Polska (nie)solidarna – ankieta „Nowego Obywatela”

Polska (nie)solidarna – ankieta „Nowego Obywatela”

Za kilka miesięcy kolejne wybory parlamentarne. Ponownie ich głównymi aktorami będą zaledwie 2-3 partie, zwierające się w klinczu doskonale znanych haseł, propozycji i wzajemnych zarzutów. Nie spodziewamy się po tym starciu wiele, gdyż debata publiczna, czy raczej międzypartyjna, staje się coraz bardziej ogólnikowa, same kampanie wyborcze zaś sprowadzają się do sloganów, billboardów, uśmiechów i złorzeczeń. Do gombrowiczowskiej wojny na miny.

Zapewne jednym z elementów kampanii stanie się – piszemy to w czerwcu 2011 r. – odgrzewanie sporu między „Polską solidarną” a „Polską liberalną”. Napędzał on kampanię roku 2005, w mniejszym stopniu również tę późniejszą o dwa lata. Choć nasze środowisko zawsze było krytyczne wobec wizji „Polski liberalnej”, zanim jeszcze została ona tak nazwana, bardzo wiele do życzenia pozostawiał w naszej opinii także obóz „Polski solidarnej”. Po pierwsze, wiele jego poczynań dalekich było od faktycznego solidaryzmu, bliskich zaś właśnie liberalnej wizji. Po drugie, idea ta nigdy nie zyskała konkretnego kształtu, pozostając zbiorem wzniosłych sloganów, nie wskazujących na zasady, rozwiązania i mechanizmy, które mogłyby stać się fundamentem reorientacji ustrojowej. Po trzecie wreszcie, dobra pamięć nie pozwala nam zapomnieć, iż wielu deklaratywnych zwolenników „Polski solidarnej” to ludzie mający za sobą przeszłość w postaci inicjatyw i decyzji bliskich ideologii liberalnej.

Niezależnie od naszych ocen i preferencji, „wielka polityka” funkcjonuje wedle swoich reguł. Jedną z nich jest wyraziste artykułowanie opozycji wobec przeciwnika, przynajmniej na poziomie haseł. Stąd też, przewidując, że wyborczy spór „Polski liberalnej” z „Polską solidarną” powróci również w roku 2011, poprosiliśmy kilka osób o opinię na ten temat. W redakcyjnej ankiecie wzięły udział ostatecznie cztery osoby, choć pierwotnie miało być ich nieco więcej – zabrakło m.in. tych, które można utożsamiać z prospołecznym skrzydłem PiS. Na kolejnych stronach znajdziecie rozważania uczestników ankiety, dla których inspiracją stały się pytania zadane przez redakcję „Nowego Obywatela”, m.in.:

  1. Kilka lat temu wizja Polski Solidarnej, mającej się opierać na ideałach Sierpnia i definiowanej jako przeciwieństwo Polski Liberalnej, dała PiS zwycięstwo wyborcze. Jak Pan/Pani ocenia wcielenie tego hasła w życie – czy rządy koalicji PiS/SO/LPR oznaczały jego realizację, czy poprzestano jedynie na deklaracjach przedwyborczych?
  2. Jakie konkretne postulaty i działania polityczne, dostępne „tu i teraz” dla ugrupowania parlamentarnego i jego partnerów (np. związki zawodowe) są Pana/Pani zdaniem możliwe i konieczne do wprowadzenia w życie, aby można było mówić o faktycznej ewolucji Polski Liberalnej ku Polsce Solidarnej?
  3. Jakie osobowości życia publicznego oraz środowiska (intelektualne, naukowe, polityczne) mają realny potencjał do sformułowania koncepcji całościowej, realistycznej, a zarazem atrakcyjnej dla społeczeństwa, dotyczącej prosocjalnego zwrotu w polskiej polityce?
  4. Zmiany w jakiej sferze uważa Pani/Pan za kluczowe dla budowy Polski Solidarnej?
  5. Jakie widzi Pani/Pan największe przeszkody na drodze do urzeczywistnienia bardziej solidarystycznego i egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego?

Zapraszamy do lektury.

Powrót do getta?

Powrót do getta?

W Poznaniu ma ruszyć budowa osiedla kontenerowego dla ubogich. Protestują przeciw temu miejscowi anarchiści. O problemie „gett kontenerowych” rozmawiamy z Katarzyną Czarnotą, aktywistką społeczną i badaczką takich osiedli w Polsce.

Skąd w Polsce problem z osiedlami kontenerowymi? Możesz wskazać genezę i skalę zjawiska?

Katarzyna Czarnota: Kontenery socjalne w przestrzeni polskich miast pojawiły się po raz pierwszy jako obiekty architektury tymczasowej, przeznaczone dla osób, które straciły dotychczasowe mieszkanie w wyniku powodzi w 1997 roku. Według zapewnień urzędników, miały funkcjonować maksymalnie kilka miesięcy.

Co jest przyczyną tego, że do dziś pełnią funkcję mieszkalną?

K.Cz.: Na przestrzeni ostatnich 10 lat struktura budownictwa mieszkaniowego w Polsce uległa znacznej zmianie – w latach 90. budownictwo uspołecznione stanowiło prawie 50% ogółu, a już w roku 2009 tylko 10%. Zmiana ta dokonała się przy jednoczesnym wzroście inwestycji deweloperskich oraz indywidualnych w strukturze mieszkaniowej Polski.

Widoczna staje się dominacja neoliberalnego zarządzania miastem – każda przestrzeń musi na siebie zarabiać. Elementy uznane za nieopłacalne, są eliminowane z centralnej tkanki miejskiej. Następuje proces segregacji przestrzennej i będąca jej skutkiem segregacja społeczna. Głównym czynnikiem podziału jest oczywiście dochód, zamożność. Jednostki mało produktywne i nieużyteczne z punktu widzenia systemu, stają się jego odpadami.

Na podstawie dostępu do danych o zadłużeniu urzędnicy roszczą sobie prawo do ferowania wyroków oraz orzekania kar w postaci zsyłek do kontenerów. Długość takiej kary nie jest nikomu znana.

Termin „getto kontenerowe” nie budzi najlepszych skojarzeń. Jakie, Twoim zdaniem, argumenty przemawiają za nim?

K.Cz.: Oficjalnie kontener jest pomieszczeniem tymczasowym. Gminy jednak nie wywiązują się z obowiązku dostarczenia odpowiedniej ilości mieszkań socjalnych oraz komunalnych. W tej sytuacji jedynymi lokalami, do których można skierować osoby oczekujące na mieszkanie socjalne, stają się kontenery. Zgodnie z ustawodawstwem, umowę z ich mieszkańcami można zawrzeć na rok. W rzeczywistości jednak są one przedłużane w nieskończoność. Problem braku mieszkań rozwiązywany jest więc pod płaszczykiem tymczasowości takiego rozwiązania.

Sądzę, że każdy, kto znalazłby się tam choć na chwilę, nie miałby wątpliwości, czy stosowne jest określenie „getto”. Krajobraz osiedli jest po prostu przerażający… Rzędy grodzonych, blaszanych baraków, w których mieszkają głównie matki z dziećmi oraz osoby starsze – czyli mające zgodnie z polskim ustawodawstwem pierwszeństwo w uzyskaniu mieszkania socjalnego. Estetyka takiego miejsca jest co najmniej wątpliwa. Toteż włodarze miast celowo nie lokują ich w centrum, lecz na obrzeżach, by nie zakłócać sielanki estetycznej i architektonicznej.

Z zewnątrz kontener nie wygląda tak źle. Koszmar zaczyna się po kilku miesiącach mieszkania w nim. Blaszane cienkie ściany kiepsko tłumią hałas, przepuszczają także ciepło. Pleśń – będąca skutkiem wytwarzania się pary wodnej podczas gotowania i oddychania – pokrywa większość powierzchni zazwyczaj po roku użytkowania. Brak fundamentów powoduje powolne rozpadanie się podłogi.

Materiały, z których wykonany jest kontener, wykluczają inną formę ogrzewania niż elektryczne. To natomiast skutkuje horrendalnymi kosztami utrzymania. Płatności za okres zimowy sięgają nawet do 2000 zł. Najczęściej występującymi schorzeniami są choroby układu oddechowego, astma oskrzelowa. Najwięcej zachorowań jest wśród dzieci.

A co z kosztami społecznymi?

K.Cz.: Są o wiele bardziej złożone. Efekt przekazów medialnych tworzy i utrwala negatywny wizerunek mieszkańców gett kontenerowych. Dominuje retoryka kary, mówiąca, że do kontenerów trafią tylko ci, którzy na to zasłużyli nieumiejętnością dostosowania się do normalnego życia. Skutkuje to przyzwoleniem społecznym na tworzenie tego typu projektów, a także stygmatyzuje ich mieszkańców.

Z taką łatką mieszkającego „w puszce” nieroba, alkoholika i biedaka borykają się zarówno dzieci poddawane ciągłemu ostracyzmowi w szkole, jak i osoby dorosłe, które w obawie o utratę pracy często nie przyznają się, gdzie mieszkają – podając inny adres.

Najprawdopodobniej w Poznaniu ruszy budowa osiedla kontenerowego przy ul. Średzkiej. Czy myślisz, że istnieje realna szansa, by ten pomysł zablokować?

K.Cz.: Nie ma realnej szansy na całkowite zablokowanie projektu osiedli kontenerowych, dopóki nie istnieje istotny opór społeczny w tej sprawie. Przy obecnym dyskursie, opartym na retoryce kary, nie sądzę, by takie pospolite ruszenie było możliwe.

Społeczeństwo musi zrozumieć, że zsyłka do kontenerów może w przyszłości dotknąć znacznie szerszą grupę osób. Ludzie nie dopuszczają do siebie myśli, że kontenery stają się nowym standardem mieszkań socjalnych, od którego nie będzie odwrotu.

Kto właściwie jest odpowiedzialny za realizację tego projektu w Poznaniu? Można odnieść wrażenie, że w grę wchodzi tylko dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, Jarosław Pucek, ale czy nie jest tak, że włodarze miasta „umyli ręce”?

K.Cz.: Decyzje dotyczące wdrażania w życie projektów osiedli kontenerowych przebiegają często w zamkniętym gronie urzędniczym, z celowym pominięciem partycypacji społecznej. Politycznej odpowiedzialności nie chce wziąć na siebie nikt. Okazuje się, że każdy urzędnik stawia siebie w roli robota – twierdząc, że nie musi znać skutków swojego działania, gdyż tylko wykonuje polecenia… „Głównym pomysłodawcą” rozwoju osiedli kontenerów stało się przyzwolenie ze strony społecznej na tego typu tańsze zastępniki rozwiązania problemu. Osobnym problemem jest też brak analizy już widocznych skutków istnienia takich osiedli.

Poznańska Federacja Anarchistyczna stwierdza, że „budownictwo kontenerowe nie może być traktowane jako mieszkalne zarówno w sensie prawnym, budowlanym, jak też społecznym”. Dlaczego tak jest?

K.Cz.: Kontener jako obiekt architektury tymczasowej pełni doskonale swoją funkcję np. na budowach, ale również wtedy wyłącznie przy stosowaniu się do przepisów BHP, które wyraźnie mówią, iż nie można przebywać wewnątrz pomieszczenia dłużej niż przez kilka godzin dziennie. Powstały także dwie opinie prawne, mówiące, że kontener nie spełnia podstawowych norm budowlanych, a przeznaczenie go na funkcje mieszkalne jest niezgodne z konstytucją.

Czy uważasz, że kontenerowe osiedla staną się w przyszłości stałym elementem miejskiego krajobrazu?

K.Cz.: Efektem starannie budowanego przekazu medialnego jest to, że dziś nie mówimy już o kontenerach w kontekście jednego miasta, lecz w skali ogólnopolskiej. Nie ma wątpliwości co do tego, że pojawia się niebezpieczeństwo ustanowienia nowych standardów mieszkaniowych dla najuboższych warstw społecznych.

Jeśli nie „kontenerowe getta”, to co?

K.Cz.: Konieczna jest zasadnicza zmiana optyki. Problem nie dotyczy tylko „meneli”, którzy za karę są kierowani do „getta”. My też możemy trafić do kontenera. Wystarczy, że budynek, w którym mamy mieszkanie, wykupi jakaś firma i drastycznie podniesie czynsz. Możemy też, choćby wskutek choroby, utracić dotychczasowe źródło dochodów, które pozwalało na regulowanie opłat. A później zostaniemy eksmitowani do kontenera. Społeczeństwo nie może godzić się na nowy, bardzo niski standard mieszkań socjalnych, bo problem potencjalnie dotyczy każdego z nas.

„Budownictwo społeczne” to obowiązek każdej gminy. Potrzebna jest zmiana hierarchii w celach budżetów poszczególnych miast. Jeżeli mówimy o „budownictwie społecznym” i programach, które realnie resocjalizują – jest to praca długotrwała i wymagająca często dużych państwowych dotacji. To z kolei wiąże się z ogólnymi założeniami politycznymi.

W Poznaniu projektami pomocowymi dla „trudnych” osób zajmuje się chociażby Fundacja Barka. Ale przy okazji roku „walki z wykluczeniem i ubóstwem” władze Poznania decydują się na „hurtowe” przesiedlanie do kontenerów zamiast np. na dofinansowanie działań Barki na rzecz resocjalizacji tych lokatorów, którzy rzeczywiście sprawiają trudności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 25 lipca 2011 r.

Miasto jest sexy

Miasto jest sexy

Niedawno w Poznaniu odbył się Kongres Ruchów Miejskich – impreza, w której wzięli udział przedstawiciele kilkudziesięciu środowisk z całego kraju, zatroskani kondycją i przeobrażeniami przestrzeni miejskiej w Polsce. O Kongresie rozmawiamy z Lechem Merglerem, spiritus movens tego przedsięwzięcia.

Jaka jest geneza Kongresu Ruchów Miejskich? Dlaczego akurat Poznań stoi u źródeł tej inicjatywy?

Lech Mergler: Powód generalny to problemy, jakie w ostatnich latach ujawniają się coraz wyraźniej w polskich miastach. Jedną z reakcji na to jest ożywienie się podmiotowej, oddolnej aktywności obywatelskiej mieszkańców miast, najbardziej widoczne w miastach największych, ale nie ograniczające się do nich. Trzeba podkreślić, że chodzi tu przede wszystkim o ruchy i organizacje mieszkańców, a nie np. o działające w miastach organizacje branżowe, eksperckie (urbanistów, architektów, transportowców, ekologów, socjologów miejskich itd.), nie mówiąc o politycznych – w sensie partyjnym lub ideologicznym. Mieszkańców wyróżnia w tym kontekście ich lojalność wobec miejsca, w którym żyją, ich miejsca na świecie – własnego miasta.

Te ożywiające się ruchy i organizacje od kilku lat coraz intensywniej się ze sobą komunikują. W ten sposób ukształtowało się, na przykład, porozumienie „Wspólna przestrzeń”, zorientowane na problemy chaosu przestrzennego w miastach, łączące ludzi z kilku miast.

W Poznaniu, początkowo również na tle konfliktów z władzami i biznesem o przestrzeń miejską, od wiosny 2007 r. tworzył się ogólnomiejski ruch społeczny My-Poznaniacy. Jego emanacją instytucjonalną stało się stowarzyszenie o tej nazwie, zarejestrowane w maju 2008 r. Powołało ono obywatelski komitet wyborczy podczas wyborów samorządowych jesienią 2010 r., który uzyskał blisko 10% poparcia wyborców i… ani jednego mandatu w radzie miasta. Był to największy od lat tego rodzaju sukces oddolnych ruchów obywatelskich w dużych miastach, stąd też jakby naturalnie Kongres odbył się w Poznaniu, zresztą z inicjatywy pozapoznańskiej.

Jakim potrzebom i wyzwaniom ma sprostać Kongres Ruchów Miejskich – czy to coś więcej niż jednorazowa inicjatywa?

L.M.: Ruchy i organizacje miejskie mają w sposób niejako oczywisty charakter lokalny. To znaczy są nakierowane na rozwiązywanie stosunkowo konkretnych problemów w swoich miastach. Tymczasem okazuje się, mówiąc w dużym skrócie, że aby z powodzeniem rozwiązywać problemy w wielu obszarach życia miejskiego, trzeba przekroczyć lokalność. Przyczyny lub okoliczności sprzyjające powstawaniu problemów mają bowiem w dużym stopniu charakter ponadlokalny. Należą do nich decyzje polityczne – albo wręcz całe polityki rządowe – ignorujące lub wręcz szkodliwe dla miast, ich rozwoju i jakości życia mieszkańców. Względnie nietrafne regulacje ustawowe, złe prawo. Jedno z drugim pozostaje w związku.

Jednym z celów strategicznych Kongresu jest zorganizowanie się w celu utworzenia siły zdolnej wywierać presję na polską politykę, aby zaczęła ona dostrzegać problemy i potrzeby miast i sprzyjać ich rozwiązywaniu. Trzeba niestety stwierdzić, że nie tylko partie polityczne zawiodły miasta. Również takie organizacje, jak Związek Miast Polskich czy Unia Metropolii Polskich oraz inne ciała doradcze i konsultacyjne nie były w stanie skutecznie zdefiniować i rozwiązywać wspólnych problemów miejskich. W Polsce trudno zauważyć istnienie jakiejkolwiek polityki miejskiej, tymczasem miasta, zwłaszcza duże, stanowią główny potencjał rozwojowy kraju. My, mieszkańcy zostaliśmy z nimi sami, wydani na pastwę żywiołów rynkowych i gier biznesowych, lokalnych układów i arogancji władz.

Jakie problemy stoją dziś przed polskimi miastami? Czy faktycznie ich stan jest tak tragiczny, jak sugerują dokumenty Kongresu?

L.M.: Część dolegliwości polskich miast to schorzenia wspólne, inne mają specyficzny, lokalny charakter. Kongres siłą rzeczy koncentrował się na opowiedzeniu sobie o tym, co nas łączy, przy jednoczesnym otwarciu na odmienność. Syntetycznie można stwierdzić, że cechy wspólne to niezgodność rozwoju polskich miasta ze standardami rozwoju zrównoważonego.

Kilka problemów mniej ogólnych ma ewidentnie charakter powszechny. To jest przede wszystkim narastający chaos przestrzenny w miastach, związany z nim kryzys transportowy, wynikający z boomu motoryzacyjnego i słabości systemów komunikacji publicznej. Do tego dopisać należy, choć tu zróżnicowanie jest większe, problemy ekologiczne i suburbanizację, prowadzącą do upadku obszarów śródmiejskich. Również bardziej zróżnicowana jest sytuacja, jeśli chodzi o natężenie problemów społecznych w miastach, wynikających ze społecznej, niesprawiedliwej stratyfikacji: wykluczenia z powodu bezdomności, bezrobocia, ubóstwa. Nadciągający kryzys finansów miejskich, który sam w sobie jest problemem, odbije się w pierwszej kolejności właśnie na społecznie i ekonomicznie najsłabszych grupach mieszkańców, uderzy w edukację, pomoc społeczną, komunikację zbiorową, ochronę zdrowia.

Odrębną, acz nie do końca, grupę problemów w miastach stanowią kwestie ograniczonej podmiotowości społecznej, znikomy poziom partycypacji, pozorowane konsultacje, przyjmowanie przez demokrację miejską form „demokracji paternalistycznej”, w ramach której władze zawsze wiedzą lepiej. Określenie na Kongresie lokalnych stosunków miejskich neologizmem „kacykoza” wydaje się znamienne.

Dokumenty Kongresu nie sugerują, że stan polskich miast jest generalnie tragiczny – zapewne niektórych niestety tak, inne się rozwijają, jeszcze inne „zwijają” albo trwają w stagnacji. Chodzi o to, że w tych wszystkich zróżnicowanych sytuacjach istnieje cały szereg wspólnych wzorów odbiegających od standardów rozwoju zrównoważonego – zarówno w miastach jako tako „prosperujących”, jak i zwłaszcza w tych pogrążonych w kryzysie.

Dlaczego to właśnie Łódź stała się miastem, na którego sytuację zwróciliście uwagę w swoim „Liście Solidarności”?

L.M.: Inicjatywa „Listu Solidarności” powstała spontanicznie, nie była przygotowana wcześniej, ale jakoś oddaje ducha Kongresu. Przede wszystkim ducha solidarności i współpracy mieszkańców miast jakby w opozycji wobec „ideologii” powszechnej rywalizacji, którą wyrażają władze miast. Konkurencja jako powszechna i jakoby optymalna zasada regulująca stosunki zbiorowe, daje fory tym podmiotom, które są uprzywilejowane na starcie, i na odwrót. W warunkach konkurencji słabszemu podkłada się nogę, a nie wyciąga do niego rękę z pomocą. Od takiej, bezwzględnej, perspektywy chcieliśmy się odciąć.

Łódź, ale nie tylko (np. Wałbrzych w grupie miast średnich) to wielkie miasto, które na starcie wyścigu miast po sukces w kapitalistycznym rozwoju było z powodów historycznych – wielka monokultura przemysłowa – w gorszej sytuacji niż konkurencja. Dodatkowo procesy globalizacji odbiły się na gospodarce łódzkiej. Zdaniem licznych uczestników Kongresu, te okoliczności nie są uwzględniane w strategiach rozwoju i wyrównywania szans.

Dużo mówiliśmy o bolączkach. Jakie szanse i nadzieje wiąże Pan z naszymi miastami?

L.M.: Podstawowa jest odpowiedź na pytanie, dla kogo jest miasto, czyje i po co ono jest. Wydaje się, że przez szereg lat polskiej transformacji dominowała bardzo jednostronna i w gruncie rzeczy prostacka odpowiedź: miasto jest po to, żeby był „rozwój”, czyli wzrost ilościowy, najprościej mierzony wskaźnikiem PKB. W konsekwencji tego, w mieście liczyło się to i ci, od których ten prosty wzrost brutto zależał: biznes, w tym biznes niskiej jakości i szybkiego zwrotu kapitału (np. handel wielkopowierzchniowy, deweloperzy). Inne potrzeby, inne interesy były im podporządkowane, „wzrost” zaś dotyczył tylko niektórych miejsc, sfer życia i środowisk społecznych, był bardzo selektywny i fasadowy.

Na Kongresie padło żartobliwe hasło: „miasto jest sexy”. Pierwsza zaproponowana teza brzmiała: Miasto istnieje dla mieszkańców, bo stanowi ono podstawowe środowisko ich życia, dlatego mają oni niezbywalne prawo do miasta. Biznes, władza, polityka winny im służyć. Przyjęta została w wersji krótszej, ale jeśli stałaby się coraz częstszą intencjonalną i wiążącą odpowiedzią na pytanie o miejskie pryncypia, to można by mieć nadzieję na nową jakość życia ogółu mieszkańców polskich miast, i to stosunkowo szybko. Polskie miasta staną się „sexy”, jeśli oderwą się od przestarzałych, industrialnych wzorców rozwoju (motoryzacja, rozpełzająca się szeroka zabudowa, gigantomania) oraz niesprawiedliwych, neoliberalnych koncepcji ekonomicznych, eksploatatorskich wobec miast przez komercjalizację i mechaniczną prywatyzację. Miasto jest złożonym systemem i nie ma prostych recept na sukces rozwojowy, zwłaszcza w skomplikowanych czasach. Pewne jest, że nie jest możliwy rozwój kraju bez powodzenia miast.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 3 lipca 2011 r.

Blaski i cienie polskiej transformacji

Blaski i cienie polskiej transformacji

Nie sposób pisać o wadach i zaletach transformacji ustrojowej bez uwzględnienia jej wewnętrznych i zewnętrznych determinant. Nie sądzę, aby w momencie jej przeprowadzania ktokolwiek był w stanie dokonywać świadomego wyboru realnie istniejących możliwości, które z kolei ulegały zmianom z miesiąca na miesiąc.

Opozycja, a właściwie całe „solidarnościowe” społeczeństwo domagały się przede wszystkim wolności politycznych i suwerenności państwa. Właściwie cała uwaga koncentrowała się wokół tych wartości. Z drugiej strony, elity komunistycznego państwa domagały się zachowania własnej pozycji w nowej rzeczywistości i chyba nawet nie wyobrażały sobie jej utracenia. Sądzę, że zarówno społeczeństwo, jak i aparat władzy miały przed oczami jako model gospodarczy wyidealizowany system państwa dobrobytu oparty na ekonomii Keynesa. Wspólne były marzenia o stabilnej własności prywatnej, i wolnym, ale jakoś kontrolowanym przez państwo rynku, z udziałem silnych przedsiębiorstw państwowych. Nikt nie wyobrażał sobie prywatyzowania elektrowni, kolei, stoczni itd.

Ani społeczeństwo, ani opozycja, ani władza komunistyczna nie wyobrażali sobie do końca, w którym momencie proces transformacyjny się zacznie i jak daleko może sięgnąć. Tym bardziej, że od momentu, gdy weszliśmy na drogę reform, jeszcze dwa lata funkcjonował Związek Radziecki i nic nie zapowiadało przemian ustrojowych w krajach satelickich. Tak więc nikt do końca nie wiedział, co nam, Polakom, naprawdę wolno.

Ustalenia „okrągłego stołu” sprowadzały się do systemu, w którym opozycja uzyskiwała poprzez Senat negatywną kontrolę nad władzą (skuteczne odrzucanie ustaw), zaś w sferze gospodarczej NSZZ „Solidarność” mogła funkcjonować organizując usamorządowienie zakładów pracy. Obietnica następnych wolnych wyborów oraz organ opozycji (wstyd się przyznać – była to „Gazeta Wyborcza”) podlegający cenzurze, to wynik „okrągłego stołu”, uznany za sukces przez większość doświadczonych statystów sceny politycznej. Nawiasem mówiąc, „nasz” rząd wcale nie był entuzjastą likwidacji cenzury.

Katastrofa wyborcza strony komunistycznej, zdrada partii satelickich, a także bardziej lub mniej aksamitne rewolucje w innych krajach bloku rozszerzyły perspektywy przemian. Dość szybko zrozumiało to oszołomione sukcesem społeczeństwo i przynajmniej część nowo wybranego parlamentu. Jednakże najwybitniejsze głowy polityczne opozycji kontynuowały swój projekt i poparły w Zgromadzeniu Narodowym kandydaturę Jaruzelskiego na prezydenta państwa. Bały się, skądinąd chyba słusznie, przejęcia odpowiedzialności za władzę.

Należy sobie bardzo wyraźnie zdawać sprawę z tego, że opozycja była słaba zarówno kadrowo, jak i programowo. Żyliśmy w kraju komunistycznym, odcięci od informacji, od możliwości awansu, od okazji bezpośredniego zapoznawania się z doświadczeniami innych krajów i poddawani bardziej lub mniej uciążliwym represjom. W tych warunkach szersze dyskusje dotyczyły raczej bezpośredniej taktyki toczenia walki (struktury organizacyjne, metody), niż założeń budowy przyszłego państwa. Pewien program wybiegający w przyszłość, i to dość udany, uchwalił I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Natomiast po wprowadzeniu stanu wojennego jakieś większe projekty budowy nowego państwa wydawały się całkowicie abstrakcyjne i wszelkie dywagacje na ten temat były czystą stratą czasu. Nieliczne próby podejmowania tych problemów wydawałyby się dzisiaj żenujące ze względu na swą anachroniczność.

Tak więc jeśli nawet mieliśmy w jakimś resorcie „swojego” ministra, to wkraczał on do pracy z zespołem 15-20 ludzi, którzy będąc kreatywnymi i zdolnymi, a nie było to wcale regułą, pozostawali zależni od wiedzy o funkcjonowaniu państwa i jego zasobach, przekazywanej im przez komunistyczną biurokrację budowaną w oparciu o partyjną nomenklaturę1. W miarę upływu czasu, problem ten był przełamywany, ale nie sądzę, żeby został przełamany do dzisiaj. Nie ma już starej nomenklatury, ale jej wychowankowie i spadkobiercy są nadal aktywni.

Wiadomo było, jak organizując rewolucję można obalić kapitalizm, znaliśmy również tego skutki. Ale jak bez rewolucji (a takie było założenie popierane przez większość społeczeństwa) wyjść z komunizmu i zbudować demokratyczne państwo, tego nie wiedział nikt na świecie i to musieliśmy wymyślić sami. Na dodatek w wyniku rozpadu obozu komunistycznego, poglądy dotyczące praw człowieka, demokracji i gospodarki zaczęły ewoluować. Świat kapitału i wielkich korporacji, niezagrożony niczym, zaczął dyktować nowe prawa, nowe zasady demokracji, nowe wartości. Poczciwy Keynes odpłynął w niepamięć, a my musieliśmy wdrażać nowe zasady uciekającego świata.

Czy można je było odrzucić?

Niektóre idiotyzmy na pewno tak, ale na odrzucenie ogólnego trendu byliśmy za słabi. Kraj był zniszczony komunistycznymi rządami, gospodarka niekonkurencyjna, modernizacja wymagała kapitału. Kapitał można było uzyskać z prywatyzacji. Nikt nie ratuje bankruta bez korzyści dla siebie i to oczywista dla każdego zasada. Kiedy w wyniku rozpadu świata komunistycznego interesy polityczne przestały odgrywać istotną rolę, zaczęły obowiązywać zasady neoliberalne. Na to należy nałożyć korupcję postkomunistycznych służb specjalnych i biurokracji, a także grzechy i głupotę środowisk byłej opozycji, którą można tłumaczyć brakiem doświadczenia i konsekwentną manipulacją2. Rezultat procesów prywatyzacyjnych można prześledzić na listach 100 najbogatszych ludzi w Polsce, gdzie co najmniej 80% pochodzi ze służb specjalnych lub środowisk związanych z establishmentem PRL.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że cała opozycja, a do dziś większość parlamentarzystów, postrzega państwo w świetle doświadczeń budżetów domowych. Tak więc milion to mnóstwo, a miliard to mnóstwo mnóstwa. Brak kompetencji to plaga, a skorumpowani eksperci to jeszcze większa plaga. W tym kontekście należy sobie przypomnieć, że postać Łukaszenki w sąsiedniej Białorusi wypłynęła na fali społecznego protestu wobec złodziejskiej prywatyzacji. Jest to częściowo odpowiedź na pytanie o alternatywy. Na szczęście Bóg i tradycja narodowa nas przed tym ustrzegły.

Wreszcie ostatni problem transformacji, chyba najważniejszy i stanowiący do dziś najpoważniejsze zagrożenie dla porządku społecznego na całym świecie: narzędzia, którymi należało dokonać transformacji, a więc prawo, prawo stanowione, a także media jako podstawowe źródło komunikacji między władzą a społeczeństwem.

W rzeczywistości społeczeństwo żyje w sferze prawa zwyczajowego, które może być stymulowane z zewnątrz przez prawo stanowione. Przecież nikt, poza profesjonalistami, a i ci nie zawsze, nie czyta Dziennika Ustaw, którego od 1989 r. wydrukowaliśmy około 300 tys. stron Zamiast tego dowiaduje się od znajomych, jak się daną sprawę załatwia. Tak więc tworzy się pewna społeczna wykładnia przepisów prawa. Proces ten zajmuje wcale niemało czasu i w moim przekonaniu stanowi pewną nieprzekraczalną barierę możliwości przyspieszania procesu reform. Przeciętny obywatel, a nawet parlamentarzysta czy doświadczony prawnik, nie są w stanie przewidzieć do końca skutków stanowionych przepisów poddanych konfrontacji ze złożonym życiem społecznym. Stąd mój sceptycyzm w stosunku do pomysłów Konstytucji Europejskiej czy Traktatu Lizbońskiego. Każdy proces budowania życia społecznego „od góry”, zgodnie z jakąś doktryną, musi budzić podejrzenia. Procesy integracyjne powinny wyrastać z rzeczywistych potrzeb ludzkich. W przeciwnym wypadku zadekretowana miłość i współpraca może skończyć się jak w Jugosławii.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że innych narzędzi prowadzenia reformy nie ma, a sam proces poprawiania komunikacji między władzą a społeczeństwem mogą zapewnić jedynie sprawne i pluralistyczne media. W przypadku polskiej transformacji media zawiodły, stając się w ogromnej mierze tubą propagandową koncepcji neoliberalnych, cenzurując jednocześnie bardzo szczegółowo wszelkie informacje mogące podważyć nieomylność arcykapłanów reformy, bądź wskazać jej negatywne skutki dla życia społecznego.

Bardzo mało osób wie, że pierwszą ustawą złożoną w Sejmie przez rząd Jana Olszewskiego była ustawa o Prokuratorii Generalnej, instytucji mającej sprawować pieczę prawną nad majątkiem Skarbu Państwa. Instytucja ta – i to o bardzo okrojonych kompetencjach – powstała dopiero po 8 czy 10 latach, kiedy majątek ten został w dużej mierze rozgrabiony.

***

Bezdyskusyjnie największym osiągnięciem reformy było zapewnienie wolności politycznych obywatelom i suwerenności państwu. Osobną kwestią jest to, jak obywatele potrafią z tych wolności korzystać i jak są manipulowani. Tym niemniej posiadają możliwości wpływania na władzę nie mniejsze niż w starych demokracjach, a i środki manipulacji nie odbiegają bardzo od światowych standardów. Ponadto obserwujemy bezsprzeczny wzrost statusu materialnego społeczeństwa, przy czym niezależnie od wzrostu stratyfikacji społecznej, dotyczy to praktycznie wszystkich warstw.

Do negatywnych skutków transformacji zaliczyłbym przemiany społecznego etosu. Wartości kolektywne, jak solidarność, odpowiedzialność za państwo, wspólnotę, współpraca, zostały zastąpione przez osobisty sukces, konkurencję, ambicję, a kłopotliwe słowo „chciwość” zostało po prostu wyeliminowane z języka polskiego. Zastąpił je pozytywny „zysk”, który stał się naczelną miarą ludzkich osiągnięć. Sądzę, że i tu zbliżyliśmy się do międzynarodowych standardów, choć w krajach stabilnej demokracji nie wygląda to, przynajmniej z zewnątrz, tak karykaturalnie jak w kraju akumulacji kapitału. Myślę, że reakcja na bodźce medialne nawołujące do hedonistycznego traktowania życia i konsumpcji została tam przytępiona i sądzę, że w Polsce niedługo będzie podobnie.

Zasadniczą wadą prowadzonej transformacji była koncentracja na efektach ekonomicznych, przy całkowitym niedostrzeganiu problemów infrastruktury społecznej. Spekulacyjna wyprzedaż mieszkań zakładowych wraz z lokatorami, likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, to działania, które trudno traktować inaczej niż jako liberalny bolszewizm.

Znamienne jest, że zarówno w decyzjach władz, jak i w orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego i sądów, mamy do czynienia z sakralizacją własności, ale tylko tej sprzed wojny i tej zdobytej po 1990 roku. PRL-owski dorobek zwykłych obywateli nie jest w ogóle chroniony (chyba, że chodzi o SB-ckie emerytury). Nieoprocentowanie depozytów mieszkaniowych przez Balcerowicza, które daje się porównać jedynie z bierutowską wymianą pieniędzy, w żaden sposób nie narusza świętego prawa własności. Podobnie jest z rzekomą „spółdzielczością” mieszkaniową. Wszelkie próby reformowania jej na rzecz lokatorów spotykają się z konsekwentnym oporem ze strony TK i wymiaru sprawiedliwości. Przykłady takie można mnożyć. Wszystkie one godzą w wiarygodność i efektywność państwa jako instytucji powołanej do ochrony szerokich rzesz obywateli.

Ponieważ rolę poszczególnych czynników w kształtowaniu transformacji omówiłem już na wstępie, tu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w procesie transformacyjnym miejsce doktryny komunistycznej zajęła podobnie „jedynie słuszna” doktryna neoliberalna. I tak do 2008 r., kiedy w związku z kryzysem zaczyna narastać krytycyzm.

***

Trzeba zauważyć, że przemiany polityczne dotyczące przywrócenia suwerenności, wolności słowa, wolności zrzeszeń i zgromadzeń, wolnych wyborów, wreszcie wolności gospodarczej, wychodziły naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa. W ten sposób wypromowani „architekci” przeobrażeń zyskiwali wiarygodność. Należy również pamiętać o tym, że społeczeństwo było zmęczone nędzą PRL-u, a także toczoną od 8 lat walką z systemem. Tak więc dysponując wiarygodnymi i sprawdzonymi przywódcami, przestało aktywnie funkcjonować w sferze politycznej i rzuciło się w wir działalności gospodarczej. Ponieważ jednak nie wszystkim układało się tak, jak oczekiwali, co pewien czas społeczeństwo kontestowało i wybierało niespodziewanie postkomunistów (rok 1993, 2001). Reforma ustrojowa przyniosła awans społeczny inteligencji i to ona stała się głównym promotorem neoliberalnej transformacji. Pozbawione w dużej mierze swych elit i ścigane problemami dnia codziennego społeczeństwo, stać było jedynie na akty kontestacji.

Oczywiście transformacja nie miała nic wspólnego z programem przyjętym przez I Zjazd „Solidarności” czy nawet z umowami „okrągłego stołu”. Były one daleko bardziej prospołeczne, ale w warunkach szybko toczących się przemian i nasilonej propagandy stawały się w oczach szerokiej opinii publicznej coraz bardziej anachroniczne.

***

Jak już pisałem, nie bardzo istniały wzorce dla przeprowadzenia transformacji. Neoliberalizujące elity ochoczo powoływały się na przykłady Hiszpanii i Chile, tyle tylko, że tam transformacja dotyczyła przejścia od prawicowej dyktatury do wolnorynkowej demokracji. U nas za to szliśmy do demokracji od lewicowego totalitaryzmu i pełne wdrożenie neoliberalnej doktryny Friedmana, kosztem państwa słabo, ale jednak opiekuńczego, mogłoby spotkać się z dość radykalnym sprzeciwem szerokich rzesz społecznych.

Tak więc pozostawały wzorce systemów prawnych rozwiniętych demokracji lub II Rzeczypospolitej. Te ostatnie były anachroniczne wobec rozwoju cywilizacyjnego, który przyniosła druga połowa XX wieku. PRL była w najlepszym wypadku krajem rozwijającym się i przenoszenie wzorców z krajów rozwiniętych kolidowało ze stanem świadomości społeczeństwa. To znamienne, że przy kulcie autorytetów zupełnie nie daje się wypromować prawie banalnej myśli noblisty Stiglitza, iż systemy gospodarcze muszą być adekwatne do stopnia cywilizacji i świadomości społeczeństw. Być może szkoda, że nie zwrócono większej uwagi na systemy społeczno-gospodarcze krajów skandynawskich, ale odnoszono się wtedy do państwa opiekuńczego niezwykle krytycznie, wręcz lekceważąco.

Prowadząc transformację, nie zauważano lub skutecznie tępiono różne rozwiązania, które miały szanse zakorzenić się w polskim społeczeństwie i mogły zmienić charakter transformacji. Na przykład rozwiązanie nawiązujące wręcz do tradycji „Solidarności”, to własność pracownicza. Sam uczestniczyłem w kilku bojach o powołanie spółek pracowniczych. Za każdym razem trafiałem na mur nie do przebicia. Co głupsi argumentowali populistycznie, że uwłaszczenie pracowników narusza równość społeczną. Bo na czym uwłaszczyć nauczycieli? Pracownicy Banku Śląskiego zostali uwłaszczeni nie najgorzej i nikomu to nie przeszkadzało. Drugi argument był dużo poważniejszy. Dotyczył on potrzeby dokapitalizowania przedsiębiorstw. I to był realny problem. Tym niemniej istniała pewna ilość zakładów, które mogły podjąć konkurencyjną produkcję, np. Polifarb Wrocław, Pudliszki, Porcelana Wałbrzych. Jednakże tu spółki pracownicze czy spółki dostawców, natrafiały na barierę spłaty kredytów zaciągniętych na modernizację zakładu. Państwo w żaden sposób nie chciało umorzyć zadłużenia. Problem ten znikał jednak natychmiast, gdy przedsiębiorstwo miało trafić w ręce kogoś z nomenklatury lub służb, czy też w wyniku mało przejrzystych machinacji trafiało w ręce inwestora zagranicznego.

Podobnie było z instytucją popularnych na zachodzie tzw. credit unions, które w USA są dysponentem ok. 1/3 rynku finansowego. W Polsce nawiązywałyby one do tradycji Kas Stefczyka. W czasie, gdy na nasz rynek wchodziły coraz to nowe zagraniczne instytucje kapitałowe, konsekwentnie blokowano ich powstawanie, nie wydając odpowiedniej ustawy. Tłumaczono to dbałością o interesy konsumentów…

***

Na pewno istniały takie elementy PRL-u, których nieprzemyślane, pospiesznie przeprowadzane zmiany, wyrządzały więcej szkody niż pożytku. Nie ma żadnego powodu, aby państwo zajmowało się gospodarką rolną, ale likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, bez stworzenia rozległego programu adaptacyjnego dla ich pracowników, to po prostu przestępstwo.

Ogromne straty poniosła również kultura. Pomysł funkcjonowania kultury na zasadach rynkowych jest możliwy do przyjęcia, ale przy silnym wsparciu materialnym ze strony państwa. Jest to powszechną praktyką w starych, bogatych demokracjach. W warunkach kraju biednego, przy ograniczonej pomocy ze strony państwa (patrz budżet Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), zasady takie prowadzą do zastąpienia kultury przez komercyjną kulturę masową. A różnica jest tu mniej więcej taka, jak między demokracją a demokracją ludową. Realizowana jest zmodyfikowana zasada dialektyki: ilość przechodzi w bylejakość.

O takim kierunku przemian decydowały przede wszystkim interesy „trzymających władzę”, wspierane neoliberalnym doktrynerstwem. Kiedy po przestudiowaniu „Ekonomii” Samuelsona powiedziałem znajomemu, że ekonomia jako nauka ścisła jest nieścisła, ten odpowiedział: „A jako nauka społeczna jest aspołeczna” – i to chyba odpowiedź na postawione pytanie.

***

Oceniając nasz proces transformacyjny na tle przeobrażeń współczesnego świata, a więc procesów globalizacji, integracji europejskiej, porównując z tym, co się działo w innych państwach bloku wschodniego, dochodzi się do wniosku, że mogło być gorzej. Oczywiście ostateczną odpowiedź będzie można dać dopiero, gdy na świecie skończy się kryzys. Zablokowany proces demokratyzacyjny w Rosji i na Białorusi, zamęt polityczny na Ukrainie; to wszystko mogło stać się także naszym udziałem. Z drugiej strony rzekome sukcesy transformacyjne, z upodobaniem wychwalanych państw takich jak Estonia, Węgry czy Słowacja, zakończyły się gospodarczym fiaskiem i kraje te z przerażeniem patrzą na pogłębiający się kryzys.

***

Oczywiście problemy wykluczonych społecznie, byłych pracowników PGR-ów, lokatorów dawnych mieszkań zakładowych czy właścicieli książeczek mieszkaniowych, będą musiały być jakoś rozwiązywane, ale już w nowym kontekście kształtowania stosunków społecznych. O ile więc mówi się – ale głównie mówi! – o naprawianiu materialnych krzywd wyrządzonych przez system komunistyczny, o tyle nie słyszałem, by ktoś planował wydanie aktu prawnego naprawiającego krzywdy procesu transformacji.


1. Warto przywołać tu konkretne wydarzenie. Kiedy Jan Olszewski zamierzał mianować Andrzeja Olechowskiego ministrem finansów, spotkałem się z nim, by przedstawić „imponujące” gospodarcze osiągnięcia kandydata w początkach III RP. Olszewski odpowiedział mi bardzo prosto: jeśli masz kogoś innego, kto pojedzie w ciągu dwóch tygodni do USA, by negocjować restrukturyzację polskiego zadłużenia, to mogę już jutro mianować go ministrem finansów. Zamilkłem.

2. Dwukrotnie, ba, nawet czterokrotnie podejmowałem próbę objęcia stanowiska prezesa NIK, aby ograniczyć patologie procesu prywatyzacyjnego i za każdym razem kończyło się to tak samo. Myślę, że moja niezależność i determinacja były zawsze przeszkodą.

Blaski i cienie polskiej transformacji

Od KOR do IV RP

Starszym Państwu” poświęcam.

Ostatnie i kilka nadchodzących lat to okres jubileuszy. 25-lecie „Solidarności”, 25-lecie stanu wojennego, 30-lecie KOR, za chwilę bliskie memu sercu 25-lecie Radia „Solidarność”, 30-lecie ROPCiO itd., itd. Słabo już pamiętamy i mało się mówi o 50-leciu „Po prostu”, 50-leciu Października, 50-leciu Powstania Węgierskiego. Mimo iż jubilaci, czyli uczestnicy wydarzeń, są już nieco zmęczeni ilością uroczystych akademii, a często denerwuje ich fałsz utrwalonych stereotypów, to jednak otrzymują jakąś satysfakcję. Najczęściej jedyną, jaką miała im do zaoferowania III RP. Dlatego też w pełni popieram inicjatywę Prezydenta Kaczyńskiego odznaczania ludzi zasłużonych w walce o wolną i demokratyczną Polskę, a bardzo nie podoba mi się pomysł młodych historyków grzebania w ich prywatnym życiu dla potrzeb tabloidów. Świętymi nie byli i wcale do tego nie aspirowali – aspirowali do godnego życia w wolnym kraju. Jak odpowiada Radio Erewań: „To prawda, że Piotr Czajkowski był homoseksualistą, ale nie tylko za to go cenimy”…

Nadmiar rocznic może nieco męczyć również tych, którzy nie są nimi osobiście zainteresowani, ale chyba niesłusznie, bo historia realizuje się również dziś i dotyczy wszystkich. Przemilczanie historii najnowszej i patrzenie w przyszłość, lansowane przez Aleksandra Kwaśniewskiego (który rzeczywiście we własnej przeszłości nie posiada zbyt wielu aktywów) czy Unię Wolności, oderwało społeczeństwo tak daleko od korzeni, że dziś nie bardzo jest w stanie przypomnieć sobie drogę, którą przeszło, uzmysłowić popełnione błędy, ustalić własną tożsamość, wyznaczyć cele na przyszłość.

Tak więc korzystając z okazji warto sobie przypomnieć przebytą drogę i uzmysłowić, co osiągnęliśmy, a co straciliśmy, które z naszych marzeń stały się realnością, które oczekują na konsekwentną realizację, a które okazały się idealizmem. Sądzę, że właśnie do tego celu powinny służyć jubileusze, zresztą wzorce osobowe też się mogą przydać społeczeństwu.

Czerwiec 1976 roku przyniósł zapowiedź podwyżek cen, bunt robotników Radomia i Ursusa, brutalne represje wobec uczestników protestu, a także wycofanie się władz z zapowiedzianych podwyżek. Jednocześnie organizacja masowych wieców, na których społeczeństwo miało potępiać warchołów i wspierać czerwonych władców postawiła najzwyklejszych szarych ludzi przed moralnym dylematem: solidarność czy podłość.

Potępiać osoby, które wywalczyły to, że rodziny mogły nadal wiązać koniec z końcem zamiast popadać w skrajną nędzę, popierać władzę, która w imię abstrakcyjnych idei zamierzała do tego doprowadzić – to przekraczało dotychczasowe wyobrażenia przeciętnego obywatela i uświadamiało mu, jak dalece jest upokarzany. Nic też dziwnego, że kiedy na odbywającym się pod koniec lipca pokazowym procesie domniemanych przywódców strajku ursuskiego pojawiła się grupa ludzi, którzy zamierzali wyrazić solidarność z oskarżonymi i chcieli organizować pomoc dla ich rodzin, spotkało się to ze społecznym uznaniem.

Społeczeństwo, które nie znalazło w sobie siły, by zareagować na wydarzenia 1970 roku na Wybrzeżu (do dziś znamy tylko listy zabitych, a nie słyszałem, by ktoś spróbował ustalić zakres represji sądowych), tym razem z dużą sympatią odniosło się do tych, którzy mieli odwagę powiedzieć, że są solidarni z „warchołami”. Kiedy w Instytucie Fizyki PAN zbierałem pieniądze na pomoc dla represjonowanych, nie było nikogo, łącznie z sekretarzem POP (podstawowej organizacji partyjnej), kto odmówiłby składki.

Nie był to wybuch spontanicznej aktywności społecznej, jak w roku 1980, ale na pewno można mówić o życzliwości społeczeństwa wobec tych, którzy tę aktywność przejawiali. Oczywiście jest to problem, w jakim miejscu ustawimy granicę aktywnego uczestnictwa w ruchu opozycyjnym, ale sądzę, że do momentu powstania „Solidarności” liczba osób, które świadomie identyfikowały się z opozycją, mogła wynosić w całej Polsce 2-5 tysięcy, a ilość ludzi sporadycznie wspierających ruch mogła być dziesięcio-dwudziestokrotnie większa. W lipcu 1980 r., po strajku lubelskim, mimo okresu wakacyjnego nie mieliśmy większych kłopotów z rozkolportowaniem 70 tys. okolicznościowego nakładu „Robotnika”. To była kadra przyszłej „Solidarności” i podziemia stanu wojennego.

W lutym 1977 r. wyszli na wolność prawie wszyscy – za wyjątkiem pięciu lub sześciu osób – uczestnicy wydarzeń czerwca 1976. Komitet Obrony Robotników zaistniał w świadomości społecznej, a ponadto było nam, środowisku KOR-owskiemu, ze sobą dobrze. Poznałem Mirka Chojeckiego, Antka Macierewicza, Jacka Kuronia. Każda nowa znajomość była olśnieniem. Są na świecie ludzie, którzy myślą podobnie i nie boją się mówić o swoich przekonaniach. Postanowiliśmy działać dalej, poszukiwaliśmy dróg poszerzenia swojej wolności. Nie było to proste. Zamordowanie Staszka Pyjasa i Staszka Pietraszki, zaaresztowanie „młodego” KOR-u, głodówka w kościele Św. Marcina – to wszystko poprzedziło amnestię z lipca 1977 roku. W końcu wszyscy (również robotnicy Radomia i Ursusa) byli na wolności.

Działać. Zmieniać świat. Zmieniać system.

Był to moment, w którym chyba najwięcej mamy do zawdzięczenia „Starszym Państwu”. To właśnie oni przenieśli z XIX i początków XX wieku w nasze czasy misję polskiego inteligenta, polskich elit. Misję odpowiedzialności za Kraj i społeczeństwo. To oni uczyli nas kultury politycznej (jak w życiu, niektórzy uczniowie okazali się bardziej, inni mniej zdolni). Oni zapobiegali popełnieniu przez nas nieodwracalnych błędów. Oni cementowali środowisko i zapobiegali jego rozpadowi na zwalczające się frakcje polityczne. Profesor Edward Lipiński, ks. Jan Zieja, Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa, dr Józef Rybicki, Adam Szczypiorski, Jan Kielanowski, Ludwik Cohn, Wacław Zawadzki, wreszcie pośrednicy między „starym” i „młodym” KOR-em – Halina Mikołajska i Jan Józef Lipski.

To dzięki nim byliśmy w stanie przekazać swój pozytywny dorobek w ręce „Solidarności”.

Chcieliśmy działać politycznie. Dziś to wygląda bardzo egzotycznie, ale to głównie z inicjatywy blisko wówczas współpracujących ze sobą Adama Michnika i Antoniego Macierewicza powstała koncepcja stworzenia czasopisma „Głos” i zbudowania wokół niego ruchu demokratycznego jako formacji politycznej. „Stary” KOR miał stanowić swego rodzaju parasol ochronny. Powstała deklaracja programowa (chętnie bym ją podpisał i dzisiaj), powstał ruch demokratyczny. Problem był tylko jeden: do ruchu demokratycznego wpisali się również prawie wszyscy „Starsi Państwo”, zabezpieczający nas od jałowego politykierstwa, a ponadto autorom pomysłu starczyło koncyliacyjności jedynie na wydanie pierwszego numeru „Głosu”. Przy drugim nastąpił konflikt, który zresztą w mniejszym lub większym stopniu ciążył na działalności KSS „KOR” do końca, a w kontaktach towarzyskich nawet do dziś.

Piszę o tym mało znanym epizodzie, ponieważ jest on znamienny w procesie tworzenia ruchów społecznych. Cierpi na niego opozycja białoruska, ukraińska, kubańska. Nam udało się tego uniknąć. Postawa „Starszych Państwa” i sukces osiągnięty w działaniach pozytywnych doprowadziły do tego, że KOR po dokooptowaniu młodszych działaczy przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR – instytucję animującą i w miarę swych możliwości chroniącą rodzące się inicjatywy społeczne. Na ten właśnie okres datuje się powiedzenie Jacka Kuronia: „Zamiast palić komitety, zakładajmy własne”.

Właściwie KSS KOR to nie była jedynie organizacja skupiająca 34 członków, lecz większe środowisko niezależnych inicjatyw społecznych. Spośród tych inicjatyw tylko Biuro Interwencji było autoryzowane przez KSS KOR, reszta korzystała z bardzo szerokiej autonomii o różnym stopniu identyfikacji z KSS KOR. Były to niewątpliwie środowiska współpracujące ze sobą, uczestniczące w inicjatywach koordynowanych przez KSS KOR i broniące się wspólnie przed zagrożeniami, jakie niósł ze sobą opresyjny system totalitarny.

W środowiskach robotniczych działał „Robotnik” i Wolne Związki Zawodowe, wśród rolników Komitety Samoobrony i „Placówka”, w środowiskach studenckich Studenckie Komitety Solidarności, wśród inteligencji Uniwersytet Latający i Towarzystwo Kursów Naukowych, do tego skupiony wokół „Nowej” ruch wydawniczy – Biuletyn Informacyjny, „Głos”, „Puls”, „Spotkania”, „Zapis”, ponad sto tytułów wydawnictw książkowych, wreszcie skoncentrowane na problemach praw człowieka i niesieniu pomocy poszkodowanym Biuro Interwencji.

Wbrew panującym stereotypom, środowisko KOR-owskie uczestniczyło w tworzeniu Komitetów Samoobrony Ludzi Wierzących i organizowaniu petycji w sprawie transmitowania w radiu Mszy Świętej. W oparciu o rodzące się inicjatywy usiłowano odbudować społeczną infrastrukturę demokratycznego państwa. Jak i kiedy upadnie komunizm – nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy jednak na pewno, że odbudowa tej infrastruktury jest rzeczą niezbędną.

Nestor KSS KOR, Profesor Lipiński, kiedy narzekaliśmy na trudności gospodarcze, mówił, że ekonomiczne odbudowanie kraju to stosunkowo prosty i nie najtrudniejszy problem koniunktur międzynarodowych. Zasadniczym problemem jest długotrwałość procesu odbudowy demokratycznego społeczeństwa, który będzie się ciągnąć latami. Dziś widzimy, że miał pełną rację. Możemy się tylko pocieszać, że nam lepiej lub gorzej udaje się przesuwać po tej trudnej drodze do przodu, a taka np. Rosja już od 15 lat nie jest w stanie ruszyć się z miejsca.

Dziś warunki technicznego funkcjonowania ruchu społecznego zmieniły się w sposób niewyobrażalny. Faktem jest jednak, że dwustuletnia niewola wytworzyła w Polsce unikalną kulturę funkcjonowania w podziemiu, kulturę budowania społecznego oporu. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków, mimo iż pochodzą z różnych okresów, stworzyły pewne doświadczenia funkcjonujące w narodowej tradycji.

Co do tego doświadczenia dołożył KOR? W moim przekonaniu cztery rzeczy, które wydają się oczywiste, lecz często się o nich zapomina.

Po pierwsze: ruchy społeczne powstają na gruncie impulsu moralnego, który jako jedyny ma możliwość dotarcia do szerokich rzesz społeczeństwa. Wytworzenie takiego impulsu leży poza granicami intelektualnych spekulacji. Powstanie i rozwój KOR-u były wynikiem potrzeby solidarności w społeczeństwie, a powstanie „Solidarności” to wynik wizyty Jana Pawła II, nauczającego o potrzebie prawdy i odwagi.

Po drugie: ruch, który ma doprowadzić do szerokich przemian społecznych, a nie do zdobycia władzy, musi bazować na działaniach pozytywnych, a nie wyłącznie na kontestacji. Ruch taki musi mieć za podstawę tworzenie zjawisk zupełnie konkretnych, akceptowanych przez wszystkich, a nie jałowy spór wokół wyspekulowanych różnic politycznych.

Po trzecie: rozwijający się ruch społeczny musi dysponować szeroką paletą bardzo prostych zadań, które są w stanie wykonywać praktycznie wszyscy jego uczestnicy. Każdy, kto podzielał potrzebę zmiany systemu, niezależnie od swego statusu społecznego, mógł funkcjonować w środowisku KSS-KOR. Każdy potrafi zbierać pieniądze, rozwozić pomoc, kręcić powielaczem, kolportować bibułę czy rozrzucać ulotki. Brak takich zadań to dziś poważna słabość partii politycznych. Odbywająca się raz na 3-4 lata kampania wyborcza, w której masz działać, żeby kogoś innego wybrano, to zbyt mało dla integracji środowiska.

Po czwarte: w krajach, w których ruch tworzy się w warunkach ciągłych represji, zasadą musi być stworzenie względnego poczucia bezpieczeństwa dla uczestników ruchu. Ludzie często podejmują ryzyko nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do poczucia bezpieczeństwa, które jest się w stanie im zapewnić, ale muszą wiedzieć, że nie zostaną zapomniani, a oni i ich bliscy dostaną dostępną w konkretnych warunkach pomoc. Górników, którzy rozpoczynali strajki w 1988 r. nie interesowało, jak długo będą one trwały, czy będą do nich strzelać, czy będą ich bić. Interesowało ich, czy prowadzona przeze mnie i żonę Komisja Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” będzie w stanie wypłacić ich żonom i dzieciom zasiłki strajkowe, które zapewnią im przeżycie podczas strajku. To nie materializm – to poczucie odpowiedzialności.

Z perspektywy 30 lat warto zadać pytanie, co się stało z ideałami które nam wtedy towarzyszyły, co się stało z wrażliwością społeczną, ze społeczeństwem obywatelskim, z solidarnością. Rzeczywiście niewiele z tego zostało, ale trzeba to wszystko odbudowywać, w społeczeństwie o innej świadomości, bo tylko te wartości są w stanie tworzyć wspólnotę.

Zniszczenie solidarności międzyludzkiej, tej przez małe „s”, to chyba największa zbrodnia. Po stanie wojennym już wszyscy, łącznie z PZPR i SB, wiedzieli, że komunizm musi upaść, bo jest całkowicie anachronicznym systemem, nie odpowiadającym na współczesne potrzeby. Wiadomo było, co należy obalić, ale mało kto wiedział, co należy zbudować. Wszelkie pomysły, które miały rozszerzać sferę wolności, budować podmiotowość obywatelską, odnosiły się do świata dwubiegunowego, z zafiksowanym na zawsze Związkiem Radzieckim i realnym socjalizmem, daj Boże z ludzką twarzą.

Jeśli wiedzieliśmy coś o kapitalizmie, to raczej w wersji „państwa dobrobytu” Galbraitha czy Keynesa – oglądanego oczyma tych szczęśliwców, którzy je widzieli – niż systemu produkującego również nierówności i kryzysy gospodarcze. Podobnie jak ludy pierwotne wyniszczone przez zarazki przyniesione przez Europejczyków, byliśmy zupełnie pozbawieni odporności na wirusa liberalizmu.

Przyszło nam budować Kraj w zupełnie innym świecie niż ten, który sobie wyobrażaliśmy. Przemiany w Polsce zmieniły świat, obaliły komunizm, tego nikt sobie nie wyobrażał. Kiedy we wrześniu 1989 r. podczas wizyty w Waszyngtonie rozmawiałem z zastępcą Sekretarza Stanu, Eagleburgerem i usiłowałem mu przedstawić jakie globalne problemy gospodarcze powstaną po rozpadzie ZSRR i jaką rolę powinny odegrać wtedy Stany Zjednoczone, ten słuchał mnie uprzejmie, ale tak jakbym przybył z Księżyca. Może jedyną osobą, która coś z tego rozumiała był Lane Kirkland, przewodniczący związku zawodowego AFL-CIO, który usiłował przekonywać do umiędzynarodowienia „Solidarności”. Ale wtedy nikt tego nie pojmował.

Na postawie elit zaciążył nie tyle postkomunizm, ile coś, co określa się jako „ukąszenie heglowskie”, a więc wiara w istnienie obiektywnych praw historii i wyniesione z marksizmu uznawanie praktyki jako kryterium prawdy. Komunizm przegrał z kapitalizmem, a więc nie niósł prawdy. Prawdę – i to jak zawsze jedynie słuszną i naukową – niósł więc ze sobą odbudowany w latach 80. liberalizm. Jeśli w imię prawdy można było przeprowadzić kolektywizację i doprowadzić do Wielkiego Głodu na Ukrainie, to dlaczego nie można by doprowadzić z dnia na dzień do likwidacji PGR-ów, stanowiących obrazę gospodarki wolnorynkowej. W takim wypadku marginalizacja ponad 2 milionów ludzi nie mogła stanowić przeszkody. Ziemia jakiś czas poleży odłogiem, a potem za odpowiednio niewygórowaną cenę trafi we „właściwe” ręce. Podobnie z mieszkaniami zakładowymi. Cóż z tego, że były one zbudowane ze środków socjalnych załóg, cóż z tego, że dla milionów ludzi stanowią jedyny dorobek wyniesiony z PRL-u. Przeprowadzenie setek tysięcy prywatyzacji, ze sporządzeniem indywidualnych aktów własności jest dużo trudniejsze niż sprzedanie mieszkań wraz z najemcami po 5 zł za metr kwadratowy nowym właścicielom. I można by tak długo. Kiedy doktryna dominuje rozum, wówczas budzą się upiory…

Tak głębokiego kryzysu nie da się przełamać przez składanie deklaracji patriotycznych. Zresztą gdyby ktoś próbował odejść od doktryny, jak np. rząd Jana Olszewskiego, to zawsze jeszcze istnieje intryga polityczna, prowokacja czy też niezawodne, nienaruszone od czasów PRL-u służby specjalne.

Kiedy alienują się elity, społeczeństwo nie jest w stanie przeciwstawić się naporowi propagandy i materialnego szantażu.

Ostatecznie zawiodła również „Solidarność”, zawiedli robotnicy. To przecież załogi nie potrafiły się przeciwstawić rozkradaniu ich zakładów pracy przez pączkujące spółki nomenklaturowe. Przychodził dyrektor-kumpel i mówił: „Nie mogę wam zapłacić więcej, bo musiałbym zapłacić popiwek. Ale zrobimy to tak. Ja założę spółkę, tę pracę zlecimy spółce, a wykonacie ją wy na swoich zakładowych maszynach. Wtedy jako właściciel będę wam mógł zapłacić tyle, ile wam się należy”. I ludzie szli na to. Zakład upadał, pracownicy szli na bruk, a właściciel kwitł. Wcale nierzadko nie musiała temu towarzyszyć zła wola, mogło to być tylko poszukiwanie wyjścia z nieznanej sytuacji, a wir życia wciągał głębiej.

Były próby integrowania załóg i przejmowania przez nie przedsiębiorstw. Na przykład spółkę pracowniczą próbowali założyć pracownicy wrocławskiego „Polifarbu” czy trykociarki z płockiego „Cotexu”, ale wszyscy oni słyszeli „NIE” i natrafiali na nieprzekraczalną barierę biurokracji, doktrynerstwa, głupoty, korupcji.

Dziś stajemy ponownie przed problemem, jak odbudować demokratyczne państwo świadomych obywateli. Czy można ograć oszustów nie odwołując się do oszustwa. Jak dotrzeć do obywateli, gdy media znalazły się w rękach twórców liberalnego ładu. Czy można pójść na skróty i nie zabłądzić. Jak nie ulec wszechogarniającemu zniechęceniu, cynizmowi i demoralizacji.

Nam 30 lat temu udało się odpowiedzieć na równie beznadziejnie brzmiące pytania. Dziś stawiamy te pytania młodszym, a my będziemy pomagać radą i doświadczeniem. Za kolejnych 30 lat to wy będziecie się zastanawiać nad popełnionymi błędami i robić rachunek sumienia. Życzę, abyście osiągnęli przynajmniej tyle satysfakcji, ile udało się nam osiągnąć, odzyskując suwerenną Polskę.