Piąty bieg na drodze donikąd

Dyskusja tocząca się na temat rządowej decyzji o podwyższeniu wieku emerytalnego znakomicie ilustruje ślepą uliczkę, w jaką zapędzają społeczeństwa zwodnicze teorie gospodarcze. Z matematycznego punktu widzenia, to, co twierdzą zwolennicy reformy, wydaje się dość przekonujące. Rzeczywiście, obecne trendy demograficzne pozwalają przewidywać, iż za kilkadziesiąt lat, przy pozostawieniu obecnego wieku emerytalnego, świadczenia byłyby naprawdę nędzne, zaś dodatkowe kilka lat pracy (i kilka lat mniej wypłacania świadczeń) pozwoliłoby całkiem znacząco podnieść ich wysokość. Jednak przyjęcie przez państwo optyki matematycznej w myśleniu o procesach gospodarczych jest więcej niż błędem – jest samobójstwem.

Ekonomia to nie matematyka. Nie jest też, w swej istocie, nauką o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, lecz o poprawianiu warunków życia ludzi. W przeciwieństwie do królującej w dyskursie publicznym pseudo-ekonomii, jest optymistyczna i ma do tego pełne prawo. Specyficzny wyróżnik człowieka rozumnego – zdolność do intencjonalnego tworzenia i zmiany zastanych warunków i otoczenia – dał nam wszystko to, co mamy dzisiaj, a czego nie mieli nasi przodkowie jaskiniowcy. Pogodzenie się z utratą przywilejów socjalnych jest czymś zdumiewającym nie samo w sobie, ale jako odzwierciedlenie cywilizacyjnej porażki, której powinno towarzyszyć poczucie ogromnego wstydu. Oto mówimy przeszłym pokoleniom: „Wybaczcie, nie daliśmy rady”. Jakbyśmy zgubili recepturę, zapomnieli, jakie składniki pozwalają rosnąć i pęcznieć dobrobytowi.

Receptura jest jednak dobrze znana. Ostatnie 10 lat dziejów Argentyny to przykład na to, z jak wielkich kłopotów może wybawić całe narody odpowiednia polityka gospodarcza. Po intensywnym spustoszeniu kraju przez (wyznającą jaskiniową ekonomię) finansową oligarchię, stery państwa objęli postępowcy. Postawili oni na rozwój rodzimej produkcji o wysokiej wartości dodanej, wielkie inwestycje w sektorze energetycznym i inne przedsięwzięcia o wysokiej stopie zwrotu. W rezultacie, w latach 2002-2011 PKB kraju wzrosło ze 100 mld dolarów do 450 mld dolarów. Jak twierdzi prezydent kraju, Cristina Kirchner, strategia rozwoju Argentyny jest wzorowana na metodach Franklina D. Roosevelta – prezydenta USA zwalczającego Wielki Kryzys.

Niestety, w Unii Europejskiej przeważa mentalność jaskiniowa, czego dowodzi przykład grecki. Zmuszana do kolejnych dawek kuracji odchudzającej, grecka gospodarka kurczy się z roku na rok coraz bardziej i jest coraz bardziej zadłużona. Pomimo tego, nadal można spotkać się z ocenami, iż takie traktowanie wyjdzie jej na dobre. Przy okazji słyszymy nieuzasadnione porównania funkcji budżetu państwa i budżetów domowych, co nie powinno mieć miejsca. W przeciwieństwie do długów prywatnych, „dług publiczny może być błogosławieństwem” jak napisał Alexander Hamilton – musi być on jednak wykorzystany na cele prorozwojowe. Póki co, kolejne transze „pomocy” dla Grecji są przeznaczane na spłatę długu prywatnym bankom, zaś recesja się pogłębia. Czy to ma sens? Tak… z punktu widzenia instytucji finansowych.

Europejskie instytucje finansowe wykupywane są z kłopotów, podczas gdy handel, produkcja i rolnictwo znajdują się w stagnacji. Tej stagnacji nie widać z pełną ostrością w rocznikach statystycznych, pompowanych wirtualną „wartością” instrumentów finansowych, lecz jest ona niestety mocno odczuwalna na rynkach pracy. Europejski Bank Centralny wyraźnie określił preferencje, oferując 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% i przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?

Działalność instytucji finansowych w sprawie Grecji należy traktować jako sabotaż. Te same instytucje, które przyczyniły się do nabierania długoterminowego długu, grały na upadek greckiej gospodarki. Kontrola środowiska politycznego pozwoliła na przypieczętowanie niewoli finansowej państwa przy zachowaniu pozoru legalności. Ten scenariusz nie powiódł się w maleńkiej Islandii, gdzie społeczeństwo wymusiło na przywódcach odrzucenie dyktatu. Mówiąc brutalnie, politycy nie mieliby gdzie się schować przed gniewem ludu.

Przed rokiem, zatwierdzając Strategiczny Narodowy Plan Industrializacji 2020, prezydent Argentyny Cristina Kirchner stwierdziła: „Wiemy, że wolny rynek nie istnieje”. Jej słowa potwierdza w całości decyzja międzynarodowego zrzeszenia ISDA, zajmującego się kontrolą rynku instrumentów finansowych. W praktyce „wolny rynek” to arbitralna decyzja 15 banków – członków ISDA, decydujących, czy dane spekulacyjne kontrakty są, czy nie są ważne. Innymi słowy: wielkie banki są sędziami we własnej sprawie, decydując, czy muszą respektować własne zobowiązania wobec mniejszych graczy. ISDA, pozapaństwowa struktura władzy, pokazuje, jakie prawo rządzi w świecie spekulantów: prawo silniejszego.

Grecja i cała Europa muszą zedrzeć maskę legalności i „wolnego rynku”, na której spekulanci opierają swe działania. Kwestia wyjścia bądź niewyjścia Grecji ze strefy euro jest mimo wszystko drugorzędna – w obu przypadkach Europa będzie mogła odetchnąć tylko po zastosowaniu regulacji uniemożliwiających spekulacje walutowe na taką skalę, jak dotychczas. Po pierwsze, politycznie, należy ustalić prymat dobrobytu społecznego nad długiem rzeczywistym i rzekomym – to udało się w Islandii i może zostać powtórzone. Po drugie, regulacyjnie, należy zreformować bankowość, oddzielając ją od bańki instrumentów finansowych, a premiować przedsięwzięcia dające w dłuższym okresie poprawę produktywności pracy. Po trzecie, gospodarczo, potrzebne są wielkiej skali inwestycje, również transnarodowe, obejmujące nie tylko infrastrukturę, ale także i przemysł, aby przezwyciężyć strukturalne wady niektórych gospodarek, np. właśnie greckiej, utrwalone po wejściu do strefy euro.

Gdy matematyczne projekcje mówią nam, jak przy dzisiejszych trendach będą za kilka dekad wyglądać gospodarka, czas pracy i emerytury – nie przywiązujmy się do nich zbyt mocno. Trendy są po to, żeby je odwracać, jak pokazał przykład Argentyny.

Krzysztof Mroczkowski

Tusk pomoże proroctwom Majów?

Koniec świata nastąpi w 2012 roku! Tak przynajmniej utrzymuje wiele publikacji internetowych, poświęconych ważkim zagadnieniom typu UFO, skarby templariuszy czy tajemnicze znaki odciśnięte w zbożu. Nasz los podobno jest już zapisany w kalendarzu Majów i nic nie możemy na to poradzić.

W realnym świecie również nie ma powodów do wiwatów. Ogólnoeuropejski trend cięć oszczędnościowych sieje nasiona, które wydadzą plon wysokiego bezrobocia, spadku aktywności gospodarczej, a w końcu niepokojów społecznych. Jakie żniwa zbiera tego typu polityka, przekonały się Niemcy w ciągu półtorej dekady po rządach „Kanclerza Głodu”, Heinricha Brüninga (1930-1932). W ciągu dwóch lat, stosując politykę cięć budżetowych i nieinterwencji, Brüning powiększył szeregi bezrobotnych z 3 do 5,5 miliona i przysporzył zwolenników NSDAP (wzrost z 6,4 miliona do niemal 14 milionów głosujących). Podobnie dziś, światowi przywódcy zdają się nie opierać proroctwom Majów i zgodnie pouczają społeczeństwa, że „lepiej to już było”. Nasz los podobno jest już przesądzony przez analityków agencji ratingowych i nic nie możemy na to poradzić.

Chociaż nie wszyscy przywódcy kibicują końcu świata, to jednak panuje wśród nich dość zgodna opinia o nieuchronności wyrzeczeń, jakich muszą ich zdaniem dokonać społeczeństwa. Polski rząd, jak wiadomo, w lot wychwytuje tendencje panujące na coraz bardziej dzikim tzw. Zachodzie. Poruszanie się w równym szeregu z europejskim konsensusem daje poczucie wpływu na kierunek, w jakim zmierza nasz kontynent, a przede wszystkim pozwala zejść z linii strzału potencjalnej krytyki.

Jeżeli jedno słowo najlepiej oddaje istotę polityki obecnego rządu, to jest nim pragmatyzm. Ukierunkowany na zachowanie stabilności władzy państwowej, pragmatyzm często zapomina o celach dobra społecznego, ale i nieraz dobrze im służy. Jest zatrważający, gdy może oznaczać akceptację dla powoli obniżającego się standardu życia całych rzesz obywateli, ale jest też pomocny, gdy za pomocą min i póz zapewnia stabilność waluty. Pragmatyk nieustannie kalkuluje i dostrzega szanse. Zupełnie bezprecedensowe wyrwanie funduszom finansowym dwudziestu kilku miliardów złotych rocznie (OFE), jest tym, co jeden z poprzednich rządów ogłosiłby gigantycznym zwycięstwem w walce z „układem”. Jakże znamienne, iż dokonał tego właśnie rząd pragmatyków (tak w dobrym, jak i złym znaczeniu tego słowa).

Dziś bodźcem dla poczynań rządu jest uzasadniony strach przed atakiem potężnych środowisk finansowych, posiadających wystarczająco dużo pieniężnych „armat”, by wystraszyć obrońców twierdz nawet większych od naszej. Co prawda suwerenne państwo może teoretycznie bronić się przed takim atakiem poprzez kontrole kapitałowe i wymiany, w praktyce jednak środowiska finansowe posiadają tak wielki arsenał niekonwencjonalnych środków nacisku, że na przywództwa polityczne różnych państw pada blady strach i gotowe poddać się bez walki. A przynajmniej do niedawna tak było.

Rośnie bowiem wśród urzędników państwowych administracji wielu państw europejskich presja na ukrócenie bezczelnych poczynań finansjery. Dla wielu osób ze starszego pokolenia państwowców nie do zniesienia jest degradacja znaczenia suwerennego państwa przez aroganckie agencje ratingowe i kartele spekulacyjne. Jest to trend, na który szczególnie warto zwrócić uwagę polskich władz. Cóż może być bardziej pragmatycznego, niż zastopowanie hegemonii finansowej oligarchii, której rezultatem musiałyby być dramatyczne zmiany ustrojowe, cywilizacyjne, społeczne i gospodarcze? Prezydent Sarkozy ogłosił, iż nawet w przypadku nieprzeforsowania przez całą UE mikro-podatku od transakcji finansowych, Republika Francuska wprowadzi to rozwiązanie. Sarkozy’ego wsparła kanclerz Merkel, zaś rywal Sarko w wyborach prezydenckich, François Hollande, zaczął domagać się separacji bankowości tradycyjnej od inwestycyjnej, co równie sprawnie zatopiłoby finansowych piratów.

Warto podkreślić, że te ruchy, wywołane przez patriotyczne środowiska europejskich urzędników, a popierane od Brukseli po Watykan, nie są już rozumiane jako próba „cywilizowania” tzw. rynków finansowych. Ich faktycznym celem, który tak przeraził przywódców Wielkiej Brytanii, jest unicestwienie oligarchii finansowej. Oligarchii zamierzającej dokonać likwidacji tradycyjnie rozumianej państwowości oraz tego, co Niemcy nazywają „prymatem polityki”, a zatem przynajmniej pośredniej kontroli społeczeństwa nad procesami, które go dotyczą. Wpływowy niemiecki eurodeputowany Elmar Brok (CDU) stwierdził, iż „ostatnie obniżki ratingów są atakiem wymierzonym w Europę” oraz że „pewne siły w świecie finansów prowadzą wojnę finansową przeciw Europie na rzecz interesów anglosaskich”. Dodał, że chcą one „zniszczyć eurostrefę, aby na tym zarobić”.

Niezlikwidowanie zagrożenia, jakim jest umacniająca się hegemonia finansjery, to nie tylko działanie nie-pragmatyczne, ale wręcz samobójcze. Stawką nie jest przetrwanie takiego lub innego układu politycznego, lecz uniknięcie chaosu. Bezpieczeństwo publiczne i ochrona prawna własności, nawet bardzo wpływowych osób, w warunkach rozkładu społecznego traci dotychczasową moc. Nie ma się co łudzić, dotyczy to także Polski. Jakiekolwiek próby ustabilizowania sytuacji bez likwidacji ekonomicznych przyczyn niestabilności, są skazane na niepowodzenie. Cybernetyczne programy, powszechnie używane do przewidywania trendów i zagrożeń, będą bezradne w obliczu powstawania nowych zjawisk. Sztuczne konflikty społeczne (jak np. „oszołomy” kontra „zdrajcy”), generowane w etnicznie jednorodnym społeczeństwie, nie przysłonią materialnej degradacji. Ruchy populistyczne zaś szybko wyradzają się, zgodnie z „zasadą Frankensteina”, przeciw swym twórcom.

Dlatego pragmatyzm i żywotne interesy społeczne to w tym przypadku jedno i to samo. Do tej pory polski rząd, ustami ministra Rostowskiego, zapowiadał, iż „przygląda się z boku” debacie na temat podatku od transakcji finansowych. Czas najwyższy zabrać głos i wziąć sprawy w swoje ręce, przy okazji zawstydzając Majów.

Krzysztof Mroczkowski

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku

Uwiąd polskiego przemysłu oraz trwale wysokie bezrobocie wskazują na potrzebę zmian miar sukcesu ekonomicznego naszego kraju oraz odmiennych metod działania. Mogłaby to zmienić ponowna industrializacja Polski. Kredyt „non profit” jest narzędziem dostarczającym potrzebnej maszynerii finansowej do tego zadania.

Niedawno Polskie Lobby Przemysłowe opublikowało raport na temat przyczyn i konsekwencji światowego kryzysu finansowo-gospodarczego. Zawarto w nim także rekomendacje dla polskiego rządu, których wdrożenie, zdaniem ekspertów, powinno odwrócić obecny trend obniżania poziomu życia i wysokiego bezrobocia. Wśród rekomendacji na pierwszym miejscu znalazła się taka:

Podjęcie emisji obligacji Skarbu Państwa upoważniających państwowe banki do udzielania niskoprocentowego kredytu „non profit”, nie dla finansowania deficytu budżetowego, jak to ma miejsce obecnie, lecz w celu rozbudowy potencjału gospodarczego kraju w określonych dziedzinach gospodarki (w przemyśle, budownictwie, energetyce, infrastrukturze). Udzielane kredyty byłyby narzędziem zwiększającym popyt rynkowy, zatrudnienie i krajowy wolumen dóbr i usług.

Realizacja tego postulatu stałaby się, jak postulują w eksperci PLP, instrumentem reindustrializacji kraju. W tej i innych rekomendacjach wspomnianego raportu kluczowe jest poczynienie umownego rozróżnienia między „realnym” a „wirtualnym” sektorem gospodarki. W jednym z punktów postulowana jest regulacja derywatów (instrumentów finansowych), których brak odseparowania od „realnej” gospodarki i tradycyjnej bankowości depozytowo-kredytowej stał się wielkim obciążeniem dla sektorów produkujących oraz dla podatników, ponoszących koszty spekulacji.

Tym samym autorzy raportu wskazują na potrzebę zredefiniowania wartości w gospodarce. Wartością nie są bowiem bilionowe kwoty instrumentów finansowych, rosnące w tym samym czasie, gdy spada wytwórczość rolnictwa i przemysłu. Wartością jest to, co przyczynia się do powiększenia siły i dobrobytu państwa. Kwalifikatorem wartości jest więc sam system kredytu. Przykładowo, inwestycje w hazard nie mogłyby liczyć na kredyt „non profit”. Natomiast inwestycje, które powiększają ilość fizycznych dóbr, mostów, maszyn czy megawatów przesłanej energii, mogłyby taki kredyt uzyskać. To, o czym zapomnieli analitycy z Wall Street, i niestety także wielu nauczycieli akademickich, to fakt, iż rozwój mierzy się jako wzrost produktywności, łatwiejsze tworzenie większej ilości i lepszej jakości nowych dóbr. Kluczowa zatem jest leibnizowska fraza „billiges Feuer” (tani ogień) i hamiltońska „artificial labor” (sztuczna praca).

Model państwowego kredytu „non profit” różni się znacząco od dzisiejszej metody dokonywania przez państwo – zresztą nader rzadko – wielkich projektów infrastrukturalnych. W systemie państwowego kredytu „non profit”, państwo byłoby nie pożyczkobiorcą, lecz pożyczkodawcą! Decyzją rządu, zatwierdzaną przez parlament, tworzony byłby kredyt o określonej wartości. Różne transze kredytu miałyby różny okres trwania i wielkość, zależne od przeznaczenia, czyli typu projektu, który byłby finansowany w taki sposób. Instytucją udzielającą kredytu byłby bank państwowy.

Zwolennicy monetarnej ortodoksji wskazują, iż jakakolwiek państwowa ingerencja, tworząca zwiększenie agregatów monetarnych, może łatwo powodować inflację. W rzeczywistości mechanizm kredytu „non profit” jest na tyle „nie-monetarny” w swych zasadach, które opiszemy poniżej, iż taki efekt nie występuje. Natomiast przyrost ilościowy i jakościowy krajowych dóbr i usług wskutek jego zastosowania, eliminuje jakąkolwiek inflację „pieniężną”.

Amerykański systemu kredytu

Jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych i pierwszy Sekretarz Skarbu tego kraju, Alexander Hamilton, jest słusznie uważany za kreatora nowożytnego systemu kredytu narodowego. W swych raportach dla kongresu (Raport o Publicznym Kredycie, Raport o Banku, a także definiujący wartość Raport o Manufakturach) Hamilton propagował ideę zamiany długu państwa w wartość (kredyt), dzięki której państwo będzie mogło dokonywać inwestycji w wytwórczość i infrastrukturę. Przekonywał, że odpowiednie inwestycje mogą pomnożyć bogactwo państwa, co jest zaprzeczeniem brytyjskiej idei „niewidzialnej ręki”. W przypadku, gdy państwo nie posiada gotówki, aby uruchomić ubogacające obywateli inwestycje powinno ono wytworzyć na bazie długu kredyt. Zostanie on w przyszłości spłacony dzięki wytworzeniu bogactwa, które w momencie emisji kredytu jeszcze nie istniało.

Ten optymistyczny, postępowy ton, przeciwny teorii gospodarki jako gry o sumie zerowej, jest charakterystyczny dla polityki Hamiltona i jego duchowych następców. Już w 1791 r., jak pisał Noah Webster: Ustanowienie funduszy dla utrzymania publicznego kredytu daje wspaniały efekt dla interesów i całego kraju. Handel odżywa i kraj jest całkiem zaopatrzony. Manufaktury wielce wzrastają, a w dużych miastach wielkie ulepszenia są czynione w drogach i chodnikach. Zwroty z inwestycji regularnie przekraczały 10% rocznie, i to po odliczeniu odsetek dla kupujących obligacje.1

System kredytu był fundamentem, na którym zbudowano potęgę USA. Ta potęga, wskazywał Hamilton, budowana jest poprzez manufaktury wspierane odpowiednią infrastrukturą, w tym finansową. Ponieważ ugruntowanie zaufania dla amerykańskich obligacji nie rozwiązywało problemu niewystarczającego kredytowania dla krótkoterminowych przedsięwzięć prywatnych, zadanie to miał spełniać Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych, powołany w 1791 r. przez Kongres z inicjatywy Hamiltona. Parlament USA został uznany władnym do przegłosowywania aktów emisji kredytu, które następnie za pośrednictwem Banku przeznaczano na cele inwestycyjne.Sam Bank szczycił się (częściowo państwowym, częściowo prywatnym) kapitałem założycielskim 10 milionów dolarów, głównie w formie państwowych obligacji. W przeliczeniu na dzisiejsze kwoty pozwoliłoby mu to zostać właścicielem ponad połowy firm z indeksu giełdowego Dow Jones.2

Poszczególne decyzje o przyznaniu kredytu należały do Banku, jednak bezpośrednią intencją w każdym przypadku był wzrost produktywności oraz tzw. ulepszenia wewnętrzne, jak nazywano szeroko rozumianą infrastrukturę. Państwowy Bank współpracował ręka w rękę z Departamentem Skarbu, udzielając często rządowi pożyczek. Bank państwowy z prawem do emisji kredytu był, obok taryfy celnej i rządowych inwestycji infrastrukturalnych, jednym z trzech kluczowych filarów tzw. Systemu Amerykańskiego, zwanego również Szkołą Amerykańską ekonomii politycznej.

Istnienie Banku od początku napotykało, podobnie jak inne założenia Systemu Amerykańskiego, na wielki opór arystokratycznych właścicieli ziemskich z Południa. Latyfundyści, opierający swą pozycję na pracy niewolników, niechętnie patrzyli na wspieranie z federalnego budżetu postępowych gałęzi produkcji, innowacyjności i ulepszeń. W 1811 r. Kongres nie przedłużył Karty inkorporacyjnej Pierwszemu Bankowi Stanów Zjednoczonych, który tym samym zakończył istnienie.

Jednak już po pięciu latach, ze względu na koszty wojny 1812 r. i narastającego długu, zdecydowano się powołać Drugi Bank Stanów Zjednoczonych, który funkcjonował przez dwie dekady (1816-1836) do wygaśnięcia Karty. Mimo iż zgodność z konstytucją państwowego Banku została potwierdzona przez proces McCulloch kontra Maryland w 1819 r., przeciwnikom Banku (głównie nowojorskim bankom komercyjnym) udało się storpedować – dzięki wetu prezydenta Jacksona – przedłużenie jego funkcjonowania. Przeniesienie państwowych depozytów do zainteresowanych zyskiem banków komercyjnych i koniec Drugiego Banku spowodowały kryzys 1837 r., a przede wszystkim, co gorsza, praktycznie unieruchomiły rozwój wielkich inwestycji infrastrukturalnych.

Kolejne dekady to okres tzw. dzikiej bankowości, nacechowany wielkimi wahnięciami ilości pieniądza w obiegu. Dopiero nowe prawo bankowe Lincolna uporządkowało ten sektor, odbierając lokalnym bankom stanowym prawo wydawania banknotów, tworząc system małych banków narodowych, powiązanych z Departamentem Skarbu. To pozwoliło, mimo wojny domowej, finansować wielkie inwestycje infrastrukturalne, z których największą była Kolej Transkontynentalna, łącząca oba krańce USA.

Niestety, planowany jeszcze przez Daniela Webstera Trzeci Bank Stanów Zjednoczonych nie rozpoczął nigdy działalności, zaś wytworzone przez bankierów kryzysy płynności spowodowały, że administracja Grovera Clevelanda skapitulowała przed potęgą domu bankowego JP Morgan, oddając de facto w jego ręce kontrolę nad pieniądzem. Utworzona kilka dekad później Rezerwa Federalna jest niekontrolowaną przez Kongres groteskową parodią hamiltońskiego Banku. Swymi liniami kredytowymi służy działalności spekulacyjnej, a wykupując toksyczne instrumenty finansowe pogrąża gospodarki w chaosie.

Kredyt kontra nazizm

Hamiltoński system kredytu, ze swą wyznaczoną w Raporcie o Manufakturach definicją wartości, był jednym z kluczowych czynników, dzięki którym młode amerykańskie państwo stało się jeszcze w XIX w. najbogatszym państwem świata. Standard życia obywateli przekraczał tam uzyskiwany przez Wielką Brytanię dzięki swemu wolnohandlowemu imperium.

Nie był to jednak w ścisłym sensie model emisji kredytu „non profit”. Jak wskazują autorzy raportu Polskiego Lobby Przemysłowego, tzw. eksperyment niemiecki z lat 30., polegający na kredytowaniu produktywnych inwestycji w przemysł oraz infrastrukturę zainteresował ekonomistów (m.in. Michała Kaleckiego) swym nowatorskim mechanizmem. Warto jednak przypomnieć, iż to nie naziści byli autorami tego programu. Ich wątpliwą „zasługą” było jedynie wypaczenie dobrze zaprojektowanego systemu poprzez ukierunkowanie wysiłku inwestycyjnego w stronę zbrojeń oraz wprowadzenie pracy przymusowej.

Niemcy w czasie Wielkiego Kryzysu, w obawie przed powtórką doświadczeń hiperinflacyjnych, zdecydowały się pod kierownictwem kanclerza Heinricha Brüninga (1930-1932) na politykę deflacji. Rząd bezczynnie patrzył na rosnące szeregi bezrobotnych, wierząc, iż kryzys ten jest jedynie zwyczajowym cyklem gospodarczym. Paradoksem jest iż polityka nie-interwencji i ograniczania wydatków państwa, powiększała deficyt budżetowy zamiast spowodować jego spadek. W warunkach depresji, cięcia państwowych wydatków okazywały się mieć zgubny wpływ na sektor prywatny, skutkiem czego rzesze bezrobotnych szybko rosły. Do 3 milionów bezrobotnych w roku 1930 dołączyło w ciągu zaledwie dwóch lat kolejne 2,5 miliona bezrobotnych.

Drastyczne pogorszenie warunków życia i wszechogarniające poczucie niestabilności spowodowało, że poparcie dla partii narodowych socjalistów zaczęło bardzo szybko rosnąć także wśród grup do tej pory będących gwarantami łagodnego kursu Republiki Weimarskiej, takich jak nauczyciele czy sklepikarze. Liczba głosujących na NSDAP zwiększyła się z ok. 6,4 milionów w wyborach z września 1930 r. do niemal 14 milionów w lipcu 1932 r.

Oczywista katastrofa polityki nie-interwencjonizmu gospodarczego i spowodowane przez nią bezrobocie stały się przedmiotem krytyki niemieckich związkowców (m.in. V. S. Voitinsky), którzy domagali się zarządzenia przez państwo wielkich inwestycji w przemyśle i infrastrukturze w celu wytworzenia impulsu zmniejszającego bezrobocie. Tego rodzaju politykę gospodarczą wkrótce wprowadzono w USA przez Franklina D. Roosevelta. Tymczasem środowiska niemieckich przemysłowców i ekonomistów przedstawiły własne propozycje. Pierwszą przygotował ekonomista, urzędnik ministerstwa finansów, Wilhelm Lautenbach. We wrześniu 1931 r., już po reakcji łańcuchowej powodującej upadek kluczowych banków komercyjnych, Lautenbach zaproponował na zebraniu Stowarzyszenia Fryderyka Lista metodę ożywienia gospodarki poprzez kredyt.

Jak wskazywał, taki kredyt byłby dostępny jedynie na użytek projektów potrzebnych gospodarce. Miał on być w zamierzeniu autora pomysłu źródłem finansowania ambitnego programu budowy i modernizacji infrastruktury, co odrodziłoby gospodarkę i dało zatrudnienie bezrobotnym.3 Jego propozycje byłyby finansowane poprzez emisję państwowych weksli, wymienianych między składającym zamówienie (państwowym przedsiębiorstwem) a podwykonawcą. Banki byłyby zmuszone do uznania takich weksli, podwykonawca zaś otrzymywałby w zamian gotówkę, choć ta nie byłaby potrzebna w większości transakcji (tylko do płatności pracowniczych). Dzięki temu zwiększyłaby się krótkoterminowa płynność, zaś weksle byłyby po okresie 12-15 miesięcy wymieniane na obligacje skarbu państwa.4 Efektem byłabyzwiększona aktywność gospodarcza – wzrost ilości dóbr i usług oraz rozwój infrastruktury.

Uproszczenie powyższego schematu zostało zaproponowane przez przemysłowca Heinricha Draegera. Przewodząc Grupie Studiującej Pieniądz i Gospodarkę Kredytową, Draeger zaproponował wiosną 1932 r. system kredytu „non profit”. W eseju „Stwarzanie pracy poprzez stworzenie systemu produktywnego kredytu” przekonywał do wsparcia szerokiego programu rozbudowy infrastruktury, energetyki i miast za pomocą kredytu dla trwałych i produktywnych przedsięwzięć. W jego propozycji weksle składane byłyby w banku państwowym – Reichsbanku, który nie żądałby od składającego przedsiębiorstwa zysku w postaci odsetek, tym samym dodatkowo wynagradzając przedsięwzięcia twórcze.5

Propozycje Draegera znalazły posłuch wśród najwyższych kręgów rządowych w Niemczech po dojściu do władzy kanclerza Schleichera. Program został niestety rozpoczęty zbyt późno, bo 28 stycznia 1933 r., czyli dwa dni przed objęciem władzy przez Adolfa Hitlera. Sukces programu przyczynił się do legitymizacji i popularyzacji rządów nazistów, choć ci bardzo szybko zmienili jego założenia, nie stawiając na pierwszym miejscu wzrostu produktywności, lecz przygotowania wojenne. Bezrobocie zdążyło już jednak znacząco spaść, a widoczne znaki poprawy (takie jak autostrady) dały zmęczonemu społeczeństwu krótkotrwałe poczucie stabilizacji.

Lekcja dla Polski

Uwiąd polskiego przemysłu oraz trwale wysokie bezrobocie wskazują na potrzebę redefinicji miary sukcesu ekonomicznego naszego kraju. Brak silnego i nowoczesnego przemysłu wytwórczego odbija się na sytuacji materialnej przeciętnego Polaka. Jak wskazywał prezydent USA, William McKinley, taniość wyprodukowanych za granicą produktów jest relatywna względem zasobności krajowego portfela. Zatem kluczowe dla dobrobytu społeczeństwa jest posiadanie rozwiniętych gałęzi przemysłu, oferujących dobre miejsca pracy dzięki produkcji wysokiej wartości dodanej.

Zwraca na to uwagę również grono ekspertów PLP, wskazując na potrzebę intencjonalnej interwencji państwa z zamiarem reindustrializacji kraju. Kredyt „non profit” jest narzędziem znakomicie dostarczającym potrzebnej maszynerii finansowej do realizacji tego zadania. Rekomendacje raportu to przypomnienie, że obowiązkiem każdej generacji jest zostawić przyszłym pokoleniom coś trwałego, a obecnym oferować dobrobyt.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

1. Robert E. Wright i David J. Cowen, Financial Founding Fathers: The Men Who Made America Rich, University Of Chicago Press, 2006, ss. 10-37.
2. Tamże.
3. Webster Griffin Tarpley, Surviving The Cataclysm: Your Guide through the greatest Financial Crisis in Human History, Progressive Press, 2009, ss. 10-15.
4. Tamże.
5. Frank Hahn, Where Do We Get The Money To Pay For Great Infrastructure Projects?, „The American Almanac”, styczeń 1992.

Szaleństwo cięć

„Wymagamy of…” – głos włoskiej minister spraw społecznych załamał się w trakcie przedstawiania planów brutalnych cięć świadczeń socjalnych. Elsa Fornero zaczęła łkać.

„Ofiar. Wymagamy ofiar” – dokończył z uśmiechem siedzący obok niej premier Mario Monti.

„Super Mario” jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nigdy nie był przez Włochów wybrany w wyborach na żaden urząd, jednak jego kariera w banku inwestycyjnym Goldman Sachs i regularna obecność na nasiadówkach oligarchicznej grupy Bilderberg powoduje, iż cieszy się zaufaniem „rynków”. Podczas gdy inny niewybrany przez nikogo bankier Lucas Papademos mości się w fotelu premiera Grecji, zaś kolega z Goldman Sachs, Mario Draghi, obejmuje Europejski Bank Centralny, Monti bez większego sprzeciwu kogokolwiek składa ofiarę z przyszłości Włochów „rynkom”. Dzieje się to przy wciąż słyszalnych odgłosach wiwatów włoskiej lewicy, zadowolonej z odsunięcia Berlusconiego.

Przyszłość obywateli Republiki Włoskiej to oczywiście dla tamtejszej lewicy ważny temat, nie tak istotny jednak jak potrzeba emocjonalnej satysfakcji z udziału w udanej „kolorowej rewolucji” (bodajże fioletowej) przeciw Berlusconiemu. Od dłuższego czasu jej działalność to walka z interesami jednego miliardera (Berlusconiego) na rzecz interesów innego miliardera (De Benedetti). W kluczowych miesiącach, gdy niepokorny rząd Il Cavaliere nie chciał się poddać dyktatowi wielkich instytucji finansowych i jak nigdy potrzebny był ogólnonarodowy opór przeciw ich działaniom, włoska opozycja dołączyła do kampanii przeciw swemu premierowi. Tym samym dopełnia się to, czemu udało się zapobiec Berlusconiemu w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy to detonacja skandalu P2 (tzw. akcja „Czyste Ręce”) miała za zadanie zmieść skorumpowany krajowy układ i zastąpić go nowym, zupełnie uległym wobec finansowej oligarchii. Dziś włoski system polityczny ostatecznie kapituluje przed Wall Street i City.

Europejska wojna finansowa

Przy ogólnoeuropejskim trendzie cięć i oszczędności nie powinno nas dziwić, iż wielu analityków przewiduje w przyszłym roku znaczące spowolnienie tempa wzrostu PKB, a nawet recesję. O ekonomicznej przeciwskuteczności działań oszczędnościowych, podejmowanych w celu zredukowania deficytu, przekonała się w ciągu ostatniego stulecia cała plejada politycznych nieudaczników. Od kanclerza Heinricha Bruenninga za czasów Republiki Weimarskiej po ex-gubernatora Schwarzeneggera i ex-premiera Papandreou.

Żaden z dzisiejszych przywódców nie jest w stanie przyznać, że Europa stoi w obliczu ataku pasożytów finansowych, dokonywanego przy pomocy powiązanych z nimi agencji ratingowych. Żaden nie kwestionuje legalności instrumentów pochodnych CDS, mających być ubezpieczeniem na wypadek niewypłacalności państw, wydawanych jednak para-legalnie, bez spełniania kryteriów zabezpieczeń, jakie powinien posiadać legalny ubezpieczyciel. To właśnie niesławne CDS-y są przyczyną, dla której wielu spekulantów życzy sobie niewypłacalności poszczególnych państw atakowanych przez S&P, Fitch oraz Moody’s.

Taktykę obraną przez finansowych agresorów trudno określić inaczej niż mianem bezczelnej. Z jednej strony, przy wielkim PR-owskim wysiłku wykreowano narrację, wedle której kraje mocno zadłużone lub o dużym deficycie „same się proszą” o ukaranie przez rynki finansowe i o lichwiarskie warunki pożyczania pieniędzy. Efekt – grabież podstawowej infrastruktury pod zastaw długów – może być zatem przedstawiany jako kara za nieroztropne „rozdawnictwo”. Z drugiej jednak strony, rzeczywiste kierunki przeszłych i zapowiadanych wspólnych ataków agencji ratingowych i spekulantów mają bardzo małą korelację z poziomami długu lub deficytu do PKB.

Grecja została wybrana za cel ataku nie ze względu na poziom długu (wówczas pierwszym celem byłaby Japonia), lecz z uwagi na płytkość rynku i możliwość stosunkowo taniego wstrząśnięcia całą strefą euro. Włochy z kolei trzymają deficyt w ryzach, zaś dług, choć spory, nie powinien znacząco się powiększać. Niechęć do premiera Włoch, zaangażowanego z Rosjanami w projekt budowy rurociągu South Stream – zagrażającego hegemonii dolara jako waluty rozliczeniowej za surowce – miała zapewne większe znaczenie przy ataku na ten kraj.

Hipokryzja przeczenia przez „rynki” swym własnym rzekomym dogmatom została dobrze wypunktowana przez wicepremiera Pawlaka, zapowiadającego przedstawienie na forum europejskim propozycji anty-lichwiarskich dla rynku obligacji państw. W propozycjach Pawlaka oprocentowanie obligacji podlegałoby „sufitom” – maksymalnym kwotom, zmieniającym się w zależności od poziomu zadłużenia/deficytu państw. Tym samym wielkie instytucje byłyby zmuszone do podporządkowania się własnej zakłamanej teorii. Podobny nurt anty-spekulacyjny prezentuje coraz większe grono państw Unii Europejskiej, czego skutkiem jest rozbrat krajów kontynentu z Wielką Brytanią na ostatnim szczycie Rady Europejskiej. Kością niezgody w brukselskim sporze z Brytyjczykami był rysujący się na ciągle dość odległym horyzoncie podatek od transakcji finansowych, będący śmiertelnym zagrożeniem dla londyńskiego City.

Jednak nawet uwolnienie Europy i świata od pasożytów finansowych i służących im pseudonaukowych teorii zatrzyma co najwyżej regres w standardzie życia społeczeństw, podczas gdy wyzwania cywilizacyjne, tak w rodzimych stronach, jak i w innych częściach świata są ogromne. Podejście redystrybucyjne, podobnie jak neoliberalne, nie jest w stanie odpowiedzieć na te wyzwania w satysfakcjonujący sposób, tj. zaproponować sposobu na stałe zwiększanie bogactwa. W tym kontekście warto napisać o źródłach postępu.

Kilka słów o ekonomii

Podstawowym celem nauki ekonomii (aplikowanej w praktyce jako polityka gospodarcza) jest poprawa warunków życia ludzi („By żyło się lepiej”, jak napisał pewien klasyk). Ta poprawa historycznie objawiała się w tym, iż ta sama ilość pracy zapewniała jednostce coraz lepsze warunki: więcej i coraz lepszej jakości dóbr. Bogactwo tym samym objawia się fizycznie w postaci dóbr kapitałowych, a zatem coraz łatwiejsze tworzenie coraz większej ilości i lepszej jakości tych dóbr jest odzwierciedleniem prawidłowej polityki gospodarczej.

Ponieważ źródłem postępu, tj. tworzenia nadwyżki, nie jest ani „niewidzialna ręka”, ani trud robotnika, lecz dokonywanie i implementacja w procesie produkcji przełomów naukowo-technicznych, właśnie na tych dwóch aspektach winny się skoncentrować wysiłki rozwojowe społeczeństw. Pierwszy, dokonywanie przełomów, jest mniej uchwytny, lecz bardzo realny w efektach, a stanowi pokłosie odpowiedniej, szeroko rozumianej, edukacji oraz wysiłku badawczego. Drugi wiąże się z podejmowaniem inwestycji, z których zwroty pośrednie (infrastruktura) i bezpośrednie (przemysł) znacząco przewyższają koszt ich dokonania. Rezultatem takiej polityki jest wzrost mocy wytwórczej, wartości dodanej na głowę. Wzrost krajowej wytwórczości oznaczałby podwyższający się standard życia obywateli.

Wchodząc w czas światowych turbulencji warto mieć na uwadze nie tylko liczne i wielkie zagrożenia dla przyszłości cywilizacji, ale i wielkie szanse, które niekiedy udaje się uzyskać wyłącznie w tak turbulentnych czasach. Rozwój Afryki, pomniejszenie obszarów biedy, rozpowszechnienie badań naukowych i dobrodziejstw medycyny – to wszystko będzie nagrodą za odważne decyzje w trudnych czasach. Słyszycie nas, przywódcy Europy?

Karpie spieszące się na Wigilię

Kolejne wybory wygrane przez obecną ekipę rządzącą sprowokowały wielu ekonomistów i komentatorów życia publicznego do ponaglenia ludzi ze szczytów władzy do wdrożenia „koniecznych reform”. Owe konieczne reformy, argumentują publicyści, pozwolą uchronić Polskę przed losem krajów dotkniętych przez kryzys, takich jak Grecja czy Portugalia. Czy rzeczywiście?

„Modernizacyjne” i „reformatorskie” ruchy oczekiwane przez komentatorów zamykają się w enigmatycznej frazie „reforma finansów publicznych”. Pod ładnie brzmiącym sloganem skrywa się nic innego jak zamiar równoważenia przychodów i wydatków publicznych (zbilansowania) w celu zlikwidowania lub choćby znaczącego ograniczenia deficytu. Wzrost przychodów nie przykuwa przy tym szczególnej uwagi analityków, zawiedliby się więc np. obywatele oczekujący na zmianę uprzywilejowanej pozycji podatkowej zachodnich koncernów w naszym kraju. Ewentualnymi równoważącymi przychody powinni być natomiast, według nawołujących do reform, rolnicy z KRUS-u, co dałoby jedynie symboliczny wzrost wpływów do budżetu.

Tym samym śmielsze zmiany musiałyby być wprowadzone w sferze wydatków. Drastyczne cięcia miałyby rzekomo „uzdrowić” polską gospodarkę, uwalniając ją od niepotrzebnego balastu. Niestety, zwolennicy liberalnych zmian nie zauważają, iż ta teoria idzie wbrew doświadczeniom obecnego kryzysu. Drastyczne cięcia budżetowe w Grecji (dla lepszego równoważenia budżetu wspierane wyprzedażą majątku państwa) miały zmniejszyć deficyt, lecz przyniosły odwrotny efekt. Deficyt budżetowy w tym roku wzrasta1 wskutek malejących przychodów, będących efektem zmniejszenia wydatków, podobnie jak w roku ubiegłym2. Jednocześnie PKB brutto Grecji spadło w ciągu roku o ponad 7 procent3. Recepty neoliberalnych monetarystów na „grecką chorobę” jedynie pogarszają stan pacjenta.

Czy nawołujący do reform przedsiębiorcy z PKPP „Lewiatan” okażą się karpiami domagającymi się przyspieszenia Wigilii, podobnie jak wcześniej brytyjskie lobby przedsiębiorców CBI, twardo domagające się reform przed zeszłorocznymi wyborami4, dziś zaś głośno lamentujące z powodu opłakanych dla sektora prywatnego skutków zmniejszenia wydatków publicznych?5 Niekoniecznie. Do wystarczająco radykalnych reform, wbrew życzeniom karpi, może nie dojść. Zeszłoroczne wystąpienie sejmowe premiera, lekceważące neoliberalnych dogmatyków jako „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”, może być zwiastunem wyuczonego doświadczeniem pragmatyzmu rządzących eks(?)-liberałów.

Efekt „zielonej wyspy”, rozumiany poprawnie jako uniknięcie znaczącego pogorszenia warunków życia dla większości Polaków, spowodowany był przede wszystkim utrzymaniem wysokiego poziomu inwestycji i wydatków, a dzięki temu stabilnej koniunktury wewnętrznej. Oczywiście, konserwatywna struktura kredytowa pozwoliła uniknąć szoków bankowych, które z tej przyczyny dotknęły kraje bałtyckie, zaś słaby złoty znacząco wsparł eksporterów. Jednak lekcją numer jeden z poprzednich lat jest uznanie prymatu wzrostu gospodarczego nad poziomem deficytu budżetowego. Najwyższy już czas, by tę lekcję odrobili „doktrynerzy, eksperymentatorzy, wariaci”. Karą za fetyszyzowanie licznika długu publicznego, ot, paradoks, może być los Grecji.

Mimo wszystko fakt, iż – jak zauważają niektórzy ekonomiści – „myśl neoliberalna nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością”6, nie robi większego wrażenia na rodzimych promotorach „trudnych, lecz koniecznych” reform. Ich czas zatrzymał się na erze neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego, gdy nie do pomyślenia byłoby zatwierdzenie przez Narodowy Bank Szwajcarii sztywnego maksymalnego kursu franka do euro. Dlatego gdy rząd Niemiec wprowadza tymczasowy zakaz obrotu7 spekulacyjnymi papierami CDS, które nawet George Soros nazywa zbyt toksycznymi i działającymi na zasadzie kupna „polisy na czyjeś życie połączonej z licencją na zabijanie”8, polscy analitycy potulnie raportują, iż zgodnie z życzeniem grających CDS-ami patologicznych spekulantów „Polska idzie na dno”9, gdyż rynki pokazały jej „żółtą kartkę”. Podczas gdy włoski prokurator urządza kipisz w skompromitowanych kryminalnymi działaniami agencjach ratingowych10, a śledztwa w ich sprawie wszczynają nawet Amerykanie, w Polsce ze strachem mówi się o „groźbach” agencji Moody’s, chcącej wymusić „zdecydowane reformy”.11

Przypomnijmy, iż spektakl z atakowaniem długów suwerennych państw jest odwracaniem uwagi od prawdziwego sprawcy kryzysu, zorganizowanego kartelu12 wielkich instytucji finansowych. To one są prawdziwym epicentrum kryzysu, i to stworzona przez nie bańka pochodnych instrumentów finansowych jest powodem, dla którego system bankowy jest chory i zamiast wspomagać produktywne inwestycje realnej gospodarki domaga się od niej wyrzeczeń dla zaspokojenia długu wykreowanego przez toksyczne kontrakty. Nieprzypadkowo wielki Franklin Delano Roosevelt po dojściu do władzy w czasie Wielkiego Kryzysu odizolował za pomocą Glass-Steagall Act z 1933 r. zdrową bankowość tradycyjną od mnożącej zobowiązania bankowości inwestycyjnej. W 1936 r. prezydent poszedł jeszcze dalej i w Commodity Exchange Act drastycznymi regulacjami wyeliminował spekulację pochodnymi. Przed powrotem tych dwóch regulacji, oraz trzecią, czyli podatkiem od transakcji finansowych, drżą oligarchowie finansowi całego świata i w desperackim ruchu zrzucają winę za kryzys na „nierozsądnych pożyczających”, czyli zwykłych obywateli, mimo iż żadne państwo nie ma w swym skarbcu tyle toksycznego długu, co J.P. Morgan lub Bank of America.

Dlatego wszyscy aspirujący do roli ekspertów doradzających rządom muszą zadać sobie pytanie: co jest „zbyt wielkie, by upaść”? Spekulacyjne banki – czy edukacja? Hedge-fundy – czy służba zdrowia? Kontrakty futures – czy policja? Przyszłość milionów ludzi nie powinna i nie może zostać złożona w ofierze bożkowi zrównoważonego budżetu przez kastę niekompetentnych kapłanów-neoliberałów. Społeczeństwo jest zbyt wielkie, by upaść.