przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wendell Berry
Rolnik działający na rzecz ochrony przyrody ma dość bycia na podwójnie przegranej pozycji.
Jestem rolnikiem i działaczem na rzecz ochrony przyrody (conservationist), rzecznikiem Matki Natury i agrarystą1. Działam na rzecz ochrony dzikiej przyrody nie tylko dlatego, że czuję z nią osobistą więź – po prostu uważam to za konieczne z punktu widzenia życia na Ziemi oraz życia człowieka. Z tych samych względów pragnę również chronić naturalną równowagę i integralność ekosystemów użytkowanych przez człowieka: chciałbym, aby rolnicy, hodowcy i leśnicy na całym świecie mogli dobrze żyć i prosperować w społecznościach stabilnych, dostosowanych do lokalnych warunków i rozsądnie gospodarujących zasobami.
Oznacza to, że spędzam życie, broniąc interesów dwóch przegrywających stron. Odkąd pamiętam, światłe idee agraryzmu i ochrony przyrody odnoszą – mimo zwycięstw w niektórych sprawach – nieustanne porażki, z których wielu nie sposób zrekompensować. Trzecią stronę, tę, która wydaje się coraz bardziej zdecydowanie wygrywać, tworzą korporacje bezwzględnie eksploatujące środowisko. Celowo napisałem „wydaje się” – uważam bowiem, że złudna jest potęga takich przedsiębiorstw. Wersja kapitalizmu przez nie kultywowana, w ostatecznym rozrachunku opiera się nie na zasobach naturalnych, które lekkomyślnie niszczy, lecz na pielęgnowaniu iluzji. Całkiem niedawno pewien ekonomista zasygnalizował problem, mówiąc: „Gdyby konsumenci przestali żyć ponad stan, kryzys gospodarczy byłby nieunikniony”2. Kiedy trzecia strona ostatecznie pokona dwie pierwsze, przyrodę i tradycyjne społeczności wiejskie, oznaczać to będzie także jej koniec.
W ostatnim czasie jej przedstawiciele – być może świadomi niedorzeczności, na której opiera się ich działalność – bronią swoich interesów wyjątkowo zaciekle, dążąc do podporządkowania sobie polityki, mediów i nauki, ze szczególnym uwzględnieniem biotechnologii, którą gorączkowo komercjalizują z zamiarem przejęcia całkowitej kontroli nad światową produkcją żywności. Rosnąca przewaga wpływów korporacji nad mechanizmami demokratycznymi to bodaj najbardziej niepokojący proces od czasów wojny secesyjnej, a znakomita większość współczesnego świata nie widzi w nim nic nadzwyczajnego.
Smutek wypływający z wieloletniego obserwowania porażek dwóch bliskich mi stron jest tym większy, że konflikt istnieje nie tylko między każdą z nich a ich wspólnym wrogiem, ale także – i to niejako „z definicji”, jak się przyjęło – między nimi nawzajem. Jeszcze większy ból sprawia mi świadomość, że obie moje strony są głęboko uwikłane w różnego kalibru grzechy tej trzeciej.
Próbując konstruktywnych dróg wyplątania się z tego położenia, postanowiłem niedawno, że nie poprę już żadnej inicjatywy na rzecz ochrony dzikiej przyrody, jeśli jej celem nie będzie jednocześnie poprawa kondycji pobliskich obszarów wiejskich: zdrowia ich ekosystemów i jakości życia ich mieszkańców. Niezależnie od wynikających z tego trudności praktycznych, decyzja, by przeciwstawić się podziałowi na „dzikie” i „udomowione”, pozwoliła mi z większą wyrazistością dostrzec komplementarność czy nieledwie jednię spraw, o które walczę. Rozgraniczenie między naturą a kulturąjest w istocie zwodnicze – odwraca uwagę od faktu, że nawet w przypadku dzikich zwierząt należy mówić o swoistym „udomowieniu”, a przede wszystkim od całkowitej zależności tego, co udomowione, względem dzikiej przyrody, która w ostatecznym rozrachunku stanowi fundament dla wszelkich ludzkich poczynań. Wysuwając popularny obecnie zarzut, że ludzkość jest antropocentryczna (cóż za okropne określenie), łatwo zapomina się, że w takim razie dzikie owce są „ovicentryczne”, a wilki – „lupocentryczne”. Można by rzec, że to świat jest dziki, a wszystkie zamieszkujące go stworzenia instynktownie dążą do tego, by „zadomowić się” w nim – w tym celu łączą się w pary, opiekują potomstwem, szukają pożywienia i wygodnego schronienia. Zupełnie zapominamy też, że chociaż pod pewnymi względami dzikie owce istotnie różnią się od hodowlanych, to w sytuacji, gdy udomowione rasy całkiem zatracają swą dziką naturę, jak to się czasem zdarza, ich chów okazuje się dla rolnika nieopłacalny – pojawiają się wówczas np. problemy z płodnością. Wbrew pozorom, dzikość i udomowienie pozostają ze sobą w najściślejszym związku. W zasadniczej opozycji do obu stoi natomiast zinstytucjonalizowany, korporacyjny przemysł – gospodarcza rzeczywistość pozbawiona zakorzenienia w naturalnym środowisku i szacunku wobec surowców, które wykorzystuje.
Zagadnieniem, z którym musimy się zmierzyć, nie jest pytanie, czy to, co pierwotne, da się oddzielić od tego, co udomowione – istotne jest, w jaki sposób ten nierozerwalny związek powinien być pielęgnowany w ramach ludzkiego gospodarowania. Uznanie, że „dzikość” i „udomowienie” są ze sobą powiązane, i że my – ludzie – jesteśmy w dużym stopniu odpowiedzialni za stan tej relacji, wiąże się z przyjęciem na siebie konkretnych, ciężkich obowiązków. Przychodzą mi tutaj na myśl co najmniej dwie zasadnicze kwestie praktyczne. Po pierwsze: dlaczego każdy prawdziwy obrońca natury powinien aktywnie interesować się rolnictwem? Powodów jest wiele, z których najprostszy brzmi: on też musi coś jeść. Interesować się jedzeniem, nie interesując się jednocześnie zagadnieniami związanymi z jego produkcją, to czysty absurd. Ekolodzy mieszkający w miastach prawdopodobnie czują się tutaj usprawiedliwieni w swojej ignorancji z uwagi na fakt, że nie są rolnikami. Nie mogą jednak tak łatwo zostać zwolnieni z odpowiedzialności – nie mogliby jeść, gdyby nie to, że w ich imieniu, w konkretnym miejscu ktoś uprawia ziemię według określonych reguł. Gdyby zdecydowali się wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby żywieniowe, odkryją, że przywiedzie ich to prosto do tradycyjnych obszarów troski o naturę.
Zatem, czy „ochroniarze” chcieliby jadać dobrze, czy byle jak? Czy zależy im, by ciągłość zaopatrzenia w żywność była zagwarantowana? Czy woleliby, żeby to, co jedzą, było wolne od toksyn, antybiotyków i innych zanieczyszczeń, w tym genetycznych? Czy życzyliby sobie, by w ich diecie przeważały produkty naprawdę świeże? Czy chcieliby, żeby produkcja żywności trafiającej na ich talerze wiązała się z jak najmniejszym obciążeniem dla środowiska naturalnego? Jeśli poważnie zastanowimy się nad odpowiedziami na te pytania, będą one miały istotny wpływ na przemysł, sposób użytkowania gruntów, zdrowie ekosystemów. Obrońcy natury, którzy są gotowi zjeść wszystko, co oferują supermarkety, wspierają swoimi portfelami skrajnie uprzemysłowioną produkcję żywności: wielkie fermy tuczu zwierząt; zubożenie zasobów wód płynących i podziemnych; uprawy monokulturowe, prowadzące do stopniowej utraty różnorodności biologicznej i genetycznej; wzajemnie ze sobą powiązane zanieczyszczenie środowiska, zatrucia i faszerowanie zwierząt hodowlanych lekami; system dystrybucji oparty na długodystansowym transporcie, pochłaniającym niezliczone ilości paliwa i przyczyniającym się do rozprzestrzeniania szkodników i chorób; zastępowanie rodzinnych gospodarstw wiejskich przez coraz większe kombinaty rolne, w których jest coraz mniej miejsca na miłość do ziemi. Gdyby miłośnicy przyrody zaczęli się domagać, by w sklepach powszechnie dostępne były produkty spożywcze wysokiej jakości, wytwarzane w możliwie najbliższej okolicy z zachowaniem najwyższych standardów; gdyby poświęcali więcej uwagi krytycznej ocenie tego, co trafia na ich stoły – wówczas automatycznie wsparliby całkiem odmienny model gospodarki rolnej, zupełnie inaczej kształtujący charakter wsi. Na takiej wsi na jednego rolnika-opiekuna przypada znacznie mniejsza powierzchnia, dzięki czemu uprawy mogą być otoczone większą troską. Krajobraz takiej wsi jest o wiele bardziej zarówno „udomowiony”, jak i naturalnie dziki niż krajobraz przemysłowy. Czy wzrost liczby gospodarstw i pracujących w nich rolników może pozytywnie wpłynąć na jakość krajobrazu wiejskiego jako siedliska dla dzikiej flory i fauny, sprawiając, że miejscowa przyroda stanie się „bardziej pierwotna”? Niewątpliwie, a tym, co umożliwiłoby taką zmianę, byłby wzrost różnorodności. Nie zapominajmy, że mówimy o zmianach, których motorem miałby być rosnący popyt na lokalnie produkowaną żywność. Wyobraźmy sobie teraz współczesny amerykański krajobraz rolniczy, zdominowany przez wielkoobszarowe uprawy soi i kukurydzy oraz fermy przemysłowego chowu zwierząt. A teraz zastanówmy się, co by się stało, gdyby w pobliskim mieście istotnie wzrósł popyt na wytwarzane przez lokalnych producentów artykuły spożywcze wysokiej jakości. Aby odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, miejscowe rolnictwo będzie musiało stać się bardziej różnorodne.
Gdyby popyt tego typu był znaczący w obu rozumieniach tego słowa – gdyby pochodził od świadomych i konsekwentnych w swoich wyborach konsumentów, zapewniając rolnikom wystarczające zaplecze ekonomiczne – wówczas skrajnie ujednolicony krajobraz rolniczy mógłby ulec zmianie. Jednogatunkowe uprawy i wielkie fermy ustąpiłyby miejsca gospodarstwom mieszanym, nastąpiłby powrót do wypasania stad zwierząt hodowanych z przeznaczeniem na mięso oraz do bydła mlecznego, a także do tradycyjnej hodowli drobiu, co wiązałoby się z koniecznością przekształcenia części gruntów w łąki i pastwiska. Gdyby nowa świadomość konsumencka objęła swoim zasięgiem również gospodarkę leśną i bogactwo darów lasu, możliwa byłaby analogiczna poprawa warunków naturalnych na terenach zalesionych i zwiększenie ich powierzchni. Nie zapominajmy przy tym, że rolnicy mogą z różnych względów, w tym po prostu dla przyjemności, rezygnować z eksploatacji części zalesionych przez siebie gruntów, pozostawiając je „dzikimi”. Gdyby krajobraz wsi urozmaiciły dodatkowe łąki i lasy, zwiększyłaby się także rozmaitość ptaków i innych zwierząt. Rozległe uprawy kukurydzy i soi, wykorzystywanych przede wszystkim jako pasza dla zwierząt lub surowiec dla przemysłu, ustąpiłyby owocom i warzywom, trafiającym na stoły mieszkańców pobliskich miast.
Wraz ze wzrostem powierzchni pokrytej roślinnością wieloletnią zwiększyłaby się zdolność magazynowania wody przez glebę i zmniejszyło nasilenie procesów erozji. Woda w potokach i rzekach uległaby oczyszczeniu, ustabilizowały się ich przepływy. Kolejną korzyścią z większej różnorodności produkcji na terenach wiejskich byłoby zmniejszenie przeciętnej wielkości gospodarstw i wzrost liczby osób mogących się utrzymać z uprawy ziemi. To z kolei przyczyniłoby się do obniżenia ilości środków chemicznych w rolnictwie, jako że stosuje się je po to, by zadośćuczynić biologicznym skutkom ubocznym upraw monokulturowych oraz jako zastępstwo dla rąk do pracy. W zdecentralizowanej gospodarce rolnej zwierzęce odchody nie stanowią skoncentrowanego źródła zanieczyszczeń, więcej – wykorzystuje się je jako nawóz. Reasumując, wskutek takiej transformacji krajobraz rolniczy, dziś niebezpiecznie ujednolicony, miałby szanse zmienić się w system zdrowy zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.
O mieście, które funkcjonowałoby w dużej mierze w oparciu o to, co zapewniają pobliskie pola i lasy, należy myśleć w kontekście całego lokalnego systemu gospodarczego, na który składałyby się także niewielkie, nie zanieczyszczające środowiska zakłady przetwórcze i sklepy wkomponowane w krajobraz tak, by maksymalnie ograniczyć koszty ekologiczne i społeczne. Taki model gospodarki promować będzie małe, niezależne firmy oraz „pracę na swoim”, a ponadto pozwoli ograniczyć ilość paliwa zużywanego na transport, a (jak się wydaje) nawet tego niezbędnego do produkcji towarów.
Taki model jest możliwy do osiągnięcia, nie ma co do tego wątpliwości – dysponujemy odpowiednimi rozwiązaniami i zapleczem technicznym. Liczne historyczne przykłady z różnych zakątków świata udowodniły również, że przyroda jest w stanie dostosować się, a nawet czerpać korzyści z tak rozumianej symbiozy z gospodarką. Warto przywołać choćby modele wypracowane przez Indian Ameryki Północnej – niektóre przeszły już do historii, inne praktykowane są do dziś – lub wciąż kultywowane np. we wspólnotach amiszów tradycje osadników amerykańskich. A przecież podobne praktyczne przykłady odnaleźć można także wśród współczesnych rozwiązań; jak widać, nie są to wszystko tylko mgliste rojenia.
Nieco większe wątpliwości budzi natomiast zdolność współczesnego człowieka do świadomego wyboru proponowanego modelu oraz do utrzymania go. Co najmniej od półwiecza byliśmy przyzwyczajani, że rozwiązania stosowane w uprawie ziemi są determinowane przez procesy przemysłowe, a „opłacalność rolnictwa” ocenia się z perspektywy korporacji. Nadeszła najwyższa pora, by zerwać z takim myśleniem: społeczne, ekologiczne, a nawet ekonomiczne koszty tego paradygmatu stały się zbyt wysokie i nieustannie rosną na całym świecie.
Nadszedł czas, by nauczyć się myśleć kategoriami rolnictwa opartego o prawidła biologii, a nie logikę przemysłu. Sześćdziesiąt lat temu [niniejszy tekst powstał w 2002 r. – przyp. red. „Obywatela”] Sir Albert Howard, prekursor współczesnego rolnictwa ekologicznego, postulował taką zmianę standardów; obecnie podobne poglądy głosi m.in. Wes Jackson, reformator z Kansas. Według nich, aby można było mówić o zrównoważonym rozwoju w rolnictwie, konieczne jest dopasowanie upraw i hodowli do zasad, którymi rządzi się miejscowy ekosystem; konieczne jest utrzymywanie możliwie największej różnorodności biologicznej, dbałość o zachowanie żyzności gleb i ich ochrona przed erozją, wtórne wykorzystywanie odpadów powstających w gospodarstwie itp. Jak wyłożył to 70 lat temu geograf ekonomiczny J. Russel Smith, trzeba w pierwszym rzędzie „dostosować rolnictwo do roli”, a nie do dostępnych technologii czy oczekiwań rynku, przy całej świadomości ich ogromnego znaczenia. Konieczne jest, mówiąc krótko, utrzymywanie równowagi między „udomowionym” a „dzikim”. Nadrzędnym standardem, pozwalającym ocenić efekty tej pracy, należy uczynić kondycję obszaru, na którym jest ona wykonywana.
Trzeba podkreślić, że taka transformacja to nie gotowy schemat, który możemy przyjąć tak, jak przyjmuje się – a potem porzuca – chwilową modę. Nie ma też co liczyć, że z czasem wymusi ją kryzys ekologiczny na wielką skalę. Będzie ona możliwa jedynie wtedy, gdy duże grupy – konsumenci i producenci, mieszkańcy miast i wsi, ci, którzy chcą środowisko chronić, i ci, którzy żyją z eksploatacji jego zasobów – połączą siły i zaczną działać.
Oto część z powodów, dla których obrońcy przyrody powinni żywo zainteresować się problematyką rolnictwa i razem z mieszkańcami wsi działać we wspólnej sprawie. A teraz pora na drugą z zasadniczych kwestii praktycznych.
Dlaczego rolnik miałby zacząć działać na rzecz ochrony przyrody? Choć może lepiej byłoby zapytać: dlaczego jedynie działacz na rzecz przyrody może być dobrym rolnikiem? Rolnicy żyją i pracują na styku natury i gospodarki – tam, gdzie potrzeba ochrony przyrody jest najpilniejsza i najbardziej oczywista. W swojej pracy mogą „dostosować rolnictwo do roli”, podporządkować się prawom natury, pozostawiając jej potencjał nienaruszonym. Mogą też przeciwstawić się im, przyczyniając się do pogłębienia długu ekologicznego, który w przyszłości trzeba będzie spłacić (nie o takim rolnictwie myślę, gdy zachęcam obrońców przyrody do popierania rolników).
Odpowiedzialni rolnicy, którzy poważnie podchodzą do swoich powinności względem Stworzenia oraz spadkobierców własnych gospodarstw, przyczyniają się do budowania społecznego dobrobytu w znacznie większym stopniu, niż zwykliśmy to przyznawać, a wręcz uświadamiać sobie. Dostarczają wartościowe produkty, co dla każdego oczywiste, ale ponadto pomagają chronić glebę, wody, dzikie rośliny i zwierzęta oraz krajobraz.
Tym właśnie powinni zajmować się rolnicy godni tego miana. Tymczasem we współczesnym społeczeństwie, w którym miarą wszechrzeczy uczyniono zysk, a „realia ekonomiczne” odmienia się przez wszystkie przypadki – tak postępujący gospodarze nie otrzymują za swoje produkty godziwej zapłaty, a za działania na rzecz środowiska nie są wynagradzani w ogóle. Rolnik może w dzisiejszych czasach oferować wysokiej jakości artykuły spożywcze i wyświadczać społeczeństwu wszystkie wymienione przysługi, a mimo to nie będzie go stać na opłacenie ubezpieczenia zdrowotnego, a dla mediów pozostanie prostaczkiem z prowincji, „wsiokiem” bądź „burakiem”. I jeszcze będzie słyszał od „ekonomicznych realistów”: „Kombinuj, jak stworzyć kombinat, albo sprzedaj ziemię i się zwijaj. Dostosuj się lub giń”.Co udało się osiągnąć po pięćdziesięciu latach dyktatury tak rozumianego „realizmu”? Uprawy monokulturowe na wielką skalę, fermy hodowlane przypominające fabryki i coraz wyższe koszty tego stanu rzeczy – społeczne, ekologiczne, a koniec końców także gospodarcze.
Co sprawia, że tylu rolników dochowuje wysokich standardów produkcji, choć za swój wysiłek wynagradzani są tak nędznie, oraz że dobrze dbają oni o przyrodę, mimo iż nie są za to wynagradzani w ogóle? Wszystko to, dodajmy, bez oglądania się na to, czy mają komu przekazać gospodarstwa, a przecież wielu z nich wie już, że nie znajdą następców.
Cóż, pochodzę z rolniczej rodziny, sam uprawiam ziemię, podobnie wychowana przeze mnie dwójka dzieci – co ośmiela mnie do stwierdzenia, że mam przynajmniej ogólne wyobrażenie o rolnikach. Przez całe lata razem z rzeszą podobnych mi osób zastanawiałem się: dlaczego właściwie to robimy? Wszak trudna sytuacja ekonomiczna jest, w obliczu wszystkich innych przeciwności i frustracji typowych dla tego rzemiosła, zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Odpowiedź może być tylko jedna: miłość. To dla niej rolnicy trwają przy swoich gospodarstwach. Pracują z zamiłowania do rolnictwa: z pasją doglądają upraw, uwielbiają pracę na świeżym powietrzu i życie w otoczeniu zwierząt. Pragną mieszkać tam, gdzie pracują i pracować tam, gdzie mieszkają. W mniejszych gospodarstwach we wspólną pracę mogą zaangażować się całe rodziny. Względna niezależność, jaką nadal może zapewnić posiadanie własnego gospodarstwa, jest dla ich właścicieli ukochaną wartością. Jestem przekonany, że wielu rolników jest gotowych znosić liczne niedogodności właśnie ze względu na możliwość samostanowienia, choćby tylko przez część życia.
A zatem tym, co jako ochroniarze przyrody rolnicy muszą chronić w pierwszej kolejności, jest pasja wobec własnego rzemiosła i umiłowanie niezależności. Oczywiście wartości te uda się zachować tylko wówczas, gdy możliwe będzie przekazanie ich swoim następcom. Być może największym wyzwaniem dla każdego z nas – ludzi, którzy pragną „prawdziwego” jedzenia – jest przekonanie dzieci dorastających na terenach wiejskich, by w przyszłości przejęły gospodarstwa rodziców. Musimy mieć świadomość, że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy uwarunkowania ekonomiczne będą sprzyjać takim decyzjom. Obecnie trudno się dziwić, że dzieci rolników marzą o innym życiu, skoro obserwują swoich rodziców zawożących zbiory do hurtownika tylko po to, by im je ukradziono, tj. zakupiono po cenie niższej niż koszty produkcji.
Jednak nie tylko o przekazanie umiejętności i pasji tu chodzi – rolnicy są odpowiedzialni za dużo więcej. Była już powyżej mowa o tym, dlaczego w równym stopniu jak aktywiści ekologiczni powinni oni zabiegać o ochronę dzikiego życia: w sposób nieunikniony zależy od niego ich własny los. Ktoś, o kim myślę jako o „dobrym rolniku”, potrafi instynktownie rozpoznać podstawową różnicę między tym, co naturalne a tym, co wytworzone przez człowieka – wie, że traktowanie gospodarstwa jako fabryki z żywymi istotami zamiast maszyn albo akceptacja inżynierii genetycznej w rolnictwie, prędzej czy później spowoduje nieszczęście, a także dodatkowe koszty. Traktowanie żywych istot jak automatów jest błędem o ogromnych konsekwencjach praktycznych.
Dobrzy rolnicy wiedzą także, iż natura może być sprzymierzeńcem gospodarki. Sir Albert Howard i Wes Jackson pokazali, że jeśli będziemy ją uważnie naśladować, zachowamy zdrowie i żyzność gleby – na dłuższą metę to jedyny sposób. Co więcej, „naturalne” znaczy „tanie”. Stosowanie nawozów naturalnych, zwłaszcza w perspektywie długoterminowej, jest tańsze niż zakup sztucznych. Dbanie o zdrowie zwierząt opłaca się bardziej niż faszerowanie ich antybiotykami. Energia słoneczna, jeśli ją umiejętnie wykorzystywać – w tym np. wychwytywać za pomocą pastwisk, które następnie służą zwierzętom roboczym – jest tańsza niż ropa naftowa. Wysoko uprzemysłowione gospodarstwa są w pełni zależne od „środków produkcji”, w które muszą zaopatrywać się na zewnątrz. Gospodarstwo tradycyjne natomiast, działając w harmonii z otaczającą je przyrodą, korzysta z jej bogactwa, co pozwala na większą samowystarczalność i znaczące oszczędności.
Mamy zatem uznać, że dobry rolnik dąży do tego, by być bliżej natury jedynie z przyczyn praktycznych i oszczędnościowych? Nie sądzę.
Przyjmuje się, że od momentu, kiedy ludzkość zaczęła uprawiać ziemię i hodować bydło, zrezygnowała ze zbieractwa i polowań. A jednak przetrwały one do dziś jako nieodłączna i wciąż żywa część tradycyjnego stylu życia na wsi w moim regionie. Okoliczni mieszkańcy od wieków polowali, łowili ryby w stawach i strumieniach; wiosną zbierali zioła, jesienią orzechy, w lasach szukali jagód i innych owoców, wybierali dzikim pszczołom miód. Nie ma wątpliwości, że takie zabiegi były ważnym uzupełnieniem produkcji w gospodarstwie, były jednak również źródłem przyjemności doświadczanej podczas obcowania z naturą – bardzo podobnych uczuć doświadczają wszyscy miłośnicy przyrody, z aktywistami ekologicznymi włącznie. Większość rolników, których poznałem, a z pewnością najbardziej interesujący z nich, czerpie niekłamaną radość z wędrówek po okolicy, podczas których mogą zachwycić się widokiem polującego lisa czy też poczuć dreszcz ciekawości, widząc tajemnicze tropy na śniegu.
Wraz z wyludnianiem się wsi i nadejściem ciężkich czasów dla rolników te „dzikie” rozrywki zeszły na dalszy plan, ale nie zostały całkiem poniechane; symbolizują istotę najlepszych tradycji rolnictwa i zasługują na to, by ocalić je od zapomnienia i spontanicznie kultywować. Między innymi dlatego właśnie uważam, że dobry rolnik jest jednocześnie działaczem na rzecz ochrony przyrody oraz że każdy rolnik powinien nim być.
Moim celem była próba wykazania, że istnieje wspólnota dążeń i interesów między rolnikami a aktywistami ekologicznymi. Identyfikacja owych wspólnych interesów oraz uświadomienie sobie tego, o czym pisałem na początku – że obie grupy mają tych samych wrogów – nasuwa naglące pytanie: dlaczego otwarcie i zdecydowanie nie zaakcentują one kwestii, co do których się zgadzają, i nie dadzą szansy współpracy?
Nie mam zamiaru umniejszać różnic między tymi środowiskami – dostrzegam je i zdaję sobie sprawę, że nie są błahe. Jednak pomimo tego uważam, że współdziałanie jest potrzebne i możliwe. Skoro plantatorzy tytoniu ze stanu Kentucky potrafili usiąść do stołu z grupami antynikotynowymi, określić „wartości podstawowe”, co do których wszyscy byli zgodni, i zacząć wspierać się nawzajem3 – to coś podobnego mogłoby nastąpić także w relacjach między „ochroniarzami” a rolnikami prowadzącymi gospodarstwa rodzinne, lokalnymi właścicielami lasów i tartaków etc. Na dobrą sprawę podobny proces już ma miejsce, ale jak dotąd na małą, lokalną skalę. Konieczne jest zainteresowanie i aktywny udział większych organizacji reprezentujących każdą ze stron.
A jednak póki co te dwa środowiska, które powinny ze sobą współpracować, trwają w konflikcie. W czym tkwi problem? Wydaje mi się, że odpowiedzi należy szukać w sferze ekonomicznej. Właściciele małych gospodarstw robią wszystko, by przetrwać w świecie gospodarki kontrolowanej przez wielkie korporacje, a to oddala ich od natury, która jest przecież fundamentem gospodarki rolnej. Często nie poświęcają też należytej uwagi dysproporcjom między nieustająco balansującymi na granicy załamania lokalnymi systemami ekonomicznymi a nieustająco kwitnącym systemem wielkich korporacji, który na nich żeruje.
Z drugiej strony, większość obrońców przyrody mieszka w miastach i przejawia głęboką ignorancję w kwestii trudności ekonomicznych, z jakimi borykają się na co dzień właściciele gospodarstw rodzinnych. Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcają analizie związków między „miejską” gospodarką a degradacją środowiska naturalnego. Trudno im dostrzec, że nieodpowiedzialne praktyki w rolnictwie i leśnictwie, wobec których deklarują sprzeciw, odbywają się niejako w ich imieniu i za ich przyzwoleniem – dzięki wsparciu ekonomicznemu, które oferują korporacjom jako konsumenci.
To bez wątpienia bardzo poważne problemy, pokazujące, że ekonomia nie kończy się na gospodarce przemysłowej, choć tej ostatniej znakomicie udaje się kreować takie fałszywe wyobrażenia. Zbyt wielu rolników i zbyt wielu ekologów bezrefleksyjnie przyjmuje pogląd, że dostępność dóbr zależy wyłącznie od zasobności portfela i od mechanizmów rynkowych. Innymi słowy wierzą w to, do czego między wierszami starają się ich przekonać korporacje: że można bezpiecznie oddzielić ekonomię od ekologii, a to, co wytworzone przez człowieka od tego, co naturalne. Uprzemysławiający się rolnicy zbyt łatwo przyjęli, że ziemia, którą gospodarują, może bez protestów podporządkować się technologii, a ochronę przyrody można z powodzeniem zostawić aktywistom. Ci ostatni natomiast zbyt pochopnie uznali, że prawidłowe funkcjonowanie Przyrody można zabezpieczyć poprzez wyłączanie z użytkowania dziewiczych zakątków kraju, a dbałość o kondycję terenów wiejskich można z powodzeniem zostawić agrobiznesowi, przemysłowi drzewnemu, zadłużonym rolnikom i sezonowo najmowanym pracownikom rolnym.
Wygląda na to, że u podstaw konfliktu między wspomnianymi grupami leży kurczowe przywiązanie każdej z nich do własnych interpretacji. Co można z tym zrobić? Myślę, że niewiele, dopóki obie strony nie otworzą się na dialog i nie spróbują wypracować wspólnego języka. Aktywiści ekologiczni muszą się gruntownie zapoznać z problematyką gospodarki rolnej, rolnicy natomiast uświadomić sobie, że istnieją ważkie powody, również ekonomiczne, dla których należy poważnie traktować kwestie związane z ochroną przyrody.
Nie podejmując współpracy, obie strony pozwolą na łatwe zwycięstwo ich wspólnego wroga – totalistycznych korporacji, które coraz sprawniej jednoczą się pod szyldem „globalnej gospodarki”, by całkiem zdominować zarówno przyrodę, jak i żyjące w niej ludzkie wspólnoty.
Wendell Berry
tłum. Magdalena Gorzak
Tekst pierwotnie ukazał się w „Sierra Magazine”, maj-czerwiec 2002. Strona pisma: www.sierraclub.org/sierra
Przypisy:
1 Tj. zwolennikiem doktryny głoszącej, że podstawą rolnictwa, mającego stanowić ekonomiczny i moralny fundament społeczeństwa, powinny być niewielkie, samodzielne gospodarstwa (przyp. tłum.).
2 Warto zwrócić uwagę, że tekst ten napisany został kilka lat przed wielkim kryzysem na amerykańskim rynku finansowym, który „rozlał się” na cały świat (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
3 W 1998 r. kilkadziesiąt organizacji rolniczych, prozdrowotnych i religijnych opracowało katalog wspólnych postulatów, jak przeznaczanie wpływów z akcyzy od produktów tytoniowych na zdrowie publiczne oraz wsparcie społeczności lokalnych uprawiających tę roślinę, czy obowiązek podawania na etykiecie udziału krajowego surowca w danym wyrobie (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Japonia to kraj, który najdobitniej pokazał, że amerykańska wersja kapitalizmu nie musi być „tą jedyną”.
W grudniu 2010 r. zmarł mało znany w Polsce naukowiec i intelektualista, Chalmers Johnson. Jego prace łączyły wysoki poziom warsztatu naukowego ze znacznym zaangażowaniem politycznym. Postawę Johnsona można nazwać lewicowym republikanizmem – troskę o losy swojej ojczyzny, Stanów Zjednoczonych, łączył z niechęcią wobec środowisk neokonserwatywnych i neoliberalnych. Jego ostatnie dzieło to trylogia „Blowback”1, będąca wnikliwym opisem kondycji współczesnej Ameryki Północnej, która według niego chyli się ku upadkowi. Zdaniem Johnsona, chęć utrzymania dominacji na arenie międzynarodowej przez USA doprowadzi kraj do bankructwa, a być może nawet spowoduje zmianę wewnętrznego systemu politycznego.
W środowisku naukowym Johnson zasłynął jako błyskotliwy badacz krajów Azji Wschodniej. Swoją pozycję zawdzięczał m.in. wydanej w 1982 r. książce pt. „MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975”2. Formalnie jest to monografia japońskiego Ministerstwa Handlu Zagranicznego i Przemysłu, tytułowego MITI (Ministry of International Trade and Industry). Jednak naprawdę praca ta stanowi wnikliwą i rozbudowaną analizę rozwoju japońskiej polityki gospodarczej.
Johnson wprowadza czytelników w wydarzenia, które ukształtowały współczesne japońskie myślenie o gospodarce. Rozpoczyna analizę od czasów rewolucji Meiji, a kończy na latach 70. dwudziestego stulecia Tak rozległa perspektywa jest o tyle zaskakująca, że samo ministerstwo powstało dopiero kilka lat po II wojnie światowej. Johnson dowodzi jednak, że skuteczność ministerstwa w pobudzaniu rozwoju gospodarczego kraju wynikała z wielu dekad japońskich doświadczeń związanych z procesem modernizacji.
Polityka gospodarcza Japonii rozwijała się na styku dwóch środowisk: gospodarczego i politycznego. Johnson pokazuje, jak zaraz po przewrocie pałacowym 1868 r., który dał początek tzw. rewolucji Meiji, nikt nie wiedział, jak należy unowocześniać gospodarkę, a także kto ma tego dokonać.
Pierwsze lata po przewrocie to dość chaotyczny proces formowania nowych elit politycznych i gospodarczych. Rozwijały się one w symbiozie, czego najdobitniejszym przykładem była karna wyprawa na Formozę (dzisiejszy Tajwan) w 1874 r. Przed jej rozpoczęciem japońska armia, nie mająca wielu okrętów, wypożyczyła część statków od niejakiego Iwasaki Yataro, pozostałą część floty kupując od innych armatorów. Zaraz po zakończeniu konfliktu Iwasaki nie tylko otrzymał z powrotem okręty, ale także nabył po okazyjnej cenie statki zakupione wcześniej przez armię. Dzięki takim transakcjom położył podwaliny pod istniejący do dzisiaj koncern Mitsubishi.
Jednak rozwój relacji świata gospodarki i polityki nie opierał się jedynie na korupcyjnych powiązaniach. Zarówno po stronie bogacących się potentatów przemysłowych, jak i nowych elit politycznych istniała potrzeba profesjonalizacji działania. Dlatego też od początku XX w. w środowiskach gospodarczych coraz silniejszą grupę zaczęli stanowić zawodowi menedżerowie, zaś w sferze polityki na znaczeniu zyskiwali wysoko wykwalifikowani urzędnicy. Pomiędzy tymi dwoma środowiskami zaczęła się toczyć dyskusja, w jaki sposób unowocześniać japońską gospodarkę oraz jak łączyć patronat państwa nad gospodarką z jej efektywnym rozwojem.
Ostatecznie dylemat ten został rozstrzygnięty w dość nieoczekiwany sposób. Wskutek przegrania przez Japonię II wojny światowej zanikły dawne polityczne, militarne i gospodarcze elity, a ich miejsce zajęli wspomniani menedżerowie i biurokraci. To im, dzięki wsparciu Amerykanów, udało się stworzyć system pozwalający na skoordynowany przepływ informacji między administracją państwową a środowiskami gospodarczymi. Jednym z elementów tego systemu było opisane przez Johnsona Ministerstwo Handlu Zagranicznego i Przemysłu.
Praca Johnsona była ważna z tego powodu, że bodaj jako pierwsza dała tak głęboki i systematyczny wgląd w to, jak zarządzana jest gospodarka japońska, a także pośrednio gospodarki Korei Południowej czy Singapuru. Johnson za pomocą tej książki spopularyzował pojęcie developmental state. Opisuje ono model rozwoju, w którym gospodarka rozwija się pod kuratelą państwa, ale jednocześnie procedury administracyjne nigdy nie zastępują mechanizmów wolnorynkowych.
Książka ukazała się w momencie szczególnym dla Stanów Zjednoczonych – na początku pierwszej kadencji Ronalda Reagana. W tym czasie debata publiczna była w coraz większym stopniu zdominowana przez Nową Prawicę. Dla tych środowisk rozwój gospodarczy, jak też istnienie kapitalistycznej gospodarki były nierozerwalnie związane z powstrzymywaniem ingerencji państwa w procesy ekonomiczne: rynek miał być wolny od wpływu polityki. Książka Johnsona pokazywała, że tak nie musi być. Uświadamiała, że na początku lat 80. Stany Zjednoczone za największych konkurentów gospodarczych mają państwa, które opierają fundamenty rozwoju jednocześnie na mechanizmach wolnorynkowych oraz na administracyjnym nadzorze nad nimi. Krajem, który najdobitniej w owym czasie ilustrował to, że kapitalizm może objawiać się w bardzo różnych formach – a więc jego amerykańska wersja nie musi być „tą jedyną” – była właśnie Japonia.
Polityczny szkielet gospodarki
Obecnie doskonale wiemy, że gospodarka rynkowa może funkcjonować pod kuratelą państwa. Pokazała to Japonia, ale przede wszystkim Chiny oswoiły nas z takim obrazem współczesnego kapitalizmu. To one są obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającą się gospodarką, udowadniając tym samym, że kapitalizm może kwitnąć nawet pod rządami partii komunistycznej. Wydaje się więc, że współcześnie kwestią zasadniczą nie jest to, czy gospodarką wolnorynkową można politycznie zarządzać, lecz w jaki sposób to robić – w jakich proporcjach łączyć samosterowność rynków z ich zewnętrzną, polityczną kontrolą.
To pytanie bardzo istotne w kontekście obecnego załamania gospodarczego. Oto bowiem kryzys przeżywają nie tylko nadmiernie (wedle standardów neoliberalnych) regulowane gospodarki europejskie, ale także ciesząca się znaczną autonomią gospodarka USA. Trwający od 2007 r. kryzys gospodarczy nie tyle obnażył słabość niezależnych od instytucji publicznych mechanizmów rynkowych, ale przede wszystkim ukazał fikcyjność owej niezależności. Pokazał, że szkielet nawet najbardziej liberalnych gospodarek opiera się na polityce, że u podstaw każdego systemu ekonomicznego istnieje polityczna wola, aby gospodarka działała w ten, a nie inny sposób.
Z tych też zapewne powodów sięga się coraz częściej do napisanej podczas II wojny światowej książki Karla Polanyiego pt. „The Great Transformation”3. Polanyi usiłuje wytłumaczyć pojawienie się europejskich totalitaryzmów, a za głównego winnego uznaje XIX-wieczny kapitalizm. Jego zdaniem, rozwój kapitalizmu był niczym innym jak realizacją niebezpiecznej utopii. Utopii, która w przekonaniu ówczesnych elit intelektualnych odzwierciedlała naturalną kondycję człowieka, w rzeczywistości zaś narzucała całym narodom nie dające się znieść warunki życia. Owa utopijna wizja społeczeństwa opierała się zdaniem Polanyiego na dwóch fałszywych przesłankach. Pierwsza dotyczyła sposobu, w jaki funkcjonuje społeczeństwo, druga odnosiła się do utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza.
Wedle autora „Wielkiej transformacji”, czołowi XIX-wieczni filozofowie społeczni doszli do błędnego przekonania, że społeczeństwo może podlegać samoregulacji. Pomimo wszystkich dzielących ich różnic, Adam Smith, William Townsend czy Edmund Burke podobnie uważali, że prawa natury na tyle sprawnie regulują zachowania jednostek, że nie ma konieczności celowego zarządzania nimi. Równowagę w relacjach między ludźmi zapewniają bowiem np. ograniczone zasoby żywności.
Implikacje takiej tezy były dość znaczące. Uznanie samoregulacji za podstawowy mechanizm kierujący społeczeństwem skłaniało do ograniczania roli państwa, którego jedynym zadaniem powinna być troska, aby naturalny porządek społeczny mógł rozwijać się w sposób harmonijny. Państwo zatem nie powinno np. wspierać ani w żaden dodatkowy sposób kontrolować ludzi biednych. Naturalne prawa wolnego rynku tworzą z nich bowiem zdyscyplinowaną przez głód siłę roboczą.
Drugą przesłanką utopii społeczeństwa rynkowego było przeświadczenie o możliwości utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza, co Polanyi nazywa fikcją utowarowienia. Jego zdaniem, ani praca, ani ziemia, ani też pieniądze nie powstały, żeby być przedmiotem obrotu handlowego. Praca jest po prostu jedną z form naturalnej aktywności ludzkiej. Ziemia to z kolei jeden z wielu wytworów natury. Pieniądze zaś są jedynie symbolem siły nabywczej; nie są produkowane, lecz kreowane przez system bankowy. Jednak ponieważ dla poprawnego funkcjonowania rynku konieczne jest, aby praca, ziemia i pieniądz zostały utowarowione, cały XIX wiek można opisać jako nieustanny wysiłek podtrzymywania fikcji komodyfikacji tych trzech dóbr.
Ów wysiłek z kolei można opisać jako niekończącą się obronę stanu naturalnego. Wszelkie próby zwiększenia roli państwa w gospodarce były postrzegane jako nienaturalne, gdyż zaprzeczające odkrytemu dzięki nauce mechanizmowi kierującemu życiem społecznym. A zatem w odtwarzanych przez Polanyiego XIX-wiecznych społeczeństwach polityka była wykorzystywana przeciw polityce. Siła państwa była używana do tego, aby nie pozwalać ludziom działać we wspólnocie, tylko spychała ich do roli zatomizowanych jednostek, walczących o własne przetrwanie.
Taka sytuacja wytwarzała zdaniem Polanyiego dwa rodzaje napięć. Pierwsze polegało na tym, że poszczególne państwa próbowały przerzucić na siebie nawzajem koszty utrzymywania wolnorynkowej utopii. Drugie – na tym, że coraz więcej ludzi szukało schronienia przed nią w jeszcze bardziej niebezpiecznych utopiach systemów totalitarnych. Utopia wolnego rynku miała zostać zamieniona na utopię wszechwładnego państwa.
Aby do tego nie dopuścić, Polanyi postulował ograniczenie mechanizmów rynkowych. Należy przywrócić właściwą rangę polityce, czyli intencjonalnym działaniom nakierowanym na określony cel. Należy zakończyć politykę przeciwstawiającą się polityce i przestać oczekiwać, że społeczeństwo będzie samodzielnie i nieintencjonalnie dążyć do naturalnego stanu równowagi. Konieczne jest podjęcie świadomego, zbiorowego wysiłku politycznego, zmierzającego do stworzenia takiego ładu instytucjonalnego, który zapewni sprzyjające warunki dla rozwoju społecznego. W tym systemie jest miejsce na gospodarkę wolnorynkową, ale nie może być ona wzorem dla funkcjonowania całego społeczeństwa. Potrzebne jest stworzenie demokratycznego systemu, opartego na zasadzie przynajmniej częściowego odtowarowienia m.in. pracy ludzkiej. Dla ratowania demokracji w świecie zachodnim należy, zdaniem Polanyiego, podejmować działania, które dzisiaj nazwalibyśmy programami polityki społecznej.
Drugi krach
Książka Polanyiego stała się znów aktualna. Kolejny raz bowiem kończy się okres, w którym dominowało przekonanie, że wolny rynek jest nie tylko optymalnym modelem działania gospodarki, ale także najlepszym modelem funkcjonowania społeczeństwa. Ponownie też odkrywamy ze zdziwieniem polityczne fundamenty ponoć apolitycznego świata gospodarki. Krach na rynkach finansowych odsłonił polityczne uwarunkowania instytucji, które wydawały się neutralnymi aktorami, działającymi w obrębie samoregulującej się gospodarki.
W kontekście USA warto przywołać choćby przypadek Fannie Mae4. Instytucja ta, stworzona z myślą o ułatwianiu mniej zamożnym Amerykanom dostępu do mieszkań, stała się stopniowo, pod wpływem działań administracyjnych, katalizatorem boomu na rynku kredytów mieszkaniowych. Fannie Mae, działając jako instytucja autonomiczna, a jednocześnie mająca wszelkie gwarancje finansowe rządu federalnego, doprowadziła do niebezpiecznego połączenia spekulacyjnego rynku finansowego z rynkiem kredytów mieszkaniowych dla niższej klasy średniej. Dzięki temu mariażowi kredyty mieszkaniowe zwykłych Amerykanów stały się pożądanym towarem na tamtejszych giełdach. To spowodowało z kolei, że dostępność kredytów mieszkaniowych niesłychanie wzrosła. Cały ten system, sprawiający wrażenie samoregulującego się, funkcjonował dobrze do momentu, w którym nad Fannie Mae zawisło widmo bankructwa. Wtedy rynki finansowe uznały, że większość kredytów mieszkaniowych jest bezwartościowych, gdyż nie poręcza już za nie w pełni wypłacalna instytucja publiczna. Nastąpił wówczas trwający do dziś głęboki kryzys rynku mieszkaniowego w USA.
Przykład Fannie Mae dobrze obrazuje współczesne próby ukrywania polityki i tworzenia systemów z pozoru samosterujących. Historia tej instytucji pokazuje również, jak duże mogą być koszty konserwowania utopii w pełni wolnego rynku – ok. 700 mld dolarów zostało wydanych przez Departament Skarbu tylko w pierwszych miesiącach kryzysu, aby podtrzymać istnienie amerykańskiego rynku kredytów mieszkaniowych.
Ex oriente lux?
Czy zatem krytykując ukrytą politykę samoregulujących się rynków powinniśmy podążać drogą państw Azji Wschodniej i promować rozwiązania jawnie odwołujące się do interwencji politycznych w gospodarce? Pokusa jest silna. Tym bardziej, że wspomniane państwa nie tylko wykształciły dość oryginalny model polityki gospodarczej, ale i równie swoisty model polityki społecznej.
Inny badacz Azji Wschodniej, Ian Holliday, w nawiązaniu m.in. do pracy Johnsona zauważa, że polityka społeczna w wielu krajach regionu była lub jest podporządkowana polityce gospodarczej. „Produktywistyczny” reżim dobrobytu charakteryzuje się uzależnieniem zakresu praw socjalnych jednostki od wielkości jej wkładu w rozwój gospodarczy kraju. W tym modelu polityki społecznej wspierane są te grupy społeczne, które najlepiej wpisują się w promowany przez rząd program rozwoju kraju, zaś relacje pomiędzy państwem, rynkiem a rodziną są kształtowane tak, aby odpowiadały potrzebom realizowanej w danym momencie polityki gospodarczej. Zdaniem Hollidaya, w Azji Wschodniej mamy do czynienia nie tyle z jednym modelem polityki społecznej, co wręcz z odrębnym „światem” państw stawiających przed polityką społeczną ten sam cel – sprzyjanie dynamicznemu wzrostowi gospodarczemu.
Czy istnieje jakiś złoty środek pomiędzy światem opisanym przez Polanyiego i tym przedstawionym przez Johnsona? Czy można znaleźć alternatywę pomiędzy samoregulującym się rynkiem a wszechobecnym państwem? W moim przekonaniu – tak, i jest ona podobna do tej, którą Polanyi zarysował pod koniec II wojny światowej. Stanowi ją demokratyzacja gospodarki.
Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których polityka uzyskała nad wyraz wiele form artykulacji. Dzieje się tak, ponieważ nie tylko przeżywamy dzisiaj kryzys neoliberalnej gospodarki, ale także kryzys demokracji. Nie polega on jednak, w moim przekonaniu, na deficycie demokratycznych instytucji, lecz raczej na współistnieniu bardzo różnych form instytucjonalizacji ideału demokracji.
Najlepiej widać to na przykładzie Unii Europejskiej. Wewnątrz niej ścierają się instytucje, które bez wyjątku odwołują się do demokratycznego mandatu. Parlament Europejski, Komisja Europejska, rządy narodowe, krajowe parlamenty, lokalne samorządy, a wreszcie większe lub mniejsze organizacje pozarządowe, działające w skali lokalnej, krajowej lub międzynarodowej – wszystkie te instytucje w jakimś stopniu opierają działania na procedurach, które można uznać za demokratyczne. Jednocześnie widać, że te demokratyczne instytucje bardzo często wchodzą ze sobą w konflikt, usiłują realizować projekty nawzajem się wykluczające.
Świadomość problemów wynikających ze zderzenia różnych instytucjonalnych form demokracji jest może szczególnie silna w krajach skandynawskich. Jednym z elementów przekształceń, jakie zachodzą w tamtejszym modelu polityki społecznej, jest bowiem zwiększona rola organizacji pozarządowych. Ich pojawienie się jest jednak interpretowane w bardzo rozmaity sposób. Jedni widzą w tym szansę na zwiększenie roli obywateli w silnie scentralizowanym państwie dobrobytu, inni z kolei – zagrożenie dla polityki społecznej, opierającej się na szerokim porozumieniu społecznym. Być może najtrafniej ową sprzeczność wyraziła Eva Sorensen5 z Uniwersytetu Roskilde. Wprowadziła ona w nawiązaniu do prac innych autorów rozróżnienie na demokrację zorganizowaną terytorialnie i demokrację zorganizowaną funkcjonalnie. Demokracja zorganizowana terytorialnie to ta część narodowego systemu politycznego, w obrębie której toczy się spór między różnymi grupami społecznymi. To charakterystyczny dla demokracji reprezentatywnej mechanizm sporu politycznego, który prowadzi do wyłonienia z wielu poglądów różnych grup społecznych – jednego dominującego. Z kolei demokracja zorganizowana funkcjonalnie opiera się na zaangażowaniu obywateli w rozwiązywanie konkretnych problemów i świadczenie określonych usług. Obywatele jako finalni odbiorcy działań instytucji publicznych, komercyjnych czy społecznych organizują się, aby kształtować ostateczny efekt działania tych instytucji.
Sorensen uważa, że współcześnie coraz wyraźniej zarysowują się napięcia pomiędzy mechanizmami demokracji terytorialnej i funkcjonalnej. Upraszczając wnioski Sorensen, można powiedzieć, że opisuje ona zderzenie instytucji demokracji przedstawicielskiej z instytucjami demokracji partycypacyjnej, wyrażanej współcześnie w formie działania różnych organizacji pozarządowych.
Obecnie zatem wiemy, że kapitalizm można budować odgórnie, przy wykorzystaniu instrumentów administracyjnych, co Johnson pokazał na przykładzie Japonii. Wiemy także, iż kapitalizm nawet w swojej najbardziej wolnorynkowej formie opiera się zawsze na działaniach politycznych, co udowodnił Polanyi. Nie wiemy jednak dzisiaj, jak w sposób harmonijny wpleść demokratyczną polityczność w proces gospodarczy. Możemy opierać się na wielkich projektach gospodarczych, realizowanych przez Unię Europejską, możemy odwołać się do narodowych polityk gospodarczych, możemy wreszcie włączać polityczność do gospodarki na poziomie mikro – choćby przez promocję rozwoju gospodarki społecznej. Możliwości jest bardzo wiele. Polityczność w gospodarce wydaje się bowiem czymś oczywistym. To, co nie jest oczywiste, to ile w tej polityczności ma być demokracji, oraz jakie formy owa demokracja ma przyjmować.
Bartosz Pieliński
Przypisy:
1 Chalmers Johnson, Blowback: The Costs and Consequences of American Empire, Holt Paperbacks 2001; idem, The Sorrows of Empire: Militarism, Secrecy, and the End of the Republic, Owl Books 2005; idem, Nemesis: The Last Days of the American Republic, Metropolitan Books 2007.
2 Chalmers Johnson, MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975, Stanford University Press 1982.
3 Książka została w końcu przetłumaczona na polski: Karl Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010.
4 Bartosz Pieliński, Od kryzysu do kryzysu. Przypadek Federalnego Narodowego Stowarzyszenia Hipotecznego, [w:] M. Księżopolski, B. Rysz-Kowalczyk, C. Żołędowski (red.), Polityka społeczna w kryzysie,Warszawa 2009, ss. 243-259.
5 Eva Sorensen, New forms of democratic empowerment: Introducing user influence in the primary school system in Denmark, „Statsvetenskaplig Tidskrift” 1998, nr 2, ss. 129-143.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
CCS to trzy litery, za którymi kryje się wielka ekonomiczna, społeczna i ekologiczna niewiadoma. Zajrzenie za kulisy finansowania tej technologii pozwala zrozumieć, kto wyznacza kierunki rozwoju Unii Europejskiej.
Mowa o nowoczesnej technologii wychwytywania i składowania dwutlenku węgla (ang. Carbon Capture and Storage), emitowanego głównie przez elektrownie. W Europie istnieje już 16 pilotażowych instalacji CCS, ale nadal nie wiadomo, czy technologia ta przyjmie się na skalę przemysłową. Bełchatowski projekt CCS, przygotowywany przez Polską Grupę Energetyczną (PGE) oraz francuski koncern Alstom, ma być jej kolejnym testem. Zakłada wychwytywanie ok. 1,8 mln ton CO2 rocznie ze spalin najnowszego bloku energetycznego bełchatowskiej elektrowni. Ten gaz ma następnie znaleźć miejsce „wiecznego spoczynku” w pokładach solankowych, położonych poniżej 1000 m pod ziemią.
Gdyby polskich obywateli poprosić o opinię na temat CCS, większość z nich nie miałaby żadnej, ponieważ nigdy o tej technologii nie słyszała. W mediach brak jakiejkolwiek debaty na jej temat. Jednak od 2009 r. także w Polsce odbywają się coraz liczniejsze konferencje poświęcone CCS, w dziedzinie którego Unia Europejska miałaby się stać światowym liderem. Choć technologia ta nie od razu podbiła unijne salony negocjacyjne, stopniowo zdobywała przychylność polityków, co pod koniec 2008 r. doprowadziło do ustanowienia mechanizmu finansowania demonstracyjnych projektów CCS – NER300. Wielkim zwolennikiem wychwytywania i podziemnego składowania CO2 jest prof. Jerzy Buzek, który ponadto gorąco kibicuje polskiemu udziałowi w rozwijaniu tej technologii. CCS ma wedle entuzjastów stanowić szansę na zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych bez potrzeby rezygnacji z węgla w energetyce oraz stać się atrakcyjnym produktem eksportowym.
Obawy…
Brukselski sen o potędze rzadko śni się mieszkańcom terenów potencjalnego składowania CO2. Dominują raczej obawy o skażenie wód gruntowych substancjami towarzyszącymi pompowanemu pod ziemię dwutlenkowi, o możliwość jego niekontrolowanego wycieku oraz o spadek wartości gruntów w okolicach składowisk. CCS wkracza do woj. łódzkiego jako potencjalne zagrożenie dla inwestycji w geotermię, od lat propagowanej przez lokalną organizację, Centrum Zrównoważonego Rozwoju. Nikogo też nie cieszy wysoki koszt inwestycji, który przełoży się na wzrost cen prądu. Obawy łagodzi nieco wizja korzyści finansowych dla gmin składujących CO2, na razie nie wiadomo jednak, o jakich kwotach mowa.
PGE wraz z Państwowym Instytutem Geologicznym, głównym partnerem naukowym przedsięwzięcia, starają się rozwiewać wątpliwości, rozdając kolorowe ulotki na spotkaniach informacyjnych. Jednak mimo uspokajających zapewnień, mieszkańcy Pabianic i Lutomierska w kwietniu i maju 2010 r. ostro protestowali przeciwko pracom Geofizyki Toruń, wykonującej odwierty badawcze na zlecenie PGE. Nie chcieli wpuścić pracowników na swoje działki, a na płotach wywieszali transparenty z napisem „Precz z CO2” lub „CO2 to drugi Czarnobyl”.
Obawom towarzyszy zasadnicze pytanie: po co nam ten projekt? Kto wymyślił CCS i dlaczego PGE spośród dziesiątek innowacyjnych projektów technologicznych wybrała właśnie ten?
…i nadzieje
Technologia zatłaczania CO2 od lat wykorzystywana jest w przemyśle wydobywczym jako EOR (Enhanced Oil Recovery), czyli intensyfikacja wydobycia ropy naftowej. Gdy eksploatowane złoże jest prawie puste, pompuje się sprężony gaz, który wypycha resztki ropy na powierzchnię. Jednak metoda ta nie zakłada trwałego więzienia CO2 w strukturach geologicznych. Uzasadnieniem dla rozpoczęcia prac nad technologią, która to umożliwi, była chęć redukcji przemysłowych emisji gazu, oskarżanego o powodowanie zmian klimatu.
Obecnie głównym instrumentem owej redukcji w Unii Europejskiej jest handel uprawnieniami do emisji [więcej o tym w tekście autorki w „Obywatelu” nr 47 – przyp. red.], przy czym nie jest on celem samym w sobie, lecz narzędziem wspomagającym przechodzenie do „gospodarki zeroemisyjnej”. Początkowo, według pomysłu Komisji Europejskiej, europejski rynek dwutlenku węgla (Emission Trading Scheme, ETS) miał być „technologicznie neutralny”. Firmy oraz kraje członkowskie wybierałyby, w które technologie zainwestują w celu uniknięcia wysokich opłat za zakup uprawnień do emisji CO2. Mogłyby to być wiatraki, fotowoltaika, spalanie biomasy, geotermia, czy też – po wydarzeniach w Japonii znów kontrowersyjna – energetyka jądrowa.
Jednak Dyrektywa 2009/29/WE, ustanawiająca nowe zasady handlu uprawnieniami do emisji po 2012 r., powiązała go m.in. z rozwojem technologii CCS: Do 300 milionów uprawnień [tj. pozwoleń na emisję łącznie 300 mln ton dwutlenku węgla] z rezerwy dla nowych instalacji jest dostępne do dnia 31 grudnia 2015 r. w celu wsparcia budowy i uruchomienia nie więcej niż 12 komercyjnych projektów demonstracyjnych, których celem jest bezpieczne dla środowiska wychwytywanie i geologiczne składowanie CO2 (CCS), oraz projektów demonstracyjnych w zakresie innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej na terytorium Unii. Uprawnienia zostają udostępnione dla wsparcia projektów demonstracyjnych, przewidujących rozwój szeregu technologii CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej, które nie są jeszcze ekonomicznie opłacalne, w równomiernie rozmieszczonych pod względem geograficznym lokalizacjach. Przyznanie uprawnień jest uzależnione od zweryfikowanego zapobiegania emisjom CO2.
Dwutlenek na platformie
Pierwsze inicjatywy badawcze w zakresie wychwytywania i składowania (tzw. sekwestracji) CO2 przewidziano już w Trzecim Europejskim Programie Ramowym z lat 1990-1994. Kolejne unijne programy ramowe coraz intensywniej wspierały projekty CCS. W roku 2005 pojawiły się pierwsze próby usankcjonowania tej technologii jako ważnego narzędzia ochrony klimatu.
Przełomowym momentem było wskazanie na nią przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) jako rozwiązanie, które może znacząco przyczynić się do redukcji emisji z przemysłu. W tym samym roku KE powołała platformę technologiczną, mającą na celu rozwój metod sekwestracji dwutlenku węgla – Platformę Zeroemisyjną (Zero Emission Platform, ZEP). Rok później Komisja opublikowała „Europejską strategię na rzecz zrównoważonej, konkurencyjnej i bezpiecznej energii”. Zapisano w niej, że CCS jest jedną z istotnych technologii, możliwych do zastosowania w celu redukcji emisji CO2.
ZEP zrzesza ok. 40 firm, organizacji pozarządowych oraz instytucji badawczych i rządowych. Świat biznesu reprezentują koncerny energetyczne, jak BP, Shell, RWE, E.ON, GDF, Vattenfall, EDF czy Endesa, a od stycznia 2009 r. również PGE oraz Tauron. W 2007 r. Elektrownia Bełchatów, obserwując działalność ZEP jeszcze z zewnątrz, zaczęła pierwsze przymiarki do realizacji własnego projektu CCS. W platformie aktywni są również dostarczyciele technologii energetycznych, jak Alstom czy Siemens, oraz instytucje naukowe, m.in. IPSE, NTUA czy TNO.
Organizacje pozarządowe zaangażowane w prace ZEP to m.in. norweska Bellona i rodowodem brytyjska E3G (Third Generation Environmentalism). Łatwo docierają do europosłów i skutecznie lobbują na rzecz poszczególnych pomysłów, często narodzonych w firmach typu Shell. Mają też odpowiednie do tego środki. Na stronie internetowej wśród swoich sponsorów E3G wymienia m.in. od lat promujący handel emisjami, amerykański think tank Environmental Defense, Esmée Fairbairn Foundation czy działającą od kilku lat, ale bardzo zamożną European Climate Foundation. Bellona do 2008 r. była finansowana głównie przez Statoil, obecnie trudniej znaleźć informacje o jej sponsorach.
W 2006 r. ZEP wydała swój pierwszy dokument określający strategię dla CCS. W tamtym okresie głównym celem było stworzenie ogólnej wizji rozwoju tej technologii i jej wprowadzania w Europie. Obecnie do tych celów doszło skomercjalizowanie CCS do 2020 r. poprzez unijny program demonstracyjny oraz przyspieszenie badań nad technologiami sekwestracji i ich szerokie rozpowszechnienie po wspomnianej dacie. Z tymi celami wiążą się działania na rzecz ustanowienia nowego mechanizmu technologicznego w ramach kolejnego po Protokole z Kioto międzynarodowego porozumienia klimatycznego. Mechanizm promowany m.in. przez koncern Shell ma tworzyć dla CCS światowy rynek zbytu.
Od słów do… pieniędzy
Gdy na początku 2008 r. KE przedstawiła projekt tzw. pakietu klimatyczno-energetycznego, okazało się, że dyrektywie regulującej zatłaczanie CO2 pod ziemię nie towarzyszą propozycje finansowania rozwoju CCS. Brytyjski europoseł Chris Davies, główny sprawozdawca dyrektywy, w owym roku stał się również czołowym rzecznikiem utworzenia mechanizmu finansowania projektów demonstracyjnych CCS, które w marcu 2007 r. postanowiła stworzyć Rada Unii Europejskiej. Bez takiego mechanizmu – jak mówił – dyrektywa nie ma sensu.
Jednym z możliwych rozwiązań, zaproponowanym przez organizację ekologiczną WWF, jest zmuszenie europejskich elektrowni do inwestowania w CCS poprzez wprowadzenie dla nich norm poziomu emisji (Emission Performance Standards, EPS). Davies szybko zdobył poparcie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności Parlamentu Europejskiego i EPS zaczęłyby obowiązywać od 2015 r., gdyby Francja, sprawująca wówczas przewodnictwo w UE, nie powiedziała im kategorycznego „nie”. Jedynym rządem, który zdecydowanie popierał ten pomysł, był holenderski.
W 2007 r. ZEP zamówiła raport w Climate Change Capital – brytyjskim banku wspierającym ekologiczne inwestycje. Platforma oczekiwała konkretnych pomysłów i nie zawiodła się. W listopadzie raport był gotowy, a w nim propozycja przeznaczenia kilkuset milionów pozwoleń na emisję, z rezerwy dla nowych instalacji wchodzących do ETS – na potrzeby instalacji CCS. Według mojego rozmówcy, pomysł ten nie pochodził bezpośrednio z Climate Change Capital, lecz z koncernu Shell. Po otrzymaniu raportu kilku najbardziej zmotywowanych członków ZEP (Bellona, Climate Change Capital, Shell, Alstom, E3G i Vattenfall) utworzyło specjalną grupę zadaniową, CCS Leadership Group. Jej celem było przekonanie Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i w końcu Rady UE do mechanizmu finansowania CCS. Najbliższym, a zarazem niezwykle skutecznym współpracownikiem grupy stał się właśnie Davies. Propozycja Shella/Climate Change Capital stała się więc drugim rozwiązaniem promowanym przez niego w 2008 r.
Mimo że Davies był sprawozdawcą Dyrektywy CCS, zaproponował mechanizm finansowania CCS jako poprawkę do Dyrektywy ETS, nowelizującej dyrektywę o handlu emisjami z 2003 r. Mając poparcie głównej sprawozdawczyni Dyrektywy ETS, irlandzkiej europosłanki Avril Doyle, udał się 7 października do Komisji Ochrony Środowiska PE na głosowanie nad poprawkami zgłoszonymi do owego aktu. Wynik był trudny do przewidzenia. Noc przed głosowaniem, według moich rozmówców z europejskich organizacji ekologicznych, to noc „linczu na Doyle”, której „zielone” poglądy były nie do przełknięcia dla wielu jej kolegów z Europejskiej Partii Ludowej. Najwięcej przeciwników miała wśród niemieckich europosłów, którzy starali się ratować rodzimy przemysł przed wysokimi kosztami rozwiązań popieranych przez Irlandkę. Przedstawiciel Bellony, obserwujący wspomniane głosowanie z boku, wspomina, że nie spodziewał się niekorzystnego obrotu sprawy. Co prawda proponowany mechanizm nie miał zbyt wielu zwolenników, ale też nie miał w Komisji zawziętych przeciwników. Wynik głosowania nad tzw. poprawką kompromisową był jednak zaskoczeniem: 33:33 i jedna osoba wstrzymująca się od głosu. Poprawka nie została przyjęta, niemal półroczna praca grupy – zmarnowana, tymczasem Komisja Ochrony Środowiska miała być tylko pierwszym, łatwym krokiem na drodze do ustanowienia mechanizmu finansowania projektów CCS.
Jednak procedura nie została całkiem zakończona. Po rozpatrzeniu poprawek kompromisowych nadszedł czas na poprawki pierwotne. W przypadku mechanizmu finansowego obie poprawki proponowane przez Daviesa były praktycznie takie same, ale szansa na przejście pierwotnej jest zazwyczaj mniejsza. Podczas głosowania nie prowadzi się dyskusji, lecz Brytyjczyk poprosił o możliwość zabrania głosu w sprawie porządku obrad. Wstał i powiedział: Wiem, że wielu moich kolegów z nowych krajów członkowskich obawia się, iż zmniejszenie rezerwy dla nowych instalacji przez przeznaczenie kilkuset milionów pozwoleń na inwestycje w CCS będzie dla nich niekorzystne. Chciałbym jednak zapewnić, że podczas negocjacji z Radą Unii Europejskiej udowodnimy, że tak się nie stanie. Przewodniczący Komisji zganił europosła za złamanie regulaminu i ogłosił przejście do głosowania. Wynik: dwie trzecie za poprawką. Mechanizm finansowy CCS został wprowadzony do Dyrektywy ETS poprawką Komisji Ochrony Środowiska PE.
Następnym bastionem do zdobycia była Komisja Europejska. Tu największy opór napotkano w Dyrekcji Generalnej ds. Środowiska. Komisarz Stavros Dimas zdecydowanie sprzeciwił się idei, by system handlu emisjami współfinansował technologię, dzięki której węgiel będzie można spalać przez kolejne setki lat, podczas gdy istnieje tyle różnych alternatyw. Natomiast w Dyrekcji Generalnej ds. Energii i Transportu pomysł się spodobał, nie było jednak woli bezpośredniego lobbowania za nim.
W Radzie UE nikt oprócz Brytyjczyków i Holendrów nie był specjalnie zainteresowany kwestią finansowania CCS. Davies zaczął więc od przekonywania osób, które byłyby w stanie wywrzeć wpływ na innych uczestników negocjacji. Taką osobą był Mogens Peter Carl, były szef Dyrekcji ds. Środowiska, a w drugiej połowie 2008 r. doradca Prezydencji Francuskiej w Radzie UE ws. pakietu klimatyczno-energetycznego. Dzięki niemu pozyskano ważnego sojusznika – Francję. Jednak francuscy negocjatorzy nie mieli ochoty prezentować pomysłu, który natychmiast zostałby odrzucony, a wszystko na to wskazywało.
Pod koniec października KE przyszła z pomocą. Daviesowi i CCS Leadership Group udało się ją namówić, żeby dała wyraźny sygnał poparcia dla tzw. poprawki Doyle-Daviesa. 10 listopada 2008 r. Komisarz ds. Energii, Andris Piebalgs, w przemówieniu na forum ZEP zapowiedział, że jeśli proponowany mechanizm nie zakłóci funkcjonowania ETS, Komisja Europejska udzieli mu wsparcia. W tym czasie Chris Davies podjął wysiłek promowania mechanizmu w Madrycie, Pradze, Berlinie i Warszawie – stolicach krajów, w których węgiel ma nadal znaczący udział w produkcji energii elektrycznej. Powtarzał tam jedno fundamentalne pytanie, na które praktycznie nikt nie potrafił odpowiedzieć: „Jaka jest alternatywa wobec naszej propozycji finansowania CCS?”.
Davies wspomina nasz kraj jako najgorszego rozmówcę: Polska dostanie pieniądze na projekt demonstracyjny, ale ministrowie w kółko powtarzali „nie” na moją propozycję. To były najtrudniejsze, najbardziej bezproduktywne spotkania. Pytaliśmy ich – skąd weźmiecie pieniądze? A oni wymyślali różne bezsensowne odpowiedzi, np. ze Wspólnej Polityki Rolnej, z Dyrekcji ds. Badań i Rozwoju. Odpowiadałem: dobrze, ale tam są tylko miliony euro, a nam potrzebne są miliardy na sfinansowanie tych inwestycji. To nie miało absolutnie żadnego sensu, zwłaszcza, że oni chcieli mieć w Polsce swój projekt CCS.
Hiszpania stanowczo domagała się objęcia takim samym mechanizmem finansowania technologii z dziedziny energetyki odnawialnej – co w końcu zostało przyjęte przez Radę. Davies wspomina, że zarówno Czesi, jak i Niemcy byli przychylni jego pomysłowi, przynajmniej do czasu: Z Niemcami dobrze się rozmawiało w ich biurach, ale potem w Radzie Unii Europejskiej zmieniali zdanie i byli przeciwni. W końcu nadszedł grudzień i szczyt Rady UE, na którym miały zapaść ostateczne decyzje w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego. Nadszedł też czas, gdy prawie roczna praca Daviesa oraz całej CCS Leadership Group miała zaowocować konkretnym przepisem w prawie UE. Francuscy negocjatorzy rzucili na stół 200 mln „wolnych” pozwoleń na emisję pod przyszłe finansowanie demonstracyjnych projektów CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej.
Nie była to kwota, o którą walczyli Davies i spółka: zdecydowanie za mało, żeby sfinansować 12 projektów demonstracyjnych. Pod koniec obrad Sarkozy wyszedł z sali, by wziąć udział w konferencji prasowej. Wtedy padła propozycja przeznaczenia na wspomniane dwa cele 300 mln pozwoleń z rezerwy dla nowych instalacji. Mechanizm nazwano NER300.
Kto definiuje polską modernizację?
Zerkanie za kulisy pozwala poznać mechanizmy, które zazwyczaj pozostają dla nas ukryte. Kto w Unii ustala, jak będą się modernizować europejskie społeczeństwa? Jak to się dzieje, że państwo takie jak Polska – o znacznym dorobku w dziedzinie nowoczesnych metod zgazowania węgla oraz o wielkich zasobach wód termalnych – zaczyna inwestować w rozwój technologii, której produktem końcowym jest składowisko dwutlenku węgla pod ziemią? Czy jest to technologia przyszłości? Raczej nie, bo składowiska nie da się przerobić na towar, a zgazowany węgiel – tak. A rozwój w dzisiejszym kapitalistycznym świecie polega na kolonizacji coraz to nowych obszarów i tworzeniu z nich towarów.
Opowieści Chrisa Daviesa oraz moich pozostałych rozmówców słuchałam z lekkim niedowierzaniem – przede wszystkim dlatego, że otwarcie i z dumą dzielili się informacjami o działalności lobbingowej. Czy to nie niepokojące, że mała grupa osób powiązanych z wielkimi firmami, takimi jak Shell, Alstom czy Vattenfall, skutecznie lobbuje w Brukseli za przekierowaniem miliardów euro na projekty, które następnie będą przez nie realizowane?Dlaczego państwa unijne podczas głosowania w Radzie UE faktycznie sankcjonują interesy wielkiego biznesu?
Mój rozmówca nie miał takich rozterek. Myślę, że kierowała nim szczera wiara w konieczność ochrony klimatu oraz pewność przyszłych zysków Europy ze sprzedaży technologii CCS w innych częściach świata. Czy brak tej wiary i pewności to główne różnice pomiędzy rządami „starej Europy”, promującej CCS, a Polską? Czy brak kapitału oraz mechanizmów gwarantujących naszemu krajowi udział w zyskach z promowania tej technologii na innych kontynentach skazały rząd na bierność w czasie negocjacji?
Nie tylko Chris Davies, ale również inny rozmówca, wysoki urzędnik Dyrekcji ds. Środowiska, wspomniał, że zainteresowanie polskiego rządu Dyrektywą CCS oraz mechanizmem finansowania tej technologii było znikome. Tymczasem wydawałoby się, że obie sprawy powinny mieć dla Polski wielkie znaczenie – zważywszy, że w 2008 r. bardzo mocno walczyła ona o miejsce węgla w „zeroemisyjnej Europie przyszłości”. Nastawienie do CCS zmieniło się u nas po uchwaleniu mechanizmu finansowania. Polska zaczęła aktywniej uczestniczyć w pracach toczących się wokół CCS w Komisji Europejskiej. Bełchatowski projekt został wraz z pięcioma innymi zakwalifikowany do otrzymania dotacji w kwocie 180 mln euro. Umowa dotacji pomiędzy Elektrownią Bełchatów i Komisją Europejską została podpisana 5 maja 2010 r. W lutym 2011 r. Elektrownia Bełchatów złożyła kolejny wniosek o dofinansowanie.
Dlaczego tak niewiele mówi się o tym projekcie? Może dlatego, że rząd nie ma ochoty przyznać się, iż rozwijamy CCS, ponieważ bierzemy się za to, co podaje się nam w Brukseli na talerzu – choć i w takiej sytuacji potrzebny jest nam „Dżerzi” Buzek, żeby ten talerz odszukał i podsunął pod sam nos. Rząd mógłby być również zmuszony powiedzieć obywatelom, że w Brukseli ustala się technologiczną przyszłość Europy bez naszego większego udziału, a nawet bez większego zainteresowania przedstawicieli naszego rządu tymi tematami. Łatwo jest nas przy tym do różnych rzeczy przekonać, bo sami nie potrafimy przekonywać Europy do technologii, które od lat są w Polsce rozwijane. Nie potrafimy też generować mechanizmów zmieniających wysiłki polskich naukowców w chodliwe towary oraz podczepiać ich pod wielkie ideologie. Rząd musiałby potwierdzić, że to nie polskie państwo definiuje polską modernizację, choć bezpośrednio do niej dopłaca.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Prawo gwarantuje społeczeństwu udział w decyzjach dotyczących środowiska naturalnego. Niestety, głównie w teorii.
Zadaniem oceny oddziaływania na środowisko (OOŚ) jest analiza wpływu planowanego przedsięwzięcia na ludzi, zabytki i przyrodę. Przygotowywana na jej potrzeby dokumentacja zawiera m.in. szczegóły techniczne inwestycji oraz inwentaryzację warunków środowiskowych w jej otoczeniu. Po zapoznaniu się z oceną, odpowiedni organ wydaje (lub nie) zgodę na realizację, często obwarowaną obowiązkiem podjęcia działań minimalizujących stwierdzone zagrożenia. Przepisy wymagają przeprowadzania OOŚ dla każdej większej inwestycji, np. przed wydaniem pozwolenia na budowę drogi, zapory czy spalarni odpadów.
Integralną częścią OOŚ są konsultacje społeczne. Poprzedzone mają zostać publicznym powiadomieniem o planowanej inwestycji lub projekcie dokumentu. Stosowna informacja powinna zostać zamieszczona w internetowym Biuletynie Informacji Publicznej urzędu prowadzącego sprawę, wywieszona w pobliżu miejsca przygotowywanej inwestycji (przy siedzibach ludzkich) oraz nagłośniona „w sposób zwyczajowo przyjęty” na danym terenie. Jednym z założeń konsultacji społecznych jest zasada czynnego udziału społeczeństwa, a więc m.in. zapewnienie możliwości wyrażenia krytyki danego projektu.
Nikt nic nie wie
Pod koniec lipca 2010 r. ogłoszono wyniki kontroli wykonywania w Polsce postanowień Konwencji z Aarhus o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz o dostępie do wymiaru sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska. Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę 51 instytucji: Ministerstwo Środowiska, 7 urzędów marszałkowskich, 5 regionalnych dyrekcji ochrony środowiska, 12 starostw powiatowych, 9 urzędów miast na prawach powiatu oraz 17 gmin.
Według Izby, zdecydowana większość skontrolowanych urzędów (42) bezprawnie ograniczyła zakres informowania społeczeństwa o postępowaniach w sprawach dotyczących środowiska.NIK nie oszczędza nawet resortu środowiska, któremu zarzuca brak odpowiedniego powiadamiania obywateli przy wydawaniu zezwoleń na użycie organizmów genetycznie zmodyfikowanych.
Publiczny wykaz dokumentów zawierających informacje o środowisku, który urzędy powinny prowadzić na stronach internetowych, funkcjonował wadliwie w niemal 60% przypadków. Organ administracji powinien zamieszczać w nim np. powiadomienia o trwających OOŚ. – W większości miejsc ciągle funkcjonuje jedynie tablica ogłoszeń. Żeby z niej się czegoś dowiedzieć, trzeba się do urzędu wybrać osobiście i jeszcze trafić na taki moment, aby mieć czas na złożenie uwag – komentuje dr Marta Wiśniewska z organizacji ekologicznej WWF, redaktorka raportu „Jakość konsultacji społecznych w Polsce”.
Nieprawidłowości stwierdzone przez NIK polegały m.in. na całkowitym braku publicznie dostępnego wykazu, prowadzeniu go w sposób niepełny lub nierzetelny oraz wprowadzaniu danych z wielomiesięcznym opóźnieniem. Na skontrolowanych stronach internetowych zabrakło powiadomień aż o 29% „ekologicznych” postępowań administracyjnych. – Pierwszą instytucją, która nie przestrzega obowiązków w tym zakresie, jest Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, na końcu są gminy. Zaletą samorządów jest szybka edukacja, gdy przytaczamy paragraf wskazujący, że brak informowania społeczeństwa grozi więzieniem – mówi dr Paweł Pawlaczyk z Klubu Przyrodników.
Często informacje publikowane są w sposób sprawiający wrażenie, że urzędnikom zależało, aby nikt do nich nie dotarł. – Gmina Wierzchosławice kamuflowała je w BIP, np. umieszczała obwieszczenie o rozpoczęciu procesu inwestycyjnego, po czym po kilku miesiącach jedynie doklejała do niego link o nazwie zawiadomienie.pdf, prowadzący do pliku z nowym zawiadomieniem, o możliwości składania uwag – podaje przykład takiego procederu Robert Wawręty, prezes Towarzystwa na rzecz Ziemi (TnZ).
NIK stwierdziła także, iż w przypadku 16,4% postępowań w sprawie wydania decyzji nie przestrzegano wymaganych terminów składania uwag i wniosków. Prawo łamano również przy konsultacji dokumentów. Na przykład określony ustawą co najmniej 21-dniowy termin na składanie do resortu środowiska uwag do „Polityki ekologicznej państwa w latach 2009-2012” skrócono do 14 dni. Kontrolerzy zarzucili ponadto urzędom uchybienia w zakresie braku zapewnienia obywatelom czasu na zapoznanie się z dokumentacją.
Uwagi skierowane przez społeczeństwo do zbadanych przez Izbę urzędów miały wpływ na treść 73,5% dokumentów, do których zostały wniesione, a także na tok 53,4% zakwestionowanych postępowań. Liczby mogą się wydać imponujące, ale cień na nie rzuca m.in. fakt, że w 81% przypadków nie dokonano właściwego powiadomienia o toczących się postępowaniach. Co więcej, większość organów administracji utajnia procedury.
Prawo? Dobre sobie…
Współautorka tego tekstu przeszła szkolenie z dostępu do informacji o środowisku; resztę uczestników stanowili urzędnicy. Jeden z nich, przy aprobacie pozostałych, spytał, jak udzielić informacji, by nie odpowiedzieć na pytanie, nie narażając się przy tym na zarzut niedopełnienia obowiązku. TnZ w kilku naddunajeckich gminach nie uzyskało danych, o które prosiło, gdyż zdaniem wójtów nie mieściły się one w kategorii objętych ustawą o udostępnianiu informacji o środowisku. Wszystkie sprawy trafiły do Samorządowych Kolegiów Odwoławczych, które uchyliły decyzje samorządowców. W większości przypadków wójtowie nadal nie wydawali stosownych dokumentów, tym razem w ogóle tego nie uzasadniając. Z kolei dr Przemysław Chylarecki z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) wspomina, że zdarzały mu się odmowy udostępnienia dokumentacji motywowane… ochroną praw autorskich. – To dość powszechny trik – przekonuje.
Chylarecki zauważa, że ideą BIP było zamieszczanie w Sieci m.in. konsultowanych dokumentów. – Niestety najczęściej sprowadza się on do tablicy ogłoszeń. To nie ma sensu, zwłaszcza gdy trzeba jechać 300 km, by móc zapoznać się z dokumentami bezpośrednio w pokoju „pań”, w godzinach 10-15. Zaś Wiśniewska uzupełnia: Owe „panie” często nie chcą ich kopiować, a o wydobyciu od nich wersji elektronicznej nawet nie ma mowy. Oczywiście jest to łamaniem prawa, nakazującego udostępnianie zainteresowanym kopii wszystkich jawnych dokumentów.
Co więcej, polscy obywatele mają ograniczone możliwości interwencji w przypadku potencjalnie szkodliwych przedsięwzięć. Prawo do zaskarżania decyzji administracyjnych przysługuje u nas tylko stronom postępowania (najczęściej – sąsiadom inwestycji), a także organizacjom ekologicznym. Jeśli lokalna społeczność chce wyrazić sprzeciw wobec planowanej inwestycji, musi założyć stowarzyszenie i zarejestrować je w sądzie, co bywa długą procedurą. Tymczasem unijna dyrektywa o OOŚ mówi nie o organizacjach ekologicznych, lecz o „zainteresowanej społeczności”, co jest pojęciem dość szerokim. Prof. Marek Górski z Zakładu Prawa Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego zastrzega jednak: W dyrektywie jest mowa o działaniu w interesie publicznym. Osoby, których prywatny interes jest zagrożony, nie mieszczą się w tej definicji.
Warto śledzić strony internetowe urzędów, tablice ogłoszeń i obwieszczenia w prasie, aby zdążyć założyć stowarzyszenie lub zainteresować już istniejące organizacje. – O działaniach drogowców i lokalnych urzędników wiedzieliśmy z monitorowanych stron WWW – wyjaśnia Małgorzata Górska z OTOP, zaangażowana w walkę w obronie Doliny Rospudy, wyróżniona Nagrodą Goldmanów, „ekologicznym Noblem”. – O sprawach trudnych często informują nas mieszkańcy – mówi dr Andrzej Kepel, prezes Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”. Jednak ten system ma wady. – Wielokrotnie próbowano nas „wpuścić” w prywatne interesy, toteż zanim podejmiemy się pomocy, najpierw sprawdzamy, kto o nią prosi – wyjaśnia Jakub Szumin, prezes Federacji Zielonych GAJA.
W słusznej sprawie
Prawo do zaskarżania decyzji zezwalających na inwestycję jest niebezpieczną bronią, zwłaszcza w rękach pieniaczy. Kluczowe organizacje ekologiczne idą ze skargą do sądu tylko, gdy istnieją solidne przesłanki merytoryczne i formalne, a nie ma już możliwości skorzystania z innych narzędzi prawnych. Dlatego wygrywają niemal wszystkie sprawy – choć dochodzenie do ostatecznego rozstrzygnięcia często trwa latami.
Przykładem jest słynna sprawa obwodnicy Augustowa, która miała przeciąć torfowiska Rospudy. Podobnie wyglądała trwająca dekadę walka z rozbudową kolei linowej na Kasprowy Wierch. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał, że przy wydawaniu decyzji zezwalającej na nią doszło do nadużycia władzy przez ówczesnego Ministra Ochrony Środowiska. Nakazał on dyrektorowi Tatrzańskiego Parku Narodowego pozytywne zaopiniowanie inwestycji. Tymczasem proces ten powinien być autonomiczny – tym bardziej, że od decyzji dyrektora można się było odwołać jedynie do ministra, co czyniło tę możliwość fikcją. Ostatecznie kolej została rozbudowana bez zezwolenia resortu środowiska i pozwolenia na użytkowanie, przy milczącej akceptacji wszystkich organów administracji. Wydana wcześniej decyzja o warunkach zabudowy została uchylona przez Naczelny Sąd Administracyjny. Oznacza to, że dla tej inwestycji nigdy nie przeprowadzono wymaganej prawem unijnym oceny oddziaływania na środowisko, w tym na przyrodę obszaru Natura 2000.
Obrońcy przyrody są oskarżani o awanturnictwo, mimo że stoją za nimi argumenty prawne, wsparte racjami naukowymi. Skarga do sądu jest wezwaniem do przestrzegania prawa. WSA w Warszawie w 2005 r. rozpatrywał skargę organizacji ekologicznej, która zarzucała inwestorowi i urzędowi rażące uchybienia merytoryczne i formalne. Stowarzyszenie wysłuchało tradycyjnych oskarżeń o „blokowanie inwestycji”. Sąd uznał jednak, że organizacja słusznie wskazała na uchybienia, więc powyższy zarzut jest nieuprawniony, a zapewnienie podstawowych zasad postępowania i staranności w przygotowaniu inwestycji na pewno usprawniłoby cały proces inwestycyjny.
Zbywane społeczeństwo
Dyrektywa w sprawie OOŚ stwierdza, że konsultacje społeczne powinny być rozpoczynane na tyle wcześnie, żeby wszystkie warianty inwestycji były możliwe do realizacji. Unijne wymogi nie wskazują terminu 21 dni na konsultacje społeczne (minimalny wymóg polskich przepisów), podkreślając, że należy przewidzieć „rozsądne ramy czasowe dla różnych faz”.
– Nigdy się nie spotkałam, by ktokolwiek zastosował termin dłuższy niż 3 tygodnie – zauważa Wiśniewska. Absurd tej sytuacji najlepiej ukazują duże dokumenty, np. Krajowy Program Budowy Dróg, liczący… 10 tys. stron. Udział społeczny jest w ich przypadku właściwie niemożliwy – człowiek pracujący, posiadający rodzinę, nie znajdzie przecież czasu na błyskawiczną analizę tak obszernej dokumentacji. – Zwłaszcza jeśli koniec terminu przypada w okresie świąt Bożego Narodzenia – podsumowuje Wiśniewska. Podobnie było z polityką atomową państwa, mającą na kilka pokoleń określić model energetyki i bezpieczeństwa ekologicznego. Początek konsultacji przypadł na święta bożonarodzeniowe, a koniec pierwotnie podczas ferii zimowych – ostatecznie w tym przypadku, pod wpływem protestów, rząd nieco wydłużył czas na składanie uwag.
W Polsce prowadzenie konsultacji zazwyczaj nie wynika z rzeczywistego zainteresowania głosem społecznym, lecz z… dotacji unijnych. Każda większa inwestycja dofinansowana z funduszy wspólnotowych musi być poprzedzona OOŚ i konsultacjami społecznymi. – Niestety, w praktyce to tylko „odhaczanie” kolejnej uciążliwości – wzdycha Wiśniewska. I dodaje: Nikt nie myśli, że to przynosi korzyści również inwestorowi czy podejmującemu decyzje. Inwestycja lepiej funkcjonuje w otoczeniu mieszkańców, którzy mieli na nią wpływ. Jeśli społeczność lokalna ma jakieś uwagi, inwestor może zmodyfikować projekt i uniknąć konfliktów.
Często mają wręcz miejsce próby wyeliminowania głosów przeciwników inwestycji w jej planowanym kształcie. Istnieje kilka typowych scenariuszy takiego postępowania.
Najpowszechniejszym jest zbieranie uwag, ale puszczanie ich mimo uszu, maskowane rzekomą powagą i nieomylnością instytucji prowadzącej OOŚ. – Urzędnikom przyświeca zasada, że nawet jeśli pojawią się uwagi, to i tak je zignorują – ubolewa dr Wiśniewska. Klasyczne uzasadnienia decyzji odrzucających zastrzeżenia społeczne brzmią tak: „organ nie podziela opinii” i „organ uznaje argument za bezzasadny”. – Właśnie otrzymałam odpowiedź na uwagi do harmonogramu ochrony przeciwpowodziowej górnej Wisły. Dominują „odpowiedzi” typu „uwaga całkowicie niesłuszna” – irytuje się Wiśniewska.
– Formalnie organ nie musi uwzględnić uwag czy opinii zgłoszonych w ramach konsultacji, przy czym uważa się, że powinien udzielić szerszej odpowiedzi. Od decyzji organu odwołać się mogą tylko strony biorące udział w postępowaniu administracyjnym – przypomina prof. Górski. W tym podejściu zasadą jest traktowanie obywateli jako „niemych widzów”. – W wielu przypadkach urząd prowadzący konsultacje społeczne wydawał potem decyzję nie uwzględniając żadnych naszych propozycji, nawet najbardziej konstruktywnych. W takiej formie konsultacje są całkowicie bezsensowne – uważa Szymon Bzoma z Grupy Badawczej Ptaków Wodnych „Kuling”.
Doświadczone organizacje nie pozwalają sobie jednak dmuchać w kaszę. – Na przypadki brutalnego traktowania naszych działań przez urzędników reagujemy równie brutalnie, z reguły skutecznie. Urzędnicy szybko się edukują. W naszym przypadku problemem jest tylko ilość spraw i ograniczone „moce przerobowe” organizacji – wyjaśnia dr Pawlaczyk.
Niech sobie pogadają
Kolejnym wybiegiem jest „dialog kreowany”: stwarzajmy pozory ustępstw i wykazujmy się „dobrą wolą”, tymczasem ostateczny rezultat rozmów jest z góry założony. Stronę społeczną pozostawia się w przekonaniu, że coś „ugrała”, jednak to coś było od początku przewidziane w scenariuszu.
Istotę „brania na dialog” dobrze oddają konsultacje projektów budowy spalarni odpadów w kilku miastach. Po stronie inwestycyjnej stoją ci sami ludzie, a OOŚ dla poszczególnych zakładów różnią się jedynie w niewielkich szczegółach, dotyczących konkretnych lokalizacji. W „spalarniowych” miastach modne jest organizowanie tzw. okrągłych stołów, podczas których daje się mieszkańcom prawo wyrażenia obaw, uwag, a niekiedy frustracji. To rodzaj „wentyla bezpieczeństwa”, którego istnienie pozwala na zachowanie pozorów dialogu społecznego, a tym samym wykazanie się przed Komisją Europejską.
Praktyczny instruktaż tego rodzaju manipulacji ze strony inwestora w Krakowie przeciekł do organizacji społecznych i został opublikowany w Internecie. W dokumencie znalazły się m.in. takie wskazówki:
- należy unikać publicznych debat i polemik, ponieważ stanowi to wyłącznie reklamę protestu,
- utworzenie obywatelskiej grupy wsparcia projektu,
- nie należy przyjmować zaproszeń na żadne zebrania mieszkańców organizowane przez komitet protestacyjny […][lub] należy oddelegować na nie pracownika technicznego niższego szczebla,
- w przypadku spotkań z mieszkańcami: należy zapewnić sobie udział części obecnych nastawionych przychylnie,
- konsultacje z organizacjami ekologicznymi: zaangażowanie niektórych z nich do wsparcia działań projektu oraz nawiązanie przez niektóre z nich kontaktów z komitetem protestacyjnym i podjęcie próby zbadania jego aktualnego stanowiska,
- nie należy przywiązywać zbytniej wagi do uchwał samorządu lokalnego sprzeciwiających się budowie spalarni, np. w okresie poprzedzającym wybory,
- zaproszenie do negocjacji znanej i szanowanej osoby publicznej.
W inwestorskich scenariuszach konsultacji przewiduje się niekiedy wprowadzanie w szeregi przeciwników „swoich ludzi” w celu pozyskiwania informacji o planowanych działaniach czy „oddolnego” demontażu inicjatyw. Niepokojące jest również „tworzenie obywatelskich grup wsparcia projektów”, czyli hodowla klakierów. Mamy wiele przykładów takiego postępowania: stowarzyszenie z Bytomia propagujące rozbudowę ośrodka sportowo-rekreacyjnego „Sportowa Dolina” na terenie rezerwatu przyrody czy nowo powstałe lokalne stowarzyszenie działające na rzecz realizacji kompensacji przyrodniczych dla inwestycji narciarskich w Beskidach.
Kim pan jest, panie obywatel?
Wreszcie trzeci sposób „konsultacji” – ośmieszanie. Przeciwników inwestycji obdarza się epitetami. To już nie osoby zaniepokojone zagrożeniami dla ludzi i przyrody, lecz „ekoterroryści”, dla których „żabki i motylki są ważniejsze niż rozwój gospodarczy”. – Podczas spotkań nikt nie stara się zapamiętać naszych nazwisk, nie mówiąc już o tytułach naukowych – chyba się nie doczekam, by powiedziano do mnie „pani doktor”, tak jak do innych osób na sali mówi się „panie profesorze”. Jesteśmy zawsze „ekologami” – wyznawcami jakiejś „religii”, za którymi nie stoi żadna wiedza – zauważa Marta Wiśniewska.
Podczas konsultacji dotyczących przebiegu autostrady A1 przez woj. łódzkie dyrektorka jednej z rządowych agend zapytała szefa rady osiedla Andrzejów w Łodzi: Jakie masz pan wykształcenie, że się pan odzywasz? Po kolejnych tego rodzaju wywodach starszy pan, wskazujący na błędnie zaprojektowane rowy melioracyjne (woda zaleje okoliczne domy), odparł: Od 40 lat wykładam meliorację na Politechnice, mam tytuł doktora inżyniera. Żadne uwagi zgłoszone przez obecnych na sali nie zostały jednak uwzględnione, a kilkustronicowa opinia zawodowego przyrodnika nie zasłużyła nawet na mantrę, iż organ nie podziela opinii.
Antyeko-szantaż
Ze strony inwestorów „konsultacjom” towarzyszy nieraz wręcz zastraszanie i szantaż. Przykładem może być pismo kancelarii prawnej, działającej w imieniu firmy Green Power Polska. Przedsiębiorstwo chce wybudować park elektrowni wiatrowych w gminie Ustka.
W liście z 12 czerwca 2009 r. do przeciwników inwestycji spółka nie kwestionuje ich prawa do korzystania ze […] środków prawnych. Przypominamy jednak, iż uprawnienie to […] ograniczone jest zasadami współżycia społecznego, dobrej wiary i ochrony praw nabytych. Następnie kancelaria informuje, że naruszeniem prawa jest sytuacja, gdy obywatel, wykorzystując procedury administracyjne, utrudnia innej osobie realizację jej zamiarów albo nęka organy administracji, składając różnego rodzaju skargi, zarzuty, pisma itp. i przyczyniając się wydatnie do przedłużenia postępowania. Uzasadnia to pozbawienie takiego obywatela ochrony prawnej. Prawnicy inwestora wskazują, że nadużyciem prawa mogłoby być opóźnianie realizacji inwestycji poprzez ich zdaniem „sztuczne” wszczęcie procedur odwoławczych.
W dalszej części listu pada ostrzeżenie, że w przypadku skierowania skargi lub odwołania, firma zmuszona będzie niezwłocznie wystąpić […] na drogę sądową, z roszczeniem o odszkodowanie z tytułu opóźniania realizacji inwestycji. […] udokumentowane wydatki z tego tytułu już teraz sięgają milionów euro. Ipodkreśla: roszczenie odszkodowawcze będzie obejmowało także utracone korzyści […], czyli kolejne dziesiątki milionów. Po wszystkim nadawca uprzejmie informuje mieszkańców, że ewentualne odszkodowania będą egzekwowane przez komornika z majątku osobistego.
Podobną strategię obrała firma Żywiec Zdrój S.A. w Jeleśni (Beskid Żywiecki) wobec przeciwników budowy nowych ujęć i wodociągów przemysłowych. Obawy mieszkańców o negatywne skutki inwestycji zostały potraktowane przez spółkę jako działania prowadzone na jej szkodę, podważające wiarygodność i godzące w dobre imię. Pierwotnie inwestor subtelnie poinformował społeczność, iż wobec kilku protestujących podjął odpowiednie kroki prawne i ma nadzieję, że pozostali nie podzielą ich losu. Następnie, wynajęta przez przedsiębiorstwo kancelaria wystosowała do aktywnych uczestników protestu ostateczne przedsądowe wezwanie do zapłaty, w którym wzywa ono do przelania na swoje konto 20 tys. zł odszkodowania za krytykowanie inwestycji.
Efekt zastraszenia udało się osiągnąć np. w gminie Walce (woj. opolskie), gdzie nikt nie chciał z nami rozmawiać; w innych mieszkańcy zgadzali się tylko pod warunkiem zachowania anonimowości. Naciski nie ominęły też organizacji ekologicznych. – Prawnik wynajęty przez firmę, której nadepnęliśmy na odcisk, rozesłał paszkwile na nasz temat, po których musieliśmy się tłumaczyć m.in. w naszym starostwie, że nie jesteśmy wielbłądami. Mieliśmy też telefony z „pytaniami”, czemu blokujemy ekologiczne inwestycje, z ministerstwa gospodarki i… ambasady Niemiec – relacjonuje Wawręty.
Wpływ obywateli na decyzje dotyczące środowiska modyfikuje także presja ekonomiczna. Spółka Murillo, planująca otworzyć drugi kamieniołom w miejscowości Rybnica Leśna w powiecie wałbrzyskim, zaproponowała, że po zakończeniu formalnej procedury, niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji, przekaże wsi 200 tys. zł na cele społeczne. Oferta finansowa została skierowana również do lokalnej organizacji pozarządowej oraz do właściciela schroniska turystycznego „Andrzejówka”. Już wcześniej istniejący kamieniołom systematycznie dotował budowę Gminnego Centrum Edukacyjno-Sportowego, przekazując na ten cel 850 tys. zł.
Jednocześnie firma przez wiele lat działała niezgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego oraz bez decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji. Czy zatem wręczenie policjantowi 100 zł w zamian za przymknięcie oka na złamanie przepisu ruchu drogowego będzie łapówką, czy może tylko aktywnym dialogiem społeczeństwa z władzą?
Konieczne są zmiany
Najgorsze jest to, że obecny system zniechęca do korzystania ze swoich praw. – Jeśli ktoś raz został źle potraktowany, drugi raz się nie zaangażuje, a to niszczy społeczeństwo obywatelskie – smutno konkluduje Wiśniewska. Działacze ekologiczni zwracają uwagę, że wiele spraw powinno znaleźć finał przed wymiarem sprawiedliwości, niestety prokuratury często odmawiają wszczęcia postępowania z uwagi na rzekomo niską szkodliwość czynu. Jeden z mieszkańców Jeleśni, mówiąc o zmęczeniu swoim i sąsiadów, zakończył: Prawo w Polsce nie jest złe, tylko nie działa.
Często w obliczu zagrożenia mieszkańcy „na szybko” skrzykują stowarzyszenie. – Zazwyczaj podejmują wiele nietrafionych działań, np. składają pisma do niewłaściwych urzędów lub źle formułują postulaty. Marnują w ten sposób wiele czasu i energii, co powoduje wypalenie – dzieli się refleksjami Górska. – Wiele by nam dało, gdybyśmy w całej Polsce mieli setkę dobrze wyszkolonych osób, które zajmowałyby się takimi przypadkami – dodaje Pawlaczyk. Natomiast Kepel zauważa, że udział nawet dużych organizacji we wszystkich postępowaniach jest niemożliwy, choćby z powodów kadrowych. – Stąd tak ważne, żeby społeczności lokalne były zorientowane w tym, co mają i mogą utracić, i na tej podstawie interweniowały – podkreśla.
Są jednak i pierwsze jaskółki zmian. – Zdarza się, że inwestor aktywnie szuka stowarzyszeń do konsultacji, ale to nadal pojedyncze przypadki – zauważa Wiśniewska. Zaś szef „Salamandry” dodaje, że sporadycznie spotyka się z sytuacją, gdy urzędy proszą o konsultację części przyrodniczej OOŚ. Niestety jest wiele firm i instytucji, którym takie postępowanie przeszkadza. – Zaraz pytają, na jakiej podstawie jest marnowany czas pracownika urzędu – wyjaśnia Pawlaczyk.
Zmiany zaczęły się po wygranej batalii o Dolinę Rospudy. – Na początku starań o zmianę trasy Via Baltica nie traktowano poważnieOTOP-u i innych organizacji – wyjaśnia Górska. – Kontrargumenty były banalne, więc odwoływaliśmy się do sądów i tam wygrywaliśmy. W ten sposób działacze społeczni niejako „wychowali sobie” budowniczych dróg. Obecnie przedstawiciele OTOP regularnie spotykają się w grupach roboczych z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad jeszcze przed etapem projektowania, co pozwala uniknąć późniejszych konfliktów i zoptymalizować przebieg drogi. – Zmienia się podejście drogowców do nas i nasze do nich, a relacje można uznać za partnerskie – podsumowuje Górska.
Podobne zmiany zaszły wśród energetyków. Przy budowie wiatraków i zabezpieczaniu infrastruktury przesyłowej konsultują się z przyrodnikami, żeby uniknąć strat wśród ptaków i nietoperzy. Na przeciwległym końcu skali współpracy leży branża „wodna”. – Niedawno przedstawiałam przed Komisją Europejską i Krajowym Zarządem Gospodarki Wodnej swój referat. „Chłopcy” z KZGW nie wytrzymali, ze łzami w oczach pytali, gdzie jest w tym wszystkim człowiek, nie dostrzegając, że rozwiązania ekologiczne chronią ludzi – opowiada Wiśniewska. Polska do 2015 r. musi przygotować plany zarządzania ryzykiem powodziowym. Z pewnością nie będą one mogły wyglądać tak, jak to sobie wyobraża lobby hydrotechniczne. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli z nimi przejść przez tę samą gehennę, co z drogowcami – przewiduje Górska.
Jest jeszcze jeden aspekt otworzenia się części urzędników na dialog: rodzące się wzajemne zaufanie, które skutkuje nieformalną współpracą. Kilku działaczy społecznych opowiadało nam o sytuacjach, gdy pracownicy administracji zmuszeni są wydać, pod wpływem nacisków „z góry”, pozytywne decyzje dla inwestycji ewidentnie szkodliwych. Wówczas urzędnicy, zazwyczaj ze ścisłego kierownictwa, po cichu pytają ekologów: „Uwalicie?”. – I uwalamy – mówi jeden ze znanych działaczy ruchu ekologicznego.
Konsultacje społeczne bywają nieczystą grą pozorów. Wiele sił i środków poświęca się, żeby wykazać ich szeroki zasięg i zgodność z wszelkimi standardami. Łatwo w tym wszystkim o uśpienie czujności. Rynek firm specjalizujących się w umiejętnym prowadzeniu konsultacji społecznych w interesie inwestorów jest coraz większy, coraz lepiej wykorzystują one metody marketingowe i narzędzia psychologiczne. Oczywiście odbywają się także konsultacje będące faktyczną platformą dyskusji, której rzetelne konkluzje mają realny wpływ na rzeczywistość. Na razie jednak stanowią one zdecydowaną mniejszość.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | kultura zaangażowana, nr 3/2011
Według danych Biblioteki Narodowej, jedynie 44% Polaków w ciągu ostatniego roku (2010) miało jakikolwiek kontakt z dowolną książką. W podobnych badaniach w Czechach i Francji wskaźnik ten wyniósł odpowiednio 83 i 69%. Jednym z podmiotów, które mogą pomóc zmienić niepokojącą tendencję, są przyzwoicie finansowane i nowocześnie zorganizowane biblioteki publiczne.
Na pomoc (finansową)
W 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z czego aż 1467 na terenach wiejskich. Tymczasem, jak podkreśla Bronisława Woźniczka-Paruzel, profesor bibliotekoznawstwa UMK w Toruniu, biblioteki odgrywają bardzo ważną rolęw środowiskach lokalnych, zwłaszcza na terenach wiejskich i małomiasteczkowych. Nierzadko są tam jedynymi instytucjami kultury, które nie tylko współtworzą życie miejscowych społeczności, ale również kształtują społeczeństwo wiedzy i informacji.
Te, które przetrwały, zazwyczaj gnębią poważne niedobory finansowe. Wynika to m.in. ze stereotypowego podejścia decydentów różnego szczebla. Mają oni niewielkie pojęcie, jakie zadania stawia się dziś przed książnicami. – Wójt, sołtys czy prezydent miasta, którzy zresztą zwykle czytają mało lub niechętnie, mają w głowie obraz siermiężnej biblioteki szkolnej z czasów własnej młodości. Dlatego np. automatyzację bibliotek uważają za fanaberię – podkreśla pani profesor.
Rozbudowa dróg szybko przynosi widoczne skutki, natomiast inwestycja w instytucje czytelnicze daje efekty po latach i nie każdy uważa, że jest konieczna. – Bardzo ciekawe było, kiedy przeanalizowaliśmy 16 regionalnych programów rozwoju, tworzonych przez województwa w celu wykorzystania środków unijnych. Tylko w dwóch padło słowo „biblioteka” – zauważył na łamach prasy Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, powołanego przez resort kultury m.in. do popularyzacji czytelnictwa.
Jak wynika m.in. z oceny dokonanej na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004-2013, wydatki na tę dziedzinę życia społecznego w przeliczeniu na mieszkańca są u nas wyjątkowo niskie. Podczas gdy za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie, w Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad… 5 woluminów. Po okresie wzrostu nakładów budżetowych na ten cel, w 2009 r. Polska ponownie znalazła się w ogonie Europy (7,5 woluminów/100 mieszkańców/rok). W obliczu ogromnych rokrocznych ubytków (zagubienia, zniszczenia) w latach 2008 i 2009 księgozbiór nie tylko nie powiększył się, ale zmalał – o ponad 300 tys. woluminów.
W tej sytuacji niebagatelnym wsparciem dla bibliotek, zwłaszcza w małych gminach, stają się duże projekty pomocowe, jak Biblioteka+. Ten program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, realizowany pod auspicjami Instytutu Książki, ma na celu przekształcenie bibliotek gminnych w nowoczesne centra dostępu do wiedzy, kultury oraz ośrodki życia społecznego. Biblioteki mogą ubiegać się m.in. o środki na internetyzację. – To przełamanie bariery cywilizacyjnej – podkreśla Gauden.
Wsparcie dla czytelnictwa przychodzi także czasem ze strony prywatnych darczyńców. Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Dzięki niemu ponad 3300 prowincjonalnych przybytków książki ma szanse m.in. wzbogacić się o sprzęt informatyczny i multimedialny. Wdrażaniem pięcioletniego programu (2009-2013), o łącznym budżecie 28 mln dolarów, zajmuje się Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI). Oprócz wyposażania instytucji w sprzęt, organizuje praktyczne szkolenia, dotyczące np. planowania rozwoju biblioteki, organizacji klubów filmowych, dokumentacji historii regionu, motywowania młodzieży do współpracy. Dodatkowo, placówkom które nie korzystały dotąd z oferty „Biblioteki z Internetem TP” (Grupa TP SA), zaoferowano darmowe podłączenie do Sieci.
Program uwzględnia element bardzo istotny z punktu widzenia budowy aktywnej „sieci społecznej”: integrację bardzo różnych podmiotów wokół podobnych celów. Przykładowo, w jego ramach Polskie Towarzystwo Bibliologiczne rozpoczęło współpracę z dziewięcioma uniwersytetami nad nowymi programami kształcenia bibliotekarzy, przygotowującymi do prowadzenia małej lokalnej biblioteki. We wszystkich województwach powstały Regionalne Partnerstwa na rzecz Rozwoju Bibliotek.
Wspólnota wokół książek
Zdaniem Małgorzaty Dąbrowskiej z FRSI, idealna instytucja czytelnicza łączy dotychczasowe funkcje z zupełnie nowymi. – Powinna być pomostem między światem słowa drukowanego a światem multimediów, z których w coraz większym stopniu czerpiemy wiedzę o rzeczywistości – przekonuje.
Jednak wykraczanie poza standardowe udostępnianie książek nie musi się opierać na nowych technologiach – bardzo wartościowe bywają także inicjatywy „staroświeckie”. Dobry przykład stanowią Dyskusyjne Kluby Książki (DKK), zainspirowane działalnością British Council. Można je określić jako inicjatywę oddolną, której formę nadaje jednak Instytut Książki. Z wysokości szczebla centralnego obserwuje on i wspiera kluby, m.in. przekazując specjalne pozycje książkowe. Jednak życie w ramy stworzone przez instytucję wlać muszą sami wielbiciele literatury, którzy spotykają się, żeby wymienić wrażenia po lekturze.
Od 2007 r. na terenie całej Polski wyrosło ok. 700 takich klubów. Łączy je idea delektowania się literaturą w większym gronie, ale sposoby „przyrządzania głównego dania” bywają rozmaite. Wiele zależy od osobowości moderatora, pełniącego funkcję swoistego „mistrza ceremonii”. Elżbieta Kalinowska, koordynująca program z ramienia Instytutu, wyjaśnia, że za jego sprawą spotkanie może przybrać formę tradycyjnej rozmowy, ale także stać się zaczątkiem bogatego życia kulturalnego – bywania na koncertach, w kinie itp. Jak zaznacza, okazało się, że dla wielu osób, zwłaszcza w małych miejscowościach, spotkanie w DKK to bardzo często jedyna okazja, żeby wyjść z domu w innym celu niż zakupy. I dodaje nie bez satysfakcji: Myślę, że to powoli przeradza się w jakiś ruch społeczny.
Rozwój bibliotek tworzy w danym miejscu pewnego rodzaju „wspólnotę kultury”. Dlatego pomysł na świątynię książki powinien uwzględniać potrzeby i ambicje danej społeczności. Przykładem ośrodka, który chce i potrafi przyciągnąć odbiorców w swoje mury, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu. Działa od 1947 r., w 2008 r. rozpoczęto budowę gmachu przy ul. Minorytów 4, w którym dziś znajduje się główna siedziba, gromadzącą oprócz książek m.in. filmy, muzykę oraz tzw. audiobooki. O atrakcyjności dla różnych grup odbiorców przesądza nie tylko nowoczesność placówki, ale także jej oferta.
W ramach biblioteki działa DKK, od 2004 r. organizowany jest Ogólnopolski Konkurs na Esej, początkowo skierowany tylko do uczniów szkół ogólnokształcących i zawodowych, a obecnie także do studentów. Odbywa się tu także konkurs dla opolan „Miasto Poetów czyta wiersze”. W grudniu 2010 r. ruszył cykl spotkań „Świat wokół nas”, adresowany do uczniów Zespołu Szkół Specjalnych. Ośrodek współtworzy również cykliczną Opolską Jesień Literacką – wydarzenie gromadzi zarówno lokalnych twórców, jak i artystów z całej Polski i świata. Uczestniczy też jako partner Instytutu Książki w Festiwalu „4 Pory Książki”, a w ramach warsztatów „SPOKOjnie to MATURA” pomaga uczniom przygotować się do egzaminu dojrzałości.
Opolska biblioteka to także miejsce przyjazne rodzinom. Działa tu „Klub Mam”, w ramach którego co czwartek matki z dziećmi mogą poznawać się, rozmawiać ze sobą i specjalistami z różnych dziedzin, wreszcie – zapewnić swoim pociechom kontakt z książką jako czymś naturalnym. Młodym odbiorcom książnica poświęca szczególną uwagę. Jest „Sobota z mamą i tatą w bibliotece” – zabawy plastyczne i literackie w specjalnym „Pokoju Bajek”. Co tydzień odbywają się „Słucham, czytam, tworzę” – spotkania z książką dla przedszkolaków. Ciut rzadziej: „Z książką na walizkach. Opolskie spotkania pisarzy z młodymi czytelnikami” – impreza organizowana z łódzkim wydawnictwem „Literatura”, łącząca spotkania autorskie z warsztatami literackimi, plastycznymi). Do tego „Rozczytane soboty” – cykl w ramach ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Biblioteka organizuje również konkurs literacki „Legenda o Opolu” oraz „Dni Literatury Dziecięcej”.
To „zwykli odbiorcy” mogą najpełniej ocenić ofertę danego ośrodka. Arkadiusz Pieniążek z Opola, ojciec czteroletniej Alicji, mówi: Od otwarcia nowej biblioteki dość regularnie wstępuję tam podczas spacerów z córką, zwykle by mogła wybrać sobie nową płytę z bajkami. W zbiorach filmowych przeważa kino ambitne, lubię sięgnąć po moje ulubione animowane historie ze studia Ghibli albo nadrobić zaległości we współczesnej polskiej kinematografii, które powstały, gdy mieszkałem za granicą. Poniżej mediateki znajduje się sala, gdzie dzieci mogą się bawić, grać w gry planszowe, korzystać z komputerów. A tamtejsza czytelnia oferuje spory wybór tytułów, w tym także prasy zagranicznej, które są zwykle trudno dostępne, przynajmniej w wersji papierowej.
O tym, że również na prowincji biblioteka nie musi być miejscem nudnym czy schematycznym świadczy też inicjatywa z Wisznic k. Lublina. Alina Maniowiec, dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej, jest pomysłodawcą akcji „Odkurzyć zapomniane – młodzi reporterzy odkrywają historię małej ojczyzny”. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi, zebranie materiałów zdjęciowych, wywiadów i pamiątek zaowocowało „Słowniczkiem nazw fizjograficznych gminy Wisznice”. – Noszę w sobie poczucie misji, że powinnam zbierać te wszystkie materiały, które gdzieś tam nam umykają, i gromadzić je w bibliotece, bo to miejsce między innymi do tego służy, żeby kiedyś, w przyszłości, każdy mógł do nich zajrzeć. W ten sposób rozwijamy regionalia – tłumaczy p. Maniowiec.
Piętnaścioro uczniów gimnazjum podjęło się wędrówki po miejscowościach gminy śladem przeszłości. Przede wszystkim tej niezapisanej, niknącej wraz z odchodzeniem starszego pokolenia. Wolontariusze nagrali wiele rozmów z mieszkańcami, stworzyli zasób przekazów ustnych, dotyczących zwłaszcza pochodzenia nazw własnych miejsc – lasów, łąk, pól. Udokumentowali zabytki dawnego języka, dzięki czemu mogli potem odczuwać dumę jako współautorzy słowniczka. Od tego czasu minęło parę lat i biblioteka w Wisznicach zorganizowała jeszcze kilka podobnych akcji, np. gromadzenie tekstów piosenek ludowych z okolicznych miejscowości, również uwieńczone wydaniem publikacji.
Przykłady te pokazują, jak różnym celom kulturalnym i społecznym może służyć „staroświecka” instytucja biblioteki.Gdy działa dobrze,może bez uszczerbku dla tradycyjnych celów pobudzać „wyobraźnię kulturową”, nastawioną na współuczestnictwo, oraz ożywiać działalność publiczną.
Biblioteka obywatelska
W biuletynie Instytutu Spraw Publicznych, pt. „Analizy i Opinie” (nr 116, styczeń 2011) opublikowano tekst Grzegorza Makowskiego i Filipa Pazderskiego „Biblioteki publiczne jako przestrzeń nieformalnej edukacji obywatelskiej”. Edukacja taka jest intencjonalna, ale nie musi być częścią jakiegoś systemu, ani być prowadzona w ramach statutowej działalności konkretnych podmiotów. Zdaniem autorów, wobec niedostatków edukacji systemowej daje ona często pogłębioną możliwość zdobywania wiedzy i kompetencji pozwalających na utrzymanie więzi z państwem i innymi członkami społeczeństwa.
Wedle Makowskiego i Pazderskiego, biblioteki są potencjalnymi miejscami oddziaływania tego rodzaju edukacji. Biblioteka jest wciąż w większości przypadków instytucją publiczną, dostępną dla każdego, ponadto przez swój instytucjonalny charakter reprezentuje państwo. Autorzy postulują przede wszystkim stosowne programy i regulacje prawne, szkolenia zapewniające umocnienie lub nabycie niezbędnych kompetencji, głównie z zakresu animowania lokalnych społeczności, zapewnienie wymaganej infrastruktury w ramach „przestrzeni bibliotecznej”, a także odpowiednie wynagradzanie pracowników.
Za bardzo ważną uznana została kwestia skonsolidowania środowiska bibliotekarzy i budowy platformy ich współpracy także z przedstawicielami innych podmiotów działających na poziomie lokalnym. Brakuje szerokiego, przekrojowego, poziomego kontaktu między różnymi aktorami lokalnego życia społecznego – organizacjami pozarządowymi, szkołami i innymi instytucjami publicznymi świadczącymi usługi publiczne. Tymczasem obywatelski potencjał bibliotek wydaje się znaczny. Makowski i Pazderski wskazują na możliwe formy skutecznej działalności tych placówek we wspomnianym zakresie, jak przekazywanie członkom lokalnych wspólnot wiedzy o ich prawach i obowiązkach czy tworzenie neutralnej przestrzeni dla debat i sporów, np. o charakterze samorządowym.
Zarzucanie sieci
Wszystkie te zadania mogą być realizowane jedynie przez dobrze przygotowane kadry. W 2008 r. wśród pracowników bibliotek kwalifikacje bibliotekarskie posiadało 68,9%, w tym 34,4% wyższe wykształcenie kierunkowe. Jednak często nawet absolwenci specjalistycznych studiów podczas pracy w bibliotece ograniczają się do wypożyczania książek. Nie aktywizują lokalnych społeczności, nie włączają dzieci i dorosłych do żadnych działań kulturalnych.
Aby bibliotekarze nie zapomnieli, że obcowanie z książką może być żywym i ciekawym doświadczeniem, organizowane są specjalne programy doszkalające i motywujące do aktywności. Centrum Edukacji Obywatelskiej stworzyło w ramach Programu Rozwoju Bibliotek właśnie taki projekt. Bibliotekarze pod opieką mentorów – zawodowych szkoleniowców wpierających ich działania, otrzymają możliwość realizacji wybranego pomysłu z udziałem młodzieży.
W programie chodzi o dwustopniową edukację. Z jednej strony rozwój intelektualny i interpersonalny młodzieży poszukującej literackich czy historycznych śladów w rodzinnych stronach, zakładającej kluby filmowe itp.; z drugiej – kształtowanie różnorakich kompetencji bibliotekarzy. Zuzanna Michalska, koordynatorka programu z ramienia CEO, ma również nadzieję, że dzięki niemu pracownicy bibliotek bardziej uwierzą w siebie, w przydatność swego zawodu i wykształcenia. – Praca z młodzieżą przy projektach tego rodzajuwymaga przede wszystkim wiedzy, gdzie szukać różnych informacji, a tę posiada każdy bibliotekarz – stwierdza.
Program ma również wspomagać powstawanie sieci relacji między instytucjami edukacyjnymi i wychowawczymi w obrębie społeczności lokalnej. Bibliotekarz nawiązałby współpracę z osobami zajmującymi się młodzieżą, a ta związałaby się silniej z przybytkiem książki, bo kontakt z nim wykroczyłby poza prostą wymianę kolejnych tytułów. – Chcemy, żeby bibliotekarz poznał nauczyciela, harcmistrza; pozna też lepiej dzieci, gdy będzie z nimi coś robił. Celem jest wywoływanie fermentu w okolicy: szumu i aktywizacji obywatelskiej – podkreśla Michalska.
Marzenia do spełnienia
Należy jeszcze wiele zrobić, żeby działalność bibliotek przynosiła społecznościom lokalnym wszystkie wspomniane korzyści. Niezbędne będzie realne wsparcie władz samorządowych i centralnych, i to w postaci długoletnich planów, a nie jednorazowych akcji.
Bez tego niemożliwe będzie choćby zmniejszenie dysproporcji między miastem i wsią oraz między poszczególnymi województwami jeśli chodzi o zakup nowych książek czy wyposażenia. Przykładowo, w roku 2008 biblioteki w woj. mazowieckim na każdych 100 mieszkańców kupiły 10,4 woluminu, natomiast w woj. pomorskim jedynie 5,4. Według raportu o stanie książki, opublikowanego na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r., szczególną bolączką jest problem lokalowy. Jednym z istotniejszych problemów, z jakimi boryka się większość bibliotek publicznych, jest zły stan pomieszczeń i budynków […] Wielu bibliotekom publicznym trudno nadążyć za zmianami w zakresie organizacji i przestrzennego zagospodarowania lokali bibliotecznych, które wynikają z przeobrażeń zachodzących w samych bibliotekach (zmiany realizowanych przez nie funkcji, poszerzający się zakres usług, wdrażanie nowych technologii komputerowych). Dotychczas prowadzone badania pokazały, że budownictwo biblioteczne jest dziedziną niedoinwestowaną. Sytuacja lokalowa w poszczególnych województwach jest bardzo zróżnicowana, przy czym różnice te nie wynikają z żadnych uchwytnych uwarunkowań społeczno-demograficznych czy struktury potrzeb – czytamy w opracowaniu.
Jeśli biblioteka ma dobrze funkcjonować, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach, jeśli ma odpowiadać na nowe potrzeby społeczności – jej potrzeby nie mogą być marginalizowane. Kluczowa jest tutaj zmiana myślenia: uznanie bibliotek za ważne instytucje, w których toczy się życie obywatelskie i wspólnotowe. Tak jak w modelu skandynawskim, który przywołał Grzegorz Gauden: W Szwecji w jednej z miejscowości biblioteka była głównym budynkiem, dumą władz. Dla mieszkańców powodem, by uznać, że władze dobrze pracują, było to, że biblioteka dobrze działa. Stojąca w centrum nowoczesna biblioteka, służąca ludziom przez 8-10 godzin dziennie, otwarta dla nich – to jest najlepsza rzecz, którą oni, pochodzący z wyboru społecznego, mogą dać głosującej na nich społeczności.
Podać pomocną książkę
Nie samym chlebem żyje człowiek. Gdybym był głodny i chory, nie żebrałbym na ulicy o chleb, lecz o pół chleba i książkę – powiedział hiszpański poeta Federico García Lorca, przemawiając podczas otwarcia biblioteki w swoim rodzinnym mieście w 1931 r.
Wśród pomysłów na twórcze wykorzystanie mocy oddziaływania literatury znalazła się koncepcja wspomagania dzieci i młodzieży borykających się z różnego rodzaju problemami. Odpowiednio skomponowane zajęcia terapeutyczne, których sedno stanowi opowieść, pozwalają zmierzyć się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, przepracować rozmaite traumy.
Jednak spotkanie ze słowem drukowanym uzdrawia także w sensie społecznym: włącza do wspólnoty, zaprasza do refleksji i dyskusji, a więc przełamuje wykluczenie. Taka „biblioterapia społeczna” uaktywnia się dzięki ludziom gotowym podjąć niecodzienną inicjatywę i „podać pomocną książkę”.
Idea „bibliotek podwórkowych” narodziła się w końcu lat 60. we Francji. Książka opuściła wtedy hermetyczne czytelnie oraz pachnące nowością księgarnie i z pomocą wolontariuszy „zeszła na ziemię” – do slumsów, blokowisk, zaniedbanych dzielnic całego globu – aby dać zamieszkującym je dzieciom szansę na odkrycie dla siebie świata literatury, wiedzy, nauki.
Ruch ATD Czwarty Świat, który prowadzi taki projekt, od ponad trzech lat również w Polsce „otwiera” uliczne biblioteki. Obecnie działają one w Warszawie, Kielcach, Lidzbarku, w 2010 r. powstały także w Mięcierzynie (woj. kujawsko-pomorskie) i Strzelcach Opolskich. Wolontariusze, najczęściej młodzi ludzie, przeprowadzają „rozpoznanie terenu”, szukają odpowiedniej lokalizacji, by „założyć” bibliotekę. – Wybieramy miejsca, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, z którymi chcielibyśmy się poznać i którym chcielibyśmy pomóc zaprzyjaźnić się z książkami – mówi Agnieszka Kaszkur z Ruchu. – Miejsce zajęć przygotowuje się prosto i szybko. Rozkładamy kocyki, stawiamy stołeczki, otwieramy walizkę z książkami – i już. Następuje czas na głośne czytanie, ale również zabawę, różne zajęcia – plastyczne, sportowe, muzyczne, zależnie od upodobań podopiecznych i opiekunów, oraz rozmowy – także o ważnych i trudnych sprawach.
Niezwykle istotne jest wprowadzanie w życie pomysłów młodych czytelników, ale w pierwszej kolejności docenianie wszystkich ich osiągnięć. – Dla wielu z nich chlebem powszednim są niepowodzenia, fundowane przede wszystkim przez szkołę. Sukcesem biblioteki jest każdy sukces, który odnosi dziecko uczestniczące w zajęciach – podkreśla Kaszkur. Spotkania odbywają się regularnie, w tych samych miejscach – to ważne, bo pozwala budować zaufanie i tworzyć więzi. Biblioteki podwórkowe nie są zwykłą akcją dobroczynną. – To działanie wpisane w walkę Ruchu ATD o respektowanie praw człowieka, małego i dużego, niezależnie od jego sytuacji życiowej. Jednym z nich jest przywilej korzystania z dóbr kultury.
„Biblioterapia społeczna” jest także pewną szansą dla osadzonych, których tysiące odsiadują wyroki w polskich więzieniach. Są zamknięci nie tylko w strzeżonym budynku, ale często i w sposobie odbioru rzeczywistości. Znalazł się jednak ktoś, kto zechciał „przerzucić za mury dynamit” – była to dziennikarka, krytyk sztuki i performerka, Agnieszka Kłos.
Zbierając w zakładzie penitencjarnym w rodzinnym Rawiczu materiały do tekstu o sztuce więźniów, odnalazła zaniedbaną bibliotekę, zaopatrzoną głównie w stare podręczniki do chemii i fizyki. Zbliżało się Boże Narodzenie (była zima 2006 r.) i Agnieszka Kłos postanowiła dać więziennej bibliotece szansę na zmianę oblicza. Dokonała przeglądu swoich zbiorów i przygotowała paczkę, można by powiedzieć, „z innego świata”: książki poszerzające horyzonty bardziej niż 50-letnie podręczniki nauk ścisłych.
Co więcej, jako osoba posiadająca, jak sama to określa, „talent do wynajdywania nisz i braków społecznych”, postanowiła nie poprzestać na jednostkowym wsparciu, lecz zaapelowała o pomoc do szerszego grona. – Napisałam tekst, w którym wyjaśniłam, czemu należy zebrać książki, wysłałam go do portali księgarskich, redakcji literackich i komercyjnych, ludzi sztuki, recenzentów, nauczycieli akademickich i intelektualistów. Ludzie ruszyli jak lawina – mówi p. Agnieszka. W ramach akcji „Książka za kraty” biblioteka więzienia w Rawiczu otrzymała książkowe wsparcie ze strony muzeów, redakcji pism (w tym „Obywatela”), osób publicznych, a także rodzin czy studentów.
Jak zaznacza Adam Piórkowski, specjalista Biura Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, popularyzacja czytelnictwa wśród osób pozbawionych wolności daje szansę na eliminowanie negatywnych skutków wynikających z faktu długotrwałego przebywania w warunkach izolacji. Jednocześnie, jest jednym z ważniejszych czynników kształtujących postawy prospołeczne, przez co przyczynia się bezpośrednio do skuteczniejszej realizacji procesu wtórnej socjalizacji osoby uwięzionej.