przez redakcja | poniedziałek 8 marca 2021 | klasyka, opinie
Przy codziennej walce o każdy kawałek chleba, przy ciągłym niedostatku, szczególniej licznych rodzin po wsiach, jak i w miastach, nie zawsze stroskani rodzice mają czas i chęć, by głębiej zastanowić się nad niesprawiedliwościami wynikającymi z ustroju społecznego.
Jedni znoszą swą niedolę w obojętności i pokorze, przemęczeni pracą i trudem ponad siły, a drudzy, inteligentniejsi szukają poprawy, wytężając wszystkie swe siły, oszczędzając co się tylko da – a tylko uświadomiony człowiek rozumie, że oprócz tego konieczna jest solidarna praca w związkach i ciągłe dopominanie się lepszych praw i ciągłe żądanie spełnienia już wywalczonych praw, bo tylko w ten sposób można i trzeba stale i wytrwale niszczyć wyzysk i niesprawiedliwość społeczną.
Jedne z tych praw obejmują sprawy dotyczące całego państwa – to są prawa polityczne, inne, dotyczące codziennego życia ludu pracującego, jego dobrobytu i zdrowia, to są prawa społeczne.
Choć sprawy polityczne są trudniejsze do zrozumienia, ale jednak trzeba najważniejszymi się interesować, tak samo na wsi, jak i w mieście, tak samo mężczyźni, jak i kobiety; bo wszyscy jesteśmy obywatelami Państwa polskiego, bo wszyscy płacimy podatki na utrzymanie i rozwój naszego państwa, bo wszyscy, przez głosowanie do Sejmu i do rad miejskich i do rad gminnych, głosujemy i wybieramy posłów i radnych.
Toteż, kiedy teraz jest postanowione, że zmieniać ma Sejm prawa, które rządziły dotąd Polską przez te 8 lat, to powinniśmy wszyscy żądać, żeby te prawa, nazwane Konstytucją, nie tylko nie były pogorszone, ale przeciwnie, żeby były polepszone – dla tej najważniejszej części narodu, która daje swą pracę i swój rozum. To znaczy dla ludu pracującego na wsi i w mieście i dla inteligencji pracującej, a dla tych, co nie pracują ani mózgiem, ani rękoma, a tylko żyją kosztem pracy innych i opływają w bogactwa, to takie prawa powinny być zmienione, by wszyscy musieli pracować.
Oprócz niepogorszenia praw musimy dopominać się, by dobre prawa już uchwalone przez Sejm były nareszcie dobrze wykonywane. Jak Ochrona pracy, która ma bronić pracujących od niszczenia swego zdrowia w brudzie i zaduchu i złych wyziewach fabrycznych; jak przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, żeby nie zamęczać się długą pracą i mieć czas na odpoczynek, na dalszą naukę i na przyjemności kulturalne, jak różne ubezpieczenia społeczne od bezrobocia, od choroby, od kalectwa itp., a oprócz tego powinny być prawa zabezpieczające starość ludziom pracy.
Wiele, wiele jest tych różnych praw, ale tu chcę specjalnie mówić o tych, które są najpilniejsze dla szczęścia rodziny, dla dobra dzieci, dla wyswobodzenia kobiety z jej codziennych cierpień, trosk i straszliwego przemęczenia w pracy.
Chyba na pierwszym punkcie postawić tu trzeba tę straszną klęskę, która po wojnie nastała i do dziś tak trapi biedne i mniej biedne rodziny robotnicze po miastach, miasteczkach i po wsiach – to klęska mieszkaniowa, to ten straszliwy brak dachu nad głową, gdy parę rodzin musi często razem mieszkać, albo rodzice z 4, 5 i 6 dzieci gnieżdżą się w ciasnocie i zaduchu w suterynach, na poddaszach, albo w wilgotnych, ciemnych, nieludzkich norach. A z tej ciasnoty powstają różne kłótnie, demoralizacja i pijaństwo. Mąż ucieka do karczmy, bo nie ma domów ludowych, by odpoczął i poczytał po pracy, a kobieta – matka, gospodyni to męczennica od świtu do nocy, a dzieciska nieszczęśliwe źle chowane. Zdrowe, tanie, wygodne mieszkania to szczęście, zdrowie, i moralność całych rodzin – ludu pracy.
Na drugim miejscu żądać musimy, żeby była dobra, sprawiedliwa uczciwa opieka nad matką i dzieckiem. Przecież taki wyzysk pracy, jaki istnieje dziś dla kobiety, która rodzi dzieci, karmi je, wychowuje, prowadzi całe gospodarstwo, a oprócz tego jeszcze musi zarabiać poza domem, czy jako wyrobnica, czy jako robotnica fabryczna – toż to okropna niesprawiedliwość!
A to dlatego, że mężczyźnie, ojcu rodziny za mało płacą, albo biedaczysko traci zupełnie robotę i jako bezrobotny szuka na próżno lub źle szuka i niedbale. A cały kłopot na barkach biednej matki i żony! Tak być dalej nie może! A jeszcze teraz od panów i pań rozpustnych przyszła do proletariatu moda rzucania swych żon z małymi dziatkami – by z młodymi dziewczętami szukać zadowolenia.
Nieszczęsne te opuszczone rodziny pozostają w nędzy, matka rozpacza – nie może sobie dać rady – a na opuszczającego rodzinę ojca i męża nie ma dotąd żadnego prawa. A jeszcze gorzej ma matka nieślubna z dzieciątkiem przy piersi: nikt jej nie chce wspomóc, wszyscy potępiają, dziecko ginie z głodu.
Trzeba z tą niesprawiedliwością skończyć! Powinno być nareszcie w Polsce takie prawo, jak już w wielu narodach, że ojciec musi płacić część swego zarobku na utrzymanie nieślubnego dziecka, o ile nie chce z tą matką się żenić.
Ot wiele, wiele innych niesprawiedliwości dokucza kobietom, jeszcze więcej jak mężczyznom, a ta najgorsza z nich niesprawiedliwość to taka niska płaca za pracę. Nawet gdy kobieta pracuje tak dobrze, jak mężczyzna, a nawet lepiej – to i tak jej mniej fabrykant płaci. Niemądre są robotnice, że na taką małą płacę się zgadzają, a to dla tego, że są nieuświadomione, że nie należą do związków klasowych, że słuchają różnych rad swoich wrogów, którzy je wyzyskują. Powinny kobiety zawsze i wszędzie żądać równej płacy z mężczyznami, o ile spełniają tę samą pracę.
Trzeba także walczyć, by była prawem ustalona najniższa płaca i mniej nie wolno by było żadnej robotnicy płacić…
Ponieważ kobiety są więcej wyzyskiwane od mężczyzn, to powinny się jeszcze silniej organizować i dodawać sobie otuchy i zachęty, i o wszystkie prawa się dopominać. Patrzcie! Teraz są w Polsce ustanowione Sądy pracy, żeby pilnować sprawiedliwych wyroków, jak wam majster, albo fabrykant zrobi jaką krzywdę, jaki wyzysk, jaką niesprawiedliwość, a wiecie, że choć w Polsce kobieta ma te same wszystkie prawa co i mężczyzna – jednak kobiety w Polsce minister sprawiedliwości nie dopuścił, żeby była ławnikiem przy sądach pracy… Wasi koledzy, i towarzysze mogą być, a my kobiety, obywatelki nie… Żadna kobieta nie będzie pilnować spraw kobiet wyzyskanych, oszukanych, omamionych, skrzywdzonych, zhańbionych; taka to równość, taka to sprawiedliwość.
Tyle, tyle do zrobienia! – program nasz kobiecy duży, ogromny! A jeżeli jeszcze dodać te wszystkie nieszczęścia i hańby, które pchają młode dziewczęta do prostytucji, do sprzedawania swego ciała za pieniądze…
Jeżeli wspomnieć te przeogromne cierpienia kobiet, których szczęście rodzinne ginie z powodu pijaństwa męża, ojca, syna…
Jeżeli zakończyć tę listę cierpień wielką śmiertelnością ukochanych dziatek, które matka wydaje na świat w cierpieniach, by trumna za trumienką szła na cmentarz, – to naprawdę każda z kobiet powinna dobrze się zastanowić, czy dla szczęścia własnego i dla dobra Ojczyzny jest lepiej urodzić i wychować dwoje lub troje zdrowych dziatek – móc je dobrze wykształcić na pożytecznych ludzi – niż rodzić i rodzić bezliku w niedostatku, ciasnocie i ciągłych cierpieniach, by nawet połowy nie zostało przy życiu.
Nad tym wszystkim trzeba się dobrze zastanowić, o tych wszystkich brakach i niesprawiedliwościach trzeba mówić teraz, gdy idzie 1 maj – dzień święta robotniczego, a następnie przyjdzie dzień specjalnie przyznany dla wysuwania żądań kobiecych, to „Dzień Kobiet”, w którym wszystkie stańcie w szeregu!
dr Justyna Budzińska-Tylicka
Powyższy tekst Justyny Budzińskiej-Tylickiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Kobiet. Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej”, numer 4-5/1929, Warszawa, kwiecień-maj 1929 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.
Grafika w nagłówku tekstu: MOM from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 21 lutego 2021 | klasyka, opinie
Znacie tego owada z okrągłym brzuchem i lepkim kosmatym ciałem, co po ciemnych kątach jak najdalej od światła dziennego rozciąga swe mordercze sieci, w których śmierć znajdują biedne, nieopatrzne lub lekkomyślne muchy. Ten wstrętny potwór o okrągłych szklistych oczach, o długich wygiętych nogach, które tak doskonale służą do chwytania i duszenia ofiary, ten potwór – to pająk.
Patrzcie, jak martwo i nieruchomo siedzi w swym kącie, czyhając na zdobycz, która ma dostać się w zakres jego władzy, albo z jaką piekielną zręcznością snuje tę zabójczą tkaninę, która ma chwycić słabą muchę i spętać ją bez litości! Wstrętne zwierzę poświęca dużo, nieraz bardzo dużo czasu na to, by wydoskonalić swe sieci podług wszelkich prawideł sztuki, aby zdobycz w żaden sposób nie umknęła. Oto przeciąga naprzód jedną nitkę, potem drugą, trzecią – coraz więcej. Przerzuca nitki poprzeczne, związuje je nowymi poprzecznymi, ażeby usiłowania ofiary, nawet w najwyższym śmiertelnym strachu czynione, nie mogły rozerwać sieci, tylko ją jeszcze bardziej zacieśniły.
Nareszcie pajęczyna jest gotowa, pułapka zastawiona. umknięcie – prawie niemożliwe. Pająk wraca do swojej nory i czeka, dopóki bujająca w powietrzu mucha, pędzona głodem, nie nadleci, szukając pożywienia.
Nie potrzebuje długo czekać: mucha nadlatuje wkrótce. Wypatrując pożywienia naprawo i na lewo, biedaczka zahacza się raptem o rozciągnięte przed nią sieci i zaplątuje się w nich, przerażona usiłuje wyrwać się i – ginie na wieki.
Zaledwie pająk spostrzeże, że ofiara jest złapana, porzuca swą norę, z krwi żądnym spojrzeniem i wyciągniętymi pazurami, zbliża się z wolna do swej zdobyczy – spieszyć nie ma potrzeby, nędzne zwierzę wie bardzo dobrze, że nieszczęsny owad, który się raz złapał – nie może ujść jego mocy. Coraz bliżej podchodzi, mierzy swą ofiarę zielonkawymi wytrzeszczonymi oczyma i pozbawia ją przytomności. Mucha drży na całym ciele ze strachu, widząc grożące niebezpieczeństwo, chce wyplątać się z więżących ją sieci, chce uciekać i wyczerpuje siły w rozpaczliwym szamotaniu.
Ale próżne wysiłki, daremny trud! Tkanina zaplątuje się coraz bardziej i pająk podchodzi coraz bliżej. Za każdym poruszeniem muchy, pragnącej wyrwać się z pajęczyny, w której drobne i zręczne oka się złapała, coraz więcej nici ją obejmuje, coraz nowe sieci ją oplątują. Nareszcie bezsilna i wyczerpana, niezdolna już do oporu, wpada w ręce swego wroga i zwycięzcy, obrzydliwego pająka!
I oto wstrętny potwór wyciąga kosmate łapy, chwyta ją w śmiertelny uścisk. Po tym zaczyna ssać drżące ciało swej słabej zdobyczy – chłepce krew raz, drugi, trzeci –– zależnie od apetytu i chęci. Zaspokoiwszy na chwilę swe pragnienie krwi, zostawia ją, nie zabijając całkowicie. Potem wraca i ssie na nowo, odchodzi i powraca, aż dopóki nieszczęsnej muchy całkiem nie wyniszczy, póki jej nie pozbawi krwi i soków żywotnych. I długa chwila mija, nieraz bardzo długa, zanim śmierć zakończy te męczarnie.
Dopóki jednak pożądliwa pijawka znajduje jeszcze w ciele lub trupie ofiary najmniejszą cząstkę siły żywotnej do wyssania, nie traci swej zdobyczy z oka. Wchłania w siebie jej życie, wysysa jej siły, chłepcze jej krew i porzuca dopiero wtedy, kiedy nic zgoła już w niej nie ma.
Wtedy biedna mucha, martwa, wyssana, lżejsza od źdźbła słomy, wypada z pajęczyny. Pierwszy powiew wiatru unosi ją z sobą i – wszystko skończone.
Pająk zaś, syty, zadowolony, powraca do nory, kontent z siebie i z całego świata, i dochodzi do przekonania, że porządnym ludziom jednak wcale nieźle dzieje się na tym świecie.
Muchy, które wysysają i zabijają, muchy, które niszczą i których krwią się karmią – to wy, proletariusze po miastach i po wsiach! To wy, uciskane ludy, wy, robotnicy ducha, wy, robotnicy fabryczni i rzemieślnicy, wy, drżące młode dziewczęta i słabe, gnębione kobiety, wszyscy, którzy nie śmiecie żądać swych praw, słowem, wy wszyscy, biedni, wyzyskiwani, których odrzucają precz, kiedy już z waszych żył nic nie można wyssać; to wy, którzy stanowicie całą produkcję, serce, rozum, żywotne siły kraju, i którym jedno tylko prawo przyznają – pokornie i cicho w jakimś kącie nędzny zakończyć żywot, uzbroiwszy w potęgę i upasłszy własną krwią, potem, trudem, myślą, życiem – swoich panów i ciemięzców: obrzydliwe pająki.
Pająki – to panowie, bogaci finansiści, wyzyskiwacze, spekulanci, kapitaliści, uwodziciele, wyższe duchowieństwo, pasożyty wszelkiego rodzaju, twórcy niesprawiedliwych praw, które nas duszą, tyrani, którzy nas ciemiężą. Pająki to ci wszyscy, którzy żyją naszym kosztem, kosztem ludu, którzy nas depczą nogami, którzy szyderczo urągają z naszej nędzy i z naszych daremnych trudów.
Mucha – to biedny robotnik, który się musi poddać wszystkim krwawym przepisom swego pracodawcy, dlatego, że nieszczęsny pozbawiony jest wszelkich środków do życia i musi dla siebie i swoich zdobywać pożywienie. Pająk – to wielki fabrykant, który co dzień zarabia na każdym swoim robotniku 2-3 ruble i raczy płacić mu łaskawie za 10-11-godzinną pracę 1-1,5 rubla dziennie.
Mucha – to górnik, co poświęca swe życie w dusznej kopalni, ażeby wyrwać ziemi skarby, które nie są dla niego przeznaczone; pająk to pan akcjonariusz, którego akcje podnoszą się podwójnie i potrójnie w cenie, i który jednak nigdy nie jest zadowolony i chce zagarniać coraz wyższe dywidendy, który okrada robotników z ich pracy, a kiedy się ważą żądać choćby najmniejszego podwyższenia płacy, woła policję i wojsko na pomoc, aby zmiażdżyło „buntowników”.
Mucha – to dziecię, które już w najmłodszym wieku musi ciężko pracować w fabryce, w warsztacie w rodzicielskim domu, bo praca rodziców nie wystarcza na wyżywienie. Pająk – to nie biedni rodzice, którym nędza każe poświęcać swe dzieci, lecz dzisiejszy przeklęty ustrój społeczny, który z żelazną siłą zmusza ich do gwałcenia naturalnych uczuć, do niszczenia własnej rodziny.
Mucha – to prawe dziewczę ludu, a pająk to nędznik pryncypał lub fabrykant, majster lub dyrektor, którzy czyhają na młode robotnice, korzystając ze swej władzy. Pająk to młody nadęty wietrznik, próżniaczy szlifibruk z „dobrej” rodziny, który ze śmiechem uwodzi młode dziewczęta i wciąga je w błoto, który w tym widzi punkt honoru, aby jak najwięcej kobiet zbezcześcić.
Mucha – to ty, pracowity rolniku, który użyźniasz ziemię dla bogatego dziedzica, siejesz zboże, którego nie zbierzesz, hodujesz owoce, które nie będą twoim pożywieniem. Pająki – to wielcy właściciele ziemscy, którzy zmuszają swych biednych chłopów, swych parobków i najemników do pracy bez chwili spoczynku, aby samym wieść próżniacze życie i opływać w dostatki, którzy z roku na rok podnoszą ciągle dzierżawę i zniżają zapłaty za uczciwą pracę. Muchy to wy, żony robotnicze, które dziś, podczas krwawej zawieruchy wojennej, nie możecie związać końca z końcem i nie wiecie, w jaki sposób wyżywić z nędznego zarobku całą rodzinę. Pająki to spekulanci, kupcy, sklepikarze, obszarnicy, chłopi bogaci, którzy korzystają z wojny i zręcznie tkają sieć drożyzny i spekulacji.
Muchy – to wy wszyscy robotnicy, którzy musicie krew swą przelewać na wojnie, to wdowy i sieroty po żołnierzach. Pająki – to rządy i kapitaliści, którzy przędą sieć intryg i matactw w swym własnym samolubnym interesie, którzy sieciami swej nikczemnej oszukańczej polityki oplątują miliony ludzi, posyłając ich na rzeź, każąc im mordować się wzajemnie niby to dla dobra „ojczyzny”.
Muchy – to my wszyscy, biedni i prości, którzyśmy od wieków drżeli na stopniach ołtarzy, kłonili głowy pod klątwą księży, ku czci i zabawie klechów wzajemnie się pobijali i ciemiężyli, chylili karki i zginali kolana, my, którzy pozwalamy naszym ciemięzcom używać owoców ich nieprawości dlatego, że sparaliżował nas osłabiający wpływ nauki religijnej. Pająki – to te czarne sutanny z obłudnym i zmysłowym spojrzeniem, które oplątują proste dusze swych owieczek poniżającymi naukami i trują je przez ducha poddania i służalstwa, ducha, który, jak temu Polska przykładem, cały naród rujnuje.
Słowem, muchy – to gnębieni, to uciskani, wyzyskiwani; pająki – to haniebni spekulanci i wyzyskiwacze, to samowola i despotyzm we wszelkiej postaci.
Dawniej pająki zarzucały swe sieci z wysokich zamków rycerskich i dworów, dziś obierają sobie z upodobaniem siedlisko w wielkich ośrodkach przemysłu i handlu, w bogatych dzielnicach szczęśliwców naszego wieku. Przeważnie znaleźć ich można po fabrycznych miastach, ale gnieżdżą się też i po wsiach i po małych miasteczkach, ujrzysz ich wszędzie, gdzie istnieje wyzysk, gdzie robotnik, ubogi proletariusz, drobny rzemieślnik, najemnik, zadłużony chłop wystawieni są bez miłosierdzia na bezgraniczną chciwość spekulantów.
W jakimkolwiek miejscu, w mieście i na wsi, wszędzie biedne owady szamocą się daremnie w sieciach swych wrogów, opadają z sił, umierają.
Ileż okropnych tragedii odegrało się w ciągu wieków w tej walce słabych i bojaźliwych much z pożądliwymi i okrutnymi pająkami! Czyż nie widzimy dzisiaj zwłaszcza, jak miliony much-robotników giną na wojnie i jak krwią ich tuczą się pająki – rządy i pijawki kapitalistyczne. Im dłużej trwa rzeź rozpasana, tym więcej trupów zaściela pobojowiska, tym gęściej giną za obcą sprawę bezimienni żołnierze-proletariusze, by sprawcy wojny, cesarzowie, generałowie, urzędnicy, wielcy kapitaliści używali dalej życia w pełni sławy i bogactw, by jeszcze większą stała się potęga tych pająków. Krwawa to i bolesna historia
Przyjrzyjmy się więc bliżej walce, którą dziś muchy z pająkami wiodą, poznajmy warunki, w których się odbywa, oświećmy się, my, muchy, jak urządzone są sieci, które nasi wrogowie na nas zastawiają, starajmy się odkryć ich zasadzki, a przede wszystkim – połączmy się my, którzyśmy pojedynczo za słabi, aby stargać oplątujące nas sieci. Zerwijmy kajdany, które nas pętają, wypędźmy naszych wrogów z ich siedzib, rozszerzmy wszędzie światło, jasne światło wiedzy, aby podłe potwory nie mogły w ciemnościach prowadzić swego zabójczego rzemiosła.
Ach gdybyście tylko chciały, muchy, gdybyście tylko chciały, byłybyście niezwyciężone! Wprawdzie pająki są dziś jeszcze silne, ale ich jest niedużo. Wy zaś, muchy, choć nie macie znaczenia ni wpływu, ale ilość wasza jest olbrzymia. Wy – to życie! Wy – to świat. Gdybyście tylko chciały! Gdybyście chciały się połączyć, za jednym uderzeniem waszych skrzydeł zerwałybyście wszystkie nici, wszystkie sieci, w których was dziś spętano, w których szamocecie się i giniecie z głodu. Koniec byłby wszelkiej nędzy i niewoli – gdybyście tylko chciały!
Nauczcież się chcieć!
Wilhelm Liebknecht
______________________
Powyższy tekst Wilhelma Liebknechta był kilkakrotnie wydawany przez różne polskie ugrupowania socjalistyczne pod koniec XIX i w początkach XX wieku jako krótka i przystępna broszura agitacyjna dla środowisk robotniczych.
przez redakcja | czwartek 18 lutego 2021 | opinie
Powyższy tekst to zredagowany zapis debaty poświęconej publikacji „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy” – można ją w całości i za darmo pobrać tutaj. Debata odbyła się online 15 grudnia 2020 i została zorganizowana przez „Nowego Obywatela” i Komitet Dialogu Społecznego KIG. W dyskusji udział wzięli: Magdalena i Remigiusz Okraskowie, prof. Monika Kostera, Bartłomiej Kozek oraz Bartosz Bartosik jako prowadzący. W roli gospodarza wystąpił: Konrad Ciesiołkiewicz (Komitet Dialogu Społecznego KIG). Całość spisała i zredagowała Marta Tumidalska.
Jak zmieniła nasz świat pandemia?
Remigiusz Okraska: Mówiąc wprost, nasz świat eksplodował. Okazało się, że mamy gigantyczny problem o zasięgu globalnym, który wywraca do góry nogami pewniki na których wszyscy bazowaliśmy, fundamenty gospodarki liberalnej, zglobalizowanej, opartej na intensywnej presji na środowisko naturalne. Pandemia stała się dobitnym potwierdzeniem tego, co od wielu lat staramy się w „Nowym Obywatelu” głośno mówić zarówno w sprawach społecznych jak i gospodarczych, ale w większości przypadków uważano to wcześniej za przesadę, czarnowidztwo, straszenie, szukanie dziury w całym, a w najlepszym razie – za ekscentryczność intelektualną.
Tymczasem rzeczywistość niemal z dnia na dzień potwierdza wiele tych diagnoz. Okazało się na przykład, że gospodarka zglobalizowana ma problem z łańcuchami dostaw. Myślenie typu tego, że będziemy produkować na drugim końcu świata, bo tam jest taniej, nie zdaje egzaminu, bo nagle przywóz tych towarów napotyka na blokadę z powodu problemów sanitarnych, izolacji społecznej, kwestii bezpieczeństwa. A dotkliwym skutkiem są m.in. braki na półkach, w tym braki środków ochronnych, lekarstw itp.
W pandemii coraz głośniejszy jest głos krytyków kapitalizmu.
Magdalena Okraska: Pandemia jasno pokazała, że kapitalizm nie ma odpowiedzi na wszystko. Co więcej, upiera się przy stosowaniu ciągle tych samych rozwiązań. To jest bardzo ważne np. w kontekście tego, jak wygląda obecnie świat pracy i sytuacja pracowników. W 2008 r. na skutek krachu gospodarczego nastąpiło pierwsze otrzeźwienie, pojawiła się świadomość potrzeby zmiany narracji. Tzw. wyczekiwany koniec historii nie nastąpił. Pojawiły się np. ruchy „Occupy”, rozróżnienie na 1 i 99 procent społeczeństwa, a klasowy kontekst sytuacji w świecie pracy zaczął być dostrzegany również przez media liberalne i klasę średnią.
W broszurze „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy”, którą napisaliśmy wspólnie z Remigiuszem, przedstawiamy idee odpowiadające na wyzwania dzisiejszych czasów, ale robimy to wbrew tradycyjnym podziałom ideowym. Nie dzielimy ich np. na lewicowe i prawicowe, bo uważamy, że one są niejednorodne środowiskowo. Taka konwencja pozwoliła nam umieścić tam np. tematy związkowe i stricte pracownicze, ale także dotyczące pracy reprodukcyjnej kobiet – niepłatnej pracy domowej, emocjonalnej, fizycznej, niewartościowanej rynkowo i lekceważonej społecznie.
Piszemy też o ideach dotyczących tego, czego jeszcze nie ma, ale już nie ze sfery science fiction. Chodzi o decyzje, które będziemy musieli podejmować w krótkim czasie, np. dotyczące bezwarunkowego dochodu podstawowego, wypłacanego każdemu w równej kwocie tylko za to, że jest obywatelem danego kraju.
Broszura dotyczy globalnych trendów, ale w dotychczasowej publicystyce zajmowaliście się także sprawami lokalnymi, opisując np. sytuację Zawiercia, gdzie mieszkacie. Czy ta zmiana perspektywy była dla was problemem?
R. O.: To, co dzieje się w społecznościach lokalnych, zazwyczaj jest odzwierciedleniem zdarzeń i procesów na poziomie krajowym czy coraz częściej właśnie globalnym. Nie ma już społeczności odizolowanych, nie możemy abstrahować od globalnych procesów, zresztą one często dopiero na lokalnym poziomie są jaskrawo widoczne. Opowieść o globalizacji gospodarczej trafia do odbiorców mniej lub bardziej, ale bardzo wyraźnie przekłada się na społeczność lokalną, bo jeśli powstaje 5 dyskontów to znika 50 małych sklepów, które należały do ludzi związanych z tym miejscem na dobre i złe, i stanowiły część lokalnej tkanki społecznej.
Piszecie o „nowym lokalizmie”. Co to znaczy?
R. O.: To idea, która wybrzmiewa na świecie już od jakiegoś czasu. Bardzo mocno wybrzmiała u początków ruchu antyglobalistycznego, który zwrócił uwagę na fakt, że mimo kulturowego i gospodarczego powiązania, a nawet ujednolicenia wielu miejsc na świecie, wciąż istnieją tradycje i specyfiki lokalne, które są często rezerwuarem pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych. W kosmopolitycznym świecie intelektualnym możemy funkcjonować w ogólnym wymiarze haseł, ale życie ludzi nadal bardzo mocno związane jest z konkretnym miejscem, z jego problemami i wypracowywanymi tam rozwiązaniami. Ruch antyglobalistyczny zwrócił uwagę na lokalną specyfikę problemów, na to, że mimo pewnej wspólnoty doświadczeń w świecie, w którym coraz więcej rzeczywistości się przenika, nie ma uniwersalnej czy uniformizacyjnej recepty na wszelkie problemy. A perspektywa lokalna nie tylko nie przeszkadza w rozmowie o globalnych trendach, ale wręcz przeciwnie, nadaje im dodatkowe zakorzenienie w konkrecie.
Wróćmy jeszcze do wątku krytyki kapitalizmu. Czy pogłoski o jego rychłej śmierci nie są przesadzone? I co nadejdzie po nim?
M. O.: Nie wierzę w to, że kapitalizm podda się bez walki. W euroamerykańskim kręgu ideowym ruchy oddolne dochodzą do pewnych wniosków na temat modyfikowania czy też wręcz obalania kapitalizmu. Ale jest przecież mnóstwo krajów, na których peryferyjności i taniej sile roboczej, problemach zdrowotnych, problemach z wodą itp. kapitalizm korzysta.
Absolutnie nie jestem fanką kapitalizmu, który nawet pomimo pewnych modyfikacji jest moim zdaniem jednym z najgorszych, najbardziej wyzyskowych systemów kontroli człowieka i jego pracy, jaki kiedykolwiek przydarzył się ludzkości. Trzeba mieć świadomość, że on nie jest jedyny, że są alternatywy, ale to wymaga ogromnych zmian i to nie tylko ideowych, bo kapitalizm to potężny przeciwnik. Jednocześnie my znajdujemy się w tej części świata, która może starać się wymóc kierunkowe decyzje np. na wielkich korporacjach.
A kapitalizm w czasie pandemii decyduje m.in. o tym, kto, kiedy i za ile będzie miał dostęp do konkretnych leków. Sam fakt, że szczepionka na COVID-19 będzie darmowa bierze się z tego, że chorują biali ludzie. I ci sami ludzie chcą, żeby szczepionka była szybko. Gdy epidemie uderzały w Afrykę czy w Azję, szczepionki były tworzone wolniej, a więcej osób umierało z powodu braku dostępności, bo koncerny farmaceutyczne kładły łapę na patentach. Zdrowie i życie ludzkie spoza kręgu euroamerykańskiego to są liczby, które w pewien sposób podlegają handlowi, wymianie i wszelkim kapitalistycznym prawom.
R. O.: Zbyt często żyjemy naiwną nadzieją, że system – możemy go nazwać kapitalizmem – zmieni się sam z siebie. To tak nie działa. Mamy do czynienia z brutalną grą interesów, w której ten system pazurami trzyma się swoich stref wpływów i nie odda swojego stanu posiadania bez walki. A zmiany następują albo w wyniku ogromnej presji społecznej, której nie da się zneutralizować, albo wtedy, gdy system staje się dysfunkcjonalny na taką skalę, że nie da się udawać, że jest inaczej.
Tu niezwykle ważna staje się ekologia i ochrona środowiska, które dotyczą samych podstaw bytowania człowieka i innych gatunków. Bo PKB może rosnąć, na rynek mogą wchodzić nowe modele smartfonów czy kolejne udogodnienia cywilizacyjne, ale to wszystko traci znaczenie, gdy w kłopotach pogrąża się fundament przetrwania, czyli odporność naszej planety. Kapitalizm nauczył się sprawnie omijać czy spychać na ubogie obrzeża wiele problemów społecznych, ale wobec wyzwań klimatycznych dochodzi do ściany, bo tu nie da się udawać, że jest inaczej niż jest.
Jestem trochę pesymistą dziejowym, to znaczy uważam, że wiele pozytywnych zmian społecznych wynikało z walki, z determinacji, z upominania się o prawa słabszych, ale wiele innych wprowadzono dopiero po rozmaitych kataklizmach, hekatombach, po wyniszczających wojnach, wśród ruin i zgliszczy.
A gdyby jednak próbować zdążyć przed kolejnym kataklizmem – jak i wokół czego budować skuteczne koalicje na rzecz zmian?
R. O.: Trzeba uświadamiać ludziom, że nie są sami, myśląc, że coś z tym światem jest nie do końca w porządku. Z perspektywy czasu widzę, wyraźnie, że dzisiaj łatwiej już o refleksję, o artykułowanie w sferze publicznej pewnych problemów i nowych idei. To jest duża zdobycz, bo jeszcze 10-20 lat temu propagowanie czegoś, co było w kontrze do neoliberalnego mainstreamu, przypominało walenie głową w mur.
Ale budowanie koalicji to nadal poligon, na którym poruszamy się trochę po omacku, metodą prób i błędów. Nie ma dróg na skróty, trzeba się sprawdzać w boju, a przede wszystkim rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi z bardzo różnych środowisk. Metody działania w systemie demokratycznym są tak naprawdę ciągle takie same: mobilizacja społeczna, mobilizacja polityczna. Wiem, że wielu osobom polityka bardzo źle się kojarzy, ale nacisk na decydentów rożnego szczebla jest po prostu niezbędny. Nie wierzę w prezenty od odpowiedzialnych elit władzy czy pieniądza. Musimy się o te reformy społeczne i ekonomiczne ciągle upominać – każdy tak, jak potrafi, w zgodzie z własnym temperamentem i możliwościami. Kluczem jest aktywność, próba osiągnięcia sprawstwa społecznego, a nie oglądanie się na elity.
Co odróżnia presję od skutecznej presji?
M. O.: Żeby wywieranie presji było skuteczne, musi być masowe. Dlatego jeśli ktoś doprowadzi do zmian relacji pracy i kapitału to będzie to prawdopodobnie ruch pracowniczy. Żeby przerazić kapitał, elity, rządzących potrzeba dużych grup ludzi, którzy są w stanie wyjść na ulicę, albo jak w Amazonie blokować wyjazdy ciężarówek. Albo usiąść do stołu negocjacyjnego i tam zabrać głos w imieniu dziesiątek tysięcy osób myślących podobnie.
Druga rzecz to lobbing. Tu dobrym przykładem jest ruch prozwierzęcy. To trochę paradoks, bo obok ruchu ekologicznego należy do tych wyjątków, gdzie beneficjenci nie są w jego stanie zabrać głosu we własnej sprawie. Tu zmianę jakościową wywalczyli nie tyle ludzie, którzy stali na ulicach z transparentami „Macie krew na rękach”, co ci, którzy chodzili do firm, ubierali się w garsonki i szpilki i starali się negocjować jednocześnie z biznesem i z polityką.
I wreszcie to, co zdarza się najrzadziej, ale jednak się zdarza. Tak jak w Polsce przed 5 laty, gdy władza w pewnym sensie odpowiedziała na potrzeby społeczne, mimo że nie były one poparte strajkami czy protestami, a jedynie niezadowoleniem i rezygnacją. To zostało sprawnie wykorzystane przez obecnych rządzących, ale z korzyścią dla wielu słabszych grup społecznych.
Wróćmy do ekologii, o której wspomniano wcześniej jako jednym z kluczowych wyzwań.
Bartłomiej Kozek: Kwestie tego, czy chronić środowisko, przestają być w Europie i w Polsce elementem sporu ideowego lewicy z prawicą. Stają się przestrzenią dyskusji nad sposobami jego ochrony (szczególnie ważnej w obliczu kryzysu klimatycznego), w której odnajdują się siły usytuowane po różnych stronach politycznego spektrum.
Jest to zauważalne również w Polsce, gdzie np. przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. kwestie środowiskowe pojawiały się w przekazach w zasadzie każdej kandydującej partii, niezależnie od jej nurtu ideowego. Ta sytuacja wpływać będzie pozytywnie również na siły ekopolityczne – odwołujące się przede wszystkim do ekologii, środowiska, zrównoważonego rozwoju – bo zmusza je do zaakceptowania faktu, że nie mają monopolu na kwestie środowiskowe. Pozwala też przekonywać do tych kwestii różnego rodzaju grupy – i to nie tylko te wielkomiejskie, liberalne, kosmopolityczne, ale też te, które łączą kwestie środowiskowe z szeroko pojętą konserwacją, zachowywaniem więzi społecznych i więzi człowieka z przyrodą.
Kto na tym skorzysta?
B. K.: Warto zwrócić uwagę, że już sam fakt konkretyzacji wizji ekologicznej na poziomie Europy – czyli Europejski Zielony Ład – nie wyniknął tylko z dobrej woli, lecz z dość banalnego faktu, że w wielu krajach siły progresywnie patrzące na kwestie ekologiczne zaczęły zyskiwać szersze poparcie. Wywołało to parcie na to, by projekt europejski – jeśli zachować ma swą legitymację społeczną – odpowiadał na trapiące opinię publiczną wyzwania. Czy rzeczywiście odpowiada? W dużej mierze tak. W dokumentach, które towarzyszą temu projektowi, widać wciąż jednak napięcie między starą wizją gospodarki opartej na wzroście a próbą wyjścia poza paradygmat nieograniczonego wzrostu PKB.
W odpowiedzi na kryzys klimatyczny pojawiają się m.in. rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, jak np. europejski system handlu emisjami, które jednak ich krytykom kojarzą się ze sprowadzaniem przyrody do roli towaru. Są też rozwiązania z obszaru ekologicznej polityki podatkowej, czyli przenoszenia ciężaru opodatkowania z pracy na zanieczyszczenia. Pojawia się pytanie o to, na ile może ona sprzyjać redystrybucji i kto na tej zmianie skorzysta. Czy będzie to np. klasa średnia inwestująca w różnego rodzaju odnawialne źródła energii (co będzie sprzyjać obniżkom ich ceny), czy też raczej skupić się powinno na przeznaczaniu środków na inwestycje publiczne, masowe programy termomodernizacyjne, które mają m.in. zwalczać ubóstwo energetyczne.
Od poprzedniego kryzysu gospodarczego coraz więcej mówi się o tzw. rematerializacji ekopolityki. Upowszechnia się przekonanie, że jest to kwestia bezpośrednio dotykająca tego, w jaki sposób żyjemy: jaki jest poziom naszego życia i jego jakość. W 2008 r. zaczęły upowszechniać się idee takie jak zielony nowy ład czy tworzenie zielonych miejsc pracy. Na forum ONZ w ostatnich latach coraz więcej mówi się o łączeniu sprawiedliwości środowiskowej i sprawiedliwości społecznej. Dane wskazują, że emisje gazów cieplarnianych, wygenerowane przez najbogatszy jeden procent ludzi na świecie, są dwukrotnie większe niż najbiedniejszej połowy ludzkości. W świecie nierówności dużo trudniej troszczyć się o środowisko.
W ostatnich latach zmienia się na lepsze jakość debaty o ochronie środowiska – na bardziej inkluzywną, zarówno pod kątem uwzględniania kwestii społecznych, jak i ideowej różnorodności. Nadal dużym wyzwaniem pozostaje natomiast łączenie kwestii praw środowiskowych z prawami człowieka, oparcie prawdziwie trwałego, zrównoważonego rozwoju na prawie do jakości życia na odpowiednim poziomie, prawie do edukacji, prawie do zdrowia i jego ochrony. A przecież mowa tu o podstawowych dobrach i usługach publicznych niezmiernie istotnych, abyśmy w ogóle mieli siłę myśleć z perspektywy trochę szerszej niż tylko „od pierwszego do pierwszego”.
Czy lokalny kontekst ma znaczenie?
B. K.: W ekologii dużo mówi się o kontekście lokalnym. Problemem jest nie tyle to, że chcemy kopiować 1:1 jakieś rozwiązania ze świata, ale raczej kwestia, że często nie wykonuje się wystarczająco dużego wysiłku intelektualnego, aby się z danym rozwiązaniem zapoznać przed jego wykorzystaniem. Niezwykle ważne jest dostosowywanie rozwiązań środowiskowych do lokalnego kontekstu, specyfiki metropolii, obszarów przemysłowych czy rolniczych. Uwzględnienie kontekstu lokalnych społeczności, nadanie tym rozwiązaniom partycypacyjnego, obywatelskiego, demokratycznego charakteru. Mówienie językiem korzyści o poprawie komfortu życia wynikającej z polityki środowiskowej.
Wracając do kryzysu klimatycznego, mniej boję się apokaliptycznej wizji końca ludzkości niż scenariusza, w którym przez najbliższe dziesięciolecia będziemy stąpać po cienkiej linii na skutek braku ambitnej globalnej polityki klimatycznej, w ekosystemach będzie dochodzić do sprzężeń zwrotnych gwałtownie pogarszających naszą jakość życia, a bardziej tego, że równolegle bogata Północ uzbroi się i okopie, a nasz kontynent stanie się „fortecą Europą” próbującą bronić się przed ludźmi uciekającymi do niej w poszukiwaniu lepszego życia.
Zakończę pozytywnym akcentem z Polski – całkiem niedawno we wschodniej Wielkopolsce powstała strategia sprawiedliwej transformacji tego subregionu, która zakłada dojście do celu neutralności klimatycznej do 2040 r., czyli aż 10 lat wcześniej niż cel europejski. Co ważne, strategia ta została stworzona przy udziale samorządów, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców i związków zawodowych. To pokazuje niezwykłą wagę dialogu społecznego, którego istnienie wymaga silnych stabilnych instytucji, również publicznych – kreujących, współtworzących, wspierających ten dialog. Jest on potrzebny do tego, byśmy nie żyli w swoich oddzielnych „bańkach”, lecz przekraczali nasze strefy komfortu. Nagle może się okazać, że właśnie rozmawiając będziemy w stanie stworzyć coś, co realnie odpowiada na wyzwania współczesności. Przykład z Wielkopolski pokazuje jasno, że zmiana jest możliwa. Pozostaje kwestia tego, czy i w jaki sposób naciskać oraz jak najbardziej skutecznie generować sojusze po to, aby ta zmiana faktycznie nastąpiła.
A jak Pani profesor wyobraża sobie przyszły świat? Będzie lepszy niż obecny?
Monika Kostera: Wszyscy zastanawiamy się dzisiaj jak będzie wyglądał świat po pandemii. A ja zaczęłabym od próby odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie znajdujemy się obecnie. W 2012 r. Zygmunt Bauman ponownie zaproponował na dzisiejsze czasy metaforę interregnum autorstwa Antonio Gramsciego jako moment pomiędzy dużymi systemami, kiedy jeden z nich już nie działa, ale nie mamy jeszcze nic nowego na horyzoncie. I teraz mamy do czynienia właśnie z metaforycznie ujmowanym bezkrólewiem. Znajdujemy się bowiem w próżni instytucjonalnej, w próżni socjologicznej – ani tu, ani tu.
Ten okres interregnum jest bardzo nieprzyjemny, z czego zdaję sobie sprawę jako naukowczyni i uczestniczka życia społecznego. Mówimy bowiem o stanie, kiedy wszystko przestało działać i zdaje się być skazane na czarne scenariusze – opisuję to w moich publikacjach jako „apokalipsę socjologiczną”. Obserwujemy rozpad wielkich struktur i instytucji, które latami dźwigały bardzo skomplikowane rozwiązania i mechanizmy społeczne – to wszystko legło w gruzach.
Ale przecież „apokalipsa” oznacza objawienie. Rozpad ujawnia to, co jest pod spodem, to, na czym były zbudowane struktury i instytucje. One powinny być zbudowane na wspólnych wartościach, a okazuje się, że tam pod spodem są przemoc, naga władza, rzeczy, które nas przerażają i odrzucają. To też wprowadza mroczne nastroje społeczne, wywołuje pytania o to, dokąd właściwie zmierzamy.
Uważam, że te wspólne wartości też tam są. Obecnie jest czas na to, aby ich celowo i świadomie szukać, bo one nam się bardzo przydadzą do budowy nowego świata, w którym będzie się nam – ludziom i przyrodzie – lepiej funkcjonowało.
A to dzisiejsze „pomiędzy” przypomina stan, który w antropologii nazywa się liminalność, czyli faza rytuału przejścia pomiędzy odebraniem i nadaniem właściwości, np. roli społecznej. To może być bardzo trudny stan, ale on jednocześnie oferuje też przestrzeń myślenia, potencjał do tego, żeby coś się skrystalizowało, można go wykorzystać do myślenia nad rzeczami, których „nie da się zrobić”. Czyli np. różne anarchistyczne inicjatywy prefiguratywnego zarządzania, kooperatywy, które sobie zresztą ekonomicznie bardzo dobrze radzą, czy też inne alternatywne organizacje gospodarcze, które zarządzają sprawnie, ale za granicą istniejącego systemu – mając na uwadze to, że w przyszłości będzie inaczej, proponując strukturyzację wokół kluczowych wartości.
A co z kapitalizmem?
M. K.: Nigdy zbytnio nie przepadałam za kapitalizmem, ale trzeba uczciwie przyznać, że miał on swoje lepsze czasy, potrafił wchłaniać różnorodność, kraść twórcze rozwiązania socjalistom czy nawet komunistom i na tym budować swoje strategie przetrwania. Ale utracił tę żywotność, stracił sterowność, wpadł w błędne koło oparte na dodatnim sprzężeniu zwrotnym – czyli na zasadzie, że jeśli występuje zakłócenie, to dodaje się więcej do parametru zgodnym z kierunkiem zakłócenia. Czyli, potocznie rzecz ujmując, że jeśli coś nie działa, to stosuje się więcej tego samego. Kapitalizm nie potrafi już w obecnej fazie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, w ostatnich czasach zaczyna odcinać marginesy, a jak wiadomo marginesy to są życiodajne peryferia wielkiego systemu. Czyli nie ma skąd czerpać energii dla odnowy.
Jest to jednak wielki system społeczny, więc on może tak umierać przez pięćdziesiąt, albo i sto lat. Popatrzmy na poprzednie systemy – na imperium rzymskie, na feudalizm. A kapitalizm ma nadal bardzo dużą siłę bezwładu i mechanizmy, które w części nadal działają – jak np. mechanizm wzrostu ekonomicznego. Ale bez struktur wspierających i źródeł odnowy to prowadzi do systemów przemocowych, niedemokratycznych i co więcej – do takiego wyniszczenia planety, że dalszego ciągu już nie będzie.
Co mogłoby to zmienić?
Rozmawiamy na przykład o powszechnym dochodzie gwarantowanym. On mógłby być klinem, który możemy wbić kapitalizmowi i pomóc mu umrzeć. Bo gdy ludzie dostaną ten dochód, to mogą się zorientować, że wcale nie muszą pracować w neoliberalnych korporacjach, nie muszą się godzić na hegemoniczne zarządzanie, które już w tej chwili – nikt tego nie ukrywa – opiera się głównie na przymusie. Gdy damy dochód podstawowy, to może ludzie zajmą się np. opieką nad swoimi bliskimi czy nawet po prostu wysypianiem się. Bo trzeba dać się ludziom wyspać. I może zobaczą wówczas, że istnieje dla nich realnie jakaś alternatywa. I to może zrobić dużą różnicę, pomóc temu wielkiemu systemowi umrzeć. A potem możemy próbować na bazie tego coś nowego budować. Ja bym sobie najbardziej wymarzyła jakiś ustrój oddolnego, kooperatywnego socjalizmu. Ale to jest moje prywatne marzenie, nie jestem prorokiem.
Skąd przyjdzie zmiana? Papież Franciszek namawia, abyśmy poszukiwali rozwiązań na obrzeżach, na marginesach. To jest zresztą stara prawda systemowa – zmiana nigdy nie przychodzi z centrum, lecz z marginesu. System je odcina, ale one istnieją – tyle że poza systemem, a więc nie ma ich w mediach, nie są widoczne ani łatwo dostępne. Centrum systemu nie jest źródłem odnowy, bo ono stabilizuje i konserwuje to, co ma. Owszem, bywały takie momenty, był oświecony feudalizm czy też oświecony kapitalizm, ale to były tylko momenty, w których rozwój systemu polegał na umiejętności odnowy, a w tej chwili to absolutnie nie ma miejsca.
Czyli musimy szukać alternatyw?
M. K.: Już w latach 90. profesor zarządzania Heather Höpfl – po słynnej deklaracji brytyjskiej premier Margaret Thatcher „There is no alternative” – powiedziała: musimy szukać alternatyw, bo tam jest przyszłość. Stąd rozwinęło się zresztą zarządzanie organizacjami alternatywnymi, działającymi na obrzeżach systemu czy też poza systemem, bo niektóre z tych organizacji definiują siebie jako funkcjonujące poza systemem kapitalistycznym. Taki totalny margines, choć oczywiście margines jest szeroki, zwłaszcza w złożonym, wielowymiarowym systemie.
Nie mamy pojęcia, skąd przyjdzie ta przyszłość. Może z pięknych kooperatyw, a może z czegoś, co nie jest ani piękne, ani miłe, ani nie gwarantuje przetrwania naszej cywilizacji. Tym bardziej powinniśmy poznawać te obrzeża, te marginesy, te alternatywy, żeby one funkcjonowały w przestrzeni fizycznej, żeby ludzie wiedzieli, że one istnieją.
Jest jeszcze stara dobra rada. Pochodzi z nauk organizacji i zarządzania i brzmi: organizujmy się. Możemy się uczyć od Skandynawów jak organizować się w związki zawodowe. A pamiętajmy, że związki zawodowe zawsze broniły praw pracowniczych, gwarantowały przynajmniej jakieś tam reprezentowanie najsłabszych. A więc zbierzmy się, organizujmy się, róbmy to świadomie. I może będzie dobrze.
przez redakcja | wtorek 2 lutego 2021 | klasyka, opinie
Sekularyzm jest przekleństwem
„Największym problemem społeczeństwa współczesnego jest oddzielenie tego, co duchowe, od tego, co materialne”, pisze Glenn Frank [1]. Separację duchowego i materialnego wymiaru życia nazywamy sekularyzmem. „Sekularyzm jest plagą współczesności”, poucza ojciec święty Pius XI. Edukacja bez religii to nie edukacja, a informacja. Polityka bez religii to nie polityka, a partyjniactwo. Gospodarka bez religii to nie gospodarka, a komercjalizm. Religia pomoże na wiele, na co dzień i na niedzielę.
Utylitaryzm
Gdy filozofowie angielscy „wyzwolili” się już zupełnie z więzów filozofii średniowiecznej, stworzyli coś, co nazywa się dziś utylitaryzmem. Utylitarystyczni myśliciele: Lock, Hobbes i Hume, wychowali uczniów – (f)utylitarystycznych [2] ekonomistów szkoły manchesterskiej. Od czasu powstania szkoły manchesterskiej, szkoły leseferyzmu, religia straciła związek z ekonomią polityczną – ponieważ ekonomia polityczna straciła związek z etyką społeczną.
Ekonomia futylitarystyczna
Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej twierdzili, że realizacja materialnych interesów jednostek w czarodziejski sposób doprowadzi do realizacji powszechnego interesu ludzkości. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej definiowali dobrobyt jako stan społeczny, w którym wszyscy obywatele dorabiają na boku. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej wierzyli w prawo popytu i podaży i nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, w której byłoby za dużo podaży i za mało popytu.
Państwa futylitarystyczne
Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej uważali, że biznes to biznes i państwu nie wolno mieszać się do gospodarki. Według futylitarystycznych ekonomistów szkoły manchesterskiej państwo to wielki windykator na usługach bogaczy. Wojna roku 1914 i pokój roku 1919 to ledwie logiczne konsekwencje głupich przekonań manchesterskich futylitarystów. Anglia, Francja i Ameryka, państwa futylitarystyczne, większość czasu i energii poświęcają obecnie na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez ekonomiczną ignorancję futylitarystycznych ekonomistów z Manchesteru.
Państwa totalitarne
Anglia, Francja i Ameryka wierzą, że przetrwają obecny kryzys nie zmieniając znacząco swej polityki z osiemnastego wieku. Rosja, Włochy i Niemcy odrzuciły system dwu- czy trójpartyjny i wprowadziły monopartyjny. Motto państwa futylitarystycznego brzmi: „Pilnuj swego interesu”. Motto państwa totalitarnego: „Rób, co ci każę, bo inaczej wylądujesz w obozie koncentracyjnym”.
Pluralizm
Humaniści wierzą, wespół z Robertem Burnsem [3], że „człowiek to człowiek, mimo wszystko”. Teiści wierzą, że Bóg stworzył świat, że jest ojcem wszystkich ludzi, ludzie zaś są braćmi wszystkich ludzi. Protestanci wierzą, że Bóg-Ojciec posłał swego Syna jednorodzonego, aby zadośćuczynił za grzechy świata. Katolicy wierzą, że ten Syn, Jezus Chrystus, założył Kościół – Kościół Katolicki. Humaniści to humaniści. Teiści to humaniści plus teiści. Protestanci to humaniści plus teiści plus chrześcijanie. Katolicy to humaniści plus teiści plus chrześcijanie plus katolicy.
Państwo pluralistyczne
Wszyscy – humaniści, teiści, protestanci i katolicy – wierzą w to, że człowiek jest osobą. Na tej wierze łatwo mogliby zbudować razem państwo pluralistyczne. Państwa futylitarystyczne i totalitarne nie opierają się na cywilizacyjnych tradycjach Zachodu. Państwo pluralistyczne to takie, w którym humaniści starają się być ludźmi, ortodoksyjni Żydzi – Żydami, protestanci – chrześcijanami, a katolicy – katolikami.
Wspólnymi siłami
Państwo pluralistyczne nie jest zagrożeniem dla ruchów społecznych opartych na osobistej odpowiedzialności. Kooperatyzm, korporacjonizm, agraryzm, komunitaryzm są w państwie pluralistycznym u siebie. Państwo pluralistyczne nie rozwiązuje problemów poprzez legislację czy tworzenie nowych urzędów, ale właśnie usuwając ze swych kodeksów wszelkie przepisy krępujące działalność społeczną opartą na osobistej odpowiedzialności. Państwo pluralistyczne opiera się na autorytecie, a więc jest wolne od autorytaryzmu.
Peter Maurin
Tłum. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pochodzi z książki „Catholic Radicalism” (1949).
Przypisy tłumacza:
1. Prawdopodobnie chodzi tu o Glenna Franka (1887-1940), dziennikarza, wykładowcę i rektora Uniwersytetu Wisconsin-Madison w latach 1925-37, agrarystę i krytyka prezydenta Roosevelta.
2. Gra słów od łacińskiego futil – daremny, bezsensowny.
3. Robert Burns (1759-96) – poeta szkocki chłopskiego pochodzenia, prekursor romantyzmu, popularyzator szkockiej sztuki ludowej i przedstawiciel pogodnego „liberalizmu agrarnego” XVIII stulecia.
Peter Maurin (1877-1949) był francuskim rolnikiem, jednym z 24 rodzeństwa. Początkowo związany z ruchem Sillion, w latach 20. wyemigrował do USA, gdzie pracując w slumsach Nowego Jorku przeżył nawrócenie religijne i postanowiwszy rozpocząć prawdziwie katolicką akcję społeczną założył Katolicki Ruch Robotniczy i czasopismo „The Catholic Worker”, a także stał się mentorem wielu młodszych pisarzy, np. eks-komunistki Dorothy Day. Ze względu na swoje nastawienie prospołeczne, pacyfistyczne i antyfaszystowskie, był bardzo zwalczany przez konserwatywną hierarchię. Deklarował się jako „katolicki anarchista” bądź „katolicki radykał”. Często posądzany o ignorancję, był świetnym samoukiem i erudytą (czerpał głównie z filozofii personalistycznej Jacques’a Maritaina i dystrybucjonizmu Gilberta Keitha Chestertona). Charakterystycznym narzędziem literackim, którym się posługiwał, były tak zwane „proste eseje”, szczególny gatunek prozy wierszowanej, którego celem jest przekazanie trudnych i ważnych prawd w przystępnej, często dowcipnej, formie, z szerokim wykorzystaniem kalamburów, powtórzeń, żartów, paradoksów, zaskakujących metafor czy porównań.
przez redakcja | niedziela 20 grudnia 2020 | klasyka, opinie
Istnienie gigantycznych problemów mieszkaniowych w społeczeństwie tak zamożnym jak nasze, to niewątpliwie wielki i oburzający paradoks. Wiele lat temu, jak wszyscy pewnie pamiętamy, usłyszeliśmy z ust największego autorytetu politycznego, że nigdy nie było nam tak dobrze [1]. Od tamtego czasu, według statystyk, gospodarka znacząco urosła. Ale problem mieszkaniowy czy raczej problem bezdomności, zamiast zmaleć – zwiększył się. Dziwne, prawda? W dzisiejszych czasach budowa domu zajmuje mniej czasu i wysiłku, niż kiedykolwiek wcześniej. Co w takim razie stoi na przeszkodzie? Czy niedobór gruntów? Na pewno nie. Brak pieniędzy? Mamy ich obecnie w obiegu więcej, niż śniłoby się to poprzednim pokoleniom – i ciągle ich przybywa. Mówią nam przecież, że dochód narodowy rośnie o 5% w skali roku.
Te dodatkowe 5% dochodu narodowego rocznie to dwa miliardy funtów. Cóż, tak na pierwszy rzut oka, powinno starczyć na wiele domów. Tylko że to tak nie działa. Wszystkie pieniądze generowane przez tzw. postęp są już „zaklepane” i nie idą na mieszkalnictwo. Idą – sami zresztą Państwo wiedzą, na co idą – na najprzeróżniejsze rzeczy, na przemysł samochodowy, transport lotniczy, podbijanie wskaźnika rocznych przepraw przez Kanał La Manche. A niedobór mieszkań jak był, tak jest. Potrafiliśmy skonstruować Concorde’a. Kosztowało nas to znacznie więcej, niż pierwotnie sądziliśmy, ale się udało. Planujemy budowę lotniska Maplin i tunelu pod Kanałem La Manche [2]. I oczywiście obydwa te projekty leżą w zasięgu naszych możliwości. Co to jest miliard? Jak to możliwe, że potrafimy dokonać takich rzeczy, a nie potrafimy rozwiązać problemu mieszkaniowego?
Powiedzą nam: „Tamto się robi, bo jest na to popyt”. Popyt? Skąd wiemy, że „jest popyt”? Maplin i tunel to projekty obliczone na wiele lat do przodu. Jak możemy przewidzieć, na co będzie popyt wiele lat do przodu? Ach, oczywiście, możemy, bo możemy, drodzy Państwo, mamy metody, mamy obliczenia. Obecne trendy wskazują, że liczba ludzi przekraczających rocznie Kanał La Manche wzrośnie nieomylnie z 23,7 miliona w roku 1970 do 49,7 miliona w 1980 i 97,7 miliona w 90. Naprawdę nie znali Państwo tych oczywistych faktów?
Mogę również podać Państwu liczbę przekraczających rocznie Kanał podróżnych-zmotoryzowanych: 1970 – 4,1 mln, 1980 – 9,6 mln, 90 – 20,1 mln. I istotnie, wobec tych szacunków jedyną racjonalną reakcją jest ta, na którą się zdecydowaliśmy. Jeśli chcemy być konsekwentni w naszej zabawie w „wiedzę”, zwyczajnie musimy zbudować nowe lotnisko i kanał podmorski. Nie musimy jednak, jak wszystko na to wskazuje, budować domów. Czy znajdzie się ekonomista, który narysowałby nam wykres pokazujący, ilu ludzi w Wielkiej Brytanii nie będzie miało dachu nad głową w 1980 i 1990?
Ilu ludzi bezdomnych będzie żyć w naszym kraju, gdy kolejni turyści przyjdą i odejdą? Nikt nie zaprzeczy, że istnieje popyt na mieszkania – na domy. W znacznej swojej części wszakże nie jest on, jak to się mówi w ekonomii, „efektywny”, ponieważ tych, którzy mieszkań najbardziej potrzebują, zwyczajnie nie stać na nie.
Na to możemy powiedzieć, że społeczeństwa nie interesuje popyt, który nie może zostać zaspokojony. Ale czy to faktycznie kwestia społeczeństwa? Ludzie nie pozostają obojętni – spójrzcie choćby na ustawodawstwo ostatnich dekad. Jak wiele wydano ustaw mających ulżyć bezdomnym i poprawić warunki bytowe w slumsach. Ale żadna nie rozwiązała problemu. Niemal bez wyjątku dzięki nim bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zdesperowani, choćby ich liczba jako taka się zmniejszyła. Mówiąc wprost: większość legislacji, zamiast rozwiązaniem problemu, okazała się częścią problemu; w związku z czym jasne stało się, że ten problem istnieje i ma jakieś źródła, i dopóki do tych źródeł nie dotrzemy, reszta na nic się nie przyda.
Co leży jednak u źródeł problemu? Cóż, nie zgrywam bynajmniej eksperta z dziedziny polityki mieszkaniowej, ale poświęciłem sprawie sporo namysłu; przeczytałem te wszystkie niezliczone raporty, jakie o niej napisano; i doszedłem do wniosku, że kwestią zasadniczą jest tutaj system prywatnego posiadania ziemi.
To, rzecz jasna, mało oryginalna konkluzja. W ciągu wieków wielu ludzi domagało się zniesienia indywidualnej własności ziemskiej – nie tylko Karol Marks – i nic z tego nie wynikało. Bo jedynym możliwym rozwiązaniem wydawała się nacjonalizacja.
Według jednej teorii, jedyną możliwą metodą nacjonalizacji ziemi jest wykup. Ale jak uzasadnić ogólnonarodową kampanię wykupu prywatnych nieruchomości? Inni, oczywiście, powiedzą na to: „Właśnie – dlatego potrzeba rozwiązań radykalnych: zakwestionowania istniejącego porządku i dokonania konfiskaty”.
Ale, pytajmy dalej, kto mógłby na serio bronić konfiskaty? Wracając zaś do wykupu: skąd rząd miałby wyczarować tak ogromną sumę pieniędzy, jaka byłaby potrzebna do jego przeprowadzenia? W tym martwym punkcie debata o nacjonalizacji ziemi się zatrzymuje. Po pierwsze, abolicja indywidualnej własności ziemi jest możliwa wyłącznie na drodze wykupu (tak się uważa), co wymagałoby gigantycznych funduszy, których nie ma skąd wziąć; po drugie wszakże, i ważniejsze, publiczna własność ziemi wiązałaby się, jak nam mówią, w sposób konieczny z jakąś formą centralnego planowania – i obydwie te perspektywy są nieakceptowalne i niebezpieczne.
Pytanie zasadnicze brzmi jednak: dlaczego w ogóle chcemy zmienić system własności ziemskiej? Odpowiedź zaś mnie przynajmniej wydaje się oczywista: aby zakończyć proceder spekulacji gruntem, proceder wykorzystywania dla prywatnych zysków tak znacznego w przypadku ziemi czynnika wartości dóbr rzadkich, zatrzymać, jak moglibyśmy powiedzieć, „cornering” rynku gruntowego – wiedzą Państwo, co to znaczy „cornering”, to praktyka polegająca na wykupie, na przykład, całego zasobu jakiegoś dobra, którego ludzie potrzebują niezbędnie do życia i którego podaż nie może zwiększać się w miarę wzrostu cen. To właśnie „cornering”. I grunty stanowią idealny wprost przedmiot „corneringu”. Pewna „baza” gruntowa to rzecz niezbędna do życia. Wraz ze wzrostem wskaźników – wzrostem mobilności, produkcji, wymiany – wartość gruntów (niezależnie od inflacji) to, że tak powiem, ulica jednokierunkowa. Posiadacz monopolu ziemskiego musi tylko chwilę poczekać, aby stał się zawrotnie bogaty. Stawiam następującą tezę: że ten typ własności indywidualnej, który może być dobrym rozwiązaniem w wypadku dóbr wytworzonych przez człowieka – bo podaż ich może zwiększać się względnie swobodnie dzięki ludzkiej pracy i inwencji – kompletnie nie sprawdza się w przypadku dobra takiego, jak grunt.
Jakie mamy zatem alternatywy, skoro nacjonalizacja, jak się ją zazwyczaj rozumie, nie wchodzi w grę? Poszukajmy drogi środka, jakiegoś nowego rozwiązania, które pozwoliłoby nam uniknąć pułapek zarówno indywidualnej własności ziemi, jak i jej nacjonalizacji. Czy uda nam się opracować model własności gruntów (a być może i innych nieruchomości), który po pierwsze i przede wszystkim wyeliminuje element spekulacyjny; po drugie – położy tamę nieproporcjonalnym, niesprawiedliwym zyskom, jakie przynosi w naszych czasach posiadanie ziemi i jakie wzrastają jeszcze w przypadkach zastosowania „corneringu”; rozwiązanie, po trzecie, które nie spowoduje strat obecnych posiadaczy, a zatem nie będzie oznaczać konieczności ich wynagradzania; które, po czwarte, nie przysporzy obecnym właścicielom ziemskim trudności, pod warunkiem, rzecz jasna, że ich działania mieszczą się w granicach prawa?
Powiedzą pewnie Państwo, że to jakieś szaleństwo, ale zastanówmy się chwilę. Dotrzymajcie mi towarzystwa na ścieżkach mego rozumowania. Każdy dziś skrawek ziemi w Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, ma jakąś konkretną wartość czy cenę. Każdy właściciel, gdyby chciał sprzedać, co jego, mógłby zyskać przynajmniej ogólne pojęcie, być może po konsultacjach z profesjonalistą, ile może zarobić. Przyjmijmy więc, że udało nam się określić wartość ogółu gruntów Wielkiej Brytanii – zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Oczywiście, wartość ta uwzględniałyby choćby obecne plany gospodarowania przestrzennego oraz inne podobne czynniki. Wartości w ten sposób uzyskane nazywam wartościami rejestrowymi gruntów brytyjskich na lipiec 1973. Szacowano by je w funtach szterlingach według obecnej mocy nabywczej tej waluty. Aby uprzedzić problem inflacji, rząd mógłby opublikować specjalny aneks określający zasady przeliczania funta z 1973 do funta z dowolnego momentu w przyszłości. Dzięki temu naszą wartość rejestrową można by z łatwością dostosować do warunków, gdyby zachodziła taka konieczność. Zmierzam do tego, że właściciel danej działki, gdyby chciał ją sprzedać, powinien dostać za nią nie więcej niż wynosi wartość rejestrowa wyrażona w funtach szterlingach z uwzględnieniem inflacji. Transakcja musiałaby być zapośredniczona przez samorząd lokalny, odgrywający w całym przedsięwzięciu rolę czysto bierną, o ile rzecz jasna sam nie zamierzałby wejść w rolę nabywcy. Jeśli nie, prywatny – jak powiadam – kupiec mógłby zapłacić prywatnemu sprzedawcy najwyżej równowartość ceny rejestrowej – i ani pensa więcej.
Ale co jeśli, na przykład ze względu na zmiany w gospodarowaniu przestrzennym, wartość tych lub innych gruntów znacząco wzrosła? W takim przypadku będzie wielu potencjalnych nabywców – zorganizuje się aukcję i wygra ten, kto da najwięcej, ale – uwaga – właściciel otrzyma tylko wartość rejestrową, nadwyżka zaś trafi na, jak to nazywam, lokalny fundusz gruntowy. Co zaś z wartością rejestrową? Jeśli w sposób opisany wyżej cena działki faktycznie została podbita, ta nowa najwyższa cena staje się zarazem nową wartością rejestrową. A co jeśli działka jest na sprzedaż, ale nie znajdzie się nikt, kto zaoferowałby za nią przynajmniej cenę równą wartości rejestrowej? Właściciel może sprzedać ją za mniej – i wartość rejestrowa spadnie do poziomu tej nowej, niższej ceny.
Krótko mówiąc: koniec niesprawiedliwych zysków z ziemi teraz i w przyszłości. Nadwyżki trafiają nie do prywatnej, a publicznej kieszeni – zasilają lokalny fundusz gruntowy. W tych wyjątkowych przypadkach, w których cena jakiejś działki spadła, właściciel faktycznie może nie odzyskać włożonych w nią pieniędzy, ale to przecież ryzyko, które ponosi każdy, kto kupuje kawałek gruntu, albo – jak kto woli – cena, jaką płaci się za ów nadzwyczajny przywilej, jakim jest bycie właścicielem ziemskim.
Zachęcam Państwa do zastanowienia się nad tą propozycją. Uważam, że stanowiłaby ona rzeczywiście złoty środek, „złote” rozwiązanie problemu własności ziemskiej. Nie utrudni w żaden sposób legalnej aktywności obecnych właścicieli. Ich sytuacja pozostanie jak obecnie, nie doświadczą żadnych kłopotów. Obecność nowych regulacji odczują dopiero, jeśli zdecydują się swoją działkę sprzedać – w przypadku, gdy jakiś właściciel ziemski zapragnie przestać być właścicielem ziemskim.
Uważam, że mój plan znacząco ułatwiłby władzom lokalnym kupowanie gruntów na cele publiczne po uczciwych cenach i pozwolił przekierowywać do wspólnej puli niesprawiedliwe nadwyżki generowane przez stale rosnące zapotrzebowanie na ziemię; ale tylko, jeśli pochodziłyby one z dobrowolnej transakcji między kupującym i sprzedającym. Krótko mówiąc, pozwalamy prawom rynku działać swobodnie, jeśli chodzi o wolną wymianę między prywatnymi obywatelami; niemniej, upewniamy się także, by ta wolna wymiana nie prowadziła do kumulacji fortun; sfera publiczna zaś, w tym wypadku samorząd lokalny, zyskuje dobre zabezpieczenie przed spekulacją.
Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły; wszystkie je można ustalić już po wprowadzeniu mojego planu w życie. Nie twierdzę również wcale, że wraz z rozwiązaniem problemu własności gruntów problem mieszkaniowy rozwiąże się samoczynnie. Wydaje mi się jednak, że poszłoby nam z nim znacznie łatwiej.
Pozwolą teraz Państwo, że przejdę do innej myśli. Od dość długiego czasu interesuje mnie kwestia właściwych rozmiarów, właściwej miary rzeczy. Wydaje mi się, że to temat bodaj najbardziej zaniedbany we współczesnym społeczeństwie. „Państwo”, napisał Arystoteles dwadzieścia trzy wieki temu, „nie powinno być większe lub mniejsze ponad pewną miarę, podobnie jak inne rzeczy: rośliny, zwierzęta, czy narzędzia, bo żadne z tych nie może działać właściwie, jeśli jest za duże lub za małe, ale traci swoją naturę albo ulega zepsuciu”. Trudno doścignąć język starożytnych. Wyobraźmy sobie małą wyspę z – powiedzmy – dwoma tysiącami mieszkańców. Pewnego dnia do brzegów naszej wyspy przybija łódka i wysiada z niej człowiek, którego właśnie zwolniono z więzienia na kontynencie. Były więzień wraca do domu. Czy ta hipotetyczna wspólnota doświadczy jakichkolwiek trudności, aby się nim zająć, zapewnić mu minimum ludzkich kontaktów, znaleźć dla niego pracę i rozpocząć proces ponownego włączenia go do społeczeństwa? Nie sądzę. A teraz wyobraźmy sobie wyspę z populacją dwadzieścia pięć tysięcy razy większą, wynoszącą jakieś pięćdziesiąt milionów ludzi; i że co roku wraca na nią nie jeden, a dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Automatycznie jak gdyby, wdrożenie tych tysięcy do normalnego życia staje się zadaniem ogromnie trudnym, zadaniem, do rozwiązania którego potrzeba armii ministrów i przepracowanych, zestresowanych kuratorów sądowych. Jakiż gigantyczny problem! Problem, istotnie, którego nikt nie zdołał jeszcze w satysfakcjonujący sposób rozwiązać.
Mniemam, że już coś, jak to mówią, „dzwoni”, że mamy przynajmniej sporo materiału do przemyśleń. Albo wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast jednego więźnia pojawia się na naszej małej wyspie z dwutysięczną populacją bezdomna rodzina licząca pięć osób, a nawet dwie takie rodziny (razem dziesięć osób). Dach nad głową dla dziesięciu osób znajdzie się od ręki. Ale zwiększmy skalę razy dwadzieścia pięć tysięcy i wyobraźmy sobie, że wspólnota licząca pięć milionów ludzi ma coś zrobić z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami bezdomnych. Udręka. Znów: ministerstwa, urzędy, prawa, regulacje, przesyły finansowe, ogromne trudności i ogromne wysiłki – i znów (na ile nam doświadczenie podpowiada) żadnych realnych rozwiązań.
Opublikowałem dopiero co niewielką rozprawę zatytułowaną „Małe jest piękne” i otrzymałem list od czytelnika, w którym wyjaśnia on ów dziwny i wymagający problem skali z matematycznego punktu widzenia. Cytuję: „Kluczowe znaczenie ma fakt, że gdy jakaś jednolita organizacja zwiększa swój rozmiar, ilość problemów komunikacyjnych zachodzących między jej częściami składowymi rośnie wykładniczo. Generalnie przyjmuje się, że maksymalna liczebność produktywnej grupy badawczej wynosi dwanaście. Jeśli się ją przekroczy, badacze, zamiast badać, tracą czas na ustalaniu, co kto powiedział i co robi reszta”.
Przed około dwudziestu laty, pracując dla National Coal Board [3] zainteresowałem się kwestią bezpieczeństwa pracy w kopalniach. W tamtym czasie mieliśmy dwieście pięćdziesiąt tysięcy wypadków rocznie. Ktoś zwrócił wtedy moją uwagę na inną kopalnię, nie węgla, ale jakiegoś chyba minerału, w każdym razie korzystającą z dokładnie takich samych metod wydobycia, jak my. Wskaźnik wypadków był początkowo w owej kopalni taki sam, jak w „naszych”. Pewnego dnia jednak zarząd postanowił podjąć kroki – i wypadki zupełnie niemal się skończyły. Przyjrzeliśmy się tamtym rozwiązaniom, bardzo zresztą logicznym, i powiedzieliśmy sobie: „Udało się im, uda się i nam!”. Co prawda to była jedna kopalnia, a naszych było sześćset, ale przecież jeśli chodzi o ilość zaopatrzenia, pracowników i tak dalej musiały zachodzić tutaj podobne proporcje. NBC powiedziało sobie: „Ochrona życia i zdrowia ludzkiego to kwestia niecierpiąca zwłoki. Zastosujmy te metody we wszystkich sześciuset kopalniach od razu”. I – nic. Żadnych efektów. Choć, rzecz jasna, przez te dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego czasu, poziom bezpieczeństwa w kopalniach podniósł się niepomiernie. W tamtym jednak wypadku to, co udało się w tej jednej kopalni, w „naszych” sześciuset się nie udało.
Wiele czasu zajęło mi zrozumienie tych osobliwych i paradoksalnych wydarzeń. Jeśli jeden kompetentny inspektor bezpieczeństwa z zespołem potrafi zrobić porządek w jednej kopalni, dlaczego sześciuset inspektorów w sześciuset kopalniach – nie? Odpowiedź brzmi: ponieważ jeden inspektor nie potrzebuje do wykonywania swojej pracy potężnej „nadbudowy” o charakterze administracyjnym; on sam, jako szef zespołu, jest tą „nadbudową”. Ale sześciuset szefów sześciuset zespołów już takiej „nadbudowy”, takiego koordynującego nadzoru wymaga (a przynajmniej wszyscy myślą, że tak jest).
Pozwolą Państwo, że zwrócę teraz uwagę na jedną rzecz: administracja, jeśli ma być skuteczna, to przedsięwzięcie nadzwyczajnie trudne, wymagające nieprzeciętnej inteligencji. Znacznie trudniejsze, niż zapobieganie wypadkom pod ziemią. Wynika stąd, że do pracy w administracji nadają się tylko ludzie wyjątkowo utalentowani; i jeśli chcemy stworzyć administracyjną superstrukturę odpowiednią do skali przedsięwzięcia (sześćset kopalni, przypominam), to wtedy naturalnym biegiem rzeczy najlepsi pracownicy muszą wziąć na siebie właśnie funkcje administracyjne, wykonanie właściwych zadań powierzyć trzeba zaś pracownikom drugiego i trzeciego rzędu.
Podkreślam to tutaj bardzo mocno, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Owszem, potrzebujemy rozbudowanych struktur, ale przecież nie biurokracji!”. Tylko że jeśli nie chcemy, aby nasza administracja była biurokratyczna, musimy – powtarzam – przekierować do niej naszych najlepszych ludzi. A i to nie wszystko. Bo jeśli w ogóle zachodzi potrzeba wytworzenia dla jakiejś operacji „nadbudowy” administracyjnej, w naturalny sposób pion wykonawczy (bez niczyjej winy) nie może rozwinąć skrzydeł, podlegając nadzorowi urzędników, z którymi nie ma (choćby ze względu na dystans przestrzenny) bezpośredniego kontaktu i których nigdy ani nawet nie spotkał, chyba że na krótkich, oficjalnych „konferencjach”.
To doświadczenie, wespół z wieloma innymi, jakie uzbierały się przez te dziwne dwadzieścia lat, przekonało mnie ostatecznie, że małe jest piękne – przy czym mówiąc „małe” mam na myśli nie coś groteskowo czy nieskończenie małego, ale miarę, którą można w pełni objąć umysłem – i że najlepiej radzić sobie bez rozbudowanych struktur administracyjnych.
Dobra administracja, powtórzę, wymaga nieprzeciętnego talentu i inteligencji; zła administracja zaś to chyba najgorsza rzecz, jaka może istnieć. Dlatego też, jak powiedziałem, kwestię miary, rozmiaru, uważam za naraz najważniejszą i najbardziej zaniedbaną w obecnej debacie publicznej. Cytowałem już Arystotelesa i zacytuję go jeszcze raz: „Gdy rzeczy stają się za duże lub za małe, tracą swoją naturę lub ulegają zepsuciu” albo, jak mawiała moja babcia: „Wszystko, co »za« jest, od złego pochodzi”.
Na koniec, pozwólcie, że podsunę Państwu jeszcze inną myśl. Zacząłem od tego, że to istotnie bardzo dziwne, że my, żyjący w społeczeństwie tak bardzo bogatym, nie umiemy poradzić sobie z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego. I istotnie, nie da się naszych niepowodzeń w tej materii nijak usprawiedliwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wobec nich cała nasza gadanina o sprawiedliwości społecznej zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie. Podobnie jak i wszelkie nasze pretensje do ekonomicznej racjonalności, bo kosztów społecznych niedoboru mieszkań – takich jak na przykład rosnący wskaźnik przestępczości, problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, trwałe bezrobocie – tych kosztów społecznych zwyczajnie nie da się zrekompensować; i nie mam żadnych wątpliwości, że są one dużo większe, niż potencjalne koszty realnej polityki mieszkaniowej.
Jak by z tym jednak było, nie chcę zostawiać Państwa z przekonaniem, że obecne bogactwo Wielkiej Brytanii, czy całej w ogóle Europy Zachodniej, to osiągnięcie trwałe, niezagrożone z wewnątrz czy zewnątrz. Owo tak zwane „osiągnięcie” stanowi bowiem skutek pewnych konkretnych i przygodnych praktyk oraz okoliczności, będących dzisiaj – by to ująć kolokwialnie, ale prawdziwie – „na końcówce”. Gdy mówię „praktyki”, mam na myśli życie z kapitału raczej, niż z pracy. Dzisiaj bowiem znaczną część naszego kapitału stanowi ropa – surowiec nieodnawialny, nad wydobyciem i dystrybucją którego my tutaj w Europie Zachodniej nie mamy właściwie żadnej kontroli. „Okoliczności” zaś to po prostu system pozwalający nam swobodnie ową ropę kupować – układ sił, który dynamicznie się zmienia. Gospodarka światowa (termin ten oznacza rzecz jasna przede wszystkim zamożne dwadzieścia procent ludzkości) potrzebuje siedmioprocentowego wzrostu dostaw ropy w skali roku, podczas gdy znaczna liczba producentów tego surowca, myśląc w perspektywie długoterminowej stabilności, podjęła decyzję o utrzymaniu produkcji na poziomie z roku 1971. Uczyniły to już Wenezuela, Libia i Kuwejt; i te trzy kraje odpowiadają za wydobycie więcej niż jednej trzeciej (trzydziestu pięciu procent, dokładnie) zapasów ropy naftowej trafiającej na rynek międzynarodowy. Czym okazują się wszystkie owe projekty, o których mówiłem, projekty mające rozkręcić transport zmotoryzowanych i niezmotoryzowanych turystów przez Kanał La Manche, w perspektywie realnych trudności – zaburzeń dostaw czy nagłego wzrostu cen, na przykład – na rynku ropy naftowej?
Jeżeli dalej będziemy żyć w przeświadczeniu, że możemy jeść, pić i popuszczać pasa, bo nasze dzieci i tak będą bogatsze od nas, to – może powiem w ten sposób: jeśli ktoś tak myśli, to najwyraźniej nie zapytał o zdanie ludzi, dzięki którym tak ogromny wzrost poziomu bogactwa, jaki miał miejsce w Europie Zachodniej, w ogóle stał się możliwy. Czy to wszystko nie wskazuje na konieczność fundamentalnej przemiany tego, co zwykło nazywać się naszym „sposobem bycia”? Ta zaś implikuje coś, co wielu z moich politycznych przyjaciół określa mianem „reformy systemowej” – zwrot w kierunku daleko posuniętej decentralizacji i samowystarczalności małych wspólnot oraz, przede wszystkim, znacznie bardziej elastycznego, sprawiedliwego i racjonalnego systemu własności ziemi, oprócz – rzecz jasna – wielu innych rzeczy.
Ernst Friedrich Schumacher
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Katolickiego Towarzystwa Pomocy Mieszkaniowej w 1973 roku, a następnie opublikowany przez tę organizację.
Przypisy:
1. Chodzi o wypowiedź premiera Harolda Macmillana (1894-1986), konserwatysty, z 1957 roku. W tym samym przemówieniu zaatakował także „doktrynerstwo” socjaldemokratów i przestrzegał przed zbyt dynamicznym wzrostem pensji.
2. Lotnisko Maplin, właściwie lotnisko Ujście Tamizy czy u ujścia Tamizy. Obydwa przedsięwzięcia stanowiły ówcześnie „oczko w głowie” rządów brytyjskich. Tunel powstał w latach 90. jako tzw. Eurotunel, lotnisko do dziś pozostaje w fazie projektu.
3. Krajowa Rada Węglowa, instytucja powołana w 1946 do nadzoru nad znacjonalizowanym przemysłem węglowym Wielkiej Brytanii.
Ernst Friedrich Schumacher (1911-1977) – niemieckiego pochodzenia ekonomista i statystyk, który już w okresie studiów związał się z kulturą anglojęzyczną. Studiował w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie następnie pracował w biznesie. Po objęciu władzy przez nazistów pozostał w Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny był jako obywatel niemiecki internowany, został uwolniony po interwencji Johna Maynarda Keynesa. Po wojnie brał udział w pracach związanych z planem Marshalla. Od roku 1950 do 1970 związany zawodowo z publicznym sektorem górniczym w Wielkiej Brytanii. Brał także udział w pracach organizacji i instytucji pomocowych dla krajów rozwijających się. Pod wpływem wizyt w Birmie i Indiach związał się z inicjatywami ekologicznymi, m.in. był szefem Soil Association – brytyjskiej organizacji działającej na rzecz rolnictwa ekologicznego, drobnego, nieprzemysłowego. W roku 1973 ukazał się zbiór jego esejów – książka „Małe jest piękne”, która przyniosła mu światową sławę i stała się „biblią” ruchu ekologicznego. W swoich poglądach łączył wątki socjalizmu (szczególnie nieetatystycznego). niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu, katolickiej nauki społecznej i refleksji ekologicznej. Publikowaliśmy już jego inny tekst: Koniec balu