przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 13 kwietnia 2010 | opinie
„Nie jestem z kraju smutnego helotów, jestem księga otwarta w przyszłość…”. Nie wiem, czy Prezydent Lech Kaczyński czytywał Broniewskiego. Gdy jednak myślę o nim w tych dniach, gdy mój zwyczajowy szacunek i uznanie dla niego, jako głowy państwa i człowieka „Solidarności”, intelektualisty i polityka został tak tragicznie zwielokrotniony żałobą, przekonuję się, jak trafna w odniesieniu do jego osoby jest ta strofa.
Słucham w tych dniach tego, co jest o nim mówione. Nie tyle tego, co powiadają dziś jego niegdysiejsi przeciwnicy i prześmiewcy. To ich myśli i sumienia, nie są dla mnie probierzem. Słucham z uwagą tego, co mówią ludzie biograficznie, intelektualnie, politycznie mu bliscy. Tego, co mówi prof. Zybertowicz, prof. Fedyszak-Radziejowska, Ryszard Bugaj. Z ich słów wyłania się obraz człowieka, polityka „starej daty”. Nie mowa tu o roczniku urodzenia, ale rozumieniu istoty polityki.
Polityka jest sztuką. Sztuką służby i odpowiedzialności, sztuką wyborów i wierności własnym zasadom. Jest sztuką prowadzenia sporu, szczególnie w pluralistycznym społeczeństwie. Jest sztuką odnoszenia zwycięstw i ponoszenia porażek. Jest wreszcie, i to nie na ostatnim miejscu, ale w znaczeniu fundamentalnym, sztuką scalania porządku idei i doraźności, godzenia koncepcji, światopoglądu z wymogami rzeczywistości, jej opornością.
Dziś, gdy łzy, w których obmywamy żal po tragicznie odeszłych wydają się treścią tego czasu, staram się pamiętać, że trzeba będzie iść dalej, znacznie dalej, by uczcić osobę Lecha Kaczyńskiego. I źle będzie, najgorzej się stanie, jeśli pamięć utopimy w łzach, a gdy wyschną nam oczy, wrócimy do swojej doraźności, do medialnych kłamstw, do zdawkowych, rocznicowych zaklęć, wypowiadanych z narastającym znużeniem, a w końcu z rutyną i przymrużeniem oka. Jak zatem pamiętać? Mądrze.
„Nie jestem z kraju smutnego helotów”. Lech Kaczyński, to truizm, był w czasach PRL działaczem opozycji. Poniekąd jak Lech Wałęsa, przeciwnie niż Aleksander Kwaśniewski. I jeśli wierzyć Ryszardowi Bugajowi, jej ideały nie obumarły w nim. Oczywiście, nie był już tym samym człowiekiem, co w czasach KOR, internowania; był człowiekiem prawicy. Ale równocześnie zachował w sobie tę pierwotną troskę o Polskę ludzi ubogich, nie godził się z przyjętym modelem transformacji i wszystkimi jej skutkami. O tym świadczą także jego wybory personalne, dobór współpracowników.
„Nie jestem z kraju smutnego helotów”, powtórzę. Lech Kaczyński traktował bardzo poważnie kwestię suwerenności Polski. Jej znaczenia. Narodowej godności i pamięci. Bardziej niż wymowne są miejsce i okoliczności, w jakich zginął. Ale rzecz idzie także o jego rozumienie znaczenia i roli instytucji i praw Rzeczpospolitej. Był państwowcem. Widział też olbrzymią wagę przenikania się tego, co państwowe i tego, co obywatelskiego, co społeczne. I zakorzenione w tożsamości, pamięci historycznej. Czy nie stąd wziął się – zrealizowany przecież – projekt Muzeum Powstania Warszawskiego, który już dziś przynosi wymierne owoce w polskim życiu kulturalnym?
„Jestem księga otwarta w przyszłość”. Wbrew tej gębie, którą tak skrupulatnie i pieczołowicie dorabiano mu jako prezydentowi, nie był zamkniętym w jałowej polaczkowatości ksenofobem, człowiekiem przestraszonym światem. Był dumnym Polakiem, dumnym tradycjami Rzeczpospolitej, której pamięć na dobre i złe sięga w głąb wieków, obejmuje Wschód i Zachód. Dialog z Żydami, aktywność na Wschodzie, przyjacielskie stosunki z prezydentem Czech. I Gruzja; Gruzja, która była dlań wyzwaniem, jakiemu moim zdaniem sprostał, choć tak głupio, dla doraźnych potrzeb starano się to spostponować. Ile jeszcze można wymieniać? Jak mało wiemy, jak mało rozumiemy dotychczas z jego prezydentury…
***
Panie Prezydencie Rzeczpospolitej Polskiej, Panie Prezydencie Lechu Kaczyński!
Nie byłeś z „kraju smutnego helotów”. Za czasów PRL nie byłeś ich jeńcem ani niewolnikiem. Jesteś jedną z ikon „Solidarności”, której echo wciąż brzmi w sercach Polaków, sercach także mojego pokolenia. Wiem, co ci zawdzięczamy.
Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. To nieprawda, że cały umarłeś. Jesteś księga otwarta w przyszłość. Ale inni już będą kreślić w niej znaki. Obyśmy, jako Twoi rodacy, współobywatele, czynili to godnie.
Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. Dziękujemy. Przepraszamy. Obyśmy mogli więcej zrozumieć.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 3 kwietnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Ponieważ trudno omówić w felietonie całość kwestii, skupię się na jednym właściwie wątku: losie Żydów w ZSRS w epoce Stalina. W całej sprawie mamy zwykle do czynienia z dwoma skrajnościami. Wedle jednej z nich, „żydokomuna” to niemal historiozoficzny aksjomat, który często kryje w sobie mniej lub bardziej jawną antysemicką nutę. Druga skrajność każe skrupulatnie przemilczeć jakiekolwiek związki między Żydami a komunizmem, udając, że kwestii nie ma albo jest właśnie antysemicką fobią i wymysłem. Jedni w każdym komuniście widzą Żyda, drudzy twierdzą, że komunizm nie miał narodowości. Owszem, komunizm jej nie miał, ale komuniści jak najbardziej, choć wielu z nich, np. swoją polskość (jak Dzierżyński) czy żydostwo (jak Trocki) porzucili całkowicie na rzecz przekonania o internacjonalizmie sprawy, której służyli. W obu przypadkach nie idzie z zasady o prawdę historyczną, ale o własne antyżydowskie fobie lub dla różnych przyczyn pochowane kroniki rodzinne.
Niedawno starałem się w miarę regularnie czytać dwie książki poświęcone losom Żydów w ZSRS. Pierwsza to „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w latach II wojny światowej”. Zawiera „świadectwa zebrane przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego na Uchodźstwie w latach 1942-1943”, a opisuje historie polskich Żydów po przymusowych przesiedleniach więźniów łagrów sowieckich. Jako aneks opublikowano w książce memoriał prof. Wiktora Sukiennickiego, zatytułowany „Sprawa Żydów obywateli polskich w świetle oficjalnych dokumentów oraz praktyki władz radzieckich”. Tu trzeba dodać, że prof. Sukiennicki to wybitny przedwojenny prawnik i sowietolog, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w czasie wojny aresztowany przez NKWD i więziony w łagrach na terytorium Krasnojarskiej Obłasti, skąd zwolniono go w grudniu 1941 roku. Jego memoriał powstał w Kujbyszewie (gdzie pracował dla Ambasady RP), datowany jest na 11 sierpnia 1942 r.
Autorem drugiej książki jest Arno Lustiger, były więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Jego „Czerwona księga. Stalin i Żydzi. Tragiczna historia Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego i radzieckich Żydów” stanowi swoiste dopełnienie „Czarnej Księgi” Wasilija Grossmana i Ilji Erenburga, publikacji, której niemieckie wydanie przygotował zresztą Lustiger.
Obie publikacje otwierają oczy na rzekomo „przyjazną” czy „naturalną” więź między Żydami a komunizmem/stalinizmem. Lustiger roztacza szeroką panoramę historyczną i biograficzną, wychodząc od losów Żydów w Rosji carskiej, aż po kres sowieckiej Rosji. Zyskujemy obraz przygnębiający, ale charakterystyczny. Od prześladowań ze strony reżimu carskiego, przez pogromy epoki wojennych i rewolucyjnych zawieruch, przez względny rozkwit wolności po rewolucji październikowej, po stalinowski terror i późniejszy oficjalny antysemityzm/antysyjonizm radzieckich władz. Akces do komunizmu – wcale nie tak liczny wśród Żydów, którzy przede wszystkim zasilali sterroryzowany przez Sowietów Bund czy różnorakie partie syjonistyczne, albo nie-komunistyczne partie lewicowe – wielu z nich przypłacało, podobnie jak przedstawiciele innych narodowości, śmiercią i niesławą.
Do tego trzeba dodać ideologiczne aspekty państwa „chłopów i robotników”: przymusowy ateizm, wynaradawianie, instrumentalne rozgrywanie całych narodów i grup społecznych przeciw sobie. Brutalna radziecka „inżynieria społeczna” kierował się także przeciw Żydom. Owszem, próbowano np. tworzyć dla nich autonomiczne obwody, ale w takich warunkach i okolicznościach, że nie mogło się to udać. Dla części komunistów pochodzenia żydowskiego, jak wspomniany już Trocki, ta kwestia była zupełnie obca, a sprawy ich narodu kompletnie nieistotne. Byli to ludzie w najmocniejszym tego słowa znaczeniu wykorzenieni. Tu zresztą warto zaznaczyć, że cały, skrajnie opresyjny wobec narodu żydowskiego system społeczny przedrewolucyjnej Rosji, z którego wywodzili się żydowscy działacze polityczni i inteligencja, sprzyjał, a może wręcz wymuszał taką postawę.
Żydowski Komitet Antyfaszystowski powstał w czasie, gdy Stalin ze wszystkich sił, zagrożony totalną klęską, poszukiwał sojuszników tam, gdzie wcześniej widział jedynie śmiertelnych wrogów, odwołując się do uczuć religijnych, narodowych, patriotycznych. ŻKA powstał pod koniec 1941 lub na początku 1942 roku, z inicjatywy Henryka Erlicha i Wiktora Altera. Los tych dwóch, jak i cały późniejszy proces stalinowski działaczy ŻKA, jest jedną z tych odsłon stalinizmu, którą dobrze znamy jako Polacy. Erlich i Adler byli de facto obywatelami polskimi, w wojennej zawierusze dostali się w ręce NKWD, formalnie zwolnieni we wrześniu 1941 r. po „odwilży” sowiecko-polskiej, „zniknęli” w nocy 3 grudnia wezwani do gmachu NKWD. Odnajdują się nieco później: 14 maja 1942 r. Erlich popełnił samobójstwo w celi, zaś 17 lutego 1943 r. Alter został rozstrzelany w Kujbyszewie.
Sam Komitet był dziełem „synów Machabeuszy”, Żydów gotowych do walki na śmierć i życie, a tak często oskarżanych (także po wojnie, przez różnej maści antysemickich nienawistników) o bierność, podległość i niemoc. „Ja, dziecko narodu żydowskiego, przysięgam, że nie zostawię bez pomocy mych walczących braci, póki Hitler ze swymi oprawcami, owi śmiertelni wrogowie wszystkich narodów, owi śmiertelni wrogowie mojego narodu, nie zostaną starci z powierzchni ziemi. Przysięgam zemścić się za moich braci i siostry – męczonych, palonych i grzebanych żywcem we wszystkich niszczonych miastach i wioskach, których sięgnęła ręka wroga. Za śmierć kobiet i dzieci, za mękę i hańbę mojego narodu i narodów bratnich przysięgam zemstę aż do ostatniego tchnienia! Krew za krew! Śmierć za śmierć!” (22 czerwca 1942, z apelu do Żydów świata). Niemniej największym dziełem ŻKA była „Czarna księga”, powstała z inicjatywy Alberta Einsteina, który rzucił pomysł „gromadzenia i publikacji dokumentów dotyczących zagłady Żydów w okupowanych krajach Europy”.
Po wojnie Żydowski Komitet Antyfaszystowski znalazł się jednak na celowniku władz sowieckich. Lustiger przytacza znamienny dokument z marca 1948 r.: „Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego w wyniku przeprowadzonych czekistowskich kroków [sic!] stwierdza, że przywódcy Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, którzy są aktywnymi nacjonalistami i wzorują się na Amerykanach, w istocie prowadzą nacjonalistyczną działalność antyradziecką”. Wszyscy wymienieni z nazwiska i imienia w tym tekście działacze ŻKA zostali oskarżeni i rozstrzelani w procesie tej organizacji, zakończonym latem 1952 roku. „Salwa!… I nie ma grobu nawet” (Józef Keler)… Tak Stalin okazał Żydom swoją wdzięczność.
Tu pewien przeskok. Andrzej Gwiazda w wywiadzie-rzece „Gwiazdozbiór w »Solidarności«” (www.gwiazda.oai.pl) wspomina: „Wiosną 1939 roku rodzice przenieśli się do Pińska. 13 kwietnia 1940 r. zajechała pod dom furmanka z dwoma żołnierzami i polskim Żydem. Powiedzieli – sobirajties. Babcia straciła głowę. Ja zapakowałem zdjęcie ojca, jakieś dokumenty, pluszowego psa, misia, komplet kart do brydża i nie dałem sobie tego odebrać ani skontrolować. Żyd kazał nam załadować maszynę do szycia, maszynkę do mięsa, kołdry, ubrania. Dzięki niemu przeżyliśmy. Sam zapakował sobie dwa worki butów”. Jaki był późniejszy los tego człowieka, który dzięki znajomości sowieckich realiów wskazał, co trzeba zabrać ze sobą w tę złą drogę?
W przedmowie do wspomnianej, wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny książki „Widziałem Anioła Śmierci”, Feliks Tych pisze: „Z zawartych świadectw jednoznacznie wynika, że co najmniej jedna trzecia, jeśli nie połowa ludzi, którzy zetknęli się z sowieckim systemem więziennym i obozowym – nie wyszła z tego spotkania żywa. Bywało, że z kilkuosobowej deportowanej rodziny uratowała się tylko jedna osoba. Reszta została zamęczona głodem, chłodem, pracą ponad siły oraz epidemiami wynikłymi z dramatycznych warunków sanitarnych i żywieniowych w czasie długotrwałego transportu oraz w łagrach i specposiołkach. W wielu zeznaniach mówi się też o dotkliwie odczuwanych przez Żydów prześladowaniach religijnych ze stron sowieckich władz obozowych, a także otwarcie antysemickich postawach sowieckiego »naczalstwa« wobec zesłańców żydowskich”. Anioł Śmierci nie miał względu na nikogo…
Ponadto Tych stwierdza: „Przypuszczalnie mało kto z represjonowanych przez władze sowieckie Żydów polskich wyszedłby z tych łagrów i specposiołków żywy, gdyby nie zawarty w Londynie 30 lipca 1941 roku pakt między Rządem Polskim na Uchodźstwie a Rządem ZSRR”. Ci uwolnieni polscy Żydzi walczyli później w Armii Andersa. I tak jak zawsze, w historię relacji polsko-żydowskich w tamtym czasie wpisane są dowody najszczerszej solidarności oraz nikczemnych uprzedzeń narodowych. Ale najbardziej uwagi godna jest ta krótka wzmianka: w przypadku antysemickich zachowań na terenie polskich placówek (sierocińce, domy dziecka, szkoły) „dzieci żydowskie były brane w takich wypadkach pod ochronę przez polski personel wychowawczy i z wdzięcznością jest to kwitowane w relacjach”. Daleko, na rubieżach sowieckiego Imperium, polscy wychowawcy odrabiali lekcję „starego doktora”…
To tylko drobny, ułomny w felietonowym opisie fragment szerokiego zagadnienia, wpisanego we wschodnio-europejską panoramę (nie tylko) XX wieku. Wielkiej opowieści i wielkiej tragedii. Prawdziwszej niż bajania o „żydokomunie” i boleśniejszej niż milczenie o tym, jak faktycznie było.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 20 marca 2010 | opinie
Przeciętny Polak zna absurdy PRL-owskiego życia, jeśli nie z autopsji,
to chociażby z serialu „Alternatywy 4”. Choć tamtego ustroju dawno już
nie ma, absurdy trzymają się mocno.
Pod koniec lutego krakowski „Dziennik Polski” pisał: Górka Narodowa to osiedle-kuriozum. Zero żłobków, przedszkoli, szkół, ulice zatkane korkami, autobusy, które przemieszczają się wolniej niż piesi, dojazdy do domów, na których mieści się tylko jedno auto. Dalej czytamy m.in. wypowiedź Teodozji Maliszewskiej, radnej Dzielnicy IV: Urzędnicy dali tysiąc pozwoleń na budowę i jeden autobus MPK. Zezwalają na ulice, na których mogą się minąć dwa rowery, a nie samochody (całość tutaj).
Poczynania deweloperów to jeden ze znaków firmowych hecy ustrojowej pod nazwą III RP, z jej absurdami ekonomiczno-społecznymi. I praktyczne wcielenie w życie modelu neoliberalnego, aspołecznego, kosztem zbiorowości. Bo wspólnotowość to przecież przeżytek z czasów socjalizmu, komuna i bolszewia. Przedszkola, komunikacja miejska? Samo zło i totalitaryzm. Wolność to strzeżone osiedla, a jeśli nawet nie strzeżone, to takie, z których pozbyto się nieszczęsnych reliktów przeszłości. Ot, wystarczą w miarę zgrabne pudełka bloków mieszkalnych, wąska nitka jezdni i już mamy raj na ziemi. Brońcie nas wszyscy święci neoliberalizmu przed planami zagospodarowania przestrzennego, nazbyt dociekliwym nadzorem ze strony miasta (w praktyce, dziwnym trafem, zazwyczaj nie trzeba się tym specjalnie przejmować) i społecznikami-frajerami, którym ta najlepsza z możliwych (dla dewelopera) sytuacja się nie podoba! Znamienna jest tu wypowiedź udzielona „DP” przez Mikołaja Korneckiego (znanego czytelnikom „Obywatela” z artykułu „Ostatni taki klin…” i felietonu „Niezbyt Wesoła Polana”): W planie miejscowym Górka Narodowa miała być ujęta jako odrębny, samowystarczalny zespół mieszkaniowy z przedszkolem, szkołą, sklepami, terenami sportowymi, układem dróg, otoczona zielenią. Teraz z tej koncepcji realizuje się tylko mieszkania. Buduje się jednostkowo i nikt nie widzi całości.
Oczywiście problem nie bierze się znikąd. Ale u jego podstaw nie stoi jedynie polski „głód mieszkaniowy”, lecz także praktyczna niemożność wyegzekwowania przez obywateli jakichkolwiek obowiązków, nie tylko od deweloperów, ale i instytucji miejskich. Bezradność, atomizacja społeczna, brak poczucia solidaryzmu to mechanizm samonapędzający, jego efektem są właśnie takie „pudełkowe osiedla”, jak Górka Narodowa… Człowiek cieszy się po prostu, że ma te swoje cztery kąty, do tego może jeszcze garaż dla dwuśladowego członka rodziny, jakąś plazmę i Internet, żeby pooglądać sobie szeroki świat, dla którego zabrakło miejsca za oknami. Strach pomyśleć, jakie szajby rodzą się w takim otoczeniu, w klaustrofobicznym zaduchu nowego osiedla. Materialna, fizyczna ciasnota jest niejako przypomnieniem o niedogodnościach życia na (mieszkaniowy) kredyt. Zgrzebne PRL-owskie osiedla-sypialnie wcale nie wydają się gorsze od tych złotych klatek, w których ludzie będą żyć, a jak trzeba – umierać, bo np. karetka nie przeciśnie się na czas… Zresztą, jaka karetka? Karetka to też socjalizm… Taksówką, wszędzie taksówką! A w stanie przedzawałowym, jak się da, własnym samochodem.
Czarny humor? Nie, to życie pod Górkę, albo niezgorszy materiał na nową gorzką komedię: Alternatywy 5.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 10 marca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Zarzutów, których główną przyczyną jest – zdaniem autora tekstu – pierwotne napięcie między lewicowością a tradycją, jako symbolem i domeną myśli konserwatywnej, nade wszystko o proweniencji katolickiej.
Nie sposób odmówić racji opinii, że samo pojęcie tradycji nie należy do kanonu myślenia lewicy. Wynika to z samej genezy tego światopoglądu, myślenia i ruchu, dla którego przeszłość jawiła się zwykle jako czas hańby lub dziecięctwa ludzkości (tu akurat rodzącą się lewicę niewiele różniło od nieco od niej starszych myślicieli liberalnych). O przyczynach tego stanu rzeczy można by mówić wiele, bynajmniej nie sprowadzając rzeczy do Karola Marksa, który wywarł niezaprzeczalny wpływ na lewicowe projekty. Projekty, które nie wiązały się wyłącznie z kwestiami socjalnymi, ekonomicznymi czy emancypacyjnymi, ale wprost z walką ludów o niepodległość, o sprawę narodów trzymanych pod jarzmem „z Bożego nadania” ustanowionych monarchii. Tradycja, zwiędła staruszka, jako symbol tego, co skostniałe, zaprzeszłe i wrogie klasom wyzyskiwanym, jako sojuszniczka „starego świata” jawiła się wprost jako śmiertelny wróg mężnej, hożej niewiasty, która wiodła ludy na barykady i była dla nich jutrzenką.
Tu warto zwrócić uwagę, jak pokazuje Łuczewski, że odniesienie do tradycji (czy też „Tradycji”) nie było sprawą aż tak jednoznaczną, przynajmniej dla polskiej lewicy. Żyjąc w chwili swych narodzin problemem utraty niepodległości – musiała także opowieść o losach Rzeczpospolitej, o niewoli polskiego narodu wpisać w swą tożsamość, w krąg pytań, na które trzeba będzie dać odpowiedź. I już w tym momencie progresywizm lewicowej myśli zakotwiczał się w historii, owszem, historii przeklętej, historii cudzej (pisanej przez warstwy uprzywilejowane, przez kościelnych kronikarzy), ale przecież także własnej historii, choć – z perspektywy choćby Gromad Ludu Polskiego – przemilczanej. Należało zatem odzyskać historię: „dla ludu i przez lud”. A lud utożsamiano z narodem: tak wyzwolenie miało dokonać się i w wymiarze socjalnym, i w narodowym.
Oczywiście, lewica nigdy nie miała, mieć nie może jako doktryna „świecka” raz na zawsze ustanowionych dogmatów i kanonów. Czy jednak nie istnieje czytelny lewicowy paradygmat? Tu publicysta „Christanitas”, spoglądając na lewicę z wysokiego konia, ze szczytów katolickiej ortodoksji, ogłasza: „Kłopot lewicy polega na tym, że przekreślając Transcendencję (albo traktując ją instrumentalnie), z konieczności musi zgubić się w konflikcie sprzecznych narracji. Nie posiada żadnego odpowiednika objawienia, żadnego kanonicznego pisma, żadnej oficjalnej instytucji, która pozwoliłaby w sposób autorytatywny definiować jej ortodoksję. W konsekwencji nie ma żadnej oficjalnej instytucji, która mogłaby rozstrzygnąć spory dotyczące swej własnej natury /…/ Każdy może być lewicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji frakcyjne podziały, które przypominają los protestanckich zborów”.
Tu, rzecz jasna, z całą złośliwą premedytacją warto zaznaczyć, że ostatnie zdanie można też zapisać w następujący sposób: „Każdy może być prawicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji…”, itd. – i wcale nie straci ono racji bytu. Ba, nabierze jeszcze rumieńców, gdy pomyśleć o partyjnych peregrynacjach prawicowych polityków w ciągu ostatniego dwudziestolecia… A i wcześniej, gdy nie tylko „grunwaldczycy” wchodzili w alianse z Jaruzelskim i jego poprzednikami. Bo kłopot z tekstem Łuczewskiego bierze się stąd, że sprytnie wyrzuca on poza nawias swojego zainteresowania równie labilny polityczny i ideowy wymiar prawicowości, lewicy przeciwstawiając jedynie Tradycję Kościoła rzymskokatolickiego. Cóż, z porównania z tą Instytucją bodaj żadna myśl, żaden ruch, żadna osadzona w zmienności dziejów forma społecznej aktywności nie wyjdzie obronną ręką. Zarówno prawica, która przecież nie zawsze, a wręcz coraz rzadziej nawiązuje w sposób bardziej wiążący do doktryny katolickiej, jak i z reguły agnostyczna lewica. Spór Marka Jurka (zresztą publicysty „Christanitas”) z liderami Prawa i Sprawiedliwości, zakończony w wiadomy sposób, ukazał polityczne zwycięstwo dość „umiarkowanego idealizmu” nad „ideowym radykalizmem”. Bo przy wszystkich swoich wpływach Kościół i doktryna katolicka nie cieszą się bezwarunkowym poparciem (prawicowych) partii politycznych; dochodzi jedynie do mniej lub bardziej wiążących sojuszów między ołtarzem i tronem.
Wracając do powyższego cytatu z tekstu Michała Łuczewskiego. Poprzedza go, zaznaczę, fragment poświęcony katolickiej ortodoksji. Przeciwstawiając jej mankamenty „lewicowej narracji” (niedwuznacznie, przez porównanie z protestantyzmem, wskazując na jej „sekciarskość”) pisze on: „»Każdy może być lewicowym prorokiem«, gdyż lewica nie ma oficjalnych struktur, nie ma kanonów, nie ma objawionej »świętej księgi«”. Cóż, westchnienie ulgi. Tym bardziej, że – o czym zapewne autor artykułu dobrze wie – zbyt długo lewica miała swój „czerwony Watykan” i nie sposób już nawet wyliczyć strat, jakie to przyniosło. Bo to, co Łuczewskiemu przedstawia się jako słabość, jest w gruncie rzeczy – nie tylko pragmatyczną, ale nade wszystko ideową – siłą lewicy. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, by istniał „lewicowy Kościół” z własną Inkwizycją czy Indeksem Ksiąg Zakazanych. Z dogmatami i Tradycją. Im mniej takiego „kościoła” będzie, także na polskim podwórku, tym lepiej. A ta ideowa labilność, różnorodność, wielość koncepcji, to (oprócz naturalnego kłopotu z konfliktami nie tylko ideowymi) istne dobrodziejstwo dla lewicy. Oznacza bowiem zdolność do szybszego postrzegania nowych wyzwań i zagrożeń, możliwość wyboru idei zgodnie z własnym sumieniem (co pozwala socjaldemokratom być zarówno agnostykami, jak i katolikami), odrzucenie jakiejkolwiek wizji lewicowości, która chciałaby przedstawić samą siebie jako „jedynie słuszną”. Wszelkie „lewicowe dogmaty” byłby szkodliwe w sytuacji, gdy swój lewicowy światopogląd można budować zarówno w oparciu o teksty Daszyńskiego, Ciołkosza, Jana Józefa Lipskiego, czy też Naomi Klein albo Murraya Bookchina, unikając przy tym modnego bełkotu Žižka i Badiou. A można przecież również dziś być lewicowcem jak Baczyński, nie znając Marksa i żywiąc się płomienną poezją. Ale myślę, że niezależnie od tego, odpowiedzi wielu lewicowców będą w jakiejś mierze zbieżne, odwołujące się do tych samych spraw, co parę lat temu pokazała ankieta w ostatnim numerze „starej” „Frondy” (nr 43, „Chleba naszego powszedniego”).
Lewica nie potrzebuje „Tradycji”, wystarczy jej zmysł historii, tradycja pisana z małej litery. I owszem, ten zmysł historii i taką tradycję lewica w Polsce powoli odzyskuje. Odzyskuje po latach dominacji komunistów, nie znoszących ideowej i politycznej konkurencji. Michał Łuczewskiego ma prawo nie wiedzieć o projektach w rodzaju www.lewicowo.pl, choć w przypadku młodego badacza wydającego osąd na temat polskiej lewicy jest to pewne niedociągnięcie. Inną sprawą, ważniejszą, jest to, że kwestię dzisiejszych zainteresowań lewicy zamyka w kluczu – tak, najlepiej widocznym z perspektywy Warszawy i najwygodniejszym dla przedstawiciela prawicy – mainstreamowej „Krytyki Politycznej”, mniejszości seksualnych i bohemy artystycznej. Łuczewski, zgodnie z prawicowym stereotypem, myśli „KP”, mówi lewica, albo odwrotnie i z satysfakcją przyznaje sobie prawo do jeremiad. A przecież jest to w gruncie rzeczy, wobec wielu ruchów w rodzaju Inicjatywy Pracowniczej, Lewicowej Alternatywy czy Młodych Socjalistów itp., tylko cząstka lewicowej rzeczywistości. „Stara” socjaldemokracja nie umarła. Zaś „nowa lewica” przeminie. Ale proszę nie traktować tego jako dogmatu lewicowej wiary. To zaledwie opinia, którą lewicowcowi podpowiadają ludzkie dzieje…
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 lutego 2010 | opinie
Był sobie projekt nazwany „Polską Solidarną”,
w ramach którego obiecywano zmianę paradygmatów społecznych i
ekonomicznych, koniec z wszechwładzą oligarchii itp. historie ku
pokrzepieniu przedwyborczych serc. Działo się to dawno; za górami, za
lasami, jak sądzę.
Luty 2010 r., Olsztyn. Jak informuje blogerka krystynagra, miasto postawiło budynek z mieszkaniami socjalnymi dla eksmitowanych. Takimi na trzydzieści kilka metrów kwadratowych, kto zna ten metraż z autopsji ten wie, że to nic wielkiego. Mieszkania wykonane porządnie, w łazienkach „glazura i terakota”, jak dla ludzi. A to przecież dla podludzi… – Nie stać nas na takie budownictwo socjalne. Wystarczyłyby baraki, a toaleta może być na zewnątrz – powiedział lokalnemu wydaniu „Gazety Wyborczej” miejscowy działacz Prawa i Sprawiedliwości, Leszek Araszkiewicz. Jego partyjna koleżanka, radna Ewa Piotrkowska, dziwi się niepomiernie: Na podłogach wykładziny, wszystko nowiutkie i pachnące. W kuchniach są umywalki i kuchenki gazowe. Wykładziny?! Goły beton, albo jeszcze lepiej blacha kontenerów, to by było rozwiązanie na miarę Polski Solidarnej. Nowiutkie, pachnące? Powinno śmierdzieć starością i lepić się od brudu, żeby podludzie wiedzieli, za jakie grzechy cierpią: za swoją biedę, lenistwo, pijaństwo, może także dziecioróbstwo, przenoszące patologie w następne pokolenie. Bo przecież wiadomo, że jak eksmitowany, to leń i pijak. I złodziej, bo każdy pijak to złodziej. I te umywalki i kuchenki gazowe! Luksus, zbędny luksus na początku XXI wieku! Przecież wystarczyłyby te baraki z kiblami na zewnątrz. Baraki, prycze i koce, a na obiad ciepła zupa u zakonnic, żeby się komu w pupie z tego dobrobytu nie przewróciło. I to za nasze – podatników – pieniądze ten ich dobrobyt! No jak tak można, jak można tak folgować dziwnym, humanitarnym ciągotom, rodem z PRL-u chyba…
I tak w skrócie przedstawia się neoliberalna demagogia w wykonaniu lokalnych polityków PiS, partii „Polski Solidarnej”. Neoliberalne mrugnięcie okiem w stronę potencjalnego wyborcy: zobacz, jak marnuje się twoje środki. Daje to interesujący wgląd w to, jak może wyglądać świadomość społeczna działaczy PiS niższego szczebla. Że wcale, bynajmniej, nie musi wiele się różnić od poglądów ich kolegów z PO, czy może nawet UPR. Ten sam sposób myślenia o biedzie, wykluczeniu, cudzym nieszczęściu: kalki myślowe jak z agitek akolitów Janusza Korwin-Mikkego. Ta sama okrutna bezmyślność, która każe traktować ludzi biednych jak obywateli drugiej, trzeciej kategorii. Ta sama klisza, która na dźwięk słowa „ubóstwo” każe wyobrażać sobie dworcowego pijaczka, nigdy ludzi, którym należy dać drugą szansę. Ludzi bez pracy, słabo zarabiających, po wypadkach losowych, rodzin wielodzietnych na utrzymaniu jednego żywiciela o niskich dochodach.
Baraki, kibel. I getto dla biednych. Niech żyje IV Rzeczpospolita Neoliberalna Araszkiewiczów i Piotrkowskich!
Krzysztof Wołodźko
P.S. Ciekawe, na ile Lech i Jarosław Kaczyński zdają sobie sprawę, jakie persony mają w terenie. Bo może naprawdę nie o takich im chodziło, ani o im podobnych z organizacji neokonserwatywnych, jak Młodzi Konserwatyści, o wrażliwości społecznej pantofelka. Albo nowobogackiego gumiaka, którego czuć zwykłym gnojem.