Koronawirus i ekonomiczne iluzje

Koronawirus i ekonomiczne iluzje

Groźba kolejnego kryzysu ekonomicznego powracała w dyskusjach od kilku lat. Nikt jednak nie spodziewał się, że rolę czynnika destabilizującego przyjmie COVID-19. Nassim Taleb, pisarz i filozof, nazywa takie zdarzenia czarnymi łabędziami [1]. Świadczą one o słabości prognoz opartych o najbardziej wysublimowane modele statystyczne. Czarny łabędź burzy zadowolenie, że mamy wszystko pod kontrolą.

Szybkości, z którą rozpowszechnia się wirus, towarzyszy ferment intelektualny. Konieczne staje się to, co jeszcze ponad miesiąc temu było nie do pomyślenia. Politykę zaciskania pasa i dyscypliny finansowej zastępują wielomiliardowe pakiety finansowane przez banki centralne. W walce z epidemią prywatna służba zdrowia jest bezużyteczna. Sektor prywatny dzisiaj nie mówi „mniej państwa”, lecz domaga się wsparcia finansowego ze środków publicznych. Czarny łabędź z Wuhan odsłonił ideologiczny wymiar realizowanych polityk ekonomicznych. Nikt poza neoklasycznymi fundamentalistami nie pyta już, jak za to zapłacić.

Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory), teoria suwerennie monetarnego państwa, podkreśla, że państwa będące emitentami własnej waluty nie są ograniczone finansowo. Zawsze mają możliwość zwiększenia swoich zasobów finansowych poprzez instrument długu publicznego. Nie oznacza to, że ilość pieniądza w gospodarce nie ma żadnego znaczenia. To, czym jesteśmy ograniczeni, to zasoby, np. dostępne respiratory, maseczki, personel medyczny. Brak środków finansowych jest zawsze decyzją polityczną, nie faktem ekonomicznym. Wynikające z ekonomicznej ortodoksji pytanie „Jak państwo ma za to zapłacić” – jest trywialne. Prawdziwy problem dotyczy tego, ile zasobów do osiągnięcia określonego celu trzeba zmobilizować.

Koronawirus jako szczególny rodzaj kryzysu

Kryzys w 2008 roku był wynikiem narastającego od lat zadłużenia prywatnego. Bańka spekulacyjna pękła, pogrążając rynki finansowe. W wyniku tego zmniejszył się popyt, do którego następnie dostosowała się podaż. Rezultatem była recesja ekonomiczna. Właściwą reakcją władz publicznych byłby w takich warunkach klasyczny stymulant keynesowski w postaci inwestycji publicznych i nowych miejsc pracy. Wzrost popytu efektywnego umożliwiłby ożywienie gospodarcze i poprawę materialnych warunków życia.

Nadchodzący kryzys ma natomiast charakter szoku podażowego. Wirus w zglobalizowanym społeczeństwie paraliżuje globalne i lokalne łańcuchy dostaw. Firmy nie mogą funkcjonować, bo dostawy z zagranicznych rynków są wstrzymane. Dystansowanie społeczne ogranicza mobilność siły roboczej oraz aktywność konsumencką. W tym momencie szok podażowy przekłada się na wymiar popytowy. Przedsiębiorstwa przestają odnotowywać zyski, tną płace i zmniejszają zatrudnienie. To wpływa na mniejszy popyt wewnętrzny. Rezultatami są recesja i dalszy wzrost bezrobocia.

Bezcelowe w obecnych warunkach są inwestycje publiczne mające na celu pobudzenie gospodarki. Celem jest pokonanie epidemii, co może dokonać się tylko poprzez zamrożenie gospodarki. Ograniczając poziom aktywności ekonomicznej i społecznej tworzymy przestrzeń, w której jesteśmy w stanie zapobiec masowemu rozpowszechnianiu się wirusa. Opanowanie epidemii będzie połową sukcesu. Po okresie wstrzymania gospodarki musimy wejść na ścieżkę dobrobytu i zrównoważonego rozwoju.

Czy jednak propozycje liberałów gospodarczych i nowolewicowych aktywistów są w stanie sprostać temu wyzwaniu? Powątpiewam i uważam, że stanowią awers i rewers jednowymiarowego ujęcia problemu.

Socjalizm dla firm, kapitalizm dla pracowników

W ujęciu neoklasycznym kluczowa jest strona podażowa gospodarki, tj. wszystko to, co sprawia, że przedsiębiorstwa mogą produkować więcej i szybciej. Regulacje, podatki czy prawa pracownicze są złe, ponieważ nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału firm. Wychodząc z tego paradygmatu, neoliberalni politycy domagają się wstrzymania opodatkowania przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Firmom w dostosowaniu się do nowych realiów ma pomóc daleko idąca liberalizacja przepisów o prowadzeniu działalności gospodarczej. Celem nie jest jednak stworzenie warunków, które pozwolą prywatnym przedsiębiorcom przetrwać okres epidemii. Liberałowie mówią, że w dobie kryzysu trzeba uwolnić sektor prywatny od państwa, a rynek zrobi swoje. Przegapiają oni fakt, że dla zatrzymania COVID-19 potrzebujemy zmniejszyć dynamikę ekonomiczną.

Nie zdrowie publiczne, ale wzmocnienie sektora prywatnych przedsiębiorstw i osłabienie pozycji negocjacyjnej pracowników jest celem gospodarczych liberałów. Chcą oni zahamować zwalniający wzrost gospodarczy destrukcją praw pracowniczych – ułatwiając zwolnienia, obniżając pensje czy likwidując świadczenia socjalne. Zysk, nie zdrowie, jest priorytetem.

Bezdroża dochodu podstawowego

W roli adwersarzy powyższego stanowiska pozycjonują się lewicowi zwolennicy dochodu podstawowego – koncepcji stałego i powszechnego transferu pieniężnego dla obywateli.

W przeciwieństwie do liberalnych ekonomistów, dostrzegają oni znaczenie efektywnego popytu dla funkcjonowania gospodarki. W dobie „narodowej kwarantanny”, kiedy obserwujemy spadek aktywności gospodarczej powodującej mniejszą ilość ofert pracy czy wzrost bezrobocia, kluczowe jest zapewnienie ludziom środków do życia. Comiesięczne świadczenie finansowe jest jednym z instrumentów, które pozwala gospodarstwom domowym przetrwać ten okres. Lewicowcy ignorują jednak, że po fazie zamrożenia gospodarka musi wejść w fazę ożywienia. Jest to nie do zrealizowania przy braku przedsiębiorstw dostarczających towary i usługi. Jeśli kryzys wywołany globalną epidemią zniszczy podażową stronę gospodarki, to przy popycie utrzymanym dzięki dochodowi podstawowemu gospodarstwa domowe staną przed ryzykiem wysokiej inflacji. Konsumenci z pieniędzmi, ale z mniejszą pulą produktów możliwych do zakupu wywołają wzrost cen, który obniży siłę nabywczą otrzymywanych świadczeń. Sam dochód podstawowy nie gwarantuje powstania nowych miejsc pracy w sytuacji osłabienia sektora prywatnego. W takich warunkach argument o wzmocnieniu siły przetargowej pracowników jest nieistotny.

Czego potrzebujemy?

Propozycje liberalnych i nowolewicowych ekonomistów nie są wystarczające, by poradzić sobie z gospodarczymi konsekwencjami epidemii. Intencją liberałów jest wzmocnienie pozycji prywatnych przedsiębiorców względem państwa oraz pracowników. Lewicowi zwolennicy dochodu gwarantowanego wskazują na korzyści dla średniozamożnych i uboższych gospodarstw domowych. Jednak w praktyce zostawiają całą strukturę społeczno-ekonomiczną i model państwa nietkniętymi. Obydwa podejścia są jednowymiarowe i nie rozróżniają między celem krótkoterminowym i długoterminowym.

Zdrowie publiczne i zdławienie epidemii są obecnie priorytetowe. W dłuższej perspektywie zadaniem jest budowa gospodarki gwarantującej godny byt swoim obywatelom, zrównoważony rozwój i dającej narzędzia do sprostania podobnym kryzysom w przyszłości.

W praktyce oznacza to zamrożenie aktywności ekonomicznej Polski przy zagwarantowaniu środków do życia. Polacy muszą mieć zapewnione jedzenie na stole, miejsce do mieszkania oraz dostęp do niezbędnych usług (np. elektryczność, kanalizacja, woda etc.). Państwo powinno zagwarantować wypłacalność dotychczasowych świadczeń socjalnych oraz podwyższyć te, które w związku z turbulencjami gospodarczymi będą dużo bardziej potrzebne (np. zasiłek dla bezrobotnych). Równoległym działaniem jest ograniczenie odpływu gotówki z budżetów domowych poprzez zawieszenie szeregu danin publicznych, opłat mieszkaniowych oraz wywarcie presji na sektor bankowy w celu wprowadzenia wakacji kredytowych. Celem tych działań jest niedopuszczenie do zubożenia osób, które straciły źródło utrzymania.

Do momentu zwalczenia epidemii część aktywności gospodarczej powinna zostać zamknięta lub ograniczona. Szczególną ochroną państwa należy otoczyć branże, których funkcjonowanie jest kluczowe dla pokonania COVID-19. Nie można pozwolić na ich paraliż ze względu na niesprzyjające warunki. Państwo w dużo większym stopniu powinno wpływać na mechanizmy rynkowe poprzez ustanowienie cen maksymalnych, racjonowanie deficytowych towarów czy nawet współzarządzanie strategicznymi firmami. Nie są to propozycje, które istnieją tylko na papierze. Donald Trump korzystając z uprawnień w ramach Defense Production Act nakazał General Electronics Co. (oraz pięciu innym firmom) przestawienie się na produkcję respiratorów [2].

Typ gospodarki, która najlepiej odzwierciedla wyzwania, przed jakimi stoimy, to gospodarka czasu wojny. Przeciwnikiem nie jest obce państwo, ale wirus. W obydwu przypadkach zwycięstwo wymaga pełnej mobilizacji zasobów i podporządkowania się głównemu celowi, którym jest zdrowie publiczne.

Nowy Ład

Kryzys nie może się zmarnować. Nie wyciągając lekcji z niego, państwo polskie pozostanie nieprzygotowane na zawirowania, które przyniesie przyszłość. Dlatego już teraz trzeba postawić postulaty nowego ładu gospodarczego.

Doświadczenie epidemii pokazuje, że globalne łańcuchy dostaw bardzo szybko mogą zostać przerwane. Chiny, które są głównym dostarczycielem półproduktów do firm produkcyjnych na świecie (20% globalnego handlu) mają silne przełożenie na przemysł precyzyjny, maszynowy, automotive i sprzętu komunikacyjnego. W raporcie UNCTAD na temat wpływu COVID-19 na globalną gospodarkę przebija się teza, że obostrzenia nałożone w związku z wirusem mogą uderzyć w zdolności produkcyjne fabryk umiejscowionych w Europie [3]. Maksymalizacja zysków musi ustąpić postulatowi bezpieczeństwa narodowego. Oznacza to skrócenie łańcuchów dostaw poprzez ich re-lokalizacje, tj. powrót bazy produkcyjnej do kraju pochodzenia. Pozwoli to zmniejszyć ich zawodność i współzależność w kontekście przyszłych zawirowań.

Konieczne jest zwiększenie potencjału służb publicznych. Lata polityki „optymalizacji” kosztów i niskiego finansowania zostawiły publiczną ochronę zdrowia bez narzędzi, by efektywnie poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. Doniesienia o braku sprzętu, personelu i procedur to efekt zaniedbań wszystkich poprzednich ekip rządowych. Dlatego należy odrzucić kryteria zyskowności na rzecz wskaźników jakościowych związanych ze zdrowiem publicznym. Każdy obywatel bezwzględnie musi mieć zapewniony dostęp do sprawnie funkcjonującej służby zdrowia.

Kolejnym słabym ogniwem w obecnym kryzysie jest sytuacja pracowników najemnych. Deregulacja rynku pracy doprowadziła do upowszechnienia się atypowych form zatrudnienia. Tacy pracownicy są pozbawieni szeregu zabezpieczeń, którymi dysponują pełnoetatowcy. Należy wyeliminować ten dualizm i zapewnić jednolitą ochronę wszystkim.

Wraz z rosnącym bezrobociem i niezdolnością sektora prywatnego do zatrudnienia wszystkich, którzy chcą pracować, państwo powinno wdrożyć instrument polityki gwarantowanego zatrudnienia. Program byłby skupiony na aktywnościach społecznie użytecznych, ale nie traktowanych jako zyskowne wedle rynkowej logiki. Celem jest, by każdy kto chce pracować, mógł znaleźć zatrudnienie za płacę gwarantującą przynajmniej minimum socjalne. Nawet w obecnej sytuacji można wyobrazić sobie prototypowe wdrożenie tego rozwiązania. Państwo polskie mogłoby zatrudniać pracowników do przygotowywania i rozwożenia posiłków osobom będącym w grupie ryzyka (seniorzy czy niepełnosprawni) czy oferować pracę z domu, np. przy obsłudze infolinii dla NFZ-u. Po epidemii pulę oferowanych stanowisk będzie można poszerzyć [4].

Aby zbudować bardziej sprawiedliwą i stabilną gospodarkę należy wyzbyć się z ortodoksyjnego myślenia, jakoby państwo było ograniczone finansowo. Kraj suwerenny monetarnie jako emitent swojej waluty nie jest zależny od wielkości budżetu, ale od realnie istniejących zasobów. Epidemia wirusa odsłoniła, że hasło zbilansowanego budżetu ma charakter ideologiczny. Nieangażowanie wszystkich możliwych sił do zwalczenia COVID-19 i budowy lepszego społeczeństwa w obawie przed długiem publicznym jest w najlepszym przypadku głupotą, a w najgorszym przypadku wyrachowaniem mniejszości, by czerpać zyski kosztem cierpienia innych.

Kamil Sawczak

Bibliografia:

[1] Taleb N., Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń, Kurhaus Publishing, 2015.

[2] https://www.rp.pl/Biznes/303289988-Trump-zmusza-General-Motors-i-Forda-do-produkcji-respiratorow-Nie-traccie-czasu.html

[3] Global Trade Impact of the coronavirus (COVID-19) epidemic, United Nation Conference On Trade and Development, 4 marzec 2020, https://unctad.org/en/PublicationsLibrary/ditcinf2020d1.pdf

[4] Więcej szczegółów odnośnie do polityki gwarantowanego zatrudnienia można znaleźć: https://www.pavlina-tcherneva.net/job-guarantee

Corbyn i lewica zdeindustrializowana

1. Nowa nadzieja

Jeremy Corbyn jako przewodniczący Partii Pracy był zapowiedzią zmiany statusu quo. Negatywna reakcja establishmentu tylko uwiarygodniła go jako polityka. Po neoliberalnych rządach Tony’ego Blaira, kapitulacji Tsiprasa i marginalizacji Pablo Iglesiasa, to Corbyn miał pokazać europejskiej lewicy, jak zwyciężać.

Przyspieszone wybory w 2017 roku, choć przegrane, okazały się sukcesem pod względem zdobytych głosów i miejsc w parlamencie. Zamysł Theresy May, by wykorzystać moment niskich sondaży labourzystów do pozyskania większości parlamentarnej gwarantującej samodzielne negocjacje z UE – nie powiódł się. Torysi skończyli z mniejszą liczbą parlamentarzystów, a Corbyn udowodnił, że jest wybieralny.

Punktem zwrotnym okazały się kolejne wybory w grudniu 2019. Poparcie dla Partii Pracy spadło z 40% w 2017, do 32%. Partia Konserwatywna pod wodzą Borisa Johnsona uzyskała samodzielną większość. Porażka wyborcza labourzystów nie ma jednak charakteru ilościowego. Labour z 10,3 milionami głosów uzyskała wynik o 750 tys. wyższy niż Blair zwyciężający 15 lat temu. Więcej wyborców głosowało na Corbyna, niż na Browna w 2010 i Milibanda w 2015 roku.

Prawdziwą klęską Partii Pracy jest natomiast utrata swych tradycyjnych okręgów wyborczych, które od zawsze lub od bardzo dawna były jej bastionem (np. Sedgefield od 1935, Bishop Auckland od momentu utworzenia, Wakefield od 1935). Zapoczątkowana przez Tony’ego Blaira strategia faworyzowania wielkomiejskich wyborców kosztem regionów z biedniejszym elektoratem została zrealizowana. Klasa robotnicza przestała bezwarunkowo popierać labourzystów.

2. Czas rozliczeń

Klęska wyborcza wywołała dyskusję na temat strategii partii. Dwa główne środowiska – socliberalne i progresywne – oceniły kurs partii pod wodzą Corbyna.

Pierwsze, ukształtowane przez blairyzm, swą krytykę skupiło na na radykalizmie postulatów Labour i niepopularności samego lidera. Corbyn jako rzekomy zwolennik IRA, libańskiego Hezbollahu, ukryty antysemita i krypto-brexitowiec miał odciskać negatywne piętno na wizerunku partii.

Czy faktycznie postulaty ekonomiczne Labour były zbyt radykalne? Agencja sondażowa YouGov zapytała Brytyjczyków o poszczególne propozycje programowe Partii Pracy [1]. Zwiększony interwencjonizm państwowy i nacjonalizacja poszczególnych sektorów gospodarczych, walka z nierównościami ekonomicznymi poprzez większe opodatkowanie czy zagwarantowanie pracownikom jednej trzeciej miejsc w zarządach firm, cieszyły się poparciem wśród 50% do 64% ankietowanych. Badania społeczne wskazują więc, że brytyjscy wyborcy popierają większy udział państwa w gospodarce oraz są przeciwni rosnącym nierównościom społecznym.

Zarzut dotyczący kontrowersyjnych poglądów Corbyna nie tłumaczy, dlaczego w 2017 nie były one problemem dla wyborców, a stały się takimi obecnie. Gdyby uznać ten argument za prawdziwy, to powinny one być obciążeniem od samego początku. Za dowód o niskim znaczeniu oskarżeń niech posłuży przykład Claire Fox. Europarlamentarzystka Brexit Party, a dawniej czołowa działaczka Revolutionary Communist Party, w przeszłości usprawiedliwiała zamach bombowy dokonany przez IRA w Warrington w 1993. Zginęło w nim 2 dzieci, a 56 osób zostało rannych. Nie przeszkodziło to jej w zdobyciu mandatu, chociaż Warrington było częścią jej okręgu wyborczego. Jestem więc zdania, że zarzuty socliberalnego obozu Labour nie tłumaczą wyborczej porażki.

Odmiennego kalibru są oskarżenia wysuwane przez stronę progresywną. W tekście „After Corbynism” Paul Mason – dziennikarz i prominentna postać brytyjskiej skrajnej lewicy – wskazuje na Brexit i zmianę struktury klasowej brytyjskiego społeczeństwa [2]. Labourzyści stracili niepotrzebnie czas na wypracowanie stanowiska drugiego referendum. Manson jako zwolennik pozostania w UE uważał, że tylko jednoznaczne poparcie dla Remain gwarantuje zwycięstwo Partii Pracy. Orientacja pro-unijna oznaczała odrzucenie tych głosów klasy robotniczej, która w referendum zagłosowała za wyjściem z UE. Dla Mansona nie jest to strata. Współczesna Labour jego zdaniem nie potrzebuje konserwatyno-nacjonalistycznie zorientowanych wyborców. Malejące znaczenie związków zawodowych i zorganizowanego świata pracy czyni utratę tego segmentu klasy robotniczej niezbyt bolesną.

Autor tekstu „After Corbynism” w zgodzie z całą plejadą post-marksistowskich teorii deprecjonuje znaczenie pracy najemnej w procesie wyzysku. Wyzysk zachodzi nie tylko w zakładzie pracy, ale dokonuje się w obszarach kultury, technologii czy usług finansowych. Walki społeczne wokół praw migrantów, kobiet, LGBT czy kwestii klimatycznych na równi z konfliktami pracowniczymi kształtują nowy podmiot zmiany społecznej – różnorodną i usieciowioną klasę pracowniczą (wolną od konserwatywnych i nacjonalistycznych nawyków starej klasy). Zdaniem Mansona, Partia Pracy powinna się skupić na rozwijaniu poparcia wśród jej członków. Tradycyjna klasa robotnicza nie jest potrzebna.

3. Krytyka krytyki

Przeciwnie do stanowisk zarysowanych powyżej, uważam, że przyczyn klęski Partii Pracy należy szukać gdzie indziej. Wyróżniam cztery czynniki: stosunek względem Brexitu, agendę kulturową, dynamikę walk społecznych oraz etatystyczny skręt Partii Konserwatywnej.

a) Brexit

W grudniowych wyborach 50 okręgów wyborczych spośród 60 utraconych przez labourzystów, było równocześnie obszarami, gdzie wyborcy w większości głosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Partia Pracy, ignorując oczekiwania swojego elektoratu, zagwarantowała sobie porażkę. Dostrzegł to również znany zwolennik reorientacji Labour na opcję Remain, dziennikarz Owen Jones. W artykule z „Guardiana” wskazywał, że jeśli partia nie podejmie działań, by dotrzeć i przekonać wyborców z Północy, to może mieć to zgubne konsekwencje podczas grudniowych wyborów – i nie pomylił się [3].

Przyjęte podczas przedwyborczego kongresu stanowisko drugiego referendum ws. pozostania w UE wraz z opiniami prominentnych członków Labour Party o niewychodzeniu z tejże, wskazywało, że rząd Corbyna będzie dążył do odwrócenia wyników referendum z 2016. Labour wyrasta więc na partię odrzucającą demokratyczny mandat, do realizacji którego była zobowiązana. Skoro więc nie ma zamiaru wykonać tego zobowiązania, wyborcy całkiem przytomnie mogą zapytać, skąd pewność, że inne postulaty labourzystów nie zostaną porzucone.

Dużo lepiej tłumaczy to moim zdaniem negatywną percepcję Jeremiego Corbyna. Jego oponenci powoływali się na badania, z których wynikało, że sylwetka przewodniczącego zniechęca do głosowania na Partię Pracy. Nie wyjaśnia to jednak, skąd ten negatywny obraz się wziął.

Szczęśliwie takie pytanie zadało YouGov. Odpowiedzi wskazują, że negatywne opinie na temat przewodniczącego mają swoje źródła w jego podejściu do Brexitu [4]. Nie jego przeszłości, nie poglądy ekonomiczne czy osobowość. Jeremy Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy jako polityk anty-establishmentowy. Próby jego odwołania uwiarygodniły go jako osobę spoza głównego nurtu. Niestety ten kapitał zaufania został zaprzepaszczony po 2017 roku. Z ideowca Corbyn stał się kolejnym politykiem, który w imię interesu partyjnego musi karmić apetyty różnych frakcji. Jego walka o kontrolę nad partią oraz nieumiejętność wypracowania jasnego stanowiska na temat Brexitu pokazały go jako polityka bezużytecznego.

Za Michaelem Wilkinsonem [5] można powiedzieć, że faktyczny koniec corbynismu nie dokonał się nad urną wyborczą, lecz dużo wcześniej, gdy Partia Pracy opowiedziała się za kolejnym referendum, tym samym odcinając się od istotnej części swojej bazy społecznej.

b) Agenda kulturowa

Narracja kulturowa Partii Pracy znajduje coraz mniejsze zrozumienie pośród niemetropolitarnych wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii.

Zwrot ku szeroko pojętym grupom wykluczonym dokonał się na zachodniej lewicy w latach 80. w wyniku „ukąszenia postmodernistycznego”. Po tym, jak klasę robotniczą uznano za niechętną zmianom systemowym, ówcześni liderzy nowej lewicy potrzebowali innego podmiotu rewolucyjnego. Tę rolę przyjęły nowe ruchy społeczne. Lewica dowartościowała obszary konsumpcji i kulturowej inkluzji kosztem sfery stosunków produkcji.

Stuart Hall, wiodąca postać brytyjskich studiów kulturowych i nowolewicowy autorytet, opisywał strajki górnicze jako wyraz starej i przegranej polityki. Górnicy zostali pokonani, ponieważ Labour była jego zdaniem więźniem przeszłości. Nową szansą dla lewicy miał być Tony Blair, co szybko zostało zrewidowane. Pomimo tego nowa strategia została zaadaptowana. Lewica kosztem walk o bezpieczeństwo ekonomiczne na pierwszy plan wysunęła konflikty tożsamościowe.

Partia Pracy jest coraz mniej atrakcyjna dla bazy społecznej, z której wyrosła. Z drugiej strony, sami wyborcy z klasy robotniczej przestali być ważni dla partii. Wybrzmiało to najmocniej w sprawie Gillian Duffy, 65-letniej kobiety, wieloletniej zwolenniczki Partii Pracy. Gordon Brown, ówczesny przewodniczący, nazwał ją bigotką tylko dlatego, że opowiedziała o niewydolności lokalnych usług publicznych w związku z napływem imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. W te same tony uderzył Paul Manson, który tuż po ogłoszeniu sondaży exit polls w 2019 stwierdził, że wynik wyborczy to triumf starych białych rasistów [6].

Labour Party na własne życzenie przegrała wojnę kulturową o ludzi pracy. Społeczny konserwatyzm klasy robotniczej, rozumiany jako przywiązanie do norm kulturowych podzielanych przez ogół wspólnoty i możność jej współkształtowania, został wyparty przez ideologię transgresji i afirmacji mniejszości (najnowszy przykład to czasowe zniesienie podziału na toalety dla kobiet i mężczyzn w głównej siedzibie partii [7]). Aktywiści związanego z LP ruchu Momentum mogą być podekscytowani tematami zmian klimatycznych, praw LGBT i sytuacji uchodźców, ale nie są to wątki atrakcyjne dla mieszkańców Derbyshire.

Przekaz partyjny dostosowany jest do oczekiwań nowego wielkomiejskiego elektoratu. Znajduje to potwierdzenie w zachowaniach wyborczych z grudnia. Największy przepływ z Partii Pracy do Partii Konserwatywnej dokonał się w okręgach z niższym poziomem wykształcenia. Z kolei im więcej osób z wyższym wykształceniem, tym większe były szanse, że dany okręg pozostanie przy labourzystach.

c) Mobilizacja społeczna

Wybór Corbyna na przewodniczącego partii wywołał entuzjazm partyjnej i pozaparlamentarnej lewicy. Emocje te nigdy jednak nie przełożyły się na poziom mobilizacji brytyjskiego społeczeństwa. Dynamika konfliktu pracowniczego w Wielkiej Brytanii pozostaje na tym samym niskimi poziomie, a aktywność strajkowa utrzymuje się na najniższym historycznym poziomie [8].

Wprawdzie w latach 2018/2019 badania odnotowują wzrost liczby strajków, ale jednocześnie ilość dni strajkowych zmniejszyła się. To efekt działań w branżach dużo bardziej sprekaryzowanych, gdzie upowszechnione są kontrakty zero-godzinowe przy spadku aktywności strajkowej w dużych przedsiębiorstwach [9].

Zachwalany przez lewicę wzrost liczby członków Partii Pracy nie przełożył się na jej mocniejsze zakorzenienie. Wynika to z tego, że nowi członkowie nie wywodzili się z klasy robotniczej, zawodów fizycznych, ale z warstwy dobrze wykształconej, pochodzącej z dużych miast klasy średniej lub były to osoby wyalienowane ze swojego otoczenia. Energia, którą Corbyn pobudził, skoncentrowana była na polityce elektoralnej lub wewnątrzpartyjnej. Zabrakło przełożenia na życie społeczne.

d) Etatystyczny zwrot Partii Konserwatywnej

W wyborach parlamentarnych to nie duch Margaret Thatcher nadawał ton kampanii Torysów. Boris Johnson postawił na dużo większą rolę państwa w gospodarce i mniej ortodoksji w obszarze finansów publicznych. Konserwatyści zobowiązali się do doinwestowania usług autobusowych o 5 mld funtów do 2025, nacjonalizacji Northen Rail oraz zwiększenia bieżących wydatków na ochronę zdrowia i edukację.

Wzrost wydatków inwestycyjnych na infrastrukturę w regionach, które uległy pauperyzacji od lat 80. jest w stanie na stałe zmienić geografię wyborczą Wielkiej Brytanii. Przy postępującej alienacji Partii Pracy od problemów ludzi mieszkających poza dużymi miastami, oferta Partii Konserwatywnej staje się atrakcyjną alternatywą. Etatystyczny skręt torysów pozwala pozyskać wyborców, dla których Partia Pracy była dotychczas jedyną opcją.

4. Socjaldemokracja: Odrodzenie?

Nieuczciwie byłoby twierdzić, że wyborczy wynik Partii Pracy to rezultat przywództwa Corbyna. Postępująca marginalizacja niegdyś wiodących europejskich partii socjaldemokratycznych jest zjawiskiem systemowym. Brytyjczycy dzięki konstrukcji swojego systemu wyborczego byli w stanie pozostać główną siłą parlamentarną, jednak wraz z erozją politycznych tożsamości, wyborcy są coraz mniej przywiązani do tradycyjnych reprezentacji politycznych.

W fenomenalnej książce „Social democracy and Capitalism” [10] Adam Przeworski już dawno temu analizował modele działań partii socjaldemokratycznych w Europie. Trafiał w punkt, sygnalizując 45 lat temu, że chęć poszerzenia bazy wyborczej poza klasę robotniczą na rzecz klasy średniej, powoduje utratę klasowego poloru socjaldemokratów i zniechęcenie robotniczych wyborców. Partia z narzędzia klasy robotniczej staje się jedną z wielu zbiorowych reprezentacji politycznych preferencji obywateli.

Jeremy Corbyn nie był w stanie przezwyciężyć przemian zainicjowanych przez Tony’ego Blaira. Problem Partii Pracy polega na tym, że stała się zbyt wielkomiejska, zbyt zdominowana przez absolwentów uniwersytetu, a nie związkowców. Nie mniejsze, regionalne miasteczka i postindustrialne obszary, ale miasta uniwersyteckie i metropolie stanowią obszary życia jej bazy społecznej.

Partia Pracy powinna podjąć działania na rzecz odbudowy wiarygodności wśród wyborców z centralnej i północnej części Wielkiej Brytanii, z tzw. czerwonego pasa. Nowolewicowe debaty o tożsamościach przy deprecjonowaniu instytucji państwa narodowego i rodzimej kultury utrzymają partię co najwyżej w roli wiecznej opozycji.

W najgorszym razie brytyjska lewica obudzi się jako obóz polityczny popierany przez niewielki procent wielkomiejskiej klasy średniej zatrudnionej w usługach lub w szkolnictwie wyższym. Bez zakorzenienia w ruchu związkowym, z postulatem walki o bardziej sprawiedliwy ład ekonomiczny, będącym jednak dodatkiem do niekończących się wojen kulturowych. Sprowadzona do roli lewego skrzydła obozu liberalnego, jej miejsce zastąpi socjalna prawica ciesząca się zaufaniem ekonomicznie słabszej części społeczeństwa. Obudzi się w rzeczywistości, w której polska lewica funkcjonuje od 2016 roku.

Kamil Sawczak

Przypisy:
1. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/11/12/labour-economic-policies-are-popular-so-why-arent-
2. https://www.paulmason.org/wp-content/uploads/2019/12/After-Corbynism-v1.2.pdf
3. https://www.theguardian.com/commentisfree/2019/nov/27/labour-election-leave-voters-boris-johnson-hard-brexit
4. https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/01/30/brexit-indecisiveness-seriously-damaging-corbyn
5. https://verfassungsblog.de/the-failure-of-the-left-to-grasp-brexit/
6. https://twitter.com/paulmasonnews/status/1205247632135872516
7. https://www.dailymail.co.uk/news/article-7982655/Labour-scraps-male-female-loos-party-HQ-favour-gender-neutral-toilets.html?ito=amp_twitter_share-top
8.https://www.ons.gov.uk/employmentandlabourmarket/peopleinwork/workplacedisputesandworkingconditions/articles/labourdisputes/latest
9. https://www.cityam.com/number-of-uk-strikes-nearly-doubles-in-last-year/
10. Przeworski A., Capitalism and Social Democracy, 1975

Argentyńska wołowina i niemiecka fura a sprawa polska

Kierownictwo Komisji Europejskiej oraz Mercosur, międzynarodowej organizacji gospodarczej zrzeszającej Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj, podpisały 28 czerwca porozumienie handlowe. Negocjacje trwały prawie 20 lat, lecz do ich finalizacji doszło w ciągu kilku tygodni przez kończące swoją kadencję władze Komisji Europejskiej. Umowa zakłada redukcję barier celnych, uproszczenie procedur prawnych oraz dopuszczenie do przetargów publicznych [1]. Sygnatariusze porozumienia poruszają kwestie ochrony konsumentów, środowiska i standardów pracy, jednak dotychczasowe doświadczenia liberalizacji handlu międzynarodowego uczą, że priorytetem pozostaje zyskowność sektora prywatnego kosztem jakości życia mieszkańców obydwu kontynentów.

Wgląd w strukturę handlu między UE a Mercosur pozwala zidentyfikować głównych beneficjentów porozumienia. W Unii są to sektory produkujące maszyny, sprzęt transportowy, chemikalia i produkty farmaceutyczne. Wiodącą rolę w tych branżach odgrywa kapitał niemiecki. Dla przeżywającej spowolnienie gospodarki Niemiec obniżenie jednych z największych taryf importowych na samochody będzie szansą do zwiększenia swojej rentowności [2]. Z kolei kraje Ameryki Południowej celują w eksporcie żywności, napojów i tytoniu. Do roli potentatów rosną eksporterzy mięsa drobiowego z Brazylii i mięsa wołowego z Argentyny. Przeciwko temu protestują europejscy producenci rolni. Wskazują, że wzrost importu oznacza napływ żywności niespełniającej unijnych norm jakości oraz naruszenie dobrostanu zwierząt i reguł ochrony środowiska [3].

Protest już trwa

Gotowość unijnego establishmentu do przehandlowania europejskiego rolnictwa dla zysków niemieckiego przemysłu samochodowego wywołała sprzeciw producentów rolnych i grup działających na rzecz ochrony środowiska. COPA COGECA – europejskie zrzeszenie rolniczych związków zawodowych i organizacji spółdzielczych – wydało oświadczenie, w którym skrytykowało odchodzącą Komisję Europejską za wdrażanie polityki podwójnych standardów, która grozi gospodarkom z rozwiniętym sektorem rolniczym. Podpisana umowa stoi w sprzeczności z deklarowanymi celami unijnej polityki, a zadaniem nowych władz UE powinno być ograniczenie jej negatywnego wpływu [4].

Do innych kwestii odnoszą się organizacje na rzecz ochrony środowiska i społeczeństwa obywatelskiego. W otwartym liście krytykują ekspansywną politykę rolną wspieraną przez prezydenta Bolsonaro. Prowadzi ona do niszczenia lasów Amazonii oraz do ataków na ludność autochtoniczną. Prezydent Brazylii jest również odpowiedzialny za łamanie praw człowieka. W konkluzji ponad 340 organizacji sygnujących list wzywa UE do natychmiastowego wycofania się z negocjacji z krajami Mercosur [5].

Zagrożenie ze strony międzynarodowej umowy mobilizuje nie tylko do wydawania oświadczeń. Znani z gotowości do radykalnych działań francuscy rolnicy protestowali na ulicach w ciągu ostatnich tygodni. Demonstracje miały również miejsce w Belgii i Irlandii.

Od zawarcia porozumienia do jego wejścia w życie musi ono zostać zaakceptowane przez wszystkie instancje unijne i rządy narodowe krajów zrzeszonych w UE. Wciąż relatywnie niska skala mobilizacji społecznej ma jeszcze czas, by się wzmocnić i zablokować umowę na szczeblach krajowych. To jednak zależy od aktywności strony społecznej oraz determinacji południowoamerykańskiego i europejskiego kapitału do wdrożenia zmian faworyzujących ich interesy.

UE-Mercosur a sprawa polska

Handel z krajami Mercosur, światowymi liderami produkcji żywności, stanowi zagrożenie dla polskiego rolnictwa, szczególnie w obszarze wołowiny, cukru i drobiu. Jednocześnie polska gospodarka nie jest w stanie zrekompensować strat poprzez zwiększony eksport towarów do Ameryki Południowej. Zyski niemieckiego biznesu są nie do powtórzenia w polskich warunkach ze względu na brak analogicznej bazy przemysłowej i orientacji naszej produkcji żywności na potrzeby krajowe i unijne.

Wydaje się, że problem jest dostrzegany przez polskiego ministra rolnictwa. Na forum unijnym wskazywał na zagrożenia dla europejskiego rynku żywności płynące z porozumienia z Mercosur [6]. Na ile jednak rząd Mateusza Morawieckiego będzie zdecydowany na obronę interesów rolników i czy nie przehandluje ich kosztem innych celów?

Ocena wpływu umowy Mercosur nie powinna jednak być ograniczona do bieżącego bilansu zysków i strat. Zadać należy pytanie, czy sam fakt traktowania żywności jako towaru służącemu bogaceniu się jest właściwym podejściem. Z odrzucenia tego punktu widzenia wychodzi ruch na rzecz suwerenności żywnościowej. Suwerenność żywnościowa zakłada, że to same społeczności kontrolują sposób, w jaki żywność jest produkowana, dystrybuowana i konsumowana. Priorytetem są potrzeby społeczności i ochrona środowiska, nie zyski międzynarodowych korporacji, które dominują globalne łańcuchy dostaw [7]. Zdolność społeczeństwa do zagwarantowania sobie dostępu do pożywienia bez względu na okoliczności zewnętrzne stanowi podstawę długofalowego i zrównoważonego rozwoju. Coś przeciwnego głosi teoria liberalna, dla której krótkoterminowa efektywność ekonomiczna jest ostateczną miarą sensowności istnienia branż.

Dlatego suwerenność żywnościowa jest sztandarem, wokół którego należy gromadzić siły społeczne sprzeciwiające się międzynarodowej liberalizacji handlu i wynikającym z niej naruszeniom norm środowiskowych, standardów pracy czy praw konsumentów. Bieżący zysk ekonomiczny i rentowność gospodarstw rolnych są drugorzędne wobec produkcji zdrowej i pełnowartościowej żywności dostępnej ogółowi społeczeństwa. W tym ujęciu państwo aktywnie harmonizuje interesy producentów i konsumentów w trosce o bezpieczeństwo żywnościowe i efektywność produkcji.

Budujmy ruch!

Sprzeciw wobec umowy UE-Mercosur powinien być bodźcem do budowy polskiego ruchu na rzecz suwerenności w obszarze żywność. Łączyłby rolników, organizacje ochrony praw konsumentów i ekologów w kontrze do globalnych korporacji i wspierających je probiznesowo zorientowanych rządów europejskich i południowoamerykańskich.

Świadomość opinii publicznej na temat problemu pozostaje wciąż bardzo niska, w przeciwieństwie np. do TTIP, które było szeroko oprotestowywane. Nie pomaga temu ignorowanie tematu w mediach masowych. Z drugiej strony głosy niezadowolenia docierają z organizacji branżowych, AGROunii skupiającej bojowych rolników czy think tanków zajmujących się sprawiedliwym handlem oraz ochroną środowiska. Dlatego pierwszym krokiem powinna być integracja środowisk sprzeciwiających się temu porozumieniu handlowemu, z kluczową rolą samych rolników, i rozpoczęcie kampanii informacyjnej. Wymiana towarowa ma służyć stabilnemu i zrównoważonemu rozwojowi społeczności, nie zyskowi eksporterów i inwestorów poszukujących jak najbardziej efektywnej alokacji zasobów. To jednak zakłada podważenie instytucjonalnych ram globalnego handlu chronionego przez szereg międzynarodowych organizacji, jak MFW, WTO czy sama UE.

Dlatego budowa suwerenności żywnościowej nie oznacza bycia skupionym tylko na kwestiach lokalnych i zamknięcie się na problemy krajów globalnego Południa. Konieczne jest podważenie samej logiki utowarowienia jedzenia, kosztem potrzeb narodów świata. Dlatego walka o bezpieczeństwo żywieniowe w kraju jest jednocześnie walką o sprawiedliwszy model relacji międzynarodowych.

Kamil Sawczak

 

Przypisy:

1. http://trade.ec.europa.eu/doclib/docs/2019/june/tradoc_157954.pdf

2. https://worldview.stratfor.com/article/mercosur-high-auto-tariffs-are-all-part-game

3. http://www.portalspozywczy.pl/mieso/wiadomosci/mieso-na-wtorek-dlaczego-umowa-ue-z-mercosur-to-zla-wiadomosc-dla-branzy,173070_2.html

4. https://copa-cogeca.eu/Download.ashx?ID=3667046&fmt=pdf

5. http://s2bnetwork.org/letter-brasil-bolsonaro-eu-mercosur/

6. http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/francja-i-polska-stworza-wspolny-front-przeciwko-umowie-ue-mercosur,173655.html

7. https://www.globaljustice.org.uk/what-food-sovereignty