Na ratunek

Na ratunek

Producenci płytek ceramicznych wzywają rząd do przeciwdziałania masowemu importowi z Indii.

Jak informuje portal Money.pl, Polska Unia Ceramiczna apeluje do rządu w sprawie przeciwdziałania masowemu importowi płytek ceramicznych z Indii. Zdaniem organizacji zrzeszającej największych polskich producentów obecna sytuacja grozi upadkiem zakładów branży w kraju. Domaga się ona nałożenia ceł antydumpingowych.

Polska Unia Ceramiczna zrzesza Ceramikę Paradyż, Grupę Cerrad, Grupę Cersanit, Grupę Końskie, Marazzi Poland oraz Grupę Tubądzin. Zatrudniają bezpośrednio ponad 6000 osób, a wraz z całym łańcuchem dostaw i kooperacji zaangażowanych w tej branży jest dziesięciokrotnie więcej osób.

Uważają oni, że masowy napływ płytek z Indii grozi przetrwaniu zakładów zlokalizowanych w Polsce. Ich zdaniem nie jest możliwa normalna konkurencja z płytkami z Indii. W tamtym kraju znacznie niższe są koszty pracy, ceny surowców, ceny energii, regulacje ekologiczne itp. W dodatku Indie coraz mocniej subsydiują rodzimych producentów i ich ekspansję, a same firmy indyjskie m.in. kopiują wzory polskie i europejskie.

W Polsce w ubiegłym roku sprzedano 50 milionów metrów kwadratowych płytek ceramicznych. Ponad 20% tego pochodziło z Indii. Polska ma moce produkcyjne na poziomie 130 mln metrów kw. rocznie. Jesteśmy trzecim największym producentem w Europie, za Włochami i Hiszpanią.

Polscy producenci płytek domagają się wyższych ceł na import z Indii. Uważają, że zamiast obecnych 7-9% powinny one wynieść nawet 70% ceny. Tak jest już w przypadku płytek z Chin, które w efekcie są niemal nieobecne na polskim rynku.

Państwo przejmuje hutę

Państwo przejmuje hutę

Rząd brytyjski znacjonalizował wielkie zakłady hutnicze.

Jak informuje portal wnp.pl, rząd Wielkiej Brytanii przygotował nacjonalizację przedsiębiorstwa British Steel w odpowiedzi na decyzję chińskiego właściciela grupy Jingye o zamknięciu ostatniej huty stali w tym kraju. Chińczycy zapowiedzieli, że mogą wkrótce zamknąć hutę w Scunthorpe, gdyż przynosi ona straty. Duże zakłady hutnicze zatrudniają 3500 osób oraz znacznie więcej u kooperantów. Są też ostatnim istotnym producentem stali w Wielkiej Brytanii. Ich likwidacja skazywałaby kraj na całkowite uzależnienie od importu produktów stalowych.

Rząd w związku z tymi wydarzeniami odwołał parlamentarną przerwę wielkanocną, co zdarza się rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach. Zdecydowano o de facto nacjonalizacji zakładu, głównie ze względów strategicznych. Huta zapewnia surowce niezbędne w kolejnictwie, budownictwie drogowym i mieszkaniowym itp.

Chiński właściciel motywuje decyzję o likwidacji zakładu jego nierentownością, związaną w znacznej mierze z cenami energii. Nie udało mu się osiągnąć porozumienia z rządem w sprawie dotowania inwestycji związanych z obniżeniem energochłonności i emisyjności zakładów w Scunthorpe. Odpowiedzią rządu na taki ruch ma być przejęcie huty przez państwo i kontynuowanie produkcji. W debacie parlamentarnej padły też zarzuty, że chiński właściciel celowo dążył do likwidacji wielkich pieców w Scunthorpe, aby pozbawić Wielką Brytanię zdolności produkcji stali i uzależnić od importu.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: By Alan Murray-Rust, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=8620369)

Czy istnieje lenistwo?

Czy istnieje lenistwo?

Odpowiadając na pytanie clickbaitowego tytułu – istnieją pasożytnictwo społeczne, klasa próżniacza, apatia, strajk włoski, nonszalancja, praktyka wu wei, ale „lenistwo” wydaje się wprowadzać tylko zamęt pojęciowy. Bezruch w ogóle, „lenistwo” są relatywne – wartościowane przez doktryny polityczno-filozoficzne, systemy religijne, normy kulturowe, ze względu na przynależność klasową itd. Zbyt rozległa definicja „lenistwa” spłyca np. problem astenii – objawu chorobowego charakteryzującego się przewlekłym zmęczeniem, ale również cynicznego żerowania na pracy innych osób, aby zaspokoić potrzeby i cele własne. Mowa tu zarówno o wyzysku systemowym, jak i o patologicznych zachowaniach jednostek.

Zięć Karola Marksa, Paul Lafargue, w 1883 roku opublikował „Prawo do lenistwa” („Le Droit à la paresse”). W książce przedstawia swoje radykalne poglądy – ówcześnie sprzeczne z dążeniami ruchu socjalistycznego, obecnie częściowo z nim zbieżne. Autor uważa, że walka o poprawę warunków pracy paradoksalnie zmierza do rozszerzenia zakresu niewolnictwa, a zamiast „prawa do pracy” postuluje „prawo do lenistwa”.

Krytykuje on kult pracy i wskazuje na spadek produktywności z niego wynikający. Uważa lenistwo za prawo człowieka, za warunek rozwoju indywidualnego i społecznego. Podkreśla również wartość życia samego w sobie, które nie powinno być redukowane jedynie do pracy i wysiłku. W manifeście zawarte są również krytyka nadprodukcji oraz zwrócenie uwagi na brak korzyści z rozwoju technologicznego, który nie prowadzi do większej ilości czasu wolnego. „Lenistwo” jest przez Lafargue’a używane jako synonim czasu wolnego od pracy.

Podobnie uważał Tołstoj, choć jego esej był raczej filozoficznym rozważaniem a nie jak u Lafargue’a manifestem politycznym. W tekście „Nieaktywność” porusza kwestie związane z działaniem, bezczynnością oraz sensem życia. Tołstoj bada kontrast między aktywnością a bezczynnością, wskazując, że wiele podejmowanych działań nie przynosi prawdziwego sensu ani wartości. Podkreśla, że często ludzie angażują się w pracę, która jest pusta i nie przynosi realnych korzyści dla nich samych ani dla społeczeństwa.

Esej ten odzwierciedla poszukiwania Tołstoja, który w późniejszym etapie swojego życia skupił się na duchowych wartościach, prostocie i życiu w zgodzie z naturą. Porównuje w nim dwa stanowiska dotyczące stanu umysłów współczesnych ludzi, reprezentowane przez przemówienie Emila Zoli i list Aleksandra Dumasa. Po jednej stronie postawiony jest Zola, który uważa pracę na rzecz postępu za misję ludzkości, po opozycyjnej Dumas ponad wszystko przedkładający zrozumienia świata. Wskazuje on, że aby dokonały się zmiany potrzeba refleksji, zrozumienia i solidarności, a za jej fundament uważa wewnętrzną transformację.

Rozważania Tołstoja o „nieaktywności” wiążą się z filozofią chińską. Jest to niewątpliwie pewna interpretacja „lenistwa” na bardzo głębokim poziomie, jednak rozważania wciąż dotyczą stosunku do pracy, działania i ich sensu. Filozof był tak zafascynowany taoizmem, że przetłumaczył nawet księgę autorstwa Lao Tzu. Jeden z jej fragmentów głosi (tu w tłumaczeniu Ursuli le Guin):

Nie muszę wychodzić za próg,
żeby wiedzieć, czym żyje świat.
Nie muszę wyglądać za okno,
żeby zobaczyć drogę na niebie.
Im dalej wędruję,
tym mniej wiem.

Roztropna dusza
nie wędruje, a wie;
nie patrzy, a widzi;
nie robi, a przez nią
wszystko już zrobione.

Kolejnym filozofem, który zajął się lenistwem, był Bertrand Russel. W „Pochwale lenistwa” autor, zbieżnie z Lafarguem, zwraca uwagę na niesprawiedliwości wynikające z podziału pracy i czasu wolnego. Wskazuje, że nowoczesna technologia stwarza możliwości sprawiedliwego podziału czasu pracy, co mogłoby prowadzić do większej równości społecznej. Postuluje więcej czasu wolnego, a także krytycznie analizuje koncepcję obowiązku oraz rolę władzy w społeczeństwie. Russell podkreśla, że pojęcie obowiązku było historycznie wykorzystywane przez posiadaczy władzy, aby zmusić innych do działania w interesie elit, a nie ich własnym. W takim kontekście „lenistwo” może być rozpatrywane jako uzasadniony bunt w imię sprawiedliwości społecznej.

Nie ma dziś w tych rozważaniach nic zasadniczo kontrowersyjnego ani olśniewająco odkrywczego – oprócz oczywiście tytułów, które do dziś mogą wywoływać oburzenie. Sieć skojarzeń prowadzi bowiem zazwyczaj głównie do bumelanctwa, natomiast interpretacje w świadomości zbiorowej są wykoślawione przez potęgi ustanawiające normy – grupy, które zorganizowały antagonistyczny porządek współżycia społecznego i ustawiły się w roli pasożytów. Zazwyczaj zwykli oni też o pasożytnictwo oskarżać swoich żywicieli.

Wspomniane społeczne pasożytnictwo to termin odnoszący się do zjawiska, w którym pewne jednostki lub grupy korzystają z zasobów, pracy lub wsparcia innych bez zamiaru wnoszenia w nie adekwatnych wkładów. Można to rozumieć jako formę nieuczciwego wykorzystywania wspólnoty lub systemu społecznego, w którym część ludzi odnosi korzyści kosztem innych.

W rodzinach czy miejscach zatrudnienia zdarzają się przypadki wykorzystywania pracy innych na rzecz zaspokajania potrzeb własnych. Zdarza się również intencjonalne, nieuzasadnione nadużywanie systemu wsparcia społecznego i to jest właśnie obraz najsilniej w świadomości społecznej powiązany z lenistwem. Obraz gnuśnego nieroba pozostającego na łasce państwa lub rodziny. Przypowiastki o leniwych patusach są gremialnie rozpowszechniane przez klasy panujące, które nie mogą znieść, że stracą choć jednego żywiciela. Tacy ludzie oczywiście istnieją, ale najbardziej szkodzą swojej najbliższej rodzinie, a nie panom finansjery, którym na rękę jest rozpowszechniać ten uwłaczający godności mit, bo trzyma on w ryzach zakładników i kieruje uwagę na pojedyncze kamyki, podczas gdy problemem jest masyw górski.

Tym masywem jest tzw. klasa próżniacza (leisure class). Termin ten wprowadził amerykański ekonomista i socjolog Thorstein Veblen. Używa on go do opisania grupy ludzi, którzy nie są zaangażowani w produkcję dóbr materialnych, a ich status społeczny opiera się na konsumpcji i luksusowym stylu życia. Klasa próżniacza charakteryzuje się m.in. dążeniem do wydawania pieniędzy na dobra, które nie mają praktycznego zastosowania, co ma na celu manifestację statusu społecznego, zdobycie prestiżu i uznania w społeczeństwie. I jest to cała klasa, nie jednostka, nie przypadek. Mająca wielowiekowe, usystematyzowane podwaliny klasa pasożytnicza.

Manifestacją statusu tej klasy jest również trwonienie czasu. Czas na „nieaktywność”, na pozostawanie w bezruchu jest w zasadzie największym wyznacznikiem prestiżu i choć dyskusje zawsze toczą się wokół konsumpcji, to najbardziej uniwersalnym pragnieniem jest pragnienie posiadania czasu. Czasu, z którego rabowani są żywiciele. Ta klasa – liczna i władna, to istne gniazdo parazytoidów leniwie trwoniących skradziony czas.

Prawdziwe pasożyty społeczne uwielbiają jednak o lenistwo oskarżać swoich żywicieli. W średniowiecznym utworze „Satyra na leniwych chłopów” w istocie lenistwem okazuje się być unikanie wyzysku pańszczyźnianego, zaradność i sprytne formy buntu przeciwko pańskiej opresji. Znów więc termin „lenistwo” wprowadza zamęt, mąci stan rzeczy i myli żywicieli z karmicielami.

Pańszczyzna miała i ma po dziś dzień fundamentalny wpływ na kulturę pracy. Ukształtowała relacje społeczne, postawy i organizację życia zawodowego. Mityczne tłumaczenie biedy i ubóstwa „lenistwem”. Wymaganie od fizoli pracy możliwie najcięższej, żeby poczuć wreszcie upragnione schadenfreude, czyli radość z nieszczęścia innych. Wykorzystywanie cudzej męki jako kontrastu dla własnych błogich chwil beztroski, aby podbić ich wartość i poczuć ulgę. Przekazywanie doświadczonej przemocy nowym ofiarom. To wszystko czkawka po pańszczyźnie.

Ręka w rękę z doświadczeniami niewolniczej pracy szedł jednak również coraz bardziej zdezaktualizowany wiejski etos pracy, który ma swoje uzasadnienia. To, że „harowanie jak wół” jest cnotą, tłumaczy po prostu konieczność przetrwania w ciężkich warunkach przyrodniczych, co na obecnym poziomie rozwoju technologii nie ma już przełożenia. Praca na wsi oprócz tego że była przymusem, była też przekazywanym kolejnym pokoleniom dziedzictwem, wzmacniała więzi społeczne, rozwijała solidarność, wokół niej rozwijała się kultura. Uczyła elastyczności oraz szacunku i miłości do ziemi i przyrody. Była jednoznaczna z obecnością w świecie i życiu wspólnoty lokalnej i rodzinnej. To o wiele więcej niż praca daje człowiekowi ówcześnie.

Można pokusić się o stwierdzenie, że obecnie praca mniej daje niż zabiera. Tymczasem za lenistwo mogą być brane wielorakie objawy chorobowe, za leniwych uznawani są ludzie zmagający się z chorobą i cierpieniem. Badania przeprowadzone na różnych gatunkach wykazywały związek między stresem a zachowaniami anhedonicznymi. Anhedonia to stan, w którym osoba traci zdolność do odczuwania przyjemności, co w znacznym stopniu wpływa na motywację do działania. Astenia z kolei to stan chronicznego zmęczenia, który może być spowodowany chorobami psychicznymi, somatycznymi oraz silnym stresem generowanym na potęgę przez kapitalizm, który wkradł się już do wszystkich sfer życia człowieka. Fragment abstraktu opisu jednej z prac naukowych („Testing hypotheses about the harm that capitalism causes to the mind and brain: a theoretical framework for neuroscience research”; Kokorikou, Sarigannidis, Fiore) brzmi jednak: „Zakładamy, że badania neurobiologiczne są zdominowane przez dyskursy związane z wolnym rynkiem, medykalizacją cierpienia oraz patologizacją jednostek, które nie spełniają standardów niezależności rynkowej”.

Nie na rękę grupie pasożytniczej mówić na głos o medycznych konsekwencjach, jakie niesie totalna eksploatacja ich żywicieli. Lepiej docisnąć ich butem i rozpowszechniać przypowiastki o zgnuśniałych nierobach.

Wyżej opisana anhedonia wiąże się również bezpośrednio z pojęciem socjologicznym, jakim jest anomia – stan niepewności norm, celów, przyszłości, którego efektem jest dezintegracja społeczna, nihilizm. Osoby, które doświadczają anomii, mogą być bardziej podatne na anhedonię, ponieważ brak celów i wartości może prowadzić do depresyjnych stanów emocjonalnych. Z drugiej strony, anhedonia może również pogłębiać poczucie anomii. Osoba, która nie odczuwa przyjemności, może mieć trudności z odnalezieniem sensu w swoim życiu i w społeczeństwie.

W skrócie, oba zjawiska mogą się wzajemnie przenikać i potęgować. Gdy dochodzi do takiego stanu rzeczy, „lenistwo” nie jest nawet buntem, lecz samoczynnym krzykiem duszy i ciała domagających się odpoczynku, oddechu, bycia w czasie.

Podczas gdy religia za lenistwo gani, wartość bezruchu zawsze doceniano w kulturze i filozofii. Wu wei, często tłumaczone jako „niedziałanie” lub „działanie bez wysiłku”, jest pojęciem kluczowym w taoizmie i filozofii chińskiej. Oznacza ono podejście do życia, które polega na działaniu w zgodzie z naturalnym rytmem świata, zamiast przeciwstawiania się mu.

Wu wei nie oznacza całkowitego braku działania, lecz raczej działanie, które jest spontaniczne, płynne i niewymuszone. W praktyce oznacza to, że osoba stosująca tę zasadę potrafi wykorzystać swoją energię w sposób najbardziej naturalny i efektywny, co prowadzi do osiągania celów bez nadmiernego wysiłku. Właśnie tą koncepcją zainspirowany był Lew Tołstoj podczas pisania wspomnianego eseju. Takich głęboko osadzonych leniwych koncepcji jest wiele.

Kolejna z nich to gelassenheit. To termin kojarzony przede wszystkim z Martinem Heideggerem i w kontekście jego filozofii rozumiany jako „uwolnienie” i pozwolenie rzeczom na bycie czymkolwiek one są. Łączy się on z ideą wewnętrznego spokoju, akceptacji i harmonii z otaczającym światem. Słowo „gelassenheit” można przetłumaczyć na polski jako spokój lub opanowanie. W tym sensie, gelassenheit może być postrzegane jako cnota, która pomaga w osiąganiu równowagi psychicznej i emocjonalnej. Choć nie ma tu mowy bezpośrednio o lenistwie, to jest to koncepcja zbieżna z wspomnianą wyżej wu wei, której celem jest swobodne wiosłowanie po rzece – nie wyścig w sztafecie olimpijskiej, napieranie pod prąd.

Dandysi, choć kojarzą się źle i właściwie zbratali się z wrogiem, przeprowadzili w kręgach klas wyższych tak naprawdę swego rodzaju niewidzialną rewolucję. Nonszalancko wprosili się na salony a jednocześnie bezceremonialnie wzgardzili ich gospodarzami, czym w przewrotny sposób udało się im zjednać ich. Wszystko w aurze nonszalanckiej bierności, obojętności – froideur. Taki właśnie leniwy, bezczelny bunt, okazał się zadziwiająco skuteczny. Dandysi uważali brak dumy i ambicji za szczyt elegancji, ukrywając i zaprzeczając tym samym swoim kompleksom i poczuciu niewystarczalności. Dandyzm był powierzchowny, chodziło o wrażenia, nie wchodzili głębiej niż do kostek w kwestie duchowe, jednak dandysi przypominali w obyciu – przynajmniej z daleka – taoistów, byli Jeffem Lebowskim swoich czasów.

Odnosili dzięki temu spektakularne sukcesy w niezamierzonej walce klasowej, walce o uznanie. Będąc ustawieni poniżej piedestału, z łatwością wstępowali na niego, zasiewając wśród dworzan wątpliwość co do ich własnej wartości. Była to też być może buntownicza reakcja na zmierzch czasów. Dandysi stawiali siebie nie tylko ponad masami, ale ponad wszystkim. Jako grupa społeczna byli na tyle egotyczni i nihilistyczni, że nie należy stawiać ich za wzór, natomiast warto odnotować jak skuteczne były ich działania poprzez niedziałanie.

Ciężko być leniwym, gdy jest się żywicielem, zwłaszcza takim, który jest wyłącznie eksploatowany. Ale najwyższy czas zakopać protestancki etos pracy, który napędza pasożytnictwo i służy wyłącznie zaciskaniu jarzma. Został on przekształcony w kult konsumpcjonizmu, wspiera przyzwolenie na wyzysk, dewaluuje wartość człowieka i czasu wolnego. Należy uświęcić lenistwo, najpierw oddzielając je od systemowego pasożytnictwa, które jest formą przemocy. Polega ono na zaprzęganiu szeregów wyzyskiwanych zakładników, aby osiągnąć stan spokojnego, obfitego bycia w chwili teraźniejszej – bez ograniczeń. Czas wolny to nienaruszalna świętość, z której nie wolno dać się ograbić i nie wolno się jej wyrzec. I jeśli dziś brzmi to jak mieszczańskie pouczenia epatujące beztroską, to niech przestanie. Nadawanie rangi cnoty harówie w pocie czoła umacnia wyzysk w wykonaniu klasy pasożytniczej.

Czym ostatecznie jest lenistwo? Naturalnym dążeniem człowieka, potrzebą oddechu, radości i jedności ze światem, ożywioną obecnością, warunkiem zachowania zdrowia, odpoczynkiem, koniecznością i spełnieniem, drogą. Czasem cichym buntem, bezgłośnym krzykiem, walką o godność, bezwładną bezsilnością. Jest tak ważne, że być może właśnie z głębokiej potrzeby lenistwa powstały pasożytnicze systemy polityczno-ekonomiczne. Z atawistycznego pragnienia pozostawania w bezruchu. I tak właśnie systemową przemocą odebrano prawo do niego jednym, aby drudzy mogli się nim cieszyć do syta i bez reszty. Być może ta przewaga jednych nad drugimi jest ważniejsza nawet od władzy – na pewno nie mniej ważna. Walka toczy się więc o błogie trwanie, o to, żeby spokojnie stać nad wodą, patrzeć w chmury, czuć się częścią chwili, która się dzieje, jednocześnie nie musząc nic. To prawo powszechne.

Małgorzata Greszta

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Walczą o kolej

Walczą o kolej

Powołano koalicję na rzecz odbudowy linii kolejowej nr 103.

Jak informuje portal mamnewsa.pl, samorządowcy, przedsiębiorcy i mieszkańcy powołali koalicję na rzecz odbudowy linii kolejowej nr 103. W Wadowicach zorganizowano spotkanie i konferencję prasową, które mają być początkiem walki o odbudowę linii i połączeń kolejowych na trasie Wadowice – Spytkowice – Trzebinia.

Linię kolejową o tym przebiegu utworzono w roku 1899. Przez długie lata służyła do transportu osób i towarów. W roku 2002 roku zlikwidowano ruch pasażerski na odcinku Trzebinia – Wadowice. W 2003 i 2012 demontowano sieć trakcyjną. Od tamtej pory ruch odbywa się na dwóch niewielkich odcinkach tej linii – towarowy na potrzeby jednego z zakładów oraz turystyczny prowadzony przez pasjonatów kolei. Inne odcinki linii są zdewastowane, a nawet zastąpione ścieżką rowerową.

Teraz samorządowcy, przedstawiciele biznesu i miłośnicy kolei postanowili podjąć wysiłki na rzecz przekonania władz publicznych i decydentów kolejowych do odbudowy całej linii, jej ponownej elektryfikacji oraz organizowania ruchu pasażerskiego i towarowego na niej. Uważają, że ma ona potencjał komunikacyjny i ułatwiłaby mieszkańcom okolicy dojazdy do Krakowa i na Śląsk. Inicjatorzy akcji skierowali w tej sprawie apel do ministra transportu.

Do akcji dołączają także mieszkańcy okolicy. Jeden z nich, Jakub Sołtys ze Spytkowic, stworzył petycję, pod którą zbierane są głosy poparcia. Czytamy w niej m.in.: „Wnoszę o podjęcie działań zmierzających do odbudowy i rewitalizacji linii kolejowej nr 103, która łączy Wadowice ze Spytkowicami i Trzebinią. Linia ta, zbudowana w 1899 roku, miała ogromne znaczenie dla lokalnego transportu, jednak w ostatnich latach została zaniedbana i przestała być użytkowana. Redukcja nakładów na infrastrukturę kolejową oraz brak inwestycji w jej modernizację spowodowały, że linia stała się nieopłacalna do dalszego użytkowania, co doprowadziło do jej zamknięcia. Kolej jest jednym z najbardziej ekologicznych środków transportu, a jej rozwój przyczyni się do zmniejszenia emisji spalin i zanieczyszczenia powietrza. Przywrócenie połączeń kolejowych zwiększy również dostępność turystyczną regionu, co może przyciągnąć więcej odwiedzających i wpłynąć pozytywnie na rozwój lokalnej turystyki”.

Rząd olewa górników

Rząd olewa górników

Arogancja i lekceważenie kancelarii premiera w odpowiedzi na petycję związkowców z kopalni Bogdanka.

Mimo głodówki, dwóch dużych manifestacji, interwencji poselskich, niezliczonych pism, prób nawiązania dialogu i uzgodnień, stanowisko rządu pozostaje niezmienne. Premier z robolami i motłochem nie rozmawia. Jego stroną społeczną jest jeden biznesmen. Zamienił Janusza z Biłgoraja na Rafała z InPostu, a pisma związkowców spławia zastępca szefa kancelarii na Śląsk, do ministerstwa, które jest niewładne i bez kompetencji do rozmów. Oznacza to, że premier nawet nie widział tego pisma. Prawdopodobnie nie widział go nawet Jan Grabiec, szef ochrony dobrego samopoczucia premiera. Także premier może spać spokojnie. Zapewniamy, że zrobimy wszystko, żeby zakłócić ten spokój.

Osiem miesięcy temu 06.08.2024 r. wysłaliśmy pismo do Premiera Rządu RP, szybko bo już 09.08.2024 r. dostaliśmy odpowiedź. Od tego czasu mieliśmy dwie manifestacje, jedna 10.09.2024 r. w Warszawie, druga 08.04.2025 r. w Lublinie. Ministerstwa unikały rozmów. Grano z nami na czas, pozorując dialog bezprzedmiotowymi spotkaniami z zarządem GK Enea, zakończonych 14.11.2024 r. w Kozienicach równie bezprzedmiotowym spotkaniem z wiceministrem Kropiwnickim. Po podjęciu desperackiej głodówki związkowców w Bogdance, pod dużą presją zorganizowano spotkanie z trzema odpowiedzialnymi za górnictwo ministerstwami 11.02.2025 r. w MAP Warszawa, gdzie padły deklaracje o dalszym dialogu, których strona rządowa nie dotrzymała i dalej grała na czas. Kolejne spotkanie, już w celu prac nad porozumieniem miało odbyć się do końca lutego, jednak doszło do niego dopiero 27.03.2025 r. w Łęcznej i jak się okazało, strona rządowa nie ma najmniejszego zamiaru rozmawiać poważnie o planie transformacji dla Bogdanki, spychając całą odpowiedzialność na związkowców i samorządy. Uczestniczyliśmy w posiedzeniach Komisji sejmowych. Na ostatniej manifestacji złożyliśmy petycję na ręce Wojewody skierowaną do Premiera. Zażądaliśmy zaangażowania szefa rządu, ponieważ ministerstwa wykazały jak dotychczas całkowity brak woli, decyzyjności i kompetencji. Wojewoda w tym samym dniu wysłał nasze pismo do Warszawy, 10.04.2025 r. dostajemy odpowiedź od KPRM. Minęło osiem miesięcy a oni dalej stoją w tym samym miejscu.

I jaka była na to reakcja? Żadnej. Odesłano nas z powrotem do tych samych osób i ministerstw. Nie da się tego nazwać inaczej niż bezczelnością, kpiną i skrajnym lekceważeniem.

Związek Zawodowy Przeróbka w kopalni Bogdanka

Za mało miejsc dla studentów

Za mało miejsc dla studentów

W Polsce brakuje kilkaset tysięcy miejsc w akademikach.

Jak informuje Polska Agencja Prasowa, z nowego raportu firmy JLL wynika, że w Polsce istnieją duże niedobory miejsc w akademikach. Publiczne domy studenckie oferują obecnie około 115 tys. miejsc. Oznacza to zaspokajanie potrzeb niespełna 10% ogółu studentów.

Gdyby odliczyć osoby studiujące w miejscu zamieszkania oraz korzystające z wyboru z najmu komercyjnego, ale doliczyć studentów zagranicznych (mamy ich w Polsce ponad 100 000), autorzy raportu twierdzą, że potrzebne byłoby nawet kolejnych 400 tysięcy miejsc w akademikach. Sama Warszawa ma niedobory sięgające 60 tysięcy miejsc. Czyni ją to czwartym ośrodkiem akademickim w Europie pod względem największych braków lokalowych dla studentów.

Polskie publiczne akademiki są wypełnione w 80-95%, ale nie oznacza to, że nie ma chętnych na pozostałe miejsca. Wyśrubowane kryteria przyznawania akademików oraz zły stan techniczny części z nich sprawiają, że wielu studentów nie otrzymuje pożądanych lokali.

Autorzy raportu podają, że w stolicy Polski zamieszkiwanie w publicznym akademiku pozwala względem najmu prywatnego zaoszczędzić nawet ponad 800 zł miesięcznie. W innych miastach różnice są niższe, ale zazwyczaj wciąż spore.

Triumf walki

Triumf walki

Sukcesem zakończyła się walka pracowników o wyższe pensje.

Jak informuje portal Puls HR, zwycięstwem pracowników zakończył się spór zbiorowy w firmie HK Foods w Świnoujściu. „Solidarność”, która przez kilka miesięcy prowadziła walkę o wyższe pensje, wynegocjowała dla zatrudnionych znaczące podwyżki płac.

Pensja najmniej zarabiających wzrośnie o 8,5%, natomiast ci z wyższymi uposażeniami otrzymają 8-procentowe podwyżki. Z kolei zatrudnieni na zasadzie ryczałtu 550 zł miesięcznie. Podwyżki wejdą w życie z wyrównaniem od 1 stycznia, a mają być wypłacone najpóźniej do 10 czerwca.

HK Foods jest jednym z największych w Polsce producentów boczku. Zatrudnia około 300 osób.

Koniec akademika

Koniec akademika

Politechnika Warszawska sprzedaje akademik – studenci są rozczarowani.

Jak informuje portal Raport Warszawski, stołeczna politechnika postanowiła sprzedać zabytkowy budynek akademika „Sezam” przy ulicy Górnośląskiej 14. Prywatni inwestorzy mieliby tam stworzyć akademik prywatny lub „aparthotel”. Studenci są rozczarowani taką decyzją.

Akademik został zbudowany w połowie lat 20. na potrzeby studentów kilku warszawskich uczelni. Po II wojnie przekazano go Politechnice Warszawskiej. W latach 80. przeszedł ostatni gruntowny remont – zmniejszono liczbę miejsc, ale podniesiono standard. Od tamtej pory władze uczelni nie robiły z nim nic poważniejszego. Został doprowadzony do kiepskiego stanu, w ostatnich latach prawie nie był użytkowany.

Teraz uczelnia wystawiła budynek na sprzedaż, motywując to stanem technicznym i wysokimi koniecznymi nakładami na remont. Politechnika wyceniła dużą nieruchomość na 44 miliony złotych.

Studenci są oburzeni. – „Ta sytuacja nie pozostanie bez odpowiedzi” – powiedział Portalowi Warszawskiemu Dominik Chrabski z Warszawskiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej i Studenckiej Inicjatywy Mieszkaniowej. – „To jest po prostu oburzające, że uczelnia sama nie będzie prowadzić tam akademika i mówi, że nie ma pieniędzy na remont, ale jednocześnie proponuje otworzenie tam prywatnego akademika czy hotelu”.

Zjawisko to wpisuje się w szereg podobnych działań w całej Polsce. Podobne wydarzenia spotkały się z buntem studentów w Poznaniu (akademik Jowita) i Krakowie (Kamionka). Tam też władze uczelni przez długi czas zaniedbywały budynki, aby je następnie próbować sprzedać. W tym czasie wielu studiujących nie mogło liczyć na miejsca w akademikach i byli zmuszeni do drogiego wynajmu komercyjnego.

O lepsze zarobki

O lepsze zarobki

Trwa walka o podwyżki w firmie motoryzacyjnej.

Jak informuje portal Tysol.pl, „Solidarność” walczy o podwyżki płac dla załogi spółki Marelli w Bielsku-Białej. Związkowcy domagają się podwyżek w kwocie 590 zł brutto. – „Ludzie oczekują porządnych podwyżek, bo przy obecnych płacach coraz więcej osób ucieka z tej firmy. Tutaj grosze nie załatwią sprawy. Spotykaliśmy się już kilkakrotnie, ale rokowania, również z udziałem ekspertów obu stron, nic nie przyniosły. Usłyszeliśmy, że podwyżek nie będzie, bo… firma musi złapać oddech. Jak na razie to pracownicy nie mogą złapać tchu! Teraz czekamy na zewnętrznego mediatora” – powiedział portalowi Grzegorz Maślanka, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” FCA Poland SA.

Zdaniem związkowców szefostwo firmy nie oferuje niczego konkretnego, a jedynie kosmetyczne przesunięcia kwot między premiami i płacami. Przedstawiciele „Solidarności” policzyli, że oczekiwane przez nich podwyżki dla 450-osobowej załogi kosztowałyby firmę 3,5 miliona złotych rocznie – wielokrotnie mniej niż przedsiębiorstwo wydaje na inwestycje.

Z powodu braku oczekiwanych podwyżek „Solidarność” wchodzi w spór zbiorowy z firmą. Przygotowują pikietę i oczekują na negocjacje prowadzone tym razem z udziałem mediatora wyznaczonego przez rząd.

Zwolnienia przyspieszają

Zwolnienia przyspieszają

W porównaniu z poprzednim rokiem znacznie przybyło zwolnień grupowych w drugim największym polskim mieście.

Jak informuje portal Nasze Miasto, w pierwszym kwartale w Krakowie zgłoszono do urzędów pracy 1877 osób do zwolnień grupowych. To niemal stuprocentowy wzrost wobec analogicznego okresu poprzedniego roku. W pierwszym kwartale 2024 roku skala planowanych zwolnień grupowych wynosiła bowiem 1005 pracowników. W całym roku 2024 pracę w procedurze zwolnień grupowych straciło 2700 osób. W roku 2023 taka forma redukcji zatrudnienia dotknęła 954 pracowników, a w 2022 tylko 434.

Najwięcej zwolnień planują globalne korporacje finansowe, branża rachunkowo-księgowa oraz sektor biotechnologii. Zwolnienia grupowe zapowiedziało już 10 przedsiębiorstw. Aż 1200 osób planuje zwolnić firma zajmująca się przetwarzaniem danych, hostingiem itp.

Uniwersytet Jagielloński zawiesza protestujących studentów

Uniwersytet Jagielloński zawiesza protestujących studentów

Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Piotr Jedynak, zawiesił w prawach studenta sześć osób za protest podczas Dnia Otwartego UJ 21 marca br. Władze uczelni wszczęły postępowania dyscyplinarne wobec protestujących, a także złożyły zawiadomienia na policję. To zaostrzenie represji, które rozpoczęły się w lutym – to wtedy UJ wszczął pierwsze postępowanie za wystąpienie na posiedzeniu Senatu uniwersytetu. Dziś usunięcie z uczelni grozi aż 6 działaczom studenckim. Powodem jest protestowanie przeciwko polityce socjalnej uczelni.

Podczas protestu studenci przypomnieli władzom UJ o postanowieniach porozumienia kończącego zeszłoroczny strajk okupacyjny w akademiku Kamionka. Od tego czasu UJ nie podjął kroków mających na celu remont akademika. Uniwersytet nadal nie posiada planów na modernizację budynku i nie udostępnia informacji publicznej, w związku z czym studentki złożyły skargę do sądu administracyjnego.

Protestujący nie kryją oburzenia. Czują się traktowani jak przestępcy, nie studenci. – „Krytyka rektora nie może skutkować wezwaniem na komisariat” – mówi jeden z zawieszonych studentów. – „Walczymy o poprawę naszych warunków materialnych, które zależą od polityki UJ, a władze ignorują nasze postulaty i poddają represjom za przypominanie o Kamionce”.

Obserwujemy zaostrzenie reakcji Uniwersytetu Jagiellońskiego na studenckie protesty. Podczas okupacji DS „Kamionka” rektor wezwał policję, podejmując nieskuteczną próbę zakończenia strajku. Pod koniec marca tego roku na pikiecie pod Collegium Novum również pojawiła się policja, która spisała przemawiających studentów.

Zawieszeni studenci są zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza.

– „Władze rektorskie liczą, że uciszą studentów i zakończą protesty. Są w błędzie, ich decyzje jedynie zagrzewają nas do dalszej walki” – dodaje inny zawieszony student. Zawieszeni studenci nie mogą uczestniczyć w zajęciach ani uczestniczyć w życiu uczelni, udzielać się w kołach naukowych. Postępowania dyscyplinarne mogą doprowadzić do skreślenia ich z listy studentów.

– „Jestem na ostatnim roku studiów magisterskich, powinienem teraz bronić pracy magisterskiej” – mówi kolejny zawieszony student. – „Dopóki jestem zawieszony, nie mogę tego zrobić. Teraz może się okazać, że rektor wyrzuca 2 lata mojego życia do kosza, a to wszystko przez protest”.

Studenci z Krakowskiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej deklarują, że będą kontynuować swoją działalność pomimo narastających represji. Protesty studentów nie ustaną do momentu, aż akademik Kamionka zostanie ponownie otwarty.

Przeciw robieniu dobrze biznesowi

Przeciw robieniu dobrze biznesowi

„Solidarność” protestuje przeciwko obniżeniu składki zdrowotnej biznesowi.

Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” są przeciwni przegłosowanemu przez liberałów zmniejszeniu składki zdrowotnej przedsiębiorcom. Uważają oni, że „Wprowadzenie korzystnych preferencji dla przedsiębiorców jest nieuzasadnionych preferowaniem części podatników i antagonizowaniem pracowników i pracodawców przez rząd i parlament”.

„Solidarność” wyraża stanowczy sprzeciw wobec uchwalenia przez Sejm zmian w wysokości odprowadzanych składek na ubezpieczenia zdrowotne przez przedsiębiorców. Zmiany w składce zdrowotnej są nie tylko łamaniem konstytucyjnej równości obywateli wobec prawa, ale także spowodują, że do NFZ nie wpłynie ponad 4,7 mld złotych. „Spadek dochodów może być wyższy wobec dużej deklaratywności przechodzenia na jednoosobową działalność gospodarczą” – napisali w swoim stanowisku.

Krajowy Sekretariat Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” rozważa możliwość zwrócenia się do prezydenta Andrzeja Dudy z apelem o nie składanie podpisu pod tą ustawą. Z kolei lider całej „Solidarności”, Piotr Duda, stwierdził: „Skandal! Po dzisiejszej decyzji Sejmu znowu to pracownicy będą ponosić koszty utrzymania służby zdrowia. Wprowadzenie niższej składki dla przedsiębiorców to promowanie samozatrudnienia. Nowelizacja nie była konsultowana ze związkami zawodowymi”.

Strajk kierowców

Strajk kierowców

Protestowali kierowcy Ubera i Bolta.

Jak informuje „Dziennik Zachodni”, dzisiaj w całym kraju odbyły się protesty kierowców Ubera i Bolta. Domagali się wyższych stawek za kursy. Skrzyknął ich w mediach społecznościowych ukraiński tiktoker Sierhiej Michaluk, który pracuje jako kierowca w Polsce.

Jedna z akcji protestacyjnych miała miejsce w Częstochowie. Kierowcy Bolta przyjechali na parking przy Żużlowej, ale nie wyjechali w trasy. Spośród zazwyczaj jeżdżących po mieście 120 pojazdów Bolta, było w czasie protestu dostępnych w aplikacji zaledwie 20. Oznacza to, że w proteście wzięło udział ponad 80% kierowców.

Ich protest dotyczy niskich stawek, jakie otrzymują od firmy. Ich zdaniem najwięcej na przewozach zarabiają nie kierowcy, lecz pośredniczące platformy Bolt i Uber. Jeden z nich powiedział „Dziennikowi Zachodniemu”: „Zabierają mi 31 proc. tego, co za kurs płaci klient. Do tych kosztów dochodzą inne związane z działalnością gospodarczą, jak ZUS, podatki, księgowość czy najem pojazdu, by w ogóle usługi świadczyć. W sumie więcej niż połowa pobranej opłaty od klienta znika z kieszeni kierowcy, który musi kupić paliwo, wykonać pracę i przyjąć wszelkie ryzyko na siebie”.

Twierdzą oni, że przy 60 godzinach jazdy tygodniowo zarabiają około tysiąca złotych pomniejszonych o powyższe koszty. Czyli za cały miesiąc gotowości do pracy przeciętny kierowca zarabia znacznie poniżej najniższej krajowej. – „Wyjątkiem są weekendy, kiedy można trochę sobie odbić pozostałe dni, to jednak oznacza pracę i dostępność 7 dni w tygodniu, a gdzie czas wolny czy odpoczynek z rodziną?” – powiedział gazecie jeden z nich.

Chcesz wypowiedzenie z Avonu?

Chcesz wypowiedzenie z Avonu?

Pod Warszawą straci pracę 20% załogi znanej firmy kosmetycznej.

Jak informuje Business Insider, firma Avon zwolni 20 proc. pracowników zakładu w Garwolinie koło Warszawy. Z załogi liczącej 905 osób pracę straci w procedurze zwolnień grupowych aż 170 osób.

Zwolnienia mają rozpocząć się na przełomie kwietnia i maja. Obejmą głównie pracowników produkcyjnych, ale także pracowników biurowych i kadry wyższej. Marcin Zboina, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Garwolinie, twierdzi, że zwalniani mogą mieć problem ze znalezieniem nowej pracy, gdyż w okolicy nie ma podobnych zakładów.

Wezwał PIP do fabryki, szef wyrzucił go z pracy

Wezwał PIP do fabryki, szef wyrzucił go z pracy

Jak usunąć obawy o zagrożenie zdrowia pracowników w zakładzie tak zaniedbanym, że strzelające iskry grożą wybuchem? Według zarządu fabryki Jeremias w Gnieźnie należy usunąć tych, którzy te obawy zgłaszają. Po lokaucie związkowca-lakiernika Dariusza Modrzejewskiego w styczniu tego roku, w czwartek 3. kwietnia, dyrekcja zwolniła najbardziej aktywnego działacza w tej firmie, spawacza Mariusza Piotrowskiego.

Co więcej, Piotrowski, zakładowy społeczny inspektor pracy i członek prezydium komisji Inicjatywy Pracowniczej w Jeremias, został wyrzucony za bramy zakładu podczas niezapowiedzianej kontroli PIP, którą zlecił wraz ze swoją komisją zakładową. Tym samym, w trakcie kontroli na terenie firmy szef Jeremias odciął kontakt zakładowego inspektora pracy od jego państwowego odpowiednika.

Jedną z ostatnich interwencji Mariusza przed zwolnieniem była dokumentacja wylewania groźnych chemicznych substancji wprost do miejskich ścieków. Piotrowski przekazał dokumentację obecnemu w zakładzie inspektorowi pracy oraz członkini zarządu Ksenii Ratajczak. Chwilę potem otrzymał wypowiedzenie pracy, podpisane przez Ratajczak. Głównym powodem zwolnienia Piotrowskiego ma być narażenie firmy na straty i… stwarzanie zagrożenia BHP.

Dla naszego związku jest jasne, że zarząd Jeremias karze Mariusza za aktywną obronę interesów pracowników i próby ocalenia ich zdrowia przed groźnymi efektami niedbalstwa kierownictwa. Trwającą, niezapowiedzianą kontrolę PIP w Jeremias poprzedziły liczne apele pracowników lakierni, alarmujących kierowników i dyrekcję na temat groźnych efektów przeciążenia pracy na tym dziale. Wyładowania elektrostatyczne (iskry i przebicia prądu w kabinie lakierniczej), powyginane z przepracowania zawiesia, chałupniczo naprawiane przez kierowników… Lakiernicy Jeremias zgłaszali te i inne problemy kierownictwu od lat. Jako zakładowy SIP, Piotrowski opisał je w księdze uwag i zaleceń fabryki.

W końcu, lakiernicy skarżyli się Piotrowskiemu, że pracodawca ignoruje ich zgłoszenia i nie informuje jakie działania mają podjąć w razie zapłonu z iskier i wybuchu. SIP-owiec Piotrowski zimą tego roku zwrócił się do fachowców o pomoc w ocenie realnego zagrożenia w fabryce. Kiedy zdobył odpowiednią wiedzę, 5. marca wpisem w księdze uwag zalecił wstrzymanie pracy na lakierni (zgodnie z prawem jakie daje mu art. 11 ustawy o s.i.p). Praca stanęła. W wyniku jego interwencji, firma po raz pierwszy od dłuższego czasu wymieniła większość pokrytych farbą łańcuchów na linii lakierniczej, wzmocniła uziemienie i rozdała pracownikom lakierni środki ochrony indywidualnej. Zarząd nie usunął jednak trwale problemów wynikłych z przeciążeń pracą w zakładzie, a kierownicy nadal wydają pracownikom niebezpieczne polecenia. Stąd nasz związek zawnioskował o niezapowiedzianą wizytę PIP. Z powodu licznych nieprawidłowości PIP przedłużył kontrolę w Jeremias do końca kwietnia 2025.

Pracodawca dziś „odwraca kota ogonem”. Stara się obarczyć zakładowego społecznego inspektora pracy odpowiedzialnością za własne poważne niedociągnięcia w obszarze bhp. Zwalniając związkowca który ujawnia realne zagrożenia, zachowuje się jakby próbował “zbić gorączkę tłukąc termometr”. Zdaniem pracodawcy, nakaz Piotrowskiego co do wstrzymania prac ze względu na zagrożenie życia i zdrowia miał być „wyłącznie próbą instrumentalnego wykorzystania uprawnień przysługujących z tytułu pełnionej funkcji społecznego inspektora pracy”. Związkowiec miał tym narazić firmę na straty.Mało tego, to on ma rzekomo stanowić zagrożenie dla BHP – a nie kierownicy, którzy dopuszczają lub sami powodują opisane problemy.

W tle zwolnienia kolejnego związkowca w Jeremias toczy się spór zbiorowy z pracodawcą na tle płacy, tempa i czasu pracy. Fabryka Jeremias w Gnieźnie to część niemieckiego konsorcjum. Robotnicy w Polsce pracują w znacznie gorszych warunkach niż ich niemieccy koledzy. W tym sporze Mariusz reprezentuje załogę przed dyrekcją jako członek prezydium komisji OZZ IP w zakładzie. Szefostwo Jeremias wyrzuca go w momencie gdy związek przechodzi właśnie do etapu referendum strajkowego. W trakcie sporu i codzienną pracą związkową Piotrowski zdobył szerokie zaufanie i wiarygodność wśród ogółu załogi Jeremias. Jego wyrzucenie za bramy fabryki w oczywisty sposób ma utrudnić referendum i strajk.

Firma próbuje się pozbyć związkowca podlegającego podwójnie prawnej ochronie przed zwolnieniem: jako SIP-owca oraz wybranego do reprezentacji załogi przewodniczącego związku w Jeremias. Warto nadmienić, że do pomocy w relacji z załogą w sporze zbiorowym dyrekcja Jeremias postanowiła skorzystać z usług kancelarii Littler. Ten międzynarodowy koncern prawny znany jest w USA z agresywnej polityki Union Bustingu (zwalczania związków zawodowych). W Polsce Littler korzysta z pomocy państwa, które pośrednio finansuje jego działalność. Wydatki na usługi prawne (inaczej niż np. PR) szefowie mogą bowiem bez limitu wrzucać w koszty firmowe i odliczać od podatku.

Inicjatywa Pracownicza w Jeremias żąda od dyrekcji:

Natychmiast przywrócić Mariusza Piotrowskiego do pracy i zadośćuczynić za próby uderzania w jego dobre imię.
Wdrożyć wszystkie zalecenia SIP i PIP w celu niezwłocznej poprawy warunków BHP.
Przestać utrudniać prowadzenia sporu zbiorowego i spełnić postulaty związku nie czekając na strajk: wyższe pensje, dłuższe przerwy, niższe tempo pracy
Wyciągnąć konsekwencje od osób odpowiedzialnych za powtarzające się, rażące zaniedbania w zakładzie. Ukarać kierowników nie związkowców!
Wraz z innymi komisjami OZZ IP domagamy się także aby polskie państwo przestało dotować Union Busting. Dość zwalczania związków zawodowych!

* * * * *

Zespół prawny naszego związku stara się pilnie przywrócić Piotrowskiego do pracy i dalszej skutecznej walki o lepsze warunki dla wszystkich. Jednak dziś związkowiec został pozbawiony środków do życia. Każdy z nas może wesprzeć Mariusza dorzucając się do zrzutki. MUREM ZA MARIUSZEM! Link: https://zrzutka.pl/ah8jtd

red. Bartosz Kurzyca, komisja krajowa OZZ IP

 

Powyższy tekst przedrukowujemy za stroną https://ozzip.pl/

Moje „Nie” dla lewicy

Moje „Nie” dla lewicy

W ostatnich wyborach parlamentarnych, jak osoba o lewicowych poglądach, nie głosowałem na tzw. lewicę, czyli Nową Lewicę oraz Razem. Głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, gdyż ta partia, obok Razem, to jedyna w Polsce partia lewicowa, tj. oparta na modelu socjalnym w opozycji do neoliberalnego, który wymaga myślenia wspólnotowego, a nie indywidualistycznego. Wszak pod hasłem „Polska solidarna, nie liberalna” PiS wygrało pierwsze wybory, o czym nie powinno zapominać, i przejęło władzę z rąk absolutnie skompromitowanej Platformy Obywatelskiej.

W moim uniwersytecko-inteligenckim otoczeniu mój głos zawsze budzi zdziwienie. Jak to? Głosujesz na „konserwę”? Popierasz homofobiczny język oraz zakaz aborcji do dwunastego tygodnia? Pytania te słyszałem tyle razy, i prawie nigdy bez autentycznej ciekawości, a zawsze z ledwie skrywanym pouczeniem, że postanowiłem napisać o tym, dlaczego lewicowiec głosuje na PiS.

Dlaczego nie głosowałem na lewicę?

Po pierwsze z powodu bezkrytycznego podejścia do Unii Europejskiej, co przejawia się w ogólnym podejściu, jak i w poszczególnych działaniach. Lewica nie dostrzega ekonomicznej gry interesów ze strony m.in. Niemiec, wierząc, że nasz interes narodowy jest zawsze zgodny z interesem Unii Europejskiej: realizując ten drugi, realizujemy polski. Polityka lewicowa, jeśli chce być skutecznie prowadzona, musi opierać się na silnym, sprawnym, samodzielnym i suwerennym państwie (póki co nie ma, jak sądzę, lepszego rozwiązania).

Lewica zagłosowała za kierunkiem federalizacji państw narodowych, który uważam za błędny. Lewica prawie każdą i często trafną krytykę działań Unii Europejskiej ze strony PiS-u traktuje jako germanofobię, twierdząc, iż wróg jest na „Wschodzie”, a nie na „Zachodzie”. Oczywiście, że tak jest, nie należy jednak bezkrytycznie podchodzić do wszelkich działań Brukseli, gdyż nierzadko realizuje ona interesy najsilniejszych państw kosztem tych mniejszych lub/i słabszych. Przykładem jest niemiecka polityka prowadzona ponad naszymi głowami i naszą częścią Europy (Nord Stream).

Po drugie, co łączy się z powyższym, lewica nie rozpoznała zagrożenia ze strony Rosji, które rozpoznało Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dopiero po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku zaczęła zmieniać swoją „pacyfistyczną” optykę, w której kwestię bezpieczeństwa nierzadko sprowadzano do bezpieczeństwa na drodze (nawiasem mówiąc, to PiS wprowadził przepisy to bezpieczeństwo polepszające), gdyż „wojny i tak nie będzie”. Ważniejsza od armii miała być budowa przedszkoli. W tym sensie PiS był dla nich, jak i dla KO, rusofobami. Rzeczywistość działań Rosji przyznała rację PiS-owi.

Trzecia kwestia to łatwowierność w liberalny przekaz medialny np. względem migracji. Niedługo po wyborach ukazał się artykuł dziennikarki „Gazety Wyborczej” Małgorzaty Tomczak, w którym wprost przyznała, że przez długi czas dziennikarze „wytwarzali fałszywą wiedzę”, czyli po prostu kłamali, w sprawie kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. Nawet po tym, jak wprost powiedziano, że kłamano, a jest przecież oczywiste, że jest to element wojny hybrydowej, jedna z posłanek lewicy i tak nie zmieniła swojej humanitarnej optyki, która choć szlachetna (to jest właśnie wykorzystywane przez Putina i Łukaszenkę), jest po prostu niebezpieczna. Migrant na granicy polsko-białoruskiej jest bytem hybrydowym, co utrudnia podejmowanie decyzji na zasadzie albo-albo (być może nawet nie da się wypracować takiego rozwiązania, które godziłoby narrację „humanitarną” oraz narrację skupioną na bezpieczeństwie).

Po czwarte, lewicy brak jakiejkolwiek wspólnotowej narracji, choć deklaruje solidarność społeczną etc. W wypowiedziach jej polityków przebija ledwo skrywana niechęć do patriotyzmu i przywiązania do tradycji (jakiegoś nawet minimum patriotycznego) kosztem wychwalania wszystkiego, co jakoby jest postępowe i nowoczesne, czyli „zachodnie”, a koniec końców indywidualistyczne i obejmujące głównie kwestie tzw. światopoglądowe. Trafnie tę kwestię sportretował kiedyś Remigiusz Okraska. Mam bardzo podobne obserwacje. Uważam, że narracja wspólnotowa, i poniekąd patriotyczna, rozumiana jako troska o swój kraj, jest konieczna dla jego przetrwania. Przy okazji wojny w Ukrainie widać, że część mężczyzn w wieku poborowym, za łapówki, ucieka przed obroną swojego kraju. Wystarczy przejść się ulicami Wrocławia, aby zobaczyć, ilu zdrowych Ukraińców w wieku poborowym tu mieszka). Eksperci śledzący wojnę w Ukrainie wskazują, że armia tego kraju składa się w większości z mężczyzn w wieku średnim (40 plus). Nie da się obronić kraju bez zasobów ludzkich, zdeterminowanych, aby kraju bronić. Z tego m.in. powodu (istnieje ich rzecz jasna więcej), jest bardzo prawdopodobne, że Ukraina wojnę przegra, tak jak przegra każdy kraj, którego wróg ma większe morale lub potrafi zmusić przemocą swoich obywateli do walki (tak, jak czyni to Rosja). Wojna w Ukrainie pokazuje, że kraj, który chce stawić czoło napaści, musi mieć nie tylko dobrą armię, ale i rezerwy zdolne zastąpić regularne wojsko, gdyż ono będzie ginąć. Bez powrotu obowiązkowej służby wojskowej, co jest koniecznością (analogicznie jak w Izraelu) i to w sposób równy, tj. dla mężczyzn i kobiet, zaatakowany kraj sobie nie poradzi. Byłem świadkiem wielu skrajnie negatywnych emocji, kiedy rząd jedynie zasygnalizował możliwe powołanie określonych roczników na ćwiczenia wojskowe. Jeśli nie chce się wziąć udziału w ćwiczeniach, to co będzie, gdy pojawi się realne zagrożenie? Można wyśmiewać narrację o husarii i żołnierzach wyklętych, którą PiS sprytnie podpowiedział części młodych ludzi wykluczonych ekonomicznie i kulturowo-symbolicznie, ale jest ona lepsza niż hiperindywidualizm i mówienie o Polsce per „ten kraj”.

Bywa, że pytam studentów, kto z nich broniłby Polski, gdyby została napadnięta przez Rosję. Wszyscy poza wyjątkami mówią, że wyjechaliby z kraju, gdyż nic ich z nim nie łączy, jego losy są im obojętne, „ten kraj nic dla nich nie zrobił”. Wszyscy są anty-PiS, gdyż, jak mówili, nie wyobrażają sobie głosowania na partię, która zakazuje aborcji i „prześladuje” osoby LGBTQ+ (o ile zgadzam się, że wielu polityków PiS-u używa homofobicznego języka, określenie „prześladowanie” jest zbyt mocne). Analogicznie jak u polskiego inteligenta hierarchia wartości koncentruje się wokół tych dwóch kwestii. Takie podejście, w którym słowo „Polska” czy patriotyzm nie przechodzi przez gardło, jest widomym znakiem, że – mówiąc kolokwialnie – coś poszło nie tak, gdyż stosując tę logikę, już nas, jako państwa, nie ma. Kto by nas zatem bronił? PiS-owski beton, który jest bardziej patriotyczny niż anty-PiS, w tym także ci wszyscy, którymi inteligent i spora część młodego pokolenia tak bardzo pogardza: „sebixy”, „kibole”, mężczyźni z klasy robotniczej, prekariusze, wyborcy Konfederacji (w badaniu odsetek deklarujących bronienie kraju był w tej grupie jednym z najwyższych), słowem ci wszyscy, którzy zamiast wielkomiejskiego coachingu dostali patriotyczną, oczywiście „kiczowatą” (jak łatwo pośmiać się z odzieży patriotycznej, boki zrywać) narrację o husarii i żołnierzach wyklętych.

Ponadto lewica fetyszyzuje „młodych”, którzy jakoby „skręcają w lewo” i to po nich spodziewa się najwięcej. Tymczasem „na lewo” oznacza tutaj po prostu progresywny liberalizm światopoglądowy. Nawiasem mówiąc, lewica czulszym okiem spogląda w stronę kobiet, głosząc nawet, bardzo nieinkluzywne hasło, iż „Lewica jest kobietą”. Uważam to za naiwność, gdyż po pierwsze tylko część młodego pokolenia jest progresywna światopoglądowo (co nie jest związane z byciem lewicowym w sensie socjalnym) i nie równa się stawaniu po stronie biedniejszych. Raczej wierzy się w narrację samodzielnego sukcesu, indywidualizm, wybór konsumencki jako posiadający polityczną sprawczość, troskę o siebie, a nie o innych. Solidaryzm oraz inkluzywność dotyczą raczej określonych grup mniejszościowych, nie zagrażających interesowi ekonomicznemu, bo w przypadkach, gdy trzeba zrezygnować z części swojego dochodu na rzecz kogoś innego, postawa ta staje się coraz bardziej problematyczna. Po drugie, obserwując studentów dwóch uniwersytetów, powiedziałbym, że światopoglądowo są dużo bardziej „wypośrodkowani” niż progresywni, a wielu z nich wcale nie jest za „pisowskim rozdawnictwem”.

Ponadto istnieje spory rozdźwięk pomiędzy mężczyznami a kobietami. W takim ujęciu lewica popełniła błąd stygmatyzując sporą część mężczyzn, którzy ex definitione jawili się jako siły wrogie kobietom. W walce płci stanęła w dużej mierze po stronie kobiet, dopiero ostatnimi czasy patrząc na mężczyzn jako podmioty podległe licznym presjom społecznym i nierzadko pokrzywdzonym w pewnych obszarach (wiek emerytalny, służba wojskowa etc.). Słowem: lewica zaniedbała mężczyzn, stąd nie jest dziwne, że kierują się w stronę tych, dla których są ważni albo tam odnajdują jakąś narrację usensowniającą świat.

Po piąte, spora część wyborców lewicy wcale nie jest lewicowa. Jest neoliberalna. Tym, co skłania ją do głosowania na lewicę, są sprawy światopoglądowe czy liberalno-progresywny sposób podejścia do mniejszości seksualnych, aborcji, niechęć do Kościoła katolickiego. To o tyle ważne, że jeśli jej wyborcy wcale nie są lewicowi, będą na partii wymuszać rozwiązania właśnie nielewicowe, zaś partia, aby istnieć, będzie robiła to, czego chcą i jacy są jej wyborcy, gdyż to od nich jest zależna. Przykładem może być podejście do pracy w niedziele wyborców lewicy: 66% jej wyborców chce przywrócenia pracy w niedziele, w odróżnieniu od wyborców PiS-u, których tylko 13% oczekuje zniesienia zakazu handlu w niedzielę. Zatem dla wyborców tej partii kwestie światopoglądowe są ważniejsze niż lepsze życie klasy robotniczej. Co więcej, politycy lewicy także nie są lewicowi, lecz neoliberalni, w tym sensie, że bronią rozwiązań klasy ludzi zamożnych, gdyż sami do niej należą. Posłowie Lewicy, jak m.in. Maciej Gdula, Krzysztof Śmiszek czy Dariusz Wieczorek, mają po kilka mieszkań, a ten ostatni dwa domy. Są oni przeciwni wprowadzeniu podatku katastralnego, czyli wyższego podatku od więcej niż jednej nieruchomości. Nic w tym dziwnego, bronią swojego interesu klasowego. Ich pokrętną logikę znakomicie obnażył Robert Mazurek w rozmowie z Dariuszem Wieczorkiem.

Po szóste, znaczna część wyborców lewicy, których znam, szczególnie z kręgów uniwersyteckich, ledwie skrywa swoją niechęć, a niekiedy wręcz pogardę wobec klasy ludowej, która różni się od nich światopoglądowo (nie jest tak bardzo progresywna i „postępowa”, nawet jeśli nie jest szczególnie konserwatywna), ale także swoimi gustami („jak można lubić disco polo?”), przyzwyczajeniami, szeroko pojętym sposobem bycia.

Widać to dokładnie w książce Didiera Eribona „Powrót do Reims”, w której autor wprost i szczerze mówi o swojej niechęci do klasy, z której się wywodzi, i którą, jako że jest z natury zła, musi wyegzorcyzmować. Lewica bywa także chamofobiczna, wspierając de facto postrzeganie klasy ludowej przez liberałów jako cywilizacyjny przeżytek, który trzeba „wyedukować”, aby przestała być tym, kim jest, gdyż w takiej postaci stanowi zakałę nowoczesnego świata i blokuje światopoglądowy postęp. Jej zwyczaje, obserwowane zawsze z inteligenckim dystansem, należy wyśmiać, ukazując w krzywym zwierciadle.

Jednym z ciekawszych artykułów na temat błędów i niezrozumienia prowincji jako głównego terenu życia klasy ludowej jest tekst Arkadiusza Bednarczuka „Źródła niechęci lewicy wobec aktywizmu grup lokalnych” („Zeszyty Wiejskie” 2023, t. 29). Autor dowodzi w nim, że lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu opiera się na schematach zaczerpniętych z dyskursu modernizacyjnego i często ujawnia klasizm wobec uboższych warstw społeczeństwa. Co więcej, twierdzi autor, lewicowa krytyka lokalnego aktywizmu często powtarza schematy wartościujące, które zostały wykorzystane w trakcie transformacji systemowej w latach 90. XX w., służąc wówczas jako ideologiczne usprawiedliwienie wyzysku i przewagi klasy średniej. Wszystko to sprawia, że lewicowa krytyka aktywizmu lokalnego jest de facto krytyką klasową, prowadzoną w interesie klasy średniej, co wiąże się ze zmianą tradycyjnego lewicowego dyskursu i przeorientowaniem go na problemy kulturowe, a także z politycznym zagospodarowaniem wielkomiejskiej klasy średniej. Radykalizacja żądań w odniesieniu do sfery kultury w celu politycznego pozyskania klasy średniej sprawia, że z perspektywy społeczności lokalnych dyskurs lewicowy traci swoją wiarygodność jako siła zdolna do zmiany systemowej i ograniczenia ubóstwa.

Po siódme, przeszkadza mi „zakochanie się” lewicy w Donaldzie Tusku. Oglądając wiele programów publicystycznych, w których brali udział przedstawiciele lewicy, nie słyszałem ani jednej wyraźnej krytyki neoliberalnych rządów tego polityka, jak i wielu błędów związanych z jego polityką „resetu” z Rosją, czyli koniec końców uczynieniem Polski krajem słabym i zależnym od silniejszych sąsiadów, czego konsekwencje zawsze ponoszą najbiedniejsi (zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny, co widać na Ukrainie). Często „sceniczną”, powtarzaną argumentacją, jest sformułowanie, że to już historia, którą nie należy się zajmować; „zakulisowo” zaś można usłyszeć, że „Tusk się zmienił”. Uważam to za absolutną naiwność, bo niby dlaczego miałby się zmienić? Zmienić swój neoliberalny i proniemiecki kurs polityczny, jeśli wygrywa wybory i potrafi stworzyć rząd z partią, która w programie ma lewicowe postulaty, lecz prawdopodobnie nie zrealizuje większości z nich? Po co było krytykować neoliberalny kapitalizm, jeśli teraz popiera się polityka, który prowadził i dalej będzie prowadził taką samą politykę?

Ponadto lewica weszła w sojusz z politykami, którzy ewidentnie dokonują czynów nielegalnych i niepraworządnych. Mam na myśli Joannę Scheuring-Wielgus, która jest zastępczynią ministra Sienkiewicza i sankcjonuje jego działania. Dokonał on siłowego przejęcia Telewizji Polskiej oraz wyłączył nadawanie TVP Info, co spotkało się z krytyką Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Co ciekawe, był z tą Fundacją związany Adam Bodnar, minister sprawiedliwości, który jednak teraz „ma pełne zaufanie do pana ministra”, a zdanie Fundacji mało go interesuje. Osiem lat opozycja krzyczała: „konstytucja”, „praworządność”, a pierwszym, co robi po wyborach, jest jej łamanie, w czym nie widzi niczego złego, gdyż jest to stan „wyższej konieczności”, jak powiedział minister Sienkiewicz. Chodzi o to, jakoby mowa nienawiści względem Pawła Adamowicz lejąca się z TVP Info była odpowiedzialna za jego śmierć. Jest to tłumaczenie, na które może się nabrać tylko wyborca partii (rzetelna analiza faktów niczego takiego nie potwierdza), nie mówiąc już o tym, że nawet sąd wydając wyrok na mordercy prezydenta Gdańska, wskazał, że nie można mówić o politycznej inspiracji mordercy. Tutaj warto przypomnieć słowa posła Macieja Koniecznego w jednym z programów publicystycznych, który powiedział, że nie podobają mu się takie działania względem TVP. Konieczny dodał jednak, że jest to tylko jego prywatna opinia. To potwierdza moją obserwację, że sprawczość partii Razem równa się zero. Cieszę się, że opuścili szeregi Nowej Lewicy, ale nie ma to w obecnej chwili, po pierwsze, żadnego znaczenia, po drugie, faktem jest, że dali obecnemu rządowi votum zaufania, co jest dla mnie niewybaczalne. Poza tym jej wyborcy rozpoznawali w moim polu cyfrowej widzialności za błąd niewejście do rządu oraz są za wyrzuceniem z partii Pauliny Matysiak.

Podsumowując: ze względu na błędne, podstawowe koordynaty rzeczywistości, nietrafne oznaczenie punktów orientacyjnych i rozpoznania terytorium społecznego nie ufam Lewicy, gdyż de facto realizuje plan polityków neoliberalnych, w dodatku w nadbudowie, w gruncie rzeczy, konserwatywnych. Z powyższych względów byłem sceptyczny wobec działań Lewicy. Używając słowa „błędne”, ma myśli fakt, że lewicowa narracja przegrywa w zderzeniu ze społeczną rzeczywistością działań innych aktorów i tworzonych przez nich obrazów i konstrukcji: Rosja okazała się śmiertelnym zagrożeniem.

Czarę goryczy przelała jedna wypowiedź, która padła w debacie wyborczej w TVP Info, gdzie Lewicę reprezentowała Joanna Scheuring-Wielgus, która wcześniej należała do ultraneoliberalnej partii Nowoczesna. Akceptując fakt, iż można zmienić zdanie, chciałbym odnotować jedną jej wypowiedź, która moim zdaniem pokazała, że nowe barwy lewicowości nie zmieniają jej myślenia o klasach społecznych, szerzej – ich istnieniu. Padła ona przy okazji pytania o migrację: „Każdy z nas kiedyś chciał wyjechać do innego kraju po lepsze życie. Ja sama wyjeżdżałam, jak byłam studentką, do Londynu, i pracowałam na zmywaku. I tak samo przyjeżdżają do nas ludzie za chlebem i lepszą pracą”. Otóż pracowałem zaraz po studiach rok w Irlandii (wcześniej, pomiędzy czwartym a piątym rokiem studiów, trzy miesiące jako student). Pracowałem przy rozładunku tirów, w hotelu, take away’u, sklepie Centra (coś jak nasza Żabka), aby ostatecznie trafić do firm archeologicznych. Mieszkałem w kilku miejscach w Carlow, zawsze jednak z chłopakami z klasy ludowej kilka lat starszymi ode mnie: z małych miejscowości, robotnikami, bez wyższego wykształcenia. Nikt z nich nie chciał jechać po lepsze życie, jak widzi to posłanka Lewicy, lecz został do tego przymuszony sytuacją ekonomiczną w Polsce, do której doprowadziły rządy neoliberalnej Platformy Obywatelskiej (pamiętam wypowiedzi polityków tej partii, że jak komuś jest tutaj źle, to są otwarte granice). To nie był ich wybór, bo nikt z nich nie chciał zostawiać swojego świata (żon, dzieci, rodzin, przyjaciół itp.) i jechać do innego. Dla nich to nie była wakacyjna wyprawa studentki czy wielokulturowa przygoda, lecz niełatwa konieczność i perspektywa pozostania tam na lata. Nie ma zatem tego „my”, o którym ona mówi – w tym sensie jej podejście jest nielewicowe, albowiem znikają u niej klasy oraz ich sytuacje ekonomiczne i egzystencjalne, a tak myśli neoliberał. Mówiąc krótko: chodzi o to, żeby nie było konieczności wyjazdu, trzeba zatem budować dobrobyt u siebie, aby nie musieć wyjeżdżać. Posłanka Lewicy przedstawiła tego rodzaju wyjazd jako bezproblemową oraz indywidualną decyzję o poszukiwaniu lepszego życia, podczas gdy „warunki lepszego życia” nie są w ogóle opisane.

Nawiasem mówiąc, ci młodzi mężczyźni (dzisiaj powiedzielibyśmy „przegrywy”), z jakimiś piętnem porażki, które zawsze towarzyszy emigrantom, w Irlandii świetnie się odnaleźli pomimo słabej znajomości angielskiego. Potrafili naprawiać samochody, sprzedawać je, zorganizować sobie domowe siłownie. Czując, że godnie zarabiają, odkładali pieniądze, bo zaczynało mieć to sens. Byli oszczędni, świetnie gotowali, byli w najwyższym stopniu zaradni. Okazywali się zatem, w sprzyjających warunkach ekonomicznych, dobrymi pracownikami, osobami, które potrafiły zaadaptować się do nowych warunków, jeśli jakieś państwo, tak jak Irlandia, dawało im szansę, której w neoliberalnej Polsce nie mieli.

Można teraz zapytać, czy był to dobry wybór. „Nie” powiedziałbym lewicy także po raz drugi.

Dlaczego?

Po pierwsze wchodząc do koalicji z neoliberałami i umiarkowanymi konserwatystami, czyli ludźmi od siebie biegunowo odległymi, poparli rząd, który wyzyskiwał, wyzyskuje i będzie wyzyskiwał sporą część Polaków, doprowadzał do większego bezrobocia, zwolnień, biedy, obniżenia jakości życia i zdrowia. Neoliberał nie potrafi po prostu nic innego i wie o tym każdy, kto pamięta pierwsze rządy obecnego premiera. Niczego innego nie potrafi także Nowa Lewica. Przedstawiciele Nowej Lewicy potrafili nawet dobijać coś, co i tak od dekad jest niszczone, czyli polską naukę. Dostając tak mało znaczące ministerstwo mogli się wykazać. Minister Dariusz Wieczorek oraz Maciej Gdula wykazali się „znakomicie”…

Ta pseudo-lewica powinna już zostać raz na zawsze wchłonięta przez PO i zniknąć ze sceny politycznej. Czas już na nową, inną lewicę, gdyż obecna stanowić może coś na zasadzie „lewego” skrzydła postpolitycznej PO, która potrafi tylko niszczyć przy wsparciu, jawnym bądź milczącym, Nowej Lewicy.

dr Michał Rydlewski

Powyższy tekst to zmieniona wersja artykułu, który wcześniej ukazał się w piśmie „Dyskurs i Dialog”. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.

Będzie niebezpieczniej

Będzie niebezpieczniej

Związkowcy ostrzegają, że „oszczędności” w PKP grożą bezpieczeństwu.

Jak informuje Kolejowy Portal, Związek Zawodowy Dyżurnych Ruchu PKP apeluje do prezesa PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. Piotra Wyborskiego o objęcie nadzorem procesu likwidacji posterunków dróżników. Związkowcy twierdzą, że zmiany zagrażają bezpieczeństwu ruchu kolejowego i drogowego.

Związkowcy twierdzą, że procesy modernizacji linii kolejowych są nieuchronne, ale część z nich jest wprowadzanych lekkomyślnie i niepotrzebnie. Związek twierdzi, że nierzadko likwidacja posterunku i stanowiska dróżnika wynika z iluzorycznych oszczędności, a nie bierze pod uwagę faktycznego bezpieczeństwa. Po zlikwidowaniu strażnicy obowiązki obsługi rogatek z odległości (nierzadko na kilku przejazdach) cedowane są na dyżurnych ruchu danego posterunku. Zdaniem związkowców to trend bardzo niebezpieczny.

Takie zmiany zdaniem związkowców nie są poprzedzone rzetelną analizą możliwości bezpiecznego wykonywania tych czynności przez personel posterunku. Dyżurny ruchu wykonuje samodzielnie wszystkie czynności, które dotychczas realizowało kilku pracowników na różnych stacjach, a które po modernizacji zostały włączone do zdalnego sterowania. Związek w swoim apelu pisze, że takie zmiany powinny uwzględniać zwiększenie obsady miejsc, które przejmują doglądanie bezpieczeństwa przejazdów kolejowych.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)

Atak prawników na związek

Atak prawników na związek

Dyrekcja fabryki materacy Janpol zatrudniła przedstawicieli globalnej korporacji prawnej Littler do kontaktów ze związkiem zawodowym. To wyraźny (i bardzo drogi) ruch pracodawcy w stronę paraliżu dialogu z przedstawicielami załogi.

Koncern Littler jest krytykowany na świecie za próby zwalczania związków zawodowych. Bierze od firm ogromne pieniądze. Niemal ćwierć miliona złotych zapłaciła za prawne usługi Littler dyrekcja firmy Allegro w zaledwie jednym kwartale roku w reakcji na powstanie komisji naszego związku. Dzięki wysokim stawkom opłacanym przez zarządy polskich firm, właściciele koncernu Littler osiągnęli w 2023 roku 28 milionów czystego zysku. Jest to wielokrotnie więcej niż oficjalne dochody fabryki materacy Janpol. To oburzające, że zarząd fabryki Janpol woli wydawać wielkie sumy za utrudnianie porozumienia z załogą niż poprawiać warunki pracy w swoim zakładzie.

Załoga Janpol ciężko pracuje na zyski firmy i chce mieć realny wpływ na ich podział. Tymczasem szefostwo odmawia dostępu do rzetelnych informacji na temat zakładu, które są niezbędne do prowadzenia dialogu społecznego i osiągnięcia porozumienia. Związek otrzymuje coraz bardziej absurdalne odpowiedzi na wnioski o informacje dotyczące m.in. komisji BHP, kasy zapomogowej czy kwartalnych sprawozdań finansowych zgłaszanych do GUS.

Wcześniej zarząd próbował zebrać wśród pracowników listę „osób nienależących do związku”. Następnie, aby sparaliżować dialog i zablokować możliwość poprawy warunków pracy, firma zaczęła podważać istnienie związku w zakładzie. Podobne, nielogiczne działania dyrekcji nasz związek obserwował już w innych firmach reprezentowanych przez znaną ze swoich wysokich kosztów międzynarodową korporację Littler. Nasze przypuszczenia potwierdziły ostatnie pisma, podpisane już oficjalnie przez prawników Littlera.

Prezes oddaje Littlerowi pieniądze ciężko wypracowane przez załogę – w rzeczywistości są to pieniądze wyrzucone w błoto. Staje się już regułą, że skrajni prawnicy Littlera przegrywają sprawy sądowe z naszym związkiem. Z naszych doświadczeń wynika, że dopiero gdy zarządy rezygnują z usług Littlera, do zakładu wraca dialog. Taka sytuacja miała miejsce w spółce Allegro z siedzibą w Poznaniu.

Zdarza się również, że Littler wciąga firmy w działania, które kończą się dla nich zarządów katastrofą wizerunkową. Taki scenariusz zrealizował się w fabryce Jeremias z Gniezna. Za namową prawników Littlera dyrekcja tej firmy próbowała całkowicie uciszyć związek. Wszelkie kontakty z dyrekcją miały być objęte „tajemnicą spółki”, a rozmowy związkowców z załogą i z mediami na temat wynagrodzeń, regulaminów, problemów w firmie czy warunków pracy miały być zakazane pod groźbą kary 25 tysięcy złotych za każde naruszenie „tajemnicy”. W zakładzie pojawiła się także „lista poparcia dla dyrekcji” wymierzona w związek. Próbowano też zakazać związkowcom ulotkowania i zasypano ich pismami mającymi na celu ich zastraszenie.

Zarząd Jeremias osiągnął jednak skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast uciszyć pracowników, w październiku zeszłego roku sprowokował najliczniejszy wiec pracowniczy w historii Gniezna od początku III RP. Wzięła w nim udział większość pracowników produkcyjnych fabryki Jeremias, wsparta przez delegacje związkowe Inicjatywy Pracowniczej z Amazon, Volkwagen Poznań, Zalando i wielu innych zakładów, a także przez członków innych związków: Solidarności i Konfederacji Pracy z gnieźnieńskich fabryk Velux i Panasonic. Jednym z żądań protestujących była podwyżka pensji zasadniczej o 800 zł. Zażądano także, aby dyrekcja Jeremias wyrzuciła Littlerowców za bramy zakładu skoro z ich udziałem negocjacje ze związkiem są niemożliwe. Protest mocno zjednoczył załogę i udowodnił zarządowi, że radykalne strategie Littlera przynoszą mu niewiele więcej niż pogorszenie wizerunku i odchudzenie budżetu. W efekcie, kolejne negocjacje z załogą odbywają się już bez udziału prawników z Littler, z korzyścią dla obu stron. Trudno jednak odbudować dialog zrujnowany za wielkie pieniądze.

Aby uniknąć zaognienia stosunków w fabryce materacy Janpol, Inicjatywa Pracownicza żąda od dyrekcji spółki, aby wróciła do negocjacji w dobrej wierze, nawet kosztem z rezygnacji z drogich usług Littlera.

red. Bartosz Kurzyca, komisja krajowa OZZ IP

Tekst przedrukowujemy za stroną internetową https://ozzip.pl/

Zarobieni

Zarobieni

Trzy czwarte Polaków porzuciło ulubione zajęcia z powodu nadmiaru obowiązków.

Jak informuje portal Puls HR, brak czasu to powód, dla którego Polacy ograniczają lub rezygnują z ulubionych aktywności. Aż trzy czwarte badanych stwierdziło, że brak czasu uniemożliwia im zajmowanie się ulubionymi aktywnościami.

Takie wyniki przynoszą badania zrealizowane przez firmę Maczfit. Raport „Między obowiązkiem a pasją – Polacy przytłoczeni codziennością” mówi o tym, że po wykonaniu obowiązków zawodowych nie mamy czasu na realizację swoich zainteresowań. Główne aktywności Polaków to praca i przygotowanie posiłków. Główne przeszkody w zajmowaniu się swoimi pasjami to: brak czasu (51% badanych) i kwestie finansowe (46%). Aż 75% ankietowanych stwierdziło, że musiało porzucić lubiane zajęcia z powodu nadmiaru obowiązków. Najczęściej rezygnację z hobby deklarowały osoby w wieku 18-25 lat i 36-45 lat – w obu grupach wiekowych wskaźnik rezygnacji wyniósł aż 81%. Do najczęściej porzucanych aktywności niezawodowych należą hobby i aktywność sportowa – tak zadeklarowało 53% badanych. Niewiele mniej wskazań (można było wybrać kilka) uzyskała kategoria obejmująca dbałość o zdrowie i dobrą kondycję psychiczną i równowaga emocjonalna (47% ankietowanych). Trzecie miejsce to życie towarzyskie i relacje z przyjaciółmi (38% ankietowanych). Z kolei najwięcej żalu budzi u ankietowanych brak dostatecznej ilości czasu i wysiłków poświęcanych ich potomstwu w pierwszych latach życia dzieci.

Gdyby Polacy mieli więcej czasu, najchętniej poświęciliby go na: hobby i rozrywkę (53% ankietowanych), relaks i medytację (31%), kontakty z rodziną i przyjaciółmi (28%), aktywność fizyczną (27%), rozwój osobisty (26%).

Halina Krahelska: Troska o młodzież (1933)

Halina Krahelska: Troska o młodzież (1933)

Umysł człowieka, interesującego się sprawami młodzieży pracującej zadaje sobie przede wszystkim pytanie: ilu ich jest? Gdzie są, gdzie pracują? A potem już (wyraz troski): jakże im jest?

Ilu ich jest?… Już przy tym pierwszym pytaniu potykamy się o przeszkodę główną, która nas potem – w naszych zainteresowaniach młodzieżowymi sprawami – będzie prześladować stale: jest to przeszkoda niewiedzy, braku danych, braku badań, braku informacji. W życiu bowiem młodej (licząc od odrodzenia) Polski zagadnienia młodzieży należą dziś jeszcze do najbardziej zaniedbanych, do traktowanych wciąż jeszcze po macoszemu.

Z konieczności tedy musimy się zadawalać bardzo przybliżonymi, bardzo ogólnikowymi informacjami. Liczba młodzieży obojga płci w wieku 15-19 lat wynosiła w Polsce na 01.01.1929 roku trzy i pół miliona (dokładnie: 3 565 277 osób). Są to ostatnie dane, jakimi rozporządza dziś Główny Urząd Statystyczny. Młodzież więc w stosunku do ogółu ludności wynosi około 10%.

Jaka część tej młodzieży utrzymuje się z pracy zarobkowej?

Tu liczby stają się jeszcze mniej określone, jeszcze bardziej względne. Możemy przy tym odwołać się tylko do odległych dat z pierwszego polskiego spisu ludności, który uwzględniał podział ludności zawodowo czynnej na grupy wieku. Otóż podług tych danych z r. 1921 młodzież zawodowo czynna w wieku 16-19 lat wynosiła blisko dwa miliony (1 890 858 osób). Uwzględniając pominięty tu rocznik piętnastoletnich i okoliczność, że pracują również dzieci poniżej piętnastu lat (np. nr 2 „Życia Dziecka”, artykuł Janiny Miedzińskiej „Praca zarobkowa młodzieży”) oraz przyrost ludności, należy sądzić, że liczba młodzieży zawodowo czynnej w Polsce dosięga z pewnością trzech milionów osób. Poważna tedy, olbrzymia armia. W armii tej zawierać się jeszcze powinny (nie dające się obliczyć) szeregi bezrobotnej młodzieży, zastępujące się dziś z zawodowo czynnymi. Umysł człowieka, skupionego nad sprawami młodzieży, zaskoczony jest rozmiarami tej armii. Jak to? Tak dużo ich?

Około dziesiątej części całej ludności polskiej.

Cóż o nich wiemy? Gdzie są, gdzie pracują, jacy są.

Niewiele o nich wiemy. To znaczy – każdy człowiek w życiu codziennym, w pracy, na spacerze, przy rozrywce, ociera się przecie o liczne jednostki z nieokreślonych, jako całość, szeregów tej armii. Ociera się, styka się z nimi, wchodzi z nimi w kontakt, najczęściej przypadkowy, przyjazny – lub niechętny, lub wrogi. Nieprzypadkowy, stały kontakt, związany z obowiązkami służbowymi, ma z nimi kilkunastotysięczna armia nauczycieli szkół dokształcających i zawodowych, lekarzy, działaczy zawodowych i politycznych, działaczy w różnych organizacjach społecznych, nie mówiąc już o codziennym kontakcie towarzyszy pracy. Gdy jednak spytać nawet takiego – o nieprzypadkowym z młodzieżą kontakcie – człowieka, jak wygląda życiowy przydział tej młodzieży w zarobkowaniu, w stosunku do całej rzeszy młodzieży, otrzymamy w najlepszym wypadku bardzo ogólnikowy pogląd. Działa tu już bowiem silnie owa główna przeszkoda – niewiedzy, braku poważniejszego zainteresowania młodzieżą w społeczeństwie.

Najliczniejszą jest niezawodnie wśród młodzieży grupa związana z rolą, pracująca – w tej czy innej płaszczyźnie stosunków najmu – na wsi. Wychodząc w stosunku ludności rolniczej do ogółu ludności, można obliczać ją na około 2 milionów. Są to więc synowie i córki gospodarzy wiejskich, pracujących na swoim (mowa o zamożniejszych gospodarzach); są to dzieci ordynariuszy, robotników rolnych, pracujących u obszarnika; jest to młodzież zamieszkała na wsi, a pracująca sezonowo gdzie się da, przy rozmaitych naprawach i budowach dróg, mostów, dorywczo przy zbiorach itp. Z tej to, związanej jeszcze mocno ze wsią, młodzieży, rekrutuje się również znaczna część młodej załogi robotniczej pracującej w przemyśle: a więc w cegielniach, cukrowniach, hutach szklanych, kamieniołomach, tartakach, położonych zazwyczaj daleko od miast; w przędzalniach i tkalniach takich ośrodków jak Bielsko-Biała, Częstochowa, miasta powiatowe województwa łódzkiego. Młodzież ta najczęściej nie zrywa bezpośredniego kontaktu ze wsią, dojeżdżając lub dochodząc (codziennie, względnie kilka razy w tygodniu) do miejsca pracy.

Mniej liczne od tej pierwszej grupy młodzieży, związanej ściślej z wsią, a liczniejsze od grupy właściwego proletariatu fabrycznego, są grupy młodzieży czynnej w warsztatach rzemieślniczych i chałupniczych, w handlu umiejscowionym w sklepach i wędrownym, w rozmaitych rodzajach sprzedaży ulicznej. Niestety żadnymi cokolwiek bądź odpowiedzialnymi liczbami dla bliższego określenia rozmiarów tych grup nie rozporządzamy. Grupa młodzieży z warsztatów rzemieślniczych waha się prawdopodobnie w granicach 80-100 tysięcy, ale granice jej nie są wyraźne, bowiem nie sposób przeprowadzić ścisłej liczby demarkacyjnej pomiędzy warsztatem rzemieślniczym a chałupniczym, tak jak nie istnieje właściwie taka wyraźna linia pomiędzy większym warsztatem rzemieślniczym a malutką fabryczką. Grupa zaś młodzieży zatrudnionej w chałupnictwie jest na pewno jeszcze dużo liczniejsza, a wystawa pracy chałupniczej wyłowiła na pewno tylko drobny odsetek młodocianych chałupników. Tak samo możemy powiedzieć o liczbie młodzieży czynnej w handlu stałym, nie mówiąc już o wędrownym, liczbie młodzieży zajętej w przemyśle gastronomicznym i hotelowym, w rozmaitych instytucjach rozrywkowych i widowiskowych; liczbie dziewcząt zatrudnionych w służbie domowej. Dopiero w stosunku do właściwego proletariatu możemy operować ściślejszymi liczbami. W okresie najlepszej w Polsce koniunktury gospodarczej (w r. 1928) młodzież 15-18-letnia pracowała w przemyśle w liczbie 68 tysięcy: stanowiło to wówczas 7,4% ogółu robotników przemysłu. Od roku 1929 Polska, jak wiadomo, wchodzi w okres pogłębiającej się z każdym rokiem depresji gospodarczej i załoga robotnicza wciąż się kurczy. Kurczy się w niej stosunkowo bardzo znacznie i odsetek młodzieży: wynosi ona w stosunku do ogółu robotników (w r. 1931) – zaledwie 4,7%. Zachodzi to zjawisko nie tylko dlatego, że w latach kryzysu, jak to podnosi inspektorka pracy Miedzińska, można dostać dorosłą kobietę, a nawet mężczyznę za stawkę płacy, którą w latach koniunktury otrzymywał młodociany – ale i dlatego, że żyjemy dziś właśnie w okresie, kiedy przychodzi do pracy młodzież urodzona lub hodowana w dzieciństwie pod wpływami wojny: urodzeni w latach 1916-1918 mają w 1931-1933 owe piętnaście lat, to jest wiek rozpoczynania pracy zarobkowej. Są to roczniki zdziesiątkowane, nadszczerbione, skurczone tak dalece, że gdy w Polsce dzieci w wieku szkoły powszechnej wynosiły w r. 1921/1922 przeszło 5 milionów, w r. 1925/1926 – liczba ich zmalała do niecałych 4 milionów, w r. 1927/1928 – obliczaną była na niewiele ponad 3 i pół miliona (patrz: Szkoły Powszechne Rzeczypospolitej, Wydawnictwo MWRiOP, str. XXV). Jest to zjawisko międzynarodowe, a przynajmniej aktualne dla narodów i krajów, które przeszły przez straszliwe cięgi wojny europejskiej: w Niemczech Instytut Badania Koniunktur oznaczał młodzież w wieku lat 15-20 równą w r. 1928 wskaźnikowi 100, w r. 1932 = 83, w r. 1935 = 60, dopiero od r. 1936 przewiduje podnoszenie się tej liczby (patrz: Merses, „Die erwerbstätige Jugend”, Berlin 1929, str. 5). Że i u nas mamy jeszcze do czynienia z tymi wyszczerbionymi rocznikami, wskazuje na to malejąca liczba młodzieży wśród ludności: gdy w r. 1929 młodzież lat 15-19 wynosiła w Polsce, jak mówiliśmy, 3 565 277 osób, w r. 1927 było jej 3 653 733.

Praca młodzieży w przemyśle jest pod kontrolą inspekcji pracy, a od r. 1925 poczynając – dodatkowo pod kontrolą specjalnych inspektorek do spraw kobiet i młodocianych, przydzielanych do okręgów inspekcyjnych. Ustawa o ochronie młodocianych, czynna od r. 1925, sprawiła, że się cokolwiek więcej wie o młodzieży w przemyśle, gdyż obowiązuje odrębna jej rejestracja, podlega ona pewnym specjalnym przepisom ochronnym. Możemy tedy powiedzieć, że z przemysłów najwięcej młodzieży pochłania przemysł metalowy (około trzeciej części ogółu młodzieży), dalej – włókienniczy, drzewny, spożywczy. Natomiast najwyższy odsetek młodzieży w stosunku do ogółu załogi robotniczej w tym przemyśle – ma przemysł krawiecki, w ogóle odzieżowy, po nim – szklany, metalowy, poligraficzny. Praca dziewcząt w ostatnich latach rozrasta się w przemysłach metalowym, chemicznym, praca chłopców – w maszynowym, metalowym, poligraficznym (obecnie w tym ostatnim ogranicza się pracę uczniów).

Tak więc, w ogólnych zarysach, wygląda rozlokowanie pracy młodzieży w rozmaitych gałęziach i rodzajach zatrudnienia.

Teraz przychodzimy do ostatniego z wysuniętych na początku zagadnień: jakże im jest?

Można odpowiedzieć na to pytanie bardzo krótko, wysuwając pewien standard średni, przeciętny dla całej młodzieży pracującej polskiej. Jest niedorozwinięta fizycznie z powodu chorób przebytych i złych warunków odżywiania; jest dziesiątkowana przez choroby płuc, serca, oczu, skóry w odsetkach, niewspółmiernych do odsetków tych chorób wśród dorosłych; jest nadwątlana stale, w przemyśle – przez nadmierny wysiłek prac w akordzie i na premię; zarabia średnio 5-10 zł w tygodniu; nie może korzystać z dobrodziejstw nauki dokształcającej dzięki stałemu, nigdy niewygasającemu przemęczeniu; słabo uczestniczy w sportach, w życiu zawodowym; jest wyzyskiwaną (chłopcy szczególnie) pod pozorem nauczania jej zawodu w warsztacie pracy. Młodzież pracująca zamieszkuje przeważnie lokale jednoizbowe, przepełnione ludźmi, sypia najczęściej we wspólnych posłaniach, często w towarzystwie przygodnych ludzi – chwilowych sublokatorów. Młodzież nasza nie zna niemal dzieciństwa, zbyt wcześnie stykając się z troską, zmartwieniem i nędzą, zbyt wcześnie rozpoczynając życie płciowe. Zapewne, młodzież nasza ma bardzo żywe zainteresowania i dążenia, ale nie ma żadnych warunków dla rozwinięcia swych zainteresowań.

Tyle, gdy chodzi o standard.

Arystokrację bodaj wśród młodzieży pracującej fizycznie stanowią metalowcy. Ci mają na ogół wyższe płace (w przemyśle oczywiście, nie w rzemiośle) w wielkich fabrykach stołecznych mogą wyrabiać 60 do 80 zł miesięcznie; mają nadzieję zostać w przyszłości tzw. wykwalifikowanym, dobrze płatnym robotnikiem. Na tę intencję znoszą latami kuksańce od majstrów i brygadierów, wymyślania i złe humory starszych towarzyszy pracy; bardzo często wszystko to na darmo, bo po latach „praktyki” następuje… redukcja… Charakteryzuje ich zewnętrznie specyficzne czarnosine, o metalowym połysku, zabrudzenie twarzy i rąk, umysłowo – większe rozgarnięcie: pracując w brygadach lub pod ręką wykwalifikowanych tokarzy, ślusarzy obcują oni najczęściej z robotnikiem inteligentnym i wyrobionym, bardzo często uświadomionym i zorganizowanym zawodowo. Dość zresztą wejść do większej fabryki metalowej, ażeby odczuć tę specyficzną tężyznę i swoisty czar środowiska prawdziwego proletariatu: chłopcy mają tu w kim znaleźć oparcie i obronę, i trzeba stwierdzić, że pomimo przepaści dzielącej tzw. praktykantów od wykwalifikowanego robotnika, właśnie w fabrykach metalowych najwcześniej wystąpiła troska przedstawicielstwa robotniczego o normowanie warunków pracy młodzieży, o zabezpieczenie jej przyszłości w pracy, zastrzegane w klauzulach umów zbiorowych.

Również arystokracją robotniczą, jakkolwiek innego rodzaju, są drukarze i w ogóle pracownicy poligraficznego przemysłu, a więc linotypiści, maszyniści drukarscy. Drukarze jednak mają już w sobie mniej z cech właściwego proletariatu, raczej tworzą rodzaj robotniczej inteligencji, ale wyższa stopa życiowa, wyższe wymagania, wzorowane – przy ich podnoszeniu – na wymaganiach warstw mieszczańskich (lepszy strój, umeblowanie, oszczędności itp.) – nadają im już pewnych cech mieszczańskich. Młodzież jednak, pracującą w przemyśle poligraficznym, dzieli tak znaczny dystans od wykwalifikowanego zecera, maszynisty lub linotypisty, że wszystko tu powiedziane o drukarzach nie ma do tej młodzieży zastosowania. Młodzież w przemyśle poligraficznym – to dziewczęta – nakładaczki i odbieraczki przy płaskich maszynach, dziewczęta w introligatorstwie i chłopcy przeważnie uczniowie zecerscy. Dziewczęta nisko płatne, bez żadnej lepszej przyszłości, gdyż w tym przemyśle nie zajmą żadnych innych lepszych stanowisk, choćby po wielu nawet latach. Uczniowie – chłopcy? Są to „murzyni” podług obrazowego określenia samych pracodawców drukarskich, tych większych, – gdy chcą utrącić konkurenta lichszego, zatrudniającego wyłącznie młodzież i kalkulującego niżej swą produkcję. Prawdziwi murzyni: przychodzą tu, posyłani najczęściej przez rodziców, pod urokiem przyszłych wysokich zarobków zecera, nie stawiają – bo i nie mogą dziś stawiać – żadnych absolutnie wymagań; wyuczają się byle jak składania i rozbiórki tekstu, a w daninie składają swoje zdrowie, gdyż nie tylko szkodliwość produkcji, ale fatalny stan higieny w drukarniach mają tu głos decydujący. Wszelkie zaś widoki na jaśniejszą przyszłość przekreśla ogromna rezerwa bezrobotnych – wykwalifikowanych drukarzy i możność zatrudniania coraz to nowych, młodszych, prawie bezpłatnych adeptów sztuki drukarskiej. W drukarniach bowiem utarło się, że uczeń pracuje póty, póki nie zgłosi wymagań o wyższą stawkę płacy… po czym ustępuje miejsca nowemu uczniowi. Wprawdzie władze państwowe, w obliczu wzrastającej klęski bezrobocia, wydały już dziś zarządzenia ograniczające młodzieży dostęp do pracy w drukarniach; istnieją też przepisy, utrudniające stosowanie pracy bezpłatnej uczniów – w rzeczywistości jednak rozstrzyga dziś nadmierna podaż rąk bezrobotnych i słabość klasy robotniczej. Położenie młodzieży w zastępach drukarskich, pozornie – uprzywilejowanej, w istocie jest bardzo smutne.

Mali chłopcy w hutach szklanych, często jeszcze dziś analfabeci w ośrodkach prowincjonalnych, odległych od szkół, umorusane dzikusy – pomoc starszych robotników; pracujący w szopach, brudnych i zaniedbanych, pod działaniem żaru pieców z jednej, przeciągów z drugiej strony; niejednokrotnie za 50 groszy dziennie; sylwetki te migają niekiedy na szpaltach dzienników robotniczych, w reportażach, dziś częstych, z dziedziny stosunków społecznych. Chłopcy z tartaków – najczęściej nieogrzewanych w największe nawet mrozy, produkujących przy udziale maszyn niebezpiecznych, chłopcy ci znaczą swą ciężką pracę chorobami płuc, reumatyzmem stawów, tak jak szklani – rozedmą płuc, chorobami serca…

Ale wyjdźmy już z przemysłu, tego „kraju marzeń i pragnień” każdego chłopca ze wsi, z warsztatu rzemieślniczego lub chałupniczego. Zwróćmy się do tych chłopców. Tu panują jeszcze powszechnie stosunki jakby średniowieczne. Do warsztatów nie dociera prawie administracja państwowa, powołana do ochrony robotnika, nie dociera niemal wcale związek zawodowy, rzecznik obrony interesów ekonomicznych robotnika. Działa tu natomiast zjawisko ,,władzy i opieki ojcowskiej” właściciela warsztatu, majstra nad uczniem – opieki najczęściej jakże gorzkiej, jakże mało ludzkiej. Występuje tu niejednokrotnie całkowita bezradność chłopca, powierzonego i zaufanego majstrowi przez własnych rodziców… znów w nadziei na te przyszłe zarobki, na te kwalifikacje, na tę… karierę życiową… Jaką jest ta kabała, widzimy z plastycznego opisu warunków pracy młodzieży w rzemiośle inspektorki pracy Rusinowej, z terenu, przecie najkulturalniejszego w Polsce – Pomorza (patrz nr 2 „Życia dziecka”, art. A. Rusinowej). Pracują po 10, 14, 16 godzin dziennie. A resztę czasu? Śpią… „Nie chodzicie do kina? Nie czytacie? – próbuję wypytywać nierozmownych chłopców. – Teraz nie takie zarobki, żeby światło wypalać – odzywa się mistrz. – Słońce, powietrze, ruch – to za co się może nie płacić – jest tu dla młodzieży niedostępne. Izbę i warsztat wolno opuścić na czas trwania lekcji w szkole dokształcającej, jeśli idą na nabożeństwo i jak trzeba odnieść robotę – poza tym – majster nie daje lumpować – wygania spać”. Zarobki? kto by tam o to pytał w drobnych warsztatach rzemieślniczych! Oddało się chłopca na „lekki chleb” do miasta, – raczej się za niego trzeba opłacić majstrowi mąką, kartoflami, według ugody…

A chłopcy na roli? No, tu przynajmniej mają słońca do woli, powietrze, ruch z konieczności. Ale praca w żniwa ciężka, bez kresu godzin, podług tego słońca, od wschodu do zachodu, no i mieszkanie, odżywienie, warunki kulturalne życia… ciężko jest o tym myśleć.

Wreszcie – duże miasto, w ogóle miasto. Mali kelnerzy, pikolacy, bladzi chłopcy restauracji, hoteli i dancingów; nigdy nie wyspani; za wcześnie, od niewłaściwej strony „zawodowo” zetknięci z najwstrętniejszymi cechami i przejawami życia burżuazji, w ogóle klas zamożniejszych. Chłopcy, mimo woli wzorujący się na gestach, grymasach, sposobach „zabijania” życia, podpatrzonych u tych konsumentów kolacji, obiadów, napojów, dancingów, gabinetów itp.

I w końcu – sprzedaż uliczna. Małe zwinne figurki najrozmaitszych ulicznych sprzedawców, a wśród nich popularna w stolicy i wielkich miastach sylwetka gazeciarza. Czepiający się wozów tramwajowych, wypędzany przez konduktora, nawoływany przez publiczność, w mróz fioletowo-siny, skostniały mimo niezwykłej żywości ruchów, ucierający nosa rękawem, wrzeszczący na najrozmaitsze głosy: „Doobry Wieczór – Warszawski – Abecee…”. Wszyscy ich znamy… Różne są ich powiązania z administracjami pism, różne możliwości i szanse zarobkowe, różna zresztą zaradność i umiejętność wciskania przechodniowi nie zawsze potrzebnej mu gazety. Konkurencja i tu jest ogromna; przechodnie nie rzadko są świadkami dotkliwych razów, jakie wymierzają sobie chłopcy za wtargnięcie na zajęty odcinek ulicy. Każdy też z nas niejednokrotnie kupić musiał późno w nocy, niepotrzebny już nikomu, numer popołudniowy, przygwożdżony argumentem: „nie mogę dziś nic sprzedać… zmarzłem tak bardzo… głodny jestem…”.

A dziewczęta? Cóż je łączy wszystkie, cóż je wyodrębnia od chłopców, kiedy upośledzenie ich w płacy, w warunkach pracy jest podobne (większe jeszcze u dziewcząt), kiedy – zarówno w przemyśle jak rzemiośle i chałupnictwie – należą wraz z chłopcami do tych najbardziej bezbronnych, do tych najgorzej wyzyskiwanych? Łączy je wszystkie poza tym – płeć, która w stosunkach pracy z najmu, pracy zarobkowej w ogóle i w dzisiejszym okresie kryzysu szczególnie, stanowi o ich dodatkowym, często tragicznym upośledzeniu. I tu znów do inspektorek pracy muszę się odwołać i dzięki świadectwom inspektorki Przedborskiej z Łodzi (artykuły i przemówienia w radiu) stwierdzić mogę, że w latach kryzysowych w kalkulacji kobiecej robocizny mieści się nieoficjalnie ta okoliczność, że od kobiety – a szczególnie młodej dziewczyny – pobrać można prócz pracy jej ciało.

Strach przed utratą pracy, strach przed redukcją, obniżką i tak śmiesznie niskiej płacy sprawia, że zjawisko wyzyskiwania dziewcząt od tej strony staje się dziś tak jaskrawym i powszechnym.

Społeczne tło stosunków pracy młodzieży jest tedy niewesołe. Kryzys i bezrobocie wyjaskrawia wszystkie ujemne strony tych stosunków, niezadowalających i nieuporządkowanych nawet w okresie najlepszej koniunktury gospodarczej.

Młodzież nasza jest liczną grupą społeczeństwa i grupą najbardziej ważką i znaczną z punktu widzenia interesów państwowych polskich. Na tej bowiem grupie, jej wartościach, jej odporności fizycznej, jej tężyźnie moralnej oprze Polska całą swą przyszłość.

Z tego punktu widzenia do najpilniejszych zadań państwa należy dziś czynna troska o młodzież, o jej wychowanie fizyczne i intelektualne, o uzdrowienie warunków jej pracy i bytu.

Halina Krahelska

Powyższy tekst Haliny Krahelskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie Dziecka” nr 6/1933, a następnie w postaci osobnej broszury w tym samym roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Narodowe Archiwum Cyfrowe.