie było także tego, czego obawiał się jeden z bezrobotnych: W ankiecie – pisał – weźmie udział nieliczna garstka bezrobotnych, umiejących się wysłowić w piśmie, i ci nie opiszą wszystkiego, nie opiszą dokładnie swej nędzy, gdyż w naturze Polaka leży hardość, która wyraża się w przysłowiu: Trzy dni wodę krasić, a o biedzie nie dać po sobie znaczyć. A Litwini o Polakach (a właściwie Polacy na Litwie) tak mówią: Koroniarz, psia krew, trzy dni nie je, a jeszcze wykałaczką w zębach dłubie. Gdyby jednak ci oficjalni bezrobotni chcieli opisać swe zmagania się z ciężką swoją sytuacją, to burżuazja miałaby taki obraz, że piekło dantejskie zbladłoby przy nim. Ta ankieta uchyli tylko skromny rąbek tajemnicy – bezrobocia. Obawy płonne! Wielu jęło się pióra nie po to, by otrzymać nagrodę, lecz ażeby wyspowiadać się ze swoich utrapień, jak ktoś w ciężkim zmartwieniu płacze, aby się wypłakać. Niektórzy nie tylko opowiadają o swoich upokorzeniach, ale spowiadają się także z chwilowych pomysłów zbrodniczych, przyznają się do czynów, które bądź co bądź nie przynoszą zaszczytu, acz które nędza całkowicie uniewinnia. […]
Niewątpliwie pamiętniki pochodzą od pracowników pod względem ruchliwości umysłowej będących w swoim otoczeniu powyżej średniego poziomu i może dlatego wrażliwszych na swój stan i nędzę, na swoje upokorzenia. Przy tym w przeważającej większości zabrali głos ludzie, którzy umieli pracować i chcieli pracować, ale których kryzys wyrzucił na bruk, słowem właściwi bezrobotni. Wprawdzie jest nieco pamiętników od ludzi nierobotnych, od łazików, którzy częściej byli bez pracy, niż pracowali – opowieściami swymi urozmaicili treść plonu konkursowego, ale bynajmniej nie zajęli pod względem liczby miejsca jako tako poczesnego. Zabrali więc głos różni ludzie o różnej wartości i różnym temperamencie. Swoimi przyczynkami wydali stanowczo chlubne świadectwo naszej warstwie pracującej, a jednocześnie wykazali, iż są tam talenty nieświadome, iż są nimi. Niechaj ogłaszane przez nas przyczynki poniosą wiadomość o ich niedoli, o wzlotach ich ducha i marzeniach, o sposobie ujmowania dróg życia i borykania się z losem swoim. Nie krępowaliśmy ich treści żadnymi ograniczeniami – społeczeństwo we własnym dobrze zrozumianym interesie powinno wiedzieć, co ci głodni czują i myślą. Pamiętniki te to przecież cios zrozpaczonych, zdenerwowanych, rozżalonych! […]
Głód i nędza były źródłem, z którego myśl o pamiętnikach się poczęła. Drukujemy obecnie 57 przyczynków, które właśnie treścią swoją wysunęły się na stanowisko poczesne. Od funduszów, jakimi Instytut będzie rozporządzał, zależy, czy wyjdą dalsze tomy i kiedy. Pozostało przecież jeszcze 717 pamiętników! Swoją drogą i ten tom początkowy – może jedyny! – uwypukla w całej pełni ciężkie chwile, jakie przeżywa Polska bezrobotna – sytuacje są ostre, jaskrawe w swojej posępnej rzeczywistości. Ów zbiorowy obraz – obraz nękanej klęską bezrobocia wielkiej rzeszy istot ludzkich – stworzyły swoim wysiłkiem zbiorowym setki rąk, które nadesłały do Instytutu opowieść o swojej nędzy. W pierwszej chwili tym znękanym, zrozpaczonym pragnęliśmy poświęcić książkę. Ale zrozumieliśmy, iż taka dedykacja byłaby jedynie szyderstwem z ich nędzy – im potrzeba nie takiego hołdu czołobitnego, ale pracy, owej ,,błogosławionej” pracy, i jeszcze raz pracy!..
Przypis:
- Spośród 774 pamiętnikarzy (w tej liczbie są i kobiety) 121 walczyło w latach 1918–1921 o Niepodległą Polskę, a nadto 28 służyło w formacjach polskich w latach 1914–1918 (w tej liczbie było 17, którzy uczestniczyli później w walkach lat 1918–1921). Pomiędzy tymi 121 bojownikami jest 62 ochotników do wojska z dobrej woli, 9 powstańców śląskich, 6 ochotników do wojska, a później do powstania śląskiego.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Zbyteczne byłyby uwagi nad praktyczno-społeczną doniosłością dzieła „Młode pokolenie chłopów”. Jest ona oczywista dla każdego myślącego czytelnika. Należy się spodziewać, że kierownicy państwa, politycy społeczni, ideologowie, działacze organizacyjni, wychowawcy wyciągną odpowiednie wnioski.
Ale dzieło to jest przede wszystkim naukową pracą socjologiczną, której teoretyczne znaczenie tylko nieliczni w Polsce socjologowie należycie ocenić mogą. Dobrze będzie więc uwydatnić pokrótce w przedmowie, co praca ta wnosi do socjologii jako nauki teoretycznej.
Zacznijmy od samego materiału i sposobu jego zużytkowania. Przeważającą większość materiałów stanowią zgromadzone ad hoc autobiografie młodzieży chłopskiej w Polsce. Warto zaznaczyć, że nie ma dotąd w literaturze socjologicznej dzieła opartego na równie bogatym materiale autobiograficznym, dotyczącym określonej kategorii społecznej osobników. Wdzięczność winni jesteśmy tej młodzieży, która tak licznie i skutecznie zareagowała na apel Redakcji „Przysposobienia Rolniczego” i Państwowego Instytutu Kultury Wsi. Ze względów naukowych jednak podkreślić też należy niezwykle umiejętną technikę pozyskiwania masowych wypowiedzi autobiograficznych, która doprowadziła do tak świetnych wyników. Technika ta, zainicjowana przed 16 laty przez Polski Instytut Socjologiczny i później wielokrotnie stosowana przez różne instytucje w Polsce i za granicą, została tu w najwyższym stopniu udoskonalona. Różni się ona znacznie od techniki ankiet i kwestionariuszy, ponieważ dąży do zdobycia innego typu danych faktycznych. […]
Autobiografia nie jest w ogóle traktowana w socjologii jako obiektywnie wiarygodny opis zaobserwowanych przez autora faktów: socjolog wie dobrze, że do takiego opisu zdolni są tylko ludzie z odpowiednim wyszkoleniem intelektualnym, którzy przy tym albo nie są praktycznie zainteresowani w opisywanych faktach, albo w dążeniu do czystej prawdy umieją swe praktyczne zainteresowania zostawić na uboczu – takich ludzi zaś wśród autorów autobiografii jest bardzo mało. Rezygnując z korzystania z autobiografii, jako z teoretycznego opisu, socjolog tym samym unika większości tych trudności, z którymi ma do czynienia historyk, gdy na zasadzie krytycznej analizy pamiętników usiłuje dotrzeć do tego jądra obiektywnej prawdy o ludziach i rzeczach, jakie zawierają. Dla socjologa, jak dla psychologa, autobiografia jest dokumentem osobistego świadomego życia autora, wyrazem jego subiektywnych doświadczeń, jak wszelkie ludzkie wypowiedzi nie mające uroszczenia do obiektywności naukowej. Jej wielka bezpośrednia wartość jako dokumentu życiowego wynika stąd, że wyraża ona znaczną ilość różnorodnych a powiązanych doświadczeń osobnika, które nawzajem się dopełniając i oświetlając, stanowią całość umożliwiającą badaczowi daleko lepsze ich zrozumienie, kontrolę i analizę, niż gdy ma do czynienia z poszczególnymi odosobnionymi wypowiedziami, jak w kwestionariuszu, wywiadzie lub liście.
W odróżnieniu jednak od psychologa socjolog nie traktuje osobnika ludzkiego jako odrębnej istoty biopsychicznej, lecz jako uczestnika w rzeczywistości społecznej. Toteż doświadczenia wyrażane w autobiografii wyprowadzają socjologa poza „wewnętrzne” życie psychiczne jednostki, są nawet bez jej wiedzy i woli źródłem do poznania ponadindywidualnego społecznego świata. Z jednej strony bowiem życie świadome jednostki jest w znacznej mierze wytworem działań tego środowiska społecznego, w którym wyrosła i uczestniczy z całą jego złożoną strukturą, z jego tradycjami, wierzeniami i przesądami, jego obyczajami, regulującymi stosunki między ludźmi, jego wzorami, według których kształtują się role społeczne osobników, jego grupami i instytucjami. Wszystko to przejawia się, choć tylko fragmentarycznie, w całokształcie indywidualnych doświadczeń. Z drugiej strony sam osobnik, przez swe postawy wartościujące i dążenia czynne, jest wraz z innymi współtwórcą rzeczywistości społecznej, bierze mniejszy lub większy udział w jej utrzymywaniu i przekształcaniu, gdyż rzeczywistość społeczna nie jest niczym innym jak właśnie częściowo uporządkowaną syntezą wielu żyć osobistych i każda indywidualna postawa i dążenie jest realną siłą społeczną.
Im liczniejsze i różnorodniejsze mamy autobiografie z pewnej zbiorowości ludzkiej, tym dokładniej i bardziej wyczerpująco możemy odtworzyć te systemy i wzory społeczne, które w niej istnieją, i te zmiany, które w niej zachodzą. Autobiografie, które posłużyły za podstawę niniejszego dzieła, wykazują niezwykłą różnorodność pod względem przynależności regionalnej, przekonań politycznych, religijnych, ekonomicznych, typu rozwojowego, itd. Toteż w całości dzieło to daje tak dokładny obraz tej rzeczywistości społecznej, którą obecnie żyje młode pokolenie chłopów w Polsce, jakiego nie posiadamy o żadnej wielkiej zbiorowości ludzkiej! […]
Publikacja materiału w tej ilości ma za cel nie tylko poinformowania czytelników mało obeznanych ze współczesną młodzieżą wiejską w Polsce, ale jest usługą oddaną przyszłym teoretykom. Postępowanie takie ma znane precedensy w literaturze etnologicznej i socjologicznej. Nie wiadomo jednak, czy w dzisiejszym stanie naszej socjologii znajdą się wkrótce teoretycy, którzy materiału tego dalej używać będą. Na szczęście wnioski naukowe, które sam autor ze swych danych wyprowadził, już zapewniają temu dziełu pierwszorzędne znaczenie w rozwoju myśli socjologicznej. Podkreślmy niektóre z nich.
Przede wszystkim więc znakomita analiza dwóch przeciwstawnych kategorii społecznych „chłopa” i „pana” rzuca nowe światło na ogólne zagadnienia struktury klasowej społeczeństw. Wykazuje ona, że struktura ta jest wytworem wartościowań i dążeń społecznych, jest sprawą ustosunkowania, w doświadczeniu i działaniu osobistym i zbiorowym, różnych wzorów obyczajowych życia jednostek w różnych kręgach społecznych. W tym świetle tradycyjne teorie, schematycznie sprowadzające strukturę klasową do czynników ekonomicznych lub politycznych, muszą być całkowicie zrewidowane, nasuwa się bowiem przypuszczenie, że samo zróżnicowanie ekonomiczne i polityczne jest wynikiem działania głębszych sił społecznych, dotychczas prawie niezbadanych. Przypuszczenie to potwierdza studium ruchu społecznego młodzieży chłopskiej, który świadomie dąży do przekształcenia struktury klasowej przez wprowadzenie nowych kryteriów wartości ludzkiej, drogą wytworzenia nowych wzorów, nowych typów osobowości. Ruch ten wyraźnie się odróżnia od dążeń wypływających z motywów ściśle ekonomicznych i politycznych, które doprowadzając jednostki do zamożności lub do władzy, strukturę społeczną pozostawiają niezmienioną, innymi słowy czyniąc z „chłopów” „panów”, zachowują dawne wzory osobowe „chłopa” i „pana”.
Ta sprawa ruchu młodzieży ściśle się wiąże z drugim ogólnosocjologicznym zagadnieniem: stosunku starszego i młodszego pokolenia. Każda struktura klasowa utrzymać się może jedynie pod warunkiem, że nie tylko warstwy wyższe, lecz i niższe przyjmują składające się na nią wzory życia społecznego jednostek jako coś normalnego. Przyjmowanie to u warstw niższych nie może być wyjaśniane samym tylko poczuciem własnej bezsilności. Położenie tych warstw musi zawierać pierwiastki z ich punktu widzenia pozytywne, dawać jednostkom, których życie stosuje się do danego wzoru klasowego, jakieś pole do zadowolenia ich dążności, inaczej bunt mas nie dałby się stłumić żadną przemocą. Odnośnie do warstwy chłopskiej w Polsce znajdujemy w dziele niniejszym rozwiązanie tego problemu, które da się zastosować i do innych krajów i czasów. Przy całym poczuciu zależności „chłopów” od „panów”, chłopska społeczność wiejska, żyjąc kulturą własną i będąc pod wielu względami samowystarczalną społecznie, dawała każdej jednostce możność zadowolenia w ramach tradycyjnego wzoru osobowego tych dążności, które w niej od urodzenia rozwijała. Przez wychowanie rodzinne, rosnący udział we wszelkich czynnościach rodziny i następnie w roli członka rodziny, w życiu zbiorowym wspólnoty sąsiedzkiej jednostka wrastała w owe ramy, przyswajała sobie cały tradycyjny system zbiorowy i z nim wiązała swe znaczenie w środowisku wiejskim; później zaś z kolei system ten narzucała młodym. Na tym tle wytworzył się stosunek całkowitego podporządkowania młodych starym, w którym posłuszeństwo jest zasadniczą, najistotniejszą cnotą młodych. Starzy są wyrazicielami tej tradycji, oni stoją na jej straży, a tym samym na straży tradycyjnego społecznego porządku wsi. Cokolwiek uderza w tradycję, uderza w nich samych, w ich znaczenie społeczne i poczucie wartości. Konserwatyzm starszego pokolenia jest więc po prostu reakcją samoobronną. Broniąc porządku, który tkwi w nich samych, bronią swego znaczenia (tom I, str. 241).
Dopóki młodzież widziała dla siebie jedyną właściwą drogę do znaczenia i wartości osobistej w tradycyjnym porządku wsi (za wyjątkiem nielicznych, co wychodzili na księży lub innego rodzaju „panów”), tłumiła w sobie dążności buntownicze; i nawet indywidualna emigracja zarobkowa była w założeniu powrotna i miała służyć wywyższeniu reemigranta i jego rodziny w hierarchii tradycyjnych wiejskich ról społecznych.
Ale w miarę zaniku izolacji społecznej wsi, jej wchodzenia w orbitę wpływów nowoczesnego systemu ekonomicznego oraz wielkiej społeczności narodowo-państwowej, tradycyjna struktura wsi ulega osłabieniu, traci w oczach młodych swój urok społeczny, te możliwości, jakie otwiera przed nimi, nie mają już dawnej mocy przyciągającej w konflikcie z odmiennymi sprawdzianami wartości; część młodych zaś w ogóle nie znajduje w niej miejsca w dzisiejszych warunkach ekonomicznych. Rośnie bunt młodych przeciw starym i reprezentowanemu przez nich porządkowi; a prawie zupełne odcięcie dróg emigracji zagranicznej oraz zahamowanie rozwoju przemysłu w kraju utrudniają ucieczkę od tego porządku i szukanie ról nowych poza społecznością wiejską. O ile wewnątrz tej ostatniej nie wytwarzają się nowe możliwości zadowolenia dążności indywidualnych na społecznie uznanej drodze, bunt objawia się w antyspołecznym działaniu. Autor wyciąga tu wniosek ogólny: kto zostaje odsunięty od pozytywnie ocenianej działalności lub kto sam zatraca w pewnych warunkach możność takiego działania społecznego, ten zaspakaja swoją dążność do znaczenia na drodze destrukcyjnej działalności. Wniosek to ważny dla wyjaśnienia pewnych form przestępczości indywidualnej w ogóle oraz wielu destrukcyjnych ruchów masowych.
U pewnej części jednak młodzieży wiejskiej dążności buntownicze przeciw dawnemu porządkowi wiążą się z nowymi, pozytywnymi kulturalnymi zainteresowaniami i znajdują wyraz w marzeniach i usiłowaniach twórczej jego przebudowy. Jednostka znajduje tu dla siebie nową rolę społeczną, rolę reformatora, która daje poczucie wyższej wartości osobistej i większego znaczenia w przeciwieństwie i do zwolenników starego porządku, i do destrukcyjnych buntowników. Mamy tu znowu do czynienia z procesem typowym osobistego rozwoju, odwiecznie i powszechnie występującym w zmieniających się społeczeństwach, jest on w niniejszym dziele oświetlony niezwykle jasno w najrozmaitszych jego odmianach.
Przebudowa tradycyjnego porządku społecznego wsi jest nieodłączna od przebudowy całej struktury klasowej społeczeństwa polskiego, toteż, jak autor podkreśla, młodzież chłopska walczyć musi z oporem zarówno starszego pokolenia własnej warstwy, jako też nadporządkowanych klas społecznych, które bądź wyraźnie przeciwdziałają nowym siłom społecznym wsi, bądź też starają się nimi pokierować i zużytkować bez naruszenia istniejącej struktury. A że sama potrzeba przebudowy wsi powstała wskutek zaniku jej izolacji społecznej, dążenia reformatorskie rozwijające się w społeczności wiejskiej są częścią procesu włączenia tej społeczności jako czynnego składnika w szersze społeczeństwo państwowo-narodowe. […] Stopniowe wchodzenie niegdyś całkowicie odosobnionych społeczności wiejskich do społeczności narodowo-państwowej jako integralnych jej części jest sprawą rosnącego udziału chłopów w najistotniejszych wartościach materialnych i duchowych tej wielkiej społeczności. Udział ten jednak może być dwojakiego rodzaju: zgodny z rolą wyznaczoną chłopu w państwie i w narodzie przez grupy kierownicze tych społeczności lub zgodny z rolą, którą chłop sam dla siebie wytwarza w czynnym dążeniu do uczestnictwa w życiu państwowym i narodowym. Role te różnią się głęboko między sobą.
W dziedzinie materialnej rola chłopa w szerszej społeczności wiąże się ściśle z terytorium państwowym, jako podstawową własnością grupową. Według wzoru tradycyjnego warstw rządzących zadaniem chłopa jako podwładnego uprawiającego ziemię w obrębie terytorium państwowego jest być „żywicielem”, w razie potrzeby żołnierzem, broniącym tego terytorium przed obcymi pod komendą rządzących. Jednostka chłopskiego pochodzenia może wyjść z tej roli, tylko przestając być chłopem, stając się jako poseł, urzędnik, oficer członkiem warstwy rządzącej. Tymczasem według tego nowego wzoru, który się wytwarza w ruchu chłopskim, funkcje chłopa-żywiciela i żołnierza są tylko częścią jego roli jako chłopa-obywatela, w tej roli zaś główną funkcją zbiorowa warstwy chłopskiej jest być „gospodarzem ziemi polskiej”. Cała ta sprawa zrozumiałą się staje dopiero przy pomocy socjologicznej koncepcji przestrzeni, po raz pierwszy tu zastosowanej do tego rodzaju zagadnień.
W świat kultury duchowej narodu pod naczelnym kierunkiem jego elity umysłowej wprowadza wieś przede wszystkim szkoła. Według tradycji ludu wiejskiego ta kultura to rzecz „pańska”, oderwana od rzeczywistości chłopskiej, nie mająca żadnego znaczenia dla życia rodziny wiejskiej i wspólnoty sąsiedzkiej. Ta tradycyjna koncepcja znajduje stałe potwierdzenie w przeważającym do dziś dnia typie wychowania szkolnego. […] Szkoła jest instytucją warstw wyższych, przeznaczoną do kształcenia na „inteligentów”; daje wprawdzie technikę czytania, pisania i rachowania, której potrzebę wieś na ogół odczuwa, pod względem wychowawczym jednak reprezentuje takie „kryteria wartościowania i wybitności”, które stoją w jaskrawej sprzeczności z kryteriami stosowanymi w życiu pozaszkolnym. Główny, jeżeli nie całkowity wysiłek wychowawczy szkoły powszechnej skierowany jest na rozwinięcie u młodzieży zdolności, o których, gdy się je uda rozwinąć, żywi się przekonanie, że ich dla wsi szkoda. Jeżeli ten wysiłek szkoły udaje się, to znaczy, gdy szkoła jest dobra, to owoce swych wysiłków oddaje wyższym warstwom społecznym. Jeżeli wysiłek nie udaje się lub jeżeli szkoła jest zła – to produkty jej wysiłków pozostają dla wsi. Wartość szkoły na wsi, tak samo jak innych dziedzin życia wiejskiego, mierzy się tym, co ze wsi wydobywa dla pozawiejskich grup społecznych.
W zasadniczym przeciwieństwie do tej postawy warstw wyższych jest dążenie młodego ruchu chłopskiego do jak najpełniejszego uczestnictwa chłopów jako chłopów w kulturze duchowej narodu, do wytworzenia typu chłopa-inteligenta, używającego swego wykształcenia nie do wyjścia ze wsi, lecz do wzbogacenia kulturalnego życia wsi i społecznej jej przebudowy. Dalszym stadium w tym dążeniu ma być twórcze wnoszenie przez wieś nowych wartości do wspólnego skarbca kultury narodowej. Dążenie to, zapoczątkowane przed laty przez nielicznych inicjatorów i doradców ze sfer inteligencji, kontynuowane przez przodowników-chłopów, którzy wiedzę swą czerpali z samokształcenia raczej niż z kształcenia szkolnego, wpływać zaczyna na szkołę, zwłaszcza tam, gdzie znajduje poparcie w osobie nauczyciela. Zużytkowanie go dla badań porównawczych może dopomóc do zrozumienia różnych prądów, nurtujących w nowoczesnym wychowaniu. Ten proces samorzutnego wchodzenia wsi jako aktywnej cząstki w społeczność narodowo-państwową znajduje wyraz w kole młodzieży wiejskiej jako ośrodku skupiającym indywidualne usiłowania i wyrabiającym samodzielnych przodowników. Lokalne koło młodzieży skupia młodzież w podwójnej roli społecznej: członków wsi i członków szerszej społeczności… jest… ogniwem pośrednim między wsią a wielką społecznością narodową, wcielając i asymilując wzajemnie treść jednej i drugiej…. Jest to typ grupy, który po raz pierwszy, o ile nam wiadomo, stał się tu przedmiotem naukowego badania, choć istnieją liczne jego odmiany we wszystkich społeczeństwach nowoczesnych i nie tylko wśród warstwy chłopskiej. Nasuwają się ciekawe możliwości dalszych studiów porównawczych w ślad za obecną inicjatywą Chałasińskiego, ale dyskutowanie tych możliwości wychodziłoby poza zakres obecnej przedmowy.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
I.
Książka, którą przedkładamy tutaj czytelnikowi, jest wyrazem spotkania się dwu inicjatyw badawczych i współpracy dwu instytucji. W seminarium pedagogicznym UJ prof. Mysłakowski rozpoczął badania nad samokształceniem w grupie młodzieży uniwersyteckiej z zamiarem rozszerzenia stopniowo terenu badań na inne grupy kulturowe i dzięki temu nawiązany został kontakt z seminarium socjologicznym Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego w Krakowie; w tym samym bowiem czasie seminarium TUR-a rozpoczęło pod kierunkiem dr. Feliksa Grossa badania nad całokształtem warunków życia robotniczego, na razie w ramach bardzo skromnych; czterdziestu kilku robotników rozpoczęło studia w małej, niskiej salce Domu Górników w Krakowie.
Był to pierwszy rok wykładowy Szkoły Nauk Społecznych Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR) im. Adama Mickiewicza. Robotnicy różnych zawodów, w różnym wieku schodzili się trzy razy w tygodniu przez kilka miesięcy, słuchali dwóch, trzech godzin wykładów, dyskutowali, kształcili się z zapałem, mimo nieraz bardzo trudnych warunków. Byli np. tacy, którzy półtorej godziny wędrowali z Bronowic na kurs, wracając nocą w zawiei. Patrzyliśmy na rozwój Szkoły z ciekawością i z obawą.
Był to bowiem eksperyment, pierwszy na naszym terenie, eksperyment nieudany byłby dla naszych poczynań niekorzystnym przesądzeniem sprawy na długie lata.
Ośrodkiem gorących dyskusji było tzw. seminarium socjologiczne. Nazwa zresztą niezupełnie odpowiadała istocie, były to bowiem raczej ćwiczenia socjologiczne, pomyślane jako jeden z elementów wychowania i kształcenia proletariatu.
Wybór takiej właśnie, a nie innej metody wychowawczej był podyktowany długoletnim doświadczeniem.
Zauważyliśmy w ciągu wielu lat pracy oświatowej, połączonej z obserwacją proletariatu i jego życia, że ten kapitał, który robotnik wnosi w społeczeństwo w formie samodzielności w myśleniu i w decyzji w niektórych sytuacjach, nie jest należycie uwzględniany w pracy wychowawczej i oświatowej.
Samodzielność ta nie jest wytworem romantycznej fantazji. Robotnik od wczesnej młodości znajduje się w samym ogniu walki życiowej. Wtenczas kiedy my, zawodowi, że tak powiem, inteligenci, kształcimy się, chłoniemy wiedzę czy zbijamy bąki, młody robotnik musi już samodzielnie walczyć o swą egzystencję. Brak większego doświadczenia życiowego, a przede wszystkim wykształcenia, zmusza go do podejmowania decyzji w sprawach życiowych wyłącznie niemal w oparciu o własne przemyślenia sytuacji, zaś walka o byt nagina jego umysł do jej trudów, nasuwa myśli, nadzieje i zwątpienia związane przede wszystkim z jego stanem socjalnym i walką ekonomiczną.
Nie ma tu burs, stypendiów, zapomóg – jest tylko strajk, akcja cennika, organizacja. Wydaje nam się, że z punktu widzenia wychowawczego cała ta sytuacja jest korzystna, mimo niewątpliwie ciężkich przeżyć jednostek. Chodzi tylko o wyzyskanie w kształceniu robotników tej właśnie samodzielności życiowej, a częściowo i myślowej, o wydobycie jej, że tak powiem, na wierzch, z mroków podświadomości, wykształcenia jej i uczynienia elementem zasadniczym oświaty robotniczej, przynajmniej na wyższych jej stopniach.
Odczyt – główny instrument oświaty robotniczej – tej funkcji nie spełniał i nie spełnia, podobnie w normalnych warunkach i książka.
Słowo wypowiedziane ex cathedra, druk, mają w oczach ludzi prostych moc niezwykłą, bo moc prawdy. Robotnik świadomy, dojrzały, kulturalny powinien umieć jednak samodzielnie do zagadnienia podejść, umieć patrzeć krytycznie na pewne zjawiska, odróżnić prawdę od demagogii.
Odczyt, książka – wspomnieliśmy – dają pewną ilość wiadomości, naświetleń wykładowców czy autorów, nie dają jednak sposobności do kształcenia samodzielnego sądu słuchaczy, nawet dyskusja nad książką tej funkcji nie spełnia w całej rozciągłości, bo materiał dyskusji został tu zebrany poza uczestnikami i narzucony. Uznając w pełni niezaprzeczalne korzyści wykładu w pracy oświatowej, szukaliśmy metody skuteczniejszego kształcenia samodzielności. Eksperymentem tym, w bardzo skromniutkich rozmiarach, było właśnie seminarium socjologiczne Szkoły Nauk Społecznych TUR. Robotnik i jego życie były ośrodkiem naszych studiów, praca samodzielna i dyskusja zajęły miejsce wykładu i książki, które znowu niepodzielnie królowały na innych lekcjach Szkoły. W ten sposób obie metody uzupełniały się i harmonizowały. Otóż robotnik, uczestnik seminarium, dostawał do opracowania pewien temat, wyłącznie z zakresu samodzielnej obserwacji, np. jak układają się stosunki między robotnikami miejskimi a wiejskimi na terenie określonej fabryki? Tym prostszy – zbadać kilka rodzin robotniczych pod kątem widzenia łączności ze wsią, a więc czy dana rodzina robotnicza posiada krewnych na wsi, czy utrzymywała z nimi łączność itd. Uczestnik seminarium badał sprawę na miejscu, zbierał informacje, przy czym trudności technicznych nie było, chodziło bowiem o szczegóły z życia, z którym był on mocno związany i do których miał dostęp.
Uczestnik przygotowywał referat na podstawie danych zebranych, często też kierujący seminarium przy pomocy odpowiednich pytań wydobywał szczegóły czy też ważniejsze momenty, nie poruszone przez samego referenta. Dyskusję otwierano potem nad samym referatem. Referat był oryginalny, zebrany dzięki samodzielnemu twórczemu wysiłkowi, dyskutanci czerpali też owe wiadomości nie z książek, lecz z własnych obserwacji, a najczęściej z własnego życia i osobistych doświadczeń. „Samorodna” praca naukowa, samodzielna myśl panowały tu niepodzielnie. Dyskusje były gorące, nieraz wprost pasjonujące, a raz bodaj doprowadziły do wzajemnego zagniewania. W dyskusji rej wodzili starsi robotnicy, przynajmniej w pierwszych latach seminarium. Dopiero na samym końcu zabierał głos kierujący seminarium, streszczał wyniki referatu i dyskusji; wiązał je z całością nauk społecznych, przedstawiając pokrótce wyniki badań naukowych, poglądy badaczy itp., polecając literaturę. W ten sposób samodzielny wysiłek myślowy kierowano w odpowiednie łożysko i wiązano z całością nauki i dostępnej literatury.
Staraliśmy się zatem unikać przesady w stosowaniu naszej koncepcji, a przede wszystkim błędów w wychowaniu samych uczestników. W przeciwnym razie mogli oni łatwo popaść w jakąś goryczą zawodu zaprawianą megalomanię czy też grafomaństwo o samorodnej wprawdzie, lecz nie mniej dyletanckiej, a często zgoła nieistotnej problematyce.
Problem stawialiśmy, uwzględniając już pewne założenia naukowe, teoretyczne, np. zagadnienie rodziny robotniczej, stosunku elementu wiejskiego po fabrykach do robotnika miejskiego itd. Stąd też gromadzić się zaczął w formie opracowań przez naszych uczniów wyników dyskusji wcale interesujący materiał socjologiczny. Obok swego skromnego założenia wychowawczego stało się seminarium niewielką pracownią naukową socjografii, a robotnicy, ci sami, co rano twardy metal na tokarnię kładli czy gdzieś na rusztowaniu na zaprawie cegłę osadzali, zamieniali się w twórczych pracowników naukowych. Materiały dostarczane przez nich miały swe wady, ale i wiele wartości. Przede wszystkim robotnik jako obserwator socjologiczny swego środowiska ma dużą łatwość w samej pracy terenowej, ma łatwy dostęp, nie ma zaś przeszkód w pracy, naturalnie poza wyjątkowymi wypadkami – sam jest częścią warstwy którą bada, odczuwa jej tęsknoty, rozumie pragnienia. […]
Aczkolwiek skromne, niemniej ciekawe dla nas materiały socjograficzne dotyczące życia, zwyczajów itd. proletariatu zachęciły nas do prowadzenia szerszych prac, już poza szczupłym gronem uczniów.
Pozostał nam do dyspozycji sam teren i bezpośrednie studia terenowe, prowadzone wedle możliwości, i szersza akcja w formie ankiety. Zainteresowania nasze skupiły się na zagadnieniu wysiłków robotniczych do awansu kulturalnego, nad kulturą robotniczą życia codziennego, stosunku do organizacji, do rodziny, na samokształceniu. Chcieliśmy otrzymać obraz życia robotniczego codziennego, chcieliśmy wreszcie głębiej poznać nie romantycznego, ale żywego człowieka pracy. Sporządziliśmy najpierw kwestionariusz i oddaliśmy do wypracowania kilku robotnikom jako „ankietę próbną”. […] Tekst ankiety rozesłaliśmy bodajże w 7500 egzemplarzach do wszystkich oddziałów TUR – otrzymaliśmy też sporą ilość odpowiedzi. Mimo skromnych nagród robotnicy nie zawiedli. Z różnych stron Polski, a nawet z emigracji napływać zaczęły pamiętniki. Ankieta zorganizowaną została w zasadzie przez Oddział Krakowski TUR-a, a przeprowadzaną w skali ogólnej dzięki poparciu Zarządu Głównego TUR. W ten sposób wkroczył TUR na drogę prac badawczych, a ankieta zatytułowana „Ankieta o Kulturze Proletariatu i Samokształceniu” Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego Oddziału im. Adama Mickiewicza w Krakowie, zapoczątkowała tę gałąź działalności kulturalnej.
Obok celu poznawczo-naukowego spełniała też ankieta rolę eksperymentu kulturalno-wychowawczego. Zachęcano w ten sposób wielu zdolniejszych robotników do większego i głębszego wysiłku myślowego, i to twórczego, i w ten sposób zmuszono ich do samodzielnej obserwacji i samodzielnego przemyślenia wielu spraw. […] Przewidując możliwości błędów, staraliśmy się już w samym tekście ankiety, drogą odpowiednich wskazówek, zachęcić autorów do ich unikania. Zachęcaliśmy do swobody w wypowiadaniu się, w przeciwieństwie do odpowiedzi niewolniczych i podążania za naszymi pytaniami. Podkreślono także wartość społeczną odpowiedzi szczerych. Zdaje się, że apel nasz nie pozostał bez echa. Uczestnicy ankiety, pamiętając na ogół o celu ankiety, wypowiedzieli się z dużą swobodą, nie trzymając się kurczowo pytań ankietowych. Jest to objaw, naszym zdaniem, korzystny, dowodzi o samodzielności w podejściu do zagadnienia. […]
Wprowadziliśmy poza tym zupełnie nowy – wydaje nam się – sposób korektury ankiety.
Posługiwaliśmy się naszą pracownią, seminarium socjologicznym Szkoły Nauk Społecznych TUR. Wyjątki z ciekawych wypracowań odczytywano na posiedzeniach seminarium ubiegłego roku, a robotnicy-uczestnicy seminarium w dyskusji wypowiadali swe opinie co do zagadnień i kwestii w nich poruszanych. Robotnik inteligentny, obeznany z natury rzeczy ze swym własnym środowiskiem i życiem robotniczym, ma duże możliwości w odróżnianiu prawdy od fałszu, wyjątkowych wypadków od reguły w pamiętnikach robotniczych.
W ten sposób mogliśmy też uzupełniać pewne luki, rozwijać problemy tylko dotknięte przez autora danego wypracowania, który nie doceniając należycie znaczenia, nie starał się bliżej go wyświetlić.
Dyskusja była zazwyczaj żywa, bo i seminarium złożone aż z 80 uczestników zbyt było liczne, co miało w dyskusjach nieco długich swe dobre i złe strony.
Wychowawczo rzecz sama przedstawia się nie mniej korzystnie.
Uczniowie nasi poruszali konkretne, nieraz trudne problemy życia robotniczego w oparciu o żywe, prawdziwe wypracowania, w których niejedno zagadnienie było i zagadnieniem naszych uczestników. […]
Traktowaliśmy tekst [ankiety] tylko jako drogowskaz, ale nie martwiliśmy się, gdy ktoś nie szedł za nim, lecz obierał sobie własną drogę. Raczej go nawet do tego zachęcaliśmy. Rezygnując z porównywalności, czyniliśmy to w przeświadczeniu, że zyskiwaliśmy na swobodzie i bezpośredniości wypowiedzenia, czyli – co na jedno wychodzi – zwiększaliśmy szanse ujawnienia się naturalnych tendencji psychospołecznych, prawdziwszego obrazu podłoża.
Linie zainteresowania badanych i badających nie nakrywają się zazwyczaj, niestety. Oczekujemy pewnych rezultatów, a otrzymujemy często wprawdzie nie te, których oczekiwaliśmy, lecz inne. O to jednak chodzi, czy te „inne” są bez wartości, dlatego że są inne? Właśnie nie. Rzeczą interpretującego jest wykrycie tej innej wartości; wyniki jednak będą nieporównywalne.
W celu wydobycia tej właściwej swoistej wartości różnych, początkowo nie dość jasnych dla nas momentów wypowiedzi, posłużyliśmy się wspomnianą już powyżej metodą korektury: dyskusja nad poszczególnymi pamiętnikami czy ich fragmentami, prowadzona w środowisku, z którego pochodzili autorzy, pozwalała uwydatnić znaczenie niejednego symptomu, obok którego, jako inteligenci i jako czytelnicy manuskryptu, gotowi byliśmy przejść.
Społeczeństwo nasze nie jest jednolite. Szereg elementów natury gospodarczej i społecznej wpływa na wytworzenie się warstw i klas.
Między klasami i warstwami czy innymi grupami znajdujemy gruby, wielki mur wzajemnej nieświadomości. Mimo że ludzie ci, w skład różnych grup społecznych wchodzący, żyją lata obok siebie, a nawet rozmawiają ze sobą często, istota społeczna pozostaje nadal nieznaną.
Wyobrażenie o danej grupie czerpiemy raczej ze stosunku do idei niż z doświadczenia. W zależności od tego kształtować się też będzie w oczach „szarego” przeciętnego inteligenta obraz robotnika i proletariatu. Wrogo usposobiony przekonany będzie, że proletariat to ciemna, nieoświecona „czerń”, pozbawiona wszelkiej kultury i kulturalnych potrzeb, ci zaś, co w robotniku składają swe nadzieje, co ze zwycięstwem jego wiążą swe tęsknoty, a nie związani są z żywym, tętniącym ruchem robotniczym, co najwyżej z gazetą i z kawiarnianym stolikiem, podchodzą znowu do robotnika jak do ołtarza. Dla nich robotnik to człowiek mocny, w niebieskiej koszuli z podwiniętymi rękawami, młot trzyma w muskularnych dłoniach a za nim, niczym na propagandowym afiszu, czerwone słońce – „jutrzenka swobody wschodzi”.
Jedno i drugie z gruntu błędne. Nie potrzebuję tłumaczyć, wystarczy przerzucić kilka pamiętników, by poznać gorące zamiłowanie do czytelnictwa, zainteresowanie kulturą, tak znamienne dla wielu robotników. Ich poziom wykształcenia, ciężko zdobytego po żmudnym dniu roboczym, przerasta nieraz kilkakrotnie poziom i brydżowe zainteresowania przeciętnego, a ufnego w swe zdolności dyplomowanego groszoroba. Ale robotnik nawet kulturalny jest tylko zwykłym i normalnym człowiekiem, dalekim od wymarzonych ideałów. Codzienna walka, własne, rodzinne sprawy, ludzkie namiętności kształtują jego osobowość w tym samym stopniu co innych. Nie ma wreszcie jakiegoś „typowego”, „przeciętnego” robotnika, który by za wzór mógł służyć. Przeciwnie, czytając ankiety i pamiętniki zapoznamy się z dużą rozmaitością typów, z wielością środowisk. Pamiętniki robotników dają nam dużą możność poznania warstwy i środowiska, poniekąd łamią – wydaje nam się – mur nieporozumień wyniesiony wokół klasy.
Jak jednak należy ująć zagadnienie typów ludzkich proletariatu, czym wytłumaczyć zróżniczkowanie?
Przede wszystkim sama rozmaitość warunków ekonomicznych stwarza już różnolitość typów robotniczych.
Inaczej żyje, w innym nastroju psychicznym znajduje się pracownik stabilizowany, o stałej miesięcznej pensji, którego można usunąć dopiero drogą sądu dyscyplinarnego – inaczej znowu robotnik ceramiczny, zatrudniony przez cztery, pięć miesięcy w roku, o trzyzłotowym dziennym zarobku, przy dużej rodzinie, któremu stale zagraża zwykłe, czternastodniowe wypowiedzenie.
Moment gospodarczy wpływa już na stworzenie środowiska. Od zarobku zależy, czy robotnik mieszkać będzie w zdrowym, jasnym i obszernym mieszkaniu, czy będzie miał możność spędzenia urlopu na wsi, czy będzie miał izbę w zimie ciepłą i oświetloną, czy wreszcie będzie kupował książki, korzystał z kina, teatru itd.
Wszystkie te okoliczności, na pierwszy rzut oka „drobnostki”, składają się na wytworzenie środowiska.
Warunki zawodowe i geograficzno-środowiskowe wywierają też piętno.
Duża fabryka zatrudniająca pięć, sześć tysięcy ludzi jest specyficznym skupiskiem, wymagającym już odrębnych form organizacji zawodowej. W warsztacie takim siła solidarności robotniczej ma znaczenie tak wielkie, że często gwarantuje, w pewnych przynajmniej granicach, robotnikom swobodę przekonań i organizowania się. Samo otoczenie, fabryka, maszyny, piece pozostawiają swe ślady na zachowaniu się i psychice robotnika.
A teraz porównajmy ten typ robotnika „wielkofabrycznego” z czeladnikiem lub chłopcem u szewca. Gdzieś tam w suterenach, w małej mrocznej izbie pracuje trzech, czterech ludzi. Ustawowego czasu pracy nikt nie przestrzega, śladów higieny nie znajdziemy, organizacja w łonie samego warsztatu nie ma znaczenia (co innego organizacja ogólna, jednocząca wszystkich czeladników).
Warunki pracy, warsztat pracy i jego rozmiary składają się również na strukturę socjalną, a nawet przyrodniczą, środowiska robotniczego.
Dodajmy teraz i inne ważne współczynniki – a więc wielkość skupisk ludzkich, położenie geograficzne zakładu i osady, ciężar tradycji i wychowania.
Wielkie milionowe miasto w porównaniu z osadą robotniczą czy małą, odległą od linii kolejowej mieściną stanowi zupełnie odmienny typ środowiska, wiadomym jest również, jak silne piętno wywiera na charakterze mieszkańców środowisko portowego miasta. Sprawy te poruszamy tylko ogólnikowo, nie wdając się w szczegóły, pomijając też cały zespół innych współczynników kultury robotniczej.
Ale nawet pobieżny tylko przegląd współczynników środowiska robotniczego wystarczy dla uzasadnienia wielości typów robotniczych, bo przecież środowisko ma w tym względzie pierwszorzędne znaczenie.
Autorzy pamiętników zamieszczonych w niniejszym tomie rekrutują się z różnych środowisk, z rozmaitych gałęzi przemysłu, reprezentują także rozmaite kategorie płac i kwalifikacji. […]
„Klasa robotnicza”, „proletariat”, nie jest grupą jednolitą kulturowo. Są to wyrażenia wskazujące raczej na pewną kategorię struktury gospodarczej niż na konkretną treść społeczną. Rzut oka na załączone prace przekonywa, jak dalece są one różne – od zupełnego prymitywu człowieka, żyjącego na marginesie społeczeństwa, do inteligenta, żywiącego ambicje intelektualne, dbającego o formę literacką, usiłującego zająć określoną, własną postawę wobec różnorodnych zagadnień kultury.
Różnorodna ta masa (a ściślej mówiąc szereg warstw kulturalnych i towarzyskich) może w pewnych warunkach działać jako jednolita grupa, np. w akcji strajkowej; wówczas przestaje ona być tylko abstrakcyjną kategorią, a staje się rzeczywistością społeczną, która jednak po ukończeniu jakiejś akcji scalającej może znowu okazywać tendencje odśrodkowe i różnicujące. „Klasa” nie jest, lecz w pewnych warunkach „staje się”; jej trwanie ma charakter dynamiczny, stałym zaś czynnikiem są raczej warunki ekonomiczne, które w razie konfliktu mogą prowadzić do „uświadomienia” siebie jako klasy.
Ta różnorodna masa, żyjąca w bardzo różnych warunkach, przenikana przez najróżnorodniejsze prądy ideologiczne, ogarnięta tendencjami do awansu społecznego, stale w chwiejnej równowadze, stale nie czująca się „nasyconą” i dlatego objawiająca dużą prężność społeczną, zasługuje na jak największą uwagę. Tej uwagi udziela jej się zbyt mało. Wyłącznie administracyjno-polityczny stosunek to stanowczo zbyt mało. Społeczeństwo musi znać robotnika, otoczyć zrozumieniem jego dążenia do kultury: państwo powinno zajmować się nim nie tylko w okresach rozruchów, musi ono otoczyć opieką jego uzasadnione ambicje, jego dążenia do współudziału w dobrach kultury; rozszerzy ono w ten sposób swe oparcie społeczne, wyjdzie poza zaklętą sferę inteligencji i biurokracji. A masa ta nie musi być dopiero mozolnie rozbudzana; przez swoją dynamikę, przez swój pęd do kultury zaznacza sama mocno, czym jest i ku czemu dąży. […]
Ile problemów wyłania się przy czytaniu tych paru pamiętników, ile kwestii poruszono, ile problemów w nich nurtuje, jak wartościowych autorów czytają ci ludzie, a o tym wszystkim piszą przecież ludzie prości, od młota, biedni, ludzie, którzy nieraz kilka zaledwie miesięcy w szkole spędzili. Pismo wielu wskazuje, że ciężką pracą było dla nich utrwalenie swych przeżyć. Jeden np. szewc z małej lubelskiej mieściny zeszyt kołkami widocznie przybił do stołu, by się nie suwał, litery stawiał wolno, mozolnie w ręcznie wyliniowanym zeszycie…
Słusznie czytelnik zauważy, że to może być materiał najlepszy, wybrany. Prawda. Ale wskazuje to na wielkie możliwości kształcenia i wychowania, na wartość materiału ludzkiego, a przede wszystkim na wielkie zadania, które stoją przed nami – zadania kształcenia i wychowania tych ogromnych mas, udostępnienia nauki i możliwości rozwoju kulturalnego, a przede wszystkim stworzenia ludzkich warunków bytowania. […]
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Zwolennicy wielkiej własności ziemskiej usiłują tedy przekonać opinię publiczną, że chłopi gospodarują gorzej od ziemian i że uprawa na małych parcelach jest mniej wydajną niż na wielkich obszarach. Czy byliby jednak w stanie dowieść, że ta zła gospodarka chłopska musi trwać wiecznie? Że nie będzie mogła nigdy stać się dobrą, a nawet świetną i podnieść swej wydajności do największych możliwych granic? Bo tylko w takim wypadku niski poziom gospodarki chłopskiej mógłby decydować o zmianie kierunku naszej polityki rolnej, o zaniechaniu parcelacji, a nawet o uchwaleniu nowej ustawy rolnej, mającej na widoku ochronę i tworzenie jak największych warsztatów rolniczych. Niestety, zapał, z jakim udowadnia się słabą wydajność gospodarstw chłopskich, zdaje się świadczyć o takim właśnie głębokim przeświadczeniu ziemian, że ta słaba wydajność jest rzeczą nie do usunięcia. Że chłop nigdy nie będzie mógł dorównać wysokością plonu wielkim folwarkom, że zatem przesuwanie stanu posiadania na jego korzyść grozi zubożeniem kraju, ogłodzeniem miast, niemożnością wyżywienia armii, a także wyżywienia społeczeństwa na wypadek wojny.
Wyobraźmy sobie jednak, że pewnego pięknego poranka reforma rolna okazuje się snem. Parcelacji więcej się nie prowadzi. Stosunki zarówno własnościowe, jak ludnościowe na wsi ustalają się według stanu rzeczy z czasów, dajmy na to, od 1921 do 1931 roku. Cóż by się wtedy okazało?
Według Małego Rocznika Statystycznego Polska liczyła w r. 1921, okrągło biorąc – 3 miliony 200 tysięcy drobnych gospodarstw chłopskich i… 19 tysięcy gospodarstw folwarcznych. Na każde 100 gospodarstw mieliśmy wtedy 99,4% gospodarstw drobnych i średnich, a 0,6% gospodarstw wielkich. Stosunek powierzchni użytków rolnych, posiadanych przez te gospodarstwa był, oczywiście, zupełnie inny niż wzajemny stosunek ich liczby. Trzy miliony gospodarstw chłopskich posiadało 19 000 000 ha użytków rolnych, zaś 19 tysięcy wielkich majątków posiadało ich około 6 000 000 ha (bez lasów, których wielka własność posiadała wg tego samego źródła w r. 1921 około 4 000 000 ha). Ale nawet i przy tym stosunku już wtedy większość ziemi ornej należała w Polsce do chłopów. W ciągu następnych dziesięciu lat, tj. w okresie wykonywania reformy rolnej, stosunek ten zmienił się jeszcze bardziej na korzyść gospodarstw włościańskich. Prof. Wł. Grabski oblicza, że w r. 1931 wielka własność posiadała 4 547 700 ha, zaś drobna – 21 046 000 ha użytków rolnych. Jesteśmy zatem już dziś – tak jak zresztą w pewnym sensie byliśmy zawsze – krajem nie tylko rolniczym, ale i w znacznej mierze chłopskim, pomimo żeśmy się przez wieki rządzili tak, jakby chłopa między nami nie było, i do dziś rządzimy się tak, jakby on był niewygodną pozycją, której wartość trzeba koniecznie pomniejszać i lekceważyć.
A teraz ludność. Mały Rocznik Statystyczny podaje, że w r. 1931 było w Polsce 23 119 000 ludności wiejskiej. Po odliczeniu znikomej liczby ziemian i kilku milionów Ukraińców i Białorusinów, i jeśli zważymy, że ludność miejska jest w znacznej części niepolska, możemy śmiało powiedzieć, że z górą dwie trzecie Polaków – to chłopi, właściciele drobnych gospodarstw oraz proletariat i półproletariat rolny. Jesteśmy więc nie tylko krajem, ale w jeszcze większym stopniu narodem chłopskim.
Kto zatem powiada, że chłop nie jest w stanie wyżywić Polski, ten mówi, że Polska w ogóle nie jest w stanie wyżywić się – więc istnieć.
Kto powiada, że chłop nie jest w stanie sprostać zadaniom obrony państwa, ten mówi, że naród polski nie jest w stanie obronić się przed napaścią.
Kto twierdzi, że zamożność, aprowizacja i bezpieczeństwo kraju winny zależeć głównie od stanu i obszaru wielkich majątków ziemskich, ten mówi, że byt narodu i państwa powinien się wspierać na świetności kilkunastu tysięcy rodzin, posiadających zaledwie piątą część użytków rolnych i stanowiących znikomy ułamek odsetka obywateli. Byłoby to niby wsparcie olbrzymiego gmachu na wątłej zapałce, choćby ta zapałka i ze szczerego była złota. Rzecz możliwa dziś już tylko w majaczeniach gorączki.
Szerzenie więc tak namiętne poglądu o nieodwołalnej niższości gospodarstw chłopskich jest najbardziej defetystyczną koncepcją, jaką Polska od swego zmartwychwstania wydała. Jest zaszczepianiem największej niewiary w Polskę i naród polski, jaka kiedykolwiek zrodziła się w naszej łatwej do poddawania się złym natręctwom umysłowości. Pogląd ów jest również jedną jeszcze niekonsekwencją myśli ziemiańskiej, gdyż prowadzi nieuchronnie do idei zniesienia w ogóle indywidualnej gospodarki rolnej. Toteż znajduje on, nieoczekiwane zapewne przez ziemian, poparcie w tych sferach lewicowych, które w kolektywizacji drobnych gospodarstw widzą jedyny sposób dźwignięcia naszego rolnictwa na wyższy szczebel rozwoju. […]
W Czechosłowacji stosunek ilości wielkich gospodarstw (ponad 100 ha) do małych i średnich jest jeszcze bardziej niż u nas na niekorzyść wielkiej własności, zwłaszcza pod względem powierzchni folwarków, znacznie przez tamtejszą reformę rolną okrojonej. Przy tym ilość gospodarstw najmniejszych, tj. liczących do 5 ha, jest w Czechosłowacji cokolwiek wyższa niż u nas i wynosi 72% ogólnej liczby gospodarstw, gdy u nas 71%.
W Niemczech stosunki własnościowe są mniej więcej takie jak w Polsce, z tą różnicą, że gospodarstwa najmniejsze (do 5 ha) wynoszą tam aż 77% ogólnej liczby gospodarstw.
Holandia pod względem własności rolnej nie posiada stosunków całkiem zdrowych, ponieważ część jej drobnych rolników uprawia grunty dzierżawione od wielkich właścicieli. Jednakże jako typ gospodarki wszechwładnie panujący mamy tam bardziej niż gdziekolwiek indziej gospodarstwo drobne. Folwarków o typie pracy właściwym wielkiej własności mamy w Holandii tylko 0,1%, a zajmują one zaledwie 1,5% ogólnej powierzchni gruntów (u nas 27% gruntów ornych, w Niemczech 20%, w Czechach 13%). Przy czym gospodarstwa najmniejsze również przeważają tam nad innymi rodzajami drobnych gospodarstw (66% ogólnej liczby).
Szwajcaria jest krajem prawie wyłącznie drobnej chłopskiej własności. W Szwecji, Finlandii, Danii proces rozdrobnienia wielkiej własności na korzyść chłopskich gospodarstw (z przewagą średnich) jest znacznie dalej posunięty niż u nas.
A czyż możemy o wszystkich wymienionych tu krajach powiedzieć, że są zacofane lub upadające pod względem kultury rolniczej? Całkiem przeciwnie. Są to kraje najwyższej ze znanych dotąd i wciąż wzmagającej się wydajności wszystkich ziemiopłodów, najwyższej też kultury i chłopskiej, i ogólnej. Bez przesady można powiedzieć, że im bardziej który z nich jest chłopski, tym jest zamożniejszy i kulturalniejszy. Holandia osiągnęła w dodatku przepiękne rezultaty pracy chłopskiej na gruntach sławnych ze swej wyjątkowej nieurodzajności. Nie od rzeczy też będzie zauważyć, że są to wszystko, jak dotąd, kraje najmocniej ugruntowanego pokoju społecznego. I nie bez głębszego znaczenia jest fakt, że właśnie typowy kraj wielkiej własności i przysłowiowej nędzy chłopa, jakim była zawsze Hiszpania, stał się widownią najokrutniejszej wojny domowej.
Jeśli na wysoki poziom rolnictwa chłopskich krajów zachodniej Europy miały wpływ uboczne, pozarolnicze warunki, to byłoby również wielkim pesymizmem i wielką rezygnacją z naszych społecznych i gospodarczych uzdolnień, gdybyśmy twierdzili, że te odpowiednie warunki u nas w żaden sposób nie mogą się pojawić, czy też zostać stworzone. Zwłaszcza gdy jednym z tych warunków jest spółdzielczość rolnicza, dla której rozwoju brak tylko większego rozpowszechnienia się oświaty wśród włościan. Spółdzielczość – o której mówiliśmy już pod kątem zatrudnienia nadmiaru ludności wiejskiej – jest prócz tego konieczną nadbudową, bez której drobne gospodarstwa nie mogą należycie prosperować, przy której natomiast, zachowując wszystkie właściwe sobie zalety, zyskują ponadto wszystkie atuty wielkiego przedsięwzięcia aż do możności stosowania motoryzacji włącznie. Nasze sfery ziemiańskie, a tym bardziej sympatyzująca z nimi prasa, mają słabe i mocno zaściankowe pojęcie o spółdzielczości rolniczej, nic więc dziwnego, że nie dostrzegają przewrotowego znaczenia tej potężnej dźwigni gospodarczo-społecznej, która gdzie indziej w stosunkowo niedługim czasie postawiła drobną własność na świetnym poziomie i wyprowadziła jej produkty na rynki światowe. Znaczenia tego ziemiaństwo nie dostrzega nawet wtedy, kiedy tu i ówdzie bierze w przedsięwzięciach spółdzielczych udział. Jeszcze większą niewiedzę pod tym względem przejawia ogół inteligencji miejskiej, która o spółdzielczości ledwie coś niecoś mętnie słyszała i, powtarzając na wiarę twierdzenie o niższości chłopskich gospodarstw, nie zdaje sobie sprawy, jak wiele już istnieje na świecie sposobów przeobrażenia tej niższości w najdoskonalszą wyższość. […]
Wróćmy jednak do tych słabych plonów na gospodarstwach włościańskich. I zobaczmy z jakimi to plonami, z jaką wydajnością porównywa się je tak namiętnie. Czyż wydajność naszych wielkich folwarków może w istocie komu zaimponować? Zdaje mi się, że w porównaniu z krajami dobrze gospodarującymi nasze plony rolnicze są tak samo zbyt niskie u wielkiej własności, jak u małej. Można bez obawy pomyłki zaryzykować twierdzenie, że wydajność naszych wielkich folwarków jest niższa niż wydajność gospodarstw chłopskich w tych krajach, gdzie rolnictwo stoi na właściwym poziomie. Weźmy dla przykładu buraki cukrowe jako produkt stanowiący u nas (na skutek cukrowniczej polityki uprzywilejowań) prawie monopol większej własności. Buraki chłopskie tak dalece nie wpływają tu na cyfry statystyki, że Mały Rocznik Statystyczny podaje jako przeciętny zbiór z hektara większej własności 215 kwintali z hektara i jako przeciętny zbiór ze wszystkich gospodarstw Polski tę samą cyfrę 215 kwintali z hektara. Otóż Niemcy mają zbiór z hektara 292 kwintali, Belgia – 306 q, Dania – 310 q, Szwecja – 337 q, Szwajcaria – 349 q, Holandia – 372 q z hektara. Co do Holandii zwłaszcza i Szwajcarii możemy na pewno powiedzieć, że nie wielkie, lecz drobne gospodarstwa przyczyniają się tam do tak wysokiego zbioru buraków z hektara. Pszenicy wielka własność produkuje u nas 13 q z hektara, zaś Holandia 28,8 q. […] Gdybyśmy rozporządzali odpowiednimi cyframi, zapewne powiedziałyby nam one to samo i o innych ziemiopłodach. Toteż drobni rolnicy wymienionych tu krajów przysłuchiwaliby się z największym zdziwieniem niepojętej dla nich obronie tezy o niższości małych gospodarstw. Nie mogliby zrozumieć ani celu, ani pobudek upierania się przy tej tezie i doszliby w końcu do bardzo zasmucających wniosków o naszym zdrowym rozsądku.
Ziemianie nasi potrafią się czasem przyznawać do niskiego stanu swej gospodarki w porównaniu z innymi krajami. Ale to tylko wtedy, gdy może to im posłużyć jako dowód, że jeśli oni źle stoją, to gospodarka chłopska tym bardziej nie może nigdy osiągnąć świetnych wyników. Trudno sobie wyobrazić – pisze na ten temat jeden z publicystów „Gazety Rolniczej” – aby małorolny, a nawet 10-hektarowy gospodarz mógł swemu inwentarzowi dać te warunki, jakie z wielkim wysiłkiem daje mu większa własność – z miernym, jak świadczą rynki zagraniczne, wynikiem. Otóż w wielu krajach nie tylko sobie te doskonałe warunki hodowli i uprawy chłopskiej wyobrażano, ale je w całej pełni urzeczywistniano.
Laik, czytający gazety i słyszący ciągle o większej wydajności folwarków i o słabym plonie gospodarstw chłopskich, wyobraża sobie zapewne jakieś niebotyczne różnice, myśli, że skoro się taki alarm o to podnosi, to wydajność chłopska jest może, kto wie, o połowę mniejsza niż dworska. Tymczasem niezawodny Rocznik Statystyczny powiada nam, że różnice te są dość znikome. W r. 1935 gospodarstwa drobne i średnie (do 50 ha) produkowały z hektara 11,1 q pszenicy, zaś gospodarstwa wielkie – 13 q. Żyta: małe – 11,2 q, wielkie – 13,1 q. Jęczmienia: małe – 11,6 q, wielkie 14,1 q. Owsa: małe – 11,4 q, wielkie – 12,8 q. Ziemniaków: małe – 114 q, wielkie – 118 q. Buraków: małe – 195 q, wielkie – 215 q. Różnice więc wynoszą dla zbóż 1,9 do 2,5 kwintala, dla okopowych – 4 do 20 kwintali z hektara.
A teraz chciejmy zauważyć, jaki, mówiąc dzisiejszym językiem, start mają ci dwaj „zawodnicy”, tak mało stosunkowo różniący się między sobą plonami z hektara. Z jednej strony ziemianie, rozporządzający wiedzą rolniczą, znacznymi środkami, udoskonalonymi narzędziami i maszynami, mający możność stosować najwłaściwsze nawozy sztuczne i w ogóle najlepsze sposoby uprawy. Posiadający też na ogół ziemie zmeliorowane i wyższej klasy, ponieważ mieli zawsze, jak wiemy, nieograniczoną prawie swobodę wybierania sobie gruntów. Z drugiej strony chłop – w przeważającej większości niedostatecznie oświecony, prawie nieużywający nawozów sztucznych, rzadko stosujący nowsze metody upraw, niemający kapitału nakładowego, posługujący się często prymitywnymi narzędziami, mający zazwyczaj ziemie gorsze i niezmeliorowane. Jeśli będąc postawionym w o tyle gorsze warunki, chłop różni się tak niewiele wydajnością z hektara od ziemianina, to jakże nie dojść do przekonania, że przy jakim takim rozwoju oświaty i organizacji z łatwością dogoniłby i prześcignął dzisiejsze plony wielkiej własności.
Że w odpowiednich i sprzyjających warunkach (do których należy i życzliwość społeczeństwa dla tej sprawy) ten wzrost wydajności nie daje na siebie czekać, to widać snadnie po gospodarce krajów, gdzie reforma rolna była nie chroniczną chorobą, ale szybką i skuteczną operacją. Należą do nich między innymi Łotwa, Estonia i Litwa. Inż. Zygmunt Chmielewski w „Czasopiśmie Spółdzielni Rolniczych”, nr 20/1936 r., powiada między innymi, że na Litwie po przeprowadzeniu reformy rolnej wydajność gruntów chłopskich wzrosła od 12 do 52%. Jeszcze bardziej podniosła się hodowla.
W ostatnich czasach prof. Wł. Grabski („Parcelacja wobec struktury, koniunktury i chwili dziejowej Polski”) podważył mocno ów i bez tego problematyczny „dogmat” o niższości drobnych gospodarstw, stwierdzanej na podstawie plonów z hektara. Dowodzi on, że dla oceny gospodarczego znaczenia większej i mniejszej własności należy badać, który typ własności potrafi więcej wygospodarować nie z obsiewanej, ale z posiadanej przestrzeni. Przyjąwszy to założenie prof. Grabski zastosował nową metodę statystyczną, za pomocą której wykazał przejrzyście, że wielka własność daje we wszystkich głównych ziemiopłodach, oprócz buraków i jęczmienia, plony niższe z hektara niż własność chłopska. Inaczej mówiąc, że na jednostkę posiadanych obszarów drobna własność obsiewa i obsadza większy procent powierzchni, a folwarki – mniejszy. Stąd wniosek, że jeśliby nawet, po przeprowadzeniu daleko idącej parcelacji, wydajność z chłopskiego hektara nie podniosła się od razu wydatnie, to bardziej drobiazgowe i pełne wykorzystanie nabytej przestrzeni nadrobiłoby z nawiązką niedobór, mogący powstać z cokolwiek mniejszej na razie plenności. […]
Wyższość gospodarstwa chłopskiego w wywodach prof. Wł. Grabskiego uderza jeszcze bardziej, gdy zestawia on cyfry dotyczące hodowli. Te cyfry mówią zresztą same za siebie i przy użyciu jakichkolwiek metod statystycznych nikt nigdy nie kwestionował rozległych możliwości, jakimi drobna własność góruje w tej dziedzinie nad wielką. […] Prof. Wł. Grabskiemu starano się odpowiadać i rzeczowo, a przynajmniej z pozorami rzeczowości. Pisano więc, że choć odsetek niebranej pod uprawę zbóż głównych i okopowych przestrzeni jest u ziemian większy, to w zamian zużywają oni wszystkie pozostałe obszary na kultury specjalnie cenne, takie jak sady, ogrody, rośliny oleiste czy nasienne. Zaś co do hodowli zauważano, że choć chłop góruje liczbą inwentarza nad ziemianinem, ale jakość tej hodowli jest niska. Podkreślano między innymi, że chłop nigdy nie sprosta zadaniom dostarczenia państwu konia remontowego (wojskowego).
Jeśli jednak weźmiemy do rąk to prawdziwe enfant terrible – Mały Rocznik Statystyczny, zobaczymy w nim rzeczy następujące. Sady i ogrody zajmują w Polsce 552 000 hektarów obszaru. Żadnych innych danych Rocznik Statystyczny co do tej gałęzi gospodarstwa narodowego nie podaje. Musimy sobie pomóc tym, co wiadomo „z życia”. Sad i ogród istnieją przy każdym polskim dworze, niekiedy mają wcale pokaźne rozmiary. U chłopów do niedawna tylko w województwach południowo-wschodnich i zachodnich można było zauważyć sadki przy każdej prawie chacie. Na olbrzymiej części pozostałych obszarów, z wyjątkiem śliwkowego pobrzeża Wisły, sławna dzika grusza była prawie jedyną przedstawicielką wiejskiego „sadownictwa”. Hodowla jarzyn i warzyw jeszcze mniej była wśród włościan rozpowszechniona.
Możliwe zatem, że w tej dziedzinie ziemiaństwo górowało niepomiernie nad chłopem i że stosunkowy obszar wziętych pod sady i ogrody gruntów był na jednostkę posiadanej powierzchni większy u ziemian niż u chłopów. Cóż z tego jednak wynika? Że nasze ziemiaństwo znało się wybornie na smakach warzyw i owoców, co nawet już Rej ślicznie przekazał literaturze. Poza tym jednak ta część wytwórczości rolnej nie była nigdy należycie wciągnięta w ogólny obrót naszego gospodarstwa. Dziś jest już lepiej pod tym względem. Znam nawet piękny majątek, w którym znaczna część obszaru zamieniona została na iście amerykańskie plantacje jabłek, prowadzone według wszelkich zasad nauki ogrodniczej. Ileż jednak mamy w Polsce takich wyjątków? Na ogół pod względem roli, jaką w handlu może odgrywać warzywnictwo i owocarstwo, stoimy bodaj czy nie na ostatnim miejscu w świecie. Brak danych statystycznych z tej dziedziny jest chyba dość wymownym wskaźnikiem znikomości tych kultur. I choć ziemianie mogą i powinni wiele tu jeszcze zrobić, zdaje się, że zmienić radykalnie taki stan rzeczy będzie mógł tylko chłop. W moich ostatnich wędrówkach po wsi mazowieckiej zdumiewał mnie pęd, z jakim chłopi masowo rzucają się dziś do sadownictwa. W każdej z chat, w których zdarzyło mi się gościć, można już było swobodnie mówić o renetach, landsberskich i kronselskich, o pięknej z Boskop, antonówkach, kosztelach i nawet koksach. Warzywnictwo też już zaczyna między włościaństwem kiełkować. […]
Co do jakości hodowli chłopskiej, to w samej rzeczy pozostawia ona niemal wszystko do życzenia. Zarówno pod względem samego inwentarza, jak i produktów od niego pochodzących. Ale czyż z tego może wypływać co innego, jak tylko wniosek o konieczności wielkiej ofiarnej pracy i państwa, i całego społeczeństwa, nie wyłączając ziemian, aby zmienić ten opłakany stan rzeczy? Że ogólne polepszenie bytu chłopskiego, spółdzielczość i oświata mogą tu cudów dokonać, to, powtarzam raz jeszcze, rzecz więcej niźli pewna. Wszak już przed wojną angielskie miasta nie chciały spożywać innych jaj, bekonów i masła niż pochodzące z chłopskich kooperatyw duńskich – a pisząca te słowa kupowała wówczas w Brukseli jaja z kooperatyw fińskich i… syberyjskich. […]
Przejdźmy z kolei do kwestii gospodarstwa chłopskiego wobec zadań wyżywienia miast i zaopatrzenia armii. Niestety, nie znam statystyki, która by wyliczała, ile produktów spożywają nasze miasta z większej, a ile z mniejszej własności. Nikogo to może nigdy nie interesowało, bo wartością małych gospodarstw zaczęliśmy się poważnie zajmować dopiero w najostatniejszych czasach. Na podstawie jednak tego, co już wiemy, trudno przypuszczać, aby drobna własność, produkująca w cyfrach absolutnych przeważającą ilość artykułów pierwszej potrzeby, nie miała sporego znaczenia w aprowizacji miast, nawet jeżeli odrzucimy te gospodarstwa, które na razie zaledwie same ze swych płodów mogą wyżyć i nic prawie na rynku nie sprzedają. Pomijając dostawy z dalszych stron przez pośredników, każdy mieszkaniec miast wie dobrze, jaką rolę odgrywają chłopi podmiejscy w dostawie mnóstwa produktów bezpośrednio do domów. Oczywiście, że i organizacja tego zbytu jest żadna i jakość tych produktów najczęściej kiepska. Wybredniejsze podniebienia, bardziej wymagające żołądki i lepiej zaopatrzone kieszenie poszukują też specjalnie produktów z wielkiej własności. Ale i takiej ludności w miastach, i takich produktów na rynku jest chyba (poza zbożem) szczupła mniejszość. Ta wyborowa ziemiańska produkcja to luksus, który nie może być miarą sądów o wyżywieniu miast, chociaż u nas właśnie takie rzeczy bywają miarą sądów.
A teraz armia. Bardzo możliwe, że to wojsko właśnie przede wszystkim pochłania produkcję wielkiej własności i że jest mu wygodniej aprowizować się w dużych majątkach. Lecz armia jest dla narodu, a nie naród dla armii. Armia, mimo jej bezwarunkowej konieczności, szczytnych zadań, wspaniałych zalet i miłości, jaką budzi, nie może być wyłącznym ideałem życia narodu w tym znaczeniu, aby dla niej wolno było rezygnować z reform wymaganych przez nieodparte konieczności gospodarczo-społeczne. Jeżeli dobro, a nawet byt narodu i państwa żądają oparcia gospodarki rolnej o drobną własność, to armia, ta – jak się ciągle podkreśla – najlepiej obywatelsko wychowana część społeczeństwa, niewątpliwie dostosowuje swoje metody aprowizacyjne do tych wymagań dobra narodowego.
Armia bowiem nie jest stworzona do tego, żeby bronić samej siebie, ani żeby bronić pomyślności kilkudziesięciu tysięcy rodzin, lecz aby bronić dobra całego narodu. Gdy o to dobro nie zadbamy, to i bronić w końcu nie będzie czego.
Posługiwanie się rzekomym interesem armii w walce z reformą rolną uchybia zarówno poczuciu obywatelskiemu wojska, jak rozumowi jego władz gospodarczych. Intendentura wojskowa stoi bez wątpienia daleko bardziej na wysokości swych zadań, niż przypuszczają sfery chcące w nią wmówić to, co dla nich byłoby wygodniejsze. Potrafi ona wypracować takie metody zaopatrywania, które mogą być pogodzone ze stopniowym przeobrażeniem się polskiego ustroju rolnego. Naturalnie – znów to trzeba powtórzyć – najszerszy rozwój spółdzielczości (w danym wypadku spółdzielni zbytu ziemiopłodów) jest i tu koniecznym warunkiem rozwiązania nastręczających się trudności. Dla ułatwienia wojsku aprowizacji z gruntów chłopskich kraj musi pokryć się organizacjami wspólnej sprzedaży płodów rolnictwa. I wojsko może tu bardzo pomóc, bo właśnie pewność otrzymania dostaw do armii mogłaby być doraźnym życiowym bodźcem i dla podniesienia gatunkowości produktów, i dla organizowania ich zbytu.
Ciekawe, że płk. Dżugay, wygłaszając w czerwcu roku ubiegłego przed audytorium ziemiańskim odczyt o rolnictwie w Czechosłowacji, podkreślił bardzo wyraźnie łatwość aprowizacji armii czechosłowackiej właśnie wskutek istnienia spółdzielczości zbytu, zorganizowanej, jak wiadomo, głównie przez włościan tego kraju. Szkoda, że ziemiaństwo nie zapamiętało sobie tego szczegółu o aprowizacji wojska czechosłowackiego, nim zaczęto wdrażać w naszej armii myśli kierowania zainteresowań aprowizacyjnych tylko w stronę wielkiej własności. […]
Zapominamy i o tym, że armia to nie szczupłe grono świetnych oficerów, skoligaconych rodzinnie lub towarzysko ze sferą ziemiańską. Że armia – to siłą rzeczy nade wszystko chłopi, wypełniający już dziś nie tylko szeregi, ale – coraz częściej – i kadry oficerskie. Trudno przypuścić, żeby ta już dziś na wskroś ludowa siła zbrojna nie znalazła w sobie dostatecznego zrozumienia dla najżywotniejszej sprawy narodu, jaką jest wciągnięcie w orbitę ogólnego życia gospodarczego masy chłopskiej. Tej masy chłopskiej, której symboliczną nazwą, zawołaniem, herbem zbiorowym niejako są przecież od dawna dwa słowa: żywią i bronią.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Nowe, powojenne życie z jego zgiełkliwym przemysłem i zabiegliwym handlem, z młodzieńczym upajaniem się pięknem istnienia i beztroską zabawą rozbiło swoje namioty na cieniach padających po ziemi od mogił bohaterów zabitych przez ślepe pociski lub nie mniej ślepe ciosy ręki człowieczej.
Świat nowy chętnie i szybko zapomina o tym, komu zawdzięcza swą wolność, swobodę wszelkich poczynań i nic o tym nie chce wiedzieć, iż tańczy w upojeniu na cieniach padających od mogił. Lecz obok straganów i siedlisk życia nowego stoją świadkowie żywi, posępni wygnańcy ze świata, który już odszedł i minął, a niemający możności wmieszania się w tłum pracy i zabawy: to ślepi, którym wojna miniona wypaliła oczy. Spojrzenie ich niewidzących źrenic przesuwa się, jak czarne skrzydło śmierci, po obszarach pracy, przenika zabiegi powojennego gromadzenia bogactw, zgiełk kłótni i radość zabawy. Ślepi słyszą z wyrazistością podwójną, potrójną wszystko, cokolwiek się dzieje w ciemności, która u stóp ich zaległa. Ślepi mają dusze pełne goryczy i zgrozy. Przebywając w okręgach bezprzykładnego cierpienia, przykuci do miejsca niedoli, na bezczynność skazani, mają serca napełnione jadem. Najgłębszym bodaj nieszczęściem istoty żyjącej, której zadaniem jest zdobywanie żywności, odzieży i schroniska, oraz obrona przed wrogiem, jest brak najniezbędniejszego ze zmysłów, brak wzroku. Lecz utrata siły widzenia w kwiecie wieku męskiego, gdy się ją posiadało od dzieciństwa, jest nieszczęściem, którego nikt z widzących nawet wyobraźnią najwyższą zmierzyć i zgruntować nie zdoła. A jednak tę to właśnie otchłań należy mierzyć i badać, o ile społeczeństwo ludzkie nie ma być tłumem egoistów.
Jest właśnie możność ulżenia ciężaru jarzma niedoli ślepych żołnierzy, wydobyć z ich serca, skoro nie można światła ich źrenicom przywrócić, kolca żalu i rozpaczy, który je przebija. Jest możność dania im w ręce kija podpory, wsparcia ramieniem ich kroków w ciemności, dania im do rąk pracy odpowiedniej, która by im zapewniła życie wśród ludzi, jako braci wśród braci.
Zaledwie część niewidomych żołnierzy, w liczbie siedmiuset jednostek, jest zarejestrowana, mieści się częścią w zakładach w Warszawie, Lwowie, Bydgoszczy i Płocku. To ci, którzy mają schronienie nad głową i dolę osłodzoną pieczołowitością rodaków. Lecz są ślepi żołnierze, w nędzy i zapomnieniu błąkający się po drogach życia, potrącani przez biedę i odepchnięci od pociechy za to, iż oczy dla wolności ojczyzny stracili.
Ucywilizowane społeczeństwa od dawna pracują nad ulżeniem niedoli ociemniałych rodaków. Od szesnastu lat poświęca się tej pracy Miss Winifred Holt w Ameryce, tworząc ogniska pod nazwą Phare (Latarnia), których celem jest zapobieganie zupełnej ślepocie i stała dla ociemniałych pomoc. Już dwanaście lat temu została otwarta w Nowym Jorku przez prezydenta Stanów Zjednoczonych pierwsza z tych instytucji, a dziś posiada, oprócz siedziby głównej, prowincjonalne oddziały. W roku 1916 przez prezydenta Rzeczypospolitej Francuskiej został otwarty instytut Phare w Paryżu, z którego wyłoniły się cztery prowincjonalne placówki. W roku 1920 powstała Phare w Rzymie. Wszystkie te instytucje i ogniska pochodzą duchowo od amerykańskiego pierwowzoru i zachowują z nim serdeczne stosunki.
„Latarnia” polska powstała w grudniu 1921 roku z inicjatywy Miss Winifred Holt, która przybyła do Polski w celu zbadania stanu ociemniałych na powojennym terenie. „Latarnia” polska ogranicza się na razie do rejestracji ociemniałych, niesienia pomocy tym ofiarom wojny przez reedukację, pomoc materialną, udzielanie informacji i wskazówek.
Pierwszą jej czynnością było urządzenie gwiazdki dla ociemniałych żołnierzy w szpitalu przy ulicy Zakroczymskiej. Zamierzeniem „Latarni” polskiej jest spisanie wszystkich ociemniałych na wojnie polskich żołnierzy, wydobycie ich z ciemności, wyszkolenie w zawodach dla nich dostępnych, danie im możności zarobkowania, nauka czytania i pisania według systemu Braille’a. W zakładzie reedukacyjnym, jaki ma powstać, urządzane będą dla ociemniałych odczyty, koncerty, dostarczy się im możności gimnastyki, pływania, sportów, jak ślizgawka, taniec, jazda, na rowerze, boksowanie się, jazda konno itd., co się praktykuje w Phare’ach francuskich i amerykańskich. Pensjonarze tamecznych instytucji dla ociemniałych mają swe zespoły muzyczne i zebrania towarzyskie z widzącymi. Dwa z Phare’ów francuskich już zwinięto, gdyż ociemniali, nauczywszy się zarabiać na życie, pożenili się i założyli własne warsztaty pracy zarobkowej.
Miss Winifred Holt, zwiedzając polskie zakłady, spotkała dwu dzielnych oficerów ociemniałych na wojnie, zaprosiła ich do Phare w Paryżu w celu wyszkolenia się na przyszłych instruktorów „Latarni”. „Latarnia” z funduszów dotychczas zebranych umożliwiła im podróż, a misja francuska w Warszawie eskortowała tych dwu oficerów do Paryża, zdobywając sobie jeden więcej tytuł wdzięczności całego naszego narodu. Ci dwaj oficerowie, wyrwani z objęć wiecznego smutku, uczą się dziś wszelkich możliwych zajęć, odpowiednich dla niewidomych, by z czasem, powróciwszy do kraju, wyszkolić rodaków w zakładzie reedukacyjnym. Na stworzenie tej placówki potrzeba środków ogromnych, tysięcy i milionów, o które zwraca się „Latarnia” do całego społeczeństwa. Niech płyną zapisy i dary dla ociemniałych żołnierzy! „Latarnia” będzie organem wdzięczności rodaków dla tych, którzy najwyższy skarb człowieka i radość życia poświęcili dla umiłowanej ojczyzny.
Protektorat nad „Latarnią” objął łaskawie Naczelnik Państwa, honorowym prezesem komitetu jest generał Haller, członkami zarządu tymczasowego są pp. St. Staniszewski, księżna Eustachowa Sapieżyna, hrabina Róża Tyszkiewiczowa, Fr. Lilpopowa, dr Jarecki, dr Kępiński, dr Kamocki.
Siedziba tymczasowa „Latarni” mieści się przy ulicy Czackiego nr 9.