przez Krzysztof Wołodźko | piątek 27 sierpnia 2010 | opinie
Mamy zatem trzydziestą rocznicę Sierpnia. Ładna, okrągła data. Padają przy tej okazji ładne, okrągłe słowa.
Bodaj najważniejszym dokumentem Sierpnia ’80 jest 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ze Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Szacowna pamiątka, która znalazła się na liście UNESCO „Pamięć świata”. Z dzisiejszej perspektywy, patrząc czysto formalnie, rzecz już kompletnie nieaktualna: żądania „wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)” (postulat 13), czy „skrócić czas oczekiwania na mieszkania” (postulat 19) mają przecież charakter czysto dokumentalny.
Inne postulaty, jak choćby trzeci – „Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań” – także zdają się dziś kompletnie nieaktualne. Choć twórcy współczesnych „półkowników” i reprezentanci myśli i działań źle widzianych, albo niedostrzeganych przez mainstream mogliby w tej materii mieć inne zdanie.
Także w kwestii postulatów pierwszego i drugiego, odpowiednio „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych” oraz „Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”, wiele ciekawego do powiedzenia mogą mieć choćby pracownicy FIATA w Tychach i wielu innych, próbujących w swoich zakładach pracy zakładać związki zawodowe i bronić praw pracowniczych. Kłopot w tym, że o ile da się już dziś nawet w niektórych ekspozyturach mainstreamu dobrze mówić o Annie Walentynowicz, o tyle o związkach zawodowych i strajkujących wciąż wypada mówić źle, w neoliberalnej manierze. Chyba że są to pielęgniarki z „Białego Miasteczka” z czasów, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość.
Postulat czwarty („Przywrócić do poprzednich praw: ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r., studentów wydalonych z uczelni za przekonania, uwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego), znieść represje za przekonania”) jest w zasadzie nieaktualny. Jeśli dziś zwolnią cię z pracy, bo bruździsz pracodawcy, to sam sobie jesteś winien i możesz szukać roboty gdzie indziej: „rynek ma zawsze rację”, a demokracja nie jest po to, „żeby każdy mógł gadać, co chce”. Nikt też nikogo nie represjonuje za przekonania. Co najwyżej przemilcza, a to spora różnica. A jeśli za przekonania trafisz przed sąd, jak Stanisław Remuszko czy Krzysztof Wyszkowski, to przecież jest to instytucja niezawisła, niezależna od wpływów politycznych czy środowiskowych, zaś atak na Adama Michnika – jak wykazał już sąd niepodległej III RP – „godzi w podstawy życia społecznego”, czyli idzie tu o praworządność.
Postulat piąty: „Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania” – nieaktualny. Poza tym dziś obiektywne i bezstronne media rzetelnie informują o wszystkim, co dzieje się w Polsce. W dodatku, jeśli kogoś interesuje gospodarka i ekonomia, to może sobie poczytać „Gazetę Wyborczą”, albo „Rzeczpospolitą”, by zetknąć się z całym spektrum poglądów. Oczywiście, słusznych poglądów. Do tego raz po raz opublikują Ryszarda Bugaja, żeby było bardziej pluralistycznie.
Postulat szósty: „Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Spełnione: otrzymujemy na co dzień pełne informacje o sytuacji społeczno-gospodarczej. Na przykład od niezależnych ekspertów z Centrum im. A. Smitha, regularnie pokazywanych w mediach. A debata publiczna nad zakresem, rodzajem, strategią planowanych reform? Ktoś wątpi w rzetelność dyskusji, jaka odbyła się kilka lat temu przy okazji wprowadzania systemu emerytalnego? W udział obywateli w życiu publicznym? No cóż, żadna z obywatelskich inicjatyw ustawodawczych nie została jak dotąd zrealizowana, ale naród mamy ciemny i niczemu tu nasze elity nie są winne. Należy im raczej współczuć, że męczyć się muszą z tak głupim społeczeństwem.
Postulat dwunasty: „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.”. No cóż, może mamy jeszcze jakieś niezdrowe przejawy kapitalizmu politycznego, może ktoś tam do kogoś nie wiedzieć czemu przychodzi, korytarze są pionowe i poziome, najlepsze ustawy robi się na cmentarzach, a lobbyści lubią je nie tylko jesienią, może raz po raz jakiś Staszek musi się sprawdzić w biznesie, może „teraz, kurwa, my!”, a później, k…, oni, ale generalnie nie ma powodów do narzekań. Przywileje MO, SB, aparatu partyjnego? Zaraz tam przywileje, emerytury po prostu. Aparatu partyjnego PZPR już zresztą nie ma, są biznesmeni, politycy, właściciele firm ochroniarskich, windykacyjnych, działacze sportowi. Czyli tu też pełna normalizacja.
Postulat czternasty: „Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek”. Kochani, no tak się nie da, musicie pracować więcej. Naprawdę, musicie zrozumieć, trzeba raczej wydłużać wiek emerytalny, pracujecie wciąż za mało, drodzy rodacy. Zrozumcie, w skali globalnej rosną różnice między przeciętnym wynagrodzeniem a zyskami elity finansowej i tak być musi, a wy dla dobra wszystkich powinniście zacisnąć pasa i dłużej porobić na spłacanie kredytów. Taka to nowa konieczność dziejowa…
Reszta postulatów nieaktualna i nieciekawa, typowe narzekanie cholernych roszczeniowców i roboli, a że takich trzeba krótko, o tym powie wam każdy menedżer w najlepszym z możliwych systemów ekonomicznych. Nie po to przecież walczyliśmy o wolną i niepodległą Polskę, żeby przy okazji wzniosłej rocznicy psuć sobie humor kwestiami zabezpieczeń socjalnych, przestrzegania prawa pracy, niskimi pensjami, życiem na kredyt sporej części rodaków, albo emigracją zarobkową.
Mamy rocznicę Sierpnia. Ma być wzniośle. Aż do wymiotów. Wzniośle i nieprawdziwie. I tak już zostanie.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 12 sierpnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.
Dziś także zacznę garścią cytatów.
W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.
W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.
1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.
Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.
Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.
Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?
Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.
I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.
Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 28 lipca 2010 | opinie
Nie spodziewajcie się, że będziecie traktowani jak ludzie, gdy was na to nie stać.
Częstochowa, „Gazeta Wyborcza” donosi: „Przy Bardowskiego mieli slumsy, mają getto”. Artykuł opowiada o właśnie wyburzanych wiekowych, parterowych barakach. Na ich miejscu, co się miastu chwali, mają powstać trzy bloki komunalne. Kłopot w tym, że w murowanych budynkach nadal mieszkają ludzie, ale nikogo to najwidoczniej nie interesuje: Kilka dni temu prawie cały teren przyszłej budowy /…/ wygrodzono i weszła ekipa fachowców. Przed oknami kilku rodzin, które nadal mieszkają w barakach, powbijano słupki. Kiedy zostanie na nich rozciągnięta druciana siatka, teren pod budowę będzie zamknięty. Już teraz żółte tablice informują: „wstęp jest wzbroniony”.
Co prawda Tomasz Jamroziński, pracownik biura prasowego Urzędu Miasta mówi „Gazecie”, że dopóki w budynkach są ludzie, wykonawcy nie wolno wygradzać terenu. Jednak fakty mówią za siebie, komuś się spieszy: Powiedzieli nam, że jeśli nie wyprowadzimy się do najbliższego wtorku, to nas wykurzą – poskarżyła się dziennikarzom mieszkanka baraku, Gabriela Bodziachowska.
Przy Bardowskiego mieszkają biedni ludzie, spora część z nich zalega z czynszem. Ale i tymi, co płacą, nikt się w tej sytuacji nadto nie przejmuje. Wszyscy, jako zbiorowość, są kłopotem, buntują się, gdyż wali im się świat, w jakim żyli, jaki znali. Tu nie ma bezbolesnych rozwiązań. Tych ludzi nie stać, by kupić sobie szacunek tych, którzy postanowili otoczyć ich specyficznym kordonem słupków „strzeżonego osiedla”. Pewnie wezmą ich w końcu nie tyle głodem, co ciężkim sprzętem budowlanym. I upokorzeniem. Upokorzenie to chleb powszedni biednych, tego zawsze będą mieli do syta.
* * *
Kraków, tym razem osiedle strzeżone jak deweloper przykazał. „GW” informuje: Do niedawna nowoczesny plac zabaw przy ul. Bobrzyńskiego na Ruczaju był dostępny dla wszystkich dzieci z okolicy. Już nie jest. Na prośbę części mieszkańców deweloper ogrodził plac i zamknął go na kłódkę. A to podzieliło mieszkańców. Rodzice z ul. Bobrzyńskiego mają w tej kwestii bardzo różne zdania. – Kupując mieszkanie, mieliśmy zapewniony plac zabaw. Płacimy za niego w czynszu i mamy prawo, aby spokojnie z niego korzystać. Aby nie było zniszczeń – to opinia jednych. – Rozumiem obie strony. Rzeczywiście do tej pory bywało tu mnóstwo dzieci. A dzieci, jak to dzieci – krzyczą, biegają, są głośne. Ale kupując mieszkanie, każdy wiedział, na co się decyduje i że plac zabaw będzie miał pod oknem. Dlatego jestem przeciwna zamykaniu go. Nie podoba mi się idea życia w klatkach ogrodzonych od siebie, w całkowitej izolacji. Zwłaszcza gdy chodzi o dzieci. To jest aspołeczne. W takich wypadkach trzeba szukać innych rozwiązań – to głos innych.
Są wakacje, miłe dzieci, nie będę was zatem zatrzymywał na dłużej. Powiem krótko: musicie szybciutko zrozumieć, że nie ma darmowych placów zabaw. Naprawdę, drogie dziatki, nie trzeba wam chodzić do elitarnych szkół, żeby pojąć najprostsze reguły społeczno-ekonomiczne w III RP: wasi rodzice nie są stąd, nie płacą za ten plac zabaw, więc fora ze dwora, dziatwo kochana! Może jesteście przyszłością narodu, ale to nie powód, by pchać się z grabkami do cudzych piaskownic. Im wcześniej pojmiecie, że każdy ma taką piaskownicę, na jaką go stać, tym dla wszystkich lepiej. Inaczej wyrośniecie, nie daj konserwatywno-liberalny Boże, na cholernych roszczeniowców. Zresztą, szanowne berbecie, zamiast bezproduktywnie marnować czas na placach zabaw, zainteresujcie się stanem kont waszych rodziców i już zawczasu – bogaćcie się! Żeby później nie okazało się, że nie wyrosłyście na ludzi. I nie stać was, by traktowano was jak ludzi.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 11 lipca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Może ile zechce pisać o „Polakach”, „wyborcach”, „narodzie” czy „społeczeństwie”: wzniośle lub szyderczo, sceptycznie lub z entuzjazmem. Może też zdobyć się na konstatację, że w granicach danego państwa żyje całkiem spora grupa ludzi, którym duże kwantyfikatory do niczego nie są potrzebne i obywają się bez zbiorowych hipostaz. Nie utożsamiają się na przykład z politykiem tym czy tamtym, „moralną rewolucją”, IV RP; ani z „rządami trumien”, ani z „rządami miłości”. Zaś z faktu, że są Polakami, niewiele dla nich wynika, poza kilkoma mniej lub bardziej uciążliwymi obowiązkami, czy praktycznymi umiejętnościami (zdolność czytania z pewnym zrozumieniem w języku polskim, obsługiwanie polskojęzycznego panelu telefonu komórkowego, iPhone’a, komputera i bankomatu). Może też być tak, że bardziej niż sprawy doniosłe, albo aktualne wydarzenia okołopartyjne, interesuje ich pożycie małżeńskie sąsiadów, kolejny sezon modnego serialu i stan konta. I przede wszystkim to ostatnie różnicuje ich społecznie: co do sposobu spędzania wolnego czasu, mobilności, dostępu do dóbr luksusowych, prywatnej służby zdrowia i znajomości różnych przyjemnych miejsc na świecie i w najbliższej okolicy. W starych powieściach, które niesłusznie zostały zapomniane, gdyż są bardziej trzeźwe niż wiele ze współczesnej, „krytycznej społecznie” czy obrazoburczej literatury, często jednym z istotnych elementów charakterystyki był roczny dochód bohatera czy bohaterki, uciułana sumka, wielkość posagu lub długi, własne lub odziedziczone po lekkomyślnych przodkach. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że jedną z rozsądniejszych scen w polskiej literaturze jest ta, w której Wokulski taksuje okiem kupca ubiór panny Łęckiej.
O czym przekonuje powyższy akapit? Dla publicysty wiedza ta może być tyle smutna, co pocieszająca: istnieje sporo ludzi, których nic nie interesują duże kwantyfikatory, ani ci, którzy ich używają. Spotkałem całkiem niedawno rodzinę żyjącą całkiem zasobnie, u siebie, a przede wszystkim bez długów (co w dzisiejszych czasach jest i oznaką szczęścia, a też sporej roztropności), w której głowa rodziny i jej szyja nie wiedziały, kto zacz Jan Pospieszalski. No nie wiedziały, i cóż? Ta niewiedza nie czyniła ich nieszczęśliwymi. Podejrzewam, że gdybym dalej drążył pewne zagadnienia z medialnego (pół)światka, ich ignorancja okazałaby się jeszcze większa. Mogłoby wyjść na jaw, że nie wiedzą, kto to Walter, Solorz, Pacewicz, Gugała, Paradowska, Żakowski, Sierakowski; że nie odróżniają Kolendy-Zalewskiej od Kluzik-Rostkowskiej, a nawet nie mają pojęcia o ich istnieniu. Bo te szanowne osoby niewiele wiedziały też o samej polityce, zaś co do Kościoła, którego jesteśmy członkami (spotkanie odbyło się na gruncie „uroczystości religijnej”) miały przynajmniej tę pewność, że Jan Paweł II nie żyje. Natomiast, sądząc z pouczającej rozmowy, są w stanie świetnie ocenić możliwości kredytowe własne i sąsiadów, wiedzą, ile kosztują wakacje w Egipcie i bilet lotniczy na Antypody itp. Ich mądrość życiowa i zaradność, podkreślam, nie jest mała. Rzecz w tym, powtórzę, że są sprawy na ziemi i w niebie, których wartość jest dla nich znikoma. Wartość i skuteczność polityki oceniają zaś na podstawie cech charakterologicznych, sposobu bycia i statusu majątkowego bodaj znajomego wójta, którego mają, owszem, za porządnego człowieka. Choć i on świnia.
Wnioski z tego każdy może wyciągnąć samodzielnie. Mnie takie spotkania uczą pogodnej ironii i pożytecznego dla umysłu i stanu ducha sarkazmu. Nasz nieprawdopodobnie zadufany w sobie, wzdęty histerią czy egzaltacją, pompatycznymi larum i plemiennymi lojalnościami publicystyczny mond uważa, że stanowi pępek świata. Dyskutuje się w nim o Polakach, Polaków bierze pod mędrca szkiełko i oko, znęca się nad nimi, nad społeczeństwem, umęczonym narodem, albo społeczeństwem wyzwolonym. Okłada się tego Polaka wzniosłościami, traktuje narracjami i dyskursami. Od święta pokazuje mu się w telewizji publicznej „Krzyżaków” i „Trylogię”, żeby sobie swoją polskość jakoś lepiej przyswoił. Robi się z niego wspólnotę, wciska mu się misję dziejową, czyni z niego szlachetny lud (albo ciemny motłoch), gdy to z jaką korzyścią dla tej czy innej efektownej tezy lub politycznego interesu. Obiecuje mu się zniżki dla studentów, więcej solidarności bądź wyzwolenie przedsiębiorczości; „normalność” lub „moralną rewolucję”. Przypomina się ludowi, że jest katolicki, albo żeśmy Europejczykami. Ech, ile mądrych rzeczy wiedziałby o sobie ten lud, gdyby więcej czytał! Ale to mu już raczej nie grozi. O to naprawdę nieźle dbają specjaliści od dużego kwantyfikatora.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 5 lipca 2010 | opinie
Dlaczego wygrał Bronisław Komorowski? Bo miał wspaniały program, świetnie prowadzoną kampanię, znakomity sztab wyborczy? Nie. Ponieważ spora część Polaków ma wdrukowany lęk przed Kaczyńskim.
Kandydat Platformy Obywatelskiej prowadził swoją kampanię w sposób, który pozwala go określić mianem anty-kandydata. Odnieść można było wrażenie, że jego jedyną rolą jest nie zepsuć więcej, niż nieuniknione. Kampanię robiły za niego zaprzyjaźnione tuzy polskiego życia publicznego i Janusz Palikot, raz po raz przypominający wyborcom o tym, jak szkodliwy i zły jest żyjący bliźniak. Cynicznie, ostentacyjnie, na zimno, Platforma Obywatelska rękoma biłgorajczyka raz po raz uderzała w ostrzegawczy ton: „recydywa IV RP na horyzoncie”. Emocje społeczne nie wygasają tak szybko, a Solidarni 2010 nazbyt uwierzyli w „moralne przebudzenie” społeczeństwa. I przede wszystkim przekonali do niego samych siebie.
Znajomy lewicowiec z Krakowa, Krzysiek Posłajko, przypomniał mi przed chwilą opinię Cezarego Michalskiego z „Jeziora radykałów”: „aby odmienić oblicze tej ziemi potrzebne jest kilkaset tysięcy/kilka milionów dolarów na dużą gazetę”. Bo nastroje społeczne, ugruntowane przez lata, nie zmieniają się w okamgnieniu. Są żywotne. I co z tego, że na Jarosława Kaczyńskiego głosowali liberałowie, socjaliści, konserwatyści, a ponoć i geje, skoro po drugiej stronie sympatie rozkładały się podobnie. Tu naprawdę w mniejszym stopniu szło o programy wyborcze. Najważniejsza była ta jedna oś konfliktu: za czy przeciw temu, co na dobre i złe w oczach Polaków, którzy głosowali, uosabia były premier.
Gdy w ostatnich dniach rozmawiałem z różnymi ludźmi, bliższymi i dalszymi, zdumiewało mnie jedno: jak wiele osób emocjonalnie, z szyderstwem i dezaprobatą, instynktownie przekreślało kandydata PiS na prezydenta: kłótliwy, klerykał (sic!), niebezpieczny dla Polski, zamordysta, fanatyk. W tych słowach znać było szeroko rozpowszechniane i dobrze zakorzenione opinie z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. A kandydat Platformy? No cóż, w tych rozmówkach bynajmniej nie przedstawiano go jako męża stanu, właściwie mówiono o nim niewiele. Najważniejsze było, by prezydentem nie został Kaczyński. Oczywiście, także część z tych, którzy oddali głos na niego, deklarowała, że na czas wyborów „kwestie smaku” idą w kąt. To także pokazuje, jak duże emocje, jak duża polaryzacja społeczna jest udziałem współczesnych Polaków, obywateli III RP. Ten rozziew widać najlepiej na mapie wyborczej: oto nowy, dzielnicowy podział Polski – na wschodnią i zachodnią.
Dla ludzi lewicy, być może, niewielka byłaby różnica między tą czy tamtą prezydenturą, gdyż gospodarczy paradygmat centroprawicy jest ustalony i utrwalony. Choć o tyle nie jest to pewne, że Jarosław Kaczyński jako prezydent pozostawiłby – w miarę swych konstytucyjnych kompetencji – mniejsze pole manewru rządowi „gdańskiego liberała” Donalda Tuska. Jak wiele uda się „zreformować” obecnej ekipie? Być może będą zainteresowani przede wszystkim przygotowaniami do drugiej kadencji (i nie zechcą płoszyć mniej liberalnego elektoratu), albo szukaniem cichych i bezpiecznych posadek gdzieś na rozległych latyfundiach polskiego kapitalizmu politycznego, na okoliczność ewentualnej porażki. W każdym razie, jeśli wierzyć zaprzyjaźnionym ze środowiskiem Bronisława Komorowskiego mediom, nad krajem znów zajaśniało słońce normalizacji. Pełna kanikuła dla miłośników lodów… jedzonych nad Bałtykiem. Teraz POlska! Oczywiście, dla normalnych POlaków…
Krzysztof Wołodźko
P.S. Polecam także lekturę notki Pawła Rybickiego: „Jedni mają sernik, inni mają Polskę”.