przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Politycy i ekonomiści próbują przedstawiać obecną zapaść na amerykańskim rynku pracy jako skutek braku odpowiednich umiejętności u potencjalnych pracowników. Czy tak jest w istocie?
Pomimo iż w chwili pisania tekstu minęło niemal półtora roku od oficjalnego ogłoszenia końca Wielkiej Recesji, miliony Amerykanów nadal pozostają bez pracy. Oficjalny wskaźnik bezrobocia utrzymuje się na poziomie ok. 10%. Dlaczego? Według oficjalnie obowiązującej teorii, przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak wystarczających kwalifikacji wśród kandydatów na stanowiska oferowane przez pracodawców.
W następstwie najsilniejszego tąpnięcia krajowej gospodarki od czasów Wielkiego Kryzysu, niektórzy decydenci i komentatorzy – wśród nich również ekonomiści – rozpoczęli pewną kampanię. Jej celem jest powiązanie wysokiego bezrobocia z niewystarczającymi umiejętnościami siły roboczej. W żargonie ekonomicznym zjawisko to nosi nazwę bezrobocia strukturalnego, stanowiącego przeciwieństwo bezrobocia cyklicznego, związanego z powtarzającym się spadkiem koniunktury gospodarczej.
Powyższy pogląd znajduje zwolenników w wielu kręgach. Pierwszy wśród decydentów, prezydent Obama, poinformował Kongres w lutym 2009 r., że w dzisiejszych czasach 3/4 spośród najbardziej dynamicznie rozwijających się zawodów wymaga kwalifikacji wyższych niż świadectwo maturalne. A rzeczywistość jest taka, że niemal połowa naszych obywateli nie osiągnęła tego poziomu wykształcenia. Inaczej mówiąc: robotnicy muszą wrócić do szkoły, jeśli chcą znaleźć zatrudnienie.
Również Bill Clinton, ostatni przedstawiciel Partii Demokratycznej zasiadający przed Obamą w Białym Domu, został zarażony tym wirusem. W wywiadzie z września 2010 r. powiedział: Ostatni raport poświęcony bezrobociu wskazywał – i miało to miejsce po raz pierwszy za mojego życia, a do najmłodszych przecież nie należę – że obecnie, w momencie wychodzenia z recesji, liczba nowych ofert pracy rośnie dwukrotnie szybciej niż liczba nowo zatrudnianych osób. Z drugiej strony każdy z nas potrafi z łatwością przywołać przypadki, kiedy na jedną ofertę pracy zgłosiło się kilkuset kandydatów. Jak to możliwe? Ludzie po prostu nie mają wymaganych kwalifikacji.
Wszystko wskazuje, że źródłem tej teorii są ekonomiści oraz inni tzw. eksperci. W sierpniu 2010 r. Narayana Kocherlakota, szef oddziału Banku Rezerw Federalnych (FED) w Minneapolis, napisał w biuletynie instytucji: W jakim stopniu obserwowany wskaźnik bezrobocia rzeczywiście wynika z niedopasowania kwalifikacji, a więc z czynników, na które FED praktycznie nie ma wpływu? Wydaje się, że odpowiedź brzmi: w znacznym. Kocherlakota zmierzał do tego, że chociaż polityka monetarna może stymulować wzrost gospodarczy, nie poprawi to sytuacji słabo lub niewłaściwie wykwalifikowanych bezrobotnych: FED nie ma możliwości przekwalifikowania robotników budowlanych w mechaników precyzyjnych.
Takie wyjaśnienie problemu bardzo odpowiada politykom i urzędnikom Banku Rezerw Federalnych. Zrzuca ono bowiem odpowiedzialność za dotkliwą sytuację ekonomiczną 17% Amerykanów – bezrobotnych lub zatrudnionych w niepełnym wymiarze – na nich samych. Wskazuje ono, że nawet jeśli politycy i bankowcy zrobiliby wszystko, co w ich mocy, aby zwiększyćpoziom wydatków publicznych, wskaźnik bezrobocia najprawdopodobniej pozostałby na niezmienionym poziomie dopóki bezrobotni nie podnieśliby kwalifikacji.
Szkopuł w tym, że powyższe wytłumaczenie jest błędne. Istnieje wiele dowodów, że główną przyczyną kryzysu na rynku pracy nie są nieodpowiednie kwalifikacje pracowników, lecz brak odpowiedniej liczby ofert pracy.
Tylko dla specjalistów?
Dane przytoczone przez Obamę, wskazujące, że nowe miejsca pracy wymagają coraz wyższych kwalifikacji, mogłyby być argumentem popierającym tezę o „luce umiejętności”. Jednak jego interpretacja całkowicie omija sedno sprawy. W swoim wystąpieniu prezydent oparł się na przewidywaniach Departamentu Pracy, dotyczących struktury zatrudnienia w latach 2006-2016. Mowa w nich, że spośród 30 najszybciej rozwijających się profesji, 22 zasadniczo wymaga wykształcenia wyższego niż ukończona szkoła średnia. Do zawodów tych zaliczono m.in. specjalistów ds. zarządzania sieciami komputerowymi, fachowców z sektora telekomunikacji, programistów i doradców finansowych. Obama jednak ani słowem nie wspomniał, że te 22 profesje stanowią mniej niż 3% całego rynku pracy w USA.
Dużo większe znaczenie dla 27 mln obywateli bezrobotnych lub z konieczności zatrudnionych na niepełny etat mają raczej zawody, w ramach których ma szansę powstać najwięcej nowych miejsc pracy. Spośród 30 takich zawodów, 70% (21) zwykle wymaga co najwyżej ukończenia szkoły średniej. Aby być w pełni gotowym do rozpoczęcia ich wykonywania, wystarczy przeszkolenie bezpośrednio w miejscu pracy. Według prognoz Departamentu, te 21 zawodów, do których zalicza się m.in. sprzedawców, pracowników branży gastronomicznej oraz osoby zatrudnione jako pomoc domowa lub pielęgniarska, będzie miało 1/4 udziału w rynku pracy w 2016 r.
Co więcej, prognozy zatrudnienia zakładają, że ponad 2/3 (68%) miejsc pracy w 2016 r. będzie wymagało od pracownika wykształcenia średniego lub nawet niższego. W połączeniu z faktem, że obecnie prawie 2/3 aktywnych zawodowo dorosłych (62%) brało udział w jakichś zajęciach prowadzonych na wyższych uczelniach, teza o rzekomym rozdźwięku pomiędzy kwalifikacjami pracowników a wymaganiami rynku pracy jako głównej przyczynie utrzymywania się wysokiego poziomu bezrobocia, nie brzmi przekonująco.
Niewykwalifikowani?
Jeżeli rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której pracodawcy napotykają na ogromne trudności w poszukiwaniach na oferowane miejsca pracy osób o odpowiednich kwalifikacjach, to osoby spełniające te wymagania byłyby rozchwytywane na pniu. Statystykiwskazują jednak, że zastój w zatrudnieniu dotyczy także bezrobotnych doświadczonych zawodowo oraz osób, które pracując na część etatu szukają dodatkowego zajęcia. I dotyczy to branż, na które przypada względnie dużo nowych ofert pracy, jak edukacja, opieka zdrowotna, produkcja dóbr trwałych (np. sprzętu AGD) czy górnictwo.
Problem ten najlepiej widać w przypadku „półbezrobotnych” – zatrudnionych na część etatu, ale chcących pracować w pełnym wymiarze. Jak pokazują dane przytoczone przez Arjuna Jayadeva i Mike’a Konczala w niedawnej publikacji Roosevelt Institute, obecnie odsetek takich osób w każdym z podstawowych sektorów jest większy niż w okresie 2000-2007.Nawet w gałęziach generujących największą liczbę ofert pracy, takich jak edukacja i opieka zdrowotna, doradztwo i usługi dla biznesu, transport i usługi publiczne, turystyka i wypoczynek oraz branże produkcyjne – wskaźnik „półbezrobocia” wśród pracujących utrzymuje się na poziomie dwukrotnie wyższym niż przed recesją.
Głosicielom „teorii niedopasowania” byłoby trudno wyjaśnić, dlaczego osoby, które chciałyby pracować w pełnym wymiarze godzin, nie posiadają wystarczających kwalifikacji, aby na cały etat wykonywać pracę polegającą na tym samym, co obecnie robią przez np. 20 godzin w tygodniu.
W wyniku Wielkiej Recesji zatrudnienie stracili pracownicy rozmaitych specjalności, nie tylko robotnicy budowlani. Wielu z nich wciąż szuka zatrudnienia. W każdym spośród 16 najważniejszych sektorów gospodarki wskaźnik bezrobocia we wrześniu 2010 r. był wciąż znacznie wyższy niż na początku kryzysu w grudniu roku 2007.W przypadku branż z największą liczbą ofert pracy w okresie wychodzenia z kryzysu, a więc edukacji i służby zdrowia, doradztwa i usług dla biznesu, oraz produkcji – wykwalifikowani pracownicy muszą się zmierzyć ze wskaźnikami bezrobocia dwukrotnie wyższymi niż w grudniu 2007 r. Wielu doświadczonych pracowników wciąż szuka pracy w branżach, gdzie bez przerwy pojawiają się nowe oferty zatrudnienia.
Aby obronić swoją tezę, Kocherlakota i inni zwolennicy teorii niedopasowania musieliby wykazać, że te osoby, które nie dalej jak trzy lata temu pracowały w przemyśle, obecnie nie posiadają już umiejętności pozwalających na ich zatrudnienie w tej samej branży. Wydaje się to mało prawdopodobne.
Błędy statystyczne
Jak zatem wyjaśnić zjawisko przywołane przez Billa Clintona oraz licznych ekonomistów? Skoro liczba oferowanych miejsc pracy rośnie w przyzwoitym tempie, liczba nowo zatrudnianych osób – znacznie wolniej, a statystyki bezrobocia nie zmieniają się, to może rzeczywiście pracodawcy mają problemy ze znalezieniem osób o odpowiednich kwalifikacjach. Powyższe wytłumaczenie jest jednak przekonujące tylko dopóki nie przyjrzymy się statystykom.
Po pierwsze, zmiany w czasie liczby ofert pracy oraz zatrudnianych osób nie są właściwymi parametrami opisującymi tendencje rynku pracy. Tym, co powinno nas interesować, jest porównanie liczby miejsc pracy, na które nie udało się znaleźć pracowników, z liczbą wykwalifikowanych pracowników przyjętych w tym samym miesiącu. Jeżeli pracodawcy rzeczywiście mieliby problem, o którym mówimy, wówczas liczba wakatów na koniec miesiąca powinna być względnie duża w porównaniu z liczbą osób przyjętych do pracy.Innymi słowy, jeżeli stosunek liczby wakatów do liczby osób nowo zatrudnionych byłby wyższy niż podczas minionych okresów wychodzenia z kryzysów gospodarczych, to mogłoby to stanowić potwierdzenie większych niż zwykle problemów pracodawców z naborem pracowników.
Tymczasem okazuje się, że wspomniana proporcja jest dziś niemal taka sama, jak w trakcie wychodzenia z kryzysu w 2001 r. We wrześniu 2010 r., a więc 15 miesięcy po oficjalnym zakończeniu kryzysu i rozpoczęciu wychodzenia z niego, stosunek nieobsadzonych miejsc pracy do liczby nowych zatrudnień wynosił 69%, a więc był bardzo zbliżony do wartości 67% z lutego 2003 r., 15 miesięcy po poprzednim kryzysie gospodarczym. Dane te świadczą, że miejsca pracy są dzisiaj obsadzane w tym samym tempie, jak miało to miejsce w przeszłości.
Porównywanie wyłącznie wskaźnika bezrobocia, a pomijanie w analizie liczby nowych zatrudnień grozi w jeszcze większym stopniu wyciągnięciem błędnych wniosków.Ponieważ liczba nowych zatrudnień silnie wzrasta na początku wychodzenia z kryzysu, osoby, które przestały już aktywnie szukać pracy, wracają na jej rynek.W ten sposób zasilają oni oficjalne statystyki bezrobotnych, co powoduje, że wskaźnik bezrobocia nie ulega zmniejszeniu, pomimo wzrostu liczby ofert pracy i rosnącego zatrudnienia.
Deficyt miejsc pracy
Rzeczywistość rynku pracy – obejmujące coraz szersze kręgi bezrobocie połączone z długim, bezowocnym poszukiwaniem zatrudnienia przez wykwalifikowanych pracowników – pokazuje jasno, że podstawowym problemem jest brak wystarczającej liczby miejsc pracy w gospodarce, a nie brak umiejętności wśród osób szukających zajęcia.
Choć na koniec każdego miesiąca pozostaje pewna liczba ofert pracy, do której nie udało się znaleźć odpowiednich osób, całkowita liczba miejsc pracy stworzonych w okresie wychodzenia z recesji jest zwyczajnie niewystarczająca, by przywrócić zatrudnienie wszystkim, którzy je uprzednio stracili. Nawet gdyby na wszystkie wolne etaty na koniec września 2010 r. udało się przyjąć nowych pracowników, to wciąż prawie 12 mln zarejestrowanych bezrobotnych pozostawałoby bez pracy.
Obecne wychodzenie z kryzysu charakteryzuje się znacznie mniejszą liczbą tworzonych miejsc pracy nawet od tzw. bezpracowego okresu odbudowy po zapaści z roku 2001. Lawrence Mishel, Heidi Shierholz i Kathryn Edwards, ekonomiści z Economic Policy Institute, podają, że łączna liczba nowych miejsc pracy stworzonych w pierwszym roku przełamywania ostatniego kryzysu jest o ok. 1/4 mniejsza niż w analogicznym okresie po recesji 2001 r. Oznacza to 10 mln miejsc pracy mniej. Nawet w przypadku gałęzi gospodarki generujących obecnie najwięcej nowych miejsc pracy ich liczba pozostaje daleko w tyle w porównaniu z miejscami pracy utworzonymi przez te branże w ramach wychodzenia z zapaści dekadę wcześniej. Wyjątkami są przemysł wydobywczy i drzewny, na które jednak w 2007 r. przypadało zaledwie ok. 0,5% całkowitego zatrudnienia.
Dlaczego wzrost zatrudnienia po Wielkiej Recesji jest wolniejszy niż zwykle? Prosta odpowiedź brzmi: gdyż kryzys był głębszy niż zwykle. Nagły i ostry spadek produkcji oraz zatrudnienia bardzo negatywnie wpłynął na popyt wewnętrzny – ludzie po prostu nie mieli pieniędzy na zakupy. Skutkiem tego był spadek sprzedaży, co z kolei znacznie ograniczyło inwestycje i zatrudnienie; błędne koło się domknęło, doprowadzając do trwałego spadku popytu.
Powolny wzrost zatrudnienia nie wynika bynajmniej z braku zysków przedsiębiorstw. Według danych na koniec drugiego kwartału 2010 r., były one (po uwzględnieniu inflacji) o ok. 60% wyższe w porównaniu do dołka z końca 2008 r. oraz na dobrej drodze do osiągnięcia poziomu z połowy 2006 r., gdy były najwyższe. Co więcej, na początku 2010 r. firmy działające poza sektorem bankowo-finansowym posiadały ok. 2 bilionów dolarów w gotówce. Istniała zatem możliwość nowych inwestycji i tworzenia miejsc pracy. Zabrakło natomiast zachęty do tego, czyli pewności w kwestii wzrostu popytu i sprzedaży. Jak dobrze wiadomo, małe i średnie przedsiębiorstwa odpowiadają za lwią część rynku pracy. Tymczasem przedsiębiorcy z tego sektora od początku Wielkiej Recesji konsekwentnie wskazywali na słabą sprzedaż jako swój kluczowy problem. Najprawdopodobniej jest to w ich przypadku także czynnik ograniczający wzrost zatrudnienia.
Rola popytu
Niezależnie od braku dowodów potwierdzających teorię niedopasowania, przebiła się ona do medialnych relacji na temat stanu gospodarki. Weźmy niedawną serię audycji w ogólnokrajowym radiu publicznym pt. „Brak kwalifikacji: przyczyna stagnacji na rynku pracy”. W jednym z odcinków reporterka Wendy Kaufman prezentowała liczne przykłady pracodawców zmuszonych odrzucać rekordowe wręcz liczby podań na nowe miejsca pracy, które często pozostają nieobsadzone. W odpowiedzi, ekonomista Peter Capelli zauważył, że 20 lat temu byłoby nie do pomyślenia oczekiwać, że osoba przyjmowana na stanowisko wymagające ponadprzeciętnych umiejętności od razu wykaże się ponadprzeciętnymi osiągnięciami. To zupełnie nowy rodzaj wymagań. Łatwo zauważyć, że ten komentarz w żadnym miejscu nie wskazuje na to, iż dzisiejsi pracownicy mają mniejsze umiejętności lub wiedzę. To raczej pracodawcy podnieśli poprzeczkę: stali się bardziej wybredni.
Takie wytłumaczenie wydaje się sensowne. Jak już wiemy, pracodawcom udaje się przyjmować pracowników na nowo tworzone miejsca pracy w podobnym tempie, co w nieodległej przeszłości. Różnica polega jednak na tym, że dzisiaj o jeden wakat ubiega się sześciu bezrobotnych. To zdecydowanie najwyższy wskaźnik od 2000 r. W czasie spowolnienia gospodarki, do którego doszło w 2001 r., średnio dwie osoby bezrobotne ubiegały się o jedno miejsce pracy. W pierwszych latach przezwyciężania skutków owej recesji proporcja ta wprawdzie nadal rosła, ale nigdy nie przekroczyła poziomu 3:1.Dane te uprawniają do przedstawiania alternatywnej interpretacji problemów rynku pracy w USA. Niestety, Kaufman nie bierze jej nawet pod uwagę.
To wielka szkoda. Uświadomienie sobie, że to brak popytu na dobra i usługi jest istotną przyczyną dramatycznego bezrobocia, prowadzi do wniosku, iż piłka jest po stronie rządu oraz Banku Rezerw Federalnych. Mają oni możliwości pobudzenia popytu, a przez to złagodzenia problemu bezrobocia, jeśli tylko istniałaby wola polityczna takich działań. Miliony bezrobotnych, zorganizowanych w grupy nacisku i uzbrojonych w adekwatną diagnozę sytuacji, mogą stać się siłą zdolną wymusić taką wolę. Nie mogą jednak dać się zmylić interpretacji, która uporczywie każe im szukać winnych ich problemu – w nich samych.
John Miller, Jeannette Wicks-Lim
tłum. Sebastian Maćkowski
Tekst ukazał się pierwotnie w magazynie „Dollars & Sense”, styczeń-luty 2011.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Osoby między 16. a 25. rokiem życia uważane są za idealnych konsumentów, cieszących się pełnią życia. Rzeczywistość bywa jednak nieco mniej ciekawa, a władze publiczne nie podejmują skoordynowanych działań, mogących służyć poprawie sytuacji młodych. Problematykę taką podejmuje natomiast ciekawy raport brytyjskiej Fundacji Nowej Ekonomii.
Bardzo rzadko w debacie publicznej mówi się o specyficznych potrzebach osób we wspomnianym wieku. Za istotną cezurę uznaje się przeważnie jedynie otrzymanie praw wyborczych, ewentualnie możliwości swobodnego nabywania alkoholu i tytoniu.Choć z kulturowego punktu widzenia rozpoznaje się odmienność wzmiankowanej grupy wiekowej zarówno od osób młodszych, jak i od „w pełni dorosłych”, to jednak w praktyce życia społecznego brakuje działań skierowanych przede wszystkim do niej. Tymczasem powszechnie wiadomo, że ryzyka związane z poznawaniem życia, wpadanie w nałogi czy też nie zawsze trafne wybory miłosne, prowadzące m.in. do niechcianych ciąż czy zarażenia chorobami wenerycznymi, mają olbrzymi wpływ na to, czy szanse, jakie przed młodzieżą stawia rzeczywistość, nie zostaną już na wstępie stracone.
Dodajmy do tego czynniki socjalne i ekonomiczne, na które osoby młode często nie mają wpływu. To, w jakiej rodzinie przyjdzie im się urodzić i wychowywać, posiada istotne znaczenie dla sposobu późniejszej komunikacji ze światem, aspiracji zawodowych i osobistych czy też nabywanego kapitału kulturowego. Niedostateczny poziom rozwoju tych czynników prowadzi często do dziedziczenia statusu społecznego i uniemożliwia wyrwanie się z zaklętego kręgu biedy.
Na szanse młodzieży na przyszły dobrostan w dorosłym życiu składają się tak zróżnicowane kwestie, jak poziom edukacji, promowane w niej treści (kooperacja czy konkurencja, twórczość lub odtwórczość), dostęp – albo jego brak – do szkolnej opieki zdrowotnej, zajęć wyrównawczych, językowych czy hobbystycznych, warunki egzystencji, bliskość i stopień interakcji z instytucjami kulturalnymi. Listę tę można ciągnąć jeszcze długo, szczególnie w momencie, gdy młoda osoba trafia na studia. Co gorsza, polskie problemy coraz wyraźniej odzwierciedlają negatywne trendy z innych państw europejskich. Społeczeństwo i gospodarka oparte na wiedzy ukazały swoje drugie, mniej ciekawe oblicze. Zamiast wielu interesujących, dobrze płatnych zawodów, na sporą grupę osób młodych spadła konieczność utrzymania się z pracy w sieciach fast foodów czy w telemarketingu. Elastyczny rynek pracy, któremu nie towarzyszy, inaczej niż w krajach takich jak Dania czy Holandia, hojny system zabezpieczenia społecznego, został nad Wisłą wykorzystany do przerzucenia dużej rzeszy pracowników – szczególnie młodszych – do sektora pozakodeksowych umów o pracę.
Wszystkie te kwestie pochodzą z różnych dziedzin życia i ukazują konieczność ich integracji. Trudno uznać, że z taką tendencją mamy do czynienia w Polsce. Zamiast tego widzimy istnienie skomplikowanej łataniny oderwanych od siebie polityk państwowych, niemrawych z powodu budżetowych ograniczeń działań samorządów oraz szerokiej przestrzeni zostawionej na pastwę „niewidzialnej ręki rynku”. Przypatrzmy się zatem, jak mogłoby wyglądać tworzenie spójnej polityki na rzecz rozwoju osób młodych na przykładzie intelektualnego eksperymentu z Wysp Brytyjskich.
Z założenia, że okres przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość ma znaczenie kluczowe dla naszej przyszłości, wyszła brytyjska organizacja Catch 22 (Paragraf 22). Poprosiła ona Fundację Nowej Ekonomii (NEF, The New Economics Foundation) o wyliczenie, w jaki sposób brak spójnej polityki państwa i samorządów, skierowanej do tej grupy, negatywnie wpływa na rozwój społeczny. Tak powstał raport „Improving Services for Young People”, zawierający wiele ciekawych informacji i wniosków. W orbicie zainteresowań badaczy znalazła się kwestia społecznej i ekonomicznej wyceny usług publicznych, świadczonych na rzecz osób młodych (w wieku 16-25 lat) przez państwo i samorządy. Ekonomiczne wyliczenia uzupełniły wywiady z młodymi ludźmi z całej Anglii, znajdującymi się w jednej lub kilku grupach zagrożonych wykluczeniem społecznym, m.in. z osobami dotkniętymi narkomanią, bezdomnością, popełniającymi wykroczenia, samotnymi matkami. Przyjrzyjmy się wynikom.
Na wstępie należy jednak podkreślić, że w Wielkiej Brytanii aktywne działania publiczne są znacznie bardziej rozbudowane niż w Polsce, choć i nad Tamizą nierówności dochodowe stanowią istotny problem. Warto przytoczyć takie np. dane z raportu, jak 19,1% bezrobocia wśród osób między 16. a 25. rokiem życia oraz wyższy niż w innych krajach europejskich wskaźnik więźniów w wieku 18-21 lat (10,3% ogółu osadzonych wobec 7,3% we Francji i 3,2% w Szwecji). Mnogość programów wsparcia i niedostateczny przepływ informacji między realizującymi je instytucjami, sztywne kryteria wiekowe, uniemożliwiające otrzymywanie pomocy mimo faktu, że czynniki powodujące zagrożenie wykluczeniem społecznym nie zostały zlikwidowane, koszty więzienia dla osób popełniających przestępstwa czy też zapewniania opieki nad dziećmi młodych osób, które z różnych powodów nie są w stanie ich wychowywać – wszystko to wiąże się zarówno z nieefektywnym wydawaniem środków, jak i zmniejszaniem szans ok. 200 tys. osób w Zjednoczonym Królestwie, zmagających się z takimi problemami, jak nałóg narkotykowy, bezdomność czy zagrożenie przestępczością.
Inne dane z raportu wskazują na bardzo wymierne koszty zachowania status quo w polityce społecznej i ekonomicznej Wielkiej Brytanii. 8,1 miliarda funtów rocznie kosztują społeczeństwo zasiłki dla młodych bezrobotnych oraz związane z tym koszty utraty produktywności gospodarki.Koszty społeczne przestępczości wśród osób młodych to dalsze 4,4 mld, leczenia depresji – 340 milionów (wraz z innymi kosztami, jak np. utrata efektywności pracy, sięgają nawet 1,5 mld), kolejne 3 mld strat ponosi kraj wskutek uzależnienia „dorosłej młodzieży” od narkotyków. Sumując te liczby otrzymujemy całkiem pokaźną kwotę oraz panoramę wielu ludzkich problemów i tragedii.
Ponieważ spora część wspomnianych kosztów społecznych pozostaje sprywatyzowana (koszty złych wyborów życiowych przeniesione są na jednostki i ich najbliższe otoczenie) i nie figuruje w budżetach państwa lub samorządów, bywa lekceważona przez politycznych decydentów. Tymczasem sumując choćby koszty indywidualnych problemów ze znalezieniem pracy, otrzymać możemy pokaźną kwotę, jaką tracą państwo i gospodarka na powstrzymywaniu się od bardziej aktywnych działań, takich jak wsparcie psychologiczne dla opuszczających zakłady karne, uzależnionych od substancji psychoaktywnych czy młodych matek. Jeśli nie wizja bardziej szczęśliwych ludzi, radzących sobie w życiu, to chociaż perspektywa wzrostu wpływów z podatków czy wyższych wydatków konsumpcyjnych powinna zachęcać polityków do działania – niestety, dzieje się tak zbyt rzadko.
Kilka lat temu NEF opracowała system mierzenia Społecznego Zwrotu z Inwestycji (Social Return on Investment, SROI), uwzględniający w wyliczeniach również trudniej policzalne efekty danego działania. Wymaga on precyzyjnego zidentyfikowania zakresu analizy oraz interesariuszy, których dotknąć mają systemowe zmiany, dialogu z nimi na temat potrzebnych przeobrażeń oraz ich skutków w krótkim i długim czasie. Następnie zaś – zbadania prawdopodobnych kosztów i zysków z planowanych zmian, ale także potencjalnych negatywnych skutków. Trudno dotychczas było np. zmierzyć, jakie są finansowe efekty zwiększenia w ludziach pewności siebie, kluczowej dla podjęcia przez osoby w trudnej sytuacji życiowej działań mogących wpłynąć na poprawę ich losu. Efekty te można tymczasem oszacować, choćby licząc zyski i oszczędności spowodowane odpowiednim zmniejszeniem się wskaźników złych (np. statystyki uzależnionych od środków psychoaktywnych, bezrobotnych czy bezdomnych) i zwiększeniem dobrych (wpływy z podatków).
Jeśli dana osoba przestaje czuć się gorsza i otrzymuje wsparcie umożliwiające zdobycie pracy, wówczas zamiast otrzymywać zasiłki, zaczyna odprowadzać pieniądze z podatków. Wyłapanie takich zależności na podstawie dostępnych badań i obliczenie ich wymiernych następstw to żmudna praca, jednak raport pokazuje, iż jest to możliwe. Dla przykładu, jedna osoba mniej w więzieniu oznacza rocznie 43 tysiące funtów oszczędności w budżecie państwa, a każdy człowiek, który wychodzi z narkomanii – prawie 8,5 tys. Natomiast każdy znajdujący pracę, nawet tę nisko płatną, przynosi z kolei niemal 3,3 tys. więcej w publicznym skarbcu w postaci podatków, a dodatkowo 2,7 tys. funtów zaoszczędzonych na zasiłkach dla bezrobotnych. Można zżymać się na tego typu przeliczanie ludzkich problemów na pieniądze, jednak to głównie liczby trafiają dziś do wyobraźni zarówno osób stojących nad wyborczą kartką, jak i decydentów, operujących ograniczonymi zasobami finansowymi.
Czas na poprawę jakości usług publicznych skierowanych do osób młodych nie jest najlepszy – konserwatywno-liberalny rząd brytyjski wdraża drakońskie cięcia budżetowe. Jednak, jak wskazują NEF i Catch 22, istnieją możliwości poprawy jakości świadczonych usług, mogące zarazem zmniejszyć wydatki odpowiednich instytucji. Aby to wykazać, autorki raportu – Faiza Shaheen i Helen Kersley – odbyły szereg dyskusji z młodymi ludźmi, korzystającymi z publicznego wsparcia. Dla przykładu, doskwiera im słaby obieg informacji i brak integracji baz danych osób uprawnionych do różnego typu pomocy, co przyczynia się do wydłużenia procesu jej przyznawania.
Również spełnienie innego kluczowego postulatu raportu wydaje się niespecjalnie drogie. Chodzi mianowicie o wielokrotnie wyrażaną przez młodych ludzi potrzebę współpracy z osobą opiekującą się nimi, która zarówno poprowadzi je przez biurokratyczne meandry, jak i podniesie na duchu, zachęcając np. do wykonania telefonu w poszukiwaniu pracy. Są to sprawy pozornie drobne, lecz mające fundamentalne znaczenie. Same oszczędności z tytułu lepszej koordynacji działań mogłyby, zdaniem autorek raportu, sięgnąć ponad 150 mln funtów rocznie.
Większa elastyczność w działaniu urzędów zajmujących się pomocą ludziom młodym w Wielkiej Brytanii byłaby również bardzo mile widziana przez osoby chcące skorzystać z ich usług. Obecnie coraz częściej poszczególne rodzaje wykluczenia (ze względu na status społeczny, płeć, rasę, orientację seksualną itp.) zazębiają się ze sobą – np. 28% osób w wieku od 16 do 24 lat, zajmujących się opieką nad dzieckiem, zarazem nie pracuje, nie uczy się ani nie zwiększa kwalifikacji. Propozycją NEF jest kumulowanie różnych środków finansowych wokół osoby potrzebującej pomocy, m.in. dzięki lepszemu obiegowi informacji między instytucjami. Szybki dostęp do danych o sytuacji osoby zwracającej się np. o zasiłek pozwoliłby jej uzyskać pełen pakiet przysługującego wsparcia, zamiast zmuszać do wielogodzinnego stania w kolejkach po każde uprawnienie osobno.
Innym udogodnieniem byłaby rezygnacja ze sztywnych kryteriów wieku, w obrębie których można otrzymywać pomoc. Wiele świadczeń kończy się po ukończeniu 18. roku życia. Trudno tymczasem uwierzyć, by wraz z formalną pełnoletniością kończyły się wszelkie materialne zmartwienia danej osoby. Wręcz przeciwnie, jeśli mamy mówić o realnym awansie społecznym, będą one rosły, choćby w przypadku studiowania na uniwersytecie, które w Anglii jest płatne, a rząd Camerona podwyższył niedawno trzykrotnie pułap maksymalnej wysokości czesnego.
Poza wyliczeniami stricte finansowymi, niewątpliwą wartością tego typu analiz jest pokazanie, jak złożone są procesy ponownej integracji społecznej osób wykluczonych. Nie sposób prawić sloganów o „dawaniu wędki, a nie ryby”, gdy zaczyna się dostrzegać dużo bardziej subtelne efekty różnych działań możliwych do podjęcia przez służby socjalne. Na przykład przyjmowanie założenia o istnieniu „naturalnego instynktu macierzyńskiego” staje się wymówką dla odmawiania młodocianym matkom wsparcia w wychowaniu dzieci, podczas gdy aktywna pomoc (od psychologicznej do finansowej) może mieć niebagatelne znaczenie dla losów takiej osoby. Zależą one od tego, czy kobieta będzie w stanie podołać psychicznie i finansowo kontynuowaniu edukacji, łączeniu opieki nad dzieckiem z pracą czy też dobremu wychowaniu potomstwa, aby nie straciło ono szans rozwojowych.
Działania takie wymagają jednak zarówno wizji, jak i empatii, a tych cech popolskich decydentach niestety się nie spodziewam. Jak na razie jedyną receptą polityków na problemy młodych ludzi, tak w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii, jest podkręcanie „wyścigu szczurów”.
(więcej…)
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Zwiększanie udziału obywateli w procesach sprawowania i kontroli władzy powoli staje się tematem modnym. Coraz więcej osób mówi o demokracji bezpośredniej oraz innych mechanizmach partycypacyjnych. Trend taki bez wątpienia należy przyjąć z zadowoleniem. Jednak rozmaite demokratyczne postulaty mogą stać ze sobą w sprzeczności lub nastręczać trudności innego typu. Warto im się przyjrzeć.
Niekontrowersyjnym, jak by się mogło wydawać, projektem partycypacyjnym jest działające w Wielkiej Brytanii narzędzie Fix My Street (FMS). Pozwala ono obywatelom zgłaszać problemy, które zaobserwowali w najbliższym otoczeniu. W efekcie, pojawiają się one na specjalnej mapie. Dostęp do niej mają urzędnicy, których zadaniem jest ich rozwiązywanie. Zgodnie z nazwą – chodzi o problemy techniczne, polegające na tym, że coś zepsuło się lub zostało zdemolowane.
Wprowadzeniem podobnego narzędzia w Polsce zajmuje się Pracowania Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. W koordynowany przez „Stocznię” projekt zaangażowanych jest wiele organizacji pozarządowych, które współuczestniczyły w opracowywaniu założeń teoretycznych i technicznych. Jednym z nich jest Stowarzyszenie „DoxoTronica”, do którego obaj należymy. Ponieważ jesteśmy szczególnie zainteresowani promocją demokracji bezpośredniej i rozwiązań zwiększających partycypację, regularnie uczestniczyliśmy w pracach przygotowawczych przedsięwzięcia.
Należy zaznaczyć, że w pierwszych fazach projektu nie przesądzano jeszcze, czy tworzone narzędzie będzie sprowadzało się jedynie do mechanizmu raportowania problemów administracji publicznej. W dyskusji pojawiały się głosy za poszerzeniem jego funkcjonalności w stronę umożliwiającą komunikację także w drugim kierunku – aby władze lokalne mogły również pytać się o zdanie obywateli – i inne pomysły. Ostatecznie zdecydowano się na wąską funkcjonalność, choć nie wykluczono w przyszłości działań mających na celu jej poszerzenie.
Choć wszystkim osobom biorącym udział we wspomnianych przygotowaniach zależało na tym samym – stworzeniu efektywnego, demokratycznego narzędzia – to podczas spotkań dały się zaobserwować ciekawe różnice ideologiczne. Między innymi na ich kanwie spróbujemy omówić dylematy, z którymi warto się zapoznać, jeśli jesteśmy entuzjastami radykalnej demokracji. Będziemy odnosić się jedynie do tych problemów, które można określić jako ideologiczne, nie poruszamy natomiast kwestii technicznych, chyba że ich techniczność byłaby wtórna wobec roli politycznej.
Mówiąc najogólniej, w toku prac ujawniło się pięć problemów: (1) czy ważniejsza jest efektywność, czy potencjał społeczny narzędzia; (2) czy narzędzie powinno być oparte o jakieś fundamentalne zasady/wartości, czy też mieć charakter jedynie formalny, zapełniający się dowolnymi treściami, dostarczanymi przez użytkowników; (3) czy narzędzie powinno służyć przede wszystkim deliberacji i wzajemnemu przekonywaniu się, czy też ma ono umożliwiać użytkownikom wyrażanie swojej woli; (4) czy narzędzie powinno przede wszystkim szanować prawo mniejszości do nie bycia wykluczonym, czy też prawo większości do demokratycznego decydowania; (5) jaką wizję wspólnoty powinno realizować narzędzie.
Ponieważ problem pierwszy nie jest specyficzny dla mechanizmów partycypacyjnych, lecz dla wszelkich instytucji, omówimy go zwięźle, pozostałe natomiast rozwiniemy. Nazwaliśmy je czterema dylematami demokracji radykalnej.
Biurokratyczne artefakty kontra przewlekłe procedury
Mechanizm partycypacyjny, jakim jest Fix My Street, wydaje się stosunkowo prosty. W trakcie dyskusji pomiędzy członkami organizacji pozarządowych a przedstawicielami administracji lokalnej na pierwszy plan wysuwały się problemy techniczne. Spośród nich szczególnie istotny wydaje się konflikt pomiędzy efektywnością a potencjałem społecznym wprowadzanego mechanizmu. Przez efektywność rozumiemy to, jak szybko oraz na ile skutecznie rozwiązywane są problemy zgłaszane przez obywateli za pośrednictwem systemu. Pod pojęciem potencjału społecznego kryje się zdolność mechanizmu do rozwiązywania tych problemów, które mają największe znaczenie dla lokalnej społeczności oraz do uczynienia tego zgodnie z preferencjami obywateli. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że rozwiązania zwiększające efektywność zmniejszają potencjał społeczny, i odwrotnie – wzrost potencjału społecznego odbywa się przy spadku efektywności.
W przypadku FMS wzrost efektywności można osiągnąć poprzez ustanowienie nadzoru urzędniczego w postaci moderatora. Odrzucałby on postulaty wykraczające poza kompetencje władz lokalnych lub takie, których spełnienie byłoby zbyt trudne, kosztowne itp. Dzięki temu do urzędników docierałyby jedynie te sprawy, które rzeczywiście mogą załatwić sprawnie i w krótkim czasie. Jednak tego rodzaju moderacja mogłaby prowadzić do powstawania „biurokratycznych artefaktów” – zgłaszane postulaty są sprawnie rozpatrywane, jednak rozwiązuje się tylko te problemy, których podejmowanie jest wygodne dla urzędnika, nie zaś najistotniejsze dla obywateli.
Przykładem rozwiązania zwiększającego potencjał społeczny FMS byłoby wprowadzenie narzędzi, które pozwalałyby nie tylko zgłaszać postulaty władzom, ale także na dyskusje między użytkownikami systemu. Wówczas obywatele mogliby wypracować optymalne rozwiązanie problemu lub nawet zorganizować się, aby samodzielnie załatwić ważną dla nich sprawę. Tego rodzaju rozszerzenie narzędzia najprawdopodobniej przyczyniłoby się jednak do spadku jego efektywności. Urzędnicy otrzymywaliby zbyt wiele roszczeń i propozycji rozwiązań, często wzajemnie sprzecznych lub niejasnych co do treści czy zgodności z prawem.
Każdy, kto poważnie myśli o wprowadzeniu mechanizmów partycypacyjnych, musi znaleźć sposób na uzyskanie akceptowalnego kompromisu między efektywnością a potencjałem obywatelskim. Jednak to nie problemy techniczne są głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Postaramy się pokazać, że wbrew potocznym skojarzeniom, wprowadzenie nawet prostego mechanizmu w rodzaju FMS wymaga nie tylko rozwiązania problemów technicznych, lecz także dokonania niełatwych wyborów ideologicznych.
Dylemat I: Obiektywne zasady czy prawo do narracji?
Pierwszy dylemat dotyczy tego, czy każda grupa obywateli powinna mieć prawo do udziału w dyskusji oraz wpływ na rozwiązanie dowolnego problemu. Negatywna odpowiedź na to pytanie może przybrać dwie główne formy.
Po pierwsze, można argumentować, że są pewne grupy, które nie powinny być dopuszczone do debaty nad jakąkolwiek sprawą. Za przykład, często spotykany w dyskusjach, mogą posłużyć ugrupowania faszystowskie. Wiele osób uważa, że aby mieć dostęp do udziału w demokratycznych procedurach, trzeba samemu spełnić pewne minimalne kryteria, np. wyrzec się stosowania przemocy fizycznej. Argumentuje się, że demokracja jest możliwa tylko w określonych warunkach – używając skrajnego przykładu, trudno prowadzić demokratyczną dyskusję, gdy nie mamy pewności, czy wygłoszenie jakichś poglądów nie będzie skutkowało zagrożeniem dla naszego życia. Jeśli grupa nie zamierza działać w sposób umożliwiający zaistnienie demokratycznego porządku, to również nie powinna mieć udziału w przywilejach, jakie ten porządek oferuje. Patrząc z tej perspektywy, grupa podważająca fundamenty demokracji nie powinna mieć dostępu do mechanizmów partycypacyjnych, nawet gdy dotyczą, jak w przypadku FMS, kwestii o zasięgu lokalnym.
Przeciwnicy takiej wizji mogliby kontrargumentować, że wyłączenie jakiejś grupy z mechanizmów partycypacyjnych jest zawsze zabiegiem ideologicznym. Punktem wyjścia nie powinny być odgórnie ustanawiane reguły – rzekomo obiektywne, a naprawdę wynikające z partykularnego światopoglądu. Rozpocząć należy raczej od „prawa do narracji”: każda grupa powinna mieć szansę przedstawienia własnych poglądów i podjęcia prób przekonania innych do swojej wizji. Ponadto wykluczając antydemokratyczne ugrupowania z dyskusji przyczyniamy się tylko do ich radykalizacji. Zamiast tego powinniśmy starać się przekonać ich przedstawicieli do zaakceptowania minimalnych zasad umożliwiających debatę.
Możliwa jest także inna forma negatywnej odpowiedzi: pewne grupy powinny być wykluczone z decydowania o pewnych sprawach, ponieważ są np. nazbyt silne i ich udział w dyskusji przesądziłby z góry sprawę albo ponieważ dana grupa jest przyczyną dyskutowanego problemu i jej udział utrudniałby jego rozwiązanie. Możemy wyobrazić sobie sytuację, w której dyskutuje się nad zagospodarowaniem terenu w pobliżu osiedla mieszkaniowego. Jedną z grup interesu są przedstawiciele dużej firmy, chcący w tym miejscu zrealizować inwestycję. Ze względu na posiadany kapitał finansowy, a także wiedzę prawniczą, znajomość technik erystycznych, pełnienie ról związanych z dużym prestiżem, prawdopodobnie będą zdolni do narzucenia mieszkańcom swojej wizji, niekoniecznie najkorzystniejszej z perspektywy dobra wspólnego. Być może należałoby ograniczyć udział takiej grupy w dyskusji i podejmowaniu decyzji?
Weźmy zupełnie odmienny przykład: grupa bezdomnych przesiaduje w pewnym miejscu osiedla, co wywołuje poczucie zagrożenia u większości mieszkańców. Być może sami bezdomni nie powinni mieć równego głosu w dyskusji, gdyż we własnym interesie będą dążyć do utrzymania stanu ocenianego przez większość jako problem?
Ponownie przeciwnicy ograniczenia dostępu do mechanizmów partycypacyjnych mogą użyć argumentów związanych z ideologicznym wykluczeniem i prawem do narracji. Szczególnie narażeni na tego typu wykluczenie będą członkowie grup stojących nisko w hierarchii społecznej, tacy jak bezdomni z przywołanego przykładu. Z nieuzasadnionych merytorycznie powodów traktuje się ich jako przyczynę problemu, a nie jako część jego rozwiązania. Ponadto można twierdzić, że osoby orzekające, kto powinien mieć ograniczony dostęp do procesu decyzyjnego także stanowią grupę interesu. Nie podejmie ona decyzji bezstronnie, lecz mniej lub bardziej świadomie kierując się własnymi poglądami i dobrem.
Niezależnie jaką formę przybiera odpowiedź negatywna, opiera się ona na dwóch przesłankach. Po pierwsze, istnieją obiektywne (lub przynajmniej intersubiektywne) warunki, które trzeba spełnić, aby uczestniczyć w demokratycznej debacie. Po drugie, istnieje możliwość bezstronnego stwierdzenia, które grupy te warunki spełniają. Zwolennicy odpowiedzi pozytywnej zajmują stanowisko, które można by nazwać postmodernistycznym. Ustalenie rzekomo obiektywnych warunków dostępu do debaty jest nieuprawnionym zabiegiem ideologicznym – każdy powinien mieć prawo do przedstawienia własnej narracji, nie ma także „trybunału” zdolnego obiektywnie rozstrzygać, kto takie warunki spełnia, bo rozstrzygnięcie dokona się zawsze z jakiejś światopoglądowej perspektywy i w czyimś politycznym interesie. Tego rodzaju postmodernizm czerpie w dużej mierze z J.-F. Lyotarda koncepcji wielkich i małych narracji wyrażonej w „Kondycji ponowoczesnej” oraz tez na temat nierozwiązywalnych sporów, przedstawionych w „Poróżnieniu”. Z tego punktu widzenia obrońców istnienia obiektywnych zasad i bezstronnych trybunałów można określić jako modernistów.
Dylemat II: Wyrażenie woli czy wzajemne przekonywanie?
Sposób podejmowania decyzji w mechanizmach partycypacyjnych może przyjąć dwie główne formy. Wedle pierwszej, osoby zainteresowane rozwiązaniem problemu wymieniają poglądy i przekonują się do swoich racji, aby ostatecznie wybrać rozwiązanie akceptowalne dla wszystkich lub przynajmniej dla większości. Druga jest prostsza: dyskusja nie ma miejsca, zainteresowani anonimowo głosują na preferowane rozwiązanie, a realizowane jest to, co wybierze najwięcej osób.
Pierwszy, „dyskusyjny” sposób podejmowania decyzji, może intuicyjnie wydawać się bardziej atrakcyjny. Pozwala na zapoznanie się z argumentami strony przeciwnej, zrozumienie cudzych racji, uzyskanie szerszej wiedzy nt. problemu, przezwyciężenie początkowych uprzedzeń, wreszcie na refleksję nad pierwotnym stanowiskiem i jego ewentualną modyfikację.
Można jednak wskazać również wady tego rozwiązania, które nie występują w drugim, prostszym modelu. Model dyskusyjny uprzywilejowuje osoby, które mają wystarczająco dużo czasu na angażowanie się w debaty oraz posiadają odpowiedni kapitał kulturowy, pozwalający atrakcyjnie argumentować na rzecz swoich racji. Poglądy takich osób nie muszą być reprezentatywne dla społeczności. Co więcej, pewne poglądy, choć podzielane przez członków wspólnoty, mogą nie zostać wypowiedziane w dyskusji, gdyż są uznawane za „obciachowe” lub za ich wyrażenie mogą spotkać różne nieprzyjemności. Model zakładający anonimowość unika tego problemu. Idąc dalej, można twierdzić, że sam postulat refleksyjności stanowi wątpliwe narzędzie ideologiczne. Premiuje on poglądy umiarkowane i kompromisowe kosztem zdecydowanych i radykalnych, co nie musi prowadzić do optymalnego rozwiązania danego problemu oraz może wykluczać pewne stanowiska.
Główny konflikt w obrębie tego dylematu wydaje się występować na linii refleksyjność – wola. Zwolennicy modelu dyskusyjnego uważają, że sposób podejmowania decyzji powinien opierać się na przekonaniach odpowiednio przemyślanych i zmodyfikowanych po wysłuchaniu różnorodnych argumentów. Przeciwnicy sądzą, że najistotniejsze jest proste wyrażenie autentycznej woli, a narzędzia wymuszające refleksyjność w rzeczywistości dyskryminują pewne grupy i w ideologicznie podejrzany sposób wpływają na poglądy członków wspólnoty.
Dylemat III: Walka z wykluczeniem czy prawo do decydowania?
Nowoczesne mechanizmy partycypacyjne w naturalny sposób łączone są z użytkowaniem Internetu. Towarzyszy temu napięcie związane z oczekiwaną inkluzyjnością danego narzędzia. Posłużenie się Internetem umożliwia dotarcie w prosty sposób do wielu ludzi, co nie byłoby wykonalne/tanie za pomocą innych narzędzi. Wykorzystanie Sieci automatycznie wyklucza jednak cały szereg grup pozbawionych dostępu do Internetu. Problem nie ogranicza się do wykorzystywania nowoczesnych technologii. Wykluczenie ekonomiczne, informacyjne czy symboliczne to również problem tradycyjnych rozwiązań demokratycznych, takich jak wybory powszechne czy prawo do sądu.
Opisane napięcie jest zazwyczaj rozwiązywane przez wybór nadrzędnych wartości przyświecających przedsięwzięciu oraz określenie tego, o jaką inkluzyjność chodzi. Możliwe są tutaj dwie postawy, a każda daje się scharakteryzować za pomocą pięciu cech.
Dla przyjmujących pierwszą postawę najważniejszą wartością jest walka z wykluczeniem mniejszości. W ramach tej postawy inkluzyjność rozumiana jest synchronicznie – chodzi o to, by w danym momencie dziejowym jak najwięcej podmiotów (optymalnie – wszystkie) miało możliwość udziału w sprawowaniu i kontroli władzy. Postulat synchronicznej inkluzyjności bywa najczęściej realizowany za pomocą mechanizmów mających na celu angażowanie grup wykluczonych lub poprzez rezygnację z prostych, większościowych procedur demokratycznych. Jego konsekwencją antropologiczną jest posługiwanie się takimi konstruktami, jak profilowane za pomocą narzędzi socjologicznych klasy lub grupy. Ponieważ realizowanie postulatu synchronicznej inkluzyjności wymaga rezygnacji z narzędzi, których stosowaniu może towarzyszyć wykluczenie, przedsięwzięcia partycypacyjne opierają się zwykle nie na bezpośredniości, lecz na reprezentacji.
Paradoksalnie, przyjęcie tej postawy skutkuje premiowaniem aktywizmu. Dokonuje się ono na dwóch poziomach. Do angażowania wykluczonych konieczni są ludzie. Ludzie ci posiadają przekonania, które wyrażają się choćby w tym, że zdecydowali się podjąć taką pracę, posiadają oni także własne interesy. Na drugim poziomie premiowany jest aktywizm uczestników – w przedsięwzięciu brać będą udział tylko ci, którzy mają chęci i czas. W odróżnieniu od prostych rozwiązań internetowych, branie udziału np. w spotkaniach dyskusyjnych jest męczące i czasochłonne.
Wreszcie, u podstaw walki z jakimś wykluczeniem leży eksternalistyczny stosunek do sądów i zachowań drugiego człowieka. Eksternalizm rozumiemy tu jako pogląd, że aby przekonanie było uzasadnione, muszą zachodzić pewne fakty zewnętrzne wobec podmiotu żywiącego to przekonanie, o których w ogóle nie musi on wiedzieć. Właśnie eksternalizm umożliwia posługiwanie się pojęciem fałszywej świadomości, jak również zdania typu „oni nie wiedzą, że tak naprawdę potrzebują…”.
Pierwsza postawa daje się zatem określić jako inkluzyjna synchronicznie, posługująca się konstruktami społecznymi, oparta o zasadę reprezentacji, premiująca aktywizm i eksternalistyczna.
Dla postawy przeciwnej najważniejszymi wartościami jest umożliwianie dostępu do władzy każdemu, kto chce w niej uczestniczyć oraz poszanowanie prawa większości do decydowania. Inkluzyjność jest rozumiana diachronicznie – niekoniecznie ważne jest, by w konkretnym momencie każdy mógł rzeczywiście uczestniczyć w danym mechanizmie partycypacyjnym. Inkluzyjność ma się raczej realizować w procesie historycznym – aby krąg ludzi mających dostęp do władzy był systematycznie coraz szerszy.
Najbardziej oczywistym przykładem poglądu opartego o postulat inkluzyjności diachronicznej jest przekonanie, że demokracja parlamentarna powinna być zastąpiona bezpośrednią demokracją internetową. Inaczej niż w przypadku postawy wcześniejszej, niekonieczne jest tutaj posługiwanie się konstruktami społecznymi – atomem jest jednostka, a decyzja dokonuje się przez prostą większość głosów. Inkluzyjność diachroniczna nie obywa się jednak bez innego rodzaju konstruktów – fikcji prawnych. Jeżeli faktycznie nie wszyscy mają dostęp do danego narzędzia lub frekwencja jest rażąco niska, należy posłużyć się fikcją prawną w postaci domniemania, że ci, którzy nie zabrali głosu, zgadzają się na decyzję.
Znów inaczej niż w poprzednim przypadku – przy okazji inkluzyjności diachronicznej nie jest premiowany aktywizm. Wszyscy bierni, mający dostęp do narzędzia, mogą w prosty sposób „kliknąć” wybraną opcję. Próg trudności może być postawiony tak nisko, że domniemanie zgody nieuczestniczących faktycznie bardzo przybliża się do rzeczywistości.
Wreszcie, zwolennicy omawianej postawy to internaliści. Internalizm rozumiemy jako pogląd mówiący, że do uzasadnienia przekonań wystarczą wewnętrzne stany mentalne osoby. Innymi słowy, należy jej wypowiedzi zawsze traktować tak, jakby wiedziała, co mówi i świadomie wyrażała wolę.
Druga postawa daje się zatem opisać jako inkluzyjna diachronicznie, posługująca się konstruktami prawnymi, oparta o zasadę bezpośredniości i prostej większości, nie premiująca aktywizmu i internalistyczna.
Jest jasne, że zwolennicy każdej z alternatywnych postaw uważają się za demokratów – nierzadko radykalnych. Istotą demokracji dla tych pierwszych jest walka z wykluczeniem, dla drugich natomiast prawo większości do decydowania. Obie postawy można określić jako inkluzyjne, jest to jednak odmiennie rozumiana inkluzyjność.
Dylemat IV: Wspólnota kompromisu czy wspólnota postulatu?
Ostatni dylemat związany jest z pojmowaniem wspólnoty. Część stanowisk demokratycznych można określić jako opowiadające się za wizją wspólnoty kompromisu, a część za wspólnotą postulatu.
Wspólnota demokratyczna oparta o kompromis to taka, w której centralnym punktem jest uczestnictwo w powszechnie obowiązujących procedurach, mające na celu wypracowanie stanowiska odpowiadającego wszystkim. W ramach takiej wspólnoty ważne jest, aby dzięki uczestnictwu w procedurach wyzbyć się uprzedzeń i dążyć do realizacji dobra wspólnego, rozumianego jako wypadkowa poglądów poszczególnych jednostek lub rozwiązanie najbardziej umiarkowane. Przynależność do takiej wspólnoty nie będzie się raczej wiązać z silnym zaangażowaniem emocjonalnym. Jedyne, co łączy jej członków, to procedura i dążenie do kompromisu – wszystko inne może ich dzielić. Jakkolwiek wspólnotom takim udaje się często uniknąć wykluczenia wynikającego z przeforsowania decyzji niekorzystnych dla grup mniejszościowych, charakteryzują się one wykluczeniem grup o przekonaniach zdecydowanych lub bezkompromisowych.
Wspólnota demokratyczna oparta o postulat to taka, w której centralnym punktem są podzielane przez wszystkich cele czy wartości. Dla wspólnot tego typu nieistotne jest osiągnięcie kompromisu lub rozwiązania umiarkowanego. Ważniejsze jest wcielanie w życie własnych postulatów, urzeczywistnianie celów czy wartości. Oczywiście, w przypadku wspólnot opartych o postulat(y) łatwiej o zaangażowanie emocjonalne. Wspólnoty takie za istotę demokracji uważają walkę polityczną, nie deliberację.
Charakterystyczne, że wśród współczesnych teoretyków politycznych myśliciele o przekonaniach liberalnych skłonni są popierać raczej model pierwszy, podczas gdy myśliciele lewicowi skłaniają się ku drugiemu.
Demokracja deliberatywna kontra demokracja bezpośrednia
Odmienne odpowiedzi na dylematy II, III oraz IV wydają się być wzajemnie powiązane i tworzyć dwa spójne stanowiska. Po jednej stronie znajdzie się sposób podejmowania decyzji kładący nacisk na refleksyjność, walkę z wykluczeniem i kompromis. Natomiast po drugiej stronie ideologicznej barykady mamy pogląd stawiający na pierwszym miejscu wyrażanie woli, prawo większości do decydowania i budowanie wspólnoty na bazie postulatu.
Dla zbudowania procesu decyzyjnego kładącego nacisk na refleksyjność potrzebne jest zapewnienie reprezentacji mniejszości. W przeciwnym razie osoby biorące udział w debacie nie będą w stanie zapoznać się z szerokim wachlarzem poglądów na daną sprawę. Z drugiej strony, walka z wykluczeniem będzie fikcyjna bez refleksyjnego mechanizmu, gdyż wówczas głosy przedstawicieli grup niszowych pozostaną niezauważone w masie głosujących. Ponadto połączenie tych elementów sprzyja budowie wspólnoty opartej na kompromisie, ponieważ debatujący muszą zwrócić uwagę na wspólne cechy swoich stanowisk, na podstawie których będzie można wypracować stanowisko akceptowalne dla wszystkich. Model łączący refleksyjność, walkę z wykluczeniem i wspólnotę opartą na kompromisie można nazwać demokracją deliberatywną, ze względu na centralną rolę dyskusji i uzgadniania stanowisk między różnymi grupami.
Z kolei nacisk na wyrażanie woli dobrze współgra z prawem większości do decydowania. W takim układzie obywatele głosują opierając się na własnych, nie zrewidowanych opiniach i zostaje podjęta taka decyzja, za którą stały przekonania największej liczby głosujących. Prowadzi to do agonicznego budowania wspólnoty, w którym dzieli się współobywateli wedle schematu „my” (uznający te same postulaty) i „oni” (głosujący odmiennie od nas). Modelowi kładącemu nacisk na wyrażanie woli, prawo większości oraz wspólnotę postulatu można nadać nazwę demokracji bezpośredniej, gdyż podjęta decyzja w niezapośredniczony sposób wynika z poglądów większości głosujących.
Kwadrat demokratyczny
Wobec powyższych rozważań, można powiedzieć, że dysponujemy dwoma podstawowymi kryteriami opisu stanowisk związanych z radykalną demokracją. Pierwsze kryterium wyznaczone jest za pomocą opozycji dylematu pierwszego – obiektywne zasady albo prawo do narracji. Drugie natomiast przez opozycję demokracja bezpośrednia – demokracja deliberatywna. Jeżeli skrzyżujemy te dwa kryteria, okaże się, że mamy zasadniczo do czynienia z czterema typami stanowisk, spośród których każde stanowi jedną z ćwiartek kwadratu demokratycznego.
Modernistyczna demokracja deliberatywna w swojej modernistycznej części pozostaje wierna przekonaniu, że istnieje jakiś obiektywny porządek aksjologiczny, dzięki czemu w jej ramach możliwe jest wykluczenie z debaty publicznej faszystów czy wrogów demokracji. W swojej części deliberatywnej opierać się będzie natomiast na wspólnocie kompromisu i postulacie inkluzyjności synchronicznej.
Stanowisko drugie – postmodernistyczna demokracja deliberatywna – podobne jest do poprzedniego. Jednak brak odwołania do jakiegokolwiek obiektywnego porządku i uznanie prawa do narracji z jednej strony uniemożliwiają wykluczenie faszystów, z drugiej zaś zapewniają pełniejszą reprezentację różnorodnych poglądów.
Modernistyczna demokracja bezpośrednia odwołuje się do obiektywnych zasad, ale realizuje postulat inkluzyjności diachronicznej, a także opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów.
Wreszcie stanowisko czwarte – postmodernistyczna demokracja bezpośrednia – nie odwołuje się do żadnego obiektywnego porządku, opiera się na mechanizmach podejmowania decyzji większością głosów oraz stanowi najpełniejszy wyraz manifestacji woli.
Należy również dodać, że stanowisko pierwsze wydaje się najkosztowniejsze i najbardziej czasochłonne w realizacji oraz oparte o najbardziej rozbudowane konstrukty społeczne. Dzieje się tak, ponieważ konieczne jest uzasadnienie danych mechanizmów deliberacji (konstrukty) oraz późniejsze ich realizowanie (koszty i czas).
Stanowisko czwarte jest najprostsze i najtańsze w realizacji (wystarczą proste głosowania), wymaga jednak oparcia o najbardziej rozbudowane fikcje prawne.
Co przyniesie przyszłość?
Wydaje się, że dzisiejsze spory toczące się wokół dychotomii lewica – prawica lub trychotomii socjaliści – konserwatyści – liberałowie, będą musiały ustąpić sporom bardziej fundamentalnym. Mianowicie takim pomiędzy postępowymi zwolennikami demokracji radykalnej a konserwatystami spod znaku demokracji przedstawicielskiej. Warto jednak zauważyć, że nawet pośród radykałów możliwe są różnice wynikające z zasadniczych podziałów ideologicznych, które być może będą stanowiły najważniejsze podziały demokratycznej sceny politycznej w przyszłości.
Wojciech Czabanowski, Błażej Skrzypulec
przez redakcja | sobota 8 października 2011 | opinie
Ruch Occupy Wall Street (Przejmijmy Wall Street) to amerykańska część fali protestów, która ogarnęła wiele krajów świata w 2011 roku.
Wszystko zaczęło się, gdy kanadyjska organizacja Adbusters, zainspirowana egipską rewolucją i hiszpańskim ruchem indignados, rzuciła ideę rozpoczęcia podobnych masowych protestów w USA. Miały one stanowić wyraz sprzeciwu wobec ingerencji korporacji w politykę, hegemonii lobbystów, wirtualnej gospodarki zdominowanej przez sektor finansowy oraz bezkarności nieodpowiedzialnych bankierów i finansistów, którzy doprowadzili do kryzysu w 2008 r. i nie ponieśli z tego tytułu żadnych konsekwencji. 17 września protestujący mieli pojawić się w Nowym Jorku u samego źródła kryzysu – na Wall Street – i rozpocząć bezterminową pokojową okupację, rozstawiając namioty pod hasłem Yes, we camp (Tak, możemy obozować), stanowiącym parafrazę wyborczego sloganu Obamy Yes, we can. Inicjatywa została szybko podchwycona przez grupę US Day of Rage i coraz bardziej znaną ze spektakularnych akcji w Internecie nieformalną zbiorowość Anonymous.
17 września pojawiło się na Dolnym Manhattanie ok. 2000 osób, które ruszyły w kierunku Wall Street, wznosząc hasła wymierzone w wielką finansjerę i „the 1%” – ten jeden procent populacji USA, który posiada ponad jedną trzecią bogactwa kraju. Demonstranci wyposażeni w megafony, bębny i transparenty zastali ulicę zamkniętą i zabarykadowaną przez policję. Udali się zatem do położonego nieopodal Zuccotti Park, gdzie rozbili namioty i rozstawili centrum medialne, kuchnię i bibliotekę. W swoich komunikatach przywrócili parkowi dawną nazwę, czyli Liberty Plaza (Plac Wolności) i ogłosili powstanie Zgromadzenia Powszechnego Nowego Jorku.
Podobnie jak w Egipcie, Hiszpanii, Grecji i innych krajach, podstawową zasadą ruchu jest leaderless: nie ma przywódców ani rzeczników, ruch jest niemal całkowicie zdecentralizowany, nie pojawiają się nazwy żadnych organizacji. Wymiana informacji przebiega poziomo – przede wszystkim poprzez serwisy społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter; w ciągu pierwszych dni protestu nazywany był on #occupywallstreet od tagu na tym drugim serwisie.
Każdy, kto spróbowałby ustawić się w roli przywódcy, byłby narażony na ostracyzm. Okupacja Wall Street jest bowiem ważnym przejawem demokracji bezpośredniej w działaniu. Na Liberty Square codziennie odbywa się tzw. zgromadzenie powszechne (General Assembly), gdzie każdy ma prawo do krótkiej wypowiedzi, a decyzje wymagają konsensusu lub przeważającej większości podniesionych rąk. Każdy – nawet odwiedzające obozowisko popularne osoby, jak np. Michael Moore, Susan Sarandon czy zaangażowany politycznie raper Immortal Technique – musi czekać na swoją kolejkę.
Mogłoby się wydawać, że taki eksperyment w sferze radykalnej demokracji okaże się niezdolny do podejmowania decyzji, ale protestujący okazują się skuteczni i doskonale zorganizowani, co więcej, decentralizacja jest ich siłą. Przepływ informacji jest błyskawiczny, przemarsze przebiegają bez ekscesów, nie doszło do żadnego aktu przemocy czy wandalizmu. Nazwiska osób aresztowanych są błyskawicznie ustalane i podawane do wiadomości opinii publicznej, a praktycznie niemal przez 24 godziny na dobę można oglądać transmisję na żywo z przebiegu akcji – http://globalrevolution.tv/
Ponieważ policja nie wydała zezwolenia na rozstawienie systemu nagłośnienia, demonstranci przyjęli system „the people’s PA”: podczas zebrań każdy wypowiada się na głos, a zgromadzeni powtarzają, zdanie po zdaniu, jego wypowiedź. Kilkakrotnie można było zobaczyć, jak to rozwiązanie pozwala na uniknięcie kompromitacji czy prowokacji – gdy pojawiali się przemawiający, którzy próbowali opowiadać się za użyciem przemocy lub głosili egzotyczne teorie spiskowe o Iluminatach, powtarzanie wypowiedzi przez tłum stopniowo cichło aż do zupełnego milczenia, co było jasnym sygnałem mówiącym: „Nie reprezentujesz nas”.
Demokracja na Occupy Wall Street jest tak gruntowna, że organizatorzy nie wysunęli żadnych konkretnych żądań, stwierdzając, że lepiej będzie, jeśli uczestnicy sformułują i przegłosują je sami. I choć na początku przeciwnicy wypominali protestującym brak postulatów, ci odpowiadali hasłem „nasze postulaty to proces”.
Rzeczywiście, po dwóch tygodniach pojawiła się robocza wersja żądań, do której poprawki może zgłaszać każdy: albo zostaną przyjęte przez całą grupę, albo nie. Ten model, pozbawiony przywódców, jakichkolwiek władz centralnych i odgórnie przyjętych linii programowych, zainspirował ludzi w całych Stanach – w kolejnych wielkich miastach, począwszy od Chicago, Bostonu, Denver i Los Angeles, podjęto zlokalizowane zwykle w pobliżu lokalnych centrów finansowych solidarnościowe okupacje, które – często począwszy od garstki inicjatorów – z dnia na dzień rozrastają się w masowe ruchy. Po dwóch tygodniach organizatorzy szacują, że protesty już trwają (a w niektórych przypadkach mają się lada dzień rozpocząć) w kilkudziesięciu miastach pod hasłem Occupy Together. Uzyskali też poparcie niemal wszystkich związków zawodowych w USA, które postanowiły wspierać protestujących w miarę możliwości i zachęcają swoich członków do przyłączania się do ruchu.
Akcja spotyka się wyjątkowo brutalną reakcją policji, jakiej w USA nie widziano od dawna. W próby spacyfikowania protestu zaangażowano duże ilości policjantów i tajniaków. Wielokrotnie miały miejsce akty brutalnej przemocy fizycznej, włącznie z bezzasadnym używaniem pałek. Konfiskowano sprzęt filmowy, megafony i transparenty, dokonywano zatrzymań i aresztowań, niekiedy wręcz z groteskowych powodów, jak np. posiadanie maski Guya Fawkesa, która za sprawą popularnego filmu „V jak Vendetta” stała się na całym świecie symbolem ruchu oporu przeciwko tyranii oligarchicznych elit. Ósmego dnia protestu, 24 września, coraz liczniejsi demonstranci podjęli przemarsz ulicami Manhattanu. W pewnym momencie policjanci wyciągnęli długie siatki i zaczęli zamykać grupy demonstrantów w swego rodzaju „kotłach”. Dokonano ponad 80. aresztowań pod zarzutem „naruszenia porządku publicznego”, ale szczególne oburzenie wywołał incydent, który można obejrzeć na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=moD2JnGTToA, gdzie dwójka młodych kobiet, nie stawiających oporu, została bez powodu spryskana gazem pieprzowym. Co więcej, dokonał tego policjant w „białej koszuli”, czyli na kierowniczym stanowisku, który został zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Kolejny przemarsz, 1 października, w którym uczestniczyło około 5000 osób, przyniósł już aresztowania na bardzo dużą skalę – liczna grupa demonstrantów została przepuszczona przez policję na Brooklyn Bridge, po czym ponownie użyto siatek do ich schwytania. Tym razem NYPD aresztował ok. 700 osób. Jednak represje odnoszą jak dotąd skutek przeciwny do zamierzonego: dzięki wsparciu związków zawodowych, w środę 5 października na Foley Square zebrał się jeszcze większy tłum, według szacunków „The Guardian” – co najmniej 15 000 osób. Choć policja znów próbowała rozpędzać demonstrantów przy użyciu pałek i gazu pieprzowego, każdy akt brutalności jest nagrywany, nagłaśniany i jedynie zwiększa determinację protestujących.
Choć przeciwnicy chętnie odmalowują Occupy Together jako protest radykalnej lewicy albo znudzonej młodzieży z grona nowojorskich hipsterów, mamy tu do czynienia z bardzo reprezentatywnym przekrojem społeczeństwa – przeważają ludzie w wieku od 20 do 30 lat, ale jest też wiele osób starszych, a wśród nich dawni uczestnicy ruchu kontestacyjnego z lat 60. Nie ma mowy o podziałach ze względu na kolor skóry czy przynależność etniczną. Są przedstawiciele różnych wyznań i niewierzący. Obawiający się o swoją przyszłość reprezentanci klasy średniej protestują ramię w ramię z długotrwale bezrobotnymi, wykluczonymi społecznie mieszkańcami etnicznych gett, a także świeżo upieczonymi absolwentami college’ów wegetującymi w śmieciowej McPracy oraz opuszczonymi przez własne państwo wojskowymi weteranami i inwalidami. Również przekrój polityczny jest wyjątkowo szeroki. Na Liberty Plaza są liberałowie zawiedzeni brakiem wyrazistości Partii Demokratycznej, bardziej lewicowy ruch Progressives, zadeklarowani socjaliści, grupy anarchistyczne, a także sytuujący się przecież po zupełnie innej stronie politycznego spektrum libertarianie, którzy również sprzeciwiają się sfinansjeryzowanej gospodarce, spekulacyjnym fortunom, ekonomicznej dyktaturze całkowicie niedemokratycznej Rezerwy Federalnej oraz jawnej korupcji politycznej w postaci lobbyingu i systemu „obrotowych drzwi”.
Uczestnicy protestu i ludzie dołączający do tworzącego się ruchu zdają sobie sprawę z jednego – mogą się nawet bardzo różnić, ale czas na dyskusje o socjalnej czy wolnorynkowej gospodarce, roli religii w życiu społeczeństwa czy sprawach obyczajowych przyjdzie dopiero, gdy obalony zostanie dyktat elit Jednego Procenta i przywrócona zostanie prawdziwa demokracja – taka, jaką sami spontanicznie wprowadzają w życie.
A oto proponowana lista żądań do przedłożenia Kongresowi – ma ona jeszcze charakter otwarty i mogą się pojawić kolejne postulaty, a już istniejące mogą zostać dokładniej sprecyzowane.
1. Należy jak najszybciej przyjąć ustawę HR 1489, czyli „Ustawę o powrocie do rozsądnej bankowości” http://www.govtrack.us/congress/bill.xpd?bill=h112-1489. Przywraca ona wiele zasad Glass-Steagall Act z roku 1933, czyli ustawy zakazującej łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną. Ustawa ta została anulowana w roku 1999 przez Gramm-Leach-Bliley Act. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym tworzyć i wprowadzać do obrotu derywaty oraz inne toksyczne aktywa i objąć tymi niebezpiecznymi praktykami bankowość komercyjną, przyjmującą i zabezpieczającą depozyty konsumentów. Większość ekonomistów uważa, że przyczyniło się to bezpośrednio do intensywności kryzysu finansowego, ponieważ pozwoliło bankom inwestycyjnym z Wall Street grać pieniędzmi swoich depozytariuszy, trzymanych w bankach komercyjnych będących w posiadaniu firm inwestycyjnych lub wręcz przez nie założonych.
2. Trzeba użyć całej władzy ustawodawczej Kongresu, by zobowiązać odpowiednie instytucje federalne do ścigania przestępców i oszustów z Wall Street, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bezpośrednio przyczynili się do kryzysu finansowego roku 2008.
3. Należy przegłosować odpowiedni akt ustawodawczy, który uchyli decyzję Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United, która de facto pozwoliła korporacjom wydawać tyle, ile chcą na kampanie polityków, co właściwie umożliwia im kupowanie wyborów. Należy również przywrócić media publiczne, które zapewniałyby kandydatom w wyborach równą, gwarantowaną ilość czasu podczas kampanii wyborczej, by mogli przedstawić swoje poglądy i racje.
4. Wprowadzić „podatek Buffetta”, by najbogatsi i korporacje uczciwie płacili podatki. Wyeliminować luki prawne, pozwalające korporacjom na unikanie podatków oraz zakazać ukrywania przychodów w rajach podatkowych. Należy położyć kres sytuacji, w której firmy takie jak General Electric nie płacą ani centa podatków za cały rok rozrachunkowy lub wręcz otrzymują zwrot.
5. Całkowicie zmienić zasady funkcjonowania Securities and Exchange Commission (SEC – Komisja Nadzoru Giełdy i Obrotu Papierami Wartościowymi), by rzeczywiście strzegła stabilności rynku, chroniąc interesy konsumentów i inwestorów. Komisja ta potrzebuje dobrych kadr i wysokiego budżetu, a obecnie jest katastrofalnie niedofinansowana i prowadzona przez ludzi z wewnętrznego kręgu Wall Street, którzy często ją opuszczają, by objąć lukratywne posady w korporacjach, których działalność mieli nadzorować.
6. Wprowadzić prawo ograniczające wpływ lobbystów i eliminujące praktykę, w której to lobbyści piszą ustawy i są one następnie w nadanej przez nich formie głosowane w Kongresie.
7. Wprowadzić prawo dotyczące tzw. obrotowych drzwi, czyli zjawiska przechodzenia byłych urzędników administracji rządowej do pracy w firmach prowadzących działalność w branżach i sektorach rynku, których zasady działania urzędnicy ci poprzednio regulowali.
8. Zlikwidować zasadę traktowania korporacji jako „osoby”. 14 Poprawka do Konstytucji, wprowadzona w roku 1868, miała z założenia gwarantować prawa Afroamerykanom, czyli byłym czarnym niewolnikom, uznając, że „żaden stan nie może pozbawić kogoś życia, wolności lub mienia bez prawidłowego wymiaru sprawiedliwości ani odmówić komukolwiek na swoim obszarze równej ochrony prawa”. Prawnicy działający w imieniu korporacji chcieli zapewnić swoim mocodawcom więcej władzy. Właśnie dlatego arbitralnie przyznano korporacjom identyczny status. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że między 1890 a 1910 rokiem przed sądami znalazło się 307 spraw dotyczących 14 Poprawki. 288 z nich zostało wysuniętych przez korporacje, a zaledwie 19 przez Afroamerykanów. Należy pamiętać, że 600 tysięcy osób zginęło, by przyjąć i zagwarantować te prawa, a następnie odebrano je ludziom i przekazano kapitałowi. Czas to naprawić.
Całość opracował i listę żądań protestujących przetłumaczył Krzysztof J. Adamski





przez redakcja | środa 14 września 2011 | nasze rozmowy
17 września we Wrocławiu manifestacja Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej kilkadziesiąt central związkowych z całego kontynentu, w tym „Solidarność” i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. O przyczyny akcji oraz plany i cele protestujących pytamy Andrzeja Radzikowskiego, wiceprzewodniczącego OPZZ.
***
W zapowiedziach waszej euromanifestacji czytamy: „Decyzja podyktowana jest nieskutecznym, opartym głównie na pogarszaniu warunków pracy i płacy, przeciwdziałaniu kryzysowi przez większość europejskich rządów, w tym rząd polski”. Jakie konkretnie zarzuty stawiacie państwom Unii Europejskiej, a także rządowi polskiemu w obecnej (po)kryzysowej sytuacji?
Andrzej Radzikowski: Walka z kryzysem idzie po linii najmniejszego oporu – cięć w wydatkach socjalnych, podnoszenia wieku emerytalnego, zmniejszania wydatków na różnego typu usługi publiczne, oświatę, lecznictwo, administrację, a także wydłużania rozliczeniowego czasu pracy, skracania czasu pracy i obniżania wynagrodzeń. Natomiast zyski akcjonariuszy banków mają pozostać niezagrożone.
Zresztą nie tylko związki zawodowe występują przeciwko tym prostym, neoliberalnym rozwiązaniom. Również frakcja Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim uznała europejski antykryzysowy pakiet legislacyjny – tzw. sześciopak – za niewystarczający, bo sama dyscyplina i cięcia to za mało, konieczne są również m.in. inwestycje.
Na plakacie zapowiadającym manifestację widnieją hasła: „Tak dla europejskiej solidarności”, „Tak dla miejsc pracy i praw pracowniczych”, „Nie dla polityki cięć”. Co w praktyce oznaczają te postulaty?
A.R.: To jest właśnie sprawa, o której wspomniałem. Chcemy wpłynąć na europejskie rozwiązania w polityce gospodarczej i społecznej w zakresie wychodzenia z kryzysu. Wiemy, że jeśli na szczeblu europejskim będą przyjęte neoliberalne rozwiązania, to nie mamy wątpliwości, że polski rząd je skopiuje i jeszcze doda swoje.
W Polsce przyjmując dwa lata temu razem z pracodawcami Pakiet Działań Antykryzysowych pokazaliśmy, co można zrobić w praktyce. To, co z tego zrobiła koalicja PO-PSL, to już inna sprawa. Ale pokazaliśmy, że nawet w warunkach kryzysu państwo ma możliwości interwencji w obronie zagrożonych firm i miejsc pracy, a cięcia budżetowe wcale nie są potrzebne.
W porozumieniu z OPZZ w skład manifestacji związkowej ma wejść blok społeczny, tworzony przez różnorodne stowarzyszenia i inne organizacje. Czy Pana zdaniem euromanifestacja może przyczynić się do wzmocnienia wspólnoty celów prospołecznych i propracowniczych sił w Polsce?
A.R.: Już od dłuższego czasu OPZZ stara się nawiązać stałą współpracę z organizacjami pozarządowymi, działające w tej sferze, która interesuje związki zawodowe. Dopiero kilka lat temu nastąpiła samoorganizacja różnego typu środowisk prospołecznych, alterglobalistycznych, kobiecych. Naszym celem jest stała współpraca z takimi inicjatywami. Podam przykład: walczymy o równouprawnienie na rynku pracy, a hasła tegorocznej „Manify” to w zasadzie były hasła związkowe – jednak oddźwięk „Manify” był znacznie większy niż akcji stricte związkowych.
Dlaczego właśnie Wrocław ma być tym miastem, w którym odbędzie się manifestacja?
A.R.: Wybór czasu i miejsca nie był przypadkowy. Manifestacja została zorganizowana w dniu, w którym we Wrocławiu odbywa się posiedzenie ECOFIN – Rady ds. gospodarczych i finansowych UE. W jej skład wchodzą ministrowie finansów i gospodarki krajów Unii Europejskiej, będą tam również przedstawiciele banków centralnych krajów UE. W naszym przekonaniu to właśnie oni dyktują recepty na wyjście Unii Europejskiej z kryzysu. Recepty, które naszym zdaniem idą w antypracowniczym kierunku. Dlatego chcemy pokazać, że nie ma zgody europejskiego ruchu związkowego na wychodzenie z kryzysu kosztem pracowników i najsłabszych grup społecznych.
Europie – rządzącym i związkowcom – chcielibyśmy pokazać, że Polska to nie tylko liberalny rząd Tuska i przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek. Polska to również tradycje pracownicze i socjalne, aktywny ruch związkowy.
Jakie cele chcecie osiągnąć euro manifestacją? Czy wydarzenie to może w ogóle przynieść realne skutki?
A.R.: Chcemy pokazać, że na europejską politykę gospodarczą i społeczną muszą mieć wpływ środowiska pracownicze, nie zaś tylko pracodawcy i dyrektorzy banków. Oczywiście nie sądzę, żeby w dzień po naszej manifestacji polityka całej Unii i krajów członkowskich uległa radykalnej zmianie, ale kropla drąży skałę. Bez stałego nacisku związkowców rządzący mogą zapomnieć, że kosztami wychodzenia z kryzysu nie można obciążać tylko pracowników.
Chodzi raczej o wpływ na świadomość. Ale mamy też nadzieję, że ta manifestacja wpłynie na europejskie rozwiązania antykryzysowe.
Czy waszym zdaniem rządzący i media głównego nurtu, z reguły stojący po stronie kapitału, zwrócą uwagę na manifestację? Co ma zapewnić jej sukces?
A.R.: Już mieliśmy tego próbkę w jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych, która poinformowała o manifestacji z komentarzem „tym razem Warszawiacy mają szczęście, bo manifestacja odbywa się we Wrocławiu”. I niestety obawiam się, że taki będzie przekaz mediów głównego nurtu. Mam jednak nadzieję, że „przy okazji” zostanie trochę powiedziane o celach manifestacji i postulatach związkowców. W ramach manifestacji będą też elementy happeningu i może chociaż to pokażą…
Jakich gości można się spodziewać 17 września we Wrocławiu?
A.R.: Będą przedstawiciele wszystkich związków zrzeszonych w Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych – oczywiście znaczące są tu odległości. Dlatego najwięcej będzie Niemców, Czechów, Słowaków i Węgrów. Łącznie powinno przyjechać około 8 tys. związkowców z krajów Unii, ale zapowiadają się też goście m.in. z Ukrainy. Oczywiście będą władze EKZZ z sekretarz generalną Bernardette Ségol, która prawdopodobnie spotka się z Donaldem Tuskiem. No i oczywiście liczne reprezentacje polskich członków EKZZ, czyli „Solidarności” i OPZZ, a także delegacje krajowych związków, nie zrzeszonych w europejskiej strukturze.
Euro manifestacja: jeden dzień, jedno wydarzenie. A co dalej? Co robić na co dzień, by polska rzeczywistość społeczno-gospodarcza była bardziej przyjazna dla pracowników, nie tylko dla kapitału?
A.R.: To jest codzienna, mrówcza związkowa praca i to na wielu płaszczyznach – bo w grę wchodzi np. prawo pracy, polityka podatkowa, polityka społeczna – jak „boksowanie” w Komisji Trójstronnej i jej zespołach, rozmowy z organizacjami pracodawców, z rządem, lobbing w parlamencie, również akcje masowe, typu demonstracje, obywatelskie inicjatywy ustawodawcze. I na wszystkich poziomach – od zakładu pracy przez powiaty, województwa, aż po władze centralne.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 14 września 2011 r.