Bezdroża polskiej prywatyzacji

Bezdroża polskiej prywatyzacji

Żegnamy prof. Jacka Tittenbruna i przypominamy naszą rozmowę z Nim z roku 2008:

***

Powszechnie za początek transformacji ustrojowej uważa się rok 1989. Właśnie ukazała się Pana monumentalna praca pt. „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. Przypomina w niej Pan, że większość fundamentalnych przekształceń gospodarczych, jak prywatyzacja, „kuchennymi drzwiami” wprowadzano jeszcze przed formalną zmianą systemu.

Jacek Tittenbrun: Faktycznej prywatyzacji dokonującej się już w czasach PRL sprzyjały zarówno prawne rozwiązania tworzone na poziomie makro, jak i układy istniejące na szczeblu mikro, tzn. przedsiębiorstw oraz stosunków między nimi a innymi częściami i instytucjami systemu społecznego.

Na podstawie rozporządzenia Rady Ministrów z 8 lutego 1988 r. powstała możliwość tworzenia prywatnych spółek na bazie majątku przedsiębiorstw państwowych w celu lepszego wykorzystania i zwiększenia produktywności tego majątku, które później zostały nazwane spółkami nomenklaturowymi. Spółki „pączkujące” na przedsiębiorstwie przejmowały z reguły newralgiczne (i przynoszące największe zyski) części aktywów, nie podlegające rygorom podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Zwykle spółki te zakładali i kierowali nimi członkowie kadry kierowniczej przedsiębiorstw publicznych oraz członkowie aparatu partyjnego i inni przedstawiciele partyjnej nomenklatury. Typowa spółka nomenklaturowa monopolizowała zaopatrzenie przedsiębiorstwa państwowego w surowce, materiały i energię, a także – sprzedaż wyrobów gotowych, przechwytując tym sposobem od obu stron cały zysk przedsiębiorstwa. Ułatwiał to fakt, że dyrektor przedsiębiorstwa mógł zawierać z samym sobą, jako prezesem spółki nomenklaturowej, odpowiednie umowy. W ten sposób nomenklatura, w ramach przygotowań do powitania nowego ustroju, przeprowadzała „pierwotną akumulację kapitału”, która mogła dokonać się wyłącznie przez rozkradanie majątku państwowego, bo innego w zasadzie nie było.

Uchwalenie pod koniec 1988 r. ustawy o działalności gospodarczej, która uchylała najważniejszy filar socjalizmu realnego w postaci wprowadzonej w 1947 r. przez Hilarego Minca zasady, że na działalność gospodarczą musi pozwolić państwo, było logicznym zwieńczeniem uwłaszczenia nomenklatury, potrzebującej na nowym etapie wolności gospodarczej.

monopoly-capitalist

Zanim pozwolono obywatelom wypowiedzieć się w wolnych wyborach, przezornie zadbano o kształt nowej rzeczywistości gospodarczej. Społeczeństwo zostało postawione przed faktami dokonanymi…

J. T.: W lutym 1989 r. peerelowski Sejm przyjął ustawę „o niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej”. Była ona podstawą prawną do masowego przejmowania przez wspomniane spółki nomenklaturowe majątku przedsiębiorstw państwowych. Mniej więcej w tym samym czasie został rozwiązany wydział przestępstw gospodarczych Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej!

Ale zasadnicza zmiana ustroju gospodarczego, w praktyce oznaczająca pożegnanie się z realsocjalistycznymi pryncypiami, przyszła wcześniej. Była nią wspomniana ustawa „o wolności i równości gospodarczej” z grudnia 1988 r., potocznie zwana „ustawą Rakowskiego”. Stanowiła ona, że każdy obywatel ma prawo prowadzić działalność gospodarczą z prawem do zatrudniania nieograniczonej liczby osób, a jedynym wymogiem formalnym jest wpisanie tej działalności do ewidencji.

Ustawa ta zawierała pewien haczyk – wprowadzając nowe możliwości dla nowo zakładanych firm prywatnych, a nie ruszając starych rygorów dotyczących jednostek gospodarki uspołecznionej, upośledzała te drugie względem tych pierwszych. W ten sposób zmuszano przedsiębiorstwa państwowe do korzystania z pośrednictwa spółek nomenklaturowych!

Wystarczy wspomnieć, że pod koniec 1989 r. w sferze produkcji materialnej istniało niemal 3500 spółek prawa handlowego z udziałem przedsiębiorstw państwowych.

Opisywanie prywatyzacji przy użyciu terminu „uwłaszczenie nomenklatury”, tj. kadr kierowniczych przedsiębiorstw państwowych oraz funkcjonariuszy aparatu partyjnego, bywa traktowane jako zabieg ideologiczny, mający służyć dyskredytacji całości reform. Czy są wymierne dowody świadczące o tym, że zjawisko wzbogacania się PRL-owskiego establishmentu na państwowym majątku rzeczywiście wystąpiło na masową skalę?

J. T.: Posługuję się pojęciem nomenklatury jako kategorią naukową, nie ideologiczną. A o realności i nagminności zjawiska zwanego uwłaszczaniem się nomenklatury świadczyć może liczba spółek między osobami prywatnymi i przedsiębiorstwami uspołecznionymi. Od stycznia do września 1989 r. powstało 12,6 tys. takich spółek. Dodajmy, że nomenklatura, czyli wykaz stanowisk, których obsadzenie wymagało akceptacji odpowiedniej instancji partyjnej, obejmowała w 1988 r. ok. 30 tys. kluczowych stanowisk, a jeśli dodać do tego stanowiska objęte rekomendacjami partyjnymi, które tylko formalnie nie miały mocy wiążącej – 360 tys.

Partykularne interesy tej grupy społecznej bez wątpienia miały ogromny wpływ na wiele decyzji podejmowanych u progu transformacji. A jaką rolę odegrała ideologia, wolnorynkowy dogmatyzm reformatorów?

J. T.: O roli ideologii wspartej na dogmacie wyższości własności prywatnej nad publiczną, można mówić przede wszystkim w odniesieniu do ekipy – a także jej następczyń – która odpowiadała za wyznaczanie polityki ekonomicznej po 1989 r. Dla części elit PRL-owskich ten mit również mógł być elementem świadomości (nie mając tam konkurencji ze strony dawno zapomnianej teorii marksistowskiej), ale w ich postępowaniu główną rolę odegrał bez wątpienia własny interes. Grupy te albo rozumiały, że koniec socjalizmu jest już bliski, albo – zamierzając się wygodnie urządzić w ramach starego ustroju – przyspieszały ów kres swoimi działaniami, co wychodziło na jedno.

Pańskie analizy pokazują, że w nadużycia prywatyzacyjne uwikłana była większość partii i środowisk politycznych w Polsce, nie tylko formacja określana ogólnie jako postkomunistyczna.

J. T.: Jakkolwiek by nie nazwać SdRP czy SLD (jako zasadniczych, choć nie jedynych post-PRL-owskich partii), pozostaje faktem, że zarówno te – określające się mianem lewicowych – partie, jak i ich prawicowe konkurentki ochoczo patronowały, a ich członkowie angażowali się w przekształcenia własnościowe po 1989 r. Patrząc z tego punktu widzenia, można mówić o poza- czy ponadpartyjnym uwikłaniu w stosunki charakterystyczne dla tego, co określam jako kapitalizm patrymonialny, system korupcjogenny i patologiczny, którego charakter wyznaczany jest przez styk gospodarki i państwa. Z tego względu uwikłanie partii w przemiany własnościowe jest niemal proporcjonalne do stopnia ich udziału w mechanizmach władzy, wpływającej na owe przemiany.

A społeczeństwo? Było zbyt słabe, aby się temu przeciwstawić?

J. T.: Lęk przed utratą podstawy utrzymania dostarcza jednej z dwóch odpowiedzi na pytanie o powody niesprawdzenia się obaw, o jakich mówił Andrzej Olechowski: „W opinii Zachodu w 1990 roku Polska była najbardziej niestabilnym krajem Europy Środkowej. Tu oczekiwano demonstracji i niepokojów… Polska miała być czerwoną latarnią”. Druga przyczyna leży w – wywołanych przez prywatyzację – wewnętrznych podziałach, które osłabiły ongiś  potężną i zdolną do jednolitego działania klasę robotniczą a szerzej – pracowniczą. Niektórzy pracownicy prywatyzowanych firm odbierali udziały wartości 15 zł, a inni o wartości kilkadziesiąt tysięcy złotych. Konflikty na tle podziału akcji występowały zarówno między branżami, jak i wewnątrz załóg poszczególnych przedsiębiorstw. W KGHM główne linie podziałów przebiegały wzdłuż branż. Górnicy dołowi uznali, że powinni dostać najwięcej akcji, bo pracują najciężej, hutnicy, że pracują równie ciężko, a przynoszą Polskiej Miedzi większe zyski, więc wniosek jest oczywisty. Konflikty na tle rozdziału akcji oraz bezrobocie splotły się w prywatyzacji TP SA. W 1998 r. „ostre strajki” zapowiedziały związki zawodowe Telekomunikacji Polskiej S.A. i Poczty Polskiej. Pracownicy pierwszej firmy, jeśli nieodpłatne akcje prywatyzowanej Telekomunikacji Polskiej S.A. dostaną pocztowcy, natomiast pracownicy drugiej, jeśli nie dostaną akcji TP S.A. Podłoże konfliktu stanowił fakt, iż Telekomunikacja Polska S.A. i Poczta Polska były do 31 grudnia 1990 r. jednym przedsiębiorstwem. Każde poszerzenie zbioru uprawnionych do odbioru akcji oznaczało odpowiednie obniżenie wartości przydziału.

Z punktu widzenia promotorów polityki prywatyzacji, akcje dla pracowników, w szczególności robotników, były nie tylko próbą kupienia ich przynajmniej neutralności wobec tej polityki, lecz okazały się pełnić, mówiąc językiem R. Mertona, pewną nader użyteczną funkcję ukrytą – mianowicie czynnika wewnętrznych podziałów i rozsadnika konfliktów. Na strukturalne różnice klasowe nałożyły się nowe, będące konsekwencją przekształceń własnościowych w ekonomiczno-socjologicznym położeniu robotników.

Jak wielkie były wśród pracowników różnice w zyskach z prywatyzacji?

J. T.: Wartość nominalna akcji i udziałów nabytych przez poszczególnych uprawnionych była bardzo zróżnicowana, zawierając się w 53 przebadanych przez NIK przypadkach w przedziale od 2 zł do 1570 zł (w najniższej grupie uprawnionych) oraz od 250 zł do 28950 zł (w VII grupie uprawnionych). Stosunek największej wartości akcji/udziałów otrzymanych przez uprawnionych danej grupy do wartości najmniejszej wynosił odpowiednio: dla grupy najniższej – 785:1, dla grupy najwyższej – 116:1. Spółki, których akcje były nieodpłatnie udostępniane na podstawie ustawy o NFI, miały swobodę w ustalaniu kryteriów warunkujących ilość otrzymywanych akcji, co zwiększyło możliwość dysproporcji w liczbie nabywanych akcji.

Wszystkie te rozpiętości, powtórzmy raz jeszcze, oznaczają pogłębianie podziałów i dezintegrację, a tym samym dodatkową siłę sprawczą osłabienia zdziesiątkowanej klasy robotniczej, której 2,5 mln przedstawicieli po dziesięciu latach przemian trafiło na mniej lub bardziej trwałe bezrobocie. Ponieważ zarówno te podziały, jak i bezrobocie są następstwami prokapitalistycznych przemian, oznacza to, iż w owe przemiany został wmontowany mechanizm korzystny z punktu widzenia ich sukcesu, bo nadwątlający pracowniczy opór.

Polskie przedsiębiorstwa prywatyzowano jednak na różne sposoby, m.in. drogą leasingu pracowniczego.

J. T.: Główni beneficjenci i autorzy rewolucji prywatyzacyjnej, o której wspomniałem, znaleźli bardziej cywilizowany sposób zaspokojenia apetytów własnościowych. Była to tzw. prywatyzacja leasingowa, której kluczową zaletą była mniejsza – dzięki włączeniu załóg przedsiębiorstw – konfliktowość. O tym, że klasowy i społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji nomenklaturowej groził zablokowaniem całego procesu transformacji ustrojowej, świadczy fakt, że rząd Mazowieckiego został zmuszony do wstrzymania wszystkich postępowań prywatyzacyjnych do chwili uchwalenia nowej ustawy, wskutek czego 70 wniosków o sprywatyzowanie przedsiębiorstw państwowych przeleżało w szufladach co najmniej pół roku.

Interes klas menedżerskich, aspirujących do klasy właścicieli kapitału, zbiegł się tutaj z celami rządowych budowniczych kapitalizmu, m.in. dlatego, że przedmiotem prywatyzacji leasingowej było – w odróżnieniu od jej poprzedniczki – przedsiębiorstwo jako całość. Argument przyśpieszenia i uefektywnienia w ten sposób decydującego składnika prokapitalistycznej zmiany ustrojowej, pozwolił przezwyciężyć powszechną wśród rządzących niechęć do wszystkiego, co pachniało samorządem pracowniczym, władzą robotników, z czym przez dłuższy czas kojarzono tę formę prywatyzacji. To przez pewien czas przechylało szalę na niekorzyść konkurencyjnej tzw. prywatyzacji obywatelskiej, rozważanej przez decydentów jako pomysł na wyprowadzenie prywatyzacji ze ślepej uliczki przyjętego wcześniej jako dominujący, jeśli nie wyłączny, tzw. modelu brytyjskiego: sprzedaż akcji w drodze oferty publicznej. Decydujące znaczenie dla zwycięstwa opcji zwanej do dziś pracowniczą, miał fakt, że interes w jej wprowadzeniu miała klasa menedżerska, podczas gdy za opcją obywatelską stały rozproszone interesy niezorganizowanej masy podatników.

Znaczną część majątku narodowego przejęli także przedsiębiorcy z Zachodu.

J. T.: Gdy tylko, w ciągle jeszcze nieco egzotycznym kraju, oddzielonym do niedawna od reszty cywilizowanego świata „żelazną kurtyną”, pojawili się zachodni inwestorzy, to również rodzimi dyrektorzy byli tymi, którzy przywitali ich z otwartymi ramionami. Prywatyzacja z udziałem inwestora zagranicznego była przeprowadzana – w większości – z inicjatywy kierownictwa przedsiębiorstwa, które podejmowało działania zmierzające do znalezienia inwestora zagranicznego i wstępnego uzgodnienia warunków przekształcenia. Z przeprowadzonych badań jednoznacznie wynika, że kierownictwo przedsiębiorstwa lub spółki wykazało zaangażowanie i inicjatywę w przynajmniej połowie przypadków prywatyzacji. Zaangażowanie organów założycielskich, Ministerstwa Przekształceń Własnościowych oraz firm doradczych, było zdecydowanie mniejsze. Według informacji udzielonych w spółkach, które powstały w wyniku prywatyzacji kapitałowej, głównie kadra kierownicza (89,2%) i rada pracownicza (78,6%) były najbardziej aktywne i wspierały działania przekształceniowe.

Czy istnieją istotne różnice między sprzedażą przedsiębiorstw właścicielom polskim i zagranicznym? Część środowisk przeciwnych prywatyzacji posługiwała się hasłami „obrony interesu narodowego”, ale czy na poziomie mikro, np. rozwoju firm, traktowania pracowników itp., polscy prywatni właściciele odróżniali się in plus od swoich zagranicznych odpowiedników?

J. T.: Biorąc pod uwagę rozróżnienie na prywatyzację na rzecz, z jednej strony rodzimych, a z drugiej – zagranicznych przedsiębiorstw, hasła „wyższości” polskiego kapitału nie bronią się w zestawieniu z faktami.

Jeśli już, to wśród obcych właścicieli można znaleźć takich, z wejścia których do przedsiębiorstwa ono samo i jego załoga odnosili określone korzyści, np. w postaci lepszej formy organizacji pracy. Choć tu także występują poważne różnice między dbającymi jako tako o swoją markę dużymi tzw. odpowiedzialnymi społecznie koncernami, a całą chmarą często szemranych „przedsiębiorców”, zwabionych do Polski okazjami robienia pieniędzy w sposób, na jaki w ich ojczyźnie by im nie pozwolono. Co nie znaczy, by ekscesów i ostrych konfliktów nie brakowało zarówno w jednym, jak i drugim przypadku.

A jak kwestia własności i pochodzenia kapitału wygląda z punktu widzenia interesów państwa i możliwości podejmowania przezeń rozmaitych działań?

J. T.: Narodowa przynależność podmiotu, na rzecz którego dokonuje się denacjonalizacja, ma oczywiste znaczenie z punktu widzenia szerszych interesów gospodarczych.

Z podobną beztroską, z jaką wyrzeczono się możliwości sterowania kierunkami zagranicznych inwestycji w interesie kraju jako całości, lekką ręką wyzbywano się zakładów o strategicznym znaczeniu, bez uwzględniania roli odgrywanej przez nie w powiązaniach kooperacyjnych, rynkowej pozycji itp. Dotyczy to choćby największej w kraju fabryki celulozy w Kwidzynie, która wytwarzając połowę krajowej produkcji papieru gazetowego i duże ilości innych gatunków papierów oraz celulozy, zdolna była do dyktowania cen zarówno papieru, jak i celulozy dostarczanej do innych zakładów papierniczych. Po przejęciu przez amerykański koncern International Paper, w ciągu dwóch lat – od stycznia 1993 r. do kwietnia 1995 r. – zakłady w Kwidzyniu podniosły cenę kilograma papieru gazetowego z 7000 do 18500 zł – tzn. do poziomu cen światowych, choć koszty produkcji w Polsce są niższe.

Równie wymowny jest przykład kombinatu „Kujawy”, największego producenta kamienia wapiennego, trzeciego co do wielkości producenta wyrobów wapienniczych i największego producenta cementu w Polsce, którego 75% akcji kupiła francuska firma „Lafarge”. Wicewojewoda bydgoski, Eugeniusz Kłopotek, uznał, iż decyzja o sprzedaży kombinatu jest zła z punktu widzenia interesów regionu. Niekorzystne może się okazać zwłaszcza oddanie Francuzom kopalni kamienia wapiennego, głównego surowca dla pobliskich zakładów „Soda-Mątwy” i „Janikosoda”.

Zbliżony jest przypadek kopalni i huty szkła w Osiecznicy, jedynego w kraju producenta piasku I klasy i głównego dostawcy tego surowca dla polskich hut szkła. Resort skarbu sprzedał za 3,02 mln dolarów 75% udziałów kopalni niemieckiej firmie Quartzwerke GmbH. O „Osiecznicę” starało się również polskie konsorcjum, w skład którego wchodziły centrala eksportowo-importowa „Minex”, huta „Irena”, huta „Krosno” i Polski Bank Rozwoju. Jednak według ministra prywatyzacji, Wiesława Kaczmarka, nie miało ono udokumentowanych środków na zakup firmy i nie przedstawiło szczegółowego planu inwestycyjnego. Minister przekonywał, że ponieważ w Polsce jest tylko jedna taka kopalnia, to „niezależnie od tego, czy kopalnię kupi inwestor zagraniczny czy polski, to i tak będzie monopolistą”. Słabość tego argumentu polega na nieuwzględnieniu jakościowej różnicy między możliwościami wpływu krajowych organów regulacyjnych – oraz samych krajowych kontrahentów – na zachowanie rynkowe firmy krajowej i należącej do obcych właścicieli.

Czarny scenariusz się sprawdził?

J. T.: Efekty pochopnej prywatyzacji widać świetnie na przykładzie Polskich Hut Stali. Skutki tej decyzji rozciągnęły się na przedsiębiorstwa branży okołostoczniowej, na czele z poznańskimi Zakładami im. Hipolita Cegielskiego. Polskie Huty Stali po przejęciu przez hinduskiego inwestora, pod pretekstem boomu inwestycyjnego w Chinach, podniosły ceny na swoje wyroby. Poznańska firma, która wkroczyła już na rynki unijne, miała wykonać 19 silników okrętowych. Gdyby udało się rozpocząć realizację zamówienia, można byłoby zwiększyć zatrudnienie. Wygórowane ceny stali – a koszty materiałów stanowiły w tym przypadku ok. 55% ceny wyrobów – zagroziły jednak nieopłacalnością produkcji silników i części okrętowych. Tadeusz Pytlak, szef zakładowej „Solidarności”, tłumaczył: „Sytuacja w zakładzie wygląda tak: mamy fachowców, mamy zamówienia, nie mamy pieniędzy, żeby je realizować. A dlaczego? Bo po sprzedaży Polskich Hut Stali bardzo podrożały materiały przez nie wytwarzane, a dla nas niezbędne. Efekt jest taki, że znowu w »Cegielskim« mamy przestoje, w niektórych działach ludzie idą na urlopy, bo nie ma produkcji, nie ma płynności finansowej, żeby ją uruchomić”.

Inne skutki prywatyzacji widać było w sektorze bankowym. Minister skarbu W. Kaczmarek zwrócił uwagę na przypadek BZ WBK, który po podporządkowaniu irlandzkiemu Allied Irish Banks wycofał się z kredytowania górnictwa, choć działalność ta nie przynosiła mu strat. Wojciech Kwiatkowski, wiceprezes PKO BP, mówił, że „banki zagraniczne preferują finansowanie zagranicznych firm, którym dają lepsze warunki”. Także Mariusz Zygierewicz, ekonomista Związku Banków Polskich, przyznał, że „z punktu widzenia rządu wadą banków z przewagą inwestora zagranicznego jest to, że dużo trudniej je zmusić do finansowania projektów, które mają małe szanse na zwrot w krótkim okresie. Banki z przewagą kapitału zagranicznego często specjalizują się w określonych sektorach i nie są zainteresowane finansowaniem innych”.

Wiadomo o istnieniu w omawianej grupie banków tak zwanego traffic light system, czyli wytycznych odnośnie do podstawowych zasad polityki kredytowej. System ten dotyczyć może branż lub krajów. Pod semaforem stoją te sektory gospodarki, które nie mają szans na uzyskanie kredytu, i te kraje, w których bank nie zamierza kredytować żadnych projektów. Wnioski kredytowe płynące z firm należących do sektorów zakazanych, nie są na ogół w ogóle badane. Z uzyskanych przez „Gazetę Bankową” informacji wynika, że w przypadku Polski do sektorów, dla których pali się czerwone światło, należą górnictwo węgla kamiennego i hutnictwo. Ponadto zagraniczni właściciele banków niechętnym okiem patrzą także na chemię ciężką i przemysł stoczniowy, co potwierdziły problemy z uzyskaniem kredytowania przez Stocznię Szczecińską.

Pozbywając się naszych banków, znacznie zawęziliśmy zatem możliwość kreowania polityki gospodarczej.

J. T.: Wytyczne co do podstawowych zasad polityki kredytowej płyną ze spółek macierzystych, czyli zza granicy. Tam zapadają decyzje, w jakie branże bank działający w Polsce nie powinien się angażować, tam też wyznacza się dopuszczalne limity branżowego zaangażowania kredytowego. W grupach bankowych powszechnie obowiązującą zasadą jest zasada konsolidacji zarządzania ryzykiem kredytowym. Oznacza to, że nawet firma z branży, dla której akurat nie pali się czerwone światło, może nie dostać kredytu, bo przewidziany limit branżowy został już wykorzystany przez inne podmioty grupy, działające gdzieś poza naszymi granicami.

Inwestorzy przejmujący państwowe przedsiębiorstwa podejmowali różne zobowiązania, np. związane z utrzymaniem zatrudnienia czy poziomem przyszłych inwestycji. Co z tego wynikło?

J. T.: Kontrakty zawierane w latach 1991-1992 pomiędzy inwestorem a Skarbem Państwa przy sprzedaży jednoosobowych spółek Skarbu Państwa, z reguły nie zawierały zobowiązań inwestycyjnych ani też zobowiązań socjalnych. Zobowiązania inwestycyjne mają postać bądź podwyższenia kapitału akcyjnego spółki, bądź przeznaczenia określonych kwot na określone inwestycje, w określonym czasie. Mogą też oznaczać udostępnienie nowych technologii, patentów, licencji, rozwiązań, organizacji produkcji itp.

To, że w umowach zaczęły pojawiać się klauzule bezpośrednio dotyczące warunków pracy i egzystencji załóg, należy zawdzięczać ich nieustępliwej, mimo wszystkich trudności, walce o swoje prawa. Rezultaty tej walki wydają się tym bardziej godne uwagi, jeśli pamięta się o nierównej pozycji przetargowej obu stron stosunku kapitał – praca najemna.

Załogi przedsiębiorstw nie miały jednak sprzymierzeńca w państwie, teoretycznie powołanym do reprezentowania ich interesów. Zgodnie z ustaleniami NIK, delegatury Ministerstwa Skarbu Państwa prowadziły nadzór nad realizacją zobowiązań inwestorów sprzecznie z zasadami określonymi przez ministra oraz nie wykorzystywały możliwości prowadzenia kontroli stanu realizacji tych zobowiązań. Ale niedociągnięcia występują nie tylko na terenowym szczeblu. Dziurawy okazał się również, działający w Ministerstwie Skarbu Państwa, Zintegrowany System Informatyczny, zawierający dane o zobowiązaniach pozacenowych. W przypadku 30 na 111 zbadanych przez NIK umów stwierdzono nieprawidłowości we wprowadzaniu danych do tego systemu. Skutkiem tego sporządzane na podstawie danych zawartych w ZSI raporty o stanie realizacji zobowiązań pozacenowych, wynikających z umów prywatyzacyjnych, nie odzwierciedlały stanu faktycznego. W 35 przypadkach na 111 skontrolowanych umów delegatury ograniczyły się do przyjmowania oświadczeń nabywców o stanie realizacji zobowiązań, nie weryfikując ich w oparciu o dokumentację źródłową. A mówi się, że ginie wiara w człowieka – nasi urzędnicy od prywatyzacji swoim postępowaniem zadają kłam takim twierdzeniom…

Delegatura Ministerstwa Skarbu Państwa we Wrocławiu w latach 1998-2001 (do 30 czerwca) nie dokonała żadnej kontroli w tym zakresie. Delegatura Ministerstwa Skarbu Państwa w Katowicach w dwóch przypadkach przeprowadziła kontrolę w niepełnym zakresie (pomijając sprawdzenie stanu realizacji zobowiązań socjalnych). Nic dziwnego zatem, że 11% spółek nie wywiązuje się ze zobowiązań dotyczących zatrudnienia.

Ponadto w Ministerstwie Skarbu Państwa nierzetelnie uzgadniano tryb postępowania i podejmowano decyzje dotyczące egzekwowania od inwestorów wykonania zobowiązań oraz płacenia kar umownych, bowiem podejmowano je z opóźnieniami i naruszaniem procedur określonych w decyzjach Ministra Skarbu Państwa. Należy odnotować istnienie luk prawnych, często pojawiających się w umowach.

Podpisywano umowy, z góry wiedząc, że nie będzie można wyegzekwować ich pełnej realizacji?

J. T.: W umowach, w których stroną jest inwestor zagraniczny, zapisy gwarantujące ich realizację zostały uwzględnione, najczęściej w postaci kar umownych (w sumie w 45% umów), przy czym wśród przedsiębiorstw sprywatyzowanych metodą kapitałową ten sposób zastosowano w prawie 61%. Jest to korzystne, gdyż ewentualna egzekucja z reguły jest stosunkowo prosta do przeprowadzenia. Zastanawiające jest jednak, że w ponad 30% zawartych umów nie zamieszczono żadnych zabezpieczeń na wypadek niewywiązania się inwestorów z umowy!

Zgodnie z badaniami zespołu Instytutu Studiów Politycznych PAN, na reprezentatywnej próbie przedsiębiorstw sprywatyzowanych z udziałem kapitału zagranicznego, w niemal co czwartej spółce na inwestora strategicznego nie nałożono jakichkolwiek zobowiązań, zaś prawie w co drugiej spółce inwestor nie miał zobowiązań inwestycyjnych.

I tak jednak rząd rozporządza wieloma środkami mogącymi skłonić zagranicznych inwestorów do wywiązywania się z kontraktowych ustaleń, takimi jak odpowiednie zapisy w umowach sprzedaży, skuteczne egzekwowanie wynegocjowanych zobowiązań inwestycyjnych kontrahentów itp. Istnienie takich instrumentów nie musi się jednak przekładać na ich skuteczne stosowanie. Na podstawie kontroli odnoszących się do 2004 r. NIK stwierdziła, że pogorszyła się skuteczność windykacji należności prywatyzacyjnych. W porównaniu z 2003 r. zwiększyła się liczba dłużników, a kwota zaległości wzrosła o 62,3 mln zł, czyli o 19,8%. Brak windykowania należności przez funkcjonariuszy resortu skarbu stał się notoryczną praktyką. Od jednego z nierzetelnych inwestorów ściągnięto w ciągu ponad sześciu lat od daty podpisania umowy prywatyzacyjnej zaledwie 150 tys. zł z ponad 23 mln zaległości. Ministerstwo, mimo że inwestor wykazywał spory majątek, nie prowadziło zbyt skutecznej windykacji. W dodatku, gdy składał swoją ofertę przy okazji innych prywatyzacji, pracownicy Ministerstwa Skarbu wystawiali mu opinię, że jest rzetelnym inwestorem! Niespłacone zobowiązania wynoszą w sumie ponad 700 mln zł. Niemal 360 inwestorów ma obecnie przedawnione zobowiązania prywatyzacyjne, a łącznie 600 podmiotów nie realizuje zobowiązań prywatyzacyjnych.

W swoich książkach opisuje Pan dziesiątki nadużyć związanych z prywatyzacją. Jak wielu sprawców udało się ukarać, jak dużą część społecznego majątku – odzyskać?

J. T.: Nie ma żadnych statystyk rejestrujących procent, czy to ukaranych przestępców, czy odzyskanej własności, ale gdyby istniały, na pewno nie byłyby to przesadnie długie kolumny liczb czy nazwisk. Trzeba pamiętać, że żyjemy w systemie, w którym, mówiąc w uproszczeniu, pieniądz jest królem. W tym kontekście oznacza to możliwość kupowania sobie przez lumpenburżuazję najlepszych adwokatów, przekupywania funkcjonariuszy aparatu sprawiedliwości itp. Ilość kruczków prawnych, stosowanych przez prywatyzacyjnych aferzystów, jest ogromna.

A do tego rodzaju czynników dołączają się inne, dostosowujące charakter systemu prawnego do dominujących stosunków własnościowo-klasowych. Dobrym przykładem jest to, co stało się w Białostockiej Fabryce Dywanów „Agnella”. Krzysztof Niezgoda, główny udziałowiec przedsiębiorstwa, został skazany na 2 lata więzienia i grzywnę za zagarnięcie ponad 3,4 mln zł na szkodę fabryki. Niezgoda jest współwłaścicielem Fabryki Dywanów „Agnella” S.A. w Białymstoku jako główny udziałowiec najpierw spółki cywilnej „Agnella Plus”, a następnie Poznańskiej Grupy Kapitałowej, w której ma on 95% udziałów. Białostocka prokuratura uznała za nielegalne kilka czynności prawnych podjętych przez Niezgodę. Chodziło o wpłatę przez przedsiębiorcę w lipcu 1994 r. wspomnianych 3,4 mln zł na konto białostockiej fabryki. Dokonano jej bez podania tytułu prawnego, tj. nie wskazując przeznaczenia pieniędzy. Jak twierdził przed sądem Niezgoda, była ona przeznaczona na podniesienie kapitału akcyjnego spółki, która miała wejść na giełdę. Jednocześnie, na podstawie zawartej wówczas umowy na dostawę surowców, fabryka przelała 3,4 mln zł na konto „Agnelli Plus”. Potem biznesmen pieniądze wypłacił i przelał na konto Poznańskiej Grupy Kapitałowej, której był udziałowcem. Po tej operacji spółka mogła dostać kredyt, za który kupiła akcje innej spółki – „Drumetu”. Rozliczenie lipcowej wpłaty Niezgody na konto fabryki nastąpiło po pół roku, należącymi do fabryki akcjami Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Hestia” S.A., wartymi 2 mln zł i przez przeniesienie do spółki „Agnella Plus” wierzytelności fabryki, wynikającej z umowy surowcowej (1 mln zł). Zdaniem prokuratury, uzyskując akcje i wierzytelność, Niezgoda dokonał zagarnięcia na szkodę współnależącej do niego białostockiej spółki. Służyć temu miała m.in. umowa surowcowa, zdaniem oskarżenia spisana tylko po to, by pieniądze wpłacone przez przedsiębiorcę mogły zostać natychmiast przekazane na konto „Agnelli”. W kolejnym roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu uniewinnił jednak Krzysztofa Niezgodę od zarzutu wyłudzenia 3,4 mln zł. Sąd uznał – wykazując zaiste głębokie poczucie relatywizmu historycznego – że wszystkie operacje przeprowadzane pomiędzy fabryką dywanów „Agnella”, a innymi firmami należącymi do K. Niezgody były zgodne z ówcześnie obowiązującym prawem. Sędzia podkreślił, że samo zdarzenie miało miejsce w czasie przemian gospodarczych w Polsce, kiedy obowiązywała zasada: co nie jest zabronione, jest dozwolone.

Tu dochodzimy zatem do kwestii pośredniego wpływu złodziejskiego charakteru polskiej prywatyzacji – bo chyba można to tak określić – na kształt naszego kapitalizmu, instytucji, jakości życia publicznego itp.

J. T.: Proces prywatyzacji, w tym szczególnym charakterze, jakiego nabrał w naszym kraju (choć nie tylko, bo podobny charakter miał on w całej Europie Wschodniej), stał się jednym z zasadniczych czynników kształtujących oblicze tej odmiany kapitalizmu, którą określam mianem kapitalizmu patrymonialnego. Jeden tylko przykład wpływu prywatyzacji na korumpowanie naszego życia publicznego stanowi niejawny lobbing uprawiany przez urzędników państwowych i byłych ministrów czy wiceministrów. Firma zachodnia ubiegająca się o jakąś koncesję czy kupno danego zakładu wynajmuje taką osobę do pilotowania projektu, a w istocie — do załatwienia sprawy. Wiceminister ma znajomości i przeciera szlaki. To zjawisko jest powszechne. Półoficjalnie mówi się, że daną firmę zachodnią pilotuje wiceminister X, inną firmę — były minister Y… I tu padają powszechnie znane nazwiska. Działania takie są zaś praktycznie poza kontrolą.

Dlaczego nie wybuchł na większą skalę bunt, gdy skala „przekrętów” była już dobrze widoczna, a klasa pracownicza nie była jeszcze tak zatomizowana jak teraz?

J. T.: Odgórne wprowadzanie kapitalizmu w Polsce w formie prywatyzacji przedsiębiorstw sektora publicznego napotykało na opór i na różnorodne formy i przejawy tej klasowej walki, zarówno spontanicznej, jak i organizowanej przez związki zawodowe. Faktem jednak jest, że nie była to rebelia na miarę tej, jakiej spodziewali się niektórzy obserwatorzy. Oprócz wielu szczegółowych przyczyn tłumaczących przewagę kapitału stosunkach z pracą najemną, dwie generalne – które już wspomniałem – wydają się najbardziej znaczące. Są nimi możliwość sięgania po straszak w postaci istnienia rezerwowej armii pracy, czyli bezrobotnych oraz, paradoksalnie, sama prywatyzacja, której autorzy uciekli się do mechanizmu, z jakiego skorzystała M. Thatcher w swej skutecznej walce z brytyjską klasą pracowniczą.

Dokonuje Pan bezlitosnej diagnozy polskich przemian. W naturalny sposób pojawia się pytanie o alternatywy. Zdaniem skrajnych liberałów, uwłaszczenie nomenklatury, a nawet spora liczba „przekrętów”, były nieuniknionymi czy wręcz niezbędnymi efektami procesu dochodzenia do wolnorynkowego kapitalizmu, a więc – ich zdaniem – systemu najbardziej sprawiedliwego i efektywnego. Co im Pan odpowiada?

J. T.: Mówiąc o alternatywie, należy sprecyzować, o jaką alternatywę chodzi. Czy zakładamy ten sam cel, tzn. kapitalizm, a zastanawiamy się jedynie nad drogą doń? Nawet i ów cel wymaga precyzacji, np. jako kapitalizm w jego odmianie kontynentalnej, którą zaliczam – wraz z modelem azjatyckim – do tzw. kapitalizmu interesariuszy, w odróżnieniu od angloamerykańskiego kapitalizmu akcjonariuszy. Droga do takiego systemu mogła być oczywiście inna, łącznie z innym sposobem przeprowadzenia przekształceń własnościowych, nie pociągającym za sobą tak olbrzymich kosztów społecznych, np. zakładającym oparcie się na demokratycznie pojmowanej własności pracowniczej.

Możemy jednak mówić o generalnej alternatywie wobec kapitalizmu; ja osobiście opowiadam się za ustrojem opartym na demokracji uczestniczącej i własności społecznej.

Nawet wśród tych, którzy wskazują na kryminalny charakter polskiej prywatyzacji, rzadko można znaleźć zwolenników znaczącego udziału własności społecznej w gospodarce, poza sektorami o znaczeniu strategicznym. Wyższość własności prywatnej, np. w sensie efektywności ekonomicznej, przedstawiana jest powszechnie jako aksjomat.

J. T.: O tym, że własność społeczna nie stoi na przegranych pozycjach, nawet w warunkach systemu rynkowego, świadczą jednoznacznie zarówno argumenty teoretyczne, jak i dane empiryczne, które zgromadziłem w swojej książce „Ekonomiczny sens prywatyzacji” (wyd. ang.: „Private versus Public Enterprise: In Search of the Economic Rationale of Privatisation”). Dane, które pojawiły się od czasu wydania książki jedynie potwierdzają moje tezy o braku genetycznego upośledzenia przedsiębiorstw publicznych. Krytyczny ogląd argumentów przedstawianych przez trzy główne teorie dostarczające argumentów na rzecz własności prywatnej i na niekorzyść własności społecznej, ujawnił ich liczne ułomności. Podsumowując rezultaty tej analizy w najbardziej syntetyczny, nieomal hasłowy sposób, z punktu widzenia stosunków między kierującymi przedsiębiorstwem a pretendentami do nadwyżki, nie ma jakościowej różnicy między prywatną korporacją o kilku milionach akcjonariuszy a przedsiębiorstwem publicznym. Podobnie, prywatyzacja nie kładzie kresu mieszaniu się polityki w gospodarkę, mającemu stanowić organiczne schorzenie sektora publicznego. Dokładniejsza analiza poglądów szkoły austriackiej przekonuje natomiast, iż zawierają one pochwałę nie tyle własności prywatnej, jako takiej, co konkurencji – tymczasem przedsiębiorstwa publiczne są zdolne do działania w warunkach konkurencyjnej gospodarki rynkowej. Jakkolwiek większość badań przytoczonych we wspomnianej książce potwierdza tezę o własności prywatnej jako bardziej efektywnej ekonomicznie, to pozostaje pewna liczba przypadków, w których lepsze wyniki osiągają przedsiębiorstwa publiczne. Można zatem stwierdzić, że nagromadzone świadectwa empiryczne nie wystarczają dla poparcia tezy, zgodnie z którą własność prywatna miałaby być z natury bardziej efektywna niż własność społeczna. Np. najnowsze badania pokazały, że przedsiębiorstwa te w porównaniu z grupą sprywatyzowanych brytyjskich przedsiębiorstw prezentowały się korzystnie pod względem wzrostu wydajności.

Obecnie sporo mówi się o tworzeniu spółek na styku sektora publicznego i prywatnego, np. w służbie zdrowia czy różnego rodzaju usługach publicznych. Pan w swej książce opisuje również liczne przypadki tej mniej znanej prywatyzacji, mianowicie przejmowanie mienia komunalnego – przedsiębiorstw energetycznych, ciepłowniczych, wodociągowych itp. Czy powinniśmy obawiać się „drugiej fali prywatyzacji”?

J. T.: Prywatyzacja własności wspólnej może być realizowana różnymi drogami, co starałem się pokazać w swojej książce. Z dziką prywatyzacją w służbie zdrowia mamy do czynienia od dawna, bo czymże innym jest używanie przez indywidualnych lekarzy, spółki, fundacje itp. środków publicznej służby zdrowia dla prywatnego zarobku. Cichą prywatyzację stanowi też z reguły popularne na Zachodzie partnerstwo publiczno-prywatne, nader często będące – w czym właśnie przejawia się jego własnościowy charakter – uspołecznieniem strat i prywatyzacją zysków. U nas, m.in. na poziomie samorządów, ze zrozumiałych względów (możliwość korupcyjnych interesów) rośnie liczba zwolenników tego typu prywatyzacji. Natomiast sama tzw. komercjalizacja, czyli przekształcenie szpitala w spółkę, nie stanowi prywatyzacji, choć na pewno znacznie ją ułatwia.

Na koniec chcieliśmy zadać pytanie nieco osobiste. W Polsce mówienie o „uwłaszczeniu nomenklatury” i wskazywanie na partyjno-establishmentowe korzenie prywatyzacji, niejako od razu nasuwa skojarzenia z prawicą, tą najbardziej antykomunistyczną. Pan natomiast jest konsekwentnie od lat człowiekiem lewicy, bliskim marksizmowi. Skąd zatem wzięło się Pańskie, oryginalne w polskich realiach, stanowisko definicyjno-krytyczne?

J. T.: To, że pojęcie uwłaszczenia nomenklatury może być czy nawet zostało, nomen omen, zawłaszczone przez prawicę, to jedna sprawa, a jego naukowa prawomocność – a ta w pierwszym rzędzie mnie interesowała – to zupełnie inna kwestia. O zburżuazyjnieniu funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego jako zasadniczej przyczynie buntów robotniczych w PRL pisałem wielokrotnie, także za czasów dawnego ustroju. Teksty te pisane były z pozycji lewicowych i tak też były odczytywane.

Mogę jedynie na zakończenie zachęcić do przeczytania całej książki, która, jak myślę, jednoznacznie wyraża moje lewicowe, antykapitalistyczne, prorobotnicze i propracownicze stanowisko. Stanowisko to przejawia się przede wszystkim w opisie i badaniu wydarzeń i procesów istotnych dla warunków egzystencji tej klasy czy klas. A znaczeniu prywatyzacji dla warunków życia mas robotniczych i pracowniczych w ostatnich dwóch dekadach trudno zaprzeczyć.

Dziękujemy za rozmowę.

Poznań, 13 maja 2008 r.

rozmawiali Michał Sobczyk i Remigiusz Okraska

Powyższy wywiad pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 42, w roku 2008.

Podziękowania za wsparcie

Serdecznie dziękujemy wszystkim osobom, które dotychczas wsparły akcję pomocy „Nowemu Obywatelowi”! Bez Waszej pomocy byłoby nam znacznie trudniej. Prezentujemy listę osób wspierających, która będzie stale aktualizowana.

Niedawno poprosiliśmy naszych Sympatyków i nasze Sympatyczki o wsparcie naszego pisma, które znajduje się w ciężkiej sytuacji finansowej – tu można przeczytać cały apel o pomoc. Otrzymaliśmy już pomoc od kilkudziesięciu osób. Poniżej zamieszczamy pierwsze nazwiska osób wspierających nas w serwisie Patronite. Lista będzie regularnie uzupełniana, także o osoby, które wspierają nas wpłatami bezpośrednio na konto. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!

Oto lista osób wspierających w serwisie Patronite (według kolejności wpłat):

Anna Bearne

Jakób Majchrzak

Olga Drenda

Jakub P.

Kasia Gauza

Jan Bitner

Łukasz C.

Stanisław Krawczyk

Maciej Kirst

Maciej Kryński

Jakub Komorowski

Jakub Krasiński

Dariusz Nowak

Michał Kowalówka

Andrzej Jaszcza

Ronja St

Jakub SK

Justyna Wieczorek

Piotr Błaszczyk

Szczepan Twardoch

Czesław Domarecki

Teresa Wójcicka

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Jakub Kowalski

Artur Nowak-Gocławski

Ola Chudziak

Hubert Heathertoes

Łukasz Grzybowski

Andrzej Skiba

Krzysztof Postek

Anonimowy darczyńca

Jacek Klatka

Lucja Kalkstein

Julita Hapunik

Sebastian Ochojna

Natalia Bała

Jacek Żebrowski

Marcin Szwed

Katarzyna Leszczyńska

Maciej Wisialski

Juliusz Nowak

Dominik Wysocki

Zbyszek Baraniecki

Maciej Grodzicki

Anonimowy Darczyńca

Agnieszka Dobrowolska

Karol Majewski

Hubert Walczyński

Paweł Frelik

Tomek Drzazgowski

Bartosz Brzeziński

Tomasz Minkiewicz

Dawid Kotlarek

Magdalena Sawicka

Mateusz Ledwoń

Asia Wójcik

Olga Filimon

Magda Paszko

Jan Świeczkowski

Anonimowy Darczyńca

Adrian Kruk

Ewa Wyrębska-Đermanović

Iza Zygmunt

Roman Kurkiewicz

Andrej Prwlo

Wiesław Migdał

Basia Leszczyńska

Agata Nowicka

Adrian Gunther

Olga Zawadzka-Kucharska

Kacper Wańczyk

Joanna Nawrocka

Katarzyna Kropielnicka

Witek Skrzyński

Oliwia Lewandowska

Karol Templewicz

Tomasz Piątek

Marcin Mrotek

Piotr Dybka

Janusz Bernakowski

Bartosz Olesiński

Kamil Baścik

Marceli Sommer

Ania Szudek

Małgorzata Rybak

Agata Izabela Łęcka

Maciej Trząski

Sylwia Borowska-Kazimiruk

Rafał Suchocki

Paweł Gajowczyk

Dorota Walkiewicz

Krystian Kowalewski

Michał Boś

Paweł Łapiński

Marcin Tochowicz

Kuba Żurek

Jakub Kobyliński

Agnieszka Rokita

Izabela Sowula

Rafał Łętocha

Michał Włodarczyk

Jacek Modrzejewski

Dawid Kubicki

Joanna Urbańska

Michał Kaczmarek

Adam Duracz

Katarzyna Warmuz

Agata Szadkowska-Samusik

Piotr Wilkin

Robert Rędziak

Anonimowy Darczyńca

Piotr Szczepański

Adam Gierczak

Joanna Roch

Krzysztof Polański

Tomasz Ociepka

Mateusz Leźnicki

Eliasz Robakiewicz

Jakub Tel

Jan Jęcz

Michał Wojciechowski

Jakub Gorczowski

Oto lista osób wspierających nas bezpośrednimi wpłatami na konto (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):

E. Adamska

R. Adamczewski

J. Adin

M. Amribd

D. Antkowicz

R. Augustyniak

M. Aulejtner

W. Bakalarz

Ł. Baleja

M. Balcer

P. Bałdyga

D. Baranowicz

A. Baranowski

M. Bartosik

M. Bartoszek

M. Bartyzel

J. Bączek

M. Bątorek

M. Bednarz

A. Beryt

A. Białek

F. Białek

A. Białkowski

M. Biedrzycki

M. Bielicki

M. Biskupek

J. Bitner

A. Bladowska

M. Blizniak

K. Błaszak

G. Bobrowicz

A. Bogusiak

P. Borzymek

K. Boudjouher

S. Brudnoch

E. Brzezińska

B. Budzyński

A. Buśkiewicz

M. Ciesielska

A. Cioch

M. Ciuba

P. Chełmiński

K. Cholewińska

T. Chmielewski

E. Chyczewski

M. Cyankiewicz

M. i M. Czachor

D. Czaja

T. Czerniak

A. Czerniawska

S. Czyżyk

M. Czubak

P. Ćwiek

A. Derra

R. Dobrzańska

P. Dobrzyński

P. Downarowicz

M. Dragan

O. Drenda

P. Drozd

G. Drygała

I. Dudkiewicz

J. Duracz

L. Durnaś

M. Dymek

A. Dziakowski

M. Dziarski

P. Dziuba

R. Dzwonkowski

W. Ekielski

A. Elliott

F. Fałek

A. Faszyńska

A. Fiderkiewicz

J. Folusz

K. Gajewska

M. Gamrot

M. Gierke

E. Głowacka

K. Górzyńska

D. Gosek

M. Gospodarczyk

R. Górski

K. Grabias

A. Grala

A. Grodzka

B. Grubich

T. Gruszkowski

A. Grzesiuk

D. Gumięga

A. Gut

J. Gwiazda

T. Hajto

M. Hetmański

E. Hive

U. Horoszko

K. Hromek

S. Ignaciuk

N. Iskrzak

O. Ivchenko

R. Jacaszek

A. Jagiełło

K. Jagiełło

P. Jakubczyk

J. Jakubowski

A. Janas

P. Jankowski

P. Jarosiński

K. Jarząb

M. Jarząbek

K. Jasiński

R. Jasiński

M. Jasiukiewicz

P. Jesiotr

K. Jóźwik

B. Kacprzak

M. Kacprzak

T. Kaczyński

P. Kapela

K. Karczyński

D. Karkowski

M. Kańtoch

J. Kasperczyk

K. Kędziora

A. Kiełkiewicz

J. Kipiel

J. Klara

P. Klima

J. Klimowicz

K. Klon

P. Klonowski

P. Kmieciak

K. Kobos

K. Kołek

M. Kondas

M. Kopiejka

W. Korczak

P. Kornaś

M. Korzyński

M. Kosakowski

D. Kosicińska

M. Kostera

W. Kość

J. Kowalczyk

P. Kowalczyk

M. Kowalówka

B. Kowalska

J. Kowalski

B. Kozek

Ł. Kozak

R. Kozakiewicz

S. Koziara

B. Kozłowski

S. Krawczyk

L. Krokay

M. Król

N. Królikowska

A. Krutul

P. Krygiel

J. Krzyżanowski

M. Kubas

H. Kubiak

J. Kubisz

P. Kuligowski

K. Kulik

A. Kuncewicz

D. Kuroń

C. Kwiatkowski

L. Kwiatkowski

F. Lachert

A. Lamek

M. Langot

T. Leszkowicz

A. Leszczyńska

S. Lewy

K. Lipka

M. Lipka

J. Lipszyc

M. Litkiewicz

A. Lutostańska

A. Lutow

M. Łapski

M. Łata

R. Łętocha

M. Łojewski

Ł. Macniak

P. Machura

S. Majewski

K. Majka

J. Majmurek

K. Makowska

M. Maleszka

D. Małek

A. Marciniak

M. Marczak

K. Marczyński

E. Marek

Ł. Markuszewski

M. Matusiak

M. Matwiejczuk

S. Mazur

K. Mączkowski

A. Mączyńska

B. Menażyk

J. Michalik

D. Mich

A. Misiołek

Z. Miś

C. Miżejewski

M. Możdżeń

A. Morawska

K. Mroczkowski

F. Mularczyk

J. Murawska

S. Musielak

K. Nawratek

B. Nawrocki

Ł. Nawrot

M. Nęcek

M. Niemczyk

J. Niemiec

A. Nowak

J. Nowakowska

S. Ochojna

J. Ogrodowski

M. Okraska

Z. Okraska

M. Omietoński

R. Osiak

A. Ostolski

P. Otrębska

K. Paczkowski

B. Pakuła

P. Panufnik

M. Paprota

A. Paradziński

K. Paszkowski

Ł. i B. Pater

T. Patoła

M. Pawelski

M. Peichert

Z. Pękalska

M. Pfeif

E. Pietras

T. Pietras

K. Pietrowicz

P. Pietruszyński

Ł. Pikul

I. Piławska

K. Pleśniarowicz

K. Pobłocki

M. Pokropski

I. Południkiewicz

A. Późniak

J. Przybylski

M. Przybylski

K. Ptak

W. Ptak

M. Puzio

M. Raczyński

J. Rakowiecki

A. Rakowska

I. Rakowski

B. Rapacz

B. Rapałło

T. Rejdych

P. Roczek

A. Rogacka

B. Rogowski

G. Russek

M. Sadowska

M. Sadkowska

A. Sapa

K. Sawczak

J. Sawicki

K. Serwach

P. Sęk

S. Sękowski

A. Sierpińska

M. Sitko

A. Skalska

B. Skalska

A. Skarżycka

R. Skarżycki

J. Skoczowski

M. Skoczyński

P. Skuza

J. Słowińska

A. Sobczak

F. Sobieraj

W. Sokołowicz

M. Spiechowicz

J. Srebrny

A. Staszewska

A. Stefańczyk

M. Stenzel

A. Stępień

M. Stobiński

P. Stronkowski

A. Suchowierska

A. Sukiennik

P. Surdykowski

W. Swat

P. Szczerba

P. Szełemej

M. Szurek

B. Szot

K. Sztanderska

A. Szudek

M. Szymaniak

M. Śmietański

J. Świątek

A. Tadyszak

S. Talaga

D. Temimi

J. Tomasiewicz

M. Tomaszewski

J. Tomidajewicz

A. Trafas

T. Truskawa

P. Trzaskowski

T. Tubelewicz

O. Turowska

M. Tyc

A. Tycner

D. Tywonek

A. Uniatowicz

J. Urbański

M. Walczak

I. Wawrzyńska

A. Weksej

K. Wicher

P. Wielicki

K. Wieliczko

A. Wierzchowska

M. Wesołowski

A. Westfalewska

K. Winiarski

M. Wiśniewski

A. Witek

E. Witkowska

D. Wojcieszek

J. Wojtas

M. Wojtalik

T. Wójtowicz

M. Wrochna

M. Wszołek

L. Wykurz

M. Wysocki

K. Zachara

J. Zaczek

K. Zając

S. Zaremba

M. Zawisza

P. Ziętek

P. Zazulak

P. Zborowski

M. Zmarz

A. Zys

J. Żurek

 

Oto lista osób wspierających nas wpłatami na Klub Obywatela, czyli połączenie rocznej prenumeraty pisma z darowizną o wysokości 70 zł (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):

S. Adamski

R. Augustyniak

D. Bień

E. Bińczyk

M. Boś

J. Bzdak

Z. Cholewa

A. Czerwińska

C. Domarecki

I. Dudkiewicz

D. Dulek

P. Duńczewski

P. Dybka

G. Figiela

M. Frysztacki

J. Furmaniak

P. Gajowczyk

K. Galiński

J. Gardzińska

A. Gierczak

B. Godlewska

D. Gosek

J. Górski

B. Gromek

A. Górka

P. Grzyś

M. Hetmański

M. Imiełowski

P. Jakubczyk

B. Jakubowski

A. Jaszcza

P. Kędziorek

M. Kirst

K. Kołek

M. Komorek

S. Komorowski

J. Kowalczyk

P. Kowalczyk

R. Kozakiewicz

P. Krasiński

A. Kruk

A. Krzemiński

K. Kudłacz

J. Kuszlik

J. Kuź

L. Kwiatkowski

A. Laszuk

M. Leszczyński

O. Lewandowska

A. Lewandowski

J. Łokać

K. Ługowski

W. Markowski

B. Menażyk

P. Miszczak

K. Mularski

J. Niemiec

M. Nowak

T. Ociepka

P. Odrzywołek

A. Olszewska

A. Paradziński

T. Patoła

G. Piechocki

K. Poprawa

J. Posiadała

M. Raczyński

K. Rączkiewicz

D. Rek

B. Rink

J. Rozenbaum

M. Rozwadowski

D. Rudyj

P. Rzadkowski

M. Sawicka

P. Seroka

G. Siekaniec

A. Sierańska

B. Skalska

A. Skiba

K. Słodczyk

M. Socha

M. Sochacki

A. Stachurski

K. Strug

P. Surdykowski

M. Sydow

P. Szczęch

A. i M. Szemiot

M. Szymaniak

J. Szymański

K. Szymański

B. Szymkowiak

K. Szyszka

J. Szwechłowicz

S. Talaga

T. Tarasiuk

M. Tokarzewska

M. Trzeciak

T. Tubelewicz

A. Tycner

M. Ulanecki

A. Uniatowicz

T. Wajman

A. Waligóra

T. Waszkiewicz

J. Wcisło

A. Wojciechowski

H. Wróblewski

M. Zaboronek

Ł. Zawada

M. Zawisza

A. Zgud

J. Ziółkowski

J. Zygmuntowski

Rok 1905 – robotnicy wchodzą do polityki

Rok 1905 – robotnicy wchodzą do polityki

O zapomnianych wydarzeniach roku 1905 i o buncie społecznym z tamtej epoki z Wiktorem Marcem, autorem książki „Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne”, rozmawia Kacper Leśniewicz.

***

Od kilku lat w Łodzi organizowane są wydarzenia związane z rocznicą Rewolucji 1905 roku. W całej Polsce odbywają się przy tej okazji dyskusje. Dlaczego Rewolucja 1905 roku jest tak ważnym wydarzeniem w naszej historii?

Wiktor Marzec: Rewolucja 1905 roku była kluczowym wydarzeniem w polskiej historii politycznej. Wtedy to szerokie grupy społeczne, takie jak robotnicy i chłopi, pierwszy raz wzięły szerszy udział w życiu politycznym. Moja praca skupiła się na wielkomiejskich robotnikach, grupie, która pojawiła się wraz z nastaniem wielkomiejskiej nowoczesności. Rewolucja umożliwiła im zajęcie miejsca w sferze publicznej, gdzie zaczęli aktywnie zabierać głos, mówić o swoich problemach, ale także zastanawiać się nad swoimi decyzjami politycznymi. W tym okresie nowoczesne ideologie polityczne przestają znajdywać wyraz tylko w czasopismach docierających do wąskiego grona odbiorców. „Wychodzą” na ulice i zaczynają kształtować ruchy masowe. Partie zaczęły mobilizować ogromne liczby ludzi. To stanowiło podstawę dla nowych sposobów myślenia i działania robotników.

W tytule książki jest zawarte pojęcie plebejskiego doświadczenia politycznego. Co ono oznacza?

W. M.: Szukałem kategorii zdolnej oddać doświadczenie grup, które nie brały wcześniej udziału w polityce. Zarazem upominały się o własny głos, poznawały nowy obszar rzeczywistości i wyrażały swoje doświadczenia za pomocą nowego języka (jak socjalizm czy nacjonalizm). Ta polityczna obecność spotkała się jednak z wrogością dotychczasowych elit czy tych członków inteligencji, którzy zupełnie inaczej wyobrażali sobie polityczne uczestnictwo ludu. Te dwa aspekty, emancypacja i reakcja, składają się na plebejskie doświadczenie polityczne. W tym sensie losy robotników w Królestwie Polskim są częścią szerszej historii walk społecznych i zabiegania o prawa polityczne.

Jak przebiegała zmiana w świadomości robotników? Większość z nich nie miała wcześniej żadnych doświadczeń politycznych. Partie miały charakter kadrowy, a polityką interesowały się dość wąskie kręgi.

W. M.: Zachowania i myślenie polityczne robotników podlegały w tym okresie poważnym przemianom. Robotnicy zaczynali w inny sposób postrzegać siebie, stawiali pytania o to, kim są, w jakich sprawach mogą zabierać głos i czy mogą decydować o własnym losie. Uczestniczyli w wiecach, czytali ulotki polityczne i potem dyskutowali na spotkaniach masowych w fabrykach. Podczas takich spotkań organizowano swego rodzaju konkursy mówców. Agitatorzy przedstawiali programy poszczególnych partii, co stanowiło przyczynek do debaty. Robotnicy zastanawiali się nad tym, która partia najlepiej odpowiada ich potrzebom. Obserwowali wybory, jakich dokonywali ich koledzy i zastanawiali się nad własnymi decyzjami. Taka refleksyjna decyzja to zupełnie co innego niż proste zawierzenie jednemu programowi politycznemu, co oczywiście też miało miejsce, zwłaszcza w początkowej fazie masowej mobilizacji politycznej.

Robotnicy wpadają w poznawczy wir. Jak to doświadczenie zmienia ich stosunek do rzeczywistości, w której żyją na co dzień?

W. M.: Można powiedzieć, że robotnicy odczarowują rzeczywistość. Nawet jeśli część robotników była niepiśmienna lub słabo czytająca, to mogli oni czytać ulotki wspólnie ze swoimi towarzyszami z fabryki. W takiej ulotce znajdowały się opisy rzeczywistości i pewne postulaty zmian, wyrażone w pojęciach, które nie były im wcześniej znane. Pojęcia takie jak carat, kapitalizm czy socjalizm jako program zmiany społecznej miały abstrakcyjny charakter. To pozwalało połączyć codzienne doświadczenia i obserwacje związane z tym, że carski stójkowy używa przemocy, że robotnice są molestowane, a właściciel fabryki nie zgadza się na podwyżki z przyczynami systemowymi. Wcześniej robotnicy, poza wąską grupą autodydaktów, nie mieli narzędzi do takiego rozpoznania sprawy. Ulotki zapewniły język, który umożliwił nowy opis rzeczywistości, co stanowiło ważną zmianę w ich horyzoncie poznawczym.

Udaje się robotnikom zerwać zasłonę niewiedzy, rzeczywistość społeczna zostaje odczarowana, ale co się dzieje z nimi samymi? Gdzie widzą dla siebie miejsce?

W. M.: W Łodzi w 1905 roku wybucha strajk masowy, robotnicy widzą takie wydarzenie pierwszy raz w życiu. Staje całe miasto, fabryki przerywają pracę, grupy robotników chodzą od zakładu do zakładu, żeby przekazać innym, że rozpoczął się strajk. Chodzą też od cukierni do cukierni i wypraszają gości, mówiąc, że nie wypada jeść ciasta, kiedy robotnicy strajkują. To jest ważne doświadczenie. Zarówno sami robotnicy, jak i elity miejskie, fabrykanci, widzą wyraźnie, że gdy robotnicy porzucają prace, to miasto przestaje funkcjonować.

Staje się też jasne, jak ważne miejsce w społeczeństwie zajmują robotnicy i że tak naprawdę to oni są kołem zamachowym gospodarki.

W. M.: Wtedy staje się oczywiste, kto odpowiada za proces postępu, za dobrobyt i społeczną wytwórczość. Wcześniej, kiedy robotnicy byli anonimową siłą roboczą, powszechna była pogarda wobec nich, płynąca ze strony klas wyższych. Od momentu strajku robotnicy zyskali rangę tych, którzy tak naprawdę napędzają gospodarkę. Zobaczyli też, że gdy całe miasto staje, to pozostali mieszkańcy i grupy społeczne nagle zaczynają się z nimi liczyć.

Wyobrażam sobie, że czują się pewniej jako obywatele.

W. M.: Zgadza się, zaczynają postrzegać siebie jako wartościowych członków społeczeństwa. Już na poziomie takich najprostszych zwrotów, które pojawiają się w ulotkach, dokonuje się zmiana w postrzeganiu tego, kim się jest. Ulotki nacjonalistyczne zaczynają się od zwrotu „bracia rodacy”, a socjalistyczne od zwrotu „towarzysze”. Czytający taką ulotkę robotnik zyskuje godność, której wcześniej był pozbawiony. Z dzisiejszej perspektywy może to się wydawać trywialne, oczywiste, ale nikt do tych ludzi wcześniej w taki sposób się nie zwracał. Oni byli dość powszechnie poniżani, pomiatano nimi w miejscu pracy. Nie mieli poczucia godności, która pozwoliłaby im się sprzeciwić i upomnieć o swoje prawa. A w okresie rewolucji często zwracał się do nich z uwagą partyjny inteligent, a więc ktoś z innej grupy społecznej, ktoś, kogo uważali na pochodzącego z innego świata. To bardzo ważna zmiana.

Partie polityczne zaczynają rozmawiać z robotnikami. Jak wygląda taka rozmowa?

W. M.: Partie stają się potężnymi organizacjami zdolnymi do masowego działania dopiero wtedy, gdy udaje się im z sukcesem przekonać ludzi, że to właśnie z ich pomocą mogą walczyć o swoje interesy. Partie socjalistyczne, wyczuwając nastój protestu, wydają ulotki nawołujące do strajku. Dzięki takim działaniom udaje się z czasem skrócić dzień pracy i zwiększyć wynagrodzenie. Oczywiście zawsze ulotki mają charakter odgórny, gdyż piszą je przeważnie partyjni inteligenci. Kółka partyjne w miastach, gdzie jest dużo fabryk, tak w jak w Warszawie, Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim, składają się z robotników, którzy rozmawiają z agitatorami, ale taka relacja nie jest oparta na prostym wbijaniu do głów uproszczonych formułek. To także dialog i nauka aktywnego udziału w dyskusji, choćby po to, by nie dać się łatwo przekonać innym, konkurencyjnym partiom. Na podstawie analizy zwrotów używanych w ulotkach można również powiedzieć, w jaki sposób autorzy tych tekstów wyobrażali sobie rolę robotników w społeczeństwie i w ogóle w szerszym procesie historycznym.

Kto bardziej szanował lud i traktował go podmiotowo: socjaliści czy narodowa demokracja?

W. M.: Najbardziej demokratyczną partią na poziomie komunikacji w hali fabrycznej jest internacjonalistyczna lewica – Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. Mają najbardziej robociarską kulturę, ale to nie znaczy że w samej partii panuje demokracja, także ze względów konspiracyjnych. Ulotki socjalistów, także tych z Polskiej Partii Socjalistycznej, rozpoczynają się od sformułowań „towarzysze”, wykorzystują pierwszą osobę liczby mnogiej w swoich przekazach, za każdym razem podkreślają formę MY. Przekazują w ten sposób informację, że to MY mamy sprawczość i to MY możemy odnieść sukces w walce społecznej. PPS również w swojej komunikacji wspiera podmiotową relację z robotnikami. Środowiska narodowe w swoich materiałach używają bardziej hierarchicznych form. Mówią do robotników, „bracia rodacy” co włącza ich we wspólnotę narodową, ale zarazem ulotki bardzo często napisane są w trybie rozkazującym. Używają formy jasno oddzielającej nadawcę od odbiorcy. Przykładowo, znajdziemy tam sformułowania takie jak: „WY przestańcie strajkować, ponieważ to działa na waszą niekorzyść, albo ponieważ oszukali was Żydzi i wiodą was ku strajkom”. Od początku jest jasne, że ci, którzy piszą ulotki, nie chcą budować jednej wspólnoty z robotnikami. Robotnicy mają znać swoje miejsce. W obrębie partii socjalistycznych wielu robotników awansowało w strukturach partyjnych, stając się profesjonalnymi działaczami w pełni rozwijającymi się intelektualnie. Zostali uznani poza światem pracy. Partie socjalistyczne pozwalały na stosunkowo dużą wewnątrzpartyjną mobilność społeczną. Natomiast w partiach narodowych było inaczej.

Zajmowali przypisane z góry miejsce?

W. M.: Robotnicy zostali na swoich miejscach, byli narodowymi robotnikami, którzy z czasem musieli zapomnieć o swoich interesach i podporządkować się całościującej wizji narodu. Najtrudniej było przekonać do takiej wizji robotników, którzy zetknęli się z ulotkami socjalistycznymi. Oni mieli za sobą udane strajki i nagle napotykali komunikat, że powinni powstrzymać się od nich w imię mglistych interesów narodowych. Pamiętajmy też, że tożsamość narodowa nie była wtedy szeroko rozpowszechniona. Większość robotników przyjechała do pracy w fabrykach ze wsi. To są ludzie, których rodzice i dziadkowie pamiętali bardzo bezpośrednią opresję pańszczyźnianą, kojarzoną ze szlachtą. Dla nich projekt narodowy, kojarzony z pańską Polską, mógł być mało atrakcyjny, choć oczywiście wielu z nich odczuwało solidarność z innymi, mówiącymi tym samym językiem czy uczęszczającymi do tego samego kościoła. Trudność z mobilizacją robotników doprowadziła do tego, że narodowa demokracja zaczęła wykorzystywać wątki antysemickie, próbując skojarzyć środowiska socjalistyczne z „żydowskimi spiskami”. Antysemityzm staje się wówczas potężnym narzędziem mobilizacji. Potem poddają się tej teorii także środowiska liberalne. Starałem się pokazać, że nowoczesny antysemityzm używany powszechnie w walce politycznej jest wynikiem endeckiej agitacji podczas Rewolucji 1905 roku.

Dzisiaj nie brakuje głosów, także tych wyrażanych po lewej stronie debaty publicznej, które niemal automatycznie łączyłyby antysemityzm z ludem.

W. M.: Przypomnijmy sobie, co działo się w czerwcu 1905 roku. Wielkie protesty w Łodzi, zwane Powstaniem Łódzkim, wywołała śmierć żydowskich robotników. Marsze i demonstracje odbywały się pod żydowskimi i polskimi sztandarami, co zaskoczyło nawet carskich urzędników. To pokazuje solidarnościowe działanie ponad etnicznymi podziałami wśród robotników. Solidarność klasowa w pewnych momentach działała, więc takie bezrefleksyjne łączenie ludu z antysemityzmem w tym przypadku nie jest uzasadnione. Oczywiście potem to się kruszy, Narodowy Związek Robotniczy, wówczas kontrolowany przez Narodową Demokrację, obficie używa antysemickich sugestii, ale nie wiemy tak naprawdę, kto odpowiada na ten przekaz. Czy to byli robotnicy, którzy byli już aktywni politycznie, czy ci, którzy pozostawali dotychczas bierni.

Lata rewolucyjne to także okres dużego wzrostu czytelnictwa. Robotnicy zaczynają czytać, niektórzy odwiedzają teatr. Kultura jest kolejnym czynnikiem podnoszącym ich świadomość.

W. M.: Wydawałoby się, że skoro mamy do czynienia z jakimś zamętem, z bardzo dużymi emocjami politycznymi, to ludzie nie będą mieli ani czasu, ani możliwości i chęci do czytania. Okazuje się jednak, na co wskazują świadectwa historyczne, że zwrot w stronę kultury był bardzo poważny. Zainteresowanie sprawami publicznymi znacznie wzrosło. Sukces, jakim okazało się skrócenie dnia pracy, można było wykorzystać na działalność kulturową i intelektualną. Jeśli ktoś pracował 12 godzin, a teraz spędzał w fabryce 10 godzin, to te dwie godziny mógł wykorzystać dla siebie. Także działalność polityczna, strajki, wiece, debaty rozniecają ciekawość robotników, to jest aktywność zupełnie inna niż monotonna praca fabryczna.

Dostęp do wiedzy i kultury tworzy pewne ramy, które wyznaczają strategię partii politycznych. Zamiast bezrefleksyjnej i pozbawionej szerszego tła społecznego agitacji, obserwujemy poważny stosunek do robotników.

W. M.: Nie chodziło tylko o to, żeby ich przekonać do programu, ale żeby budować nowy rodzaj świadomości. Partie wiedziały, że muszą przekazać robotnikom szerszą wiedzę i dlatego tak dużą wagę odgrywały działania edukacyjne. Kreowanie nowych postaw jako podstawa dalszej walki politycznej było ważne i dla socjalistów, i dla nacjonalistów.

Robotnicy od postaw uczyli się retoryki politycznej i metod działania politycznego. Nabywanie wiedzy wiązało się z przekraczaniem horyzontów poznawczych, co powodowało niejednokrotnie wyrwanie z własnego świata, w którym człowiek spędził 20-30 lat. Taki proces chyba rzadko był bezbolesny?

W. M.: To jest bez wątpienia proces pod różnymi względami pełen napięć. Ludzie, którzy zaczynali uczestniczyć w działalności politycznej, zostali wykorzenieni z wcześniejszych środowisk, w których żyli przed wiele lat, np. ze wsi. Partie polityczne oferowały takim osobom ważne poczucie przynależności, które utracili. Oprócz tego jednak działalność polityczna wykorzeniała ich dalej, np. z rodziny. Występują napięcie między płciami. Dużą część pracowników najemnych stanowiły robotnice, ale działalność polityczna była powszechnie uznawane za domenę męska. Robotnicy, którzy zaczynali działać, często izolowali swoje małżonki od polityki. Natomiast sam udział mężczyzn w polityce wiązał się z dużym niebezpieczeństwem dla rodziny. Można było stracić pracę, zostać aresztowanym, postrzelonym albo wywiezionym na Syberię.

Czyli rodzina płaci wysoką cenę podczas rewolucji.

W. M.: Pamiętajmy, że to nie są gospodarstwa domowe, które mają oszczędności w banku. Każda przerwa w dochodzie powoduje często nieodwracalną biedę. Trzeba pójść i zastawić w lombardzie płaszcz na zimę albo stół, który jest jedynym meblem. Dlatego np. PPS miał bardzo wyraźną agendę związaną z równouprawnieniem płci i uświadamianiem także robotnic, ale i żon robotników. Chodziło o to, by włączać w działania oboje małżonków i niwelować napięcia między nimi.

Wspomniał Pan o wykorzenieniu robotników, którzy przybyli do miast ze wsi. Co jeszcze oprócz tego stanowiło dla nich duże wyzwanie?

W. M.: Drugie wyzwanie związane było z przekroczeniem własnej klasy. Byli tacy, którzy pokonali długą drogę w ramach samokształcenia, zainteresowania kulturą. Zaczęli wyraźnie dostrzegać to, że ich dawni znajomi mają inne aspiracje, inny styl zachowania, na inne potrzeby wydają pieniądze. Ci robotnicy-samoucy czy uczestnicy wczesnych kółek politycznych zostawiają za sobą własną klasę. Zostają wyobcowani z własnego środowiska, a zarazem są rozbitkami, którzy mają świadomość, że nigdy nie zostaną uznani za swoich w środowisku inteligenckim. Trzeba także pamiętać, że rosnący udział robotników w życiu politycznym generuje wrogość, strach i próby zablokowania tego procesu ze strony innych grup społecznych. Robotnicy pod koniec rewolucji stają się obiektem zaciekłych ataków już nie tylko zapiekłych konserwatystów, ale także ze strony liberałów, którzy są przerażeni nową kulturą wiecu.

Jak liberałowie i klasy wyższe wyrażali swój strach przed ludem?

W. M.: Zaczynają stosować język nienawiści, mówiąc, na przykład, że lud jest dzikim pijanym motłochem, który nie jestem w stanie podejmować istotnych decyzji o własnym życiu. Cały ten zasób konserwatywnej krytyki, która przez ponad stulecie służyła do tego, żeby blokować dążenia robotników do uzyskania praw wyborczych w Europie, jest tutaj wykorzystywany przez liberałów, konserwatystów i środowiska narodowe.

Czego elity boją się najbardziej?

W. M.: One są przerażone tym, że ludzie, którzy nie byli wcześniej widoczni na ulicach czy w salach, gdzie organizowano spotkania polityczne, teraz na wiecach nagle domagają się głosu. Ten lęk dotyczył nie tylko klas ludowych, ale i mniejszości etnicznych – przede wszystkim Żydów. Dla wielu narodowców niedopuszczalne było to, że Żydzi także chcieli uczestniczyć w debacie, organizować przemowy i wiece.

Co wtedy myśleli robotnicy, którzy weszli na ścieżkę emancypacji, ale musieli konfrontować się z mową nienawiści i fantazjami elit na temat motłochu, który nie powinien zajmować się myśleniem, a tylko reprodukcją biologicznego istnienia?

W. M.: Trwożne pamflety pisane przez liberałów i oskarżenia rzucane przez konserwatystów stanowią reakcję na nowy typ plebejskiej polityki. Strach przed ludem obecny jest również w literaturze. „Wiry” Sienkiewicza pokazują nienawistny obraz rewolucji 1905 roku, pisarz stosuje niemal rasistowskie zabiegi, by oczernić przeciwników politycznych. Według jednego z bohaterów powieści, socjaliści mają węziej rozstawione oczy, co jest dowodem intelektualnego niedorozwoju. Można spotkać także obraz pijanego motłochu, który niweczy charytatywny wysiłek polskich elit. To na szczęście nie jedyny zapis tych wydarzeń. Z drugiej strony mamy narracje samych robotników, straceńczych autodydaktów, którzy przeszli długą ścieżkę edukacyjną. Są bardzo refleksyjni i mówią o swoich stanach emocjonalnych, o trudach walki.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Kacper Leśniewicz

Marian Zagórny

Marian Zagórny

Bardzo pozytywnie oceniam „Nowego Obywatela”. To jedno z niewielu pism, które rzetelnie przedstawiają sytuację w Polsce.

Rafał Woś

Rafał Woś

Dla mnie „Nowy Obywatel” ma same plusy. Umieją pisać, są krytyczni wobec tego, co wokoło i jeszcze ładnie to wszystko wydają. Taki projekt warto czytać.