przez Radosław Stupak | niedziela 21 listopada 2021 | opinie
Nieco ponad tydzień temu, po 13 latach ubezwłasnowolnienia, Britney Spears wygrała batalię sądową, dzięki czemu udało jej się odzyskać kontrolę nad podstawowymi aspektami swojego życia prywatnego, choć nad jej majątkiem wciąż czuwać będą inni.
W 2006 Britney Spears była w trakcie burzliwego rozwodu z Kevinem Federlinem. W trakcie walki o prawa do opieki nad dziećmi Britney miała zamknąć się wraz z nimi w łazience. Wezwano policję, wokalistkę zabrano do szpitala psychiatrycznego. Po kilku kolejnych hospitalizacjach jej ojciec wystąpił o tymczasową kuratelę/ubezwłasnowolnienie, które następnie w 2008 roku uczyniono trwałym. Od tego momentu ojciec Britney sprawował kontrolę nad najbardziej nawet prywatnymi aspektami życia córki (np. zmuszał ją do stosowania antykoncepcji) oraz jej finansami i karierą.
Istnieje pokusa, żeby historię Britney Spears wtłoczyć w dwie podstawowe klisze. Z jednej strony możemy mieć więc do czynienia z opowieścią o gwieździe popkultury, wykorzystywanej przez bezduszny przemysł rozrywkowy promujący seksualizację dzieci i nastolatków, konsumpcjonizm, indywidualizm itp., itd. Czyli w sztampę tych wszystkich, słyszanych od lat, utyskiwań dobrze opłacanego głównonurtowego medialnego i akademickiego salariatu, który poza wylewaniem krokodylich łez nie robi nic, aby tym zjawiskom realnie się przeciwstawić, a często jest też ich najlepszym przykładem i konsumentem. Możemy też mówić o tym, że gwiazda płaci wysoką osobistą cenę za sukces komercyjny, czyli o ciężkim losie bogaczy. Z drugiej, w równie klasycznym indywidualizującym manewrze, możemy mieć opowieść o złym i bezdusznym ojcu zarabiającym na córce, zamieniającą narrację w ckliwą historię rodem z telenoweli. Wszystko kończy się happy endem, wzruszamy się, dobro ostatecznie triumfuje, złoczyńcy zostają ukarani, księżniczka zwycięża i odzyskuje wolność, kamień spada nam z serca, żyli długo i szczęśliwie. Dobranoc.
Ujmując jednak przypadek Britney w taki sposób, umyka nam podstawowa kwestia: dlaczego w ogóle do tej sytuacji doszło? Jak było możliwe pozbawienie młodej, bogatej, sławnej kobiety u szczytu kariery kontroli nad wszystkimi aspektami swojego życia i finansami? Nie jest to przecież wyłącznie kwestia popkulturowych standardów i przemysłu rozrywkowego, ani tym bardziej wyłącznie kwestia „złych ludzi”. Nie jest to też kwestia „zgniłych jabłek” w systemie psychiatrycznym i sądowniczym, wyjątkowych odosobnionych przypadków, niemoralnych osobników, którzy to umożliwili i których teraz wystarczy przykładnie ukarać. To, co widzielibyśmy, gdybyśmy chcieli to dostrzec na przykładzie historii Britney Spears, to kwestia praw człowieka, a właściwie ich łamania i ograniczania, w kontekście psychiatrii. To właśnie zdiagnozowanie Britney jako chorej psychicznie uruchomiło całą procedurę, która ostatecznie, zgodnie z prawem i wszelkimi wymogami, pozwalała na uczynienie z niej niewolnicy, która nie mogła nawet decydować o tym z kim się spotykać, czy może zajść w ciążę, by nie wspominać już nawet o wolności dotyczącej stosowania i wyboru rodzaju leków czy terapii.
Przypadek Britney nie jest odosobniony, takie sytuacje zdarzają się często, nie są obce ludziom, którzy mieli pecha zetknąć się z systemem psychiatrycznym [1]. Zazwyczaj jednak nie dotyczą one ludzi z pierwszych stron gazet, ludzie ci nie mogą więc liczyć na wsparcie rzeszy fanów. „Zwykłych ludzi” leczyć przymusowo i ubezwłasnowolnić jest znacznie łatwiej niż międzynarodowe gwiazdy. „Zwykłym ludziom” znacznie trudniej natomiast jest się z takiej sytuacji wyplątać. Wymaga to znajomości, kontaktów, rozeznania w systemie, pieniędzy na pomoc prawną, przychylne opinie ekspertów (którzy muszą wtedy występować niejako przeciwko własnemu środowisku i opinii innych lekarzy) itd. Same diagnozy i opinie psychiatryczne są natomiast niezwykle subiektywne, pomimo powoływania się na hasło „medycyny opartej na dowodach”, trudno lub w ogóle nieweryfikowalne. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak naprawdę jest to kwestia osobistego zdania osoby wystawiającej opinię psychiatryczną, ponieważ nie istnieją w zasadzie żadne obiektywnie mierzalne wskaźniki (jak np. pomiar stężenia jakiegoś hormonu czy skan mózgu), które mogłyby taką opinię potwierdzić lub jej zaprzeczyć. Wyjątkami od tej reguły mogą być jedynie sytuacje, kiedy to innego rodzaju fizyczna choroba (np. padaczka) powoduje objawy podobne do zaburzeń psychicznych.
Ojciec Britney posługiwał się diagnozą psychiatryczną instrumentalnie. Fakt, że Britney miała być chora psychicznie, oznaczał więc, że wymaga „troskliwej opieki”, oznaczającej całkowitą kontrolę nad jej życiem, dla „jej własnego dobra”. Fani walczący o wolność wokalistki, skupieni w ramach akcji #FreeBritney, oskarżani byli więc przez lata nie tylko o foliarstwo i szerzenie teorii spiskowych, ale również o stygmatyzację zaburzeń psychicznych. Zarzut o stygmatyzowanie osób chorych psychicznie stał się więc hasłem umożliwiającym pozbawienie wolności zdiagnozowanej osoby. Jednak to właśnie uznanie, że osoby z diagnozami psychiatrycznymi, takie jak Britney, nie są w stanie „prawidłowo” oceniać rzeczywistości i decydować o sobie i o swoim życiu, jest stygmatyzujące, a wręcz dehumanizujące. Oznacza, że odmawiamy im prawa do specyficznie ludzkich zdolności.
Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z ocalonymi z psychiatrii, miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować całkowicie stosowanie tego rodzaju praktyk. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz dosłownie o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”, co oznaczało, ni mniej ni więcej, że lobby psychiatryczne nawoływało do ignorowania stanowiska ONZ. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu rozmontowanie Konwencji, pomimo sprzeciwu organizacji pacjentów [2]. Raport dla ONZ w sprawie stosowania tortur i innych okrutnych, nieludzkich i poniżających form leczenia i karania wprost zrównywał część praktyk psychiatrycznych właśnie z torturami [3].
W wielu krajach europejskich, oprócz przymusowego leczenia szpitalnego, funkcjonują też, różnie nazywane (np. Community Treatment Orders w Wielkiej Brytanii), programy przymusowego leczenia „w środowisku”. Zazwyczaj sprowadzają się one w praktyce do tego, że ludziom, którzy odmówiliby przyjmowania leków, grozi automatyczny powrót do szpitala.
W Polsce kontrola NIK z 2012 r. wykazała, że nawet dość luźne kryteria kierowania na przymusowe leczenie i stosowania środków przymusu (w rodzaju podania leków wbrew woli, przywiązywania do łóżka i kaftanów bezpieczeństwa) w szpitalach są nagminnie łamane [4]. Wraz z trwającą reformą psychiatrii, której częścią ma być nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, planuje się dalsze poluzowanie tych kryteriów, a także dodatkowe przepisy znacznie ułatwiające przymusowe leczenie dzieci. Nie chodzi jednak wyłącznie o poluzowanie kryteriów. W uzasadnieniu zmian rozesłanym do organizacji pacjentów przez Rzecznika Praw Pacjenta przeczytać możemy też że:
„W art. 11 ustawy proponuje się dodanie ust. 3, który wyłączałby obowiązek osobistego zbadania osoby z zaburzeniami psychicznymi lub wydania opinii o tej osobie w sytuacji, gdy stan zdrowia tej osoby jest wyłącznie konsultowany. Zmiana ta wychodzi naprzeciw postulatom środowiska lekarskiego, aby w sytuacji, w której lekarz uznaje za potrzebne skonsultowanie się z innym lekarzem, nie było każdorazowego obowiązku przeprowadzenia osobistego badania osoby. Najczęściej ma to dotyczyć sytuacji przyjęcia bez zgody do szpitala psychiatrycznego oraz przedłużenia stosowania przymusu bezpośredniego”.
De facto byłaby to po prostu legalizacja części nielegalnych praktyk, które wykazał wcześniejszy raport NIK i oznaczałoby, że decyzję o przymusowym leczeniu lub przedłużeniu unieruchomienia poprzez np. przywiązanie kogoś do łóżka wydać można będzie nie widząc na oczy osoby, której ta decyzja dotyczy.
Paradoksalnie, poluzowanie kryteriów, może też działać w drugą stronę i być związane nie z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy nie złamali prawa, ale z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy złamali prawo, ale mogą, dzięki odpowiedniej opinii psychiatry, uniknąć więzienia a następnie szybko wyjść na wolność. Wskazywać mogłoby na to niedawne aresztowanie ordynatora szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie (Szpital Dziekanka) pod zarzutem ułatwiania skazanym uniknięcia kary. Proceder trwał najprawdopodobniej wiele lat, dotyczył wielu osób, a wyszedł na jaw dopiero, kiedy oskarżonego przyłapano na gorącym uczynku, w mieszkaniu odkryto ponad milion złotych w gotówce pochowanych w reklamówkach [5]. Wcześniej ani sąd, ani personel, ani inni zainteresowani nie potrafili lub nie chcieli zauważyć oszustwa. To również może wskazywać na subiektywny i trudno weryfikowalny charakter opinii i diagnoz psychiatrycznych.
Nawet jeśli uznać, że przymus jest niezbędnym elementem leczenia psychiatrycznego, takim, którego nie da się uniknąć (choć w lepiej pomyślanej i finansowanej opiece psychiatrycznej taka konieczność mogłaby zachodzić znacznie rzadziej lub być nawet wyeliminowana), to nie oznacza to, że powinniśmy przechodzić nad tym do porządku dziennego. Należałoby się przynajmniej zastanowić nad tym, w jakich okolicznościach jego stosowanie można byłoby uznać za usprawiedliwione, jeśli w ogóle. Przypadek Britney Spears jest jedną z wielu spraw, które zdobyły duży rozgłos medialny a które dają nam okazję do tego, żeby w końcu krytycznie przyjrzeć się „zdrowiu psychicznemu”. W historii Britney ujawniają się przede wszystkim kwestie związane z prawami człowieka w kontekście psychiatrii (choć, ponieważ ostatecznie psychiatria staje się tutaj również narzędziem wywłaszczenia i przejęcia kontroli nad majątkiem, można by pokusić się o próbę szerszej interpretacji). Prawdopodobnie jednak kolejny raz uznamy, że lepiej udawać, że nic się nie dzieje i żadnego problemu (poza ewentualnie „dostępem do leczenia”) – nie ma.
Radosław Stupak
Przypisy:
1. https://newrepublic.com/article/161344/framing-britney-spears-review-disability-legal; https://mashable.com/article/britney-spears-coerced-mental-health-treatment; https://www.npr.org/sections/health-shots/2021/09/27/1040552033/involuntary-psychiatric-hold-cost-britney-spears?t=1637490720255; https://www.madinamerica.com/2021/08/sins-conservatorship-britney-spears/
2. https://punkertje.waarbenjij.nu/reisverslag/5079966; http://enusp.org/2019/03/19/open-letter-to-wpa-response-to-the-attack-on-the-un-crpd/
3. https://www.ohchr.org/en/issues/torture/srtorture/pages/srtortureindex.aspx
4. https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/11/093/LKA/
5. https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,27818498,ordynator-psychiatrii-z-gniezna-aresztowany-policja-znalazla.html
przez Radosław Stupak | niedziela 3 października 2021 | Jesień 2021
Pisząc o zdrowiu psychicznym, należy ważyć słowa.
Tworząc tekst publicystyczny dotyczący zdrowia psychicznego, a stawiający, lub nawet tylko prezentujący, kontrowersyjne tezy, ma się podwójnie utrudnione zadanie. Formuła takiej próby wymaga pewnych skrótów, pominięć, uproszczeń i uniemożliwia gęste cytowanie doniesień naukowych. Narażać to może autora na zarzuty o nierzetelność i nienaukowość, nawet jeśli prezentowane tezy są dobrze udokumentowane oraz w bardziej pogłębiony i zniuansowany sposób przedstawione gdzie indziej. Kilka poruszonych tutaj problemów, jak i samo zagadnienie zdrowia psychicznego, wydają się być silnie zideologizowane (w wielorakim rozumieniu tego słowa; na różnych poziomach pasowałyby tu zarówno ujęcia „konserwatywno-liberalne”, jak i „krytyczne” tego terminu). Mimo częstego podpierania się autorytetem nauki, wiele przekonań funkcjonujących w obiegu publicznym na temat zaburzeń psychicznych jako pewniki czy wręcz dogmaty, ma faktycznie raczej status hipotez roboczych lub nawet hipotez już sfalsyfikowanych i odrzuconych. Może to także rodzić pytania o właśnie „ideologiczną” rolę nauki jako takiej, choćby tylko hasłowo wykorzystywanej. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś „jedynie prawdziwe, niepodważalne i niezmienne stanowisko nauki”, co pandemia Covid-19 boleśnie pokazała. Mimo to, a może właśnie dlatego, warto przedstawić niektóre z argumentów krytycznych wobec współczesnej psychiatrii, szczególnie że ich znaczenie i siła oddziaływania zdają się w ostatnim czasie rosnąć, wraz z pogłębiającym się poczuciem, że problemy ze zdrowiem psychicznym stanowią jedno z głównych wyzwań, z którymi mierzy się współczesna cywilizacja zachodnia.
Głośne na świecie książki Roberta Whitakera „Szaleńcy w Ameryce: Zła nauka, zła medycyna i przedłużające się złe traktowanie chorych psychicznie” z 2002 r. (Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill) oraz „Anatomia epidemii: magiczne pigułki, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost chorób psychicznych w Ameryce” z 2010 r. (Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America), z jakiegoś powodu nie przebiły się do publicznej debaty w Polsce, mimo że otrzymały na Zachodzie szereg prestiżowych nagród. W debacie naukowej prowadzonej w ramach psychiatrii spotkać można co najwyżej rzadkie o nich wzmianki, zazwyczaj próbujące umniejszać ich znaczenie i rzetelność z pozycji naukowego autorytetu, mimo że Whitaker wielokrotnie drobiazgowo wykazywał nierzetelność stawianych mu zarzutów. Nieco inaczej wygląda sytuacja w naukach społecznych i humanistycznych, gdzie przebijają się tezy zbliżone do pozycji Whitakera lub też wprost odwołania do niego i jego książek (często zresztą cytowanych w światowej literaturze naukowej). Na świecie głosy podobne do spojrzenia Whitakera płyną także z ust uznanych autorytetów psychiatrii, psychologii i psychoterapii, naukowców i praktyków, choć wciąż jest to opinia mniejszości, często oskarżanej o prezentowanie stanowiska „antypsychiatrycznego”, „nienaukowego” czy nawet „niebezpiecznego”.
Whitaker nie ma wykształcenia medycznego, co chętnie podnoszą krytycy próbujący podważyć jego wiarygodność. Z zawodu jest dziennikarzem, od początku kariery zajmującym się przede wszystkim medycyną. Sam podkreślał, że zaczynał pracę z typowym dla dziennikarzy naukowych nastawieniem, w którym zadaniem dziennikarza jest właściwie wyłącznie bezkrytyczne zreferowanie poglądów przedstawianych przez naukowców, najlepiej w optymistycznym tonie: nowy cudowny lek, odkryto geny itp. Jednak gdy pracował nad materiałem dotyczącym leków przeciwpsychotycznych, uderzył go fakt, że w ramach badań klinicznych części pacjentów leki te się odstawia – aby stanowili grupę kontrolną dla osób przyjmujących leki. Uznał, że w świetle powszechnego podkreślania, jak ważne jest stałe przyjmowanie neuroleptyków i jak niebezpieczne jest ich odstawianie, to zjawisko co najmniej dziwne, jeśli nie nieetyczne, szczególnie że w przypadku, którym się zajął, w trakcie badań klinicznych doszło do samobójstwa. Zaczynał więc od niezachwianej wiary w psychiatryczną narrację. Gdy jednak zaczął samodzielnie studiować literaturę naukową, szczególnie pod kątem skuteczności i mechanizmów działania leków psychiatrycznych, stopniowo odkrywał, że wiele z dotychczasowych przekonań ma niewiele wspólnego z prawdą.
Przytoczone już tytuły książek Whitakera mówią w dużej mierze same za siebie, ale warto krótko je omówić. Przede wszystkim autor przedstawia dane dotyczące liczby ludzi otrzymujących zasiłki z powodu niezdolności do pracy spowodowanej problemami psychicznymi. Okazuje się, że liczby te znacznie, nawet kilkakrotnie, wzrosły po wprowadzeniu do powszechnego użycia leków psychiatrycznych. Można by to jednak na różne sposoby wytłumaczyć, pokazuje więc również, że już po wprowadzeniu Prozacu nadal rosła liczba ludzi niezdolnych do pracy z powodu depresji. Jeśli „nowoczesne leki antydepresyjne” byłyby tak skuteczne, jak to często się przedstawia, powinniśmy raczej oczekiwać spadku liczby ludzi trwale niezdolnych do pracy z powodu zaburzeń nastroju – nie zaś wzrostu.
W opowieści, która łączy historię, kontekst społeczny, instytucjonalną stronę nauki i psychiatrii, doniesienia naukowe i ich krytyczną analizę, Whitaker pokazuje, jak zmieniała się psychiatryczna narracja oraz jak powstała ta dominująca współcześnie; jakie stały za nią motywacje, jakiego rodzaju logiczne i właśnie stricte naukowe problemy skrywa. Przygląda się przy tym bardziej szczegółowo przede wszystkim tzw. lekom przeciwpsychotycznym (neuroleptykom), benzodiazepinom, antydepresantom, depresji, chorobie afektywnej dwubiegunowej i schizofrenii. Pokazuje, jak splot wymienionych wcześniej czynników prowadzi ostatecznie do „rozprzestrzeniania się epidemii chorób psychicznych na dzieci”. Whitaker stworzył później także organizację i portal Mad in America, na którym publikuje wielu uznanych badaczy i praktyków.
Wyłaniający się z książek Whitakera obraz wpisuje się nie tylko w coraz powszechniej, także wśród części psychiatrów i środowisk naukowych, podzielane przekonanie, że wobec „epidemii zaburzeń psychicznych” głównonurtowa psychiatria jest bezradna. Ale i wręcz, że częściowo (jeśli nie w dużym stopniu) jest ona za ten problem odpowiedzialna. Jednym z ważniejszych problemów, na które wskazuje Whitaker, jest historia i proces powstania trzeciej wersji „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” (DSM, tzw. biblii psychiatrii, zawierającej definicje i kryteria diagnostyczne chorób psychicznych), w której interesy psychiatrii jako instytucji i grupy zawodowej niebezpiecznie zbliżyły się do interesów koncernów farmaceutycznych. Arbitralne de facto definicje zaburzeń decydują bowiem o często dożywotnim stosowaniu farmakoterapii. Kolejne wersje DSM jeszcze ten problem pogłębiły, a w komisjach pracujących nad definicjami większość stanowiły osoby powiązane finansowo z biznesem.
Problemy te obrazuje np. jedna ze zmian wprowadzonych w ramach jedenastej wersji International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems (ICD-11). ICD, międzynarodowa klasyfikacja chorób, zawiera także część dotyczącą diagnozowania zaburzeń psychicznych i w dużej mierze – choć nie całkowicie – pokrywa się z DSM. Sam ten fakt pokazuje również problemy diagnostyczne: według DSM ktoś może cierpieć na jakieś zaburzenie, a według ICD – nie, czyli być zdrowym lub cierpieć na jakieś inne. Niektóre zaburzenia występują w jednej klasyfikacji, a w innej nie. Teoretycznie można położyć się spać zdrowym, a, po zmianie definicji, obudzić chorym (albo na odwrót), choć nic w naszym stanie czy zachowaniu nie zmieniło się, lub też zasnąć z jednym zaburzeniem, a obudzić się z innym, gdy ich nazwy i definicje się zmienią.
W ramach zmian wprowadzonych do ICD-11 usunięto kategorię pojedynczego epizodu maniakalnego/hipomaniakalnego, co sprawia, że każdy, nawet pojedynczy epizod maniakalny lub hipomaniakalny oznaczać musi diagnozę CHAD (zaburzenia afektywnego dwubiegunowego). Jest to problematyczne z dwóch powodów. Po pierwsze „hipomania” to stan, który zdiagnozować można byłoby u bardzo wielu ludzi – w uproszczeniu to po prostu relatywnie krótki okres lepszego niż zwykle humoru, większej energii, obniżonej potrzeby snu, które jednak nie dezorganizują życia; do diagnozy CHAD nie ma wtedy nawet konieczności występowania epizodu depresji. Po drugie diagnoza CHAD, jak często się podkreśla w oficjalnej narracji, oznacza konieczność długotrwałej lub nawet dożywotniej farmakoterapii. Diagnoza pojedynczego epizodu pozwalała zgodnie z procedurami na uniknięcie takiego rozwiązania. Diagnoza CHAD wręcz je wymusza. O ile jednak, w ramach DSM, odpowiedź na antydepresanty „przekraczającą nasileniem spodziewany efekt” należy diagnozować jako manię, a więc jako CHAD (choć możemy mieć do czynienia z wyindukowaną antydepresantami manią lub hipomanią, a nie z „prawdziwym” epizodem maniakalnym w przebiegu CHAD, którego bez zastosowania antydepresantów nie byłoby w ogóle), to ICD, na razie, takiego rozwiązania nie narzuca.
Whitaker wyraźnie sympatyzuje przy tym z ruchem nazywanym psychiatrią społeczną, który to ruch, tak jak i psychoanaliza, wraz z ekspansją stricte biomedycznego ujmowania zaburzeń psychicznych, został zmarginalizowany. Oba te podejścia widziały leki psychiatryczne nie jako klasyczne lekarstwa działające na zasadzie „magicznej pigułki” eliminującej biologiczne przyczyny problemów, ale jako substancje, które, choć tymczasowo mogą łagodzić cierpienie, nie rozwiązują istoty problemów, mających raczej podłoże społeczne, kulturowe czy wewnątrzpsychiczne, i właśnie w tych obszarach widziały właściwe pole dla działań terapeutycznych, a także niekoniecznie stricte „terapeutycznych”, jak np. poprawa warunków materialnych życia ludzi.
O tym, że jego książki nie zostały bynajmniej przez środowisko naukowe odrzucone jako wyssane z palca i zignorowane świadczy także fakt, że Whitaker i Lucy Cosgrove (badaczka zatrudniona ówcześnie na Uniwersytecie Harvarda) przygotowali kolejną książkę, tym razem skupiającą się już głównie na przedstawieniu korupcjogennego wpływu przemysłu farmaceutycznego na psychiatrię, samą psychiatrię traktując właściwie jako case study obrazujące zjawisko niekorzystnego wpływu koncernów na różne instytucje publiczne, medyczne i naukowe w ogóle. Polska badaczka, Emilia Kaczmarek, autorka książki „Gorzka pigułka: etyka i biopolityka w branży farmaceutycznej”, w artykule opublikowanym w „British Journal of Clinical Pharmacology” wymienia: „Przedstawiciele handlowi i reklama leków skierowana do lekarzy, reklama skierowana bezpośrednio do konsumentów, marketing treści w internecie, kampanie zwiększające świadomość społeczną chorób, sponsorowane stowarzyszenia medyczne, lobbing, astroturfing, sponsorowane organizacje pacjentów, sponsorowana edukacja medyczna, sponsorowane badania, sponsorowane konferencje medyczne i szerszy wpływ ekspertów medycznych zatrudnianych przez firmy, zwanych Kluczowymi Liderami Opinii”.
Kluczowi Liderzy Opinii to, w pewnym uproszczeniu, prominentni psychiatrzy lub w ogóle lekarze czy naukowcy, jeśli abstrahować od psychiatrii jako takiej zatrudniani przez koncerny. Firmują swoim nazwiskiem badania prowadzone przez te firmy (choć często nie mają z ich faktycznym powstaniem nic wspólnego, a nad całością czuwają od początku do końca pracownicy przemysłu), a z drugiej kształtują publiczną narrację dotyczącą zaburzeń psychicznych i prowadzą szkolenia dla mniej utytułowanych kolegów, mocą autorytetu naukowego legitymizując przekaz koncernów. „Szeregowi lekarze”, którzy często informacje czerpią właśnie z takich źródeł lub bezpośrednio od przedstawicieli handlowych koncernów farmaceutycznych, nie mają zazwyczaj kontaktu z literaturą naukową, a ponadto w ramach kształcenia do wykonywania zawodu nie są uczeni podstaw metodologii badań naukowych i klinicznych, mogą więc, nawet kierując się najszczerszymi i najlepszymi intencjami, działać na niekorzyść pacjentów. Książka Marcii Angell „Prawda o firmach farmaceutycznych: Jak nas oszukują i co z tym zrobić” (The truth about the drug companies: how they deceive us and what to do about it), pracującej na Harvardzie byłej redaktorki „New England Journal of Medicine”, a więc jednego z najważniejszych i najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie, także przeszła w Polsce właściwie niezauważona. Autorka, bogata w osobiste doświadczenie z „pierwszej linii frontu”, pokazuje w książce m.in. negatywny wpływ koncernów farmaceutycznych także na same czasopisma naukowe, częściowo utrzymywane z reklam od koncernów, co pozwala firmom pośrednio i bezpośrednio wpływać na publikowane treści (również blokując publikację tych niezgodnych z ich linią).
W artykule opublikowanym w „Harvard Review of Psychiatry” w 2020 r. autorzy piszą, że postępy neuronauk nie przekładają się na postępy w praktyce klinicznej, a jednak dominujący w mediach przekaz (kształtowany m.in. przez wspomnianych już Kluczowych Liderów Opinii) przedstawia zaburzenia psychiczne jako choroby mózgu leczone przez naukowo opracowane lekarstwa (oraz dobranie „właściwego leku” do „trafnej diagnozy”). Artykuł pokazuje, w jaki sposób wyniki biomedycznych badań są zniekształcane i wyolbrzymiane, zarówno przez badaczy, jak i później przez media, oraz wskazują na przyczyny tych zjawisk, związane m.in. z konkurencją i walką o fundusze wśród naukowców. Wyniki falsyfikujące lub przynajmniej niuansujące wyolbrzymione twierdzenia nie trafiają do mediów i często pomijane są także w ramach debaty stricte naukowej – przyczynia się do tego zjawisko niepublikowania negatywnych wyników prób klinicznych i ich rzadszego cytowania. Redukcjonistyczny obraz zaburzeń psychicznych, mimo że został już właściwie przez naukę odrzucony (jak np. w wypadku hipotezy „nierównowagi chemicznej mózgu”), negatywnie wpływa na pacjentów, także w związku ze stygmatyzującym efektem esencjalistycznych koncepcji zaburzeń psychicznych. Autorzy wspomnianego artykułu dodają też, że taki dyskurs przykrywać może rzeczywiste przyczyny problemów psychicznych, np. zmniejszoną mobilność w kontekście awansu społecznego, czynniki społeczne, takie jak ubóstwo, zastępując je odwołaniami do biologii.
Dobrym przykładem tego zjawiska jest głośna metaanaliza Andrei Ciprianiego, której wyniki trafiły do najbardziej wpływowych światowych i polskich mediów („Guardian” np. ogłaszał w nagłówku: „To oficjalne! Antydepresanty to nie oszustwo i spisek – działają!”). Opublikowana później w BMJ Open reanaliza statystyczna tych wyników, która pokazywała m.in., że ze względu na zastosowanie przez zespół Ciprianiego nietypowego sposobu oceny skuteczności leczenia, wyniki i ich prezentacja były nadmiernie optymistyczne, a faktycznie nie różniły się właściwie od publikowanych wcześniej metaanaliz pokazujących minimalną skuteczność antydepresantów (tak jak w głośnej metaanalizie Kirscha i opublikowanej także w Polsce książce „Nowe leki cesarza. Demaskowanie mitu antydepresantów”) – do mediów już nie trafiła.
I tak w latach 2000–2015 spożycie antydepresantów w krajach OECD wzrosło dwukrotnie (również w Polsce), a w niektórych nawet kilkakrotnie, np. pięciokrotnie w Słowacji. W Anglii ok. 16% populacji otrzymało w 2017 r. receptę na antydepresant, w sumie ponad 26% przyjmowało antydepresanty, opioidy, gabapentinoidy i benzodiazepiny lub tzw. niebenzodiazepiny (z-drugs). W 2019 roku oznaczało to już niemal osiem milionów Brytyjczyków na antydepresantach i nieco ponad dwa miliony na benzodiazepinach. Szacuje się też, że globalnie wartość rynku antydepresantów – a więc ich sprzedaż – w samym 2020 r. z powodu pandemii mogła się podwoić: z 14 do 28 miliardów dolarów.
W Polsce w 2018 roku „tylko” 1,4 miliona ludzi otrzymało receptę na antydepresant. Równocześnie, zgodnie z raportem NFZ, publiczne i prywatne wydatki na antydepresanty wyniosły ponad 400 milionów złotych (130 milionów było refundowane z budżetu), za to publiczne wydatki na psychoterapię depresji tylko 20 milionów. Podobnie ma się rzecz w innych krajach, np. w Anglii, według danych NHS, zapewnia się co najwyżej 25% „potrzeb” na psychoterapię, która i tak najczęściej sprowadza się wtedy do dosłownie kilku refundowanych sesji. Warto dodać, że raport NFZ dotyczący leczenia depresji koncentruje się niemal wyłącznie na ocenie wydatków na poszczególne leki oraz na poziomie stosowania się do farmakoterapii. Jeśli chodzi o trend, można powiedzieć, że „gonimy Zachód”. Niestety, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta miała się radykalnie poprawić wraz z trwającą reformą psychiatrii.
W tym kontekście warto wspomnieć również o zarobkach psychologów w służbie zdrowia, niższych już od i tak niskich zarobków pielęgniarek. Kolejny alarmistyczny artykuł o zdrowiu psychicznym niewiele zmieni, jeśli zarobki psychologów pozostaną tak niskie. Bez radykalnej zmiany tej sytuacji nie może być mowy o żadnej poprawie opieki, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, szczególnie dzieci, ponieważ aktualnie praca w służbie zdrowia często jest dla psychologów tylko przystankiem w drodze do otwarcia prywatnej praktyki. Sprawia to, że wykwalifikowana pomoc dostępna jest niemal wyłącznie dla zamożnych – a to właśnie ludzie w trudnej sytuacji materialnej częściej potrzebują pomocy. W dodatku szkolenie psychoterapeutyczne jest bardzo drogie, co ogranicza jego dostępność osobom bez wsparcia krewnych lub mniej zarabiającym. Sprawia to, że psychoterapia staje się luksusową usługą dla zamożnej klasy średniej (lub też klasy wyższej, jeśli przyjąć definicję klas odwołującą się do poziomu dochodów), świadczoną przez przedstawicieli tej klasy. Terapeuci, z powodu różnicy doświadczeń i kodów kulturowych, mogą mieć problem ze zrozumieniem problemów ludzi gorzej sytuowanych i nawiązaniem z nimi odpowiedniej relacji terapeutycznej. Nie tylko świadczeniu usług, ale również szkoleniu psychoterapeutycznemu należałoby się więc przyjrzeć pod kątem uczynienia go bardziej dostępnym, np. poprzez różne formy finansowania ze środków publicznych. Nieśmiałym krokiem w tym kierunku jest wprowadzony niedawno program szkolenia psychoterapeutów dziecięcych.
Nie jest też tak, że antydepresanty sprawiają, iż ludzie stają się szczęśliwi. Andrzej Leder, w wywiadzie prowadzonym przez Grzegorza Sroczyńskiego, zwraca uwagę na szerszy kontekst, w jakim należy rozpatrywać depresję, co jednak symptomatyczne odwołuje się niemal wyłącznie do rozterek i aspiracji klasy średniej, pomijając bezpośredni wpływ czynników ekonomicznych takich jak np. ubóstwo. Mówi przy tym: „Działanie leków polega na zmniejszaniu odczuwania emocji, właściwie wszystkich, a nie na produkowaniu tych dobrych”. Jest to opinia, którą zdają się potwierdzać badania. Jeśli chodzi o leki stosowane przede wszystkim w leczeniu schizofrenii i CHAD, wielu pacjentów mówi nawet o „zamienianiu w zombie”; pierwsze doniesienia o neuroleptykach określały ich efekt jako „chemiczną lobotomię”. Pojawiają się też wyniki badań wskazujące, że, po pierwsze, prezentowanie problemów psychicznych jako „chorób jak wszystkie inne” (czyli właśnie: biologicznych problemów, problemów z mózgiem, które leczyć należy biologicznie) pogłębia stygmatyzację i autostygmatyzację osób określanych jako chore psychicznie. Po drugie, może to wręcz prowadzić do gorszych wyników terapii – przekonanie o posiadaniu chorego mózgu, wadliwych genów itp. może zmniejszać nadzieję na „wyzdrowienie”, prowadząc niejako do samospełniającej się przepowiedni.
Na dodatek właściwie nie ma przekonujących badań, które pokazywałyby, że istnieje związek pomiędzy farmakologicznym leczeniem depresji a spadkiem liczby samobójstw lub mniejszym ryzykiem samobójstwa, za to istnieją badania kliniczne i inne dane, sugerujące wręcz, że stosowanie popularnych antydepresantów zwiększa ryzyko samobójstw. Mówienie o jednoznacznym związku przyczynowo-skutkowym mogłoby być nadużyciem, jednak niedawno w Australii minister zdrowia zlecił analizę możliwości jego występowania – z powodu badań pokazujących, że wraz ze wzrostem stosowania antydepresantów wśród młodzieży doszło do gwałtownego wzrostu liczby samobójstw. Między 2008 a 2018 rokiem stosowanie antydepresantów wśród dzieci i młodych dorosłych wzrosło tam o 66%, a liczba samobójstw o 49%. Między 2006 a 2016 o 98% wzrosła też liczba celowych samootruć (głównie zresztą… przy pomocy przepisanych wcześniej lekarstw). Amerykańska Food and Drug Administration (FDA) już wiele lat temu umieściła na opakowaniach leków oficjalne ostrzeżenie, że antydepresanty stosowane u młodych ludzi zwiększają ryzyko samobójstwa. W USA, w populacji ogólnej, wzrostowi stosowania antydepresantów pomiędzy 1999 a 2014 r. o 65% towarzyszył wzrost współczynnika samobójstw o 33% pomiędzy 1999 a 2017 r. Pokazuje to przynajmniej, że obecne podejście do zaburzeń psychicznych i problemu samobójstw jako takich jest niewystarczające. Rzadko też pojawia się komunikat, że samobójstwo może mieć wiele różnych przyczyn, nawet według oficjalnych statystyk może być konsekwencją np. problemów finansowych, a nie zaburzeń psychicznych jako takich.
Wbrew powszechnej narracji, wyniki leczenia w przypadku zaburzeń nastroju i zaburzeń psychotycznych, szczególnie jeśli chodzi o perspektywę dłuższą niż krótkoterminowe badania kliniczne, nie są lepsze, a według niektórych danych – są nawet gorsze, niż przed erą farmakoterapii. Niektórzy badacze wskazują, że nawet jeśli leki pozwalają początkowo na „szybsze wyzdrowienie”, to ich stosowanie powodować może większą podatność na „zachorowanie” w przyszłości. Z jednej strony leki mogą bowiem maskować objawy, nie wpływając jednak na ich faktyczne przyczyny, z drugiej, na poziomie biologicznym, prowadzić mogą do zmian, które kolejny epizod czynią bardziej prawdopodobnym, a nawet cięższym.
Stopniowo do literatury naukowej przebijają się badania wskazujące na znacznie częstsze, dłuższe i cięższe objawy odstawienia związane z antydepresantami niż to się początkowo wydawało. Trwać mogą one nawet wiele miesięcy, w przypadku nawet 1/4 zażywających antydepresanty objawy mogą być ciężkie. Objawy te często mylone są z „nawrotem choroby”. Swoje stanowisko w tej sprawie, przyznając, że zjawisko to było wcześniej niesłusznie bagatelizowane, zmienił nawet brytyjski Royal College of Psychiatrists. Na problemy te długo zwracali uwagę obecni i byli pacjenci, ignorowano ich jednak, w związku z czym opracowali własne metody bezpiecznego odstawiania leków. Po wielu latach także te metody zaczynają przebijać się do literatury naukowej i znajdują potwierdzenie w badaniach neurobiologicznych. Przypomina to nieco sytuację z benzodiazepinami, które (jak wiele innych leków wcześniej) prezentowane były początkowo jako bezpieczne i nieuzależniające, z czasem jednak okazało się, że jest inaczej. Potencjał uzależniający benzodiazepin był właśnie jednym z powodów wprowadzenia na rynek antydepresantów typu Prozac. W tym kontekście „renesans psychodeliczny” może jawić się jako poszukiwanie nowych substancji, które mogłyby zastąpić „nowoczesne antydepresanty” obecne na rynku od ponad 30 lat. Jak jednak mówi Rosalind Watts, jedna z badaczek odpowiedzialnych za badania kliniczne porównujące psylocybinę z popularnym antydepresantem: „Psylocybina to wspaniałe narzędzie. Ale myślę, że nasze wyniki pokazują magię prawdziwej troski, czasu, obecności, szacunku i bycia częścią leczniczej społeczności. I tego właśnie boleśnie brakuje w naszym systemie psychiatrycznym. Jeśli więc psylocybina stanie się po prostu kolejnym lekiem, będzie to tak samo nieciekawe i ostatecznie rozczarowujące jak SSRI były dla wielu. A psychodeliki bez troskliwej społeczności mogą okazać się nie tylko nieskuteczne, ale i ryzykowne”.
Na nadmierną medykalizację wprost wskazał nawet opublikowany niedawno raport WHO zawierający wskazówki dotyczące organizacji opieki środowiskowej. Raport ONZ z kolei porównał stosowanie przymusu w psychiatrii do tortur. W „Psychiatric Times” ukazał się niedawno wywiad z jego autorem, litewskim psychiatrą Dainiusem Pūrasem. Powiedział on, że największe wrażenie zrobiły na nim relacje pacjentek, które, choć często pacjentkami stają się z powodu różnego rodzaju przemocy, doświadczenie unieruchomienia pasami porównują właśnie do doświadczenia bycia zgwałconą. Prosić miały Pūrasa, żeby przekazał psychiatrom, aby zaprzestali tego rodzaju praktyk. Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z pacjentami i byłymi pacjentami (nazywającymi siebie czasem „ocalonymi z psychiatrii”), miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować stosowanie przymusu w psychiatrii. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu „rozmontowanie” Konwencji. W jednym z badań wykazano, że w USA pomiędzy 1993 a 2003 rokiem, z powodu stosowania unieruchomienia zmarło 45 dzieci, a żaden z 23 przypadków, w których dostępna była dokumentacja, nie spełniał kryteriów „zagrożenia dla siebie lub otoczenia”, które, zgodnie z przepisami, usprawiedliwiają użycie takich środków.
W tym kontekście należałoby też chyba spojrzeć na głośną sprawę Britney Spears. Piosenkarka została całkowicie pozbawiona kontroli nad własnym życiem, co umotywowane zostało „chorobą psychiczną” i troską o jej zdrowie. Uczyniono z niej właściwie niewolnicę. W polskich mediach trafiają się czasem relacje dotyczące przymusowego leczenia i przemocy personelu wobec pacjentów (np. głośny tekst Justyny Kopińskiej „Oddział chorych ze strachu”). Jednak poza, w najlepszym razie, wywołaniem krótkiego wzmożenia moralnego, nie prowadzą do żadnych rzeczywistych zmian.
Mark Fisher pisał: „Jeśli lewica chce zakwestionować realizm kapitalistyczny, to zadanie repolityzacji choroby psychicznej jest kwestią nadzwyczaj palącą”. Ten fragment jego głośnej książki przeszedł jednak właściwie niezauważony. Z tej perspektywy biomedyczna psychiatria jawić może się wręcz jako „opium” farmakologiczne i ideologiczne równocześnie (a kolejne skojarzenie z wykreowanym przez koncerny kryzysem opioidowym wcale znów nie tak odległe), łagodzące cierpienie (nawet jeśli tymczasowo i ostatecznie złudnie), ale i blokujące drogę do przekroczenia go w stronę mniej wyalienowanego świata. „Prywatyzację stresu”, o której pisał Fisher, można by też ująć jako jedną z indywidualnych strategii przetrwania, w której, zamiast kolektywnie walczyć o lepsze warunki pracy, korzystamy np. z krótkoterminowych zwolnień wystawianych przez psychiatrów, które, choć pozwalają złapać oddech, niczego ostatecznie nie zmieniają. Walka o prawa pracownicze grzęźnie więc w kolejkach do poradni zdrowia psychicznego.
Jednym z postulatów prawdziwie środowiskowo i społecznie zaangażowanej i zorientowanej psychiatrii mogłoby być wprowadzenie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (Universal Basic Income). Szereg badań wskazuje na związek nierówności społecznych, ubóstwa itp. z częstotliwością diagnozowania zaburzeń psychicznych. Istnieją nawet badania pokazujące, że podnoszenie płacy minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw. Prawdopodobnie za odnotowane niedawno zahamowanie trendu wzrostowego w liczbie samobójstw w Polsce odpowiadają przede wszystkim program 500+, podniesienie płacy minimalnej i inne rozwiązania socjalne. Z kolei wzrost liczby prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży, przy równoczesnym spadku liczby samobójstw, też trudno wytłumaczyć pomijając czynniki społeczne i kulturowe. Nawet w dużych mediach spotkać się można z wypowiedziami psychiatrów narzekających na rozpad więzi społecznych, przepracowanie, niestabilną sytuację zawodową, brak poczucia bezpieczeństwa i problemy finansowe jako faktyczne przyczyny problemów pacjentów. A jednak lekarstwem na te problemy ma być farmakoterapia lub psychoterapia, które miałyby do takich warunków pozwolić się przystosować lub przynajmniej złagodzić ból. To nie działa, na co wskazują wyniki systemów ochrony zdrowia psychicznego finansowanych znacznie lepiej niż polski, jak np. system brytyjski.
Z perspektywy zdrowia publicznego, podobnie jak ma to miejsce np. w walce z chorobami płuc, wprowadzono rozwiązania dotyczące zakazu palenia w miejscach publicznych czy regulacje dotyczące jakości powietrza w miastach, tak w ramach walki z „epidemią zaburzeń psychicznych” żądać można wprowadzenia Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego. Ostatecznie nie o to przecież chodzi, żeby „zwiększać nakłady na usługi publiczne i służbę zdrowia” lub, w tym kontekście, „psychiatrię”. Chodzi o to, żeby ludzie byli zdrowsi i żyło się im lepiej.
Radosław Stupak – psycholog, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje nad doktoratem z psychologii: „Model biomedyczny w psychopatologii i opozycja wobec niego. Perspektywa psychologiczna” i filozofii: „Ideologia psychiatrii. Psychiatria w świetle teorii krytycznej i filozofii kultury, aspekty egzystencjalne i fenomenologiczne”. Studiował także m.in. na Petersburskim Uniwersytecie Państwowym, Uniwersytecie Radbouda, Uniwersytecie w Groningen i ukończył dwuletnie szkolenie z psychoterapii przy Collegium Medicum UJ. Publikował m.in. w czasopismach „Diametros”, „Psychiatria Polska”, „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”, „Theory & Psychology”, „International Journal of Environmental Research and Public Health”, „Psikhologicheskii Zhurnal”. Recenzował dla „Theory & Psychology” i „Journal of Humanistic Psychology”.
przez Radosław Stupak | środa 18 września 2019 | opinie
Gdyby na wprowadzaną aktualnie reformę psychiatrii spojrzeć wyłącznie przez pryzmat wielkich haseł czy też słów-kluczy powtarzanych przez osoby lobbujące za zmianami, należałoby być pełnym podziwu i nadziei. Gdyby zestawić to jeszcze z deklaratywną warstwą działalności Kongresu Zdrowia Psychicznego czy szczytnymi celami Fundacji EfKropka, organizacji mocno zaangażowanych w promocję reformy, można by wręcz wpaść w zachwyt, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę częste nawiązania do fińskiego modelu Open Dialogue. Tyle że, jeśli przyjrzeć się bliżej, wizja psychiatrii wprowadzana w życie w ramach reformy nie ma z Open Dialogue wiele wspólnego, a pod pięknymi słowami o psychiatrii środowiskowej zdają się kryć zupełnie inne realne działania. Z wierzchu błyszczy, w środku gnije.
Pomijam tu bardziej podstawowe kwestie, związane z charakterem samej psychiatrii jako instytucji społecznej, czy też pytania o przyczyny lub etiologię zaburzeń psychicznych. Warto tylko krótko wspomnieć, że wiele współczesnych badań wiąże je przede wszystkim z negatywnymi czynnikami społecznymi czy psychologicznymi – ubóstwem, przynależeniem do mniejszości, zaniedbaniem lub wykorzystywaniem w dzieciństwie, byciem ofiarą przemocy i in. Rodzi to pytania o to, czy to przypadkiem nie tymi zjawiskami powinniśmy się przede wszystkim zająć, jeśli na sercu leży nam zdrowie psychiczne Polaków i Polek. Spróbujmy się przyjrzeć, jakie konkretnie rozwiązania i argumenty kryją się pod hasłami o psychiatrii środowiskowej – szczególnie w kontekście schizofrenii.
Podstawowy argument, a jakże, jest finansowy. Podczas debaty eksperckiej (był to ten rodzaj debaty, w którym wszyscy występujący zgadzają się ze sobą i forsują jedną wizję) pt. „W parze ze schizofrenią” (27 marca, 2019), według dr. n. med. Jakuba Gierczyńskiego, MBA, przedstawianego jako ekspert systemu ochrony zdrowia, oparcie farmakoterapii schizofrenii na tzw. długodziałających lekach (LAI), czyli zastrzykach podawanych co np. trzy miesiące, pozwoli zmniejszyć wydatki ZUS-u związane ze świadczeniami dla osób z diagnozą schizofrenii. Aktualnie koszty ZUS przekraczają wydatki NFZ i fakt ten można uznać za niepokojący, choć świadczy on przede wszystkim o nieskuteczności obecnego modelu leczenia zaburzeń psychotycznych. Co jednak kluczowe, Gierczyński zapytany przez osobę z sali o dane, które potwierdzałyby, że szersze stosowanie LAI prowadzi do zmniejszenia wydatków na opiekę społeczną – tuż po tym, jak przywoływał przykłady krajów, w których stosuje się je znacznie częściej niż w Polsce – posłużył się danymi z… kardiologii. Dlaczego przykład z kardiologii miałby mieć zastosowanie w psychiatrii? Zapewne wynika to z tego, że takich danych dla psychiatrii po prostu nie ma. Kraje, których rozwiązania właśnie chcemy skopiować, wydają i na psychiatrię, i na opiekę społeczną więcej, a pomimo wprowadzenia LAI (a może dlatego) – wydatki rosną, a efekty leczenia pozostają bez zmian lub nawet się pogarszają.
Pojawia się tutaj już zasadniczy wątek tego, jak „psychiatria środowiskowa” ma wyglądać według architektów reformy. Otóż ma to być po prostu zastąpienie farmakoterapii stosowanej w szpitalu farmakoterapią stosowaną ambulatoryjnie. W całej „antystygmatyzacyjnej” retoryce promowanie zastrzyków jest na tyle ważne, iż prowadzi wręcz do kuriozalnych stwierdzeń. Należy z nich wnioskować na przykład, że osoby z diagnozą schizofrenii są tak nieodpowiedzialne i nieprzewidywalne, że rodziny muszą kontrolować, czy przyjmują leki, a jedynym rozwiązaniem tej sytuacji są zastrzyki. „Bardzo istotną sprawą jest też dużo lepsza kontrola przyjmowania leku. Podawanie go domięśniowo zdejmuje z rodzin chorych ciężar odpowiedzialności za leczenie farmakologiczne” – przykładów podobnych wypowiedzi, także wprost z ust psychiatrów, można w ostatnim czasie znaleźć wiele. W tekście pod tytułem „Nowe leki ratujące umysł”, którego nie powstydziłby się copywriter, a któremu wiarygodności dodaje prof. Agata Szulc („Dążymy do tego, by przechodzono z opieki szpitalnej na środowiskową, a leki o przedłużonym działaniu bardzo dobrze wpisują się w taki system leczenia i są jego ważnym elementem”) pojawia się też nazwa leku Xeplion. Producentem Xeplionu jest Janssen. I wydaje się, że nie jest przypadkiem, iż właśnie nazwa leku tego producenta tutaj pada.
Dokumentem, na który często powołują się osoby wprowadzające reformę, jest, jak go przedstawiają, opracowany przez Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, raport pt. „Schizofrenia – kluczowe aspekty organizacyjne i finansowe. Model opieki psychiatrycznej nakierowany na wartość zdrowotną”. Nie dodają już jednak, że został on sfinansowany właśnie przez Janssen (choć trzeba przyznać, że strona uczelni wyraźnie o tym informuje). Jakie zalecenia płyną z tego raportu? „W celu poprawy skuteczności leczenia zapewnić dostęp do nowoczesnej farmakoterapii, w szczególności do leków długodziałających”. Nie jest to specjalnie zaskakujące, skoro na sprzedaży leków zawierających substancję czynną Xeplionu (pod różnymi nazwami handlowymi, m.in. Invega, Trevicta) – a więc właśnie długo uwalniających się leków – Janssen zarobił w 2016 roku 2,2 mld dolarów, ponad 2,5 mld dolarów w 2017 i prawie 1,5 mld tylko w pierwszej połowie 2018. Takie wyniki sprzedażowe wymagają oczywiście inwestycji w marketing. Jak podsumowuje profesor John Read, jeden z autorów niezależnego raportu opisującego wpływ koncernów farmaceutycznych na brytyjską służbę zdrowia: „Janssen dominuje, jeśli chodzi o szkolenia i sprzedaż, szczególnie odnośnie ich bardzo drogich »leków przeciwpsychotycznych« w zastrzykach (nie bardziej skutecznych niż »przeciwpsychotyczne« tabletki”).
Wszystko to zbiega się w czasie z wydaną w marcu 2019 decyzją o refundacji z budżetu Trevicty produkowanej przez Janssen (jest to ta sama substancja co Xeplion, tyle że w formule pozwalającej podawać zastrzyk co trzy miesiące zamiast co miesiąc). W podsumowaniu uznano, że refundacja jest zasadna. Stało się tak wbrew uwagom mówiącym, iż „pomimo niskiej wiarygodności uzyskanych wyników” (jeśli chodzi o skuteczność – w porównaniu do Xeplionu) oraz pomimo że „wnioskodawca przedstawił również wyniki analizy minimalizacji kosztów, jednak ze względu na zastrzeżenia analityków do przyjętej przez niego metodyki tej analizy analitycy przedstawili swoje obliczenia” (konkretne kwoty utajniono) oraz wbrew akapitowi stwierdzającemu, jak trudno rzetelnie takie koszty oszacować, okraszonym jeszcze na koniec zdaniem: „Powyższe czynniki, mogą wpływać również na niekontrolowane zwiększenie populacji leczonej lekiem Trevicta”.
Jedna dawka Trevicty kosztuje około 2000 PLN, na schizofrenię leczonych jest ok. 200 tys. ludzi w Polsce. Niemal każda wypowiedź medialna na temat reformy związana jest ze wskazywaniem zastrzyków jako jej integralnego elementu. Można też spodziewać się w najbliższym czasie prób poszerzenia wskazań do refundacji o inne diagnozy, w których stosuje się leki przeciwpsychotyczne, np. zaburzenia afektywne dwubiegunowe.
Nie byłoby w tym wszystkim nic złego, gdyby nie fakt, że (jak już to wprost napisał prof. Read) dowody na to, iż LAI są skuteczniejsze od zwykłych tabletek, są w najlepszym wypadku – słabe. Metaanaliza opublikowana w 2018 r. w „Schizophrenia Bulletin” podsumowuje, że LAI nie zmniejszają ryzyka hospitalizacji oraz czasu hospitalizacji, a osoby otrzymujące LAI były w gorszym stanie niż osoby otrzymujące tabletki. Autorzy przypisują jednak te, niezbyt korzystne dla LAI wyniki, naturalistycznemu charakterowi badań. W tym również nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że we wcześniejszej metaanalizie z 2014 r. (ale już wyłącznie randomizowanych badań klinicznych), ci sami autorzy brak przewagi LAI nad tabletkami tłumaczyli tym, że… tę przewagę łatwiej dostrzec będzie w badaniach naturalistycznych, które lepiej odzwierciedlają rzeczywiste warunki leczenia.
Mamy więc do czynienia z paradoksem – LAI miały być skuteczniejsze, bo trudniej je pacjentowi odstawić, a odstawienie ma powodować nawroty – a jednak tych nawrotów jest właściwie tyle samo. Nawet inne metaanalizy mówią co najwyżej o małych (choć istotnych statystycznie) różnicach, jeśli chodzi o zapobieganie nawrotom, przy równoczesnym zwiększeniu skutków niepożądanych, np. laktacja u mężczyzn, objawy pozapiramidowe – czyli bolesne skurcze mięśni i/lub problemy z poruszaniem się i/lub mimowolne, czasem dziwaczne ruchy będące skutkiem ubocznym leczenia; podobne jest ryzyko innych skutków ubocznych, czyli w przypadku leków „nowoczesnych” przede wszystkim otyłości i cukrzycy. Można z tego wysnuć wniosek, że wprowadzenie LAI nie wpłynie istotnie na ilość i długość hospitalizacji. Zwiększy natomiast koszty funkcjonowania całego systemu, ponieważ – refundowane z budżetu – LAI są kilkadziesiąt razy droższe od tabletek.
Pierwsze dane z Centrów Zdrowia Psychicznego zdają się to potwierdzać, tj. wzrosła ogólna ilość świadczeń (co można uznać za rzecz pozytywną), jednak ilość hospitalizacji właściwie się nie zmieniła. Jak podaje facebookowy profil pilotażu reformy, od uruchomienia Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, czyli od 1 października 2018 r., do końca czerwca 2019 r. liczba zrealizowanych świadczeń pomocy psychiatrycznej w Szpitalu Uniwersyteckim wynosiła prawie 70 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14 tys., na oddziałach dziennych prawie 10 tys., a w ambulatoriach ponad 45 tys. W tym samym okresie przed uruchomieniem UCZP liczba zrealizowanych świadczeń wynosiła prawie 45 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14,5 tys., na oddziałach dziennych prawie 9 tys., a w ambulatoriach prawie 21 tys.
O tym, że opieranie polityki zdrowotnej na raportach finansowanych przez koncerny farmaceutyczne to niekoniecznie dobry pomysł przekonali się ostatnio Amerykanie. Odnośnie panującej tam „epidemii opioidów”, były wysoki urzędnik FDA, lekarz, pisał w prestiżowym „Journal of the American Medical Association” (JAMA): „Epidemia opioidów pokazała, że źródło finansowania ma znaczenie. Niektórzy występujący z wykładami lekarze przyznali się do szerzenia błędnych informacji, jeden z nich stwierdził »Wygłosiłem niezliczoną ilość wykładów w późnych latach 80. i 90. na temat uzależnień, które były nieprawdą«. Organizacje, które uzyskały znaczące finansowanie od producentów opioidów, to m.in. Federation of State Medical Boards, American Pain Society, American Geriatrics Society i American Academy of Pain Medicine. Wszystkie popierały wypowiedzi i raporty zachęcające lekarzy do przepisywania opioidów na przewlekły ból”.
Może jednak warto jakoś przełknąć te zastrzyki, jeśli przynajmniej zwiększy się dostępność pomocy psychologicznej czy realnych działań środowiskowych? Cóż, może by i tak było, ale jak wynika z informacji umieszczonej na grupie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Psychologów, w rozporządzeniach dotyczących tworzenia Centrów Zdrowia Psychicznego nie ma ani słowa o wymogach kadrowych dotyczących zatrudnienia psychologów, psychologów klinicznych i psychoterapeutów. Uwagi OZZP w tym zakresie nie zostały uwzględnione. Cóż to za środowiskowy biopsychospołeczny model, w którym zapomina się o psychoterapeutach? Może to dlatego, że nie potrafią robić zastrzyków?
Wypowiadający się na grupie psycholodzy pracujący w już utworzonych CZP, mówią, że właściwie nic się w ich pracy nie zmieniło, poza tym, że przybyło obowiązków, głównie administracyjnych. Jeden z nich podsumowuje to tak: „CZP jest uciążliwe dla pacjenta, potrzebne są dalej skierowania. Nie ma też żadnej dyskusji o problemach w środowisku ani analiz. Psycholog jest w sumie dodatkiem, który ma być i tylko. Nie poprawiła się oferta terapeutyczna. Nastąpiła centralizacja do wielkiego szpitala i nie ma przez to nadzoru nad finansami”. Ktoś inny pisze, że brak wymogów dotyczących psychologów pozwoli w razie czego zastąpić ich tańszymi pracownikami, ktoś jeszcze, że najwyraźniej reforma powstaje nie dla potrzebujących, a dla pracowników administracji, jeszcze ktoś, że najwyraźniej po to, żeby zwiększyć sprzedaż drogich refundowanych leków…
Czy więc nie lepiej, zamiast transferować setki milionów złotych do kasy koncernów farmaceutycznych, byłoby przeznaczyć te fundusze na stworzenie realnej opieki środowiskowej, mieszkania chronione, zwiększenie etatów oraz na podwyżki dla psychologów i pracowników opieki społecznej? Wreszcie, czy zamiast opierać się na wskazaniach opracowanych przez koncerny, nie lepiej byłoby twórców Open Dialogue – podejścia z najlepszymi wynikami na świecie, jeśli chodzi o terapię psychoz, w ramach którego, co ważne, leki przeciwpsychotyczne ogranicza się do minimum i stara ich nie stosować – zaprosić do współtworzenia reformy, zamiast wykorzystywać ich jako kwiatek do kożucha, legitymizujący zupełnie innego rodzaju podejście?
Jak radośnie informuje strona FB Pilotażu Centrów Zdrowia Psychicznego: „Wartość rynku psychiatrycznego urośnie w 2023 roku do 4 mld zł”. Prof. Heitzmann w wypowiedzi wybranej na tytuł artykułu o reformie informuje nas: „Zależy nam na udostępnieniu chorym na schizofrenię leków o tzw. przedłużonej formie uwalniania”. To nie ulega wątpliwości. Ale czy faktycznie zależy nam na skuteczniejszej pomocy ludziom z diagnozą schizofrenii?
Radosław Stupak