Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?

6 października 2020 roku z funkcji ministra środowiska został odwołany Michał Woś. W ostatnim dniu urzędowania podjął kilka decyzji osłabiających system ochrony przyrody w Polsce. Jedną z nich była decyzja o zmianie granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wbrew opinii przyrodników i działaczy społecznych opracował projekt rozporządzenia w tej sprawie, zakładający usunięcie z granic ŚPN 1,3 ha na Łyścu oraz włączenie do ŚPN ponad 60 ha izolowanej enklawy leśnej pod Grzegorzowicami.

Manipulacje czy błędy ministra środowiska?

25 czerwca 2020 r. na stronie Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To już druga próba rządzącej koalicji, mająca na celu usunięcie z granic ŚPN terenu na Łyścu o unikatowych walorach kulturowych i przyrodniczych.

8 września 2020 r ówczesny minister środowiska swoje plany zmniejszenia ŚPN rozesłał w formie projektu rozporządzenia do 9 organizacji pozarządowych. Minister zaprosił również na „konsultacje społeczne” tych dziewięć wybranych przez siebie organizacji pozarządowych. „Konsultacje” miały się odbyć 10 września w ministerstwie środowiska. Strona społeczna i przyrodnicy mieli dwa dni na zapoznanie się z całością sprawy, która swój początek ma w kwietniu 2019 r. O konsultacjach i terminie spotkania oraz pełnym tekście projektu rozporządzenia nie zostało poinformowane Stowarzyszenie MOST, które prowadzi tę sprawę od samego jej początku i koresponduje z ministerstwem. Stowarzyszenie MOST wysłało do ministra środowiska pismo z pytaniem, z jakiego powodu jego przedstawiciele nie zostali zaproszeni na „konsultacje” oraz wysłało zgłoszenie swojego przedstawiciela mimo braku zaproszenia. Do dziś Michał Woś nie odpowiedział na żadne z tych pism.

Stowarzyszenie MOST skierowało do ministra szereg pytań i uwag dotyczących kontrowersyjnej treści projektu. Odpowiedź do dziś nie została udzielona. Natomiast minister Woś napisał w swoim piśmie do stowarzyszenia, że z uwagi na złożony charakter sprawy musi zaangażować w odpowiedź kilka komórek organizacyjnych ministerstwa i potrzebuje więcej czasu niż ustawowe 30 dni.

Co do trybu prowadzenia konsultacji społecznych, to zgodnie z art. 10 ust 2 ustawy o ochronie przyrody, „Określenie i zmiana granic parku narodowego może nastąpić […] po zaopiniowaniu, w terminie 30 dni od dnia przedłożenia tych zmian, przez zainteresowane organizacje pozarządowe”. Nie ma tu mowy o tym, że minister środowiska może sobie dowolnie decydować, z kim się konsultuje. Informacja o konsultacjach społecznych ma być powszechna i dostępna dla wszystkich. Natomiast pozostawienie 2 dni na zajęcie rozsądnego stanowiska to zupełne kuriozum. Tym bardziej, że sobie minister daje mnóstwo czasu na odpowiedzi. Albo nie odpowiada wcale.

Ostatecznie na spotkanie z ministrem Wosiem przybył zgłoszony przez Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot jeden człowiek. Ja. Reprezentowałem stanowisko Pracowni, ale też… Stowarzyszenia MOST, którego jestem prezesem. Poinformowałem o tym fakcie przedstawicieli ministerstwa. Bo samego ministra nie było. Na piśmie i w wystąpieniu zgłosiłem szereg uwag do projektu rozporządzenia. Pierwszą uwagą była ta o niezgodnym z prawem trybie ogłoszenia konsultacji społecznych w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W świetle prawa konsultacje nie odbyły się, a spotkanie było okazją do wygłoszenia stanowiska dwóch organizacji pozarządowych w tej sprawie. Cały komentarz dyrektora Departamentu Ochrony Przyrody Ministerstwa Środowiska Łukasza Rejta można skrócić do zdania: teraz muszą się tym zająć nasi prawnicy. Żadne konsultacje więc się nie odbyły.

Swoje uwagi na piśmie złożyły też dwie inne organizacje: Klub Przyrodników i PTOP Salamandra. Interpelacje poselskie w tej sprawie złożyli też posłowie Koalicji Obywatelskiej i Lewicy.

Michał Woś w sierpniu 2020, po wielu miesiącach starań, zezwolił Stowarzyszeniu MOST na prowadzenie badań naukowych na Łyścu, które miały ustalić faktyczny stan przyrody i środowiska. W zespole znaleźli się krajowi i międzynarodowi niezależni eksperci kilku dziedzin. Badania miały trwać do końca 2021 r. Jednocześnie Michał Woś zaplanował zmianę granic na IV kwartał 2020 r., czym wyraźnie dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany wynikami badań.

Rzeczywistość ministra i rzeczywistość

Minister Woś po byłym ministrze Henryku Kowalczyku i dyrektorze ŚPN Janie Reklewskim jest już trzecią osobą publiczną, która uważa, że fragment ŚPN na Łyścu „bezpowrotnie utracił wartości przyrodnicze i kulturowe”. Wprawdzie żaden z nich nie wspomniał w swoich dokumentach i wypowiedziach o wartościach kulturowych, ale tak właśnie, nierozłącznie, należy traktować wartości Łyśca zgodnie z ustawą o ochronie przyrody. Ustawa wprost mówi o trzech warunkach, które muszą zajść łącznie, aby móc planować wyłączenie danego terenu z granic parku narodowego. Jeśli chodzi o „bezpowrotność” utraty wartości, to minister środowiska i dyrektor parku narodowego powinni jednoznacznie udowodnić, że na danym terenie, tu na Łyścu, wartości przyrodniczych nie da się przywrócić. Zgodnie z art. 8.1. ust. 2. „Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów”. To oznacza, że pierwszym krokiem, jaki powinien zostać podjęty w przypadku domniemania utraty wartości jakiejś części parku narodowego, jest podjęcie prób przywrócenia tych wartości. Jeśli jednak faktycznie jest to niemożliwe, to minister powinien podjąć kroki mające na celu ustalenie, co zaszło i kto za to odpowiada. Kiedy w 2019 r. zadałem to pytanie dyrektorowi Reklewskiemu, odpowiedział w piśmie, że nie podjęto kroków w celu ustalenia tego. Natomiast były minister środowiska Kowalczyk w odpowiedzi na interpelację poselską w tej sprawie starał się przekonać społeczeństwo i przyrodników, że już w XIX wieku Austriacy i benedyktyni poddawali Łysiec antropopresji. Tyle że rezerwat przyrody powstał w tym miejscu w 1924 r., a park narodowy w 1950 r. Przez kolejnych 69 lat nikt nie sygnalizował, że dzieje się tu coś złego z przyrodą. Ciekawe też, że po okresie wielowiekowej obecności benedyktynów, a następnie zaborców, którzy mieli tu swoje więzienia, po zburzeniu wierzy klasztornej przez Austriaków, po okresie istnienia na Łyścu sanacyjnego ciężkiego więzienia, po bombardowaniu niemieckim w 1939 roku, kiedy to zniszczeniu uległa część klasztoru oraz po okresie istnienia hitlerowskiego więzienia przez okres wojny, już w 1950 roku powołano tu park narodowy. A przecież pierwszy postulat jego powołania pochodzi z 1908 roku. Mimo tak trudnej historii i stałej, intensywnej i zapewne uciążliwej dla przyrody i klasztoru ludzkiej obecności dopiero w 2019 r. okazało się, że… teren ten utracił swoje wartości. Co więcej, nikt wcześniej tak nie uważał i nikt nie domagał się usunięcia tego terenu z granic parku narodowego. Ani wcześniejsi ministrowie środowiska, ani wcześniejsi dyrektorzy ŚPN. Zadziwiające.

Jeśli chodzi o kontrowersje co do obszaru planowanego do wyłączenia z granic ŚPN, to najpierw mówiono o około 5 ha. Obecnie minister Woś mówi już tylko o około 1,3 ha. Co to za teren? W większości to działki, na których posadowiono fragment klasztoru, obecnie będący w rękach Skarbu Państwa. Wchodzą tu też zadrzewienia strefy ekotonowej oraz trawnik z parkingiem i fragmentem drogi pod Muzeum Przyrodniczym ŚPN. Może się wydawać, że tak mały fragment to mała strata dla ŚPN. Ale na tych działkach od kilkuset lat stoi klasztor, a trawnik i zadrzewienia wyglądały podobnie jak dziś, zanim powołano tu rezerwat i park narodowy. 11 lat po niemieckim bombardowaniu klasztoru, w 1950 r. uznano, że teren ten musi zostać włączony w granice nowo powstającego, trzeciego w historii Polski parku narodowego. Czyżby w latach 2019-2020 na Łyścu stan środowiska był gorszy niż po nalocie bombowym? Ważne jest też to, że ministrowie Woś i Kowalczyk oraz dyrektor Reklewski nigdy nie odpowiedzieli, z jakimi danymi pozwalającymi ocenić zmiany w wartości przyrodniczej porównywali stan obecny. Aby stwierdzić utratę czegoś, trzeba najpierw stwierdzić obecność tego czegoś. Takiej analizy porównawczej nie ma.

Oszustwo i kradzież

Tuż przed wyborami prezydenckimi minister Woś pojawił się na Łyścu w towarzystwie prezydenta Andrzeja Dudy oraz dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego. Minister w Radio Kielce ogłosił, że zamierza powiększyć ŚPN o około 60 ha lasu pod Grzegorzowicami. Nie było mowy o planach wycięcia z granic ŚPN Łyśca z klasztorem. Co to za 60 ha pod Grzegorzowicami ? Kto słyszał o tym wyjątkowym kompleksie leśnym, ponoć cenniejszym niż wzgórze Łyśca i wartym włączenia do ŚPN? I z jakiego powodu nigdy wcześniej nikt tego lasu do parku nie włączył? No więc ten las stanowi izolowaną enklawę znacznie oddaloną od zwartego obszaru ŚPN. Włączenie tego lasu w granice parku narodowego niesie ze sobą potencjał konfliktów społecznych oraz problemów przyrodniczych trudnych do rozwiązania. Ponadto zgodnie z istniejącą dokumentacją, obszar ten w najmniejszym stopniu nie nawiązuje wartościami przyrodniczymi i kulturowymi do terenu na Łyścu, który został przeznaczony do usunięcia z granic parku. Las pod Grzegorzowicami wymaga wielospecjalistycznego, długotrwałego przebadania przyrodniczego oraz analizy z punktu widzenia problematyki planowania i zagospodarowania przestrzennego, a także potencjalnych trudności z zachowaniem spójności i integralności parku narodowego oraz skutecznej możliwości ochrony jego przedmiotów ochrony. Stwierdzono tam bobra, wydrę i grąd subkontynentalny. Kiedy przyrodnicy alarmują, że jakiś teren jest cenny, bo są tam bóbr i wydra, leśnicy i urzędnicy kpią z nich, mówiąc, że te zwierzęta są pospolite i czynią rozmaite szkody. Tym razem jednak, z jakiegoś nieodgadnionego powodu, las, na skraju którego są bóbr i wydra, wart jest włączenia w granice parku narodowego.

W Polsce narzeka się, że nie powstają nowe parki narodowe, że nie da się ich utworzyć z uwagi na opór zarządców i właścicieli terenu. Tu okazuje się, że powiększenie parku narodowego to żaden problem. Leśnicy z ochotą oddali ponad 60 ha lasu pod ochronę w ramach parku narodowego. Taki pomysł ogłoszony niemal w przeddzień wyborów prezydenckich to zwykła próba przekupienia Polaków. Przecież nie ma o co się kłócić. O 5 ha albo o 1,3 ha? Dajemy w zamian ponad 60 ha. Kto by na to się nie zgodził dla świętego spokoju?

Zwracam jednak uwagę, że Świętokrzyski Park jest Narodowy, zabudowania na Łyścu należą do Skarbu Państwa, a las pod Grzegorzowicami też jest państwowy. Nie partyjny, nie rządowy, nie kościelny. Narodowy. Minister środowiska Michał Woś chce okraść Polaków z ich własności – i to dwukrotnie: planując przekazanie całego klasztoru i ziemi zakonnikom oraz wyłączając z gospodarki leśnej 60 ha lasu. To podwójna niegospodarność, podwójna strata dla budżetu państwa, podwójna strata dla przyrody i kultury tego kraju.

Skutki

Gdy podejmuje się jakieś działanie, warto się zastanowić nad jego długoterminowymi skutkami. Łysiec, Łysa Góra, Święty Krzyż − to ciągle symbol Świętokrzyskiego Parku Narodowego, jego serce. To także jeden z głównych symboli całego województwa świętokrzyskiego.

Wygląda jednak na to, że nowymi symbolami mają szansę stać się bóbr i wydra.

Jeśli ministrowi środowiska uda się usunąć z granic ŚPN fragment Łyśca, to dojdzie do nieuzasadnionej i bezprawnej ingerencji w polski system ochrony przyrody. W wielu, może we wszystkich parkach narodowych znajdują się tereny prywatne, parkingi, budynki, kościoły. Powstanie precedens, który może spowodować lawinę roszczeń i falę destrukcji. Jeśli nie da się powołać Turnickiego Parku Narodowego, ale da się włączyć las pod Grzegorzowicami do granic parku narodowego, to jest to dowód na to, że prawo traktowane jest instrumentalnie, a argumenty naukowe nic nie oznaczają. Jeśli minister środowiska wybiera sobie, z kim chce rozmawiać, zamiast stosować odpowiednie ustawy i procedury, to nie ma już miejsca na społeczeństwo obywatelskie i żyjemy w kraju o systemie autorytarnym, a nie demokratycznym. Jeśli poseł Mariusz Gosek publicznie twierdzi, że nie musi się tłumaczyć z tego, że lobbuje za zmniejszeniem ŚPN, bo jest Polakiem-katolikiem, to oznacza, że w Polsce nie obowiązuje prawo.

Prawdopodobnie mało kto w rządzie orientuje się w tej sprawie i nikomu by nie przyszło do głowy zajmowanie się jakimś małym parkiem narodowym na polskiej prowincji. Sądzę, że motorem całej operacji jest właśnie Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, pupil Zbigniewa Ziobro. Obecny rząd z łatwością przeprowadzał operacje nieporównanie bardziej medialne i kontrowersyjne. Prawdopodobnie nikt nie ma energii ani woli w tym rządzie, aby zajmować się czymś tak brudnym i w zasadzie mało ważnym z punktu widzenia warszawskich pryncypiów. Nawet wśród katolików ten pomysł jest oceniany fatalnie, a poseł Gosek odbierany jak niebezpieczny fanatyk.

To wszystko oznacza także, iż nie ma takiej wartości, której nie byliby w stanie zlekceważyć i zniszczyć politycy z obecnej koalicji rządzącej. A to jest bardzo zła wiadomość dla wszystkich, nie tylko dla przyrodników.

Post scriptum

Organizacjom pozarządowym i wszystkim obywatelom zostało 10 dni na przesłanie swoich uwag do fatalnego projektu rozporządzenia. Termin mija 16 października 2020. Jeśli uwagi nie wpłyną, Świętokrzyski Park Narodowy utraci bezcenny fragment swojego terenu objęty ochroną od 1924 roku.

Tu można znaleźć szczegóły wraz z dokumentami i treścią uwag, które można przesłać na adres ministerstwa środowiska: http://mostedu.pl/byly-minister-michal-wos-w-ostatniej-decyzji-zmniejsza-swietokrzyski-park-narodowy/

Łukasz Misiuna

 

Poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

***

„Bij w korpus, a głowa sama opadnie”

Feliks Sztam, legendarny trener polskich bokserów

 

Ten tekst zacząłem pisać 18 czerwca 2020 roku. Do wyborów prezydenckich zostało 10 dni. 18 czerwca 1410 roku król Władysław Jagiełło w drodze pod Grunwald odwiedził Łysiec.

24.05.2020 w Międzynarodowym Dniu Parków Narodowych prezydent Polski Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś pokonali o własnych siłach drogę wiodącą od granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego aż na Łysiec, jedno z najcenniejszych miejsc w całym parku [1]. Niczym dawniej piastowscy królowie. Następnie minister w kieleckim radio ogłosił, że Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony o kilkadziesiąt hektarów. Świętokrzyscy przyrodnicy i mieszkańcy województwa od ponad roku walczą o zachowanie ŚPN w nienaruszonym stanie. Rząd stara się jednak te szczególne 5 ha z klasztorem usunąć z granic ŚPN i przekazać oblatom. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory.

Zapowiedź rządu o planach powiększenia ŚPN to sukces całego społecznego ruchu na rzecz obrony ŚPN.

Powiększenie, ale pomniejszenie – sukces, ale porażka

To sukces nieoczekiwany i niezamierzony. Jest to więc radość cedzona przez zęby. Tym bardziej, że czuć przez skórę, iż to wyłącznie przedwyborcza gra.

Nie zostało to wyrażone wprost, ale jest przecież jasne. Rząd, ogłaszając pomysł włączenia nowego terenu do ŚPN, chce przekupić opinię publiczną w sprawie usunięcia Łyśca z granic parku. Przekaz brzmi mniej więcej tak: dajmy oblatom Łysiec, a w zamian ŚPN dostanie nie 5, lecz 60 ha. Chyba się nie będziecie o to kłócić? Trzeba też pamiętać, że jest kampania wyborcza, a sprawa Łyśca poruszyła znaczną część elektoratu.

Na powiększanie obszarów chronionych warto patrzeć przychylnym okiem. Tym bardziej, że ten akurat rząd jest jawnie antyprzyrodniczy. Jednak łykając te 60 ha ptasiego mleczka podawanego dzióbkiem ministerialnym, przyrodnicy mogą się zadławić. A nawet je zwrócić.

Deklaracja o powiększeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego nijak się ma formalnoprawnie i merytorycznie do planów zmniejszenia tego parku o Łysiec. To dwie różne sprawy i muszą się tu toczyć dwa odrębne postępowania. To nie jest deal. To jest walka o zachowanie integralności ŚPN i zachowanie w rękach skarbu państwa i Polaków terenu o wyjątkowym, unikatowym znaczeniu w naszej historii. A plan powiększenia powierzchni ŚPN to odprysk tej walki, skutek uboczny. Efekt wielomiesięcznej pracy, uporu i konsekwencji przyrodników. Jeśli minister Woś zechciał powiększyć ŚPN o 60 ha lasami Nadleśnictwa Łagów, to świetnie, cieszymy się. Ale to całkowicie inna, odrębna, niepowiązana z Łyścem sprawa. I kibicujmy ministrowi w byciu konsekwentnym. Swoją drogą sugerowanie Polakom, że można oblatom dać Łysiec za 60 ha lasu, jest pewną… bezczelnością.

Tym bardziej, że nie wiadomo właściwie, z jakiego powodu właśnie ten izolowany, w zasadzie młody las otoczony polami ma stać się częścią parku narodowego. Idąc tym tropem może się okazać, że najwyższą wartość przyrodnicza ma większość lasów gospodarczych w kraju. Im bardziej są poszatkowane, tym lepiej. Minister nie prowadzi dialogu ze środowiskiem świętokrzyskich przyrodników w tej sprawie. Rozmowy toczą się pomiędzy ministerstwem, dyrekcją ŚPN a nadleśnictwem. Czyli w zasadzie w obrębie urzędników państwowych. To tak jakby gadać do siebie.

Wyciąć serce – wszczepić implant

Zgodnie z tym. co podaje kielecka „Gazeta Wyborcza” [2], do ŚPN ma być włączony izolowany, 60-hektarowy las koło wsi Grzegorzowice. Wybór takiej lokalizacji to gotowy przepis na konflikty społeczne i pogłębienie problemów malutkiego parku narodowego, którego kolejna enklawa miałaby być izolowana od zasadniczego obszaru chronionego. Oderwany od całości parku obszar otoczony polami wygeneruje problemy ochrony niemożliwe do rozwiązania, podobnie jak to jest w przypadku Lasu Serwis i Góry Chełmowej, które powoli tracą swoje wartości przyrodnicze. Ta lokalizacja z czasem stanie się kolejnym argumentem, że ŚPN jest za mały, zbyt izolowany i jego ochrona jest niemożliwa. Las planowany do włączenia do ŚPN składa się z drzewostanów jaworowych, bukowych, dębowych jodłowych i sosnowych w wieku od zaledwie 27 do 127 lat. To śródpolna remiza w skali makro [3]. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób park narodowy ma realizować swoje cele będąc tak poszatkowaną, niewielką sumą kilku izolowanych kompleksów leśnych. Na terenie o takiej strukturze nie ma możliwości, aby gatunki mogły swobodnie migrować i tworzyć trwałe, stabilne populacje.

Nadleśnictwo Łagów na pytania o wartości przyrodniczej lasu pod Grzegorzewicami odesłało mnie do Ministerstwa Środowiska. Ministerstwo nie odpisuje – pismo zostało wysłane 24.05.2020. Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego natomiast napisał tak (pismo z dn. 12.06.2020): „Kryterium które przyświecało przyłączeniu tego obszaru była jego przynależność do obszaru sieci Natura 2000 PLH 260002 »Łysogóry«, którego znakomita większość pokrywa się już z obszarem ŚPN. W przedmiotowym fragmencie wg Planu Ochrony Przyrody będącego częścią PUL dla Nadleśnictwa Łagów na lata 2017-2026, zostały zinwentaryzowane siedlisko 9170 grądu środkowoeuropejskiego (Galio Carpinetum betuli), subkontynentalnego (Tilio-Carpinetum betuli) oraz gatunki z dyrektywy siedliskowej wydra (Lutra lutra) i bóbr (Castor fiber)”. Jeśli te walory wystarczą, żeby las włączyć do parku narodowego, to walory Łyśca z pewnością są wystarczające, aby go nie wyłączać z tych granic.

Aby zmniejszyć powierzchnię ŚPN poprzez usunięcie z jego granic 5 ha ziemi na Łyścu wraz z unikalnymi odsłonięciami geologicznymi, stanowiskami zagrożonych wymarciem roślin i zwierząt oraz wyjątkowym zabytkiem, jakim jest klasztor, rząd musi udowodnić, że teren ten utracił swoje wartości przyrodnicze, kulturowe i edukacyjne. Takiej tezy wobec faktów historycznych i przyrodniczych, naukowych, nie da się obronić.

W ciągu ponad roku aktywność przyrodników ze Stowarzyszenia MOST doprowadziła do tego, iż rząd zaprzestał procedowania tej sprawy. Świętokrzyscy przyrodnicy opracowali raport z częściowo zrealizowanych badań na Łyścu. Raport wykazał, że miejsce ma ponadprzeciętną rangę przyrodniczą i nie ma racjonalnych powodów na usunięcie tego terenu z granic parku narodowego. Dokument otrzymali minister środowiska i dyrektor ŚPN. Stowarzyszenie MOST przygotowało także apel do prezydenta Polski, premiera, ministra środowiska, parlamentu i dyrektora ŚPN, aby wycofano się z tego szkodliwego i nieuzasadnionego projektu. Apel został podpisany przez kilkudziesięciu naukowców, polityków i działaczy z całej Polski. Powstała też petycja w tej sprawie, którą podpisało kilkanaście tysięcy osób. Odbył się też protest pod klasztorem, w którym wzięło udział około 200 osób.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski próbował uniemożliwić badaczom wykonanie niezależnej ekspertyzy przyrodniczej Łyśca. Najpierw udzielił na to zgody, po czym ją cofnął. Nałożył nowe wymagania. Ekipa Stowarzyszenia MOST przygotowała nowy zespól ekspertów krajowych i złożyła nowy wniosek o zgodę na badania. Od kilku miesięcy przyrodnicy nie mogą się doczekać decyzji w tej sprawie. Przed kilkoma dniami dowiedziałem się, że procedura uzyskiwania podpisu Ministra Środowiska jest wydłużona. Kiedyś Dyrektor Departamentu Ochrony Przyrody z upoważnienia MŚ mógł podpisywać decyzje zezwalające na odstępstwa. Teraz Dyrektor nie ma takiego upoważnienia, stąd m.in takie długie opóźnienia. Przyczyniła się również do tego reorganizacja Ministerstwa Środowiska. Jednocześnie ustawowe terminy są przekraczane. Przewlekanie procedury wydania zgody na badania to działanie z obszaru prawa alternatywnego. Sezon wegetacyjny, lęgowy i rozrodczy niebawem się skończy. Wydanie zgody w sierpniu czy październiku niemożliwi prowadzenie badań, ponieważ przedmiot badań zniknie. Aż do kolejnej wiosny. W ten sposób ministerstwo zyskuje rok swobodnych działań.

Symbolika i znaczenie

Jeśli jakiś król lub prezydent idzie o własnych siłach, nikt go tam nie wiezie, to musi mieć jakąś ważną potrzebę albo miejsce musi być niezwykłe. Dokąd zatem udali się prezydent Andrzej Duda i minister środowiska Michał Woś?

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim. Łysiec był jednym z najwyższych szczytów ówczesnego Królestwa. Klasztor zamieszkiwali benedyktyni.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano. Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane polskim Sachalinem. W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Od 1924 roku teren ten objęty jest ochroną rezerwatową, a od 1950 ochroną w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.

Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o odzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków.

Klasztor na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym wraz z przyległymi działkami stanowi własność skarbu państwa. Tylko niewielka część klasztoru należy do zakonników. Uzyskali ją oni przez zasiedzenie.

W czasach przedchrześcijańskich Łysiec stanowił ważne miejsce kultu. Zachowały się resztki wału kultowego.

Na Łyścu znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. dyrektywie siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażona na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni, wymieniony w dyrektywie siedliskowej, i popielica szara, wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczki podziemnej oraz reliktowe stanowiska zagrożonego ślimaka świdrzyka siedmiogrodzkiego. Stwierdzono tu także gatunki ptaków objęte ochroną w ramach dyrektywy siedliskowej, ale jest to też miejsce stwierdzeń gatunków wysokogórskich, np. płochacza halnego. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także wiele gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju.

O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem”. Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie.

Od kwietnia 2019 roku świętokrzyscy przyrodnicy i działacze społeczni, wspierani przez środowiska z całej Polski, starają się przekonać rząd, że nie ma podstaw do wyłączenia tego terenu z granic ŚPN.

Koniec, ale początek

Motorem napędowym wszystkich tych sytuacji i działań jest nieuzasadnione roszczenie superiora klasztoru oblatów na Łyścu, ojca Mariana Puchały. Puchała forsuję tezę, jakoby klasztor i ziemie sąsiadujące miały zostać „oddane” oblatom. Tyle że te ziemie nigdy nie były własnością oblatów. W sprzyjających politycznie okolicznościach superior prowadzi działalność lobbystyczną, która ma na celu wyrwanie Łyśca z własności skarbu państwa, a następnie przejęcie tego terenu przez zakon. W tych destrukcyjnych, antypaństwowych działaniach Puchałę wspiera poseł Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, jeden z głównych „ziobrystów”, który jako członek zarządu województwa świętokrzyskiego głosił, że w sprawie Łyśca spotyka się z ministrem Wosiem, ojcem Puchałą i dyrektorem ŚPN Reklewskim jako katolik i nie musi nikogo pytać o zgodę.

Powiększenie powierzchni ŚPN to świetna wiadomość. Natomiast o ten właśnie las o powierzchni 60 ha – bardzo zła. Bez włączenia strony społecznej i naukowców w proces zwiększenia powierzchni ŚPN nie uda się uniknąć kolosalnych problemów w przyszłości. Jeśli rzeczywiście rząd jest zainteresowany ochroną świętokrzyskiej przyrody w ramach najwyższej formy ochrony, powinien zadbać o stworzenie szerokiej koalicji specjalistów: działaczy, samorządowców, naukowców, prawników, społeczników, przyrodników i leśników. Tylko wtedy powiększenie ŚPN nie będzie zwykłą sztuczką, zabiegiem PR w czasie kampanii wyborczej. Tylko wtedy minister Woś udowodni, że jest ministrem środowiska, a nie członkiem sztabu wyborczego a jego celem jest dbanie o polską przyrodę, a nie o Andrzeja Dudę i partię.

Nie ma powodu ani podstaw, aby Świętokrzyskiemu Parkowi Narodowemu amputować Łysiec. Nie ma powodu, aby dać nam wmówić, że gdy się wytnie Łysiec, to się przeszczepi las koło Grzegorzowic. I wszystko będzie dobrze. Nie ma powodu sądzić, że to jest koniec sprawy. Ani nie będzie dobrze, ani nie będzie to koniec.

Gospodarska wizyta Dudy i Wosia niestety bardziej przypomina wizytację lokalnych kacyków niż poważny rekonesans polityków zainteresowanych napęczniałym problemem przyrodniczym, prawnym, społecznym i politycznym.

Łukasz Misiuna

Poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu 

Przypisy:

1. https://m.radio.kielce.pl/pl/post-106882?fbclid=IwAR3JbKopLCTVODoFc41kxspy9zaGpZfjzvNbLB7Crl888y-9JQiaDpnDCnk

2. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25973672,w-co-gra-ministerstwo-swietokrzyski-park-narodowy-do-powiekszenia.html?fbclid=IwAR0yk_tWFp9suawyYlYaHXlhmEmFNiMY3_R9Ub2ywQcbdaQL6lKySuY7dsA

3. https://www.bdl.lasy.gov.pl/portal/mapy

Państwo leje wodę. Uwagi o suszy

Państwo leje wodę. Uwagi o suszy

Rząd zapowiada wielki projekt budowy niemal 1500 zbiorników retencyjnych. Ma to być remedium na wielki kryzys suszy w Polsce. Kryzys, który właśnie się przebija do świadomości, a który trwa już od dawna i ma wiele przyczyn. Jednocześnie kraj oplata sieć rowów melioracyjnych, trwa wieloletnia już masowa wycinka drzew w miastach, nabierają rozpędu „prace utrzymaniowe” rzek, polegające na zamianie ich koryt w rynny. Najcenniejsze lasy w kraju wycina się i unika ich ochrony. Spalanie węgla w deklaracjach premiera i prezydenta jest zadaniem priorytetowym. W oderwaniu od siebie te zjawiska mogą uwierać, niepokoić, wzbudzają podrygi „ekologistów”. Jednak kiedy spojrzy się na nie jako na długotrwały, planowy, systemowy proces, dopiero wówczas ogarnia przerażenie. Tym bardziej, że mamy kolejny najcieplejszy rok w historii i największą suszę w dziejach. Już rok temu w niektórych miastach reglamentowano wodę.

Postanowiłem zbadać sprawę. Wybrałem najprostszą metodę badawczą, dostępną każdemu. Poczekałem, aż po tygodniu braku opadów deszcz będzie lał dzień i noc. Udało się. Następnego dnia wziąłem szpadel i wbiłem go w ziemię. Woda przedostała się na głębokość około 2 cm. Dalej była susza. Później poszedłem do lasu nad strumień, który znam od 30 lat. Zastałem suche koryto. Pobliskie torfowisko, dawniej niedostępne w maju suchą nogą, trzeszczało pod stopami. Zalewowa łąka w dolinie rzecznej, pełna dawniej rycyków, czajek i krwawodziobów – była pusta, cicha i sucha.

W dalszej części tekstu opowiem o tym, co widzę od lat, pracując jako przyrodnik i obserwator przyrody.

Hydrofobia

Wszelkie działania mające na celu maksymalnie szybkie odprowadzenie wody ze środowiska są skrajnie nieodpowiedzialne i niszczące. Przekonanie, że woda musi jak najszybciej opuścić środowisko i w najlepszym razie wylądować w zbiorniku retencyjnym, a potem znowu jak najszybciej w morzu, to jakaś trudna do zrozumienia hydrofobia. Ten cel jest realizowany na kilka sposobów. Przede wszystkim to osuszanie wszelkich mokradeł, dużych i najmniejszych. To, co wydaje mi się najbardziej destrukcyjne, to deforestacja (wylesienie) w górnych odcinkach cieków. Na przykład w związku z budową instalacji narciarskich z całym niezbędnym systemem naśnieżania, do którego przecież konieczna jest woda. Również w związku z gospodarką leśną czy realizacją innych inwestycji, np. hotelarskich. Wylesione stoki gór stanowiące obszary zasilania naszych rzek i zamiana koryt strumieni górskich w rynny służące do jak najszybszego odprowadzenia wody, często przez betonowe obudowy, to początek katastrofy.

Drugie ważne, skrajnie negatywne zjawisko to wycinki prowadzone wzdłuż naturalnych cieków wodnych i osuszanie leśnych mokradeł. Trzecim są oczywiście „prace utrzymaniowe na rzekach”, prowadzone przez Wody Polskie. Usuwanie z koryt nawet niewielkich cieków martwego drewna, wycinka olsów i łęgów na ich brzegach, odmulanie, likwidacja tam i żeremi bobrowych. To dzieje się na masową skalę w całym kraju. Przyśpieszanie spływu wody pociąga lawinę negatywnych, destrukcyjnych konsekwencji. Woda szybko opuszcza środowisko, nie stagnuje, nie retencjonuje w bagnach, terasie zalewowej, na łące, w starorzeczach, a więc też nie ma czasu na przenikanie do gruntu, do warstw wodonośnych. Te cenne miejsca bez rozlewającej się poza koryto wody szybko się degenerują. Znikają ważne siedliska higrofilne z wieloma gatunkami. Tracimy cały system powiązań pomiędzy naturalnymi procesami i uzależnionymi od tych procesów gatunkami. Łyse brzegi pozbawione olsów to radykalnie większe nasłonecznienie i podgrzanie wody w cieku. Wyższa temperatura wpływa na właściwości fizyczne i chemiczne wody, a to na skład gatunkowy. Wyższa temperatura to szybsze parowanie. Woda znika. Opuszcza bezpowrotnie dolinę rzeki czy cieku, bo właściwie nie ma już doliny w dawnym rozumieniu. Jest rynna. W zasadzie od źródeł do ujścia rzeki traktowane są skrajnie brutalnie. Niszczy się systemowo ich pierwotne funkcje i właściwości, co pociąga za sobą szereg negatywnych zjawisk, a te kolejne i kolejne. System hydrologiczny się rozpada, woda znika. Zostaje system hydrofobiczny.

Kolejne dwa zjawiska znam ze świętokrzyskiego i nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej. Przede wszystkim to województwo jest bardzo bogate geologicznie, wiąże się z eksploatacją górniczą złóż. Mamy tu wiele kamieniołomów. Ich istnienie związane jest często z głębokimi odwodnieniami, a więc z powstaniem leja depresyjnego. Na skutek eksploatacji złóż wody podziemne są wypompowywane i wylewane do cieków. W przypadku dużych kopalń lej może mieć całkiem duży zasięg, np. kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów. Z całego tego obszaru woda znika w sposób niezauważalny i mało spektakularny. Po prostu z czasem wszystko wokół stepowieje. W województwie jest około 130 kamieniołomów (dane z 2012 roku). Roboczo przyjmijmy, że lej ma powierzchnię około 20 km kw., co jest raczej wartością zaniżoną. Czyli mamy około 2600 km kw. stale poddawanych odwodnieniu, zwykle wieloletniemu. Lej wpływa też na naturalne cieki i zbiorniki wodne, mokradła. Powierzchnia województwa świętokrzyskiego to niecałe 12 000 km kw. Brzmi to dość przerażająco. Ale świętokrzyskie należy do regionów najbardziej narażonych na głęboką suszę i właściwie klęskę hydrologiczną. W dodatku woda pochodząca z odwodnienia kamieniołomów jest wpompowywana pod ciśnieniem do naturalnych cieków. Zmienia to tempo przepływu wody, zmienia warunki fizyczne i chemiczne wody, zmienia naturalny skład gatunkowy cieków. Problem lejów depresyjnych dotyczy też kopalń węgla oraz miast. Średniej wielkości miasto polskie tworzy lej o powierzchni mniej więcej 2 000 km kw.

Ostatni problem, który spotykam na dużą skalę w świętokrzyskim, to zasypywanie gruzem prywatnych działek w terasie zalewowej cieków, nawet niewielkich, a z czasem przekształcanie ich w działki budowlane. Gminy chętnie na to przymykają oko, bo przecież działka budowlana to już perspektywa pieniędzy, a taka terasa zalewowa? Nic nie daje gminie. No może poza tym, że gromadzi bezpłatnie wodę.

Jest jeszcze kwestia zużycia wody przez przemysł i energetykę oraz problem gęstej sieci dróg wyposażonych w system rowów melioracyjnych. W skali kraju to są gigantyczne problemy. Jako przyrodnik spotykam się z tymi właśnie problemami i jestem przekonany, że destrukcyjne skutki ich wszystkich nakładają się na siebie, co powoduje powstanie sprzężenia zwrotnego. Patrząc na to wszystko można chyba powiedzieć, że naruszamy same podstawy funkcjonowania środowiska, niszcząc system hydrologiczny poprzez ingerencję w lasy ze źródliskami i leśnymi mokradłami, naruszając system wód podziemnych oraz czyniąc ze złożonej sieci cieków i mokradeł wzdłuż nich system rynien do spuszczania wody jak za pociągnięciem spłuczki. Absurdalna walka z substancją, od której zależy nasze istnienie i istnienie wszystkich innych organizmów. Bardzo dużo energii i środków angażujemy w tę walkę.

Należy jeszcze wspomnieć o powszechnej likwidacji w rolnictwie wielkoobszarowym istniejących śródpolnych zbiorników wodnych oraz remiz śródpolnych. Pola mają być równe i łatwo dostępne dla maszyn. Tyle że spływ powierzchniowy z takich typów pól, bez miedz i lokalnych oczek wodnych, jest także błyskawiczny. Podobnie brak już wśród rolników kultury posiadania stawów koło domu lub małych zbiorników na ciekach, przeważnie zarybionych. Kiedyś było to powszechne, teraz to absolutna rzadkość, chociaż w dolinach jeszcze widać ślady zastawek. Na początku lat 90. XX wieku w Technikum Leśnym leśnicy nauczyli mnie, że zachowanie remiz śródpolnych i miedz w dawnym typie ma ogromne znaczenie, bo te zadrzewienia i siedliska chwastów pełną funkcję rezystencjalną wobec upraw, są oazami bioróżnorodności wśród morza skrajnie uproszczonych zbiorowisk, zapobiegają erozji gleb i… zatrzymują wodę w środowisku. Likwidowanie remiz śródpolnych ma chyba te same podstawy, co w przypadku potrzeby niszczenia naturalnych mokradeł i starych lasów. To bieda i potrzeba kontroli. Tak sądzę. Oraz niezrozumiałe przekonanie, że jak jest wyrównane, z kostką Bauma, od linijki, bez chaszczy, to świadczy o większej rozumności, bogactwie, o jakiejś porządności większej. O cywilizowaniu.

Minister otwiera front

Minister Marek Gróbarczyk zapowiedział plan budowy zbiorników retencyjnych. Jednocześnie wspomniany plan walki z suszą uznaje takie zbiorniki za ostateczne rozwiązanie. Plan ma być wprowadzony odpowiednią specustawą.

Zarządzanie specustawami stało się już stylem obecnej władzy. Tyle że tworzenie specustaw w rzeczywistości wyjętych spod prawa wpisuje się w logikę budowania systemu niedemokratycznego. Przecież zadania w ten sposób realizowane wyjęte są choćby spod procedury partycypacji obywatelskiej. Obywatele przestają mieć głos. To polityka nakazowa, centralistyczna i realizowana podobnie jak za pomocą słynnych 5-latek. Wtedy zresztą osuszanie bagien i torfowisk było kwestią społeczno-polityczną, robioną z całą pompą, łopocącymi sztandarami, przemówieniami lokalnych notabli. To jest sposób zarządzania krajem w głębokim kryzysie, np. wojennym. Budowa niemal 1500 zbiorników retencyjnych bez uwzględnienia procedury ocen oddziaływania na środowisko i bez kontroli społecznej to gotowy przepis na katastrofę ekologiczną, hydrologiczną, ekonomiczną i społeczną. To ma cechy chińskiej Rewolucji Kulturalnej. To grozi dobiciem naturalnego systemu hydrologicznego. Bo system nadal będzie. Tyle że nowy. Postawiony za ciężkie pieniądze bez jakiejkolwiek kontroli i oceny. Można się domyślać, że jak zwykle zbiorniki zaporowe powstaną w miejscach naturalnego stagnowania wód. Na łąkach, torfowiskach, w miejscach po olsach i łęgach, które się wytnie. To jest, delikatnie mówiąc, wylewanie dziecka z kąpielą.

Istniejące naturalne cieki i mokradła to unikalny, naturalny system, który powstawał w zgodzie z warunkami geologicznymi, czyli opierał się o sam fundament życia tej planety. Rzeki tysiącleciami „układały” się do podłoża geologicznego. Tak optymalnie wpasowane wiły się, zmieniając z wiekami swój bieg, kształtując rzeźbę terenu, tworząc higrofilne siedliska: łąki, torfowiska, zakola, starorzecza, torfowiska, lasy nadrzeczne, łąki trzęślicowe i inne. Ten samopowstały system działa tak, żeby woda była w środowisku w sposób niezbędny do życia. Także ludzkiego. To był i jest, bo on trwa, proces całkowicie darmowy, a jednocześnie bezcenny. Przekształcenie rzek w rynny, a mokradeł w miednice czy balie doprowadzi szybko do bardzo głębokich i śmiertelnie niebezpiecznych zniszczeń. No ale rozumiem, że skoro mamy rząd stosujący metody polityki wojennej, to i ofiary muszą być.

Prawdopodobnie przy obecnej skali presji ludzi na środowisko jest czasami konieczne zbudowanie zbiornika retencyjnego. Zresztą niektóre przez lata zaczęły przypominać obiekty naturalne i są ostojami bioróżnorodności. Jednak systemowe, szybkie, ponadprawnie robione ingerencje w układ wód w całym kraju skończy się raczej źle. Te pieniądze powinny być użyte do odbudowy względnie naturalnego systemu wodnego. I powinno to się odbyć przy udziale szerokiego grona ekspertów. Tyle że teraz miejsce ekspertów zajęli politycy.

Mamy funkcjonujący od ostatniego zlodowacenia system, który się sprawdził. To my zniszczyliśmy ten system i on się boryka z ogromnymi trudnościami. Gdyby mu odpuścić, zmniejszyć presję, zostawić przestrzeń i czas, może nieco pomóc renaturyzując niektóre zniszczone rzeki, to by prawdopodobnie „wstał”. Mówienie, że musimy osuszyć mokradła i wyprostować rzeki, bo zniszczony przez nas system nie działa – to absurd. Ta ogromna energia powinna iść w prace związane z ochroną i odbudową istniejących i zniszczonych mokradeł. Zbiorniki retencyjne nie muszą, a nawet nie powinny być ogromne i tylko na rzekach głównych. Naturalna retencja powierzchniowa na małą skalę, np. w mokradłach i bagnach powoduje zwiększenie retencji podziemnej, a to jest główne źródło wody pitnej.

Bieda

Cała ta potrzeba wyżynania naturalnych lasów, spuszczania wody i wydłubywania węgla wynika z biedy. Jesteśmy biednym krajem i biednym społeczeństwem. W odniesieniu do krajów tzw. rozwiniętych, do których aspirujemy. Mamy niemal tylko XIX-wieczne metody na rozwój. Eksploatację surowców naturalnych. Do pewnego momentu nie wymagają one nakładów. Las rośnie, węgiel leży, woda płynie. Tylko brać i sprzedawać. Polacy niszczą swój kraj, bo są biedni, a chcą być bogaci jak Niemcy. Tylko że my wyprzedajemy drewno, bo jest je łatwiej wyprodukować niż zaawansowane technologie jak perowskity czy światłowody – dwa rewolucyjne wynalazki polskie, z których Polska nie potrafiła skorzystać, żeby stać się siłaczem.

No więc drewno sprzedajemy, żeby mieć za co kupować technologie, węgiel palimy, żeby była energia do podtrzymania tego kosztownego XIX-wiecznego systemu, a woda musi szybko płynąć, żeby chłodzić te węglowe elektrownie. I dlatego nikt nie chce puszcz, bagien i mokradeł. Bo są nienowoczesne i niezachodnie, lecz wschodnie. A Polacy chcą być zachodni. Niestety stosując daleko-wschodnie metody. Paradoks polega też na tym, że te tzw. metody zachodnie dotyczą działań, od których już dawno tam odstąpiono. Teraz na Zachodzie przywraca się „dzikość” przyrody różnymi kosztownymi metodami.

Podam przykład. Zmagałem się kiedyś z procederem zasypywania działek w terasie zalewowej rzek. Właściciel postanowił zasypać gruzem nadrzeczne zalewowe łąki. Gmina na to przymknęła oko. Mnie grożono. Następnie działki zostały przekształcone w działki budowlane. I stało się to, co się musiało stać. Zabudowane działki zaczęły być zalewane, bo… na innym odcinku rzeki wykonano prace utrzymaniowe, co spowodowało gwałtowne przyśpieszenie spływu wód, a że nie miały one swoich starych łąk do rozlewania się, to się rozlały temu panu po podwórku i domu. Następnie pan wystąpił o odszkodowania i je dostał. I co dalej? No dalej uznano, że rzeka stanowi zagrożenie i znowu ją zmeliorowano, a tym razem ols wycięto. Itd., itd. Przecież to jest szaleństwo.

A jeszcze pojawiły się w wielu miejscach bobry. To wspaniałe zwierzęta. Spiętrzają wodę tam, gdzie ją najłatwiej spiętrzyć. Są ekonomiczne, bo muszą, żeby przeżyć. Tyle że w wielu takich miejscach ludzie osuszyli łąki, pobudowali się, pozakładali pola. I teraz trzeba odstrzelić bobry, bo niszczą mienie. Nie jestem w stanie spokojnie zastanawiać się nad tym, jakie procesy myślowe zachodzą w głowach ludzi, którzy jako odpowiedź mają: meliorować, wycinać, strzelać, budować zbiorniki rekreacyjno-retencyjne. Zdecydowanie taniej jest budować się z dala od łąk i torfowisk, łęgów i olsów. To proste. A robota bobrów i naturalnych procesów są darmowe. Tyle że prawdopodobnie problem leży głębiej. Dotyczy on po pierwsze ludzkiej potrzeby kontroli, a po drugie ludzkich fobii, że gdy nie wykona się choćby najbardziej nieracjonalnej czynności, to napięcie nie spadnie. To jak zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Lęk, że naturalne procesy mogą się toczyć bez naszej kontroli i mogą nam zagrozić, wywołuje takie napięcie, że aby je znieść, ludzie wykonują działania nieracjonalne. A to wzmaga w nich lęk. I jeszcze bardziej muszą coś robić. Cokolwiek. No więc bobry i łąki zalewowe są tańsze i skuteczniejsze.

Utrzymać w dobrym stanie

Mam dwa przykłady z ostatnich dni ze świętokrzyskiego obrazujące stosunek „leśników” i „wodniaków” do małych naturalnych cieków. Oba pochodzą z obszaru Natura 2000 Ostoja Żyznów. W pierwszym przypadku wycięto olchy porastające brzegi Kacanki i wywleczono z niej martwe drewno zalegające w korycie. Wszystko w szerokiej dolinie, przepięknej, malowniczej, przebogatej przyrodniczo. To były prace utrzymaniowe właśnie. Ale chodzi o utrzymanie czego? Bo sądziłem, że na obszarze chronionym prawem polskim i europejskim chodzi o utrzymanie w stanie niepogorszonym siedlisk będących przedmiotami ochrony tego obszaru. Drugi przypadek to bezimienny ciek, kilka kilometrów dalej. Unikalne przyrodniczo miejsce. Pośród wspaniałych grądów nadrzeczny łęg z wymierającymi gatunkami roślin i zwierząt, ekstremalnie rzadko występującymi w świętokrzyskim. Ranga tego miejsca jest znana, bo jeden z naszych wspaniałych botaników, już nieżyjący dr Edward Bróż, starał się tam powołać rezerwat przyrody. Tymczasem Nadleśnictwo Staszów dokonało tam rzezi drzew. Miejsce wygląda obecnie jakby obrzucono je bombami.

Zgodnie z zaleceniami dla realizacji trwale zrównoważonej gospodarki leśnej należy unikać wycinek wzdłuż śródleśnych naturalnych cieków, należy dbać o zachowanie wysokiej bioróżnorodności szczególnie tam, gdzie wiadomo, że występują gatunki rzadkie i zagrożone, należy dążyć do zachowania jak największej ilości martwego, wielkogabarytowego drewna (które gromadzi ogromne ilości wody i nie dość, że jest unikalnym siedliskiem dla ginących gatunków, to jeszcze stanowi naturalny system przeciwpożarowy!) oraz należy zmierzać w kierunku odnawiania lasów wykorzystując odnowienie naturalne. Tymczasem mamy wyjątkowo cenne miejsce, o którym wiadomo od lat, gdzie wyrżnięto łęg wzdłuż cieku oraz grąd na obu brzegach i wykonano nasadzenia dosłownie „od linijki”.

To dzieje się na każdym niemal kroku. Można mnożyć przykłady. W pierwszym przypadku na prace utrzymaniowe wydała zgodę Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, w drugim prace odbyły się w sprzeczności z oficjalnymi dokumentami i rekomendacjami samych leśników oraz w oparciu o Plan Urządzenia Lasu, który wciąż jest dokumentem niepodlegającym konsultacjom społecznym i ocenie oddziaływania na środowisko. Dla jasności: nie jestem tak całkiem wariatem i rozumiem, że gospodarka leśna to ważna gałąź przemysłu. Ale ona nie może się odbywać poza prawem, na specjalnych warunkach. Obecny stan wiąże się z ogromnym negatywnym oddziaływaniem gospodarki leśnej na przyrodę Polski. Rzeki, strumienie, oczka śródpólne, jeziora, torfowiska, olsy itp. siedliska higrofilne powinny zostać uznane w Polsce za priorytetowe. Powinno się przyjąć program ich inwentaryzacji w całym kraju. A najcenniejsze i najważniejsze powinny być nietykalne. Tu już nie chodzi o „ptaszki i motylki”, lecz o bezpieczeństwo publiczne.

Strzel bobra

Bobry to nasi wielcy sprzymierzeńcy. Jestem codziennie nad rzekami i w lasach. Tylko tam, gdzie są bobry, jest jakaś woda. Wszędzie indziej wszystko jest wyschnięte na wiór i nawet trzydniowe opady nie poprawiły sytuacji. Gdzieś czytałem niedawno wypowiedź hydrologa. Powiedział, że aby obecnie uzupełnić deficyt wody w środowisku, potrzebujemy nieustannych, obfitych, przynajmniej 30-dniowych opadów. To pokazuje skalę problemu. Na początku maja byłem we wspaniałym miejscu w Górach Świętokrzyskich. Niewielka wioska, tradycyjna zabudowa, ekstensywne rolnictwo (z biedy, nie z wyboru), wokół największy świętokrzyski zwarty kompleks leśny: mroczne, wilgotne i chłodne bory jodłowe. I pod lasem malutki ciek, a na nim wielkie łaki trzęślicowe z 6 gatunkami storczyków, rosiczkami, pełnikami europejskimi, kosaćcami syberyjskimi, ptactwem wodno-błotnym i przychodzącymi czasem wilkami. Woda stagnująca przez cały rok. Tak było tam jeszcze 3 lata temu. Wczoraj wszystko wyschnięte w straszliwy sposób. Resztki tej różnorodności, którą znałem. Nie ma tam bobrów. Nie wiem, czemu. Za to jest sieć rowów melioracyjnych i w nich jest woda. Tylko w nich. Więc jeśli nie ma tam bobrów, to odpaliłbym program dopłat dla rolników na budowę zastawek, mikrotam. Żeby tę wodę zatrzymywali na swoich łąkach. To rozpaczliwy pomysł, ale i sytuacja jest rozpaczliwa.

Hydrofobia jest wynikiem głębokiego kryzysu, w jakim się znajdujemy. Trzeba tu podkreślić, że na ten kryzys, chyba już egzystencjalny, pracowały pokolenia Polaków, nie tylko obecny rząd.

Łukasz Misiuna

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Ministerstwo Środowiska planuje zmniejszenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Argumentem przemawiającym za taką decyzją ma być rzekoma utrata wartości przyrodniczych na około 5 hektarach terenu parku. Te 5 ha to trzy działki, na których zlokalizowany jest między innymi klasztor Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Trwa spór między przyrodnikami a ministerstwem środowiska i dyrekcją Świętokrzyskiego Parku Narodowego o to, czy teren faktycznie utracił walory przyrodnicze, a jeśli tak, to w jakim stopniu i z jakiego powodu. Całkowicie w cieniu tego sporu pozostaje stan wyjątkowych zabytków kultury na Łyścu, które ulegają powolnemu, ale stopniowemu pogorszeniu. Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków nie umie stwierdzić, czy wydał zgodę na zniszczenie zabytków na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym.

Na Łyścu, jeszcze nadal w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego, znajduje się skała, której wiek ocenia się na 490-500 mln lat. Geolodzy mówią, że jest to „kręgosłup” najstarszych gór w Europie – Gór Świętokrzyskich. Klasztor benedyktyński na Łyścu pochodzi z lat 1102–1138, a pozostałości prasłowiańskiego wału kultowego datuje się na IX-X wiek. Wiele jednak wskazuje, że ośrodek kultu istniał tu znacznie wcześniej.

Na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oblaci czują się od lat jak u siebie. Właściwie zaciera się obecnie granica pomiędzy tym, kto tu jest właścicielem, a kto nie, i jak wygląda podział kompetencji i odpowiedzialności za zachowanie w dobrym stanie najwyższych wartości przyrodniczych i kulturowych. W ostatnich kilkunastu latach na terenie Łyśca doszło do istotnych zmian w zagospodarowaniu terenu objętego rozmaitymi formami ochrony przyrody i ochrony konserwatorskiej.

Stowarzyszenie MOST wystąpiło z pismem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z pytaniami o to, czy zostały wydane wymagane prawem zgody na niektóre z inwestycji zrealizowanych w ostatnich latach. Pytania dotyczyły budowy sztucznego nasypu i ołtarza, zespołu drewnianych krzyży oznaczonych jako „miejsce pamięci nienarodzonych 1956–2006”, nasadzenia dębu Jana Pawła II, hałdy gruzu, kamiennej rampy, schodów i drogi wiodącej do klasztoru.

Konserwator Zabytków odpowiedział na pytania w piśmie FOK.O.1331.20.2019 z dnia 10.12.2019.

W odpowiedzi czytamy, że tylko na pierwszą z inwestycji konserwator odnalazł zgodę na jej realizację.

W odniesieniu do pozostałych inwestycji konserwator napisał:

„Tutejszy Urząd nie posiada wiedzy w jakim czasie doszło do realizacji wskazanych […] działań, jak również na podstawie przeanalizowanych danych nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że takie pozwolenia nie istniały”. Podpisano: Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków mgr inż. Anna Żak-Stobiecka.

W ciągu 7 minut ustaliłem terminy i wykonawców dla dwóch wymienionych działań na Łyścu. Dla żadnego z nich konserwator zabytków nie potrafił ustalić terminu, wykonawcy ani tego, czy wydał na nie zgodę.

Ciekawe, że Konserwator Zabytków w swoim piśmie FOK.O.1331.17.2019 z dn. 25.10.2019 poinformował mnie, że wydał oblatom zgodę na realizację zadania na Łyścu pod nazwą „Siedziska z zadaszeniem w klasztorze na Świętym Krzyżu”. Inwestycja miała być zrealizowana pod nadzorem archeologicznym. W kolejnym piśmie FOK.O.1331.20.2019 Konserwator poinformował mnie, że prowadzi postępowanie wyjaśniające „w oparciu o nieprawidłowości w utrzymaniu obszaru wpisanego do rejestru zabytków ujawnione podczas oględzin w dniu 7.11.2019”. Ostateczna odpowiedź Konserwatora miała być związana z ustosunkowaniem się oblatów do „zidentyfikowanych nieprawidłowości”.

Jak widać, czynności wyjaśniające nie powiodły się.

Zabytki kultury

Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory. Kluczowy jest tu spójnik „i”. Jeżeli na danym terenie występują zarówno przyrodnicze, jak i kulturowe wartości, to aby zmniejszyć park narodowy, należy wykazać utratę obu rodzajów tych walorów. Nie tylko przyrodniczych. Nie tylko kulturowych. Przyrodniczych i kulturowych. Projekt rozporządzenia ministra środowiska w sprawie zmniejszenia obszaru Świętokrzyskiego Parku Narodowego zupełnie pomija stan wartości kulturowych na Łyścu.

Tymczasem klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.

Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych.

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. Nazwa „Święty Krzyż” pojawiła się po tym, jak Władysław Łokietek ofiarował kościołowi relikwie drzewa świętego krzyża w 1306 roku. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano, aby sfinansować inne przedsięwzięcia kościelne. Kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność Państwa Polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.

Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane Polskim Sachalinem.

W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu Oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Aż do dziś. Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o uzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków. Obietnice przywrócenia Kościołowi klasztoru składali minister środowiska Jan Szyszko i poseł Przemysław Gosiewski.

Zbytki popkultury

Historia starań przejęcia przez oblatów klasztoru na własność od państwa polskiego sięga lat 30. XX wieku. Informują o tym tablice umieszczone w klasztorze. Starania te były nieskuteczne.

Od lat 90. znacznie przybrały na sile starania oblatów, aby przejąć klasztor. Od tego czasu zakonnicy forsują wersję, jakoby chcieli „odzyskać utracone, należne mienie”. Trzeba tu pamiętać, że oblaci nigdy nie byli właścicielami całego klasztoru i przyległych działek.

Obecność muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego w zabudowaniach klasztornych skutecznie uniemożliwiała przejęcie klasztoru przez zakonników. Mimo to nie ustali oni w swoich zamierzeniach.

Ingerencja w pierwotny ład architektoniczny na Łyścu rozpoczęła się od tzw. odtworzenia drogi krzyżowej. Pierwotnie istniały tu zabytkowe kapliczki. Nowe „instalacje” w niczym do nich nie nawiązują i mają raczej charakter odpustowej cepeliady. Pozwolenie na ich powstanie zostało wydane czasowo. To, co zostało zrealizowane, znacznie różni się od projektów zamieszczonych na witrynie internetowej OO. Oblatów. Inwestorem przedsięwzięcia nie byli oblaci, a gmina Nowa Słupia. Ówczesny dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie zgodził się, aby kapliczki stanęły na terenie znajdującym się w zarządzie parku.

W roku 2002 oblaci doszli do porozumienia ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Na jego mocy otrzymali w użytkowanie pomieszczenia znajdujące się pod budynkami klasztornymi. W podziemiach klasztoru przebito sztuczne przejście łączące zabytkowe podziemia. Przy okazji odnaleziono tu ślady osadnictwa sprzed okresu powstania klasztoru. W ten sposób zniszczono też zimowisko nietoperzy. Zadanie przeprowadzono pod nadzorem archeologicznym, ale bez nadzoru przyrodniczego. Wszystko po to, aby stworzyć zaplecze gastronomiczne dla pielgrzymów. Działanie to rozbudziło fantazje zakonników o wielkim centrum turystycznym. Postanowili, że w podziemiach powstanie rozbudowane zaplecze kuchenne. W tym celu planowano wykuć wielką komnatę w litej skale. Nowa kuchnia oblatów miała znajdować się pod… Kaplicą Oleśnickich. Okazało się jednak, że taka inwestycja groziłaby zawaleniem się budynków nad kuchnią. Dopiero ta perspektywa odwiodła zakonników od planu. Ogromne koszty inwestycji nie stanowiły problemu.

Punktem kulminacyjnym był rok 2006, kiedy oblaci zorganizowali huczne obchody fikcyjnego wydarzenia. Na podstawie mitu, a nie faktu historycznego mówiącego, że w 1006 roku klasztor ufundowała Dąbrówka, żona Mieszka I, zakonnicy zaplanowali obchody tysiąclecia życia monastycznego na Łyścu, nazwane „Świętokrzyskim Millenium”. Z tej okazji na obszarze parku narodowego, na terenie porośniętym przez chronione siedliska, wybudowano sztuczną skarpę i ołtarz. Ołtarz rozebrano, ale skarpa w funkcji sceny istnieje nadal. Wtedy też posadzono tzw. Dąb Jana Pawła II i postawiono krzyże upamiętniające nienarodzone dzieci, a wokół nich nasadzono rozmaite gatunki roślin ozdobnych w niczym nienawiązujących do naturalnych w parku gatunków i zbiorowisk.

Te i inne działania w tym okresie miały na celu uczynienie z Łyśca centrum pielgrzymkowego. Jak się okazuje, nie sposób dziś dociec, które z działań zakonników były legalne i zostały zrealizowane za zgodą konserwatora zabytków, a które przeprowadzono bez zgód i konsultacji, stawiając konserwatora wobec faktów dokonanych.

W 2017 roku oblaci wymyślili budowę… nowego skrzydła klasztoru. Miał to być budynek trzykondygnacyjny. Zaplanowano także dwa poziomy podpiwniczenia. Miała także powstać sala „konferencyjna”. Oblaci chcieli rozbudować obiekt, ponieważ ich zdaniem jest on zbyt mały na ich potrzeby. Zbyt mała przestrzeń dla zakonników miała być skutkiem… zbyt grubych murów. Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków oraz Narodowy Instytut Dziedzictwa odrzuciły tę koncepcję „przebudowy”.

Jedynie w czasach PRL na Łyścu dokonano poważniejszych niż wymienione zniszczeń przyrody i krajobrazu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zbudowano tu wieżę radiowo-telewizyjną dominującą nad całością szczytu oraz przeszklony budynek zwany „akwarium”, który był barem dla turystów. Ten obiekt rozebrano.

Wszystko wskazuje na to, że urzędnicy odpowiedzialni za zabytki i przyrodę w Świętokrzyskim Parku Narodowym nie są w stanie chronić ani jednych, ani drugich wartości. Dyrektor ŚPN uważa, że teren nie ma wartości przyrodniczych, bo zaszły tu procesy urbanizacyjne. Konserwator zabytków nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, na co wydawał zgodę, a na co nie. Minister środowiska twierdzi, że obszar od setek lat tracił swoje wartości.

Działania oblatów w ostatnich kilkunastu latach jednoznacznie pokazują, że chcą oni uczynić z Łyśca, jego zabytków i przyrody prywatną własność. Chcą tu rozwijać wielkie centrum turystyczno-pielgrzymkowe przewyższające skalą wszystko, co w Polsce podobne. Zdumiewa ta chęć zawłaszczenia i podporządkowania sobie wszystkiego wokół. Zdumiewa brak pohamowania żądzy posiadania, zarabiania pieniędzy, uzyskiwania wpływów politycznych i swoboda w łamaniu prawa.

Można by pewnie pomyśleć, że to splot niefortunnych zdarzeń, chaos wynikający z wielu zadań, brak danych itp. Wszystko jednak układa się w smutną całość. Organy państwa polskiego wycofują się i używają swoich kompetencji po to, aby usankcjonować postępującą degradację świata przyrody i kultury na Łyścu.

Te oba światy (kultury i natury) dobrze funkcjonowały na Łyścu od paru tysięcy lat. Dylemat Kultura czy Natura rozwiązał się tu poprzez rozstrzygnięcie: Kultura i Natura. Jedna z drugą na Łyścu przeplatały się spontanicznie, tworząc wyjątkową, unikalną konstrukcję struktury, funkcji i wartości. Polem wspólnym dla obu tych bytów były zawsze mistycyzm, duchowość i kontemplacja: zarówno Ducha, jak i Natury, przy czym w końcu trudno było jedno od drugiego oddzielić (bo też może i nie da się ich oddzielić). Jedno przez drugie było wspierane i wzajemnie się chroniło, czego rezultatem jest unikalny kompozyt przyrodniczo-kulturowy, materialno-duchowy, ludzko-zwierzęcy i roślinny. Monumentalna architektura pradziejów i pierwotnej przyrody zainspirowała ludzi (zagubionych pomiędzy obu bytami) do stworzenia architektury własnej duchowości.

Obecnie na Łyścu jesteśmy w sytuacji, w której państwo abdykowało ze swojej roli obrońcy najwyższych i unikalnych wartości. To także sytuacja, w której w ordynarny sposób zakonnicy chcą rozerwać pierwotny splot świata duchowego z jego biologicznymi podstawami.

Wniosek jest też taki, że oblaci mogą dowolnie niszczyć zabytki na Łyścu. Konsekwencją tego będzie to samo, co w przypadku zniszczeń w świecie przyrody. Strach urzędników państwowych przed instytucją kościelną powinien trwożyć obywateli i samych urzędników.

Łukasz Misiuna

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Stragan z chińszczyzną w sercu Gór Świętokrzyskich w Świętokrzyskim Parku Narodowym na Łyścu, fot. Łukasz Misiuna.

 

Przeczytaj poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

26 kwietnia 2019 roku na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia Ministra Środowiska w sprawie zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego [Przypis nr 1]. Z treści dokumentu wynika, że z granic parku mają być usunięte trzy działki o łącznej powierzchni około 5 ha. Na tym terenie znajduje się m.in. Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Minister środowiska uzasadniając swój plan stwierdza, że teren ten utracił walory przyrodnicze, oraz że zaszła potrzeba uregulowania spraw własności gruntów. Sprawa wzbudziła poważne kontrowersje i zastrzeżenia, o czym licznie informowano w mediach [2, 3, 4]. Zdaniem przyrodników i działaczy społecznych, twierdzenie o utraconych walorach przyrodniczych nie znajduje potwierdzenia w danych terenowych i w rzeczywistej przyrodniczej randze terenu. Zgodnie z Ustawą o ochronie przyrody, zmniejszenie powierzchni parku narodowego może nastąpić jedynie w przypadku „bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczych i kulturowych jego obszaru” [5]. Tymczasem żaden z tych warunków nie został spełniony. W ustawie nie ma też mowy o zmniejszaniu powierzchni parku z uwagi na „konieczność aktualizacji przebiegu granic tego Parku” [6] – jak uzasadnia minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Artura Gierady w tej sprawie [7].

Tożsamość i wartości

Święty Krzyż, czyli Łysiec lub Łysa Góra, to jeden z głównych szczytów Pasma Łysogórskiego w Górach Świętokrzyskich. To właśnie od tego miejsca bierze się nazwa samych gór i całego regionu. Już w latach 20. XX wieku dostrzeżono ponadprzeciętne walory przyrodnicze i kulturowe tego miejsca. Okazały się one na tyle cenne, że powołano tu w 1924 roku rezerwat przyrody, który stał się nieodłączną i konieczną częścią powołanego w 1950 roku Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To właśnie Łysiec z klasztorem, gołoborzem i wierzchowiną jest obok Łysicy najważniejszym elementem przyrodniczym i kulturowym Parku oraz kluczową częścią tożsamości regionalnej o wartości unikatowej w skali całego kraju. Tak jak trudno sobie wyobrazić Tatrzański Park Narodowy bez Giewontu, Słowiński Park Narodowy bez skansenu w Klukach czy Wigierski Park Narodowy bez klasztoru Kamedułów, tak nie sposób sobie wyobrazić Świętokrzyskiego Parku Narodowego bez Łyśca zwanego Świętym Krzyżem. A przecież każde z tym miejsc poddane jest silnej presji ze strony człowieka, podobnie, a nawet bardziej niż Łysiec z klasztorem.

Wierzchowina na Łyścu zasługuje na odrębny program prezentacji turystycznej i odrębny projekt zagospodarowania z wydzieleniem powierzchni dokumentacyjnych. Jest to najważniejsza powierzchnia w Górach Świętokrzyskich z punktu widzenia środowiska naturalnego i kulturowego.

Ta powierzchnia jest skarbnicą historii od pradziejów oraz informacji przyrodniczych dotyczących przeszłości geologicznej Gór Świętokrzyskich.

W opinii specjalistów masyw Łyśca jest częścią krajobrazu kulturowego o wysokiej, ponadlokalnej randze. Jest to miejsce wciąż nie do końca poznane archeologicznie i skrywa wiele tajemnic przeszłości, sięgającej czasów sprzed państwowości polskiej i sprzed chrześcijaństwa. Tym samym klasztoru nie można traktować jako jedynej i najważniejszej dominanty kulturowej. Jest to jeden z elementów większej unikalnej całości. Sam klasztor jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”, chroniący sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i plateau podszczytowym ograniczone około 2,5 km wałem kamiennym z 300-metrową strefą ochronną z systemem wczesnośredniowiecznych dróg i podejść. Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii [8, 9].

O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem” [10].

Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie. Ale to walory przyrodnicze budzą najwięcej kontrowersji.

Czy zostały utracone?

Kluczem do zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego ma być twierdzenie, że teren, o którym mowa, utracił walory przyrodnicze. Tu duże znaczenie ma legendarna już wypowiedź dyrektor ŚPN Jana Reklewskiego. W rozmowie z Gazetą Wyborczą Kielce powiedział on, że: „Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej wartości przyrodniczej, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku. Cenne gatunki tam nie występują” [11].

Wypowiedź ta budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, nie zachodzą tam procesy urbanizacyjne, lecz antropogeniczne, a to nie to samo. Rzeczywiście presja ludzi na przyrodę tego miejsca jest duża, a epizodycznie bardzo duża. Samo wybudowanie tam klasztoru i jego istnienie przez wieki odcisnęło piętno na otaczającej przyrodzie. Jednak niekoniecznie zubażając ją. Na pewno pojawiły się gatunki i siedliska odmienne od związanych z naturalnymi lasami, ale to nie znaczy, że mniej cenne i mniej unikalne. Istnieje wiele siedlisk i gatunków związanych ściśle z obecnością człowieka i jego sposobem gospodarowania, które jednocześnie są zagrożone wymarciem lub występują bardzo rzadko. Wiele z nich wymaga podejmowania tzw. czynnych zabiegów ochrony przyrody. Tak jest właśnie na Łyścu. Wierzchowina Łyśca otoczona jest lasami i jest wykorzystywana jako miejsce migracji, odpoczynku i żerowania gatunków rozmnażających się w sąsiadujących z nią lasach. To tzw. strefa ekotonowa, ważna dla wielu organizmów. Również twierdzenie, że nie ma tu „przedmiotów ochrony” parku nie jest prawdziwe.

Ponadto park narodowy utworzono na tym terenie w połowie XX wieku, a więc nie „setki lat temu”. Oznacza to, że przyrodnicy i regionaliści dostrzegli tam ponadprzeciętne walory kulturowe i przyrodnicze występujące POMIMO wielowiekowej obecności klasztoru w tym miejscu.

Poważne zastrzeżenia budzi stwierdzenie, że „cenne gatunki tam nie występują”. Jest to oczywista nieprawda, o czym poniżej.

Jako przyrodnik działający w kieleckim Stowarzyszeniu MOST postanowiłem sprawdzić, na ile twierdzenia dyrektora ŚPN są zgodne z prawdą. Wystąpiłem do dyrekcji ŚPN o zgodę na przeprowadzenie niezależnych badań przyrodniczych. Zgodę otrzymałem. Już w pierwszych dniach inwentaryzacji okazało się, że na terenie przeznaczonym do wyłączenia z granic parku znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. Dyrektywie Siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażony na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano [12] oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni wymieniony w Dyrektywie Siedliskowej, i popielica szara wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczka podziemna. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także szereg gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju. Warto podkreślić, że tylko jeden z tych gatunków został wykazany w operacie wykonanym przez Świętokrzyski Park Narodowy. Operat ten stał się dla ministra podstawą do twierdzenia o utraconych walorach terenu.

Niestety badania nie mogły być kontynuowane. O pierwszych stwierdzeniach cennych gatunków i siedlisk informowałem na portalu społecznościowym z konta Stowarzyszenia MOST. Na tej podstawie dyrektor ŚPN cofnął pozwolenie na prowadzenie badań. W wypowiedziach medialnych dyrektor Reklewski stwierdził, że musiał cofnąć zgodę, ponieważ badania były nierzetelne i prowadzone pod z góry założoną tezę. Pojawiły się też zarzuty, że publikowanie wyników badań, zanim zostały one zakończone, podważa ich wiarygodność.

W piśmie z 24 lipca 2019 r dyrektor ŚPN Jan Reklewski wstrzymał zgodę na wykonanie badań.

Swoją decyzję w piśmie dyrektor Reklewski argumentuje następująco: „Trudno sobie wyobrazić, aby w ciągu jednego tygodnia udało się przeprowadzić kompleksową inwentaryzację przyrodniczą badanego terenu”.

Tymczasem nigdzie nie informowałem, że wykonałem pełną inwentaryzację. Relacjonowanie działalności naukowo-badawczej Stowarzyszenia na portalu społecznościowym nie miało charakteru całościowego raportu z badań. Informowałem jedynie o stwierdzeniach kolejnych cennych siedlisk i gatunków. Stąd argumentacja dyrektora jest nieuzasadniona i nie posiada żadnych podstaw.

Dyrektor Reklewski w rozmowie z 27 lipca 2019 z kielecką „Gazetą Wyborczą” w jeszcze dziwniejszy sposób argumentował swoją decyzję: „Powstały podejrzenia, że (badania) prowadzone są pod z góry założoną tezę”.

Rzeczywiście, znając uwarunkowania przyrodnicze Łyśca, trudno mi było przyjąć, że teren „utracił” wartości przyrodnicze i jest bezwartościowy dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak w każdych badaniach naukowych, tak i w tych przyjąłem hipotezę. Taką, że teren jest prawdopodobnie słabo rozpoznany i prezentuje większe wartości niż te, o których mówi dyrektor Reklewski. Na tym polega praca naukowa, że się zakłada jakąś hipotezę, a potem ją weryfikuje.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego może wstrzymać lub cofnąć zgodę na badania w dwóch przypadkach.

Regulamin udostępniania ŚPN do badań naukowych mówi: (Załącznik nr 2 do Zarządzenia nr 11/2018 Dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego Z siedzibą w Bodzentynie z dnia 19.02.2018 r.) mówi, że: „Pkt 10. Dyrektor Parku może wstrzymać wydanie zgody na prowadzenie badań naukowych w ŚPN osobie/instytucji, która nie złożyła sprawozdania z realizacji innego projektu realizowanego w ŚPN.

Pkt 12. W określonych przypadkach (konieczność i zasadność prowadzenia badań w Parku, stopień ingerencji w przyrodę Parku, zaproponowana metodyka badań) wydanie decyzji, może być poprzedzone dodatkowym opiniowaniem ,,Wniosku’’ (przez Radę Naukową Parku, specjalistów w danym zakresie z Rady Naukowej Parku lub spoza Rady Naukowej)” [13].

Ani jedna, ani druga okoliczność nie dotyczy wydanej zgody. W pierwszym przypadku nigdy wcześniej Stowarzyszenie MOST nie prowadziło samodzielnych badań w ŚPN, stąd nie składało raportu. W drugim przypadku dyrektor nie wymagał metodyki badań, wydając swoją zgodę. Swoją drogą Rada Naukowa ŚPN nie opiniowała wydanej zgody i o niej nie wiedziała.

Co więcej, żadna umowa ani żaden przepis nie zobowiązują Stowarzyszenia MOST do zachowania tajemnicy w zakresie ustaleń prowadzonych badań na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wręcz przeciwnie – jako badania niezależne i realizowane w ramach kontroli obywatelskiej powinny być ogłaszane publicznie.

Wygląda raczej na to, że wstępne wyniki rozpoczętych badań nie były zgodne z tezą głoszoną przez dyrektora Reklewskiego.

Prawdopodobnie właśnie to spowodowało, że dyrektor Reklewski postanowił uniemożliwić prowadzenie dalszych niezależnych badań, których nawet wstępne rezultaty podważyły opinie jego i ministra środowiska. W swoim piśmie dyrektor wskazał, że do prowadzenia dalszych badań niezbędny jest nowy wniosek zawierający pełne metodyki badań, biogramy ekspertów, ich afiliacje oraz poświadczenie dorobku naukowego. Dyrektor oczekuje też zaopiniowania tych dokumentów przez naukowca z tytułem naukowym nie niższym niż doktor habilitowany. Pomimo złożonego zażalenia na tę decyzję, dyrektor ją podtrzymał.

Nieścisłości

Podstawowa wątpliwość dotyczy prawdziwych motywów powstania pomysłu o zmniejszeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego o te akurat działki. Na stronie zakonu oblatów można prześledzić historię licznych imprez z udziałem polityków Prawa i Sprawiedliwości organizowanych na Łyścu. Spotykał się tu z zakonnikami między innymi minister środowiska Henryk Kowalczyk [14]. Wiadomo też, że od lat 90. oblaci starali się przejąć na własność całość zabudowań klasztornych wraz z ich otoczeniem. Należy tu dodać, że kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność państwa polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.

Rzeczywista motywacja podjętych działań legislacyjnych stanie się jaśniejsza, gdy prześledzimy działania oblatów na Świętym Krzyżu. Intensyfikacja działań podejmowanych przez zakonników na rzecz przejęcia szczytu i plateau nastąpiła na początku XXI wieku. W 2003 roku wykonano sztuczne przebicie z kruchty do pozostałych pomieszczeń. Utworzono tam zaplecze gastronomiczne dla turystów. W 2006 roku w związku z obchodami tzw. Świętokrzyskiego Millenium, usypano sztuczną skarpę pod ołtarz na przedpolu klasztoru. Wykonano schody i podjazd od bramy klasztornej ku kościołowi. Działka u podnóża klasztoru została przekształcona w miejsce wydarzeń religijnych. Na terenie tym wprowadzono obiekty o charakterze religijno-propagandowym, np. tzw. dąb Jana Pawła II czy zgrupowanie krzyży upamiętniające nienarodzonych w latach 1956–2006. Wysypywano tu gruz. Nie jest pewne, czy na te działania uzyskano zgody Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Pismo o udostępnienie informacji publicznej w tych sprawach zostało złożone. Znane są też inne zamierzenia budowlane oblatów, związane z ich rosnącymi potrzebami wynikającymi z planów rozwoju turystyki religijnej. Na niektóre z nich zgody nie wydał Konserwator Zabytków i zablokował je.

Od lat na Świętym Krzyżu oblaci organizują duże wydarzenia religijne, na które przybywają politycy PiS, ale też np. motocykliści, o czym także pisałem [15]. Punktem kulminacyjnym miało być wydarzenie planowane na 14 września 2019 roku. Oblaci planowali imprezę na 120 000 pielgrzymów. Dyrektor ŚPN Jan Reklewski zapytany przeze mnie w piśmie o to, czy informowano go lub konsultowano z nim te plany, odpowiedział, że nie. Trudno sobie zatem wyobrazić aby i inne, mniejsze, kilkutysięczne procesje były z nim konsultowane. Na szczęście na skutek presji medialnej do wydarzenia tego nie doszło. Oblaci wycofali się z niego, powołując się na względy bezpieczeństwa publicznego i ochrony przyrody [16].

Wyraźnie widać, że działalność oblatów i ich samodzielność w dysponowaniu terenem Świętokrzyskiego Parku Narodowego rosną od kilkunastu lat. Do pełnej swobody potrzeba im już tylko wyłączenia terenu z granic parku narodowego. Wtedy nie będą musieli niczego z nikim konsultować. Klimat polityczny jest sprzyjający.

Zresztą rozmach zakonników wykracza poza wspomniane działki. Skierowali oni 18.03.2019 roku pismo do prezydenta Kielc z wnioskiem o uruchomienie dodatkowych linii autobusowych relacji Kielce – Święty Krzyż i Święty Krzyż – Kielce. Prezydent Kielc w swoim piśmie z 1.04.2019 odmówił uruchomienia takich linii z uwagi na zbyt wysoki koszt ich utrzymania. Odesłał natomiast Oblatów do gmin Bieliny i Nowa Słupia. Prezydent uznał, że jeśli gminy te i oblaci będą uczestniczyć w utrzymaniu linii, to będzie to możliwe.

Z analizy ruchu turystycznego w Świętokrzyskim Parku Narodowym wynika, że większość turystów wybiera właśnie Łysiec jako cel wycieczki. To właśnie uroczystości organizowane przez zakonników przyciągają tu nawet kilkanaście tysięcy wiernych dziennie. W związku z organizacją imprez religijnych zezwala się na teren ŚPN wjazdu autokarom, motocyklom i autom osobowym. To turystyka religijna, a nie krajoznawczo-przyrodnicza. Teren parku ma chronić wartości przyrodnicze i kulturowe. Miejsca kultu religijnego mogą w jego granicach funkcjonować, ale to dobro przyrody jest tu priorytetem.

Wspomniany wcześniej dr Cezary Jastrzębski, analizując ruch turystyczny w ŚPN, stwierdza jednoznacznie: „Turystyka alternatywna a nie masowa powinna pozostawać głównym trendem funkcji turystycznej parku” [17].

Kolejna nieścisłość dotyczy stanu zbadania przyrodniczego działek przeznaczonych do wyłączenia z granic ŚPN. Po pierwsze wspomniana inwentaryzacja przyrodnicza rozpoczęta przeze mnie, tylko w ciągu kilku dni jej trwania wykazała daleko większe wartości przyrodnicze terenu niż operat zamówiony przez dyrekcję Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Dyrektor ŚPN w swoim piśmie z dnia 23.08.2019 stwierdza, że działki były inwentaryzowane, ale nie stwierdzono ich wysokiej wartości przyrodniczej. Minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Gierady podtrzymuje to twierdzenie. Teren został albo źle zinwentaryzowany, albo jego walory przyrodnicze wzrosły znacznie w ciągu ostatnich kilku lat. Zaskakuje także postawa dyrektora Parku – nagłe wstrzymanie niezależnych badań w sytuacji, gdy już w pierwszych dniach oględzin stwierdzane są cenne gatunki, stoi w sprzeczności z jego misją i funkcją. Warto dodać, że dane o wartościach przyrodniczych terenu zostały tu zebrane w tym samym czasie przez naukowców z Gdańska w czasie trwania ogólnopolskiego obozu chiropterologicznego oraz przez botanika. Większość cennych stwierdzeń została udokumentowana.

Trzecia nieścisłość dotyczy twierdzenia ministra Kowalczyka zawartego w tej samej odpowiedzi na temat przyczyn utraty walorów przyrodniczych terenu. Minister stwierdza, że walory te zostały utracone „na przestrzeni setek lat” wskutek funkcjonowania klasztoru benedyktynów oraz więzienia. Z jakiego zatem powodu w 1924 roku utworzono tam rezerwat przyrody, a w 1950 roku park narodowy? Trudno tego dociec. Jasne jest jednak, że tak masowy ruch turystyczno-religijny, jaki odbywa się tam teraz bez żadnej kontroli, doprowadzi w końcu do zniszczenia wartości przyrodniczych. Organy za to odpowiedzialne to Ministerstwo Środowiska i dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zresztą, skoro minister środowiska i dyrektor ŚPN mówią w oficjalnych pismach o „utracie” wartości przyrodniczych tego miejsca, to powinni dysponować materiałami, które można porównać. W latach 2012–2014 wykonano inwentaryzacje przyrodnicze terenu ŚPN na potrzeby projektu planu ochrony dla parku. Nigdzie jednak ani minister Kowalczyk, ani dyrektor Reklewski nie podają, z jakimi wcześniejszymi danymi porównano zgromadzony materiał. Czyli nie wiadomo na podstawie jakich dokumentów snują wniosek o „utracie” wartości przyrodniczej Łyśca.

Czwarta nieścisłość dotyczy sposobu interpretacji prawa. Na etapie opracowywania projektu planu ochrony dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego zidentyfikowano na Łyścu szereg zagrożeń dla przyrody Parku. Są to między innymi: zanieczyszczenie hałasem, światłem i zaśmiecanie. Wszystkie te presje związane są między innymi z organizacją imprez masowych. Poprzednia dyrekcja Parku zaproponowała rozwiązania w postaci wprowadzenia limitu odwiedzających to miejsce. W ramach konsultacji społecznych tego zapisu zgłoszono szereg uwag, także wspierających te rozwiązania. Pojawiły się również głosy, głównie ze strony struktur kościelnych, że takie limity są niekonstytucyjne, bo ograniczają swobodny dostęp do miejsc kultu religijnego. Co jednak z konstytucyjnym prawem ochrony dziedzictwa przyrodniczego i zasadą zrównoważonego rozwoju? Co z ustawą o ochronie przyrody, która mówi, że park narodowy jest najwyższą formą ochrony przyrody, a organy odpowiedzialne za park mają go chronić przed rozmaitymi presjami? No i co z głosem środowisk przyrodniczych i eksperckich wyrażonych na etapie konsultacji społecznych, które wspierały rozwiązania zaproponowane przez poprzednią dyrekcję? Należy tu podkreślić, że limitowanie ruchu turystycznego nie jest ograniczaniem czy uniemożliwianiem dostępu do miejsc kultu religijnego, lecz wprowadzeniem zasad, które pozwolą zarówno wiernym korzystać z miejsca kultu, jak i przyrodzie na funkcjonowanie w niepogorszonym stanie. To jest właśnie realizacja konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju, której nie chce przestrzegać minister Kowalczyk.

Piąta nieścisłość dotyczy zapisu z ustawy o ochronie przyrody, zgodnie z którym wartości przyrodnicze nie tylko zostały utracone, ale zostały utracone „bezpowrotnie”. Przypominam, że mówimy o terenie leżącym w lesie, pośród starych drzewostanów, na terenie objętym rozmaitymi formami ochrony przyrody i kultury. Jest to obszar występowania wielu chronionych gatunków, w tym rzadkich i zagrożonych. Nie przebiega tu autostrada, nie ma lotniska ani elektrowni jądrowej czy kopalni. Wystarczy limitować ruch turystyczny i nie dopuszczać do dewastacji przyrody w trakcie imprez masowych, a ta nadal będzie tu świetnie funkcjonować. Argument o „bezpowrotnej” utracie walorów przyrodniczych nie ma najmniejszego uzasadnienia.

I chyba ostatnia nieścisłość. Omawiany teren leży także w granicach obszaru Natur 2000 „Łysogóry”. Skoro teren ten utracił wartości przyrodnicze, to dlaczego nie wyłączyć go także z granic Natury 2000? Przypominam, że występuje tam siedlisko przyrodnicze będące przedmiotem ochrony tego obszaru oraz gatunki wymienione w obu dyrektywach: ptasiej i siedliskowej. Zgodnie z unijnym prawem, jeśli brak wystarczających danych o przyrodzie, należy zaniechać wszelkich działań, które mogą jej zaszkodzić. Unijna zasada przezorności, wyrażona w preambule Dyrektywy Siedliskowej w Ustawie o ochronie środowiska zdefiniowana została w następujący sposób: „Kto podejmuje działalność, której negatywne oddziaływanie na środowisko nie jest jeszcze w pełni rozpoznane, jest obowiązany, kierując się przezornością, podjąć wszelkie możliwe środki zapobiegawcze”.

Wystarczy więc tylko możliwość pojawienia się szkody w środowisku, aby zaszła konieczność przeciwdziałania jej. Warto przypomnieć, że zasada przezorności jest jedną z kluczowych w prawodawstwie Unii Europejskiej. Pojawiła się już w 1993 r. w Traktacie Maastricht, a następnie w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej: „Polityka Unii w dziedzinie środowiska opiera się na zasadach ostrożności, działania zapobiegawczego i usuwania zanieczyszczeń u źródła, a także na zasadzie »zanieczyszczający płaci«” [18].

Co to oznacza? Przede wszystkim to, że brak jest wystarczających merytorycznych przesłanek, aby stwierdzić, iż działki na Łyścu utraciły wartość przyrodniczą. Po drugie, nawet jeśli utraciły, to twierdzi tak obecny dyrektor parku, a nie PIĘCIU jego poprzedników, którzy uważali, że teren jest cenny przyrodniczo. I po trzecie, zgodnie z zasadą przezorności, nie należy podejmować żadnych działań w tym miejscu, póki nie przeprowadzi się tam badań naukowych. Zarówno przyrodniczych, jak i archeologicznych i geologicznych. W obecnej sytuacji tylko niezależne, profesjonalne badania mogą dać pełną odpowiedź na pytanie, czy teren utracił wartości przyrodnicze i kulturowe. No i oczywiście, gdyby polski rząd zechciał wyłączyć ten teren z granic obszaru Natura 2000, musiałby się narazić na nieuchronny konflikt z Komisją Europejską.

Jaki będzie finał?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przypadku Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie chodzi o dobro przyrody, ochronę konstytucyjnych praw i prawo w ogóle. Podejmowane od lat działania zakonników jednoznacznie wskazują, że chcą zrobić z Łyśca centrum pielgrzymkowe na wielką skalę. Ich działania, w tym przedsięwzięcia budowlane, budzą poważne wątpliwości z punktu widzenia zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w dobrym stanie – wystarczy wspomnieć o planach zgromadzenia w ciągu dwóch dni na 5 hektarach aż 120 000 osób [19]. Za ochronę tego dziedzictwa w tym miejscu odpowiedzialni są zarówno dyrektor parku narodowego, jak i minister środowiska. Działania zakonników na Łyścu, coraz śmielsze i realizowane z coraz większym rozmachem, wiążą się z aneksją unikatowej przestrzeni przyrodniczej i kulturowej, która wykracza poza jakiekolwiek barwy polityczne, światopoglądy i religie. To przestrzeń, której wyjątkowa specyfika i znaczenie dla Polski kształtowały się znacznie dłużej niż obecność Kościoła Katolickiego i oblatów na tych ziemiach. Właśnie z tego powodu Łysiec z całym splotem unikalnych uwarunkowań geologicznych, archeologicznych, historycznych i przyrodniczych znalazł się w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego i aby podkreślić tę rangę, cały region wziął od niego nazwę. Wyłączenie Łyśca z klasztorem, dziedzictwem archeologicznym i znaczeniem przyrodniczym utworzy wyrwę nie tylko przestrzenną, ale także społeczną i kulturową. Nie wspominając o przyrodniczej. Bo przecież wielkie imprezy masowe realizowane w sercu parku narodowego mają i będą miały destrukcyjny wpływ na składniki przyrody i środowiska na terenach przylegających. Bez wątpienia dojdzie do erozji wszelkich walorów na tym terenie, co przecież z czasem może rodzić pokusę wyłączania kolejnych działek z granic ŚPN jako tych, które rzekomo od setek lat podlegają „procesom urbanizacyjnym” – jak tego chcą minister Kowalczyk i dyrektor Reklewski.

Jeśli dojdzie do wyłączenia tych 5 ha z klasztorem z granic ŚPN, to administrować nimi będzie miejscowy starosta. Można sobie wyobrazić sytuację, w której działki zostaną odsprzedane oblatom za przysłowiowy grosz. Biorąc też pod uwagę centralistyczne skłonności tego rządu, można snuć fantazje o ministrze środowiska, który jednoosobowo decyduje o losach parków narodowych. Podobną próbę widzieliśmy ostatnio w przypadku projektu ustawy o lokowaniu kopalni węglowych bez udziału społecznego.

Obecnie sytuacja polityczna w kraju jak nigdy wcześniej sprzyja zabiegom oblatów i daje im ogromne nadzieje na pełen sukces. Rząd i jego urzędnicy posługują się prawem i faktami instrumentalnie. Głos społeczny nie jest wysłuchany. Pomimo dwóch petycji – jedną podpisało około 3 000 [20] osób, a drugą ponad 11 000 osób [21] – i pomimo protestu na Łyścu, w którym udział wzięło około 100 osób [22], minister środowiska brnie w kierunku realizacji bezprawnej i szkodliwej koncepcji. Wpisuje się to w logikę i ciąg podobnych zdarzeń w całym kraju. W rzeczywistości prawo ochrony przyrody nie obowiązuje, a instytucje ochrony przyrody to atrapy. Wartości, które zostały utracone na Łyścu wcale nie dotyczą przyrody.

Łukasz Misiuna

Przypisy:

1. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/rejestr3373137946,dok.html (dostęp: 11.10.2019)
2. https://oko.press/rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-korzysc-kosciola-skorzystaja-zakonnicy-straci-przyroda/ (dostęp: 11.10.2019)
3. https://obywatel3.macmas.pl/2019/06/03/oblaci-w-lesie-rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-rzecz-kosciola/ (dostęp: 1.10.2019)
4. http://ecopress.pl/art/oblaci-w-ogrodzie-kto-zniszczyl-przyrode-swietokrzyskiego-parku-narodowego-4340/ (dostęp: 11.10.2019)
5. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20040920880/U/D20040880Lj.pdf (dostęp: 11.10.2019)
6. http://orka2.sejm.gov.pl/INT8.nsf/klucz/ATTBFXHH8/%24FILE/i32082-o1.pdf (dostęp: 11.10.2019)
7. https://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=BDHBLH (dostęp: 11.10.2019)
8. https://www.facebook.com/notes/andreas-%C5%BCelazny/jak-przerwa%C4%87-milczenie-owiec/2206229499484610/ (dostęp: 19.10.2019)
9. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20170000663/O/D20170663.pdf (dostęp: 20.10.2019)
10. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.0.2019)
11. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html?fbclid=IwAR0SqaoB0TiDXLBfbpSb70z6uJ6tT5v4riLHPgRjzXuva8DDOONBDjGnNHE (dostęp: 11.10.2019)
2. https://www.facebook.com/NaszeKielce/photos/pcb.2407589805993712/2407588742660485/?type=3&theater (dostęp: 20.10.2019)
3. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/wp/wp-content/uploads/2013/03/Regulamin-udostepniania-Zalacznik-nr-4-do-zarzadzenia-2015.pdf (dostęp: 20.10.2019)
4. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,23409028,minister-przyjechal-na-swiety-krzyz-zakonnicy-nadzieja-jest.html?disableRedirects=true (dostęp: 20.10.2019)
5. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 11.10.2019)
6. https://oblaci.pl/2019/07/24/swiety-krzyz-oswiadczenie-misjonarzy-oblatow-w-zwiazku-z-planowana-akcje-modlitewna-polska-pod-krzyzem/ (dostęp: 19.10.2019)
7. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.10.2019)
8. http://www.europarl.europa.eu/factsheets/pl/sheet/71/polityka-w-dziedzinie-srodowiska-ogolne-zasady-i-podstawowe-ramy (dostęp: 20,10.2019).
9. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 20.10.2019)
2o. https://oko.press/protest-przeciwko-przekazaniu-czesci-swietokrzyskiego-parku-narodowego-kosciolowi-katolickiemu/ (dostęp: 20.10.2019)
2 . https://secure.avaaz.org/pl/community_petitions/Prezes_Rady_Ministr_Sprzeciw_wobec_zmniejszenia_Swietokrzyskiego_Parku_Narodowego/ (dostęp: 20.10.2019)
22. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,35260,24950545,duzy-protest-w-obronie-swietokrzyskiego-parku-narodowego-zdjecia.html (dostęp: 20.10.2019)