Koniec małego świata

Koniec małego świata

Każda szkoła to mały świat. Składają się na niego zamieszkujący go ludzie (uczniowie, nauczyciele, woźni i inni pracownicy) oraz widoczne, trwałe elementy przestrzeni, takie jak budynki, ich wyposażenie, a nawet przypadkowo przyniesione tam i pozostawione rzeczy. Szkoła, podobnie jak wszystkie znane nam światy, organizuje przestrzeń wokół siebie, wpływa na otoczenie w sposób subtelny i na pierwszy rzut oka niewidoczny, ale bardzo silny. Nie widzimy tego na co dzień – zapominamy o tym prostym fakcie, opuszczając jej mury. Nie zajmuje nas to, choć nawet wiele lat później wciąż jesteśmy w jej orbicie, nie do końca sobie to uświadamiając. Gdyby nie to oddziaływanie, nie byłoby sukcesu portalu Nasza Klasa, nie byłoby też gorących reakcji absolwentów na to, co dzieje się w ich szkołach po bardzo wielu latach. Czasem jednak szkoła znika, zostawiając po sobie dotkliwą pustkę.

Przez Polskę w ostatnim dwudziestoleciu przetoczyła się ogromna fala likwidacji szkół. Nikt nawet nie starał się policzyć, ile placówek zlikwidowano, zarówno fizycznie, jak i poprzez przekształcenia, szczególnie podczas osławionej reformy edukacji z czasów premiera Buzka. Tak zginęła moja podstawówka, najstarsza szkoła robotniczego Widzewa, wywodząca swoje dzieje jeszcze z czasów małej salki stworzonej przy fabryce przemysłowca Kunitzera. Tak zginęły też setki innych szkół, mniejszych lub większych, i za każdym z tych zniknięć kryły się te same, doskonale znane nam skutki – dalsza droga do szkoły, większe zagęszczenie dzieci w budynkach i klasach, zwiększenie liczby uczniów przypadających na jednego nauczyciela i w sposób lustrzany odpowiadające mu zmniejszenie ilości czasu, jaki pedagog może poświęcić jednemu dziecku. Ale nie tylko to – ginęła też tradycja, ciągłość przekazywana z rodziców na dzieci, oś, wokół której gromadziły się wspomnienia rodzinne i wspólnotowe. Nikt spośród rządzących nie próbował nawet zbadać, jak to się dla małych lokalnych wspólnot kończy, wolano zaufać tabelkom mówiącym, że dzięki likwidacjom wszystko się lepiej bilansuje i że po optymalizacji będzie lepiej.

Tymczasem okazało się, że nie wszystko wychodzi tak, jak powinno. Polskim dzieciom wciąż daleko jest do rówieśników z innych krajów Europy, choć w różnego rodzaju rankingach wypadają na ich tle całkiem nieźle. Dopiero gdy ktoś zapyta je o samopoczucie, okazuje się, że jest fatalne. Mimo względnie wysokiej pozycji w międzynarodowym programie oceny umiejętności uczniów PISA (piąte miejsce na 29 możliwych) polskie dzieci są na tle swoich rówieśników nieszczęśliwe, a poziom satysfakcji plasuje je na przedostatnim miejscu.

Z raportu UNICEF-u wyłania się obraz polskiego dziecka, które wbrew obiegowym opiniom o leniwych gimnazjalistach jest pracowite i chętne do nauki (jeden z najwyższych wśród badanych krajów współczynników kontynuacji nauki w szkołach wyższego szczebla), ale dana mu do rozwoju infrastruktura jest dalece niewystarczająca. Wrzucone do worka zbiorczej szkoły polskie dziecko jest samotne i wyalienowane w tłumie, często zagubione i mające poczucie pozostawienia samemu sobie. U nastolatków dochodzi też lęk przed przyszłością i niewiara w to, że ich sytuacja ulegnie poprawie. A jednak się uczą, bo edukacja wciąż jest postrzegana jako klucz do lepszej przyszłości.

Gdy my, pokolenie już starsze z punktu widzenia dzisiejszych uczniów, chodziliśmy do szkoły, podsuwano nam lektury, z których uczyliśmy się, że kiedyś było dzieciom źle. Cierpiały głód, ubóstwo i związany z nimi wstyd. Na domiar złego szkoła była najczęściej daleko, a nauczyciele – kiepsko opłacani i zbyt nieliczni, by móc zająć się wszystkimi dziećmi jak należy. Wkładając dziś naszym dzieciom te czytanki i lektury do tornistrów, pocieszamy się, że to przeszłość. Niestety, ta „przeszłość” powróciła i ma się doskonale.

Na początku tego roku gruchnęła wiadomość, że niemal 800 tys. dzieci może niedojadać, przychodząc do szkoły bez żadnego posiłku zjedzonego w domu. UNICEF donosi, że milion polskich dzieci żyje w ubóstwie, a kolejne 300 tys. nie ma dostępu do podstawowych dóbr, takich jak trzy posiłki dziennie czy dwie pary obuwia w roku. Te przerażające dane nie zrobiły jednak na rządzących zbyt wielkiego wrażenia, nie licząc skandalicznych wypowiedzi posła Niesiołowskiego o prawdziwym głodzie i jedzeniu szczawiu oraz posłanki Pitery przebąkującej o braku kultury jedzenia śniadań w Polsce.

Wiele lat temu, gdy kończyłem szkołę podstawową, miarą ubóstwa dzieci była ich waga. Jako jeden z nielicznych uczniów w mojej klasie mogący liczyć na trzy pełne posiłki dziennie, uchodziłem za grubasa tylko dlatego, że miałem wagę taką, jaką powinno mieć dziecko w moim wieku. Były to czasy reform Leszka Balcerowicza i następnych, w wyniku których upadł w moim mieście niemal cały przemysł, a bezrobocie sięgnęło wskaźników nieznanych od czasów wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Dziś waga również doskonale wskazuje status materialny dziecka, choć w zupełnie inny sposób. Biednych ludzi nie stać na dobrą jakościowo żywność, a śmieciowe jedzenie z dyskontów i supermarketów jest bardzo tanie. I to znajduje swoje odzwierciedlenie w przywołanym już przeze mnie raporcie UNICEF-u, według którego właśnie w Polsce wystąpił najwyższy, 17-procentowy wzrost liczby dzieci cierpiących na nadwagę. Nie przeraźliwa chudość, ale otyłość stała się wyróżnikiem biedaka.

Mimo to zamykamy oczy i nie pamiętamy o czytankach z przeszłości, spiesząc się na autobus lub odwożąc dziecko do szkoły. No właśnie, odwożąc. Już zapomnieliśmy, że sami mieliśmy szkoły pod nosem, praktycznie na miejscu, na swojej ulicy lub na którejś z sąsiednich. Dzięki temu nasze podwórkowe przyjaźnie naturalnie przedłużały się w przyjaźnie szkolne, a wolny czas mogliśmy spędzać w otoczeniu znajomych z najbliższej okolicy. Dzisiaj jest inaczej. Nasze dzieci zmuszone są do dalekich podróży, doskonale konsumujących ten wolny czas, który mogłyby spędzić z przyjaciółmi. Często niemożliwe jest już wyjście na podwórko z kolegą z klasy, bo żeby to zrobić, nie wystarczy – jak kiedyś – zadzwonić domofonem w sąsiednim bloku czy przejść odległość kilku lub kilkunastu domów. Teraz trzeba dojechać daleko, często na drugi koniec miasta, co przekracza możliwości dzieci. Do tego podróżowanie jest kosztowne, a każdy grosz trzeba liczyć.

W minionych czasach, słusznie potępionych, rozumiano to wszystko doskonale. Budując nowe osiedla, planowano je tak, żeby na każde kilka ulic przypadała co najmniej jedna szkoła podstawowa, jedno przedszkole i jeden żłobek. Siatkę tę uzupełniano szkołami ponadpodstawowymi różnych typów, dając dzieciom możliwość nauki blisko domu. Rozumiano, że najlepszą drogą do odmiany znanych z przedwojennej literatury zaklętych rewirów jest edukacja i szeroki do niej dostęp. Blisko usytuowana szkoła była kluczowym elementem tej polityki i przynosiło to wymierne efekty.

Dziś nie korzystamy z tej lekcji. Budujemy nowe osiedla pozbawione niemal całkowicie szkolnej i przedszkolnej infrastruktury, a stare ogałacamy z tej, którą odziedziczyliśmy w spadku. Co i rusz słychać o kolejnych falach likwidacji szkół, za każdym razem tłumaczonych niżem demograficznym i wysokimi kosztami utrzymania. Decydenci nie zastanawiają się jednak i często nie mają świadomości, jaki naprawdę wpływ ma to na życie mieszkańców i samych dzieci, podnosząc ręce w zgodnym unisono partyjnej dyscypliny.

Oto mamy łódzki Księży Młyn, dawną robotniczą dzielnicę związaną z zakładami Scheiblera, a później Obrońców Pokoju. Istniała tu od XIX stulecia szkoła, ostatecznie zlikwidowana pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku. Szkoła jedyna na terenie osiedla, niepowtarzalna i niezastępowalna. Wraz z nią odszedł też jedyny na osiedlu sklep, wokół którego koncentrowało się życie mieszkańców. Jego właścicielka założyła Klub Kobiet Księżego Młyna, w ramach którego – wraz z innymi chętnymi do działania przedstawicielkami płci żeńskiej – organizowała dla mieszkańców osiedla pikniki i festyny. Pozbawiony uczniowskiej klienteli sklep upadł, a wraz z nim jego właścicielka, zepchnięta w otchłań bezrobocia i pracy na czarno (byle do emerytury), oraz animowany siłą jej woli i energii Klub Kobiet. Dziś na Księżym Młynie toczy się rewitalizacja, ale nie ma już pikników ani festynów.

Weźmy inną łódzką dzielnicę. Stary Widzew i leżący tuż za torami Grembach – kolejne biedne, dawniej robotnicze obszary. Niegdyś każdy z nich miał po jednym przedszkolu, jednej podstawówce i jednej szkole ponadpodstawowej. W 1989 r. zlikwidowano jedno z dwóch przedszkoli, w 1999 – jedną z dwóch szkół podstawowych, tworząc w jej miejscu gimnazjum. W marcu bieżącego roku zlikwidowano obie szkoły ponadpodstawowe, zostawiając na miejscu już tylko jedną podstawówkę, jedno gimnazjum i jedno przedszkole. Likwidacje te nie obyły się bez konfliktów – miejscowe liceum miało być połączone z innym, którego uczniowie żywiołowo zaprotestowali przeciwko spodziewanej inwazji „dresiarzy”, jak pogardliwie określili swoich biedniejszych kolegów. Biedniejszych, ale wcale nie gorzej się uczących. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne i przedostała się na łamy prasy, uczniów bogatszej placówki potępiono, ale ziarno niezgody zostało posiane, a wykluczające słowa zapadły głęboko w pamięć, budząc wstyd i frustrację.

Wraz z odchodzącą szkołą ponadpodstawową skończył się świat pewnej kobiety, która żyła w mieszkaniu znajdującym się w szkolnym budynku. Mieszkanie to zajmowała na mocy obietnicy kiedyś danej jej mężowi, który przez kilka dziesięcioleci pracował w szkole. W zamian za swoją pracę i wyrzeczenie się na przestrzeni lat godziwej pensji otrzymał on dla siebie i swojej rodziny dach nad głową. Nie był to przywilej ani nawet dar. Była to rekompensata choć w części wynagradzająca to, że za ciężką pracę człowiek ten otrzymywał niewielkie pieniądze, niewystarczające na znalezienie innego lokum. Obietnica ta obowiązywała nawet po jego śmierci. Została zerwana niedawno, a samotną wdowę, żyjącą z kilkusetzłotowej renty chorobowej, czeka przesiedlenie do lokalu socjalnego, najpewniej znajdującego się w złym stanie technicznym i pozbawionego podstawowych wygód. Przyrzeczenie dane jej mężowi okazało się nic niewarte, ale kto by się przejmował obietnicami danymi zwykłym ludziom, gdy należy dotrzymywać deklaracji złożonych sojusznikom z Ameryki i rynkom kapitałowym?

Likwidując szkoły, likwidujemy nie tylko budynki. Likwidujemy centra, wokół których grupują się lokalne społeczności, a ich zniknięcie pociąga za sobą cały łańcuch następujących po sobie wydarzeń i skutków, które nie zawsze potrafimy dostrzec. Wiele z tych społeczności jest słabych, zniszczonych długimi latami transformacji i permanentnego kryzysu, w którym żyją, a my zamiast pomagać, zabieramy im jedną z ostatnich szans na wydobycie się z biedy. Gdy słyszę o tym, że znika gimnazjum położone w samym środku zidentyfikowanej przez socjologów enklawy ubóstwa, trudno mi powstrzymać emocje, bo w tym samym czasie wydajemy setki milionów złotych na nowe drogi i stadiony, w moim mieście aż dwa. Chowając się za wielkimi inwestycjami, jeszcze bardziej zostawiamy dzieci z biednych dzielnic samym sobie, rzucając im pod nogi kolejne kłody. Najsilniejsze z nich przetrwają i pójdą dalej, niosąc w sobie wieczną krzywdę i urazę. Te słabsze zaś zapadną się w niemocy i już w swojej dzielnicy pozostaną. Dopóki jakaś iskra nie wyprowadzi ich na ulice, gdzie dadzą wreszcie wyraz temu, co myślą o okrutnym, darwinistycznym eksperymencie, który na nich przeprowadziliśmy. Nie chciałbym być wtedy w naszej skórze.

Koniec małego świata

Dobry car i nowi mieszczanie

Kilka dni temu Instytut Obywatelski opublikował raport dotyczący partycypacji społecznej w miastach. Najważniejszymi ze zdiagnozowanych problemów były praktyczne jedynowładztwo prezydentów miast, szczególnie tych wielkich, fasadowość demokratycznych procedur oraz iluzoryczna możliwość społecznej kontroli nad nimi. Dla osób zajmujących się kwestiami miejskimi nie jest to wszakże nic nowego – od lat spotykamy się i walczymy z różnym szczęściem z tym zjawiskiem, usiłując mu się przeciwstawić. Niestety źródła tej sytuacji mają naturę systemową i niełatwo ją zmienić.

Prezydent miasta ma wedle obecnie obowiązujących przepisów władzę zakrojoną niezwykle szeroko. Oficjalnie będąc jedynie wykonawcą tego, co postanawia ogół mieszkańców poprzez swoich przedstawicieli, czyli radnych, w praktyce jest pomysłodawcą i motorem przeróżnych inicjatyw i inwestycji, radzie miejskiej pozostawiając jedynie funkcję zatwierdzającą. Jest to tym łatwiejsze, im więcej jest radnych – często anonimowych i pojedynczo zupełnie bezsilnych. Głos jednego czy dwójki radnych nie znaczy niemal nic, szczególnie gdy za prezydentem stoi zdyscyplinowany klub lub koalicja go popierająca. Nawet jeśli ten pojedynczy radny niezgadzający się z prezydenckim pomysłem pochodzi z klubu sprawującego w mieście władzę, to jego pozycja nie jest wiele lepsza. Jedyne, co może zrobić, to usiłować lobbować kuluarowo wśród partyjnych kolegów, wciąż jednak mając przeciw sobie prezydenta znacznie lepiej osadzonego w środowisku oraz jego zauszników. Radny opozycyjny nie ma nawet tej możliwości, a co dopiero radny niezależny, bezpartyjny.

Prezydent wielkiego miasta jest praktycznie nieodwołalny i musi naprawdę bardzo się postarać, aby stracić stanowisko. Procedura odwoławcza jest trudna i bez posiadania wsparcia którejś z partii politycznych mieszkańcy nie mają co myśleć o jego odwołaniu, gdyż zwyczajnie nie będą w stanie podołać temu pod względem logistycznym. Ilość potrzebnych głosów idzie w dziesiątki i setki tysięcy, a czas jest krótki. Daje to prezydentom niezwykły komfort czteroletniej nieusuwalności, nieznany nawet premierom. Ta praktyczna „nieśmiertelność” ma swoje jasne i ciemne strony. Oczywiście zapewnia stabilność i pozwala przeprowadzać wieloletnie projekty bez oglądania się co chwila na możliwość odwołania i życia w rytmie nieustającej kampanii przedwyborczej, bez zwracania uwagi na słupki popularności. Jest to jednak zatruty nektar, bo łatwo zapomnieć o woli wyborców, licząc na to, że za 2-3 lata ludzie nie będą już pamiętać.

Prezydent miasta, uwolniony od bieżącej kontroli mieszkańców i ich przedstawicieli, którzy wedle nowych przepisów pozbawieni zostali nawet możliwości udzielania mu absolutorium, staje się bytem niezależnym i samowładnym. Wyposażony w niemal nieograniczony zakres kreowania miejskiej przestrzeni może działać praktycznie dowolnie, dbając jedynie o to, żeby od czasu do czasu większość radnych zagłosowała zgodnie z jego uznaniem. Tylko od jego dobrej woli i własnych przekonań zależy, czy będzie oświeconym autokratą, czy też bezwzględnym zamordystą, w białych lub mniej białych rękawiczkach, sprawującym w mieście władzę absolutną. Władza dana prezydentowi jest jak Jedyny Pierścień znany z trylogii Tolkiena „Władca Pierścieni” – kusi każdego i potrzeba ogromnej siły woli, aby ją od siebie odsunąć. Jeśli się jednak ją przyjmie, ulegnięcie jej staje się tylko kwestią czasu.

Nie bez powodu odwołałem się do tolkienowskiego świata. Oto mamy wiceprezydenta Łodzi, Radosława Stępnia, który jeden z wymyślonych przez siebie projektów określa mianem „nowego Shire”. Projekt ten zakłada stworzenie na zachodzie miasta wielkiego, czterystuhektarowego kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego, w skład którego wejdą dzisiejsze ogród zoologiczny, ogród botaniczny, park na Zdrowiu i dawny wojskowy poligon na Brusie, zakupiony kosztem ponad 70 mln zł. Projekt ten wart jest 200 mln zł, z których większość ma pochodzić z Unii Europejskiej, ale samo miasto musi na niego przeznaczyć co najmniej 40 mln. Dzieje się to w sytuacji, gdy zdecydowana większość budynków komunalnych w centrum miasta jest w złym albo bardzo złym stanie technicznym, a mająca służyć mieszkańcom komunikacja miejska praktycznie dogorywa, pełniąc na wielu odcinkach już tylko funkcję socjalną. Mimo to łódzkie „Shire” posiada ogromną szansę na powstanie, bo nie ma siły zdolnej powstrzymać wiceprezydenta przed realizacją jego planu. Nie zrobią tego mieszkańcy, nie zrobią też tego radni, którzy dostaną gotowy projekt do przegłosowania. Mógłby to zrobić prezydent miasta, ale tego nie zrobi, bo gdyby był przeciwny, to pomysł nie doczekałby się ogłoszenia. W tej sytuacji szafarzem staje się ministerstwo rozwoju regionalnego, rozdzielające unijne fundusze – ale i tu mamy do czynienia bardziej z konkursem piękności i ważeniem sił różnych prezydentów miast niż z wsłuchiwaniem się w prawdziwe potrzeby obywateli.

W tej sytuacji mieszkańcy nie są w stanie wiele zdziałać. Mogą oczywiście wziąć udział w konsultacjach społecznych, pracowicie wypisując swoje uwagi w formularzach konsultacyjnych i mając nadzieję, że prezydent miasta się do nich pozytywnie ustosunkuje. Mogą też szukać szczęścia i osobiście dyskutować czy to z prezydentem, czy to z którymś z jego możnych – w cztery oczy lub na portalu społecznościowym, poprzez który paradoksalnie łatwiej jest dotrzeć do ważnej persony niż tradycyjnymi drogami. Mogą też się zorganizować i próbować wspólnie wpływać na sytuację w mieście, zgodnie z zasadą, że grupa może więcej. I faktycznie robią to.

Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję tzw. ruchów miejskich. Ludzie w nich skupieni czują się gospodarzami swoich miast, czują się za nie odpowiedzialni i żyją ich życiem. Dają od siebie bardzo wiele, dzieląc się ideami, wiedzą (często ekspercką) i wolnym czasem – najczęściej bezpłatnie i z partyjno-politycznego punktu widzenia zupełnie bezinteresownie. Samoorganizują się w stowarzyszenia, fundacje lub nieformalne grupy, walcząc na co dzień z ograniczeniami, jakie stawia przed nimi ustawodawstwo dotyczące trzeciego sektora. Niekiedy działają w prawnej próżni, dopiero wykuwając nowe rozwiązania, czasem działają też poza prawem, walcząc np. z wszechobecną reklamą (niszczenie billboardów czy głośna ostatnio akcja oblania farbą witryn drogich sklepów w Warszawie) czy dopiero wymuszając legalizację jakichś zjawisk (akcja „Nielegalne przejście, które chciało być zebrą” w Łodzi lub również tamtejszy „Zebra bomber”).

Miejscy aktywiści nie są grupą jednorodną. Dzielą ich poglądy na temat samego działania, jak i na temat tego, jak osiągać cele. Jedni stoją całkowicie po stronie legalności działań, inni decydują się na miejską partyzantkę w szarej strefie. Jedni chcą osiągnąć swoje założenia, lobbując u polityków i pisząc projekty nowych praw, inni decydują się na powolną pracę u podstaw i poszerzanie własnej bazy. Podziały te idą nieraz w poprzek samych organizacji, doprowadzając do napięć i tarć, ale też i twórczej dyskusji, i wymiany myśli. Również temu celowi służy zwołany z inicjatywy stowarzyszenia My Poznaniacy Kongres Ruchów Miejskich, którego druga edycja zorganizowana w Łodzi zgromadziła ponad 200 aktywistów reprezentujących ponad 100 organizacji z całej Polski.

Tak dynamicznie rozwijające się stanowisko nie mogło ujść uwadze polityków, przynajmniej niektórych. Na razie przyglądają się im i starają analizować, również poprzez powiązane ze sobą organizacje i przybudówki, partyjne think-tanki i ośrodki myśli. Opisują swoim językiem ich środowisko, definiując je wedle własnych potrzeb i wyjmując z niego to, co dla nich wygodne. Pod tym względem wspomniana przeze mnie publikacja Instytutu Obywatelskiego i towarzyszący jej medialny oddźwięk są szczególnie cenne, ponieważ pokazują możliwe kierunki, jakie przed nimi stoją. W kolejce po miejskich aktywistów ustawiają się następne partie i środowiska, usiłując ich do siebie przyciągnąć i przekonać. Będziemy świadkami głośnych transferów i nieoczekiwanych nawróceń, odnajdzie się też wielu myślicieli, którzy już teraz ustawiają się w kolejce po tytuł pierwszego, który opisał ruchy miejskie, i którzy głośno będą krzyczeć, że to my, my, my jesteśmy ruchami miejskimi i to my mamy prawo do miasta, a nie wy.

Tymczasem prezydenci miast zauważyli ruchy miejskie już jakiś czas temu i starają się je kanalizować. Wchodzimy w to, uczestnicząc w konsultacjach społecznych i różnego rodzaju mniej lub bardziej formalnych spotkaniach i ciałach doradczych. Opiniujemy różne dokumenty i strategie, dając od siebie wiedzę i pomysły, które czasami bywają wykorzystywane. Inwestujemy czas i dostajemy na zachętę drobne ustępstwa, szczególnie tam, gdzie ani prezydent, ani żaden z jego mandarynów nie upatrzyli sobie prywatnego pola zainteresowania. Można nam ustąpić tam, gdzie w grę wchodzą dziesiątki czy setki tysięcy złotych, ale już nie tam, gdzie kwoty liczą się w dziesiątki i setki milionów. Można ustępować, a nawet współpracować w sferze kultury, można dać budżet obywatelski, stanowiący procent lub dwa w skali całego miejskiego planu finansowego, można rzucić milion czy dwa na ścieżki rowerowe, ale nie ma co marzyć o tym, żeby prezydent ustąpił tam, gdzie mamy do czynienia z kolejną śmiałą inwestycją – czy to będzie trasa, stadion czy nowy dworzec. Tutaj spotykamy się z żelazną pięścią, czasem tylko dla niepoznaki obleczoną rękawiczką. Nie mamy sił ani środków, aby się temu przeciwstawić, nie mamy też często możliwości, żeby przebić się z naszym przekazem do opinii publicznej. W obliczu nowej, wspaniałej inwestycji, za którą stoi wola prezydenta, wszystkie ustalenia tracą moc. Strategie, tak długo ucierane i konsultowane, stają się tylko świstkami papieru, z których treści złotouści prezydenccy rzecznicy potrafią wysnuć uzasadnienie wszystkiego, kłócąc się o kropki i przecinki. Nie trzeba ani analiz, ani studiów, zresztą zawsze można jakieś zamówić, a jeśli ich wyniki się nie spodobają, to można zerwać umowę (jak w Łodzi na studium systemu komunikacyjnego miasta) i rękami własnych ekspertów napisać kolejne.

Jednak miejscy aktywiści nie są jedynymi, którzy zabierają głos. Coraz częściej oczekiwania artykułuje także młoda miejska burżuazja, świadoma własnych praw i potrzeb – i głośno domagająca się realizacji swoich postulatów. Obie grupy łączy to, że uważają, iż mają prawo do miasta. Dzieli ich to, że według miejskich aktywistów przysługuje ono całej społeczności lokalnej, nowi mieszczanie zaś widzą przede wszystkim swoje prawo i korzyści. Ci pierwsi walczą o miasto jako jednorodny organizm, skupiając się na pożytku wszystkich jego mieszkańców, ci drudzy walczą głównie o siebie i swój klasowy interes. Osią podziału są empatia i społeczna świadomość, zdolność wyjścia poza swoją klasę społeczną i poza swoją grupę, umiejętność oceny, czy to, że „moja” przestrzeń stanie się dokładnie taka, jak sobie tego zażyczę, nie zaszkodzi miastu jako przestrzeni, w której żyją wszyscy jego mieszkańcy.

Nowi mieszczanie są prezydentowi wygodni. Owszem, bywają irytujący i czasem kopią go po kostkach, ale są przecież systemowi. Działają w ramach systemu i nie pragną zmieniać jego zasad. Pragną drobnych zmian, sobie dogodnych, ale nie dążą do przemodelowania lub obalenia całej struktury. Są konserwatywni, pragną przede wszystkim porządku i spokoju, czystości i schludności. Chcą, aby ich miasto było dostatnie i normalne, wystrzegając się niepokoju i bałaganu. Sytuacja przez nich zastana całkowicie usprawiedliwia ich dążenia – w polskich miastach panuje nieporządek, brakuje planowania przestrzennego, każdą wolną powierzchnię zajmują wszechobecne reklamy, a na ulicach zdarzają się biedacy i żebracy. I właśnie kiedy z tymi ostatnimi przychodzi się nowym mieszczanom spotkać, najsilniej wychodzi zarysowany wyżej podział. Nowi mieszczanie nie czują z nimi żadnego związku, chcą się ich pozbyć. Chcą „odżulić” centrum, wyrzucając z niego ludzi ubogich, których nie stać na czynsz i opłaty. Nie chcą rewitalizacji, która oznacza długotrwałą pracę z mieszkającymi tu ludźmi – chcą remontu i odnowienia budynków oraz zasiedlenia ich „świetlistymi”, ludźmi podobnymi sobie, nieźle sytuowanymi i posiadającymi określony kapitał, tak pieniężny, jak i kulturowy.

Boją się jednak do tego przyznać, bo rewitalizacja i jej idee dość głęboko już zapuściły korzenie, a gentryfikacja jest niemodna i wstyd się do niej przyznać. Dlatego też nowy mieszczanin zasłania się obiektywnymi trudnościami i obowiązującym prawodawstwem, które nie zostawia wiele przestrzeni. Mówi z przekonaniem o rewitalizowaniu całych dzielnic, ale na co dzień pozwala na to, aby miasto dokonywało punktowych remontów, niemal zawsze wiążących się z wypchnięciem dotychczasowych mieszkańców do innych miejskich budynków i zastąpieniem ich ludźmi bogatszymi lub „kreatywnymi”. Mówi o zrównoważonym rozwoju, ale nie protestuje przeciwko otwarciu kolejnej galerii handlowej wypierającej małe sklepy czy osiedlowych handlarzy, których miejsca pracy określa pogardliwie „budami”. Nowy mieszczanin wystrzega się ideologii, przedstawiając siebie jako osobę rozsądną, daleką od polityki, ale w rzeczywistości jest głęboko zanurzony w neoliberalnej doktrynie obowiązującej w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu.

W ten sposób powstaje specyficzna symbioza. Z jednej strony mamy oświeconego Prezydenta, wybieranego na kolejną już kadencję, doskonale umocowanego w miejskiej przestrzeni, przybierającego maskę Dobrego Cara, który przecież zawsze chce dobrze i który prowadzi poddanych ku świetlanej przyszłości. Od czasu do czasu przeszkadzają mu źli urzędnicy, których głowy raz na jakiś czas przyozdabiają szpalty gazet, gdy ich czas na dworze dobiega końca. Z drugiej strony stają Nowi Mieszczanie, pragnący spokoju i porządku, żeby było dostatnio, żeby były zamiecione chodniki, wyremontowane fasady budynków i żeby główna ulica miasta lśniła granitem i modnymi markami. Dobry Car daje Nowym Mieszczanom poczucie stabilności i spokoju, oni mu zaś oferują społeczną legitymację i możliwość działania zgodnie z zasadą „dziel i rządź”. Dzięki nim Dobry Car ma opozycję konstruktywną, którą może ustawić w kontrze do tej niekonstruktywnej, roszczeniowej, dążącej do zmiany status quo.

Ostatecznym efektem tej symbiozy jest to, że prawo do miasta przysługuje głównie tym, którzy już się na nim uwłaszczyli. To, co pozostało niezajęte, staje się polem walki i przepychanek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Polityka miejska, rewitalizacja, zrównoważony rozwój i wszystkie te mądre słowa stają się wygodnymi wytrychami, za którymi daje się ukryć szerokie arterie, stadiony, parki rozrywki, handlowe galerie i wieżowce, bez wyjątku drenujące miejskie budżety w imię biznesowego podejścia prezydenta i jego świty.

I tak oto rzeczywiście budzimy się w Shire. Ale nie w tym wymarzonym i sielankowym, lecz w tym zniszczonym, zdewastowanym i obcym, w którym nic nie jest takie, jak byśmy chcieli.