Zadowolony biedak odpowiada na ankietę

Główna strona portalu gazeta.pl w dniu 4 października 2013 przedstawia zdjęcie roześmianej rodziny opatrzone podpisem „Coraz więcej szczęśliwych i bardzo szczęśliwych Polaków – Diagnoza Społeczna 2013”. Ten obrazek nieźle ilustruje funkcjonowanie Diagnozy Społecznej w mediach głównego nurtu. Zebrane tam dane mają zadawać kłam pesymistycznej propagandzie i udowadniać, że mimo błędów i wypaczeń potransformacyjna Polska jest krajem, który rośnie w siłę i w którym ludziom żyje się dostatniej.

Ten optymistyczny aspekt Diagnozy jest o tyle łatwy do podkreślania, że to na niego właśnie zwracają uwagę – przynajmniej w komunikatach medialnych – autorzy badania, z profesorem Januszem Czaplińskim na czele. Tymczasem jeśli przyjrzeć się danym, które można znaleźć w Diagnozie, a nawet interpretacjom tych danych, jakie znajdujemy w pełnych raportach (a nie w ich medialnych streszczeniach), to obraz społeczeństwa polskiego, jaki się z nich wyłania – a do poprawności metodologicznej badania trudno mieć zastrzeżenia – jest mocno niepokojący.

Nie da się polemizować z faktem, że Polacy jawią się w świetle Diagnozy jako społeczeństwo ludzi zadowolonych z życia. 81% rodaków deklaruje, że są szczęśliwi i ten odsetek systematycznie rośnie (odnotowano niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z najgorszym pod tym względem rokiem 1993), nawet w sytuacji kryzysu gospodarczego. Jednak ten wynik dotyczy jedynie subiektywnego poczucia satysfakcji z życia, a wyciąganie na ich podstawie wniosków na temat ogólnej sytuacji w Polsce jest głęboko nieuzasadnione.

Przede wszystkim wskaźniki obrazujące sytuację materialną naszych rodaków dowodzą jednoznacznie, że pod tym względem miewają się oni raczej źle. Po pierwsze, realne (czyli liczone z uwzględnieniem inflacji) dochody gospodarstw domowych w Polsce systematycznie spadają – w ciągu ostatnich dwóch lat o 5% (Diagnoza…, s. 401). Problemy materialne dają o sobie znać również w wymiarze subiektywnym. Jak czytamy w Diagnozie: Najczęściej badane gospodarstwa domowe deklarowały w lutym/marcu 2013 r., że przy aktualnym dochodzie wiązały koniec z końcem z pewną trudnością (36 proc. gospodarstw), prawie 20 proc. gospodarstw radziło sobie z trudnością, a ponad 17 proc. z wielką trudnością (s. 45). Jedynie 26% Polaków radzi sobie pod względem materialnym „łatwo” lub raczej „łatwo”, co oznacza, że ¾ ludzi w naszym kraju radzi sobie nie za dobrze.

Powtórzymy to wyraźnie: zdecydowana większość Polaków uważa, że ma problemy finansowe. Jedynym jasnym punktem w tych statystykach jest fakt, że odsetek ludzi, którzy radzą sobie „z wielką trudnością”, nieznacznie spadł (o 2 punkty procentowe). Być może oznacza to, że obszary skrajnej biedy nieco się zmniejszają, ale nie łudźmy się, że zniknęły one całkowicie. Czy można spokojnie przejść obok faktu, iż prawie 30% gospodarstw wiejskich deklaruje, że ich „stałe dochody nie pozwalają na zaspokojenie bieżących potrzeb” (s. 48)? Czy rzeczywiście możemy mówić, że Polska jest krajem dobrobytu materialnego, jeśli ponad 20% gospodarstw domowych nie posiada ciepłej bieżącej wody, a w województwie świętokrzyskim ten odsetek sięga ponad 40%? Wydawać by się mogło, że mamy tu do czynienia z czymś, co w drugiej dekadzie XXI wieku, w regionie znajdującym się w Unii Europejskiej, powinno być uznane za podstawowy dorobek cywilizacyjny, a nie luksus dostępny jedynie dla wybranych.

Warto też zauważyć, że zgromadzone w Diagnozie dane jednoznacznie falsyfikują tezę, iż w Polsce mamy do czynienia z „rozbuchanym państwem socjalnym”, utrzymującym przy życiu całe rzesze „nierobów”, co wpędza ich w „wyuczoną bezradność”. W rzeczywistości jakąkolwiek pomoc zewnętrzną otrzymuje jedynie 11% badanych (s. 52). Warto zwrócić uwagę, że mówimy tu o jakiekolwiek pomocy – niestety Diagnoza nie dostarcza informacji na temat tego, w jakim stopniu ta pomoc zaspokaja potrzeby materialne badanych. Wiedząc wszakże, ile w Polsce wynosi choćby zasiłek dla osób będących opiekunami osób niepełnosprawnych, możemy się domyślać, że niewielu znajdziemy ludzi żyjących z pomocy społecznej. W każdym razie, biorąc pod uwagę skalę deprywacji materialnej, jaką ujawnia badanie, zasięg działania pomocy społecznej w Polsce okazuje się nad wyraz skromny.

Należy zaznaczyć, że autorzy Diagnozy te wszystkie dane, świadczące o trudnej sytuacji bytowej mieszkańców naszego kraju, referują nadzwyczaj rzetelnie. Zastrzeżenia może jedynie budzić fakt, iż bardzo często, gdy podaje się informacje wskazujące na niekorzystną sytuację rodaków, są one uzupełniane komentarzami, które mają świadczyć o tym, że co prawda nie jest najlepiej, ale sytuacja się poprawia.

Weźmy na przykład fragment mówiący, że wielu dorosłych Polaków zmuszonych jest rezygnować z wyjazdów wypoczynkowych ze względu na trudną sytuację finansową – w 2013 roku wystąpienie takiej sytuacji zasygnalizowało 32% respondentów. Zaraz potem w raporcie Diagnozy czytamy: W ostatnich dwóch latach nastąpił natomiast znaczący spadek konieczności rezygnacji ze względów finansowych z wyjazdów dorosłych (s. 115). Dowiadujemy się następnie, że ów spadek wyniósł… 3 punkty procentowe – z 35% do 32%. Czy rzeczywiście taka zmiana zasługuje na miano „znaczącego spadku”? Czy nie jest to przypadkiem próba zaklinania rzeczywistości?

Takie manewry dyskursywne znajdujemy w Diagnozie często – wystarczy, że jakaś zła statystyka poprawi się w ujęciu dwuletnim o choćby dwa punkty procentowe, to już mówi się o tym, że jest znacznie lepiej. Czy nie uczciwiej byłoby jednak skwitować taką obserwacje komentarzem, że pacjent co prawda nadal miewa się nie najlepiej, ale jednak nastąpiła delikatna poprawa?

Niezwykle doniosłą i bolesną konsekwencją materialnej deprywacji Polaków jest katastrofalna sytuacja demograficzna naszego kraju. Przypomnijmy – przyrost naturalny w 2013 roku niemal na pewno będzie ujemny, zaś współczynnik dzietności w Polsce w roku 2012 wyniósł zaledwie 1,3, wypadając zdecydowanie poniżej tego, który gwarantuje zastępowalność pokoleń. Mówiąc krótko – nawet jeśli weźmiemy w nawias fenomen masowej emigracji, widzimy, że Polska zaczyna się wyludniać i jeśli obecne tendencje się utrzymają, to proces ten postępować będzie w zastraszającym tempie.

Wielką wartością Diagnozy Społecznej jest to, że zawiera ona szczegółowe badania nad „rezerwą prokreacyjną”, czyli ludźmi, którzy mogliby mieć dzieci (czy to pierwsze, czy też kolejne), a jednak z jakichś względów się na to nie decydują. Dzięki temu badaniu możemy poznać rzeczywiste motywacje tych osób, a nie zadowalać się ideologicznymi projekcjami na ich temat. Okazuje się bowiem, że powodem, dla którego ludzie w naszym kraju nie mają dzieci, nie są żadne postępy „cywilizacji śmierci” (jak lubią to sobie roić przedstawiciele prawicy kulturowej), lecz właśnie problemy materialne oraz, co należy dodać, bezpłodność. Ponad 58% osób należących do owej „rezerwy prokreacyjnej” jako powód nieposiadania dziecka wskazuje „trudne warunki bytowe”, 36% „niepewną przyszłość”, a 30% „koszty wychowania”. Niecałe 30% wskazuje jeszcze „trudność godzenia pracy z rodzicielstwem”, „za niski zasiłek” oraz brak dostępu do żłobków i przedszkoli (s. 163). Widać zatem wyraźnie, że to nie żadne domniemane mroczne wpływy „lewactwa”, rzekomo demoralizującego polską rodzinę, a zwykłe problemy bytowe sprawiają, iż sytuacja demograficzna naszego kraju przedstawia się tak tragicznie.

Z drugiej jednak strony te dane powinny wziąć sobie również do serca środowiska lewicowe, które za fatalną demografię obwiniają przede wszystkim brak wspierającej młodych rodziców infrastruktury i rozwiązań prawnych. Rzeczywiście, jest to istotna kwestia, jednak, jak się okazuje, to nie ona ma fundamentalne znaczenie, lecz zwykła, nie bójmy się użyć tego słowa, bieda. Oznacza to, że polityki demograficznej nie można prowadzić w izolacji od polityki ekonomicznej jako takiej – nie można liczyć na to, że samo zbudowanie żłobków i przedszkoli czy objęcie pracownic na umowach śmieciowych urlopami macierzyńskimi (jakkolwiek są to działania niezwykle ważne) rozwiąże ów problem. Zapaści demograficznej nie powstrzymamy bez takiej zmiany polityki, która umożliwi radykalną poprawę warunków życia społeczeństwa.

Pesymistyczna ocena warunków życia rzutuje również – i to bardzo wyraźnie – na w gruncie rzeczy negatywną ocenę całokształtu transformacji, jaka dokonała się w Polsce po 1989 roku. Ogólna ocena reform rozpoczętych w 1989 r. jest dla badanych zadaniem trudnym. Tylko nieco ponad połowa badanych (55,5 proc.) może się na nią zdecydować – 44,4 proc. znalazła się w kategorii „trudno powiedzieć” (s. 286). Z drugiej jednak strony: Wśród badanych, którzy ocenili reformy po 1989 r. jako udane albo nieudane, pogląd, że reformy się nie udały (53,9 proc.) występuje prawie 4 razy częściej niż pogląd, że się udały (11,6 proc.); w stosunku do 2011 r. oceny te się pogorszyły; dwa lata wcześniej o sukcesie reform mówiło 14,0 proc., a o ich niepowodzeniu 37,2 proc. badanych (s. 286).

Takie wyniki nie powinny zaskakiwać. Jak można spodziewać się, że Polacy będą zadowoleni z przemian, skoro ich warunki życiowe pozostawiają tak wiele do życzenia? A jednak, nawet jeśli weźmiemy ten fakt pod uwagę, wskaźnik akceptacji dla reform pozostaje szokująco niski – 11% to o wiele mniej niż odsetek Polaków, którzy „radzą sobie w życiu z łatwością”. Oznacza to, że nawet ludzie zadowoleni ze swojej sytuacji materialnej nie zawsze potrafią zdecydować się na jednoznacznie pozytywną ocenę reform. I dzieje się tak mimo że przygniatająca większość mediów głównego nurtu od lat uprawia u nas propagandę sukcesu, obwieszczając, że polska droga do demokracji może być przykładem dla niemal całego świata. Rzutuje to oczywiście na ogólną ocenę sytuacji w kraju, która, jak pokazuje Diagnoza, jest w Polsce bardzo niska – odsetek Polaków „zadowolonych” i „bardzo zadowolonych” z sytuacji w kraju wynosi niecałe 10% (choć i tak systematycznie wzrasta).

Krytyczna ocena transformacji ma też swój niepokojący aspekt. Związany jest z nią bowiem dość niski poziom aprobaty dla demokracji jako systemu sprawowania rządów. Jedynie 25,5 proc. zbiorowości wybrało pogląd, że „demokracja ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów”, natomiast 13,6% uznało, że „niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być lepsze niż rządy demokratyczne”; dla 16,1% „nie ma znaczenia, czy rząd jest demokratyczny czy niedemokratyczny”, zaś 5,8% uważa, że „demokracja jest złą formą rządu” (s. 288). Można z tego wysnuć wniosek, że w Polsce istnieje potencjał do kontestacji obecnego układu społeczno-politycznego, przy czym ta kontestacja może, co niepokojące, przybierać formę poparcia dla jakiejś postaci autorytaryzmu. Oczywiście w chwili obecnej nie ma w naszym kraju formacji politycznej dysponującej realną siłą, która jednocześnie głosiłaby taki przekaz, jednak tendencje są tu na tyle wyraźne, że pozwalają się martwić na zapas.

Powróćmy teraz do naszych wyjściowych danych, wskazujących, że 81% Polaków jest zadowolonych ze swojego życia. Jeśli skontrastujemy te deklaracje z liczbami, które przedstawiłem, rodzi się pytanie: czy można być człowiekiem szczęśliwym i zadowolonym z życia, jeśli ma się mniejsze lub większe problemy finansowe, problem z dostępem do podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych, brakuje środków na utrzymanie dziecka oraz jeśli żyje się w kraju, którego transformację ustrojową ocenia się negatywnie? Polacy są dowodem na to, że można. Można być biednym i żyć w źle rządzonym kraju – a jednocześnie promieniować szczęściem.

Wyjaśnienie tej zagadki kryje się w określeniu czynników mających wpływ na taki stan rzeczy. Dominujące aspekty zadowolenia z życia mają charakter ściśle indywidualno-rodzinny. Otóż niemal 85% Polaków jest zadowolonych z dzieci, 78% z małżeństwa, 72% ze stosunków w rodzinie, a 51% z życia seksualnego (s. 177). Większość naszych rodaków jest też zadowolona ze swojego miejsca zamieszkania – taką postawę wyraża 55% osób.

Drobiazgowa analiza przeprowadzona przez prof. Czapińskiego wykazuje ponadto, że czynniki wewnętrzne, czyli psychiczne, są o wiele bardziej istotne w determinowaniu poziomu dobrostanu niż czynniki zewnętrzne (s. 192).

Mamy zatem odpowiedź na naszą zagadkę. Okazuje się, że Polacy są zadowoleni z życia, mimo że raczej są i czują się biedni oraz mieszkają w biednym i źle rządzonym kraju, a to z tego powodu, że mogą pochwalić się dobrą strukturą psychiczną oraz mają satysfakcjonujące relacje rodzinne. Oczywiście należy cieszyć się z tego, że żyjemy raczej w społeczeństwie ludzi zadowolonych niż w społeczeństwie frustratów, jednak z drugiej strony patrząc, ten dysonans pomiędzy osobistą satysfakcją a oceną warunków ekonomiczno-politycznych powinien niepokoić.

Wskazuje on bowiem na zjawisko, które można by nazwać „prywatyzacją szczęścia”. Ludzie w Polsce są zadowoleni, ale ich szczęście ma charakter ściśle prywatny i jest w dużej mierze niezależne od tego, jak się rzeczy mają w kraju, w którym mieszkają. Wskazuje to, że mamy do czynienia z odłączeniem się Polaków od szerszej społeczności. Dowodem tego odłączenia jest chociażby w dalszym ciągu bardzo niski poziom uczestnictwa Polaków w jakichkolwiek organizacjach społecznych: w Polsce w 2013 r. członkami „jakichś organizacji, stowarzyszeń, partii, komitetów, rad, grup religijnych, związków lub kół” było 13,7 proc. badanych (s. 289).

Ponad 70 proc. Polaków uważa również, że to, czy miniony rok był udany, zależy od nich samych. Z psychologicznego punktu widzenia taki „autodeterministyczny” światopogląd jest uważany zazwyczaj za korzystny – stanowi bowiem barierę dla fatalizmu wywołującego depresję. W sensie społecznym jest on jednak kolejnym dowodem na to, że Polacy jako naród wybrali opcję „prywatyzacji szczęścia”.

Ten fenomen zauważają także autorzy Diagnozy. Piszą tak: Polacy opanowali nieźle sztukę gry z państwem i w związku z tym widzą coraz słabszy związek między tym, co robi państwo (władze), a tym, jak wygląda ich własne życie. Zaradność Polaków umożliwia im poprawę własnego bytu bez oglądania się na innych i niezależnie od stanu wspólnoty. Ilustracją pogłębiającego się rozwodu obywateli ze swoim państwem jest zestawienie oceny sytuacji w kraju z odsetkiem respondentów żyjących w gospodarstwach domowych, w których stałe dochody nie wystarczają na zaspokojenie bieżących potrzeb […]. Mimo systematycznej poprawy indywidualnego bytu (niemal trzykrotny spadek ubogich gospodarstw od 1992 r.) pozostajemy niezadowoleni z sytuacji w kraju (konsekwentnie od początku transformacji jest to najniższy wskaźnik satysfakcji w zbiorze 16 różnych aspektów życia […]) (s. 386).

Nasuwa się tu zatem fundamentalne pytanie – czy owa sytuacja „rozwodu” z własnym państwem i społeczeństwem, która być może stanowi najważniejszy wniosek z Diagnozy, jest rzeczywiście czymś, co uzasadnia triumfalistyczny ton medialnych podsumowań i prezentacji tego badania. Wydaje się raczej, że jest to poważny powód do niepokoju. Trudno bowiem spodziewać się, aby sytuacja naszego państwa uległa poprawie, jeśli życie rodaków i ogólny rozwój sytuacji w kraju będą w dalszym ciągu światami równoległymi, połączonymi ze sobą tylko przypadkowymi więzami. „Prywatyzacja szczęścia” prowadzi – jak się wydaje – do braku jakiegokolwiek zaangażowania obywatelskiego w los szerszej wspólnoty, czy to na szczeblu krajowym, czy lokalnym. W rezultacie sfera publiczna jest miejscem, w którym zwykły Polak jest po prostu nieobecny i decyzje są tam podejmowane obok niego.

Diagnoza Społeczna – parafrazując Stendhala – to zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży. Pokazuje stan naszego społeczeństwa, jego jasne i ciemne strony. I trudno mieć do autorów tego opracowania pretensje, że pokazuje to, co pokazuje. Obraz medialny tego badania, który współtworzą jego autorzy, może i powinien jednak być przedmiotem krytyki.

Przypis:

  1. Wszystkie cytaty i przypisy odnoszą się do pełnego raportu „Diagnozy Społecznej”: J. Czapiński, Diagnoza Społeczna 2013, Warunki i Jakość Życia Polaków – raport [Special issue], Contemporary Economics 2013, 7, 13–15, DOI: 10.5709/ce.1897–9254.94.

Wychowanie do życia w kapitalizmie

„W zeszłym roku reforma, w tym roku reforma, więc ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem” – nieco złośliwie można by podsumować potoczne refleksje o przemianach systemu oświaty. Chyba wszyscy – uczniowie, rodzice, nauczyciele, wykładowcy akademiccy – są z nich niezadowoleni. Jednak narzekaniu na bliżej niezidentyfikowane „władze” najczęściej nie towarzyszy próba refleksji, czemu służą ich działania.

Książka Eugenii Potulickiej i Joanny Rutkowiak „Neoliberalne uwikłania edukacji” wyłamuje się z tego schematu. Stara się ona udzielić odpowiedzi na pytanie, jaka intencja kryje się za zmianami wprowadzanymi w polskim szkolnictwie co najmniej od 1999 r., czyli od tzw. reform Handkego. Zdaniem autorek, przemiany te nie są serią nieskoordynowanych, chaotycznych działań, wynikających z „widzimisię” władz oświatowych, lecz stanowią element szerszego planu, wpisującego się w krajobraz globalnych zmian edukacyjnych. Stawiają tezę o istnieniu „edukacyjnego programu ekonomii korporacyjnej”, który miałby stanowić „ukryty program” polskich – i nie tylko – reform systemu oświaty.

Jeśli hipoteza jest trafna, oznacza to, że podejmowane są celowe działania. Mają one prowadzić do tego, aby szkoły stały się miejscem, w którym uczniów przygotowuje się do sprawnego funkcjonowania w rzeczywistości zdominowanej przez neoliberalny kapitalizm. Zdaniem autorek, w systemie gospodarczym, którego charakter wyznaczają wielkie korporacje, można wyróżnić trzy główne role społeczne, jakie może pełnić jednostka i do których – w ukrytym zamierzeniu twórców reformy – przygotowywać ma szkoła:

  1. Nierefleksyjni producenci, wśród których można wyróżnić niewielką elitę wysoko kwalifikowanych pracowników i resztę, którą będą stanowić ludzie o niskich kwalifikacjach, nieustannie zagrożeni wizją bezrobocia;
  2. Nienasyceni konsumenci, poddawani wyrafinowanym naciskom marketingowym i w ten sposób napędzający korporacyjne obroty;
  3. Ludzkie „odpady”, przeznaczone na społeczny przemiał. Autorki akcentują, że istnienie licznych grup, które są wykluczone z głównego nurtu życia społecznego jest, wbrew pozorom, niezwykle istotne dla funkcjonowania systemu. Ludzie tacy stanowią sygnał ostrzegawczy. Pokazują, co grozi tym, którzy nie będą w stanie się dostosować – nonkonformizm lub brak umiejętności przyjęcia roli elastycznego pracownika mogą skutkować nędzą i degradacją.

Realizacji tego zamiaru służą następujące środki:

  1. Programowe niedookreślenie celów reformy, które kryje się pod płaszczykiem „neutralności światopoglądowej”. Brak jednoznacznego określenia celów reformy nie służy pluralizmowi wychowawczemu, lecz uniemożliwieniu refleksji nad celami kształcenia i ukryciu właściwego sensu zmian.
  2. Przesycenie programu nauczania informacjami o charakterze zero-jedynkowym, co prowadzi do ograniczenia roli refleksji, krytycznego myślenia i interpretacji. Prosty producent i niepohamowany konsument mają odbierać rzeczywistość w sposób uproszczony.
  3. Podkreślanie w toku nauczania roli umiejętności, co jest przejawem przystosowywania ucznia do statusu prostego producenta i prowadzi do dalszego zmniejszania zdolności refleksji.
  4. Eksponowanie zabawowych, konkretno-zmysłowo-ruchowych elementów w metodach nauczania, co prowadzi do ograniczenia umiejętności posługiwania się kodem abstrakcyjnym i do problemów w przyswajaniu trudniejszych treści.
  5. Ucieczka w nauczanie”, przejawiająca się w zaniedbywaniu wychowawczej roli szkoły, a także, co ważne, w stosowaniu wystandaryzowanych, testowych sprawdzianów wyników nauczania. Ogólnokrajowe testy są przedstawiane jako obiektywny miernik wiedzy uczniów, jednak ich rola jest nieco inna, o czym dalej.
  6. Publiczne, nawet w internecie, udostępnianie wyników egzaminacyjnych, co prowadzi do rozbudzania nastrojów rywalizacji wśród uczniów, nauczycieli, rodziców i ludzi zarządzających szkołami.
  7. Działanie obecnych, ustawowych zasad zawodowego awansowania nauczycieli na podstawie spełniania kryteriów formalnych, co wedle autorek skutkuje uwikłaniem pedagogów w działania fikcyjne i „pracę papierkową”, kosztem aktywności wychowawczej.

Na pierwszy plan wybija się kwestia standaryzacji pomiaru wyników nauczania, czyli cieszących się ponurą sławą „testów”, sprawdzanych według „klucza”. Testy pełnią w systemie edukacji neoliberalnej podwójną rolę: wprowadzają w rzeczywistość szkolną silną konkurencję oraz stanowią narzędzie selekcji.

Temu drugiemu zagadnieniu autorki poświęcają wiele uwagi. Z niepokojem obserwują fakt rosnącej selektywności szkół zarówno w kontekście globalnym, jak i w Polsce. Selekcja ma dwie formy. Doszkolna to tworzenie szkół dla dzieci „lepszych” i „gorszych”. Wewnątrzszkolna zaś polega na tym, że w obrębie tej samej szkoły powstają klasy, a nawet grupy dla „zdolniejszych” i „mniej zdolnych”. W Polsce selekcja doszkolna odbywa się głównie na poziomie ponadgimnazjalnym, gdzie wyróżnia się: placówki elitarne (w szczególności wybrane licea ogólnokształcące, gdzie uczą się dzieci z wyżyn społecznych), tzw. szkoły środka (z dominującą przeciętnością) i zasadnicze szkoły zawodowe (będące miejscem faktycznej degradacji społecznej). Szkoły „alternatywne” i „społeczne”, które miały być zwiastunami pozytywnych zmian w polskiej oświacie, stały się jeszcze jednym narzędziem, za pomocą którego dobrze sytuowani rodzice mogą oddzielać swoje pociechy od reszty.

Autorki krytykują model edukacji oparty na selekcji, wskazując, iż jest on narzędziem reprodukcji różnic społecznych. W zamian promują model szkoły rozszerzonej, do której przyjmuje się wszystkich uczniów z danego rejonu i w której wszyscy uczniowie realizują ten sam program, niezależnie od wyników osiąganych na wcześniejszych stopniach edukacji.

Rodzą się jednak pewne wątpliwości – czy rzeczywiście model ów sprzyja większej równości szans edukacyjnych? W Wielkiej Brytanii, gdzie jest do pewnego stopnia stosowany – choć działa tam system selekcji wewnątrzszkolnej pod postacią tzw. streamingu – zwrócono uwagę, że formalne zrównanie szkół nie spowodowało zaniku rozwarstwienia edukacyjnego. Selekcja do „dobrych” szkół odbywa się obecnie na podstawie miejsca zamieszkania (zjawisko zwane postcode lottery): poziom nauczania w szkołach na przedmieściach zasiedlanych przez wyższą klasę średnią jest zdecydowanie lepszy niż w placówkach z obszarów zamieszkanych przez wieloetniczną biedotę. Świadczy o tym choćby duża różnica odsetka absolwentów kontynuujących naukę na prestiżowych uczelniachi.

Na poziomie ogólnym problem ten przedstawia się następująco – czy w elitarnym społeczeństwie, w którym bariera między elitami a masą stale rośnie, jest możliwe stworzenie egalitarnego szkolnictwa? Czy w społeczeństwie indywidualistycznym i nastawionym na konkurencję dobrze sytuowani rodzice nie będą za wszelką cenę szukać sposobu, by zapewnić potomkom takie wykształcenie, które zapewni im start lepszy niż innym dzieciom? Ostateczną „linią oporu” przed edukacyjnym egalitaryzmem są zawsze szkoły prywatne, które – przynajmniej w Wielkiej Brytanii – zapewniają doskonałą edukację, z góry zarezerwowaną dla klas wyższych.

Autorki deklarują, iż są zwolenniczkami możliwie najszerszego dostępu do edukacji. Z drugiej jednak strony, gdy piszą o problemach uniwersytetu w zdominowanym przez neoliberalizm świecie, dostrzegają obecny polski boom edukacyjny, do którego garną się rzesze młodych ludzi, traktujących studia wyższe jako dobro dla nich osiągalne, a jednocześnie mało sprawnych w spełnianiu wymagań i opanowywaniu obowiązujących programów kształcenia. Stanowi to swoiste zderzenie napierającej egalitarności i tradycyjnej elitarności wyższego wykształcenia […].

Rozwiązaniem byłoby podejmowanie działań umożliwiających dzieciom i młodzieży z rodzin o niskim kapitale kulturowym rzeczywiste, a nie tylko formalne uczestnictwo w procesach edukacyjnych. Ważniejsze od liczbowych współczynników skolaryzacji staje się tworzenie systemu rozwiązań dla ludzi edukacyjnie poszkodowanych, czyli np. szerokie spektrum zajęć pozaszkolnych i wyrównawczych. Bez takiego systemu, odgórne zwiększanie liczby uczniów uczęszczających np. do liceów ogólnokształcących zamiast do szkół zawodowych jest i będzie, w moim odczuciu, działaniem pozornym, sugerującym, że następuje zmniejszanie się nierówności edukacyjnych, podczas gdy mamy do czynienia raczej z ich ukrywaniem.

Kolejnym efektem oparcia edukacji na systemie zewnętrznych, „obiektywnych” testów, jest zmiana pozycji nauczyciela. Ideałem nie jest już profesjonalista-społecznik, łączący wysokie przygotowanie merytoryczne z zaangażowaniem wychowawczym. Wzorem staje się „technik edukacyjny”, rozliczany ze sprawnego przekazywania informacji, które następnie będą poddane testowaniu. Skutkuje to obniżeniem prestiżu zawodu i zablokowaniem indywidualnego rozwoju. Kolejną przyczyną pogarszania się sytuacji pedagogów jest system tzw. awansu zawodowego, który zmusza do przechodzenia wręcz upokarzających procedur biurokratycznych.

Niezwykle wartościowym aspektem książki są przytaczane wyniki badań – zarówno przeprowadzonych przez autorki, jak i innych naukowców – nad świadomością polskich nauczycieli. Wyłania się z nich przygnębiający obraz. Jednym ze skutków obecnej sytuacji jest upowszechnienie postaw konkurencyjnych wśród nauczycieli. Indywidualistyczne kryteria awansu, które wedle oficjalnych założeń reformy miały zachęcać do bardziej wydajnej pracy, wprowadzają rywalizację. Skutkuje ona tym, że nauczyciele stają się coraz bardziej osamotnieni w zmaganiu z problemami edukacyjnymi, których zawsze w pracy pedagogicznej jest sporo.

Ciekawe jest również to, jak sami nauczyciele definiują swoje problemy. Okazuje się, że największym są dla nich uczniowie sprawiający kłopoty wychowawcze, zaś źródeł tych trudności należy upatrywać w utracie przez nauczyciela prestiżu, który miałby wynikać z samej jego pozycji. Innymi słowy, nauczyciele przyczyn problemów wychowawczych upatrują w „upadku dyscypliny”. Tymczasem z przytoczonych powyżej rozważań wynika, że źródeł owych kłopotów należy dopatrywać się gdzie indziej. Być może antyspołeczne zachowania niektórych uczniów wynikają z tego, iż nie widzą oni żadnych powodów do tego, aby wykazywać konformizm wobec zasad szkolnych, skoro i tak pisany jest im los ludzi-odpadów. Jeśli dużą część społeczeństwa czeka nieuchronna pauperyzacja, to nie można się dziwić niechęci wobec systemu szkolnego, który nie oferuje im realnej szansy na polepszenie losu.

Tu dochodzimy do niezwykle trudnego tematu, jakim jest nieumiejętność interpretowania przez pracowników oświaty rzeczywistości szkolnej i warunkującego ją szerszego kontekstu społecznego. Choć są oni niezadowoleni z przemian edukacyjnych, to nie potrafią się skutecznie przeciwstawiać – jako że system awansu premiuje indywidualistyczne sposoby radzenia sobie z rzeczywistością, oraz ponieważ brak im kompetencji kulturowych, by zrozumieć, skąd się te przemiany biorą i do czego prowadzą. Nauczyciele oczekują od teoretyków pedagogiki gotowych scenariuszy rozwiązań trudnych sytuacji pedagogicznych oraz „bryków” ułatwiających tworzenie takiej dokumentacji, która spodoba się władzom oświatowym i będzie podstawą awansu. Nie są zainteresowani pogłębianiem wiedzy teoretycznej i umiejętności interpretacji. W efekcie stają się intelektualnie bezradni wobec przemian rzeczywistości kulturowej i edukacyjnej.

Sytuację tę wyjaśnia fakt, że – jak pokazują zapisy pamiętnikarskie nauczycieli – w toku socjalizacji uzyskiwali oni na ogół słabe „wyprawki” kulturowe i że pochodzili ze skromnych rodzin, w których usilne zabiegi o zaspokojenie podstawowych potrzeb wyprzedzały zapewnianie dzieciom bodźców stymulujących rozwój, a związki z tradycyjnymi, konserwatywnymi wartościami hamowały zwrot ku myśleniu niestereotypowemu. Na drodze do upragnionych studiów wyższych, do których zachęcali ich rodzice, nierzadko miewali niepowodzenia, co skłaniało ich do podjęcia mniej ambitnych kierunków, prowadzących także do pracy nauczycielskiej. /…/ Ciężkie życie, ukierunkowane na uzyskanie podstawowej stabilizacji rodzinno-zawodowej, nie sprzyjało wzlotom intelektualnym, koncentracji na pogłębianiu wiedzy i uprawianiu bardziej wyrafinowanych praktyk pracy umysłowej. Autorki nie przeczą, że ciągle mamy do czynienia z przypadkami etosu nauczycielskiego i da się znaleźć przykłady współczesnych „Siłaczek”, jednak brak zaplecza intelektualnego uniemożliwia nauczycielom zrozumienie przyczyn zmian zachodzących w oświacie i wyartykułowanie postulatów zmiany niekorzystnej sytuacji.

Niektóre z prezentowanych badań sugerują wręcz, iż nauczyciele bezwiednie wpajają uczniom wartości konsumpcyjne. Objawia się to motywowaniem młodzieży do nauki przez prostą argumentację: uzyskiwanie lepszych ocen szkolnych przekłada się na perspektywy bardziej opłacalnej przyszłej pracy zawodowca-konsumenta. Wydaje się, że obserwację można uogólnić: nasiąkanie treści edukacyjnych wartościami charakterystycznymi dla kultury neoliberalnej, jak nastawienie na osiąganie policzalnych rezultatów, konkurencja itp., dokonuje się w sposób bezwiedny. Zarówno praktycy edukacji, jak i ludzie odpowiedzialni za wdrażanie konkretnych reform, często bezrefleksyjnie akceptują komunały o konieczności „stosowania obiektywnych standardów”, „dostosowywania do wymogów rynku pracy” etc., co znacząco ułatwia wprowadzanie rozwiązań służących ukształtowaniu oświaty wedle oczekiwań korporacji.

W książce postulowany jest alternatywny model postawy nauczycielskiej: typ edukatora-prowokatora. Rolą nauczyciela w tej wizji nie byłaby już socjalizacja, rozumiana jako przystosowanie ucznia do funkcjonowania w dominującej kulturze, lecz dostarczenie mu narzędzi umożliwiających krytyczne nastawienie do rzeczywistości. Z lektury książki można wysnuć wniosek, że w obecnej sytuacji działaniem „rewolucyjnym”, jakie może podjąć nauczyciel, byłaby próba przekazania uczniom takich prawd jak te, że konsumpcja nie jest jedyną wartością w życiu, że wiedzę można zdobywać dla niej samej, nie zaś dla potencjalnych korzyści zawodowych, a zrozumienie może być bardziej wartościowe od wyniku testu.

Należy w tym miejscu zwrócić uwagę na pewne wady książki. Formuła zbioru esejów, na którą zdecydowały się autorki, niestety jest niezbyt przyjazna dla czytelnika – wiele treści się powtarza, zaś interesujące kwestie przedstawiono w rozproszeniu. Wydaje się, że zbyt wiele miejsca poświęcono omówieniu ideologii neoliberalizmu. Sądzę, że dla czytelników o wiele bardziej interesująca byłaby zwarta książka, która w sposób systematyczny przedstawiłaby zmiany w polskiej oświacie wynikające z wprowadzania neoliberalnych porządków. Bowiem to właśnie te części publikacji, w których ukazano, jak ogólne i abstrakcyjne idee przekładają się na edukacyjne „mięso”, są najbardziej interesujące.

Pomimo pewnych niedociągnięć książka jest jednak niezwykle cenna. Dostarcza nowej perspektywy interpretacji zmian zachodzących w naszym szkolnictwie, co pozwala dostrzec w nich pewien porządek, kryjący się pod pozorem chaosu. Wypada mieć tylko nadzieję, że badania prezentowane w „Neoliberalnych uwikłaniach…” znajdą kontynuację i doczekamy się ze strony ludzi zatroskanych stanem polskiej oświaty zarówno jej kompleksowej diagnozy, jak i realnych propozycji zmian.

dr Krzysztof Posłajko

Eugenia Potulicka, Joanna Rutkowiak, Neoliberalne uwikłania edukacji, Oficyna Wydawnicza IMPULS, Kraków 2010.

i Richard Garner, Postcode lottery still determines degree achievement, „The Independent”, 19 XI 2009 r.