Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Przyroda jest źródłem sił, składnicą materii pożytecznych dla gospodarstwa ludzkiego, jest wreszcie mieszkaniem człowieka. Wzrost ludności, rozwój wiedzy technicznej, chciwość kapitalizmu sprawiły, że gospodarka ludzka darami przyrody przybrała wyraźne cechy gospodarki rabunkowej. Sam interes ekonomiczny społeczeństwa wskazał na to niebezpieczeństwa – nie od dzisiaj już liczą się z nim ustawodawstwa. Zasada liberalizmu ekonomicznego musiała poczynić ustępstwa na rzecz interesu ogólnego – sama nawet treść prawa własności, jako prawa dowolnego rozporządzania swoją rzeczą, uległa w imię tego interesu pewnym ograniczeniom. Cały ich szereg zawierają ustawy lasowe, wodne, łowieckie, rybackie, górnicze, przemysłowe itd. Dotyczą te ograniczenia eksploatacji sił i materii – cele ich są wyłącznie ekonomiczne – nie dotyczą przyrody jako mieszkania ludzkiego.

Pierwszy wzgląd, który spowodował pewne kroki ustawodawcze w tej dziedzinie, był to wzgląd na zdrowotność. Powstały zakazy zanieczyszczania ziemi, wód i powietrza. Ale nie była to jeszcze ochrona oblicza ziemi dla niego samego, dla jego własnej ceny. Cena ta bowiem przedstawia wartości idealne, które wyższa dopiero kultura uświadomić sobie potrafi. Mieszkanie wpływa na fizyczną i duchową istotę człowieka – wpływa na jego zdrowie, na myśli, na spoczynek, na nastrój duchowy, na zdolność do pracy. Przywiązuje go do domu lub z domu wypędza. Brutalne instynkty i grube potrzeby uszlachetnia i obraca ku celom idealnym. Tak samo, i w większej jeszcze mierze, to mieszkanie powszechne, mieszkanie nas wszystkich, przyroda. Jeżeli kwestia mieszkań jest kwestią społeczną, bo leży w interesie ogólnej kultury, to tak samo za kwestię społeczną uznać trzeba sprawę tego powszechnego mieszkania, sprawę oblicza ziemi.

Wydaliśmy jedyne wznowienie najważniejszej, pionierskiej w skali świata, książki Pawlikowskiego poświęconej ochronie przyrody – do kupienia tutaj.

Ale jak mieszkanie wpływa na człowieka, tak też znowu człowiek wpływa na mieszkanie; jak mieszkasz, takim jesteś – oczywiście o ile warunki twego mieszkania zależą od twej woli. Potrzeba wyższego typu ludzkiego, ażeby stworzył sobie wyższy typ mieszkania, albo ażeby typu takiego zapragnął. Potrzeba też, ażeby to pragnienie uzyskało taką cenę, iżby przeważyło cenę ofiary, za którą ma być spełnione. Bo jakkolwiek niejeden rys oblicza ziemi da się zachować – ażeby tak powiedzieć – tylko za cenę miłości ku niemu, to przecież w wielu wypadkach zachowanie go nie obejdzie się bez ofiary materialnej; trzeba się będzie nieraz zrzec bezpośredniego materialnego pożytku dla zachowania dobra idealnego. Dla tej ofiary potrzeba pewnej kultury umysłu i serca; z drugiej też strony potrzeba żywego poczucia niebezpieczeństwa grożącego obliczu ziemi. To niebezpieczeństwo najwyraźniej się przedstawia w krajach o wysokiej kulturze ekonomicznej. Tam też budzi się najpierw idea ochrony przyrody. Budzi się często zbyt późno, kiedy resztki już tylko ratować przychodzi. Szczęśliwsze są w tym względzie kraje niżej dotychczas ekonomicznie rozwinięte, gdyż w sam czas jeszcze korzystać mogą z cudzego doświadczenia i przykładu.

Ochrona przyrody, w ściślejszym swym właściwym znaczeniu, jako ochrona oblicza ziemi jest jeszcze bardzo młoda; można powiedzieć, że jest dzieckiem XX wieku. Poprzedziła ją – zwykłą rzeczy koleją – propaganda kilku entuzjastów nadających jej cechy utopijne (głównie John Ruskin). Wkrótce jednak z obłoków zeszła na ziemię i szerzyć się zaczęła z niezwykłą szybkością. Zrazu zajęły się nią stowarzyszenia – za ich wpływem poczęły się pojawiać pojedyncze akty administracji państwowej, potem akty ustawodawcze zaradzające niektórym najpilniejszym potrzebom, wreszcie ustawy obejmujące zasadniczo całą dotyczącą dzielnicę. Polska właśnie stoi przed takim problemem. Budując od podstaw całe ustawodawstwo, ma weń wcielić jako całość organiczną i skończoną także sprawę ochrony przyrody. Inicjatywę podjęto już z dwóch stron: ze strony Ministerstwa Oświecenia i ze strony Ministerstwa Sztuki i Kultury.

Motywy ochrony przyrody mogą być różne; można je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowi motyw natury estetycznej, dążący do zachowania piękna krajobrazu. Chodzi tu przy tym zwykle nie o piękno w znaczeniu oderwanym, ale o pewne swoiste cechy tego piękna; o te cechy znamienne, które wyróżniają krajobraz jednej okolicy od innych i są szczególnie drogie sercu mieszkańców. Na te cechy składa się nie sama przyroda, ale także pierwiastki etnograficzne, a w szczególności budownictwo. Ze sprawą ochrony przyrody łączy się tu pokrewna sprawa „ochrony swojszczyzny”, która współcześnie z tamtą – głównie za wzorem Niemiec („Heimatschutz”, „Heimatpflege”) – zyskała wielkie znaczenie. Dla ogółu ta postać ochrony przyrody jest najbardziej zrozumiałą i porusza najsilniej struny uczuciowe. Ponieważ skuteczna ochrona przyrody bez spopularyzowania jej w szerokich masach przeprowadzoną być nie może, każde zatem ustawodawstwo z tym właśnie motywem przede wszystkim liczyć się musi i niejako pod jego osłoną realizować także inne zadania.

Drugim motywem ochrony, łatwo zrozumiałym i pod tym względem podobnym do poprzedniego, jest motyw historyczno-pamiątkowy. Nawet legenda przywiązana do pewnych tworów przyrody, jak do drzew, kamieni itp., może dać powód do ochrony. Można powiedzieć, że ochrona tego rodzaju jest bardzo starą i wyprzedziła prądy współczesne.

Trzecim wreszcie motywem jest motyw przyrodniczo-naukowy. Jest to motyw już współczesny zupełnie i mniej od tamtych popularny. Wysunęła go nauka, która ze zniszczeniem pewnych tworów przyrody i pewnych ukształtowań skorupy ziemskiej traci przedmiot badania, ogniwa łączące w całość zrozumiałą oderwane na pozór zjawiska i świadectwa minionej przeszłości.

Poszczególne ustawodawstwa wysuwają na czoło to jeden, to drugi motyw; i tak w Prusach motyw przyrodniczo-naukowy był zrazu dominującym (rozp. min. z paźdz. 1906 o utworzeniu urzędu ochrony przyrody), ustawa francuska z 21 kwietnia 1906 chroni pewne okolice i pewne twory przyrody wyłącznie dla ich wartości estetycznej itp.; do ustaw obejmujących całość motywów należą np. ustawa bawarska lub heska; w tekście tej ostatniej powiedziano, że ochronie podlegają twory przyrody, „których zachowanie bądź ze względów historycznych, bądź przyrodniczo-naukowych, bądź dla piękności lub cech swoistych krajobrazu, leży w interesie publicznym”.

Co do zakresu ochrony, to mogą jej podlegać albo całe przestrzenie albo też pewne twory przyrody żywej lub martwej, oznaczone indywidualnie (jak np. pewne drzewa odznaczające się pięknością, wiekiem lub innymi szczególnymi cechami) lub gatunkowo, lub wreszcie jako grupy (np. pewien gatunek roślin na granicy swego geograficznego zasięgu). Przestrzenie chronione noszą nazwę rezerwatów. Te są albo „zupełne”, albo „niezupełne”, czyli „półrezerwaty”. Rezerwaty zupełne są zasadniczo nienaruszalne; wszelka gospodarka ludzka jest na nich wykluczona. W półrezerwatach dopuszczone są pewne formy gospodarki (pasterstwo), inne zaś, o ile nie są zupełnie wykluczone, podlegają pewnym ograniczeniom lub kontroli władz ochronnych. Tworzenie rezerwatów, zwłaszcza zupełnych, jest sposobem chronienia przede wszystkim przyrody dzikiej, nie dotkniętej jeszcze przez kulturę.

Tak np. ochrona Tatr powinna dokonać się sposobem urządzenia z nich rezerwatu, a to w pewnych częściach zupełnego, w innych zaś niezupełnego, w którym by prowadzenie dróg jezdnych, budowanie domów, eksploatacja sił wodnych i kopalin zależne były od specjalnego w każdym wypadku i ściśle określonego zezwolenia władz ochronnych. Zarówno piękność krajobrazowa, jak i wartości naukowo-przyrodnicze w ten tylko sposób mogą tu być zachowane. Urok gór wysokich polega na ich dzikości; przez nieopatrzne wkroczenie kultury urok ten może zostać niepowrotnie zniszczony. A wartości, które powstaną, nie opłacą może ani w setnej części wartości straconej. Bo to jest wartość jedyna i nie dająca się już nigdy i niczym zastąpić. Podobne, mniejsze już rezerwaty, powinny powstać i w innych okolicach Polski, dla zachowania potomności pewnych typów przyrody pierwotnej, jak puszczy leśnej, bagien, stepu, wrzosowisk itp., o ile zabytki takie w ogóle jeszcze istnieją.

Wielkie rezerwaty najłatwiej stworzone być mogą w krajach rzadko zaludnionych lub posiadających znaczne przestrzenie pustynne. Najliczniejsze i największe rezerwaty mają Ameryka Północna i Szwecja. Amerykański Yellowstone-park jest najstarszym (r. 1872) i największym (8875 km kwadr.) rezerwatem na świecie.

Inne zadania i granice postawić sobie musi ochrona przyrody w okolicach zaludnionych i oddanych kulturze. W pewnym, ograniczonym znaczeniu można by wprawdzie i tu mówić o „półrezerwatach”, wtedy mianowicie, kiedy dla pewnych okolic wydano specjalne przepisy prawne, odnoszące się do ich zabudowywania, prowadzenia dróg itp., a to ze względu na zachowanie ich piękności lub cech swoistych. Takie specjalne normy stwarza np. ustawa pruska z dn. 15 lipca 1907 r. (gegen bauliche Verunstaltung des Landschaftsbildes), zmierzająca do ochrony pewnych okolic przed zeszpeceniem przez nieprzystosowane do ich charakteru budynki. W ogóle jednak w okolicach oddanych kulturze, ochrona przyrody poprzestać musi na chronieniu pewnych tylko jej tworów. Dla takich tworów chronionych wynaleziono nazwę „pomników przyrody” (Naturdenkmäler, monuments naturels) zapewne dlatego, że w pojęciu pomnika mieści się zadanie przechowania czegoś w pamięci. Używane u nas niekiedy słowo „zabytek” wcale temu pojęciu nie odpowiada; „zabytek” bowiem jest to pozostałość, resztka, ruina; ochrona przyrody bierze w opiekę także i „zabytki”, ale to zadań jej nie wyczerpuje i takiej cmentarnej cechy zgoła ona na sobie nie nosi.

Pełna zatem ochrona przyrody wymaga zarówno chronienia poszczególnych tworów, jak i tworzenia rezerwatów, a nadto opieki nad krajobrazem, celem ustrzeżenia go przed szpeceniem przez niestosowne budowle, źle prowadzone drogi, szyldy reklamowe itp. W takiej opiece nad krajobrazem mieści się już nie tylko jego chronienie, to jest utrzymanie w pierwotnej postaci, ale i jego kształtowanie. Ta idea jest starszą od idei ochrony przyrody, a pielęgnowaną była przez tak zwane towarzystwa upiększania kraju. Zwolennicy ochrony przyrody zajęli zrazu wobec „upiększaczy” wrogie stanowisko. Przyrody nie można upiększyć – mówiono – trzeba ją tylko zachować w jej pierwotnej postaci. Nie liczono się z tym, że w okolicach przeoranych pługiem kultury nie ma już przyrody w pierwotnej postaci. Dzisiaj te dwa prądy zaczynają godzić się z sobą, przy czym idea ochrony zmodyfikowała w znacznej mierze dawniejsze pojęcia o istocie i sposobach upiększania. W tej nowoczesnej swojej formie idea upiększania staje dziś jako idea „opieki nad krajobrazem”, w okolicach kulturze oddanych, wspólnie z ideą ochrony do walki o piękno oblicza ziemi.

Ochrona przyrody polega na zabezpieczeniu chronionych obiektów przed zniszczeniem lub zmianą. Działanie ochronne mieści w sobie wyszukiwanie, badanie i zakwalifikowanie do ochrony, obmyślenie sposobów zabezpieczenia (np. przez oznaczenie, ogrodzenie, ustanowienie straży itp.), wreszcie utrzymywanie w ewidencji, nie tylko przez inwentaryzację, ale przez ciągłą kontrolę na terenie.

Najważniejszą i najtrudniejszą wszakże kwestią jest ustosunkowanie ochrony do prawa własności. Ochrona bowiem pociąga za sobą z konieczności ograniczenie swobodnego władania daną rzeczą przez właściciela. Na drodze prawa pospolitego można to ograniczenie osiągnąć przez umowę, bądź darmową, bądź odpłatną, albo przez jednostronny akt prawny ze strony właściciela (dar, fundacja, legat itp.), wreszcie można dany przedmiot wykupić. Nawet tam, gdzie administracja państwowa zainteresowała się już sprawą ochrony przyrody, poprzestaje ona często na tych środkach prawa pospolitego.

Dalszym stadium rozwojowym jest wprowadzenie ustawodawstwa dla celów ochrony nowych norm ograniczających przedmiotowy zakres prawa własności, norm różniących się motywem, ale nie istotą od ograniczeń tego rodzaju, jakie znały już od dawna ustawy ekonomicznej natury, jak lasowa, wodna, rybacka, łowiecka i inne.

Wreszcie w ostatnim stadium rozwojowym ochrona przyrody uznaną zostaje za interes publiczny, tak ważny, że uzasadnia nawet wywłaszczenie lub przymusowe ograniczenie podmiotowego prawa własności przez ustanowienie tak zwanej – wedle terminologii prawnej francuskiej – „służebności administracyjnej”, jedno i drugie oczywiście za wynagrodzeniem materialnej szkody. Taki przymus wprowadził już wcześnie szereg ustawodawstw, jak np. francuskie, heskie, oldenburskie, brunszwickie, norweskie, kantonalne berneńskie, fryburskie itd., a później przymus taki wprowadziły wszystkie prawie ustawodawstwa. Jest to w zasadzie słuszne. Jednakowoż radykalne i jednostronne stosowanie przymusu ma tę złą stronę, że czyni całą sprawę ochrony przyrody niepopularną, a nawet nienawidzoną, skuteczność zaś takiego radykalizmu jest wątpliwą, gdyż wszelkie wywłaszczenie powoduje wysokie koszty, dla których niejeden akt ochrony, który w innej drodze mógłby być skutecznie dokonany, w ogóle poniechanym zostaje.

Ochroną przyrody zajmowały się zrazu stowarzyszenia; gdy funkcję tę podjęły państwa, oparły się niejednokrotnie wprost na stowarzyszeniach. Tak więc na przykład w Bawarii państwo dla pozyskania organu centralnego stworzyło tylko jak gdyby wydział stowarzyszeń, do którego weszli jeszcze dodatkowo urzędnicy (Landesausschuss für Naturpflege). W ogóle w organizacji ochrony przyrody charakterystycznym jest szeroki udział żywiołu obywatelskiego: urzędnikom brak w tej dziedzinie zazwyczaj i kwalifikacji, i zainteresowania. W Prusach, na podstawie rozporządzenia ministerstwa oświaty z 30 maja 1907, potworzyły się komitety prowincjonalne, powiatowe i miejscowe, w których obok urzędników zasiadają reprezentanci stowarzyszeń i inne szczególnie zainteresowane lub kompetentne osoby prywatne. Wydziału centralnego na podobieństwo Bawarii nie utworzono – całe kierownictwo, pod nazwą Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege, oddano w ręce jednego człowieka, profesora Conwentza, wydział centralny zastąpiły poniekąd periodyczne zjazdy sekretarzy komitetów. We Francji żywioł obywatelski wchodzi do komisji departamentalnych, w których prócz urzędników i reprezentantów rady generalnej departamentu zasiadają ludzie nauki, artyści i literaci. Centralnej rady tutaj brak. W Belgii natomiast utworzono centralną radę, założoną podobnie jak komisje departamentalne francuskie, komisji zaś prowincjonalnych nie ma. W Oldenburgu istnieją rady prowincjonalne (Denkmalrat), właściwe jednak działanie spoczywa w rękach konserwatorów (Denkmalpfleger), instytucji utworzonej na modłę konserwatorów sztuki, którzy nie są urzędnikami, ale osobami mianowanymi ze sfer obywatelskich jako rzeczoznawcy i doradcy. Ujawnia się w tej instytucji inna charakterystyczna cecha organizacji ochrony przyrody, mianowicie ta, że powołane są do niej osoby o kwalifikacjach bądź naukowych, bądź artystycznych. Ta nowa gałąź administracji państwowej podobną jest w tym względzie do organizacji państwowych biur statystycznych, na których czele stoją uczeni, zwykle będący równocześnie profesorami uniwersytetu. W Szwecji wprost cała sprawa ochrony przyrody powierzoną jest akademii umiejętności.

Dalszy wymóg państwowej organizacji ochrony przyrody pochodzi stąd, że ta ochrona z natury rzeczy jest nie tyle osobną gałęzią administracji, co ideą, która wszystkie poszczególne gałęzie ma przenikać. Nie trzeba długo dowodzić, ile w sprawie ochrony przyrody może zdziałać lub ile może tej sprawie zaszkodzić, oględna lub nieoględna, należycie uświadomiona lub nieuświadomiona w tej dziedzinie administracja domen, górnictwa, przemysłu, komunikacji, rolnictwa, robót publicznych lub spraw wojskowych. Wszyscy obywatele państwa razem wzięci nie mogliby zapewne wyrządzić tyle szkody idei ochrony przyrody, ile jej wyrządzić może państwo samo przez swoje organa. Z tego powodu niezmiernie ważną i godną naśladowania jest instytucja pruska międzyministerialnego wydziału ochrony przyrody. Z inicjatywy tego wydziału wszystkie prawie ministerstwa wydały dla podwładnych sobie urzędów rozporządzenia w interesie ochrony przyrody.

Polska, wprowadzając u siebie ochronę przyrody, mogła korzystać z doświadczeń poczynionych gdzie indziej; pierwszym krokiem było utworzenie w grudniu 1919 r. Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody. Zasadnicze rysy organizacji, których przykłady podałem, powtarzają się i tutaj. Komisja złożona była z żywiołów obywatelskich, a weszli do niej przede wszystkim ludzie nauki. Stanowiła ona organ pomocniczy i doradczy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, do którego to ministerstwa sprawy ochrony przyrody należeć miały. Charakter jej był tymczasowy; miała ona podjąć co pilniejsze zadania ochrony przyrody, głównym jej jednak celem było obmyślenie programu i metod tej ochrony, wytworzenie kadr organizacyjnych i wypracowanie projektów ustaw i rozporządzeń. Ten pierwszy krok uważać należy za szczęśliwy. Wobec nowości bowiem tej sprawy i braku przygotowania do niej zarówno w społeczeństwie, jak i w ustawodawstwie, budowanie od razu wykończonej organizacji i ustawodawstwa byłoby robotą bez fundamentów. Pewna decentralizacja, której zakres rozmaicie może być pojmowany, ale zawsze niezbędna w gotowej już budowie, ażeby działaniem ochronnym sięgnąć można we wszystkie zakątki, w początkach nie tylko nie jest potrzebną, ale mogłaby być szkodliwą. Nie jest potrzebną dlatego, bo zanim się sięgnie do rzeczy dalekich i mniej ważnych, trzeba najpierw załatwić najbliższe i najważniejsze, te zaś mogą być załatwione z centrali; szkodliwym zaś mogłoby być rozstrzelenie akcji tam, gdzie nie wytworzono jeszcze jednolitego programu i jednolitych metod działania. Gdyby nadto taką akcję podjęli ludzie, dla których ona jest jeszcze nowością, mógłby powstać chaos, któremu później nie łatwo można by zaradzić. Zatem dalsze ogniwa organizacyjne tworzyć wypadnie dopiero wtedy i tam, gdzie tego już zajdzie potrzeba i kiedy ludzie, teren i metody będą przygotowane. Tak samo i ustawodawstwo powstawać musi organicznie i nie musi być dziełem jednej chwili. Splatać się ono będzie licznymi nićmi z ustawodawstwem cywilnym, karnym i administracyjnym, liczyć się też musi z organizacją władz. Zresztą ustawy wynikać powinny z życia i praktyki, a nie rodzić się przy zielonym stoliku.

W ramach organizacyjnych, które sobie sama wypracowała, działała Komisja Tymczasowa owocnie aż po dzień 10 czerwca 1925 r., w którym to dniu uzyskała podstawy prawne przez rozporządzenie Rady Ministrów „O trybie załatwiania spraw ochrony przyrody” i przemianowaną została na Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przewodniczący jej otrzymał tytuł i charakter Delegata Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do spraw ochrony przyrody. Zasadnicze rysy nowej organizacji pozostały te same. Wreszcie wydana 10 marca 1934 r. Ustawa o Ochronie Przyrody ustaliła ostatecznie organizację, przydając rozbudowę w kierunku decentralizacji przez utworzenie organów prowincjonalnych w postaci „konserwatorów” mianowanych przy województwach, tudzież oddziałów ochrony przyrody w miastach uniwersyteckich.

Poza tym, niezależnie od organizacji państwowej, która może zawieść, społeczeństwo winno wytworzyć własne organa, na które w razie potrzeby mogłoby z ufnością złożyć ciężar propagandy i realizacji idei. Ochrona przyrody wtedy tylko może być bowiem należycie przeprowadzoną, kiedy wniknie jako idea w szerokie masy i znajdzie podstawy w uczuciu miłości ziemi rodzinnej. Ku temu zaś oprócz oparcia się we właściwym działaniu o żywioły obywatelskie, potrzeba usilnej propagandy słowem i pismem, pouczeń w szkołach wszelkiego typu, popularyzacji przy pomocy muzeów prowincjonalnych, demonstracji na terenie wycieczek krajoznawczych itp.

Tak pojęta i urzeczywistniona ochrona przyrody będzie potężną dźwignią kultury i czynnikiem uobywatelnienia.

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt 1, 1920 r. Następnie w wersji lekko rozszerzonej i uwspółcześnionej zamieszczono ją w: Jan Gwalbert Pawlikowski – „O lice ziemi. Wybór pism”, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Nieustanny kryzys finansowy – rozmowa z Davidem Harveyem

Nieustanny kryzys finansowy – rozmowa z Davidem Harveyem

Od ostatniego kryzysu finansowego upłynęła ponad dekada. Jaką rolę odgrywa kryzys w kapitalizmie i jaki dokładnie był skutek tamtego kryzysu? Czy mamy go już za sobą, czy, jak utrzymują niektórzy ekonomiści, stoimy u progu nowej recesji?

David Harvey: O kryzysach można myśleć na wiele sposobów. Są tacy, którzy lubią myśleć, że zwiastują one koniec kapitalizmu. Ja zwykłem o nich myśleć raczej jako o środkach reorganizacji kapitału – jego dostosowywania się do nowych okoliczności połączonego z odbudową w postaci nowego modelu.

Często dochodzi do sytuacji, gdy gospodarka ma się dobrze, ale ludzie mają się źle. To, co wydarzyło się w latach 2007–09, było poważnym wstrząsem. Odpowiedzi na ten kryzys jednak bardzo się od siebie różniły.

Na Zachodzie, ogólnie biorąc, odpowiedzią była polityka programów oszczędnościowych. Powiedziano nam, że kryzys wynikał z nadmiernego zadłużenia i że teraz musimy ciąć wydatki. Efektem było pogorszenie standardów życiowych większości populacji. Cięcia te nie dotknęły jednak niezwykle bogatych: większość danych, jakimi dysponujemy, sugeruje, że od 1 do 5 procent ludzi wyszło z kryzysu w sposób dużo skuteczniejszy od pozostałych, a nawet zyskało. Istnieje takie powiedzenie: „nigdy nie pozwól dobremu kryzysowi pójść na marne”. Finansiści i im podobni wyszli z niego obronną ręką.

Istniała jednak także całkowicie inna odpowiedź na kryzys – dały ją Chiny. Nie wdrożyły one polityki programów oszczędnościowych. Zamiast tego, na masową skalę, inwestowały w infrastrukturę, urbanizację itp. Ten ogromny rozwój spowodował wzrost zapotrzebowania na surowce, więc kraje dostarczające ich Chinom – np., Chile, dostawca miedzi, Australia, dostawca rud żelaza, Brazylia, także dostarczająca rud żelaza oraz soi itp. – wyszły z kryzysu całkiem szybko. Chiny ocaliły globalny kapitalizm od poważnego krachu. Myślę, że nie zostało to dostrzeżone przez Zachód, ale wygenerowały one większy wzrost od roku 2007–08 niż Ameryka Północna, Europa i Japonia razem wzięte.

Wszystkie poprzednie kryzysy dały w efekcie pewien nowy sposób organizacji kapitału. W latach 30. XX wieku oznaczało to keynesizm, państwowe interwencje, państwowe zarządzanie i tak dalej. W latach 70. natomiast kryzys pociągnął za sobą rozwiązania neoliberalne. Jak do tej pory nie widać, aby kryzys z lat 2007–08 dał cokolwiek. Kierunki polityki, które zeń wynikły, jeśli już jakieś były, to jeszcze bardziej neoliberalne. Problem polega na tym, że neoliberalizm utracił swoją atrakcyjność i legitymizację, więc teraz jest wprowadzany w życie za pomocą środków autorytarnych i prawicowo-populistycznych. Widzimy to na przykładzie Donalda Trumpa, którego rozwiązania polityczne są bardzo neoliberalne – zasadzają się na deregulacji i obniżaniu podatków najbogatszym.

Czasem kryzys stwarza możliwość organizowania się ludzi. Jednak tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie widzieliśmy nie organizujących się ludzi, lecz ludzi popierających reakcyjnych przywódców. Co znaczy mówić, posługując się terminologią marksowską, o obiektywnych warunkach mobilizacji?

Cóż, oczywiście, że powinniśmy mówić o obiektywnych warunkach – dlaczego by nie? Są one także uwikłane w konkretne sposoby uprawiania polityki. Sądzę, że lewica nie odpowiedziała zbyt dobrze na przemiany dokonujące się wewnątrz kapitalizmu i stoi teraz przed groźbą powtarzania niektórych spośród swoich minionych błędów.

W latach 80. i 90. Zachód przechodził gruntowną deindustrializację, głównie ze względu na postęp technologiczny, a lewica próbowała przeciwko temu oponować w celu ochrony tradycyjnych społeczności klasy pracującej. Przegrała jednak tę bitwę, tracąc przy tym dużo wiarygodności. Teraz widzimy, że sztuczna inteligencja zrobi z usługami to samo, co automatyzacja zrobiła z produkcją przemysłową. Lewica znajduje się w niebezpieczeństwie – może chronić coś, co zniknie z powodów technologicznych.

Sądzę, że powinniśmy być twórczą lewicą, która korzysta ze sztucznej inteligencji, automatyzacji i z całkiem nowych struktur pracy i zatrudnienia – wybiegającą dużo dalej poza moment, w którym znajduje się kapitalizm. Ale oznacza to także inne metody postępowania. Ujmowana w sposób klasyczny klasa pracująca w wielu krajach już nie istnieje. Wraz z nią podstawy tradycyjnie lewicowej polityki zostały poważnie podkopane. Potrzebujemy więc nowego lewicowego podejścia, skupionego na tym, co nazywam polityką antykapitalistyczną: nie tylko na miejscu pracy, ale biorącą pod uwagę także warunki codziennego życia, mieszkaniowe, warunki, na jakich otrzymywane jest wsparcie socjalne, warunki zmiany i transformacji kulturowej.

Mówiłeś o rewolucyjnym potencjale ruchów miejskich. Myślisz, że lewicowe partie ich nie doceniły?

W miastach od długiego czasu istnieją ruchy społeczne. Dla przykładu: mniej więcej przez ostatnie dwadzieścia lat ważniejsze ruchy działały w miastach i skupiały się na obniżającej się jakości codziennego życia. Mieliśmy na przykład protesty w Parku Gezi w Turcji oraz ruchy w miastach Brazylii, skupiające się na zagadnieniach związanych z transportem oraz na porażce inwestycji w infrastrukturę spełniającą potrzeby populacji.

W pewnym momencie musieliśmy zorientować się, że ruchy te stanowiły grunt dla agitacji i że dochodziło do coraz większej liczby protestów, które dotyczyły tych problemów, a nie problemów związanych z miejscem pracy, chociaż oczywiście problemy związane z miejscem pracy wciąż istnieją. To stanowiło problem dla upozycjonowania lewicy – czy zaistnieje lewica, która narodzi się z miejskich ruchów społecznych. Od lat 70. popierałem ideę, że taka lewica powinna zaistnieć. Wtedy nikt specjalnie mnie nie słuchał, ale zmieniło się to na początku XXI wieku.

Ruch lokatorów rozwijający się w Barcelonie był bardzo istotny, tak jak i ten w Nowym Jorku. W Kalifornii trwa wzmożona mobilizacja na rzecz prawa do kontroli czynszów. Jeśli spojrzeć na liczbę miast, w których ruchy lokatorów dokonują rzeczywistej politycznej zmiany, to jest na lewicy czymś szalonym mówić, że ruchy te są pozbawione znaczenia.

Jest to szczególnie ważne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że problemem, z jakim zmagają się te ruchy, jest wielki kapitał – dla przykładu, Blackstone, obecnie największy dzierżawca nieruchomości na świecie. Istnieje wymierzona w Blackstone koalicja, ponieważ ten dominuje w Kalifornii, sprawia kłopoty w Barcelonie, a także w Bombaju, Szanghaju i w wielu innych miejscach. Istnieje więc ruch antykapitalistyczny, ale jest on budowany wokół kwestii mieszkaniowej. Jestem podekscytowany możliwościami, jakie w nim drzemią. Międzynarodowy ruch dążący do wywłaszczenia Blackstone’a z jego nieruchomości byłby wielce interesujący.

W swojej książce piszesz, że do myśli Karola Marksa doszedłeś stosunkowo późno. Co doprowadziło cię do tej szkoły myślenia?

Zajmowałem się zagadnieniem urbanizacji w Baltimore, kiedy miałem trzydzieści pięć lat. Byłem pochłonięty dociekaniami dotyczącymi jakości rynku mieszkaniowego i tego, co leżało u podstaw buntów, jakie miały miejsce w amerykańskich miastach w latach 60. W trakcie tego posługiwałem się tradycyjnymi metodami naukowymi badań społecznych, które nie sprawdzały się zbyt dobrze, więc rozejrzałem się za innym sposobem opracowania tego zagadnienia. Trochę wcześniej powiedziałem studentom, że może powinniśmy poczytać trochę Marksa. Sam zacząłem go czytać i odkryłem, że to, co czytam, jest coraz bardziej adekwatne w stosunku do tego, co badam.

W pewnym sensie był to bardziej wybór intelektualny niż polityczny. Ale po tym, jak kilkakrotnie przychylnie powołałem się na Marksa, ludzie wkrótce ochrzcili mnie mianem marksisty. Nie wiedziałem, co to oznaczało, ale niedługo później przestałem im zaprzeczać i powiedziałem: „W porządku, jeśli mówicie, że jestem marksistą, to jestem marksistą, choć nie wiem, co to znaczy” – nie wiem tego po dziś dzień. Jest jasnym, że myśl Marksa posiada przesłanie polityczne, choćby jako krytyka kapitału.

Myślę, że dzisiaj Marks jest ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. W momencie, w którym Marks tworzył, kapitał nie dominował w sposób globalny. Dominował w Wielkiej Brytanii i zachodniej Europie, a także na wschodzie Stanów Zjednoczonych, ale nie w Chinach czy Indiach. Teraz dominuje wszędzie. Uważam więc, że marksowska analiza tego, czym jest kapitał i jakie są jego sprzeczności, jest istotniejsza dzisiaj niż była w przeszłości.

Młodsze pokolenia aktywistów mogą być bardziej zainteresowane spojrzeniem na Marksa przez pryzmat akcji politycznej, a nie w realiach akademickich. Czy mógłbyś coś powiedzieć o efekcie, jaki kryzys ekonomiczny wywarł na ponowne odkrycie Marksa i jaki szczególny ogląd myśli Marksa uzyskamy, jeśli odczytamy ją przez pryzmat dyscypliny takiej jak geografia?

Marks powiedział, że naszym zadaniem nie jest zrozumienie świata, idzie o to, aby go zmienić. Nie sądzę jednak, aby jego działalność sugerowała, że nie był zainteresowany zrozumieniem i wyjaśnieniem świata. Dlaczego napisał „Kapitał”? Bo uważał, że aby zmienić świat, najpierw trzeba go odpowiednio zrozumieć. Sądzę, że spośród różnych kwestii ważnym jest spróbować odzyskać marksowskie pojmowanie świata w sposób odpowiadający obecnym okolicznościom, tak by ludzie mieli lepsze wyobrażenie tego, z czym walczą.

Moje zainteresowanie geografią i urbanizacją sprawiło, że odczytuję Marksa w sposób inny niż wiele osób. Zatem w „Limitach kapitału” dużo miejsca poświęcam finansom – o których, co dziwne, niewielu mówiło w latach 70. – a także temu, w jaki sposób wykorzystywana jest ziemia. Moje rozumienie i omawianie Marksa zawsze było powiązane z próbą zrozumienia go w sposób istotny dla zagadnienia nierównomiernego rozwoju geograficznego i urbanizacji. To powoduje, że podkreślam w twórczości Marksa pewne wątki, które inni ludzi zwykli ignorować. To, że moja książka, która ukazała się w 1982 r., doczekuje się kolejnych wydań, sugeruje, że ten warsztat pojęciowy jest istotny dla ludzi zajmujących się kwestiami mieszkaniowymi i innymi, które są z nimi powiązane, w sposób odbiegający od podejścia innych marksistów.

Przez lata ciągłego nauczania o Marksie przepłynąłem w tę i z powrotem przez morze ludzi, z których jedni chcieli go czytać, a inni nie. Po kryzysie z lat 2007–08 zainteresowanie Marksem bezapelacyjnie wzrosło. Teraz chyba nieco zanikło, odkąd większość ludzi popadła w obsesję na punkcie wyjaśnienia fenomenu, jakim jest Donald Trump, oraz objaśnienia zwrotu ku klimatom skrajnie prawicowym reprezentowanym przez ludzi takich jak Orban, Erdogan, Bolsonaro i cała reszta. Ale, co oczywiste, jeśli światowa gospodarka ma poważną czkawkę – o czym świadczy wiele nerwowych sygnałów – to ekonomia polityczna znowu stanie się zagadnieniem żywo dyskutowanym.

W Barcelonie lewicowa partia (Barcelona en Comu – Wspólna Barcelona) przewodziła radzie miasta przez ostatnie pięć lat. Istnieje tam również sieć ruchów społecznych. To jednak nie wystarczyło do spełnienia przez tę partię jej początkowych obietnic. Jeśli twoja praca podkreśla wagę lokalnej przestrzeni, to czy to doświadczenie powinno nas doprowadzić do poddania w wątpliwość wartości municypalizmu?

Jedno z pytań, z którym zaczynamy dopiero się zmagać, brzmi: co właściwie naprawdę mogą, pod względem politycznym, zrobić władze miasta? W Stanach Zjednoczonych mamy niemało radykalnych samorządów miejskich. Na przykład w Seattle. Władze Los Angeles także są dość postępowe, progresywne skrzydło istnieje również w łonie władz Nowego Jorku. Myślę, że lewica, biorąc pod uwagę przeniesienie zainteresowania z problemów związanych z miejscem pracy na problemy związane z codziennym życiem w mieście i kwestią tanich mieszkań, musi mieć nowe metody postępowania, które skupiają się na wszystkich tych zagadnieniach.

Nasze doświadczenie w kwestii tego, ile może zrobić lokalna administracja, zważywszy na ograniczone środki, jakimi rozporządza, jest bardzo skromne. Na przykład w Nowym Jorku możliwości burmistrza są bardzo ograniczone ze względu na to, że nie może inicjować żadnych nowych planów podatkowych – muszą być one sporządzone przez władze stanowe. Administracja stanu to Demokraci, ale nie lubią burmistrza, więc pomiędzy tymi dwoma szczeblami władzy istnieje konflikt. Tak samo sprawy mają się w Barcelonie, gdzie władze regionalne pozostają w niezgodzie z władzami miasta, a każda z nich próbują zaszkodzić drugim.

Zadane tu pytanie jest ważne. Ale tym, co interesuje mnie i niektórych moich kolegów jest to: jeśli lewicowy samorząd zdobędzie władzę, to czy na lewicy istnieją dorobek i wizja, które byłyby pomocne dla takiego samorządu w kwestii tego, co może, w sposób rozsądny, próbować zrobić, wziąwszy pod uwagę charakter jego władzy? Uprawnienia władz lokalnych są ograniczone. W Wielkiej Brytanii, niech posłuży nam ona za przykład, władze lokalne nie mają w zasadzie żadnej możliwości podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy z wyjątkiem trzymania pieczy nad kwestiami związanymi z gospodarką odpadami. Chciałbym doczekać chwili, gdy to się zmieni i nastąpi istotne scedowanie władzy przez administrację centralną na rzecz władz miejskich. Mam nadzieję, że to samo wydarzy się w Barcelonie.

Jeśli chodzi o wykoncypowanie, w jaki sposób municypalizm może stać się nieodłączną częścią projektu socjalistycznego, rozumianego tutaj w sposób całościowy, to jesteśmy dopiero w powijakach. Dotychczas nie znamy odpowiedzi, ale brak także ludzi, którzy by jej poszukiwali, więc to do nas należy organizowanie środowiska akademickiego w think tanki, które mogą wskazać możliwe drogi.

Jeśli wziąć pod lupę np. kwestię mieszkaniową, to jakie kluczowe problemy dostrzeżemy?

Jestem zdania, że mieszkanie jest prawem i tak właśnie powinno się o nim myśleć. Nawet zapisy sformułowane przez Kongres w 1949 r. określały, że każdemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych przysługuje prawo do mieszkania oraz godziwych warunków życia. Teraz, gdybyśmy potraktowali te zapisy jako prawo, to zorganizowalibyśmy społeczeństwo w taki sposób, że czyniłoby ono tym zapisom zadość.

Problem zasadza się na tym, że powiedziano nam, że jedyna droga prowadząca do spełnienia treści tych zapisów wiedzie poprzez mechanizmy rynkowe. Ale, o ile mechanizmy rynkowe radzą sobie znakomicie jeśli idzie o zaopatrywanie klas wyższych, o tyle nie spisują się one wobec klas średnich. Fatalnie obchodzą się one natomiast ze wszystkimi, dla których dostęp do tanich mieszkań jest utrudniony.

Pozostawianie tego zagadnienia w gestii mechanizmów rynkowych, jeśli spojrzeć na to uwzględniając zapewnienie wszystkim obywatelom godziwego środowiska do życia (niezależnie od ich dochodu, rasy, płci itd.), jest decyzją tragiczną. Można np. kontrolować wysokość czynszów, ale nie sądzę, że jest to rozwiązanie na dłuższą metę. Kontrola czynszów nadal bowiem stanowi mechanizm rynkowy.

Powinniśmy spróbować przestać postrzegać kwestię dostarczania ludziom mieszkań jako kwestię sprzedaży towarów na rynku. W przeszłości dokonano tego poprzez stworzenie mieszkalnictwa socjalnego, w myśl którego to ludzie posiadają inne od rynkowych prawa do mieszkania – prawo do mieszkania bez prawa do jego kupna lub sprzedaży. W czasach hegemonii neoliberalizmu mówiono nam, że takie rozwiązanie jest nieefektywne. Teraz jednak już wiemy, do czego dochodzi, kiedy zamiast kierować się ideą mieszkania jako prawa, postępujemy w myśl zasad neoliberalizmu.

Czy wolny rynek mógłby odgrywać jakąkolwiek rolę w gospodarce socjalistycznej?

Nie widzę problemu, aby w takiej gospodarce istniał na przykład wolny rynek używanych ubrań. Dużym problemem jest natomiast sytuacja dysproporcji sił podmiotów wchodzących w relacje wolnorynkowe. Marks krytykował akumulację kapitału w rękach nielicznych.

Jeśli spojrzeć na pozycję, jaką zajmuje Blackstone na rynku nieruchomości, to widać, że udziały przezeń posiadane są zbyt wielkie. Wielu ludzi rozprawia o stopie zysku, ale tym, co rzeczywiście decyduje, kim są ważni gracze w kapitalizmie, są udziały w rynku.

Tak długo, jak siła zasadza się na ogromnych masach zakumulowanego kapitału, jak nazywa je Marks, czołowi kapitalistyczni gracze mogą używać tych ogromnych mas kapitału w celu korumpowania polityków, kontrolowania mediów, kupowania wyborów itd. Aby stworzyć socjalistyczną demokrację, musimy obalić te ośrodki władzy. Decydujące jest także zerwanie z gigantami pokroju Facebooka i Google’a.

W Katalonii działa ogromny ruch społeczny na rzecz samostanowienia. W tym wszystkim pomija się jednak jedno pytanie. Co tak naprawdę oznacza „być suwerennym”?

Pytanie o suwerenność brzmi: czy państwo kontroluje finanse, czy finanse kontrolują państwo? W Grecji, niech posłuży ona za przykład, ewidentnie mamy do czynienia z wariantem drugim – suwerenność Grecji jest w zasadzie bez znaczenia. Niewielka część układu sił kontroluje cały kraj.

Co ciekawe, to samo mówi się w Stanach Zjednoczonych. Gdy do władzy w wyniku wyborów 1992 r. doszedł Bill Clinton, przedstawił swój program gospodarczy. Doradca polityczny Clintona, Robert Rubin – który wcześniej pracował w Goldman Sachs, a później został sekretarzem skarbu – powiedział: „Nie możesz tego zrobić”. Clinton na to: „Dlaczego nie?”. Rubin odpowiedział: „Ponieważ nie pozwolą ci na to posiadacze obligacji”. Clinton miał wtedy powiedzieć: „Chcesz mi wmówić, że cała moja polityka gospodarcza i moje szanse na reelekcję zależą od jakichś cholernych handlarzy papierami?”. Rubin przytaknął. W efekcie Clinton zastosował neoliberalne rozwiązania takie jak NAFTA i nie wprowadził tego, co obiecał – darmowej opieki zdrowotnej.

Myślę, że znajdujemy się w sytuacji, gdy rządy sprawują spekulanci finansowi, a nie politycy. Zatem, powracając do pytania o suwerenność, jeśli myślisz, że możesz wybić się na niezależność od wpływów innych, to w dalszym ciągu stoisz przed problemem – jak poradzisz sobie z władzą posiadaczy obligacji i z władzą kapitału finansowego. Nie jestem pewien czy istnieje jakakolwiek rzeczywista niezależność wynikająca jedynie z politycznej niepodległości.

Spójrzmy na Stany Zjednoczone: co myślisz na temat wzrostu znaczenia demokratycznego socjalizmu? Co to oznacza dla ruchów politycznych spoza USA?

Dotychczas mieliśmy tylko jedną partię – partię z Wall Street – wraz ze skrzydłami demokratycznym i republikańskim. Hillary Clinton była wytworem Wall Street. Jednym z jej kluczowych błędów, które popełniła przed wyborami, było wygłaszanie mów dla Goldman Sachs, za co dostawała każdorazowo 250 tys. dolarów. Napisałem do nich i zaproponowałem, że mogę wygłosić dla nich mowę za 200 tys., ale wygląda na to, że nie byli zainteresowani. Clinton przyjęła duże pieniądze i wszyscy o tym wiedzieli. Przywódca Demokratów w Senacie, Chuck Schumer, zarobił na Wall Street więcej niż ktokolwiek inny. Partia Demokratyczna to partia Wall Street. Jest tak od momentu, gdy utraciła swoje oparcie w związkach zawodowych w latach 80.

W łonie Demokratów istnieje frakcja utrzymująca, że powinniśmy spróbować odciąć się od Wall Street – Bernie Sanders mówi, że potrzebuje politycznej rewolucji. Zdaje się, że dwie trzecie partii uważa, że potrzebuje ona wsparcia Wall Street, a pozostali są odmiennego zdania. Rośnie jednak zrozumienie dla tego, że Wall Street rzeczywiście stanowi problem. Ciekawe, jak szerokie kręgi ogarnie to zrozumienie.

Polityczna mobilizacja ludzi w przeważającej mierze zależeć będzie od radykalizacji młodzieży. W czasach, kiedy Zimna Wojna należy do przeszłości, ludzie młodzi nie rozumieją tego całego antykomunistycznego przekazu, który mówi, jaki to ten socjalizm jest zły. Prawica stara się ich przekonać, że tak jest, ale kiedy młodzi słyszą, że socjalizm to unieważnienie długów studenckich oraz darmowa opieka zdrowotna, to pomyślą raczej, że brzmi to całkiem nieźle: „Jeśli na tym polega socjalizm, to zostanę socjalistą”.

Myślę, że w takim właśnie momencie się znajdujemy. Pojawienie się Donalda Trumpa bez wątpienia popchnęło wielu ludzi w kierunku aktywności politycznej, tak jak przyczyniła się do tego ofensywa wymierzona w aborcję i prawa kobiet. Nie jestem pewien, czy znajdujemy się w zwrotnym punkcie, ale z pewnością istnieje opór. Sądzę, że podczas kolejnych wyborów zobaczymy dryf na lewo, ale partia Wall Street nie przestanie istnieć.

Tłumaczył Paweł Szczęch

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w lipcu 2019 r. Rozmowę przeprowadził Arnau Barquer z magazynu „Catarsi” podczas czerwcowego pobytu Harveya w Barcelonie. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

David Harvey – teoretyk społeczny, geograf, profesor antropologii w City University of New York. Wniósł znaczący wkład w rozwój geografii jako dyscypliny akademickiej. Stosuje metodologię marksistowską do analizy globalizacji i kapitalizmu. Autor wielu książek i setek tekstów naukowych i popularyzatorskich.

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Wielka wojna poczyniła znaczne zmiany w ustroju gospodarczym świata. Europa z wierzyciela Ameryki stała się jej dłużnikiem, co więcej musiała korzystać przez czas dłuższy z dobroczynności Ameryki.

Główną platformą konkurencji międzynarodowej stała się dziś konkurencja między Europą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Obok tego na terenie Europy rozwija się konkurencja pomiędzy poszczególnymi państwami, a konkurencja ta trwać będzie tak długo, dopóki idea solidarności ogólnej w Europie nie zastąpi walk konkurencyjnych. W tych warunkach walka pomiędzy poszczególnymi dziedzinami życia gospodarczego kraju musi się złagodzić, musi ustąpić idei solidarności wewnątrz państwa, aby życie gospodarcze państwa jako całości mogło dotrzymać kroku w wyścigu międzynarodowym.

Już przed wojną w epoce panowania bardziej niż dziś czystego liberalizmu, kiedy przy końcu ubiegłego stulecia zaczęły powstawać w Stanach Zjednoczonych najrozmaitsze kartele, ustawy państwowe podjęły w pierwszym momencie walkę z nimi, stając w obronie zagrożonych interesów konsumenta, następnie zaś ustosunkowały się do karteli jako do konieczności wynikającej z rozwoju gospodarczego, poddając je jedynie ograniczeniom w formie kontroli. Nieco później jednak, również przed wojną, powstaje w Niemczech syndykat potasowy, i to przy pomocy i pod kontrolą rządu. Już wtedy zatem poszczególne rządy zmieniają swoje poglądy na stosunki w dziedzinie organizacji życia gospodarczego.

Kiedy tak rozwijało się na świecie życie gospodarcze, my nie mieliśmy własnego państwa i żyć musieliśmy podzieleni na trzy zabory. W każdym zaborze nasze życie gospodarcze podlegało innym prawodawstwom, innym zwyczajom, innej polityce, i dlatego życie gospodarcze Polski nie stanowiło jednej całości. Zycie gospodarcze poszczególnych dzielnic musiało się przystosować do życia państw zaborczych, względnie z interesami tych państw zaborczych walczyć. Na takim tle kształtowały się poglądy obywateli państwa, a ponieważ państwo było obce i było czymś narzuconym, więc stosunek obywatela do państwa kształtował się negatywnie. Unikano więc spełnienia obowiązku, starano się za wszelką cenę nie pójść do wojska, nie zapłacić podatku, przewieźć jak najwięcej rzeczy bez opłaty celnej przez granicę itd. Było to zrozumiałe, bo państwo było obce, narzucone, było wrogie. Jednak miało to i musiało wywrzeć wpływ na ukształtowanie się życia gospodarczego, i wpływ ten można do dziś dnia obserwować. Zapewne minąć musi niejedno dziesięciolecie, aby te złe wpływy zostały zniweczone.

Nie było i nie mogło być państwowego ujęcia spraw przez nas samych. Co gorzej jeszcze, ponieważ niektóre dzielnice nie miały samorządu, więc w ogóle obywatele nie przechodzili szkoły wspólnego życia, jaką daje państwo, jaką daje organizacja samorządowa.

Przyszła wojna, a z nią dalsze pogłębienie negatywnego stosunku obywateli polskich do państw obcych. W imię interesów wojny życie gospodarcze musiało być podporządkowane celom wojennym. Zostało ono skrępowane, wszystkie państwa walczące na ziemiach polskich narzucały mu swoją wolę, żądały dawania szeregu niezmiernie uciążliwych świadczeń, a życie gospodarcze musiało się podporządkować.

W tych warunkach zaczęliśmy budować państwo. Kasa nasza była, rzecz oczywista, pusta. Potrzeba było pieniędzy. Jedynym środkiem była inflacja i tą drogą trzeba było zacząć gospodarczą budowę państwa. Inflacja jednak w życiu gospodarczym jest chorobą, która pozostawia po sobie głębokie ślady. Jeżeli więc w ogóle nie było u nas warunków sprzyjających ogólnopaństwowym interesom, to inflacja jeszcze te stosunki pogorszyła.

Zginęła oszczędność i kapitalizacja; każdy starał się z dnia na dzień więcej zarobić, jak największy procent wyciągnąć ze swych kapitałów, aby kapitału nie stracić. Te skutki inflacyjne dają się nam dzisiaj jeszcze porządnie we znaki. Życie gospodarcze nie da się tak łatwo zmienić, potrzeba będzie lat, aby wytworzyć i realizować w życiu linię wytyczną interesów ogólnopaństwowych.

W każdym społeczeństwie, w każdym gospodarstwie różne grupy mają różne interesy, i jeżeliby jedna dziedzina przemysłu, jedna jego gałąź wobec drugiej, czy przemysł wobec rolnictwa, czy przemysł i rolnictwo wobec handlu, narzucały swoją wolę, to rzecz prosta, taka zależność nigdy nie mogłaby wyjść na pożytek całego organizmu państwowego. Kiedy zaś warunki konkurencji wewnętrznej przerzucają się na walkę konkurencyjną międzypaństwową, to rola państwa w życiu gospodarczym staje się z dnia na dzień większą. Coraz częściej państwo uzgadniać musi, dajmy na to, interesy poszczególnych cukrowni między sobą, aby ten wspólny interes wszystkich cukrowni, jaki istnieje wobec zagranicy, był należycie respektowany. Inną tego rodzaju aktualną sprawą jest sprawa przemysłu drzewnego wobec naszych stosunków z zagranicznymi odbiorcami drzewa. Ktoś musi wypośrodkować interesy poszczególnych gałęzi przemysłu drzewnego, aby w stosunku do naszego sąsiada móc konsekwentnie i celowo postępować.

Państwo posiada dużo środków regulujących i wpływających na życie gospodarcze. Posiada politykę podatkową, której układ zawsze odbijać się musi na sprawności i rozwoju tej lub innej gałęzi życia gospodarczego. Jedną może rozruszać, inną hamować lub odwrotnie. Wspomnieć należy, że o ile chodzi o politykę podatkową, to w tych sprawach, niestety, wiele mamy jeszcze do zrobienia. W historii naszej w dziedzinie podatkowej nie wykazaliśmy tego hartu i zrozumienia, jaki wykazały inne narody. Toteż i od zarania obecnego państwa naszego w dziedzinie podatkowej popełnialiśmy pewne błędy, których wyrazem było to, że nasza reprezentacja społeczna, to jest Sejm, niechętnie uchwalał ustawy podatkowe. W czasach inflacji przerzucano ciężar podatków na podatki pośrednie. Można zresztą powiedzieć, że przez 5 pierwszych lat państwo utrzymywane było przez inflację.

Państwo prowadzi, dalej, politykę celną, przez którą może bardzo silnie wpłynąć na życie gospodarcze. Jak wiemy, u nas istnieje względnie duża ochrona celna: z trzech taryf, jakie były na ziemiach polskich, przyjęta została najwyższa. Tłumaczy się to tym, że przemysł nasz jest słaby i dopiero się rozwija, przeto potrzebuje ochrony, a tę ochronę daje mu taryfa celna.

Ważnym bardzo środkiem, regulującym życie gospodarcze, jest polityka kredytowa. Za pomocą tej polityki państwo może wpływać i wpływa wydatnie na życie gospodarcze. Szczególnie w naszych warunkach, kiedy w pierwszych latach po inflacji największym kapitalistą było państwo, kiedy jedynie państwo mogło udzielać kredytów, wpływ polityki kredytowej państwa na życie gospodarcze był bardzo wielki. Obecnie stosunki te ulegają zmianie, o czym świadczą cyfry wskazujące, że wkłady w bankach prywatnych od 1926 r. rosną wyjątkowo szybko i że do 1 lipca 1928 r. wzrosły prawie dwukrotnie, gdy w bankach państwowych wzrosły zaledwie o kilkadziesiąt procent.

Dalej, państwo prowadzi swoją politykę zakupów, ponieważ jako duża organizacja jest wielkim konsumentem. W 1926 r., tzn. w okresie, kiedy produkcja nasza była mniejsza niż dzisiaj, w niektórych gałęziach przemysłu państwo było konsumentem około 25% produktów, jak to miało miejsce np. w żelazie. Państwo przez politykę zakupów wpływa bardzo silnie na życie gospodarcze tym bardziej, że udziela produkcji zaliczek na zamówienia.

Państwo jest ponadto również producentem. U nas przede wszystkim z tego tytułu, że posiada bardzo dużo lasów, a więc musi prowadzić eksploatację leśną. Poza tym państwo posiada szereg przedsiębiorstw, jak np. monopole – tytoniowy i spirytusowy, koleje, fabrykę nawozów sztucznych, rafinerię nafty, przemysł, związany z obroną kraju itd.

Poza tym jest cały szereg przedsiębiorstw, które powstały u nas nie z tzw. inicjatywy prywatnej, lecz z pożyczek państwowych, gdyż w wielu wypadkach przystępowano do budowy przedsiębiorstw bez żadnego kapitału, licząc wyłącznie na zaliczki państwowe. Rzecz zrozumiała, że przedsiębiorstwa takie z czasem musiały podupaść i w rezultacie państwo musiało przedsiębiorstwa te w tej czy innej formie przejmować za długi.

Poza tym istnieje cały szereg dziedzin czy to ogólnopaństwowych, czy to ogólnospołecznych, w których z natury rzeczy albo samorząd, albo państwo występuje jako właściwy organizator danej dziedziny życia. Mam tu na myśli: drogi, elektrownie, rzeźnie, gazownie i cały szereg innych przedsiębiorstw, które, o ile nie powstały naturalnym biegiem rzeczy w inny sposób, musiały być dziś organizowane przez samorządy przy pomocy pieniędzy państwowych lub przez państwo.

Wreszcie państwo musi niekiedy przystąpić do organizowania przedsiębiorstw, które są konieczne dla rozwoju całokształtu życia, a które czy z braku kapitału, czy z innych przyczyn nie powstają.

Mam na myśli tutaj budowę nowej fabryki związków azotowych, której znaczenie dla Polski jest szczególnie doniosłe ze względu na to, że rolnictwo nasze przedstawia jedną z najgłówniejszych dziedzin naszego życia gospodarczego. Możliwości w tej dziedzinie są wprost nieograniczone i rolnictwu potrzeba dać odpowiednią ilość środków, aby się mogło rozwijać: do tych środków należą przede wszystkim nawozy sztuczne. Budowa takich fabryk wymaga jednak olbrzymich kapitałów, a na razie ich nie ma, więc rząd zmuszony jest, oszczędzając na czym innym, budować tego rodzaju przedsiębiorstwa.

To samo mniej więcej można powiedzieć o budowie floty handlowej czy naszego portu w Gdyni. Jednym z wielkich błędów naszych przodków było niedocenianie znaczenia morza. Tych błędów historycznych nam dzisiaj popełniać nie wolno i dlatego za wszelką cenę musimy budować ten port, skoro on na innej drodze nie powstanie.

To samo dotyczy zresztą również i budowanej obecnie chłodni w Gdyni. Wiemy o tym, że rolnictwo produkuje bardzo wielkie ilości przetworów mięsnych i nabiałowych, że przetwory te znajdują znakomity zbyt w Anglii i w innych krajach Europy. Organizacja tego handlu wymaga jednak, aby przetwory były dostarczane na rynek wtedy, gdy są potrzebne. My zaś, nie mając urządzeń, zbywamy te towary wtedy, gdy je wyprodukujemy, a nie wtedy, kiedy nam konsument za nie najlepszą cenę zapłaci. Wywozimy ten towar do Hamburga, aby tam przez kilka miesięcy przeleżał i aby później pośrednik niemiecki sprzedał go w Anglii czy w innym kraju Europy po najwyższych cenach. Jest to potrzeba wyjątkowo pilna, bo ona da naszemu rolnictwu możność otrzymania za towar maksymalnej ceny. Wybuduje się za kilka milionów chłodnię, która przyniesie naszemu rolnictwu nie kilka, ale kilkanaście milionów zysku.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby rząd nie podjął się teraz tych wszystkich zadań, spotkałby się z ciężkimi zarzutami za zaniedbanie tak pilnych spraw, a to samo przecież dotyczy całego szeregu przedsiębiorstw, których rozbudowanie jest konieczne ze względów obrony państwa lub innych. Nieraz przedsiębiorstwa takie tworzone były z inicjatywy prywatnej, jednak bez kapitału, i rezultat był taki, że państwo musiało za długi te przedsiębiorstwa przejmować.

Jednym słowem, rola państwa w życiu gospodarczym jest ogromna. U nas rola ta jest trudniejsza niż w innych państwach. Teraz stajemy wobec zagadnień niezmiernie skomplikowanych, wobec olbrzymich zapotrzebowań, jakie się wyłaniają z tego powodu, że jako państwo nie istnieliśmy przez tyle lat, i że co inne narody budowały wiek cały, to my musimy w niewielu latach zbudować. Społeczeństwo staje nieraz bezradne wobec tych wszystkich trudności i skłonne jest wierzyć, że państwo tam jakoś wszystkie te sprawy załatwi.

Objawy tej wiary, że państwo jest wszechmocne – z jednej, a ta pewna bezradność z drugiej strony – wiążą się często z całym szeregiem postulatów, żądań i apelów w stosunku do państwa. Dla przykładu przytoczę kilka szczegółów z konferencji z przedstawicielami życia gospodarczego, jaką odbył w tym roku Minister Przemysłu i Handlu dla uzgodnienia pewnych postulatów, które dałyby się w tym roku przeprowadzić, a przyczyniłyby się do rozbudowy życia gospodarczego. Na konferencji tej w odpowiedzi na wywody Pana Ministra posypały się propozycje: żądano zmniejszenia podatków, zwiększenia ochrony celnej, zwiększenia ilości godzin pracy czy zmniejszenia świadczeń socjalnych, wreszcie głównym żądaniem i głównym wskazaniem życia gospodarczego na rok 1928 było domaganie się pieniędzy od Skarbu Państwa, względnie banków państwowych, dostarczania poszczególnym gałęziom życia gospodarczego odpowiedniej ilości środków pieniężnych. Mogę przytoczyć cały szereg cytatów z książki pt. „Inwestycje, kredyt, konsumpcja, eksport, żegluga”, która jest sprawozdaniem z tej konferencji.

„Udzielania przez rząd, względnie przez instytucje rządowe, tanich kredytów długoterminowych na skonwertowanie poprzednich prywatnych pożyczek krótkoterminowych oraz na dalsze konieczne inwestycje przemysłowe” – domaga się delegat przemysłu cukrowniczego.

„Przeprowadzenie zaś tego planu [czytaj: zwiększenia produkcji] byłoby możliwe również tylko przy wydatnym wysiłku rządu w postaci długoterminowych tanich kredytów inwestycyjnych” – oświadczył delegat przemysłu szamotowego wyrobów ogniotrwałych.

„Pożądany byłby kredyt na dogodnych warunkach, udzielany przez banki państwowe” – stwierdza, jako postulat, przedstawiciel konwencji węglowej dąbrowsko-krakowskiej.

Otworzenie przez państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego oddziału w Szanghaju i finansowanie eksportu „poleca troskliwej uwadze rządu” przywódca przemysłu włókienniczego.

Finansowania przez państwo eksportu domaga się delegat przemysłu Białej i Bielska.

„Byłoby pożądane: a) by Bank Gospodarstwa Krajowego powołał do życia dla kredytów przemysłowych długoterminowych komitet doradczy, złożony z delegatów poszczególnych centralnych organizacji branżowych, który to komitet proponowałby Bankowi kolejność dla załatwiania podań o pożyczkę; b) by z zasobów, uzyskanych z pożyczki amerykańskiej, a przeznaczonych na inwestycje gospodarcze, zasobów, które razem wyniosą przeszło złotych 300 milionów, przynajmniej kilkadziesiąt milionów zostało użytych na skup listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Przemysłu Polskiego – w ten sam sposób, w jaki z zasobów tych zakupuje się listy zastawne ziemskie rolnicze, oraz by tempo tej akcji, do tej pory prowadzonej w bardzo skromnych rozmiarach, zostało przyspieszone; c) by instytucje publiczne, jak PKO, zakłady ubezpieczeń przymusowych, Dyrekcja Wzajemnych Ubezpieczeń itd., otrzymały polecenie zakupywania wspomnianych listów zastawnych, korzystających przecież z gwarancji państwa, choćby tylko w stosunku 10% innych swoich lokat” – oświadcza delegat przemysłu konfekcyjnego, nie zapominając dodać, że wobec zaprojektowanej przez Radę Finansową oraz Komisję Opiniodawczą instytucji zastawu rejestrowego, „zresztą kredytów takich powinien udzielać Bank Gospodarstwa Krajowego, jak długo banki prywatne nie rozwiną tego działu”, jak również, że wobec drogiego „urządzenia sklepu” z obuwiem, takich kredytów „powinien udzielać fabrykom obuwia Bank Gospodarstwa Krajowego”.

„Przed rządem staje konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki na cele inwestycyjne”, „Rząd winien pozostawić sprawy kredytowe nadal w PKO” – bo „poznaliśmy się wzajemnie [tj. pośrednik – kupiec żydowski i PKO] i byliśmy na drodze do pokojowego współżycia” – deklaruje przedstawiciel Centrali Związku Kupców.

„Udziału finansowego państwa w eksporcie’” – żąda delegat Związku Eksportowego Przemysłu Metalowego Przetwórczego, jak również „subsydiowania pewnych funkcji związanych z eksportem”.

„Tutaj więc byłyby potrzebne wielkie nakłady pieniężne i te nakłady może dać tylko rząd” – deklaruje krótko i jasno przedstawiciel przemysłu drzewnego.

A więc pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy domaga się od rządu życie gospodarcze. Zwłaszcza, gdy potrzebne są „wielkie nakłady pieniężne”, aby przemysł mógł zacząć „zarabiać”, aby odczuwać mógł zyski, aby był rentowny, to „te nakłady może dać tylko rząd”.

O czym to świadczy? Że nie ma pieniędzy, ale że jest jakaś wiara w rząd, że rząd pieniądze znajdzie i dostarczy dla rozbudowy życia gospodarczego.

W swoim czasie, jak wspomniałem, powstawały różne przedsiębiorstwa z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe. Powstało kilka bekoniarni przeznaczonych na eksport. W rezultacie musiał rząd przedsiębiorstwa te przejąć. Właśnie jako przykład tej wiary w rząd przytoczę ustęp z listu, pochodzącego od jednej z poważnych instytucji Wielkopolski, która pisze, że konieczne jest i w tej dzielnicy stworzyć fabrykę bekonów, aby rolnicy mogli zbywać swoje produkty:

„Komitet organizacyjny, po wszechstronnym zbadaniu obecnego stanu rzeczy, doszedł do przekonania, że pomimo ogólnie odczuwanej potrzeby zreformowania dotychczasowego sposobu zbytu trzody chlewnej, znaczenie przemysłu bekoniarskiego w sferach rolniczych zbyt mało jest znane, ażeby pozyskać rolnika do realnych świadczeń pieniężnych na rzecz fabryki którą zbudować by należało:

Ażeby zrozumienie to w sferach rolniczych wyrobić, względnie aby rolnikowi wskazać nowe drogi organizacji, którymi kroczyć winien, należy, zdaniem komitetu organizacyjnego, stworzyć pierwszy wzorowy warsztat bekoniarski, który by powstał z funduszów państwowych, a który by państwo na okres przejściowy (2-3-letni) w tanią lub nawet darmową dzierżawę oddało rolnikom, zorganizowanym w spółdzielnię zbytu inwentarza. Rolnicy ci braliby tylko na siebie obowiązek komisowego zbywania wszelkiej trzody chlewnej przez swoją spółdzielczą bekoniarnię, nie ponosząc poza tym żadnego innego ryzyka”.

Warunki propozycji tej są lepsze aniżeli faktyczne warunki budowy bekoniarni w Dębicy lub Chodorowie, które zbudowano z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe kosztem dwukrotnie większym.

Takich przykładów można by przytoczyć bardzo dużo. Są i inne żądania. Więc np. z istniejącej konwencji węglowej wyłamała się jakaś kopalnia. Wtedy delegacja konwencji występuje z żądaniem niedostarczania przez kolej kopalni wagonów. Oczywiście, byłoby to nadużyciem władzy posiadanej przez państwo w dziedzinie życia gospodarczego, bo państwo musi regulować warunki życia, może produkować w specyficznych dziedzinach, ale nie może nadużywać swojej władzy w zatargach między przedsiębiorcami. Zatarg taki musiałby być rozpatrzony przez sąd kartelowy, którego dotąd nie mamy i dopiero wyrok sądu musiałby być siłą państwa wykonany. Natomiast tego rodzaju interwencja państwowa, jakiej żądała konwencja, byłaby szkodliwa, byłaby tym nadmiarem interwencjonizmu czy etatyzmu, jak to się u nas mówi.

Z jednej więc strony żąda się od państwa daleko idącej ingerencji, z drugiej zaś podnoszą się głosy krytyki, kwestionujące racjonalność tego, że państwo bierze się do takich rzeczy, oraz twierdzące, że państwo nie powinno się mieszać np. w dziedzinę eksportu, że te dziedziny życia winny być pozostawione samemu życiu. Jedne czynniki zainteresowane życzą sobie, żeby państwo interweniowało, inne zaś, niezainteresowane w danej dziedzinie, protestują przeciw temu.

Dziedzina eksportu niewątpliwie obchodzi przede wszystkim tych, którzy mają co eksportować, i oni przede wszystkim powinni się zorganizować, aby eksport wzmocnić, tego jednak nie czynią. Powstał więc Państwowy Instytut Eksportowy. Nie sądzę, aby względy finansowe były jedynym powodem, że powstał on jako instytucja państwowa, bo przecież budżet jego wynosi tylko złotych 215 000, co stanowi tak drobną kwotę w stosunku do tego, co Instytut życiu gospodarczemu daje. Wszak życie gospodarcze wykłada na cele społeczne nieraz znaczniejsze sumy.

Na wspomnianej już konferencji w Ministerstwie Przemysłu i Handlu niewątpliwy przeciwnik etatyzmu domagał się utworzenia Państwowego Instytutu Ziemniaczanego, podkreślając specjalnie, że dla życia gospodarczego potrzebny jest instytut państwowy, a nie prywatny.

Weźmy teraz pod uwagę ten fakt, o którym bardzo dużo mówi się w naszym społeczeństwie, weźmy polemikę na temat rzekomego etatyzmu Państwa Polskiego. Istnieje w niej niewątpliwie wiele sprzeczności, bo etatyzmu nie można zarzucać rządowi, jednocześnie żądając pieniędzy na budowę fabryki i odstąpienia jej w darowiznę lub w dzierżawę. Zachodzą w niej zresztą sprzeczności bardziej silne i czasem używane są argumenty nazbyt silne. Mam przed sobą poważny organ „Przegląd Gospodarczy”. W tym organie jeden z najwybitniejszych przedstawicieli przemysłu napisał w ten sposób: „Jesteśmy miejscem krzyżowania się idei Wschodu i Zachodu i fluktuacje Wschodu mają do nas dostęp. Reagują na nie nie tylko ci, przeciw którym jest skierowana agitacja, ale i przedstawiciele parlamentów i rządów. Indywidualizm i etatyzm – oto charakterystyka prądu wschodniego i zachodniego”. I dalej, w tym artykule, z powodu książki, która wyszła staraniem szeregu działaczy na niwie społecznej i państwowej pt. „Zagadnienia gospodarcze Polski współczesnej”, wysunięty jest zarzut, że autorzy tej książki dążą do zetatyzowania Państwa Polskiego, do stworzenia, jak to się mówi, prądów wschodnich. Innymi słowy, rzuca się w masy bardzo ciężkie oskarżenie tych osób o bolszewizm. Naturalnie, że dla celów demagogicznej agitacji jest najlepiej rzucić jedno słowo, np. „mason”, „bolszewik”, „żyd”. Do tych słów-synonimów dodano obecnie bardzo popularne: „etatysta”.

Co to jest etatyzm? Etatyzm jest pojęciem naukowym i dlatego pozwolę sobie powołać się na dwóch uczonych. Obaj to przeciwnicy etatyzmu. Prof. Stanisław Głąbiński, który napisał pracę pt. „Etatyzm a gospodarka społeczna”, wydaną w roku 1922 w „Ruchu Prawniczym i Ekonomicznym”, powiada, że „względy humanitarne, społeczne i polityczne pchnęły państwo nowożytne na drogę ustawodawstwa socjalnego, obejmującego zrazu najsłabsze warstwy pracujące, dzieci i kobiety, a rozszerzonego na wszystkich pracowników zawisłych i sankcjonowanego przez międzynarodowe konferencje, na koniec przez traktat wersalski z roku 1919 i konferencję waszyngtońską z października roku 1919”.

Niektóre postanowienia tego ustawodawstwa o charakterze międzynarodowym są, zdaniem dr. Głąbińskiego, „bardzo głęboko sięgającym wyłomem w systemie wolnej konkurencji, a jednak niepodobna tym objawom etatyzmu odmówić zasadniczej racji”.

„W każdym razie zapominać nie należy, że kolebką tego ustawodawstwa jest wolnohandlowa Wielka Brytania”.

A więc ustawy socjalne, które u nas stale przedstawiane są jako objaw etatyzmu, powstały, zdaniem prof. Głąbińskiego, który o stronniczość tutaj posądzony być nie może – z ważnych względów „humanitarnych, społecznych i politycznych” w wolnohandlowej Wielkiej Brytanii, a są przy tym usankcjonowane całym szeregiem konwencji i traktatów międzynarodowych, nie wyłączając wersalskiego. Dlaczegóż więc Wielkiej Brytanii ani mocarstwom europejskim nie inkryminuje się zbrodni etatyzmu?

„Nie wszystko jednak jest etatyzmem, co w życiu i teorii i w polityce wolnohandlowej etatyzmem nazywają. Etatyzmem nie jest każde współdziałanie państwa w produkcji i wymianie dóbr gospodarczych, nie jest nim wszelkie ograniczenie lub nawet uchylenie wolnego współzawodnictwa, wszelka interwencja państwowa w gospodarstwie narodowym. Sprawa etatyzmu w takim niewłaściwym znaczeniu, czyli czynnej roli państwa w życiu ekonomicznym narodów, jest zagadnieniem państwowej polityki ekonomicznej. Kto zwalcza wszelkie współdziałanie państwa na polu gospodarczym, ten zapoznaje naturę państwa i prawa i musi w konsekwencji dojść do idei anarchizmu, jak w swoim czasie Proudhon, zbłąkawszy się w labiryncie ekonomicznych sprzeczności”.

Myśli te w zupełności odpowiadają ogólnie ustalonym w nauce pojęciom i byłoby pożądane, ażeby oskarżający nas o etatyzm zechcieli zajrzeć do prac prof. Głąbińskiego, który niewątpliwie właśnie dla nich jest autorytetem.

Drugi uczony, prof. [Adam] Krzyżanowski, wydał niedawno pracę o etatyzmie. Wskazując w niej na wszystkie ujemne strony etatyzmu, kończy autor swoją pracę tymi słowy:

„Etatystyczne nastawienie polskiej polityki wydaje mi się nie ulegać wątpliwości. Widzę w tej ewolucji w znacznej mierze konieczny wynik toku wypadków politycznych i ekonomicznych. Nie należę do tych, którzy uważają ten przebieg wydarzeń za bezwzględnie ujemny. Zagadnienie tkwi w zachowaniu właściwej miary”.

Tak mówi przeciwnik etatyzmu, zwolennik doktryny liberalnej, lecz trzeźwo patrzący na współczesne tendencje rozwojowe świata i słusznie sprowadzający zagadnienie do kwestii rozmiarów ingerencji państwa, a nie istoty tej ingerencji. Wyraz etatyzm bowiem pochodzi od francuskiego słowa état – co znaczy państwo – jest więc równoznaczny z wyrazem „państwowość”, Przeciwnikiem zatem istoty etatyzmu, tj. państwowości – może być tylko anarchista, jak to słusznie napisał prof. Głąbiński.

Wspomnę teraz o tym, jak mówi praktyk, przedstawiciel ciężkiego przemysłu żelaznego, Antoni Balcer, prezes zarządu Syndykatu Polskich Hut Żelaznych. P. Balcer w wywiadzie udzielonym „Gazecie Handlowej” z dn. 12 grudnia r. b., w sprawie organizacji naszego eksportu, oświadczył:

„Jest rzeczą charakterystyczną, że ta krytyka zamierzeń rządowych, nieraz bardzo ostra i posuwająca się niekiedy nawet do używania argumentów o pewnym zabarwieniu polityczno-demagogicznym, wychodzi spod pióra ekonomistów-teoretyków, dziennikarzy i innych osób nie stojących w praktycznym życiu gospodarczym. Natomiast czynniki bezpośrednio zainteresowane, a więc ludzie reprezentujący realne interesy gospodarcze Polski, nie podzielają tych obaw i nie dopatrują się w poczynaniach rządu w dziedzinie organizacji eksportu żadnych ryzykownych eksperymentów. Chcemy wierzyć, że owe krytyczne głosy wynikają tylko z teoretycznych rozważań i zbytniej ostrożności w trosce o gospodarcze losy Państwa Polskiego, aczkolwiek czytając niektóre artykuły trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że za tymi teoretycznymi wywodami kryją się jako inspiratorzy te sfery zagranicznych pośredników, które są zainteresowane w utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, pozwalającego im zgarniać olbrzymie zyski z oczywistą szkodą naszego gospodarstwa narodowego”.

„Wmawianie opinii publicznej takich zapatrywań oraz straszenie argumentem, że zrealizowanie zamiarów rządu w dziedzinie organizacji naszego eksportu oznaczałoby upodobnianie naszego handlu eksportowego do metod handlu zagranicznego obowiązujących w Rosji bolszewickiej, na łamach poważnego dziennika budzi zdziwienie, gdyż jest wodą na młyn pośredników zagranicznych, którzy, jak polip, ogarnęli swymi ramionami eksport polski!”.

„Inicjatywę rządu w sprawie reorganizacji naszego eksportu musimy zatem powitać jako rezultat zdrowej myśli gospodarczej, zasługującej na uznanie i poparcie społeczeństwa, a natomiast z całym krytycyzmem odnosić się do tych głosów, przez które pod hasłem »walki z etatyzmem« przemawiają interesy zagranicznych pośredników”.

Mówiłem już dzisiaj o utworzeniu bekoniarni. Otóż przedtem rolnicy wywozili do Pragi czy Wiednia nierogaciznę w nadmiarze po to, aby tam zdychała. Podnoszą się głosy przeciwko organizacji eksportu trzody chlewnej. Nie wiem, co było lepsze: czy wywozić zagranicę tylko tyle nierogacizny, ile jej tam można zbyć po normalnych cenach, czy też wywozić jej więcej, ale za to po tańszych cenach, więcej niż jest zapotrzebowania na tamtejszym rynku, więcej o tyle, że skutkiem nadmiaru tego trzeba za nią brać dwa razy mniej, niż obecnie, kiedy wywozi się dwa razy mniej świń, a bierze się za nie dwa razy większą cenę. Zapatrywanie teoretyków i praktyków jest rozmaite.

Obecnej polityce gospodarczej rządu zarzuca się etatyzm. Otóż, historia się powtarza. Sprawy analogiczne do tych, które obecnie są omawiane, były już przed stu laty aktualne, w okresie Ministra Skarbu Lubeckiego. Dlatego jest rzeczą bardzo ciekawą sięgnąć do książek historyków-ekonomistów, którzy te czasy przed stu laty opisują. Jest rzeczą bardzo znamienną opinia, jaką wydali o tym właśnie okresie pracy sprzed stu laty historycy i ekonomiści współcześni. Pisze o tym dr Henryk Radziszewski, którego miałem zaszczyt być uczniem, zwolennik doktryny liberalnej – w dziele „Bank Polski”, o tym pisze również Stanisław Smolka w dziele „Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym”.

W dziele Radziszewskiego czytamy o Towarzystwie Wyrobów Zbożowych, tj. o instytucji, która miała skupować zboże, mleć i sprzedawać, aby przeciwstawiać się lichwie zbożowej, co następuje:

„Rozumiał Bank, że popierając uczciwą instytucję, która trudniła się przemiałem zboża na wielką skalę, równocześnie wpływa na uczciwe regulowanie cen zboża, a więc niweczy poniekąd nieuczciwy wyzysk pokątnych spekulantów i pośredników zbożowych”.

Ta działalność Banku Polskiego sprzed stu laty zyskała całkowitą aprobatę i pochwałę nie tylko współczesnych historyków i ekonomistów, lecz również i tych spośród dzisiejszych przywódców życia gospodarczego którzy są najbardziej zaciekłymi wrogami rzekomego „etatyzmu” w dzisiejszym państwie polskim. Toteż ci ostatni w tworzeniu rezerw zbożowych i organizacji elewatorów przez rząd dzisiejszy nie dostrzegają lub może nie chcą dostrzegać analogii z ówczesną działalnością Banku Polskiego, mimo że analogia ta jest oczywista.

Prof. Radziszewski pisze w innym miejscu w sprawie sprowadzenia bydła i koni do kraju na skutek pomoru, jaki miał miejsce w roku 1824:

„Od pierwszych chwil uwidocznienia się dążności wyzysku wśród nowych »dziedziców« starał się Bank kłaść tamę tym zapędom, równocześnie zwracając ich zabiegi na drogę racjonalnej gospodarki”. „Chodziło przeto o zorganizowanie akcji, mającej na celu dobro mieszczan, dobro włościan oraz dobro istotne rolnictwa, gdyż tylko przecinając drogę do spekulacji, można było zwrócić czyhających na zyski nadmierne dorobkiewiczów na tory właściwe. Podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski”.

A więc przed 100 laty podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski, jeżeli zaś dzisiaj po 100 latach jakiejś akcji interwencyjnej podejmuje się bank państwowy, to mówi się o tym, że jest to etatyzm.

Jednak i wówczas, podobnie jak dzisiaj, symulacja „inicjatywy prywatnej” znalazła gorącego obrońcę w osobie Dyrektora Komisji Przychodów i Skarbu, Fuhrmana, który kategorycznie przeciwko temu projektowi zaoponował.

„Wolałby Dyrektor Skarbu – pisze Radziszewski faworyzować przedsiębiorców prywatnych, zamiast powierzania tego przedsięwzięcia Bankowi, gdyż żaden nawet najbardziej oddany sprawie urzędnik nie jest w stanie dorównać w takiej operacji przedsiębiorczości prywatnej”.

Jednakże wystarczyły trzy lata (1832-1835) praktyki, aby czuwający nad całym przedsięwzięciem Łubieński mógł autorytatywnie pisać do Fuhrmana: „Jest w tym przedsięwzięciu tylko małe zwiększenie zajęcia dla urzędników, lecz czyż można porównywać ten kłopot z korzyściami wypływającymi dla gospodarki krajowej?”.

A czy można porównywać „ten kłopot” dla urzędników z korzyściami wypływającymi z budowy chłodni w Gdyni dla całego rolnictwa?

Bardzo ważne zagadnienia, które istnieją dziś jako kwestia kartelów i syndykatów, i wówczas były już aktualne. Wspomina o nich Radziszewski, kiedy pisze o próbach zorganizowania przemysłu cynkowego:

„Zdaje sobie Jelski doskonale sprawę z trudności, jakie by temu przedsięwzięciu towarzyszyły. Pierwszą trudnością byłoby skłonienie producentów, aby po-przestając chwilowo na cenie pokrywającej tylko koszty produkcji, dalszego zysku cierpliwie oczekiwali”, drugą, zdaniem Jelskiego, trudnością daleko większą byłoby znalezienie akcjonariuszów, którzy by i mogli, i chcieli kapitały ulokować w przedsięwzięciu, które dopiero w dalszym okresie czasu mogło zyski przynosić.

Te samu przyczyny, a mianowicie niecierpliwość w uzyskiwaniu jak największych, a jednocześnie jak najszybszych zysków były tak wówczas przeszkodą dla racjonalnej organizacji przemysłu – jak są nimi niestety tak często i dzisiaj.

Trzeba więc cierpliwości, a my cierpliwości nie mamy. Inflacja przyzwyczaiła nas do wielkiej niecierpliwości i zawsze chcielibyśmy mieć zysk jak najszybciej.

O kredytach krótkoterminowych Radziszewski mówi w ten sposób:

„Z kredytu tego korzystali niemal wyłącznie tylko fabrykanci wyrobów sukienniczych. Po pewnym czasie jednak opatrzył się Bank, iż kredyt ten, wzbogacając fabrykantów; w gruncie rzeczy krzywdę krajowi przynosił, albowiem fabrykanci ci, dzięki kapitałom bankowym, wyzyskiwali producentów wełny, bo utworzyli pewne pomiędzy sobą porozumienie, dążące do zniżki cen wełny. Cierpiała na tym wytwórczość krajowa wełny, zarabiali cudzoziemscy fabrykanci. Bank, zorientowawszy się w sytuacji, zaprzestał od roku 1850 wydawać fabrykantom pożyczek krótkoterminowych, natomiast rozszerzył znacznie dział udzielania pożyczek na wełnę”.

Czy nie ma dziś analogicznych sytuacji? Czy nie ma trudności w organizacji producentów wełny lub lnu.

Tak samo, jak dzisiaj, posądzano wówczas Bank Polski o konkurencję w dziedzinie kredytów. Oto, co pisze Radziszewski:

„Powiedzieliśmy, iż nigdy Bank Polski nie dążył do wystąpienia w roli konkurenta w stosunku do kupców. Tak było istotnie. Jeżeli jednak pod mianem »kupców« zaliczyć lichwiarzy, to był tu Bank Polski konkurentem bez pardonu. Udzielając pożyczek handlowi na 5 lub co najwyżej 6%, był Bank Polski na tym stanowisku wrogiem, nie tylko konkurentem wyzyskiwaczy. I słusznie szczycił się z tego, że dzięki alimentowaniu handlu tanim kredytem był nie tylko regulatorem stosunków handlowych, lecz zniewalał do usuwania się lichwiarzy stamtąd, gdzie handel był zdrów i zaufanie budził”.

Tak, jak oskarżano Bank Polski o konkurencję, tak dzisiaj oskarża się Bank Gospodarstwa Krajowego o taką samą konkurencję dla banków prywatnych, co nie przeszkadza naturalnie krytykom domagać się ciągle kredytów z Banku Gospodarstwa Krajowego, bankom zaś akcyjnym korzystać z tychże kredytów.

Na wspomnianej konferencji u Pana Ministra Przemysłu i Handlu, a także w prasie poddano ostrej krytyce ostatnie instrukcje Ministra Skarbu o tzw. biurach informacyjnych, które to biura mają za zadanie zbierać informacje o podatnikach, aby wymierzać im właściwe podatki, nie za wielkie, lecz i nie za małe. A przed stu laty istniała analogiczna kwestia, lecz wówczas dotyczyła cła. Pisze o niej Smolka w swym dziele: „W sprawozdaniu komisji sejmowych nie w tym jednym tylko miejscu przebija sympatia pewna dla defraudantów cłowych, tak nierzadka w naszym społeczeństwie. Nie zwracano na to zgoła uwagi, że energiczna walka Lubeckiego z przemytnictwem miała na celu nie tylko interes Skarbu, ale także ochronę żywotnych interesów przemysłu krajowego, a to ze względu na stosunki handlowe z Prusami i na całą ich politykę handlową”. Dzisiaj, jeżeli chodzi o cła, to przewożenie przez granicę bez cła jedwabi również jakoś uchodzi i nie jest przez społeczeństwo należycie potępiane.

I tak, jak dzisiaj poddaje się ostrej krytyce wszelkie zarządzenia sanacyjne, tak i współcześni Lubeckiego nie mieli zrozumienia dla jego działalności. Oto, co pisze Smolka:

„Urągano też projektowi Towarzystwa Kredytowego, gdy w r. 1823 składały o nim opinie Rady Wojewódzkie Królestwa, właściwe reprezentacje zrujnowanego obywatelstwa; naśmiewano się zwłaszcza z solidarnej poręki stowarzyszonych, jakby »asocjacja bankrutów« mogła cudem z niczego stworzyć pieniądz… w szerokich kołach obywatelskich zapanowała rozpacz, tak – czarna rozpacz… Załamywano ręce; dosyć źle było dotąd, teraz Lubecki swoim »systemem kredytowym« zrujnuje do reszty kredyt, wtrąci Królestwo w przepaść”.

Gdy mówi się o towarzystwach kredytowych, toć wszyscy wiemy, jaką odegrały one rolę w życiu i rozwoju naszego rolnictwa.

Taka sama krytyka spotyka wiele z dzisiejszych zarządzeń rządu. Głosy dzisiejszej krytyki są równie nierzeczowe jak te, które atakowały Lubeckiego. Toteż nic dziwnego, że Lubecki w pamiętnikach swoich podkreślił, iż w działaniu swym nie mógł głosom tej krytyki ulegać. Pisał Lubecki:

„Ministra Finansów przede wszystkim obowiązek czuwać bacznie, by energiczne działanie Rządu ani na chwilę nie ustawało, by mógł doprowadzić do skutku projekty zamierzonych ulepszeń i wydobyć naród cały z tak krytycznego położenia, w jakim chwilowo się znajduje. Jak chirurg nie może zważać na jęki operowanego pacjenta, by nie narazić życia chorego zbyteczną czułostkowością, i ja też tak niezachwianym krokiem muszę postępować po drodze, jaką mi wytknął mój obowiązek, świadom tego, że nie ma na świecie trudności, których by nie przełamało to przeświadczenie”.

A w innym miejscu swych pamiętników, jak podaje Smolka, pisze Lubecki słowa, które tak odpowiadają dzisiejszej sytuacji, tak są żywotne i zgodne z potrzebami chwili i intencją dzisiejszych czynników rządowych, że przytoczyć je należy bez żadnych komentarzy.

„Takie niestety jest położenie władzy w kraju nierozwiniętym jak nasz, że musi we wszystkim i na każdym polu brać inicjatywę, ponieważ stan oświaty, nieufność i zakorzenione przyzwyczajenia powstrzymują obywateli od wszelkich nowości, które gdzie indziej można pozostawić zabiegom osób prywatnych w własnym ich interesie. Co do nas, źle wyszlibyśmy pod tym względem na stosowaniu najpiękniejszych aksjomatów ekonomii politycznej, jeśliby nas oddały na pastwę tego zastoju, w którym, niestety, pleśniejemy od dawna. Rząd nasz, wódz świeżych jeszcze zastępów i nie ujętych w karby dyscypliny, musi śmiało na czele ich postępować, aby w nie wpoić poczucie siły i świadomość, którymi rozporządzają. Dałby Bóg, żeby ta rola rządu skończyła się jak najrychlej: żeby tkwiąca w nim siła impulsu, wszystko wprawiwszy w ruch, mogła wrócić w granice rozważnego spokoju”.

I tak postępując doczekał się Lubecki chlubnej oceny ze strony historyków i ekonomistów, zwolenników doktryny liberalizmu, przeciwników etatyzmu. Między innymi p. Andrzej Wierzbicki, który w tak jaskrawy sposób krytykuje rzekomy „etatyzm” dzisiejszych czasów, że nie waha się przezwać go ideą Wschodu, pisze w artykule swym w „Przeglądzie Gospodarczym” z dn. 1 stycznia 1921 r.:

„…a kiedy nam już tchu braknąć zaczyna – dobrze jest obejrzeć się poza siebie, wysiłki chociażby ostatniego stulecia okiem ogarnąć, zdobędziemy wtedy pewność, że dojdziemy do szczytu, że potrafimy nie tylko za Polskę umierać, ale żyć dla Polski”.

„Mówi nam o tym pokolenie, którym Lubecki rządził. Twarde to były rządy w dziedzinie porządkowania skarbowości”.

I tu, w artykule swym, jak i w innych artykułach („Przegląd Gospodarczy” nr 3 z dn. 1 lutego 1926 r.), nie miał nic innego prócz superlatyw i chwały dla Ministra, który nie zważał na jęki „operowanego pacjenta”, jakim było ówczesne życie gospodarcze Polski.

Od tych czasów w Polsce niewiele się zmieniło. Tylko drogą realizowania haseł Lubeckiego możemy iść ku mocarstwowemu rozwojowi państwa, i na tej drodze uzyskamy należytą ocenę przynajmniej potomnych, jeśli dzisiejsi krytycy nie zechcą zdobyć się choćby na minimum obiektywizmu.

Stefan Starzyński

Powyższy tekst to zapis wystąpienia wygłoszonego przez autora w dniu 15 grudnia 1928 r. w Poznaniu. Następnie wydano go w postaci broszury, nakładem Tygodnika „Przemysł i Handel”, Warszawa 1929. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

W słowach możliwie krótkich i zwięzłych chciałbym przede wszystkim wyjaśnić wszystkim, którzy się tym interesują, co to jest spółdzielnia i co to jest spółdzielczość.

Wprawdzie niewielu jest chyba ludzi na świecie, którzy by nie znali przynajmniej z wyglądu spółdzielni, którzy by nie wiedzieli, że jest to sklep, biuro lub warsztat, maślarnia, rzeźnia lub kasa oszczędności, że się w nich sprzedaje lub kupuje towary, składa i pożycza pieniądze, wspólnie wyrabia jakieś produkty, na wspólny rachunek buduje domy itd.

Każdy też prawie wie, że nie są to sklepy, warsztaty i biura właścicieli prywatnych – kupców i przemysłowców – ani nie są państwowe, miejskie czy sejmikowe, ale należą do stowarzyszeń, których wszyscy możemy zostać członkami, bylebyśmy podpisali deklarację, wpłacili wpisowe i udział oraz zostali przyjęci przez zarząd. Ale też u wielu ludzi na tym się kończy ich wiedza o spółdzielni. A warto byłoby wiedzieć przynajmniej, jak są te stowarzyszenia zorganizowane, jak działają i po co powstają.

Jasnym jest, że takie stowarzyszenie jest spółką i przedsiębiorstwem. Spółką dlatego, że należy do wielu właścicieli, a przedsiębiorstwem – ponieważ prowadzi interesy, kupuje i sprzedaje i nawet sprzedaje drożej niż kupuje. Kiedy się jednak z tym stowarzyszeniem bliżej zaznajomimy, widzimy, że to jest osobliwa spółka i całkiem inne przedsiębiorstwo, niż wszystkie te, któreśmy dotychczas widzieli. Już przystępując na członka, dowiadujemy się, że wprawdzie musimy wpłacić udział, ale nie możemy tych udziałów wpłacić tyle, ile nam się podoba, albo na ile nam starczy pieniędzy, tylko tyle, ile pozwala statut, czyli wewnętrzne prawo, którym się rządzą stowarzyszeni i które sami sobie nadali. Wskutek tego różnice ilości posiadanych przez członków udziałów są dosyć nieznaczne, nie tak, jak np. w zakładanych przez kupców i przemysłowców spółkach akcyjnych, gdzie 99 członków może mieć po 1 udziale (jednej akcji), a setny – wszystkie pozostałe, choćby ich było kilka czy kilkanaście tysięcy.

Ale dopiero na walnym zgromadzeniu członków swojego stowarzyszenia-spółdzielni przekona się nowy członek naocznie, że nabycie większej ilości udziałów może być wyrazem jego dobrej woli, poza tym jest pożyteczne dla spółdzielni, która w ten sposób gromadzi własne fundusze i nie potrzebuje znikąd pożyczać obcych kapitałów, ale jemu samemu nie przynosi wielkiego pożytku. Czym bowiem jest walne zgromadzenie członków? Ustala ono, jak trzeba prowadzić przedsiębiorstwo i skoro wszyscy przecież nim rządzić nie mogą, wybiera szczupłe grono osób, które, jako zarząd, będą je prowadziły, załatwiając sprawy codzienne. Zarówno ustalenie sposobów prowadzenia przedsiębiorstwa, jak i wyboru zarządu dokonuje się przez głosowanie większością głosów. W spółce handlowej czy przemysłowej, krócej mówiąc – w spółce kapitalistycznej, głosują, co prawda, nie tyle ludzie-członkowie, ile udziały-akcje.

Kto ma więcej akcji, ten ma więcej głosów. Na nic tam się nie zda mądrość, doświadczenie, nawet życzliwość dla przedsiębiorstwa, przeważy zawsze wola tego, który ma więcej głosów. W spółdzielni wszyscy mają równy głos, a tym samym równą możność oddziaływania na bieg spraw w przedsiębiorstwie.

W ten sposób usuwa się możność przewodzenia bogatszych członków, którzy mają więcej udziałów, nad biedniejszymi, których stać tylko na jeden. Dlatego też kto by chciał rządzić innymi mocą swojego bogactwa, ten nie ma po co chodzić do spółdzielni i dlatego też mówimy, że spółdzielnia rządzi się demokratycznie.

Ale na tym walnym zgromadzeniu członków spółdzielni dzieją się inne jeszcze rzeczy, nie mniej osobliwe. Spółka kapitalistyczna, jeśli jest dobrze prowadzona i trafiła na pomyślne warunki, osiąga w ciągu roku zysk i ten zysk dzieli między członków stosownie do posiadanych akcji: kto ma 10 razy więcej akcji, na tego przypada 10 razy większa część zysku. My – spółdzielcy nie lubimy i nie używamy słowa „zysk”, ale w końcu roku mamy też nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Podziału nadwyżki dokonuje także walne zgromadzenie, ale dokonuje go w sposób całkiem odmienny niż w spółce kapitalistycznej, nadwyżkę bowiem dzieli się między członków nie według posiadanych udziałów, ale według dokonanych przez nich ze spółdzielnią obrotów. To jest w spółdzielni czynność, która ją najbardziej odróżnia od kapitalistycznej spółki i kto jej nie rozumie, ten nie rozumie, po co spółdzielnia istnieje. Dlatego musimy tę sprawę zbadać do gruntu.

Przedsiębiorstwo kapitalistyczne zakłada się po to, żeby przynosiło zysk, jak najwięcej zysku. Jeżeli takie przedsiębiorstwo nie przynosi zysku i nie ma widoków, żeby go przynosiło w przyszłości, trzeba je zamknąć. Jego właściciel może być sknerą albo rozrzutnikiem, zdziercą albo człowiekiem miłosiernym, oszustem albo uczciwym, ale kapitał włożony przez niego w przedsiębiorstwo musi przynosić zysk tak jak krowa musi dawać mleko, jeśli nie ma być posłana na rzeź. Jedyną rzeczą, która łączy członka ze spółką akcyjną, jest tylko ten właśnie zysk. Taka spółka nie interesuje się członkiem, który – odwrotnie – często nie wie nawet, gdzie się znajduje i co produkuje przedsiębiorstwo, którego jest członkiem, i dlatego wspólnicy mają prawo wymagać, żeby włożony przez nich do przedsiębiorstwa kapitał przynosił jak największy zysk.

W spółdzielni i przez spółdzielnię nikt się nie stanie bogaczem, bo spółdzielnię zakłada się nie po to, żeby swoich niezamożnych członków przekształcała na milionerów, ale po to, żeby zaspokajała gospodarcze potrzeby ludzi. Potrzeby ludzkie są różne i dlatego różne są też rodzaje zaspokajających je spółdzielni. Jedni ludzie, potrzebując liczyć się z groszem, wydawanym na zakup potrzebnych do życia produktów, zakładają spółdzielnię spożywców, która im tych produktów dostarcza w dobrym gatunku i po możliwie najtańszej cenie. Inni – rolnicy – potrzebują zbyć korzystniej płody swego gospodarstwa – mleko, masło, jaja, zboże, drób albo bydło – i chcąc się bronić przed wyzyskiem kupującego od nich te rzeczy handlarza, sprzedają je wspólnie założonej w tym celu spółdzielni, a przed sprzedażą czasami je uszlachetniają, czyli przerabiają, np. mleko na masło, mięso na wędliny itp.; poza tym przez tę samą czy też przez inną spółdzielnię nabywają wszystko, czego im potrzeba do gospodarstwa: narzędzia, żelazo, skóry, powrozy, nawozy. Jeszcze inni, walcząc z lichwą mieszkaniową, budują wspólnie domy nie dlatego, żeby odnajmować je innym, ciągnąć stąd zyski, ale żeby w nich samym zamieszkać. Spółdzielnia kredytowa zaspokaja potrzeby tych, którzy chcą pożyczyć pewną sumę na udoskonalenie lub rozszerzenie swego przedsiębiorstwa albo chcą złożyć gdzieś swoje oszczędności. I tak dalej, a to dalej jest prawie nieograniczone, bo coraz to nowe rodzaje spółdzielni powstają dla zaspokojenia coraz to nowych potrzeb.

Zaspokajając potrzeby członków, spółdzielnia kupuje i sprzedaje. Jakkolwiek nie czyni tego dla zysku, nie może sprzedawać po cenach, po których kupuje, ani kupować po cenach, po których będzie sprzedawała, musi bowiem pewne sumy zatrzymywać z obrotu na wynajęcie lokalu, opłacenie pracowników, podatki, zepsucie i rozkruszenie się towarów oraz kradzieże i nadużycia, które mogą się zdarzyć. Sum tych z góry określić nie można, a w każdym razie byłoby tu łatwo popełnić niebezpieczną pomyłkę, za którą nie wiadomo, kto by w końcu zapłacił. Dlatego spółdzielnia sprzedaje i kupuje po cenach, jakie płacą i po jakich sprzedają przedsiębiorcy prywatni, inaczej mówiąc, po słusznych cenach rynkowych, z tą tylko różnicą, iż stara się, aby jej korzyść była jak najmniejsza i że nie uprawia żadnych spekulacji.

Z tych różnic pomiędzy cenami kupna i sprzedaży zbiera się w każdej spółdzielni pewna suma. Jest ona, oczywiście, własnością członków, ponieważ spółdzielnia istnieje nie sama dla siebie, ale dla pokrywania ich potrzeb. Trzeba przeto zwrócić tę sumę członkom, ale gdybyśmy tak, jak w spółce akcyjnej, podzielili ją między członków w stosunku do wniesionych udziałów, uznalibyśmy, że najważniejszą rzeczą w spółdzielni jest kapitał, który nią rządzi, a nie ludzie, którzy zaspokajają w niej swoje potrzeby. Zresztą członkowie spółdzielni są zwykle ludźmi nie posiadającymi większych kapitałów, nie mogącymi liczyć na znaczne od nich dochody. Ich siłą nie jest kapitał, tylko chęć współdziałania dla wspólnego dobra. Członek, który wpłacił udział, zadeklarował przez to tylko gotowość współdziałania z innymi członkami dla poprawienia swojego oraz ich bytu. Jeżeli jednak nie dokonywał ze spółdzielnią żadnych obrotów, nic w niej nie kupował i nic w niej nie sprzedawał, żadnego współdziałania nie było, a członek taki pozostał „martwym” członkiem, któremu nic się od spółdzielni nie należy, oprócz skromnego oprocentowania wniesionego kapitału. Nie ma wobec tego żadnego powodu, żeby brał udział w podziale nadwyżki dochodów nad wydatkami, bo nie on się do powstania tej nadwyżki przyczynił, tylko ci członkowie, którzy nadpłacili, kupując w spółdzielni, albo którym spółdzielnia, kupując od nich, nie dopłacała. Toteż spółdzielnia, która dzieliłaby nadwyżkę dochodów w stosunku do udziałów, nie byłaby wcale spółdzielnią. Dodajmy też, że spółdzielnia, która ścierpi w swoich szeregach takich „martwych” członków, albo dokonuje obrotów z obcymi, nie wciągając ich na członków, jest źle urządzoną spółdzielnią, nie spełniającą swoich obowiązków.

Zanim walne zgromadzenie dokona podziału nadwyżki dochodów, odłożyć musi pewną jej część na fundusz zasobowy, czyli rezerwę, przeznaczoną na pokrycie możliwych strat w przyszłych latach. Rezerwę ze zwykłej ostrożności musi odkładać także i spółka kapitalistyczna, ale i tu zachodzi zasadnicza różnica, bo gdy w spółce akcyjnej rezerwa zostaje własnością członków i w razie rozwiązania spółki bywa między nich dzielona, w spółdzielni staje się ona własnością społeczną i gdyby spółdzielnia przestała istnieć, przechodzi na jakieś cele społeczne, członkowie zaś otrzymują tylko zwrot sum wpłaconych na udziały, o ile oczywiście starczy na to pieniędzy. Z tych też względów nazywają spółdzielcy tę odkładaną rezerwę funduszem społecznym.

A oto jeszcze dwie cechy spółdzielni, które je różnią od wszystkich innych przedsiębiorstw. Przede wszystkim drzwi jej są otwarte dla wszystkich, to znaczy przyjmuje ona na członka każdego uczciwego człowieka, który się zgadza z jej zasadami, a chociażby zobowiązuje się poddać jej statutowi, przepisom i zwyczajom. Przyjmując, nie pyta go ani o majątek, ani o przekonania polityczne czy społeczne, chce bowiem zaspokajać w zakresie swej działalności potrzeby wszystkich, a zwłaszcza te, które są najpilniejsze. Dodajmy jednak, że w praktyce jest spółdzielczość przede wszystkim ruchem klas pracujących, walczących o poprawę swojego bytu.

Poza tym, skoro, jak powiedzieliśmy wyżej, jest spółdzielnia stowarzyszeniem ludzi świadczących sobie wzajemnie pomoc, a nie spółką kapitałów szukających zysku, buduje ona swoją przyszłość, swój rozwój i moc raczej na wartości zrzeszonych przez siebie ludzi, niż na nagromadzonych środkach pieniężnych, środki te bowiem znajdzie z łatwością, jeżeli nie zawiedzie jej wierność członków dla wspólnie podjętej sprawy. Wobec tego, nie przestając ulepszać swojego przedsiębiorstwa, stara się spółdzielnia wychowywać moralnie i umysłowo swoich członków, tworząc z nich związaną mocnymi więzami gromadę idącą do wspólnego celu. Tym celem jest życie lepsze, czystsze, wolne zarówno od udręczeń nędzy, jak i od brudnych pokus chciwości.

Oto są cechy, które różnią spółdzielnię od wszystkich innych przedsiębiorstw i które są jej istotą zarazem. Wymieńmy je raz jeszcze w krótkości: demokratyczna organizacja, niskie oprocentowanie udziałów i w ogóle małe znaczenie kapitału, podział nadwyżki dochodów nad wydatkami stosownie do dokonanych ze spółdzielnią obrotów, otwarte dla wszystkich członkostwo oraz niewtrącanie się do sporów politycznych, czyli neutralność, a lepiej powiedziawszy – niezależność od partii politycznych, i kształcenie członków. W spółdzielniach spożywców, częściowo i w spółdzielniach rolniczych, dochodzi jeszcze sprzedaż za gotówkę, bez czego spółdzielnie byłyby w zależności od wierzycieli-dostawców, a członkowie łatwo by zapominali o rozsądku przy zaspokajaniu swych potrzeb. Spółdzielnia spożywców, która by udzielała kredytu, źle by wychowywała swoich członków.

***

Mówiłem dotąd, że spółdzielnia służy do zaspokajania potrzeb, że za jej pomocą ludzie pracy o twardych rękach i nie mniej twardym życiu walczą o poprawę swojego bytu.

Cóż ta walka dać może? Jakież w niej są widoki zwycięstwa, jeżeli z jednej strony stają olbrzymie kapitały, świetne urządzenia techniczne i wielkie zastępy specjalistów starannie szkolonych – a z drugiej tłum, który do obrony swoich praw do życia idzie z gołymi rękami.

Otóż ta walka wygląda bynajmniej nie tak beznadziejnie, jakby się komu mogło wydawać, ani odniesione w niej zwycięstwa nie są znowu tak małe.

Przede wszystkim wielkość zastępów, które walczą. W Polsce – w kraju biednym i dość zacofanym zarówno społecznie, jak gospodarczo – postępy spółdzielczości są mniejsze niż w wielu innych krajach. Ale i tu przecież spółdzielczość już coś znaczy. Ogólna ilość spółdzielni wynosi 11726 z 2 770 000 członków, nie licząc spółdzielni tzw. dzikich, które nie należą do żadnego związku rewizyjnego i których ilość nie jest dokładnie wiadoma. Związków rewizyjnych, które rewidują (badają) działalność spółdzielni związkowych, udzielają im porad technicznych i prawnych i reprezentują je wobec władz, jest u nas: 4 polskie, (Związek Spółdzielni Spożywców RP, zwany inaczej „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Związek Spółdzielni i Zrzeszeń Pracowniczych RP i Związek Spółdzielni Wojskowych), 2 ukraińskie, 2 niemieckie i 2 żydowskie. Związek „Społem” jest zarazem hurtownią, zaopatrującą zrzeszone spółdzielnie w towary; obroty tej hurtowni w 1934 r. wyniosły 71 500 000 zł, produkcja zaś własnych fabryk w Kielcach, Włocławku i Sokołowie złotych 3 534 000. Jest to największe przedsiębiorstwo handlowe w Polsce.

Centrale spółdzielni rolniczych są z natury rzeczy mniejsze, choć ilość tych spółdzielni jest większa, niż jakichkolwiek innych. Jednak i tu obroty i kapitały sięgają wysokości rzadko spotykanych w przedsiębiorstwach prywatnych. Centrale spółdzielni mleczarskich i jajczarskich sprzedały w 1933 r. masła 6000 ton za przeszło 19 milionów zł (z czego zagranicę sprzedano prawie 1000 ton; masło spółdzielcze stanowi przeszło 90% ogólnego wywozu masła z Polski). Centralna Kasa Spółek Rolniczych kapitałów własnych ma 6,5 miliona zł, a pożyczek udzieliła w 1934 r. z górą 50 milionów zł.

Są to ogromne sumy w naszych skromnych, biednych stosunkach polskich. Zagranicą, zwłaszcza w bogatszych i bardziej rozwiniętych gospodarczo krajach Europy Zachodniej, spółdzielczość poszła już dużo dalej naprzód. Tak np. w Danii, małym kraiku, 9 razy mniejszym pod względem obszaru i liczby ludności od Polski, hurtownia tamtejsza dosięgła w swoich obrotach w 1933 r. sumy 178 milionów złotych, w tym przeszło 50 milionów złotych własnej produkcji; czysty dochód tej hurtowni wyniósł blisko 12 milionów zł.; liczba osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach – 3356. Oprócz doskonale rozwijającej się spółdzielczości spożywców posiada Dania olbrzymią sieć spółdzielni rolniczych, przez które przechodzi prawie cała produkcja drobnych gospodarstw rolnych; nie tylko znakomicie pomnożyły one bogactwo kraju, ale podniosły ciemne dawniej i biedne chłopstwo duńskie na wysoki poziom kultury i zamożności. W Szwecji również świetnie rozwijający się ruch spółdzielczy rozbił już kilka karteli (zmów) przemysłowych, uciskających ludność wysokimi cenami, obniżając te ceny o kilkanaście, niekiedy o kilkadziesiąt procent. Dzisiaj spółdzielcze młyny, margaryniarnie i fabryki wyrobów gumowych są w Szwecji największymi tego rodzaju zakładami w kraju.

Przodującym odłamem spółdzielczości jest ruch angielski, najstarszy wśród wszystkich. Ilość spółdzielni spożywców jest tam wprawdzie stosunkowo niewielka (1150) i zmniejsza się od kilkunastu lat stale przez łączenie się spółdzielni ze sobą, ale liczba członków dochodzi już 7 milionów, co z rodzinami wynosi zapewne około połowy ludności (48 milionów). Spółdzielnie te miały w 1933 r. przeszło 5 miliardów zł obrotu, 3 hurtownie zaś (angielska, szkocka i angielsko- szkocka) miały ich blisko 2,75% miliarda. Hurtownie te posiadają dziś 194 fabryki i wytwórnie, niektóre bardzo znacznych rozmiarów, kopalnie węgla, własną flotę rybacką, wielkie gospodarstwo rolne i olbrzymie plantacje herbaty, której są największym sprzedawcą. Ilość osób zatrudnionych w tych zakładach wynosi 56 tysięcy, nie licząc robotników w plantacjach indyjskich.

Rozwój spółdzielczości ogarnął już dziś cały świat, nie wyłączając krajów na pół dzikich. Ogólna ilość spółdzielni wynosiła w 1931 roku 731 256 ze 166 milionami członków (licząc z rodzinami, około ¼ ludności świata). Co ważniejsze, w całym szeregu krajów – Anglii, Francji, Szwajcarii, Szwecji, Danii, Holandii – ruch spółdzielczy idzie niepowstrzymanym pędem naprzód, przezwyciężając kryzys i przeszkody, stawiane mu przez wrogów, powiększając ciągle ilość członków, obroty i zakłady. W Londyńskiej Spółdzielni Spożywców, największej spółdzielni świata, w styczniu roku bieżącego dzienny przyrost członków wynosił przeszło 1000 osób. Tylko w Niemczech, gdzie spółdzielczość spożywców została niejako upaństwowiona, ruch ten cofnął się znacznie.

***

Pozostaje do wyjaśnienia, skąd się ten cały potężny ruch wziął, gdzie i kiedy się narodził, kto wynalazł ten cudowny sposób, przy którego pomocy ludzie pozbawieni środków, stosunków i kapitałów, ludzie, którzy się przedtem ciężko potykali z nędzą, potrafili stworzyć tak olbrzymią organizację i tak znacznie przez nią polepszyć swój byt.

Powiedzieć, że spółdzielczość powstała z niczego, byłoby nieścisłym, stworzyli ją bowiem ludzie, wiemy nawet, kto i kiedy ją stworzył. Nie byli to ani wielcy mężowie stanu, ani nawet sławni uczeni, ale szarzy ludzie z tłumu, jakich miliony po wszystkie czasy pracują i cierpią. Stworzyli ją w obronie swojego prawa do słusznej zapłaty za pracę, do życia, które by było czymś lepszym niż życie źle utrzymanych zwierząt pociągowych. Uczynili to w walce z przemocą i wyzyskiem. Od najdawniejszych początków życia ludzi na świecie byli słabi i silni, krzywdzeni i krzywdzący, ci, którzy cichą, mrówczą pracą dźwigali ludzkość na coraz to wyższy stopień cywilizacji, i tacy, którzy, wierząc tylko w siłę, odbierali innym owoc ich pracy, kształtowali prawa dla swojego wyłącznie zysku i swojej wygody. W tej walce słabi zginęliby dawno, gdyby nie spostrzegli się, iż największej nawet sile drapieżców można przeciwstawić skutecznie zbiorową siłę, powstałą z połączenia sił małych. Napaści i gwałtowi opierała się wzajemna pomoc i wzajemna obrona i nie zawsze zwycięstwo było po i stronie tych, którzy wierzyli w przemoc. To dążenie do wzajemnej pomocy było źródłem, skąd wypłynęła spółdzielczość, która jest niczym innym, jak walką z przemocą kapitału i z jego przywilejami.

Nie znaczy to, co prawda, żeby spółdzielnie istniały tak dawno, jak cierpienie i praca – od samego początku dziejów ludzkości, zaczęły się one bowiem w obecnej postaci rozwijać dopiero w ciągu ubiegłego stulecia. Dawniej nie było ich, bo nie było warunków, w których mogłyby powstać. Na wsi za czasów poddaństwa zbyt mało było wolnych ludzi, którzy mogliby dysponować swoją osobą i swoim majątkiem; wieś zresztą żyła niemal wyłącznie produktami swej pracy, nie stykając się z innymi osadami. W miastach żyli ludzie porozbijani na oddzielne stany (duchownych, rycerzy, kupców, rzemieślników itd.), niewspółdziałające ze sobą; handlem zresztą mógł się zajmować tylko kupiec, a wytwarzaniem potrzebnych innym przedmiotów – tylko rzemieślnik.

Dopiero sto kilkadziesiąt lat temu warunki zasadniczo się zmieniły. Na wsi, coraz bardziej wolnej na zachodzie Europy, rolnicy nie żyli już niemal wyłącznie jak dawniej, z płodów swoich gospodarstw, ale zaczęli je sprzedawać na rynek i kupować tam to, co im było potrzebne. W mieście rozwijający się potężny przemysł gromadził wielkie masy robotników źle płatnych i nędznie żyjących, dla których ceny codziennie potrzebnych do życia produktów były sprawą najwyższej wagi. Wieś, sprzedając czy kupując na targu, potrzebowała coraz więcej pieniędzy, w mieście klasy pracujące potrzebowały wyższych zarobków albo niższych cen tego, co kupowały. Tu i tam nędza była olbrzymia.

Zjawili się ludzie, którzy zaczęli tłumaczyć, że przyczyną tej nędzy jest wyzysk stosowany przez kapitalistów. Posiadając w ręku kapitał w postaci narzędzi pracy, płacili oni robotnikom mniej niż warta była ich praca, towary zaś sprzedawali po cenach nadmiernie wysokich. Położenie ludzi biednych – niekapitalistów – pogarszali pośrednicy, którzy przeprowadzali towary od fabrykanta aż do rąk tego, który je dla swoich potrzeb czy dla swego spożycia nabywał, albo skupowali u rolników ich płody na sprzedanie ich miejskim spożywcom i kupcom. W obu wypadkach pośrednicy ci – hurtownicy, drobni kupcy, ajenci – kazali sobie drogo płacić za swoje usługi, a płacił najwięcej ten, kto, nie mając sam kapitału, nie mógł się obejść bez ich usług.

W tych warunkach nasuwał się prosty wniosek: najlepiej być samemu swoim własnym kupcem i fabrykantem. Nie mogło być jednak mowy o zakładaniu na własną rękę sklepów lub fabryk, bo tylko nieliczni ludzie mogli coś odłożyć z głodowych zarobków, zaczęto więc zakładać spółki i zaczęto od sklepu, jako od przedsiębiorstwa najłatwiejszego do założenia. Takie sklepy powstawały w Anglii, najbardziej podówczas uprzemysłowionym kraju świata, o wielkiej ilości ludności robotniczej już pod koniec osiemnastego wieku; z powodu wadliwej organizacji prawie wszystkie przestawały one istnieć już po paru latach. Dopiero w 1844 r. w małym mieście angielskim Rochdale założyło 28 robotników tkackich z groszowych przez rok zbieranych składek „Spółdzielnię Sprawiedliwych Pionierów”. Istnieje ona do dziś dnia, rozwinąwszy się z nędznego kramiku, otwieranego parę razy tygodniowo i sprzedającego zaledwie 4 towary – do olbrzymiego przedsiębiorstwa o 90 sklepach i kilku własnych wytwórniach; statut wszakże, jaki sobie nadała z początku, pozostał do dziś dnia bez mała bez zmian i posługuje się nim dziś na całym świecie jako wzorem olbrzymi ruch spółdzielczy spożywców.

Na wsi nieco odmienne pod względem organizacji, ale podobne co do celów spółdzielnie zaczął tworzyć w kilkanaście lat później Raiffeisen, burmistrz w małym miasteczku niemieckim. Ponieważ najpilniejszą potrzebą wsi było wyrwanie się z sideł lichwy i zdobycie środków na polepszenie swojej gospodarki, na zakup bydła, nasion i narzędzi, były to spółdzielnie kredytowe, zbierające drobne oszczędności członków i udzielające im niewielkich pożyczek na określone cele. Ponieważ spółdzielnie były małe i biedne, rękojmią zwrotu składanych w nich funduszów była nieograniczona odpowiedzialność (całym swoim majątkiem) członków za długi stowarzyszenia, podczas gdy w spółdzielniach spożywców członkowie odpowiadają najczęściej tylko do wysokości udziałów. Ta nieograniczona odpowiedzialność była konieczna tym więcej, że początkowo spółdzielnie Raiffeisena – u nas zwane kasami Stefczyka – nie miały wcale udziałów członkowskich, a i dziś mają je bardzo niewielkie. Obecnie oprócz pierwotnej kasy oszczędności i pożyczek istnieją inne formy organizacji spółdzielczej na wsi, a mianowicie spółdzielnie wspólnych zakupów potrzebnych rolnikowi przedmiotów i zbytu jego płodów, tzw. stowarzyszenia rolniczo-handlowe (w zachodniej Polsce zwane „Rolnikami”), spółdzielnie wspólnego przerobu mleka, owoców, mięsa itd., stowarzyszenia budowlane i inne, których ilość rośnie bez przerwy.

Wielkie udziały miały od początku spółdzielnie trzeciego rodzaju – rzemieślnicze i kupieckie. Członkowie ich, mieszkańcy większych miast, w odróżnieniu od mieszkańców wsi i proletariatu fabrycznego rozporządzali większą ilością gotówki i potrzebowali też znaczniejszej pomocy. Nie znając się zwykle między sobą, nie mogli pożyczać sobie tak, jak rolnicy, jedynie „na uczciwość”. Ich spółdzielnia, która nazywa się bankiem ludowym, wymaga od nich przy pożyczce weksla, poręczenia innych członków, a przede wszystkim dużego wkładu. Ten rodzaj spółdzielni, utworzony w połowie zeszłego stulecia w Niemczech przez Schulzego z Delitzsch, był bardzo trzeźwy, nie bawił się w idealizmy, nie dążył w swych celach do zmiany ustroju, a tylko członków swoich chciał po prostu przekształcać na mniejszych i większych kapitalistów, podczas kiedy tamte typy spółdzielni – spożywców i rolnicze – dążyły przede wszystkim do wyciągnięcia ich z nędzy, a potem do usunięcia wyzysku, który był przyczyną tej nędzy. Spółdzielnie rzemieślniczo-kupieckie, tzw. spółdzielnie klas średnich, przybierają też oprócz kredytowych różnorodne formy: stowarzyszeń dla zakupu surowców, zbytu wyrobów, czysto handlowe – zakupu towarów dla zrzeszonych kupców. Niekiedy prócz nazwy i statutu spółdzielnie te nic wspólnego nie mają z właściwą spółdzielczością, z jej duchem i dążeniami.

Spółdzielniami, które budziły niegdyś wielkie nadzieje, są spółdzielnie wytwórcze, w których zrzeszeni robotnicy lub rzemieślnicy wyrabiają na wspólny rachunek jakieś towary. Nadzieje te przeważnie jednak zawiodły, bo spółdzielniom takim brak było zwykle kapitału i fachowego kierownictwa, co przyczyniało się do ich upadku. Większym powodzeniem cieszą się w niektórych przynajmniej krajach spółdzielnie pracy, których członkowie podejmują się wykonywania wspólnie jakichś robót, dróg, kanałów, budowy domów itp. z cudzego materiału i na cudzy rachunek.

W Polsce ruch spółdzielczy zaczął się rozwijać w drugiej połowie zeszłego stulecia, naprzód jako spółdzielnie kredytowe w zaborze pruskim, później w Małopolsce i od 1905 r. w znaczniejszych rozmiarach w byłej Kongresówce. Twórcami i pierwszymi kierownikami spółdzielczości kredytowej w Wielkopolsce byli: ks. Szamarzewski i później ks. Wawrzyniak. W Małopolsce spółdzielnie rolnicze stworzył trudem całego życia Franciszek Stefczyk, spółdzielczość spożywców w Kongresówce zakładali Romuald Mielczarski i późniejszy Prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. Szerzył idee spółdzielcze w swoich gorąco odczutych i pięknie pisanych książkach i broszurach – Edward Abramowski; jego „Idee społeczne kooperatyzmu” i „Kooperatyzm jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” polecam gorąco i dziś jeszcze do czytania, chociaż były pisane przed 30 laty.

Wszyscy ci działacze traktowali spółdzielczość, nie tylko jako sposób na nędzę, ale przede wszystkim jako budowanie w najcięższych czasach niewoli podstaw przyszłej, wolnej już Polski.

Każdy z tych rodzajów spółdzielni ma za bezpośredni cel przez zaspokojenie potrzeb gospodarczych swoich członków polepszyć ich byt albo polepszyć warunki ich pracy. Cel ten jest dziś równie ważny, jak nim był 90 lat temu, w chwili powstawania pierwszych spółdzielni. W ciągu tego okresu panujący w życiu gospodarczym świata kapitalizm osiągnął wprawdzie olbrzymie zdobycze. Powstały nowe całkiem gałęzie produkcji, dające pracę milionom ludzi, zakwitły pustynie, dźwignęły się olbrzymie miasta, pełne wspaniałych gmachów, skróciły się odległości, zniknął bez mała czas w okresie samolotów i radia. Ale dola człowieka pracującego pozostała prawie bez zmian. Robotnik pracuje wprawdzie o połowę krócej, ale jada i mieszka w czasach kryzysu nie lepiej niż dawniej. Rolnik nie tylko nie osiąga procentu od kapitaliku, który włożył w swą gospodarkę, ale nie wyrabia nawet zapłaty za swoją pracę. Nędza cofnie się dopiero wówczas, kiedy po zelżeniu kryzysu zmniejszy się milionowa armia bezrobotnych i choć trochę wzrosną zarobki.

Ale właśnie wraz z rozwojem kapitalizmu rosną i coraz częstsze stają się kryzysy. Dwa są główne powody tak złego stanu rzeczy. Pierwszym jest zły podział dochodu społecznego. Dzięki pracy robotników, rolników, majstrów, inżynierów, czasem także i właścicieli przedsiębiorstw, jeżeli w nich czynnie pracują, całe społeczeństwo osiąga w danym roku taką a taką sumę dochodów. Ale kiedy na robotników i rolników wypada tego dochodu społecznego część poniżej wartości ich pracy, na przedsiębiorców wypada więcej niż mogą zużyć na swoje potrzeby. Tę niespożytą na swoje potrzeby część dochodu zużywają oni na zakładanie nowych przedsiębiorstw, na wyrabianie nowych towarów, które im dają nowe dochody i tak dalej, w zasadzie bez końca. Koniec wyłania się dopiero wówczas, kiedy pewnego dnia towarów okazuje się za dużo a nabywców, obranych ze wszystkich pieniędzy – zbyt mało; wtedy fabryki stają, wszyscy bankrutują i rozpoczyna się kryzys, który jest skutkiem bezplanowej gospodarki, drugiej przyczyny katastrof gospodarczych.

Żadnej z tych dwóch przyczyn nie da się usunąć w panującym obecnie ustroju kapitalistycznym, w ustroju, w którym każde działanie obliczone jest na zysk, rychło przeradzający się w wyzysk. Ustroju, w którym jak gdyby pod wpływem szału majątek zdobywa się już nawet nie dla użycia, ale dla samego powiększania go.

Ustrój ten po tylu odniesionych zwycięstwach załamuje się dzisiaj pod przekleństwem swojego grzechu pierworodnego – chciwości.

Spółdzielczość od samego początku swego istnienia jest zaprzeczeniem tego ustroju. Gromadziła skrzętnie bogactwo społeczne, ale nie tworzyła bogaczy. Tamowała w miarę sił swoich zdzierstwo i wyzysk, na swój własny przynajmniej teren nie dopuszczając chciwości. Nie zdobywa dla siebie miejsca na świecie przemocą, ale, nie czekając na zasadnicze zmiany, buduje już dzisiaj swój nowy, całkiem odmienny świat. To jest źródłem jej dotychczasowego rozkwitu, to jest zadaniem jej postępów w przyszłości.

W tę przyszłość spółdzielczość może patrzeć spokojnie. Jakikolwiek byłby koniec obecnego kryzysu, jedno jest pewne, że ustrój kapitalistyczny doszedł swego przekwitu i że będzie musiał szybko czy powoli ustępować miejsca innym sposobom gospodarki społecznej. Jak dotychczas, znamy tylko trzy odmienne od dzisiejszego ustroju kapitalistycznego sposoby gospodarowania: gospodarkę państwową, samorządową oraz spółdzielczą. Prawdopodobnie wszystkie trzy przyjdą one do głosu, dzieląc pomiędzy siebie gospodarkę narodu. Podział musiałby nastąpić dlatego, iż spółdzielczość prawdopodobnie nie będzie mogła podjąć się prowadzenia wszystkich rodzajów wielkiego przemysłu, nie będzie mogła np. budować linii kolejowych ani wyrabiać wielkich maszyn. Odwrotnie jednak, państwo, które by chciało zaspokajać wszystkie gospodarcze potrzeby ludzkie, podjęłoby się zadania ponad swoje siły. Gospodarka państwowa sprowadza się z konieczności do rządów biurokracji, która może być mądra czy głupia, uczciwa czy sprzedajna, ale rządzi kosztownie i bardzo często wcale nie widzi człowieka, którym rządzi, jego potrzeb i cierpień. Oprócz tego nie znajdując przeszkód w swoim działaniu, staje się wkrótce zarozumiałą, gdyż sądzi, że umie wszystko i tylko ona coś umie.

Wydobywać z człowieka utajone w nim siły twórcze, kształcić go do przezwyciężania największych nawet trudności, przyuczać go do zgodnego współżycia w gromadzie, bez poniewierania interesami i godnością innych ludzi – umie tylko spółdzielczość. I dlatego w każdym ustroju, w każdych okolicznościach będzie ona miała swoje słowo do powiedzenia.

Nie to jest najbardziej ważne, czy i kiedy spółdzielczość będzie sprawowała rządy nad gospodarką społeczną, czy będzie musiała dzielić się władzą z innymi organizacjami – państwem, samorządem, związkami zawodowymi. Najważniejsze jest to, żeby ideały spółdzielcze przeniknęły na wskroś całe życie społeczne, żeby usunąć z życia to, co jest dla niego trucizną – wyzysk i krzywdę.

Stanisław Thugutt

Powyższy tekst to cała broszura, wydana staraniem Towarzystwa Kooperatystów, Nakładem Związku Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1935. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł. O Stanisławie Thugutcie więcej można przeczytać tutaj.

Brazylia na wirażu

Jair Bolsonaro, prezydent-elekt Brazylii, zostanie głową republiki federalnej z nadania Partii Socjalliberalnej (PSL). Czy polityk ma coś wspólnego z centrolewicową i progresywną doktryną socjalnego liberalizmu?

Zacząć należy od stwierdzenia podstawowego faktu – Partia Socjalliberalna, wbrew nazwie, nie jest ani socjalna, ani liberalna. Jest to typowe ugrupowanie skrajnej prawicy z autorytarnymi i neoliberalnymi, ultrakapitalistycznymi zapędami. Wizja państwa, jaką oferują „socjalliberałowie”, to powrót do mrocznych czasów zimnowojennych oraz radykalnie prawicowych reżimów Pinocheta i Videla. Z jednej strony popierają konserwatyzm w sprawach obyczajowych, wykazują homofobię i mizoginię, a z drugiej forsują skrajnie wolnorynkowe rozwiązania w kwestiach ekonomicznych. Spoiwem łączącym ugrupowanie jest natarczywy militaryzm, szaleńczy antykomunizm i antylewicowość, a także nacjonalizm ukrywany pod hasłami „narodowego konserwatyzmu”.

PSL pod względem ideologicznym utożsamiać można z polskimi ruchami tzw. alt-right – formacjami Korwina i Ruchem Narodowym. Wyzbyci ideologiczno-programowej subtelności, „socjalliberałowie” sprowadzają wszystko do tanich i chwytliwych sztuczek PR-owych. Dla brazylijskich nacjonalistów jedyną receptą na rozwój gospodarczy są minimalizacja instytucji państwa opiekuńczego, gruntowne zliberalizowanie systemu ekonomicznego, obniżenie podatków, wprowadzenie podatku liniowego, powszechna prywatyzacja i decentralizacja. Politycy prawicowi dużo uwagi poświęcają kwestiom takim jak zwalczanie „ideologii gender”, blokowanie „lobby homoseksualnego”, „leczenie homoseksualistów” i utrzymanie konserwatywnej polityki aborcyjnej. Prymitywny antykomunizm w wydaniu PSL de facto polega na propagowaniu nienawiści i agresji wobec wszelkiej lewicy, również tej demokratycznej i niemarksistowskiej. W partii obowiązuje absolutny zakaz nawiązywania współpracy koalicyjnej z członkami ugrupowań uznawanych za lewicowe. Ta skrajnie konserwatywna, a wręcz reakcyjna wizja państwa spodobała się 55% brazylijskich wyborców, przy wysokiej frekwencji, wynoszącej w drugiej turze 78%.

Prezydent-elekt reprezentuje linię zasadniczo zbieżną z programem Partii Socjalliberalnej. Krytycy Bolsonaro uważają go za prawicowego populistę i faszystę. Czy jednak polityk skrajnie neoliberalny może być uznany za populistę i faszystę? Jest to mocno dyskusyjne i wydaje się, że Bolsonaro jest po prostu ideowym skrajnym prawicowcem. Z naukowego punktu widzenia neoliberalna wizja społeczeństwa Brazylii proponowana przez przyszłego prezydenta daleka jest od pierwotnych, korporacjonistycznych założeń faszyzmu czy narodowego socjalizmu.

Zachodni obserwatorzy często błędnie wiążą Bolsonaro z socjalnym populizmem poniekąd przez jego wizerunek – nacjonalista kreuje się na trybuna ludowego i obrońcę uciśnionych. Wizerunek ten jest absolutnie nietrafny, jednak przyczynił się do przejęcia przez skrajną prawicę elektoratu wywodzącego się z klas ludowych. W warunkach latynoamerykańskiej anarchii i bezprawia lewica niestety nie była w stanie zapanować nad coraz powszechniejszą w kraju anarchią, a rządy Partii Pracujących wiązały się z drastycznym wzrostem ulicznej przestępczości i bezradnością służb porządkowych – liczba morderstw przekroczyła obecnie próg 60 tysięcy rocznie, co daje liczbę zabitych większą niż w Syrii.

Bolsonaro oferuje ubogim proste rozwiązania – złodziejskie elity polityczne wsadzić do więzienia, domniemanych przestępców zabijać na miejscu, a wszystko się jakoś potoczy dalej. Brzmi to brutalnie i prymitywnie, ale należy pamiętać, że taki sam kit łyknęli wyborcy filipińscy, którzy tłumnie zagłosowali na nominalnie lewicowego autokratę Rodrigo Duterte, skądinąd często porównywanego do Bolsonaro.

Wzrost poparcia dla prawicy wiąże się również z procesem ewangelizacji Brazylii i silną pozycją protestanckich ruchów religijnych, wykazujących skrajnie konserwatywne, a nierzadko fundamentalistyczne odchyły. Wolnorynkowa i konserwatywna wizja świata łączy aktywistów Partii Socjalliberalnej i charyzmatycznych pastorów. Wyznawcy reformatorskich ruchów religijnych w olbrzymiej mierze pozostają zwolennikami bolsonarowskiej prawicy.

Protestanccy neofici, a zarazem fani PSL, to głównie kolorowi Brazylijczycy pochodzący z dzielnic nędzy, faweli. Kolorowych protestantów od głosowania na ich faworyta nie odstraszają nawet rasistowskie wypowiedzi białych polityków z bloku skupionego wokół PSL. Brazylia jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie krajem na świecie, ponad połowa ludności deklaruje się jako ciemnoskóra, a będą mieć prezydenta, który jest rasistą.

PSL i Bolsonaro nie są nastawieni wrogo wyłącznie do lewicowców, feministek i liberałów. Ich fobie dotyczą także ekologów. Niewykluczone, że rządy prawicy doprowadzą do zrujnowania ekosystemu Amazonii. „Trump tropików” chce zakazać działalności organizacji takich jak WWF czy Greenpeace, a przerażenie zielonych budzą zapowiedzi budowy w Amazonii autostrady i możliwe wyjęcie części obszarów kraju spod ochrony środowiskowej. Mówi się nawet o likwidacji ministerstwa środowiska…

Prawica w wyścigu wyborczym mało uwagi poświęcała polityce międzynarodowej. Ten element kampanii sprowadzał się w zasadzie do pustych sloganów – uwolnimy Brazylię i jej dyplomację od międzynarodowych ideologii. Przywrócimy jej ekonomiczną wartość i szacunek na całym świecie! – piał Bolsonaro. Z innych wypowiedzi nowego establishmentu krystalizuje się obraz Brazylii jako wiernopoddańczego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Bolsonaro zapowiedział już zerwanie stosunków dwustronnych z Kubą i przeniesienie ambasady w Izraelu do Jerozolimy. Wzorem amerykańskich neokonserwatystów i Donalda Trumpa, prezydent-elekt wrogo odnosi się także do Chin i krytykuje inwestycje dalekowschodniego państwa w Brazylii.

Objęcie sterów nad Brazylią przez twardą prawicę zadziwiło opinię publiczną, a jej postulaty wywołały niemałe poruszenie obserwatorów. Czy jednak poruszenie jest słuszne? Osoby zorientowane w tematyce nie powinny być nawet odrobinę zaskoczone kosmicznymi i prymitywnymi propozycjami Bolsonaro. Na podobne pomysły masowo wpadają przedstawiciele alt-right na starym i nowym kontynencie. Wiara w teorie spiskowe, skłonności do autorytaryzmu i maczyzmu, marzenia o powszechnym dostępie do broni – to tendencje wszechobecne w prawicowym internecie, z którego przebijają się one do mainstreamu i trafiają do wypowiedzi polityków z pierwszych stron gazet. Radykalizacja środowisk prawicowych nie jest jedynie problemem Brazylii, bowiem analogiczne procesy zachodzą w co najmniej kilkunastu krajach świata zachodniego.

Rządy Bolsonaro to także wina samej lewicy – w Brazylii uległa ona korupcji i nie była w stanie rozwiązać części problemów „szarych obywateli”. O ile pod rządami popularnego prezydenta Luli z biedy wyszło około 35 milionów obywateli, a przestępczość wymiernie spadła, to jego następczyni, Dilma Roussef utraciła kontrolę nad sytuacją. Nieudolne rządy Roussef i neoliberalnego Michela Temera przyczyniły się do ucieczki części zwolenników lewicy w ramiona ewangelickich pastorów. Co znamienne, to właśnie liderzy chrześcijańskich sekt stanowili rzeczywiste zaplecze sztabu wyborczego radykalnego prawicowca. Sama Partia Pracujących przesunęła się z wyraziście lewicowych pozycji w kierunku centrum i wyzbyła się konfrontacyjnego, klasowego języka. Zaowocowało to pozyskaniem wyborców w klasie średniej kosztem utraty biedniejszego i nierzadko zdesperowanego elektoratu. Programy takie jak Bolsa Familia i Fome Zero stały się górnym pułapem zmian socjalnych, jakie Partia Pracujących odważyła się zrealizować.

Gwoździem do trumny lewicy był sądowy zakaz startu w wyborach dla Luli w związku z oskarżeniami o korupcję. Eksprezydent został przez to zmuszony do przekazania poparcia mniej popularnemu Fernandowi Haddadowi. Luli zarzucano, że jedna z firm budowlanych wręczyła mu jako łapówkę luksusowy apartament – dowodem na to, że Lula przyjął nieruchomość, są wyłącznie zaznania samych łapówkodawców. Z kolei Haddad, niewyraźny lewicowy polityk i profesor akademicki przepadł w pojedynku z charyzmatycznym, elektryzującym tłumy Bolsonaro.

Istotne jest to, że zwolennicy prawicy masowo zmobilizowali się po nieudanym zamachu na życie Bolsonaro z września 2018 roku. Osławiony atak z użyciem noża przyczynił się do drastycznego wzrostu poparcia dla prawicowca i wykreował go jako męczennika patriotycznej, narodowej sprawy.

Wynik wyborów najpewniej wyglądałby zgoła odmiennie, gdyby to właśnie Lula stanął w wyborcze szranki. Badania opinii publicznej z września tego roku dawały Luli 37% głosów, w porównaniu do 22% Bolsonaro. Podobne tendencje wykazywały wszystkie pozostałe sondaże, w których uwzględniano kandydaturę lewicowego eksprezydenta. Zadeklarowani lewicowcy uznali eliminację Luli z kampanii za celowe działania brazylijskiej elity, od zawsze wrogo nastawionej do Partii Pracujących.

Jeszcze przed wyborami PSL i Bolsonaro wzywali do fizycznej rozprawy z Partią Pracujących i komunistami. Nie można wykluczyć, że marzenia prezydenta-elekta ziszczą się w ciągu najbliższych miesięcy. Bolsonaro swego czasu stwierdził, że jego przeciwników politycznych z lewicy należałoby rozstrzelać.

Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów reprezentant Partii Socjalno-Liberalnej obiecał, że „nie będzie już więcej flirtowania z socjalizmem, komunizmem, populizmem i lewicowym ekstremizmem”. W ostatnich dniach prezydent-elekt studził emocje, oznajmiając, „ci, którzy nie głosowali na mnie, nie muszą się martwić – nie będą prześladowani”. Czy można jednak ufać człowiekowi, który innym razem stwierdził: „jestem zwolennikiem dyktatury, demokracja nigdy nie rozwiąże poważnych problemów narodowych”?

Norman Tabor