przez redakcja | wtorek 23 sierpnia 2016 | nasze rozmowy
Dokąd zmierza nasza gospodarka? Wkrótce każdy robotnik fabryczny będzie zmuszony zatrudnić się w Uberze, zaś ciężarówki będą samosterowalne – takimi historiami karmi nas prasa ekonomiczna. Kim Moody, współpracownik portalu labornotes.org i autor wielu książek na temat pracy, odmalowuje inny obraz.
***
Słyszy się wiele o tzw. gig economy (gospodarki dostępu), która polega na tym, że pracownicy imają się rozmaitych zajęć, korzystając z aplikacji firm takich jak Uber, TaskRabbit (codzienne obowiązki, sprzątanie, organizacja przeprowadzek) czy Mechanical Turk (praca zdalna online, np. opisywanie zdjęć). Czy tak wygląda przyszłość pracy?
Kim Moody: Warto zauważyć, że, pomijając takie firmy jak Uber, większość z wymienionych to nie są pracodawcy – to cyfrowe platformy, które ułatwiają poszukiwanie pracy.
Aplikacje te nie determinują godzin pracy ani wysokości wynagrodzenia, a nawet nie określają, jaka technologia ma być użyta przy jej wykonywaniu. Pracodawcy nadal mają pod tym względem ostatnie słowo. Zatem jeśli oferty dostępne na rynku oferty pracy stają się gorsze, to nie dlatego, że ludzie wyszukali je w sieci, zamiast znaleźć ogłoszenie w gazecie.
Dyskusja o gig economy często opiera się także na błędnym założeniu, że oto pojawiło się mnóstwo osób, które parają się wieloma pracami. Jednak prawdą jest, że procentowo liczba osób zatrudnionych w więcej niż jednym miejscu nie zmieniła się od czterdziestu lat. Większość z nich to po prostu ludzie posiadający jedną stałą pracę na etat, a dorabiający na czarno, a to bardzo stara sprawa. Jest także wiele osób, które pracują w kilku miejscach – ale ich także zawsze było sporo.
Czy naprawdę czeka nas przyszłość, w której 40 proc. pracowników będzie freelancerami?
K. M.: Wizja mówiąca, że 40 proc. siły roboczej będzie pracować z doskoku, to science fiction. Istnieją dwa rodzaje samozatrudnionych. Jeden z nich to „niezrzeszeni samozatrudnieni” czy też niezależni wykonawcy na kontraktach. Ich liczba spada od lat. Druga grupa to ci, którzy prowadzą jednoosobowe firmy. Ich liczba trochę wzrosła, jednak nadal stanowią zaledwie 4 proc. siły roboczej.
Twierdzi Pan, że koncepcje „gig economy” i pracy prekaryjnej nie trafiają w sedno problemu, ponieważ nie ujmują najistotniejszej kwestii: wzrostu liczby beznadziejnych, kiepskich i niskopłatnych prac. Co zmieniło się w kondycji i sytuacji świata pracy i dlaczego?
K. M.: Pierwszą zmianą jest intensyfikacja pracy. W ciągu ostatnich trzech dekad praca stała się znacznie cięższa, niż była kiedyś, i ten proces nadal postępuje. To efekt lean production [„szczupłej produkcji” – wprowadzonej w latach 80. XX wieku nowej metody zarządzania produkcją, opartej przede wszystkim na wysokiej efektywności i płynnym przepływie produktu – przyp. tłum.], która redukuje liczbę zatrudnionych, choć do wytworzenia jest taka sama lub większa ilość danego produktu lub usługi. Jest ona związana z „produkcją dokładnie na czas” [just-in-time production, czyli metodą zarządzania opartą na braku zasobów magazynowych z powodu kosztów, które generuje ich przetrzymywanie – przyp. tłum.]. „Szczupła produkcja” ma swoje korzenie w latach 80. w przemyśle samochodowym, ale obecnie jest stosowana wszędzie. Nawet w szkołach i w szpitalach.
Inny aspekt nowego stylu pracy to ciągłe bycie pod obserwacją – monitoring elektroniczny i biometryczny, mierzenie efektów, nadzór. Te metody pozwalają pracodawcom zobaczyć, w jaki sposób – dosłownie – wycisnąć więcej pracy z każdej minuty czasu pracownika. Czas przeznaczony na przerwy w pracy skurczył się od lat 80. dramatycznie.
Czy jesteśmy zatrudnieni na pełen etat, czy na jego część, czy nasza praca nosi znamiona prekaryjności, czy też nie – jest pewne, że doświadczymy takiego traktowania.
Kolejna kwestia to dochód. Pensje znacząco spadają od lat siedemdziesiątych. Coraz więcej ludzi pracuje za mniej niż kiedyś – mam na myśli wartość nabywczą wynagrodzeń. Ma to wpływ na sytuację wszystkich pracowników, choć zatrudnieni na część etatu lub na umowy śmieciowe są opłacani jeszcze gorzej od pracowników pełnoetatowych.
Rzut oka na opracowywane przez Bureau of Labor Statistics prognozy dotyczące najszybciej rosnących sektorów rynku pracy pozwoli nam przekonać się, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat najpowszechniejsze (70 proc. rynku) będą zajęcia niewymagające kwalifikacji, ale również nisko opłacane. Innymi słowy, nie zmierzamy wcale w stronę gospodarki opartej na zaawansowanych technologiach. Zamiast tego czeka nas zwiększanie się mas siły roboczej wykonującej marne prace. Koniec „dobrej pracy” jest już blisko.
Podczas gdy oparte na aplikacjach na telefon „szybkie prace” zyskały mnóstwo uwagi ze strony mediów, o wiele mniej miejsca poświęcą się „produkcji dokładnie na czas”. Dlaczego powstały i rozwijają się wielkie centra logistyczne i co to oznacza dla związków zawodowych?
K. M.: Aby globalizacja była efektywna z punktu widzenia jej beneficjentów, nie wystarczy niska płaca. Produkty trzeba przenosić z jednego miejsca w drugie. Wymagało to wprowadzenia zmian w metodzie ich transportowania – „rewolucji logistycznej”.
Czas, jaki trzeba poświęcić na dostarczenie produktu do punktu sprzedaży, jest w tej rywalizacji istotnym czynnikiem. Tak jak produkcja, transport bazuje zatem właśnie na byciu „dokładnie na czas”. Produkty przemieszczają się coraz szybciej.
Prędkość ciężarówek, samolotów i pociągów nie zmieniła się istotnie od lat. Tym, co uległo zmianie, jest sposób postępowania. Towary nie grzeją długo miejsca w magazynach. Przybywają drogą kolejową, podlegają przeładowaniu i w ciągu kilku godzin ruszają w dalszą podróż ciężarówkami. Ten proces wykształcił się dopiero w XXI wieku.
Aby to sprawnie działało, przemysł wytworzył grupy logistyczne. To gigantyczne skupiska magazynów, gdzie mogą wjechać samochody i kolej, mające dostęp do transportu wodnego i powietrznego, często koordynowane elektronicznie. Można pomyśleć: „To naprawdę zaawansowana technika”. Okazuje się jednak, że taka praca wciąż wymaga zatrudniania tysięcy pracowników. W Stanach Zjednoczonych jest 60 skupisk magazynowych, jednak z tej grupy wyróżniają się trzy: port w Nowym Jorku i New Jersey, teren portowy w Los Angeles i Long Beach, oraz Chicago. Każde z nich zatrudnia na niewielkim, ograniczonym terenie po 100 tysięcy osób.
Za całą ideą outsourcingu w latach 80. stała chęć przełamania koncentracji robotników w takich miejscach jak Detroit, Pittsburg czy Gary. A co te wielkie firmy robią obecnie? Co za zbieg okoliczności – zatrudniają nieprzebrane masy pracowników fizycznych i skupiają ich w jednym miejscu. Ewoluuje to w kierunku, który może oznaczać, że te przedsiębiorstwa strzeliły sobie w kolano. To bowiem właśnie tu i teraz tworzy się potencjał, by w związki zawodowe zorganizowały się szerokie masy kiepsko opłacanych robotników. I podejmują oni takie próby.
Inną sprawą jest, że wszystkie te skupiska logistyczne są ze sobą powiązane w systemie pracy „dokładnie na czas”. Oznacza to, że istnieją setki, może tysiące punktów na mapie tego systemu transportowego, a każdy z nich jest podatny na ataki. Jeśli przerwie się pracę w jednym miejscu, z działania zostaną wyłączone całe ogromne tereny.
Komentatorzy medialni, a nawet obecni kandydaci na prezydenta USA, zrzucają winę za miliony utraconych miejsc pracy w amerykańskim przemyśle na handel i outsourcing. Jest Pan sceptyczny wobec takich założeń. Jak może Pan to wyjaśnić?
K. M.: Outsourcing, jeśli tylko ma on miejsce w obrębie naszego kraju – a wciąż w większości przypadków tak jest – może złamać związki zawodowe, może być bardzo nieprzyjemny dla osób, które tracą pracę, ale niekoniecznie eliminuje czy zmniejsza zatrudnienie w USA. Te miejsca pracy po prostu dryfują ku innej grupie pracowników: ku osobom gorzej opłacanym.
Offshoring to inna sprawa, nie jest on też tak powszechny, jak się sądzi. Przeniesienie produkcji zagranicę z pewnością dotknęło takich przemysłów jak hutniczy czy tekstylny, jednak nie możemy go winić za tak duży spadek liczby miejsc pracy, jaki obecnie obserwujemy. Szacuję, że od połowy lat 80. na rzecz importu i offshoringu straciliśmy pomiędzy 1 a 2 mln miejsc pracy.
Od lat 60. aż do kryzysu w 2007 r. produkcja przemysłowa właściwie rosła – i wzrosła aż o 131 proc. Sektor wytwórczy podwoił wydajność. Gdyby wszystko było wytwarzane zagranicą, osiągnięcie takich wyników okazałoby się niemożliwe. Jakim cudem? Wierzę, że odpowiedź leży w zagadnieniu „szczupłej produkcji”. Wydajność podwoiła się, ale liczba miejsc pracy w przemyśle spadła o połowę lub nawet bardziej. I to właśnie wzrost wydajności jest wyjaśnieniem utraconych miejsc pracy.
Politykom bardzo trudno radzić sobie z tą kwestią, bo oznaczałoby to konieczność krytyki przedsiębiorców. Oznacza to powiedzenie im: „Wymagacie zbyt wiele od swojej siły roboczej”. A skoro wielu ekonomistów, polityków i ekspertów sądzi, że wzrost wydajności to wspaniała sprawa, takie ataki są uważane za poniżej krytyki.
Dużo jest załamywania rąk nad przyszłością automatyzacji pracy. Były przewodniczący związku zawodowego Service Employees, Andy Stern, notorycznie opowiada w mediach, że samojezdne ciężarówki zastąpią miliony kierowców.
K. M.: Taka pop-futorologia napędza sprzedaż mnóstwa książek. Przypomina to wielkie przerażenie, które automatyzacja pracy wywołała w latach pięćdziesiątych. Popularne było wtedy snucie przewidywań, że już niedługo nie ostaną się żadni robotnicy fabryczni.
Automatyzacja zmniejszyła liczbę pracowników fabryk, ale nadal jest ich 8 do 9 milionów – pomimo całej tej technologii i pomimo tego, że postęp okazał się o wiele poważniejszy, niż przewidywaliśmy w latach 50. Mam całą półkę książek, których autorzy przewidywali „koniec pracy”. A tymczasem liczba pracowników jest o miliony wyższa niż dawniej. Problemem jest nie to, że robotnicy nie istnieją – lecz to, że miewają się gorzej niż kiedyś.
Wzmożona konkurencja pomiędzy korporacjami doprowadziła do fuzji na masową skalę. Jaki ma to wpływ na pracowników?
K. M.: W latach 90. pojawiła się nowa fala fuzji i nabywania przedsiębiorstw przez inne przedsiębiorstwa, zupełnie różna od znanych nam fuzji i przejęć z okresu od siódmej do dziewiątej dekady XX stulecia. W tych dawniejszych firmy wykupowały produkcję, aktywa finansowe i wszystko, na czym mogły położyć ręce. Fuzje odbywające się od połowy lat 90. zmierzają w zupełnie inną stronę. Wiele firm dąży do pozbycia się filii niezwiązanych z ich główną aktywnością. Na przykład General Electric i General Motors miały w przeszłości ogromne działy finansowe i zrezygnowały z nich, pomimo że przynosiły one spore zyski.
Wszystkie główne gałęzie przemysłu postrzegają fuzje jako tworzenie większych firm-pracodawców. W niektórych z nich skala koncentracji jest ogromna. Jeśli przyjrzymy się na przykład transportowi samochodowemu, zobaczymy, że UPC stało się gigantycznym pracodawcą, jakim nie było 20 lat temu. Z kolei UPS jest obecne na każdym polu logistycznym – nie tylko w dostawach czy transporcie samochodowym, ale także w transporcie lotniczym.
Firmy wykupują zatem to, czego używanie i rozwój leży w podstawowych kompetencjach ich przedsiębiorstwa. Struktura własności wyrównała się i przypomina tę z pierwszej połowy XX wieku, gdy związki zawodowe, łącznie z CIO (Congress of Industrial Organizations), organizowały się w wielkich fabrykach. Taka koncentracja własności po linii rodzaju przemysłu oznacza, że istnieją teraz struktury bardziej racjonalne ekonomicznie, a związki mogą się organizować w ich ramach.
Nie ma więc już miejsca sytuacja, gdy związek urządza strajk w jednym dziale, ale firma ma wiele innych niezwiązanych z nim działów, które nadal pracują i wytwarzają dochód.
K. M.: Owszem. A kiedy przyjrzymy się tej logistycznej rewolucji, dostrzeżemy inny obraz – nazywam go „nowym terenem konfliktu klasowego”. Mamy do czynienia z systemami produkcyjnymi, wytwarzającymi zarówno towary, jak i usługi, które są powiązane o wiele „ciaśniej”, niż były w przeszłości. Firmy są większe, bardziej kapitałochłonne i bardziej racjonalne pod względem ekonomicznym.
Związki zawodowe powinny być zatem w stanie wykorzystać słabe punkty „produkcji dokładnie na czas” i jej logistyki, tak, aby móc rzucić tych nowych gigantów na kolana. W dawną ideę uzwiązkowienia przemysłowego można tchnąć nowe życie, jeśli – podkreślam: jeśli – związki odnajdą się w nowej sytuacji.
Moja opinia jest taka, że siła musi wyjść z samego dołu ruchu pracowniczego. Albo od tych, którzy dziś nie organizują się, jak np. pracownicy magazynów. To potencjał, którego przez dobre pół wieku tak naprawdę nie było.
Konsolidacja przemysłu i rewolucja logistyczna to rzeczy, które pojawiły się w ostatnich 10-15 latach. Kiedy pracownicy i związkowcy tych przemysłów przyjrzą się tej sytuacji, okaże się, że to dla nich coś zupełnie nowego. Uświadomienie sobie władzy, jaką ma oraz słabych punktów, jakich musi się wystrzegać, zajmuje klasie pracującej zazwyczaj jedno pokolenie. Tak było, gdy produkcja na masową skalę rozwinęła się na początku XX wieku. Do przewrotu politycznego w latach 30. [mowa o New Deal – przyp. redakcji] minęło prawie jedno pokolenie.
Inna poważna zmiana nastąpiła w strukturze demograficznej klasy robotniczej. Co oznaczają takie przemiany?
K. M.: Proces tej zmiany trwa od lat 80. i będzie postępował nadal – to zmiana składu rasowego i etnicznego całej populacji, jednak szczególnie skoncentrowana w klasie robotniczej. Na przykład, jeśli przyjrzymy się zawodom, które Bureau of Labor Statistics określa mianem „transportu i przewozu materiałów”, to dowiemy się, że w latach 80. tylko 15 proc. pracowników było tam pochodzenia afroamerykańskiego, latynoskiego lub azjatyckiego. Dziś to 40 procent.
Pracownicy o kolorze skóry innym niż biały stanowią obecnie o wiele większą niż dawniej część siły roboczej, głównie z powodu imigracji. Największy wzrost odnotowano oczywiście wśród pracowników pochodzenia latynoskiego. 30 do 40 procent pracowników o kolorze skóry innym niż biały, jest zrzeszonych w związkach zawodowych.
Wygląda na to, że prawica wykorzystuje tę okazję i pogrywa na strunie zmian demograficznych w kraju.
K. M.: Dzieje się to w całym świecie zachodnim. O wiele łatwiej jest za brak pracy, mieszkań i przepełnione szkoły winić imigrantów, niż wymyślić, jak zmierzyć się z faktycznymi siłami, które za to odpowiadają. W efekcie wiele osób wierzy, że ich problemy zostaną rozwiązane dzięki zamknięciu granic, odesłaniu ludzi do krajów pochodzenia – bądź dzięki trzymaniu muzułmanów z dala od USA.
Mamy potencjał, by stworzyć ruch pracowniczy znacząco różny od wszystkiego, co kiedykolwiek wcześniej widziała Ameryka, a także inne kraje. Czyli ruch wielokulturowy, wielorasowy, ogromny, wciąż rozwijający się i zagarniający nowe tereny i pola, o których rozmawialiśmy.
Rozmawiał Chris Brooks
Tłumaczyła Magdalena Okraska
Powyższy wywiad została przeprowadzony w lipcu i sierpniu 2016 r. i opublikowany na portalu labornotes.org. Na potrzeby przedruku pominięto jedno pytanie, dotyczące szczegółowych rozważań o regionalnym zróżnicowaniu rynku pracy w USA.
przez redakcja | środa 13 stycznia 2016 | nasze rozmowy
Na potrzeby wielkich firm wysyłkowych (jak Amazon) i centrów handlowych robotnicy i robotnice harują w ogromnych magazynach. Ich pracą steruje zdalnie (za pomocą słuchawek) program komputerowy. Jak wygląda codzienna praca w takich magazynach? Jakie są jej polityczne skutki? Rozmawiamy o tym z Davidem Gaborieau, socjologiem pracy, który od 2004 r. przez kilka miesięcy w roku pracuje przy przygotowywaniu zamówień w centrach logistycznych supermarketów; autorem książki „Le nez dans le micro. Répercussions du travail sous commande vocale dans les entrepôts de la grande distribution alimentaire”.
***
Co oznacza „magazyn logistyczny”?
D. G.: Logistyka zajmuje się transportem i magazynowaniem towarów – począwszy od części pozwalających zbudować jakieś urządzenie, po to, co analizuję ja, czyli dostarczanie produktów do supermarketów. Magazyn Carrefoura czy Leclerca to 40-60 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni oraz 200 do 300 osób obsługi. Praca tam coraz częściej trwa 24 godziny na dobę, sześć dni w tygodniu – w niedzielę kierowcy muszą mieć dzień wolny, a zatem magazyn również nie pracuje. W magazynie są trzy rodzaje stanowisk: około 5% to kadra zarządzająca, 20% to operatorzy wózków widłowych, którzy zajmują się załadunkiem i rozładunkiem ciężarówek, a także rozmieszczeniem palet, a pozostałe prawie 75% to osoby odpowiadające za przygotowanie zamówień.
Jak wygląda typowy dzień pracy osoby przygotowującej zamówienia?
D. G.: Wchodzisz przez drzwi, których pilnują strażnicy, zbliżasz kartę magnetyczną do czytnika, przechodzisz między ciężarówkami i w końcu dochodzisz do samego magazynu, gdzie jeszcze raz musisz przyłożyć kartę. Odbierasz słuchawki wyposażone w mikrofon. Włączasz go i logujesz się, podając swój numer zespołu i numer pracownika. Słychać pikanie i sterowanie głosowe zostaje podłączone. Mówi ci: „rozpocznij zadanie”, ty odpowiadasz „OK” – i do dzieła. Do poruszania się po magazynie służy elektryczny wózek, na którym leży twoja paleta – 15 centymetrów nad ziemią. Kobiecy głos w słuchawkach podaje ci numer miejsca pierwszego pakietu, który należy odebrać. Przed paczką, którą masz wziąć, znajduje się tabliczka z kodem zabezpieczającym (code détrompeur), dzięki któremu możesz sprawdzić, czy na pewno dobrze trafiłeś. Podajesz kod przez mikrofon, zatwierdzasz liczbę paczek, ładujesz je, a następnie maszyna podaje ci kolejny numer miejsca, i tak dalej, aż do końca palety. Na tym etapie masz już przed sobą stos o wysokości nawet 1,80 m lub więcej. Oklejasz go plastikową taśmą (czasem za pomocą maszyny), umieszczasz na rampie, skąd będzie załadowany na ciężarówkę, i wracasz po nową paletę. I tak do końca dnia pracy.
Tak to działa we wszystkich magazynach na świecie?
D. G.: Szczególnie wyraźnie widać to w Europie, zwłaszcza we Francji i w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych system jest znacznie mniej rozwinięty. Wydaje się, że w Azji, Afryce i Ameryce Południowej sterowanie głosowe nie istnieje, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ponad 70% magazynów wielkich francuskich sieci dystrybucji produktów spożywczych używa tego systemu. Jest on znacznie mniej popularny w magazynach innych sektorów. Na przykład w Amazonie go nie używają, ponieważ robotnicy dużo się przemieszczają, a zabierają niewiele towarów – mają za to interaktywne wyświetlacze noszone na nadgarstku i cyfrowe obrączki.
Kim są osoby przygotowujące zamówienia?
D. G.: Ponad 80% to mężczyźni, najczęściej w wieku od 25 do 35 lat. Kobiety częściej zatrudniane są w przemyśle tekstylnym i farmaceutycznym, gdzie zapewne stanowią większość. Obciążenie w tych sektorach wcale nie jest mniejsze, praca nie jest mniej fizyczna, ale te zawody kojarzone są z kobiecością, a zatem zatrudnia się tam kobiety. Struktura społeczna jest zróżnicowana w zależności od regionu. W okolicach Paryża jest wiele osób pochodzenia antylskiego [z departamentów i terytoriów zamorskich Francji – przyp. red. NO] i imigrantów. Na Zachodzie to raczej biali mieszkańcy terenów wiejskich i półwiejskich. Wszędzie można znaleźć osoby, które wcześniej pracowały w sektorach takich jak rolnictwo, petrochemia czy energetyka jądrowa. W agencjach pracy tymczasowej od rekruterek można usłyszeć, że: Kolesia, który pracował trzy miesiące w Charalu [francuski producent mięsa – przyp. red. NO], biorę od razu. Znać realia pracy w Charal to niemal gwarancja zatrudnienia. Dla niektórych robotników praca w magazynie jest ucieczką przed zapachem, krwią i zimnem przemysłu mięsnego czy oczywistością ryzyka w sektorze energetycznym. Należy o tym pamiętać, żeby właściwie odnieść się do szokującego charakteru sterowania głosowego – dla wielu jest to lepsze środowisko pracy niż te, które znali wcześniej.
Znacznie trudniej jest tym, którzy zdali maturę zawodową czy egzamin CAP z logistyki. Doradcy zawodowi mówili im, że będą „pracować przy komputerze”. Widzieli w tym awans. Po rozpoczęciu pracy szybko zdają sobie sprawę, że sterowanie głosowe to niezupełnie praca związana z informatyką. Że wymagające kwalifikacji stanowiska za ekranem są coraz rzadsze, zarządzanie – zadanie najbardziej prestiżowe – z każdym dniem bardziej zautomatyzowane, a „możliwości rozwoju”, których miraże przed nimi roztaczano, są iluzoryczne. Narasta u nich silne poczucie frustracji, czują, że zostali oszukani.
Jak działały magazyny przed wprowadzeniem sterowania głosowego?
D. G.: Magazyn tego rodzaju to bardzo stara forma, sięgająca XIX lub początków XX wieku. Przez dekady pracownicy znali swoje towary. Istniały tylko trzy rodzaje sardynek w puszkach, a oni wiedzieli, gdzie ludzie jedzą takie, a nie inne sardynki. Pierwsza duża zmiana to pojawienie się kodów kreskowych w latach sześćdziesiątych XX wieku. Teraz jest już tyle różnych rodzajów sardynek, że trudno jednemu człowiekowi wszystkie rozpoznać. Początkowo jednak organizacja pracy pozostaje w rękach pracowników. Praca opiera się na listach i ołówku. Zarządzanie towarem odbywa się poprzez nieustanny dialog między operatorami wózków a osobami przygotowującymi zamówienia.
W latach osiemdziesiątych eksperci, którzy ukończyli prestiżowe szkoły handlowe lub techniczne (grandes écoles), opracowali sieć dystrybucji, w której widzieli strategiczne źródło nowych dochodów, i spopularyzowali termin „logistyka”.
Wcześniej fabryka, która coś produkowała, dostarczała towary bezpośrednio do supermarketów, a więc zadania, które dzisiaj nazywamy „logistycznymi” (przygotowanie i dostarczenie paczek) były zintegrowane z procesem produkcji. To w latach dziewięćdziesiątych XX wieku pojawiły się prawdziwe strefy typowo logistyczne. Samorządy w zdewastowanych zagłębiach przemysłowych, takich jak Orlean czy Chalon sur Saône, kontaktują się z deweloperami nieruchomości logistycznych, którzy tworzą odpowiednie przestrzenie, a następnie znajdują klientów gotowych je wykorzystać. W tym samym czasie pojawiają się ręczne czytniki kodów kreskowych, co prowadzi do automatycznej hierarchizacji zadań i dyktowania ich pracownikom za pośrednictwem ekranów.
Na początku XXI wieku sterowanie głosowe pozwoliło programowi komputerowemu, który już wcześniej zarządzał ogólnym funkcjonowaniem magazynu, na bezpośrednią kontrolę tego, co ludzie robią w pracy. Dyskurs, który towarzyszył wprowadzaniu sterowania głosowego, to dyskurs wyzwolenia i autonomii: „To pozwoli uwolnić dłoń i oczy robotnika”. Zajęte wcześniej kartką i ołówkiem dłonie mogą teraz chwytać towary, z czym maszyny sobie nie radzą. Zadania przygotowania i dostarczenia paczek – po tym, jak zostały zidentyfikowane i wyodrębnione z reszty procesu produkcyjnego – odnotowują ponowny wzrost produktywności, co pozwala na osiągnięcie większych zysków.
Jak osoby przygotowujące zamówienia postrzegają wprowadzenie sterowania głosowego? Czy czują, że stają się robotami?
D. G.: W magazynie się o tym nie rozmawia, ale kiedy chcą opisać swoją pracę komuś z zewnątrz (zazwyczaj mnie – socjologowi), mawiają: Jasne, że jesteśmy robotami. Wiedzą, że to może być dla innych szokiem.
Mówi się za to wiele o atmosferze pracy: Kiedyś tak nie było, teraz mniej rozmawiamy… Według starych pracowników, coś zostało utracone. Z drugiej strony, każdy boi się zostać starym ramolem krytykującym każdą zmianę. Pewna nostalgia nie sprzęga się jednak z krytyką narzędzia jako takiego. A jako że żyjemy w czasach przyspieszonej rotacji pracowników, tych „starych” jest coraz mniej, a pamięć szybko się zaciera. Fakt, że wielu z nich przeszło przez cięższe prace, również odgrywa ważną rolę: może i kiedyś było lepiej, ale w każdym razie gdzie indziej jest jeszcze gorzej.
Jeśli o mnie chodzi, to myślę, że można byłoby zbudować narrację wokół obrony „zawodu”. Zrobienie „pięknej palety” na przykład, palety przemyślanej, która nie rozsypie się, kiedy tylko zdejmiemy plastikową taśmę, może być postrzegane jako kompetencja pracowników, która zanika za sprawą sterowania głosowego, ponieważ nie ma już dowolności, jeśli chodzi o kolejność odbioru paczek.
Robotnicy cały czas rozmawiają o „pięknej palecie”, ale nie staje się ona częścią dyskursu publicznego mającego na celu zwalczanie sterowania głosowego. Związki zawodowe nigdy nie poszły w tym kierunku, nie zareagowały nawet zresztą na pojawienie się tego narzędzia, chociaż są dość podatne na dyskurs nowoczesności. Należy również podkreślić, że poziom uzwiązkowienia jest bardzo niski wśród osób przygotowujących paczki, i że rzadko zdarza się, aby któraś z nich na stałe zaangażowała się w działalność związkową – stąd nieznajomość tego zawodu wśród tych, którzy powinni ich reprezentować. W związkach nigdy nie rozmawia się o sposobach wykonywania pracy.
Reakcje budzi przede wszystkim idea policyjnego nadzoru – to, że maszyna wprowadza ściślejszą kontrolę nad pracownikami. Niesie to konsekwencje dla wynagrodzeń, premii za wydajność i możliwości przekwalifikowania dla tych, którzy ewentualnie straciliby stanowisko przy okazji zmiany metody. Te sprawy podlegają negocjacjom.
Jeśli robotnicy nie walczą bezpośrednio ze sterowaniem głosowym, to jak sobie z nim radzą?
D. G.: Istnieją dwa główne sposoby współdziałania z maszyną, które zresztą stają się regularnie przedmiotem dyskusji między robotnikami. Pierwszy z nich to „gra według reguł” – starasz się wejść w faktyczną interakcję z maszyną, nawiązujesz dialog. Przechodzisz zatem przez kolejne etapy i odłączasz system, kiedy chcesz zrobić sobie przerwę. Druga postawa to próba omijania w jak największym stopniu schematów działania generowanych przez maszynę – starasz się podawać jej informacje, których się domaga, jak najszybciej – tak, by uzyskać pełną listę paczek, po które masz pójść. Następnie sam organizujesz wypełnianie swojej listy, a maszynę zostawiasz włączoną, nie słuchając jej. Kiedy między jedną paczką a drugą rozmawia się z pracownikiem, który tak funkcjonuje, można czasem usłyszeć w słuchawkach maszynę, która mówi mu w kółko „powtórz, powtórz…”, a ten dyskutuje sobie jak gdyby nigdy nic. Tutaj praca i maszyna wydają się rozłączne – omijanie maszyny to dodatkowa przeszkoda w wykonaniu zadanej pracy. Można to postrzegać jako sposób zyskiwania czasu przez pracownika, ponieważ nie przestrzega rytmu narzuconego przez maszynę. Jednak częstokroć to odzyskiwanie wiąże się również z chęcią zwiększania tempa pracy. Pracownicy, którzy „grają według reguł”, zarzucają to zresztą pozostałym.
Jak reaguje hierarchia?
D. G.: Kadry nie lubią zachowań, które mają na celu zmylenie sterowania głosowego. Po pierwsze, widzą w tym ryzyko zwiększenia prawdopodobieństwa błędu, a przecież ich obsesją jest jego minimalizowanie. Maszynowa kontrola w czasie rzeczywistym ma stanowić gwarancję, że na 1000 zamówionych paczek dokładnie 1000 właściwych paczek trafi na palety. Jeśli pracownik rozwija listę z wyprzedzeniem, a następnie idzie po paczki, może się od czasu do czasu pomylić. Chodzi tu także o kwestie symboliczne – tego rodzaju zachowanie jest na przekór ich fantazji o zarządzaniu totalnym.
Kolejnym ważnym tematem, który pojawił się kilka lat temu, jest zdrowie w pracy. Ci, którzy pracują zbyt szybko lub nie robią przerw, poddawani są dodatkowemu nadzorowi z obawy, że zrobią sobie krzywdę. Celem kadr jest sytuacja, w której wszyscy pracują wystarczająco szybko, ale niekoniecznie taka, gdy każdy pracuje najszybciej, jak potrafi. Premie za wydajność są zresztą liczone w taki sposób, że prawie wszyscy dostają je w całości. Jeśli będziesz robił 200% normy, nie zarobisz wcale więcej.
Jak pojawił się temat zdrowia w pracy?
D. G.: Okazuje się, że od czasu wprowadzenia sterowania głosowego bardzo wzrosła liczba wypadków przy pracy i chorób zawodowych, przekraczając w niektórych magazynach nawet liczbę wypadków w sektorze budowlanym, który jest w perspektywie historycznej liderem pod względem niebezpiecznej pracy. Nie należy sądzić, że firmy będą chciały to zamieść pod dywan – jeśli ciała robotników nie wytrzymują, to jest to dla nich poważny problem. Oczywiście nie ma mowy o tym, by kwestionowały one ogólne ramy sieci logistycznej i związanego z nią modelu kapitalizmu – należy wszak utrzymać zyski na odpowiednim poziomie. Jednym z rozważanych rozwiązań było zatrudnianie niepełnosprawnych, po przygotowaniu im stanowisk i pobraniu towarzyszących im subwencji, czy też recydywistów, zatrudnianych na krótki okres w ramach „reintegracji”. Ponieważ nie byliby oni uważani za pełnoetatowych pracowników, stanowiłoby to mniejszy problem. Naprawdę o tym myślano! Nie podoba się to jednak za bardzo dyrekcjom magazynów.
Jakiego rodzaju problemy zdrowotne grożą pracownikom magazynów?
D. G.: To przede wszystkim wypalenie. W tej pracy nie ma określonego momentu załamania. Może się to zdarzyć wieczorem w domu, kiedy nagle czujemy, że nie damy rady jutro pójść do roboty.
Sterowanie głosowe – będące bezpośrednim efektem optymalizacji w logistyce – polega na coraz większej koncentracji działań na najważniejszych (ekonomicznie) gestach. Organizowanie pracy, oklejanie palety plastikową taśmą, stawianie palety na wózku, chodzenie po towary – wszystko to kosztuje mniej, jeśli robi to maszyna. Człowiek jest dla niej konkurencją właściwie tylko w wykonywaniu gestu chwytania, kiedy trzeba wziąć paczkę i umieścić ją na palecie. Sam fakt, że mamy tylko jedno powtarzalne zadanie, ma ogromne konsekwencje dla naszego zdrowia. Nie niszczy się go w dwie minuty – rujnuje się je nieustannie.
Wszyscy wiedzą, że z powodu tego szybkiego zużywania się ciała najlepiej jest zmienić pracę, na przykład zdając egzamin na prawo jazdy kategorii C+E. W magazynie jeden pracownik, który latami przygotowywał zamówienia, miał wózek dostosowany do wszystkich swoich potrzeb. Inny, który pracował 10-20 lat z wieloma przerwami, został przydzielony do zbierania kartonów zalegających w alejkach. To strasznie przygnębiające, jak obelga. Każdy mówi sobie: Jeśli tu zostanę, tak właśnie skończę.
Zdrowie w pracy – czy to nie temat, którym mogłyby się zająć związki zawodowe?
D. G.: Robią to, ale mają ograniczone możliwości działania, bo ofensywna akcja związkowa w kwestii wypadków w pracy jest całkowicie zależna od wskaźników liczbowych. Żeby pokazać konkretne liczby, trzeba mieć odpowiednie narzędzia, a posiada je INRS – Narodowy Instytut Badań i Bezpieczeństwa. Kiedy tylko się pojawiają, wszędzie instalują kamery – na wózkach, na kaskach, które każą zakładać robotnikom… Filmują pracę, mierzą tętno itp. Przejście od potocznej klasyfikacji („to boli”) do bardziej specjalistycznego języka jest natychmiastowe. Prowadzi to często do bardzo indywidualizujących kategoryzacji rodzajów chorób. Przykładem może być stres. Inne ważne pojęcie to „samoprzyspieszenie” – podkreśla się, że pracownicy przyśpieszają tempo sami z siebie, co ma usprawiedliwiać dyrekcję. Dużym ryzykiem dla związków zawodowych jest pozwolenie na przyjęcie tego rodzaju definicji problemu i bezczynne przyglądanie się wprowadzaniu nowych szkoleń z gestów i postaw czy „zarządzania stresem”. Nie mówiąc już o czasie potrzebnym na badania epidemiologiczne – istnieje duża szansa, że zanim udowodni się wpływ pewnej technologii na zdrowie, może ona być już przestarzała.
Czy rozważa się pełną automatyzację magazynów?
D. G.: Od kilku lat wiele się o tym mówi, ale obecnie nie jest to realistyczne z ekonomicznego punktu widzenia. Automatyzacja gestu chwytania jest jeszcze bardzo trudna, a zatem bardzo, bardzo droga. Istnieje wiele badań na ten temat, ale nie widać znaczącej innowacji technicznej. To oczywiście temat zdrowia w pracy sprawia, że perspektywa automatyzacji wybija się na pierwszy plan. Mechanizację przedstawia się jako sposób na rozwiązanie problemów, które przyniosła mechanizacja.
Kiedy rzucasz ten temat w rozmowie z pracownikami, wypowiadają się twardo: Tak czy inaczej jesteśmy robotami, do niczego już się nie nadajemy. A za dziesięć lat i tak to wszystko będzie zautomatyzowane. Nie szkodzi, będziemy robić coś innego. Uderza mnie ideologiczna moc idei automatyzacji – wśród pracowników, ale też w związkach zawodowych. Zmienia sposób, w jaki będziemy dyskutować o pracy – delegitymizuje obronę zawodów, samą ideę dyskutowania o tym, jak się pracuje, ponieważ praca ta ma nieuchronnie zniknąć. Fabryka bez robotnika to póki co chimera, fantazmat, którego głównym efektem istnienia jest zaciemnianie rzeczywistości pracy w magazynach.
Czy można byłoby zastosować sterowanie głosowe w innych miejscach pracy?
D. G.: Sterowanie głosowe to tayloryzacja tych sfer pracy, które dotychczas prawie jej uniknęły. Transformacja ta ma przed sobą przyszłość – wiele sektorów można jeszcze przekształcić zgodnie z zasadą produkcji taśmowej. Jej twórcy na swojej stronie internetowej piszą o zastosowaniu tego systemu w szpitalach. To jedno z miejsc, które się dobrze do tego nadaje, m.in. ze względu na taryfikację działań. Jeden pokój, jeden pacjent – jeden pacjent, jedno działanie. Można już sobie z łatwością wyobrazić pielęgniarkę, która mówi do mikrofonu: „pokój 1 / OK / opatrunek / OK…”, a zmiana opatrunku jest od razu fakturowana na koncie pacjenta. Patrząc na ogromną machinę administracyjną, którą jest fakturowanie usług, myślę, że jest to marzeniem wielu. Oczywiście nie wszystkich…
Żeby zakończyć z nutą nadziei – czy trafił Pan podczas swoich badań na jakieś postawy zbiorowego oporu?
D. G.: Zdarzyło się, że skonfliktowani z dyrekcją załogi pracownicy rozkładali palety w magazynie, nie skanując ich, co oznaczało, że te „znikały”. W ten sposób pokazywali, że jeżeli ktoś zna ten magazyn, to nie jest to program komputerowy, ale oni – pracownicy. Tego rodzaju działania dotyczą małych zbiorowości, które często bardzo aktywnie domagają się spełnienia swoich postulatów w jednym magazynie, ale nie udaje się podejmowanie działań na szerszą skalę i w dłuższej perspektywie. Kiedy dochodzi do tego, że dołączają się związki zawodowe, jak w 1995 roku, wybucha strajk, który, blokując regionalne centra dystrybucji, może bardzo szybko opróżnić półki supermarketów.
Rozmawiał Mathieu Brier
Tłumaczenie: Barbara Brzezicka, współpraca: Michał Wójtowski
Wywiad pierwotnie ukazał się w piśmie „Revue Z” nr 9, wrzesień 2015. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.