przez Krzysztof Wołodźko | piątek 31 grudnia 2010 | opinie
Rok „Obywatela” i jego czytelników toczy się nieco innymi kolejami, niźli rok konsumentów pierwszych stron gazet, zaprzyjaźnionych z władzą telewizji, popularnych serwisów informacyjnych.
W „Obywatelu” przez ten rok czytaliście inne teksty aniżeli „jedynie słuszne”, którymi raczą swoich odbiorców sformatowane na jedno kopyto tygodniki opinii. I sami wiecie najlepiej, co z tego, co przeczytaliście, przemyśleliście, w czym współuczestniczyliście – było dla Was ważne i najważniejsze.
Koniec roku 2010, przed nami nowy czas do wypełnienia. Sami też wiecie najlepiej, co w Waszym życiu osobistym, zawodowym, co w społecznych zaangażowaniach było dobre, porządnie zrobione. Może to, czym żyliście, nie było godne okładek kolorowych pism. Pewnie nie zapraszano Was do telewizji śniadaniowych, gdyście pracowali, marzyli, snuli plany. Może skrzętnie podsumowujecie swój rok 2010, a może jak gdyby nigdy nic idziecie dalej, bo już gonią następne terminy, plany, zadania. Czytacie „Obywatela”, jesteście obywatelami, działacie; nie siedzicie z założonymi rękoma czekając, aż ktoś za Was uczyni świat nieco innym, nieco lepszym.
Czego Wam wszystkim życzyć? Przecież jesteśmy tak różni. Różne doświadczenia życiowe, przebogate światopoglądy, koncepcje polityczne, społeczne i gospodarcze. A jednak razem czytamy „Obywatela”, razem go współtworzymy. Dlaczego? I tu odpowiedzi będą rozmaite. Anarchiści, etatyści, lewacy, prawicowcy, wierni różnych wyznań chrześcijańskich i religii, agnostycy, ateiści, społecznicy, naukowcy, działacze polityczni, studenci, matki, żony, a pewnie i kochanki, przykładni ojcowie i niebieskie ptaki, entuzjaści i malkontenci, miłośnicy piw z niszowych browarów, niuchacze tabaki i palacze fajki, feministki i „męskie szowinistyczne świnie”, domatorzy i wagabundy, biznesmeni i urzędnicy państwowi, lekkoduchy-artyści i zwykli zjadacze chleba – wszyscy mieliśmy w mijającym roku swoje powody, by sięgać po „Obywatela”, by go wspierać.
Jesteśmy obywatelami. Szukamy sposobów, motywów, ludzi wespół z którymi zrealizujemy idee i koncepcje znane nam z „Obywatela”. Tak, czas obywateli płynie inaczej niż czas mainstreamowych mediów, rządząc się często innymi prawami. Nie znaczy to, że sprawy Polski są dla nas nieistotne. Inna jest perspektywa, nierzadko poruszają nas inne zagadnienia. Ale przecież tutaj żyje większość z nas, a pozostali – wracają myślami.
Ideą naczelną „Obywatela” jest dobro wspólne. Tworzymy zatem, często się nie znając, pewien rodzaj wspólnoty. „Obywatel”, w mniejszym lub większym stopniu, jest częścią naszej tożsamości, albo przynajmniej źródłem wiedzy, które uznajemy za rzetelne, warte poznania. A przecież – różnimy się. Nawet jeśli większość z nas uznaje się za ludzi lewicy, to przecież nie maszerujemy w karnym szeregu, w rytm i pod dyktando werbli. Jesteśmy raczej partyzantami wielkiej, niekończącej się konspiracji obywatelskiej. I obyśmy chcieli, mogli walczyć dalej: niekoniecznie na plażach, lądowiskach, polach i ulicach, na wzgórzach… I co najistotniejsze: obyśmy nigdy się nie poddali.
Tego Wam wszystkim w 2011 roku szczerze życzę: sił, zdrowia, szczęścia i okazji do obywatelskiego knucia i konspirowania… Więcej obywatela w obywatelach, obywatele! Więcej „Obywatela”!
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | środa 1 grudnia 2010 | opinie
Okazuje się, że nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”.
Na kartach wydanej w 1913 r. książki „Kultura a natura” Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) tak pisał: W czasie niewoli jedną z sił najpotężniejszych, podtrzymujących tętno serca narodu, była miłość ojczystej ziemi. Miłości tej dawała głos nasza wielka poezja. U żadnego chyba narodu nie znalazła poezja tak głębokich i wzruszających tonów dla wyrażenia miłości oblicza ziemi rodzinnej, jak u nas. Z chwilą odzyskania wolności postanowiliśmy oblicze to uczcić przez ochronę jego ukochanych rysów. To było piękne i leżało na linii narodowej tradycji, wiązało przeszłość z przyszłością.
Tyle Pawlikowski, „prawnik, ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza Słowackiego, polityk i społecznik”. Taternik, który jako pierwszy wszedł na Mnicha, współtwórca Ligi Ochrony Przyrody, Kawaler Orderu Polonia Restituta. Pokażcie mi polityka, który dziś tak mówi. Więcej: pokażcie mi dziś polityka, który tak czyni. „Najgorętsi patrioci” boją się dziś „eko-terrorystów” i ekologicznym terroryzmem jest dla nich cokolwiek więcej, niż podlewanie kwiatków na balkonie. Ale nie o tej kwestii chcę tu pisać.
W lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” czytam: „Na górskim szlaku stanęła willa. Wybudują kolejne?”… Mowa o potężnym, zagrodzonym budynku mieszkalnym, z racji swej okazałości – bo przecież nie wpisanej w krajobraz urody – nazwanym willą, jaki stanął na Łysej Polanie, „jednym z najładniejszych miejsc w Parku Krajobrazowym Beskidu Małego”. Budynek powstał m.in. dlatego, że „w tym miejscu stał już kiedyś dom, tyle że była to drewniana chałupa pasująca do krajobrazu”. Nie ma drewnianej chałupy, ale że mamy postęp i dobrobyt, oraz coraz świętsze prawo (prywatnej) własności, to jest „willa”. Kłopotliwa, bo psuje widok.
Tyle że piękny widok to naprawdę nie jest żadna wartość. Przecież nawet poeta pisał w wierszu „Sylogizm prostacki”: Za darmo/ nie dostaniesz nic ładnego/ zachód słońca jest za darmo/ a więc nie jest piękny/ ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta/ trzeba zapłacić za wódkę/ ergo/ klozet w tancbudzie jest piękny/ a zachód słońca nie/ a ja wam powiem że bujda/ widziałem zachód słońca/ i wychodek w nocnym lokalu/ nie znajduję specjalnej różnicy. Sarkazm Bursy okazał się nadspodziewanie proroczy w III RP, mam więcej niż pewność, że przybyło nam zwolenników prostackich sylogizmów. I prostackich obyczajów. Nie mówię tu jedynie o nieumiejętności jedzenia nożem i widelcem.
Zresztą, kto by się przejmował ładnymi widokami, integralnością krajobrazów, relacją kultury i natury itp. eko-terrorystycznymi zagadnieniami i cnotami. Jak cię stać, to będziesz miał ładne widoki, a jak nie, to kup sobie pocztówkę, albo ustaw tapetę z zachodem słońca na wyświetlaczu komórki. Jeśli chcesz być człowiekiem nowoczesnym i Europejczykiem, to naprawdę, nie myśl za bardzo o tym spłachciu ziemi, nazywanym przyrodą (polską)… Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno? „Włosi i Francuzi chronią swoje górskie krajobrazy. Obowiązujące tam tzw. prawo górskie reguluje nie tylko sprawy związane z narciarstwem, ale dotyczy również projektowanych budynków” – czytamy w cytowanym artykule. To samo dotyczy wielu innych państw europejskich. A póki co gmina Wilkowice czeka na plan zagospodarowania przestrzennego.
Cóż, widać nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”. Widać i w świecie cenią tak staromodne wartości jak „miłość ziemi ojczystej”. Nam pozostaje szpetota polska. Bo nie tylko na dworcu w Kutnie bywa tak brudno i brzydko, że pękają oczy… Albo zaraz pękną. Bo wolność szpetotą się mierzy.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 11 listopada 2010 | opinie
Święto Niepodległości – czym jest? Rozpamiętywaniem dawnych cierpień, walki, pracy? Refleksją nad mizerią dnia dzisiejszego?
Znamy tę tezę, tak popularną w pierwszych latach wyzwolenia Polski – pisał w czasie międzywojnia PPS-owiec Adam Uziembło – że „wszyscy” wzięli udział w zdobywaniu wolności. Wszyscy – i ci, co tworzyli armię – siłę zbrojną narodu; i ci, co konspirowali dla niepodległości; i ci, co siedzieli na urzędach zaborców – bo przygotowywali kadry urzędnicze, niezbędne dla państwa; i ci, co służyli w policji rosyjskiej czy austriackiej; i ci, co byli w Legionach; i ci, co te Legiony zwalczali… Jednym słowem, wszyscy Polacy – wszyscy. Teza ta skwapliwie została przyjęta, zwłaszcza przez tych, którzy nic nie uczynili, oczywiście przede wszystkim dla uzyskania prawa do udziałów – że użyjemy słów Bogusława Radziwiłła z Potopu – w szarpaniu „postawu sukna”, jakim dla wszystkich wyzwolona ojczyzna się stała.
Społeczeństwo uwierzyło w to kłamstwo. Z wolna, im dalej w przeszłość odsuwają się czasy niewoli, które dla jednych były istotną gehenną, tułactwem, walką – dla innych „życiem o wiele łatwiejszym, spokojniejszym i dostatniejszym niż dziś” – tym łatwiej każdy urodzony przed wielką wojną zostaje pasowany na bojownika wolności. A jeżeli już komuś przydarzyło się założyć kawał straży pożarnej albo czytelenki – to staje się „nieugiętym żołnierzem”, co to „stał na posterunku”, co to „przez całe życie marzył…”. […] Kłamstwo oblało całą Polskę. I walka z nim jest bardzo trudna. […]
Ze względów praktycznych pożytek obalenia tego powszechnego zakłamania może być względny. Przecież na każde stanowisko znacznie odpowiedniejszy jest człowiek o odpowiednim przygotowaniu – niż zdarty w walce z caratem wykolejeniec. Głupstwem by było wypominanie inżynierowi, który świetnie buduje kolej czy port, że w czasach niewoli nie myślał o walce zbrojnej.
Ale sumienie narodowe, które się przez sztukę, literaturę objawia, musi być pod tym względem zupełnie świadome. Musi ono zajrzeć aż do dna duszy polskiej, musi ją przejrzeć do głębi – by wyplenić chwast nie w imię praktycznych korzyści czyichkolwiek, nie dla potępienia grupy czy odłamu, nie dla pognębienia ludzi, ale dlatego, byśmy mogli jasno i szczerze patrzeć w przeszłość, byśmy byli z jej rzeczywistością, nie z jakąś ckliwą legendą powiązani, byśmy nie stracili kontaktu z tradycją prawdziwą.
Tekst powyższy odnosi się do innych realiów, do innej niż dzisiejsza Polski i sytuacji historycznej. Jednak ze względu na swój „życiowy charakter”, na tę brutalną szczerość wobec rodaków, na jaką pozwala sobie Uziembło, na odrzucenie „ckliwej legendy” i postawienie jasno spraw polskich, zasługuje na pamięć. Bo i też radość ówczesnej niepodległości, tamtej, międzywojennej Polski, nie była radością pełną. I tym, co w miarę regularnie zaglądają choćby na Lewicowo.pl kwestii tych wyjaśniać od podstaw nie trzeba.
A dziś? Cóż, dziś też pewnie miłują Polskę ci, co kochali ją, gdy byli w SB, ORMO, PRON, Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”; co w ZMS zdobywali pierwsze szlify politycznego obycia; co się „życiowego pragmatyzmu” i „liczenia z realiami” uczyli jeszcze w PRL. Zresztą, obecnie ta „święta miłość kochanej ojczyzny” nie jest tak istotną kartą przetargową. Umęczone słowo „patriotyzm” wielu sobie odpuściło, bo życie, praca, płaca, kariera, kredyt jeden i drugi, obowiązki rodzinne i towarzyskie… Tymczasem „Jeszcze Polska”, „papież-Polak”, „Solidarność”, „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, te trumny, co niby nami rządzą, a cholera wie, czyje – cóż, może to i ładne, może wzrusza, ale nieżyciowe przecież i jeść nie da ani dachu nad głową nie zapewni. Zresztą gdy patrzeć na gorzkie żale specjalistów od załamywania rąk nad „umęczoną ojczyzną”, co sami jeszcze rozmieniają ją na drobne z fachowością „zawodowych patriotów”, dziwić się trudno, że od „ojczyzny” takiej, ckliwej i rozmemłanej, fałszem i biznesikami podszytej, bardziej podobnej fantasmagorii niż krwi i ciału, ludzie odchodzą i o niej zapominają. Bo ile można słuchać o tych nieszczęściach, o krzywdach nieprzetrawionych, gdy nic, kompletnie nic – poza niemocą lub prywatą – z tego nie wynika? A z drugiej strony, ile można patrzeć na te obojętne, pewne siebie gęby, spoglądające wokół lekceważąco albo cwanie, bo się swojego już dochapały i nic więcej im nie trzeba, żadnego obowiązku, żadnej tożsamości, skoro w domu i w zagrodzie dostatek. „Mnie”, „moje”, „dla mnie” – to ich codzienny pacierz, modlitwa nieustająca.
A przecież trzeba pamiętać, trzeba w tej bieli i czerwieni widzieć i krew przelaną w pracy i w walce, i biel straszliwą, co się otwierała przed zesłańcami, gdy rąbali „z tymi co zostali w śniegach pnie zmarznięte na kamień”, tę biel, która jest znakiem czystości idei i pragnień, jakich dziś powszechnie się już nie rozumie i nie szanuje. Bo przeszło tamto wszystko i została raz jeszcze, w nowej odsłonie „radość z odzyskanego śmietnika” i złośliwie czasem powtarzane: „chcieliście Polski, no to ją macie”… No i mamy Polskę, choć znów jakby nie do końca tę wymarzoną, inną od tamtej, której pod powstańczym i wojennym niebem nucili nasi przodkowie swoje tęskne pieśni. Mamy Polskę chyba bardziej z „Poematu dla dorosłych”, niż z „Pierwszej Brygady”, bardziej Polskę pogrobowców Piaseckiego, niż synów i córek Dmowskiego, bardziej Polskę po Bierucie i Kiszczaku, niż Daszyńskim czy Pużaku. Polskę od lokalnych podróbek „Chicago Boys”, nie od Eugeniusza Kwiatkowskiego. Ale cóż, przecież i ona jest nasza i wyrzec się jej nie sposób, bo jest taka, a nie inna. Trzeba z nią żyć pod jednym dachem, pośród jej bieli i czerwieni, choć biel przybrudzona, a czerwień wyblakła. W inne ciało i krew, w inne kości, w inne niż nasze myśli – już jej nie odziejemy. I tylko o to można pytać, czy warto.
Tak, mimo wszystko, warto.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 5 października 2010 | opinie
Wywiad-rzeka z Januszem Palikotem („Ja, Palikot”) jest o tyle interesujący, że pokazuje mniej widowiskowe oblicze sposobu myślenia tego polityka.
Cezary Michalski pytał posła Platformy m.in. o prawicę. Padła odpowiedź:
„Najpierw przez lata zbierali w każdych wyborach ponad 50 procent głosów, ale ponieważ dzielili je na kilkanaście partii, politycy prawicowi stanowili w Sejmie mniejszość. Potem był rzekomy sukces, czyli AWS, będący eksperymentem bycia ze sobą razem. Jednak ceną za to były pomysły na intronizację Chrystusa-Króla, staroświecki klerykalizm, obsesyjny antykomunizm (…). Potem nadszedł PiS z Kaczyńskim, który zbudował pierwszą stabilną prawicową partię, ale za cenę sprowadzenia prawicowości do jej karykatury, do kształtu, którym sam się zawsze brzydził. Prawicowi intelektualiści biją mu brawo, ale przecież Kaczyński nie okazał się przywódcą, przeciwnie, to radykalne żywioły zbudowały mu partię i podyktowały program. Kaczyński jest dziś zakładnikiem, a nie liderem. Kaczyński doprowadził prawicowość do tego, że jest niezdolna do przetrwania. Gdyby stworzył partię umiarkowaną i budował koalicję z radykałami, byłaby w tym polityczna zręczność, ale Kaczyński zrobił coś odwrotnego – wszystko, co wartościowe na prawicy, pozwolił zabrać Tuskowi, a sam wziął odpadki. I ludzkie, i programowe.
A mniejsze środowiska? Np. konserwatyści?
Mili ludzie, ale politycznie wielkie dzieci. Kto dziś uprawia politykę mówiąc tylko o wartościach rodzinnych, autorytecie czy roli tradycji. Przecież to co najwyżej literatura. (…) Konserwatyści stali się, nie tylko w Polsce, bezobjawowi, oni nawet nie próbują ingerować w rzeczywistość, oni stylizują się na znaki sprzeciwu. Ubierają się inaczej, mówią inaczej, chodzą po niszowych programach, wierzą, że w ten sposób stają się elitą. Nic dziwnego, że każdy używa ich jak mu wygodnie.
A co pan myśli o czołowych politykach?
Polscy politycy nie wiedzą, do czego jest państwo. Balcerowicz sądził, że jest to narzędzie do zaprowadzenia racjonalnej utopii. Wałęsa widział w nim berło dla wodza »Solidarności«, Kwaśniewski równie narcystycznie widział w państwie instrument odzyskania postkomunistycznej dumy. Krzaklewski chciał użyć państwa do złożenia hołdu Kościołowi i polskiej historii, Kaczyński próbował państwem przeorać umysły. Te dwie dekady to seria wielkich nieporozumień. Z drugiej strony, oni byli samoukami, nie zastali normalnego państwa i sensownej polityki, każdy z nich powoli odkrywał, o co chodzi (…).
Jest pan konserwatystą?
Jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.
Liberałem?
Chętnie dam gejom związek partnerski a kobietom – mimo mej niechęci do aborcji – prawo do decyzji.
Prawicowcem?
Nie znoszę tej patriotycznej dyscypliny. Tego zmuszania wszystkich do stałego, czynnego kochania ojczyzny. Tych tysięcy rocznic, które trzeba obchodzić. To jest dramatycznie defensywne. (…)
Krytykuje pan wszystkie generalnie projekty polityczne.
Krytykuję te projekty, które zamieniają politykę w teorię (…).”
Nie byłoby powyższego cytatu, ani tego felietonu, gdyby nie myśl, że Janusz Palikot – pomijając tu jego kostium błazna i zimnego drania – uosabia w polskiej polityce pewną tendencję, która może się nasilać. W dużym skrócie wiąże się ona z przejściem od polityki opartej na „wielkich narracjach” i mitologii narodowej, do kultu pragmatyzmu i demitologizacji państwa/narodu. Wiąże się to także z założeniem, że współczesne polskie społeczeństwo swoje rozumienie np. roli Kościoła w życiu publicznym przeżywa inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Inaczej także podchodzi do kwestii etycznych czy aksjologicznych, dogmatów związanych czy to z życiem rodzinnym (mniejsza liczba dzieci, wzrastająca liczba rozwodów), czy to ze sferą seksualną; wydaje się wręcz stawać nieco indyferentne moralnie.
Wbrew pozorom, problem ten nie dotyczy wyłącznie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Jest to szerszy proces, związany z przyswojeniem wzorców czerpanych z Zachodu, choćby za pośrednictwem popkultury. Także procesy społeczno-ekonomiczne, generujące większą mobilność, a także tymczasowość form egzystowania w społeczeństwie, wymuszają istotne zmiany. I to bynajmniej nie ze względu na atrakcyjność bądź siłę oddziaływania doktryn liberalizmu obyczajowego czy Nowej Lewicy. Idzie raczej o to, że płytsze zakorzenienie w lokalnych strukturach społecznych pociąga za sobą mniej zobowiązujące uczestnictwo w stabilnych, z natury bardziej konserwatywnych wzorcach kulturowych i etycznych. Trudno być autentycznym tradycjonalistą żyjąc na walizkach, często zmieniając pracę, w której spędza się czasem więcej niż pół dnia; w obliczu niepewności jutra, bez bycia-u-siebie.
Nie można zatem wykluczyć, że chcąc nie chcąc nasza prawica, także za sprawą zmiany pokoleniowej, będzie coraz bardziej upodabniała się – w swoim głównym, najsilniej oddziałującym realnie nurcie – do swojego odpowiednika na Zachodzie, który z polskiej perspektywy jest przez wielu konserwatystów odbierany wręcz jako lewicowy. Charakterystyczna jest tu opinia Palikota na temat związków partnerskich homoseksualistów, czy jego podejście do aborcji. Jest to zapowiedź polityki kompromisu, który dziś jeszcze może być nie do przyjęcia. Jednak o doktrynach politycznych poszczególnych partii decyduje także elektorat, jego stosunek m.in. do wyżej wspomnianych kwestii. Jeśli będzie się on stawał coraz bardziej obojętny (jeśli nie wprost przyzwalający), wtedy ów model liberalnej centroprawicy, jaki dziś uosabia Janusz Palikot, stanie się faktem. I nie ulega wątpliwości, że jego medialny sposób bycia jest swego rodzaju sondą, zapuszczaną w świat wyobrażeń społecznych: co jest już do przyjęcia, co – jeszcze nie. Popularność, jaką cieszy się polityk rządzącej, mainstreamowej partii bodaj nie tylko wśród jej elektoratu, daje do myślenia.
Przeobrażenia społeczne w Polsce są faktem. Hierarchia kościelna, co pokazuje nie tylko jej rozdarcie w sprawie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia czy problemy z dziwnymi typami w Komisji Majątkowej, ma spory problem sama ze sobą i z własnym wizerunkiem – także, a może przede wszystkim, na prawicy. Jeśli istnieją jak dotąd silne, środowiskowe, czasem wręcz towarzyskie powiązania między wyższym duchowieństwem a politykami, to przecież nie musi to oznaczać, że będzie tak już zawsze. I tu postać Palikota pokazuje, jak można atakować kler bez większej szkody dla siebie. A co, jeśli za lat kilka, kilkanaście politycy uznają, że nie potrzebują już wsparcia Kościoła w swoich zabiegach o popularność wśród Polaków? Bez złudzeń: rozstaną się z nim w mniej lub bardziej kulturalny sposób.
Zagadnienia te nie dotyczą jedynie prawej strony sceny politycznej, ale mają charakter ogólnospołeczny. Dziś może brzmieć to baśniowo, ale można sobie wyobrazić polskich polityków na prawicy jawnie deklarujących homoseksualizm, odcinających się od tzw. mitologii narodowej czy wprost odżegnujących się od Kościoła. Przecież już dziś, zdaniem części polityków i publicystów, związanych choćby ze środowiskiem „Christianitas”, lojalność prawicy wobec (nauki) Kościoła pozostawia wiele do życzenia. I trudno odmówić im racji. Utożsamienie prawicowości z Kościołem rzymskokatolickim dla wielu jest przede wszystkim wygodnym narzędziem politycznym i dopiero wtórnie wiąże się z recepcją jego doktryny.
Gdyby model prawicy, który już w jakimś stopniu realizuje się m.in. w Platformie Obywatelskiej stał się faktem, stawiałoby to nowe wyzwania także przed lewicą. Dla części z niej, co interesujące, byłby to problem z kategorii: „być albo nie być”. Bo o co miałaby walczyć lewica obyczajowa z wyemancypowaną, podobną sobie „nową prawicą”? Chyba że o hasła jeszcze dalej idącej „emancypacji”. W gruncie rzeczy czyniłoby to te formacje trudnymi do odróżnienia, faktycznie post-politycznymi bytami. Z drugiej strony, może wtedy wreszcie na serio potraktowano by spory o charakterze ekonomicznym, socjalnym, klasowym, gdyby Nowa Lewica straciła ten punkt odniesienia, który dziś czyni ją tak popularną i „awangardową”. Cóż, trudno orzec; być może przekonamy się o tym za prezydentury Janusza Palikota.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 7 września 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko, kultura zaangażowana
Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.
O sobie mówi:
Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.
Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.
Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:
Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.
/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/
Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.
Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.
Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.
Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.
Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.
Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.
I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?
Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?