przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Sekwencja zdarzeń, które doprowadziły do zmiany systemu przedstawiana jest następująco:
1976 – organizuje się opozycja.
1980 – Wałęsa skacze przez płot, wybucha strajk, organizuje się „Solidarność”.
1981 – Jaruzelski ratuje Polskę przed chaosem, anarchią, ekstremą, inwazją.
1986 – Gorbaczow daje hasło do zmiany systemu.
1989 – organizuje się „Solidarność”. Zgoda narodowa okrągłego stołu zmywa grzechy PZPR. Jaruzelski pierwszym prezydentem III RP, Wałęsa drugim. Wali się mur berliński, NATO, UE.
Nawet w historii tak przykrojonej do potrzeb propagandy widoczny jest brak logiki. Metamorfozę pierwszego sekretarza PZPR w pierwszego prezydenta RP tłumaczy się zmianami na Kremlu. Jaruzelski „broni komunizmu jak niepodległości”, a kiedy udaje mu się opanować sytuację, akceptuje „dziki kapitalizm” i niepodległość. Pierwsza „Solidarność” jest niedobra, bo przedwczesna, niekonstruktywna, rozpolitykowana, dążąca do konfrontacji. Druga „Solidarność” jest dobra, organizuje się we właściwym czasie, jest konstruktywna i nastawiona pokojowo. Pierwszą i drugą „Solidarność” łączy osoba Wałęsy, a dzieli stan wojenny. Na pytanie „o co walczył Jaruzelski z pierwszą »Solidarnością«?” – odpowiedź jest mętna. Odpowiedzi na proste pytania są jeszcze trudniejsze. Np. dlaczego Jaruzelski wydzielał dzieciom kaszkę mannę?
Sformułujmy hipotezę, która przywraca historii logikę, a komunistom nie odbiera rozumu: System komunistyczny nękany kryzysami zezwala na koncesjonowaną opozycję, której zadaniem jest kontrolowanie buntów społecznych i amortyzowanie zmian w systemie. Kieruje do opozycji liczną agenturę. Decyzja zapada prawdopodobnie w 1968 roku (Polski Marzec, Praska Wiosna). Strajk w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. jest prowokowany, choć trudno powiedzieć, czy chodziło wówczas tylko o zmianę ekipy władzy, czy już o zmianę systemu. Prowokację przejmuje niezależna opozycja, sytuacja wymyka się spod kontroli i ruch społeczny staje się niesterowalny.
Równocześnie, na przełomie lat 70. i 80., na Zachodzie Ronald Reagan i Margaret Thatcher inicjują prawicową rewolucję, która przekształca demokratyczny kapitalizm – oparty o umowę społeczną państwa opiekuńczego – w neoliberalizm. Trudno powiedzieć, kiedy na Kremlu, a raczej na Łubiance zapada decyzja o odejściu od doktryny marksistowskiej. Można jedynie dowieść, że w 1982 r. plan zmiany systemu był już realizowany. Np. w liście, który Lech Wałęsa wręczył księdzu Orszulikowi 17 stycznia 1982 r., czytamy: „Ciosek ze swej strony wypowiedział się, iż może partia będzie zawieszona czy nowa” (A. Micewski, Kościół wobec Solidarności i stanu wojennego, s. 93).
Elity polityczne Wschodu i Zachodu w tym czasie zmierzały już do tego samego, nowego systemu opartego na doktrynie neoliberalnej (bezwzględna prywatyzacja docelowo obejmująca również podatki i wycofanie się państwa z jego funkcji). Podział świata na dwa wrogie bloki dobiegał końca.
Jedyną przeszkodą w realizacji tego celu była „Solidarność”, której idee, zasady i metody działania, sprzeczne zarówno z doktryną marksistowską, jak i neoliberalną, nieoczekiwanie okazały się popularne i zrozumiałe w Polsce i na świecie, zyskały mocne, masowe poparcie. Była to nowa, atrakcyjna dla społeczeństwa propozycja samoorganizacji. Musiała być zniszczona, wykorzeniona, skompromitowana. Polska była kluczowym państwem dla dokonujących się na świecie zmian, choć w innym sensie i z innego powodu niż próbuje to nieudolnie dowieść fałszowana i przykrawana historia.
Odpowiedź na pytanie „czym była pierwsza »Solidarność«?” – ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla zrozumienia historii, ale również dla przyszłości społeczeństw szukających dróg ucieczki z pułapki monetaryzmu i neoliberalizmu. „Solidarności” nie da się powtórzyć, ale świadomość, że „inny świat jest możliwy” pozwala zachować nadzieję.
Na pytanie, czym była „Solidarność”, dostajemy różne, często sprzeczne odpowiedzi. Co ciekawe, zaangażowani w „Solidarność” lat 1980-81 nie mieli kłopotu z określeniem tożsamości swojej organizacji. W nieustannych dyskusjach, sporach i uzgodnieniach określano cele bieżące, opracowywano taktykę, szukano metod. Dyskusji nad celem strategicznym nie poświęcano wiele uwagi, nie formułowano go nie tylko ze względu na groźbę inwazji. Cel strategiczny był jasny i oczywisty dla każdego – generalny remont Polski.
„Solidarność” nie była bezmyślnym ruchem roszczeniowym, o co pomawiana jest z prawa i z lewa (SLD tak uparcie nazywana jest lewicą, że trudno to za każdym razem prostować). Od pierwszych dni strajku pułap podwyżek szacowany był tak, aby nie doprowadzić do kryzysu ekonomicznego. Pracodawcą było państwo i doprowadzenie do jego bankructwa, o ile w ogóle możliwe, oznaczałoby wprawdzie zawalenie komunizmu, ale na własną głowę. „Solidarność” była antykomunistyczna, więc pojawiało się pytanie, „czy im gorzej, tym lepiej”, ale zawsze odpowiedzią było – „tym lepiej, im lepiej”. Potem w zakładach pracy i branżach działały sekcje ekonomiczne, które próbowały oszacować bilans kosztów i dochodów, aby określić udział płac i zasadność podwyżek. Wszystko to było bardzo trudne, ponieważ albo brak było wiarygodnych danych, albo były one niedostępne. Wiele zakładów pracowało na potrzeby imperium. Odkryto i opisano mechanizm wyzysku – rubel transferowy.
Z upływem czasu spadało zaufanie do kompetencji władz i rosła wiara we własne siły. W naprawie Rzeczpospolitej władza była trudną do zwalczenia przeszkodą, więc gdzie to było możliwe, próbowano ją omijać. Uzgadnianiu i realizacji projektów naprawy sprzyjała terytorialna struktura „Solidarności”, porozumienia w sekcjach zawodowych i branżowych, a także cała plejada organizacji otaczających „Solidarność” – stowarzyszeń twórców i wolnych zawodów, studentów, związków rolników, samorządu pracowniczego. Pojawiły się zalążki partii politycznych (liberałowie, komuniści). W PZPR działały tzw. poziomki – porozumienia poziome. Wszystkim „Solidarność” gwarantowała ochronę przed represjami za przekonania.
Kłopoty z klasyfikacją „Solidarności” zaczęły się post factum. Prawie wszyscy zgadzają się, że „Solidarność” była związkiem zawodowym, ruchem społecznym i samorządowym. Patrioci dodają – i zrywem niepodległościowym. Ludzie związani z KOR-em widzą w „Solidarności” realizację hasła Kuronia: „Nie palcie Komitetów, zakładajcie własne”. Inni pamiętają drugą maksymę Kuronia: „Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać”. Może dlatego kręgi warszawskie nazywają czas „Solidarności” karnawałem. Przyjemnie przejechać się na mustangu.
Historyk Antoni Dudek mówi o reglamentowanej rewolucji, ale dotyczy to dopiero lat 1988-90. Radykalni niepodległościowcy Moczulskiego zarzucają „Solidarności” ograniczanie się do „programów kiełbasianych”. SLD taktownie milczy, przypomina tylko realia, utopijność żądań i aspiracji ekstremy w kontraście do rozumu i talentu politycznego Wałęsy. Ludzie związani z Kościołem widzą w „Solidarności” odpowiedź na naukę Jana Pawła II i odnowę moralną. Anna Walentynowicz dodaje: Solidarność ludzkich serc.
„Solidarność” była tym wszystkim i może jeszcze czymś więcej. Niemal wszystkie opinie o „Solidarności” zawierają cząstkę prawdy (nawet te wyraźnie tendencyjne) choćby dlatego, że „Solidarność” była masowym ruchem demokratycznym, rozwijającym się niezwykle dynamicznie, działającym we wrogim otoczeniu. Utrzymywała kierunek, prowadziła uzgodnioną politykę dzięki godnym podziwu staraniom wielu członków, żeby czegoś nie popsuć. Ludzie przyjeżdżali z drugiego końca Polski do Gdańska tylko po to, aby zapytać: „czy dobrze robimy?”.
Fałszywy jest tylko wykluczający charakter niektórych definicji i opinii. „Solidarność” nie mieści się w żadnej szufladce, wymyka się ocenom. Nie pasuje do dychotomicznego obrazu świata lat 80-tych. Nie można jej opisać jako powstania narodowego. Związek zawodowy nie był tylko przynętą dla robotników rzekomo obojętnych wobec sprawy niepodległości. Związek zawodowy był autentycznym celem, działał realnie, nie pozornie. Próba opisu w kategoriach marksistowskich daje tak karykaturalny obraz „Solidarności”, że trudno ją rozpoznać.
Nie jest też prawdą, że „»Solidarność« chciała kapitalizmu”, a już na pewno nie chciała „dzikiego kapitalizmu” z jego początków i ery kolonialnej, ani neoliberalizmu, tej odmiany kapitalizmu, w którą ewoluował system w latach 80. i 90. Załogi miały silne poczucie własności i odpowiedzialności za swoje zakłady. Polacy widzieli, że ich majątek jest źle zarządzany i chcieli to zmienić. Ich praca, często ciężka, brudna i źle opłacana, służyła systemowi, a nie społeczeństwu. Marnowany był wysiłek ludzi, surowce, energia, zanieczyszczane było środowisko. Jednak, gdyby ktoś wtedy im powiedział, że walczą o to, aby te zakłady sprzedać partyjnym bonzom i zagranicznym koncernom po cenie złomu, zniszczyć i zamknąć, byliby oburzeni. Prywatyzacja nie była celem „Solidarności”. Natomiast powszechnie akceptowane było żądanie równych praw dla wszystkich przedsiębiorstw bez względu na formę własności. Oczywiście dawało to zielone światło prywatnej inicjatywie. Natomiast prywatyzacja uzasadniana ideologicznie wyższością własności prywatnej nad własnością państwową byłaby sprzeczna z najważniejszą zasadą „Solidarności”: Żadna doktryna ideologiczna nie będzie dominować nad gospodarką. Jedynym celem gospodarki jest zaspokajanie potrzeb społeczeństwa.
Ludzie mieli dość ideologii nie tylko w gospodarce. Nie dążyli do utopijnej jedności, wystarczyła im solidarność. Chcieli kierować się racjonalnością, sprawiedliwością, własnym interesem, ale z uwzględnieniem interesów innych.
Jedynym pozytywnym doświadczeniem historycznym, do którego mogli odwołać się Polacy, był okres dwudziestolecia międzywojennego. Ludzie pamiętali błędy i wady II RP, trudne początki, bezrobocie, analfabetyzm, zacofanie wsi, ale mieli nadzieję, że jeśli wybijemy się na niepodległość, wszystko zrobimy lepiej. III RP, gdyby była budowana przez pierwszą „Solidarność”, nie mogłaby zerwać z tą tradycją II RP, którą ludzie pamiętali i cenili – np. gęsta sieć państwowych kolei, ulgi dla młodzieży i nauczycieli, rozwój bezpłatnej państwowej edukacji, wzorowe przedsiębiorstwa prywatne (np. Cegielskiego), aktywna polityka gospodarcza państwa, budowa Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, wykupywanie przedsiębiorstw z rąk obcego kapitału. Przypuszczanie, że celem „Solidarności” była dominacja międzynarodowych koncernów nad polską gospodarką, osłabianie państwa i ograniczanie jego roli – jest absurdem.
Równie fałszywe jest przypisywanie „Solidarności” hasła „socjalizm [czytaj: komunizm] tak, wypaczenia nie”. To hasło partyjnych reformatorów PRL oznaczało wówczas wmontowanie „Solidarności” w system i nikt nie ośmieliłby się głosić go publicznie, nawet Wałęsa, choć podobno potem do tego się przyznawał. „Solidarność” domagała się respektowania zasady wolności wyznania i swobody działania Kościoła. Członkowie „Solidarności” niekiedy demonstracyjnie podkreślali przywiązanie do religii i tradycji, ale „Solidarność” nie była klerykalna, jak obecnie czasami się twierdzi. Np. na zebraniu Krajowej Komisji Porozumiewawczej uczestnicy z szacunkiem wysłuchali opinii biskupa o szkodliwości strajku, nie polemizowali, a po wyjściu biskupa jednogłośnie proklamowali strajk. Aż do stanu wojennego, mimo nacisków ze strony Kościoła, „Solidarność” nie zajęła stanowiska w sprawie prawnego uregulowania problemu aborcji. Uznano, że rozstrzygnięcie tej kwestii nie leży w kompetencji Związku, a wprowadzenie tego tematu na forum organizacji zablokuje działalność i utrudni osiąganie konsensusu w innych sprawach.
„Solidarność” nie była antysemicka czy ksenofobiczna. Była patriotyczna, nie nacjonalistyczna. Posłanie do narodów Europy Środkowo-Wschodniej było kontynuacją polskiej tradycji „Za wolność naszą i waszą”.
Naszym zdaniem, „Solidarność” była pierwszym masowym, zorganizowanym ruchem antyglobalistycznym, choć oczywiście wówczas nie wiedzieliśmy o tym. Trudno dzisiaj powiedzieć, jak przebiegałaby transformacja ustroju pod kontrolą pierwszej „Solidarności”. Jednego tylko możemy być pewni – determinizm historyczny był „Solidarności” całkowicie obcy. Hasło „Nie ma alternatywy dla planu Balcerowicza”, zostałoby po prostu wyśmiane.
Joanna Duda-Gwiazda i Andrzej Gwiazda
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 25, lato 2005.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Oddajemy do Waszych rąk szczególny numer „Obywatela” – pierwszy w niemal pięcioletniej już historii naszego czasopisma, który zdecydowaliśmy się w całości (z bardzo drobnymi wyjątkami) poświęcić jednemu tematowi.
Tym tematem jest „Solidarność”.
Nie czynimy tak dlatego, że w całym kraju trwa odgórnie „nakręcana” celebracja obchodów 25-lecia wydarzeń, które sprawiły, iż powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Wybór takiego tematu ma inną przyczynę: tamta, pierwsza „Solidarność” stanowi dla nas inspirację i jeden z najważniejszych punktów odniesienia. Tamta, to znaczy „Solidarność” oddolna, autentyczna, obywatelska, twórcza, pełna nadziei i zaangażowania, niosąca pomysł na lepszą Polskę. „Solidarność” zwykłych ludzi ze stoczni, biur, szpitali i kopalń, „Solidarność” intelektualistów porzucających wieżę z kości słoniowej. „Solidarność” obywateli.
***
Przygotowując numer „Obywatela” poświęcony „Solidarności”, zdaliśmy sobie sprawę z pewnego rozdarcia, jakie jest udziałem redaktorów naszej gazety – ludzi urodzonych w połowie lat 70.
Jesteśmy za młodzi na „Solidarność” – nie jest ona naszym przeżyciem jednostkowym czy pokoleniowym. Myślimy więc o niej z dystansem, bez emocji związanych z zaangażowaniem w tamtą walkę, bez zawiedzionych nadziei i poczucia rozczarowania. Nie przeżyliśmy tego wszystkiego osobiście – pewnie nawet zazdrościmy tym, którzy otrzymali od losu taki podarunek – i na pewno możemy popełniać błędy w ocenie wydarzeń sprzed ćwierćwiecza, idealizować czy wypaczać ich sens. Ale gdyby dzieci wiernie naśladowały rodziców i wierzyły w każde ich słowo, to do dziś siedzielibyśmy w jaskiniach.
Jesteśmy jednak za starzy, aby wzorem wielu naszych ciut młodszych kolegów nabierać się na popularne dziś bajeczki, nieustannie serwowane milionom czytelników, słuchaczy i telewidzów. Że generał Jaruzelski to szlachetny obrońca ojczyzny przed „anarchią”. Że „Gazeta Wyborcza” jest obiektywna i uczciwa, a jej redaktorom chodzi o dobro wspólne i piętnowanie prywaty. Że Lech Wałęsa samodzielnie obalił komunizm, no może trochę pomogli mu Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Że Leszek Balcerowicz przez przypadek został autorem wiekopomnej „reformy gospodarczej”, która była jedynym słusznym rozwiązaniem. Że jeden Wildstein jest dla demokracji większym zagrożeniem niż setki i tysiące Maleszków. Że najmocniej kochają „ludzi pracy” ci, którzy całkiem niedawno rozjeżdżali ich czołgami. Że „nierównościami społecznymi” najbardziej, ale to naprawdę najbardziej przejmują się publicystki „Wysokich Obcasów” i sieroty po „lewym skrzydle” Unii Wolności. Że naczelnym krytycznym polskim intelektualistą jest Jacek Żakowski, który za wytykanie błędów neoliberalizmu zabrał się z zaledwie 15-letnim opóźnieniem. Że miłośnikami swobód i tolerancji są dawni partyjni kumple Moczara, a ich przeciwnicy to sami zamordyści i antysemici. Że Walentynowicz, Gwiazda czy Morawiecki to frustraci, furiaci i zazdrośnicy, a wokół Frasyniuka, Bujaka czy Borusewicza zebrali się wyłącznie ludzie o wielkich sercach, nieskazitelnych sumieniach i subtelnych umysłach. Itd. Nie z nami te numery.
***
Abstrahując jednak od detali historii ostatniego 25-lecia, pierwsza „Solidarność” jest dla nas przede wszystkim dowodem na to, że Polak potrafi. Może nie zawsze, może nie do końca konsekwentnie, ale jednak potrafimy zrobić coś pięknego. Z codziennej „obywatelskiej” harówki znamy wszelkie cienie dzisiejszej rzeczywistości i ostrożnie podchodzimy do wizji, iż możliwa jest w nieodległej przyszłości jakaś „powtórka z Sierpnia”. Ale tam, gdzie nie powinno być miejsca na pięknoduchostwo i naiwne marzycielstwo, tam nie powinno go być także na czarnowidztwo i wyciąganie wniosków, że skoro „Solidarność” się „nie udała” – bo zdradzono jej ideały, bo zatriumfowały kanalie, bo etos okazał się zasłoną dymną dla wielu zwykłych świństw – to nic się już nie uda. Owszem, daleko nam do hurraoptymizmu, ale tego ostatniego nie było zbyt wiele także przed Sierpniem.
Pierwsza „Solidarność” to dla nas nie tylko inspiracja ideowa czy praktyczna – jak się zachowywać, w co wierzyć, jak działać, w imię czego podejmować obywatelskie wysiłki. To także pewien sposób myślenia, stojący w opozycji wobec beznadziei serwowanej nam przez politycznych i gospodarczych oligarchów oraz wiele środowisk, które określają się jako alternatywa wobec nich. Z Sierpnia ’80 czerpiemy przede wszystkim natchnienie do zanegowania optyki, którą z gorzką ironią sportretował w roku 1976 Jan Krzysztof Kelus, śpiewając w „Piosence o drugiej Polsce” o nosicielach tej swoistej mentalnej zarazy: „Ci wszyscy co mówią, że nic się nie zmieni / bo z jednej jest Rosja, a z drugiej jest Niemiec / bo burdel bo Żydzi bo Polak się leni / a kto się wychyla, to zwykły szaleniec”. Cóż, chcemy być szaleńcami, nawet jeśli nie uda nam się zrobić swojego Sierpnia…
***
„Obywatel” od początku istnienia był pismem, które prezentowało poglądy różnorodne, często wręcz wykluczające się nawzajem, przedkładając dyskusję nad dogmaty i tabu „lewych” i „prawych”. Tak jest i tym razem, może nawet w stopniu większym niż zazwyczaj, bowiem w zaprezentowanych w tym numerze rozważaniach pojawiają się także takie opinie, które w najmniejszej mierze nie odzwierciedlają poglądów redakcji. Jednak kolejna lekcja z pierwszej „Solidarności” jest taka, że bez swobodnej wymiany poglądów nie ma wspólnego działania.
Redakcja „Obywatela”
przez redakcja | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
W poprzednim numerze opublikowaliśmy pierwszą część odpowiedzi w naszej ankiecie. Przypomnijmy, że jej pomysł bazował na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.
Wyboru „ministrów” dokonaliśmy kierując się ich poglądami i postawą, sięgając m.in. także po kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych. Jak to bywa w tego rodzaju eksperymentach intelektualnych, wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych. Łączy ich natomiast krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.
Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:
- Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
- Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
- Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
- Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.
W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.
Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Z tego względu niektórzy z nich formułowali konkretne postulaty i zapowiedzi decyzji, inni natomiast przedstawili ogólną wizję ideową, która miałaby przyświecać poczynaniom danego resortu.
W poprzednim numerze zaprezentowaliśmy koncepcje 12 ministerstw, obecnie natomiast przedstawiamy 10 kolejnych resortów. Zapraszamy do lektury.
Ankietę przygotował zespół w składzie:
Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
O Stanisławie Staszicu powstało już wiele opracowań, które podsumowują dokonania tego wybitnego działacza polskiego oświecenia. Staszic to jednak nie tylko ksiądz, historyk, ekonomista, polityk, geolog czy filozof. Był on również społecznikiem, który szczególnie troszczył się o los chłopów, a także twórcą pierwszej na ziemiach polskich inicjatywy o charakterze zbliżonym do późniejszych organizacji spółdzielczych.
***
Istotny wpływ na poglądy Staszica wywarły podróże po Europie. Podczas pobytu we Francji zetknął się z ideą fizjokratyzmu, uznającą rolnictwo za najważniejszą gałąź gospodarki. Przesądziło to o postrzeganiu przez Staszica sprawy chłopskiej. W jego poglądach pojawił się swoisty kult ziemi. Zaczął uważać chłopów za stan najbardziej uświęcony i produkcyjny. W „Przestrogach dla Polski”upominał, by nie traktować ich jak niewolników, gdyż doprowadzi to do ruiny gospodarczej całego społeczeństwa. Jak zauważa Zbigniew Łotys, w odróżnieniu od współczesnych sobie moralizatorów, Staszic nie apelował w sprawie włościańskiej do dobrej woli szlachty, lecz wysuwał w obronie chłopów argumenty ekonomiczne. Przekonywał, że polepszenie doli włościan skutkować będzie wzrostem dobrobytu również wyższych klas.
Na podstawie doświadczeń z podróży stwierdził, że najbiedniejsi chłopi mieszkają na ziemiach polskich. Wzorem państwa, które przyczyniło się do poprawy bytu włościan, była dla Staszica Anglia. Kraj, który nie posiadał żyznych gleb, dzięki polityce agrarnej i zastosowaniu nowych środków uprawy był zdolny do wyżywienia społeczeństwa i rozwoju eksportu. Szczupła i niegdyś błotnista Anglia […] miliony ludzi żywi, zbyteczne jeszcze zboża sprzedaje, najmniejsze z królestw największe w Europie podatki składa, a w sztukach i fabrykach, co tylko doskonałego ludzie widzą, jest Anglika dziełem – pisał w „Przestrogach…”.
Poglądy Staszica nie były jednak tak radykalne jak np. reformatorów francuskich – myśliciel domagał się zmian w systemie pańszczyźnianym, a nie jego zniesienia. Zdaniem Staszica pańszczyzna hamuje rozwój kraju i negatywnie wpływa na wzrost liczby ludności oraz wielkość plonów. Zauważył, że we wsiach zamieszkałych przez chłopów pańszczyźnianych nie dokonał się żaden postęp w ciągu stu lat. Argumentował, że gospodarka oparta na wielkich majątkach ziemskich jest nieefektywna i proponował wprowadzenie drobnych gospodarstw dzierżawnych. Postulował, by chłopi odzyskiwali wolność pod okiem patronującej szlachty, oraz domagał się ich oczynszowania. Czynsz tam, gdzie pańszczyzna pięćdziesięciu chłopów umieszcza, osadziłby sto gospodarzy. Wkrótce ta wieś w dwójnasób powiększyłaby na swoich polach robotę i staranność, rok w rok wzmagałyby się urodzaje i ludność. Właściciele nie tylko z oranych gruntów [mieliby] stałe dochody, ale z wzrastającą ludnością rok w rok zwiększone braliby z propinacji pożytki – twierdził. Proponował także uwalnianie chłopów od pańszczyzny dzięki odbyciu przez nich służby wojskowej oraz ścisłe ustalanie wymiarów obowiązkowej pracy. Nie zgadzał się też z tezą, że polski lud jest zbyt „ciemny”, aby mógł uzyskać wolność. Zdaniem Staszica duży wpływ na świadomość chłopów mogłyby wywrzeć czynniki ekonomiczne i prawne.
Reformator zwracał również uwagę na znaczenie własności w kształtowaniu stosunków społecznych, gdyż między społeczeństwem a własnością istnieje bliska współzależność. Społeczeństwo zabezpiecza własność jednostki, a własność określa z kolei pozycję tej jednostki w społeczeństwie. Uważał, że dzięki doprowadzeniu wszystkich członków społeczeństwa do własności, następuje uspołecznienie jednostek. Szczególne znaczenie miała dla Staszica własność ziemi. Przestrzegał przed konsekwencjami wynaturzenia własności indywidualnej oraz wskazywał na zalety posiadania grupowego. Istotną rolę upatrywał także we wprowadzaniu równości i wolności. Niwelowaniu różnic miała służyć możliwość stowarzyszania się oraz rozwijająca się pomoc wzajemna. Jak pisze Zofia Chyra-Rolicz, z pojęcia własności, a następnie równości i wolności wyprowadził Staszic zasady tworzenia stosunków społecznych takich, w których znajdował odbicie pogląd, że wszyscy ludzie rodzą się równi i na równi powinni też korzystać z praw do dóbr natury, wszyscy też powinni posiadać jednakowe prawa nabywania ziemi, jako że ziemia została stworzona dla wszystkich ludzi.
Za znaczące Staszic uznawał też kwestie regulacji prawnych. Jego zdaniem ustawodawstwo powinno wyrażać nowe relacje zachodzące w społeczeństwie, być zgodne z prawem natury oraz zabezpieczać żywność, wolność i własność. Instytucję wymiaru sprawiedliwości postrzegał jako niezwykle istotną, ponieważ pozwalała unikać samowoli.
Ówczesna szlachta nie była zainteresowana reformami, które polepszałyby dolę chłopów i modernizowały rolnictwo. Staszic, ze względu na pochodzenie ze stanu mieszczańskiego, niemającego w feudalnej Rzeczypospolitej istotnego znaczenia, prowadził ostrą krytykę ówczesnego systemu. Dla swojego programu chciał jednak pozyskać średnią szlachtę i utworzyć sojusz szlachecko-mieszczański. Miało to służyć zmniejszeniu pozycji magnaterii, która według niego była odpowiedzialna za całe zło panujące w Rzeczypospolitej. Potępienie działalności wyższych klas było zresztą zgodne z ideą fizjokratyzmu, która przeciwstawiała feudałom pracujących rolników.
***
Nie poprzestając na teorii, Staszic w 1801 r. nabył dobra hrubieszowskie. Jako mieszczanin nie mógł wówczas stać się ich pełnoprawnym właścicielem – zakupu dokonał na nazwisko Anny Sapieżyny z Zamoyskich. Formalnie dobra hrubieszowskie, zamieszkiwane przez około 4 tys. osób, zostały własnością Staszica w 1811 r., gdy obowiązywał już na tych ziemiach Kodeks Napoleona. W skład majątku wchodziła część Hrubieszowa (wójtostwo i osada Podzamcze) oraz wsie: Białoskóry, Bohorodyca, Busieniec, Czerniczyn, Dziekanów, Jarosławiec, Pobereżany, Putnowice i część Szpikołos.
W 1816 r. nabywca zawarł z 329 gospodarzami „Kontrakt Towarzystwa Rubieszowskiego w zamiarze udoskonalenia rolnictwa i przemysłu oraz wspólnego ratowania w nieszczęściu” i tym samym utworzył Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie (TRH). Jak pisze Bogdan Suchodolski, Fundacja Hrubieszowska miała urzeczywistnić dawny ideał zlikwidowania wyzysku i nędzy przez osadzenie na ziemi drobnych właścicieli, uprawiających ją własną pracą. Zarazem jednak fundacja ta miała urzeczywistnić ideał, którego dotychczas Staszic nie głosił, a mianowicie ideał wspólnej pracy i wspólnego posiadania. Nie darmo statut Fundacji głosił, iż chodzi nie tylko o „udoskonalenie rolnictwa i przemysłu”, ale także i o „wspólne ratowanie się w nieszczęściach”.
Obszar dóbr, na których powstała fundacja, liczył około 12 tys. morgów. Znajdowały się na nim zarówno grunty folwarczne, jak i osady chłopskie. Treść kontraktu i zasady funkcjonowania organizacji Staszic opracował sam. W dobrach Towarzystwa zniesiono pańszczyznę, ziemia nie należała jednak do chłopów, lecz stanowiła własność grupową. Wieczystym dzierżawcą gruntu stało się Towarzystwo, a nie jego poszczególni członkowie, którzy byli jedynie dziedzicznymi użytkownikami ziemi. Takie rozwiązanie przyczyniło się do stworzenia silnej więzi pomiędzy Towarzystwem a jego członkami.
Inicjatywa odnosiła sukcesy, Staszic zaczął więc w 1821 r. starać się o legalizację przedsięwzięcia. Uzyskał ją w 1822 r., kiedy to otrzymał od cara Aleksandra I akt zatwierdzenia ustawy TRH. W skład Towarzystwa wchodził obszar obejmujący ok. 6 tys. ha. Części gruntów (około 2,7 tys. ha) nie podzielono między poszczególnych członków, lecz stały się one wspólną własnością Towarzystwa. W ich skład wchodziły lasy, karczmy, młyny, stawy i pastwiska. Własność wspólną stanowiły również ziemie przekazywane prezesowi i urzędnikom. Członkami Towarzystwa byli mieszkańcy wsi i części Hrubieszowa oraz urzędnicy zatrudnieni w administracji i gospodarce fundacji. Liczba posiadaczy dziedzicznego prawa własności ziemi stanowiła w 1822 r. 329 osób.
Biorąc pod uwagę kryterium własnościowe, członkowie Towarzystwa nie byli równi. Jedną grupę stanowili posiadacze, a drugą bezrolni chłopi, parobkowie czy chałupnicy. Wśród posiadaczy można wyróżnić byłych chłopów pańszczyźnianych, którzy w chwili śmierci Staszica zostali zwolnieni z obowiązku płacenia tzw. czynszu doczesnego, a także posiadaczy gruntów pofolwarcznych, płacących za użytkowanie ziemi jedynie opłatę składającą się na uposażenie wójta. Dawni chłopi pańszczyźniani zobowiązani byli także do wpłaty na rzecz Towarzystwa 2 zł od morga polskiego rocznie. Bezrolni członkowie mogli otrzymać ziemię jedynie w razie wykluczenia z Towarzystwa posiadacza, który nie wypełniał należycie swoich obowiązków. Awans społeczny był więc bardzo utrudniony. Zamożność poszczególnych członków Towarzystwa zależała natomiast od położenia wsi, w której mieszkali, liczby posiadanych morgów oraz kategorii ziemi.
W fundacji istniało natomiast pełne zrównanie społeczne w dziedzinie stosunków wyznaniowych. Każdy, niezależnie od wyznania, mógł być członkiem Towarzystwa i zasiadać w jego władzach. Prawo to nie dotyczyło jednak duchownych.
Staszic wydzielił z ziem, lasów i budynków fundacji tzw. własność wspólną, którą przeznaczył na budowę szkół oraz szpitala. Fundator utworzył również urządzenia gospodarcze, oświatowe oraz pomocowe dla chorych i starców.
Jednym z największych osiągnięć Staszica w ramach prac w Towarzystwie było otwarcie Banku Pożyczkowego, finansowanego przede wszystkim z dochodów z młynów i propinacji. Założenie banku chwaliło wielu ówczesnych myślicieli, m.in. Fryderyk Florian Skarbek w „Rozprawie o Kasach Zasiłku i Oszczędności”. Była to jedna z pierwszych takich instytucji w Polsce i Europie. Pożyczki mogły być wykorzystywane tylko na ściśle określone cele inwestycyjne: modernizację rolnictwa, tworzenie fabryk i rozwój rzemiosła, działalność handlową oraz budowę domów. Zabronione było udzielanie pożyczek na cele konsumpcyjne. Pożyczek udzielano na bardzo korzystnych warunkach – rocznie należało spłacać jedynie 5% jej wartości oraz 0,5% kosztów, co pozwalało na spłatę długu po dwudziestu latach. Istotnym novum wprowadzonym przez reformatora było utworzenie magazynu zbożowego, z którego pożyczano zboże na zasiewy. Pożyczka była oprocentowana – wynosiło ono garniec od korca.
Ważną funkcję w Towarzystwie spełniała samopomoc, na co zwraca uwagę już tytuł „Kontraktu…”. Jak pisze Barbara Szacka, Tak zróżnicowaną ekonomicznie społeczność Staszic traktował jako pewien organizm społeczny, wspólnotę, której obowiązkiem jest dbać o poszczególne jednostki wchodzące w jej skład. Gospodarze musieli więc udzielać sobie wzajemnie pomocy w przypadku pożaru, gradobicia czy nieurodzaju. Oprócz urządzeń gospodarczych i obowiązku wsparcia Staszic zapewnił członkom Towarzystwa także szereg rozwiązań socjalnych, wspierających przede wszystkim sieroty, chorych i starców. Otrzymywane przez nich świadczenia pochodziły ze składek członkowskich bądź z funduszy Towarzystwa.
Starcy i inwalidzi otrzymywali zapomogi w postaci renty. Prawo do nich mieli jedynie ci członkowie organizacji, którzy mieszkali w rodzinnych wioskach. Biorący świadczenia tracili do nich prawo w przypadku opuszczenia zamieszkałych przez siebie wsi. Zapomogi wynosiły równowartość 10 korców żyta rocznie, inwalidzi wojenni otrzymywali rentę powiększoną o cenę 2 korców. Na zapomogi składali się mieszkańcy danej wsi. Nad rozdzielaniem pomocy czuwała Rada Gospodarcza, która kontrolowała, czy otrzymujący rentę ma do niej prawo i czy każdy potrzebujący otrzymał zapomogę. Warto zaznaczyć, że biedni i starzy nie mieli obowiązku pracy – do ich zadań należało jednak opiekowanie się chorymi. Dbano również, by ludzie wymagający pomocy znajdowali ją przede wszystkim w domach krewnych. W przypadku jej braku wsparcia udzielały im parafie i prowadzone przez nie domy schronienia. Jak zauważył Z. Łotys, fundator zadbał, by chłopi mieszkający w Towarzystwie nie otrzymali niczego za darmo. Pomoc była ściśle reglamentowana i przysługiwała tylko osobom, które rzeczywiście nie mogły pracować.
Towarzystwo utrzymywało również zdolnych młodzieńców, którzy dzięki jego zaangażowaniu mogli kształcić się w Szkole Głównej. Pomogło to przełamać monopol szlachty na edukację i umożliwiło kształcenie się osobom ze stanu chłopskiego. Pomocy, podobnej do dzisiejszej instytucji rodziny zastępczej, udzielano też sierotom, o losach których decydowała Rada Gospodarcza w porozumieniu z radą familijną. Miały ich wychowywać rodziny bezdzietne lub posiadające mniej niż sześcioro dzieci, a w przypadku ich braku najbogatsi gospodarze we wsi. Otrzymywali za to pomoc od fundacji, która mogła polegać na umorzeniu długów czy pożyczce z banku. Towarzystwo wspierało sieroty do ukończenia 15. roku życia. Rada Gospodarcza czuwała również nad losem dzieci mieszkających z rodzicami, ale nieotrzymujących od nich odpowiedniej opieki.
Ze składek członków Towarzystwa utrzymywano szpital i pracującego w nim lekarza. Fundacja opłacała również lekarstwa dla chorych, zakupione w hrubieszowskiej aptece. Do jej obowiązków należała także pomoc w budowie szpitala, domu dla lekarza i ośrodka dla osób starych i kalek.
Członkowie Towarzystwa zawdzięczali Staszicowi również popularyzację i rozwój szkolnictwa. Początkowo utworzono pięć szkół elementarnych: cztery wiejskie i jedną w Hrubieszowie. Ich budowa należała do zadań Towarzystwa, którego członkowie mieli zapewnić robociznę i opłacać składki. Budynki stawiano z drewna pochodzącego z lasów fundacji. Szkołami opiekowali się radni. Sytuacja materialna nauczycieli była nieporównywalnie lepsza niż w szkołach państwowych. Zostali wyposażeni w mieszkania, ogród, pensje, a nauczyciele wiejscy w 6 morgów pola. Rodziców zobligowano do posyłania dzieci do szkół. Z placówek mogli również korzystać uczniowie z sąsiednich wsi, pozostających poza Towarzystwem. Celem Staszica było utworzenie w Hrubieszowie placówki wyższego szczebla. W 1823 r. utworzono więc szkołę podwydziałową, co umożliwiło jej absolwentom dalsze kształcenie w szkołach średnich i wyższych. Towarzystwo finansowało każdego roku jednemu z najzdolniejszych młodzieńców trzyletnią naukę w gimnazjum oraz drugiemu trwające pięć lat studia wyższe.Jak zauważa Z. Chyra-Rolicz, zamysłem fundatora było, aby owi zdolni młodzieńcy zdobywali praktyczną wiedzę, jak na przykład medyczną i prawniczą lub techniczną, przydatną na miejscu i aby po ukończeniu nauki powrócili w rodzinne strony.
Na uwagę zasługuje również wprowadzenie urządzeń, które miały zapobiegać pożarom i łagodzić ich skutki. Gospodarstwa należało ubezpieczać. Oprócz wzajemnej pomocy kontrakt Towarzystwa zachęcał do niebudowania domów drewnianych i gwarantował zapomogi dla stawiających budynki murowane. Posiadacze ziemi musieli też pomagać w wystawieniu domów osobom, które straciły dobytek w pożarze. Pogorzelcy mogli liczyć również na zboże przeznaczone na zasiewy i wyżywienie.
Staszic dbał o to, by założone przez niego Towarzystwo spełniało funkcje wychowawcze oraz przyczyniało się do rozwoju moralności wśród jego członków. Od innych gmin w kraju odróżniał Towarzystwo brak sądów. Drobne wykroczenie skutkowało najczęściej obowiązkiem naprawienia szkody i zapłaty grzywny, przeznaczanej na cele socjalne. Popełnienie ciężkiego przestępstwa karane było natomiast usunięciem z Towarzystwa. Ziemię można było utracić w przypadku zaległości podatkowych oraz na skutek popełnienia kradzieży, zabójstwa czy podpalenia. W takich sytuacjach grunt otrzymywali bezrolni chłopi, którzy sprawowali się najlepiej i posiadali najlepsze kwalifikacje do pracy na roli.
Terytorium Towarzystwa nazywane było „gminą”. Podstawą prawną dla jej utworzenia stało się postanowienie namiestnika z 1818 r., zgodnie z którym wsie danego dominium mogły łączyć się w jedną gminę. W jej skład wchodziło osiem miejscowości. Jak pisze Józef Duda, gmina hrubieszowska nie wyrosła z mechanicznego podziału administracyjnego – tak jak tworzono je zazwyczaj – lecz ze wspólnoty gospodarczej i ze społecznych form życia gromady. Nie przyległość terytorialna, lecz wspólność interesów i obowiązków stały się podstawą utworzenia gminy odmiennej od innych gmin administracyjnych.
Ludność Towarzystwa była wolna i niezależna ekonomicznie od szlachty. Umożliwiło to sprawowanie władzy przez stowarzyszonych. Na czele Towarzystwa stał Prezes i Rada Gminna, składająca się z sześciu członków będących dziedzicznymi posiadaczami ziemi. Radnych wskazywali w wyborach pośrednich elektorzy, trzech z każdej osady, powoływani co sześć lat.
Funkcja Prezesa była dziedziczna i dożywotnia, fundator zastrzegł jednak możliwość jego odwołania. Pozbawić go urzędu mogła Komisja Rządowa Spraw Wewnętrznych na wniosek Rady Gospodarczej Towarzystwa w przypadku niewywiązywania się z obowiązków. Nowego prezesa wybierałaby wtedy Rada. Pierwszym Prezesem został ziemianin Józef Grotthus.
Prezes zajmował w Towarzystwie szczególną pozycję. Oprócz zadań powierzonych przez fundację pełnił także funkcję wójta gminy, ustanowioną prawem krajowym. Wprawdzie władza Prezesa była ograniczona (sprawował ją przecież razem z Radą Gminną), jednak warunki materialne, w jakich żył, znacznie odbiegały od sytuacji innych gospodarzy. Posiadał on bowiem 150 morgów gruntu, a więc prawie dwa razy więcej niż dopuszczona dla gospodarzy liczba 80 morgów. Był zwolniony z wszelkich opłat i podatków, które uiszczali za niego pozostali członkowie, proporcjonalnie do ilości posiadanej ziemi. Otrzymywał również stałą pensję, odpowiadającą 400 korcom żyta rocznie. Składały się na nią opłaty wnoszone przez dziedzicznych właścicieli, posiadających ziemię pochodzącą z gruntów folwarcznych, a gdyby były one za niskie – uzupełniano je dochodami z młynów i propinacji.
Rada Gospodarcza składała się z sześciu osób, z wójtem na czele. Po upływie dwóch lat ustępowało dwóch radnych. Pozostali nadal sprawowali funkcję, co zapewniało Radzie ciągłość działania. Decyzje podejmowano na posiedzeniach zwyczajnych, zwoływanych co kwartał pod przewodnictwem wójta. Wójt mógł w każdej chwili zwołać posiedzenie nadzwyczajne. Rada rozstrzygała w postaci uchwał, podejmowanych większością głosów. W przypadku równej liczby głosów decydowało zdanie przewodniczącego. Oprócz Rady funkcjonowały również komisje składające się z radnych i wybranych członków Towarzystwa. Ich działalność miała na celu bliższe zaznajomienie się z kwestiami podejmowanymi przez władze. Radni za wypełnianie obowiązków nie dostawali premii. Byli jednak zwolnieni z podatków i kilku innych świadczeń. Podatek gruntowy uiszczali za nich chłopi z wsi, z których pochodzili radni.
Do zadań radnych należało decydowanie o sprzedaży i podziale gruntów, obradowanie o budżecie i sporządzanie rocznych bilansów gospodarczych, tzw. etatów. Rada pilnowała również terminowego płacenia podatków oraz nakładała kary i upomnienia na gospodarzy spóźniających się z płatnościami. Ponadto reprezentowała Towarzystwo przed państwem, gdyż funkcje samorządowe połączono z funkcjami sołtysa, oraz pilnowała nienaruszalności granic i obszaru Towarzystwa. Radni strzegli także moralności mieszkańców, mieli pilnować porządku administracyjnego oraz dbać o stosowanie ustaw Towarzystwa. O nadużyciach musieli informować wójta. Nadzorowali, czy posiadacze nie uchylają się od obowiązków religijnych, a dni wolnych nie poświęcają na pijaństwo. Pilnowali też, by dzieci przestrzegały obowiązku szkolnego, a nauczyciele swoim zachowaniem stanowili wzór dla uczniów oraz stosowali się do swoich obowiązków. Zadania te miały być dla radnych priorytetem – dopiero na dalszym planie znalazły się obowiązki związane z wykonywaniem szarwarków w terminie lub sadzeniem drzew przy drogach. W Towarzystwie funkcjonowała również Rada Starszych, będąca podmiotem doradczym dla Rady Gospodarczej, pomocna szczególnie przy rozwiązywaniu wyjątkowo trudnych problemów. W jej skład wchodzili ojcowie rodzin, którzy uczciwie wychowali swoje dzieci i cieszyli się powszechnym szacunkiem.
Na uwagę zasługuje zwiększające się, w miarę upływu czasu, zainteresowanie chłopów-radnych zarządzaniem Towarzystwem, głównie sprawami jego wydatków. Pozwoliło to rozszerzyć działalność i kompetencje Rady Gospodarczej. Pilnowano, by radni nie opuszczali posiedzeń, których nie wolno było przekładać. W przypadku nieobecności członka Rady, chłopi wysyłali delegata na zastępstwo. Monitorowali wydatki fundacji i dyskutowali o nich, twierdząc, że zależy im na dobru Towarzystwa tak, jak na dobru ich gospodarstw. Coraz częściej zaczęli też wychodzić z własną inicjatywą, w szczególności w sprawach gospodarczych.
***
Poważne zagrożenie dla działalności Towarzystwa nadeszło w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Na mocy reform administracyjnych wprowadzanych w Królestwie Polskim teren „staszicowski” został podzielony na dwie gminy. Pomimo protestów, wsie połączono w gminę z miejscowościami znajdującymi się poza fundacją. Wójtem nowej struktury został urzędnik spoza Towarzystwa, co utrudniło jego funkcjonowanie. W 1864 r. szkoły Towarzystwa znalazły się pod zwierzchnictwem dyrekcji szkolnej z Chełma. W 1869 r. fundacja straciła własność ziem miejskich, gdyż podzielono majątek Towarzystwa między Hrubieszów i stowarzyszone wsie. Powyższe wydarzenia i szeroko zakrojona akcja rusyfikacyjna podważyły autonomię TRH. W 1887 r. Komitet Ministrów zmienił statut Towarzystwa, pozbawiając Grotthusów praw do dziedzicznego stanowiska prezesa. Na czele fundacji stanął urzędnik carski, delegowany przez władze guberni.
Kolejne zmiany nastąpiły już po uzyskaniu niepodległości przez Polskę. Zgodnie z dekretem o fundacjach i zatwierdzaniu darowizn i zapisów z 1919 r., prezesa mianował Minister Rolnictwa, który zastrzegał sobie również prawo nadzoru nad organami Towarzystwa. W 1921 r. Towarzystwo zostało objęte przez Ministerstwo Rolnictwa przymusowym zarządem, który miał unormować panujące w nim stosunki gospodarcze oraz pomóc w pozyskaniu kredytów od państwa. W takiej formie Towarzystwo przetrwało do końca II wojny światowej. Ostatecznie przestało istnieć w 1951 r. na mocy dekretu Bieruta.
Elżbieta Pawluk vel Kiryczuk
Bibliografia:
Z. Chyra-Rolicz, Stanisław Staszic prekursor spółdzielczości rolniczej,Siedlce 2004.
J. Duda, Hrubieszowska Fundacja Stanisława Staszica [w:] Dzieje Hrubieszowa. Tom I. Od pradziejów do 1918 r., red. R. Szczygieł, Hrubieszów 2006.
Z. Łotys, Stanisław Staszic filozof i reformator społeczny,Olsztyn 1999.
J. Skodlarski, Nowe spojrzenie na poglądy i działalność Stanisława Staszica,Łódź 2010.
B. Suchodolski, Wstęp [w:] S. Staszic, Pisma filozoficzne i społeczne, Warszawa 1954.
S. Staszic, Przestrogi dla Polski [w:] Pisma filozoficzne i społeczne,red. J. Cierniak, Warszawa 1954.
B. Szacka, Stanisław Staszic, Warszawa 1966.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Profesor Andrzej Nowicki, wspominając po wielu latach seminarium filozoficzne dla warszawskiej młodzieży socjalistycznej, pisał: Nie tylko zachęcał do tego, żeby dużo czytać, ale sam w życiu codziennym był personifikacją pasji czytania, wiecznego nienasycenia czytaniem, palącej ciekawości, wymagającej natychmiastowego zapoznania się ze wszystkim, co zostało wydrukowane […]. lewa ręka przyciska do boku tyle tomów, ile się tylko da utrzymać, w prawej ręce otwarta książka o kilka centymetrów od oka; obok teczka wypchana książkami, a prócz tego jeszcze kilka książek w kieszeniach. […] Był prawdziwym „pożeraczem książek”, a temu potężnemu apetytowi czytelniczemu odpowiadała w sposób symboliczny jego potężna tusza. Takim był socjalistyczny erudyta i niestrudzony oświatowiec – Kazimierz Czapiński – bo o nim mowa.
***
Przyszedł na świat 18 listopada 1882 r. w Mińsku, w niezbyt zamożnej rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego społeczne pochodzenie, atmosfera panująca w domu rodzinnym, a także początki aktywności politycznej mogą uchodzić za typowe dla reprezentantów lewicowo-liberalnej części elit międzywojennej Polski. Po powstaniu styczniowym władze carskie prowadziły forsowną politykę rusyfikacyjną. Jej głównym instrumentem była szkoła. Promowano postawy konformistyczne, młodzież przymuszano do używania języka rosyjskiego w miejscach publicznych, obowiązkowe było uczestnictwo w uroczystościach prawosławnych. Nad przestrzeganiem takiej „dyscypliny” czuwał liczny personel – od inspektorów szkolnych, przez nauczycieli, a na woźnych skończywszy.
Najpopularniejszą odpowiedzią na politykę władz było kultywowanie patriotycznych tradycji w domu rodzinnym, a także praca w nielegalnych kołach samokształceniowych. Tak było również w przypadku Czapińskiego, który w gimnazjum zaangażował się w działalność w tego typu grupie, nadając zresztą szybko własnemu kółku charakter zdecydowanie socjalistyczny. Już wtedy przekonał się, że ciekawość świata, odwaga myśli i samodzielność sądów nie mieszczą się w ramach ówczesnych systemów edukacyjnych tej części Europy. Niewiele brakowało, a jeden z najzdolniejszych uczniów mińskiego gimnazjum nie uzyskałby nawet matury. W VIII klasie groziło mu bowiem aresztowanie za agitację socjalistyczną – opuścić musiał szkołę i wyjechać na wieś, gdzie podjął pracę korepetytora. Egzamin dojrzałości zdał jako ekstern.
Studia prawnicze rozpoczął na Uniwersytecie Petersburskim, nie bez powodu cieszącym się wówczas sławą uczelni, z której promieniowały na całą Rosję niebłagonadiożne, rewolucyjne idee. Już na początku pobytu w ówczesnej stolicy Czapiński nawiązał kontakt z miejscową organizacją Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) i wkrótce zaangażował się w prowadzenie agitacji wśród studentów i robotników. Na fatalne skutki nie trzeba było długo czekać – w 1902 r. został aresztowany i relegowany z uniwersytetu. Choć ostatecznie zwolniono go z braku dowodów, do Petersburga już nie wrócił. Nakazano mu przymusowe osiedlenie w Mińsku, gdzie mimo obserwacji policji wciąż prowadził działalność w SDPRR.
W 1904 r. wyjechał na krótko do Niemiec i Szwajcarii, gdzie zawarł liczne znajomości w kręgu socjaldemokratycznej emigracji polskiej i rosyjskiej. Na wieść o wybuchu rewolucji wrócił do Rosji i zaangażował się w prace SDKPiL, za co znów został aresztowany i skazany na zesłanie. Ostatecznie – była to wówczas powszechna praktyka – zamieniono mu karę zesłania na obowiązek opuszczenia Rosji. Czapiński wybrał „bliską zagranicę”, czyli Galicję, pozostającą pod władzą Austriaków. Okazało się zresztą, że tamtejsze warunki działania znacznie bardziej odpowiadały jego usposobieniu, gdyż zdecydowanie lepiej niż w roli konspiratora czuł się jako publicysta i oświatowiec.
W Galicji zaczął coraz wyraźniej dystansować się wobec SDKPiL. Przez kilka lat wchodził w skład różnych emigracyjnych ciał tej partii, jednak zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcał współpracy z czasopismami wydawanymi przez galicyjską Polską Partię Socjalno-Demokratyczną (PPSD). Był również jednym z czołowych prelegentów Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza – otwartej instytucji oświatowej stworzonej przez socjalistów galicyjskich. Adam Ciołkosz pisał później: Coroczne sprawozdania tego Towarzystwa, którego zasługi w pracy oświatowej na terenie b. zaboru austriackiego są niepomierne, w rejestrach odczytów wygłoszonych na przedmieściach Krakowa, w miastach i miasteczkach galicyjskich, niezliczoną ilość razy notują nazwisko Czapińskiego.
Pierwsze kilka lat spędzonych w Galicji to bez wątpienia moment kluczowy w biografii politycznej Czapińskiego. Zakończył się wówczas proces formowania zrębów jego politycznego światopoglądu, zakreślone zostało pole najważniejszych zainteresowań jako publicysty, mógł również swobodnie poświęcić się pracy oświatowej, którą cenić miał szczególnie przez całe życie. Wyrazem ewolucji, której ulegał Czapiński, był ostateczny rozbrat z SDKPiL i zaangażowanie w prace znacznie mniej radykalnej, a zarazem niepodległościowo nastawionej PPSD.
Przerwane niegdyś studia prawnicze próbował kontynuować na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz został szybko relegowany z uczelni za udział w tzw. zimmermaniadzie, czyli protestach środowiska studenckiego przeciwko objęciu katedry socjologii przez znanego z konserwatywnych poglądów, a nieposiadającego żadnych osiągnięć naukowych ks. Kazimierza Zimmermanna. Ciołkosz pisał później: Ten człowiek, którego wkład do kultury polskiej był ogromny, nie miał nie tylko stopnia akademickiego, ale nawet absolutorium.
Czapiński na dobrą sprawę „politykiem” stał się dopiero wraz z narodzinami II RP. Do tego momentu znany był jako redaktor krakowskiego socjalistycznego dziennika „Naprzód”, działacz oświaty robotniczej i społecznik, pozostawał jednak na uboczu „partyjnego” życia politycznego. Niemałym zaskoczeniem dla wielu był wobec tego jego wybór do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 r. Brakowało mu politycznego i parlamentarnego doświadczenia, nie miał cech przywódcy, nie był też trybunem, który umiałby porwać swoim przemówieniem tłumy. Jednak gdy potrzebne były rzetelne argumenty, rozległa wiedza i jasne przedstawienie stanowiska PPS – wtedy na sejmową mównicę zazwyczaj wysyłano właśnie erudytę Czapińskiego. Jedną z takich sytuacji relacjonował sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer: Sejm debatuje nad ustawą konstytucyjną. Chodzi o uregulowanie stosunków państwa do kościoła. PPS wysyła obrazoburcę Czapińskiego. Ciężkim krokiem wchodzi na trybunę mól biblioteczny, nosi ze sobą pakę ksiąg. Gdy rozpoczyna przemówienie bije w pulpit, chce podkreślić te zdania, których nie może zaakcentować jego monotonny głos. Cytuje Voltaire’a, Reya, wyciągi z podręczników szkolnych o obskurantyzmie w Polsce, opowiadania Nankego, wyjątki z „Prowincjonałek” Pascala, bulle papieskie, kanon Ojców Kościoła. Patrzą chłopi na fury książek „biskupa masonów”, podziwiają uczoność w sprawach kościelnych, a poseł Czapiński coraz mocniej uderza w pulpit imitując temperament polityczny. Takim właśnie parlamentarzystą był nieprzerwanie przez 16 lat (1919–1935) – zawsze świetnie przygotowanym, doskonale argumentującym swoje stanowisko, ale zarazem niezbyt żywiołowym, raczej udającym temperament polityczny, budzącym bardziej szacunek i uznanie niż silne emocje.
***
W debacie konstytucyjnej, której przebieg z uwagą śledziło niemal całe społeczeństwo, Czapiński był obok Mieczysława Niedziałkowskiego głównym mówcą socjalistów. Koncentrował się na prawach i wolnościach obywatelskich, a także na uregulowaniu wzajemnych relacji państwa i kościołów. To wówczas obdarzono go przydomkiem „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga”. Czy słusznie? Zdecydowanie nie. Posłom prawicy zależało, żeby utrwalić obraz socjalistów jako wrogów religii, wulgarnych materialistów i wojujących ateistów. Najwięcej „dostawało się” właśnie Czapińskiemu, który z wielkim zaangażowaniem dążył do konstytucyjnego zapisania zasady rozdziału Kościoła od państwa.
Czapiński dowodził w swych wystąpieniach, że niechęć do religii nie stanowi integralnego elementu ideologii socjalistycznej. Jego zdaniem socjaliści – uznając wiarę za prywatną sprawę jednostki – w sposób najpełniejszy realizują zasadę poszanowania godności człowieka i światopoglądowej tolerancji. O stosunku socjalizmu do religii pisał: Pozostawia przekonania religijne sumieniu jednostki, pozostawiając jej prawo wyznawać jaką chce religię, inaczej mówiąc uznaje religię za „sprawę prywatną”. Dlaczego tak czyni? Dlatego przede wszystkim, iż stoi na stanowisku szeroko pojętej wolności duchowej jednostki ludzkiej. Nie chce narzucać członkom partii żadnych dogmatów w dziedzinie filozoficznej czy religijnej.Owej tolerancji miały być za to pozbawione, jego zdaniem, stanowiska zajmowane z jednej strony przez brutalnie walczących z religią komunistów, z drugiej zaś przez klerykałów.
Wbrew zarzutom stawianym socjalistom, Czapiński podkreślał, że uznanie wiary za sprawę prywatną nie jest tylko czasowym, taktycznym ustępstwem, powodowanym religijnością znacznej części robotników, stanowiących społeczną bazę ruchu. Choć sam był ateistą, uznawał, że wierzenia religijne odpowiadają na obecną w ludzkiej naturze potrzebę zrozumienia i wyjaśniania świata. Materializm pod tym względem jest zdaniem Czapińskiego niewystarczający, a w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania w systemach religijnych widział najlepszą drogę zaspokojenia owej potrzeby.Nie widzę możności – pisał – żeby materializm mógł rozstrzygać wszystkie wiekuiste kwestie światopoglądu. Wszystkie nieśmiertelne, powikłane sprawy filozoficzne, należy zostawić sumieniu jednostki, należy pozostawić jej zupełne prawo decydować w co wierzy i w co nie wierzy, i żądać należy tylko jednego, ażeby była ta jednostka dobrym obywatelem ruchu socjalistycznego, dobrym członkiem partii i ruchu robotniczego. Był przekonany, wbrew marksistowskiej ortodoksji, że w ustroju socjalistycznym religia nie zniknie; wiara stanowiła dla niego nieredukowalną część ludzkiej natury.
Problem miejsca, jakie powinny w odrodzonym państwie zająć kościoły, a zwłaszcza kościół rzymskokatolicki, stanowił jeden z centralnych punktów debaty konstytucyjnej. Czapiński, reprezentując jednocześnie stanowisko całej PPS, dowodził, że rozdział kościoła i państwa uzasadniają trzy wielkiej wagi argumenty: narodowy, naukowy i socjalny. W pierwszym wypadku przekonywał, że kościół katolicki, jako instytucja ponadnarodowa, a jednocześnie posiadająca swój „polityczny” sztab w Rzymie, stanowić może zagrożenie dla suwerenności młodego państwa polskiego. Wyrażał opinię, że duchowieństwo postawione przed koniecznością dokonania wyboru między interesem Watykanu a interesem Polski, wybierze to pierwsze rozwiązanie. Dopóki papieże nie zrezygnują z aktywnego uczestnictwa w polityce międzynarodowej, dopóty silna pozycja kleru stanowić może istotne ograniczenie podmiotowości państwa w polityce zewnętrznej. Uzasadnienia dla swego stanowiska szukał w historii, przy każdej okazji wspominając o niechlubnej roli odegranej przez kościelną hierarchię w procesie politycznej dezintegracji Rzeczypospolitej Obojga Narodów i o przypadkach jawnej współpracy z mocarstwami ościennymi. Kontynuacją tej polityki był, jego zdaniem, lojalizm i serwilizm hierarchów względem zaborców, silnie popierany zresztą przez kolejnych papieży. Podczas wykładu dla polskich robotników-emigrantów w Stanach Zjednoczonych mówił: Kiedy w końcu Polska była złożona do grobu przy współudziale arcybiskupów, którzy brali łapówki od carów, rozpoczął się okres przeszło 150-letniej niewoli polskiej. Kiedy próbowała wstać z grobu, Rzym ciskał na nią klątwy.
Drugi argument za rozdziałem państwa i Kościoła – przez Czapińskiego nazwany naukowym – dotyczył negatywnego wpływu na system edukacyjny. Znów posługiwał się argumentem historycznym, dowodząc, że to kler był odpowiedzialny w znacznej mierze za kulturalny upadek Polski w XVII i XVIII w., a duchowieństwo najenergiczniej zwalczało oświeceniowe hasła i reformatorskie dążenia. Czapiński uważał, że w sprawach oświatowych Kościół zawsze zajmować będzie konserwatywne i wsteczne stanowisko, zaś zapewnienie duchowieństwu wpływania na system edukacyjny uniemożliwi stworzenie nowoczesnej szkoły, pobudzającej ciekawość świata i nadążającej za trendami światowej nauki.
Trzeci argument za rozdziałem państwa i Kościoła miał charakter społeczny. Publicysta PPS uważał, że z powodu wspólnego interesu klasowego, a także podobieństwa ideowego, duchowieństwo w Polsce odgrywać będzie rolę sojusznika i adwokata warstw najbardziej konserwatywnych, tamujących proces demokratyzacji społeczeństwa. Jego zdaniem Kościół nie zamierzał zrezygnować z wywierania wpływu na życie polityczne. Pisał: Poza pięknymi frazesami, poza dźwięczną ideologią, poza piękną szatą i reminiscencjami z Ewangelii i nauk chrystusowych – kryje się brudna i brutalna treść polityczna i socjalna. Za rzymskimi agentami, dążącymi do ustalenia i rozszerzenia wpływów rzymskich lękliwie bieży zagrożony w swej egzystencji „kwiat” arystokracji polskiej, obszarnictwa i kapitalizmu polskiego; te sfery widzą i czują jak potężna fala nowoczesnych ruchów społecznych podmywa ich egzystencję, jak niepewne są już podstawy ustroju kapitalistycznego. Toteż wyciągają kornie i błagalnie ręce do Rzymu o pomoc. Tam jeszcze – myślą – może tkwi zbawienie! Może ozdobiwszy ohydną treść wyzysku kapitalistycznego i obszarniczego pięknym imieniem Chrystusowym można będzie trwać, panować i wyzyskiwać jakiś czas jeszcze…
Sejmowa batalia o kształt konstytucji zakończyła się kompromisem, w większym jednak stopniu zbieżnym z pierwotnymi postulatami prawicy. Dotyczyło to także większości zapisów omawiających rolę Kościoła w państwie. Czapiński jednak nie zrezygnował z walki o świeckie państwo, toczonej nie tylko za pomocą sejmowych przemówień, ale również dziesiątków artykułów na łamach socjalistycznej prasy i licznych broszur. Przydomek „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga” przylgnął do niego na stałe, lecz mało kto zwracał uwagę na te fragmenty jego wystąpień, w których podkreślał rolę religii w życiu człowieka. Pisał zresztą, że antyklerykalne (w żadnym razie „antyreligijne”) stanowisko socjalistów jest konsekwencją okoliczności, nie zaś wyrazem wpisanej w samą naturę ruchu niechęci do Kościoła. Nie jesteśmy antyklerykałami za wszelką cenę i przede wszystkim – przekonywał. – My mamy swój własny ruch i swój własny cel, do którego dążymy. Antyklerykalizm nie jest dla nas jakimś dogmatem. To dla nas smutna konieczność, obowiązek zburzenia przeszkody, która odgradza nas od lepszej przyszłości, nie pozwala nam się rozwijać normalnie. Słowa te dobrze i – jak można przypuszczać – szczerze oddają intencje przyświecające Czapińskiemu w wystąpieniach na temat Kościoła i duchowieństwa. Czynienie z niego wojującego ateisty i obrazoburcy byłoby przeinaczaniem historii.
***
Po objęciu mandatu poselskiego z niezbyt znanego działacza krakowskiej organizacji PPSD zaczął stawać się jednym z członków najwyższych władz zjednoczonej PPS, a także cenioną postacią w klubie parlamentarnym socjalistów. Już pod koniec lat 20. zaliczano go do ścisłego kierownictwa PPS. Zasiadał przez wiele lat w Centralnym Komitecie Wykonawczym partii, reprezentował PPS podczas międzynarodowych kongresów socjalistycznych, znalazł się również w zarządzie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, a w 1936 r., jako osoba posiadająca szczególnie bogate doświadczenie w pracy oświatowej, objął funkcję prezesa TUR. Coraz większe uznanie zdobywał także jako publicysta. Skrupulatni historycy szacują jego dorobek w tej dziedzinie na ok. 6 tys. artykułów i kilkanaście broszur. W PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w latach 30. pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego i w dużej mierze odpowiadał za publicystykę polityczną oraz dział poświęcony kulturze.
Czapiński-publicysta szczególnie wiele uwagi poświęcał analizom przemian zachodzących po rewolucji bolszewickiej w Rosji. Predyspozycje miał po temu niemałe – urodzony w Mińsku, świetnie znał język i kulturę rosyjską, przez pewien czas był członkiem SDPRR, a przed I wojną światową przyjaźnił się również z Leninem. Jak oceniał rewolucję październikową? Konsekwentnie, przez cały okres międzywojenny uważał, że bolszewicy wykazali się godną potępienia rewolucyjną „niecierpliwością”. Powołując się na opinie dwóch socjalistycznych autorytetów – Karla Kautsky’ego i Otto Bauera – Czapiński dowodził, że przejęcie władzy i „zadekretowanie” budowy ustroju socjalistycznego przez Lenina i jego towarzyszy dokonało się stanowczo zbyt wcześnie. Rosja była bowiem krajem zacofanym zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Aby wprowadzić socjalizm, nie wystarczy nieugięta wola i determinacja, których Czapiński bolszewikom nie odmawiał, lecz konieczne jest również zaistnienie obiektywnych przesłanek. Biorąc zaś pod uwagę poziom rozwoju carskiej Rosji, jedyna możliwa rewolucja, dla której istniały w tym kraju warunki, mogła być, zdaniem Czapińskiego, jedynie rewolucją burżuazyjną, druzgocącą resztki dawnego systemu feudalnego. Pisał o tym wprost: Istotą przedmiotową (obiektywną) przewrotu bolszewickiego jest likwidacja stosunków feudalnych w Rosji, tzn. złamanie samodzierżawia, panowania szlacheckiego, obszarnictwa itd. Jakakolwiek byłaby oficjalna ideologia tego przewrotu, nic to nie zmieni w istocie rzeczy. I tak, jak wielka francuska rewolucja w 1789 odbywała się pod hasłami wolności, równości i braterstwa, a jednakowoż, jak wiemy, była po prostu dochodzeniem do władzy trzeciego stanu, czyli burżuazji – tak samo rosyjski przewrót bolszewicki odbywa się formalnie w szatach ideologii bolszewickiej, treścią jednak jego jest przejście od przestarzałych form feudalnych, samodzierżawnych, szlacheckich do form nowoczesnego ustroju burżuazyjnego.
Zasadniczy błąd bolszewików polegać miał na przecenianiu możliwości, jakie daje sprawowanie władzy. Wielowiekowe zapóźnienie nie może zostać zniwelowane w ciągu kilku lat, nie da się zbudować socjalizmu nie przechodząc wcześniej przez piekło systemu kapitalistycznego – zdawał się rozumować Czapiński. Gospodarcza niewydolność „komunizmu wojennego” w połączeniu z koniecznością stosowania przez bolszewików terroru i przemocy (aby utrzymać władzę) dowodziły obiektywnej niemożności przejścia Rosji do socjalizmu, a tym samym pomyłki Lenina. W tym poglądzie utwierdziło też Czapińskiego wprowadzenie przez władze radzieckie polityki NEP-u. Przywrócenie w wielu sektorach wolnego handlu, dominacja prywatnego rolnictwa, a także usilne poszukiwanie zagranicznych kredytów świadczyć miały o powrocie do kapitalizmu. Znacznie przesadzając, w latach 20., nazywał Czapiński ZSRR państwem kułacko-kapitalistycznym oraz kolonią kapitału zagranicznego. Październikowe zwycięstwo, będące skutkiem chwilowo sprzyjających okoliczności i dobrego doboru haseł przez bolszewików (Ziemia i pokój!), nie oznaczało wcale przekreślenia prawidłowości rozwojowych odkrytych przez Marksa. W napisanej w 1927 r. broszurze „Socjalizm czy komunizm?” Czapiński pisał: Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i wreszcie wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!
Niepowodzenie planu bolszewików, czego wyraz stanowił zarówno NEP, jak i upadek rewolucji w innych krajach europejskich, doprowadzić miało, jego zdaniem, do odrodzenia się rosyjskiego imperializmu i powrotu do tradycyjnych carskich form sprawowania władzy – silna i scentralizowana władza, rozbudowany aparat ucisku, liczna armia itd. Nowością, specyficznie bolszewickim tworem, był Komintern, według Czapińskiego całkowicie podporządkowany realizacji państwowych interesów ZSRR.
W tych opiniach często mieszały się cenne, momentami wręcz błyskotliwe spostrzeżenia i poważne uproszczenia czy niezbyt wyrafinowane ataki na bolszewików. W dużej mierze zaważył pewnie na tym fakt, że wiele z tych tekstów powstało na potrzeby bieżącej walki o „rząd robotniczych dusz”, toczonej z komunistami. Nieco zmieniać zaczął się jednak ton Czapińskiego w latach 30., gdy z jednej strony świat kapitalistyczny mocował się z katastrofalnym w skutkach kryzysem gospodarczym, z drugiej zaś ZSRR z powodzeniem realizował ambitne założenia pięciolatki. Oczywiście, krytyczna ogólna ocena dyktatorskiej formy rządów nie uległa zmianie, jednak opinie Czapińskiego stały się znacznie bardziej wyważone. Przyspieszona industrializacja, znaczący wzrost produkcji, a także poprawa aprowizacji stanowiły zdaniem publicysty PPS niewątpliwe osiągnięcia władz radzieckich. Dostrzegał ich wielkie koszty, jak m.in. wzrost natężenia represji, militaryzację życia codziennego itd., jednak pisał: Ale ogromne postępy gospodarcze są niezaprzeczalne. Świadczą aż nadto wyraźnie o wyższości gospodarki planowej – nawet w trudnych sowieckich warunkach.Wierzył, że wkrótce gospodarka planowa będzie mogła również pokazać swoją wyższość w innych państwach Europy, tym razem jednak bez gwałtu na ludzkiej wolności, charakterystycznego dla warunków radzieckich.
Umiarkowany optymizm, jakim Czapińskiego nastrajał pomyślny rozwój gospodarczy ZSRR, nie trwał jednak długo. Tak jak dla wielu socjalistów w całej Europie, również dla niego „procesy moskiewskie” oznaczały konieczność głębokiej weryfikacji ocen sytuacji w Związku Radzieckim. Coraz jaśniejszym stawało się dla Czapińskiego, że nie ma do czynienia ze „zwykłą” dyktaturą, ale z systemem dążącym do absolutnego podporządkowania jednostki. Kult wodza, rozbudowa tajnej policji politycznej, ogromny wysiłek propagandowy władz, a także procesy pokazowe – to wszystko zadecydowało, że na przełomie 1937 i 1938 r. Czapiński zaczął określać system radziecki mianem „totalizmu”, co – upraszczając nieco – odpowiada naszemu dzisiejszemu „totalitaryzmowi”. W konsekwencji totalizacji życia społecznego następował również uwiąd kultury, której rozwój jeszcze parę lat wcześniej, na początku lat 30., stanowił, zdaniem Czapińskiego, jeden z największych sukcesów bolszewików. Od kilku lat sowiecka literatura nie daje prawie nic. Filozofia to samo […] W nauce to samo. Niektóre nauki są w ogóle skasowane. […] Żadna monopartia, żaden totalizm, żadna trwała dyktatura nie prowadzi do rozwoju kultury i twórczości.
Sporo uwagi poświęcał Czapiński również drugiemu „totalizmowi”, czyli hitlerowskim Niemcom. Źródeł powodzenia nazistów upatrywał w dotkliwości kryzysu gospodarczego, który uderzył na początku lat 30. w Republikę Weimarską. Bazę społeczną NSDAP stanowić mieli w jego opinii głównie drobnomieszczanie, podupadła burżuazja, a także chłopstwo i bezrobotni. Do hitleryzmu zwabić miała ich antykapitalistyczna retoryka, hasła rewizjonistyczne oraz idea przywrócenia społecznego „ładu”. Sam program głoszony przez nazistów Czapiński uważał za mętny, ogólnikowy, a w wielu przypadkach wręcz sprzeczny. Jego sukces tłumaczył w dużej mierze specyficzną postawą drobnomieszczaństwa, które mniej zwraca uwagę na spójność głoszonej ideologii, a bardziej poddaje się nastrojowi chwili, emocjom oraz charyzmie wodza. Dla Czapińskiego, podobnie jak dla wielu ówczesnych teoretyków ruchu socjalistycznego, faszyzm był ostatnią, rozpaczliwą próbą obrony systemu kapitalistycznego podjętą przez burżuazję. Jego cel był podwójny – z jednej strony podtrzymać i udoskonalić system kapitalistyczny, któremu dyktatura i idea „silnej władzy” zapewnią pożądaną stabilność, z drugiej zaś strony faszyzm miał być narzędziem służącym zwalczaniu rozwijającego się ruchu socjalistycznego. O nazizmie pisał: W ten sposób widzimy, że całość programu ma charakter burżuazyjnej dyktatury skierowanej przeciwko demokracji i klasowej walce proletariatu. Ta dyktatura jest skierowana nie tylko przeciwko demokracji i klasie robotniczej wewnątrz państwa, lecz także służy celom imperialistycznym i wzmacnianiu militaryzmu.
***
Tak jak w przypadku stalinowskiej dyktatury, również w odniesieniu do nazizmu Czapiński podkreślał postępującą kulturalną degradację społeczeństwa. Treści kultury faszystowskiej były w jego ocenie skoncentrowane wokół trzech głównych motywów: apoteoza wojny, sztywna hierarchia oraz pochwała okrucieństwa. Uważał, że popularność prądów faszystowskich, wprost odwołujących się do wojny i przemocy, z pogardą traktujących dorobek kulturalny ludzkości, stawia przed proletariatem doniosłe zadanie. Ruch robotniczy stawał się spadkobiercą rzetelnej kultury i nosicielem nowych metod wychowawczych.
Czapiński nie uważał, że kultura „nowego człowieka”, kultura socjalistyczna, może powstać dzięki całkowitemu zerwaniu z dziedzictwem kultury burżuazyjnej. Pisał: Naturalnie proletariacka kultura (jak każda inna) nie buduje całej kultury na nowo – np. zdobycze naukowe, zwłaszcza w niektórych dziedzinach, przejmuje z okresów poprzednich. Ale charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. Słowa te brzmią dziś niezwykle patetycznie. Czapiński jednak pośród przywódców polskiego ruchu socjalistycznego był bez wątpienia tym, który najmocniej podkreślał konieczność zbudowania nowej kultury, jako warunku realizacji projektu socjalistycznego.
Treść ruchu socjalistycznego powinny stanowić nie tylko walka klasowa i dążenie do obalenia kapitalizmu, ale również wysiłek mający na celu moralne i intelektualne podniesienie proletariatu. Swoje powołanie widział Czapiński głównie w realizacji tego drugiego zadania. Przez współpracowników i przyjaciół zapamiętany został właśnie przede wszystkim jako działacz oświatowy, niestrudzony prelegent i popularyzator wiedzy. Jan Mulak pisał: Często nachodzili go całymi gromadami, członkowie ZNMS, studenci i studentki. Młodzi intelektualiści partyjni grupowali się wokół niego. Miał na nich duży wpływ, zwłaszcza w dziedzinie pogłębiania teorii socjalistycznej. Pod tym względem spełniał rolę TUR, a właściwie był drugim TUR-em jako jednoosobowa instytucja. Wynikało to z jego olbrzymiej wiedzy i siły oddziaływania. Wtórował mu Ciołkosz, który w pośmiertnym wspomnieniu pisał: Ku nowej kulturze… Taka była treść życia Czapińskiego, życia bardzo pracowitego. Jego dorobek trzeba mierzyć nie tylko broszurami i książeczkami, artykułami w prasie, mowami sejmowymi i odczytami. Trzeba go mierzyć – lecz to wymierzyć się nie da – obudzeniem się w klasie robotniczej nowych pragnień i tęsknot do życia pełnego i twórczego w każdej dziedzinie.
Tę pracę Czapińskiego przerwał wybuch wojny, przed którą ostrzegał od kilku lat. Po klęsce wrześniowej, licząc na szybkie zwycięstwo aliantów, nie podjął działalności konspiracyjnej. Dopiero na początku 1940 r. nawiązał kontakt z grupą skupioną wokół Adama Próchnika, na konspiracyjnych zebraniach wygłosił wówczas kilka referatów i odczytów. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Gestapo, pięć miesięcy później trafił do Auschwitz. Zmarł tam w lipcu 1941 r.
***
Spośród przywódców międzywojennej PPS, Kazimierz Czapiński jest z pewnością jedną z tych postaci, których biografia budzi stosunkowo niewielką ekscytację. Nie miał za sobą romantycznych epizodów w bojówce jak choćby Pużak czy Arciszewski, nie był porywającym mówcą jak Żuławski, nie był wytrawnym graczem parlamentarnym jak Niedziałkowski, daleko było mu też do radykalizmu Zaremby, Dubois czy Barlickiego. Jako myśliciel i publicysta nie zawsze bywał Czapiński oryginalny i wystarczająco analityczny. Mimo to jednak uznawany jest za jedną z najwybitniejszych i najciekawszych postaci międzywojennego ruchu socjalistycznego.
Z usposobienia był przede wszystkim nauczycielem i wychowawcą. W tych setkach i tysiącach artykułów, niezliczonych wykładach i odczytach, a nawet w sejmowych przemówieniach – wszędzie wyraźnie widoczne jest dążenie Czapińskiego do wyjaśnienia skomplikowanych problemów, uprzystępnienia i popularyzacji wiedzy. Chciał pisać w sposób zrozumiały przede wszystkim dla robotników. Wierzył, że aby ruch socjalistyczny zwyciężył, musi dokonać się olbrzymi awans kulturalny mas pracujących. Pisał: Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych. […] Stąd pochodzi w ruchu socjalistycznym wzmożone zainteresowanie się kwestią oświatowo-kulturalną. Idzie zarówno o reformę szkolnictwa, jak i o kształcenie dorosłych robotników.
Czapiński bardzo silnie podkreślał etyczny i humanistyczny wymiar socjalizmu – nie chodziło tylko o wzrost produkcji i zniesienie własności prywatnej, ale także, a może przede wszystkim, o nowego człowieka i nową kulturę. Realizacji tego zobowiązania poświęcił niemal całe swe dojrzałe życie. Cytowany już uczeń Czapińskiego, filozof Andrzej Nowicki, pisał o nim, że był personifikacją związku między socjalizmem a ideą godności człowieka. Trudno o bardziej zwięzłą, a trafną charakterystykę.