przez redakcja | czwartek 18 sierpnia 2011 | nasze rozmowy
Kondycja TVP jest nieustannie przedmiotem dyskusji i krytyki zarówno ze strony zwolenników prywatyzacji, jak i ludzi chcących zachować publiczny charakter nadawcy. O problemach telewizji publicznej rozmawiamy z Barbarą Bubulą, członkinią Rady Programowej TVP.
Jeśli porównać ofertę programu TVP 1 i TVP 2 z tym, co proponuje TVP Kultura czy nawet TVP Polonia, widać rażącą różnicę między programami misyjnymi a zdecydowanie komercyjnymi, rozrywkowymi. Dlaczego Pani zdaniem dopuszczono do tego?
Barbara Bubula: Każda dobra telewizja publiczna, choćby podawana wszędzie za wzór BBC, nie stroni od oferowania widzom także programów rozrywkowych czy sportowych. Ten wzorzec, w którym rzetelna informacja łączy się z edukacją i dobrą zabawą uważam za słuszny. Nie sądzę, żeby właściwe było ograniczanie mediów publicznych do niszowej tematyki z zakresu elitarnej kultury i mało popularnego, nudnego poradnictwa. Narodowa telewizja w swych głównych kanałach musi odpowiadać wzorcom kultury masowej, taka jest jej specyfika, ze względu na wielomilionową „średnią” widownię.
Dramat TVP, ale także Polskiego Radia polega jednak na tym, iż po roku 1989 politycy uznali, że problem finansowania działalności mediów publicznych sam się jakoś rozwiąże i nie zapewnili im stabilnego źródła dochodów z abonamentu wnoszonego przez widzów. W ten sposób zmusili media publiczne do zabójczego wyścigu z Polsatem i TVN o wpływy z reklam. Brakło więc tego zabezpieczenia, które umożliwia mediom publicznym w Niemczech, Austrii, Francji czy wspomnianej Wielkiej Brytanii zabieganie o widzów bez obniżania poziomu oferowanych usług, bez odwoływania się do najprymitywniejszych metod zdobywania popularności.
Władze telewizji państwowych w większości krajów zachodnich mogą sobie pozwolić na luksus produkcji i emisji doskonałych filmów dokumentalnych, animacji dla dzieci, koncertów muzyki poważnej czy dyskusji o literaturze, gdyż nie powoduje to zagrożenia bankructwem. A tak jest niestety w Polsce. Dość powiedzieć, że publiczne nakłady na media w naszym kraju stanowią obecnie około 0,1 promila PKB, przy około 3,5 promila PKB w Niemczech. W liczbach bezwzględnych jest to 100 milionów euro łożone przez Polaków na TVP w porównaniu do 7 miliardów euro łożonych przez obywateli niemieckich na ich telewizję publiczną. To jest miara zagrożenia naszej suwerenności kulturalnej. I to jest odpowiedź, na pytanie – dlaczego.
Polskie media publiczne podzieliły los polskich stoczni, hut i zakładów włókienniczych. Połączone siły głupoty prywatyzacyjnej i celowego osłabiania tego, co państwowe, zrobiły swoje. Zabrakło elit działających ze wsparciem świadomego społeczeństwa, które razem obroniłyby dobro wspólne. Nawet dziś obrońcy suwerenności polskich mediów ciągle są w mniejszości.
Czy można jeszcze dziś mówić o faktycznie misyjnym charakterze powszechnie dostępnych kanałów TVP?
B.B.: W związku z wadliwym systemem finansowania i wypieraniem dobrej telewizji przez złą wskutek wyścigu komercyjnego, ambitniejsza oferta TVP jest już w zaniku. Polska produkcja filmów animowanych, z której słyniemy w świecie, za którą zdobywamy nagrody z Oscarem włącznie, praktycznie zamarła z powodu braku środków. Polskie dzieci zaprzyjaźniają się z Bobem Budowniczym i Strażakiem Samem oraz Scooby Doo, nie mając własnych, rodzimych bohaterów. My jako dzieci uwielbialiśmy wprawdzie Misia Yogi, ale w naszym świecie byli także Bolek i Lolek oraz Miś Uszatek. W rezultacie dziś powstaje wyrwa w kulturze popularnej i budowaniu wspólnoty, co nawet w tak błahej sprawie jak kreskówki jest bardzo istotne.
Nie jest realizowana ustawa o radiofonii i telewizji, która nakazuje telewizji popularyzowanie wiedzy o języku polskim – w ramówce brak jakiegokolwiek programu z tej dziedziny. Podobnie ma się rzecz z wieloma zagadnieniami społecznymi, podnoszeniem wiedzy przeciętnych Polaków z dziedziny historii własnego kraju, ekologii, prawa, ekonomii. Wszystkie te zagadnienia mogą być realizowane poprzez atrakcyjną formę telewizyjną, w sposób przyciągający widzów. Takie programy powstają, lecz są nieliczne. Są dobre przykłady popularyzowania wiedzy wśród dzieci, realizowane we współpracy z Centrum Nauki „Kopernik” czy ciekawe filmy dokumentalne albo organizowane dwa razy w roku narodowe testy z historii. Jednak obecność tych rodzynków w ramówce jest znikoma.
Ale najistotniejsze jest to, że w ostatnich dwudziestu latach przez niewłaściwą politykę ekonomiczno-programową miliony widzów w Polsce zostały odzwyczajone od wartościowej oferty, więc powstało w ten sposób błędne koło. Nie ma zapotrzebowania na ambitniejsze filmy dokumentalne, bo nie ma widzów, którzy by je oglądali, a nie ma ich dlatego, że wyrosły całe pokolenia tych, którzy nigdy nic poza „X Factor”, „Idolem” czy „M jak Miłość” nie mieli w porze największej oglądalności. W ten sposób nie wytwarza się to „coś”, co jako jedyne i niepowtarzalne może powstać jedynie w telewizji publicznej.
Jednym z żelaznych punktów programów Telewizji Publicznej, choć już nie tylko, są filmy i seriale, mniej lub bardziej ambitne, pochodzące jeszcze z czasów Polski Ludowej. Odnieść można wrażenie, że poza nielicznymi wyjątkami, kolejne pokolenie widzów karmione jest obrazami często znakomitymi (np. ekranizacja „Lalki”), ale niejako zamykającymi nas w muzeum kinematografii. Czy za to, że w ciągu dwudziestu lat III RP nie powstała właśnie nowa ekranizacja „Lalki” nie odpowiada także TVP?
B.B.: Mówiłam o „wyrwie” pokoleniowej w produkcji filmów animowanych dla dzieci. Podobnie jest z ekranizacją klasyki i zapełnieniem tych białych plam w historii i literaturze, które pozostawił po sobie PRL. Tak jest rzeczywiście, choć pojawiło się kilka wyjątków. W ostatnich latach powstały seriale, które w popularny sposób poruszały nieobecną w archiwach telewizji tematykę historyczną – „Czas honoru” czy „Rok 1920 – wojna i miłość”. Już dawno powinny powstać ekranizacje np. wielkich powieści Józefa Mackiewicza, takich jak „Droga donikąd” i „Nie trzeba głośno mówić”.
Mamy wielką tradycję prozy realistycznej, choćby Prusa czy Reymonta, która powinna być na nowo odczytywana w każdym pokoleniu. Zwłaszcza w pokoleniu na własnej skórze odbierającym lekcję dzikiego kapitalizmu, o którym tak wiele mówili polscy pisarze już w XIX wieku. Niesłusznie odeszły w zapomnienie lub zostały spłycone diagnozy Żeromskiego. Zniknęła z telewizji poezja, a to „w tym jesteśmy dobrzy”, o czym świadczą dwie Nagrody Nobla za życia naszego pokolenia. Tak, wielka jest lista win i zaniechań.
Oczywiście brak dobrego finansowania to jedno, lecz zabrakło też mądrych decyzji władz telewizji w latach tłustszych, do 2006 r., gdy jeszcze z abonamentu wpływało ponad 800 milionów zł. Zaważył ogólny klimat polskich elit kulturalnych, w których tradycja patriotyczna i narodowa, w tym nasza wielka literatura służy raczej jako materiał do wyszydzania, niż cenne dziedzictwo. Niestety świadomi tej sytuacji zatroskani obywatele nie umieli wytworzyć mechanizmu wywierania skutecznej presji na decydentów.
Wyobraźmy sobie, jaką siłę rażenia miałby społeczny ruch miliona widzów domagających się filmu fabularnego o bitwie pod Monte Cassino czy nowej ekranizacji „Faraona”. Ostatnio na Facebooku ktoś zrobił ankietę o tym, na jakie ważne tematy polskich filmów ciągle nie ma. Lista była długa. Może rozwój tego typu oddolnych inicjatyw doprowadzi do zmiany.
Jednym z nieustannie powracających problemów telewizji publicznej jest kwestia abonamentu, w tym jego ściągalności. Czy uważa Pani, że jest to bardziej problem samego społeczeństwa, dość niechętnego płaceniu tego „haraczu”, czy może władze telewizji nie potrafiły zaproponować i wprowadzić efektywnych rozwiązań w tej materii?
B.B.: Często powtarzam, że najwyraźniej wielu ludziom decydującym w TVP głód jeszcze nie zajrzał w oczy. Gdyby rzeczywiście ludzie mediów publicznych mieli świadomość swej społecznej roli i dobrą wolę, potrafiliby tak ukształtować opinię publiczną, by obywatele walczyli o dobry poziom finansowania telewizji i nie pozwolili politykom na złą egzekucję prawa w zakresie abonamentu. Tego porozumienia z odpowiedzialnymi widzami ponad głowami polityków nie było i nie ma. Widać, że jednak łatwy pieniądz z komercji daje dobry zarobek wielu ludziom i najwyraźniej jest wygodny dla wielu środowisk. Stąd ten kontredans z wymienianymi układami politycznymi, który trwa od dwudziestu lat.
W krajach o względnie normalnej demokracji, to właśnie elity polityczne dbają, by cele wspólnotowe mediów publicznych były realizowane. To ma stabilizować społeczeństwo i tworzyć siłę danego państwa. U nas sytuacja jest nienormalna. To nieliczne grupy zdeterminowanych obywateli, nie mających do tego narzędzi prawnych, apelują o misyjność mediów i ich rzeczywisty pluralizm, przy bierności, a nawet wrogości rządu wobec dobrego finansowania narodowych mediów. Przy takim wywróceniu wszystkiego na opak, nic dziwnego, że antypaństwowo wychowywani przez własną władzę państwową przeciętni wyborcy nie chcą płacić „haraczu”. Nie wiedzą, że w ten sposób pozwalają się wywłaszczać z własnej ojcowizny, jaką są dobre media. Jest bowiem głęboki sens w abonamencie RTV, gdyż to nie jest podatek, lecz bezpośrednia wpłata obywateli na ich własne radio i telewizję, bez pośrednictwa polityków! W ten sposób, przy dobrym systemie, to widz czuje się współwłaścicielem tej telewizji i to przed nim rozlicza się jej prezes, nie przed partiami politycznymi czy przed premierem.
Mam ogromny żal do wszystkich bez wyjątku prezesów TVP, że nigdy nie odwołali się do tej bezpośredniej więzi z widzami. Jednak największa wina spoczywa na rządzie, który ma dbać o sprawiedliwą egzekucję prawa. U nas od lat media publiczne utrzymuje mniejszość odpowiedzialnego społeczeństwa. I to taka, która w ofercie programowej tych mediów jest w rażący sposób dyskryminowana! Taki system musi doprowadzić do katastrofy.
Telewizja publiczna, muszę tak to określić, „psuje się” od wielu lat. Nie ma już prawie Teatru Telewizji, nie ma telewizji edukacyjnej, ambitnych teleturniejów, które mogły mieć walor misyjny, edukacyjny. To tylko wspomniany „błąd systemowy” czy ponadnarodowa sytuacja naturalna, związana ze zmianami na rynku medialnym, wrażliwością odbiorcy?
B.B.: Teatr Telewizji na szczęście ciągle istnieje, choć daje tylko kilka premier w roku. Ale to nie zmienia ogólnego wrażenia kryzysu. Rzeczywiście, w wielu krajach media publiczne przeżywają kryzys. Burzliwy rozwój nowych mediów i ekspansja setek kanałów rozrywkowej telewizji stanowią nie lada wyzwanie. Zwiększa się podział na odbiorców płatnych mediów, którzy są „dobrze poinformowani” i na masy „źle poinformowane”, które korzystają z bezpłatnych mediów. Wzrasta rola potężnych prywatnych koncernów telekomunikacyjno-medialnych, które łączą posiadanie częstotliwości i sieci światłowodowych z produkcją telewizyjną. Ten proces rozwarstwienia i wykluczenia oraz ponadnarodowej siły korporacji powinien zapalać alarmową lampkę w głowach rządzących. Bo jednak przy mądrej polityce i rozsądnym finansowaniu udaje się obronić prestiż wartościowej wspólnej telewizji, dostępnej bezpłatnie i jednoczącej obywateli. Zawsze jest zainteresowanie, na poziomie około 10-20% populacji, dla spraw ważniejszych niż bezwartościowa rozrywkowa sieczka.
Odpowiedzialne elity inwestują w ten sektor przemysłu audiowizualnego, wiedząc, że to tak samo ważne, jak bezpieczeństwo energetyczne czy system publicznej ochrony zdrowia. Dobry film przyrodniczy lub biograficzny albo ciekawa debata o polityce zagranicznej to wizytówka danego kraju i świetny towar eksportowy, nie mówiąc o spełnianiu ważnej roli kształtowania opinii publicznej i podnoszenia ogólnego poziomu wiedzy. Dobry spektakl Teatru Telewizji ogląda milion osób. Nie ma żadnej możliwości, by tylu widzów zgromadziły wszystkie sale teatralne w całym kraju.
Złym modom można i trzeba się przeciwstawiać, ale niestety w Polsce społeczny nacisk na to, by telewizja była lepsza jest ciągle zbyt słaby. Nie mamy – w przeciwieństwie do krajów skandynawskich czy Wielkiej Brytanii – masowych organizacji społecznych broniących praw widzów. Tam do stowarzyszeń tego typu należy po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ich głos musi być respektowany. W naszym kraju nakładają się więc aż trzy niekorzystne czynniki: naturalny spadek jakości oferowanych programów dla wszystkich, obserwowany na całym świecie, systemowy błąd zawiniony przez rządzący establishment oraz apatia społeczna w walce o dobro wspólne.
Czy nadzór polityczny nad Telewizją Publiczną, wybory Rady Programowej, wnoszą obecnie jakąkolwiek rzeczywistą, pozytywną wartość w funkcjonowanie tej instytucji?
B.B: Niestety, nie. Mamy nawet regres, gdyż obecnie pod pozorem „odpolitycznienia” doszło do niezwykle niebezpiecznego uzależnienia mediów publicznych od rządzącej partii – Platformy Obywatelskiej. TVP używana jest do walki przeciwko elektoratowi konserwatywnemu, co z miejsca wyklucza około jednej trzeciej aktywnej publicznie populacji z poczucia wspólnoty w obronie telewizji publicznej. To samobójcza polityka, gdyż to właśnie w dużej mierze dzięki temu elektoratowi istniało społeczne poparcie dla istnienia mediów publicznych.
Jeśli ktoś nie pójdzie po rozum do głowy i nie powróci do rzeczywistego pluralizmu, uwzględniającego całe spektrum poglądów Polaków, media publiczne zostaną trwale zmarginalizowane, gdyż utracą spory odsetek widzów. Wzrastać będzie poparcie dla poglądu, że TVP kłamie i wielu przejdzie do drugiego obiegu informacji. Mam nadzieję, że po wyborach dojdzie do decyzji, które pozwolą na zmianę tej niebezpiecznej sytuacji. Zresztą 15-osobowa Rada Programowa TVP, której członkiem jestem od kilku miesięcy, mimo że w większości złożona z ludzi zgłoszonych przez PO, także dziś jest ostentacyjnie marginalizowana przez obecne władze telewizji, pochodzące z tego samego nadania politycznego. Omal nie doprowadziło to w lipcu do buntu członków rady i zbiorowej dymisji. Decyzje zapadają gdzie indziej. A miało być inaczej. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Jan Dworak, obiecywał w grudniu ubiegłego roku, że głos Rady Programowej będzie respektowany jak nigdy dotąd. Tak się nie stało.
W oczekiwaniu na jakieś duże zmiany systemowe widzę sens działań doraźnych, bo kropla drąży skałę. Ciekawym instrumentem oddolnej kontroli telewizji publicznej jest w wielu krajach obowiązek publikowania co miesiąc w Internecie raportu z rozpatrzenia wszystkich skarg i wniosków widzów. Szansą dla rad programowych jest ich uspołecznienie, tj. nawiązanie bieżącego kontaktu z widzami, występowanie w ich imieniu i rozliczanie się przed nimi. Tak staramy się robić jak na razie w trójkę z dwiema innymi paniami z Rady – Bożeną Walewską i posłanką Anną Sobecką. Namawiamy pozostałych członków Rady do podobnej aktywności. Na mój wniosek, wiosną po raz pierwszy w historii KRRiT uzależniła swą akceptację zamierzeń TVP na rok 2012 od przedłożenia opinii Rady Programowej. Uchwała w tej sprawie jest udostępniona na stronie internetowej TVP SA w zakładce Rady. Dzięki takiemu wspólnemu naciskowi widzów i Rady Programowej Teatr Telewizji wróci niebawem do wcześniejszej pory emisji, a filmy dokumentalne zaczęły się pojawiać o normalnych porach.
Dostrzega Pani jakiekolwiek szanse na „nową jakość” w Telewizji Publicznej? Czy mamy raczej do czynienia z instytucją sukcesywnie ograniczającą swoją misyjność do pewnej niszy? A może „misyjność” to już staroświecka mrzonka?
B.B.: Dopóki nie obudzi się śpiący olbrzym, czyli świadomy swych praw obywatel – aktywny odbiorca mediów, dopóty tej nowej jakości nie będzie. Nadzieję niesie rosnąca interaktywność mediów w ogóle, która wymusza respektowanie zbiorowych potrzeb widzów, również tych ambitniejszych. Na szczęście wzrasta też u wielu ludzi świadomość roli mediów i poziom wiedzy na temat mechanizmów komunikacji społecznej. Wzrostowi manipulacji towarzyszy rozwój różnych form oporu i obrony wolności słowa. Ciągle też istnieje spora grupa twórców telewizyjnych, powiedzmy, średniego szczebla, którzy boleją nad upadkiem jakości programu i mają pomysły, jak to zmienić. Jeżeli zjednoczyliby siły ze swymi naturalnymi sojusznikami po stronie widzów i wymusili na partiach politycznych zawarcie ugody co do przyszłości TVP, uda się ocalić dobrą markę narodowego nadawcy. Czasu na taki program ratunkowy jest jednak coraz mniej. Instytucja słabnie, traci wiarygodność. Co tu dużo mówić, po jakości telewizji publicznej poznaje się siłę danego społeczeństwa i państwa, a odnowy moralnej polityki nie sposób oddzielić od odnowy mediów.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 17 sierpnia 2011 r.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Przyczyny i skutki oszałamiającego sukcesu sieci handlowej Wal-Mart wiele mówią o całym współczesnym systemie gospodarczym.
Założona w 1962 r. na amerykańskiej prowincji, jeszcze pod koniec 1990 r. posiadała zaledwie 9 tzw. supercentrów, największych z prowadzonych przez siebie sklepów. Pod koniec 2000 r. było ich już 888, tysiąc kolejnych otworzyła w ciągu zaledwie 5 lat. Dziś jest właścicielem prawie 9 tys. placówek na całym globie. Zajmuje pozycję największego detalisty w USA, Meksyku i Kanadzie, dynamicznie rozwija się m.in. w Chinach. Zatrudnia bezpośrednio 2 mln osób i osiąga roczny przychód rzędu 400 mld dolarów. To prawdopodobnie najbardziej wpływowe przedsiębiorstwo na świecie.
Dawno przestało być jedynie potężną firmą. Wal-Mart nadaje formę miejscu, w którym kupujemy, produktom, które nabywamy i cenom, które płacimy – oddziałuje nawet na tych, którzy nigdy nie robili w nim zakupów. Wpływ Wal-Martu sięga podstaw działalności przedsiębiorstw, które są jego dostawcami […] zmienia styl życia pracowników zakładu, który wytwarza te towary – czasami nawet zmienia oblicze krajów, w których mieszczą się fabryki – przekonuje amerykański dziennikarz Charles Fishman. Podjął on próbę analizy „efektu Wal-Martu”. Pokłosiem starań jest książka o takim właśnie tytule.
Niskie ceny zmieniają świat
W-M stał się tak popularnym miejscem zakupów, gdyż produkty powszechnie znanych marekoferuje po cenach niższych niż którykolwiek z konkurentów. Ich utrzymanie, a nieraz dalsze obniżki możliwe są dzięki minimalnym marżom oraz niewyczerpanej inwencji w cięciu kosztów. Przykładowo, prawie niezauważalne przeprojektowanie butelki firmowej wody pozwoliło oszczędzać 2 mln kg plastiku rocznie.
„Zawsze niskie ceny” biorą się jednak nie tylko ze śrubowania efektywności. Są niestety także efektem przerzucania kosztów: na producentów, pracowników i środowisko naturalne. Presja na obniżkę kosztów po stronie dostawców jest tak wielka, że w pewnym momencie nie da się już więcej oszczędzić na zmianach w logistyce, skromniejszym opakowaniu czy gorszych surowcach. Skutkuje to m.in. rosnącą eksploatacją pracowników oraz przenoszeniem produkcji. Projekt, cena i harmonogram narzucane dostawcom uniemożliwiają nieraz przestrzeganie nawet trzecioświatowych standardów czasu pracy czy wynagrodzenia.
Nienasycony głód tanich produktów, których głównym odbiorcą jest Wal-Mart, potrafi zmieniać gospodarkę i środowisko naturalne całych regionów. Przemysłowe fermy łososia w południowym Chile powstały „od zera” w odpowiedzi na wysokie ceny tej ryby w USA. W ok. 20 lat branża stała się drugim najważniejszym sektorem eksportowym kraju, przekształcając tysiące rybaków i farmerów w robotników zakładów przetwórczych. Równie duże zmiany wywołała w przyrodzie: typowa ferma produkuje tyle nieczystości, co 65 tys. ludzi.
Zmiany objęły też sferę zachowań konsumentów. Przeobrażeniom uległy np. oczekiwania wobec cen: Jeżeli klient może kupić zupełnie dobry odtwarzacz DVD w Wal-Marcie za 39 dolarów, odtwarzacz DVD za 129 dolarów musi w nim budzić podejrzenia. Nie przyjdzie mu do głowy, że ten sprzęt może być lepszy, ale uzna, że to zwykłe zdzierstwo.
Robienie interesów z Wal-Martem bywa bardzo opłacalne, m.in. dzięki skali i ciągłości zamówień. Wiążą się z nim jednak liczne pułapki, np. ryzyko rosnącego uzależnienia od jednego kanału dystrybucji. Autor opisuje historię producenta kosiarek, który zakończył współpracę z siecią, widząc w perspektywie m.in. konieczność stopniowego obniżania jakości – jego najcenniejszego kapitału. Nadal jednak musi utrzymywać działalność fabryki na wysokich obrotach z taką samą niezmordowaną determinacją, jakby nadal dostarczał produkty do marketów Wal-Martu; musi mierzyć efektywność każdego pracownika fabryki każdej godziny i każdego dnia, ponieważ Wal-Mart narzuca tempo, nawet jeżeli zakład nie pracuje na potrzeby koncernu.
Jak się wydaje…
Choć „efekt Wal-Martu” jest bez wątpienia bardzo silny i budzi ogromne zainteresowanie amerykańskiej opinii publicznej, wiele jego przejawów pozostaje raczej w sferze odczuć niż „twardych dowodów”. Skrajnie nieliczne są badania poświęcone oddziaływaniu koncernu np. na rynek pracy czy tradycyjny handel.
Wyniki istniejących analiz każą jednak nienajlepiej oceniać wpływ supercentrów na lokalne społeczności. W latach 1997-2004 W-M bezpośrednio stworzył w USA aż 480 tys. miejsc pracy z 670 tys. przyrostu zatrudnienia w całym handlu detalicznym. Jednak powstawanie „nowych”, słabo płatnych miejsc pracy odbywało się głównie kosztem innych detalistów. Supercentrum może dać pracę 300 osobom, ale po pięciu latach od otwarcia traci ją 250 pracowników sąsiednich punktów handlowych.
Wątpliwa w świetle badań jest także teza, że budowa marketu powoduje lokalne ożywienie gospodarcze. Na przykład w stanie Iowa sklepy Wal-Mart wywołały spadek obrotów firm usługowych o 13%, co można tłumaczyć m.in. przekonaniem klientów, że pewnych artykułów nie warto naprawiać, skoro tanio kupią nowe. Również w Iowa, w okresie, w którym nie mając w całym stanie ani jednej placówki otworzył ich 45, upadło 43% sklepów z odzieżą męską i chłopięcą.
Autostrada dla wózków
Książka nie jest pamfletem, lecz szkicem do studium zjawiska, jakim jest nowoczesny handel detaliczny. Tytułowy fenomen to dla Fishmana po prostu sposoby – proste i wyrafinowane, oczywiste i ukryte – na jakie największa firma tego sektora zmienia życie mieszkańców USA i innych krajów. Dziennikarz dotarł do byłych pracowników koncernu, rozmawiał z szefostwem i załogami firm robiących z nim interesy, przeczytał setki artykułów i książek, odwiedził dziesiątki sklepów. Relację oparł w dużej mierze na konkretnych przykładach.
Głównym atutem publikacji jest brak efektownych uproszczeń. Fishman przekonuje, że pytanie, czy Wal-Mart jest dla Ameryki dobry czy zły, zostało źle sformułowane, gdyż bez trudu można udowodnić każdą z tych tez. Tymczasem sieć jest przede wszystkim całkiem nowym zjawiskiem kryjącym się pod pozorem zwykłej, wręcz prozaicznej firmy.
Dobrą analogią jest samochód – wynalazek, który w równie wszechstronny sposób zmienił XX-wieczną Amerykę. Zaoferował wiele nowych możliwości, jednak z czasem skala zastosowania zaczęła generować liczne problemy. W miarę jak sobie je uświadamiano, w interesie publicznym nakładano na motoryzację pewne ograniczenia, np. związane z ochroną środowiska, czemu towarzyszyło ścieranie się rozmaitych racji i interesów. W przypadku W-M brak na razie zrozumienia rewolucji, którą przyniósł, stąd otaczająca go mieszanka podziwu i niechęci, strachu i zakłopotania.
Autor książki potrafi dostrzec pozytywne aspekty sieci. Handlowy gigant m.in. znacząco ogranicza inflację. Nie utrzymuje on niskich cen jedynie do momentu pokonania lokalnej konkurencji, lecz zbija je dalej – a różnica zostaje głównie w kieszeniach konsumentów. Jego zdaniem, spółka nadal hołduje cnotom zaszczepianym pracownikom przez legendarnego założyciela, zmarłego w 1992 r. Sama Waltona. Etos ciężkiej pracy, samodoskonalenia i przedsiębiorczości, kult skromności i oszczędności, imperatyw służby konsumentom – wszystko to można odnaleźć nawet na szczytach hierarchii koncernu. Dlaczego zatem działalność firmy wiernej tradycyjnym wartościom powoduje tak wiele szkodliwych skutków?
Zakładnicy samych siebie
W-M jest obecnie tak duży, że każde jego posunięcie ma ogromne konsekwencje. Niejako „przerósł” ograniczenia, jakie nakładały na niego z jednej strony kultura korporacyjna, z drugiej zaś – państwo i rynek, których prawa w większym stopniu kształtuje, niż im podlega.
Kultura Wal-Martu, a także rozumienie kultury przez spółkę, nie zmieniły się przez ostatnie dwadzieścia lat. Jednakże rzeczywistość Wal-Martu – jego wielkość, stosunki panujące w spółce, misja firmy, z którą identyfikują się pracownicy, a także sposób ich wynagradzania, to wszystko uległo dramatycznej zmianie. Wal-Mart […] jeszcze nie doszedł do ładu z tym nowym wcieleniem – przekonuje Fishman.
Firma sprzeniewierzyła się części swoich wartości z powodu obsesyjnego pielęgnowania innych, na czele z oszczędnością. Warunkiem wstępnym realnych zmian jest głęboka przemiana budowanej przez ponad 40 lat kultury korporacyjnej przedsiębiorstwa, które nieustannie analizuje szybkość skanowania artykułów przez poszczególnych kasjerów, a na dostawców przerzuca nawet koszty rozmów telefonicznych.
Nie mniej istotna jest bariera bardziej prozaiczna: spółka stała się zakładnikiem strategii, która zapewniła jej sukces. W-M nie kłamie, gdy oznajmia, że nie może podnieść pensji. W typowym roku jego zysk w przeliczeniu na jeden etat wynosi ledwie 3 dolary na godzinę. Fishman pisze: Jeżeli odchody łososia muszą zostać poddane oczyszczeniu i neutralizacji, nie ma to oczywiście nic wspólnego z obniżeniem ceny łososia – a raczej jej podniesieniem. Wal-Mart z pewnością obawia się, że jeżeli raz pozwoli sobie na rozważenie kwestii innych niż te, które narzucają regulacje prawne, na podjęcie spraw innych niż te, które wiążą się z podnoszeniem efektywności i obniżaniem kosztów, to koniec żądań nigdy nie nastąpi. Czego opinia publiczna będzie się domagać […] w następnej kolejności? Konsumenci chcą czystego środowiska i dobrych warunków pracy, ale wcale nie kwapią się do płacenia za produkty wytwarzane z uwzględnieniem tych restrykcji.
Patologie towarzyszące funkcjonowaniu sieci nie biorą się z chciwości jej kierownictwa ani nie są immanentną cechą przedsiębiorstwa, lecz mają charakter systemowy. W tej sytuacji, zdaniem autora, konieczne jest zwłaszcza pokazywanie firmie oraz jej klientom, że sprzedawanie/kupowanie po tak niskich cenach niekoniecznie jest cnotą.
Klapki na oczach
Fishman dowodzi, że politykę W-M przynajmniej częściowo tłumaczy (choć nie usprawiedliwia jej negatywnych następstw) brak zdolności zrozumienia przez kierownictwo, dlaczego koncern jest krytykowany, mimo że oferuje „zawsze niskie ceny”. Dla nich oraz dla wszystkich pchających sklepowe wózki ma on nie moralizatorstwo, lecz bardzo trafnie sformułowane pytania.
Gospodarkę rynkową cechuje nieustanna realokacja zasobów, a często tymi zasobami są ludzie, którzy stracili pracę i muszą szukać nowego zajęcia. Problem tak naprawdę polega na tym, że ludzie nie żyją w makrogospodarce, nie żyją w kategoriach długoterminowych. […] czy niektórzy powinni tracić środki do życia, po to aby narzędzia elektryczne, bielizna czy proszek do prania mogły być dla wszystkich tańsze?
W ramach obecnego systemu gospodarczego odpowiedź jest zawsze twierdząca. Efektywność jest uważana za źródło postępu, tworzącego nowe możliwości zatrudnienia, także dla tych, którzy wcześniej stracili źródło utrzymania. Jednak surowość tego kompromisu – nasze zakupy w Wal-Marcie kosztują tych ludzi utratę pracy – jest zwykle bezpiecznie ukryta w złożoności gospodarki […] – zauważa Fishman.
Książka o gigantycznym detaliście staje się więc zaproszeniem do stawiania sobie uniwersalnych pytań, co i za jaką cenę musimy lub chcemy mieć.Opisując los młodocianych bangladeskich pracownic, szyjących dla koncernu spodnie za 13 centów za godzinę, autor pyta Amerykanów, czy potrzebują ubrań tak tanich, że ludzie je produkujący nie mogą sobie pozwolić na kupno szczoteczki do zębów.
Oczywiście w takim pytaniu kryje się sugestia moralna, jednak autor stawia także takie, na które brak jednoznacznej odpowiedzi. Jaki jest zakres odpowiedzialności wielkich korporacji za skutki działań podwykonawców? Czy jako społeczeństwo tanie towary cenimy bardziej niż dobre i stabilne miejsca pracy, gdy okazuje się, że nie można mieć jednego i drugiego? Debata wokół Wal-Martu powinna zatem przerodzić się w spór o to, jakim krajem zamierza być Ameryka. I nie tylko ona, gdyż nam również oferuje się „codziennie niskie ceny”.
Duży musi więcej
Najwyższy czas […] przyznać w kategoriach polityki publicznej, że istnieje różnica między firmą, której obrót wynosi 100 milionów dolarów, a firmą, której obrót wynosi 100 miliardów dolarów – pisze autor. Nie zgłasza niestety praktycznych propozycji zmian, co wypada uznać za największy z braków książki.
Podkreśla natomiast znaczenie „podwyższania poprzeczki” przez konsumentów: Żaden z piętnastu najczęściej kupowanych artykułów nie kosztuje nawet 3 dolarów. […] Spółka, która stała się największą i najbardziej wpływową firmą w historii, nie jest przedsiębiorstwem zbrojeniowym ani koncernem samochodowym; jej pozycja nie jest rezultatem działalności doświadczonych lobbystów w Waszyngtonie, zbiegu okoliczności na rynku dostaw ropy naftowej czy politycznego spisku, niezrozumiałego dla zwykłych ludzi. Największa i najbardziej wpływowa firma w historii jest budowana przez każdego klienta, który na zakupy w tej sieci regularnie wydaje trzy jednodolarowe banknoty.
Zachowując rezerwę wobec deklaracji szefów spółki, Fishman uważa, że pod wpływem rosnącego krytycyzmu opinii publicznej sieć zaczęła się zmieniać na lepsze. Zdaniem dziennikarza, jeśli koncern zacznie narzucać i egzekwować od kontrahentów przestrzeganie norm socjalnych i środowiskowych, zamiast wymuszać ich łamanie bezlitosną presją na cięcie kosztów, możliwy jest całkiem nowy rodzaj efektu Wal-Martu – Wal-Mart, wykorzystując swoją ogromną siłę nabywczą, nie tylko podnosi standard życia swoich klientów, ale także swoich dostawców.
Charles Fishman, Efekt Wal-Martu. Jaka jest prawda o najpotężniejszej firmie na świecie i jaki ma ona wpływ na światową gospodarkę, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2009, przełożyli Aldona i Witold Matuszyńscy.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
W krajach Europy Zachodniej oraz w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej już od dawna powstała myśl o walce z nieszczęśliwymi wypadkami przy pracy, przy czym – równorzędnie z rozwojem przemysłu, higieny pracy i ekonomiki społecznej – myśl ta spowodowała na szeroką skalę zakrojoną akcję z bardzo znacznym wynikiem dodatnim.
Zwrotnym momentem w tej dziedzinie było utrwalenie się przekonania, że w akcji bezpieczeństwa pracy odgrywają rolę nie tylko względy finansowe poszczególnych fabryk i przemysłowców, lecz także, i to przede wszystkim, względy natury humanitarnej, społecznej i ogólnogospodarczej.
W państwach uprzemysłowionych, jak Francja, Niemcy, Anglia i Stany Zjednoczone, powstały silne i wpływowe organizacje, których zadaniem jest walka o bezpieczeństwo pracy.
W Polsce zainteresowanie sprawą bezpieczeństwa pracy jest, niestety, słabe, toteż niewielka stosunkowo liczba zakładów przemysłowych wprowadziła u siebie oddziały bezpieczeństwa; są to: Huta Batorego, Huta Królewska, Zakłady Ostrowieckie, Fabryka Metalurgiczna Państwowych Zakładów Inżynierii i kilka innych; natomiast w wielu gałęziach przemysłu przestrzeganie bezpieczeństwa pracy prawie zupełnie nie istnieje. Przechodząc do organizacji służby bezpieczeństwa pracy na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” w Czechowicach pod Warszawą, muszę przede wszystkim stwierdzić pełne zrozumienie tego zagadnienia przez dyrekcję fabryki. Najlepszym dowodem tego jest utworzenie z inicjatywy dyrekcji działu bezpieczeństwa i zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom przy pracy. Kierownictwo tym działem powierzono inżynierowi, który w swej działalności nie jest niczym skrępowany przy przeprowadzaniu potrzebnych badań na terenie fabryki i któremu pozostawiono pełną inicjatywę w tym kierunku.
W myśl zaleceń dyrekcji i wyznawanej przez nią zasady, że z całością funkcji Fabryki Metalurgicznej łączy się bezpośrednio przewidywanie i zapobieganie wypadkom przy pracy, akcja ta na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii w Czechowicach wygląda, jak następuje.
A. Akcja zapobiegawcza
1. Zapobieganie techniczne
(a) Kontrola ruchu, badanie i sprawdzanie części dźwigów, łańcuchów, lin itd. oraz bezpośrednie czuwanie nad bezpieczeństwem pracy. Na przykład założono specjalne ochrony przy piłach taśmowych, gumowe fartuchy przy piaskownicach obrotowych i specjalne maski, zbadano w roku bieżącym trzy suwnice 5- i 15-tonowe przy próbnym obciążeniu od 7 do 20 ton oraz 14 Demagów 750 i 3000 kg przy próbnym obciążeniu 1000 i 4000 kg. Sprawdzono mechanizmy, liny i łańcuchy. O wynikach sporządzono specjalne protokóły i wpisano je do osobnej książki sznurowej.
(b) Przy pracy zastosowano różne specjalne przyrządy ochronne, jak okulary, respiratory, maski itd. Zdawałoby się, że tak prosta rzecz, jak okulary ochronne, nie nasuwa żadnych wątpliwości. Tymczasem okazało się, że przy każdym rodzaju pracy należy stosować różne rodzaje okularów, jak np. specjalne okulary dla piecowych w odlewni żeliwa, inne dla pracowników przy szlifierkach, piłach taśmowych do metalu, inne dla odlewaczy.
(c) Zapobieganie wypadkom przez racjonalne zorganizowanie pracy.
Ponieważ większość wypadków w odlewniach wydarza się przy przenoszeniu płynnego metalu, przy użyciu podnośników itp., w odlewniach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii zwrócono uwagę na usunięcie przyczyn mogących spowodować wypadki tej kategorii oraz na zachowanie porządku i dyscypliny w odlewni, jako też na komunikację (przejścia) na terenie odlewni. Przejścia, służące do przenoszenia płynnego metalu, uporządkowano tak, że są możliwie najszersze, o równej powierzchni i wolne od przedmiotów tamujących ruch, przy czym przyjęto za zasadę, że jedno lub dwa szerokie przejścia muszą być stale wolne dla ruchu. Zwraca się również specjalnie uwagę, aby pracujący nie zatrzymywali się pod wiszącymi ciężarami. Zabroniono wszelkich czynności pod wiszącymi skrzyniami formierskimi podczas robót formierskich. Podnoszenie dużych odlewów dozwolone jest tylko po zupełnym oswobodzeniu ze skrzynki formierskiej. Przy ręcznym podnoszeniu żąda się od pracowników ścisłego wykonania komendy i przestróg majstra.
Podczas topienia zwraca się zawsze uwagę, aby pracujący stał z boku otworu wylewowego w czasie napełniania kadzi; niezatrudnionym zaś pobyt w pobliżu jest w ogóle wzbroniony. Ponadto same kadzie, służące do transportu płynnego metalu, są zabezpieczone przed przypadkowymi przechyleniami.
Wiadomo jest, że praca przy wyjmowaniu gotowych odlewów ze skrzyń jest jedną z najszkodliwszych dla zdrowia, ponieważ powstają kłęby kurzu przy wybijaniu ze skrzyń formierskich piasku po wykonaniu odlewu. Aby temu zapobiec, wprowadzono wodne pulweryzatory, działające za pomocą zgęszczonego powietrza i zapobiegające powstawaniu kurzu.
Ulatniający się tlenek cynku w postaci białej pary, podczas topienia mosiądzu oraz zalewania form tym metalem powoduje tak zwaną febrę odlewniczą (para ta powstaje przy nagrzewaniu stopów powyżej temperatury wrzenia cynku). Wobec tego, że nie dało się uniknąć tworzenia się ZnO, zastosowano dobrze działające wyciągi przy piecach tyglowych, umieszczone nad piecami. Dało to bardzo dobre wyniki, gdyż od dłuższego czasu nie zdarzyły się zasłabnięcia na febrę odlewniczą, chociaż produkcja dzienna stopu cynkowego o zawartości około 42% cynku dochodzi do 1000 kg dziennie.
Z uwagi na to, że nowo przyjęci robotnicy najczęściej ulegają wypadkom przy pracy, włożono na majstrów obowiązek pouczenia nowo przyjętych i zwrócenia ich uwagi na główne niebezpieczeństwa, obowiązek podobny mają także starzy doświadczeni robotnicy.
Zaznaczyć należy, że w kwestii zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom stałe uświadamianie robotników, periodyczne pouczania majstrów i rozmowy na ten temat dają zawsze pożądane wyniki.
2. Zapobieganie psychiczne
(a) We wszystkich oddziałach Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii umieszczone są tablice ostrzegawcze oraz specjalne przepisy dla spawaczy, zajętych spawaniem i cięciem metali itd. Wywieszono także plakaty rysunkowe, na których są uwidocznione przyczyny i skutki nieszczęśliwych wypadków przy pracy.
Ponieważ robotnicy przyzwyczajają się po pewnym czasie do wywieszonych plakatów i przestają na nie zwracać uwagę, zamienia się plakaty między oddziałami fabryki. Oprócz tego sprowadzone zostały z Czechosłowacji wydane tam plakaty i wywieszone w fabryce po zmianie czeskich napisów na polskie. Nawiasem wspomnę w tym miejscu, iż we Francji propaganda przy pomocy plakatów we wszystkich fabrykach prowadzona jest w szerokich rozmiarach, a ponieważ w fabrykach tych pracuje wielu polskich robotników, dla nich napisy francuskie przetłumaczono na język polski.
(b) W jednym z największych oddziałów Fabryki Metalurgicznej bywa wywieszany na widocznym miejscu dokładny i szczegółowy opis wypadków, jakie miały miejsce w fabryce w ciągu ostatnich paru miesięcy, jako też wykaz nieszczęśliwych wypadków, zaczerpnięty z fachowych tygodników i prasy codziennej.
(c) Fabryka prenumeruje stale czasopisma poświęcone zagadnieniom bezpieczeństwa pracy oraz zapobieganiu nieszczęśliwym wypadkom, jak „Przegląd Fabryczny”, francuski miesięcznik „Chronique de la Sécurité Industrielle” oraz włoskie czasopismo ilustrowane „Securitas” z Mediolanu.
(d) Wreszcie prowadzi się w fabryce statystykę nieszczęśliwych wypadków w myśl zarządzeń wydanych przez Ministra Spraw Wojskowych z dnia 19.VI.1933 r.
B. Ratownictwo
Na terenie fabryki stale jest czynne ambulatorium Kasy Chorych, wyposażone we wszelkie środki potrzebne do udzielenia pierwszej pomocy. Oprócz tego w poszczególnych oddziałach fabryki zaprowadzono podręczne apteczki pierwszej pomocy, wystarczające dla doraźnych mniejszych opatrunków.
Na zakończenie referatu uważam za konieczne zaznaczyć z przyjemnością, iż nie było wypadku, żeby robotnicy przeszkadzali w pracy kierownikowi bezpieczeństwa, przeciwnie – stale spotykałem się z czynnym poparciem ze strony robotników w każdej sprawie dotyczącej zapobiegania wypadkom.
Zdajemy sobie sprawę, że wyszczególniona wyżej akcja zapobiegawcza na terenie Fabryki Metalurgicznej Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” nie może być uważana za skończoną i zupełnie wystarczającą. Jest jeszcze wiele do zrobienia i w najbliższych latach akcja, naszym zdaniem, powinna rozwinąć się w następujących kierunkach:
(a) Doprowadzenie porządku w warsztatach do możliwego ideału tak, aby każdy przedmiot, narzędzie i materiał był na swoim miejscu, czyli – jak mówią Francuzi – „miejsce dla każdej rzeczy i każda rzecz na swoim miejscu”.
(b) Pomimo uświadomienia majstrów i stałego wymagania od nich ze strony kierownictwa zapobiegania nieszczęśliwym wypadkom, należałoby wydać kodeks bezpieczeństwa, normujący przede wszystkim zakres działalności majstrów w akcji przeciwwypadkowej.
(c) Należy się zastanowić, czy nie byłoby wskazane zaprowadzenie w fabryce wewnętrznej Rady Bezpieczeństwa z udziałem delegatów robotniczych.
(d) Zorganizowanie badań psychotechnicznych dla określania kwalifikacji fizycznych i psychicznych robotników.
(e) Sprawę propagandy zapobiegania i bezpieczeństwa trzeba rozwinąć znacznie szerzej, jak to się robi w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, i użyć ku temu środki nowoczesne, przede wszystkim następujące:
Plakaty, które powinny być ładnie ilustrowane i drukowane; należy je często zmieniać seriami, co miesiąc lub co dwa najwyżej. Należy też wykorzystać tak potężny nowoczesny środek, jakim jest film.
Ustalenie odpowiednich druków reklamowych na kopertach przy wypłacie zarobków robotnikowi.
Zaprowadzenie specjalnej skrzynki na terenie fabryki, do której każdy z robotników mógłby składać swe wnioski i spostrzeżenia co do urządzeń ochronnych, na jakie kierownictwo czasami nie zwraca uwagi.
W celu zachęcenia pracowników do walki z wypadkami należy wprowadzić konkursy z nagrodami; pytania konkursowe powinny być jasne i proste, np.: Jakie, według Was, należałoby wprowadzić zmiany i ulepszenia, aby uniknąć wypadków przy pracy w Waszym warsztacie?
Z drugiej strony, w miarę rozwoju prac naszych w tym kierunku trzeba się będzie zastanowić nad rozwiązaniem kwestii należytej wentylacji i ogrzewania hal odlewniczych, co jednak napotyka na trudności natury finansowej.
Wreszcie, korzystając ze statystyki nieszczęśliwych wypadków, trzeba będzie poważnie przestudiować, jakie części ciała podlegają najczęściej urazom i w związku z tym zastanowić się nad wprowadzeniem odpowiednich ochronnych środków, jak ubrania, buty, okulary itd.
W każdym razie stwierdzić musimy, że już obecnie istniejąca w fabryce służba bezpieczeństwa w praktyce znakomicie przyczyniła się do zmniejszenia liczby nieszczęśliwych wypadków przy pracy.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Warunki, w których nastąpiło wskrzeszenie Państwa Polskiego, przesądziły kierunek jego polityki wewnętrznej w duchu najbardziej demokratycznym i współczesnym. Wybitna rola, jaką klasa robotnicza odegrała w polskim ruchu niepodległościowym przed wojną światową i podczas niej, nastroje społeczne, panujące w Europie i Ameryce w latach 1917 i 1918, wyraz, jaki one znajdowały podczas Konferencji Pokojowej, wrzenie rewolucyjne, otaczające Polskę od wschodu i od zachodu w okresie przywracania bytu państwowego, osobistość Józefa Piłsudskiego, któremu ustanowiona przez okupantów Rada Regencyjna przekazała w najkrytyczniejszej chwili (14 listopada 1918 r.) „obowiązki i odpowiedzialność względem narodu polskiego” – wszystko przyczyniało się do spotęgowania wpływów robotniczych i w ogóle radykalnych. […]
Gabinet Moraczewskiego przygotował i ogłosił ordynację wyborczą sejmu ustawodawczego, opartą na pięcioprzymiotnikowym powszechnym prawie wyborczym, przy zupełnym równouprawnieniu kobiet, i szereg innych dekretów, z których kilka dało zasadnicze podwaliny polskiej polityce społecznej. […] rząd Moraczewskiego stanął od razu na stanowisku konieczności zadośćuczynienia naczelnym hasłom warstw pracujących. Bezpośrednio po ogłoszeniu dekretu o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej nastąpił dekret o 8-godzinnym dniu pracy, ustalający 8-godzinny dzień i 46-godzinny tydzień pracy dla robotników i pracowników we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz w przedsiębiorstwach handlowych, z zastrzeżeniem, by skrócenie czasu pracy do tej normy nie pociągnęło za sobą obniżenia płacy. […]
Najpilniejszym zadaniem realnym było rozwiązanie zagadnienia bezrobocia. […] dekretem z dn. 27 stycznia 1919 r., w celu ułatwienia poszukiwania pracy oraz zapewnienia opieki wychodźcom polskim, powstały Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy i Opieki nad Wychodźcami (PUPP). Zajęły się one rejestracją zgłoszeń osób poszukujących pracy, roztaczając szczególną opiekę nad robotnikami powracającymi z Niemiec, i podjęły inicjatywę w kierunku uruchomienia robót publicznych, fabryk i warsztatów. […] Zasadnicza akcja Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy w kierunku dostarczenia zatrudnienia pozostałym na miejscu i powracającym bezrobotnym napotkała na razie oczywiście na nieprzezwyciężone trudności wobec całkowitego długoletniego zamarcia przemysłu. […]
W obliczu tej zatrważającej swym ogromem klęski przystąpiono śpiesznie do organizowania robót publicznych mimo nieodpowiedniej pory roku i pełnej świadomości, że nie ma żadnych gotowych projektów ani właściwego aparatu. Organami wykonawczymi uczyniono miejscowe komitety przy samorządach, zaś na ich czele postawiono Urząd Robót Publicznych. […] Jednocześnie podjęto udzielanie pomocy bezrobotnym za pośrednictwem specjalnych komitetów lokalnych, pozostających w ścisłej łączności z Urzędami Pośrednictwa Pracy i złożonych z przedstawicieli miejscowej władzy administracyjnej, rady miejskiej lub powiatowej instytucji opieki społecznej i delegatów organizacji przedsiębiorców i robotników, przy czym ci ostatni mieli zagwarantowaną połowę przedstawicielstwa. Już z dniem 26 grudnia 1918 r. rozpoczęto wydawanie zasiłków pieniężnych, po miesiącu zaś zaczęto stopniowo przechodzić od tej formy pomocy do zapomóg w naturze w postaci artykułów żywnościowych, mydła i drzewa. Nadto pozostający bez pracy właściciele mieszkań korzystali na zasadzie specjalnego dekretu z moratorium mieszkaniowego. […]
Czyniąc zadość potrzebom najbardziej palącym, nie tracono jednak z oka celów dalszych, zasadniczych. Przy oparciu się na razie o zasadę 8-godzinnego dnia pracy i przepisy ochronne zaborców, przystąpiono energicznie do przygotowania kadr personelu nadzorującego przestrzeganie tych przepisów. Rosyjscy inspektorzy fabryczni opuścili bowiem swe placówki podczas ogólnej ewakuacji władz rosyjskich, a władze okupacyjne nie pozwalały na rozwój warszawskiej inspekcji pracy, próbując powoływać do życia niemieckie placówki inspekcyjne. Wytworzoną w ten sposób próżnię postarano się zapełnić przy pomocy kilkomiesięcznych kursów kształcących, egzaminów kandydatów na inspektorów pracy i organizacji na razie dwudziestu kilku urzędów na podstawie dekretu tymczasowego o urządzeniu i działalności inspekcji pracy. Dekret ten, którego zasady rozciągnięto z czasem również na inne dzielnice Polski i który obowiązywał do roku 1928, rozszerzył znacznie właściwości organów nadzorujących wykonywanie ustaw ochronnych, poddając ich kompetencji pracę najemną we wszystkich gałęziach (przemysł, rzemiosło, handel i rolnictwo) bez względu na rozmiary przedsiębiorstwa.
Równolegle do działalności w dziedzinie ochrony pracy tworzono fundament polskich ubezpieczeń społecznych, które w b. zaborze rosyjskim istniały tylko pod postacią prawa do otrzymywania odszkodowania za wypadki przy pracy w większych przedsiębiorstwach górniczych, hutniczych i przemysłowych. Do opracowanego w okresie okupacji projektu o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby wprowadzono dzięki pomyślnemu przewrotowi w losach kraju daleko idące zmiany i ogłoszono (dn. 11 stycznia 1919 r.) dekret, w którym ustalono cztery dotychczas obowiązujące zasady tego ubezpieczenia: przymus ubezpieczenia, powszechność obowiązku ubezpieczenia w stosunku do pracowników najemnych wszystkich kategorii, rozmieszczenie kas chorych według zasady terytorialnej oraz ich autonomię. Rozpoczęto też zaraz organizację pierwszej kasy chorych w Warszawie, która rozpoczęła swe czynności od sierpnia tegoż roku. […]
Gdy […] fala strajków rolnych, szczególnie gwałtowna w południowo-wschodnim kącie b. Królestwa Kongresowego, nie opadała, gdy strajki te zaczęły grozić nie tylko przelotnymi ekscesami, ale i niewykorzystaniem właściwej pory robót polnych, co w obliczu braków aprowizacyjnych przedstawiało się jako klęska podwójna, sejm zażądał od rządu, by działalność inspektorów pracy niezwłocznie rozciągnąć na rolnictwo, jednocześnie grożąc przymusowym zarządem właścicielom majątków ziemskich „niezagospodarowanych wskutek opornego stanowiska właścicieli wobec słusznych żądań robotniczych i pojednawczej akcji inspektorów pracy”. Uchwała sejmu z 28 marca 1919 r. dała początek szerokiemu prawodawstwu o załatwianiu zatargów zbiorowych między pracodawcami a pracownikami w rolnictwie. Prawodawstwo to stworzyło aparat, dzięki któremu cały obszar Rzeczypospolitej pokrywał się stopniowo siecią zbiorowych umów ramowych, a strajki w rolnictwie traciły na ostrości przebiegu i stawały się coraz rzadszym wyjątkiem. Dzięki umowom zbiorowym położenie robotnika rolnego, który w okresie zaborów był najuboższym, najgorzej płatnym, lekceważonym składnikiem proletariatu polskiego, uległo znakomitej poprawie zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. […]
W miastach sprawę domagającą się zasadniczego uregulowania stanowiła pomoc dla bezrobotnych. Przejście przez doraźnie tworzone komitety do udzielania zasiłków w naturze zamiast w pieniądzach nie dało pożądanych rezultatów, nie zapobiegło nadużyciom i nie dostarczyło selekcji najbardziej potrzebujących. Mniemano, że złe strony doraźnej pomocy dadzą się usunąć przez stworzenie dla niej podstaw ustawowych, które powstały w postaci ustawy z dn. 4 listopada 1919 r. Ustawa ta przewiduje powiatowe komisje niesienia pomocy bezrobotnym, które oparły się w swej działalności o rejestry sporządzone przez Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy, nadto zmieniła ustaloną poprzednio formę i wysokość zapomóg, obniżając je i przywracając system wypłaty w produktach. Przy tym już wówczas – przed powstaniem międzynarodowych koncepcji o wzajemności w traktowaniu obywateli własnych i cudzoziemców – uprawniono do korzystania z tej pomocy również obywateli państw obcych, zamieszkałych na terytorium państwa polskiego. […]
Dnia 12 grudnia 1919 r. ogłoszona została ustawa o czasie pracy w przemyśle i handlu, rozwijająca dekret wydany przed rokiem w tej samej sprawie. Ustawa zachowuje normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy; wprowadza zakaz pracy w porze nocnej oraz w niedziele i dni świąteczne; przewiduje nieliczne wyjątki od powyższych zasad; ustala wysokość dodatku za godziny nadliczbowe na 50% płacy normalnej, jeżeli praca nadliczbowa odbywa się w dzień powszedni, na 100% zaś za pracę w porze nocnej, w niedzielę lub święto. Przy małym doświadczeniu zarówno obu stron zainteresowanych tą ważną sprawą, jak i miarodajnych czynników rządowych i przy niewyrobionych metodach pracy parlamentarnej ustawa o czasie pracy wypadła, w porównaniu z analogicznymi aktami na Zachodzie, nieco sztywno i nie dość wyczerpująco, wymagając z czasem licznych przepisów uzupełniających wykonawczych. Najbardziej zasadniczymi z nich są przepisy o czasie pracy w handlu (z dn. 14 lutego 1922 r.) oraz o dniach świątecznych (wydane jako rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej dn. 15 listopada 1924 r. i znowelizowane dn. 18 marca 1925 r.).
Tak samo uchwalona dn. 19 maja następnego roku ustawa o ubezpieczeniu na wypadek choroby pozostawiła nienaruszonymi podstawowe zasady dekretu poświęconego tej sprawie, wzmacniając powszechność i przymus ubezpieczenia przez ograniczenie dopuszczalności zwolnienia się od tego przymusu. Poza tym nowa ustawa przyniosła rozszerzenie niektórych świadczeń i pewne zmiany w organizacji orzecznictwa. […]
Ponadto z zakresu prawodawstwa pracy sejm konstytucyjny uchwalił ustawę z dn. 21 października 1921 r. o zarobkowym pośrednictwie pracy. Nabyte w ciągu dwóch i pół lat doświadczenie potwierdziło ważność w walce z bezrobociem należycie zorganizowanego pośrednictwa pracy; wykazało, że poszczególne biura nie mogą poprzestawać na stosunkach z pracodawcami jednego miasta czy nawet jednego okręgu, lecz winny być wplecione w ogólną sieć pośrednictwa; dowiodło, że pośrednictwo pracy uprawiane przez państwo może działać równie sprawnie jak biura prywatne, a posiada w stosunku do nich niezaprzeczenie wyższe walory moralne. Wszystkie te argumenty przemawiały za uznaniem prywatnych biur pośrednictwa pracy za formę przejściową, która winna ulec likwidacji w miarę rozwoju właściwych organów państwowych. Tymczasem zaś dalsze istnienie czynnych już prywatnych biur pośrednictwa zostało uzależnione od charakteru i kwalifikacji moralnych i fachowych ich kierowników i od złożenia kaucji; roczny termin udzielanej koncesji pozwala wywierać presję na prowadzenie biura zgodnie z wymaganiami władzy państwowej pod groźbą nieprzedłużenia koncesji. […]
W pierwszym okresie uruchomienia przemysłu, który zbiegł się, jak widzieliśmy, z nastrojem wielkich nadziei społecznych, zapewne pod wpływem idei „płacy sprawiedliwej” zapanował system dodatków rodzinnych: robotnik nieżonaty pobierał płacę zasadniczą, robotnik rodzinny otrzymywał do tej płacy dodatki na żonę i na każde dziecko – do pewnej ich liczby. Istotnie płaca robotnika pojedynczego obliczona była tak nisko, że owe niewielkie dodatki do niej posiadały pewne znaczenie w budżecie domowym. Taki system płac, utrudniający kalkulację kosztów produkcji, mógł powstać i utrzymywać się jedynie wówczas, kiedy kalkulację zastępowała spekulacja, oparta na kredytach rządowych, spłacanych w pieniądzu zdewaluowanym, i na cenach sprzedażnych, obliczanych w chwili dokonywania transakcji, bez oglądania się na koszt własny, wyłącznie w stosunku do popytu wewnętrznego i warunków zbytu zagranicą. Zapotrzebowanie zaś na towary wszelkiego rodzaju musiało być znaczne wobec powszechnej ucieczki przed zdewaluowanym pieniądzem. Zwykła w tych razach spekulacja paskarska pogarszała do ostateczności sytuację spożywcy. Robotnicy, po każdej wypłacie nie mogąc związać końca z końcem, coraz częściej dopominali się o podwyżki. […]
W uwzględnieniu samorzutnej praktyki prowincjonalnej i życzeń z wielu stron naraz zgłaszanych, w maju 1920 r. rada ministrów powołała do życia przy Głównym Urzędzie Statystycznym w Warszawie Komisję do badania wzrostu kosztów utrzymania rodzin pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Do Komisji tej, na wzór innych, zorganizowanych poprzednio przez strony w różnych ośrodkach lub gałęziach przemysłu, powołano w równej liczbie przedstawicieli pracodawców i pracowników oraz zainteresowanych ministerstw. Komisja warszawska i utworzone jej śladem komisje prowincjonalne (w Sosnowcu, Łodzi, Częstochowie, Lublinie, Poznaniu, Radomiu, Kielcach, Krakowie i Bydgoszczy), w braku realnego budżetu polskiej rodziny robotniczej, wzięły za podstawę swych obliczeń budżet teoretyczny, uwzględniający mniej więcej warunki życia i wartość kaloryczną pożywienia rodziny robotniczej, złożonej z 4 osób. Z tego punktu wyjścia rozpoczęto badanie zmian zachodzących w kosztach utrzymania – badanie, przeprowadzane początkowo co miesiąc. Przy coraz raptowniejszym spadku pieniądza i wzroście cen, komisje zmuszone były przejść na czas pewien na obliczenia dwutygodniowe. Większość fabryk regulowała płace swych robotników stosownie do wyników obliczeń komisji, a w rozpowszechniających się coraz bardziej umowach zbiorowych robotnicy zastrzegali jako jeden z warunków podstawowych dokonywanie zmian w cenniku płac według tej zasady.
Komisje do badania wzrostu kosztów utrzymania nie zdołały oczywiście całkowicie zabezpieczyć zarobków pracowniczych przed ujemnymi skutkami dewaluacji; przyczyniły się jednak w znacznej mierze do złagodzenia tych skutków i pozwoliły uniknąć wielu zatargów, skrócić je lub złagodzić ich przebieg.
Wprowadzenie ubezpieczenia na wypadek choroby według przepisów polskich było odmienne w poszczególnych dzielnicach, zależnie od ich warunków politycznych i gospodarczych. W b. dzielnicach austriackiej i niemieckiej, gdzie istniały już takie instytucje, dokonano w latach 1920 i 1921 przystosowania ich do nowych przepisów. W ostatecznym wyniku prac, przeprowadzonych w tym celu w woj. poznańskim i pomorskim, zamiast 629 drobnych kas chorych różnego typu o znikomej nieraz ilości członków i różnych, przeważnie niskich świadczeniach, powstało 56 kas terytorialnych o jednolitej organizacji, które liczyły przeciętnie blisko po 10 000 członków, posiadały mocne podstawy finansowe i były zdolne do rozwinięcia zakreślonej im przez ustawę szerokiej działalności. Analogiczne wyniki dała reorganizacja w województwach południowych, gdzie zamiast 189 kas chorych, stworzonych za rządów austriackich, różnego typu i przeważnie wegetujących, powstało 71 kas terytorialnych, liczących przeciętnie po 6500 zamiast, jak dawniej, po 980 członków.
Natomiast w b. zaborze rosyjskim trzeba było stworzyć całkowicie nowy aparat, na terenie zupełnie nieprzygotowanym i w warunkach szczególnie niesprzyjających. Skutki działań wojennych, takie jak brak odpowiednich lokali, drożyzna środków leczniczych i narzędzi lekarskich, a obok tego brak dostatecznego personelu lekarskiego i pomocniczego zaciążyły poważnie na organizacji Kas Chorych. Toteż musiała ona być rozłożona na okres lat kilku (1920-1927). Wydatki organizacyjne znalazły pokrycie w pożyczkach bezprocentowych, asygnowanych przez skarb państwa i zwracanych następnie ratami po rozpoczęciu prawidłowego funkcjonowania instytucji przy normalnych źródłach dochodów. Pierwsze zostały uruchomione Kasy Chorych w głównych centrach przemysłowych: w Warszawie, Sosnowcu i Łodzi; następne w powiatach o większych skupieniach ludności. Trudności finansowe i wojna osłabiały tempo prac organizacyjnych: gdy więc w pierwszym roku po uchwaleniu ustawy o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby stworzono dwie największe Kasy Chorych, liczące po 100 000 członków każda, w roku 1921 poprzestano na reorganizacji Kas dawnych typów; w roku 1922 powstało 13, w roku 1923 – 8 nowych Kas Chorych. […]
Odszkodowania za wypadki przy pracy istniały pod różną postacią we wszystkich dzielnicach państwa. Pracownicy umysłowi ubezpieczeni byli tylko na zasadzie i w zakresie przepisów austriackich i niemieckich tam, gdzie przepisy te obowiązywały. Podczas wysiłków czynionych przez państwo polskie w kierunku naprawienia krzywd wynikających z dewaluacji, udało się przeprowadzić szereg reform znacznie ulepszających oba te systemy ubezpieczeń.
W b. dzielnicy austriackiej, gdzie obowiązywała znowelizowana po raz ostatni w 1917 r. ustawa o ubezpieczeniu robotników od wypadków, powstała przede wszystkim konieczność – obok przyznania dodatków drożyźnianych do zdewaluowanych świadczeń – usunięcia krzywdy powodowanej niskim wymiarem granicy pobieranego zarobku. Dano do tego podstawę w ustawie z dn. 7 czerwca 1921 r., która, wprowadzając dodatki, zarazem zniosła granicę pobieranego zarobku. Równocześnie, wychodząc z zasady powszechności ubezpieczenia, państwo polskie znacznie rozszerzyło zakres zakładów i osób podlegających obowiązkowi ubezpieczenia. Obecnie na obszarze działania ustawy austriackiej ubezpieczeni od wypadków przy pracy są wszyscy robotnicy, urzędnicy, uczniowie i praktykanci, zatrudnieni we wszelkich zakładach pracy, włącznie z gospodarstwami rolnymi o obszarze powyżej 30 ha (z wyjątkiem niektórych zakładów prowadzonych nie dla zysku).
W b. dzielnicy pruskiej na plan pierwszy wysunęło się zagadnienie organizacyjne: należało stworzyć instytucję ubezpieczeniową, która objęłaby funkcje po pozostałych w granicach państwa niemieckiego przemysłowych spółkach zawodowych (Berufsgenossenschaften), przeprowadzających ubezpieczenie od wypadków. Powołano przeto do życia Ubezpieczalnię Krajową w Poznaniu, która objęła ubezpieczenie od wypadków w przemyśle, ubezpieczenie inwalidzkie, a początkowo i ubezpieczenie pracowników umysłowych.
Istniejące na zasadzie ustawy z 1906 r. na ziemiach polskich przynależnych do Austrii ubezpieczenie pracowników umysłowych na wypadek niezdolności do zarobkowania, starości i śmierci wykonywane było przez dwa biura powszechnego zakładu pensyjnego dla funkcjonariuszy w Wiedniu oraz przez szereg zakładów zastępczych. Uznając zasadę terytorialności instytucji ubezpieczeniowych za najwłaściwszą, dokonano fuzji jednego z tych biur, które pozostało w granicach Polski, z Towarzystwem Wzajemnych Ubezpieczeń Urzędników Prywatnych, największym spośród zakładów zastępczych, i utworzono z nich (ustawą z dn. 10 czerwca 1921 r.) jeden Zakład Pensyjny dla Funkcjonariuszy we Lwowie. Jednocześnie zniesiono możność zastąpienia ubezpieczenia umową zastępczą między pracodawcą a pracownikiem oraz zaostrzono warunki tworzenia odrębnych zakładów zastępczych, wymagając od nich udzielania lepszych świadczeń, większej liczby członków i silniejszych gwarancji finansowych. Prócz tego zwiększono udział ubezpieczonych w organach kierowniczych. Tą samą ustawą rozszerzono zakres ubezpieczenia na pomocników handlowych i na wszystkich pracowników najemnych niezatrudnionych w charakterze służby czeladnej lub robotników oraz wydatnie podwyższono świadczenia. […]
Sejm konstytucyjny, w przewidywaniu bliskiego końca przeciągającego się swego istnienia, dał jeden poważnej treści akt prawodawczy o nowym znaczeniu dla świata robotniczego. Aktem tym była, uchwalona zgodnie na wniosek stronnictwa chrześcijańsko-demokratycznego, ustawa z dn. 16 maja o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Przepisy tej ustawy zapewniają pracownikom fizycznym 8 dni płatnego urlopu, o ile przepracowali w danym przedsiębiorstwie nieprzerwanie przynajmniej rok jeden, i 15 dni takiegoż urlopu po 3 latach pracy, zaś pracownikom umysłowym – 2 tygodnie urlopu po nieprzerwanej pracy półrocznej i 1 miesiąc po roku takiej pracy. […] Dobrodziejstwo przepisów o urlopach okaże się w pełni dopiero wówczas, gdy wydadzą owoce wszechstronne prace nad właściwym zużytkowywaniem wczasów robotniczych, prowadzone od niezbyt dawna, głównie przy pomocy subwencji rządowych.
Najlepszym streszczeniem istoty myśli społecznej w okresie sejmu konstytucyjnego będzie powołanie się na traktujące o pracy artykuły uchwalonej przez ten sejm obowiązującej Konstytucji z dn. 17 marca 1921 r. Są to artykuły 102 i 103, częściowo art. 68 oraz wstęp do Konstytucji.
Art. 102 rozwija jedną z myśli zawartych we wstępie, który pośród celów ustawy konstytucyjnej wymienia „zabezpieczenie pracy poszanowania, należnych praw i szczególnej opieki państwa”. Art. 102 wyraża tę samą myśl w ten sposób, że „praca, jako główna podstawa bogactwa Rzeczypospolitej, pozostawać ma pod szczególną ochroną Państwa”, powtarzając to po raz trzeci w ustępie 2 tegoż artykułu: „Każdy obywatel ma prawo do opieki Państwa nad jego pracą, a w razie braku pracy, choroby, nieszczęśliwego wypadku i niedołęstwa – do ubezpieczenia społecznego, które ustali osobna ustawa”.
Opieka nad dzieckiem stanowi treść dwóch pierwszych ustępów art. 103:
„Dzieci bez dostatecznej opieki rodzicielskiej, zaniedbane pod względem wychowawczym – mają prawo do opieki i pomocy Państwa w zakresie oznaczonym ustawą”. […]
Opieka nad macierzyństwem ze strony Państwa wynika z ustępu 3 art. 103:
„Osobne ustawy normują opiekę macierzyństwa”.
Dwa ostatnie ustępy art. 103 wracają znów do spraw ochrony pracy, mianowicie zajmują się ochroną pracy dzieci, młodzieży i kobiet, od razu regulując te sprawy w sposób ogólnikowy, a zarazem bardzo szeroki:
„Praca zarobkowa dzieci niżej lat 15, praca nocna kobiet i robotników młodocianych w gałęziach przemysłu szkodliwych dla ich zdrowia jest zakazana”.
„Stałe zatrudnienie pracą zarobkową dzieci i młodzieży w wieku szkolnym jest zakazane”.
Wszystkie te przepisy Konstytucji polskiej trzeba uznać za zdecydowany i mocny, choć niezupełnie szczęśliwy w formie, wyraz nowej myśli gospodarczo-społecznej. […]
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Niemal cała myśl polityczna oraz intuicja potoczna bazują na przekonaniu, że państwo jest obywatelom potrzebne po to, aby ich wspierało, ulepszało kondycję życia zbiorowego oraz pomagało dokonać tego, co przekracza możliwości oddolnych wysiłków, a co jest korzystne dla społeczeństwa. Jeśli państwo nie podejmuje takich działań, można postawić pytanie, po co ono w ogóle istnieje. Pytanie takie stawiają dziś Polacy przy wielu okazjach.
Przekaz, który płynie do nich od państwa, brzmi mniej więcej tak: „mam was gdzieś, sami martwcie się o siebie”. Państwo „nie ma” na benzynę do policyjnych radiowozów, państwo nie buduje dróg, państwo zamyka urzędy pocztowe i placówki sądowe w mniejszych miastach. Władze mówią nam, że nie stać ich właściwie na nic – czy będzie to wizyta obywatela u lekarza-specjalisty, czy zaopatrzenie biblioteki w nowe książki, czy nawet położenie chodnika. Za komuny pewien kabareciarz żartował, że nie ma nic prostszego niż praca w sklepie – wystarczy przez 8 godzin dziennie mówić „nie ma”. Dziś równie mało wymagająca jest praca włodarzy gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ministerialnych: „nie mamy”.
Nic dziwnego, że w XXI w. nawet inwestycje w tak „nowatorską” i „luksusową” sferę, jak budowa sieci kanalizacyjnej, muszą być oznakowane tablicami informującymi, że 3 środków na ten cel pochodzi z programu operacyjnego numer milion sto dwadzieścia tysięcy dwieście szesnaście, łamane przez duże C, finansowanego przez najwyższy urząd ds. wykopów ziemnych, z siedzibą w lewym skrzydle gmachu Komisji Europejskiej. W Polsce na takie cuda, jak oczyszczanie ścieków – „nie mamy”.
Na domiar złego państwo kpi z obywateli. Choćby wtedy, gdy za pomocą reklamowych spotów zachęca ich do płodzenia dzieci, a zarazem likwiduje żłobki, przedszkola i szkoły. Lub gdy poucza bezrobotnych, że są roszczeniowymi cwaniakami i leniami, jednocześnie obcinając kwoty na programy aktywizowania osób pozostających bez pracy. Albo wtedy, gdy przekonuje obywateli, że powinni być „mobilni”, a w tym samym czasie masowo likwidowane są połączenia kolejowe i autobusowe oraz niszczeje cała towarzysząca im infrastruktura.
W kraju, w którym do aktów prawnych – od Konstytucji poczynając – oraz do wszelkich deklaracji czynników oficjalnych wpisywana jest równość szans, sprawiedliwość społeczna, ochrona życia itd., można przy odrobinie pecha umrzeć podczas transportu między wymigującymi się od odpowiedzialności placówkami służby zdrowia. Można zostać odciętym od elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych i instytucji. Można po wypadku skutkującym utratą ręki lub nogi stawać co roku przed komisją orzekającą niezdolność do pracy („nie odrosło wam przypadkiem, obywatelu?”)…
To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Choć zdarza się indolencja, brak wyobraźni, lenistwo czy wieloletnie zapóźnienia cywilizacyjne, większość tego rodzaju problemów ma przyczyny w przyjętej ideologii i wynikających z niej sposobach działania. Ideologia ta jest jawnie antyspołeczna, a na imię jej neoliberalizm. Mówiąc w dużym skrócie, zasadza się ona na przekonaniu, że państwo nie jest dla ogółu obywateli, lecz dla wybranych, choć nikt tego nie mówi wprost. To samo państwo, które „nie ma” na połączenia kolejowe dla obywateli, wykłada ogromne kwoty na rozwój infrastruktury mającej ułatwić zagranicznym koncernom wożenie towarów przez Polskę ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Państwo, któremu „nie starcza” na przedszkola, jest zawsze gotowe obniżać podatki Kulczykowi i telewizyjnym celebrytom. Państwo, które za palenie papierosa lub picie piwa w niedozwolonym miejscu wręcza kilkusetzłotowy mandat bezrobotnemu lub emerytowi, podobnej wysokości kary nakłada na operującą w skali globu firmę handlową, której zyski bazują na zorganizowanym systemie wyzysku tysięcy pracowników. Innymi słowy, neoliberalizm jest socjalizmem dla bogatych.
W Polsce mamy do czynienia ze skrajną odmianą tej ideologii i towarzyszących jej rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że nawet w krajach symbolizujących liberalizm społeczno-gospodarczy istnieją systemy wsparcia obywateli na skalę, o której Polacy mogą tylko pomarzyć. W Stanach Zjednoczonych ponad czterdzieści milionów osób (!) otrzymuje od państwa talony na produkty żywnościowe, bo nawet liberałom nie mieści się w głowie, że w cywilizowanym kraju można być w dzisiejszych czasach głodnym. W Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyło się liberalne tsunami autorstwa Thatcher i jej następców, system wspierania rodzin i rodzicielstwa wygląda tak, że wśród polskich emigrantów zarobkowych w Londynie czy Glasgow – nie będących wszak nawet obywatelami owego kraju! – mówi się o prawdziwym baby boomie.
Jak wspomniałem, nie jest to dziełem przypadku, lecz efektem decyzji podjętych świadomie na progu tworzenia nowego ładu instytucjonalnego. Autorzy polskiej transformacji, niezależnie, czy mieli zawziętą twarz Leszka Balcerowicza, czy dobroduszne oblicze Jacka Kuronia, po prostu wypięli się na społeczeństwo, nie poczuwając się do jakichkolwiek obowiązków wobec niego. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest przy tym fakt, że w nowe realia wchodziliśmy z garbem dziedzictwa 45 lat niewydolnego, marnotrawnego i rozsypującego się w oczach „realnego socjalizmu”. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał przecież, że po chwili i bez wysiłku będzie nad Wisłą tak, jak nad Łabą, Sekwaną czy Tamizą. Problem polega jednak na tym, że decydenci celowo wybrali zupełnie inną drogę – drogę antyspołeczną.
Porównania z innymi krajami są zawsze obarczone ryzykiem błędu, czyli nieuwzględnienia tamtejszej historii, kultury i mentalności z jednej strony, z drugiej zaś położenia, naturalnych atutów lub takowych przeszkód. Dlatego też w niniejszym wydaniu działu „Nasze tradycje” przypominamy polską myśl prospołeczną sprzed lat. Ten sam kraj, podobne realia naturalne, podobne momenty historyczne – w ostatnich dekadach wychodzenie z komunizmu, w II RP zaś zmaganie się z dziedzictwem zaborów. Za to dwa zupełnie różne sposoby myślenia o społeczeństwie, roli państwa i jego powinnościach.
Publikujemy teksty obrazujące, że nawet w trudnych warunkach władze publiczne i wspierający je specjaliści mogą dla obywateli wiele dokonać i jeszcze więcej planować. Zacofanie gospodarcze, niedobory budżetowe czy brak struktur instytucjonalnych ograniczają pole manewru, jednak nie stanowią nieprzezwyciężalnej bariery. Dla chcącego nic niemożliwego – zdają się mówić autorzy publikowanych rozważań.
Melania Bornstein-Łychowska, radca przedwojennego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, opisuje ogół wysiłków dopiero odtwarzanego państwa na rzecz pomocy swoim obywatelom. Z jej obszernej publikacji mogliśmy wybrać stosunkowo krótkie fragmenty, jednak nawet one pokazują, iż kraj biedny, pozbawiony właściwie wszystkich atrybutów nowoczesnego i stabilnego państwa, podjął na wielką skalę wysiłki zarówno praktyczne, jak i ustawodawczo-instytucjonalne, aby chronić słabszych. Nie oferował im oczywiście manny z nieba, dawał tyle, ile mógł, a zapewne mniej niż mógłby, jednak za oczywisty obowiązek uznawał nie tylko podejmowanie takich wysiłków, ale także ich intensyfikację i rozwój. Nawet jeśli ówczesna pomoc socjalna była z konieczności „dzieleniem biedy”, to była właśnie dzieleniem, solidarnym wobec współobywateli, nie zaś lekceważeniem ich i odwracaniem się plecami.
W kolejnym tekście dr Władysław Landau, naukowiec o poglądach prospołecznych, opisuje nie tylko dokonania. Jego rozważania w równej mierze poświęcone są temu, co dopiero można i należy zrobić. Nie ma w tym żadnego minimalizmu i spoczywania na laurach po „odfajkowaniu” pewnego zestawu zadań – jest odwaga wizji, chęć ulepszania rozwiązań i zmiany realiów w duchu ochrony słabszych i potrzebujących. Ba, sporo tu wyrażanego wprost niezadowolenia ze status quo, czyli niedostatecznych – wedle autora – wysiłków i efektów. Inaczej niż dzisiejsi mędrkowie na stabilnych, rządowych posadach, którzy zalecają społeczeństwu zaciskanie pasa, bycie konkurencyjnym (czytaj: mniej wymagającym) i równanie w dół, formułuje on zalecenia, abyśmy na drodze rozwoju gospodarczego nie zapominali o rozwoju społecznym, bo tylko wówczas będzie w ogóle można mówić o rozwoju jako takim. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy przypomnimy sobie, że „prospołeczny” i „wrażliwy” Jacek Kuroń miał w analogicznej sytuacji do zaoferowania kocioł z lichą zupą i odkładanie faktycznej troski o społeczeństwo do momentu „aż się wzbogacimy”, czyli w modelu neoliberalnym de facto na święty nigdy.
Ostatni z przypomnianych tekstów, autorstwa nie znanego nam nawet z pełnego imienia R. Siennickiego, to ciekawe studium przypadku, dotyczące bardzo konkretnych zagadnień, mianowicie dbałości o pracowników najemnych. Dbałości nie byle gdzie, bo w państwowym przedsiębiorstwie. Tym, co uderza dzisiejszego czytelnika, jest nie tylko afirmatywny opis dokonań, ale przede wszystkim wyrażane przez autora przekonanie, że do zakończenia wysiłków droga jeszcze daleka. Znów mamy zatem myślenie o rozwiązaniach prospołecznych nie w kategoriach przykrej powinności, której najlepiej byłoby się pozbyć pod byle pretekstem, lecz pozytywnie postrzeganego zobowiązania wobec słabszych członków wspólnoty.
Oczywiście czasy opisywane przez trójkę autorów były dalekie od ideału i nie ma sensu tworzenie fałszywego przeciwstawienia rzekomo cudownej II RP oraz koszmarnej Polski współczesnej. Tym, co warte podkreślenia, jest nie tyle odmienność realiów, lecz różnice w sferze mentalności. Celowo wybraliśmy teksty autorów, którzy niewiele mieli wspólnego z radykalizmem politycznym. Choć ich poglądy były niewątpliwie prospołeczne, były to zarazem poglądy głównego nurtu, a przynajmniej jednej z opcji ścierających się w jego ramach. Nietrudno byłoby znaleźć z tego samego okresu teksty znacznie bardziej radykalne, czy nawet krytykujące prezentowane tu stanowiska jako nazbyt zachowawcze. Nas jednak interesuje tym razem pokazanie, że takie opinie były pełnoprawnym elementem dyskursu publicznego.
Broszura Bornstein-Łychowskiej to oficjalna publikacja jednego z ministerstw. Tekst Landaua ukazał się w pracy zbiorowej, stanowiącej manifest ideowy lewego skrzydła rządzącego wówczas obozu sanacyjnego. Artykuł Siennickiego zamieszczono w pracy zbiorowej Instytutu Spraw Społecznych – instytucji utworzonej przy pomocy poważnych placówek publicznych, tj. zakładów powszechnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych.
Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby dzisiaj teksty o takim przesłaniu i utrzymane w takim tonie stanowiły coś zwyczajnego w wywodach decydentów i osób z ich otoczenia, a tak właśnie było wówczas. Ówczesne państwo bowiem, mimo licznych wad i niedoskonałości, było państwem dla obywateli. Dzisiejsze jest państwem lekceważącym obywateli. Może już czas to zmienić?
R. O.