William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

Już widzę oczyma wyobraźni, jak wielu naszych towarzyszy uśmiecha się gorzko czytając powyższy tytuł – bo cóż może mieć wspólnego ze sztuką czasopismo socjalistyczne? Zacznę więc może od tego, że rozumiem w pełni, jak bardzo „niepraktyczny” jest ten temat w warunkach obecnych, w systemie płac i kapitału. O tym, istotnie, jest ten tekst.

Czym wszakże, zastanówmy się, sztuka właściwie jest? Gdzie ma swe źródła? Otóż sztuka to ucieleśnione w pewien sposób zainteresowanie człowieka własnym życiem; jej źródło stanowi przyjemność z przeżywania tego życia; przyjemność, owszem, tak właśnie musimy ją nazwać, biorąc pod uwagę życie ludzkie jako takie, niezależnie, jakie dołączałyby się do niego konkretne cierpienia i problemy jednostek. Sztuka to właśnie wyraz owej przyjemności – przyjemności, powiadam, z życia w ogóle; z czynów przeszłości, obecnych w pamięci, z czynów przyszłości, obecnych w nadziei, przede wszystkim jednak z czynów teraźniejszości, obecnych tu i teraz; z pracy.

Tak, jakże dziwne musi wydawać się to nam w dzisiejszych czasach! Tym, czego na ogół przecież doświadczamy, jest przyjemność z bezproduktywnego użytkowania ludzkich energii – z trwonienia ich na sportach i rozrywkach; ale zajęcie w sensie produktywnym, praca – ta monotonna praca, którą musimy wykonać codziennie, aby mieć co jeść, którą będziemy musieli wykonać i jutro, i pojutrze, i każdego następnego dnia, dokładnie tak samo aż do naszej śmierci – jakąż, pytamy, przyjemność można czerpać z czegoś podobnego?

A jednak powtórzę: głównym źródłem przyjemności jest dla człowieka codzienna, konieczna dla zachowania życia praca, w której to jednocześnie przyjemność owa znajduje wyraz i ucieleśnienie; nic bowiem innego nie zdoła odcisnąć na powszednich okolicznościach życia charakteru piękna – ilekroć zaś owo piękno jest w życiu obecne, stanowi znak, że człowiek czerpie ze swojej pracy radość, niezależnie, jakie oprócz tego trapiłyby go trudności. To właśnie brak radości z codziennego wysiłku sprawił, że nasze miasta i domy stały się tak niewypowiedzianie szkaradne – afront wobec krajobrazu, którego naturalne piękno kalają; wszystkie zaś utensylia codzienne – nędzne, trywialne, brzydkie, słowem: wulgarne. Straszliwy jest ów stan rzeczy, jaki przychodzi nam znosić – odwagi jednak, przyszłość niesie ze sobą nadzieję; nie może być bowiem ta zewnętrzna szpetota niczym innym, jak tylko owocem nędzy i zniewolenia mas; i zasadnie można spodziewać się, że gdy system nędzy i zniewolenia zostanie obalony, znów zaczniemy organizować otaczającą nas przestrzeń w piękny sposób – co stanowi zresztą, jak powiedziałem, naturalny znak szczęśliwej i wolnej pracy.

Bądźcie pewni, że nic innego nie zdoła wydać z siebie czegokolwiek, co choćby pod pewnym względem przypominałoby sztukę; bo – pomyślcie tylko! – robotnicy, których to ręce przecież muszą stworzyć kiedyś sztukę nową, zmuszani są w warunkach systemu komercjalistycznego pędzić swe życie, nawet gdy powodzi im się relatywnie nieźle, w budynkach tak zatłoczonych i brzydkich, że nikt nie mógłby mieszkać w nich i zachować zdrowe zmysły, nie tracąc jednocześnie do szczętu poczucia piękna i umiejętności cieszenia się swą egzystencją. Pochód „armii przemysłu”, z jej „kapitanami produkcji” [angielskie określenie potentatów przemysłowych – przyp. tłum.] (na litość!…), znaczą, podobnie jak pochód jakichkolwiek innych wojsk, ślady zniszczenia naturalnego piękna i spokoju krajobrazu, nasza natura zaś, nakazująca nam żyć za wszelką cenę, zmusza nas, abyśmy przyzwyczaili się do tej degeneracji, poświęcając swe człowieczeństwo i płodząc dzieci skazane na życie jeszcze bardziej nieludzkie, niż to, które wiedziemy. Żyjący pośród takiej szkarady nie mogą być zdolni dostrzegać piękna – a zatem, także go wyrażać.

Ale nie tylko robotnicy cierpią z powodu tej tragedii (i ja przynajmniej bardzo się z tego cieszę). Sztuka wyższa i bardziej intelektualna przeżywa te same problemy, co sztuki użytkowe. Artyści, których cel życiowy stanowi wytwarzanie przedmiotów pięknych i interesujących, nie odnajdują w realnym świecie żadnego zgoła materiału odpowiedniego dla tego przedsięwzięcia, skoro wszystko, co ich otacza, jest brzydkie i wulgarne. Albo zatem szukają go w wyobraźni wieków minionych, albo zaczynają żyć w kłamstwie, fałszując i sentymentalizując własną epokę; w konsekwencji, wbrew swojemu niekłamanemu talentowi, inteligencji i entuzjazmowi, tworzą dzieła, z których niewiele nie zasługuje wprost na pogardę w porównaniu ze sztuką epok przed-komercjalistycznych. Nie wolno nam też zapominać, że te nieliczne, istotnie wartościowe dzieła, jakie w naszych czasach powstają, stanowią co do jednego owoce pracy ludzi zbuntowanych przeciw swojej epoce – czasem walczących z nią otwarcie, czasem kryjących swój sprzeciw pod maską cynizmu, ale nieodmiennie trawiących życie na sporach z bliźnimi, w znacznej większości wypadków zupełnie bezowocnych, choć powinni je przecież poświęcić rozwojowi owych wyjątkowych talentów, którymi zostali obdarzeni, a z których korzyści mogłaby czerpać cała ludzkość.

Tak też na wysokości i na niskości, panowie i niewolnicy, wszyscy pospołu cierpimy z powodu niedoboru piękna, bądź – innymi słowy – przyjemności godnych człowieka. Całkowita nieobecność przyjemności w życiu to drugi – po niezliczonych zastępach wywłaszczonych proletariuszy – wielki dar, jaki ustrój komercjalistyczny przyniósł światu. Tylko zmiażdżona przez stalowe tryby tej potwornej machiny wartościowa niegdyś cywilizacja mogła stoczyć się w podobną wulgarność. Teoria głosząca, jakoby kryzys sztuki wynikał ze zbiorowego zainteresowania nauką, pozbawiona jest podstaw. Oczywiście, to prawda, że nauce przynajmniej pozwala się dziś istnieć – z tego prostego powodu, że może ona generować zyski. Ludzie zaś, pragnąc jakoś użytkować swe wrodzone energie, zwracają się do niej – dokładnie dlatego, że przynajmniej istnieje, choćby tylko jako niewolnik (choć coraz bardziej niezadowolony i niepokorny niewolnik) kapitału. Sztuka wszakże, gdy wkomponować ją w wielką machinę zysku, natychmiast umiera, i zostaje po niej ledwie widmo, tandeta na usługach wielkich posiadaczy.

Jakkolwiek dziwne może się to zatem wydać niektórym ludziom, zupełną prawdą jest, że socjalizm, powszechnie kojarzony z płytkim utylitaryzmem, stanowi obecnie jedyną nadzieję sztuki. Może być i tak, że do czasu zakończenia rewolucji społecznej, a może i trochę potem, okoliczności życia stawać się będą coraz bardziej nijakie, smutne i bezsensowne. Mówię: może i trochę potem, ponieważ nie da się wykluczyć, że ludzie mogą potrzebować trochę czasu, aby pozbyć się nawyków ukształtowanych przez życie między dwoma biegunami: beznadziejnej nędzy i rozpasanego luksusu, które to życie narzucił im komercjalizm. Nawet w tym jednak jest nadzieja; bo możliwe, że wszystkie obecne przesądy i konwencje muszą przeminąć, aby sztuka mogła narodzić się na nowo; że przed tymi narodzinami, będziemy musieli pogodzić się z utratą wszystkiego, co dziś nazywa się sztuką; że nie pozostanie nam nic innego, niż ledwie materiał sztuki, to znaczy: sam rodzaj ludzki, ze swymi aspiracjami i pasjami, i swoim wspólnym domem: ziemią; który to materiał długo obrabiać będziemy musieli przy użyciu tych dwóch oto narzędzi: pragnienia i odpoczynku.

Ale choć tak być może, nie wydaje mi się, abyśmy mieli szansę zorientować się, kiedy to nastanie; zmiana, jeśli nastąpi, będzie prawdopodobnie tak powolna i stopniowa, że nawet nie zwrócimy na nią uwagi. Ba, możliwe, że już i dziś sztuka choruje śmiertelnie – i to, co z niej widzimy, to półżywe truchło, skazane na zagładę: ale, z drugiej strony, czy nie możemy żywić nadziei na to, że sztuka odrodzi się jeszcze przed osiągnięciem pokoju i ustanowieniem nowego porządku? Czy to niemożliwe, że tym, co zada ostateczny cios otaczającej nas szpetocie będzie sama wielka tragedia Rewolucji Społecznej, i że robotnicy zaczną tworzyć sztukę z tą samą chwilą, w której uświadomią sobie swój prawdziwy cel – równy udział w życiu godnym człowieka – i zaczną dążyć do jego realizacji? Wojna, którą będą toczyć, sama może dodać im skrzydeł – wrogiem nie jest bowiem przecież sztuka, ale niepokój: przytłaczający, plugawy niepokój istoty zmuszonej pracować codziennie dla fizycznego przetrwania za nędzne ochłapy, w sposób wyniszczający tak ciało, jak umysł, tak ze względu na nadmierną intensywność wysiłku, jak i czysto mechaniczny, nieludzki charakter.

Tak czy inaczej, czas wolny, który socjalizm chce zapewnić robotnikom, z konieczności rodzi pragnienie – pragnienie piękna, pragnienie wiedzy, pragnienie, krótko mówiąc, życia bardziej pełnego i sensownego. Powtórzmy zaś: pragnienie i odpoczynek to czynniki naturalnie sprzyjające sztuce – bez nich zaś, odwrotnie, sztuka może być tylko podróbką pozbawioną racji życia i istnienia: dlatego też nie tylko robotnik, ale i cały świat nie doświadczy sztuki realnie tak długo, jak długo obecne społeczeństwo komercyjne nie zostanie zastąpione społeczeństwem prawdziwym – społeczeństwem socjalistycznym. Wiem, że to temat zbyt poważny i trudny, by dało mu się oddać sprawiedliwość w krótkim artykule. Proszę zatem moich czytelników, by potraktowali ów artykuł jako wstęp do własnych rozważań o kwestii związków gospodarki ze sztuką.

William Morris

Przeł. Maciej Sobiech (vel Wąs)

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „The Commonweal” w kwietniu 1885 roku. W nagłówku tekstu wykorzystano jedną z prac graficznych autora.

William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Zarzut, że socjaliści są „beznarodowcami”, gorzej, że są „wrogami narodowości”, jest tak stary, jak starym jest socjalizm sam. O ile zarzut ten podnoszą nasi przeciwnicy polityczni w celach agitacyjnych lub ze względów taktycznych wobec bezkrytycznych mas, to popełniają świadome oszustwo i polemizować z nimi lub ich przekonywać byłoby bezpłodną pracą.

O ile zaś powtarzają ten zarzut i wierzą weń ludzie zbałamuceni, to obowiązkiem naszym jest powiedzieć im prawdę. Prawdę tę odsłonić i wskazać drogę do jej bezstronnego zbadania jest celem niniejszej rozprawki.

Zanim jednak przystąpimy do rzeczy, zwrócić chcemy uwagę na znamienny dla agitacyjnych metod naszych „patriotycznych” przeciwników moment, który polega na tym, że np. we Francji wrogami ojczyzny są tylko socjaliści francuscy, podczas gdy socjaliści niemieccy są tam uważani za szowinistów narodowych, oczywiście niemieckich, że w Niemczech znów za wzór patriotów przedstawia się socjalistów francuskich w przeciwieństwie do beznarodowych socjalistów niemieckich i że w Polsce również uznaniem, jako najgorętsi i najkonsekwentniejsi obrońcy interesów swego narodu, cieszą się w oczach „patentowanych patriotów” socjaliści – ale jeno u wrogich nam sąsiadów, podczas gdy socjalistów polskich wciąż jaszcze podejrzewa się jako zdrajców własnego narodu. Metoda ta, jakkolwiek haniebną jest w zastosowaniu i ze względów na cele, dla których bywa stosowaną, to jednak ma ona swoje głębsze, w historii uzasadnione pochodzenie, jak to w dalszym ciągu wykażemy.

Przede wszystkim stwierdzić należy, że wielcy politycy i teoretycy socjalizmu, a w ich rzędzie na pierwszym miejscu twórcy socjalizmu naukowego Karol Marks i Fryderyk Engels, przez całe swe życie, ze znaną i uznaną u tych myślicieli konsekwencją i energią domagali się odbudowania Polski niepodległej i wielkiej. Już w dziewięć miesięcy po napisaniu „Manifestu komunistycznego” Karol Marks w szeregu artykułów programowych i polemicznych, drukowanych w sierpniu i wrześniu roku 1843 w „Nowej Gazecie Nadreńskiej”, dowodził, że Polska nie tylko musi być na powrót do niepodległego bytu państwowego wskrzeszoną, ale, że musi ona odzyskać rozległość co najmniej tę, jaką jej zakreślały granice z roku 1772, to jest przed pierwszym rozbiorem, musi posiadać nie tylko dorzecza, ale także ujścia swoich wielkich rzek, oraz przynajmniej nad Morzem Bałtyckim wielki pas wybrzeża [Reger myli się w tym miejscu i przypisuje Marksowi pogląd sformułowany w niemal dokładnie takim samym brzmieniu przez Engelsa na łamach „Neue Rheinische Zeitung” w wydaniu z dnia 22 sierpnia 1848 roku; nie zmienia to faktu, że Marks formułował podobne wizje – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”].

Żądanie to ponawiali Marks i Engels przy każdej nadarzającej się sposobności, uzasadniając je ściśle naukowo koniecznościami rozwoju ekonomicznego Europy Środkowej, Polski i Rosji, który to rozwój uważali znów za konieczny warunek wzmocnienia się klasy robotniczej, mającej być nosicielką przyszłej rewolucji socjalnej na zachodzie i na wschodzie, a popierali to żądanie niestrudzenie przez cały ciąg życia swego nie tylko piórem i słowem, ale także czynem.

Gdy Adam Mickiewicz założył w Paryżu dziennik „Trybuna ludów” dla propagandy idei socjalizmu i niepodległości Polski, Marks stał się współpracownikiem tego pisma i ofiarował swe oszczędność dla jego podtrzymania. Gdy zaś w czasie wojny turecko-rosyjskiej A. Mickiewicz pospieszył do Konstantynopola, aby tam organizować legion polski, Marks popierał go, czym mógł, wydając wspólnie z Engelsem odezwy do „Międzynarodówki” wzywające do walki z Moskalami, a za wolność Polski, posyłając mu ochotników i pieniądze [nieścisłość Regera: Międzynarodówka Socjalistyczna powstała dopiero 8 lat po śmierci Mickiewicza, a Marks i Engels we wzmiankowanej sprawie apelowali nie do Międzynarodówki, lecz do postępowej części międzynarodowej opinii publicznej – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] .

W roku 1863, w czasie powstania polskiego, K. Marks czynił starania, aby nabyć dla powstańców polskich broń od zdetronizowanego księcia Brunszwiku, mieszkającego na wygnaniu w Paryżu. Po ostatecznym upadku powstania polskiego, gdy w Polsce szerzy się biały terror carski i reakcja, współpracownik i przyjaciel Marksa, Engels, w płomiennych artykułach, zamieszczanych w angielskim czasopiśmie „The Commonwealth” („Dobro publiczne”) w roku 1866 ponownie żąda odbudowania Polski, dowodząc, że leży to w interesie klas robotniczych całej Europy. Po upadku Komuny paryskiej w roku 1871, w czasie której rewolucjoniści polscy pod wodzą Jarosława Dąbrowskiego zorganizowali obronę Paryża i nią kierowali, K. Marks oddaje hołd bohaterstwu Polaków i ostro gani Francuzów i Napoleona III za to, że Polskę zdradzili i znów upomina się o odbudowanie Polski. W roku 1874 Engels w niemieckim organie socjalno-demokratycznym „Volksstaet” („Państwo ludowe”) nazywa odbudowanie Polski „koniecznością”. W roku 1884 obydwaj uczeni, K. Marks i F. Engels, odpowiedź swą komunistom-kosmopolitom polskim, wydawcom „Równości” genewskiej, kończą okrzykiem: „Niech żyje Polska!” [znowu ewidentna pomyłka Regera – Marks zmarł w roku 1883 – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. W roku 1892 w przedmowie do drugiego polskiego wydania „Manifestu komunistycznego” Engels raz jeszcze dowodzi, że „robotnicy całej pozostałej Europy potrzebują niezależności Polski również jak sami polscy robotnicy”.

Znakomity wódz niemieckiej socjalnej demokracji, świetny mówca i wytrawny parlamentarzysta Wilhelm Liebknecht, oprócz szeregu artykułów w obronie sprawy polskiej, napisał doskonałą broszurę pod tytułem „Czy Europa ma skozaczeć?”, w której dowodzi niezbicie, że jeżeli rewolucja socjalna w Europie ma mieć widoki powodzenia, to najpierw musi runąć carat rosyjski, ten „żandarm Europy”, i musi powstać Polska wielka, niepodległa, której historycznym posłannictwem jest stać na straży kultury i cywilizacji zachodu przed barbarzyństwem wschodu. Ten pogląd Liebknechta zyskuje dziś nowe, nieco odmienne znaczenie: oto, jak niegdyś Polska szlachecka przedmurzem była chrześcijaństwa, zasłaniając je piersiami swych pancernych rycerzy przed nawałą Turków i Tatarów, tak dziś jedynie wolna, niepodległa, demokratyczna i socjalistyczna Polska, Polska robotnicza i chłopska, potrafi uratować zdobycze rewolucji europejskiej przed potopem bolszewizmu, który grozi zagładą nie tylko zdobyczy kultury i cywilizacji, ale przede wszystkim zniszczeniem lub znacznym opóźnieniem ostatecznego zwycięstwa dokonywującej się w oczach naszych rewolucji socjalnej.

Poprzestajemy na tych kilku przykładach, albowiem na wołowej skórze nie spisałby samych tylko tytułów dzieł i artykułów licznych wybitnych pisarzy socjalistycznych obcych narodowości, jak np. Kautsky, Bebel, dr Wiktor Adler, Pernerstorfer, Jaurès i wielu, wielu innych, którzy w tej lub inne formie protestowali przeciwko ujarzmieniu narodu polskiego i domagali się odbudowania Polski.

Oczywiście, że nie inne stanowisko zajmowali zawsze i zajmują socjaliści polscy, z wyjątkiem nielicznych grupek i jednostek, których zacofanie myślowe zatrzymało się na pierwotnych poglądach kosmopolitycznych jaskiniowców, a zacietrzewienie partyjne zaprowadziło ich na manowce „ugodowości” i „organicznego wcielenia się” z najeźdźcami. Do takich zacofanych i zacietrzewionych należą niedobitki dawnych partii SDKPiL (czyli Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy) oraz tak zwanej lewicy PPS, którzy obecnie utworzyli wspólnie partię komunistyczną jako cześć składową takiej samej partii wszechrosyjskiej.

Polscy socjaliści nieśli zawsze wysoko sztandar walki o niepodległość i zjednoczenie całego narodu. Oto zaraz na pierwszym międzynarodowym Kongresie robotniczym i socjalistycznym w Paryżu w roku 1889 delegaci socjalistów polskich ze wszystkich ówczesnych trzech zaborów ukonstytuowali się jako osobna grupa i oświadczyli, że nie uznają rozdzielających ich granic państw zaborczych, że uważają się za odrębną reprezentację narodową i że dążyć będą do wywalczenia całkowitej niepodległości dla swojego narodu. Kongres to uznał i przyznał Polakom w Międzynarodówce własną stałą reprezentację, chociaż nie przyznał tego prawa np. Czechom, których delegaci na Kongresach międzynarodowych wchodzili w skład delegacji austriackiej, a w biurze międzynarodowym socjalistycznym reprezentowani byli przez delegatów z Austrii.

W kilka lat później, na międzynarodowej konferencji przygotowawczej do nowego Kongresu światowego socjalistów, która się odbywała w tymże samym czasie i w tym samym miejscu (w Hadze), gdzie obradował pierwszy międzyrządowy Kongres pokojowy, zwołany za inicjatywą cara rosyjskiego Mikołaja II, uchwalono na wniosek delegata polskich socjalistów, że „jedynie zniesienie panowania klasy nad klasą, a w pierwszym rzędzie upadek caratu i całkowita niepodległość żywych narodów mogą rozwiązać kwestię pokoju międzynarodowego”.

Uchwała powyższa jest dla nas bardzo ważną, albowiem wskazuje nam ona, że punktem wyjścia musi być dla nas, jako socjalistów i Polaków, w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej żywy naród i interes ludu polskiego, a nie państwo, że nie możemy się zadowolić i nie zadowalamy się jakąś „autonomią” kulturalną czy administracyjną, czy by ona pochodziła z łaski samodzierżawnego cara, czy też wszechrosyjskiego, choćby komunistycznego sowietu, lecz że niepodległość narodu polskiego musi być całkowita, całkowita co do treści i co do obszar, na który się rozciąga, to znaczy, że musi ona obejmować cały zjednoczony naród polski. Tak uchwaliła Międzynarodówka socjalistyczna już lat temu dwadzieścia, a uchwaliła na wniosek delegata polskich socjalistów. Zapamiętajmy to sobie i nie dajmy sobie tego nikomu wydrzeć ani sfałszować.

Zresztą wszelkie fałszerstwo na nic się nie przyda wobec bardzo jasnego brzmienia programu Polskiej Partii Socjalistycznej (zaboru rosyjskiego i pruskiego), który obowiązywał przez cały dotychczasowy ciąg istnienia, z górą lat trzydziestu. Zaraz w pierwszym ustępie tego programu jest powiedziane, że Polska Partia Socjalistyczna, będąc wyrazicielką potrzeb i ideałów klasy robotniczej w Polsce i organizacją polityczną tej klasy, dążąc do wyzwolenia całego ludu z niewoli ekonomicznej, politycznej i narodowej, stawia sobie za cel zasadnicze przekształcenie ustroju społecznego, oparcie społeczeństwa na nowych – socjalistycznych – podstawach, w dziedzinie zaś narodowej „zniesienie wszelkiego ucisku narodowego, zjednoczenie Polski”. Dalej zaś znajdujemy stwierdzenie: „dlatego też PPS, stawiając sobie za cel republikę demokratyczną, łączy ten cel z niepodległością, walczy o niepodległą Republikę Demokratyczną i Ludową”.

Równie wyraźnie i silnie sprawa niepodległości całego zjednoczonego narodu polskiego stawianą była od samego początku przez Polską Partię Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska (PPSD).

Już na pierwszym ogólnoaustriackim zjeździe socjalistów w Hainfeidzie w r. 1889 socjaliści polscy z Galicji przyłączyli się wprawdzie do nowo powstałej Robotniczej Party Socjalno-Demokratycznej w Austrii, lecz oświadczyli równocześnie, że nie czują się przez to w żaden sposób skrępowani w swym dążeniu do połączenia się z socjalistami polskimi z innych zaborów, ani też w swym dążeniu do odzyskania niepodległości narodowej.

W dziesięć lat później na ogólnym Kongresie socjalistów austriackich w Brnie w 1899 r., przy sposobności uchwalania tak zwanego Programu narodowościowego, który przewidywał przebudowę monarchii Habsburgów na demokratyczne narodowościowe państwo związkowe, składające się z autonomicznych terytoriów poszczególnych narodów zamieszkujących to państwo, delegacja polska złożyła deklarację, w której powiedziano: „polscy socjalni demokraci niezmordowanie dążą do tego, aby w przyszłości naród polski należał do ogólnej rodziny narodów jako wolny i zjednoczony”.

Warto przy tej sposobności przypomnieć, że socjaliści czescy złoży równocześnie (w r. 1899) deklarację, w której oświadczyli, że stojąc na gruncie praw żywych narodów, odrzucają wszelkie prawa historyczne; mieli na myśli osławione „historyczne czeskie prawo państwowe”, którego rodowód, sięgający wstecz poza rok 1335, wywodzi się od średniowiecznych stosunków dynastycznych i lennych, a na podstawie którego młodziutka, bo dopiero 28 października 1918 roku narodzona demokratyczna republika czesko-słowacka nie może rościć sobie żadnych praw do panowania nad polskim Śląskiem lub niemiecką częścią Czech i Moraw, nie mówiąc już o Słowacji i innych nie-czeskich krajach.

Ważniejszą jednak od pisanych programów była cała działalność socjalistów polskich, dążąca wytrwale i nieugięcie do wywalczenia ludowi polskiemu nie tylko praw ludzkich i obywatelskich, ale także narodowej wolności, niepodległości i zjednoczenia. Żadne prześladowani, niszczenie egzystencji, więzienia, ni katorga, ni Sybir, ani nawet szubienice nie potrafiły odstraszyć bojowników proletariatu polskiego, ani złamać ich ofiarnej energii. Stanisław Kunicki, Bardowski. Pietrusiński, Ossowski, Okrzeja, Montwiłł i tylu, tylu innych ginęli na carskich szubienicach z okrzykiem: „Niech żyje socjalizm! Niech żyje Polska!”. Z tym samym okrzykiem na ustach szli w bój z caratem w czasie rewolucji 1905 i 1906 roku robotnicy polscy w byłym Królestwie Polskim, to samo hasło zagrzewało robotników i młodzież socjalistyczną w Galicji i na Śląsku, gdy organizowano Związek Strzelecki, a następnie Legiony Polskie do walki o Niepodległą Polskę.

A co wcisnęło broń do ręki w styczniu 1918 roku górnikom karwińskim i hutnikom trzynieckim, by odeprzeć bohatersko a skutecznie zbrodniczy najazd Czechów na Śląsk Cieszyński, co wywołało powstanie Górnoślązaków przeciwko hordom krzyżackiego Grenzschutzu? Tęsknota do zjednoczenia się z odradzającą się Ojczyzną, tęsknota naturalna dzieci do połączenia się z Macierzą! Ale tęsknotę tę rozbudziło i wzmocniło uświadomienie klasowe, spotęgowała ją zaś i ujawniła dopiero łączność organizacyjna i ideowa z polskim socjalizmem.

A kiedy z pożogi i oparów krwi wielkiej wojny powstała Wolna i Niepodległa Polska, zebrał się w Krakowie zjazd ogromny około 500 delegatów socjalistów z całej Polski, aby utworzyć już jedną wspólną zjednoczoną (z PPS i PPSD) Polską Partię Socjalistyczną, której naczelnym, najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest w myśl uchwalonego na tym zjeździe programu: utrwalić i ugruntować niepodległość, dokonać dzieła zjednoczenia całkowicie rozdartej ongiś Polski.

***

Zapytajmy teraz, czy takie stanowisko PPS zgodne jest z wyznawaną równocześnie przez nią międzynarodową solidarnością? Bo samo powoływanie się na to, że Marks, Engels i inni koryfeusze socjalizmu stanowisko to podzielają, jeszcze niczego nie dowodzi, a może być co najwyżej wymówką, mającą nas ratować z kłopotu.

Na samym początku, kiedy ruch robotniczy był w powijakach, a robotnik, zupełnie jeszcze nieuświadomiony, nie rozumiał ani swego położenia, ani interesu klasowego, kiedy w warsztatach, fabrykach i kopalniach czas pracy trwał po 12 do 16 godzin na dobę, a traktowanie „wolnego najmity” gorszym było, aniżeli niewolników, wówczas trudno było wzywać robotników do walki o niepodległość narodu. Robotnik ciemny, głodny i nagi, ogłupiały z nadmiernego przemęczenia, nieczuły był w swej masie na nic, co nie dotyczyło bezpośrednio polepszenia jego ciężkiej doli. Nie zrozumiałby on nawet takiego wezwania. Musiano więc zrazu w agitacji uwzględniać sprawy i hasła najprostsze i najbardziej dostępne masie robotniczej. W miarę jednakowoż, jak ruch robotniczy rósł i wzmacniał się, a masa robotnicza przychodziła do poznaniu i zrozumienia swego stanowiska klasowego i swej siły, gdy obok najprymitywniejszych żądań polepszenia bytu klasy robotniczej zaczęto wykuwać żądania trwałych ustawowych reform socjalnych w dziedzinie ochrony robotniczej, szkolnictwa itp., a dla ich zdobycia lub zabezpieczenia już zdobytych ulg i reform okazała się konieczność wywalczenia dla klasy robotniczej praw politycznych, samorządu, demokracji, w miarę tego znikał z ruchu proletariackiego polskiego dawny, przez Bakunina głoszony „kosmopolityzm”. Twierdził on, że dla proletariatu, który jest międzynarodowym, jak międzynarodowym jest kapitał, obojętne jest terytorialne ukształtowanie państw. Bakunizm zbankrutował, a miejsce jego zajęło z żywiołową swą świadome i celowe dążenie do uzyskania niepodległości narodowej. Dlaczego? Oto dlatego, że bez demokracji, bez udziału klasy robotnicze w rządach zarówno w państwie, jak i w samorządzie lokalnym, bez prawa wykonywania ze strony robotników kontroli nad dochodami i wydatkami państwa, kraju i gminy, jako też nad wykonywaniem ustaw przez urzędników, nie może być mowy o zdobyciu trwałym, drogą ustawową, najkonieczniejszych reform socjalnych i szkolnych itp. i o ich dotrzymywaniu. Toteż żądanie wprowadzenia powszechnego głosowania i zdemokratyzowania całego życia publicznego w państwie, w kraju i w gminie jest najważniejszą częścią wszystkich programów socjalistycznych. Ale doświadczenie nas nauczyło, że nigdzie na świecie urzeczywistnienie tego podstawowego żądania demokracji i postępu nie napotykało na tyle tak nieprzezwyciężonych trudności, jak w Polsce pod rządami obcych najeźdźców. Tylko w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim w ostatnich latach panowania Austriaków udało się nam częściowo przełamać opór rządu i klas panujących, uzyskaliśmy w roku 1907 powszechne i równe prawo wyborcze do centralnego parlamentu wiedeńskiego. Lecz było ono tylko względnie równym, o tyle, że wszystkie głosy w tym samym okręgu wyborczym miały jednakową wartość, ale okręgi nie były równe: gdy w okręgach zamieszkałych przez polskich lub ruskich robotników i chłopów wypada jeden poseł na 20 do 50 tysięcy głosujących „równouprawnionych” obywateli, to w okręgach niemiecko-burżuazyjnych już 2500 lub 3000 wyborców wybierało sobie własnego posła. W ten sposób 9 milionów Niemców w Austrii miało w wiedeńskiej izbie posłów tyleż głosów i władzy, co 20 milionów wyborców sześciu innych narodowości austriackich. W Niemczech było jeszcze gorzej, tam Polakom wprost odmawiano prawa wybierania własnych posłów. W Rosji zaś po wyborach do pierwszej dumy bez ceremonii okrojono ilość mandatów tak, że odtąd robotnicy polscy nie mogli zdobyć ani jednego mandatu. Samorządu ziemskiego, który od dawna istniał w krajach rdzennie rosyjskich, w Królestwie Polskim w ogóle nie zaprowadzono, miasta polskie wydano w całości na łup złodziejskich czynowników carskich, ludowi wiejskiemu pozostawiono tylko z konieczności pozory samorządu.

fot. Remigiusz Okraska

 

Ale bądźmy sprawiedliwi i przyznajmy, że Moskale, Prusacy i Austriacy musieli tak postępować w obronie własnych interesów. Nie ulega bowiem wątpliwość iż ludność polska, uzyskawszy prawo rządzenia sama sobą, w pierwszym rzędzie byłaby wyrzuciła obcych urzędników, byłaby się zabrała do wzmocnienia rodzimego przemysłu i szkolnictwa narodowego i byłaby skorzystała z uzyskanej swobody, aby prędzej czy później zrzucić obce jarzmo, tak, jak to się w części działo w Galicji. Widzimy więc, że rządy demokratyczne nie dadzą się pogodzić z panowaniem najeźdźców. Z tego wynika, że niezbędną częścią składową demokracji jest niepodległość narodowa; nie może być bowiem mowy o demokracji tam, gdzie panują ucisk i niewola narodowa. W interesie każdego najeźdźcy – wszystko jedno, czy to jest Moskal, Niemiec czy Czech – jest skrępowanie rozwoju gospodarczego, oświatowego i politycznego narodu ujarzmionego Przeciwnie zaś, prawdziwie demokratycznym może być tylko naród oświecony, wolny i niepodległy, który sam również nikogo nie uciska ani nad nikim nie panuje.

Rozwijający się kapitalizm państw najezdniczych rozbudził w masach robotniczych i chłopskich polskich, wraz ze świadomością klasową i demokratyczną, także świadomość narodową. Pod szponami kapitalizmu obcego i swojskiego uświadomił sobie proletariusz polski, że jest człowiekiem, dziś i jutro może jeszcze cierpiącym i wyzyskiwanym, ale mającym pewne prawa obywatelskie. W tym samym procesie duchowym uświadomił sobie dość rychło, że ma także pewne prawa narodowościowe. Od tej świadomości do postanowienia walczenia o te prawa był już krok tylko jeden, gdy siła i klasowy charakter polskiego ruchu socjalistycznego i zarazem demokratycznego były już o tyle dojrzałe i świadome swoich dróg celów, że wyrazy „Ojczyzna” i „Niepodległość” nie tylko przestały być dlań wstrętnym straszakiem, lecz stały się częścią tej świadomości. Od tej chwili stały się one programem naszym i hasłem bojowym, ukochanym, dla którego nie poświęciliśmy nigdy i nie poświęcimy naszych ideałów socjalistycznych, ale poświęcamy pracę, siły, pieniądze i życie… Dlatego to z pogardą i politowaniem odrzucamy bez odpowiedzi podstępne i ciasne pytanie: Czy zdążacie przez niepodległą Polskę do socjalizmu, czy też przez socjalizm do niepodległej Polski? Walczymy równocześnie i z równym zapałem o niepodległą Polskę i o socjalizm, albowiem nie ma i być nie może na polskiej ziem wolności, demokratyzmu ani socjalizmu bez niepodległości, albowiem Niepodległa Polska jest jedną ze stron i polskiego i międzynarodowego ideału socjalistycznego i to jedną z najważniejszych.

Niestety utrudniały zrazu ruchowi socjalistycznemu w Polsce „unarodowienie się” – jeżeli to tak nazwać wypada – burżuazja, szlachta i urzędnikieria polska, które nie wahały się każde, choćby najskromniejsze żądanie podwyższenia zarobków lub skrócenia czasu pracy, a zwłaszcza wszelkie żądanie reform demokratycznych, piętnować, jako czyn wysoce „niepatriotyczny”, używając natychmiast przeciwko „zbuntowanym” robotnikom pomocy carskich, pruskich i austriackich żandarmów i prokuratorów. Z drugiej jednak strony codzienne doświadczenia, że rządy najezdnicze utrudniały lub wręcz uniemożliwiały robotnikom organizowanie się i nieraz z góry nie pozwalały przedsiębiorcom na żadne ustępstwa na ich korzyść, umacniało klasę robotniczą w tym przeświadczeniu, że walka z najazdem jest tak samo dla niej ważną, a może nawet pilniejszą, aniżeli walka z wyzyskiwaczami. Jednym słowem robotnicy zrozumieli, że Polska niepodległa jest koniecznym warunkiem swobodnego rozwoju ich klasy. Ruch rewolucyjny narodowy zyskał w ten sposób w ruchu robotniczym socjalistycznym potężnego i pożądanego sojusznika. Dlatego mogliśmy zauważać, że – zwłaszcza pod naborem rosyjskim – socjaliści cieszyli się długo uznaniem i poparciem szczerych patriotów spośród burżuazji – dążących do rewolucji narodowej.

Znamienną jest niezmiernie rzeczą; iż stosunek ten pogorszył się, aż w końcu zepsuł się na dobre, właśnie wtedy, gdy socjaliści polscy wyraźnie wywiesili sztandar walk o niepodległość narodową, a burżuazja polska przestała marzyć o rewolucji narodowej. Nas to nie zadziwia, nie boli ani nie oburza. Stwierdzamy natomiast z dumą, że zasługą polskiego socjalizmu nie tylko wobec polskiej klasy robotniczej, ale wobec całego narodu polskiego i wobec całej międzynarodówki socjalistycznej, pozostanie na zawsze to, iż dokonał on wielkiej i płodnej syntezy, łącząc ideały patriotyzmu z ideałami socjalizmu. Że stworzył nowe pojęcie, tyle razy przez swoich niestety i przez cudzych wyszydzanego: socjalisty-patrioty.

Do istoty kapitalizmu należy, że jest on zawsze zaborczym. Dąży on do coraz większego rozszerzenia kręgu swoich poddanych przez to, że coraz szersze warstwy dawniej samodzielnych przedsiębiorców przemysłowych i drobnych chłopów wywłaszcza z środków produkcji, zakuwając ich, jako robotników najemnych, oficjalistów albo dłużników, w bezpośrednią lub pośrednią zależność od kapitalistów, a równocześnie i przez to, że usiłuje jak najbardziej rozszerzyć koło swoich odbiorców. Kapitalizm, aby mógł się rozwijać, spełnić swoją rolę dziejową – czyli aby mógł przygotować dane społeczeństwo pod względem rozwoju ekonomicznego, to jest względem rozwoju techniki przemysłowej i handlowej ich organizacji za pomocą karteli i trustów, przy równoczesnym sproletaryzowaniu przeważającej większości danego społeczeństwa, oraz podniesieniu stopnia oświaty i kultury w masie narodu, musi mieć, jako naturalną podstawę operacyjną (to jest jako punkt wyjścia, oparcia się, czerpania nowych sił do obrony lub dalszych zaczepnych działań), im szerszą, tym lepiej oczywiście, własny silny rząd narodowy, własny rynek wewnętrzny, oparkaniony cłami handel protegowany przez rząd i przezeń na zewnątrz reprezentowany, a w razie potrzeby lasem bagnetów osłaniany i rozszerzany. Naturalną tedy tendencją rozwoju ekonomicznego jest wytworzenie państw wewnętrznie spoistych i silnych, z dobrą administracją, ładem i spokojem, wolnych od wszelkich tarć wewnętrznych, aby zaspokoić potrzebę kapitalizmu posiadania wolnych i zjednoczonych państw narodowych. Nie jest to wynikiem żadnej przypadkowości, że właśnie w dobie rozkwitu kapitalistycznego powstały państwa narodowe Anglii, Francji, Niemiec, Włoch itd. i że właśnie w tych państwach narodowych kapitalizm doszedł do najwyższych szczytów swej potęgi. Dlatego też nie jest zaprzeczeniem teorii materializmu w dziejach, lecz jest raczej jej potwierdzeniem, zjawisko, iż dawne prowincje Austrii – Wenecja i Lombardia – po wiekach należenia do niej, właśnie w tej dobie oderwały się od monarchii Habsburgów, aby się przyłączyć do swej macierzy, do zjednoczonych Włoch. Dopiero od tej doby Wenecja i Lombardia zakwitły na nowo, a Włochy stały się państwem nowoczesnym, na wskroś kapitalistycznym i zaborczo imperialistycznym. Naturalną tedy i zgodną zupełnie z zasadami naukowego socjalizmu jest nie tylko dążność do utworzenia państw jednolitych pod względem narodowym, do zgromadzenia w jednym państwie narodowym wszystkich współplemieńców, lecz także wynikająca z tego założenia chęć wynarodowienia innoplemieńców, którzy by się w takim państwie znaleźli. Z tego wynika jednakowoż jeszcze dalsza konsekwencja, że nie leży w interesie kapitalistów wzmacniać rynek wewnętrzny, bo to podnosi stopę życiową ludu i podnosi płace zarobkowe. Dlatego kapitaliści w każdym kraju są wrogami ruchu robotniczego u siebie w domu, a natomiast tęsknią i dążą do podbojów, do zagarnięć cudzych krajów, które by im dostarczały tanich materiałów surowych, a równocześnie zabezpieczały im wolny od zagranicznej konkurencji rynek zbytu dla ich własnych towarów. Dlatego to niemieccy kapitaliści w Austrii z takim uporem sprzeciwiali się najpierw przez sto lat uprzemysłowieniu, a następnie wyodrębnieniu Galicji, chociaż wyodrębnienie takie pożądanym było dla panowania Niemców nad Czechami i resztą ludów austriackich.

Tak wyglądają w świetle prawdy tajemnicze źródła, z których bije miłość ojczyzny, patriotyzm gorący i ofiarny burżuazji, krzepiący i zasilający jej apetyty imperialistyczne i aneksjonistyczne… Jeżeli jakaś siła zewnętrzna – np. najazd obcy, jak to było w Polsce – zamąci kryształową toń owych źródeł, wówczas muszą się wydobywać z nich wstrętne opary targowicy, trójzaborowej lojalności narodowo-demokratycznego moskalofilizmu albo organicznego wcielania się w panslawizm lub we wszechruskij-sowieckij komunizm. Nie przeczymy, że mogą istnieć też dla działań patriotycznych inne pobudki idealnej, uczuciowej natury, lecz istnieją one zawsze tylko u jednostek, u bohaterów, nigdy u klas, i nie mogą odegrać wielkiej roli. Względy natury ekonomicznej, materialnej, są silniejsze od ideałów – one tylko rządzą losami świata.

Burżuazja polska nie spełniła niestety swego historycznego zadania, nie zbudowała w swoim czasie niepodległego państwa polskiego. Przeszkodziły jej w tym własny niedorozwój i przemoc zaborczych sąsiadów. Skutkiem tego opóźnił się o znaczny etap rozwój całego naszego życia społecznego, a tym samym opóźnił się w Polsce rozwój klasy robotniczej, która w dobie dokonywującego się przełomu nie jest ani tak liczną w stosunku do reszty społeczeństwa, ani wewnętrznie tak przygotowaną do uskutecznienia już teraz rewolucji socjalnej, jak u naszych sąsiadów niemieckich lub czeskich, chociaż – to musimy stwierdzić – i tam jeszcze nie wybiła godzina socjalizmu. Ale zadanie tworzenia jednolitego państwa narodowego polskiego, zupełnie niepodległego i zjednoczonego ze wszystkich części narodu polskiego, musi być spełnione, tak samo dokonanymi muszą być inne zadania. Spełnienie tego zadania pozostawiły pokolenia poprzednie nam i w pierwszym rzędzie klasie robotniczej. Klasa robotnicza polska stała się spadkobierczynią ideałów i celów dawniejszych warstw pokoleń rewolucyjnych, więc i walkę o niepodległość od nich przejęła. Zanim pójdziemy dalej na drodze do socjalizmu, który uważamy jako wynik musowego, nieodzownie koniecznego rozwoju ekonomicznego w pewnym określonym kierunku, musimy ten dług spłacić, którego sami nie zaciągnęliśmy, musimy odbudować Polskę wolną, niepodległą, zjednoczoną.

Więc nie jest to objaw żadnego wykpiwanego „socjal-patriotyzmu”, lecz naturalny wynik stosunków, mus dziejowy, że o zjednoczenie z niepodległą Polską, która powstała nareszcie z oparów krwi wojny światowej, Śląska Cieszyńskiego i Górnego, Spisza i Orawy, Lwowa i Wilna i zagłębia naftowego borysławskiego oraz reszty ziem polskich, walczyli i walczą w pierwszym szeregu robotnicy socjalistyczni i że w Legionach Polskich” większość, większość świadomą, stanowili robotnicy i inteligencja socjalistyczna, że twórcą tych bohaterskich Legionów nie był nikt inny tylko socjalista, założyciel, długoletni wódz i bojownik Polskiej Partii Socjalistycznej, pierwszy naczelnik Wolnej, Niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej – Józef Piłsudski.

Tadeusz Reger

Powyższy tekst Tadeusza Regera to cała broszura, wydana nakładem redakcji tygodnika „Prawo Ludu”, Kraków 1919. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Powiadają oto, że nasz chodzący paradoks, znany wszystkim gentleman o nieznanym nazwisku, twórca głośnej rubryki „Cichy jak kot” [prawdopodobnie William E. Johnson (1862-1945), amerykański prohibicjonista, policjant i okazjonalnie autor o tym pseudonimie – przyp. tłumacza], poczynił w swoim ostatnim artykule pewne interesujące uwagi. To przez wybraną przez niego metaforę nie mogę powstrzymać się i nie powiedzieć, że pokazał pazur, ale niekoniecznie już kocią przebiegłość. Powiadają otóż, jakoby stwierdził, że nie dba o to, czego ludzie chcą, ponieważ i tak są zbyt niedoskonali, by wiedzieć, co dla nich dobre. Na ile widzę, wychodzi on po prostu z akceptowanego powszechnie dzisiaj aksjomatu, że wolność, obywatelstwo i wszystkie tego typu rzeczy to czyste nonsensy; i że jeśli Ameryka naprawdę jest, jak niektórzy o niej mówią, demokracją, to musi być też domem wariatów. Według przekazów, drugi element jego przesłania stanowi zaś teza, iż nie istnieje i nie może istnieć coś takiego, jak wolność osobista, chyba że w dżungli. Istotnie, prawdziwa wolność osobista zdarza się rzadko – ale szukać jej trzeba w najbardziej zaawansowanych cywilizacjach, a nie w dżungli. Tak czy owak wszakże, obrazy, jakich używa, wyjątkowo nie nadają się do obrony sprawy, której broni. Słysząc bowiem, że wolność może narodzić się tylko w dziczy, automatycznie niemal przypominamy sobie, że ta szczególna forma tyranii, której tak bardzo broni, również narodziła się w dziczy. Tyrania abstynencji ma swoje źródło w fakcie, że nie wolno pić wina na pustyni. Dzikie, wędrowne ludy Arabii postanowiły po prostu w pewnym momencie narzucić swoje mniej lub bardziej konieczne negacje szczęśliwszym ludom, siedzącym pod własną winoroślą i drzewem figowym. Ze swojej strony zauważam zaś, nikomu nie uwłaczając, że nowe restrykcje również pojawiły się w tych rejonach globu, które dopiero niedawno zostały ucywilizowane – w Ameryce, na przykład, oraz angielskich koloniach. Bo w Ameryce prohibicji naprawdę jakoś można bronić. W Europie nie można. Dla prohibicjonisty z nowego świata to Anglia, o całym Starym Kontynencie nie wspominając, będzie nowym światem. I nie chodzi mi bynajmniej o kwestię napojów wyskokowych, których spożycie prohibicjonista w oczywisty sposób zwalcza; ale o samą kwestię wolności, którą to wolność zwalcza dużo bardziej zaciekle. I, powtarzam, muszę przyznać, że jest to walka jakoś tam szlachetna, że cechują naszego przeciwnika przynajmniej typowo amerykańskie cnoty: prostoty i szczerości. Powiedzieć tak otwarcie, krótko i węzłowato: „Wolność to bzdura i ludziom nie wolno dawać tego, czego chcą” – to jest coś. Myśli tak bowiem dzisiaj bardzo wielu średnio rozgarniętych ludzi, nie mają jednak moralnej odwagi wyrazić swoich poglądów w sposób równie przejrzysty. W tym sensie, usprawiedliwiona jest zaiste Ameryka od dzieci swoich. Oto jej nieodrodny syn niszczy demokrację z ludowym zapałem prawdziwego demokraty. I tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który naprawdę mnie interesuje; do drugiej tezy, którą ponoć wygłosił – że to, czego ludzie chcą, się nie liczy, bo są zbyt niedoskonali, aby wiedzieć, co dla nich dobre. Otóż z logicznego punktu widzenia ma ten krystalicznie jasny argument ledwie jedną wadę; niedostrzegalną zresztą najwyraźniej, z jakichś tajemniczych przyczyn, dla wszystkich, którzy go używają. Przyjmijmy, jako pierwszą przesłankę sylogizmu, że wszyscy ludzie są niedoskonali. Tym, co trzeba przyjąć następnie, jest bez wątpienia fakt, że wszyscy prohibicjoniści są ludźmi. Wniosek tej dedukcji brzmi zaś tak strasznie, tak szokująco, że omal nie zawahałem się, czy go tutaj wyciągać. Wielu jednak, pozbawionych mojej wrodzonej delikatności, wyciągnie go bez problemu, i na pewno bez wahania. Oto bowiem okazuje się, że amerykańscy prohibicjoniści również są niedoskonali; powiedziałby ktoś pewnie, że w tym sensie, iż mają niedoskonałe mózgi; ja powiem może tyle, że na pewno niedoskonałe argumenty. Najbardziej niedoskonałym zaś z ich argumentów jest ten dotyczący niedoskonałości. Jeśli ludzie nie wiedzą, co dla nich dobre, w oczywisty sposób abstynenci również nie wiedzą, czy abstynencja jest dla nich dobra. Niemniej, błąd ten widać w bardzo wielu różnych kwestiach, nie tylko abstynencji, i ogólnie chodzi o sprawy znacznie większe, niż czy pić czy nie pić. Wielu eugeników twierdzi na przykład, że wszystkie małżeństwa powinny być aranżowane i kontrolowane naukowo. Przygotowują plany, czasami bardzo szczegółowe, i zawierające wszystko, poza listą osób, którzy mieliby zajmować się tym naukowym nadzorem w praktyce. Wiedzą wszystko na temat człowieka i jak kierować jego życiem; ale już chyba mniej na temat nadczłowieka, który miałby być kierownikiem. Jeśli ci panowie naprawdę uważają, że najlepszym możliwym ustrojem jest arystokracja natchnionych swatów, w naturalny sposób powinni umieć powiedzieć nam, kim owi swaci są i dlaczego. Jeśli zaś nie chcą przyznać się do poglądów arystokratycznych i wolą chować się za fasadą demokracji, to mają problem. Oto bowiem wszyscy okazujemy się za głupi, by zajmować się własnymi sprawami; i dość mądrzy, by zajmować się sprawami innych.

Na przykład widziałem niedawno sporządzony przez jakichś urzędników raport, w którym najróżniejsi, żywi i prawdziwi ludzie płci obojga rozbierani byli na czynniki pierwsze i klasyfikowani jako „dobrze przystosowani”, „źle przystosowani”, i tak dalej. Podstawą klasyfikacji były zaś to, jakich odpowiedzi udzielili wypełniając swego rodzaju krótką ankietę dotyczącą ich gustów estetycznych, poglądów na obecne spory partyjne i tak dalej. Otóż mam do podobnych egzaminów, jakie często dzisiaj przeprowadza się wśród warstw uboższych, sporo zastrzeżeń, pierwszym z nich jest zaś to, że nie mamy możliwości przeegzaminować egzaminatorów. Nie wiemy, dlaczego wybrali te akurat, a nie inne pytania; z jakich przyczyn, z dobrej czy złej woli. A przecież oni sami mogą wykazywać spory poziom „nieprzystosowania” w różnych ważnych sprawach; takich jak poczucie humoru i doświadczenie ludzkiej natury. Ani im nie zaświta, na przykład, że kiedy jakiś robotnik na pytanie, jakie kupuje dobra drugiej potrzeby, uznał za stosowne odpowiedzieć krótko: „piwo”, to mógł tak zrobić dokładnie po to, aby odpowiedzieć krótko. Albo że kiedy na pytanie o to, jak spędza czas wolny, odparł: „palę papierosy”, mogło to wynikać z jego przemożnej chęci, by nie spędzać go odpowiadając na osobiste pytania zadawane przez kompletnie obcych ludzi. Nie jest również wykluczone, że odpytywani postanowili, specjalnie dla swych egzaminatorów, ludzi pewnej klasy, miłośników Botticellego i adeptów Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, popisać się wysmakowaną ironią wyższego rodzaju. Poza tym, można wyobrazić sobie przecież całe mnóstwo pytań, na które robotnicy umieliby odpowiedzieć, egzaminatorzy zaś nie; ze względu na co nie zostały one zadane. Gdybyśmy jednak oni i ja, jak również egzaminatorzy i egzaminowani, słowem: my wszyscy, znaleźli się nagle w nowej sytuacji, w innym stosunku tak do siebie jak otaczającego nas świata, to sądzę, że wielu z nas czekałoby nie lada zaskoczenie. Gdybyśmy na przykład obudzili się pewnego dnia na bezludnej wyspie, to wątpię, czy wszyscy egzaminatorzy okazaliby się tak perfekcyjnie przystosowani, wszyscy egzaminowani zaś tak nieprzystosowani, jak się niektórym (zwłaszcza egzaminatorom) wydaje. Przypuszczam, że przekonalibyśmy się, że jest coś takiego jak praktyczne doświadczenie i sposób radzenia sobie z życiem niekoniecznie identyczny z wysublimowaną kulturą klasy średniej. I że nawet indywidua tak żałośnie niezaradne, jak te, które skręcają nam krzesła, wożą nas w taksówkach, czy budują domy, w których mieszkamy, wiedzą o świecie jedną czy dwie rzeczy, których nie ujęto w naukowym kwestionariuszu. I bardzo wątpię, czy uda nam się kiedykolwiek znaleźć egzaminatorów odpowiednich, aby sprawdzić coś takiego, przynajmniej dopóki nie osiągniemy dużo większej niż dzisiaj prostoty ducha – i nauczymy się egzaminować ludzi z pokorą i poczuciem humoru.

Gilbert Keith Chesterton

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 27 września 1919 r. Powyższe tłumaczenie opublikowano na stronie Chesterton Polska, a u nas ukazuje się w porozumieniu z tłumaczem.

Moczar – reaktywacja? (2008)

Moczar – reaktywacja? (2008)

W 2003 r. znany francuski filozof Alain Finkielkraut wydał książkę „Au nom de l’Autre. Réflexions sur l’antisémitisme qui vient”. Postawił w niej tezę, że dotychczasowy antysemityzm, będący domeną skrajnej prawicy, jest dziś zjawiskiem dużo mniej groźnym niż nowe oblicze antysemityzmu – lewicowe.

Prowadzona z lewicowych pozycji krytyka państwa Izrael staje się bowiem pożywką dla coraz bardziej agresywnych teorii wymierzonych w Żydów. Żydzi w Izraelu i poza nim (np. „lobby syjonistyczne” w USA) są przedstawiani jako wcielony diabeł, który ma na sumieniu wyłącznie liczne zbrodnie. Z kolei świat arabski i ugrupowania islamskie prezentowane są wyłącznie w jasnych barwach, jako ofiary agresji żydowskiej oraz „imperializmu”. Na tym tle wyrasta nowy antysemityzm – znów Żydzi przedstawiani są w czarno-białych barwach, stają się kozłem ofiarnym.

Książka Finkielkrauta ukazała się w polskim przekładzie w 2005 r., pt. „W imię Innego. Antysemicka twarz lewicy”. Wydawać by się mogło, że w naszym kraju jest to problem egzotyczny. Tak jednak nie jest. Coraz bardziej agresywny lewicowy „antysyjonizm” istnieje także w Polsce. Czterdziesta rocznica wydarzeń marcowych jest dobrą okazją, by przyjrzeć się temu zjawisku.

SS – „Spisek Syjonistyczny”

W numerze 14 pisma „Lewą Nogą” (redaktorzy: Stefan Zgliczyński, Przemysław Wielgosz; wydawca: Instytut Wydawniczy Książka i Prasa) można znaleźć opinie, których nie powstydziłyby się periodyki skrajnej prawicy.

Szczególnie wymowny jest tekst Israela Shamira. Nawiązując do antysemickich prześladowań w carskiej Rosji i w Związku Radzieckim, Shamir ocenia, że prezentują się one „bardzo blado” na tle sytuacji w dzisiejszym Izraelu. W tym ostatnim „goje są zamknięci w rezerwatach i obozach koncentracyjnych”. Shamir twierdzi, że „wieki antyżydowskich pogromów spowodowały mniej ofiar niż to do czego jesteśmy zdolni w jeden tydzień”. Swoim bagatelizowaniem antysemityzmu obejmuje również zbrodnie hitlerowskie. Stawia on ciągle znak równości między władzami Izraela i III Rzeszy. Pisze, iż „Palestyńczyk nie może udać się do wioski obok bez ausweisu w żydowskiej wersji”. Propozycje pokojowe, z którymi wobec Palestyńczyków występowali przywódcy izraelscy, porównuje natomiast do nazistowskiej strategii zamykania Żydów w gettach i obozach koncentracyjnych: „/…/ najbardziej liberalny żydowski plan przewiduje stworzenie szeregu gett dla gojów, ogrodzonych drutem kolczastym, otoczonych przez żydowskie czołgi, z żydowskimi fabrykami u wejścia. W nich Arbeit uczyni gojów Frei”.

Kulminacją takich wywodów w tekście Shamira jest jednak stwierdzenie: „Co nas właściwie denerwowało w postępowaniu niemieckich nazistów? Ich rasizm? Nasz rasizm nie jest mniej rozpowszechniony ani mniej śmiercionośny”. Tak oto z łamów rzekomo lewicowego czasopisma możemy się dowiedzieć, że hitlerowski rasizm (mający na koncie ludobójstwo 6 milionów Żydów i milionów przedstawicieli innych narodowości) nie jest bardziej śmiercionośny niż polityka państwa Izrael.

Kim jest autor tych wywodów? Jak ujawniło kilka pism monitorujących skrajną prawicę, m.in. „Expo” i „Monitor”, Israel Shamir współpracował np. z wieloletnim przywódcą Ku Klux Klanu, Davidem Duke’em czy z Martinem Websterem, znanym działaczem neofaszystowskim z Wielkiej Brytanii. Tłumaczem tekstów Shamira na norweski jest Hans Olaf Bendberg, znany z krytyki pamiętników Anny Frank, którym zarzucał, że nie wspomniano w nich „milionów dobrych Niemców”. Jego szwedzki sojusznik, Lars Adelskog, jest autorem książki „argumentującej”, że Holocaust faktycznie nie miał miejsca.

Shamir zarzucał brytyjskiemu dziennikowi „Times”, że stał się częścią „światowej konspiracji syjonistycznej”, zmierzającej do zniszczenia Arabów i muzułmanów. Narzędziem tej konspiracji ma być również administracja prezydencka USA, którą Shamir – wykorzystując terminologię amerykańskich ugrupowań neonazistowskich – określa jako „syjonistyczny rząd okupacyjny” (Zionist Occupation Government). Twierdzi też, że w legendach o popełnianiu przez Żydów tzw. mordów rytualnych mogło być „wiele prawdy”. Uważa ponadto, iż „Protokoły Mędrców Syjonu” należy traktować jako poważne źródło historyczne. Żydzi – twierdzi Shamir – są wrogami ludzkości co najmniej od czasów ukrzyżowania Chrystusa, które popełnili w imię swojego religijnego „kultu mamony”. Niezbędne jest, wobec tego – dodaje, posługując się osławioną formułą nazistów – „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Nastąpi ono, gdy Żydzi, naśladując samego Shamira, nawrócą się na prawosławie, a ich państwo w Palestynie zostanie zlikwidowane.

Zdaniem Shamira, antysemityzm był i pozostaje mitem, który stworzyli sami Żydzi, aby odwrócić uwagę od swoich knowań. Taką funkcję – głosił on na konferencji w Bejrucie, gdzie negacjoniści z całego świata podważali istnienie komór gazowych w Auschwitz – pełni również „mit Holocaustu”. Nic dziwnego, że od poglądów i osoby Israela Shamira publicznie odcięło się wielu zadeklarowanych przeciwników polityki państwa Izrael. Radykalnie lewicowy działacz i publicysta Lenni Brenner określił go mianem „oszczercy i politycznego głupca”. Współpracy z Shamirem odmówili izraelscy aktywiści antywojenni z organizacji Matzpen (m.in. znany izraelsko-brytyjski dysydent i wybitny uczony Moshe Machover).

W Polsce oprócz redakcji „Lewą Nogą” promotorem wywodów Shamira jest jawnie antysemicki portal internetowy www.polonica.net – jego „motto” to „Przeciwko żydokracji! Polska bez żydostwa i żydzizmów!”. Portal ten publikuje teksty Shamira od roku 2001. W Internecie można także znaleźć polski przekład innego z tekstów Shamira, w którym czytamy: „Na początku XX wieku, dziecko z mieszanego małżeństwa prawie zawsze identyfikowałoby się z rdzenną ludnością swojego kraju. Lecz tendencja ta napotkała na przeciwdziałanie historii Holokaustu, ideologicznej konstrukcji wszczepiającej potomkom Żydów fatalistyczne wrażenie »braku ucieczki«. »Nie ma znaczenia czy jesteś Żydem pełnej krwi czy też masz tylko kroplę krwi żydowskiej, czy jesteś ochrzczony czy też nie – mógłbyś tak samo być zamordowany przez hitlerowskich nazistów. Dlatego przyłącz się do Żydów i popieraj Żydów« – oto, w skrócie, idea lansowana przez Żydów w celu utrzymania, w swym dalszym otoczeniu, potomków tychże Żydów. Tak więc Żydzi, reprezentowani przez ideologów Holokaustu, zrobili z Adolfa Hitlera i jego nazistów swoich najlepszych sojuszników”. Tako rzecze „antysyjonista” Israel Shamir, autor lewicowego pisma „Lewą Nogą”…

„Żydzi rządzą Ameryką…”

Na łamach „Lewą Nogą” równie kuriozalne wywody są normą. Dobrym ich przykładem są dwa artykuły amerykańskiego publicysty Jamesa Petrasa.

W artykule „Izrael a Stany Zjednoczone – unikalne stosunki” („Lewą Nogą” nr 14) Petras oskarża swój kraj o „serwilizm wobec Izraela”. Jego zdaniem, Żydzi izraelscy posiadają w Stanach „lobby”, na które składają się „strategicznie usytuowani w systemie gospodarczo-politycznym /…/ kongresmani, media i magnaci z Wall Street”. Petras określa chętnie aktywistów owego „lobby” jako żydowskich „osadników kolonialnych” w USA. „Lobby” kontroluje obie główne partie polityczne, finansując – jak „wyliczył” Petras – Demokratów w 50%, a Republikanów w 35%. „Lobby” zdobyło władzę nad Kongresem, za czego dowód służą Petrasowi przychylne dla Izraela wyniki głosowań w tej izbie. „Lobby” ma na swoich usługach „superbogatych oszustów finansowych /…/ a nawet gangsterów i morderców”, którym zapewnia całkowitą bezkarność.

Nie zadowalając się osiągnięciami swego „lobby”, Izrael ma na dodatek penetrować USA za pośrednictwem „siatki agentów”, oplatającej „bazy wojskowe, Urząd do Walki z Narkotykami, Federalne Biuro Śledcze (FBI), /…/ dziesiątki innych instytucji państwowych, a nawet /…/ tajne biura i mieszkania prywatne personelu policji i wywiadu”. Ta „siatka” działać ma ponoć również „na terenie Pentagonu”. Próby jej zdemaskowania są z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ – jak obwieszcza Petras – kontroluje ona policję, kontrwywiad, wymiar sprawiedliwości i media, które mogłyby ją ścigać. To wszystko Petras pisze całkiem serio.

Nic dziwnego, że dysponując prawie nieograniczonymi możliwościami, „izraelscy agenci” na długo przed 11 września zdobyli „informacje o przygotowaniach do zamachów”, którymi jednak „nie podzielili się ze swoim sojusznikiem w Waszyngtonie”. Nie jest jasne, czy Izraelczycy zawinili jedynie tym, że zaniedbali ostrzec Amerykanów o planowanych atakach na World Trade Center. Petras sugeruje bowiem – powołując się tym razem na pogłoski krążące po „całym Wschodzie arabskim” – że same te zamachy „były wynikiem spisku izraelskiego”, który „miał nakłonić Waszyngton do ataku na arabsko-muzułmańskich przeciwników” państwa żydowskiego. Nie wyklucza, że pomogli je zorganizować wywiadowcy Mossadu, którzy „przeniknęli do grupy” zamachowców z Al-Kaidy…

O ile, według Petrasa, Izrael i USA podejmują kroki na rzecz zapewnienia sobie bezpieczeństwa bezpodstawnie i zbrodniczo, to akcje terrorystów uważa on za całkowicie usprawiedliwione. Oceniając sytuację międzynarodową, w artykule „11 września – rok później” („Lewą Nogą” nr 14), przepowiadał „pospieszny schyłek” imperium USA. Jako narzędzie jego przyspieszenia zalecił globalną walkę zbrojną, której terenem są – w jego przekonaniu – „przystanki autobusowe, deptaki, pięciogwiazdkowe hotele, pizzerie i wszystkie granice Izraela”.

Wywody Petrasa o wszechpotężnym lobby żydowskim/syjonistycznym uznał za kompletną bzdurę Noam Chomsky, znany lewicowy intelektualista, od wielu lat krytykujący politykę Izraela i USA wobec Palestyńczyków i krajów arabskich.

Nowotwór, syfilis i bomby

Teorie Petrasa wziął sobie natomiast do serca Zbigniew Marcin Kowalewski, który na łamach pisma „Rewolucja” (z „Lewą Nogą” łączy ją wspólny wydawca i niemal identyczny zestaw autorów, w tym Kowalewski, który jest redaktorem naczelnym „Rewolucji” oraz stałym współpracownikiem redakcji „Lewą Nogą”) z aprobatą przyjmował metody zamachów terrorystycznych, przeprowadzanych przez „islamski ruch oporu” na przypadkowych żydowskich cywilów. W nr 3 „Rewolucji” prezentował bez śladu dezaprobaty takie organizacje islamistyczne, które deklarują: „zastrzegamy sobie prawo do atakowania wszystkiego, co syjonistyczne na terytoriach okupowanych od 1967 r.” oraz „prawo do uderzania w syjonizm w obrębie terytoriów okupowanych od 1948 r.”. Należy tu wyjaśnić, że przywołany rok 1948 oznacza, iż ofiarą zamachów może paść w zasadzie każdy izraelski Żyd-cywil, bowiem to właśnie w tym roku powstał Izrael – państwo syjonistyczne…

Znamienny jest nie tylko dobór metod przywoływanych w „Rewolucji”, ale także używana terminologia. Kowalewski porównuje państwo Izrael do… nowotworu. W nr 2 „Rewolucji” pisał: „Rola Izraela jako »raka« na ciele świata islamu polega na tym, że na wszystkich kierunkach zagraża on otoczeniu arabskiemu i islamskiemu”. W nr 3 tego samego pisma Ibrahim Nadżi Allusz pisze z kolei o „ideologicznym syfilisie »kompromisu z Izraelem«”.

Najmłodszym dzieckiem wydawnictwa Książka i Prasa jest polska edycja międzynarodowego miesięcznika „Le Monde Diplomatique”. O ile jego wersja francuska i angielska znane są z nasilonej krytyki polityki Izraela, o tyle polska redakcja (sami swoi: „dyrektorem publikacji” jest Zgliczyński, redaktorem naczelnym – Wielgosz, a zastępcą redaktora naczelnego – Kowalewski) wniosła tu specyficzny wkład. Np. w numerze 5/2006 jeden z tekstów redakcja pisma zaanonsowała na pierwszej stronie ramką z wymienionymi ugrupowaniami spod znaku „terroryzmu grup i ludów uciskanych”. Wśród różnych ruchów narodowowyzwoleńczych, w tym takich, które walczą z tyrańskimi i autorytarnymi reżimami, wymieniono tam również… Al-Kaidę.

Viva fantasmagorie!

Kolejny element tej układanki to portal internetowy „Viva Palestyna”. Choć deklaruje obronę praw Palestyńczyków i krytykowanie nadużyć polityki izraelskiej, pełen jest teorii z pogranicza absurdu. I bynajmniej nie tylko o Palestynę tu chodzi – można tu znaleźć np. przedruk artykułu o tym, że „młodzi Żydzi rozrabiają w Polsce”. W „Oświadczeniu w szóstą rocznicę powstania Viva Palestyna: Walczymy w światowej intifadzie”, redaktorzy portalu napisali: „W poczynaniach Izraelczyków, którzy jeszcze trzy lata wcześniej doświadczali tragedii holokaustu, a sami dokonali równie skutecznej destrukcji całej społeczności narodowej, rysują się analogie z polityką realizowaną przez Trzecią Rzeszę”.

Jednym z głównych ideologów „Viva Palestyna” jest Paweł Michał Bartolik z Poznania. To on zaprosił do współpracy wspomnianego Kowalewskiego, pisząc doń (list zamieszczono na tym portalu): „Nader interesujące wydawałyby się materiały dotyczące /…/ siatki szpiegowskiej Mossadu, której obecność zbiega się czasoprzestrzennie z obecnością w USA późniejszych zamachowców 11 września 2001 r. /…/ Osobiście uważam, że Mossad prawie na pewno wiedząc co się święci z premedytacją nabrał wody w usta, a z ponad pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem dbał o mylne tropy i inne informacyjne śmieci dla policji, FBI, CIA etc., by udaremnić zapobieżenie zamachom. /…/ Powstaje też pytanie, kto z izraelskiej wierchuszki, jeśli choć część tych podejrzeń miałaby okazać się prawdą, należał do grona osób dobrze poinformowanych”.

Teksty Bartolika roją się od tego typu wywodów. Zacytujmy jeszcze znamienne fragmenty dwóch z nich. „Był tylko jeden holokaust – nigdy więcej! Tak mówi dziś lotnik bombardujący arabskie osiedla. Tak przemawia operator buldożera dostarczonego w ramach intratnego kontraktu armii izraelskiej przez firmę Caterpillar. /…/ Takie przesłanie /…/ niósł pilot izraelskiego F16, dokonujący przelotu nad obszarem hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Tyle znaczą słowa scholastycznego pismaka Commentary Magazine i tuby skrajnej prawicy syjonistycznej, Edwarda Alexandra, o »zakumulowanym kapitale moralnym«, jakim pozostaje zagłada Żydów w okresie drugiej wojny światowej. Hienom wyjącym w bankach i na giełdach – takim jak te z Caterpillara – lubią wtórować hieny wyjące w grobach. By bez wstydu i cienia wahania pozbawiać dorobku życia i samego życia mieszkańców współczesnych gett i bantustanów, by – jakby na hitlerowskie zawołanie »Siła poprzez radość« – kolonizować i eksterminować” – przekonuje Bartolik.

A następnie wyciąga „oczywisty” wniosek: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”.

„Antysyjonizm” i jego krytycy

Na początku 2003 r. publicysta Michał Bilewicz, jako bodaj pierwszy, zwrócił uwagę na problem lewicowego „antysyjonizmu” w Polsce. Na łamach pisma „Słowo Żydowskie” (periodyk Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce) opublikował tekst będący analizą artykułów zamieszczanych w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”. Pisząc swój tekst z pozycji lewicowych i bynajmniej nie broniąc całokształtu polityki Izraela, dokładnie przeanalizował treści wspomnianych czasopism.

O artykule Stefana Zgliczyńskiego pisał tak: „autor sugeruje, że specjalni wysłannicy Mossadu niebezpiecznie kombinowali przy zamachach na WTC z 11 września, a już na pewno wiedzieli o nich wcześniej i nie poinformowali opinii publicznej. Inny fragment, jak gdyby nigdy nic, informuje nas, że oto zamachy 11 września były na rękę gabinetowi Szarona, który mógł bez obaw rozpocząć swoją kampanię naznaczoną »torturami i mordami z zimną krwią niewinnych starców, kobiet i dzieci«. Aby uwiarygodnić moc swoich słów redaktor Lewej Nogi zaznacza, że w Dżeninie Izraelczycy korzystali z »doświadczeń SS tłumiącego w 1943 roku powstanie w getcie warszawskim«”.

Zrównywania Izraela z III Rzeszą, a konfliktu żydowsko-palestyńskiego z Holocaustem nie zdzierżyło też inne żydowskie pismo, „Midrasz”. W maju 2006 r. na jego łamach ukazał się tekst Michała Otorowskiego, poświęcony wywodom autorów „Lewej Nogi” i „Rewolucji”. Autor pisał: „/…/ już na pierwszy rzut oka widać, że ten nowy przeciwnik polskiego, inteligenckiego filosemityzmu do złudzenia przypomina marcowy antysyjonizm /…/. Wystąpienia polskiej lewicy przeciwko Izraelowi budzą szczególny niesmak. Tak jak antysemicki negacjonizm jest o wiele bardziej naganny tutaj, na ziemi, na której dokonał się Holocaust, tak też skandalicznie brzmią głosy Polaków, którzy odmawiają Żydom w ten czy inny sposób prawa do posiadania państwa /…/”.

Cios z lewej

Do dyskusji wywołanej tekstem Otorowskiego włączyli się dwaj wieloletni działacze lewicy, a przy tym naukowcy zajmujący się zawodowo problematyką rasizmu i antysemityzmu – dr August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz dr Piotr Kendziorek, autor cenionej książki „Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie”.

W numerze „Midrasza” z lipca-sierpnia 2006 r. dokonali oni szczegółowej analizy wywodów Zgliczyńskiego i Kowalewskiego. Kendziorek i Grabski pisali: „W /…/ trąbkę radykalnie antyżydowskiego nacjonalizmu palestyńskiego dmie ile sił w płucach Kowalewski, któremu spędza sen z powiek myśl, że skrajna prawica palestyńska mogłaby organizować mniej zamachów na Żydów, niż czyni to obecnie. Dlatego z dezaprobatą pisał o palestyńskiej petycji z 2003 r., której sygnatariusze wzywali do /…/ zaprzestania zamachów na cywilów”. Zwrócili też oni uwagę, że w „antysyjonizmie” tego rodzaju, jaki propagują redaktorzy „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, ma miejsce „przejęcie całego szeregu tez o charakterze bliskim antysemityzmowi”. Wytknęli również, że teksty sławiące „islamski ruch oporu” przeciwko Izraelowi, przedstawiają bardzo wyidealizowany obraz zjawiska –przemilcza się w nich jawnie antysemickie tezy islamistów, w tym twierdzenie w tzw. Karcie Hamasu, że „Protokoły Mędrców Syjonu” są… autentycznym wyrazem „żydowskich knowań”.

Ci sami autorzy zabrali wkrótce głos na łamach lewicowego tygodnika „Przegląd”. Pisali tam: „Tylko w /…/ klimacie intelektualnym, nasyconym demagogią i idealizacją islamistycznej skrajnej prawicy, mógł się zrodzić gest poparcia dla samobójczych zamachów palestyńskich /…/ wobec nie tylko żołnierzy, lecz także cywilów, który otwarcie wyraził redaktor naczelny »Rewolucji« i czołowy publicysta »Lewą nogą« Zbigniew M. Kowalewski. Idea zabijania przypadkowych izraelskich cywilów, ubrana w lewicowy język przez Kowalewskiego, licytuje swoim radykalizmem wiele numerów pism antysemickiej radykalnej prawicy typu »Szczerbiec« /…/. Po poparciu przez pismo »Rewolucja« takich aktów przemocy, »humanitarna« wydaje się nawet antysemicka kampania propagandowa i czystki w aparacie przeprowadzane w Polsce w marcu 1968 r. Nie szokują już również obecne na łamach periodyków wydawnictwa Książka i Prasa teksty usprawiedliwiające typowe dotychczas tylko dla skrajnej prawicy porównywanie realiów izraelskiej okupacji do komór gazowych Auschwitz”.

Po doświadczeniu krytyki „antysyjonistycznych” tekstów w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, redaktorzy polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” sięgnęli po zabieg posługiwania się nazwiskami lewicowych i liberalnych intelektualistów typu Zygmunt Bauman i Jerzy Jedlicki w komentarzach na temat antysemityzmu w Polsce. Bynajmniej nie przekreśliło to jednak ich ideologicznego szaleństwa wobec Izraela. W „Le Monde Diplomatique” nr 2/2008 znajdziemy np. laurkę na cześć „prawdziwego rewolucjonisty”, czyli Georga Habasha, przywódcy organizacji terrorystycznej, zabijającej izraelskich cywilów.

Insynuacje dobre na wszystko

Prawdziwą furię środowiska Książki i Prasy wywołała jednak inna publikacja. Wspomniany A. Grabski zredagował i wydał pod szyldem Żydowskiego Instytutu Historycznego pracę zbiorową pt. „Żydzi a lewica”. W książce tej, poruszającej rozmaite tematy, opatrzonej pozytywnymi recenzjami wybitnych naukowców, zamieszczono anglojęzyczną wersję wspomnianego tekstu Grabskiego i Kendziorka z „Midrasza”.

Zgliczyński zareagował na ten fakt bardzo nerwowo. W polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” z czerwca 2007 r. w tekście o znamiennym tytule „Publikacja ze skandalem w tle”, napisał, w dobrze już znanym stylu, że Grabski i Kendziorek „wpisują się tym tekstem w szereg publikacji skrajnie prawicowych rasistów, którzy pod pozorem obrony Izraela uprawiają – z morderczym skutkiem – prowojenną politykę szczucia na Irak, Liban, Syrię, czy obecnie Iran”.

Oprócz tego bzdurnego stwierdzenia – wszak Grabski i Kendziorek nie tyle bronili Izraela, ile krytykowali paranoiczny sposób, w jaki np. Kowalewski pozytywnie ocenia zamachy na żydowskich cywilów, a Shamir zrównuje Izrael z III Rzeszą i ludobójstwem w Auschwitz – ze strony Zgliczyńskiego nie pojawiła się żadna merytoryczna odpowiedź na stawiane zarzuty. Natomiast wspomniany Paweł Michał Bartolik z „Viva Palestyna” na portalu Indymedia szczerze oznajmił, co sądzi o krytykach lewicowego antysemityzmu: „nie zamierzamy odpowiadać merytorycznie na jad nędznego doktorzyny, /…/ nie zamierzamy tłumaczyć się z intencji przed ludźmi, którzy są niegodni obmywać nasze stopy. /…/ rezygnujemy z polemiki z wami – nie jesteście bowiem partnerami do dyskusji, lecz, delikatnie mówiąc, gnojem historii”.

Tym jawnym nagonkom na krytyków „antysyjonizmu” towarzyszą mniej cywilizowane próby ich zaszczucia. Pod przedrukami tekstów Kendziorka i Grabskiego, zamieszczanymi na lewicowych portalach internetowych, regularnie pojawiają się anonimowe insynuacje i wulgarne wyzwiska pod adresem autorów.

Jad salonowy

Przywołany na wstępie Finkielkraut zauważył, że nowy, lewicowy antysemityzm jest obecnie znacznie bardziej groźny niż antysemityzm skrajnej prawicy. Ten drugi jest na szczęście, po doświadczeniach Holocaustu, całkowicie skompromitowany i pozostaje zjawiskiem marginalnym, powszechnie potępianym, wegetującym w niszy małych grupek politycznych i niskonakładowych gazetek. Natomiast obsesyjne ataki na Żydów i Izrael w wykonaniu lewicy (które – w takiej formie i treści, jak cytowano wyżej – w żaden sposób nie przyczyniają się do rzetelnego poznania konfliktów bliskowschodnich i ich rozwiązania czy wsparcia dla ofiar), są traktowane znacznie bardziej wyrozumiale, często przenikają do głównego nurtu dyskursu publicznego, na łamy poważnych czasopism i do środowisk uznawanych za wiarygodne. To sprawia, że ich zasięg i oddziaływanie społeczne są znacznie większe, a przez to groźniejsze.

Tak dzieje się właśnie z autorami cytowanych wywodów. Postać publiczna tej rangi, co prof. Karol Modzelewski, publicznie debatuje z Kowalewskim, który bez cienia krytyki prezentuje najbardziej skrajne antyżydowskie ugrupowania terrorystyczne i nie protestuje przeciwko ich zamachom na przypadkowych izraelskich cywilów. Wielgosz, który na łamach „Le Monde Diplomatique” prezentuje Al-Kaidę jako ugrupowanie „ludów i narodów uciskanych”, bierze udział w debatach z Leszkiem Millerem i publikuje na łamach „Dziennika”. „Lewą Nogą” było kilkakrotnie w pozytywny sposób prezentowane przez „Gazetę Wyborczą”, a „Le Monde Diplomatique” jest kolportowany w głównej siedzibie SLD. Tak oto wspierani i legitymizowani są promotorzy teorii o „spiskach syjonistów”, „lobby żydowskim” rządzącym Ameryką, powtórce z Auschwitz w Palestynie, udziale Mossadu w zamachach na World Trade Center itp. Ci sami ludzie, którzy z oburzeniem – skądinąd słusznym – potępiają kserokopiowane biuletyny skrajnie prawicowych antysemitów, wywody księdza Jankowskiego i hasła bazgrane na murach przez małoletnich skinów, ułatwiają przenikanie do głównego nurtu debaty publicznej osób głoszących wyżej cytowane brednie.

Można się zastanawiać nad granicami wolności słowa i uznać, że nawet największe absurdy zasługują na prawo do publikacji. Zgoda – nie zmienia to jednak faktu, że nie należy ich popierać i promować. Problem nie dotyczy krytyki Izraela i jego polityki, lecz tego, w imię czego i jak jest ona prowadzona. Gdy konkretne argumenty zastępowane są przez paranoję i teorie z pogranicza antysemityzmu, jest to moralnie nie do zaakceptowania.

Wiktor Sadłowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 40, wiosną 2008 r.

Dopisek od redakcji „Nowego Obywatela” z października 2020 roku: wydawnictwo Książka i Prasa, które wydawało periodyki publikujące brednie cytowane w powyższym tekście, jest także wydawcą książek, których autor to „antyfaszysta” Przemysław Witkowski. Jak widać, „tropiciel faszyzmu” przez długie lata nie wytropił szmatławych wywodów – zapewne całkowicie przypadkiem tylko dlatego, że wypisywali je jego koledzy i wydawcy. Do tej postaci i innych jej mało znanych poczynań prawdopodobnie wrócimy w przyszłości.

Thomas Paine: Sprawiedliwość agrarna (1797)

Thomas Paine: Sprawiedliwość agrarna (1797)

(przeciwstawna zarówno prawu agrarnemu, jak i agrarnemu monopolowi, stanowiąca plan poprawy warunków życia ludzkiego poprzez ustanowienie Funduszu Narodowego, mającego za cel wypłacanie każdej osobie, która ukończyła dwudziesty pierwszy rok życia, sumy piętnastu funtów szterlingów, aby umożliwić jej wejście w życie, a także dziesięciu funtów szterlingów co roku każdej osobie, która ukończyła już albo w przyszłości ukończy pięćdziesiąty rok życia, z zamysłem zapewnienia wszystkim takim osobom starości bezpiecznej od nędzy oraz możliwości godnego funkcjonowania w świecie.)

Wstęp

Niniejsza krótka rozprawa napisana została zimą, na przełomie lat 1795-1796; i choć długo wahałem się, czy opublikować ją w trakcie trwania obecnej wojny [1], czy poczekać na zawarcie pokoju, zawsze, od czasu, gdy ją napisałem, trzymałem ją blisko przy sobie.

Tym, co skłoniło mnie ostatecznie do jej publikacji, było kazanie wygłoszone przez biskupa Landlaff, Watsona [2]. Niektórzy z moich czytelników pamiętają zapewne dobrze, że to ten sam duchowny, który w odpowiedzi na moją „Epokę rozumu” napisał „Apologię Pisma Świętego”. Zdobyłem egzemplarz tej rozprawy, i doprawdy, może oczekiwać ode mnie rychłej reakcji.

Na końcu swojego traktatu, ksiądz biskup zamieścił listę innych swych prac, pośród których znajduje się i rzeczone kazanie; nosi tytuł „Na niezgłębioną dobroć i mądrość Boga, który uczynił biednego i bogatego; z dodatkiem, zawierającym refleksje na temat obecnego położenia Anglii i Francji”.

Oczywisty błąd, zawarty w powyższym tytule, popchnął mnie do przyśpieszenia druku „Sprawiedliwości agrarnej”. Nie jest bowiem prawdą, jakoby Bóg stworzył biednego i bogatego; Bóg stworzył mężczyznę i kobietę; i dał im ziemię jako ich dziedzictwo.

Zamiast zatem utwierdzać jedną część ludzkości w jej grzechu, kler dobrze by zrobił, gdyby spróbował uczynić kondycję ludzką mniej nędzną, niż ona obecnie jest. Religia praktyczna polega na czynieniu dobra; i jedyną możliwą służbą Bogu jest przymnażanie szczęścia jego stworzeniu. Każdy zaś inny sposób mówienia o religii to nonsens i czysta obłuda.

Sprawiedliwość agrarna

Zachować korzyści tego, co nazywa się „życiem cywilizowanym” i naraz zaradzić złu, które ono prokuruje – powinno to stanowić jeden z pierwszych celów nadchodzącej reformy prawnej.

Czy ów stan, życia, który z tak wielką dumą (i być może błędnie) nazywamy cywilizacją pomnożył czy pomniejszył szczęście rodzaju ludzkiego, to pytanie, na które bardzo trudno znaleźć odpowiedź. Z jednej strony, olśniewają nas cywilizacji szaty zewnętrzne; z drugiej: szokują skrajności nędzy i zła; i pierwsze, i drugie to owoc działań człowieka cywilizowanego. W tak zwanych „cywilizowanych” krajach żyją najbogatsi, ale i najbiedniejsi, najnędzniejsi przedstawiciele naszego gatunku.

Aby zrozumieć, jak w istocie powinno wyglądać życie społeczne, należy wyrobić sobie pewne pojęcie na temat pierwotnego stanu natury, który je poprzedza; takiego, w jakim żyją dzisiaj choćby Indianie Ameryki Północnej. Otóż wśród żyjących w tym stanie nie da się znaleźć niczego podobnego owym tragicznym spektaklom ubóstwa, jakie widujemy we wszystkich miastach i na wszystkich niemal ulicach Europy. Nędza, zatem, to wytwór tego, co zwykło nazywać się życiem cywilizowanym. W stanie natury nie istnieje. Z drugiej strony, stan natury pozbawiony jest wszystkich owych korzyści, jakie niosą rolnictwo, sztuki, nauki i przemysł.

W porównanie z życiem biednych Europejczyków, życie Indianina to wieczne święto; i, z drugiej strony, rzecz mało pociągająca, jeśli porównać je z życiem naszych bogatych. Cywilizacja, niniejszym, czy też to, co zwykło się nazywać cywilizacją, uczyniła jedną część społeczeństwa znacznie bardziej bogatą, a drugą znacznie bardziej nieszczęśliwą, niż byłyby one w stanie naturalnym.

Ze stanu natury do stanu życia społecznego przejść można zawsze, ze stanu społecznego do naturalnego jednak przejść się nie da. Powodem tego jest fakt, że człowiek w stanie natury utrzymuje się z polowań, tak też aby zapewnić sobie wyżywienie potrzebuje więc około dziesięć razy więcej ziemi, niż wystarczyłoby mu w stanie cywilizowanym, w którym się ją uprawia. Gdy zatem jakiś kraj dzięki dodatkowym osiągnięciom rolnictwa, sztuk i nauk staje się bardziej ludny, stan społeczny bezwzględnie należy zachować; z jego likwidacją starczyłoby żywności prawdopodobnie dla nie więcej niż jednej dziesiątej mieszkańców. To zatem, co trzeba teraz zrobić, to zaradzić złu, jakie pojawiło się wśród nas ze względu na przejście ze stanu natury do stanu tak zwanej cywilizacji, zachowując jednocześnie wszystkie korzyści, jakie ten proces ze sobą przyniósł.

Jeśli spojrzy się na problem z tej perspektywy, łatwo można dostrzec, że pierwszą zasadą życia cywilizowanego powinno było być, i wciąż powinno być, aby warunki życia każdego człowieka, który przychodzi na świat w stanie społecznym, nie były gorsze, niż gdyby był urodził się przed jego ustanowieniem. Fakty są jednak takie, że egzystencja milionów ubogich, w każdym zakątku Europy, jest znacznie gorsza, niż gdyby przyszło im urodzić się przed powstaniem cywilizacji czy pośród Indian amerykańskich. Wyjaśnię teraz pokrótce, jak do tego doszło.

Niekwestionowanym aksjomatem jest, że w stanie naturalnym, niecywilizowanym, ziemia była, i do dziś pozostawałaby, wspólną własnością całego rodzaju ludzkiego. W tym stanie zatem każdy człowiek z urodzenia jest posiadaczem. Współ-posiadaczem, wraz ze wszystkimi innymi, ziemi i wszystkich jej naturalnych owoców świata zwierzęcego i roślinnego.

Niemniej, w stanie naturalnym, jak powiedzieliśmy, ziemia może wyżywić ledwie niewielką liczbę ludzi w porównaniu do tej, którą potrafi wyżywić w stanie kultywacji. I ponieważ w oczywisty sposób nie da się oddzielić procesu kultywacji ziemi i jego skutków od samej ziemi, z tego nierozerwalnego związku narodziła się idea, że ziemię można posiadać prywatnie; prawda jest jednak taka, że to nie ziemia, ale wyłącznie wartość ulepszeń przynoszonych przez proces uprawy, może stanowić wartość stricte osobistą. Każdy zatem, kto posiada jakąś działkę, winien jest płacić od niej społeczeństwu swego rodzaju czynsz gruntowy (nie znajduję bowiem lepszego określenia na oddanie tego przedmiotu). To ten czynsz właśnie może stać się źródłem pieniędzy dla narodowego funduszu, którego ustanowienie nasz plan przewiduje.

Z samej natury rzeczy, a także ze wszystkich przekazanych nam danych historycznych, wysnuć można niezbity wniosek, że idea prywatnej własności ziemskiej narodziła się wraz z powstaniem rolnictwa, przedtem zaś nie istniała. Nie mogła istnieć na pierwszym etapie rozwoju człowieka, kiedy był myśliwym; ani na drugim, kiedy był pasterzem: ani Abraham, ani Izaak, ani Jakub ani Hiob, na tyle na ile historia biblijna przekazuje nam rzeczy prawdopodobne, a więc można jej zaufać, nie mieli własności ziemskiej. Ich majątek składał się, co się opisuje bardzo szczegółowo, zasadniczo ze stad zwierząt, z którymi przemieszczali się z miejsca na miejsce. Liczne, również szczegółowo opisane, konflikty o studnie, mające miejsce w jałowym kraju Arabii, w którym ci ludzie żyli, również jasno wskazują, że pojęcie osobistej własności gruntu ówcześnie nie istniało. Nikt nie uznawał ziemi za choćby możliwy przedmiot indywidualnego posiadania.

Pierwotnie pojęcie osobistej własności ziemskiej nie mogło zatem występować. Człowiek nie stworzył ziemi – i choć miał prawo na niej mieszkać, to nie miał najmniejszego prawa rościć sobie tytułu do jakiejkolwiek, najmniejszej nawet jej części; Stworzyciel świata zaś nie otworzył agencji nieruchomości, która mogłaby mu taki tytuł przyznać. Skąd zatem wzięła się idea prywatnej własności ziemi? Odpowiadam jak wcześniej: powstała ona wtedy, gdy zaczęto ziemię uprawiać; z powodu niemożliwości fizycznego oddzielenia od siebie działki i różnych udoskonaleń, jakie przyniósł danej działce proces kultywacji. Wartość tych technicznych udoskonaleń tak gigantycznie, w tamtych czasach, przerosła naturalną wartość ziemi, że ją wchłonęła; aż w rezultacie naturalne prawo wszystkich zaczęto mylić z prawem jednostek, które pojawiło się w efekcie rozwoju społecznego. Prawa naturalne i społeczne to jednak dwa zupełnie odmienne porządki prawa, i będą takie dopóty, dopóki świat trwa.

Wyłącznie śledząc rozwój pewnych spraw aż do samego ich początku możemy wyrobić sobie o nich właściwe pojęcia; i wyłącznie dzięki właściwym pojęciom o rzeczywistości możemy odnaleźć granicę oddzielającą dobro od zła i pozwalającą każdemu poznać, co do niego należy. Zatytułowałem niniejszy traktat „sprawiedliwość agrarna” po to, aby wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi mi tylko o prawo agrarne. Bo nie ma niczego bardziej niesprawiedliwego niż prawo agrarne w państwie z rozwiniętym rolnictwem; bo choć każdy człowiek, jako zamieszkujący ziemię, jest współ-właścicielem jej całej w jej stanie naturalnym, nie wynika stąd bynajmniej, że współ-posiada ją również, gdy znajduje się ona w stanie kultywacji. Wartość dodana, pochodząca z kultywacji, gdy system osobistej własności ziemi został ustanowiony, stała się własnością pierwszych rolników, tych, którzy po nich dziedziczyli, lub tych, którym zdecydowali się ją oni sprzedać. U samego zarania miała właściciela. Dlatego też, choć bronię praw i sprawy wszystkich tych, którzy przez wprowadzenie osobistej własności ziemi pozbawieni zostali swego naturalnego dziedzictwa, to z równym zapałem bronić będę prawa każdego właściciela do tego, co istotnie ma na własność.

Rolnictwo to jedno z największych, o ile nie największe, osiągnięcie ludzkiego rozumu. Pomnożyło wartość ziemi dziesięciokrotnie. Niemniej, monopol ziemski, którego powstanie spowodowało, przyniósł także największe w historii ludzkości nadużycia. Ponad połowa mieszkańców każdego kraju wywłaszczona została ze wspólnego wszystkim, naturalnego dziedzictwa, nie dostawszy w zamian, wbrew elementarnym wymogom sprawiedliwości, żadnego zadośćuczynienia; w ten sposób powstała wśród nas klasa nędzarzy, żyjąca w niespotykanie dotąd złych warunkach.

Broniąc sprawy tych ludzi, powołuję się nie na miłosierdzie – lecz na sprawiedliwość. Taką jednak sprawiedliwość, której, nie zadbawszy o nią u samego zarania, nie dało się zaprowadzić aż do teraz, gdy niebiosa otworzyły przed nami sposobność do rewolucyjnej zmiany ustroju. Oddajmy rewolucjom hołd wprowadzając sprawiedliwość na ziemi – błogosławieństwem przydajmy wiarygodności ich postulatom.

Nakreśliwszy tutaj zatem pokrótce kontekst problemu, przechodzę do omówienia planu, który proponuję, a który obejmuje:

Stworzenie Funduszu Narodowego, z którego to będzie wypłacać się każdej osobie, która osiągnęła dwudziesty pierwszy, sumę PIĘTNASTU FUNTÓW SZTERLINGÓW jako częściowe zadośćuczynienie za utratę swego udziału w naturalnym dziedzictwie ludzkości ze względu na wprowadzenie systemu własności ziemskiej; a także DZIESIĘCIU FUNTÓW SZTERLINGÓW per annum każdej osobie, która ukończyła pięćdziesiąty rok życia, jak również wszystkim, które osiągną ten wiek w przyszłości.

Środki, dzięki którym utworzenie Funduszu będzie możliwe

Sformułowałem już zatem zasadę mojego rozumowania, to znaczy: że ziemia w swoim stanie naturalnym była, i pozostawałaby do dzisiaj, wspólną własnością rodzaju ludzkiego – inaczej mówiąc: że w takich warunkach każdy człowiek rodziłby się posiadaczem – i że system własności ziemskiej, ze względu na swój nierozerwalny związek z procesem i skutkami kultywacji oraz tym, co nazywa się życiem cywilizowanym, pozbawił owej naturalnej własności wszystkich, którzy nie mają w nim części, bez zapewnienia im, jak to powinno było się uczynić, sprawiedliwego zadośćuczynienia.

Wina wszakże nie leży po stronie obecnych właścicieli. Nie mam zamiaru czynić im ani explicite, ani implicite, żadnego zarzutu, o ile nie wkroczyli na drogę przestępstwa, przecząc zasadom sprawiedliwości. Problemem jest system, który wziął się z czegoś, co można nazwać „niewidzialnym” aktem kradzieży, potem zaś wykuł na obronę swej niegodziwości miecz prawa agrarnego. Problemowi temu można jednak zaradzić bez najmniejszej szkody czy uszczerbku dla majątku któregokolwiek z żyjących ziemian, i nasz fundusz może nie tylko zostać ustanowiony, ale zacząć działać rok albo niewiele więcej niż rok od jego ustanowienia, co postaram się teraz tutaj wykazać.

Proponuję, jak już się powiedziało, aby pieniądze wypłacano wszystkim bez różnicy: ubogim i bogatym. Jest to najlepsze rozwiązanie, ponieważ unikamy w ten sposób podziałów wewnątrz społeczeństwa. A także po prostu sprawiedliwe: ponieważ udział w naturalnym dziedzictwie całej ludzkości przypada każdemu, niezależnie od własności, jaką wypracował lub odziedziczył w trakcie życia. Tacy, którzy nie będą chcieli otrzymywać tego świadczenia, będą mogli zwrócić je do wspólnej puli.

Uznając zatem za pewnik, że nikt nie powinien mieć się gorzej w stanie tak zwanej cywilizacji niż miałby się w stanie naturalnym, i że cywilizacja powinna była, i wciąż powinna, wytworzyć narzędzia realizacji tego podstawowego aksjomatu moralności, dochodzimy do wniosku, że można to uczynić wyłącznie przez odjęcie od prywatnych majątków wartości równej indywidualnemu udziałowi w naturalnym dziedzictwie, która się w nich zawiera.

Można proponować różne metody przeprowadzenia tej operacji, niemniej najlepsza – nie tylko dlatego, że najbezpieczniejsza dla własności i systemu podatkowego i kredytowego niezbędnych dla rządu i rewolucji, ale przede wszystkim dlatego, że naraz najprostsza i najskuteczniejsza, a także najodpowiedniejsza pod względem czasowym – wydaje się ta oparta na poborze podatku spadkowego. Spadkodawca nic nie traci; spadkobierca również. Jedyne, co się dzieje, to tyle, że rodzinny monopol na naturalne dziedzictwo ludzkości wygasa w jego pokoleniu. Hojny człowiek nie chciałby przecież, aby ten monopol trwał – sprawiedliwy będzie radował się z jego likwidacji.

Stan mego zdrowia uniemożliwia mi przeprowadzenie odpowiednich badań biorących pod uwagę teorię prawdopodobieństwa, dzięki którym wyłącznie mógłbym sformułować konkluzje o najwyższym możliwym stopniu pewności. To zatem, co tutaj proponuję, to bardziej kwestia osobistych obserwacji i refleksji, niż wiedzy; mniemam jednak, że zgodzi się z faktami wystarczająco dobrze.

Po pierwsze, choć za granicę wieku dorosłego przyjmujemy dwadzieścia jeden lat życia, cała własność narodu spoczywa w rękach osób starszych. Konieczne jest zatem ustalić średnią wieku, którego dożyją osoby starsze, niż dwadzieścia jeden lat. Przyjmuję za tę średnią lat trzydzieści: ponieważ choć wielu ludzi dożyje roku życia czterdziestego, pięćdziesiątego, a nawet sześćdziesiątego, inni umrą znacznie wcześniej, bo i zresztą ludzie umierają niezależnie od wieku.

Przyjąwszy zatem trzydzieści lat jako pewną średnią, otrzymamy w przybliżeniu czas, w którym cała własność czy cały kapitał narodu przejdzie cały cykl dziedziczenia, to znaczy: trafi w ręce nowych właścicieli po śmierci starych; bo choć w wielu wypadkach jakaś część tego kapitału będzie pozostawać w posiadaniu tej samej osoby przez lat czterdzieści, pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt, inne zostaną odziedziczone dwa lub trzy razy wcześniej, ze względu na co średnia się zgodzi; bo gdyby ledwie połowa narodowego kapitału przeszła z jednego pokolenia na drugie w ciągu tych trzydziestu lat, ale dwa razy, efekt będzie taki sam, jak gdyby stało się tak raz z całością.

Jeśli przyjmiemy zatem trzydzieści lat jako czas, w którym cały kapitał narodowy, albo równa mu wartość, przejdzie cykl dziedziczenia, jedna trzydziesta tej wartości będzie wartością dziedziczoną w społeczeństwie per annum; i to ta właśnie ostatnia wartość, w ten sposób określona, tudzież procent, na jaki należy ją opodatkować, będzie stanowić roczne źródło finansowania naszego funduszu, dzięki czemu będzie on mógł zacząć działać tak szybko, jak powiedzieliśmy.

W przemówieniu premiera angielskiego, Pitta [Młodszego], we fragmencie poświęconym temu, co w Anglii nazywa się budżetem, znajduję szacowaną wartość kapitału narodowego tego kraju. Ponieważ mam ten dokument pod ręką, posłużę się zawartymi w nim danymi. Gdy przeprowadzimy nasze kalkulacje w odniesieniu do kapitału i populacji jednego kraju, będą one potem mogły posłużyć jako wzór podobnych kalkulacji w odniesieniu do innych krajów, o kapitale i populacji proporcjonalnie mniejszych lub większych. Z szacunków premiera Pitta skorzystam przy okazji tym chętniej, że będę mógł dzięki temu pokazać, o ile lepiej można by wykorzystać publiczne pieniądze, niż na jego szalony projekt spreparowania nowej monarchii Bourbonów. Na cóż, na Boga, przydadzą się Bourbonowie ludowi angielskiemu? Lud angielski potrzebuje chleba, nie Bourbonów [Paine stara się wprost zaangażować w aktualne spory polityczne tamtego czasu, niemniej lawiruje, by uniknąć cenzury – przyp. tłumacza].

Tak też pan Pitt stwierdza, że kapitał Anglii, realny i osobisty, ma wartość miliarda trzystu milionów funtów szterlingów, czyli około jednej czwartej wartości kapitału Francji, wliczając Belgię. Ostatnie zbiory potwierdzają przy tym, że ziemia francuska jest znacznie bardziej żyzna, i lepiej jest w stanie wyżywić dwadzieścia cztery czy dwadzieścia pięć milionów swoich mieszkańców, niż ziemia angielska swoich siedem czy siedem i pół.

Jedna trzecia kapitału o wartości 1 300 000 000 wynosi 43 333 333, która to jego część stanowi ową sumę, jaka przejdzie każdego roku na nowych właścicieli; we Francji, suma ta wyniesie proporcjonalnie cztery razy więcej, czyli około 173 000 000 milionów funtów szterlingów. A zatem, od sumy 43 333 333 funtów szterlingów należy odjąć co roku wartość naturalnego dziedzictwa w niej zawartą, którą to uczciwie oszacować można, zdaje się, na nie mniej, ale i nie więcej, niż jedną dziesiątą tej sumy.

Trzeba przy tym wziąć pod uwagę, że każdego roku część tego kapitału dziedziczyć będą bezpośrednio synowie i córki, część zaś dalsi zstępni, w proporcji około trzy do jednego; tak też około trzydziestu milionów przejdzie na bezpośrednich spadkobierców, pozostałe zaś 13 333 333 na dalszych krewnych lub osoby spoza rodziny.

Człowiek zawsze pozostaje w związku ze społeczeństwem i związek ten zacieśnia się w miarę wzrostu odległości w relacjach naturalnych. Jest to zatem w zgodzie z zasadami życia cywilizowanego powiedzieć, że jeśli spadek nie przypada spadkobiercom bezpośrednim, społeczeństwa ma prawo do większej jego części, niż jedna dziesiąta. Jeśli ustalimy ową część na od pięciu do dziesięciu czy dwunastu procent (w zależności od natury i stopnia relacji spadkobiercy ze spadkodawcą), będziemy mogli – biorąc pod uwagę jeszcze tzw. majątek kadukowy, który zawsze powinien przypadać społeczeństwu, nie rządowi – doliczyć do naszych poborów kolejne dziesięć procent, tak że pobory z sumy 43 333 333 funtów szterlingów wyniosą rocznie:

z 30 000 000 – 10%, czyli: 3 000 000 funtów szterlingów;

z 13 333 333 – 10% i kolejne 10%, czyli: 2 666 666;

łącznie: 5 666 666 funtów szterlingów.

Obliczywszy zatem roczną wysokość Funduszu, przechodzę niniejszym do rozważenia sprawy pod kątem populacji i celów, do realizacji których został on powołany.

Populacja (angielska) nie przekracza siedmiu i pół miliona, liczba zaś osób, które osiągnęły pięćdziesiąty rok życia, wynosi około czterystu tysięcy. Nawet gdyby jednak było ich więcej, nie więcej niż czterysta tysięcy będzie pobierać proponowany przez nas zasiłek, nie umiem bowiem zrozumieć, po co byłoby potrzebne dziesięć funtów rocznie ludziom zarabiającym dwieście bądź trzysta funtów rocznie. Ponieważ jednak często widuje się w życiu przypadki, ze względu na które i bardzo bogaci nagle popadają w nędzę, nawet w wieku lat sześćdziesięciu, każdy miałby niezbywalne prawo ubiegać się z osiągnięciem odpowiedniego wieku o należną zapomogę, w razie potrzeby z wyrównaniem za lata poprzednie. Tak też zatem, rocznie z sumy 5 666 666 funtów szterlingów około czterech milionów potrzeba będzie na wspomożenie ludzi w podeszłym wieku.

Teraz zajmę się kwestią tych wszystkich, którzy osiągają rocznie dwudziesty pierwszy rok życia. Gdyby umierali tylko ludzie powyżej tej granicy, liczba rocznie osiągających ją musiałaby być równa rocznej liczbie zgonów, aby utrzymać populację na stałym poziomie. Niemniej, większość umiera nie osiągnąwszy wieku dwudziestu jeden lat – w związku z czym ostatecznie liczbę wchodzących per annum w pełnoletniość należy określić jako nieco mniej niż połowę rocznej liczby zgonów. W przypadku populacji liczącej siedem i pół miliona obywateli, liczba zgonów wynosiła będzie około 220 000. A zatem liczbę wchodzących w wiek dojrzały szacować można na mniej więcej 100 000. Nie wszyscy z tej liczby pobiorą oferowaną zapomogę, z przyczyn już tutaj wspomnianych, choć wszyscy będą mieli do niej prawo. Przyjmujemy, że odmawia jej jakaś jedna dziesiąta. Bilans wygląda tak:

Roczna wysokość Funduszu – £ 5 666 666

Wydatki

na 400 000 ludzi w wieku podeszłym (£ 10 na głowę) – £ 4 000 000

na 90 000 ludzi wchodzących w dorosłość (£15 na głowę) – £ 1 350 000

Razem: £ 5 350 000

Reszta: £ 316 666

W każdym państwie żyje pewna grupa osób ślepych czy chromych, kompletnie niezdolnych zarabiać na życie. Skoro jednak z pewnością znaczniejsza część ślepców należeć będzie do grupy ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia, będą mieli zapewnione utrzymanie z tego tytułu. Wynosząca £ 316 666 reszta pozwoli wspomóc ślepych i chromych poniżej tej granicy wiekowej sumą 10 funtów rocznie.

Dokonawszy zatem wszystkich niezbędnych kalkulacji i przedstawiwszy szczegółowe założenia mego planu, na koniec chciałbym dodać kilka obserwacji.

Domagam się tutaj nie miłosierdzia, a poszanowania praw – nie łaski, a sprawiedliwości. Obecny stan cywilizacji jest obrzydliwy i niegodny. Stanowi przeciwieństwo tego, czym być powinien, i musi zostać obalony na drodze rewolucji. Kontrast bogactwa i ubóstwa, który bez ustanku razi oczy postronnego obserwatora, przypomina dwa ciała, żywe i martwe, związane jednym sznurem. Choć sam dbam o majątek mniej, niż jakikolwiek chyba inny człowiek na świecie, w sensie społecznym nie mam nic przeciwko temu, aby ludzie byli zamożni, pozwala to bowiem uczynić wiele dobrego. Nie obchodzi mnie, ile ktoś ma pieniędzy, nawet jeżeli bardzo dużo – pod warunkiem, że zostały zarobione bez niczyjej krzywdy. Nie da się jednak cieszyć własnym majątkiem z należytą pogodą ducha, jeżeli wokół wciąż dzieje się tak wiele zła. Nieprzyjemne myśli, przychodzące na widok ludzkiej nędzy, które można zagłuszyć, ale które nigdy nie przestaną dręczyć uczciwego człowieka, stanowią tak ogromną przeszkodę na drodze do swobodnego cieszenia się bogactwem, że proponowany przeze mnie dziesięcioprocentowy podatek od własności wydaje się bardzo niską ceną za pozbycie się ich. Ten, kto nie chciałby jej zapłacić, nie ma miłości w sercu – nawet do samego siebie.

W każdym kraju istnieją znakomite instytucje dobroczynne, założone przez jednostki. Jednostka wszakże może bardzo, ale to bardzo niewiele, jeśli weźmie się pod uwagę całościową skalę nędzy, jakiej trzeba zaradzić. Może uspokoić sumienie – ale nie serce. Może rozdać wszystko, co posiada – pomoże ledwie bardzo niewielu. Wyłącznie organizując cywilizację na takich zasadach, aby funkcjonowała ona jako system dźwigni, uda nam się zdjąć z ludzkich barków ciężar tak gigantyczny.

Plan, którego realizację proponujemy, stanowi właśnie rozwiązanie całościowe. Wdrożenie go w życie natychmiast zaradzi problemom trzech najbardziej doświadczonych klas nędzarzy: ślepych, chromych i starych. Zabezpieczy młode pokolenia przed popadnięciem w biedę; wszystko to zaś bez jakiegokolwiek naruszenia czy choćby niebezpieczeństwa dla funkcjonowania instytucji narodowych.

Aby dostrzec, że tak się właśnie stanie, wystarczy zdać sobie sprawę, że przecież gdyby każdy obywatel dobrowolnie zbył taką właśnie część majątku, jaką proponujemy, na rzecz innych, efekt byłby dokładnie identyczny.

Plan nasz opiera się jednak nie na miłosierdziu, ale na sprawiedliwości. We wszystkich wielkich sprawach trzeba bowiem rozwiązań bardziej skutecznych i pewnych, niż miłosierdzie; sprawiedliwość zaś, nie powinna być zostawiona decyzji jednostek, niezależnie, czy by ją wykonały, czy nie. Z tego punktu widzenia egzekucja naszego planu powinna być aktem całości społeczeństwa, wypływającym spontanicznie z zasad rewolucji – powinna być sprawą narodową, a nie indywidualną.

Plan oparty o taką zasadę zasiliłby rewolucję energią wypływającą ze świadomości tego, co prawe. Pomnożyłby zasoby narodu; bo własność, jak życie wegetatywne, rozwija się najlepiej dzięki równowadze. Gdy para młodych ludzi zaczyna samodzielne życie, różnica jest ogromna, w zależności, czy mają na początek nic, czy piętnaście funtów na osobę. Dzięki takiemu wsparciu ci ludzie mogliby zakupić krowę i kilka akrów ziemi pod uprawę; i zamiast być ciężarem dla społeczeństwa, co dzieje się zawsze, gdy dzieci rodzą się szybciej, niż można je wykarmić, mogliby stać się użytecznymi obywatelami, przymnażającymi bogactwa ogółowi. Ziemia państwowa również sprzedawałaby się o niebo lepiej, gdyby dostarczyć finansowego wsparcia dla tych, którzy chcą ją nabywać w małych ilościach.

Istnieje pośród nas praktyka, niesłusznie nazywana „cywilizacją” (choć nie zasługuje ona nawet na imię miłosierdzia czy polityki), by nędzy zaradzać dopiero wtedy, gdy się ona pojawi. Tymczasem, czy nie lepiej byłoby, nawet z czysto ekonomicznego punktu widzenia, zapobiegać popadaniu w nędzę zanim ludzie w nią popadną? Najpewniejszym zaś środkiem dokonania tego jest wyposażyć każdego człowieka, który osiągnie dwadzieścia jeden lat, w konkretne środki, dzięki którym będzie mógł zacząć samodzielnie żyć. Zniszczone oblicze naszego społeczeństwa, przeorane skrajnościami bogactwa i ubóstwa, pokazuje nam jasno, że ktoś dopuścił się na jego ciele kiedyś strasznych czynów, i sama sprawiedliwość woła o poważną zmianę. Ubóstwo, we wszystkich krajach Europy dotykające tak wielu, stało się dziedziczne, i prawie niemożliwe jest dla kogokolwiek wyjść z tego stanu o własnych siłach. Warto także zauważyć, że liczba ubogich jest największa we wszystkich krajach, które zwykło się nazywać cywilizowanymi. W skali roku więcej ludzi w ubóstwo popada, niż z niego wychodzi.

Choć w przypadku projektów mających za swój fundament sprawiedliwość i człowieczeństwo, interes własny nie powinien grać żadnej roli, to dla każdej propozycji politycznej dobrze jest, by była po prostu korzystna. Sukces każdej z nich w ostatecznym rozrachunku zależy bowiem od liczby jednostek zainteresowanych jej przyjęciem, jeżeli faktycznie rozumieją one, że jest ona u podstaw sprawiedliwa.

Plan, który przedstawiamy, opłaci się wszystkim i nikt na nim nie straci. Zharmonizuje on interes jednostek z interesem republiki. Dla ogromnie licznej klasy wywłaszczonej przez system osobistej własności ziemskiej jego realizacja będzie aktem sprawiedliwości narodowej. W przypadku średnio zamożnych, lepiej zabezpieczy ona ich dzieci, niż gdyby nie wpłacili oni swojej części na jej sfinansowanie; zapewni także większą stabilność procesowi akumulacji bogactw, niż jakikolwiek ze starych rządów Europy, teraz chwiejących się w posadach, kiedykolwiek mógłby uczynić.

Nie sądzę, aby więcej niż jedna rodzina na dziesięć, w jakimkolwiek kraju Europy, dysponowała w momencie śmierci głowy rodziny na czysto własnością wartą pięćset funtów szterlingów. Dla takich rodzin nasz plan jest bardzo opłacalny. Wpłaciwszy na Fundusz pięćdziesiąt funtów, otrzymałyby w zamian (zakładamy, że jest dwoje dzieci) piętnaście na dziecko (trzydzieści łącznie), a po ukończeniu pięćdziesiątego roku życia przez jednego z jej członków – dziesięć rocznie. Fundusz utrzyma się dokładnie z przerostu akumulacji bogactwa; i wiem, że właściciele takich przerośniętych majątków, choć w ostatecznym rozrachunku nasz plan zapewniałby pełne bezpieczeństwo dziewięciu dziesiątym z tego, co mają, podniosą wielką wrzawę przeciw naszym zamysłom. Ale, nie wchodząc już w kwestię tego, w jaki sposób swe majątki zdobyli, niech ludzie ci pamiętają, że oni przede wszystkim parli do obecnej wojny, i że przez nowe podatki premiera Pitta płacą na obronę despotyzmu Austrii i Burbonów dużo więcej, niż płaciliby na utrzymanie naszego Funduszu.

W niniejszych kalkulacjach brałem pod uwagę nie tylko wartość własności ziemskiej, ale i tej, którą nazywa się osobistą. Kwestię własności ziemskiej już wyjaśniliśmy; opodatkowanie zaś własności osobistej jest równie zasadne, niemniej z innych powodów. Ziemia, jak już powiedzieliśmy, to darmo dany dar Stwórcy dla rodzaju ludzkiego. Własność osobista natomiast to skutek życia społecznego; i człowiek nie może wejść w posiadanie czegokolwiek bez pomocy reszty społeczeństwa, tak jak w stanie natury może swobodnie korzystać z owoców ziemi. Odizolujmy jednostkę od społeczności, umieśćmy ją na bezludnej wyspie, i możliwość posiadania czegokolwiek znika [jak rozumiem – chodzi o to, że traci sens, który jest relatywny: mam coś, bo inni tego nie mają, mam więcej, bo inni mają mniej itd. – przyp. tłumacza]. Człowiek całkiem sam nie może się bogacić. Z natury rzeczy środki i cele są ze sobą powiązane tak ściśle, że jeśli pierwsze mają wadę, drugich nie da się osiągnąć. Wszelka akumulacja własności osobistej, o wartości przekraczającej to, co człowiek może wykonać własnymi rękoma, bierze się zatem z faktu życia w społeczeństwie; i w oczywisty sposób, według wszelkich wymogów tak sprawiedliwości, jak i zwykłej wdzięczności, i wreszcie cywilizacji, każdy z nas winien jest oddać społeczeństwu cząstkę tego, co dzięki niemu zgromadził. To ujęcie problemu w kontekście ogólnym, być może najwłaściwsze; bo jeśli spojrzymy na kwestię bardziej szczegółowo, okaże się niechybnie, że w wielu wypadkach akumulacja bogactwa to po prostu skutek zaniżania zapłaty dla tych, którzy je wypracowali; skutkiem czego robotnicy na starość cierpią nędzę, a pracodawcy opływają w dostatki. Nie da się, być może, określić precyzyjnie sprawiedliwej wysokości wynagrodzenia za pracę w stosunku do zysków, jakie generuje; zaraz powie ktoś również na pewno (klasyczna apologia niesprawiedliwości), że gdyby wynagrodzenia pracowników rosły codziennie, nie oszczędzaliby oni wcale więcej na starość ani nie prowadzili się rozumniej w wieku średnim. Ależ tak! Samo społeczeństwo uczyńmy zatem dla nich skarbnikiem – wpłaćmy te pieniądze do jednej, wspólnej puli; bo nawet jeśli robotnik istotnie nie dysponuje swoimi pieniędzmi właściwie, nie daje to jeszcze nikomu prawa, by je sobie przywłaszczył.

Typ cywilizacji, jaki dominuje obecnie w Europie, jest równie niesprawiedliwy w swych zasadach, co obrzydliwy w skutkach; i to właśnie świadomość tego faktu, jak i zrozumienie, że państwo zorganizowane na podobnych zasadach nie może się ostać, gdy ludzie zaczynają zadawać pytania, stanowią powód, dla którego posiadacze drżą na samą myśl o rewolucji. To ryzyko związane z rewolucją, a nie zasady, na których się ona opiera, nie pozwala im uczynić kroku naprzód. Wobec powyższego, sprawą najwyższej konieczności jest, aby stworzyć system, który, z jednej strony broniąc części społeczeństwa przed nędzą, z drugiej zabezpieczy inną jego część przed grabieżą.

Zabobonny podziw, powierzchowne nabożeństwo, z jakimi dawniej ludzie patrzyli na bogatych, odchodzą w zapomnienie we wszystkich krajach kontynentu, zostawiając właścicieli na pastwę wypadków. Gdy bogactwo i splendor, miast fascynować masy, wywołują w nich tylko uczucie obrzydzenia; gdy, miast wzbudzać podziw, traktowane są jako oznaki moralnego upadku; gdy przepyszna gra pozorów, jaka wiąże się z wielkim majątkiem, służy za pretekst do podważenia prawa do jego posiadania, widać wyraźnie, że sprawa stanęła na ostrzu noża, i wyłącznie ustanowienie sprawiedliwego systemu społecznego może zapewnić posiadaczom spokój i bezpieczeństwo.

Usunąć niebezpieczeństwo można wyłącznie usuwając wzajemne antypatie, tego zaś dokonać można czyniąc własność narzędziem budowy dobrobytu narodowego, obejmującego wszystkie jednostki. Gdy pieniądze bogatszych zasilą narodowe fundusze proporcjonalnie bardziej, niż biedniejszych; gdy wszyscy przekonają się, że dobre funkcjonowanie systemu państwowego zależy od sukcesu jednostek; gdy doprowadzimy do sytuacji, w której im więcej człowiek będzie miał, tym lepiej będzie dla całego społeczeństwa; wtedy dopiero właśnie animozje społeczne zanikną, własność zaś oprze się na trwałym i wiecznym fundamencie naturalnego interesu i jego ochrony.

Nie mam żadnej własności we Francji, która mogłaby zostać użyta do realizacji planu, jaki proponuję. To, co mam, a nie jest tego wiele, znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jeśli jednak podobny fundusz zostanie ustanowiony we Francji, natychmiast wpłacę nań sto funtów szterlingów; i tyle samo w Anglii, jeżeli Anglia również podąży tą ścieżką.

Rewolucja cywilizacyjna koniecznie towarzyszyć musi rewolucjom politycznym. Nieważne, czy jakaś rewolucja będzie dobra, czy zła – jeśli nie będzie towarzyszyć jej adekwatna zmiana cywilizacyjna, nie przyniesie żadnych efektów. Despotyzm utrzymuje się dokładnie dzięki obrzydliwym urządzeniom cywilizacyjnym, obliczonym na wypaczenie umysłu i wpędzenie mas w stan nędzy i poniżenia. Podobne rządy uważają człowieka wyłącznie za zwierzę; zwierzę, niezdolne używać rozumu; zwierzę, które ma nie interesować się prawem, tylko być mu posłuszne*; politycznie zaś zależą od demoralizacji przynoszonej przez nędzę tak bardzo, że ignorują wściekłość, jaką naturalnie rodzi w ludziach desperacja.

To właśnie rewolucja cywilizacyjna zwieńczy dzieło rewolucji francuskiej. Już dziś idea, że tylko rząd reprezentatywny jest rządem prawdziwym, zyskuje popularność na całym świecie. Rozumność jej, to rzecz oczywista dla wszystkich. Sprawiedliwość zasad, na których się opiera, wyczuwają nawet jej najzagorzalsi przeciwnicy. Lecz dopiero gdy system cywilizacji zrodzony z tego systemu rządów, system, w którym żaden mężczyzna i żadna kobieta, jacy urodzą się w republice, nie będą pozbawieni wsparcia na początku samodzielnego życia, bezpieczni od nędzy i upodlenia, jakie w innych ustrojach nieodłącznie towarzyszą latom podeszłym, zostanie ustanowiony, rewolucja francuska zacznie przemawiać do serc wszystkich narodów.

Armia zasad zwycięży tam, gdzie armia żołnierzy poniesie klęskę. Uzyska to, czego nie udało się uzyskać najświetniejszymi zabiegami dyplomatycznymi. Nie zatrzyma jej postępów ani Ren, ani Kanał La Manche, ani ocean. Pójdzie aż na kraniec świata i odniesie tryumf.

Thomas Paine

Tłum. Maciej Sobiech

 

Przypisy tłumacza:

1. Z Francją, rzecz jasna.

2. Richard Watson (1737-1816) – angielski duchowny, konserwatysta.

Przypis autora:

* Sformułowanie użyte przez biskupa Horsleya w parlamencie angielskim.

Thomas Paine (1737-1809) – angielski radykał, działacz polityczny, pamflecista. Deista, nieprzejednany krytyk anglikanizmu. Uczestnik Rewolucji Amerykańskiej, podczas której zasłynął jako pisarz rozprawą „Zdrowy rozsądek”. Jest uważany za jednego z ojców-założycieli USA. Do Anglii wrócił w roku 1787. Podczas Rewolucji Francuskiej udzielił rewolucjonistom poparcia, pojechał za kanał La Manche, został wybrany posłem do Zgromadzenia Narodowego. Kariera polityczna na obczyźnie zakończyła się więzieniem w czasie terroru rządów Komitetu Ocalenia Publicznego. Nie mogąc wrócić do Anglii wobec „białego terroru” Pitta Młodszego, popłynął znów do USA, gdzie zmarł w biedzie i niezasłużonym zapomnieniu, otoczony niesławą jako bluźnierca. W 1819 roku, jego szczątki wydobył z zaniedbanego grobu William Cobbett i przywiózł do Anglii, gdzie – jako iż na Paine’ie i w Anglii wciąż spoczywała niesława bluźniercy – nikt nie chciał zgodzić się na pochówek, w związku z czym Cobbett trzymał je u siebie na strychu. Po śmierci Cobbetta zaginęły, prawdopodobnie jeden z synów, również nie mogąc doprosić się normalnego pochówku, pochował je na własną rękę.