Nie-święta Rodzina

Czas jakiś temu w mediach pojawiła się informacja o półtorarocznej dziewczynce, zgwałconej przez chorego psychicznie krewnego matki dziecka, która spała pijana na podłodze, gdy doszło do tragedii. Dziecka nie odebrano jednak matce, gdyż jak stwierdziła odpowiednia instytucja, „między matką a córką istnieją normalne więzi”.

Jak wiadomo, jednym z prawicowych tabu w Polsce jest rodzina. Jest ona wykluczona z jakiegokolwiek krytycznego, normalnego dyskursu, ponieważ „jest święta”. W rodzinie, zgodnie z tą logiką, nie ma przemocy fizycznej ani psychicznej, nie ma molestowania seksualnego, aktów kazirodztwa, alkoholizmu czy narkomanii. Państwo powinno trzymać się od rodziny jak najdalej, akcje „stop bicia dzieci” to głupota, a winna ewentualnemu złu jest co najwyżej szkoła albo „zgnilizna moralna współczesnej kultury”. Że kultura nie spada z nieba, o tym już mówi się rzadziej. Generalnie idzie o to, by utrzymać rodzinne tabu i mit rodziny jako „zdrowej komórki społecznej”. I generalnie nie ma w tym nic złego i nie ma większego sensu czynić z patologii normę, tzn. przekonywać z kolei, że rodzina jest siedliskiem wszelkiego zła – gdyby nie kilka zastrzeżeń, dość poważnej natury.

Wspomnijmy akcję „stop bicia dzieci”. Charakterystyczne było, jak obie strony konfliktu, umownie nazwijmy je lewicą i prawicą, okopały się w swoich racjach i w próżni młóciły te same argumenty. Lewica mówiła, że każdy klaps to przemoc i brak miłości. Prawica powoływała się na tzw. zdrowy rozsądek: „mnie w dzieciństwie ojciec spuszczał lanie i wyrosłem/wyrosłam na normalnego człowieka”. Wychowywałem się na wsi, gdzie użycie siły fizycznej wobec dziecka nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie dostałem lanie, ale akurat nie to uważam za największy smutek dzieciństwa. Widziałem jednak, nie tylko na WF, kolegów z sinymi pręgami na plecach, bitych mocno i bezwzględnie. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy.

Pomijając w tej chwili absurd „wychowania bezstresowego”, zwrócę uwagę na to, czego z kolei nie widzą prawicowcy. Że bezmyślne, okrutne, wymierzone nie tyle w ukaranie, co w nasycenie się własną przewagą, a zatem perwersyjne bicie dzieci jest sprawą, nad którą nie da się przejść obojętnie, że to „sprawa rodziny”. Bo nie jest to sprawa rodziny, ale kwestia społeczna. I humanitarna przede wszystkim. Tak samo nie jest „sprawą rodziny” przemoc psychiczna, często nader wyrafinowane znęcanie się nad dziećmi przez ludzi sfrustrowanych i złych lub nieszczęśliwych w swoich związkach. Albo skupiających na słabszych od siebie, jedynych, jakich mają pod swoją władzą, gniew wynikający z ich sytuacji finansowej, społecznej, relacji zawodowych, bądź faktu bezrobocia. Tak, to również jest kwestia społeczna.

Tu dygresja: prawica zresztą ma chyba ogromny problem z przeniesieniem na grunt rodziny kwestii społecznych i ekonomicznych, skoro traktuje ten byt jako coś zupełnie jednostkowego, wyobcowanego z otaczającej rzeczywistości. Jedyne, co ma zwykle do powiedzenia, to: „zostawcie rodzinę w spokoju” i „ręce precz od naszych podatków”.

Tak samo nie jest „sprawą rodziny” to, że lekkomyślni rodzice dają swoim dzieciom samochody w piątkowy wieczór, by mogły jechać na zabawę. A jest to już w zasadzie obyczaj. Jeśli to dziecko-dorosły (ma wszak prawo jazdy) jest odpowiedzialne, jeśli rodzice są odpowiedzialni, to oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ale jak często tak jest? Jak często ofiarami pijanych, młodych kierowców padają ich znajomi, osoby postronne? I to także nie jest i nie może być tylko „sprawa rodziny”, tylko dlatego, że wedle logiki pewnej ideologii „jest święta”. Nie, to też jest sprawa społeczeństwa i państwa. Bezpieczeństwa innych obywateli i kosztów, jakie państwo musi ponosić wskutek głupoty jednostek.

I jeszcze raz: półtoraroczna dziewczynka zgwałcona, gdy na podłodze spała jej pijana matka. I później oddana tej matce, ponieważ stwierdzono – zgodnie z owym paradygmatem, że „rodzina jest święta” – iż istnieją między matką córką „normalne więzi”. Wiemy już zatem, co to są „normalne więzi”. Obrzydliwość tej sytuacji kazałaby spuścić zasłonę milczenia. A jednak: NIE! Bo oto z czym mamy do czynienia? Z zakładem: może matka popełniła błąd i się poprawi, i będzie dobrą, odpowiedzialną rodzicielką – owszem, stało się coś złego, ale dajmy jej drugą szansę. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, na ile znamy rzeczywistość, jest to bardziej prawdopodobne: to dziecko pozostając w tym „domu” dojrzeje jako ofiara i całe jej życie będzie tym naznaczone. A państwo, a społeczeństwo pozwala sobie na ten zakład w imię największej wartości, na jakiej stoi: godności ludzkiego życia. I jeśli tak określa normy, to normą może stać się w zależności od sytuacji wszystko.

A prawdopodobnie rzecz tylko w jednym – że nikt nie wiedział, co z robić z tym dzieckiem. Dlatego najłatwiej było umyć ręce i oddać je matce. Bo to jest właśnie jedna z cech, ukrytych w logice „świętej rodziny”: że tak naprawdę nic nas nie obchodzi na gruncie społecznym, że liczy się nasz święty spokój i dobre samopoczucie. Że zło to margines społeczny i niech ten margines już tam sobie dogorywa i zdycha, skoro na nic lepszego nie zasługuje. Niech zlituje się nad nim dobry Bóg.

I podobnie jest z kwestią kazirodztwa i gwałtu w rodzinie w wielu innych przypadkach. Pamiętam, że przed kilkoma laty do mojej Matki zadzwonił dyrektor pobliskiej szkoły. Oto w nocy, zimą, pokonując kilka kilometrów przybiegły do niego dwie dziewczynki: ojciec pije i dobiera się do nich. I co zrobić? – nagle staje kwestia. Kwestia, o której wcześniej wszyscy tam wiedzieli, albo przynajmniej domyślali się. Ale była tabu, bo to są „sprawy rodziny”. Gdy prawicowcom wspomnieć o takich rzeczach, wpadają zwykle w histerię, że to szkalowanie, niszczenie ostatnich świętości, albo właśnie patologia (czyli że nic się nie da właśnie zrobić). Alkoholizm w rodzinach to też „sprawa rodzinna”. Przemoc nad kobietami, dziećmi – też „sprawa rodzinna”. I podnosi się krzyk, że statystyki są zakłamane, zawyżone, że to feministki i lewacy niszczą zdrową tkankę społeczeństwa. Tylko czemu przybywa rozwodów? I skąd tyle rosnącej agresji w dzieciakach? I skąd seksting? Bo za dużo telewizji oglądają? A dlaczego? I czemu rodzice nie mają dla nich dość czasu i liczą na to, że ktoś wychowa im dzieci? Szkoła, kościół, podwórko, sąsiedzi. I czemu coraz częściej małoletni piją i palą? Bo jest (im) tak dobrze? Dziwny sposób okazywania radości.

Wiem, nie jest odpowiedzią zabrać dziecko rodzicom, tym bardziej, że instytucje w rodzaju „rodzinnego domu dziecka” to wciąż coś nowego, a tzw. bidule to na ogół dysfunkcjonalne molochy. Wiem, bo jako wolontariusz przyglądałem się przez kilka lat z bliska życiu dwóch takich jednostek. I wiem, że rządzi tam często kastowa niemal przemoc, a dziewczęta traktowane są jako obiekty seksualne – i same siebie tak zaczynają postrzegać. Z drugiej strony, gdy państwo faktycznie chciało temu zapobiec, znalazłoby dość inwencji, środków i możliwości. Ale nie chce/nie potrafi, jak w wielu innych dziedzinach. Dlatego sytuacja jest niestety tragiczna. Ale tu także objawia się podskórnie logika owej ideologii indywidualizmu, kamuflującego egoizm troską o wartości: że niby czemu jako społeczeństwo/państwo mamy się troszczyć o margines? Margines to margines, tak być musi, jest i będzie, bo np. „ubogich zawsze macie u siebie” i możemy wrzucić grosik, albo więcej, ale poza tym czeka nas krucjata z gejostwem, żydostwem i inne ważkie zadania.

Wiem, to już nie felieton, ale paszkwil. Może ktoś poczuł się spoliczkowany. Ale i tak ma szczęście, że nie jest zgwałconą dziewczynką.

O rewolucji i głupcach

Mikołaj Bierdiajew, rosyjski myśliciel, którego trudno podejrzewać o sympatie do bolszewików, w swojej „Autobiografii filozoficznej” pisał: „Obcy jest mi punkt widzenia wielu emigrantów, zgodnie z którym rewolucja bolszewicka została dokonana przez jakieś złe moce, garstkę przestępców, natomiast sami emigranci trwają w prawdzie i światłości. Za rewolucję odpowiedzialni są wszyscy, najbardziej reakcyjne siły starego reżymu /…/. Typ »białego emigranta« budził moją niechęć. Był w nim kamienny brak pokuty, brak świadomości swojej winy, pełna pychy świadomość posiadania prawdy. Zrozumiałem, że prawicowa emigracja nie znosi wolności i nienawidzi bolszewików wcale nie za to, że zniszczyli wolność. W środowisku emigracyjnym wolności myśli przyznawano nie więcej niż w Rosji bolszewickiej”.

W „Na nieludzkiej ziemi” Józef Czapski opowiada o polskich wojskowych, odgrażających się, że jak tylko „to wszystko się skończy”, to już oni pokażą chamom, chłopom, „Iwanom”, gdzie ich miejsce. Pokazuje ludzi śniących, że wrócą do swych majątków i że „wszystko będzie tak samo”. I Czapski, który widział wszystkie zło, jakie dotknęło wtedy Polaków, jego towarzyszy broni, widzi, słyszy i zapisuje tę bezdenną głupotę. Zapisuje, co mówi do niego szeregowy Eugeniusz Lubomirski o niektórych oficerach: „Na gwałt chcą wywołać uczucia bolszewickie w wojsku, na każdym kroku wyróżniają się od żołnierzy (chociażby w przydziale wódki), stwarzają sobie na gwałt na nowo przywileje, wyżsi oficerowie mają kochanki, które się szarogęszą w sztabie, dowództwo nasze jest zbyt miękkie wobec oficerów”. I dalej sam Czapski pisze: „Porucznik N., iluż takich! Był w Workucie, wieziony tymi barkami śmierci po Peczorze, a teraz blagierowaty i dobroduszny zresztą kresowiec, urżnięty na Wilię »trzyma mowę«, jak to będziemy zarzynali dzieci i kobiety niemieckie (wszystko w pysku, bo w praktyce ani jednej kobiety i dziecka nie skrzywdzi) i robi ordynarne antysemickie aluzje w odpowiedzi na szlachetne przemówienie pułkownika, z pochodzenia Żyda”.

Nietrudno jest znaleźć trop, łączący te dwie opowieści, Bierdiajewa i Czapskiego. W obu pada słowo: „bolszewicy”, obie naznaczone są piętnem tych samych wydarzeń historycznych. Obie wydarzyły się w horyzoncie, ku któremu wciąż możemy zwrócić pamięć, jeszcze obecną w nieodległych wspomnieniach naszych krewnych, pisarzy, świadków epoki. I wciąż możemy wyciągnąć lekcję: głupcy, którzy użyźnili krwią historię, nie przestają być głupcami. Współodpowiedzialni za zło i bezprawie, za okrucieństwo reżimu i beznadziejność sytuacji społecznej mas nie stają się niewinni tylko dlatego, że dali głowę. Najstraszliwsze lekcje nie przydają mądrości, o czym powyżej zaświadcza Bierdiajew. Cierpienie nie uszlachetnia, pokazuje Czapski.

Zresztą, niewiele się zmieniło. Majątki nadal zdobywa się przede wszystkim oszustwem i wyzyskiem. Aferzyści mieszkają w willach, ludzie uczciwi w M-3. Historia III RP daje w tym względzie wymowną lekcję. Gdyby się za lat sto, za lat dwieście w Polsce zdarzyła rewolucja socjalna, co by z niej zrozumiano? Prawnukom dzisiejszych specjalistów od „pierwotnej akumulacji kapitału”, prawnukom współczesnych nam nowobogackich i dorobkiewiczów, nowozaciężnej elity „Zbychów i Mirów” trudno będzie zrozumieć, że płacą jakąś niepojętą dla nich cenę: przecież żyją uczciwie, przecież to ich własność i dziedzictwo, przecież to im się należy… bo też w patynie pięknych mebli, pieszczotliwym blasku srebrnej łyżeczki, przytulnym cieple domowego ogniska nie czuć dawno przebrzmiałej krzywdy, płaczu oszukanych, gniewu wyzyskiwanych. Dla tych, co piszą historię, a dyktują ją zwycięzcy, zawsze na ogół liczy się ta zbrodnia, która dokonuje się na nich, na ich klasie, na im podobnym. Dlatego w opisach rewolucji przeważa groza nad jej brutalnością i terrorem, nad niesprawiedliwością, która dotyka posiadaczy. Rzadziej dziś myśli się o tym, co działo się wcześniej, o bezprawiu możnych. O wojsku, policjach, agencjach ochroniarskich na ich usługach. O krzywdzie kobiet spędzających Wigilię w fabrycznych halach, by wymusić na pracodawcy należną wypłatę.

Bo po stronie krzywdy i krzywdzonych jest milczenie, albo „dobre słowo” i „pocieszenie”, ale gdy ta obłudna cisza się kończy, wtedy hałas jest już nie do zniesienia. Moralni esteci tego nie lubią, moralni esteci są zdegustowani. Przecież urządzano bale charytatywne… Piewcy wyższych wartości mają okazję, by się oburzać. Bo nawet jeśli lubią wolność, jak konserwatywni liberałowie, to jedynie taką, której oni wyznaczą treść i zasięg. Zwykle określa ją pieniądz i religia, którą chcą sobie przywłaszczyć. Ale wolność płata im podobnym figla i wtedy czasem kończą na latarniach…

Żałować głupców?

Stare glany

Glany miały metkę i można się było w nich przeglądać. Cieszyłem się jak dziecko. Pastowałem je, chuchałem i dmuchałem, żeby pomimo upływu czasu wyglądały jak najlepiej. Niestety, skóra dość szybko popękała, podeszwy też niezbyt dobrze znosiły kontakt z ziemią naszą ojczystą. Trzeba było się z nimi z żalem pożegnać.

Później nie było mnie stać na Martensy, a że glany jako takie są jak mercedes wśród butów, to poszedłem na nowohucki TOMEX, gdzie za znacznie niższą cenę kupiłem parę. Sprzedawczyni zapewniała, że z pewnością długo w nich pochodzę. „Gadaj zdrowa, już ja swoje wiem – pomyślałem. – Skoro Martensy rozłaziłem w półtora roku, to tym bardziej te nieboraki”. To było siedem, może osiem lat temu.

18 grudnia 2009 roku, gdy temperatura w Krakowie spadła poniżej minus 10 stopni Celsjusza, wciągnąłem stare glany i ruszyłem na miasto, po wyboistych chodnikach, piachu, śnieżku i lodzie (jaka pyszna sanna, pada, pada śnieg, a zima zaskoczyła drogowców i chodnikowców). Szedłem pewnie w moich starych, wysłużonych, rzadko pastowanych glanach, z jednym czubkiem lekko zdartym na kamieniach, ale twardą, wytrzymałą podeszwą. Tu wyznanie intymne: lubię swoje stare glany i cieszy mnie fakt, że choć z TOMEX-u, nieometkowane, czyli bez rodowodu jak kundel-znajda, to służą mi dobrze. Wygodne i przyjazne stopom utrzymującym 90 kilogramów żywej wagi.

Bo co tu dużo mówić: te glany niejedno wraz ze mną przeszły, a bywało, że same prowadziły, gdy nadużyłem… I jeśli są takie rzeczy, które można traktować jak starych domowników, to te glany z pewnością do nich należą.

Skąd te glany za temat felietonu, gdy tyle ważnych, ogólnoświatowych, a przynajmniej ogólnopolskich zagadnień? Skąd buciory jako temat, gdy Święta, Sylwester, Nowy, jeszcze wspanialszy Rok w III Rzeczpospolitej? Co to za muza dziwaczna, dwa stare buty?

Chyba właśnie z przekory. Że Nowy Rok, że wszystko musi być nowe, że chorujemy na kult nowości, nowych, jeszcze lepszych formuł proszków do prania i papieru do… owijania*. No i rzecz jasna newsów. Nowi i młodzi, czyli kobiety bez zmarszczek, metroseksualni mężczyźni, pospołu drżący przed siwym włosem na skroni. Nowe, lepsze rzeczy nie tylko jako oznaka statusu czy prestiżu, ale miernik ludzkiej wartości. Starość i staroć, czyli wstyd i obciach. Młodzi, młodziutcy, głupiutcy, z buźkami, jakby wszystkie rozumy pojedli. I dorośli ludzie, podlizujący się tym młokosom. Medialny kult nowinek. Nowinkarstwo jako szacowna szkoła myślenia. Szybciej, więcej, głupiej. To się z pewnością sprzeda. A jak coś zostanie, to niepotrzebne gadżety przerobi się na złom i szybko przetworzy w coś nowego. Najnowszego. Jeszcze szybciej, jak się da jeszcze więcej, niewykluczone, że znacznie głupiej.

Cóż, jak powiada poeta, nieżyjący, więc gorzej niż stary, a do tego – co jeszcze gorsza – niemodny: „Temu światu ja się nie poddam, temu światu ja krzyknę: nie!”. Stąd ten felieton o starych glanach pisany w starych kapciach, choć na stosunkowo nowym sprzęcie…

* Papier do owijania (w bawełnę) to oczywiście poczciwa, wielkonakładowa gazeta.

Taka sobie bajeczka

Wtedy widać, co naprawdę ważne. Anteny. Dużo anten i przekaźników. Przekaz treści, (dez)informacji, newsów, rozrywki, światopoglądów, ideologii, wierzeń, symboli i emocji; matryca, która determinuje ludzkie zachowania, postawy i decyzje, nawet jeśli część z nas deklaruje wobec niej obojętność lub niechęć. Potężna, nieusuwalna poza obszar percepcji baza danych: istotnych i błahych, wartościowych i najbzdurniejszych, nieustannie selekcjonowanych, przetwarzanych i przewartościowywanych, reinterpretowanych, podawanych do oglądu i wierzenia. Żyjemy pośród bomb, w świecie, w którym nieustannie wybuchają newsy, a my w najlepszy wypadku dostajemy odłamkami.

Interesujące, że cały ten zgiełk właściwie nie budzi żadnej grozy. Przyjmowany jest jako stan natury, ba, ma nawet lekkie właściwości usypiające, czy wręcz uspokajające. Przyjęcie pewnej dawki trucizny/lekarstwa sprawia, że łatwiej nam oswoić świat, znaleźć punkty odniesienia, bezcenne sugestie „jak żyć”, albo choćby „na co pójść do kina”, albo „co myśleć o wydarzeniu, panu, pani X, Y, Z” (wbrew pozorom, między tymi kwestiami nie zawsze występuje jakościowa różnica).

I oto pewnego ranka, albo w samym środku nocy niezwykłym zrządzeniem losu cała ta infrastruktura, krwiobieg informacji biorą w łeb. Na ekranach telewizorów czarno-białe migotanie, brak dostępu do Sieci, milkną przekaźniki. Nie w skali miasteczka, gminy czy regionu, ale ogólnoświatowej. Plemiona pierwotne i mniej zaawansowane cywilizacyjnie rejony właściwie tego nie odczuwają. Ale poza tym wybucha panika. Oczywiście, przeciętny Kowalski z pozoru ma mniej do stracenia niż wielki magnat prasowy, któremu biznes życia właśnie diabli wzięli. Kowalski wciąż może iść do sklepu po bułki (o ile ktoś te bułki przywiezie, bo nagle robi się w przestrzeni publicznej straszny bałagan), może jechać do pracy (o ile jest drwalem, albo doi krówki, wtedy ma to nawet spory sens). Gorzej, gdy Kowalski robi zakupy w wielkiej sieci handlowej, rzadko porusza się piechota i pracuje w inteligentnym biurowcu, który nagle doszczętnie zgłupiał. Do tego jest w podróży służbowej i siadł mu GPS, a nie wie, gdzie kupić zwykłą mapę. W tym czasie Kowalska nie może obejrzeć dalszych, pasjonujących przygód Niani Frani czy innej Brzyduli, zatwardziały kibic sportowy nic nie wie o rozgrywkach, domowy politykier nie może walczyć na forach internetowych o lepszą Polskę.

Cisza jest ogłuszająca, cisza jest deprymująca. Trzeba wyjść z domu na ulicę. Tam też już są ludzie. Źli, podenerwowani, niepewni. Do kogo pójść? Z kim porozmawiać? Nawet nie można zadzwonić do dobrze poinformowanego kolegi, albo znajomego dziennikarza, który zresztą w tym czasie chleje na umór w newsroomie, bo serwisy agencyjne, z których czerpał wiedzę o świecie, diabli wzięli. Dziennikarze biegają po Sejmie, ale mija dzień, drugi, trzeci, tydzień i okazuje się, że nikomu nie są już specjalnie potrzebni. Zmieniają się kanały informacji, powstają nowe formy jej obiegu. Zmienia się struktura handlu i biznesu, a wraz z nią formy zarobkowania i priorytety życiowe.

Mija rok, drugi, trzeci. Powoli zmienia się wystrój mieszkań i harmonogram życia rodzin. Komputery, telewizory trafiają w kąt. Tylko stół i łóżko nic nie tracą ze swej atrakcyjności. Stół stawia się nawet większy, bo ludzie, wyczerpawszy zapasy dostępnej rozrywki, by nie ulec nudzie i dysponując większym zakresem czasu znów zmuszeni są wzmacniać bezpośrednie relacje. Powoli zanikają symbole globalne, pozbawione swych baśni korporacje tracą władzę nad wyobraźnią konsumentów. Politycy, ludzie mediów popełniają samobójstwa albo uciekają na prowincję, zapuściwszy brody i wąsy. Aktorzy branży mydlanej objeżdżają miasteczka ze spektaklami, tak zarabiając na życie… Ożywają wspólnoty lokalne, co miejscami prowadzi do silnych tendencji separatystycznych. Wojsko odmawia ataku na wolne miasta Kraków, Poznań, Szczecin i Katowice. Ludzie uciekają ze strzeżonych osiedli, bo te okazują się najbardziej niebezpieczne: rozwydrzone bandy dopuszczają się grabieży i morderstw. Lincz staje się prawem powszechnym. Ale też powszechniejsze staje się współczucie i odżywają procesy tożsamościowe. Ludzie częściej myślą i używają wyobraźni. Człowiek masowy, sformatowany odchodzi do lamusa dziejów. Powstaje nowy, znów gorszy świat…

Ale wszystko to przecież taka sobie bajeczka.

Wierni trzydziestoletni

Wchodziłem w dojrzałość w czasach, gdy publicystyczną karierę robiły terminy „X Generation” albo „pokolenie nic”. Przeważały opinie, że pokolenie to w zupełności zostanie sformatowane przez media i rynek, że nie będzie czuło potrzeby pamięci i będzie mu z tym nieźle. Miało to być pokolenie bezwzględnych reguł rynku, imprez, gadżetów, otwartości i nijakości. Pokolenie o tyle kosmopolityczne, że bez własnej, narodowej tożsamości, bo ta miała być już zbędna. Pokolenie niczym zbiorowy Zelig, które przystosowuje się do otaczających je realiów, by ukołysane „zbiorową narracją” społeczeństwa konsumpcji mogło odnaleźć jeśli nie sens istnienia, to przynajmniej motywację do obracania się w kieracie III RP.

Lata mijały, pokoleniu przybywało doświadczeń. Z chłopaczków i dziewcząt dzieci z czasów PRL przemieniały się w licealistów, uczniów techników i zawodówek. Nie mieli już tyle szczęścia, co nieco starsi od nich, którzy kończyli studia i zasysał ich rynek spragniony „nowych ludzi”. Byli jeszcze zbyt młodzi. Szli do pracy, na studia, albo jedno i drugie. Dojrzewając, śpiewali „panie Waldku, pan się nie boi…”, wybierali (albo i nie) przyszłość z Aleksandrem Kwaśniewskim, oglądali triumf i upadek AWS, triumf i upadek SLD. Oglądali na własne oczy przaśny kapitalizm początku lat 90., blitzkrieg koncernów na polski rynek. Dojrzewali niejako pod dyktando najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Wyjeżdżali z kraju za chlebem, nielegalnie i legalnie. I właściwie mieli święty spokój od Historii, z którą jeszcze za ich dzieciństwa zmagali się starsi. Nic ciekawego, w gruncie rzeczy. Publicystyczna przepowiednia powinna się spełnić w stu procentach. A jednak…

Może to kwestia perspektywy, może środowiska, ale mam całkiem przyjemne wrażenie, że plus-minus trzydziestoletni nie dali dorobić sobie gęby „pokolenia bez tożsamości”. Że jednak w jakiejś mierze zawiedli proroków publicystyki. Trzydziestoletni nie zapomnieli o swoim kraju/państwie, czy też (to już oczywiście kwestia jednostkowa) „wrócili do Polski”. Na różne sposoby. W ideowej, intelektualnej debacie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku ich coraz mocniej słyszany i obecny głos nie stroni od spraw ojczyzny. Niezależnie od tego, czy są bardziej z prawa, czy bardziej z lewa, mniej lub bardziej świadomie musieli (a często też chcieli) opowiedzieć się wobec Polski jako swojego kulturowego, historycznego, społecznego dziedzictwa. Bo z horyzontu ich doświadczeń nie dało się jednak wyretuszować ojczyzny, choć jak powiada poeta „gorzki to chleb jest, polskość”. To pokolenie, które kuszono „lepiej i piękniej”, a z pewnością subtelniej niż poprzednie, zaczęło, czasem wręcz natrętnie, interesować się własnymi dziejami, własną tożsamością, tradycjami ideowymi, ustrojowymi, religijnymi. To pokolenie, które miało zająć się po prostu sobą i świetlaną przyszłością, wcale się nie wykorzeniło, nie wyobcowało z polskości.

W niedawno emitowanym przez TVP2 dokumencie „Fantazmaty Powstania Warszawskiego” Jan Klata wspominał, że gdy spotyka się ze swoimi rówieśnikami z zagranicy, wyrażają zdziwienie, dlaczego on, jako Polak, interesuje się przeszłością swojego narodu. Oni uważają to za brzemię, dyskomfort. Klata konkludował, że z jego perspektywy to im czegoś brak. Banalne, ktoś powie, naiwne. Może nawet, doda inny, fatalne, że jesteśmy jednak wciąż tacy cholernie historyczni, że nie pozwalamy sobie na luksus zapomnienia. I że jesteśmy niepoprawni, bo już następne pokolenie, które dopiero za 10-20 lat w pełni dojdzie do głosu, zabawia się w polskość, gdy tyle ciekawszy rzeczy do zrobienia.

Wierni trzydziestoletni, to brzmi patetycznie, to brzmi pretensjonalnie. Ale rzecz nie w tym, by nadymać się wielkimi słowami. Po prostu widzę wokół siebie ludzi, którzy myślą o Polsce i przez Polskę. Tworzą własne projekty, publikują w prasie wysokonakładowej, piszą powieści, są dziennikarzami, prawnikami, biznesmenami, redaktorami, wykładowcami, kapłanami, reżyserami, widać ich w telewizji, radio, są w Internecie. Mają różne pasje, różne sposoby na życie i zarabianie. Bynajmniej nie są święci, bo nie święci garnki lepią. Ale są wierni, choć kilkanaście lat temu przepowiadano im zgoła inny los. Dlatego nie ufam prorokom. Ani tym, co wybierają przyszłość, ani tym, co z egzaltacją wypłakują swoje jeremiady. Ufam trzydziestoletnim, bo okazali się na tyle krnąbrni, by pozostać Polakami…