przez Piotr Kuligowski | niedziela 12 sierpnia 2012 | opinie
Prasę ostatnimi czasy obiegła reklama pożyczek wyróżniająca się na tle wielu innych, znanych z mediów czy przydrożnych słupów. Rzeczony kredytodawca zapowiedział „rewolucję w pożyczkach”, posługując się stylistyką rodem z czasopisma radykalnej lewicy. Grafika przedstawia tłum machający flagami i transparentami oraz utrzymana jest w ostrej, czarno-czerwonej kolorystyce. Może to nasunąć paradoksalny, choć wcale nie absurdalny domysł – czyżby pracownikiem agencji reklamowej, który tworzył projekt dla tegoż pożyczkodawcy, był ktoś związany ze środowiskiem ideowej lewicy?
Przecząca odpowiedź na to pytanie winna wynikać raczej z faktu, że środowisko takie jest stosunkowo niewielkie, a więc i szansa na przypadkowe spotkanie z dziełem któregoś z jego przedstawicieli wydaje się znikoma. Odpada tym samym najłatwiej wlatująca do głowy odpowiedź, że osoba kontestująca zastany system z pewnością się nim brzydzi, więc nie poszłaby nigdy na kolaborację z podmiotem mającym tak silny udział w reprodukowaniu wolnego rynku – z biznesem reklamowym. Fakty w tym zakresie okazują się paradoksalne: buntownicy i twórcy reklam są często tymi samymi ludźmi, co – jak wskazał w jednym z wywiadów Benjamin Barber – świetnie ilustrują dalsze losy pionierów buntu przeciwko Dwightowi Eisenhowerowi.
Do interesującego wniosku prowadzi również odwrócenie tego rozumowania – czyżby retoryka i stylistyka środowisk kontestujących kapitalizm z lewej strony sceny politycznej, była dla samego kapitalizmu tak mało groźna, że będzie on ją reprodukował? Obserwacje skłaniają ku odpowiedzi twierdzącej. Minęło bowiem już ponad 150 lat od czasu, gdy Adam Mickiewicz wskazywał, że słowo „rewolucjonista” jest dla europejskiej reakcji straszliwe i brzmi jak barbaryzm. Dobrze ów wniosek ilustruje również fakt, że partie liberalne bez większych tożsamościowych perturbacji zaadaptowały lewicowe hasła o emancypacji i tolerancji.
Bardziej obszerne od – niewątpliwie ciekawej – formy graficznej pole do refleksji skrywa jednak samo hasło „rewolucja w pożyczkach”. Choć dla jego autora zapewne nie miało wartości większej od otrzymanej premii, zawrzeć w nim można de facto całą historię funkcjonowania ostatniego wcielenia gospodarki wolnorynkowej. Wcielenia, opartego już nie na sferze produkcyjnej (jak w wieku XIX), nie na stabilności (jak w pokoleniu powojennym), lecz na ciągłym przyspieszaniu i generowaniu gargantuicznych zysków poprzez obrót papierami wartościowymi.
Cała ta maszyneria turbokapitalizmu upodobniła się do supernowoczesnego samochodu, za kierownicą którego usiadł pirat drogowy. Jegomość ów – wiedziony bezkresnym, acz naiwnym optymizmem – przed ruszeniem wymontował z pojazdu hamulce, poduszki powietrzne, pasy i resztę instrumentarium mającego zapewnić bezpieczeństwo w czasie kraksy. Po tych operacjach zasiadł na fotelu kierowcy w przekonaniu, że wystarczy coraz mocniej cisnąć na gaz, a wówczas – nawet bez trzymania kierownicy – auto będzie bezpiecznie jechać, nieustannie zwiększając prędkość. Rajdowiec zapomniał jednak, że na liczniku prędkości trzycyfrowa liczba z dwójką z przodu zapewnia bardzo szybkie dotarcie na miejsce, lecz przy takim tempie jazdy wystarczy uderzenie niewielkiego kamyczka w oponę, by zaliczyć wywrotkę i dachowanie.
Rozpędzanie się pojazdu nie rozpoczęło się bynajmniej w momencie, gdy szwedzcy socjaldemokraci po raz pierwszy od niemal półwiecza przegrali wybory, a Friedrich von Hayek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Mało kto analizuje niestety powstanie doktryn lewicowych w korelacji z narastającym sprzeciwem przeciwko „przyspieszeniu”. A przecież wiele wspomnień czy pamiętników z połowy XIX w. zawiera fragmenty świadczące wprost o zdumieniu autorów, spowodowanym szybkością jazdy parowych lokomotyw, przekazywaniem informacji drogą telegraficzną czy coraz szybszym reagowaniem prasy na istotne wydarzenia. I choć zbyt prostym byłoby stwierdzenie, że owa plejada wynalazków została zrodzona z blasku kapitalistycznej doskonałości, to jednak nietrudno dostrzec, że postęp technologiczny szybko został skolonizowany i służył potrzebom rynkowej machiny. Perwersyjny ciąg dalszy sytuacji, w której genialność myśli ludzkiej zostaje sprowadzona do roli instrumentu maksymalizującego zyski objawia się w pełnej krasie także dziś. Przejawem tego zjawiska była choćby niedawna batalia wokół porozumienia ACTA, wynikająca z hipertrofii prawa własności intelektualnej.
Kapitalizm w swej neoliberalnej formule przechwycił jednak jeszcze jedną, istotniejszą sferę – czego dobitnym przejawem była wspomniana reklama pożyczek. Obecnie oto – co umyka uwadze tradycjonalistycznych zwolenników gospodarki rynkowej w wersji hard – kultywowane przez wiele lat oszczędzanie stało się postawą niewygodną dla globalnej gospodarki. Wyliczenia ekonomistów pozbawiają złudzeń w tym zakresie. O ile na początku ostatniej dekady XX w. amerykańska rodzina średnio 8% dochodów przeznaczała na poczet oszczędności, o tyle w roku 2000 odsetek ten był bliski zeru. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że za zjawisko zaniku oszczędzania odpowiedzialne było przede wszystkim 20% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach. A jako że – jak powiadał Marks – ideologia klasy panującej jest ideologią panującą w społeczeństwie, moda na przeznaczanie całości środków na beztroską konsumpcję stała się wkrótce powszechna.
Rynek rychło znalazł jednak sposób, by przekroczyć nawet granicę 100% konsumowanego dochodu. Tak mniej więcej rysuje się geneza mody na branie pożyczek, zapoczątkowanej przez zręczne posunięcie Systemu Rezerwy Federalnej USA (FED), który obniżył stopy procentowe, sprawiając, że kredyty stały się niemal powszechnie dostępne. W wielu analizach tego zjawiska słusznie wskazuje się, że jego efektem było napompowanie olbrzymiej bańki spekulacyjnej w sektorze nieruchomości. Niewielu autorów zwraca jednak uwagę, że punkt ciężkości w sferze gospodarczej przesunął się tym samym z „tu i teraz” na „tam i wtedy”.
Z ekonomicznym kultem przeszłości (vide: ziemia z dziada pradziada) rynek rozprawił się już wiele lat temu, czyniąc z tradycjonalistycznej warstwy chłopskiej miejski proletariat, który musiał się troszczyć o „teraz”; ujmowany obrazowo jako obawa „Czy jutro będzie co włożyć do garnka?”. Na użytek tej konstrukcji wygenerowano mit „od pucybuta do milionera”, który znaczył mniej więcej tyle: pracuj ciężko dzisiaj, by jutro móc posiadać więcej. Rewolucyjny ładunek, zawierający się w tanich i powszechnie dostępnych kredytach doprowadził do przejścia także tego etapu. Po cóż bowiem czekać, aż skrupulatnie okładane pieniądze osiągną kwotę, która umożliwi oszczędnemu posiadaczowi „szał zakupów” (znaczący w XIX w. tyle, co zakup pary butów…)? Odległą przyszłość może znacznie przybliżyć wizyta agenta pożyczkowego w domu klienta, który to jegomość dodatkowo – uszczęśliwiając gospodarstwo domowe kredytem hipotecznym – będzie miał szansę na premię od sprzedaży tychże kredytów. Kapitał okazał się więc mieć charakter już nie tylko ponadnarodowy, ale także swoiście ponadczasowy.
„Rewolucja w pożyczkach” nie ma jednak znaczenia wyłącznie ekonomicznego. Co prawda, w przeciwieństwie do niegdysiejszej kolonizacji, „kolonizacja przyszłości” nie niesie ze sobą nędzy i śmierci milionów ludzi. Jednak i ona – za zasłoną uśmiechniętych bonzów – generuje negatywne tendencje na wielu płaszczyznach. W odróżnieniu od swej poprzedniczki, która koncentrowała się na przerzucaniu bogactwa z terytoriów peryferyjnych do ówczesnego światowego centrum, pożyczkowa rewolucja wytwarza takie tendencje nie tylko w „trzecim”, ale także w „pierwszym” świecie.
Wiele można by napisać – i wiele już napisano – o degradacji olbrzymich przestrzeni planety oraz łamaniu praw człowieka w azjatyckich fabrykach, byle tylko uczynić zadość rozbuchanym apetytom konsumpcyjnym krajów Zachodu. Bardziej interesujące wydaje się jednak dostrzeżenie nowych pól konfliktu, które tworzą się w Europie. „Rewolucja w pożyczkach”, jak każda chyba rewolucja, wymaga wszak ofiar – a tymi często padają osoby zwyczajnie mamione wizją np. „lepszych świąt”, które można urządzić pożyczając zaledwie kilkaset złotych. O tym, że taka pożyczka – z powodu specyficznie skonstruowanej umowy – często może się skończyć wielotysięcznymi długami, albo nawet wizytą komornika, donoszą regularnie nawet „urzędowo-optymistyczne” media. Każdy odcinek popularnej „Sprawy dla reportera” dostarcza w tym zakresie materiału do wielomiesięcznej, wytężonej pracy dla organizacji społecznych.
Krzyk samotnych staruszek, które zostały wplątane w spiralę długów i wylądowały w socjalnym mieszkaniu z pleśnią na ścianach, jest jednak zazwyczaj słabo słyszalny. W dobie uwiądu oddolnej samoorganizacji wcale nie lepiej przedstawia się również zakres artykulacji bardziej długofalowych postulatów przez osoby, które ukończywszy studia zmuszone są mieszkać z rodzicami, bo praca na umowę zlecenie nie daje zdolności kredytowej, co wyklucza możliwość zakupu mieszkania. W tej sferze rzeczywistość negatywnie weryfikuje libertariański sen o „dobrowolności” zadłużania się, wulgarnie wyrażany przez Janusza Korwina-Mikke poprzez zachęty do „mieszkania w psiej budzie do momentu zebrania 200 tys. zł na zakup domu”. Pożyczki oparte są bowiem na formie przymusu symbolicznego, który polega na umiejętnym wykorzystaniu naturalnego odruchu obronnego przed biedą – także biedą relatywną. Stąd każdy nadprodukowany inteligent, który nie może się przed tym zjawiskiem obronić, nosi w sobie potencjał sprzeciwu.
Sprzeciw ten już dziś w krajach takich, jak Grecja czy Hiszpania okazuje się niemożliwym do zgryzienia orzechem dla kapitalizmu po „pożyczkowej rewolucji”. Błąd tkwił wszakże w samych jej założeniach, czyli w zorientowaniu teraźniejszości w oparciu o przewidywanie wyłącznie optymistycznej wizji przyszłości. Wycena każdego kredytobiorcy, eufemistyczne nazywana „określeniem zdolności kredytowej”, polega przecież na założeniu, że aktualna sytuacja zarobkowa nie tylko nie ulegnie pogorszeniu z powodu np. straty pracy, ale że będzie ona wręcz coraz to lepsza. Za 30 lat – rozumują bankierzy – Jan Kowalski nie będzie już li tylko supervisorem w Cinema City, lecz zdąży przejść przez szczebel kierownika obiektu aż do koordynatora regionalnego, a może nawet jeszcze wyżej. Z powodu tak naiwnych kalkulacji „rewolucja w pożyczkach” dziś, na oczach całego świata, pożera własny ogon.
Piotr Kuligowski
przez Piotr Kuligowski | wtorek 26 czerwca 2012 | opinie
Jeden z najmniej mądrych aforyzmów – co gorsza, podparty autorytetem samego Arystotelesa – wskazuje, że prawda zawsze leży pośrodku. Do takiego przesłania swą ofertę polityczną znakomicie dopasowali neoliberałowie, ze skutkiem marnym dla kondycji polskiego społeczeństwa. Prawda bowiem, co brzmi już jak ekstremizm, nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Jednak samo jej poszukiwanie to roszczeniowe i warcholskie podważanie demoliberalnej postideologii. Walka z tym (po)tworem powinna być jednak zadaniem każdego uczciwego człowieka, samo wszak założenie istnienia owego myślowego bytu jest wewnętrznie sprzeczne, a mówiąc dosadniej – zakłamane.
Twarda rzeczywistość obala teoretyczne modele, kreślone od kilkudziesięciu lat na setkach stron traktatów filozoficznych. Instrukcja obsługi demoliberalizmu przewidywała, że przystosowane doń społeczeństwo szybko zacznie odczuwać zawrót głowy od sukcesów. W praktyce natomiast kolejne etapy na drodze do Edenu okazywały się jedynie kolejnymi złudzeniami. Przy każdym większym zabiegu, począwszy od terapii szokowej, poprzez wejście do NATO i Unii Europejskiej, aż po organizację mistrzostw Europy w piłce nożnej, wytwarzana przez demoliberałów propaganda zachęca do cierpliwości, a ewentualnie – do pozytywnej lub negatywnej weryfikacji obozu rządzącego za pomocą kartki wyborczej.
Ta ostatnia, choć sama w sobie nie nacechowana negatywnie, jest egzemplifikacją mechanizmów „schładzania” opinii publicznej. Są one na tyle skuteczne, że momentami można wręcz zatęsknić za okresem PRL-u w kwestii ówczesnej determinacji społeczeństwa w walce o swoje prawa. III RP, choć wyrosła na bazie potężnego i inspirującego ruchu masowego, pożarła swój ogon – w ciągu ostatnich dwudziestu lat uzwiązkowienie w Polsce obniżyło się o ok. 80%, lądując na mizernym, jednocyfrowym poziomie. Nie lepiej wygląda zaangażowanie Polek i Polaków w działalność w partiach politycznych – na ponad 30 mln uprawnionych do głosowania jedynie ok. 1% angażuje się w działalność w takich organizacjach.
Nie oznacza to oczywiście całkowitego zaniku energii, politycznej świadomości czy elementarnego zainteresowania dobrem publicznym. Jednak ze smutkiem wypada skonstatować, że spora część spośród tej garstki, która zachowała resztki chęci do jakiegokolwiek aktywizmu, deponuje swój zapał w NGO’sach. Te zaś, znane szerzej jako „trzeci sektor”, bądź po prostu organizacje pozarządowe, z racji podejmowanej tematyki nie są zazwyczaj w stanie wylegitymować się jakąkolwiek identyfikacją ideową. Natomiast pośród tych, które są jakoś zorientowane ideologicznie, można dopatrzeć się – obok tworzonych przez bezsprzecznie uczciwych i pełnych entuzjazmu społeczników – także wielkomiejskich grantobiorców. Zaangażowanie w te ostatnie wynika często ze specyficznego sformatowania ich członków, którym wmówiono, że droga do szczęścia wiedzie przez jednostkowy awans społeczny lub materialny.
Ów liberalny aksjomat, zachęcający do indywidualnej poprawy bytu – abstrahując od tego, czy w założeniach przynieść ma to ze sobą wzrost sumy szczęścia owych jednostek, czy całego społeczeństwa – jest zatem tym samym, czym drobny otwór w pokrywce garnka, pozwalający ulatywać parze. Rzut oka na wszystkie rewolucje wskazuje przecież, że gdzieś u podstaw każdej z nich tkwiły niespełnione ambicje przedsiębiorczych, zdolnych i zaradnych grup, którym skostniały lub niewydolny system odcinał drogę awansu. Model gospodarczy, z którym mamy do czynienia obecnie, jest skonstruowany w sposób znacznie bardziej przemyślany, gdyż już w samej nadbudowie skłania pucybutów do chęci zostania milionerami.
Ta konstrukcja jest jednak skażona fałszem, gdyż – jak zweryfikowała rzeczywistość – hołubione „tygrysy Europy” często okazywały się nie uzdolnionymi pracoholikami, lecz cwaniaczkami i krętaczami, dorabiającymi się na przemycie i nielegalnych układach polityczno-biznesowych. Z drugiej strony, liberalne ideały niebezpiecznie dla ich samych wypacza wzrastająca w Polsce nierówność społeczna – współczynnik Giniego, w którym często się ją wyraża, wzrósł z 0,25 w 1987 r. do 0,35 w 2002 r. Oznacza to istnienie gigantycznych nierówności już na starcie życiowych dróg tysięcy osób. W praktyce zatem dziecko z popegeerowskiej wsi – wtłoczone w ramy systemu, który pokonywanie kolejnych szczebli drabiny społecznej ukazuje jako coś nie tyle pozytywnego, ale wręcz pożądanego – ma duże szanse, by dołączyć do grona wykluczonych.
Wydawać by się mogło, że sytuacja ta otwiera pole działania dla grup opozycyjnych wobec systemu. Wystarczy „wyłapać” młodych frustratów z prowincji czy z blokowisk wielkich miast i skierować ich gniew na tory polityczne. Konstrukcja współczesnego, realnego liberalizmu i na to jednak znalazła całkiem skuteczne panaceum. Na działaczy społecznych zerka się przychylnie do momentu, w którym nie wystawiają nosa poza łowienie grantów w umiarkowanych NGO’sach. Jakikolwiek przejaw radykalizmu, zwłaszcza na polu ekonomicznym, jest natychmiast stygmatyzowany. Uczestnicy protestów lokatorskich czy pracowniczych nie są więc oddanymi słusznej „sprawie” (cóż za wypaczony termin!) działaczami czy ofiarami zwyczajnej niesprawiedliwości, lecz „nierobami”, którzy mają dwie lewe ręce i stanowią tylko ciężar dla młodych, płacących podatki, ciężko pracujących przedsiębiorców.
Sytuację tę można obejrzeć także od drugiej strony – ci, którzy z jakiegoś powodu natrafili na barierę uniemożliwiającą im wskoczenie na wyższy szczebel hierarchii społecznej lub wręcz prowadzącą do ich degradacji, często popadają w marazm. Uwidacznia się on nie tylko w postaci braku starań o poprawę sytuacji bytowej, ale także – a może przede wszystkim – w niechęci do wkroczenia na drogę aktywności politycznej. Tę ostatnią sporadycznie udaje się przezwyciężyć dzięki determinacji działaczy społecznych, o czym świadczy fakt narodzin zalążków ruchu lokatorskiego w kilku polskich miastach. Nie oznacza to oczywiście przezwyciężenia liberalnych barier. Często trzeba lat ciężkiej pracy, by ze zbioru indywidualnych spraw, na których załatwieniu najbardziej zależy zainteresowanym (choć trafniej byłoby nazwać ich „poszkodowanymi”), stworzyć rzeczywisty ruch, oparty na solidarności i tożsamości interesów jego uczestników.
Największą bolączką realnego liberalizmu nie są jednak mniejsze czy większe protesty społeczne, będące skutkiem ubocznym systemu. Demoliberalizm cierpi bowiem na znacznie poważniejsze wady genetyczne, wytykane przez różne strony sceny politycznej. Jego siła pośrednio tkwi jednak także w owym dualizmie – manifestacja lewicowców przeciwko cięciom socjalnym może jedynie wzbudzić wrogość skrajnej prawicy – i odwrotnie. O ile więc siły centrowe wespół z prawicowymi mogą wspólnie dążyć do realizacji pewnych celów (vide np. wspólny start Platformy Obywatelskiej i Unii Polityki Realnej w wyborach parlamentarnych w 2001 r. ), o tyle rozmaite koncepcje „sojuszu ekstremów” kończą się fiaskiem z powodu nadmiernych, niemożliwych do pogodzenia odmienności programowych.
Osikowym kołkiem dla obecnego modelu jest fałsz zawarty w samym centrum jego ideologii: że dzięki ciężkiej pracy, talentom i odrobinie szczęścia każdy może sięgnąć gwiazd. Statystyka bezlitośnie rozbija ten mit – polskie społeczeństwo należy do pracujących najdłużej w Europie (według niemieckiego dziennika „Bild”), a mimo to zamożność naszego kraju znacznie odbiega od rozwiniętych państw Zachodu. Winę za gospodarcze dysproporcje w Europie politycy chętnie zrzucają oczywiście na mityczną „komunę”. Jeśli jednak przytaczane przez „Bild” dane o średnim czasie pracy w skali roku (1856 godzin dla Polski; 1702 godziny – Czechy, 1659 godzin – Niemcy) nie skłonią liberalnego polityka do namysłu nad kondycją obecnego modelu, o tyle dane CBOS ze stycznia 2009 r. powinny wywołać wycie syreny alarmowej w jego obozie politycznym. Centrum Badania Opinii Społecznej wykazało bowiem, że nawet praca nie zapewnia przysłowiowych kołaczy – wedle analityków, ponad 2 mln osób to tzw. pracujący biedni. Stanowi to ponad 6,6% dorosłych Polaków.
Owa rzesza ludzi niczym cierń godzi w liberalną opowieść i sprawia, że tryby systemu skrzypią coraz to bardziej. Politycy i ekonomiści od czasu do czasu próbują jeszcze podlewać go smarem, a to – przy wtórze mediów – przekierowując uwagę na skoki narciarskie czy Euro 2012, a to zaciągając pożyczki na inwestycje efektowne, acz zazwyczaj mające na celu jedynie przyciągnięcie kapitału. Koła zębate obracają się jednak z coraz większym trudem, a gdzieś w centrum całej tej maszynerii narastają siły odśrodkowe. Antysystemowe ruchy na masową skalę dawały już o sobie znać w Hiszpanii i Grecji. Również w Polsce emanacją tendencji poszukiwania alternatywy dla establishmentu był wysoki wynik wyborczy Ruchu Palikota.
Topniejące poparcie formacji biznesmena z Biłgoraja wskazuje jednak, że głosy hipsterów i klasy średniej to rzecz bardzo ulotna. Zwłaszcza w sytuacji strukturalnego kryzysu klasa średnia – lub osoby do niej pretendujące – z coraz większą determinacją będzie się rozglądać za alternatywą, która zapewni jej wreszcie stałą możliwość bogacenia się. Aktualne tendencje zdają się wskazywać, że prawda dla przedstawicieli tej niestałej mieszanki może znaleźć się już nie pośrodku, lecz na skrajnej prawicy. Nie bez powodu rej na demonstracjach nacjonalistów częstokroć wiodą właściciele drobnych, internetowych sklepów z „chuligańską” odzieżą. Ktoś taki jest po prostu bardziej wiarygodny dla młodego pokolenia w sytuacji, gdy każdy nastolatek może samodzielnie zarabiać np. na grach komputerowych, co automatycznie tworzy u niego świadomość indywidualistycznego i „zaradnego” pretendenta do klasy średniej. Dostrzeżenie przez te osoby ograniczeń w „rozbuchanym socjalu”, w obronie którego staje lewica, a jednocześnie zaufanie do liderów organizacji nacjonalistycznych z powodu podobnych interesów klasowych, może jedynie pogłębić prymat prawicy w polskim życiu publicznym.
Piotr Kuligowski
przez Piotr Kuligowski | środa 30 maja 2012 | nr 1/2012
Historia to kapryśna i roztrzepana dama. Jej pamięć jest wysoce wybiórcza, a okraszona pewną dozą złośliwości potrafi skazać na zapomnienie najbardziej zacne postaci. W przypadku Jana Kantego Podoleckiego sytuacja była jeszcze bardziej dziwaczna. Chichot historii sprawił, że w 1923 r. nazwisko galicyjskiego szlachcica wypłynęło na karty książek z powodu oskarżenia, w stan którego postawiła go Wisława Knapowska. Badaczka w swej pracy „Wielkie Księstwo Poznańskie przed wojną Krymską” wysunęła (niemożliwą do obrony) hipotezę, iż Podolecki krótko przed śmiercią był pruskim szpiegiem o pseudonimie Jan Schultz.
Ów iście prokuratorski przebłysk nie oznaczał jednak renesansu pamięci. Dopiero w 1955 r. ukazała się antologia tekstów tegoż zapomnianego, acz bardzo interesującego publicysty i myśliciela. Pomimo typowej dla tamtych czasów tendencyjności, „Wybór pism” Podoleckiego można uznać za jego swoisty, papierowy pomnik. Od tamtej pory jednak znowu zapadło przejmujące milczenie, które trwa do dzisiaj.
***
Jan Kanty Podolecki urodził się w 1800 r. w drobnoszlacheckiej rodzinie w Lesku (ziemia sanocka) 1. Data nie jest bez znaczenia – oznacza ona, że należał do tego pokolenia Polaków, którzy w Europie byli postrzegani jako rewolucjoniści; co więcej, pokolenia oglądającego rok 1812, zwany przez lud „rokiem urodzaju”, przez żołnierzy „rokiem wojny” 2. Jego pochodzenie społeczne – familia o wysokim kapitale kulturowym – dawało dobrą pozycję startową dla przyszłego erudyty, publicysty politycznego i historiozofa, a także badacza kultury ludowej. Natomiast pochodzenie klasowe – pauperyzująca się szlachta – wieszczyło przystanie do szeregu niespokojnych duchów.
O jego wczesnej młodości, z powodu milczenia źródeł, nie można powiedzieć niemal nic. Pewne jest jedno: od najmłodszych lat miał szerokie horyzonty i zainteresowania, począwszy od literatury, poprzez historię i politykę, na etnografii skończywszy. Jak twierdził w jednym z listów, praca quasi-naukowa stanowiła dla niego swego rodzaju ucieczkę przed trudną sytuacją materialną.
Powstanie listopadowe tchnęło ożywczy powiew w galicyjski zaścianek, w którym funkcjonował Podolecki. Wówczas, jako trzydziestolatek, z kilkoma mniej lub bardziej udanymi próbami poetyckimi na koncie (utwory opiewające kulturę ludową publikował pod pseudonimem „Jaśko z Beskidu”), zadebiutował w życiu publicznym poprzez objęcie funkcji sekretarza w komitecie pomocy dla powstania. Być może to wówczas po raz pierwszy Podolecki zetknął się z Joachimem Lelewelem i Komitetem Narodowym w Paryżu. Komitet ów, przesiąknięty konserwatyzmem, nie mógł być jednak odpowiednim instrumentem politycznym dla szlacheckich demokratów i rewolucjonistów. Z tego też względu, w 1832 r. w Galicji powstał tajny Związek 21, w skład którego wchodził również Podolecki. Przez oponentów politycznych już wówczas oskarżany był o jakobinizm. Oznacza to, że poglądy, które kilkanaście lat później wyłożył w płomiennych artykułach, dojrzewały w jego sercu i głowie od wielu lat.
Wkrótce Podolecki nawiązał kontakt ze spiskiem Zaliwskiego i stał się łącznikiem między Związkiem 21 a konspiracją. Hasła karbonaryzmu przeraziły jednak członków związku tak bardzo, że doszło do jego rozwiązania. Czarę goryczy przelała dekonspiracja spisku i idące z nią w parze aresztowania. W połączeniu z zaostrzeniem kursu władz austriackich wobec tajnych organizacji, szlacheccy radykałowie musieli stonować, do tego stopnia, że zaniechano nawet wydawania planowanego czasopisma propagującego zasady demokratyzmu. Nagrodą pocieszenia w zaistniałej sytuacji okazało się wydawanie tytułu o charakterze naukowo-literackim pod egidą Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Jednak i tej inicjatywy nie można uznać za udaną – w lecie 1834 r. nielegalna działalność została wykryta. Szlachcic z Leska został oskarżony o współudział w zdradzie stanu. Uniewinnienie nastąpiło po ciągnącym się trzy lata procesie sądowym.
Represje uśpiły ruchy spiskowe w Galicji. Podolecki oddał się wówczas pracy w gospodarstwie oraz kontynuował badania literackie i naukowe. Przebudzenie przyniósł dopiero rok 1846 – w lutym wyjechał ze Lwowa, zmierzając na miejsce zbiórki oddziału powstańczego. Los sprawił, że wzbierająca fala rewolucji wyrzuciła go we Francji, gdzie 2 czerwca wstąpił w szeregi Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Miesiąc później organ prasowy organizacji – „Demokrata Polski” – opublikował jego pierwszy artykuł: „O demokratyzmie polskim”. Publicystyka Podoleckiego dobrze trafiała do przygnębionych, emigranckich serc demokratów.
Wewnątrz TDP szybko objął Podolecki przywództwo w tzw. osadzie Heryskiej. O znaczeniu i prężności tego stronnictwa najlepiej świadczą obawy, jakie budziło ono wśród publicystów monarchistycznego „Trzeciego Maja”. Ówczesnego renesansu znaczenia podupadającego chwilę wcześniej TDP, który objawiał się choćby w pęczniejących szeregach organizacji, monarchiści polscy dopatrywali się właśnie w działalności „osady Heryskiej”.
Od 1847 r. rosło znaczenie Podoleckiego w szeregach TDP. Wpływ na to miał jego talent posługiwania się słowem pisanym i mówionym. W wyborach do Centralizacji, a więc kierownictwa organizacji, ów – świeżo przecież przyjęty – działacz otrzymał kilkanaście głosów; m.in. od samego Lelewela.
Rewolucyjna fala Wiosny Ludów zaniosła szlachcica na ziemie polskie, gdzie odegrał dużą rolę w wydarzeniach lwowskich, wchodząc w skład ścisłego kierownictwa rewolucyjnego. Dzięki swym historiozoficznym publikacjom, wykazującym demokratyczny rodowód Polski, dorobił się Podolecki tak dużej popularności wśród lwowskich studentów, że wysunęli oni jego kandydaturę na objęcie katedry historii Polski na tamtejszym uniwersytecie.
Po pacyfikacji ruchu rewolucyjnego Podolecki, zagrożony aresztowaniem, ponownie wyemigrował do Paryża, z którego wkrótce został przez władze wydalony do Londynu. Tam, obok Wojciecha Darasza i Stanisława Worcella, wszedł w skład Centralizacji TDP. W grudniu 1852 r. Podolecki wyjechał z Anglii i resztę swoich dni spędził w południowej Francji. W szeregach TDP wciąż cieszył się sporą popularnością, w latach 1853–55 w wyborach do Centralizacji głosowali na niego emigranci z Anglii, Francji, a nawet Ameryki. Mimo to, po jego śmierci (28 maja 1855 r.) w „Demokracie Polskim”, który był już wówczas pismem dogorywającym (podobnie jak TDP), nie ukazał się nawet lapidarny nekrolog. Wraz ze schyłkiem Towarzystwa nazwisko galicyjskiego szlachcica zaginęło w mrokach historii.
***
Znaczenia Podoleckiego nie należy przeceniać. Warto wszakże pamiętać, że Zygmunt Miłkowski umieścił go w triadzie trzech najistotniejszych członków Towarzystwa Demokratycznego Polskiego w połowie XIX w. Wyrazem władzy w tymże gronie miał być Darasz, rozumu – Worcell, a strony ujmującej, poezją okraszonej – Podolecki. Na zapomnienie jego dorobku publicystycznego duży wpływ miał fakt anonimowości sporej części artykułów powstających w latach 1846–51. Z wcześniejszego okresu znane są jedynie jego utwory poetyckie o tematyce ludowej lub historiozoficzno-patriotycznej.
W sferze ideowej drobnoszlachecki rewolucjonista bez wątpienia pozostawał pod przemożnym wpływem koncepcji najwybitniejszego bodaj polskiego radykalnego demokraty I połowy XIX w., Joachima Lelewela3. Tenże wszelkie nieszczęścia spadające na polski naród – rozbiory i klęskę powstańczego zrywu z lat 1830–31 – złożył na karb postaw szlachty. Jego niechęć do tego stanu nie miała jednak nic wspólnego z fanatyzmem i nie stępiała przenikliwości analitycznej, trzeźwości spojrzenia i wnioskowania. Przeciwnie – ów światowej sławy historyk głosił konieczność restytucji demokracji szlacheckiej. Tyle że Lelewel dopuszczał tę możliwość jedynie pod sztywnym warunkiem rozszerzenia przywilejów (czyli czegoś, co dziś określilibyśmy raczej mianem „praw obywatelskich”) na ogół społeczeństwa.
Podolecki zatem – jak większość ówczesnych polskich rewolucjonistów – w części swych poglądów utrwalał lub rozwijał Lelewelowskie koncepty. Trudno jednak odmówić mu również wielce oryginalnych własnych propozycji politycznych. Jego poglądy były co prawda niespójne i z czasem podlegały ewolucji, a język prac przez swą sugestywność i emocjonalność w wielu momentach burzy jasność wywodu. Nie należy jednak tego faktu jednoznacznie poczytywać za wadę. Zygmunt Miłkowski u progu XX w. wspominał: Co tydzień z niecierpliwością wyglądałem nowego Demokraty Polskiego numeru dla rozkoszowania się artykułem jego pióra, dającym się z łatwością wyróżnić śród na chłodno poprawnych artykułów innych4.
Spoiwo poglądów Podoleckiego stanowi przekonanie o demokratycznych tradycjach głęboko zakorzenionych w polskości (…i kto dziś nie jest demokratą, ten nie chce być Polakiem5), czy może szerzej: słowiańskości. Podolecki twierdził wprost: Ten żywioł rodowy, wiejski, solidarny jest głównym piętnem, odróżniającym nas od zachodu, gdzie przeciwnie, żywioł miejski górował i góruje6. Dlatego doszedł on do przekonania, że każdy naród ma zasadniczą ideę, która determinuje jego rozwój. Ideą Polski jest wiejskość, zaś ideą państw zachodnich – miejskość. Naturalnym dla Słowian miał być taki ustrój, w którym prawa wynikają z obowiązków.
Zasada ta w najczystszej formie została w toku dziejów przechowana przez Polaków i uwidaczniała się w tym, iż szlachcic posiadał ziemię dlatego, że był żołnierzem. Owemu „lechickiemu” demokratyzmowi przeciwstawiał Podolecki germańską ideę „civitas”, która wyrażała się w indywidualizmie, własności bezwarunkowej i wynikała z podboju, czyli z przemocy. Stąd na zachodzie zjawiska takie, jak monarchizm, centralizacja, absolutyzm i arystokracja.
Zdaniem Podoleckiego, demokratyczna idea „lechickości” uległa w Polsce spaczeniu pod wpływem prądów i instytucji Zachodu. Te bowiem w żaden sposób nie przystawały do miejscowych warunków, gdyż pierwotna instytucja naszego społeczeństwa nie znała żadnej dziedziczności, żadnej hierarchii stanów, żadnych przywilejów, jej zasadą była solidarna wiejska równość, skąd wypłynęła moralna dążność narodu7. Z powodu odstępstwa od tych zasad wypływająca z obowiązku – a zatem warunkowa – własność szlachecka stała się własnością dziedziczną, a obowiązki chłopów względem szlachty-żołnierzy przeszły w poddaństwo i pańszczyznę. Pojawiły się podziały społeczne i system monarchiczny, który w połowie XIX w. uznawał on za należący do czasów minionych, a jego obrońców – za utopistów (sic!).
Przesłanki te przywiodły Podoleckiego do przekonania, że odrodzenie Polsce może dać tylko powrót do rodzimej „idei społecznej” (ta miała konstytuować i legitymizować narody), która przybierze formę realną przez zaprowadzenie równości, zniesienie poddaństwa i pańszczyzny. Rządy zaborcze zaś – w swoim interesie – podtrzymują i wykorzystują antagonizm między szlachtą i chłopami, co stanowi przyczynę klęski wszystkich powstań. W istocie bowiem podział ten nie był antagonistyczny, a zatem nie miał charakteru Marksowskiej walki klas. Przeciwnie: wynikał raczej ze spaczenia rozwoju społecznego Polski, a zatem był swego rodzaju aberracją. Wszakże, wedle Podoleckiego, jeszcze w XIX w.: Chłop nasz zachował wiele pamiątek pierwotnej rodowej instytucji. Dotąd posiada użytkowanie tylko, nie własność gruntu; dotąd uważa obszar gromadzki za całość, siebie za spółposiadacza […]. Kłoci się z dziedzicem, nie cierpi go czasem, lecz w zatargach granicznych z innymi wsiami gotów bronić własną krwią całości granic8.
Specyfika Polski miała stwarzać możliwość jedności stanu szlacheckiego i włościańskiego. Należy zatem – zdaniem Podoleckiego – doprowadzić do zharmonizowania „siły moralnej” szlachty i „siły materialnej” (ilościowej) chłopstwa. Zniesienie pańszczyzny jest niezbędne, gdyż oznacza powrót do idylli pierwotnego stanu. Działanie to byłoby również aktem sprawiedliwości dziejowej, ponieważ szlachta – z powodu nieutrzymania niepodległości narodowej – utraciła „na wieki” przywilej administracji i obrony. Samo uwłaszczenie miało być dobrowolne i odbywać się bez jakiegokolwiek odszkodowania. Podolecki pojmował je jako moralny i polityczny środek wyzwolenia narodu. Zwiastunem nadchodzącego wyzwolenia miała być rewolucja krakowska z 1846 r.
Mimo to, w odróżnieniu od większości współczesnych mu radykalnych demokratów, ale podobnie do np. Ludwika Mierosławskiego – chciał oprzeć rewolucję na warstwie szlacheckiej. Dostrzegał wprawdzie ryzyko, że uciśnione przez nią chłopstwo może w pewnym momencie spontanicznie zainicjować czyn zbrojny, jednak uważał, że jedynie szlachta może być nośnikiem owej idei „lechickości”, która miała doprowadzić do zbratania obu stanów, a w efekcie – do zwycięskiego boju, który skończyć się musi zwycięstwem demokratyzmu, braterstwem ludów, złamaniem potęgi caratu i wskrzeszeniem Rzeczypospolitej Polskiej 9. Chłopstwo zaś mogło mieć jedynie siłę niszczącą.
Wychodząc od takiej diagnozy rzeczywistości, „Jaśko z Beskidu” chwalił postawę szlachty, która w 1846 r. ułożyła powstanie na zasadach demokratycznych: wyrzekła się własności gruntów chłopskich, pańszczyzny, danin, sądownictwa wiejskiego, nazwiska nawet szlachty, aby cały naród zlać w jedno ciało, w masę jednolitą10.
Warto podkreślić, iż w kwestii afirmacji „pierwotnego gminowładztwa” Podolecki ekwilibrystycznie odwrócił – na korzyść idei rewolucyjnej – szlachecką legitymizację ustroju folwarczno-pańszczyźnianego. Przedstawiciele jego własnego stanu twierdzili wszak, że posiadanie ziemi jest im należne z tytułu odbywania służby wojskowej i obrony ludności przed napaścią. „Jaśko z Beskidu” zaś uznał, iż utrata niepodległości przez Rzeczpospolitą dowiodła tego, że szlachta nie spełniła w sposób należyty swego „dziejowego” obowiązku i dlatego powinna zostać pozbawiona praw, wyróżniających ją spośród reszty społeczeństwa. Wszak wedle niego szlachcic, czyli żołnierz uposażony rolą narodową, nie był jej właścicielem, ale tylko dożywotnim, a raczej doczesnym posiadaczem, to jest póty jej używał, póki wojskowo służył 11.
Warto również postawić pytanie o miejsce socjalizmu w poglądach Podoleckiego. Trzeba mieć przy tym na uwadze, iż zbyt łatwe ochrzczenie go mianem „radykalnego demokraty” czy „szlacheckiego rewolucjonisty” byłoby pójściem w sukurs dyskursowi komunistycznemu, którego luminarze chcieli zarezerwować „socjalizm” dla adeptów „jedynie słusznej” linii marksistowsko-leninowskiej12.
Podolecki z całą pewnością nie pojmował „socjalizmu” w kategoriach całościowego systemu politycznego. Wydaje się, że miała to być raczej idea, która porwie masy do działania; idea bliżej nieokreślona, która we współczesnej autorowi polskiej publicystyce oznaczała tyle, co przeciwieństwo indywidualizmu i egoizmu. Podolecki pisał: Co to jest socjalizm? Ów wyraz brzemienny niedaleką przyszłością, nie mający dotąd ogólnej, wyraźnej definicji, to „coś” nieoznaczone a wielkie, to coś – jednym śmiertelny postrach, drugim nadzieja i otucha, dla wielu tajemnicza zagadka?13 Kilka stron dalej pada odpowiedź – socjalizm to wyzwolenie jednostki pod względem społecznym, tak jak wolność osobista jest jej wyzwoleniem cywilnym. Dlatego też demokratyzm jest działaczem, socjalizm działaniem. Demokratyzm całością, socjalizm tejże całości częścią 14. Innymi słowy, definicją wolności cywilnej jest wyzwolenie spod ucisków bezpośrednich, nielegalnych. Definicją socjalizmu – wyzwolenie spod ucisków pośrednich wykonywanych za osłoną legalności 15.
Powyższe wyimki wskazują, że samego Podoleckiego można określić jako socjalistę, gdyż opowiadał się on przeciwko własności indywidualnej. Jego zdaniem: Własność w pojęciu socjalnym i postępowym jest rodzinną i względną, a przy tym niepodległą; w pojęciu zaś dawnym i wstecznym albo bezwzględną i osobistą, albo też nadaną, przeto uprzywilejowaną lub służebną16.
Należy jednak poczynić zastrzeżenie, iż socjalizm – podobnie jak demokratyzm – był dla niego tylko jednym z instrumentów na drodze do umasowienia ruchu powstańczego, a w dalszej perspektywie: do odzyskania niepodległości. Jednocześnie jednak galicyjski szlachcic dostrzegł konieczność ścisłego sprzężenia socjalizmu i demokracji na kilka dekad przed stwierdzeniem Róży Luksemburg, iż nie ma socjalizmu bez demokracji.
***
Poglądy Podoleckiego mogą dziś budzić zdziwienie czy wątpliwości. To, co w nich najcenniejsze, kryje się bowiem pod warstwą naleciałości charakterystycznych dla epoki, w której przyszło mu żyć; i tylko odpowiednia kontekstualizacja owych koncepcji umożliwi sprawiedliwą ich ocenę.
Co zatem aktualnego pozostaje w pracach Podoleckiego? Z jego twórczości wyłania się pięć, interesujących również dziś, spostrzeżeń.
Po pierwsze, czymś niezwykłym – w obliczu poczucia niższości wobec Zachodu, towarzyszącego większości dzisiejszych komentatorów i publicystów – może wydać się przekonanie, iż Polska ma prawo podążać własną drogą. Podolecki na kartach swej płomiennej publicystyki celnie antycypuje i zarazem punktuje okcydentalistycznych epigonów. Publicysta z Galicji, w momencie braku niepodległego bytu państwowego, rozbitego kilka dekad wcześniej przez agresywnych, absolutystycznych, „nowoczesnych” sąsiadów, nie wahał się przypisywać Polsce cech szczególnych. W jego bowiem ujęciu, Polska to jedyny teraz reprezentant dawnej słowiańskiej wiejskości, przez co nie potrzebuje ona chwytać obcych i nowych myśli społecznych, ale powinna tylko rodzime swe zasady oczyścić z obcej rdzy i plugastwa wiekami przymieszanego, a przy tym rozprzestrzenić je i wykształcić wedle tegoczesnych potrzeb 17. Myśląc kontrfaktycznie, bez trudu można wyobrazić sobie współczesnego Podoleckiego, ironizującego z postmodernistycznych krzykaczy zapatrzonych w Slavoja Žižka czy wykpiwającego cierpiących na kompleksy budowniczych autostrad, zmierzających – jak nowoczesność przykazała – po finansowych i przyrodniczych trupach do asfaltowego celu.
Przechodząc jednak ad rem, Podoleckiemu chodziło o próbę znalezienia odskoczni od kapitalizmu, czy raczej od wszelkich plag charakterystycznych dla gospodarki wolnorynkowej. Na bazie modnego wówczas stawiania prymatu ducha nad materią, próbował – podobnie jak większość jego ideowych pobratymców – stworzyć ideologię pozwalającą zachować to, co najcenniejsze w ustroju demokracji szlacheckiej, a jednocześnie oczyścić ją z wypaczeń. Pierwsze skrzypce grała tutaj równość demokratyczna, która nie polega na tym, aby wszyscy posiadali jednakową liczbę zagonów ziemi, ale na tym, aby każdy obywatel mnożąc bogactwo narodowe na jakiejkolwiek drodze zbierał cały owoc swej pracy, czyli swojego poświęcenia, aby nikt nie był Negrem drugiego i za suchy kawałek chleba nie wzbogacał jego kieszeni 18.
W tym miejscu pojawia się druga istotna myśl w pracach Podoleckiego. Za ideową brawurę uznać wszak należy otwarte głoszenie przekonania o demokratycznych tradycjach, wpisanych w istotę polskości. Co więcej, tradycji tych doszukał się on w ustroju demokracji szlacheckiej, który dzisiaj wśród znakomitej większości postępowych komentatorów spotyka się co najwyżej z wykpiwaniem. Podolecki stanął zatem w opozycji do swoistego narodowego masochizmu, którym pewne gremia w swoim dobrze pojętym interesie zatruwają debatę publiczną. Pisarstwo polityczne Podoleckiego, który analizując narodową historię sprawnie oddziela ziarno od plew, nie popadając ani w bezmyślną afirmację, ani w ograniczoną negację, stanowi swoiste antidotum na tego rodzaju postawy.
Powinniśmy przeto – wskazuje „Jaśko z Beskidu” – koniecznie wpatrywać się w naszą przeszłość, bo ona wskazuje nam widomie niezbędną drogę przyszłości; poznawszy „czym byliśmy” i „dlaczego”, poznamy z zupełną pewnością – „czym będziemy”. Tysiącletnia nić chrześcijańskiej socjalnej idei naszej, wysnuta z kłębka przedhistorycznych czasów, nigdy u nas zerwaną nie była; trzymajmyż się jej pilnie, bo owa idea wyprowadzi nas z labiryntu obłędnych a ułudnych wyobrażeń i pojęć, jakie zamącać muszą dzisiejszą przechodową epokę człowieczeństwa 19.
Po trzecie, wbrew deterministom inspirowanym marksizmem, odrzucił Podolecki przekonanie o „stopniach rozwoju sił wytwórczych”, „formacjach ekonomicznych” itp. W tej kwestii poszedł on zupełnie innym torem, przekonując, iż budowa bardziej sprawiedliwego ładu jest możliwa (a może nawet bardziej prawdopodobna) w społeczeństwach „zacofanych”.
Po czwarte, Podolecki nie dokonywał bezrefleksyjnej afirmacji postępu technicznego. Przeciwnie, proces ten raczej go niepokoił i skłaniał do zastanowienia nad spodziewanymi skutkami społecznymi. W tej sferze galicyjski szlachcic zdaje się być myślicielem dojrzalszym od zafascynowanych industrializmem wielu ówczesnych i późniejszych ludzi zachodniej lewicy, których ślepa, deterministyczna wiara w tak pojęty rozwój wydaje się być dziecinadą w dobie konsumpcji jego, w części zatrutych bądź zgniłych, owoców. W tej mierze znacznie dojrzalsze są refleksje publicysty z Leska. Nie znaczy to, że Podolecki bał się mechanizacji. Uważał on, że zastępowanie pracy człowieka przez maszynę nie jest złe samo w sobie, wymaga jednak sprawiedliwego podziału dóbr wytwarzanych – dzięki postępowi właśnie – w coraz większych ilościach. Rzecz tę ujmował Podolecki następująco: Zbyteczne rozwinięcie przemysłu ze stratą innych stosunków i względów społecznych nie tylko szkodzi klasie robotniczej przyprawiając ją o nędzę i ubóstwo, nie tylko pogarsza położenie rolników, drobnych posiedzicieli ziemskich, ale co większa, rujnuje samą własność i wystawia ją na pastwę kapitałowi i kapitalistom 20.
Wreszcie po piąte, sylwetka i poglądy Podoleckiego zadają kłam stereotypowemu postrzeganiu szlachcica jako zaściankowego konserwatysty, którego horyzonty myślowe nie przekraczają płotu własnego podwórka. Jego dwór w Rzepedzi, z bogatym księgozbiorem i inteligentnym, erudycyjnym gospodarzem (Podolecki znał pisma m.in. Arystotelesa, Locke’a, Rousseau, Proudhona, Sismondiego, Smitha, Ricarda, Bastiata, McCullocha, Careya, J.S. Milla, Saint-Simona, Fouriera i Owena), był lokalnym ośrodkiem życia towarzyskiego i kulturalnego, a także azylem dla zbiegłych powstańców i niespokojnych duchów, ściganych przez służby bezpieczeństwa despotycznych zaborców. Sama zaś postawa Podoleckiego, którego czyny zakwalifikowały go – znowuż sięgając do wspomnień Miłkowskiego – jeżeli nie na szubienicę, to na dożywotni w Kufszteinie pobyt 21, wskazuje, że warstwa szlachecka w XIX w. nie składała się li tylko z oportunistów, ale i z oddanych ideałom, romantycznych buntowników.
***
Warto podkreślić, że poglądy Podoleckiego były dość typowe dla większości ówczesnej polskiej lewicy. Świadczy o tym nie tylko analiza tekstów innych rewolucjonistów I połowy XIX w., ale także fakt, że w swych artykułach przedstawiał koncepcje, pod którymi mogliby podpisać się także Darasz, Worcell, a może nawet i Lelewel. Miłkowski u progu XX w. wspominał, iż teksty pióra Podoleckiego wykuwały się zazwyczaj w toku ostrej dyskusji pomiędzy nim i kilkoma emigracyjnymi, ideowymi pobratymcami, którzy gościli w jego domu.
Przyglądając się postaci Podoleckiego trzeba ze smutkiem skonstatować, że to, co było oczywiste dla polskiej lewicy przed 150 laty, trzeba części jej współczesnych przedstawicieli, wpatrzonych w zagraniczne problematy, wyjaśniać od samego początku.
Piotr Kuligowski
Przypisy:
- Zachowało się bardzo niewiele danych o życiu Podoleckiego. Większość przytoczonych tu informacji pochodzi z: J. K. Podolecki, Wybór pism z lat 1846–1851, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Andrzej Grodek, Warszawa 1955; część również z: Z. Miłkowski (T. T. Jeż), Sylwety emigracyjne, http://literat.ug.edu.pl/jez/002.htm
- Z. Miłkowski (T. T. Jeż), Sylwety…
- Informacje nt. ideologii Podoleckiego pochodzą z: J. K. Podolecki, Wybór pism…; B. Baczko, Poglądy społeczno-polityczne i filozoficzne Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, Warszawa 1955.
- Z. Miłkowski (T. T. Jeż), dz. cyt.
- J.K. Podolecki, Równość [w:] Wybór pism…, s. 28.
- Tenże, O demokratyzmie polskim [w:] Wybór pism…, s. 11.
- Tamże, s. 13.
- Tamże, ss. 12–13.
- Tenże, Rewolucja i kontrrewolucja w Europie [w:] Wybór pism…, s. 85.
- Tenże, O demokratyzmie polskim [w:] dz. cyt., ss. 1–2.
- Tamże, s. 9.
- Por. L. i A. Ciołkoszowie, Zarys dziejów socjalizmu polskiego, s. 5. Choć i Podolecki, wzorem Marksa i Engelsa, miał tendencję do „unaukowienia” socjalizmu, pisząc że nie St. Simon, nie Fourier lub Owen byli jego twórcami lecz ekonomiści, bez ich pomocy systemata socjalne pozostałyby utopią (Znaczenie rewolucji socjalnej w Europie i w Polsce, Wybór pism…, s. 279).
- J. K. Podolecki, O socjalizmie [w:] Wybór pism…, s. 159.
- Tamże, s. 164.
- Tamże, s. 165.
- J. K. Podolecki, Socjalność [w:] Wybór pism…, s. 177.
- Tenże, O idei społecznej [w:] Wybór pism…, s. 20.
- Tenże, Równość [w:] Wybór pism…, s. 25.
- Tenże, O idei społecznej [w:] dz. cyt., s. 21.
- Tenże, Rok 1852, czyli położenie Europy i stanowisko Polski, s. 242.
- Z. Miłkowski (T. T. Jeż), dz. cyt.
przez Piotr Kuligowski | niedziela 6 maja 2012 | opinie
Przy każdym mniejszym lub większym systemowym tąpnięciu dyżurni „rewolucyjni marksiści” mają w zwyczaju na internetowych forach czy w „alternatywnych” kawiarniach wieszczyć o już nadchodzącej rewolucji. Wchodzenie w ich kompetencje w tym zakresie byłoby stawaniem na z góry przegranej pozycji – zgodnie z maksymą o sprowadzaniu do własnego poziomu i pokonywaniu przeciwnika z powodu większego doświadczenia w operacji na terenie lepiej znanym intelektualnie. Jednak ostatnie demonstracje skłaniają do reakcji również prosystemowych intelektualistów. Oto w rozmowie z Agnieszką Kublik dla portalu Wyborcza.pl prof. Ireneusz Krzemiński w alarmującym tonie komentował marsze organizowane przez środowisko związane z Radiem Maryja, a wymierzone w decyzję o nieprzyznaniu TV Trwam koncesji na nadawanie programu na multipleksie cyfrowym.
Antagonizujący władzę i „moherów” mechanizm jest, mimo odmienności interesów, podobny temu, który działa również w przypadku kibicowskich protestów przeciwko zamykaniu stadionów czy młodzieżowych Marszów Wyzwolenia Konopi. W każdej z tych spraw chodzi przede wszystkim o zwiększenie swobód z zakresie tego, co – sięgając do żargonu marksistowskiego – określić można mianem „reprodukowania siły roboczej”. Zatem bywalec stadionów daje się bezkrytycznie każdego dnia wyciskać szefowi w pracy, jednak groźba odebrania mu ulubionej rozrywki, jaką jest oglądanie na żywo zmagań piłkarskich, wywołuje natychmiast ostry konflikt. Podobnie emeryci i renciści, którzy stanowią trzon sympatyków Radia Maryja, nie wychodzą na ulice z powodu mizernej wysokości otrzymywanych świadczeń, lecz z racji problemów ulubionej stacji. Wbrew konfliktowi pokoleń, dokładnie tej samej tendencji ulega najmłodsza część społeczeństwa. Demonstracje sprzeciwu wobec odpłatności za drugi kierunek studiów gromadziły w najlepszym razie kilkadziesiąt osób – na Marsz Wyzwolenia Konopi w stolicy przychodzi natomiast nawet 6 tys.
Wspominani kibice są w ostatnim czasie nader interesującą grupą społeczną, gdyż charakteryzują się bodaj największą bojowością. Erupcję aktywizmu politycznego stadionowych fanów piłki nożnej wywołała chęć swoistego „upudrowania” polskich stadionów w ramach przygotowań do Euro 2012, choć za całym przedsięwzięciem może stać również dostrzeżenie, iż dostosowanie trybun do potrzeb „drobnomieszczan”, a tym samym zachęcenie ich do przychodzenia na mecze, może przynieść większe zyski, niż w przypadku obsadzania ich „chłopakami z osiedla”. Obecna władza, której wszystkie cechy uosabia Donald Tusk, w pójściu na konfrontację z kibicami mogła też mieć cel PR-owy – oto zatroskany, ale i bezwzględny premier z determinacją godną „Żelaznej Damy” gromi stadionowe chuligaństwo przy powszechnym poparciu opinii publicznej.
Jeśli więc takie były motywacje szefa rządu, to przyznać trzeba, że ruszając na podbój sondaży, obrał drogę fatalną. Kibice, a zwłaszcza ich fanatyczna część, są wszak grupą specyficzną. W ich skład wchodzą w zdecydowanej mierze mężczyźni dobrze zbudowani, zafascynowani przemocą i poszukujący przynależności do silnego kręgu. Z racji takich cech, szalikowcy nigdy nie mogli liczyć na specjalną przychylność w oczach mediów i prawdopodobnie nigdy nawet zbytnio o nią nie zabiegali. Kibice jednakowoż charakteryzują się również zdolnością mobilizacyjną i skłonnością do konfrontacji. Konfrontacji zazwyczaj z fanami skonfliktowanej drużyny, ale w momencie – sięgając do kibicowskiego slangu – „kosy” z władzą, na celowniku miłośników oglądania piłki kopanej może znaleźć się również obóz rządzący.
Stadionowy zryw polityczny, z racji swej dynamiki, niczym zwierciadło odbija zjawiska wyłaniające się stopniowo także wśród pozostałych ruchów kontestatorskich. Chodzi mianowicie o postulaty stricte ekonomiczne, które – tkwiące przez wiele lat pod zastygłą skorupą „demoliberalnego konsensusu” – zdają się powoli wybijać na powierzchnię. Swe zrozumienie dla konieczności poszerzenia postulatów również o problematykę związaną ze „sprzedażą siły roboczej”, pokazali niedawno kibice Ruchu Chorzów. Sympatycy tegoż zespołu podczas dzikiego strajku, podjętego w celu obrony miejsc pracy przez załogę walcowni rur i stalowni w chorzowskiej Hucie Batory, dali dowody swego poparcia dla radykalnej akcji. Fani futbolu nie tylko wyeksponowali na stadionowych trybunach transparenty, będące wyrazem solidarności ze strajkującymi, ale także pikietowali pod bramą zakładu w momencie, gdy jego zarząd ściągnął kilkudziesięciu ochroniarzy z zamiarem pacyfikacji protestu.
To swego rodzaju wyczerpywanie się dotychczasowej formuły demonstracji było częściowo widoczne także na protestach przeciwko porozumieniu ACTA, kiedy to niejednokrotnie pojawiały się hasła związane z planowaną reformą emerytalną, drożejącym paliwem czy ogólną indolencją gospodarczą rządu Tuska.
Zamieszkujący między Odrą i Bugiem przez wiele lat mogli się przyzwyczaić raczej do pikujących, niż zwyżkujących wskaźników ekonomicznych. Wszelkie kryzysy mają jednak to do siebie, że prędzej czy później muszą wywołać rozgoryczenie ulicy, co prowadzi do radykalizacji form oporu. A jest się na co oburzać, gdyż wskaźniki z dnia na dzień wyglądają gorzej. Doniesienia Głównego Urzędu Statystycznego rozbijają wszelkie zaklęcia liberalnych optymistów: w ciągu ostatniego roku średnia płaca w Polsce wzrosła o 3,8%, lecz w tym samym czasie ceny towarów i usług podskoczyły o… 3,9%! Równie źle przedstawia się, rosnąca regularnie, stopa bezrobocia. W lutym osiągnęła ona poziom 13,5%, a zatem więcej, niż w analogicznym okresie roku 2011. I choć realia neoliberalnego kapitalizmu, wbrew niemal powszechnie zapomnianym zapowiedziom jego architektów sprzed 20 lat, przyzwyczaiły do wysokiego odsetka osób bezrobotnych (w grudniu 2003 r. osiągnął on 20%), to niepokojem musi napawać obecny negatywny trend.
Skoro radykalnej poprawy na rynku pracy nie przyniosły nawet, podjęte na dużą skalę, inwestycje związane ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy w piłce nożnej, to nietrudno sobie wyobrazić sytuację tuż po szumnie zapowiadanym turnieju. Gdy tyrającym przy budowie dróg i stadionów budowlańcom wygasną umowy śmieciowe, stopa bezrobocia może gwałtownie podskoczyć.
Nakreślone realia, jeśli zestawić je z wynikami badań opinii publicznej, w myśl których aż 1/5 ankietowanych deklaruje niezdecydowanie w kwestii wyboru konkretnej opcji politycznej, powinny tworzyć niejako naturalną niszę dla konsekwentnie prospołecznej opozycji. Taką zaś powinna być – zwłaszcza w chwili powstania poważnych rys na neoliberalnym „dobrobycie” – lewica. Ta jednak, gardłując od lat za zwiększaniem swobód obyczajowych, zatraciła swój „genetycznie” plebejski charakter, w zamian stając się formą oświeconej i postępowej elity. Ów elitaryzm dostrzec można w wielu sferach działalności podmiotów takich jak Sojusz Lewicy Demokratycznej, Ruch Palikota czy „Krytyka Polityczna”. Ich działacze organizują antydyskryminacyjne spotkania, koncerty i eventy, nawołują do wyzbywania się „polskości”, recenzują kulturę wysoką, drwią z Kościoła, redagują przeintelektualizowane pisma itd.
Samozwańczo przybrane przez te kręgi miano „lewicy”, z radością podchwycone i powtarzane przez politycznych oponentów z prawej strony, jest nieporozumieniem nie tylko w sferze programowej, ale także ideowej. Niespełna dwa lata temu w programie „Warto rozmawiać” Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” w debacie nt. antysemityzmu dał się zmasakrować Rafałowi Ziemkiewiczowi, gdy ten najpierw polską przedwojenną lewicę sprowadził do Jerzego Giedroycia, a następnie wypomniał temuż chęć uprzykrzenia Żydom życia w Polsce, by w ten sposób zmusić ich do emigracji. Sutowski, co znamienne, słowem nie napomknął o innych tradycjach polskiej lewicy, która – w przeciwieństwie do ugrupowań narodowych – nie musi się wstydzić za fascynacje Mussolinim czy akcentowanie „problemu żydowskiego” w okresie międzywojennym. Zastępując Abramowskiego Giedroyciem, a także – jakże wymownie! – „Robotnika” „Kulturą”, lewica sprowadza się do poziomu dowcipnisiów z SuperStacji, którzy w swych wystąpieniach sprawnie obśmiewają Kościół, Kaczyńskiego i związkowców.
Tym sposobem, choć autentyczna polska lewica może się poszczycić chlubnym rodowodem historycznym, reprezentujące ją środowiska tracą inicjatywę w sytuacji, na którą część z nich, na co dzień pozbawiona inicjatywy politycznej, czekała z utęsknieniem, czyli w momencie strukturalnego kryzysu modelu neoliberalnego. Zeszłoroczny 11 listopada pokazał jasno, która strona jest otwarta na rozgoryczonych skutkami kryzysu. Podczas gdy na wiecu Kolorowa Niepodległa odbijano piłki i dziękowano policji za dobre traktowanie, na Marszu Niepodległości niesiono transparent „Będzie druga Grecja” i odpalano race. Złudzeń nie pozostawiła frekwencja na obu wydarzeniach – czterokrotnie większa liczba uczestników prawicowej manifestacji wskazuje dobitnie, że to ta część sceny politycznej umiejętnie przedstawia programowe oferty, które mogą być atrakcyjne zarówno dla klas wyższych i średnich (ultraliberalizm), jak i niższych (solidaryzm narodowy).
Zatem, paradoksalnie, to elitarystyczni prawicowcy, choć zazwyczaj przychylnie spoglądający na cięcie zasiłków dla bezrobotnych czy eksmisje na bruk, mają dzisiaj status „plebejskich”. To oni tworzą niezależne media, podczas gdy „lewicowi” intelektualiści rozczytują się w publikatorach koncernu Agora S.A. To na ich manifestacjach agresywny, zakapturzony tłum walczy z policją, a nawet skanduje „USA – imperium zła!” (sic!); i to w czasie, gdy na tej samej ulicy, w kawiarni Nowy Wspaniały Świat, doktoranci socjologii, popijając kawę za 15 zł, rozprawiają o kolejnym spektaklu Strzępki i Demirskiego. To wreszcie wspomniani kibice, w sporej części prawicowi, wspierają strajkujących pracowników, podczas gdy śląskie środowisko anarchistyczne zajęte jest organizacją blokady przemarszu Obozu Narodowo-Radykalnego.
Przyszłość jest trudna do przewidzenia. Teraźniejszość nie napawa optymizmem. W obliczu hegemonii postulatów kulturowych na lewicy, marginalizacji ulegają najistotniejsze – zwłaszcza w dobie kryzysu – problemy społeczne. I nic tu nie pomoże deterministyczne oczekiwanie na to, że samo załamanie systemu przyniesie ogólne otrzeźwienie. Kapitalizm wielokrotnie już dał dowód swej żywotności i zdolności do funkcjonowania nawet po ciężkich depresjach. Z całą pewnością jednak Europa i świat stoją w obliczu przełomu. Swych chęci dokonania głębokich przeobrażeń gospodarczych nie kryją politycy głównego nurtu, napomykający coraz częściej o konieczności reindustrializacji Starego Kontynentu. Uchwycenie istoty przemian i mozaiki protestów jest jednak trudne zza szyb ekskluzywnych kawiarni w centrum stolicy.
Piotr Kuligowski
przez Piotr Kuligowski | wtorek 20 marca 2012 | opinie
W ostatnim czasie istotnym elementem debaty publicznej stało się zagadnienie patriotyzmu. Rozprawia o nim wielu – prawicowe serwisy internetowe pełne są deklaracji o „kochaniu Polski”, natomiast strony lewicowe uderzają czytelników artykułami o „patridiotyzmie”. Patriotyzm stopił się nawet z niedawnymi protestami przeciwko porozumieniu ACTA, które wstrząsnęły wieloma polskimi miastami.
I choć ów ruch protestu przekraczał granice widniejące na mapach politycznych, tutejsza jego część różniła się zasadniczo od podobnych wydarzeń w innych częściach Starego Kontynentu. Specyfiki nadawało oczywiście prekursorstwo Polski, która stała się zaczynem ponadnarodowego sprzeciwu. Jednakże mimo owej – niewątpliwie chwalebnej – przytomności obywateli, popadanie w samozachwyt byłoby raczej nieuprawnione. Wszak walki społeczne na podobną, a nawet i większą skalę mają w wielu krajach świata miejsce zawsze, gdy władza szykuje zamach na swobody obywatelskie, prawa pracownicze czy osłony socjalne.
Polacy natomiast, z wielu powodów, biernie przyglądali się dewastowaniu gospodarki przez neoliberałów. Na ulice wyprowadziło ich dopiero widmo ograniczenia przestrzeni rozrywkowej, która jest jedną z ostatnich oaz wolności po niepewnej i stresującej pracy. Zadziałał tu zatem mechanizm podobny do tego, który czyni Marsze Wyzwolenia Konopi wielotysięcznymi pochodami. W porozumieniu ACTA chodzi oczywiście nie tylko o możliwość ściągania plików MP3, ale również np. o „niemarkowe” części zamienne do samochodów. Jednak dla wielu uczestników demonstracji zagadnienia te zdają się być drugorzędnymi. Stąd częste eksploatowanie przy tej okazji analogii do wojennego „Poland – first to fight” czy przeróbek symbolu „Polski walczącej” pozostaje traktować jako nieuprawnione nawiązywanie do tradycji bohaterskiej walki z niemieckim nazizmem.
Polskie protesty przeciwko podpisaniu ACTA miały jednak coś, co łączyło je z państwem podziemnym czasów II wojny światowej. Był to mianowicie kult symboliki narodowej. W oczy wyraźnie rzucał się widok wielu biało-czerwonych flag, a w niektórych miastach (np. Katowicach czy Łodzi) tłum śpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”. Potraktowanie symboli państwowych jako elementu antykorporacyjnego i antyrządowego sprzeciwu było polską osobliwością. Trudno bowiem na filmach i fotografiach z podobnych wydarzeń w Amsterdamie, Sztokholmie czy Tallinie, dopatrzyć się choć jednej państwowej flagi.
Ów renesans postaw związanych z przywiązaniem do wspólnoty narodowej, zachodzi przy szokującym pomieszaniu pojęć, dotyczących przede wszystkim postaw lewicowych. Stąd też na dyskusje o patriotyzmie zaprasza się, z jednej strony, przedstawicieli Ruchu Palikota czy „Krytyki Politycznej”, z drugiej zaś – przedstawicieli ONR-u czy Młodzieży Wszechpolskiej. Trudno wyzbyć się wrażenia, że w owym rezerwuarze zdecydowanie brakuje głosu tych, którzy dystansują się zarówno od Marszu Niepodległości, jak i Kolorowej Niepodległej, a jednocześnie stoją w konsekwentnej opozycji do neoliberalnego kapitalizmu.
W Polsce można wyróżnić trzy główne podejścia do kwestii patriotyzmu. Pierwsze, którego erupcji doświadczyliśmy w ostatnim czasie, można określić roboczo jako patriotyzm husarski. Polega on na kulcie przedsięwzięć wielkich i widowiskowych. Luminarze „husarskiego” patriotyzmu lubują się więc w zwycięskich szarżach, bitwach i zawodach sportowych, odczuwają uniesienie przy otwieraniu wielkich obiektów (obojętnie, czy to bazylika, stadion, czy elektrownia atomowa), uwielbiają patetycznie epatować swym deklaratywnym przywiązaniem do historii i tradycji w rocznicę wielkich wydarzeń historycznych, zalewając ulice morzem ludzi i flag.
Grupę drugą można określić – z czym pewnie zgodziliby się sami jej przedstawiciele – jako kosmopolitów. Historycznie stoją oni w jednym szeregu z tą częścią polskiej szlachty i magnaterii, która ponad troskę o wspólne dobro stawiała własne interesy, a w celu realizacji tychże „kleiła się” do dworu monarszego z gorliwością podobną tej, którą wykazują rozmaitej maści „antysystemowi” grantobiorcy, kontestujący mainstream na obszarze wyznaczonym przez tenże mainstream. Kosmopolici zarówno niegdyś, jak i dziś, gardzą ludem – czy to chłopstwem, czy „kibolami” i „moherami”.
I wreszcie grupa trzecia – patrioci „tęczowi”. „Tęczowcy” pozornie stoją w rozkroku między „husarzami” i kosmopolitami, faktycznie jednak zdecydowanie balansują na jednym polu z tymi ostatnimi. Najbardziej bodaj w ostatnim czasie spektakularną emanacją patriotyzmu „tęczowego” był wiec „Kolorowa Niepodległa”, zorganizowany przez „Krytykę Polityczną”. „(Bez)Krytycy” z tego środowiska poszukują historiozoficznego uzasadnienia swego stanowiska w zakresie patriotyzmu w tradycjach Polski jagiellońskiej, a zatem pluralistycznej pod względem narodowościowym i wyznaniowym. Dodając współczesne kryteria, wyliczankę tę trzeba by pewnie uzupełnić także o mniejszości seksualne, kontestatorskie subkultury, transseksualistów itd. Mit Polski jagiellońskiej – jak każdy jemu podobny – pozostaje jednak tylko mitem. Jest to twór szkodliwy i kuszący zarazem. Kuszący do tego stopnia, że pod koniec życia uległ mu nawet Edward Abramowski. Ów przenikliwy myśliciel w swych wizjach niepodległej Polski w zaskakujący sposób abstrahował od pobudek ekonomicznych XIV-wiecznych elit, które stały się faktycznym motorem ekspansji piastowskiego królestwa na wschód.
Wszystkie trzy ujęcia są zatem bardzo wybiórcze i destruktywne dla pamięci historycznej Polaków. Zarówno bowiem patrioci „husarscy”, jak i „tęczowi”, a tym bardziej kosmopolici, zdają się nie zauważać miejscowej specyfiki. Mniej lub bardziej świadomie spychają na margines zapomnienia walki społeczne, toczące się w celu wielowymiarowego wyzwolenia ziem polskich – wyzwolenia spod dyktatu zarówno obcych urzędników, jak i rodzimych kapitalistów.
Paradoksalnie zatem owa walka – roboczo nazywana „narodowowyzwoleńczą, a de facto przepełniona także problematyką ekonomiczną – przyciągała nawet anarchistów. Choćby wspomniany Abramowski nawoływał do bojkotu zaborczych instytucji, tworząc teoretyczne i praktyczne modele oddolnej organizacji społecznej. Odrodzona Polska w jego wizji miała być państwem minimalnym, choć – w przeciwieństwie do koncepcji snutych przez skrajnych liberałów – pozbawionym rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa, stojącego na straży „świętego prawa własności prywatnej”. Przeciwnie – pionier polskiego kooperatyzmu był przekonany, że żadna odgórna instytucja nie stanie na straży bezpieczeństwa, moralności i sprawiedliwości tak efektywnie, jak sami obywatele.
Jeszcze więcej dokonań na polu niepodległościowym ma ruch socjalistyczny, będący w prostej linii spadkobiercą, a później współtwórcą tradycji kościuszkowskiej, bojów listopadowych, emigracyjnych demokratów, niepokojów Wiosny Ludów, styczniowego radykalizmu, strajków z roku 1905, Legionów i wreszcie – pierwszego rządu II RP. To właśnie wyzwoleni z pańskich pęt kosynierzy stanęli do walki o wolność w czasie, gdy szlacheccy konserwatyści zorganizowali Targowicę. To lud Warszawy w 1831 r. manifestował żarliwy patriotyzm, gdy elity powstańcze liczyły na korzystne układy z carem. To emigracyjni socjaliści starali się inspirować czyn zbrojny, gdy obóz monarchistów, z Czartoryskim na czele, spokojnie wyczekiwał na rozwój sytuacji międzynarodowej, by zaistniałą koniunkturę wykorzystać dla własnych celów. To frakcja czerwonych poprowadziła w bój w 1863 r. podległe sobie oddziały, podczas gdy konserwatywny margrabia Aleksander Wielopolski starał się rozbić organizacyjne podziemie. To bojowcy socjalistyczni wysadzali posterunki carskiej policji, gdy lojalistyczni posłowie endecji wchodzili do Dumy. Tego rodzaju przykłady można mnożyć.
W dyskusjach o patriotyzmie brakuje więc tego ujęcia, które ilustrowałby kosynier. Kosynier, wczoraj jeszcze będący chłopem, który przez akt nastawienia kosy na sztorc zrywa z poddańczą przeszłością, domagając się podmiotowości ekonomicznej i politycznej oraz partycypacji w procesie decyzyjnym. Tenże kosynier jest symbolem Polski walczącej – od insurekcji kościuszkowskiej aż po kampanię wrześniową, podczas której czerwoni kosynierzy uczestniczyli w walkach ulicznych w obronie Gdyni. I choć tradycja kosynierska jawi się jako mit młodzieńczych, żarliwych straceńców, to warto mieć na uwadze, że bitewna rzeczywistość była bardziej złożona. Kosynierzy bowiem przemieszczali się dużo szybciej, niż żołnierze wyposażeni w ciężki ekwipunek, a w starciu bezpośrednim zwyczajnie kroili na kawałki wrogów wyposażonych w krótkie bagnety.
Duch kosynierów w 1794 r. krążył nad Warszawą, lecz jego emanacją była nie tyle widowiskowa walka zbrojna, ile raczej aktywność polityczna mieszczan, którzy w kilkudziesięcioosobowych grupach zbierali się pod ratuszem, dyskutując o własnych projektach ustaw i domagając się wpływu na dalsze losy kraju. Wyrażana w ten sposób patriotyczna troska o dobro wspólne nie miała nic wspólnego z ciasnym szowinizmem. Przeciwnie – na stronę insurekcji przechodzili także zamieszkujący stolicę obcokrajowcy, w tym m.in. ponad stu Niemców. Podobnie rzecz miała się z powstaniem listopadowym, podczas którego w bojach powstańczych po jednej stronie występowali Polacy, Żydzi, a nawet Tatarzy.
Patriotyzm kosynierów to oddolny poryw ku lepszemu bytowi, ku powszechnej emancypacji. Patriotyzm ów realizuje się nie poprzez wielkie przedsięwzięcia, ale drobne działania na co dzień. Jego adherentami są zatem osoby blokujące eksmisje czy pikietujące pod siedzibami firm, które łamią prawa pracownicze. Kosynierami były także te dziesiątki tysięcy osób, które skrzyknęły się za pośrednictwem Internetu, by sprzeciwić się porozumieniu ACTA. Szkoda jednak, że w swym wojowniczym uniesieniu część z nich wyeksponowała patriotyzm husarski. W zmaganiach z turbokapitalizmem nie ma bowiem póki co szans na widowiskowe zwycięstwa. Tym bardziej więc wypada docenić bohaterów dnia codziennego. Docenić – i pamiętać, że połowę polskiej flagi zajmuje czerwień.
Piotr Kuligowski