Elastyczność czy śmieciowość?

Elastyczność czy śmieciowość?

Popularność tzw. alternatywnych lub atypowych form zatrudnienia nie jest zjawiskiem nowym w światowej gospodarce. Od Doliny Krzemowej, przez Stary Kontynent, aż po Japonię, wszędzie począwszy od lat 80. wystąpiły podobne zjawiska.

Wzmożona konkurencja na globalizujących się rynkach, dekoncentracja działalności gospodarczej (wzrost znaczenia mniejszych podmiotów), nowe metody organizacji pracy – wszystko to pociągnęło za sobą presję na deregulację, uelastycznianie zatrudnienia, a w konsekwencji nierzadko podział rynków pracy na segment „lepszy” (pracownicy wykwalifikowani, którzy mogą liczyć na stabilne zatrudnienie) i „gorszy” (pracownicy niewykwalifikowani, często młodzież, zatrudnieni na umowach, które nie gwarantują bezpieczeństwa socjalnego)1. Zjawiska kryzysowe, w tym przede wszystkim wzrost bezrobocia, skłoniły rządy do wprowadzania zmian w zakresie prawa pracy i poszukiwania nowych rozwiązań w obszarze zabezpieczenia społecznego, czemu słabnącym związkom zawodowym trudno było się przeciwstawiać.

Okazuje się jednak, że reformy rynku pracy w różnych państwach przyjęły rozmaitą formę, przynosząc również odmienne rezultaty. Można powiedzieć, że powodzeniem zakończyły się wysiłki zmierzające do ograniczenia bezrobocia poprzez odchodzenie od tradycyjnej formuły stosunku pracy, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa socjalnego. Za przykłady mogą posłużyć Dania i Holandia2, które wprowadziły interesujące modele polityki flexicurity w oparciu o odmienne rozwiązania prawno-instytucjonalne. Z kolei deregulacja hiszpańskiego rynku pracy jest postrzegana jako przykład reformy zmierzającej w złym kierunku, która pogłębiła istniejące podziały na rynku pracy3.

W Polsce liczne problemy ujawniające się w trakcie transformacji w latach 90. przysłaniały kwestię stosowanych form zatrudnienia, zresztą nie dokonywały się w tym obszarze istotne zmiany. „Cicha rewolucja” zaczęła się w następnej dekadzie – wzrosła szczególnie (i to w bardzo szybkim tempie) intensywność wykorzystania umów o pracę na czas określony, pojawiła się również na dobre nowa forma zatrudnienia, jaką jest praca tymczasowa. Chciałbym skoncentrować się na bieżącym stanie dyskusji nad elastycznością rynku pracy w Polsce, szczególnie w odniesieniu do tych rodzajów kontraktu, których główną odmienność w stosunku do tradycyjnej umowy o pracę stanowi obniżenie trwałości zatrudnienia.

Z problematyką atypowych form zatrudnienia – w bardzo szerokim sensie, obejmującym wszystko, co nie jest umową o pracę na czas nieokreślony w pełnym wymiarze, realizowaną w typowych godzinach w siedzibie pracodawcy – zetknąłem się w ubiegłym roku dzięki uczestnictwu w projekcie badawczym w ramach Obserwatorium Dolnośląskiego Rynku Pracy i Edukacji4.

Kontrowersyjne przodownictwo

Zgodnie z danymi Eurostatu5, Hiszpania zdołała zredukować bardzo wysoki przez wiele lat odsetek pracowników zatrudnianych na zasadzie umów czasowych. Rekordowy ich udział – 33,9% – odnotowano na koniec 2006 r. W IV kwartale 2009 r. było to już nieznacznie ponad 25%. Tymczasem w Polsce wartość tego samego wskaźnika pozostawała stabilna po bardzo dynamicznym wzroście na początku ubiegłej dekady, co sprawiło, że w tym samym roku to właśnie nasz kraj znalazł się na pierwszym miejscu zestawienia. Pozostał zresztą liderem aż do III kwartału 2011 (z wynikiem 27,4%), z którego pochodzą najnowsze dostępne dane. Jednocześnie odsetek pracowników na umowach czasowych w Hiszpanii znowu zaczął się nieznacznie zwiększać (ostatnio 26,1%), prawdopodobnie w związku z zawieszeniem na dwa lata pewnych ograniczeń w ich stosowaniu – wkrótce może więc nastąpić kolejna zmiana na szczycie tabeli.

Średni poziom stosowania umów czasowych dla UE wynosi 14,4% ogółu zatrudnionych, a dla krajów „piętnastki” – 14,6%. Rekordowo niski udział pracowników na umowach czasowych (do 8%) notowały w III kwartale 2011 r. państwa nadbałtyckie, Bułgaria, Luksemburg, Malta, Rumunia (1,8%!), Słowacja i Wielka Brytania. Szereg wysoko rozwiniętych państw europejskich odznacza się odsetkami w okolicach 10–15%. Są to: Niemcy, Austria, Francja, Włochy, Irlandia oraz uwzględnione również w statystykach Szwajcaria i Islandia. Wysoka popularność pracy w oparciu o umowy czasowe – poza Polską i Hiszpanią – to domena Portugalii (22,7%), Słowenii (19,1%) i Holandii (18,6%), ale także Szwecji (17,5%) i Finlandii (17,4%).

Aby obraz wyłaniający się z przedstawionych statystyk był pełny, uzupełnię go jeszcze o omówienie trendów z ostatnich lat. Średnia unijna pomiędzy IV kwartałem 2005 r. i III kwartałem 2011 r. (brak wcześniejszych danych dla całej dzisiejszej UE 27) była bardzo stabilna – „drgnęła” w górę o zaledwie 1,4%. Dla porządku, omawiając tendencje w poszczególnych krajach, również odnoszę się do tego przedziału czasowego, choć dla wielu z nich dysponujemy danymi z lat wcześniejszych. W przypadku 21 krajów popularność umów czasowych wzrosła, w 8 innych zmalała. Praktycznie nie było zmiany w Niemczech (przez cały ten okres wskaźnik w tym kraju był niezwykle stabilny, oscylując wokół 15%). Największy wzrost udziału umów czasowych zanotowano w Irlandii – z 2,9 do 10,3%, choć wcześniej zaznaczał się spadek, przez co możemy mówić o dwukrotnym jego wzroście na Zielonej Wyspie na przestrzeni poprzedniej dekady. Niewątpliwie największy stopień ograniczenia stosowania tej formy zatrudnienia – jeżeli pominąć przypadki państw charakteryzujących się znikomymi odsetkami pracowników na umowach czasowych – odnotowała Hiszpania (o blisko ¼).

Polska w latach 2005–2011 charakteryzowała się bardzo stabilnym poziomem zatrudnienia w oparciu o umowy czasowe – wzrost wyniósł jedynie 0,9 punktu procentowego. Prawdziwa eksplozja popularności tego typu kontraktu miała miejsce wcześniej, bo w latach 2000–2003: z 5,9 do 20,9%6.

Przy okazji warto również wspomnieć o innych formach zatrudnienia, związanych z obniżeniem jego stabilności. Z raportu rocznego Państwowej Inspekcji Pracy można wyczytać, że znacząco wzrósł pomiędzy rokiem 2008 i 2010 udział osób świadczących pracę wyłącznie w oparciu o umowy cywilnoprawne (przede wszystkim umowy zlecenia) – z 15,5 do 20,9%. Inną kwestią jest praca tymczasowa (leasing pracowniczy). W oparciu o tę specyficzną formę outsourcingu nadal zatrudniany jest u nas nieznaczny odsetek pracowników, podobnie jak w innych państwach europejskich – w 2009 r. największy był w Wielkiej Brytanii (3,56%), podczas gdy w Polsce wynosił 0,44%. Gwałtowny wzrost liczby osób zatrudnianych w ten sposób w naszym kraju odnotowano między 2002 i 2006 r. (z 53 tys. do 486 tys.), później zaś nastąpił spadek do 379 tys. w 2009 i ponowne odbicie w roku następnym (do 433 tys.)7.

Ustawa antykryzysowa – i co dalej?

Warto poświęcić nieco uwagi omówieniu zmian, jakie przynosiła Ustawa z 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców, i czego można oczekiwać po jej wygaśnięciu z początkiem bieżącego roku.

Przede wszystkim należy pamiętać o regulacjach unijnych, których celem jest ograniczenie potencjalnych nadużyć w stosowaniu umów czasowych. Zawiera je Dyrektywa Rady 99/70/WE, będąca aktem wykonawczym do porozumienia ramowego europejskich partnerów społecznych w sprawie pracy na czas określony. W dokumencie wyrażono dążenie do utrzymania umowy o pracę na czas nieokreślony jako podstawowej formy zatrudnienia w UE. Przewidziano kilka różnych ograniczeń stosowania umów czasowych, spośród których każde państwo członkowskie musi zaimplementować w swoim prawie pracy co najmniej jedno. Są to: obiektywne przyczyny uzasadniające wykorzystanie tej formy kontraktu, dopuszczalna liczba odnowień umowy lub dopuszczalny łączny czas trwania umów z jednym pracodawcą.

Po przystąpieniu Polski do Unii wprowadzono rozwiązanie mieszane: wskazano sytuacje, w których umowa czasowa jest obiektywnie uzasadniona. Dzieje się tak w przypadku prac sezonowych, cyklicznych. Ponadto można korzystać z trzymiesięcznej umowy o pracę na okres próbny w przypadku zatrudniania nowego pracownika, a także z umowy na zastępstwo. Ograniczono również liczbę umów zawartych z jednym pracodawcą do dwóch. Podpisanie trzeciej skutkuje przekształceniem w umowę o pracę na czas nieokreślony, przy czym licznik ulega wyzerowaniu, gdy wystąpi przynajmniej miesięczna przerwa między zawarciem kolejnych kontraktów.

„Ustawa antykryzysowa” wycofała ograniczenie dotyczące liczby odnowień umowy o pracę na czas określony, zastępując je limitem łącznego czasu ich trwania. Wynosił on 24 miesiące, przy czym wliczano do niego umowę zawartą przed upływem trzech miesięcy od wygaśnięcia poprzedniej. Regulacji tej nie podlegały jednak długookresowe umowy podpisane przed wprowadzeniem jej w życie i jednocześnie kończące się po 1 stycznia 2012.

Obecnie przywrócono status quo ante, natomiast wydaje się, że dyskusja nad ewentualnym utrwaleniem pewnych zapisów z ustawy przygasła. Jeszcze w czasie obowiązywania „ustawy kryzysowej” pracodawcy w zamian za utrzymanie wprowadzonej przez nią możliwości wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy8 byli gotowi na ustępstwa w odniesieniu do umowy o pracę na czas określony. Obok utrzymania ograniczenia w liczbie odnowień umowy proponowali oni wprowadzenie na stałe limitu czasowego, wynoszącego 4 lata9.

Dostrzeżony problem

Istotnym wydarzeniem minionych miesięcy było nagłośnienie kwestii atypowych form zatrudnienia (w tym umów czasowych). Towarzyszyła temu radykalizacja stanowiska związków zawodowych wobec wspomnianych tendencji na polskim rynku pracy.

W 2011 r. z niemałym oddźwiękiem spotkał się także raport „Młodzi 2011” prof. Szafraniec i ministra Boniego10. Podniesiono w nim kwestię wchodzenia młodzieży na rynek pracy, w tym najczęstszej formy pierwszego zatrudnienia. Okazuje się, że zgodnie z danymi Komisji Europejskiej aż 62% osób w wieku od 15 do 24 lat zatrudniano w 2009 r. w Polsce na kontraktach czasowych. Pod tym względem wyprzedzała nas jedynie Słowenia (66,6%), zaś średnia dla UE 27 wynosiła 40,2%11. Co więcej, autorzy stwierdzają, powołując się na raport Komisji Europejskiej12, że w Polsce młodzi pracownicy wpadają w pułapkę tymczasowych form zatrudnienia, stając się ofiarami segmentacji rynku pracy – wskaźniki przechodzenia do trwałych form należą w naszym kraju do najniższych w Europie. Trwanie w prowizorycznym czy też dorywczym zatrudnieniu ogranicza możliwości rozwoju zawodowego, dostęp do szkoleń oraz obniża motywację13.

Głos w sprawie atypowych form zatrudnienia – w tym umów czasowych – zabrały główne centrale związkowe, choć jak dotąd skończyło się głównie na deklaracjach oraz rozpropagowaniu zwrotu „umowy śmieciowe”. Odnosi się ono przede wszystkim do sytuacji, w której praca świadczona jest w oparciu o umowę cywilnoprawną, podczas gdy istnieją wszelkie przesłanki do nawiązania stosunku pracy. 17 września 2011 r. we Wrocławiu odbyła się Euromanifestacja, w trakcie której podnoszono hasła sprzeciwu wobec „umów śmieciowych”. 6 października przewodniczący OPZZ wystosował list otwarty do premiera14, w którym odniósł się do pewnej – jak dotąd nieskonkretyzowanej – propozycji z programu wyborczego PO, którą miały być „odnawialne umowy sezonowe”, pozwalające na wstrzymanie wypłaty wynagrodzeń w okresie nieświadczenia pracy z przyczyn leżących po stronie pracodawcy. Propozycja o tyle dziwna, że firmy w Polsce mogą swobodnie zatrudniać pracowników w oparciu o umowy na czas określony w przypadku prac sezonowych i nie wiadomo dokładnie, co nowego wnosiłaby taka forma zatrudnienia. W programie zadeklarowano, że służyłaby ona osobom młodym. Stwierdzono, że takie rozwiązanie zwolni pracodawców z ponoszenia wysokich kosztów zatrudnienia, a pracownikom zapewni perspektywę stabilizacji zatrudnienia15. Jak dotąd nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób mogłoby to zostać zrealizowane, natomiast przewodniczący OPZZ uznał propozycję za krok dokładnie w przeciwnym kierunku.

Wkrótce potem do debaty włączył się przewodniczący „Solidarności”, który zapowiedział „Kampanię antyśmieciową” – szeroko zakrojoną akcję informacyjną, połączoną z projektem badawczym16. Na rezultaty tej inicjatywy przyjdzie jeszcze poczekać. Niewątpliwą zmianą, jaka dokonała się w 2011 r., jest kariera pojęcia „umów śmieciowych” i zwiększenie zainteresowania tym problemem.

Doświadczenia dolnośląskie

Chciałbym dokonać próby oceny omawianych zjawisk w oparciu o doświadczenia wyniesione z badań na Dolnym Śląsku17. Problem jest złożony, więc muszę się ograniczyć do kilku głównych kwestii, związanych przede wszystkim z umowami o pracę na czas określony.

Po pierwsze, daleki jestem od wniosku, że atypowe formy zatrudnienia to zło, które należy ograniczać za wszelką cenę. Z badania wyłania się ich dwoista natura18. Można powiedzieć, że żaden typ kontraktu z dostępnych dla polskiego pracodawcy nie jest sam w sobie niekorzystny dla pracownika – zasadniczy wpływ na ocenę ma kontekst jego zastosowania. Są potencjalnie grupy społeczno-zawodowe, dla których określone typy umów mogą być korzystne. Nie da się jednocześnie ukryć, że zdarzają się nieraz rażące nadużycia w wykorzystywaniu niestandardowych form zatrudnienia, o czym można przeczytać w bogatej literaturze przedmiotu, i z czym zapoznawali mnie rozmówcy reprezentujący badane podmioty rynku pracy.

Faktem jest również, że rysuje się podział na formy, które są znacznie częściej stosowane z powodu zalet, jakie posiadają z perspektywy pracodawcy, oraz na te, które wiążą się także – lub przede wszystkim – z korzyściami dla pracownika. Nieco upraszczając, do tych pierwszych zaliczyć można formy prawne służące obniżeniu trwałości zatrudnienia, z umową o pracę na czas określony oraz umową zlecenia na czele. Do drugich natomiast wszelkie alternatywne formy organizacji czasu i sposobu świadczenia pracy. Najlepszymi przykładami są w tym ostatnim przypadku zadaniowy czas pracy oraz telepraca – ta druga była jedyną formą zatrudnienia ocenioną w sondażu pracobiorców jako bardziej korzystna dla pracownika niż dla pracodawcy19.

Nie można również zaprzeczyć, że pierwsza grupa związana jest z „gorszym” segmentem rynku pracy, druga zaś znacznie częściej dotyczy pracowników wykwalifikowanych. Z kolei szanse na uniknięcie wejścia w pierwszy segment mają mniej wykwalifikowani pracownicy „starych” i bardziej uzwiązkowionych branż regionu, przede wszystkim miedziowej. Wreszcie, formy zaliczone do pierwszej grupy okazały się w badaniu (zarówno sondażowym na próbie reprezentatywnej pracodawców i pracobiorców, jak i jakościowym) powszechne, drugich zaś nieraz trudno było się doszukać.

Kontrakty czasowe są na Dolnym Śląsku nieco mniej popularne niż w całym kraju – umowę o pracę na czas określony lub na czas wykonywania określonej pracy wskazało jako aktualną podstawę obecnego zatrudnienia 17% pracobiorców. Część z nich należy uznać za dobrze uzasadniające rezygnację z umowy na czas nieokreślony. Jest to przede wszystkim potrzeba sprawdzenia nowego pracownika, która w pewnych przypadkach wymaga okresu dłuższego niż trzy miesiące, oferowane przez umowę na okres próbny. Dlatego częstą praktyką jest zawieranie po jej zakończeniu umowy na czas określony, np. na rok.

Inny typ sytuacji, nie budzący zastrzeżeń z punktu widzenia zarówno litery, jak i ducha prawa pracy, to zatrudnianie pracowników na umowy czasowe w przypadku sezonowości produkcji lub usług, a także niesezonowych wahań związanych np. z realizacją kolejnych projektów. Przykładowo, firma otrzymuje w nieregularnych odstępach zlecenie wykonania dla zagranicznych odbiorców jakiejś partii urządzeń czy pojazdów. Projekt trwa rok lub dwa lata i na ten okres zatrudniani są pracownicy – zarówno specjaliści, jak i robotnicy liniowi produkcji. Ich zatrudnienie w oparciu o umowy o pracę na czas nieokreślony skutkowałoby w momencie zakończenia projektu wypłatami odpraw, mogących spowodować bankructwo firmy. Umowy czasowe po prostu wygasają wraz z końcem projektu, w przewidzianym przez pracodawcę terminie, bądź zawiera się je na czas wykonania określonej pracy. Duże firmy doświadczające tego typu wahań podtrzymują niekiedy kontakt z pracownikami zwalnianymi w momencie spadku aktywności i zatrudniają ich w pierwszej kolejności, gdy zwiększa się zapotrzebowanie na personel. Spotkałem się raz z dobrą zasadą, polegającą na oferowaniu w takiej sytuacji warunków zatrudnienia nie gorszych niż poprzednio.

Nie wszystkim pracodawcom odpowiada zasada takich fluktuacji – szkolenia kosztują nieraz dużo, niekiedy dostrzega się mniejszą identyfikację pracowników z firmą. Jednak w przypadku stanowisk liniowych na produkcji argument ten przegrywa z potrzebą zapewnienia elastyczności zatrudnienia. Liczy się on natomiast bardziej – stąd znacznie tu większy udział umów na czas nieokreślony – w przypadku stanowisk specjalistycznych. W ten sposób segmentacja rynku pracy uwidacznia się na poziomie zakładowym.

Teraz czas na spojrzenie na umowy czasowe oczami pracobiorców. Umowy o pracę na czas określony są krytykowane od dłuższego czasu przez związki zawodowe, co potwierdziło również badanie dolnośląskie, przy czym spotkałem się w jego trakcie również z negatywną oceną takich umów ze strony przedstawiciela Państwowej Inspekcji Pracy. Pomijając nadużycia – o tym za chwilę – istnieje szereg niedogodności wpisanych w konstrukcję tej formy zatrudnienia. Sprawiają one, że trudno znaleźć tu jakiekolwiek zalety w stosunku do umowy o pracę na czas nieokreślony20 – może poza rzadkimi przypadkami wysokiej klasy specjalistów, którym akurat z jakiegoś powodu zależy na określeniu horyzontu czasowego kontraktu.

Prawnicy wskazują niekiedy, że umowa o pracę na czas określony zawierana na czas do 6 miesięcy jest najtrwalszą formą zatrudnienia w polskim prawie pracy, gdyż nie podlega wypowiedzeniu. Gros umów podpisywanych jest jednak na dłuższy okres, a dodatkowo istnieje powszechnie wykorzystywana możliwość ich rozwiązania za dwutygodniowym wypowiedzeniem (art. 33 k.p.). Dodatkowo Kodeks pracy wymaga uzasadnienia wypowiedzenia przez pracodawcę tylko w przypadku umowy o pracę na czas nieokreślony (art. 30 § 4). To sprawia, że pracownik nie ma zapewnionego poczucia życiowej stabilizacji, gdyż pracodawca posiada dużą swobodę w zwolnieniu go w dowolnym momencie (także przed upływem 6 miesięcy umowy21).

Wspominałem już niektóre problemy wynikające dla ludzi młodych z pracy w oparciu o ten typ umowy. Warto dodać jeszcze trudności z uzyskaniem kredytu mieszkaniowego, a przez to z założeniem rodziny. Zdarza się niekiedy, że bardziej odpowiedzialny pracodawca wydłuża termin wygaśnięcia kontraktu lub umożliwia przejście na umowę na czas nieokreślony, żeby ułatwić zdobycie kredytu dobrze rokującemu pracownikowi. Dla ogółu pracobiorców niedogodności polegają także na utrudnieniu bądź uniemożliwieniu awansu, niższych płacach (częściowo uzależnionych od stażu zakładowego) i „pierwszeństwie” w przypadku zwolnień22.

Jednak szczególnie poważnym problemem, który dotyczy różnych zbadanych form zatrudnienia, są nadużycia towarzyszące ich stosowaniu. Skupmy się ponownie na kwestii umowy o pracę na czas określony. Podstawowym źródłem patologii w jej przypadku jest brak określonego w Kodeksie pracy limitu czasu trwania. Zdarzają się umowy zawierane na 10, 15 i więcej lat. Jednocześnie cały czas pracownikowi towarzyszy groźba rozwiązania umowy za dwutygodniowym wypowiedzeniem bez podania przyczyn. Zdaniem przedstawicieli związków zawodowych, może być to niekiedy sposób na zapobieganie przystępowaniu do ich organizacji, gdyż pracodawca posiada „argument” przeciwko takiej postawie23. Co ciekawe, praktyka zawierania wieloletnich umów o pracę na czas określony z klauzulą wcześniejszego rozwiązania za dwutygodniowym wypowiedzeniem nie jest tak naprawdę dopuszczalna – poza wyjątkowymi sytuacjami – w świetle bogatego już orzecznictwa Sądu Najwyższego. Sędziowie stwierdzili m.in., że podpisanie takiego kontraktu na wiele lat może być kwalifikowane jako obejście przepisów prawa pracy, ich społeczno-gospodarczego przeznaczenia lub zasad współżycia społecznego24. W innym wyroku orzekli jednak, że wola stron […] powinna być uwzględniana w pierwszym rzędzie i należycie respektowana przez sąd pracy […]25. Można przypuszczać, że wolę zawarcia wspomnianej klauzuli o możliwości szybkiego rozwiązania stosunku pracy z reguły posiada jedynie pracodawca.

Drugą powszechnie wykorzystywaną formą zatrudnienia jest, zgodnie z wynikami naszego badania, umowa zlecenia. W sondażu pracodawców okazała się najczęściej wskazywanym rozwiązaniem alternatywnym wobec umowy o pracę na czas nieokreślony – jej stosowanie zadeklarowało 51% respondentów. Z braku miejsca wspomnę o niej skrótowo, jako o sposobie na jeszcze dalej idące w stosunku do umowy o pracę na czas określony uelastycznienie relacji z pracownikiem. Jak każda forma świadczenia pracy, może w pewnych sytuacjach lub dla pewnych grup być korzystna dla obu stron. Przykłady, których dostarczyły wywiady z dolnośląskimi pracodawcami i przedstawicielami instytucji rynku pracy, to: młodzież ucząca się, dorabiający emeryci, którzy dzięki otrzymywanym świadczeniom zyskują zabezpieczenie bytu czy pracownicy etatowi, wykonujący dodatkową „fuchę” w swoim zakładzie pracy.

Jednak ta forma stanowi tak duże odciążenie dla pracodawcy z racji niestosowania w jej przypadku przepisów kodeksu pracy, płatnych urlopów, zwolnień chorobowych itp., że szczególnie w segmencie mikroprzedsiębiorstw stwarza pole do nadużyć – zwłaszcza, że niejednej spośród najmniejszych firm nie stać na utworzenie etatu, o czym przekonywali nas niektórzy respondenci. Najbardziej typowa forma nadużycia to świadczenie stacjonarnej pracy w oparciu o umowę zlecenia przy jednoczesnym podleganiu ośmiogodzinnemu reżimowi – tak, jak inni pracownicy etatowi (jeżeli są w ogóle zatrudniani w przedsiębiorstwie). Stwarza to oczywiste przesłanki do nawiązania stosunku pracy.

Okazuje się, że nawet niepełny wymiar czasu pracy, atrakcyjny dla różnych grup społeczno-zawodowych – jak niepełnosprawni, młode matki, dorabiający emeryci – częściej przez rozmówców kojarzony był z możliwymi nadużyciami (zaniżanie wymiaru składek ubezpieczeniowych i wypłata części wynagrodzenia „pod stołem”) niż z rozwiązaniami typu job-sharing. Dzielenie stanowiska pracy pomiędzy dwie lub więcej osób, choć pozwalałoby na zatrudnienie wspomnianych grup, wiąże się z wyższymi kosztami (część z nich przypisana jest do osoby, nie zaś do etatu, a przez to nie podlega dzieleniu) i z trudniejszym zarządzaniem. To ostatnie stanowi również barierę – szczególnie w zakładach produkcyjnych – dla upowszechniania alternatywnych form organizacji czasu pracy. Okazuje się, że nawet stosunkowo często umożliwiany specjalistom ruchomy czas pracy (możliwość przyjścia do zakładu w określonym przedziale czasu, zwykle od godz. 7 do 9, i opuszczenia go w godz. 15–17) stanowi pewne utrudnienie z perspektywy pracodawcy.

Kto korzysta?

Po skrótowym przeglądzie typowych sytuacji, z którymi spotkałem się w toku badania alternatywnych form zatrudnienia na Dolnym Śląsku, czas na próbę oceny. Nie jest to zadanie łatwe. Na pewno nie uciekniemy przed procesami deregulacji i segmentacji rynku pracy, gdyż są to zjawiska powszechne. Wydaje się natomiast, że kluczowa jest kwestia odpowiedniej konstrukcji prawa, które nie powinno stwarzać zachęt do nadużyć, natomiast ułatwiać stosowanie poszczególnych form z korzyścią dla obu stron umowy.

W Polsce szwankują mechanizmy chroniące interes pracobiorców. Państwo nie bierze odpowiedzialności za ich los. System zabezpieczenia społecznego nie jest przygotowany do powszechnego wykorzystywania atypowych form świadczenia pracy – przykładowo, prawo emerytalne preferuje tradycyjny etat w pełnym wymiarze. Bariery stwierdziliśmy nawet w promowaniu korzystnych dla obu stron rozwiązań przez publiczne służby zatrudnienia: młoda matka – o ile nie jest niepełnosprawna – musi, rejestrując się jako bezrobotna, zadeklarować gotowość do podjęcia pracy w pełnym wymiarze.

Gdybym miał zaproponować zmiany w polskim prawie pracy, które być może wyeliminowałyby część przedstawionych paradoksów, wskazałbym ograniczenie swobody rozwiązywania umów o pracę na czas określony i ustalenie łącznego limitu czasu ich trwania z jednym pracodawcą. Dokonać należałoby tego w zamian za przerzucenie na państwo większej odpowiedzialności za los osób tracących pracę, np. ograniczenie stosowania odpraw pracowniczych, zniechęcających pracodawców do zatrudniania na czas nieokreślony i zwiększenie niewielkich w Polsce zasiłków dla bezrobotnych przy jednoczesnym ścisłym powiązaniu prawa do ich pobierania z wysiłkami podejmowanymi na rzecz przekwalifikowania. Należy przemyśleć również kwestię outplacementu, rozumianego nie tylko jako ustawowe zwolnienia monitorowane, ale również ogólną postawę odpowiedzialności za los zwalnianych pracowników, na uniknięcie której skutecznym obecnie sposobem jest stosowanie alternatywnych form zatrudnienia.

Maciej Pańków

Przypisy:

  1. Zob. M. Castells, Społeczeństwo sieci, Warszawa 2010; J. Gardawski (red.), Polacy pracujący a kryzys fordyzmu, Warszawa 2009.
  2. M. Arczewska (2008), Uwarunkowania i możliwości wprowadzenia w Polsce polityki flexicurity jako koncepcji poszukiwania równowagi między elastycznością rynku pracy a bezpieczeństwem socjalnym osób zatrudnionych
    i bezrobotnych
    , w: Elastyczne formy pracy. Szanse i zagrożenia, pod red. C. Sadowskiej-Snarskiej, Białystok 2008.
  3. Tamże.
  4. J. Konieczna-Sałamatin, M. Pańków, J. Stasiowski, Analiza struktury, uwarunkowań i perspektyw rozwoju alternatywnych form zatrudnienia na Dolnym Śląsku. Raport końcowy, Wrocław 2011, dostępny na stronie http://obserwatorium.dwup.pl/raport-z-badania-nr-6
  5. Eurostat, Temporary employees as a percentage of the total number of employees for a given sex and age group (%), http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/show.do?dataset=lfsq_etpga&lang=en
  6. Sprawozdanie Głównego Inspektoratu Pracy z działalności Państwowej Inspekcji Pracy w 2010 r., http://www.pip.gov.pl/html/pl/sprawozd/10/spraw_10.htm (pobrane w dn. 27.12.2011).
  7. Dane za: T. Dudek, Pracownik tymczasowy, „Personel i zarządzanie” 2011, nr 7.
  8. Ustawa z dnia 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców, Dz.U. z 2009 r. Nr 125, poz. 1035, z 2010 r. Nr 219, poz. 1445, rozdz. 2.
  9. J. Wiśniewski, Mechanizm regulujący zawieranie umów o pracę na czas określony – w kontekście upływającego okresu obowiązywania ustawy antykryzysowej, „Praca i zabezpieczenie społeczne” 2011, nr 9, ss. 13–31.
  10. M. Boni, K. Szafraniec i inni, Młodzi 2011, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa 2011.
  11. Tamże, s. 167.
  12. Employment in Europe, Raport Komisji Europejskiej, 2010.
  13. Tamże, s. 170.
  14. Dostępny pod adresem http://opzz.org.pl/aktualnosci/glowna.html/id/1262
  15. Następny krok. Razem. Program wyborczy 2011, Platforma Obywatelska 2011, dostępny pod adresem http://platforma.org/media/dokumenty/Program_PO_100dpi.pdf
  16. Notatka na stronie NSZZ „Solidarność”, http://www.solidarnosc.org.pl/pl/aktualnosci/bedzie-kampania-antysmieciowa.html
  17. Niżej omawiam kwestie szczegółowo analizowane w: J. Konieczna-Sałamatin, M. Pańków, J. Stasiowski, Analiza… dz. cyt.
  18. Badanie zrealizował Instytut Gallupa na zlecenie Dolnośląskiego WUP latem 2011 r. Składało się sondażu telefonicznego na reprezentatywnej próbie pracodawców (z „doważoną” kategorią pracodawców zatrudniających co najmniej 50 pracowników), telefonicznego sondażu pracobiorców (próba 1000 osób) oraz 60 indywidualnych wywiadów pogłębionych z pracodawcami i przedstawicielami instytucji rynku pracy, takich jak powiatowe urzędy pracy, ochotnicze hufce pracy, związki zawodowe, organizacje pracodawców, instytucje edukacyjne i inne.
  19. 45% respondentów, którzy mieli doświadczenie z telepracą stwierdziło, że jest bardziej korzystna dla pracownika, 21% wskazało jako dominującą korzyść pracodawcy. Przykładowo, pracę w niepełnym wymiarze czasu jako bardziej korzystną dla pracownika oceniło 27% osób, które z nią się zetknęły, zaś jako bardziej sprzyjającą interesom pracodawcy – aż 60%. Analogiczne dane dla samozatrudnienia to 31% i 51%, umowy zlecenia – 21% i 62%.
  20. Uważny czytelnik może zapytać, jak to stwierdzenie ma się do mojej ogólnej tezy o tym, że wszystkie zbadane formy z samej swojej natury nie są niekorzystne dla pracobiorcy. W przypadku umowy o pracę na czas określony mam dwa argumenty: po pierwsze, jest ona z reguły niekorzystna w relacji do umowy na czas nieokreślony, stanowi jednak z racji ochrony kodeksowej zdecydowanie lepszą opcję od umowy zlecenia. Po drugie, SN w wyroku z dnia 30 września 2009 r. (II PK 88/09) przekonuje, że przy zawieraniu umowy na czas określony dłuższej niż 6 miesięcy stronom towarzyszy „wola utrzymania wzajemnej więzi prawnej (stosunku pracy) przez dłuższy okres”. Jest to oczywiście dość optymistyczne założenie.
  21. Uchwała SN z dnia 7 września 1994 r., I PZP 35/94.
  22. E. Zarzycka, Polak elastyczny, „Solidarność” 2008, nr 34, s. 12.
  23. Tamże. Sygnał o tego typu praktykach otrzymaliśmy także w trakcie badania dolnośląskiego.
  24. Wyrok SN z dnia 7 września 2005 r., II PK 294/04.
  25. Wyrok SN z dnia 30 września 2009 r., II PK 88/09.
Polska niemodyfikowana genetycznie

Polska niemodyfikowana genetycznie

Wiele dzieje się ostatnio w kwestii organizmów modyfikowanych genetycznie. Narasta obywatelski opór przeciwko GMO, czego przejawem są liczne akcje protestacyjne „na ulicy” oraz różne formy nacisku na władze w procesach legislacyjnych. Owe władze jednak cechuje – celowa lub niezamierzona – bierność, a lobby zwolenników GMO nie próżnuje, opłacając w mediach histeryczne publikacje, mówiące, że bez wprowadzenia „mutantów” drastycznie zdrożeje żywność oraz szkalujące przeciwników genetycznie modyfikowanych upraw. O tym wszystkim rozmawiamy z Pawłem Połaneckim – ekspertem i aktywistą społecznym, przeciwnym ekspansji GMO.

***

W kwestii organizmów modyfikowanych genetycznie wydaje się ostatnio dziać tak wiele, że na początek zadamy pytanie bardzo proste: Co nowego słychać na froncie walki z GMO? Zacznijmy od kwestii prawnych.

Paweł Połanecki: W Polsce aktualnie mamy do czynienia z próbą rewizji trzech zasadniczych ustaw, które regulują kwestie związane z GMO: ustawy nasiennej, ustawy paszowej oraz ustawy Prawo o GMO, nad którą prace legislacyjne zostały wstrzymane w poprzedniej kadencji, a obecnie są kontynuowane. Prace nad każdą z tych ustaw zmierzają w kierunku wyeliminowania z nich zakazu wprowadzania do obrotu modyfikowanych nasion, a co za tym idzie w kierunku legalizacji upraw roślin transgenicznych na terytorium Polski. Również zakazy stosowania GMO w paszach, które już obowiązują, a jedynie zostały zawieszone do końca bieżącego roku, są przedmiotem intensywnej akcji lobbingowej.

Zniesienia ograniczeń w uprawie i użyciu roślin transgenicznych domaga się lobby paszowe i producenci mięsa. Do Polski importuje się rocznie ok. 2 mln ton śruty sojowej GMO, która jest jednym z podstawowych składników pasz, a producenci mięsa stosują dodatki w postaci izolatów z soi genetycznie modyfikowanej do wyrobów i przetworów mięsnych. Musimy walczyć z akcją propagującą tzw. niezbędność stosowania w żywieniu zwierząt właśnie soi transgenicznej, której wedle opinii ekspertów zgromadzonych wokół lobby paszowego i mięsnego nie można niczym zastąpić, a próby wyeliminowania jej importu skutkować będą, jak nas przekonują, znaczną zwyżką cen mięsa. Przeciwnicy GMO mają więc ręce pełne roboty.

Należy podkreślić, że kraje, które uniezależniły się od importu soi GMO, np. Szwajcaria, pozyskują śrutę sojową produkowaną z nasion konwencjonalnych. To nieprawda, że jest ona znacznie droższa od śruty GMO. Cenę śruty wolnej od GMO zawyżają jedynie koszty badań i certyfikacji na brak obecności soi transgenicznej oraz konieczność odseparowania upraw i przetwórstwa obu odmian – zwykłej i zmodyfikowanej. Zatem przyczyną nie są wyższe koszty produkcji, lecz konieczność ponoszenia nakładów spowodowanych skażeniem łańcucha dostaw przez dominujące obecnie w światowym obrocie odmiany genetycznie zmodyfikowane. Jednak wbrew temu, co głoszą nasi „paszowcy”, koszty te nie przekraczają 10%, a zwyżka cen pasz wolnych od GMO nie powinna przekraczać 2-3%. Nie ma to zatem istotnego znaczenia w kwestii wzrostu cen mięsa, ponieważ ustawiczne wahania notowań śruty sojowej, spowodowane czynnikami rynkowymi, mają o wiele większą amplitudę, a jako konsumenci tego nie odczuwamy.

Ponadto deficyt białka paszowego może być pokryty zwiększonym areałem upraw rodzimych roślin wysokobiałkowych. Jednak pomimo przyjęcia przez rząd programu rozwoju upraw roślin strączkowych, lobby paszowe, zainteresowane zachowaniem istniejącej struktury dochodowego i zmonopolizowanego importu, hamuje wprowadzanie tego programu w życie. Czy to przypadek? Moim zdaniem, w tle debaty nad ustawą paszową ukazano polskiej opinii publicznej prawdziwe oblicze zmonopolizowanego rynku zaopatrzenia w wysokobiałkowe komponenty paszowe. W świetle argumentacji przedstawionej przez lobby paszowe sytuacja jest skrajnie patologiczna. W trakcie dyskusji o zakazie importu pasz GMO ujawniono ukrytą dotychczas przed społeczeństwem prawdę, że stan zaopatrzenia w mięso oraz jego ceny zależą od importu blisko 2 mln ton genetycznie modyfikowanej śruty sojowej. Poprzez niewłaściwą prywatyzację sektora produkcji i dystrybucji pasz, organy państwa całkowicie pozbawiły się kontroli nad prawidłowością jego działania, a w konsekwencji nad bezpieczeństwem żywnościowym narodu.

W ciągu kilku lat obowiązywania moratorium na zakaz importu transgenicznej paszy, branża nie dokonała niezbędnych zmian dostosowawczych dla zlikwidowania deficytu białka i pozyskania źródeł zaopatrzenia w śrutę sojową wolną od GMO. Wszystko wskazuje na to, że zainteresowane podmioty zastosują ponownie metodę faktów dokonanych w celu przeforsowania dalszego stosowania pasz GMO. Tym bardziej, że ich intensywne działania lobbingowe w Brukseli dały rezultat w postaci decyzji Komisji Europejskiej o skierowaniu skargi przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie naruszenia prawa unijnego.

Jak Pan ocenia przebieg konsultacji społecznych wokół projektu ustawy o nasiennictwie? Czy głosy środowisk społecznych były w ogóle brane pod uwagę?

P. P: Bardzo krytycznie oceniam metodę konsultacji. Tylko dzięki naszemu uporowi i błyskawicznej kontroli działań resortu rolnictwa wokół tej ustawy, środowisko przeciwników GMO doszło do głosu w momencie, gdy można ją jeszcze było poddać krytyce. Koalicja Polska Wolna od GMO nie została umieszczona na liście podmiotów zawiadamianych o proponowanej nowelizacji. Jednak udało nam się przekonać posłów zasiadających w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, aby zgłosili wniosek o wysłuchanie publiczne i przegłosowali go, ale tylko jeden głos przesądził o tym, że odnieśliśmy sukces – co oznacza, że znaczna część posłów jest przeciwna demokratycznej procedurze, jaką stanowi wysłuchanie publiczne.

Jak przebiegło wspomniane wysłuchanie publiczne?

P. P: Zgłosiliśmy podczas niego formalny wniosek o wprowadzenie do tekstu ustawy zapisów gwarantujących, że zakaz sprowadzania do Polski nasion roślin transgenicznych będzie równoważny zakazowi upraw. Obecnie obowiązująca ustawa, która zabrania przywozu nasion GMO, jest łamana przez dystrybutorów firm biotechnologicznych i mamy do czynienia z nierejestrowanymi uprawami kukurydzy MON 810 na skutek przemytu nasion i udostępnianiu ich nieświadomym rolnikom. Mam nadzieję, że Sejm uzna konieczność doprecyzowania i uszczelnienia istniejących przepisów.

Kolejny front walki stanowi edukacja społeczeństwa. W mediach mamy ostatnio prawdziwy wysyp publikacji bezkrytycznych wobec GMO, ostro krytykujących ruchy obywatelskie ostrzegające przed zagrożeniami związanymi z tą technologią itp. Czy są jakieś poszlaki wskazujące, że publikacje te mogą być inspirowane przez lobbystów?

P. P.: Nacisk przemysłu biotechnologicznego jest wręcz szaleńczy. Dlatego społeczeństwo i decydenci są systemowo otumaniani. Tezy o rzekomym braku zagrożeń ze strony GMO są fabrykowane przez służby piarowskie koncernów biotechnologicznych, a do ich autoryzacji pozyskiwani są naukowcy, niejednokrotnie wybitni przedstawiciele świata nauki naszego kraju. Niedawno mieliśmy kilka spektakli tego wyrafinowanego lobbingu, połączonego z przejawami korupcji naukowej. Mam tu również na myśli spotkanie naukowców u Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Wówczas, po jego wecie i w trakcie debaty nad ustawą nasienną, przekonywano o braku podstaw naukowych w odniesieniu do zakazów upraw GMO i straszono konsekwencjami karnymi ze strony Komisji Europejskiej. Po tym spotkaniu Prezydent początkowo oznajmił, że w świetle tych wypowiedzi nie widzi zagrożeń ze strony GMO. Jednak, ku naszemu zdziwieniu oraz – czego nie ukrywam – zadowoleniu, w obecnie przedłożonym projekcie autorskim ustawy nasiennej Prezydent utrzymał obowiązujące zapisy o zakazie upraw. Jeśli Sejm uwzględni dodatkowo wspomniane poprawki, jakie w imieniu Koalicji Polska Wolna od GMO złożyłem na komisji rolnictwa, to będziemy mieli wreszcie porządną ustawę chroniącą Polskę przed biologicznym skażeniem przez uprawy GMO.

Zmienia się również ostatnio podejście Ministerstwa Rolnictwa do naszych ustawicznych wniosków i kilkuletnich nacisków na ministra Sawickiego, aby wprowadził zakaz upraw kukurydzy GMO. Otóż ministerstwo przygotowało obecnie projekt rozporządzenia o zakazie upraw kukurydzy MON 810. Oficjalnym powodem jest szkodliwy wpływ pyłku tej rośliny na jakość polskiego miodu. Szkoda tylko, że rozporządzenie nie zostało wprowadzone wcześniej. Obecnie mamy już za sobą okres siewny kukurydzy i w obecnym sezonie „wolna amerykanka” plantatorów powiązanych z koncernami biotechnologicznymi będzie jeszcze trwała. Mam nadzieję, że to już ostatni taki sezon.

Sprawa ACTA ostatnio nieco przycichła, ale w każdej chwili może powrócić. Wbrew powszechnej opinii, dotyczy ona nie tylko dóbr kultury, ale także np. patentów na rośliny GMO oraz na tradycyjne odmiany nasion.

P. P.: Ochrona patentowa nasion transgenicznych niesie za sobą wiele zagrożeń dla rolników indywidualnych i dla całego rolnictwa rodzinnego, które nadal dominuje w Polsce, ale jest poważnie zagrożone. Nasi rolnicy są przyzwyczajeni, że nasiona pozostają ich własnością i ci, którzy chcą stosować nasiona GMO albo już to robią, liczą na to, że będą mogli traktować je tak samo. A to jest niemożliwe – ograniczenia patentowe wymuszają opłaty nie tylko za używanie zakupionych nasion GMO, ale również za nieświadome używanie np. w momencie, gdy zostanie wymieszany materiał siewny transgeniczny z materiałem konwencjonalnym. Rolnik może nie mieć świadomości, że coś takiego się stało, a i tak – w świetle prawa patentowego – będzie zobowiązany płacić tantiemy i to obciążone dodatkowymi karami, gdyby płacił z opóźnieniem.

Patentowanie nasion, nie tylko nasion roślin transgenicznych, jest działaniem uderzającym w tradycyjne podejście rolnika do jego roli jako dysponenta zasobami przyrody, które może wykorzystywać według własnego uznania. To zmienia całą filozofię rolnictwa. Podejrzewam, że patentowanie nasion jest w sprzeczności również z polską Konstytucją, która, co należy podkreślić, zawiera w sobie zapisy chroniące rolnictwo rodzinne.

A jak wygląda sytuacja GMO w Europie?

P. P.: Jest coraz więcej działań zmierzających do zmuszenia propagatorów roślin transgenicznych na naszym kontynencie, aby całkowicie odstąpili od prób wprowadzania GMO do upraw rolnych. Ostatnio firma, która produkuje ziemniak transgeniczny – odmianę o nazwie Amflora – wycofała się z dystrybucji tego produktu na terenie Europy, a większość krajów Unii utrzymuje zakazy upraw roślin transgenicznych na swoich terytoriach. Mam nadzieję, że przykład europejski będzie w dalszym ciągu działał destrukcyjnie na procesy wprowadzania do użycia GMO przez producentów i eksporterów roślin transgenicznych na całym świecie.

Niektóre kraje europejskie wycofują się z GMO, tymczasem Andrzej Butra, wiceminister rolnictwa, twierdzi, że nie ma możliwości wprowadzenia zakazu upraw takich roślin. Jak Pan zatem widzi możliwość wprowadzenia podobnych regulacji w Polsce i jakie jest Pańskie zdanie na temat zachowania się polskich władz w tej sprawie?

P. P.: Jeżeli kraje takie, jak chociażby Niemcy, Francja czy Austria, wprowadziły zakazy, to znaczy, że istnieje droga prawna, która to umożliwia. Tutaj absolutnie nie zgadzam się z panem Butrą i oczekuję od ministerstwa, że wprowadzi taki zakaz.

Uważam, że nasze władze postępują zbyt asekuracyjnie. Dyrektywa 2001/18 daje państwom członkowskim podstawę do tego, aby wprowadzić zakazy w przypadku, gdy stwierdzi się, że stosowanie roślin transgenicznych na danym terytorium może spowodować lub powoduje szkody związane ze środowiskiem albo ze zdrowiem ludzi i zwierząt. I to jest podstawa prawna, na której oparły się m.in. wspomniane rządy, kiedy wprowadzały u siebie zakazy stosowania GMO. Dlaczego w Polsce się tego nie robi?

Poza tym nasze służby dyplomatyczne są bardzo bierne – mam o to żal m.in. do pana Dowgielewicza, odpowiedzialnego za stosunki Polski z Unią. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przez lata nie zrobiło nic, aby lobbować w Brukseli w kierunku zmiany niedoskonałego prawa europejskiego – tak, aby było możliwe wprowadzenie skutecznych zakazów stosowania GMO w poszczególnych krajach czy nawet regionach. To się wiąże również z porozumieniami, jakie Unia Europejska zawarła ze Światową Organizacją Handlu – także one są przyczyną tego, że Komisja Europejska bardzo krytycznie podchodzi do prób wprowadzania ograniczeń w uprawach GMO.

Brak właściwej obsługi tego problemu przez naszych dyplomatów przekłada się na obawy resortu rolnictwa wobec zastosowania ograniczeń dotyczących GMO. Jedynym przejawem aktywności resortu spraw zagranicznych w aspekcie GMO jest przekazywanie opinii publicznej, a także do resortów rolnictwa i środowiska, katastroficznych danych na temat ewentualnych kar, jakie Polska będzie musiała płacić w przypadku wprowadzenia przez nasze władze zakazu upraw GMO. Nie ma żadnych prób negocjacji, aby te kary wyeliminować, tymczasem Niemcom, Francji czy Austrii udało się kar uniknąć.

Straciliśmy wielką szansę – mając podczas sprawowania prezydencji możliwość układania agendy zadań, które były rozpatrywane przez Komisję Europejską, Polska w ogóle nie poruszyła tematu GMO, mimo że reprezentowana przeze mnie Koalicja Polska Wolna od GMO oraz inne organizacje wielokrotnie apelowały do ministrów, łącznie z szefem dyplomacji, aby ten temat został podjęty. Dlatego mam bardzo wiele zastrzeżeń. Tym bardziej, że kwestię obrony Polski przed GMO – w kontekście zagrożeń, które niesie za sobą ta technologia dla naszego rolnictwa i tradycyjnych upraw – w mojej opinii należy rozpatrywać w kategoriach obrony racji stanu. A takiego podejścia niestety wśród naszych decydentów zupełnie nie widać.

Rolnicy korzystają z niespójności polskiego systemu prawnego, w którym istnieje zakaz handlu ziarnami modyfikowanymi genetycznie z przeznaczeniem na wysiew, lecz sam wysiew nie jest zabroniony. Obchodzą oni wspomniany zakaz, kupując ziarno np. w Czechach. Jaka jest skala tego procederu?

P. P.: Kilka lat temu podano do wiadomości publicznej, że w Polsce uprawia się ok. 3 tys. ha kukurydzy transgenicznej. Pomimo interwencji Koalicji Polska Wolna od GMO, do tej pory nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek reakcji ze strony decydentów oraz służb odpowiedzialnych za ściganie tego typu zjawisk.

Warto przypomnieć, że w Polsce istnieje dokument „Ramowe stanowisko polski dotyczące organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO)”, przyjęty w 2006 r., a następnie zmodyfikowany przez obecny rząd w 2008 r. Stwierdza się w nim jednoznacznie, że Polska dąży do tego, aby być krajem wolnym od GMO. Jest to jednak pusta deklaracja. W świetle informacji, które posiadamy na temat funkcjonowania na naszym terenie nielegalnych i niekontrolowanych upraw GMO, wobec których nie są prowadzone żadne działania – stanowisko rządu zakrawa na hipokryzję.

Próbujemy walczyć z nielegalnymi uprawami GMO, ale do tego są potrzebne duże środki finansowe oraz odpowiednie instrumenty służb, które dokonałyby detekcji tych upraw, skali skażenia genetycznego, a następnie wyciągnęły konsekwencje w postaci kar – i to wysokich, łącznie z zastosowaniem sankcji z Kodeksu karnego za skażenie środowiska. Jak już wspomniałem, jesteśmy w tej walce osamotnieni, ponieważ ani rząd, ani prokuratura, którą zawiadomiliśmy, nic w tej sprawie nie robią. Wręcz przeciwnie: twierdzą, że tego typu przypadki są odosobnione i nie można ich w żaden sposób zlokalizować – co oczywiście nie jest prawdą. A sprawa jest poważna, bo uprawy roślin transgenicznych w warunkach polskiego ekosystemu, szczególnie w rolnictwie, gdzie mamy bardzo rozdrobnione gospodarstwa, nie mogą koegzystować z tradycyjnymi odmianami tak, by nie stanowiły dla nich zagrożenia. Nawet znikome domieszki GMO w produktach rolnych dyskwalifikują je z rozwijającego się dynamicznie rynku produktów jakościowych.

Mówiliśmy sporo o walce z GMO, ale nie wszyscy czytelnicy muszą wiedzieć, jakie konkretne zagrożenia niosą ze sobą takie rośliny względem rolników i względem przyrody. Przypomnijmy o tym w skrócie.

P. P.: Chodzi przede wszystkim o krzyżowanie się roślin transgenicznych z tymi odmianami, które są blisko spokrewnione, a które są tradycyjne i funkcjonują w naszym ekosystemie. Rośliny transgeniczne, stosowane w rolnictwie, są z reguły organizmami bardziej odpornymi na niekorzystne warunki i działającymi bardziej inwazyjnie w środowisku. Na terenach, gdzie są uwalniane, mogą dominować i utrudniają normalny rozwój konwencjonalnego ekosystemu. Zmiany jakie powodują, są nieodwracalne.

Rośliny transgeniczne mają również szkodliwe działanie na tzw. owady niedocelowe. Odmiana kukurydzy transgenicznej, MON 810, została wyposażona w geny odpowiedzialne za produkcję endotoksyny – trucizny, która sprawia, że szkodnik żerujący na tej roślinie, zjadając jej liście, ginie. Ta właściwość jest nazywana eufemistycznie przez producentów kukurydzy „odpornością na owady”. Owa odporność nie jest jednak uzyskiwana przez odstraszanie tych owadów, lecz poprzez ich trucie. Problem w tym, że oprócz owadów szkodliwych dla danych upraw, w ich otoczeniu są również owady pożyteczne – i one również są zabijane. Istnieją dowody na znaczną redukcję populacji owadów pożytecznych, które są niejednokrotnie bardzo istotnymi elementami ekosystemu idla zachowania jego równowagimuszą w danym środowisku przebywać. Należy podkreślić, że trucizna produkowana jest przez cały okres wegetacji rośliny i kumuluje się w resztkach pożniwnych, a jej dawki niejednokrotnie przekraczają dopuszczalne stężenia środków ochrony roślin – stosowanych okresowo np. w okresie nalotu szkodnika – nawet kilka tysięcy razy.

Poza tym, kukurydza transgeniczna MON 810 zawiera wspomnianą endotoksynę w każdej komórce. Jest ona również obecna w ziarnie, które przecież spożywamy. Istnieją dowody naukowe wskazujące, że tego typu trucizna ma niekorzystny wpływ na organy odpowiedzialne za detoksykację, a więc wątrobę, trzustkę czy nerki. Były prowadzone badania laboratoryjne na szczurach i na innych zwierzętach, które wykazały uszkodzenia tych organów. Jednak do chwili obecnej intensywny lobbing propagatorów i dystrybutorów technologii transgenicznych wstrzymuje dokonywanie odpowiednich badań na populacjach ludzi. Niedoskonałe są też metody oceny ryzyka i sposoby zarządzania nim.

Tymczasem organizmy genetycznie zmodyfikowane od chwili zastosowania ich w produkcji rolnej i żywności, przedostają się niezauważalnie do łańcucha żywieniowego ludzi i zwierząt, a groźne i nieodwracalne skutki mogą pojawić się z dużym opóźnieniem, w odległych pokoleniach.

Na koniec proszę o kilka słów na temat „ruchu oporu” wobec GMO. Jak Pan ocenia jego obecną skuteczność, np. umiejętność docierania do opinii publicznej, formułowania własnych propozycji legislacyjnych itp.?

P. P.: Koalicja Polska Wolna od GMO koordynuje działania środowisk sprzeciwiających się stosowaniu GMO w rolnictwie i żywności. Podkreślam, sprzeciwiamy się jedynie tym zastosowaniom, które dotyczą „zamierzonego uwolnienia” GMO. Nie mamy nic przeciwko stosowaniu tej technologii w laboratoriach i zamkniętych układach produkcyjnych, gdzie organizmy genetycznie zmodyfikowane używane są do wytwarzania np. leków czy nowoczesnych preparatów biologicznych.

Nasza akcja prowadzona jest ustawicznie od kilku lat. Monitorujemy i reagujemy na próby rewizji i „rozluźniania” przepisów dotyczących GMO, które jest przedmiotem intensywnego ataku lobbystów przemysłu biotechnologicznego. Poprzez wysyłanie apeli i oficjalnych stanowisk do rządu, Sejmu i Prezydenta staramy się wpływać na proces legislacyjny w taki sposób, aby istniejące w Polsce prawne ograniczenia stosowania GMO były utrzymane i skutecznie egzekwowane.

Warto przypomnieć, że już u zarania burzliwego rozwoju biotechnologii molekularnej, mając na względzie ochronę społeczeństw przed potencjalnymi szkodami, politycy i ich służby prawne podjęły ścisłe środki zapobiegawcze zarówno w odniesieniu do procesów wytwarzania, jak i do zastosowań GMO. Przyjęto generalną zasadę zakwalifikowania organizmów genetycznie zmodyfikowanych do grupy materiałów o najwyższym stopniu zagrożenia, jakie kiedykolwiek zostały wynalezione przez człowieka.

Jednak przemysł biotechnologiczny, czerpiący kolosalne zyski z zastosowań GMO, twierdzi, że są one bezpieczne dla ludzi i środowiska. Z drugiej strony dowody z rosnącej liczby niezależnych badań naukowych podważają te „przecież nic się jeszcze nie stało” tezy, dostarczając coraz więcej argumentów o negatywnym wpływie GMO na zdrowie i ekosystem, szczególnie w przypadku zastosowań w uprawach rolnych oraz żywieniu ludzi i zwierząt.

Brak pewności co do ryzyka ze strony GMO dzieli środowiska naukowe. Zakłóca też równowagę pomiędzy rozsądnym podejmowaniem zagadnień zapobiegawczych dla ochrony zdrowia i środowiska oraz tak zwaną sferą „wolności naukowej”. W Polsce od lat trwa debata naukowa, w trakcie której zaniepokojeni naukowcy zgłaszają coraz więcej zastrzeżeń i protestują przeciw bezkrytycznemu uleganiu naciskom korporacji biotechnologicznych, wprowadzających metodą faktów dokonanych technologię organizmów genetycznie zmodyfikowanych do polskiego rolnictwa. Zagadnieniu temu została poświęcona w całości ostatnia edycja Biuletynu Naukowego Komitetu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk – wydana w 2011 r. W tym prestiżowym wydawnictwie, dostępnym również na stronach internetowych zamieszczono szereg artykułów naukowych, opracowanych przez wybitnych specjalistów z dziedziny biotechnologii, ochrony zdrowia i środowiska, w których cytuje się kilkaset pozycji z literatury naukowej, wskazujących na szkodliwość i zagrożenia związane z GMO. Zachęcam do lektury tej publikacji wszystkich tych, którym przyświeca idea Polski wolnej od GMO.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Wrzesień, 21 maja 2012 r.

Obywatel przeciw prywatyzacji

Przed kilkoma miesiącami liberalne władze Warszawy postanowiły sprzedać Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, mimo że zakład był rentowny i zapewniał mieszkańcom niskie ceny usług. W procesie prywatyzacji zlekceważono wolę obywateli, którzy domagali się referendum w tej sprawie. O zawirowaniach wokół SPEC-u oraz o ich szerszej, społecznej wymowie rozmawiamy z Piotrem Ciompą – członkiem Rady Honorowej „Nowego Obywatela” – który próbował zabezpieczyć interes publiczny, a gdy to się nie udało, zablokować prywatyzację SPEC na drodze formalno-prawnej.

***

Co prywatyzacja SPEC-u oznacza dla mieszkańców miasta?

Piotr Ciompa: Zacznijmy od tego, że Platforma Obywatelska nie otrzymała w ostatnich wyborach – wbrew temu, co twierdzi – mandatu od mieszkańców do prywatyzacji SPEC-u. Hanna Gronkiewicz-Waltz zdobyła 53% głosów, ale to nie prezydent prywatyzuje spółki, lecz Rada Miasta, a w głosowaniu do Rady poparcie dla PO wyniosło już tylko 40% głosów. Pozostałe 60%, czyli większość, otrzymały w sumie te ugrupowania, które sprzeciwiały się prywatyzacji. I tylko dzięki ordynacji wyborczej i odpowiednio wykrojonym okręgom PO uzyskała większość w Radzie Miasta. W związku z tym, choć Platforma ma formalny mandat do prywatyzacji, to moralnego prawa do tego nie posiada. Tym bardziej, że sprzeciwiła się referendum w tej sprawie.

Dlaczego odrzucono wniosek o referendum?

P. C.: Ponieważ zbieranie podpisów organizował warszawski PiS, pozyskując zresztą wsparcie koalicji kilkunastu pozapartyjnych stowarzyszeń obywatelskich i grup mieszkańców oraz związków zawodowych. Rada Miasta, kontrolowana przez Platformę, odrzuciła 151 tys. podpisów zebranych pod wnioskiem o referendum, argumentując m.in., że liczba podpisów po odrzuceniu tych nieważnych spadła poniżej wymaganych 134 tys. Sąd Administracyjny przyznał rację Radzie Miasta, natomiast trzeba zauważyć, że kryteria zastosowane w tym przypadku do stwierdzenia, czy podpis jest ważny, były bardzo wyśrubowane. Rada Miasta podnosiła w swoich argumentach na przykład, że podpis musi być czytelny – ale ustawa tego nie wymaga.

Takimi metodami dowiedziono, że brakuje minimum 600 podpisów, by wniosek o referendum został uznany. Przy czym kwestia ważności podpisów to nie był jedyny argument Platformy przeciwko referendum. Stwierdzono na przykład, że pytanie „Czy jesteś za sprzedażą SPEC?”, wprowadza mieszkańców w błąd – ponieważ zdaniem radnych to nie była sprzedaż SPEC, lecz sprzedaż… akcji SPEC. Przekonywano również, że nie można było zadać pytania o sprzedaż SPEC-u, ponieważ Rada Miasta już podjęła decyzję w tej sprawie. Kiedy? W 2009 r., zgadzając się na przeprowadzenie analizy przedprywatyzacyjnej, która dopiero miała ustalić, czy prywatyzacja się opłaca, czy nie. Sąd stwierdził, że ta uchwała była już de facto zgodą na prywatyzację. Oznacza to, że sąd administracyjny wprowadził do ustawy o referendum lokalnym nowy artykuł, którego tam nie ma, zawężający tematykę referendum do spraw, którymi rada jeszcze się nie zajmowała. Zważywszy na ustawowy obowiązek zarejestrowania w samorządzie komitetu zbierającego podpisy pod referendum, wrogi inicjatywie społecznej establishment samorządowy ma 60 dni przed datą złożenia wymaganej ilości podpisów na podjęcie w sprawie, pod którą zbierane są podpisy „właściwej” uchwały, czyniąc w świetle orzeczenia NSA ewentualne referendum bezprzedmiotowym.

Podsumowując: po to, by ratować Platformę Obywatelską w tej jednej, incydentalnej sprawie, Naczelny Sąd Administracyjny zdecydował się zniszczyć bardzo ważną instytucję państwa obywatelskiego, jaką jest referendum lokalne, albowiem establishment samorządowy będzie korzystał z tych argumentów do utrudniania mieszkańcom zabierania głosu w istotnych dla nich sprawach. To właśnie standard naszych sądów.

Jakie będą konsekwencje tej prywatyzacji?

P. C.: Warto na początek zauważyć, że nie było żadnych argumentów za prywatyzacją SPEC-u, nawet z punktu widzenia liberałów. SPEC nie był w trudnej sytuacji ekonomicznej, aby należało go w ten sposób ratować przed upadłością. SPEC był jedną z najnowocześniejszych firm tego rodzaju w całej Unii Europejskiej, wdrażał technologie tzw. inteligentnej sieci ciepłowniczej, której nie wdrożono jeszcze nigdzie w UE, więc prywatyzacja nie mogła być motywowana koniecznością dostępu do lepszych technologii czy szybszej modernizacji. SPEC nie potrzebował też kapitału na inwestycje, bo je od wielu lat finansował na bardzo wysokim poziomie, ok. miliarda w ciągu ostatnich 7 lat, ze źródeł własnych, czyli z opłat mieszkańców.

Nawet poziom zatrudnienia w SPEC-u jest niższy niż średnia krajowa z uwzględnieniem prywatnych przedsiębiorstw w branży (na 39 dużych miast sprywatyzowano dotychczas 19 przedsiębiorstw) – to ważny argument z punktu widzenia liberałów, którzy uważają niski wskaźnik zatrudnienia za oznakę efektywności. Również np. awaryjność na kilometr sieci była w SPEC-u poniżej średniej krajowej z uwzględnieniem przedsiębiorstw prywatnych. No i cena – SPEC dostarczał ciepło najtańsze w Polsce, a mimo to przynosił miastu zyski. Uczciwy liberał powinien być przeciwko prywatyzacji SPEC, bo kanon liberalny mówi, że własność prywatna jest efektywna tylko wtedy, gdy ma konkurencję. A SPEC jej nie ma, to klasyczny „naturalny monopol”, tyle że – jak wspomniałem – całkiem efektywny i nowoczesny nawet w porównaniu z firmami prywatnymi.

Co do zagrożeń wynikających z prywatyzacji, władze miasta wskazują na Urząd Regulacji Energetyki, który ma zabezpieczyć interesy mieszkańców przed podwyżkami. W to nie należy jednak wierzyć. URE jest obsadzany przez partię, która uważa, że państwo powinno się wycofywać z wielu obszarów nadzorowania wolnego rynku. Czy mamy zaufanie do URE, że będzie pilnowało monopolistów? Od czasu Ożarowa, czyli wydania przez urząd antymonopolowy zgody na przejęcie jednego z dwóch polskich producentów kabli przez tego drugiego – ja zaufania nie mam. Ale nawet gdyby URE miało bardzo dobre intencje, to zauważmy, że nie będzie mogło np. zablokować tzw. przeszacowania aktywów. Byłe przedsiębiorstwa państwowe, w tym z branży energetycznej, mają środki trwałe wpisane po wartości księgowej bardzo często sprzed 20 lat. Przeszacowanie aktywów, czyli ich urynkowienie, wiąże się z tym, że taryfy za usługi liczone są m.in. od tzw. kapitału zaangażowanego, czyli w uproszczeniu od wartości rynkowej aktywów. Oznacza to wzrost cen. I URE nie będzie mogło się temu sprzeciwić.

Tylko komunalny właściciel mógłby podjąć decyzję o rezygnacji z maksymalizacji zysku ze względu na ważny interes publiczny. Na przykład podłączenie do sieci cieplnej rozwojowych peryferii miasta może nie być opłacalne dla prywatnej spółki, ale dla jego komunalnego właściciela już tak, albowiem wraz ze wzrostem liczby mieszkańców na nowych osiedlach rosną wpływy budżetu miasta z PIT-ów.

Wracając do URE, nie jest ono uprawnione do kontroli wielu innych elementów kosztotwórczych. Jedną z pierwszych decyzji Francuzów po przejęciu SPEC-u było przerzucenie na spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe kosztu utrzymania 15 tys. węzłów cieplnych. Co to oznacza? Że spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe będą musiały podnieść czynsz. Dopóki SPEC należał do miasta, istniało swoiste porozumienie społeczne, że to SPEC utrzymuje węzły cieplne. Wiceprezydent miasta – Jarosław Kochaniak, który był bezpośrednio odpowiedzialny za przeprowadzenie tej prywatyzacji i który zapewniał wielokrotnie i publicznie, że nie będzie żadnych podwyżek ciepła jako bezpośrednich skutków prywatyzacji, na pytanie dziennikarki „Rzeczpospolitej” o kwestię węzłów cieplnych, odpowiedział: „To jest sprawa zarządu spółki”. Czyli po prywatyzacji umył ręce od odpowiedzialności za swoje czyny i deklaracje. To dowód na to, że tę umowę podpisywali ludzie, którzy nie stawiali sobie za pierwszorzędny cel zabezpieczenia interesów mieszkańców.

Poza tym URE nie ma kompetencji, by skutecznie dopilnować jakości usług, np. temperatury ciepłej wody w kranach lub w kaloryferach. Ochłodzenie temperatury nawet o 1 stopień w sezonie oznacza gigantyczne oszczędności dla inwestora. Jestem w posiadaniu prezentacji z wewnętrznej narady w SPEC, na której rozpatrywano taki scenariusz. Symptomatyczne, że nie liczono się z zagrożeniem dla takich praktyk ze strony URE. Nie mamy gwarancji, że prywatny właściciel nie będzie systematycznie obniżał jakości bez obniżania ceny, żeby na tym zarobić.

Poza – jak wspomniałem, wątpliwą – kontrolą ze strony URE, drugi argument miasta za tym, że nie grożą nam negatywne skutki prywatyzacji, to ten, że jesteśmy zabezpieczeni przed tym umową, w której nowy inwestor deklaruje troskę o dobro publiczne. Argument niepoważny, bo prawo zmienia się bardzo często, co daje możliwość w świetle nowelizowanych przepisów wywrócenia do góry nogami zapisów długoterminowej umowy przez agresywnych prawników najętych przez prywatnego właściciela. Prywatny biznes już się tego nauczył, że wobec niestabilności systemu prawnego nie można zabezpieczyć swoich interesów długoterminowymi umowami – wiedza ta jeszcze nie dotarła do epatującej swoimi kompetencjami biznesowymi warszawskiej ekipy PO…

Co jeszcze się zmieni po prywatyzacji? Tempo modernizacji sieci cieplnej spadnie, a w konsekwencji koszty jej funkcjonowania, rzutujące na opłaty mieszkańców nie będą relatywnie spadać. Otóż w styczniu 2011 r., SPEC zapowiedział zainwestowanie miliarda zł w ciągu 5 lat w modernizację sieci – tymczasem Dalkia chce zrobić to samo w 7 lat. Oznacza to, że roczne nakłady na inwestycje spadną z 200 do poniżej 150 mln zł. Co więcej, Dalkia sfinansuje te inwestycje nie poprzez zainwestowanie swoich funduszy, lecz ze środków wypracowanych przez spółkę, czyli z opłat mieszkańców. Fortel bardziej perfidny niż ten Zagłoby z darowaniem Niderlandów – on darował Niderlandy, które nie były jego, a Dalkia podarowała Warszawie to, co należało do jej mieszkańców. A Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła to jako wielki sukces umowy prywatyzacyjnej…

Kiedy mówimy o stratach społecznych, nie sposób nie wspomnieć o pracownikach. Gdy ta sama Dalkia przejęła dostawców energii cieplnej w Łodzi, zaczęła od programu zwolnień pracowników, tzw. dobrowolnych odejść. Niedługo przestanie Dalkię obowiązywać umowa, zgodnie z którą nie może do 2014 lub 2015 r. zwalniać ludzi, i wtedy zamknie jedną, najstarszą działającą ciepłownię w Łodzi. A to oznacza, że pracę straci wiele osób.

P. C.: Nie wiem jak to wyglądało w Łodzi, natomiast jestem lekko rozczarowany postawą związków zawodowych w SPEC-u. Związkowcy walczyli przeciwko prywatyzacji SPEC-u do momentu, gdy zaoferowano im 9 lat ochrony przed zwolnieniami i po 10 tys. zł na głowę premii prywatyzacyjnej. Jest to bardzo smutny przykład niesolidarności z mieszkańcami. Rozumiem, że dla pracownika, który zarabia średnio 3 tys. zł, taka oferta jest życiowo ważna, ale gdyby tak myśleli stoczniowcy w 1980 r., to po otrzymaniu podwyżki porzuciliby, na co liczyła dyrekcja, sprawę przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i nie byłoby Sierpnia. Załoga SPEC-u otrzymała tak dobre warunki, bo zwolennicy prywatyzacji chcieli rozmontować silną koalicję zorganizowaną wokół siebie przez warszawski PiS przeciw sprzedaży SPEC-u. I to im się udało.

Dlaczego miastu tak bardzo zależało na prywatyzacji SPEC-u?

P. C.: Trzeba najpierw zauważyć, że cała linia argumentacyjna Platformy Obywatelskiej za prywatyzacją SPEC-u była od początku naznaczona manipulacją. Na sesji Rady Miasta przedstawiono argument, że wzrost cen w ostatnich latach w przedsiębiorstwach prywatnych był niższy niż w komunalnych. Szkopuł w tym, że z tej analizy wyłączono po stronie prywaciarzy Gdańsk, gdzie ceny ciepła za jeden gigadżul są najwyższe w Polsce i o 50% większe niż w Warszawie, a po stronie komunalnej pominięto Kraków z jego drugim najtańszym po warszawskim przedsiębiorstwem energetycznym…

Przytoczono również przykład Poznania, gdzie po przejęciu rynku przez Dalkię ceny wzrosły umiarkowanie. „Zapomniano” tylko dodać, że udział Dalkii na rynku w Poznaniu wynosi tylko 40%, a w Warszawie SPEC-u – 80%. W Poznaniu nie podwyższyli ciepła tak, jak by mogli, bo ich pozycja konkurencyjna jest dużo słabsza. W Warszawie praktycznie nie mają konkurencji…

Rodzi się zatem pytanie, dlaczego Platformie Obywatelskiej tak zależało na tej prywatyzacji? Oczywiście odpowiedzią jest dziura w budżecie miasta. A skąd się ona wzięła? Otóż Platforma Obywatelska w Warszawie rozkręciła program inwestycyjny daleko powyżej możliwości dochodowych miasta – tylko po to, by się pokazać przed mieszkańcami i wygrać wybory. Te 53% Warszawiaków, które oddały głos na Hannę Gronkiewicz-Waltz, dało się na to nabrać.

Prezydent Warszawy podkreśla publicznie, że zarządza miastem jak biznesem. Tymczasem dobre standardy biznesowe mówią, że jeżeli spółka sprzedaje swoje aktywa, to albo żeby zainwestować w projekty przynoszące nowe dochody albo obniżające koszty. Natomiast prywatyzacja SPEC to zjadanie własnego ogona, ponieważ pieniądze ze sprzedaży SPEC-u mają iść na mosty, na metro, na rzeczy bardzo potrzebne temu miastu, ale takie, które nie poprawią jego stabilności finansowej. Takie decyzje są jak najdalsze od dobrych standardów w zdrowym biznesie.

Co ciekawe w tym kontekście, nawet polski guru od zarządzania – profesor Krzysztof Obłój z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, osoba, której nie podejrzewa się o inklinacje prospołeczne, twierdzi, że nie można zarządzać gminą jak przedsiębiorstwem. Ktoś, kto chce to robić, ma słabe pojęcie albo o samorządzie, albo o biznesie. Profesor swoje stanowisko argumentuje w ten sposób, że liczba czynników, których nie można sparametryzować w takich organizacjach jak samorząd jest w porównaniu do przedsiębiorstw tak daleko większa, że zawodzą wszelkie kryteria oceny, którymi na co dzień posługuje się biznes. Oczywiście, należy wykorzystywać dobre praktyki z biznesu w zarządzaniu miastem, ale w wyodrębnionych obszarach, które dadzą się „sparametryzować”. Natomiast biznes jako filozofia w prowadzeniu samorządu jest generalnie ogromną pomyłką. A Hanna Gronkiewicz-Waltz to robi i jeszcze się tym szczyci. To jest po prostu szalone. Teoretycy wolnego rynku mówią: ryzyko jest ozdrowieńcze dla biznesu. Jednak prywatny właściciel sam ponosi ryzyko i konsekwencje spadają na niego. A jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz prowadzi miasto jak biznes, to w razie kryzysu kogo dotykają skutki? Nie jej, lecz mieszkańców. To dodatkowy argument, że biznesowe kryteria w zarządzaniu dobrem publicznym nie mogą być absolutyzowane.

Właściwie z każdego Twojego zdania wynika sprzeciw wobec prywatyzacji, tymczasem sam postanowiłeś wziąć w niej udział. Chciałeś zakupić 1003 akcje za dość sporą kwotę, ponad 500 zł za jedną akcję, dwukrotnie większą niż proponowała Dalkia. Jednak Twoja oferta została odrzucona. Dlaczego zdecydowałeś się kupować akcje?

P. C.: To nie pierwsza prywatyzacja, w której biorę udział. Do tej pory w ramach Centrum Wspierania Rad Pracowników uczestniczyłem w kilku prywatyzacjach prowadzonych przez Skarb Państwa. Składałem ofertę po to, żeby dopilnować interesu pracowników. Skarb Państwa w przypadku spółek niepublicznych, a ogromna większość prywatyzowanych spółek jest niepubliczna, nie zobowiązuje nowego właściciela do wykupu pracowniczych akcji w cenie godziwej, czyli w takiej samej, w jakiej Skarb Państwa je sprzedaje. Pracownikom przysługuje 15% akcji spółki, ale nikt ich od nich nie kupi, bo jest tylko jeden potencjalny nabywca – dominujący właściciel. Większość nowych, prywatnych właścicieli przetrzymuje z premedytacją pracowników, aż ci, kiedy ich bieda przyciśnie, sprzedadzą akcje za bezcen. Wielu pracowników jest zostawianych na łasce losu z dominującym akcjonariuszem, który może zrobić wszystko z ich akcjami i który de facto ich okrada. Mimo mojej krytycznej oceny pomysłu dowartościowania pracowników przez przydział 15% akcji, wziąłem udział w kilku prywatyzacjach, by w miarę niedoskonałych narzędzi zabezpieczyć ich sprawiedliwe roszczenia.

Zatem gdy została ogłoszona prywatyzacja SPEC, postanowiłem również w tej sprawie zabezpieczyć interesy nie tylko pracownicze, ale w ogóle społeczne. I miałem faktycznie intencje nabycia tych akcji. Moja oferta została odrzucona, ale nie z powodów merytorycznych, wymienionych w procedurze, tj. w ogłoszeniu o zaproszeniu do negocjacji. Władze miasta ustaliły tylko jedno kryterium: cena za akcje. A ja dałem najwyższą cenę. To prawda, że nie za cały pakiet prawie 7 mln akcji, tylko za 1000 akcji, ale procedura nie wykluczała drobnych inwestorów. Ponieważ moja oferta nie została właściwie rozpatrzona, zaskarżyłem uchwałę Rady Miasta o prywatyzacji do sądu administracyjnego. Mój główny zarzut był taki, że udzielono Dalkii wyłączności, moim zdaniem, z naruszeniem prawa, w sposób, który uniemożliwił pozostałym konkurentom złożenie oferty konkurencyjnej wobec Dalkii. W wyniku naruszeń prawa, które zarzucam miastu, być może nie uzyskano najwyższej ceny za SPEC.

Dlaczego Twoja oferta została odrzucona?

P. C.: Uzasadniono to tym, że miasto chciało sprzedać cały pakiet, prawie 7 mln akcji, a nie tysiąc. Ale to nie wynika z żadnej procedury, w której zresztą zapisano, iż oferta dotyczy inwestorów, którzy nabędą pakiet za minimum 50 tys. euro – moja oferta spełniała ten warunek. Powinni mi sprzedać tysiąc akcji za tyle, ile proponowałem, czyli 500 zł, a później resztę pakietu sprzedać Dalkii w cenie, którą ona zaproponowała. Popełnili błąd, który skutkował zaniżeniem ceny. Dla mnie cena nie jest najwyższym kryterium, ale dla liberałów tak, więc powinni być konsekwentni i sprzedać mi te akcje, o które prosiłem. Dlatego złożyłem skargę. Wojewódzki Sąd Administracyjny, który rozpatrywał moją sprawę, nie odniósł się w ogóle do merytorycznych zarzutów, tylko stwierdził, że wprawdzie miałem interes faktyczny, ale nie miałem interesu prawnego w skarżeniu uchwały. Będę się odwoływał do Naczelnego Sądu Administracyjnego, ponieważ Sąd Wojewódzki w Warszawie w swoim stanowisku odszedł od wieloletniej, ugruntowanej linii orzeczniczej w zakresie definicji interesu prawnego. To prawda, że ustawodawca nie precyzuje, co to jest interes prawny i faktyczny, co pozwoliło temu składowi orzekającemu pójść pod prąd dotychczasowych orzeczeń. W tym przypadku o odejściu od tej utrwalonej zasady zadecydowały, moim zdaniem, względy polityczne.

Zakładając, że wygrałbyś sprawę w sądzie, to czy jest jeszcze możliwe unieważnienie tej prywatyzacji?

P. C.: Tak. Art. 34. ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji mówi, że umowy zawarte z naruszeniem procedury są z mocy prawa nieważne. Jeżeli sąd rozpatrzyłby pozytywnie moje merytoryczne zarzuty, to inwestora można wywieźć ze SPEC-u na taczkach, a procedura prywatyzacji musi zacząć się od nowa.

Walka między Tobą a Dalkią czy miastem przypomina walkę Goliata z Dawidem. Masz przeciwko sobie dość potężne siły, ze sporym zapleczem finansowym.

P. C.: To prawda, ale się tym nie przejmuję. Od początku liczyłem się z przegraną. Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego pokazał, że przepisy mogą być interpretowane w sposób bardzo elastyczny, zależnie od siły stron sporu. Nie wykluczam, że to samo może się zdarzyć przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Ale wtedy będziemy mieli kolejne potwierdzenie, że to państwo jest coraz mniej nasze. Platforma Obywatelska prywatyzując SPEC popełniła kilka rozśmieszających błędów proceduralnych, które pozwoliły mi zaistnieć ze swoją ofertą. Oprócz fatalnego zapisu o minimalnym pakiecie 50 tys. euro, zamiast warunku nabycia całego pakietu, zapomniano wpisać do procedury obowiązku wylegitymowania się wiarygodnością finansową inwestorów. Owszem, jest obowiązek przedłożenia sprawozdań finansowych zbadanych przez audytora, ale zgodnie z ustawą o prywatyzacji w postępowaniu mogą brać udział także podmioty, które nie mają obowiązku sporządzania takich sprawozdań. W przypadku osób fizycznych mógłby to być obowiązek przedstawienia PIT-ów za 5 lat wstecz, zaświadczenia o stanie majątkowym itd. O takim „szczególe” zapomniało zatrudnione za duże pieniądze konsorcjum doradcze w składzie bank BZ WBK oraz renomowana kancelaria prawna Baker McKenzie… Nie przewidziano też ustanowienia wadium, które odsiałoby drobnych inwestorów, a które wprowadza się nawet w przypadku przetargów na materiały biurowe dla większych urzędów. Próbując ratować Platformę na gruncie tak fatalnie napisanej procedury, Sąd postanowił zaryzykować własną reputację, aby tylko ratować twarz establishmentowi.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny wątek: sprawa jawności działań organów władzy publicznej. Otóż władze Warszawy utajniły wiele informacji o prywatyzacji SPEC-u, które w przypadku prywatyzacji mienia publicznego powinny być jawne. Na przykład utajniono procedury prywatyzacyjne, odbierając nawet radnym jakąkolwiek możliwość sprawdzenia, czy Dalkia Polska nie była faworyzowana. Jako inwestor miałem dostęp do procedury regulującej pierwszy etap postępowania, ale kluczowa jest tzw. druga procedura. Mimo odpowiedniego artykułu w ustawie, Platforma wzbrania się także przed ujawnieniem przedwstępnej umowy prywatyzacyjnej, na podstawie której radni udzielili zgody na sprzedaż akcji, albowiem jak przypuszczam nie było tam mowy o tym, że pakiet socjalny, który z tytułu samej tylko premii prywatyzacyjnej warty jest nie mniej niż 20 mln zł, ma być finansowany przez SPEC. Od pracowników wiem, że to SPEC wypłaca premię prywatyzacyjną i finansuje ten pakiet. Ale przecież SPEC nie podpisywał tego pakietu, tylko Dalkia, więc to spółka francuska powinna płacić. Czy to sprawia jakąś różnicę mieszkańcom? Tak, ponieważ pakiet socjalny wchodzi w koszty firmy i daje powód do zażądania od URE zgody na podwyżki cen za ciepło. Jeżeli w przypadku prywatyzacji Skarbu Państwa pakiet socjalny finansują zazwyczaj prywatyzowane spółki, to tylko na podstawie odpowiednich zapisów umowy, bo z przepisów prawa to nie wynika. A tu prawdopodobnie przeoczono tę konieczność w umowie wstępnej, która była dla Rady Miasta podstawą udzielenia zgody na prywatyzację. Jednak umowa ostateczna prawdopodobnie obciąża SPEC tymi kosztami, skoro to właśnie przedsiębiorstwo je reguluje. Jeśli tak, to prezydent Miasta przekroczyła mandat udzielony jej przez Radę, a to „gardłowa” sprawa, która może skutkować nawet złożeniem Hanny Gronkiewicz-Waltz z urzędu. Dlatego tak się bronią przed jawnością.

W sumie wszcząłem kilkanaście postępowań administracyjnych w sprawie dostępu do informacji publicznej. Do dziś Samorządowe Kolegium Odwoławcze zdążyło zająć się czterema sprawami i prowadzę 3:1. Prawdopodobnie we wszystkich sprawach potrzebne będzie orzeczenie NSA.

Zwrócę jeszcze uwagę na jedną bardzo interesującą sprawę. Jeśli organ odmawia udzielenia informacji, ustawa przewiduje możliwość odwołania się do sądu. Ale w przypadku uznaniowego nadania informacji publicznej klauzuli poufności na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych, obywatel traci prawo odwołania się do sądu. W zamian za to może odwołać się do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tak też zrobiłem. Jednak ABW zamiast rozstrzygnąć spór pomiędzy mną a Hanną Gronkiewicz-Waltz, stwierdziła, że nie jestem „odbiorcą” umowy prywatyzacyjnej, w związku z tym nie mam prawa wnioskować o dostęp do niej. To, czy jestem „odbiorcą”, czy nie, nie było tematem sporu między mną a Prezydent Warszawy, tymczasem ustawa wyraźnie stwierdza, iż ABW może rozstrzygać wyłącznie spory. Mimo że sprawa mojego statusu „odbiorcy” była poza sporem i władze Warszawy nie odmawiały mi tego statusu, uzasadniając odmowę bliżej niesprecyzowanym „interesem Rzeczpospolitej Polskiej”, ABW zrobiła to z własnej inicjatywy, opowiadając się w tej sprawie, de facto politycznie, po stronie Platformy Obywatelskiej. Co istotne, od decyzji ABW nie ma odwołania. Płk Czesław Białek, który był pod nią podpisany, wykorzystał bardzo ważne narzędzie służące obronie państwa – jakim jest ustawa o ochronie informacji niejawnych – do wspierania jednej z sił politycznych. Takie postępowanie ABW może kiedyś uzasadniać zniesienie nadużywanych uprawnień organów państwa ze szkodą dla dobra publicznego, kiedy jego obrona będzie wymagała nadzwyczajnych środków.

Złożyłem skargę do premiera jako osoby nadzorującej ABW, czekam na rezultat. Jeśli moje działania nie okażą się skuteczne, to mam chociaż tę satysfakcję, że dokumentuję stan polskiego państwa. Kiedyś komuś to się może przyda.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 kwietnia 2012 r.

Człowiek dialogu

Człowiek dialogu

Gdzie tylko zamieszkał, skupiał wokół siebie przyjaciół. Całe jego życie było nieustannym dialogiem z ludźmi i całym światem. Wybitni uczeni, chłopi, żołnierze sowieccy – przychodzili do niego, by choć przez chwilę w towarzystwie tego dobrodusznego mężczyzny odpocząć, zaczerpnąć ciepła i nadziei. A jego nic tak bardzo nie zajmowało, jak poszukiwanie prawdy, która jednoczy wszystkich ludzi na świecie.

Stanisław Vincenz żył i tworzył w jednym z najciekawszych momentów naszej historii. Wiek XX był czasem gwałtownego rozwoju techniki, zwłaszcza środków transportu i masowego przekazu. Świat stał się nagle mały, ludzie mogli prowadzić rozmowy czy interesy niezależnie od miejsca pobytu. Zdawać by się mogło, że oto nastały idealne warunki do porozumienia ludzkości ponad narodami. Tymczasem rozwój cywilizacyjny zamiast zbliżać – oddalał. Ludzie doświadczali coraz bardziej okrutnej samotności. XX wiek naznaczony był okrucieństwem dwóch wielkich wojen światowych i systemów totalitarnych.

Jasną stroną minionego stulecia były natomiast działania zmierzające do zachowania i poszanowania praw człowieka oraz starania, by łagodzić spory lokalne, narodowe czy międzywyznaniowe na drodze dialogu. Wśród pionierów tego ruchu wymienić należy żydowskiego filozofa polskiego pochodzenia, twórcę filozofii dialogu – Martina Bubera, wybitnego rosyjskiego myśliciela, twórcę dialogizmu rosyjskiego – Michaiła Bachtina, a także polskiego pisarza, myśliciela, gorącego rzecznika budowania porozumienia przez dialog – wspomnianego Stanisława Vincenza.

***

Urodził się 30 listopada 1888 r. w Słobodzie Runguskiej na Huculszczyźnie jako syn inżyniera-ziemianina. Po śmierci ojca, Stanisław odziedziczył niewielki majątek ziemski wraz z wysychającym już polem wiertniczym, wydobywającym naftę. Obco brzmiące nazwisko pozostało śladem francuskich korzeni pradziada.

U podnóża Karpat Stanisław Vincenz przeżył 50 lat. W dzieciństwie wiele czasu spędzał w Krzyworówni u dziadków ze strony matki. Tu zapoznał się z huculską gwarą i obyczajami. Jego nianią była Pałahna Slipenczuk-Rybenczuk – Hucułka, którą z życzliwą wdzięcznością wspominał do końca życia. Tu też zbierał pierwsze materiały do swego największego dzieła – cyklu epickiego „Na wysokiej połoninie. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej”.

Vincenz odebrał staranne wykształcenie. Najpierw w gimnazjum w Kołomyi, później w gimnazjum klasycznym w Stryju. Był uczniem niepokornym, ale z pasją poznawczą. Uczestniczył w spotkaniach kółka samokształceniowego, któremu przewodniczył Stefan Vrtel-Wierczyński, późniejszy wybitny naukowiec. Studia Vincenz rozpoczął na Uniwersytecie Lwowskim, kontynuował je w Wiedniu. Przez pewien czas nie mógł znaleźć swojego miejsca w świecie nauki. Interesowało go wszystko, zatem studiował prawo, biologię, sanskryt, psychologię i filozofię. Edukację uniwersytecką zakończył pracą doktorską na temat wpływu filozofii Hegla na Feuerbacha. Zebrał również materiały do rozprawy habilitacyjnej o Heglu, jednak wszystko zaginęło w zawierusze wojennej.

W czasie I wojny światowej brał udział w walkach pod Haliczem, a także w wyprawie kijowskiej Piłsudskiego. Pracował jako wykładowca w szkole wojskowej w Modlinie. Po wojnie przez krótki okres zajmował się polityką, szybko jednak zniechęcił się do tej formy działalności. Czas dwudziestolecia międzywojennego spędził z żoną i dziećmi w swoim majątku w Słobodzie Runguskiej.

Po wybuchu II wojny światowej pisarz wraz z rodziną uciekł na Węgry, tam zaangażował się w pomoc Żydom, za co po wojnie przyznano mu tytuł „Sprawiedliwego wśród narodów świata”. Nie wrócił już nigdy do kraju. W latach 1946-47 przebywał w Niemczech, później zamieszkał w południowo-wschodniej Francji, a od 1964 r. w Lozannie w Szwajcarii. Tam zmarł 28 stycznia 1971 r.

W każdym miejscu, w którym się znajdował, był zaangażowany w życie kulturalne danego kraju czy regionu.

***

Działalność literacką rozpoczął od przetłumaczenia „Trzech poematów” Walta Whitmana (1921). Później współpracował z miesięcznikiem „Droga”, którego przez dwa lata był redaktorem naczelnym. Przed wojną wydał drukiem pierwszą część huculskiej tetralogii, „Prawdę starowieku”. Całość „Na wysokiej połoninie” powstawała i była publikowana na przestrzeni kilkudziesięciu lat, do 1979 roku. W latach 1938-1944 prowadził Vincenz zapiski z czytanych lektur oraz luźnych przemyśleń (wydane jako „Outopos. Zapiski z lat 1938-1944”, oprac. A. Vincenz), które stały się później fundamentem esejów tworzonych już na emigracji. Ich tematem są zagadnienia związane z wieloma dziedzinami: antropologią, historiozofią, filozofią, religioznawstwem, językoznawstwem i literaturoznawstwem. Szkice te publikowane były najpierw w różnych czasopismach emigracyjnych, m.in. w paryskiej „Kulturze”, później zostały zebrane w zbiorze „Po stronie pamięci” (Paryż 1965). Za życia Vincenza opublikowano także „Dialogi z Sowietami” (Londyn 1966) – eseje wspomnieniowe z okresu okupacji. Po śmierci pisarza ukazało się jeszcze kilka zbiorów esejów: „Tematy żydowskie”, „Z perspektywy podróży”, „Po stronie dialogu”, „Eseje i szkice zebrane”.

***

On jest stamtąd, skąd wszyscy – pisze Czesław Miłosz o Vincenzie w eseju „La Combe”. – Tak żartobliwie określa się pochodzenie ludzi najbardziej intelektualnie aktywnych na Zachodzie”. W innym miejscu wspomina: „Vincenz, zukraińszczały i zżydziały dokładnie w takim stopniu, jaki jest niezbędny, żeby w jego osobie dokonał się stop trzech pierwiastków jego ojczyzny. /…/ Kiedy chce ująć coś dobitnym ludowym zwrotem, używa ukraińskiego. W swoich medytacjach nad Samaelem, czyli Złym, zapuszcza się w przerażające głębie dialektyki żydowskich bałagułów spod Kosowa /…/. I nagle z polskiego szlachcica wyziera ktoś inny: cadyk w huculskim kożuchu”.

Galicja Wschodnia, ojczyzna Vincenza i Bubera, w dwudziestoleciu międzywojennym była prawdziwym tyglem etnicznym i kulturowym. Na terenie tym współistniały obok siebie wspólnoty pozostające pod wpływem m.in. polskim, ukraińskim, żydowskim, węgierskim, mołdawskim i ormiańskim. Przez wieki ścierały się tu wpływy dziedzictwa bizantyjskiego i zachodnioeuropejskiego. Wskutek wojen z imperium otomańskim okresowo silne były też wpływy tureckie. Pod koniec XVIII w., po upadku Rzeczpospolitej, część tych ziem weszła do wielonarodowej monarchii austro-węgierskiej. Obrazu wielokulturowości dopełniały wspólnoty żydowskie, znajdujące w Galicji schronienie przed wzbierającymi co jakiś czas w Europie falami antysemityzmu.

Teren pogranicza kultur wymagał szczególnych relacji między członkami poszczególnych grup. Wzajemna otwartość, zrozumienie, tolerancja chroniły przed konfliktami i jednocześnie ubogacały życie całych wspólnot, głęboko osadzonych we własnych tradycjach. To przenikanie się kultur, połączone z powszechnym głębokim szacunkiem dla świata przyrody, jego praw, kształtowało ludzi szczególnie wrażliwych, twórczych i niezależnych.

Jednym z owoców obcowania w tym regionie kultury żydowskiej z innymi, jest chasydyzm, ruch religijno-mistyczno-społeczny z XVIII w. Zapoczątkował go żydowski pustelnik i myśliciel Baal Szem Towa. Według jego nauki, Bóg prowadzi dialog z człowiekiem za pośrednictwem świata, zwłaszcza przyrody i drugiego człowieka. Na początku XX w. chasydyzm miał wciąż wielu zwolenników, zwłaszcza wśród huculskich Żydów. Vincenz zafascynowany był duchowością chasydów, radosną i pobożną, stojąc jednak poza religią żydowską nie mógł w niej uczestniczyć. Interesował się chasydyzmem w jego społecznym wymiarze, szczególnie skutecznością nauki Baal Szem Towa oraz samym twórcą ruchu, osobowością niezwykle charyzmatyczną. W 1933 r. z przyjaciółmi odbył wędrówkę śladami Baal Szem Towa. W dorobku Vincenza możemy odnaleźć ślady wpływu chasydyzmu – patrzenie na świat jak na wielką księgę, która zaprasza człowieka do odczytania, do wejścia z nią w dialog, a przez to odczytanie do zrozumienia samego siebie. W eseju „O książkach i czytaniu” pisarz, przestrzegając przed niewłaściwym, bezmyślnym czytaniem książek, przestrzega jednocześnie przed zamknięciem się w świecie literatury: „Byśmy nie stali się »literożercami«, którzy wszystko czerpią z papieru, a nie umieją spojrzeć na życie. Nie potrafią spojrzeć na las, na łąkę, na chmury, na ludzi. Nie zaczną nigdy uczyć się z tej wielkiej księgi »czytać niewidzialne pismo światowe« (Psd 1, s. 85)”.

***

Wszyscy, którzy go znali, chylili czoła przed jego erudycją. Trudno zaznaczyć granice między różnymi dyscyplinami naukowymi, w obszar których wkracza pisarstwo Vincenza. Wedle słów Miłosza, reprezentował on „rzadki gatunek, gatunek, któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia: prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty między różnymi dyscyplinami, posługującego się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat, niechętnego dyskusjom historiozofii w oderwaniu od filozofii pasterzy”. Jarosław Iwaszkiewicz napisał z kolei o nim, że „tylko drobną część swojej wiedzy i talentu przekazał nam w druku”.

Vincenza cechowała szczególna pasja poznawcza. „Tak wielki był w nim głód do każdego z najróżnorodniejszych głosów człowieka w całej ich dosłowności i swoistości – po śmierci Vincenza pisała Jeanne Hersch, szwajcarska filozofka i przyjaciółka rodziny Vincenzów – że osiągnął zdolność czytania w oryginale w czternastu rozmaitych językach. Ale przywiązywał się tylko do arcydzieł. Nie wydaje mi się, żeby mógł choć jeden dzień spędzić bez Homera czy Dantego i Szekspira. /…/ żył za pan brat z największymi autorami naszych czasów w jakiejś kpiarskiej komitywie, w poufałym zachwycie”. Wyraz tego dał w licznych esejach komentujących dzieła swoich mistrzów, w których odkrywa najgłębsze warstwy omawianych utworów.

Eseistyka Vincenza stawia czytelnikowi bardzo wysokie wymagania. Pisarz – jak zauważa Eugeniusz Czaplejewicz, jeden z badaczy tej twórczości – w swoich rozważaniach kluczy, wyprowadza czytelnika w pole, figlarnie maskuje i ukrywa tezy, wnioski i intencje. Ten sposób pisania, który przypomina cechy sokratycznego dialogu, może zniechęcać czytelnika przyzwyczajonego do łatwej lektury. Miłosz w Przedmowie do paryskiego wydania esejów „Po stronie pamięci” stwierdza, że największą trudnością dla współczesnego czytelnika jest konieczność zmiany „rytmu” – „niespieszne rozważanie o sprawach trudnych, nie zmierzające do żadnych dramatycznych wniosków może znużyć”.

„POTOMKOWIE OPRYSZKÓW”, ZDJĘCIE Z PIERWODRUKU KSIĄŻKI PRAWDA STAROWIEKU

***

Dialog jest najważniejszą ideą wskrzeszoną z tradycji antycznej przez Vincenza. Najważniejszą, bo z nią wiążą się wszystkie inne idee i wartości. W naszej epoce monologów i monologistów – pisał w eseju poświęconym Gandhiemu – jako, że zerwały się, czy ukryły sieci wspólnoty, ludzie dość rzadko przemawiają jeden do drugiego. Raczej mówią obok siebie, nie starając się, nie dbając o porozumienie, nawet wtedy, gdy mówią bardzo wyraźnie, aż do okrucieństwa. Nie tylko życie polityczne, nawet sztuka i literatura dają wiele przykładów zawziętego monologizmu, także monologizmu grup i grupek, bez oglądania się na porozumienie. I jakoś mimo woli rodzi się niesamowite przeczucie, że wszystkich razem czeka takie porozumienie, a raczej unifikacja, w której nikt nie będzie miał nic do gadania. Wydaje się przeto stosowną formą porozumienia, także w pisaniu powinien być dialog. Niekoniecznie zewnętrzna forma dialogu, raczej jego zasada: wysłuchanie innych, uwzględnienie nie tylko głosów, ale nawet szeptów”.

Powyższe słowa, pisane już po II wojnie światowej, stanowią bardzo surową ocenę współczesności i skutków, jakie powoduje brak troski o porozumienie. Zatracenie poczucia wspólnoty ludzkiej, monologizm, tj. zamknięcie się na odmienność, odrzucenie różnorodności i uznanie siebie za ostateczną miarę prawdy, to zagrożenia, które dotykają ludzi w każdym systemie politycznym. Zagrożone są nimi nie tylko poszczególne jednostki, ale i całe grupy. Skutki przyjęcia przez grupy postawy monologowej są szczególnie okrutne, rodzą „systemy monologizmu”, czego przejawem w historii Europy były faszyzm i komunizm. Dialog jest antidotum na te zagrożenia. Przytoczony fragment dobrze ilustruje szerokie spojrzenie Vincenza na ideę dialogu – dialog to nie forma, lecz zasada, postawa, którą może przybrać każdy człowiek, twórca oraz całe grupy społeczne.

Twórczość Vincenza, przesycona jest duchem dialogu. Samo pojęcie „dialog” nie zostało jednak nigdzie przezeń zdefiniowane. Pisarz najczęściej używa tego słowa na określenie sytuacji konwersacji. Mimo to, podobnie jak w filozofii Bubera i teorii Bachtina, jego sens wykracza poza tę sytuację, wchodzi w obszar relacji między różnymi wspólnotami kulturowymi. W odróżnieniu jednak od wymienionych nurtów myślowych, dialog w jego twórczości nie jest przedmiotem rozważań teoretycznych – jest praktyką.

Vincenz wielokrotnie powtarzał, że słuchanie i zrozumienie w dialogu jest po stokroć ważniejsze niż mówienie. Na podstawie rozmyślań rozsianych po różnych esejach, osobistych wspomnień pisarza, a także relacji zachodzących między bohaterami cyklu „Na wysokiej połoninie”, można pokusić się o zestawienie warunków niezbędnych do zaistnienia sytuacji dialogowej. Po pierwsze, wykazywał on szczególną troskę o dobre przekłady i komentarze do wielkich dzieł literackich. Uważał bowiem, że podstawowym warunkiem do zbliżenia różnych kultur jest ich objaśnianie w językach zrozumiałych dla odbiorców. Po drugie, dialog nie może zaistnieć w sytuacji, gdy partnerzy stają na nierównych pozycjach, zatem nie należy wartościować siebie nawzajem. Po trzecie, w prawdziwym dialogu może uczestniczyć tylko człowiek zakorzeniony w tradycji swojej wspólnoty, świadom wartości, które może wnieść do powszechnego dziedzictwa. Dzięki zakorzenieniu człowiek może odkryć własną tożsamość, a to jest warunek autentyczności. Po czwarte, konieczne są otwartość poznawcza, zaangażowanie, wzajemna sympatia, zainteresowanie partnerem dialogu i jego sprawami. Bez tych czynników trudno stworzyć sytuację, w której każda ze stron zostanie należycie wysłuchana.

***

Myśliciel z Pokucia opowiadał się za przyznaniem kulturom ludowym należnego miejsca w dziedzictwie światowym. Zaliczał je do drugiej warstwy kultury powszechnej – warstwy nieuświadomionej i spontanicznej. Doskonale znał obyczaje i podania huculskie, na bieżąco śledził także rozwój myśli antropologicznej. Uważał, że odkrycie kultur prymitywnych, skazanych przez wieki na swoistą „banicję kulturową”, jest wydarzeniem donioślejszym niż odkrycie psychoanalizy.

Vincenz cenił kulturę nieświadomą jako autentyczną, nierozerwalnie związaną z życiem – pracą, rodziną, przyrodą, a przez to odpowiadającą na najgłębsze potrzeby człowieka: pragnienie piękna, nieśmiertelności, Boga, bezpieczeństwa. W niej odnajdywał uniwersalny pierwiastek, wspólny całej ludzkości. Często podkreślał w swoich pracach szczególną bliskość ludów europejskich, którą dostrzegał w sprawach zawiązanych ze współistnieniem w obrębie społeczności. Chrzest, konfirmacja, wesela, pogrzeby – Vincenz wielokrotnie był świadkiem takich uroczystości, nazywał je „teatrami obyczaju i okazjami do uczenia się dla pamięci tradycjonalnej”.

Pisarz zaangażowany był w działania zmierzające do rozprzestrzenienia idei „bliższej ojczyzny”, w naszym współczesnym języku powiedzielibyśmy – „małej ojczyzny”. Miejsce dorastania, jego krajobraz, tradycja, zanurzenie w pewnej wspólnocie, dają człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. Zakorzenienie w „małej ojczyźnie” umożliwia twórcy i każdemu człowiekowi samoidentyfikację, jest gwarancją autentyczności, a więc warunku niezbędnego do zaistnienia dialogu. Homer, Dante, Goethe, Mickiewicz – to pisarze wymieniani przez Vincenza jako ci, którzy czerpiąc ze skarbca kultur, w których wzrastali, wnosili regionalizmy do dziedzictwa światowego. Vincenz był jednym z organizatorów zjazdów ludzi, którym bliska była idea zachowania poszczególnych regionów w ich kształcie kulturowym.

***

Eseje Vincenza i przedstawione w nich poglądy, wg słów Eugeniusza Czaplejewicza, „stanowią raczej kunsztowną oprawę i naturalne uzupełnienie, rzec można: tło dla koronnego klejnotu”. Tymże klejnotem jest natomiast czterotomowy cykl „Na wysokiej połoninie”. Sam pisarz nazywał go „dziełem życia”, pracował nad nim nieustannie prawie 40 lat. To utwór absolutnie oryginalny i nie mający swoich odpowiedników w literaturze polskiej. Przez ponad 2300 stron Vincenz snuje opowieść o huculskim świecie, niesamowitej górskiej przestrzeni, mieszkańcach należących do różnych wspólnot kulturowych, ich obyczajach, wierzeniach, pracy – o wszystkim, co stanowiło istotę życia huculskich pasterzy i ich sąsiadów.

ILUSTRACJE Z PIERWODRUKU KSIĄŻKI TEMATY ŻYDOWSKIE

„Połonina” jest opowieścią gawędziarza, który nie dba o chronologię wydarzeń, bo są one tylko pretekstem do opowiedzenia o sprawach znacznie ważniejszych, uniwersalnych – o ścieraniu się człowieka ze światem przyrody, o odwiecznej walce dobra ze złem. Vincenz, wzorem Homera, zbiera podania, obserwacje własne z wielokulturowej Huculszczyzny i na ich podstawie buduje w najdrobniejszych szczegółach obraz świata odchodzącej cywilizacji pasterskiej. Jest to jednocześnie próba nakreślenia idealnej wspólnoty, wzoru budowania głębokich relacji między ludźmi i otaczającym ich światem przyrody. Podstawą tych relacji jest sokratyczny dialog – rozmowa równego z równym w atmosferze wzajemnej otwartości.

Tę Atlantydę Słowiańszczyzny zatapia napływ cywilizacji zachodniej. „Na wysokiej połoninie”, a zwłaszcza „Pasmo 2” – „Nowe czasy. Zwada”, to głos sprzeciwu Vincenza wobec wprowadzania praw cywilizacji miejskiej w obszar kultur ludowych. To zderzenie dwóch zupełnie różnych porządków świata, a nawet różnych czasów. „Do miasta przychodzi gazda – opowiada narrator „Prawdy starowieku” – albo zbyt rano o świcie i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć w biały dzień przyjdzie, ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas”. Prawa zachodniego świata są dla Hucuła obce i burzą istotę dialogu, bo miejsce człowieka zajmuje abstrakcyjna instytucja, przestaje więc nagle funkcjonować zasada, że „gazda z gazdą zawsze się dogada i pogodzi”. Foka, główny bohater cyklu, domyśla się, że głównym gazdą w tym obcym świecie jest pieniądz.

„Czas górski” nie ma układu linearnego. Vincenz tak go opisuje: „czas się jakoś rozwiewa, rozpyla, a nie spieszy /…/ rozwija się, rozpościera jak wachlarz i rozszerza po łąkach – nie czas to, lecz – fala wieczności”. Kompozycja całości cyklu rozpościera się na podobnej „fali”. Czas akcji „Połoniny” ma ściśle określone ramy – jesień 1887 roku. Jednak akcja jest tylko zaczynem, z którego wyrastają historie minione – te bliższe, z lat 60. XIX w. i te najstarsze – z prawieku. Ożywają w nich dawni bohaterowie i dawna tradycja. Dzięki zerwaniu z linearnością czasową, jednocześnie otwiera się tu perspektywa wieczności: „nasz obyczaj stary /…/ najlepszy dla nas. I nas przeżyje” – powie w „Zwadzie” Foka włoskim przybyszom.

Motywem scalającym wszystkie tomy powieści jest wesele we dworze w Krzyworówni. „Temat – wyjaśniał pisarz w jednym z listów – wzięty z wesela mojej Matki, na którym spotykają się wszystkie stany, a nawet cudzoziemcy przybywają. Cóż to znaczy? To zagadnienie już nie regionalne, tylko pytanie, co nasz kraj, względnie jego postacie duchowe, mogą dać światu. /…/ Idąc śladami Platona, ale nie naśladując go, chciałem postawę i światopogląd wyrazić za pomocą tych naszych rodzimych mitów”.

Vincenz obdarzony był niezwykłym talentem gawędziarskim. Epicki rozmach tego dzieła ma swą przyczynę przede wszystkim w tym, że od początku do końca wyrasta ono z tradycji ustnej. Andrzej Vincenz, syn pisarza, tak wspomina pracę ojca: „całe »Na wysokiej połoninie« jest tekstem mówionym, jednym wielkim opowiadaniem, rozmową z czytelnikiem. O tym należy stale pamiętać. Gdyż także pisane było w ten sposób: najpierw notowane /…/ jako pierwszy brulion, z którego dyktował potem mojej Matce na maszynę tekst mniej więcej definitywny. Niektóre teksty były dyktowane dwa albo trzy razy, wszystkie powstały jako teksty ustne, mówione. Łatwo się o tym przekonać, czytając je na głos”.

Sam Vincenz po skończonej pracy, gdy zebrał wokół siebie rodzinę i przyjaciół, „czytał głośno wieczorem przy winie swoje kroniki: o Boku, który tarł czarnego byka w nadziei, że wybieleje /…/ o radości jaka zapanowała na dworze króla Hiszpanii, kiedy zjawił się tam krawiec Pinkas, bo chrześcijanom jest nakazane kochać nieprzyjaciół, a oni wytępili swoich Żydów i nie mieli już kogo kochać. Ale przede wszystkim był promieniujący, epicki, z tym rodzajem humoru, który równy jest szczodrobliwości /…/ i obdziela wszystkich na równi nie po to, żeby górować, ale żeby komizm włączyć w strukturę bytu” – wspominał Czesław Miłosz.

***

Dom Vincenzów, czy to u podnóża Karpat, czy w sąsiedztwie Alp, często był pełen gości. Nawet w czasach emigracji, gdy na stole u gospodarzy nie było nic prócz pomidorów i mamałygi, pielgrzymowali do Mistrza z Pokucia intelektualiści różnych formacji kulturowych i wyznań. Przychodzili, by szukać uspokojenia i uzdrowienia, by, wedle słów Miłosza, „odtruwać się” z jadu współczesnej cywilizacji. Józef Czapski napisał: „Jeżeli nie zdziczeliśmy wszyscy na naszych wyspach oddalonych /…/ zawdzięczamy to paru ludziom wśród nas – miary Stanisława Vincenza – którzy byli naszym sumieniem historii”.

W czym tkwił sekret Vincenza? Był człowiekiem nadziei. Dostrzegał cywilizacyjne zagrożenia, a w swej twórczości – jak zauważa Stanisław Tomala – zdawał się zmierzać, wbrew opinii Miłosza, do dramatycznego wniosku: jeżeli ludzkość zrezygnuje z dążeń do porozumienia i nie przyjmie postawy dialogowej, może stanąć „w obliczu zagrożeń, którym nie będzie umiała przeciwdziałać”. Mimo to, wzrok czytelnika i każdego napotkanego człowieka, Vincenz starał się odwracać w stronę piękna i dobra, tak jakby przeczuwał, że lekiem na zło jest skierowanie uwagi na to, co naprawdę wartościowe.

Czapski napisał o Vincenzie: „Do końca dominowało w nim błogosławieństwo życia, każdego życia, w jego nieskończonej różnorodności i nawet w latach wojny, klęsk, zbrodni, deptania wszelkiej godności ludzkiej, nawet wówczas umiał jeszcze wskrzeszać światło”. Miłosz, opisując swoje pobyty w La Combe, wiosce, w której Vincenzowie spędzali lato, wyznaje: „Podpatrywałem sekret Vincenza. Miałem przed sobą kogoś, kto obalał /…/ rozdęte mitologie /…/ lamentujących »tułaczy«, gotowych zmarnować życie na tymczasowość i oczekiwanie powrotu /…/, byle udawać, że nie są, gdzie są. /…/ Znikąd nie był wygnany. /…/ Dokoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu”.

Na parę lat przed śmiercią wyznał jednej z przyjaciółek rodziny: „Nie pamiętam człowieka, którego bym poznał i wobec którego bym nie czuł, że mógłby być moim przyjacielem. Prawdziwość tych słów potwierdzają „Dialogi z Sowietami” – zapis wspomnień z okresu II wojny światowej. Jest to surowa ocena nieludzkiego systemu, przed którym Vincenz uciekał, obawiając się m.in. nudy wynikającej z jednokierunkowości myślenia. To również wspomnienie spotkań z sowieckimi żołnierzami, w których pisarz dostrzegał przede wszystkim ludzi. Sowieci to wyczuwali i garnęli się do niego. Wyraźne jest to zwłaszcza w opisie wydarzeń z 1944 r., kiedy wojska radzieckie weszły na teren Węgier. Przychodzili zmęczeni frontem mężczyźni, żeby po prostu pogawarit’.

Przyjaciółmi Vincenza byli również ludzie, wśród których mieszkał. W Słobodzie Runguskiej rozmawiał ze swymi sąsiadami w ich narzeczu, był jednym z huculskich mieszkańców podnóża Czarnohory. Huculi darzyli go niezwykłą przyjaźnią. I często tłumnie odwiedzali w niedzielne popołudnia, gdy „Dochtor” puszczał specjalnie dla nich z patefonowych płyt koncerty muzyki klasycznej.

Sekret dobrego sąsiedztwa Vincenz zabrał ze sobą na emigrację. „W małej wiosce La Combe, gdzie spędzał długie letnie miesiące /…/ był cudzoziemcem – wspomina przyjaciela Jeanne Hersch – tym, który nie mówi tak jak wszyscy. Ale był ich przyjacielem. Skoro tylko miał chwilę czasu, przychodzili do niego. Starzy, dzieci, mężczyźni, kobiety – wszyscy. Listonosz zjawiał się z twarzą rozpromienioną odświętnie. Przychodzili, aby opowiedzieć, co się wydarzyło albo że nic się nie wydarzyło. Każdy siadał na chwilkę, aby być wysłuchanym, dostrzeżonym, pokochanym”.

Edward Abramowski: Pomniejszyciele ojczyzny

Edward Abramowski: Pomniejszyciele ojczyzny

I

Są idee pochodzące ze słabości, tak samo jak są pochodzące z siły. Ludzie znużeni życiem i walką, wątpiący, „psychostenicy” z natury, pesymiści z urodzenia, poszukują jak gdyby usprawiedli­wienia przed samymi sobą własnej niemocy czy bojaźni – i szukają idei, więcej nawet, szukają systemów filozoficznych lub progra­mów społecznych, które by wytłumaczyły i uzasadniły ich słabość. Rodzą się wtedy owe idee smutnej rezygnacji, hasła wstydliwe, wypowiadane z zastrzeżeniami, hasła, które już w samym początku swych narodzin noszą piętno śmierci. Jeżeli przyjmują się wśród ja­kiegoś narodu i żyć zaczynają, to znak nieomylny, że naród ten ska­zany jest na zagładę. Jeżeli spotykają atmosferę życzliwą dla sie­bie, w której mogą rozszerzać się, to znaczy, że jest to atmosfera upadku energii życiowej, okres tchórzostwa, zmalenia dusz, zwyro­dnienia.

W przeciwieństwie do tego, jak idee z siły pochodzące przyno­szą z sobą wszędzie, gdzie powstaną, radość życia i dumę, upojenie bohaterstwa i przedziwny urok cnót rycerskich, romantyzm mło­dości, który sam przez się starczyć może niekiedy za broń niezwalczoną; w przeciwieństwie do tego – idee słabości przynoszą z sobą upokorzenie i wstyd, zgrzybiały, bezsilny rozsądek, starający się uczyć ludzi, jak trzeba żyć, ażeby żyć jak najmniej, jak najskromniej, najciszej, żyć nie zawadzając nikomu, zadowalając się najmniejszą ilością powietrza i słońca, ziemi i wolności, pokarmu i uciechy. Są to idee, uczące życia bojaźliwego, życia ludzi na wymarciu, życia pariasów.

W narodzie polskim, którego duszą było rycerstwo hojne i od­ważne, dumne i wspaniałomyślne, idee tego rodzaju nie miały do­tychczas pola, aby się rozwinąć mogły. Tradycja bohaterstwa, idąca nieprzerwanie poprzez pokolenia, aż do ostatnich czasów nie po­zwalała krzewić się myśli, którą rodziła bojaźń, a hodowała niemoc i zwątpienie.

Dopiero w ostatnich latach, w pokoleniu wychowanym na „materializmie” filozoficznym i społecznym, szerzyć się zaczęły nie­śmiałe szepty „ideologii trzeźwej”. Któż z nas nie spotykał ludzi, należących do ziemiaństwa kresowego lub z inteligencji wschodnio-galicyjskiej i poznańskiej, którzy, opowiadając o ciężkich warunkach życia, o przemożnej sile żywiołów wypierających, wypowiadali jednocześnie, bojaźliwie i niepewnie patrząc w oczy, swój „program” rezygnacji z dawnych siedzib? Czyż zdołamy ostać się! – mówili – jest nas coraz mniej, fala obca zalewa, a jeżeli nie zalewa jeszcze dzi­siaj, to na pewno zaleje jutro. Po co zatem daremna walka i straty? Czy nie lepiej, nie wygodniej, nie korzystniej wynieść się z tej ziemi praojców, z której nas pędzą; czy nie lepiej skupiać się nad Wisłą, przenieść do Warszawy swoje fortuny i siły? Tych ustępujących zawczasu można spotkać wszędzie: na Litwie i na Wołyniu, pod Kołomyją i pod Lwowem nawet! Boją się oni wszystkiego, czują się pariasami wobec każdego obcego nawet przybysza; gotowi są ustą­pić z własnego domu na pierwsze wezwanie, na pierwszą groźbę. Są to „ugodowcy” z urodzenia, „pomniejszyciele ojczyzny” z włas­nej woli, a raczej z własnego niedołęstwa. Bismarck wysyłał ich ironicznie do Monte Carlo. Rusińscy prowodyrzy w Galicji wyrzu­cają ich za San; litewscy „nacjonaliści” wskazują im bez ceremonii, że mają wynosić się nie tylko z Litwy, ale i z całej Suwalszczyzny. Czesi wreszcie pędzą ich ze Śląska Cieszyńskiego.

Ale ci wszyscy bojący się i ustępliwi nie mieli dotychczas swe­go oficjalnego hasła, swojej ideologii, swego programu, któryby w imię „dobra ojczyzny” usprawiedliwiał ich małe dusze. Mówiono o tym, ale szeptem, mówiono jakby wstydząc się, o smutnej konie­czności, zarzekając przy tym, że to nie przekonania ich, ale mus działa.

I oto – zjawia się dla „nich” ideologia; zjawia się w chwili wzmożonego ataku na naród polski, głośnego wezwania, by się wy­nosił za Bug i San, za Niemen i Wartę. Spotkałem się z tą smutną ideologią w broszurze p. Czesława Jankowskiego pt. „Naród pol­ski i jego Ojczyzna” (Warszawa 1914). Tym przykrzejsze jest zja­wienie się tego nowego „programu pomniejszycieli”, że wychodzi on nie spod obcego nam pióra, że wygłasza go dziennikarz polski, dziennikarz i poeta, sympatyczny i popularny.

Ale historia miewa takie tragiczne momenty; a miewa je szczególnie historia polska. To, co dotychczas mówiło się cicho, po kryjomu, w chwilach upadku ducha, z rumieńcem wstydu na twa­rzy, jest podniesione do znaczeniahasła i programu. Hasło takie nie powinno było zjawić się; etyka narodowa nie pozwala na dyskuto­wanie pewnych kwestii, bo ojczyznama swoje dogmaty nietykalne, jak każda religia. Ale stało się! Podniesiono program „pomniejszycieli”, więc trzeba go przedyskutować choćby w kilku słowach.

Autor broszury streszcza ów program w aforyzmie następują­cym: Nabycie i utrzymanie w polskim ręku jednej kamienicy w Warszawie jest czynem patriotycznym sto razy donioślejszym, niż tkwienie z pełną kabzą i w pełni sił życiowych, albo z resztka­mi jednej i drugich, gdzieś w mińskich błotach, pod kurlandzką granicą, na czernichowskich czarnoziemach, albo gdzieś pod Kołomyją (str. 60). W innym zaś miejscu mówi: Należałoby przede wszystkim wykreślić ścisłe granice Polski etno­graficznej; nie cofając się przed uznaniem np. części gubernii suwalskiej za terytorium etnograficznie litewskie, a wschodnich dzielnic Galicji za terytorium etnograficznie rusińskie, oczywiście godząc się na wszelkie takiego uznania konsekwencje. Należałoby następnie uznać za pożądane, a nawet za obowiązek narodowy, zasilanie Polski etnograficznej wszystkimi siłami kulturalnymi i kapitalistycznymi, wycofywanymi z tzw. kresów byłej Rzeczypospolitej (str. 59). Owe „kresy”, o których mowa, mieszczą w sobie bardzo wiele; wchodzi w nie Litwa i Białoruś, Ukraina, Wołyń i Podole, nawet wschodnia Galicja (zapew­ne ze Lwowem) i Suwalszczyzna. Według tego programu, ojczyzna polska ma być zredukowana do Polski etnograficznej. Autor byłby zapewne w kłopocie, gdyby go zapytać o wykreślenie granic tej no­wej Polski. Czy decydowałaby o tym procentowa większość ludności mówiącej po polsku? W takim razie spora liczba powiatów wschodniej Galicji weszłaby do owej etnograficznej Polski; nato­miast wiele powiatów Księstwa Poznańskiego, Śląska, Prus zachod­nich i wschodnich znalazłoby się poza jej granicami, a całe Pomorze gdańskie uznalibyśmy za legalną posiadłość niemiecką. Zresztą granice tej nowej Polski zmieniałyby się zapewne co lat kilka. Gdy­by się okazało, przy nowym spisie ludności, że obwód gnieźnieński np. ma większość niemiecką, to według programu pana J. Gniezno zostałoby wyłączone z Polski itd.

Na szczęście jednak sama zasada Polski etnograficznej jest zasadą fałszywą, pojęciem utopijnym, nierealnym. Historia nie zna narodów etnograficznych; są tylko szczepy lub plemiona etnograficzne – to, co służy do tworzenia narodu. Narody najbardziej dziś rozwinięte i jednolite, posiadające swoistą duszę i cywilizację, młodsze i silne, są wielkim zbiorowiskiem różnych ras, szczepów i plemion. Na przykład Francja: przejdźmy jejposzczególne kraje od celtyckiej Bretanii zaczynając, przezNormandię, Pikardię, Sabaudię itd. do południowej Prowansji; spotkamy nie tylko odmienne rasy i typy etnograficzne, zamieszkujące jednolicie owe kraje, lecz także od­mienne języki lub gwary ludowe, tak dalece niepodobne do siebie, że włościanie tych krajów, nie znającymowy literackiej francuskiej, nie mogą się między sobą porozumieć. A jednak jest tylko jedna Francja jako ojczyzna, jednakowo miłowana i broniona bohatersko przez Bretonów, jak i przez Prowansalczyków.

Zobaczmy taką Anglię. Celtowie, zamieszkujący Walię i po­łudniowe brzegi Anglii, nie mogą porozumieć się ze Szkotami; Szko­ci nie rozumieją języka londyńczyków itd.; spotykamy tu odmienną mowę, odmienne zwyczaje, podania, ubiory. Pomimo to jest tylko jedna ojczyzna angielska dla nich wszystkich. Albo Niemcy. Zda­wałoby się, że jest to ów par excellence jednolity etnogra­ficznie naród. A jednak chłop bawarski, stając przed sądem pruskim, potrzebuje tłumacza; a nawet powierzchowny obserwator po­trafi odróżnić typ Prusaka, mieszańca krwi Słowian, Niemców, Pru­sów, Litwinów, od typu Niemca południowego lub z okolic Hambur­ga i ze Szlezwigu. W przeciwieństwie do tych narodów, etnogra­ficznie mieszanych, mamy tylko plemiona czyste etnograficznie, Sło­waków, Chorwatów, Ormian itd., ludy bez ojczyzny, dążące do­piero do tego, aby się przetworzyć w naród i ojczyznę stworzyć.

Widzimy więc, że tzw. jedność etnograficzna a „ojczyzna” są to pojęcia niewspółmierne. Ojczyzna tworzy się ewolucyjnie; tworzy się historią współżycia ludów na tej samej ziemi; tworzy się przez ciągłe krzyżowanie się krwi i ducha, przez przeżywanie tych samych wypadków zbiorowego życia, tych samych walk, uczuć, wspólnych nadziei i radości, klęsk i smutków. Ojczyznę mam dlatego, że we krwi mojej na dnie mojej duszy, w najtajniejszych głębinach jaźni, żyją ciągle przodkowie moi – ich uczucia i przeżycia,ich pożąda­nia i ideały, ich wiara i pamięć. Dlatego ludy i plemiona, odmiennymi nawet językami mówiące, ale które krzyżowały się ciągle przez wieki i pokolenia i które przeżywały razemtę samą historię, które mają te same wspomnienia dziejowe, we krwi przechowane, ludy takie mają zawsze jedną ojczyznę, i ta ojczyznanie jest czymś zewnętrznym dla nich, sztucznym, narzuconym, albo tylko wspólnym państwowym dachem nad głową, lecz przeciwnie, stanowi ich wła­sną duszę, jest głębszą i najważniejszą cząstką jaźni każdego czło­wieka. Wybitny przykład tego, jak się tworzy „ojczyzna”, stanowią dla nas Żydzi;ponieważ krzyżowaniu z nami nie podlegali i mieli zawsze własne życie zbiorowe, zamknięte i odgraniczone od nasze­go, dlatego też, pomimo życia wśród nas przez tylewieków, nie ma­ją jednak wspólnej z nami ojczyzny i zachowali swoją odrębną, bez ziemi i granic, nawet bez języka własnego.

II

A teraz zobaczmy, czym byłaby owa etnograficzna Polska (marzenie polityczne różnych panów z „Nowoje Wremia”, „Diła” [rosyjskie i ukraińskie czasopisma niechętne idei „wielkiej” Polski – przyp. redakcji „Obywatela”] itp.)? Odpowiem na to wprost: Nie byłaby to Polska, ale „Kraj Nadwiślański”, nowe plemię słowiańskie, żyjące na gruzach narodu. Polska rzeczywista, istniejąca dzisiaj, zginęłaby wtedy. Nowa Polska, etnograficznie określona, musiałaby do tej swojej „etnograficzności” przystosować cały swój dorobek ducho­wy, całą swą kulturę; musiałaby zatem wyrzecsię nie tylko Mickie­wicza, Słowackiego i Kościuszki, jako obcych sobie, ale przekreślić także całą swą historię, wszystko, co w tej historii było wielkiego. Grunwald i Unię Lubelską, zwycięskie pochody Batorego i wojny szwedzkie, zapasy z najazdem Wschodu, z hordami Tatarów i Tur­ków, Konfederację Barską – wszystko jednym słowem, czym żyje dotychczas ojczyzna polska, całą świetność tradycji, całe bohater­stwo pokoleń, wszystkie sejmy i konfederacje, elekcje i pospolite ruszenia, zwycięstwa i przegrane pełne poświęceń, aż do Filaretów i Konarskiego, i dalej jeszcze. Bo w tym wszystkim, wszędzie, na każdej karcie dziejów naszych, w każdym poruszeniu duszy polskiej, nie występuje nigdy owa wydzielona sztucznie Polska etnogra­ficzna.

Dla etnograficznej Polski trzeba byłoby utworzyć nową kultu­rę i nową duszę. Nie miałaby ona ani historii, ani przeszłości. Czy z takim okaleczeniem duchowym naród mógłby żyć? Niech na to odpowiedzą szczerze zwolennicy „pomniejszenia”; niech odpowie­dzą nie mnie, ale sami sobie, bo to jest sprawa ich własnego su­mienia.

Pójdźmy jednak dalej i wyobraźmy sobie, że ów program ogłoszony przez p. Czesława Jankowskiego jest wykonywany; bo przecież po to tylko stawia się nową ideę społeczną czy polityczną. Co by z tego wynikło? Przypuśćmy, że przejęci tą ideą i ośmieleni ziemianie polscy i przemysłowcy z Litwy i Rusi zaczyna­ją sprzedawać tam swoje majątki, likwidować interesy i przenosić się do Królestwa, kupując kamienice w Warszawie i w innych miastach właściwej Polski. Na całej przestrzeni między Bu­giem, Dźwiną i Dnieprem nikną więc dwory polskie, topnieje pol­skie mieszczaństwo, zaludniające Wilno, Grodno, Żytomierz, Ka­mieniec itd.; zostają się tylko ci, którzy przenieść się nie mogą, zostają wsie polskie, rozrzucone po całej Litwie, zaścianki drobnej szlachty, rzemieślnicy i służba. Z ubytkiem polskich majątków i przedsiębiorstw, cała ta rzesza ludu polskiego, licząca z górą dwa miliony (bez Galicji wschodniej) zostaje na łasce losu i w miarę słabnięcia polskiego stanu posiadania i kultury w tych krajach musi z konieczności rzeczy zatracaćswą narodowość, poddawać się in­nym wpływom, innej kulturze. I oto ideał nowego programu zostaje osiągnięty: za Bugiem nie słychać już mowy polskiej, nie spotyka się polskiej książki, ani utworu polskiego, ani kościoła.

Czy można przypuścić, że po takiej zmianie Polska „etnogra­ficzna” stałaby się silniejszą? Nawet gdyby wszystkie kamienice Warszawy były w rękach Polaków? Stałoby się wprost przeciwnie: Warszawa, która dziś jest ogniskiem umysłowym i cywilizacyjnym dla całej przestrzeni Królestwa, Litwy i Rusi, do której ciążą z najodleglejszych zakątków kresowych nie tylko umysły, ale i interesy polskie finansowe, która jest wielkim rynkiem nauki i handlu dla ca­łej tej przestrzeni b. Rzeczypospolitej, dlatego właśnie, że jesteśmy jeszcze ,,w mińskich błotach” i na „czarnoziemach” Ukrainy – Warszawa stałaby się wyłącznie i jedynie stolicą „Nadwiślańskiego kraju”, zubożałaby materialnie i duchowo.

Odpowiedzieć mi może na to pan Jankowski, że natomiast zgromadziłyby się tutaj kapitały wycofane stamtąd, że bogactwo na­rodowe nie zmniejszyłoby się, lecz tylko zgęstniałoby na mniejszej przestrzeni, stając się odporniejsze. Otóż, z punktu widzenia eko­nomii społecznej jest to absurd, bo kapitały dla swego życia i roz­woju potrzebują przede wszystkim rozległych rynków i rozległych stosunków; nagromadzanie się w jednym miejscu jest zarazem zatamowaniem ich rozwoju, słabnięciem żywotności. Unarodowienie przemysłu i handlu w Królestwie, spolszczenie miast jest sprawą pierwszorzędnej wagi, na to musimy zgodzić się wszyscy, ale czyż dlatego handel i przemysł jest dziś w obcych rękach, że brak nam owych kapitałów, tkwiących w ziemiach Litwy i Ukrainy? Bynaj­mniej! Wiemy dobrze, jak wielkie kapitały arystokracji rodowej polskiej spoczywają bezczynnie w zagranicznych bankach, jaka ma­sa pieniędzy polskich tkwi w rozmaitych przedsiębiorstwach w Rosji, na Syberii i na Kaukazie, ile drobnych oszczędności nagromadza się i marnieje bezpłodnie w różnych kasach powiatowych i gminnych. Czyż nie te raczej kapitały, szczególnie operujące na da­lekim Wschodzie i przechowywane w londyńskich i paryskich ban­kach powinny być przeniesione na teren dzisiejszy walki ekonomicznej, którą Królestwo rozpoczęło, zamiast by miały być osiągnięte z hańbiącej sprzedaży ojcowizny? Zaiste, dziwna jest logika tego nowego „patriotyzmu nadwiślańskiego”!

Inna jeszcze kwestia, którą ów program wysuwa, kwestia ma­jąca pewien pozór użyteczności, to skupianie się narodu. Ale i tu także widzimy jakby rozmyślne zamykanie oczu na to, jakie to masy rozproszone ludu polskiego skupiać by należało, i takie stawianie kwestii, jak gdyby autorowi szczególnie szło o odpolszczenie Litwy i Rusi, o przyzwyczajenie nas do tej myśli, że jesteśmy tam nie narodem, mieszkającym u siebie w domu, ale jakąś kolonią, podobną do kolonii amerykańskich lub galicyjskich. Jeżeli chodzi o skupianie narodu – to dlaczego zapominać o tym, że corocznie wychodzi z kraju paręset tysięcy ludu polskiego do Ameryki lub Niemiec, do Danii i Francji, i że te tysiące, przy innym układzie stosunków spo­łecznych, w miarę unaradawiania handlu i przemysłu, w miarę rozwijania się kooperatyzmu rolnego i planowej parcelacji, mogą zo­stać w kraju i skupiać się istotnie, korzystając ze źródeł zarobko­wych, zajętych dzisiaj przez obcych? Dlaczego zapominać o tym, że w samej Ameryce przebywają stale przeszło 3 miliony Polaków, któ­rych powrót do ojczyzny, choćby częściowy tylko, wraz z kapita­łami zdobytymi tam, zasiliłby w olbrzymim stopniu nasze jądro et­nograficzne, nie uszczuplając przy tym Polski ani duchowo, ani terytorialnie? Dlaczego nie wzywać do powrotu owego pół miliona Po­laków rozrzuconych na całym Wschodzie rosyjskim, gdzie dora­biają się fortun albo marnują swoje zdolności i siły, nie dając nic ojczyźnie? To są właściwe kolonie, którym należałoby rzucić mocne i głośne hasło powrotu do kraju, wezwanie stanięcia do walki o odzyskanie miast, o wyrugowanie kapitałów niemieckich i żydow­skich, kapitałów i talentów fachowych. Ma się jakieś przykre, gnę­biące wrażenie, czytając broszurkę p. Jankowskiego, wrażenie takie, jak gdyby autor uległ sam pewnym sugestiom, dobrze nam znanym, jak gdyby za innymi powtarzał, że tam, za Bugiem i Sanem, jesteśmy już obcymi, że jesteśmy kolonią przybyszów, któ­rych osadził ongi „imperializm” polski; jak gdyby istotnie nie wie­dział tego, że Polska żadnego z ludów, wchodzącego w skład Rze­czypospolitej, nie podbijała i żadnego nie wynaradawiała nigdy i że większość nawet tej ludności, która zamieszkuje ziemie Litwy i Rusi, jest ludnością polską, przed wiekami tam osiadłą i która właśnie wskutek braku wszelkiego „imperializmu” polskiego i wskutek zbyt bliskiego spokrewnienia z ludem białoruskim i ukraińskim zatraciła w znacznej części swój rodowity język.

Ta jedność narodowa, zarówno mas włościańskich, jak i szlach­ty, wspominana nieraz przez dawnych historyków i pamiętnikarzy, tłumaczy nam tę łatwość, z jaką wytwarzała się Unia Korony i Księ­stwa Litewskiego, Unia dokonana bez najmniejszego przymusu, bez jakiegokolwiek użycia siły państwowej. W taki sposób, jak zjedno­czyła się Litwa i Ruś z Polską, w taki sposób nie odbyło się nigdy żadne zjednoczenie obcego ludu z najeźdźcą,inie mogłoby się odbyć, gdyby lud Litwy i Rusi był ludem obcym, a my garstkami kolonistów. Cytowane zwykle przez wrogich nam historyków sławne wojny kozackie nie były nigdy walką narodową, lecz klasową; były to bunty chłopskie, skierowane przeciwko możnowładztwu panów, podobne zupełnie do buntów chłopskich, jakie wówczas rozpalały wielkie łuny wszędzie, w Niemczech, Francji, Anglii, bunty, które przeszły zresztą i u nas granice „etnograficzne”, jeżeli takie były, i zaczęły szerzyć się płomieniem daleko poza San, stawiając te same hasła wyswobodzenia się od panów. Kostka Napierski mógł odegrać taką samą rolę jak Chmielnicki, gdyby poparły go siły i intrygi sąsiedniego państwa. Że z tych walk klasowych sąsiedzi nasi umieli skorzystać, a nawet przemienić je na walki plemienno-religijne, to jest inna sprawa; zbuntowany chłop ukraiński szukał sprzymierzeńców, jacy mu się ofiarowywali, i szedł razem nawet z chanem tatar­skim, aby tylko uwolnić się od jarzma ekonomicznego poddaństwa. Ognisko tego ruchu walki, Sicz Zaporoska, miała w swych zastępach całe mnóstwo nie tylko chłopów, ale i szlachty polskiej, która z ro­zmaitych powodów garnęła się pod jej sztandary. I nawet wtedy, gdy siły zbrojne buntu były u szczytu swego rozwoju i potęgi, na­wet wtedy nie zjawiła się wśród ludu tego idea osobnej ojczyzny, dążność do wywalczenia państwowo-niepodległej Ukrainy. Nie zjawiła się zaś dlatego, że był to zatarg wewnętrzny Rze­czypospolitej, zatarg społeczny klas tego samego narodu.

Idea Polski „etnograficznej” nie jest na nieszczęście ideą u nas nową. Są jednostki, których przemoc sugestionuje, które gotowe sąnawet uznać, że Polski nie ma wcale i jak owi znajomi p. Jankowskiego szu­kać palcem po karcie Europy, gdzie jest ich „ojczyzna”. Bywają i ta­cy, którzy z poczuciem winy przepraszają za swoje istnienie jako Polaków i gotowi są ustąpić grzecznie miano „Polski” choćby na rzecz „Polsko-Judei”. Ale czegóż to dowodzi? Czy dlatego, że są między nami tacy „ugrzecznieni” ludzie, mamy przekreślać całą swą historię i stwarzać dla nich jakąś nową Polskę etnograficzną? Po­winniśmy raczej zgoła inne wnioski wyprowadzić. Gdyby każdemu dziecku wpajano dumę należenia do swego narodu, narodu, który stworzył rzeczpospolitą przez unię ludów, nie przez imperializm, natenczas nie byłoby tchórzliwego zapisywania w badach zagra­nicznych [chodzi o uzdrowiska – od słynnej tego typu miejscowości niemieckiej, Baden, od 1931 r. noszącej nazwę Baden-Baden – przyp. redakcji „Obywatela”] (jak opowiada pan Jankowski), zapisywania „Varsovie” dla oznaczenia, że się jest Polakiem. Jeżeli zaś chodzi o realną sprawę wzmocnienia jądra narodowego, jakim są ziemie nad Wisłą poło­żone, to nie przez okrawanie ojczyzny, nie przez wywłaszczanie się dobrowolne z siedziby ojców, osiągniemy to wzmocnienie. Dotego prowadzą inne drogi i inne idee – idee siły. O nich te­raz muszę powiedzieć słów kilka.

Więc przede wszystkim doprowadźmy do końca, konsekwent­nie i wytrwale, wielką sprawę, najpilniejszą dzisiaj, sprawę unarodowienia miast, spolszczenia całego handlu i przemysłu. Dopóki tak ważne dzisiaj ogniska życia społecznego znajdować się będą w rękach obcych i wrogich nam, dopóty nie może być mowy o odporności narodu. Wiem, że w kwestii tej występują różne za­sadzki uczuciowo-ideowe, różne „humanizmy”, „tolerancje”, „idee asymilatorskie” itp., ale trzeba spojrzeć odważnie niebezpieczeństwu w oczy, spokojnie i logicznie odpowiedzieć sobie na to, czym jest dziś naród bez własnych miast, bez własnego handlu i przemy­słu, dzisiaj, gdy w miastach, w ogniskach gospodarki kapitalistycz­nej, tworzy się cały ruch życia zbiorowego, skupiają się wszystkie siły ekonomiczne społeczeństwa. Nie można być „humanistą” kosz­tem własnej ojczyzny, bo „humanizm” staje się wtedy zwyczajnym tchórzostwem życiowym, maskowaną słabością, udekorowaną ładnymi słowami zdradą.

Po wtóre – jest sprawa umiejętnego i zgodnego z interesami narodu zorganizowania wychodźstwa. Chodzi tu nie tylko o wydarcie tysięcy ofiar ze szpon ajentów i z niewoli junkierstwa pruskiego, lecz o to także, że wychodźstwo zorganizowane umiejętnie stać się może wzmożeniem dobrobytu ludowego, a skiero­wane częściowo poza Bug, do wielkich gospodarstw Litwy i Rusi, może przyczynić się do zaciśnięcia węzłów narodowych i zbliżenia się z pobratymczymi ludami, które od wieków zamieszkują jedną z nami ziemię i tę samą co my przeżyły historię. Wiemy o tym dobrze, że gdzie nie ma agitatorów, szczujących i tworzących nienawiści, tam chłop polski i rusiński lub litewski żyją w zupełnej zgodzie, ro­zumieją się i współczują. Tym, którzy propagują etnograficzną Pol­skę i śpiewają „Requiem” nad Unią Lubelską, radziłbym przemieszkać jakiś czas w zaściankach szlacheckich Litwy, poznać ciche wsie Wołynia i Podola, do których nie doszła jeszcze agitacja nacjonali­styczna, a przekonają się wtedy z łatwością, że „Unia” nie jest martwym wspomnieniem historii, lecz faktem przyrodzonym i ży­wym, wspólnością synów tej samej ziemi. Zetknięcie się szersze tych ludów, przez wychodźstwo sezonowe, utrwaliłoby tylko te naturalne węzły i zatamowało nieraz robotę agitatorów nienawiści i sztucznie tworzonych plemion.

Po trzecie – jest sprawa ściągania kapitałów polskich i sił przemysłowych ludzkich do kraju. Zarówno w Ameryce, jak i na da­lekim Wschodzie powinien rozwinąć się ruch narodowy, głoszący ideę powrotu.W miarę tego jak wzrasta polski handel i przemysł i opróżniają się zajęte dotychczas przez obcych placówki gospodar­stwa społecznego, wyciśnięty dawniej z kraju przedsiębiorczy ży­wioł polski, który na obczyźnie doszedł do zamożności i zdobył umiejętność fachową, żywioł ten, liczony dziś na miliony ludzi, powi­nien wracać.

Zamiast bezcelowych i szumnych manifestacji patriotycznych, urządzanych na polskich obchodach i sejmikach w Ameryce, sto­kroć bardziej patriotycznym byłoby zorganizowanie tam Ligi, która by ideę powrotu do ojczyzny szerzyła jako obowiązek narodowy i która by ułatwiała takie przenoszenie się kapitałów, interesów i przedsiębiorstw przez odpowiednie informacje i nawiązywanie sto­sunków ekonomicznych. Z owych trzech czy czterech milionów Polaków amerykańskich niechby wróciła do kraju choćby szósta część tylko, tych zamożniejszych i wykwalifikowanych fachowców, a już to samo wystarczyłoby na wypełnienie znacznejczęści luk, jakie dziś przedstawia etnograficzne jądro narodu w swym stanie posia­dania. Dla skupienia sił swoich nad Wisłą nie potrzebujemy po­mniejszać ojczyzny; wystarczy zupełnie, jeżeli zgromadzimy te siły, jakie są rozproszone poza jej granicami.

Broszura p. Jankowskiego, jakkolwiek powodzenia szerszego u nas mieć nie będzie, dzięki zdrowemu instynktowi narodu, stać się jednak może pewnym oświetleniem i maską ideową dla tych wszystkich natur słabych, bojaźliwych, stroniących od walki, dla tych „sprzedawczyków” i dobrowolnych wygnańców z własnej ziemi, ja­kich nigdy nam nie brak. A takim nie trzeba dawać do ręki broni ideowej, możności usprawiedliwiania się przed własnym sumieniem i przed narodem; przeciwnie, trzeba ich bezwzględnie nazywać po imieniu, trzeba zmusić, aby spojrzeli w sumienie swoje i zdali rachu­nek ojczyźnie ze swego postępowania.


Komentarz

Prezentowany tekst Edwarda Abramowskiego (1868-1918) wymaga specjalnego komentarza.

Abramowski to jeden z legendarnych polskich myślicieli i działaczy społecznych. Inspirował wielu Polaków – tych spośród elit i tych z grona „zwykłych ludzi” – zarówno w międzywojniu, jak i w PRL (choćby w kręgach KOR-u i niektórych odłamach sympatyków „Solidarności”), a do dziś jest popularny w szeroko pojętych środowiskach „alternatywnych” (anarchiści, socjaliści antyautorytarni itp.) i wśród badaczy myśli społecznej. I niemal wszyscy oni starannie omijają takie poglądy Abramowskiego, jakie wyraża zamieszczony tutaj tekst – manifest żarliwego patriotyzmu.

Abramowski funkcjonuje dziś w dwojakiej roli. Po pierwsze, jako ktoś na kształt anarchisty: zdecydowany krytyk odgórnego przymusu, instytucji państwa, zwolennik oddolnych inicjatyw społecznych, socjalista krytykujący marksizm z pozycji wolnościowych, piewca wyzwolenia jednostek z więzi narzuconych przez instytucje. Po drugie, kreśli się jego portret jako swoistego świętego – w znaczeniu kogoś tak uduchowionego i idealistycznego, że niemal nie oddychającego i unoszącego się pół metra nad ziemią, roztaczającego aurę miłości i wyrozumiałości niczym skrzyżowanie Buddy i św. Franciszka.

Obie te wizje są do pewnego stopnia uprawnione w świetle dorobku i biografii Abramowskiego. Nie biorą one jednak pod uwagę takich poglądów Abramowskiego, jakie prezentuje on w przypominanym przez nas tekście „Pomniejszyciele ojczyzny”.

Podobieństwa poglądów Abramowskiego do anarchizmu rzeczywiście występują, jednak wskutek abstrahowania od kontekstu historycznego – czyli krytyki władzy zaborczej i traktowania obcego państwa jako głównego wroga – są znacząco wyolbrzymiane.

Badacze i miłośnicy Abramowskiego nie są też zbyt pracowici i dociekliwi – niemal wszystkie omówienia jego poglądów bazują na tendencyjnych, niereprezentatywnych, powojennych, głównie PRL-owskich wyborach tekstów myśliciela („Filozofia społeczna. Wybór pism” – 1965; „Pisma popularnonaukowe i propagandowe 1890-1895” – 1979; „Rzeczpospolita przyjaciół. Wybór pism społecznych i politycznych” – 1986; „Abramowski” – biografia i wybór pism – 1991). Tak jakby sympatycy, a zwłaszcza naukowcy nie wiedzieli o przedwojennej, czterotomowej, dwukrotnej edycji znacznie większego zbioru jego rozpraw, starannie zebranych przez prof. Konstantego Krzeczkowskiego. Wśród wielkiej liczby tekstów poświęconych Abramowskiemu (w tym kilku książek), na palcach jednej ręki można policzyć te, które biorą pod uwagę poglądy wyrażone w „Pomniejszycielach ojczyzny” oraz w podobnym w wymowie artykule „Ludność Polski”, których zabrakło w powojennych prezentacjach dorobku myśliciela.

Paradoksalnie, rzetelny okazał się Zbigniew Krawczyk, autor rozprawy „Socjologia Edwarda Abramowskiego”, wydanej przez PZPR-owską oficynę „Książka i Wiedza” w 1965 r. Co prawda krytycznie, ale wspomina on o takich właśnie poglądach Abramowskiego: /…/ zaufaniem obdarzał Piłsudskiego i wiązał daleko idące nadzieje z reprezentowaną przez niego linią polityczną. Wypowiadał się za polską wielonarodową w granicach przedrozbiorowych, wysuwając na uzasadnienie tego stanowiska argumenty historyczne i negując program »Polski etnograficznej«. W artykułach poświęconych tym zagadnieniom abstrahował całkowicie od własnego programu społecznego, a deklarując równouprawnienie narodów w przyszłej Polsce, popierał jednocześnie politykę eliminacji żywiołu niemieckiego i żydowskiego z kluczowych dziedzin gospodarki narodowej oraz politykę mnożenia kapitałów rodzimych, m.in. poprzez reemigrację ludności polskiej z zagranicy. /…/ Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, że z publicystyki lat 1914-1918 całkowicie wyeliminowana została niechęć do instytucji państwa. Wręcz przeciwnie, Abramowski wiązał z przyszłym państwem polskim daleko idące nadzieje radykalnych przemian społecznych (ss. 133-134).

Spośród sympatyków Abramowskiego uczciwie omawia ten aspekt dorobku jedynie Bohdan Urbankowski w swych „Kierunkach poszukiwań” (1983). Pisze on: Z tych rozważań płynie wniosek jednoznaczny: hasło „Polski etnograficznej” to hasło przekreślenia ojczyzny, idea przekreślenia historycznych czynów i prac dokonywanych wspólnie z Litwinami i Rusinami. To przekreślenie Unii, Grunwaldu i walk z Turkami, przekreślenie wypraw Batorego, Wiednia i Konfederacji Barskiej. „Etnograficzni Polacy” rezygnujący z kresów byliby tworem karłowatym, jakimś /…/ plemieniem, które nawet utraciło prawa do Mickiewicza, Słowackiego i innych kresowych bohaterów (s. 216).

Wspomina tę kwestię także Wojciech Giełżyński w sympatycznej, acz dość swobodnej książce „Edward Abramowski – zwiastun »Solidarności«” (1986), zarzucając mu „tonację szowinistyczną” i składając ją na karb choroby. Jednak w marcu 1914 r., gdy ukazał się artykuł „Pomniejszyciele ojczyzny”, Abramowski cieszył się jeszcze niezłym zdrowiem – gwałtowne pogorszenie jego stanu datuje się dopiero na styczeń 1915 r. Zapewne jednak Giełżyński ma rację, że z dzisiejszej perspektywy można poglądy takowe nazwać, przy pewnej dozie złej woli, szowinistycznymi. Nie ma też sensu żadna czołobitność wobec konkretnych propozycji autora „Idei społecznych kooperatyzmu”, który – jak każdy – miał prawo się mylić i źle oceniać sytuację. Pewne jest jednak, że Abramowskiemu należy się pamięć nieocenzurowana i niewybiórcza – pamięć o całokształcie jego poglądów.

Przede wszystkim jednak – i to jest główna przyczyna prezentacji „Pomniejszycieli ojczyzny” na naszych łamach – warto przypomnieć tekst Abramowskiego (pamiętając też o podobnym, „Ludność Polski”) z tego względu, że w kontekście całokształtu poglądów autora dobitnie zaświadcza on o jednej kwestii. Takiej mianowicie, że patriotyzm, również w wersji „bojowej”, nie jest sprzeczny ani z reformami socjalnymi, ani ze śmiałymi wizjami ustrojowymi, ani z apoteozą wolności jednostki i samorządności społeczeństwa. Patriotyzm nie musi oznaczać tępego konserwatyzmu, obawiającego się jakichkolwiek przeobrażeń, a szczególnie radykalnych. Natomiast dążenie do znacznego powiększenia zakresu swobód jednostek oraz do stworzenia społeczeństwa oddolnie zorganizowanego, aktywnego, dynamicznego i samorządnego – nie musi być równoznaczne z wybrzydzaniem na swoją ojczyznę, nie musi oznaczać głoszenia dziecinnych „kosmopolitycznych” sloganów, jakimi są przepełnione wywody współczesnych fanów Abramowskiego. Fanów, którzy, jak widać na załączonym obrazku, niewiele pojęli z dorobku swego Mistrza lub go po prostu nie znają.

(rem)