Pasażerowie pociągu-widmo

Pasażerowie pociągu-widmo

Gawędziłam niedawno z człowiekiem nawykłym do rozmów z publicznymi intelektualistami i autorami opowieści różnych treści. Mówiłam o tym, co można zrobić, by uniknąć katastrofy, jakie są możliwości i perspektywy, co można wykorzystać do zmiany świata na lepsze. Ten doświadczony interlokutor słyszał już dużo i umie rozmawiać o ideach dalekich od głównego nurtu. Nie wykazywał więc zdziwienia przez całą naszą rozmowę. Pod koniec spytał mnie, czy nie obawiam się, że moje wizje przyszłości się nie sprawdzą. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że bardzo się obawiam, że nie ma dnia, bym nie myślała o tym z ogromną obawą. Wtedy dopiero się zdziwił.

Moje pomysły na lepszą przyszłość, którymi dzielę się w różnych sytuacjach, często określane są przez rozmówców jako optymizm. Zastanawiało mnie zawsze, czemu te same osoby, które nazywają moje teksty apokaliptycznymi, bez zająknienia przechodzą do diagnozowania w nich optymizmu. Wszak to żaden optymizm, to chęć życia. Dzięki zdziwieniu mojego rozmówcy zrozumiałam wreszcie coś naprawdę ważnego, czym chciałabym się w tym felietonie podzielić z moimi Czytelnikami.

Uderzyło mnie mianowicie, że argumenty z głównonurtowego zarządzania, zwłaszcza w Polsce, czynione są bardzo często z pozycji „konieczności historycznej”. „Eksperci” ogłaszają Jak Będzie. Są to na ogół twierdzenia niepodparte żadnymi naukowymi metodami, za to mające silnie normatywny charakter, np. „uniwersytet zostanie przeniesiony online”, „pracę zabiorą nam roboty”, „humanistyka będzie niepotrzebna”, „przyszłość należy do oferujących najtańsze usługi”, „w przyszłości dojdzie do symbiozy człowieka ze sztuczną inteligencją” itp. Jednak normatywność w tym przypadku też jest specyficzna – ani etyczna, ani polityczna. W sensie politycznym i moralnym nie są to hasła ani przykazania, jakimi bywają na przykład „należy demokratyzować instytucje” czy „nie zabijaj”. Nie chodzi o to, by do czegoś nakłonić lub zachęcić. Chodzi o coś znacznie mocniejszego – o odcięcie marginesów.

Na bazie takich stwierdzeń „eksperci” jako jedyne i słuszne promują cały szereg idei i teorii, które bywają mocno kontrowersyjne. Jednak wszelkie próby angażowania się w kontrowersje, czyli dyskutowania z nimi – czy to sięgając po argumenty naukowe, czy polityczne, czy etyczne – zbywane są stwierdzeniami typu: „ale tak będzie”, „taka jest przyszłość”. Po czym na ogół uzyskuje się albo nakaz myślenia „realistycznego” (czyli trzymającego się kategorii „eksperta”), albo od razu reprymendę ad personam (niedojrzałość, niepoważność, nieracjonalność itd.). „Bo tak po prostu jest”/„bo tak po prostu będzie” zdaje się być podstawowym aksjomatem w takiej „argumentacji”. Profesor zarządzania Jerzy Kociatkiewicz określa to mianem argumentum ex futuro: „argumentacja, której siła retoryczna wywodzi się z pewności argumentującego co do tego, co przyniesie przyszłość. Skoro nastąpi X, to już teraz należy podjąć kroki Y. Ponieważ wystąpienie X jest niemożliwe do sprawdzenia w chwili użycia argumentum ex futuro, oponentowi trudno jest znaleźć argumenty przeciwko proponowanej tezie”. Argumentum ex futuro można by uznać za szczególny przypadek błędu logicznego zwanego odwołaniem do prawdopodobieństwa, jednak podstawowym problemem jest tu niepoznawalność raczej niż niepewność przyszłości. Innymi słowy, nie istnieje logiczna, empiryczna ani teoretyczna podstawa do wygłaszania takich twierdzeń, niekiedy bardzo szczegółowych.

Proponuję nie dyskutować z „ekspertami” o szczegółach, jakkolwiek nie byłoby to kuszące, lecz skupić się na założeniach. Co to znaczy „tak będzie”? Dlaczego „tak będzie”? Dla kogo? Kto na tym korzysta? Kto na tym traci? Skąd to wiadomo? Co by się stało, gdyby jednak „tak nie było”? I koniecznie radzę ignorować argumenty ad personam. One są bardzo niemiłe, ale skutecznie rozpraszają uwagę, odciągają ją od założeń, którym warto się przyjrzeć. Pandemia to szczególnie dobry moment na koncentrację uwagi.

Argumenty ex futuro nie biorą się z badań naukowych. Nie biorą się też z poetyckiej wizji, z wróżenia z fusów, z dalekosiężnych idei, z przewidywań, spekulacji, nadziei ani lęków. Biorą się stąd, że wypowiadający je wsiadł w pociąg Zeitgeistu i niesie go wielki pęd historii, potężny nurt dziejów. Oni tak twierdzą, bo naprawdę to wiedzą, siedząc tam, gdzie siedzą. To nie jest prorokowanie, to jest powtarzanie za GPS-em. Ten pociąg zmierza w tę stronę, po prostu, a oni wiedzą, dokąd nim jadą. Nie interesuje ich, dokąd by można pojechać ani nawet to, czy istnieją inne pociągi. Ostatnimi czasy nie interesuje ich nawet, czy zmierza wprost w przepaść, czy w jakieś ciekawe miejsca zdatne do życia. W obecnej fazie naszej pandemijnej teraźniejszości mają skłonność twierdzić, że w zasadzie nic się nie zmieni, tylko warunki pracowników i grup społecznych, które dotąd były w słabej sytuacji, znacznie się pogorszą i nastąpi normalizacja mizerii. Problem z powtarzaniem za GPS-em jest jednak taki, że bezmyślnie pokazuje kierunek, a nie ocenia, czy droga jest przejezdna ani też, co mieści się u celu i czy warto tam gnać.

Przede wszystkim zastanawia mnie więc to, czemu tak bezstresowo „eksperci” wypluwają z siebie wyroki na swoich bliźnich, krewnych i własne dzieci. Na naszą piękną planetę i na cywilizację, która miewała lepsze chwile. Poza tym popełniają te same dwa błędy, co zawsze dotąd od kilku dekad. Są to błędy będące jednocześnie kierunkami strategii sukcesu, czyli takimi, które dotąd przynosiły im sukces. Według profesora zarządzania Pasquale Gagliardiego można popełniać błędy poznawcze, a nawet decyzyjne, dopóki prowadzi to do sukcesów. Co więcej, ma się skłonność powielać i intensyfikować postawy i cechy, które przynosiły sukces w przeszłości. Jednak gdy przychodzi moment zwrotny, wykoleja to strategów. Jest właśnie moment zwrotny.

Błędy te są następujące: 1) Będzie dalej tak samo. Będzie się dało nami sterować tak samo jak teraz. Równia pochyła w dół działała skutecznie przez dziesięciolecia i łatwo było antycypować, w którą stronę idzie zmiana. Nawet lekko się do niej przykładając, bez narażania swojego „wizerunku w lustrze”, miało się pewność, że trend właśnie tam zmierza. Tam – czyli tu, gdzie jesteśmy. Przypomnę: jesteśmy w gigantycznym kryzysie, całe społeczeństwa stanęły w miejscu, ludzie nie wychodzili z domów, a teraz, mimo poluzowania, nadal nie ma rozwiązania nigdzie na horyzoncie, a ogromny kryzys ekonomiczny czyha tuż – tuż. Dalej nie da się „więcej tego samego”. Można albo całkiem „odmrozić” gospodarki, ryzykując masowe zachorowania (i co wtedy?), albo co jakiś czas wysyłać nas z powrotem do domów, nie płacąc i zwalniając z etatów, plus „przeniesienie całej pracy online” (naprawdę? – i co dalej?). Oczywiście są głosy i proponowane całe programy działań w obie te strony, ale te głosy nie potrafią powiedzieć, co dalej. Potrafią tylko nastraszyć „bo jak nie, to…” – ale ludzie zaczynają rozumieć, że „jak tak, to…” może być w tym przypadku jeszcze mniej atrakcyjne. A jeśli nie wiedzą, to się dowiedzą. 2) Są przekonani, że człowiek jest umysłem, a zatem nie ma znaczenia, że jest istotą wcieloną. Cała wiodąca nitka ideologii jest zabarwiona takim myśleniem – roboty, ejajki, onlajn wszystko. Nie dotarło do nich, że, po pierwsze, teraz dla wszystkich stało się widocznie, jak bardzo fałszywe jest to założenie. Ludzie są wściekle wygłodzeni fizycznego kontaktu. Moi studenci gotowi są przenieść góry, byleby mieć jakieś zajęcia w realu, jakiekolwiek. A z pewnością gotowi są przenieść obrony magisterskie – i tak też zrobili. Po drugie, głoszący te ejajki nie potrafią sobie przedstawić, co się stanie, gdy faktycznie wyjdziemy na dobre z tej hibernacji. Ulice, ludzie, plaża pod chodnikiem… Widzicie to?… ja czuję to w kościach…

Na koniec sama zaproponuję argumentum ex futuro – ten parowóz dziejów wykolei się wcześniej czy później. Już od dawna nie ma nikogo w kabinie maszynisty. To pociąg-widmo, pędzi na łeb na szyję, dokądkolwiek, byle jak, byle po co. Gdy to gruchnie, będzie wielka katastrofa, a potem wielkie złorzeczenia i zgrzytanie zębami. Będziemy znów mogli z bliska obserwować cuchnącą banalność zła. Ileż osób będzie mówiło, że tylko wykonywały rozkazy? Ileż będzie twierdzić, że nic nie widzieli, że nie przeczuwali, jaki ten system był zbrodniczy, a już na pewno nie brali w tym udziału z własnego wyboru. Zostawali psychopatycznymi szefami, bezlitosnymi ludźmi sukcesu, mordercami szlachetnych struktur i tradycji tylko dlatego, że ktoś lub coś trzymało ich na muszce. Cały czas szczerze nienawidzili kapitalizmu i byli prześladowani. Pomiatali bratem swym, siostrą swą, bo misja firmy. Od wielu usłyszymy też na pewno, że zawsze z kapitalizmem walczyli, że wiedzieli, że jego upadek był nieuchronny, choć wszelkie ślady tej wiedzy (i tej walki) pojawią się dopiero post factum.

Ale ujrzymy także, niestety, banalność dobra, a właściwie fatalność dobra. Dobrzy ludzi wzywają czasami diabła. Tak rozprzestrzeniają się najmroczniejsze instytucje i systemy władzy. Tylko częściowo robią to ambitni psychopaci i ci, którzy potrafią się aktywnie przełamać i działać jak psychopaci. Intensywnie przenoszą je dobrzy, skrzywdzeni ludzie, którzy nie mogą się znikąd doczekać ratunku i sprawiedliwości, więc idą do Mefistofelesa po pomoc, bo jest skuteczny, bo używa słów, które ich przekonują. Szukają skuteczności i oddają moc strukturom podłości – małym i dużym. One i ich aktywiści oczywiście niszczą potem tych dobrych, którzy ich wspierali, ale łatwo tego nie widzieć, gdy to się dzieje innym osobom, nawet na naszych oczach. To może wyglądać jak słabość i rozlazłość (dobro często wygląda jak słabość i rozlazłość), to może być w ogóle niewidoczne.

Wspomniałam, że wygłoszę argumentum ex futuro, choć nie siedzę w żadnym pędzącym pociągu dziejów. Stoję obok i patrzę. Częściej idę przed siebie. Co to za argument ex futuro, spytasz, uważny Czytelniku? To zwykłe kasandrowanie. W tym jednak przypadku Kasandra stoi na peronie i czuje, jak szumią szyny, zwiastując nadjeżdżający pociąg. Na tym peronie już kiedyś stała, już kiedyś słyszała taki szum. Tylko od tego czasu zmienił nazwę. Wtedy nazywał się Czarnobyl.

prof. Monika Kostera

Rysunek w nagłówku tekstu: Sam Chivers, Fifth Estate

De gustibus disputemus

De gustibus disputemus

Maseczki to niezła rzecz na nasze czasy zawieszenia, czasy socjologicznego interregnum. Teraz nie widać śmiejących się ust. Teraz można zobaczyć oczy.

Przez ostatnie dziesięciolecia żyliśmy w świecie, gdzie zewsząd otaczały nas wizerunki gładkich roześmianych osób: na billboardzie reklamującym dom spokojnej starości widnieje młodociana starsza pani obnażająca perłowo-białe zęby. Strona internetowa banku otwiera się na coraz bardziej ekstatyczne uzębienia zapatrzonych w komórki i horyzont dali ludzi. Website’y uniwersytetów pokazują grupki różnorasowych młodych osób prezentujących orgię bieli zębów. Zęby szczerzy na nas przystojny lekarz na reklamie przychodni. Tryska śmiechem ogłoszenie o poważnej konferencji naukowej. W odpowiedzi na pytanie o powód rosnącej ilości zachorowań, młoda polityczka wybucha perlistym śmiechem. Śmiali się do nas politycy, prezesi, przedsiębiorcy. Pełen błyszczący garnitur zębów prezentowali szefowie psychopaci, pozbawieni empatii administratorzy, oszuści celebryci zgrywający ekspertów od wszystkiego. Permanentny mega uśmiech był obowiązkowym elementem wyposażenia każdego człowieka sukcesu. Rzadko zadawaliśmy sobie trud, by popatrzeć w ich oczy, bo te zęby odciągały uwagę od oczu, które zupełnie się nie śmiały. Pochodziły jakby z zupełnie innej estetyki i logiki twarzy. Dwa niepasujące do siebie puzzle. Czemu tak długo dawaliśmy się na to nabrać? Gdy szczęka jest zasłonięta, to wiadomo, na co patrzeć. Maseczka pomaga w namyśle nad tym, co ma dla nas więcej sensu, a także w skupieniu. Bardzo często widzimy piękno, choć odciąga od niego naszą uwagę milion bodźców i impulsów. Nie było dotąd przestrzeni na to, by się nad tym zamyślić.

W ramach zdalnych zajęć z przedmiotu poświęconego zarządzaniu i twórczości zadałam ostatnio moim studentom zadanie domowe – by odpowiedzieli krótko na pytanie, czym dla nich jest piękno. Zebrałam prawie sto odpowiedzi, w znakomitej większości bardzo oryginalnych, niepowtarzających się, osobistych. Niektóre były tak piękne, że nie chcę ich cytować – są ziarnami, z których studenci zbudują, wyhodują, coś wielkiego, jestem o tym przekonana. Jednak chcę opowiedzieć o nich, używając myśli moich studentów i słów splecionych razem: moich i ich. Myślę, że tak będzie dobrze.

Pisali o deszczu. Deszcz wzbudza spokój, dźwięczy na parapecie, ten rytm sprawia, że czujemy, jak chłoną go zmęczone suszą rośliny, jak pojawia się równowaga w naturze. Deszcz łączy nas z życiem na zewnątrz. Pisali o tym, co drobne i ulotne, co można dostrzec naprawdę we wszystkim: w przyrodzie, ludziach, relacjach czy w codziennych chwilach. Staliśmy się na to obojętni, bo przestaliśmy dostrzegać piękno w drobnych rzeczach, gestach, ludziach. Ta ulotność łączy zachód słońca z uśmiechem bliskiej osoby i ze wzgórzem pełnym dmuchawców – jest to zwykła codzienność, ale w swojej prostocie i ulotności jest piękna.

Pisali o produktach własnych rąk. Nie chodzi o dumę ani o autorstwo, ani o sukces, lecz o piękno zadowolenia z pracy dobrze wykonanej. Taki przedmiot nie jest niczym niezwykłym, może nawet jest czymś przypadkowym. Ale powstał z ich rąk, starań i czasu. Wykonany od początku do końca – to właśnie jest piękne. Pisali o pierogach – gdy zostaną własnoręcznie ulepione i ugotowane, to praca włożona w nie sprawia, że są piękne. Każdy jest troszkę inny.

Pisali o drugim człowieku. Nie takim, który wygląda jakby przypadkiem przemierzał ulice miasta, zamiast stąpać po luksusowym wybiegu podczas pokazu mody, tylko o takim nieświadomym swojego piękna, spotkanym przypadkiem – starszy mężczyzna stojący przede nami w kolejce do kasy, kobieta opadająca w zmęczeniu na wolne miejsce w autobusie. Te momenty pokazują najprawdziwiej i najpełniej, że te osoby są, coś przeżyły. Tak jak przykładem pięknych, niezwerbalizowanych mikronarracji są spracowane ręce uwiecznione przez Henryka i Janinę Mierzeckich. W odpowiedziach pojawiały się zresztą nieraz nawiązania do fotografii, obrazów, filmów: Mierzeckich, Zofii Rydet, filmu Mekasa „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty”. Takie piękno pomaga dostrzec, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś dużo, dużo większego od nas samych, pojedynczo. Miłość znajduje się bardzo blisko takiego piękna.

Pisali o ludzkich gestach, o „dzień dobry”, o zwykłej uprzejmości, o sympatycznym geście. To znak, że druga osoba życzliwie jest tam gdzieś, obok. Pisali o niesamowitym pięknie piegów bliskiej osoby, które czynią ją niepowtarzalną i jedyną na świecie, nawet jeśli ona wstydzi się tego i uważa za defekt. Taka uroda, gdzie nie byłoby miejsca na piegi, nie jest piękna. Nie przyciąga czułości – raczej odpycha, znieczula. Pisali o tym, że piękno jest w tym, co codzienne i błahe: rodzina przy stole, wspólny obiad, układanie lego razem z bratem. Piękne jest to, jak teraz, w czasie epidemii, widać wyraźnie, że piękno jest zupełnie gdzie indziej, niż wskazują palce na reklamowych billboardach.

Pisali o roślinach. Mlecze to najpiękniejsze kwiaty, bo są proste, ale mają wiadomość do przekazania – przyszła wczesna wiosna. To jest zwykła wiadomość, nietrwała, efemeryczna. Ale dobrze jest się móc przywitać, a potem pożegnać z fazą pory roku. Pisali o rozwijającym się bzie i odważnie kwitnących niezapominajkach. Pisali o drzewach. Właściwie to bardzo dużo pisali o drzewach. Drzewa nas pocieszają, drzewom można ufać, drzewa są samą kwintesencja życia, są ukojeniem, są antydepresantem. Wreszcie, drzewa wyprowadzają nas na spacer – tak, właśnie tak. Jesteśmy jak psy na smyczy, a one wyprowadzą nas na zaczerpnięcie tchu. Pisali o zwierzętach, które pojawiają się na blokowisku. Skupiony sąsiad z psem. Przebiegająca po przebiegła sarna. Wieczorami wiewiórki chowają się za samochodami. W dzień lis przechadza się nieopodal sklepowego parkingu. Piękne jest to, jak planeta się odradza tam, gdzie stoimy, razem z nami i naszymi osiedlami.

Miasto też jest piękne. Pisali o tym, jak pięknie jest, gdy budzi się rano do życia. Usiąść rano z kubkiem herbaty lub kawy w oknie i patrzeć, celebrować poranki. Piękne jest to, jak poranne promienie słoneczne padają na ulice, ludzie spieszą się do pracy, ktoś jedzie na rowerze… Świadomość bycia we wnętrzu jakiegoś wielkiego organizmu, nie do końca odgadnionego; czasami zapomina się o tym, że miasto jest organizmem, ale rano, gdy się budzi, łatwo jest je na tym przyłapać.

Pisali o zapachu asfaltu po deszczu, o wędrówce chmur po niebie, o nagłym wrażeniu, że kolory gryzą się ze sobą. Pisali o starych, znoszonych trampkach, o bluzie kupionej na ciuchach za bezcen. Pisali o rozmowach mimo wszystko, mimo maseczek i zoomów, tych momentach zrozumienia, kiedy okazuje się, że ktoś podobnie do nas przeżywa świat. Że technologia jednak nie dzieli, choć sama z siebie nie łączy. Bliskość jest mocna, pozostaje we wspomnieniu bardziej, niż w natychmiastowym skypie.

Jeśli cokolwiek się powtarzało, to refleksja, że piękno jest w oczach. Bo patrzenie w oczy to intensywny kontakt, bo oczy nie kłamią, a piękno to coś, co sprawia, że czuje się, że życie jest prawdą. Bo oczy odbijają promienie słońca i wcale nie jest to metafora. Łączą fakty i uczucia. Bo jest w nich wiele dobrego i złego, pomieszane – bo tacy jesteśmy, pomieszani.

Pisali, że lubią pisać o pięknie.

Piękni są moi studenci. Dla nich, tak jak i dla mnie, piękno nie ma związku z tym, co głoszą kanony, co wypada myśleć i mówić, z tym, co modne, ładne, ładniutkie, co się innym podoba. Bruno Schulz powiedział, że piękno jest chorobą, „pewnego rodzaju dreszczem tajemniczej infekcji, ciemną zapowiedzią rozkładu, wstającą z głębi doskonałości i witaną przez doskonałość westchnieniem najgłębszego szczęścia”. To nie jest kategoria wzniosłości – to nasze ludzkie ucieleśnienie odnajdujące swój kontekst.

W swej interesującej książce „Steal as much as you can”, poświęconej twórczości i tworzeniu w czasach neoliberalnego kapitalizmu, dziennikarka Nathalie Olah przedstawia wyjałowienie kultury z treści i znaczeń pochodzących z przestrzeni symbolicznej innych klas, aniżeli klasy średnie. Klasy średnie przystały bez większych oporów na sprowadzenie sztuki do kategorii wartości finansowych i mierzalnych. Wrażenia estetyczne zostały podporządkowane popytowi i podaży, a więc, podobnie jak inne towary, konkurują ze sobą o dowartościowanie przez rynek. Stają się w tym celu mierzalne, bo są oceniane na prostych skalach, a zatem podobieństwa, nie różnice, definiują ich sens i przeznaczenie. Wyższa kultura jest dla tych, którzy znają jej (tak pojętą) wartość. A jednak nie zawsze tak było. Sztuka była przez stulecia domeną klas wyższych, ale pojawiały się w niej często silne, odmienne głosy. W ubiegłym stuleciu wstęp do kultury, także wyższej, zyskały klasy niższe. Sztuka i muzyka ludowa zostały „odkryte” przez świat kultury i zaproszone do uczestnictwa w kształtowaniu kanonów piękna. Pisarze z biednych rodzin, tacy jak Flora Thompson, która nie skończyła żadnych szkół, zaczęli być czytani i poważani na salonach i w salach wykładowych. Chłopaki i dziewczyny z robotniczych rodzin grały rocka i świat się zachwycał. Genialny John Berger opowiadał o tym, jaki sens ma sztuka poza salonami elit i akademii. W epoce punka „robotniczość” stała się wręcz cudna i pożądana; „z robociarska” zaczęły się nosić także osoby z bardziej zamożnych klas. W Polsce przyszła moda na robotników wraz z karnawałem „Solidarności”. Dopiero neoliberalizm przyniósł wieść, że historia się „skończyła” i już „nie było alternatywy”. Te czasy spowodowały prohibicję klasowego myślenia o świecie społecznym i wyrzucenie poza nawias wszystkiego, co autentycznie robotnicze i chłopskie. W Brytanii pojawiło się wyzwisko „chavs”, w Polsce mianem „dresiarstwo” zaczęto określać niepożądane obecności w kulturze. „Ładne” jest to, co mieszczańskie. Gust inny niż mieszczański – jest po prostu „zły”. Owszem, można pochodzić z klasy pracującej, ale wtedy trzeba obowiązkowo „umieć się ubrać”, zachowywać i mówić zgodnie z obowiązującym mieszczańskim kanonem – na tym polega współczesna edukacja, zwłaszcza wyższa. Milenijne „doskonałe” korpo-uniwersytety uczą mieszczańskości i są zarządzane i rozliczane po mieszczańsku. Od biedy można sobie wyglądać jak z klas niższych, ale wtedy gra się i śpiewa tylko dla tych klas – i nie jest to przecież muzyka ani poezja, tylko hip hop. Nie malarstwo, lecz stritart. Z tym nie ma prawa wstępu na salony, bo słoma. Wiadomo.

Kategoria piękna stała się podobna do grodzonego osiedla – codzienność i przybłędy z zewnątrz nie są mile widziane. Może dlatego odpowiedzi i zainteresowania moich studentów nie są bardziej rozpowszechnione (bo nie są – wiem o tym; oni sami mi to sygnalizowali). Wręcz bywa tak, że to, co im i mnie się podoba, spotyka się z odrzuceniem w publicznym dyskursie. Ich piękno nie tylko mija się z wyszczerzonymi kanonami doskonałego „piękna” wizerunków wokół nas, ale ono po cichu odrzuca przyjętą nabożnie zasadę doskonałości dominującą dziś niemal absolutnie. A przecież doskonałość nie ma w sobie życia, nie jest ucieleśniona, nie potrzebuje patrzenia żywym okiem. Tymczasem John Berger w swojej cudnej książce „Sposoby widzenia” zachęca do tego, by patrzeć okiem żywym i prawdziwym, człowieczym. Właściwie to jest po prostu wyzwalające.

Ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky piszą w książce „How much is enough” o dobrym życiu. Podejmują także wątek sztuki i gustu. W niezbyt odległych czasach, gdy w najlepszym czasie telewizyjnym opowiadał o sztuce John Berger, gusta uważane były za sensowny i uprawniony temat dyskusji i edukacji. Co więcej, lewicowe polityki obejmowały kształtowanie gustu w społeczeństwie, a nawet głosiły konieczność takiej edukacji w długim okresie po to, by umożliwić ludziom z różnych klas społecznych aktywny udział w kulturze. Socjaldemokratyczne rządy – takie jak szwedzki i brytyjski – z tej epoki silnie inwestowały w programy kształcenia w zakresie sztuki i estetyki, w ośrodki kultury, w promowanie inicjatyw kulturalnych różnych warstw i grup społecznych. Skidelski i Skidelsky zaznaczają, że był to aktywny program opieki instytucji państwa nad sztuką, niestroniący od dyskusji nad tym, jaki kto ma gust i jak można swój gust rozwinąć. Instytucje publiczne nie stroniły od udzielania głosu artystom i krytykom wyrażającym preferencje co do gustu i tego, co jest w życiu dobre. Dobre życie nie jest ograniczone do mózgu jednostek, przypomina książka, ale realizuje się w rozmowach i społecznościach. Tymczasem neoliberalizm stopniowo rezygnował z edukacji gustu pod pretekstem wolności i swobody, zastępując dialog jednostronną, bezustanną i zmasowaną indoktrynacją gustów – bo na tym polega masowa reklama i marketing. Dyktatura drobnomieszczaństwa.

A przecież czujemy, że to odbiera nam coś ważnego. Piękno sprawia, że świat staje się sensowny. Przeżycie piękna, rozmowa o nim to tak jak spojrzenie w oczy. Staje się widoczne, że reklamowe uśmiechy były fałszywe, że śmiech był jadowity. Musi być przestrzeń na rozmowy dla nas wszystkich o pięknie, muszą pojawić się język i nastrój. Musi się znaleźć miejsce do rozmowy o starych trampkach, o sarnach pod blokiem, o pierogach. Kto nie widział pierogów ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.

prof. Monika Kostera

Good Bye, Hayek!

„Good Bye, Lenin!” to tytuł filmu z 2003 roku, reżyserowanego przez Wolfganga Beckera. Akcja rozgrywa się w czasie upadku NRD. Bohaterką jest Christiane Kerner, zaangażowana enerdowska komunistka, która zapada w śpiączkę w październiku 1989. Gdy budzi się w czerwcu 1990 roku, NRD już nie istnieje. Jej syn Alex stara się przygotować ją jak najdelikatniej na nową rzeczywistość, nie chcąc, by doznała wstrząsu, który mógłby przeszkodzić w powrocie do zdrowia. Inscenizuje wokół niej nieistniejąca już enerdowską rzeczywistość przy pomocy starych rekwizytów, nagrań wiadomości na video i rozmaitych sztuczek polegających na przepakowywaniu nowych elementów codzienności w stare enerdowskie opakowania i łuski. Cały czas jednak nowa rzeczywistość wysypuje się z tych opakowań, powodując zdumienie, niepokój, ale także śmiech. To, co nowe, jest tłumaczone na różne sposoby, często komiczne, językiem starego – np. nowe elementy miejskiego pejzażu biorą się stąd, że NRD zaczęło przyjmować uciekinierów z Zachodu. Helikopter zabiera pomnik Lenina na śmietnik, ale żeglując w powietrzu Włodzimierz Ilicz zdaje się czule żegnać z bohaterką. Film jest ciepły i zabawny, jest też bardzo smutny.

Podobne tragikomiczne wrażenie (minus ciepło) mam ostatnimi czasy przeglądając polskie media. Tak jakby nie dotarło do nich, co właściwie się dzieje, dziennikarze inscenizują sobie świat sprzed pandemii COVID-19 i ubierają nowe zjawiska w stare frazesy. Pojawia się zarówno plan Balcerowicza, jak i wzrost gospodarczy, dopływ środków finansowych do wielkiego biznesu, uelastycznienie czasu pracy, jak i hasło restrukturyzacji. Przez polskie niebo szybuje unoszony przez helikopter historii duch Friedricha Hayeka, znanego jako jeden z ojców założycieli doktryny neoliberalnej. Widmo to wyciąga w czułym geście ręce do polskiego głównego nurtu ekonomii, mediów, zarządzania i polityki.

Tymczasem, gdy wyjrzeć poza nasze poczciwe cztery ściany, to dzieją się rzeczy. Pominę wszystkie tradycyjne lewicowe głosy i media. Zacznijmy od „Teen Vogue”, które w artykule z 24 marca w bardzo dosadnych słowach wyjaśnia, jak „Pandemia korona wirusa ujawniła porażki kapitalizmu” i, co więcej, postuluje, że inne systemy gospodarcze są możliwe. „Financial Times” prezentuje 12 marca „Przyszłość socjalizmu w Ameryce”, ogłaszając, że amerykańska alergia na socjalizm była przesadzona, a przesłanie Berniego Sandersa trafia do amerykańskiej młodzieży i, być może, tenże jest Janem Chrzcicielem nowych czasów. „Daily Telegraph”, znany też jako „Daily Torygraph” – sztandarowy dziennik brytyjskiej partii konserwatywnej, 17 marca obwieszcza, niczym jakaś Szczepkowska à rebours, „Nie istnieje alternatywa [tak, tak, to jest to właśnie słynne hasło, to neoliberalne amen: There Is No Alternative]: w walce z koronawirusem jesteśmy wszyscy socjalistami”. Ten sam „Telegraph” w dziale Biznes radzi: „Boris musi niezwłocznie przyjąć socjalizm, by ocalić liberalny wolny rynek” (20 marca). Wprawdzie celem ma być uratowanie liberalnej gospodarki, ale co do środków tekst nie pozostawia wątpliwości: „nie ma żadnej spójnej alternatywy”.

W mediach pojęcie dobra wspólnego pojawia się nie tylko bez nawiązania do „tragedii” (często cytowana, choć oparta na co najmniej wątpliwych przesłankach, teoria biologa Garretta Hardina z 1968 roku spopularyzowała wyrażenie „tragedia dobra wspólnego” jako skrótową deklarację wyższości własności prywatnej), ale w tezach takich jak, na przykład, że „koronawirus przypomniał Amerykanom, że dążenie do szczęścia powiązane jest z dobrem wspólnym” („The Conversation”, 18 marca). Z kolei „The Independent” (17 marca) rozważa, „co koronawirus ujawnił o narodowych sposobach myślenia – i jak Kuba zajęła czołowa pozycję”. Tak, Kuba, ta sama, gdzie Castro i Che Guevara, postrach liberalnych salonów („i od Kuby uchroń nas, Ronaldzie…”). Wreszcie, „Poseł Torysowski żąda, by Richard Branson zapłacił wszystkim pracownikom Virgin ze swojego majątku” (25 marca). I, ostateczny kołek w serce Maggie Thatcher: „Istnieje coś takiego, jak społeczeństwo, ogłasza Boris Johnson ze swojego bunkra”. Brytyjski premier, nieustraszony bojownik neoliberalizmu, trawestuje bez szacunku słynne powiedzonko swojej wielkiej prekursorki („there is no such thing as society”). Inna sprawa, że czyni to z pobudek wybitnie narcystycznych i egoistycznych, aż takie cuda nawrócenia nie mają w naszym świecie miejsca.

Zresztą mniejsza o nawrócenia. Mówimy o języku – a ten zmienia się z dnia na dzień i niedługo będzie się dało powiedzieć wiele ważnych prawd bez bycia wyrzuconym do śmietnika „nieracjonalności”. Taki język istniał już wcześniej, ale tylko na marginesach. Lewicowa ekonomia, filozofia, socjologia, nauki zarządzania, lewicowe, lewicujące i ekoradykalne kręgi skupione wokół pism takich jak „Jacobin” czy „Social Europe”, a także wiele innych mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej rozproszonych środowisk od dawna mówiło o konieczności zmian, o brutalnym niezrównoważeniu neoliberalnego kapitalizmu. Od dawna też proponowano alternatywne strategie. W ostatnich latach propozycje te wyrażane były chyba szczególnie stanowczo. Ciekawym przykładem jest parafuturologiczna książka socjologa i publicysty Petera Frase’a a 2016 roku pod tytułem „Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie”. Frase, w odróżnieniu od dominujących w tym czasie dyskursów, nie wierzył w determinizm technologiczny, lecz raczej w różne użycia technologii. Ten, kto ma władzę, używa dostępnych technologii do swoich celów. W zależności od tego, jak będzie wyglądać układ sił społecznych, tak będzie wyglądać scenariusz rozwoju. Pierwszy scenariusz nazywa komunizmem, przez co rozumie nie komunizm państwowy typu radzieckiego, lecz w pełni równe społeczeństwo, które będzie umiało użyć technologii do wprowadzenia powszechnego dostatku. Od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb. Koniec wyzysku i koniec niszczenia środowiska. Drugi scenariusz to rentyzm: owszem, dostatek jest produkowany, ale tylko dla niewielkiej elity. Pozostali walczą o coraz bardziej ograniczone możliwości zatrudnienia przy obsłudze technologii, dzięki której bogaci stale się bogacą. Trzecia możliwość to socjalizm, czyli ustrój, gdzie wszyscy troszkę muszą się ograniczyć, nie ma wzrostu, ale za to jest równość, sprawiedliwość i troska o środowisko. Aby uratować klimat, państwo radykalnie przekształca strukturę społeczno-ekonomiczną. Każdy otrzymuje podstawowy dochód gwarantowany. Wreszcie, ostatnia możliwość, czyli eksterminizm. To opcja dystopijna, społeczeństwo horroru, gdzie mała zamożna elita wprowadza nowoczesny feudalizm. Życie ludzkie liczy się mniej, niż gospodarka – i to całkiem oficjalnie. Nadmiary „zasobów ludzkich” trzymane są w obozach dla uchodźców lub po prostu eksterminowane. Książka Frase’a nie jest może jakąś bardzo zaawansowaną futurologią (zakreśla możliwości raczej niż ekstrapoluje obserwowalne trendy), ale na pewno daje język do codziennych, poważnych rozmów o przyszłości. Taki język jest ogromnie ważny, szczególnie w systemie definiującym samego siebie jako pozbawiony alternatywy. Bardzo mocno dawało się to odczuć przez ostatnie lata w Polsce, gdzie bardzo brakowało innych języków do rozmowy o problemach społecznych, gospodarczych, organizacyjnych.

Sprawiało to, że trudno było zabrać na poważnie głos, jeśli nie mówiło się językiem neoliberalizmu, czy to z prawa, czy z lewa, czy z centrum (tak, neoliberalizm występuje we wszystkich barwach spektrum politycznego, dlatego tak ciężko było go podważyć). Pragnących mówić inaczej czekało odrzucenie i przedefiniowanie jako osoby niezasługujące na zostanie wysłuchanymi. Istniał cały słowniczek definicji. Mówili „wariatka” – to znaczyło mniej więcej „niech ona wreszcie się zamknie, bo rzeczy, które mówi psują mi dobry nastrój i niszczą samozadowolenie, a nie mam żadnych dobrych argumentów przeciwko jej twierdzeniom”. Mówili „nadwrażliwiec” – to znaczyło „ten facet uznaje za pełnoprawnych ludzi tych wszystkich, którzy muszą cierpieć czy poumierać, żebym ja mógł być bogaty i przekazać majątek moim dzieciom”. Mówili „dorośnij” – to znaczyło „napluj na swoje poczucie godności, tak jak ja, to dam ci zarobić, bo wiesz, ja naprawdę muszę zrobić karierę, to jest jedyna poważna rzecz w moim życiu”. Mówili „za słaby” – to znaczyło „nie ma serca z kamienia, ma jakieś ludzkie uczucia, to mnie stresuje i sprawia, że wpadam w depresję, będę musiał znów się napić i walnąć sobie prochy”. Mówili „nierealne, ludzie są źli i głupi, im się tak właśnie podoba, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie z tym walczył”. Okazywali pogardę, kazali cieszyć się, że z łaski pozwalają żyć na marginesach. Trzymali krótko, nie nagradzali, nie zapraszali – ostracyzowali, wzruszali lekceważąco ramionami. A gdy już musieli się odezwać w publicznej przestrzeni, to wyciągali stare dobre armaty: Wenezuela. Trach. Kuba. Bum. No właśnie, co z tą Kubą…?

Gdy siedzimy w pandemicznym odosobnieniu i słuchamy głosów z różnych miejsc, pamiętajmy, jak bardzo nie da się wrócić do tamtego świata. Tak, naprawdę był źle urządzony, niesprawiedliwy, odrażający. Uchodźcy giną na morzu, nikt „poważny” nie kiwnie palcem. Wycinane są lasy, zabudowywane zielone przestrzenie miast, dzień w dzień niszczone to, co żywe, zdrowe i piękne, w imię „ważnych celów” takich jak PKB. Nikt racjonalny nie bierze tego zbyt serio. Sfera publiczna rozgrabiona, przepraszam, „sprywatyzowana”, dobro wspólne dotknięte tragedią, ale nie nieskuteczności, wcale nie, lecz tragedią chciwości jednych kosztem drugich. Nie podoba się? To możesz zawsze zostać skazany prawomocnym wyrokiem niezależnego sądu. I to ciągłe schodzenie im z drogi – zawsze im się spieszyło, słusznie, dorośle, racjonalnie. Spieszyli się i zdawali nie wiedzieć, nie pamiętać, nie rozumieć, że gdy potęga radzieckiego państwowego komunizmu runęła, to przez kilka lat rozmawialiśmy o tym, co dobrego możemy teraz powołać solidarnie do życia. Te „długie nocne Polaków rozmowy”. Nie po to, by wycięli nam wszystkie drzewa w mieście. Nie po to, by zabrali każdy dom, „zefektywizowali” każdy szpital. Nie po to, by Polska miała siedmioro przedstawicieli na liście najbogatszych ludzi świata „Forbesa”. Nie po to, by uniwersytety zbudowały przewagę konkurencyjną.

Na początku lat 90. prowadziłam badania w terenie wśród polskich dyrektorów, pamiętających czasy PRL-u. Kiedyś, jako wątek uboczny, spytałam kilkoro spośród moich rozmówców o wspomnienia z czasów stalinowskiej młodzieżówki ZMP. Usłyszałam wiele opowieści, głównie mrocznych: o upokorzeniu, o strachu, o zdradzie, o kłamstwie, pogardzie, przemocy. I o języku uprawomocniającym to wszystko, ciągłej fałszywej narracji przewijającej się w szkołach, na uczelniach, na uroczystościach, nawet między znajomymi. Moi rozmówcy sami go używali, bo inaczej nie mogli, bo bali się, a także dlatego, że innego tak spójnego języka po prostu nie znali. Opowiadali o tym, jak ten język ich prześladował od zewnątrz i niejako od środka. Te ohydne, obce słowa, którymi wypełniła się ich młodość i które dla większości z nich bardziej, niż realnym, fizycznym zagrożeniem, były pętami i kneblem. O zebraniach, o samokrytyce, o akademiach pełnych tych słów. Jeden z moich rozmówców opowiedział mi tę historię do zaskakującego końca – jak w czasie „odwilży” w 1957 roku zebrali się na Plenum. Widział wokół siebie tych samych ludzi, co zawsze, te same twarze, ale teraz inne, miękkie, plastyczne. I zaczęli mówić. Mówili zupełnie inaczej, niż dotąd, opowiadał mój rozmówca, stał się cud, niby wszystko to samo, ale jednak nie takie samo, niby ci sami, ale jednak teraz – mówili ludzkim głosem. To był ostatnie plenum, ZMP zlikwidowano.

„Przestań wyobrażać sobie Apokalipsę. Zacznij wyobrażać sobie rewolucję” – mówi mem przekazywany sobie wśród moich znajomych na facebooku. Tak, wyobraźmy sobie, mamy już język, może powiedzieć na początek: good bye, Hayek, do widzenia, a właściwie – żegnaj. To ty, Friedrich i twoi ziomale sknociliście sprawę tak absolutnie, że teraz musimy siedzieć w domu, człowiek człowiekowi nie może podać ręki, nie można iść na kawę, księgarnie zamknięte, kto wie, czy kiedykolwiek się otworzą. Studenci, których moglibyśmy uczyć, są rozproszeni po rodzinnych miejscowościach. Gorzej, dużo gorzej: ludzie umierają na korytarzach szpitali. A troszkę wcześniej w Australii płonęły lasy, szalały powodzie i tornada. Wasze dogmaty były szkodliwe i kłamliwe, wasza estetyka była jadowita i jałowa, wasze ambicje egoistyczne. Wasz świat był niegościnny i brutalny. Żegnajcie, Hayek i cała kompanio, żegnajcie wszyscy, którzy zaprowadziliście nas na ten skraj. Ustąpcie miejsca wariatkom, nadwrażliwcom, niedorosłym. Inaczej dalszego ciągu nie będzie – a przecież jednak coś nas wszystkich łączy. Dwie rzeczy: jesteśmy ludźmi, nie chcemy końca świata. Wszystko ma swój czas. Niech to będzie czas mówienia ludzkim głosem.

prof. Monika Kostera

Oda do przyjaźni

Oda do przyjaźni

Przyjaciółka powiedziała mi niedawno, że w zasadzie fajne te teksty i dobrze, że je piszę, ale że ona by prosiła, abym z raz napisała coś, co nie jest takie beznadziejnie dołujące. Ten tekst jest dla Ciebie, moja przyjaciółko i dla wszystkich innych, którzy cenią przyjaźń, także w pracy. To będzie całkowicie przyjazny tekst, z wyjątkiem zdania lub dwóch o plugastwie kapitalizmu. To nie będzie liryka, ale oda, tak, na pewno oda, taka ku pokrzepieniu serc.

Dwóch autorów, ojciec i syn – ekonomista Robert Skidelsky i filozof Edward Skidelsky – napisało wspólnie książkę pod tytułem „How much is enough?”. Traktuje ona o dobrym życiu i o tym, jak bardzo współczesny człowiek oderwał się od tej, kiedyś tak centralnej, wartości. Jednym z ważnych aspektów dobrego życia była przyjaźń, rozumiana jako relacja szalenie ważna i poważna. Chodzi o przyjaźń taką, jak między Achillesem i Patroklosem, którzy wspólnie walczyli pod Troją. Gdy ten drugi ginie z ręki Hektora, zrozpaczony Achilles wyrusza do boju, by pomścić druha. Przyjaźń jest na śmierć i życie; Achilles straszliwie mści się na sprawcy śmierci Patroklosa. Biblijna Rut, Moabitka, która poślubiła Izraelitę, i jej teściowa Noemi przyjaźniły się ze sobą tak bardzo, że pozostała po nich jedna z najmocniejszych deklaracji więzi w ludzkiej historii: „Nie nalegaj na mnie, abym cię opuściła, powróciła i nie szła z tobą. Bo dokąd pójdziesz i ja pójdę, a gdzie pozostaniesz, tam i ja pozostanę”.

Nie, nie wypowiadają tych słów małżonek ani kochanka. Tak mówi przyjaciółka do przyjaciółki, choć prawdopodobnie lepiej i wygodniej żyłoby się jej, gdyby wróciła między swoich, w rodzinne strony. Taka przyjaźń jest bezwarunkowa, o wiele bardziej, niż w tamtych czasach były relacje między dziećmi a rodzicami – także między matką a dzieckiem. Patroklos zginął, bo zachował się nierozsądnie i nie posłuchał rady, a właściwie zalecenia, Achillesa. Jednak nie zmieniło to ich przyjaźni – wina, odpowiedzialność, to jedno, a przyjaźń domaga się zemsty i żałoby. Rut na pewno tęskniła za swoim krajem i rodziną, poza tym nierozsądnie było zostać u obcych po śmierci męża. Jednak przyjaźń z Noemi domaga się lojalności silniejszej, niż poczucie rozsądku.

Jest to więź bardzo podstawowa. Jak wskazują te dwa przykłady, może łączyć się z innymi uczuciami i relacjami, takimi jak miłość będąca pożądaniem czy więzi rodzinne. Starożytni Grecy mieli różne słowa określające miłość, bo wyróżniali rozmaite więzi. Filia, czyli taka przyjaźń jak ta, o której tu mówię, to jedna z nich, obok miłości między kochankami – eros, miłości boskiej – agape, miłości w rodzinie – storge. Arystoteles jest jednym z myślicieli, dla których filia, przyjaźń, ma centralne znaczenie, także w związkach między kochankami czy partnerami w interesach. Jeszcze w czasach elżbietańskich (Szekspir!) pytanie, czy ważniejsza jest miłość czy przyjaźń było częstym tematem debat intelektualnych. Zarówno „Dwaj dżentelmeni z Werony” jak i „Dwóch szlachetnych krewnych” rozgrywają ten właśnie dylemat (dewaluacja przyjaźni to również powód, dla którego obie sztuki w dzisiejszych czasach są rzadko wystawiane). Nie chodzi tylko o życzliwość – to musi być wzajemna relacja, altruistyczne pragnienie czyjegoś dobra i gotowość do poświęceń. Nie jest przyjacielem ktoś, kto, dajmy na to, podziwia drugą osobę, gdy ta jest pełna chwały, ale zajmuje się swoimi sprawami, gdy kontakt z nią nie przynosi korzyści i przyjemności. Przyjaźń prawdziwa istnieje wszędzie, gdzie żyją ludzie, a więc także, rzecz jasna, w pracy.

Przykładów jest wiele, ale ponieważ to jest oda do przyjaźni, więc tym razem podam przykłady z własnego doświadczenia. Pewnego razu, wiele lat temu, pracowałam na niewielkiej szwedzkiej uczelni. Bywało różnie, lepiej i gorzej. Był to czas wdrażania reform „doskonałości” i „autonomii” w szwedzkiej akademii, więc więcej było smutków i niespodziewanych przykrości, konfliktów, zdrad. Jednak pamiętam ten czas głównie dobrze, bo były to lata, gdy pracowałam razem z Karin. Ona jest profesorem rachunkowości, ja zajmuję się teorią organizacji, więc nie miałyśmy oczywistych powodów do zawodowej współpracy. Jednak nawet niesprzyjające struktury nie przeszkodziły nam robić wielu dobrych rzeczy razem. Przez pewien czas nawet wspólnie kierowałyśmy instytutem. Był to jeden z najmniejszych i najmniej ważnych instytutów na wydziale, z budżetem bliskim zeru, ale udało nam się zorganizować i ożywić sporo twórczych obszarów, które funkcjonują do tej pory. Wiedziałyśmy, że możemy zawsze na siebie liczyć. Gdy spostrzegłyśmy poważne nadużycia na uczelni, podjęłyśmy wspólnie ryzyko, by się przeciwstawić, mimo że z powodu niepewnych czasów wielu wolało raczej nie zabierać głosu. Ba, był nawet taki moment, gdy niektórzy znajomi, na wszelki wypadek, udawali, że nas nie rozpoznają na korytarzu. Obecność Karin sprawiała, iż czułam takie niesamowite bezpieczeństwo w coraz bardziej zwariowanym świecie. Mimo że rzadko się ostatnimi czasy widujemy, nadal obie mamy – wiem, bo rozmawiałyśmy o tym – głębokie przekonanie, że ta druga z nas jest gdzieś tam i że można na nią liczyć. Po prostu. Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Może i tak, ale myślę, że pracowych przyjaciół poznaje się też w chwale i w sukcesie. W odróżnieniu od tak wielu innych, ona nigdy nie uznała, że „absolutnie coś musi” kosztem mnie, że coś innego jest ważniejsze, niż przyjaźń i to coś ją zawiesza lub wręcz unieważnia. Jest osobą ambitną, stanowczą i bojową, więc to nie łagodne usposobienie lub brak ambicji to sprawiają. Wiele rzeczy w życiu jest ważnych. Ale żadna nie jest ważniejsza niż przyjaciółka.

Przyjaźń w pracy to nie musi być relacja dwuosobowa. Równie często bywa w niej miejsce dla wielu kompanów. W mojej aktualnej szwedzkiej uczelni mam przyjemność pracować w takiej grupie, gdzie są koledzy i koleżanki patrzący na siebie z życzliwością. Zebrania w tym towarzystwie bywają burzliwe, ale bywają też cudnie ożywcze. Niedawno byłam świadkiem takiej spontanicznej akcji, gdy kilka osób zdecydowało się wystąpić o grant po to, by umożliwić powrót do czynnej pracy badawczej koleżance, choć nikt inny z grupy dla prowadzenia własnych badań nie potrzebował grantu. Występowanie o grant jest uciążliwe i dołujące, wypisywanie wniosku przykrym urzędowym językiem jest męczące i nikt z nas tego nie lubi robić. Procedury są często absurdalnie wręcz skomplikowane, a ryzyko niepowodzenia duże. Jednak dla nas oczywiste było, że chcemy to zrobić. Co więcej, mam takie głębokie poczucie, że nikt z nas nie widzi w tym zasługi ani niczego szczególnego. Aż głupio o tym mówić. Dlatego, jeśli piszę o tym w mojej odzie, to tylko po polsku. Po szwedzku pozostanie to niewypowiedzianą, najzwyklejszą sprawą na Bożym świecie.

Przyjaźń daje poczucie mocy i pewności. Nic dziwnego, że kapitalizm stara się ją zmarginalizować, przemianować, rozmienić na drobne, ogłosić nieważną. Bez niej jesteśmy słabi i pozbawieni kompasu moralnego. Łatwiej nami manipulować, nakłonić do konkurencji, „zachowań racjonalnych” i „rynkowych postaw”. A jednak ona wciąż istnieje – mimo że przysypana tysiącami fejsbukowych „friendów”, których się w życiu na oczy nie widziało, i „lajków” polegających na kliknięciu w małą ikonkę, kojarzącą się z gestem verso pollice skazującym gladiatora na śmierć – pozostaje fundamentem ludzkich działań, także w pracy. Wskazują na to choćby przytoczone przeze mnie opowieści i mnóstwo innych, o których wciąż słyszę od znajomych i w moim terenie badawczym. Na przekór zaleceniom, modom i kołczom, mimo deklaracji kapitalizmu, że naprawdę, ale to naprawdę nie jesteśmy stróżami braci naszych.

Nie ma bardzo wielu badań na temat przyjaźni w pracy, ale te, które istnieją, także w ramach nauk o zarządzaniu, mówią nam wiele ważnych rzeczy. Jeden z ciekawszych polskich badaczy zarządzania, Bartosz Sławecki, opublikował 10 lat temu książkę pt. „Zatrudnianie po znajomości”. Przyzwyczajony do opowieści grozy o nepotyzmie czytelnik spodziewa się gromów… jednak nie znajdzie ich. To wrażliwa etnograficzna opowieść o małych rodzinnych firmach, gdzie decydującą rolę odgrywają osobiste kontakty, zaufanie, wcześniejsze relacje. I bardzo dobrze – zamiast konkurowania i bezosobowych mechanicznych stosunków pracy, ludzie szybko wypracowują wzajemne zaufanie, a znajomości stają się ich kulturowym kapitałem przydatnym także, a może zwłaszcza wtedy, gdy innego kapitału brakuje.

Pamiętać należy, że słowo „merytokracja” pojawiło się po raz pierwszy współcześnie użyte przez socjologa Michaela Younga w 1958 roku na kreślenie dystopii, mechanistycznego i pozbawionego ludzkich cech systemu, gdzie istnieją ostre podziały społeczne na „lepszych” i „słabych”, i gdzie ci drudzy są bezwzględnie wykluczani i sprowadzeni do statusu podklasy. Jest to porządek równie nieludzki jak podziały według rasy, płci czy inne odrażające elitaryzmy. W dodatku sieje niezgodę, niszczy solidarność i naturalizuje niesprawiedliwości równie skutecznie jak feudalne „szlachectwo urodzenia”.

Geografki Natasha Webster i Meighan Boyd zbadały zespoły pracownicze na uczelni i stwierdziły, że przyjaźń, zwłaszcza przyjaźń między osobami niebędącymi częścią tej samej jednostki organizacyjnej, a więc w poprzek struktury, szczególnie mocno wspiera opór w miejscu pracy wobec neoliberalizacji. Przyjaciele czują się lepiej i mają większe poczucie sensu, nawet gdy warunki, w jakich funkcjonują oceniane są przez nich jako złe i szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Jednak dzięki przyjaźni lepiej sobie radzą i skuteczniej przeciwstawiają się wdrażaniom neoliberalnych zasad i mechanizmów zarządzania. Przyjaźnie w ramach jednostki przeobrażają się często w kliki. Jednak gdy angażują się w nie osoby z różnych formalnych zespołów, skupiają się bardziej na wspólnych wartościach, niż na wykluczaniu innych. O ile autorki skupiają się na przyjaźni między kobietami, to współautorska trójka – psycholożka Dorothy Markiewicz i badaczki zarządzania Irene Devine i Dana Kausilas – poświęca uwagę przyjaźniom mieszanym i stwierdza, że wszystkie przyjaźnie wnoszą wiele dobrego w życie ludzi w miejscu pracy (aczkolwiek przyjaźnie męskie mają tendencję skuteczniej pomagać w promowaniu kariery). Psycholożki Rachel Morrison i Helena Cooper-Thomas dodają, że czym innym jest „znajomość”, „kumplostwo”, a czym innym głęboka przyjaźń. O ile to pierwsze chroni przed samotnością, to prawdziwie głębokie zaangażowanie, bezinteresowność i oddanie charakterystyczne są dla przyjaźni. To ona wnosi poczucie bliskości i uczuciowej obfitości, a niejako przy okazji uczy obserwatorów wzorców zachowań. Wreszcie, życie w pracy, gdzie są przyjaciele, jest po prostu przyjemniejsze.

Badania pokazują także, iż brak przyjaźni czy choćby koleżeństwa – samotność w miejscu pracy – bywa szkodliwa dla ludzi i dla całej organizacji. Badaczki organizacji Sarah Wright i Anthony Silard w opublikowanym niedawno artykule naukowym argumentują, że samotność, choć stygmatyzowana i trywializowana we współczesnych miejscach pracy, w istotny i bardzo złożony sposób współpowoduje cierpienie i wzmacnia depersonalizację organizacji, budząc coś w rodzaju chronicznego głodu ludzkich więzi.

W Biblii Bóg rzadko zabiera głos osobiście. Jedna z okazji, gdy to robi, to jedna z pierwszych Jego refleksji o kondycji człowieka, gdy, w Księdze Rodzaju, mówi: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Te słowa samego Boga rezonują mocno z jednym z najpiękniejszych cytatów z mojego terenu badawczego, gdy jedna z animatorek organizacji zajmującej się edukacją mówi: „Czuję, że nie chcę już nigdy nic robić sama”.

No właśnie. Ja też nie.

prof. Monika Kostera

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Bob był pracownikiem jednego z brytyjskich uniwersytetów. Pewnego razu zmienił się zarząd i ogłoszono, że teraz będą wdrażane bardzo potrzebne, projakościowe reformy, „w najlepszym interesie Uniwersytetu i całej społeczności lokalnej”. Zapewniono, że „bolesne zmiany kulturowe”, jakie będą miały miejsce, są niezbędnym „sprawdzianem naszej determinacji, by stać się naprawdę wyróżniającym się uniwersytetem światowej klasy”. Pierwszą zmianą w miejscu pracy Boba były elektroniczne bramki. Blokowały one dostęp pozostałym pracownikom do pomieszczeń, w których pracowali administratorzy. Bob dowiedział się, że można wejść na teren administracji, jeśli umówi się w konkretnej sprawie e-mailem, ale, generalnie, wszelkie sprawy administracyjne należy od teraz starać się załatwiać on-line. Miało to być ogromne uproszczenie, odbiurokratyzowanie, unowocześnienie i znaczący krok w kierunku efektywności pracy.

Pierwszym efektem było to, że Bob nie mógł już wpaść na pogawędkę do zaprzyjaźnionej doświadczonej administratorki, Bethany. Drugim było wypowiedzenie, które wpłynęło do kadr od Bethany, o czym dowiedział się od wspólnej znajomej. Spotkał się z Bethany w kawiarni, wręczył jej kwiaty, powiedział, że chce podziękować za tyle lat dobrej wspólnej pracy. Bethany wzruszyła się, powiedziała mu, że cieszy się, iż ktoś o tym pamięta. Opowiedziała mu, jak administratorzy zostali przeniesieni do wielkiej wspólnej hali, odcięci od kontaktu z pozostałymi pracownikami, zmuszeni do rejestrowania obecności i nawet wyskoczenie na kawę do pracowego bufetu było odhaczane i rejestrowane centralnie. „Ta praca była kiedyś moim domem”, powiedziała Bethany, ocierając łezkę z policzka, „a stała się elektronicznym więzieniem”.

Dla Boba wkrótce stało się jasne, że na tym właśnie polega wprowadzana reforma. Coraz więcej czasu poświęcał na wklepywanie różnych danych do tabelek według wyznaczonych twardych reguł. Pojęcia, które doskonale znał i kojarzył, bo pracował z nimi przez całe życie, takie jak ocena prac studenckich, rozliczenie projektu badawczego, przygotowanie programu zajęć – teraz zmieniły się nie do poznania, przybierając kształt zamkniętych, opisanych urzędowym językiem kategorii. Także oceny studentów musiał teraz wklepywać on-line, według takich samych schematów. Nie mógł dodać od siebie rad ani spostrzeżeń odbiegających od rygorystycznych kategorii. Studenci wysyłali do niego e-mailem anonimowe zapytania; często nie kojarzył nadawców osobiście ani oni jego. Domagali się właściwego „obsłużenia” – i tyle. Oczekiwali, że odpowie natychmiast, w dzień czy w nocy.

Jego kontakt z pracownikami administracji stał się równie anonimowy. Dostawał e-maile domagające się urzędowym, suchym językiem określonych działań w określonym terminie. Gdy sam wysyłał e-mail w jakieś administracyjnej sprawie, takiej jak prośba o radę w sprawie o zwrot kosztów konferencji czy zapytanie o warunki zatrudnienia doktoranta, jego korespondencja szła na „pool”, czyli odbierała ją osoba, która akurat w systemie pojawiała się, jako „wolna”. Za każdym razem musiał od początku tłumaczyć swoje sprawy. Nikt nie wykazywał już żadnego współczucia, nie przejawiał żadnej ludzkiej reakcji. Cała korespondencja odbywała się w formalnym sztywnym języku. Wielokrotnie mówiono mu, jak ważne jest to, by nie wykraczać poza te ramy – wszystkie komunikacje e-mailowe są dostępne dla odpowiednich instytucji uczelni. W przypadku zaskarżenia przez studenta np. o dyskryminację wszystko, cokolwiek pracownik napisał w swoim e-mailu, poddawane jest szczegółowemu śledztwu, a fragmenty przekazywane dalej do odpowiednich organów. Wszystkie e-maile, te do i od studentów, te do i od administratorów, do i od zarządzających, są adresowane imiennie. „Hi, Bob!”, pisze student, „czy sprawdziłeś już moją pracę?”. „Hi Bob!”, pisze dział kadr (HR), „wczoraj minął deadline drugiej tury anonimowego sprawdzania pracy. Przypominamy, jak ważne jest terminowe rozliczenie zaliczeń. Nie możemy dopuścić do tego, by studenci byli niezadowoleni. Prosimy o raportowanie jakichkolwiek problemów w trakcie postępu prac. Wyślij mi draft feedbacku, jaki wysyłasz studentom. Załączam proformę”. „Hi Bob!”, pisze Bill, dyrektor kadr, „w związku z brakiem obciążenia w twoim planie w lecie proponujemy, byś przeszedł na wcześniejszą emeryturę w maju”. Bob poszedł do związków zawodowych. Odszedł z pracy po swoim ostatnim urlopie, we wrześniu. Udział pracowników administracji w całkowitym zatrudnieniu uczelni Boba wynosi obecnie 67%.

Bethany i Bob, mniej lub bardziej dobrowolnie, odeszli z pracy, w której byli dobrzy i która była dla nich ważna. Jednak oboje wiedzieli, że nie musi tak być, bo pamiętali inne czasy i inne zasady. Wiele osób przyjmuje „elektroniczne więzienie” jako coś oczywistego, jedynie możliwego. Boguwłość pracuje w takim miejscu i nie widzi w tym nic dziwnego. Nie jest może szczęśliwa, ale daje radę. Nawet całkiem nieźle, gdyby nie ciągłe awarie a to nadgarstka, a to kręgosłupa, a to powracająca depresja. W wolnych chwilach Boguwłość jest mścicielką internetu. Twitter i Facebook to pola bitew, które nieustannie stacza z zacofaniem i miernotą. Atakuje, komentuje, zawstydza, szturmuje. Pod jej trafnymi komciami padają co dzień bastylie faszyzmu i ciemnoty. Byłaby rycerzem niezłomnym, gdyby nie to, że to określenie ma męskie końcówki, z którymi walczy i dotyczy czasów ciemnych, irracjonalnie romantycznych, nienaukowo bezrozumnych, którymi pogardza. W każdym jej spostowanym zdaniu jest precyzja i klarowność, rzucająca na kolana tłumy tępaków i idiotów. Wieczorami, przy drinku, Boguwłość szarżuje memami, spokojnie i rozważnie decyduje, kto jest spoko, a kto nie.

Gdy zmarł znany człowiek, przyłączyła się do komciów odsądzających go od czci, że opresyjny potwór, że ona jest jedną z jego ofiar. Nie była, w ogóle w życiu go nie spotkała. To był akurat poczciwy człowiek, przeżył życie nie powodując ofiar. Związany był jednak z instytucją, która w świecie Boguwłości jest bastionem zła i zacofania. To był człowiek, który miał w sobie czułość, której – to prawda – nie miało tak wielu ważnych ludzi z tej instytucji. Mówił jej językiem, ale mówił też często przeciwko niej. Wreszcie, był człowiekiem, był śmiertelny, właśnie umarł i różne ludzkie kultury nakazują godne pożegnanie zmarłego przynajmniej w tej jednej chwili. To rytuały refleksji i szacunku, osadzone bardzo głęboko w naszej świadomości. Antygona ginie, bo musi pochować zmarłego brata Polyneikesa: nie dlatego, że go podziwia, nie dlatego nawet, że był jej bratem – dlatego, że zmarłego pochować trzeba. To jest moment pokory i świadomości naszych granic, a także tradycyjny wzajemny obowiązek wobec siebie uczestników ludzkich społeczności. Nasza śmiertelność sprawia, że pojmujemy, iż jesteśmy w gruncie rzeczy równi sobie w obliczu śmierci. Wszyscy jesteśmy siostrami i braćmi, jak Polyneikes i jak Antygona, bo jesteśmy ludźmi, jesteśmy śmiertelni. W świecie Boguwłości nie ma jednak miejsca na rytuały refleksji. W nim śmiertelność istnieje wyłącznie jako wyrok – wielki, symboliczny, sprawiedliwy, jako coś, co jest karą, co się wymierza.

Boguwłość walczy z pewnym znanym reżyserem. Głosi, że jest potworem. Że powinien zostać ukarany śmiercią. I że tak powinien uważać każdy, bo to, co zrobił, jest straszne i było przestępstwem już wtedy, gdy to zrobił, a więc żadne pitolenie o kontekście (to znienawidzone słówko używane przez romantycznych oszołomów!) nie powinno w ogóle mieć miejsca. Jaki tam czas? Jakie warunki? Wszystko nieważne, ważna sprawiedliwość. Faktycznie reżyser zrobił coś strasznego, ale jednak Facebook nie jest sądem, zwłaszcza ostatecznym, a kontekst pozostaje kontekstem. Jeden z ulubionych bohaterów Boguwłości też został skazany prawomocnym wyrokiem za coś, co było w jego czasie przestępstwem. Akurat w tym przypadku było to podłe prawo. Jednak człowiek ów w kategoriach imaginarium moralnego, z którym identyfikuje się Boguwłość, też nie był aniołkiem. Dziś wiemy, że nie zasłużył sobie na karę, jaką poniósł. Wiemy też, że jeszcze potworniejszy, niż ten wyrok, ten sąd, ta kara, był wtedy tłum świętych i oburzonych wiktoriańskich moralistek i moralistów. Ich obrzydzenie, ich determinacja, ich święty płomień w oczach, które zniszczyły życie tego dobrego człowieka, jego żony i jego dzieci. On wyszedł z więzienia i nie napisał już nic z tego, co mógłby, umarł młodo i w biedzie. Rodzina biedowała na emigracji, żona marniała z rozpaczy, w końcu też przedwcześnie umarła; musieli zmienić nazwisko, bo świat nie dawał im spokoju. Świat wiedział, co jest dobre, a co złe. Świat sądził i wyrażał swoje sądy głośno. Miał moc, i to niezależnie od prawa i sądów, choć, w tym przypadku, zgodnie z nimi. Nie miał tylko jednej rzeczy do pełni doskonałości – internetu. A dziś ma.

W swojej najnowszej książce „The twittering machine” (komu ten tytuł kojarzy się z przejmującym obrazem Paula Klee z 1922 roku, ten ma całkowitą rację, to skojarzenie zamierzone) socjolog i dziennikarz Richard Seymour opisuje dramatyczny stan współczesnej kultury, wyjałowiony z wartości społecznych i uczuć wyższych przez masowe używanie tzw. mediów społecznościowych w późnokapitalistycznym kontekście. Ten kontekst sprawia, że stały się one platformą sfragmentaryzowanej komunikacji społecznej, kształtowanej na obraz i podobieństwo idealnie wolnego rynku, zdominowanej przez konkurencję, a jednocześnie będącą platformą bardzo uzależniającą, wzmacniającą narcyzm, uprawomocniającą komunikacyjną przemoc bez żadnych konsekwencji. Autor przytacza znaną trollowską maksymę: none of us is as cruel as all of us; nikt z nas nie jest taki okrutny, jak wszyscy z nas. Na internetowych formach i platformach, zwłaszcza pod osłoną anonimowości, ludzie są w stanie pokonać w sobie opory, które chronią przed traktowaniem innych okrutnie, a wspólne działanie wyzwala potężne moce. Seymour ostrzega przed interakcją z internetowymi trollami, ale ostrzega także przed moralizowaniem – to części tej samej spirali. W książce opisuje przykłady ludzkich tragedii: samobójstw, załamań, życiowych porażek, które spotkały osoby będące obiektem ataku internetowych trolli i moralistów.

Media społecznościowe dają poczucie mocy i sprawczości, a także poczucie moralnej wyższości. W efekcie stają się nieraz czymś w rodzaju linczującego tłumu, bez żadnych zahamowań, nawet fizycznych odruchów oporu czy choćby odrazy, które niejedną osobę powstrzymują od uczestniczenia w takich działaniach w materialnym świecie. Dynamika wymyka się bardzo szybko spod kontroli nawet w cywilizowanych poniekąd kręgach, między osobami dobrej woli i dobrych manier. Medium internetowej komunikacji w swojej kapitalistycznej krasie powoduje, że rozkręca się wymiana, której nikt z uczestników nie zamierzał rozpętać. Sama w czymś takim uczestniczyłam kilka dni temu – bardzo niemiła rozmowa na jednej z facebookowych stron rozszalała się z powodu zwykłego nieporozumienia. Jedna osoba myślała, że pisze jedno, a druga, że napisane jest coś zupełnie innego. Kwestia mogła rzeczywiście być czytana na te dwa sposoby. Każda ze stron miała na uwadze kontekst dla niej oczywisty. Tylko dobra wola obu stron i rozmowy poza forum sprawiły, że nieporozumienie dało się wyjaśnić. Nieprecyzyjne sformułowanie zostało przeredagowane na forum, a dynamika antypatii zatrzymana.

Jednak stało się tak za sprawą osób, które znały się fizycznie, poza internetem. Seymour opisuje przypadki bez takiego happy endu. Poleganie na komunikacji w sieci prowadzi prostą drogą do nihilizmu: „platformy wydestylowały ideę przewagi w doskonale abstrakcyjną metrykę uwagi i uznania”. Jest to efekt kombinacji kapitalizmu i jakiejś właściwości internetowych mediów. Ale jakiej? Skąd ona się wzięła?

Myślę, że wzięła się stąd, iż coś znacznie wcześniej z ludzkością poszło źle. Zaczęło się już dawno temu, przybierając postaci różnych dualizmów, takich jak manicheizm i pewne nurty chrześcijaństwa, zaprzeczające, jakoby cokolwiek dobrego mogło wiązać się z materią. Nabrało rozpędu w epoce Oświecenia, gdy człowiek stwierdził, że rozum istnieje niezależnie od ciała, jest wyższy i szlachetniejszy od niego i wszystkiego, co zeń pochodzi, czyli od ograniczeń, słabości, emocji. To, co pochodzi od rozumu, zostało uhonorowane jako wiedza, a to, co pochodzi od ciała zostało zdegradowane do pozycji nieracjonalności i niewiedzy. Zaczęto wierzyć, że rozum powinien zostać oderwany od świata odczuwania, że reakcje pochodzące z ciała są pośledniejsze, że są zakłóceniami czystego, prawdziwego myślenia. Wreszcie przyszła epoka internetu i postawiła sto kropek nad i. Ludzie ostatecznie uznali, że możliwe jest oderwanie się od materialnego świata i zachowują się tak, jakby stało się to faktem. Jednocześnie w szlachetnej sferze nauki, w tak zwanych poważnych mediach i odpowiedzialnej polityce, umacnia się redukcjonistyczny model w pełni racjonalnego rozumu. Wszystko, co jest poza nim, jest zabobonem, pseudonauką, populizmem.

A jednak ten „nieracjonalny” świat istnieje i przypomina o sobie. Boguwłość ciągle leczy się na jakieś problemy z kręgosłupem i nadgarstkiem, jej ciągły smutek wszak jest emocją, jakkolwiek naukowo by tego nie nazywała. Klimat się zmienia: płoną lasy, szaleją powodzie, wichury, ciągły nowoczesny postęp nie daje ludziom szczęścia, a planecie warunków do życia. Mamy racjonalną odpowiedź na wszystko, ale zgubiliśmy poczucie sensu. Wreszcie, żebyśmy nie wiem jak ględzili, że supermoce internetu, że algorytmy przyszłości, to świadomość poza ciałem na tej planecie nie istnieje. Wszyscy rodzimy się, jemy, śpimy, pracujemy. Wszyscy kiedyś umieramy. Jesteśmy ludźmi, nie rozumami wywalonymi w stratosferę. Wie o tym Bratomiła, która bardzo lubi internet i udziela się chętnie na facebooku (choć wykasowała jakiś czas temu konto na twitterze). Podobnie jak wiele organizacji alternatywnych, które badam, działających na granicach kapitalizmu lub poza nimi, Bratomiła stosuje zasadę sofy – nie pozwala, by ktokolwiek zachowywał się w jej facebookowej przestrzeni tak, jak nie zgodziłaby się pozwolić zachować gościowi siedzącemu na sofie u niej w domu. Ona też zachowuje się w taki sposób. A więc przede wszystkim nie zaprasza anonimów. Czasami zaprasza osoby, z którymi nie spotkała się w świecie fizycznym – wówczas, gdy ma nadzieję, że w ten sposób nawiąże kontakt i spotka się w niezbyt odległej przyszłości. Gdy to się nie udaje (a dzieje się tak dość często), Bratomiła kasuje taki kontakt. Natychmiast wyłącza się z wątków, które zaczynają mieć charakter trollingu. Po pocieszenie dzwoni do przyjaciółki, podobnie wtedy, gdy zależy jej, by ktoś ją pochwalił – nie próbuje uzyskać tego przez publiczny post chwały na facebooku. Facebook jest dla niej narzędziem komunikacji, plotkowiskiem, troszkę taką meta-gazetą, podpowiedzią, co gdzie przeczytać, co nowego, co modnego. Mój teren badawczy, organizacje alternatywne, ponadto korzystają zeń często jak z dobrego – bo darmowego – medium reklamy i informacji. Jedna z nich, szczególnie zaawansowana technologicznie, posiada własne niekapitalistyczne platformy i programy, a jednak korzysta z nich wyłącznie w sposób instrumentalny, do wykonania określonych zadań. Wtedy, gdy trzeba się naradzić, porozmawiać, spółdzielcy spotykają się przy stole, w fizycznej przestrzeni. Uważają to za jedną z fundamentalnych zasad, choć nie zawsze jest im z nią wygodnie, a sprawność podejmowania decyzji mocno cierpi.

W swojej najnowszej książce, „Revolutionary love”, aktywista, filozof i rabin Michael Lerner, pisze, że aby zaradzić kryzysom i zapobiec zbliżającym się milowymi susami katastrofom, ludzie powinni zrobić wszystko co mogą, by pielęgnować nasze człowieczeństwo, jego najczulszą stronę. Powinniśmy patrzeć sobie w oczy więcej, niż patrzymy na komcie w internecie. Lerner mówi o zagrożeniu, jakie dla człowieczeństwa niesie błędne redukcjonistyczne materialistyczne przekonanie, które stało się aksjomatem w cywilizacji kapitalizmu, a przybrało postać kultu w jego obecnej, neoliberalnej fazie. Nawołuje do budowania socjalizmu opartego na życzliwości i empatii. Media społecznościowe, twierdzi Lerner, same w sobie nie są złe, ale używane tak jak obecnie stały się częścią dynamiki okrucieństwa i przemocy, które ukryte są w opakowaniu racjonalnej komunikacji. Lerner uważa, że wielu tych reakcji by nie było, gdybyśmy stanęli fizycznie w jednym pomieszczeniu. Owszem, istnieją ludzie agresywni i wrodzy, ale nie wszyscy tacy jesteśmy. Bardzo potrzebne są nam rytuały refleksji, przywołujące świadomość wspólnego człowieczeństwa i wspólnych granic ludzkiego losu – dzięki nim okrucieństwo trzymane jest przez społeczności w ryzach braterstwa i siostrzeństwa.

Lerner jest zdania, że wiele zła, które emanuje z współczesnej kultury, wynika z samotności, izolacji, oddzielenia, wyobcowania. Do tego, by uzdrowić ludzkość z kultury strachu i przemocy konieczny jest kontakt twarzą w twarz, konieczne jest uznanie, że nasze uczucia, emocje są równie ważne i mądre, jak nasz rozum. To one od dawna mówią, krzyczą, ogłaszają prawdę: że lepiej jest pod drzewem nad jeziorem niż w zasmogowanym mieście pełnym błyszczących wieżowców. Że dobrze, ach jak dobrze, być pogłaskanym po ramieniu przez przyjaciela, kiedy jest nam smutno. Że e-mail od HR powoduje uczucie, jakby coś walnęło nas w mostek i uchodzi z płuc powietrze, gdy go otwieramy. Że moment, w którym zaczyna się internetowy lincz za coś, co napisaliśmy, wywołuje szaleństwo pulsu, pocenie się dłoni, mrowienie w okolicach żołądka. Że nos wbity w książkę daje coś w rodzaju rauszu, czego nie daje czoło w ekranie. Że po dziesięciu godzinach pracy zmęczenie jest jak grypa, nie ma miejsca nic, ukojenie daje tylko porządny, pachnący obiad. Nie wypowiedź mądrego pana o tym, że trzeba pracować, to osiągnie się sukces. Wreszcie, to one mówią nam, że nigdy nie poszlibyśmy do kina, ba, nie odpalilibyśmy na netfliksie czy jutubie, filmu „Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie”.

prof. Monika Kostera