przez Krzysztof Wołodźko | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kiedy myślę o stabilności (europejskich) demokracji, przypominają mi się złudzenia sprzed II wojny światowej, gdy za cenę kolejnych ustępstw na rzecz Adolfa Hitlera „ratowano pokój”. I przypomina mi się ta niefrasobliwa, czasem wręcz fanatyczna miłość zachodnich intelektualistów do Związku Radzieckiego, ojczyzny światowego proletariatu, którego prawdziwym obliczem były już wówczas wielki głód na Ukrainie i rozsiane po Sowietach wyspy gułagów. Dalszy ciąg tej historii znamy nieźle, lekcję odebraliśmy na własnej skórze…
Przedwojenne sprawy nie sprowadzają się jedynie do polityki. Można zaryzykować publicystyczną tezę, że cywilizacja zachodnia (de facto państwa, które nadają jej ton) cierpi na pewien rodzaj ospałości, a może nawet pogrążona jest w drzemce, ukołysana własnym dobrobytem i jego złudzeniami, przekonaniem o własnej wspaniałości i szlachetności. Jaka jest ta szlachetność, Polacy mogli się przekonać już w czasach Wielkiej Emigracji, gdy na życzenie carskich ambasadorów inwigilowano ich, odmawiano bytności na terytorium państw zachodnich, czy tworzono swoiste „kordony sanitarne” jak najdalej od Paryża, pozwalano, by polscy emigranci wegetowali w nędzy. Byli niechcianymi gośćmi, intruzami. Zapatrzony we własne sprawy i interesy Zachód uważał ich za kłopotliwy balast, zarzewie rewolucji, potencjalne źródło niepokojów. I na dobrą sprawę niewiele się z upływem czasu zmieniło: od „dziwnej wojny” po Jałtę okazywaliśmy się sojusznikiem niechcianym i traktowanym po macoszemu. Bo Zachód miał swoje sprawy.
Dziś uważamy się za pełnoprawną część tzw. Europy. Na ile to racja, a na ile wciąż jesteśmy krajem peryferyjnym, to temat na osobną dyskusję. Wydaje się jednak, że swoisty „europocentryzm”, cywilizacyjny egoizm ma się dziś wcale dobrze. Jest w tym pewna dwuznaczność: z jednej strony Zachód opiera się na hasłach tolerancji, multikulturalizmu, swobód obywatelskich, demokracji, czyli wpływu ogółu na formę i treść sprawowanych rządów, z drugiej zaś strony sprawia wrażenie niemal kompletnie wyjałowionego etycznie, tak w sferze biznesu, jak i polityki. Przynosi to konkretne, nader wymierne skutki, nie tylko dla Trzeciego Świata: od rabunkowej gospodarki zasobami, sprowadzenia znacznej części ludzkości do taniej, wręcz niewolniczej siły roboczej, przez polityczne i ekonomiczne manipulacje, po tak „banalne” przykłady jak seks-turystyka, gdy poczciwy europejski mieszczuch zrzuca maskę kulturalnego człowieka i okazuje się zwykłym zboczeńcem, wykorzystującym swoją pozycję i możliwości finansowe do najgorszych bezeceństw. Bo też logika dobrobytu, konsumpcji jako sensu życia nie tyle jednostek, co społeczeństw, ma obok radosnej, a przecież i pożytecznej strony – swój straszny cień. Tę ohydną, nade wszystko właśnie etyczną senność na którą nie ma dziś bodaj skutecznego antidotum.
Oczywiście, obraz ten jest o wiele bardziej złożony: kwestie ekonomiczne, cywilizacyjne przenikają się z geopolityką. Obawa przed islamizacją Europy czy radykalnym islamem, który – czy do końca słusznie? – jawi się jako świat bezwzględnie przestrzeganych wartości wobec „zgniłego Zachodu”, to jedna ze znanych publicystycznych i literackich klisz. Ale tu, w Polsce, sensowniej jest myśleć o innych zarzewiach potencjalnych kłopotów. Niemiecki rewizjonizm historyczny, dotyczący II wojny światowej, przenikający powoli do kultury masowej („Walkiria” z Tomem Cruisem), silne tendencje szowinistyczne na Ukrainie, bynajmniej niewygasłe ambicje imperialne Rosji, które stanowią jeden z jej czynników państwowotwórczych: wszystko to może kiedyś doprowadzić do nowej katastrofy.
Jednym z europejskich złudzeń, zaznaczmy raz jeszcze, jest to dziwaczne, choć poniekąd zrozumiałe przekonanie, że każdy okres historyczny, przynoszący względne uspokojenie, przyniesie wreszcie „pokój wieczysty”. Zresztą, jest to po części złudzenie stare jak ludzkość. Ulubionym zajęciem fałszywych proroków było utrzymywanie Izraela w przekonaniu, że nie grozi mu żadne poważne zło: wewnętrzne, ni zewnętrzne. Dlatego prorok Jeremiasz wołał: „mówią Pokój, Pokój!, lecz nie ma pokoju!”.
Dziś woła się powszechnie: dobrobyt i postęp, lecz czyj dobrobyt i za jaką cenę, o tym mówi się rzadziej. Utrzymuje się iluzje zjednoczonej Europy i euroatlantyckich „wojen o demokrację”, po tym, jak rozgrywano interesy zainteresowanych państw kosztem tragedii bałkańskiej, a szczytne idee amerykańskich krucjat czuć z daleka pieniędzmi, ropą i/lub polityczną hegemonią mocarstwa. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie aktualnych spraw. Wiele lat temu arcybiskup Romero – później zamordowany – pisał do prezydenta Cartera: „Jestem bardzo zaniepokojony wiadomością, że rząd Stanów Zjednoczonych rozpatruje sposoby udzielenia pomocy wojskowej Salwadorowi, uwzględniając wysyłanie sprzętu wojskowego i doradców… Jeśli wiadomość ta jest prawdziwa, to Pański rząd nie przyczynia się do wprowadzenia większej sprawiedliwości i pokoju, lecz, przeciwnie, popiera niesprawiedliwość i represje wobec zorganizowanego ludu, który bardzo często walczy o respektowanie najbardziej elementarnych praw człowieka”.
Bo też na końcu iluzji tego pięknego świata, który jeśli walczy, to walczy o pokój i dobrobyt, zawsze jest człowiek, często najsłabszy i najuboższy, bezsilny wobec możnych tego świata, ekonomicznych i cywilizacyjnych struktur. Zarówno ten, co jest najsłabszy w łonie kobiety, jak ten, co stoi z kijem lub kamieniem wobec uzbrojonych po zęby „stróżów ładu” lub rewolucjonistów, ten, co psychicznie nie wytrzymał wyścigu szczurów i ta kobieta, która w „latających fabrykach” korporacji przez kilkanaście godzin dziennie za grosze przyszywa sympatyczne loga korporacji, które później nosimy na sobie jako obywatele „lepszego świata”. Obywatele syci na ogół, choć wciąż pragnący więcej i więcej, bez pytania o faktyczne koszta życia w złotej klatce.
To wszystko jest nasz świat, nasza cywilizacja: samolubna, egoistyczna, krótkowzroczna. I jakże zawsze zdziwiona, gdy w końcu bomby zaczynają wybuchać pod jej niebem.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jadąc przez kraj, łatwo można przeanalizować wybory konsumpcyjne Polaków. Nie trzeba nawet zerkać na billboardy, wystarczy zatrzymać się przy drodze. Opróżnione butelki, paczki po papierosach, opakowania po prezerwatywach (rządy miłości znaczy się), wszystko to składa się na krajobraz Polski przydrożnej. Najłatwiej zaobserwować to na prowincji, szczególnie gdy w pobliżu mieści się dyskoteka czy poczciwy GS. Ale z kolei na wielkomiejskich chodnikach nie brak petów, psich odchodów no i ulotek. Bo przynajmniej w Krakowie tyleż stylowe, co mało pojemne kosze na śmieci nie są w stanie przyjąć obfitości ulicznego marketingu.
Gdy Polacy debatują o demokracji, życiu publicznym i sferze społecznej, często myślą o tym, co obejrzeli w telewizji, wyczytali w prasie lub Internecie. I zwyczajowo dotyczy to „onych”: polityków i/lub dziennikarzy. Korupcja, brak troski o dobro wspólne, tumiwisizm, zła wola – wszystko to wciąż „oni”, niemal jak za Polski Ludowej. Gdy już mówią o Polsce, czynią to na tak wysokim diapazonie i dyskutują o sprawach tak abstrakcyjnych, że można odnieść wrażenie, iż wykonują pompatyczny gest Piłata. Prokurator Judei także wypowiadał złote myśli, co w niczym nie zmieniło losów cieśli z Nazaretu. Szczególna cecha występująca wśród Polaków: nieumiejętność logicznego połączenia szacunku dla polskiej ziemi/przyrody, schludności w sferze publicznej z elementarnym patriotyzmem.
Warto wspomnieć, że kwestię polskiego patriotyzmu opisał niegdyś Jerzy Szacki, zauważając, iż najłatwiej przychodzi nam podniosłe świętowanie, apele ku czci, odsłanianie pomników i tablic, nadawanie ulicom nazwisk bohaterów narodowych (różnych w zależności od epoki), ale znacznie gorzej radzimy sobie z kultywowaniem i szacunkiem dla tradycji lokalnych, małych, swojskich. Jakbyśmy lepiej czuli się w stadzie, pod musztrą, ale na co dzień woleli nie wychylać się z inicjatywą. Znamienny materiał w tej kwestii, świadczący jak faktycznie traktujemy swoją kulturę, znalazłem niedawno na stronie internetowej „Obywatela”. Smutna lektura tutaj.
Te dwie kwestie: braku szacunku dla przestrzeni publicznej w jej wymiarze materialnym (choć to ona przesądza, jak wygląda nasze otoczenie) i niemożności zorganizowania przestrzeni kulturowej wokół nas, pokazują całą mizerię współczesnej polskości. Bo co z tego, że będziemy sobie wycierać gęby patriotyzmem, polskością i wieloma innymi szlachetnościami, jeśli równocześnie będziemy ślepi na fakt, że Polska nie fruwa pod obłokami, ale jest zupełnie ziemskim krajem. Że nie kończy się za naszą furtką, posesją, drzwiami samochodu, drzwiami mieszkania itp. Polak w tramwaju, autobusie, choćby pod nogami walała mu się gazeta albo puszka, nie schyli się i jej nie podniesie. Choćby jego pies srał na środku zatłoczonego chodnika, on pójdzie dalej z dumnie podniesioną głową, jakby Pimpek czy Atos właśnie zasadził fiołki na betonie.
Są tacy, co mówią, że zewsząd czyhają na Polaków wrogowie: Żydzi, Niemcy, Rosjanie. Kto wie, może nawet schludni Czesi, ze świetnie zorganizowaną, państwową jak najbardziej infrastrukturą kolejową, z solidnymi, bynajmniej nie prywatnymi autostradami. Zastanawia mnie, czy to Żydzi, Niemcy, Rosjanie nasyłają na Polaków zorganizowane grupy bałaganiarzy, czy – z innej beczki – te opryskliwe panie w urzędach to Żydówki, Niemki, Rosjanki; czy niesolidni fachowcy też są pochodzenia nie-polskiego? I prześladują nas, uciemiężonych Polaków, wszelkimi plagami życia społecznego, niby Amerykanie zrzucający stonkę w czasach słusznie minionych. A może to jednak coś w nas, coś przykrego, jakaś nie-wykorzeniona cecha po zaborach, która wciąż nie pozwala nam pojąć, że Polska, ta zwykła, codzienna, banalna jest „nasza”. Że nie ma już „onych”, ale jesteśmy przede wszystkim „my” i nikt tu za nas, dosłownie i w przenośni, porządku nie zrobi.
Żeby to zrozumieć, trzeba jednak lat edukacji, edukacji patriotycznej, osadzonej w tożsamości zarówno lokalnych wspólnot, jak szacunku dla polskości jako takiej. Ten model edukacji z powodzeniem wprowadzano w II Rzeczpospolitej. Tak dochowaliśmy się pokolenia Kolumbów. Ale tamto państwo poczuwało się do swoich obowiązków, gdy dzisiejsze stosuje taktykę: „mieć jak najmniej problemów na głowie”, czyli sprywatyzować wszystko. I tu zaczyna się nowy kłopot: dzisiejszy system edukacji, na szczeblu niższym i wyższym, jest zdolny stworzyć co najwyżej klasę technokratów i menedżerów na usługach globalnych korporacji, choć zdaje się, że za punkt honoru stawia sobie wyhodować lumpenproletariusza z ambicjami kulturalnymi na poziomie wypicia kubka lury ze Starbucksa.
A poza tym: żubr występuje przy drodze. I sporo tych żubrów spotkacie w te wakacje na drogach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z tamtych czasów pamiętam wiszące w Poznaniu plakaty z Tadeuszem Mazowieckim. I zmęczenie Rodziców ogólnym brakiem wszystkiego, oprócz nadziei na zmianę. Jako dwunastolatek odbywałem wtedy przyspieszony kurs zainteresowania polityką. Ukazujący się wówczas „Świat Młodych” zaczynałem nie od lektury komiksów na ostatniej stronie, lecz od opisów „okrągłego stołu”, na poły propagandowych agitek opisujących jak ładnie i z kulturą oraz w poczuciu odpowiedzialności za kraj dogaduje się władza z opozycją. Także dla mnie, młodego Polaka, w imię lepszej przyszłości. Nie miałem zielonego pojęcia o „zdradzie w Magdalence”, „koncesjonowanej opozycji”, nie miałem pojęcia, że wszystkie te wydarzenia poddane zostaną krytycznemu osądowi. Nie wiem, czy spotkałem się wtedy z hasłem „Gwiazda miałeś rację”. Mój Ojciec radosny szczebiot Joanny Szczepkowskiej, że w Polsce właśnie skończył się komunizm skwitował z sarkazmem, że komunizm w Polsce skończył się w 1956 roku i że właściwie na szczęście nigdy go tu nie było.
Wszystko zmieniało się szybko. W mojej rodzinnej szkole nauczyciele masowo przepisywali się z ZNP do nauczycielskiej „Solidarności”. Znarowiła się tylko moja Matka, zresztą bezpartyjna i jak niemal każdy pro-solidarnościowa, stwierdzając gorzko w domu, że dla lepszych paczek nie będzie się wygłupiać. W rocznicę odzyskania niepodległości na szkolnej gazetce ściennej, oczywiście za zgodą dyrektora, partyjnego aktywisty, który następnie z PZPR przepisał się do PSL, zawiesiła tekst „Pierwszej Brygady”. Zresztą później dyrektor został wójtem, a szkołę, którą wcześniej kierował, zamknął, tłumacząc to koniecznością dopięcia budżetu gminnego. Wielka zmiana na prowincji dokonywała się po cichu, bez fajerwerków.
Polityczne emocje były na dalszym planie, skoro większość czasu i tak trzeba było poświęcać na zmaganiach z realiami gospodarczymi. Owszem, żyło się radośniej i weselej, bo najpierw węższym, później szerszym strumyczkiem napływały dobrodziejstwa zachodniego dolce vita. Dochodziło do takich absurdów, że w GS-ie bez problemu można było kupić Hubę-Bubę, gumę w kształcie papierosów, napój coca-colo podobny w puszkach, ale chleb wciąż był na zapisy, a masło podejrzanie śmierdziało farbą malarską. W 1991 roku dostałem pierwszy paszport z pieczątką „na wsje strany mira”.
Skąd ten mało interesujący dla osób postronnych opis? Zastanawia, na ile Polacy w owym czasie przeżywali wielką zmianę w podobny, nieco dziecinny, a z pewnością prozaiczny sposób. Dla wielu Polaków zmiana nie była wydarzeniem heroicznym, pełnym patosu, ale czymś nader przyziemnym, z konieczną dawką konformizmu, egzystencjalnego banału, z postaciami nie do końca kryształowymi i nie do końca ześwinionymi. W tamtym czasie nie było takie oczywiste, kto gdzie stoi, podział na my/oni w realiach „zwykłej Polski” nie był wcale taki przejrzysty i oczywisty. Rzeczywistość przypominała raczej kopnięte butem mrowisko, w którym każdy, zdezorientowany, targa w swoją stronę słomkę żywota, a co z tego będzie: kto mógł wiedzieć? Nie każdy SB-ek został milionerem, nie każdy solidarnościowiec gołodupcem, choć faktem jest, że ci, co wiedzieli więcej, mogli też więcej. W tym sensie beneficjentami transformacji potencjalnie musieli zostać lepiej poinformowani, ci z lepszymi koneksjami, którzy lepiej się wkomponowali w polityczno-ekonomiczno-towarzyski misz-masz owych czasów. Dlatego Wałęsa ma dziś swój Instytut a Anna Walentynowicz żyje skromnie i zupełnie na uboczu. Dlatego Jerzy Urban jest dziś pełną gębą burżua, a wielu budowniczych Nowej Huty, sentymentalnie i biograficznie związanych z PRL, bynajmniej nie opływa w dostatki. Ba, zdecydowanie lepiej od wielu z nich mają się dziś Mieczysław Gil czy Stanisław Handzlik z pierwszej „Solidarności” ówczesnej Huty im. Lenina, co rzecz jasna można traktować jako objawienie się tzw. sprawiedliwości dziejowej, które to pojęcie, jak wiemy, zaczerpnięto z arsenału terminologicznego marksistów.
Stąd też, obserwując dziś spory o wydarzenia około-czerwcowe i ich konsekwencje ma się wrażenie, że w znacznej mierze debatują spóźnieni prorocy, prorocy po fakcie. Wynika z tego pewnego rodzaju iluzoryczność wszystkich tych fet i potępieńczych swarów, ich zmistyfikowanie na potrzeby (anty)mitu założycielskiego. Zresztą na tym polega dwuznaczna potęga (anty)mitów, że to, co jest tylko perspektywą, przedstawiają jako żelazne fakty. 4 czerwca dla większości Polaków był tylko preludium zmian, albo jednym z wielu wydarzeń w ciągu zachodzących przemian, gdy w rzeczywistości faktycznym (anty)świętem powinien być np. dzień, w którym zadekretowano lub zaczęto wcielać w życie reformy Balcerowicza, bo to one w większym stopniu niż wydarzenia stricte polityczne przesądziły o późniejszych losach obywateli naszego państwa, nierzadko o ich „być albo nie być”. I o tym, jak być, czyli, bardzo często, ile mieć. Ile mieć dla siebie z tamtych dni i lat. A komu i jak wychodzi bilans, to już chyba temat na osobną historię…
przez Krzysztof Wołodźko | środa 20 maja 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Transformacja ustrojowa dała wielu Polakom poczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze. Rządzić będą nasi, polityka nie będzie sztuką samą dla siebie na usługach sprawujących władzę, wolne/niezależne media zagwarantują jawność i powszechną dostępność do życia publicznego, instytucje państwowe będą przyjazne obywatelom, a rynek, uwolniony od absurdów tzw. realnego socjalizmu, da możliwość wolnej konkurencji, podniesie jakość usług, towarów, pracy i płacy. Jednym słowem: powróci normalność.
Oczywiście, co to jest tzw. normalność, to już temat na osobną dyskusję między różnymi opcjami ideowo-polityczno-ekonomicznymi. W każdym razie, o czym Polaków zapewniano, wreszcie będą mogli dyskutować o tym wszystkim otwarcie, publicznie i bez skrępowania. Oczywiście, byli i tacy, którzy twierdzili, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i że coś tu skrzeczy, ale tych, niezależnie, czy byli z prawa, czy z lewa, sprawnie spacyfikowano, etykietkując jako oszołomów i mniej lub bardziej grzecznie wypraszając poza nawias tzw. opinii publicznej.
Gdy dziś mówimy o III RP, tego entuzjazmu jest już jakby mniej. Cenzurę PZPR-owską zastąpiły różne formy cenzur środowiskowych. Każdy mainstreamowy, opiniotwórczy tytuł i medium elektroniczne mają własną ulicę Mysią. Cenzorów zastąpili reklamodawcy, presja towarzyska, zależności polityczne, czasem tępy duch sekciarstwa. Bo cenzura nie polega jedynie na tym, że przemilcza się rzeczy niewygodne, ale i na tym, by odpowiednio zinterpretować fakty, aby nie sprawiały niepotrzebnych kłopotów. A że ludzie lubią być oszukiwani i lubią mieć słuszne poglądy na wszystko, to każdy znajdzie tu coś dla siebie, co utwierdzi go w jego racjach. Jednym zdaniem: oto Hyde Park w krzywym zwierciadle.
Co do polityki, to i owszem, kto chce i lubi może brać udział w wyborach, referendach. I są to wydarzenia niepomiernie bardziej demokratyczne niż „wybory” i „referenda” czasów PRL. Ale i tu wskazać można na liczne mankamenty: sposób finansowania partii, który kilku najważniejszym ugrupowaniom daje szansę na największy udział w politycznym marketingu (nazywanym czasem dla niepoznaki „debatą publiczną”), koteryjność ugrupowań partyjnych, nawet tych największych, medialno-polityczne zblatowanie. Tu dodam, że osobiście jestem zwolennikiem takiej sytuacji, sięgającej korzeniami XIX wieku, w której każde ugrupowanie miałoby własny, utrzymywany ze swoich środków, jawnie określający się tytuł prasowy. PO mogłoby wydawać „Biuletyn Obywatelski”, PiS „Gazetę Prawych”, a SLD i PSL zwyczajowo „Trybunę” i „Zielony Sztandar”. Dziś jest zaś tak, że poważne pisma i media elektroniczne udają bezstronność i obiektywizm, choć kładę dolary przeciw orzechom, że same w tę iluzję nie wierzą.
Zresztą, owa bezstronność i niezależność instytucji publicznych w Polsce to istne targowisko hipokryzji: od KRRiTV po spółki skarbu państwa. Po każdych wyborach słyszymy te same śpiewki o przywracaniu właściwych proporcji, bezpartyjnych fachowcach czy – jak ostatnio – dożynaniu watah. A to przecież jedne wilki w owczej skórze zastępują inne, im podobne niewiniątka. I zawsze niezależni publicyści (tyle że różnych opcji) podnoszą rejwach i krzyk, że znów psują nam państwo. Ale czy można zepsuć coś, co już nie działa? Oczywiście, stuprocentowa apolityczność instytucji państwowych i jej biurokracji to utopia. Ale po co łgać ludziom w żywe oczy, że np. w IPN nie mają swoich sympatii politycznych, albo że sympatia „GW” czy PO wobec Wałęsy motywowana jest olbrzymim szacunkiem dla tej persony? Myślałby kto, że obiektywizm i niezależność sądów to jakiś polski fetysz, ba, naczelna wartość narodowa, gdy jest to po prostu listek figowy chorego na trąd nepotyzmu, układzików, korupcji, kolesiostwa i stadnego myślenia człowieka.
Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawia mnie, czy przy okazji budowania III RP nie stracono z oczu człowieka. I nie chodzi o to, żeby dać mu za darmo kiełbasę i co tydzień wysyłać z Belwederu lub URM-u umyślnego z pytaniem, czy aby mu czego nie brak. Ani żeby robić za „gęby za lud krzyczące”. Jak lud chce, niech sam krzyczy, także na ulicach. Nawet lepiej, gdyby krzyczał sam, niż mieliby to robić w jego imieniu różni „zawodowi rewolucjoniści”.
Zastanawia mnie natomiast, czy dzisiejszą Polskę zbudowano dla ludzi, czy znów dla tzw. elit: politycznych, biznesowych, medialnych, a także kościelnych. Oczywiście są to już elity znacznie bardziej cywilizowane i humanitarne, często z solidarnościowym rodowodem, z pięknymi kartami w życiorysach. Te elity, mówiąc w dużym skrócie, pod sejm kontraktowy podjeżdżały trabantami, w wyciągniętych swetrach, w niemodnych, rogowych oprawkach okularów, a odjeżdżały porządnymi samochodami, w dobrych garniturach, „obznajomione” z meandrami polityki. I już mniej czułe na los tych na dole, na których plecach, często też sinych od milicyjnych pał, wybiły się na dobrobyt, po drodze często-gęsto przepijając bruderszafty ze swoimi dawnymi przeciwnikami. I tak już zostało. Dziś już nieliczni ludzie z tamtej epoki, jak Zbigniew Romaszewski, mają odwagę i chęć, ale też moralne prawo, by mówić językiem „ideałów Sierpnia”, językiem wspólnych wartości. Językiem, w którym czuć coś więcej, niż obecność pieniądza.
Elity zawsze wiedzą lepiej. Trywialnym, ale nigdy nie dość wartym przypominania przykładem jest fakt, że żaden z projektów Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej (i tak potraktowanej po macoszemu przez ustawodawców) nie został ani w większym stopniu nagłośniony przez media, ani nie znalazł uznania w oczach większości parlamentarnej kilku kadencji. Nie dość zatem, że współczesny Polak jest dość leniwy na niwie publicznej i swoje pasje obywatelskie ogranicza co najwyżej do niezobowiązującej paplaniny/stukaniny. Nie dość, że traktowany jak mięso wyborcze i konsument marketingu politycznego, któremu przed wyborami do europarlamentu zamiast rzeczowej dyskusji podrzuca się durne filmiki, to non stop odbiera od własnego państwa ten jeden podstawowy komunikat: obywatelu, stulcie lepiej gębę! Ale koniecznie idźcie na wybory…
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie sposób odnieść wrażenia, że około-solidarnościowe wydarzenia mają dziś charakter wyłącznie wspominkarski. Do „Solidarności”, podobnie jak do postaci Jana Pawła II wraca się pamięcią zbiorową przy okazji rocznic, okrągłych dat. I po wszystkim zostaje nieco wzruszeń, albo, co gorsza, rozdrapane na nowo rany. Strajk sierpniowy, gdańskie postulaty, „karnawał”, kilka medialnych obrazków i klisz oraz poczucie, że to dawno za nami, że to sprawa zaprzeszła, szacowna pamiątka, której się nie rusza, nie dotyka, jak wciąż nie zdjętego ze ściany obrazka Papieża.
Bo też i dzisiejsi Polacy kilkadziesiąt lat od pierwszej „Solidarności” są dziś zupełnie innymi ludźmi, z problemami i radościami, których wtedy nie można sobie było wyobrazić. Bo też i ci, co niegdyś „Solidarność” tworzyli, mają te trzydzieści lat więcej na karku. Kto w sierpniu 1980 miał lat dwadzieścia, dziś jest pięćdziesięciolatkiem, kto pięćdziesiąt, dziś stoi nad grobem. Twarze z siateczką zmarszczek lub zupełnie pobrużdżone wiekiem, twarze dziś zmęczone i przygasłe lub syte władzą, splendorami i pieniądzem – co mają wspólnego z tamtymi twarzami?
Nie myślę tu wcale o Wałęsie, Joannie i Andrzeju Gwiazdach, o Adamie Michniku, ani Annie Walentynowicz. Bo choć w nich, niczym w ikonach skupia się treść losów „Solidarności”, to przecież znaczna część wysiłku tworzenia i funkcjonowania związku zależała od anonimowych dziś, zwykłych ludzi, szeregowych działaczy. I to właśnie oni nie mają swojej legendy, nie mają swoich opowieści, brak dla nich miejsca w życiu i pamięci zbiorowej III RP. Owszem, mają prywatne wspomnienia, jakieś półsłówkami opowiadane historie, momenty wzlotów i upadków, swoje radości i traumy, ale to wszystko przykryte piachem czasu, poupychane po kątach, niewyartykułowane publicznie, więc de facto nieobecne. Ukradziono im publiczną pamięć. I może to właśnie oni najboleśniej przeżyli upadek solidarnościowego mitu. Dlatego nie dziwi mnie, że tak często w ludziach, którzy z tamtą „Solidarnością” się utożsamiali, jest czasem tylko złości albo rezygnacji. Bo jeśli Ikar przeżył upadek w locie ku słońcu, to cóż mu pozostało poza bezsilnym wygrażaniem niebu?
Oczywiście, ktoś powie, nie ma sensu nadto dramatyzować, ludzie pierwszej „Solidarności” jakoś tam ułożyli sobie życie w III RP. Czy jest krajem na miarę ich marzeń? Nie wiem, nie mam prawa odpowiadać w cudzym imieniu. Kusi mnie jednak czasem, by zapytać tak w miejscu publicznym, na oślep, przypadkowego przechodnia: „co Pan robił w tamtych latach, co Pan myślał, w co wierzył, co czuł, jakiej chciał Polski, jakiego ustroju, jakiej gospodarki, jakiej władzy, jakiej przyszłości dla siebie i najbliższych?”. Tak, wiem, równie dobrze mógłbym natknąć się na emeryta zasłużonego dla utrwalania albo kapusia. Ale pokusa pozostaje.
Rzecz nie w czczej ciekawości, ale w nienasyceniu: brak tych opowieści, filmów, książek, spektakli, która przywróciłaby nam „Solidarność”. Zwykłą, przyziemną, pewnie i banalną, ale najbardziej żywą i treściwą, nie posypaną lukrem, cynizmem, nie usadowioną na zabrudzonym piedestale, „Solidarność”, której Duchowi nie rzuca się rocznicowych ochłapów, by uspokoić wyrzut sumienia, by kadłubkowi pamięci umilić dogorywanie.
Im dalej od pierwszej „Solidarności”, tym częściej kwiaty pod jej pomnikami będą składać ludzie coraz bardziej odlegli od tamtych wydarzeń, coraz mniej współodczuwający, czy może nawet obojętni. I właściwie trudno oprzeć się wrażeniu, że historię „Solidarności” z całą przenikliwością opowiedział poeta: „tak zdobędziesz królestwo, którego nie zdobędziesz”. Bo jeśli przyjąć, że ludzie walczyli o coś więcej niż wolne soboty i Msze w radio w niedzielę, że walczyli o godność, o podmiotowość, o szacunek dla siebie i dla innych, to ile z tego osiągnięto? O to też chciałbym pytać ludzi tamtej „Solidarności”, jej anonimowych herosów, Ikarów z przyciętymi skrzydłami. Ilu z nich pamięta, ilu wolało zapomnieć, ilu się złajdaczyło, ilu wyparło, ilu zmarło na zawał, ilu z najniższymi emeryturami czeka w kolejkach do lekarzy, ilu czuje się spełnionych? Ilu nigdy nie wróciło i nigdy już do nas nie wróci? Ilu dziś nienawidzi Polski za to, co się z nią stało, a ilu odczuwa wdzięczność za to, że jest choć taka, jaką widzimy? Ilu ich jest? Pewnie coraz mniej…
„Solidarność obumarła”. „Solidarność” żyje. Może jest jak ziarno rzucone w ziemię? Może czeka na swój czas? Może wnuki szarych ludzi spod sztandaru przygarbionej panny „S” schylą się kiedyś ku ziemi, zobaczą kiełkujące nasionko i zapytają, skąd się tu wzięło. Może zrobią z niego pożytek. Bo jeśli nie, to prawdę wyśpiewał Kaczmarski: „Z tej mąki nie będzie chleba, / Z tych prac nie będzie korzyści, / Z tych świątyń nie widać nieba, / Z tych snów już się nic nie ziści. /…/ Z tych ziaren nie będzie mąki, / Nie będzie ciała z tych słów, / Z tych modlitw nie będzie świątyń, / Z tych czasów nie będzie snów”…
Tylko jak my wtedy spojrzymy w twarz swoim zmarłym?