Zmiany przeciw pracownikom

Zmiany przeciw pracownikom

Biedronka zmieniła zasady premiowania pracowników na niekorzystne dla nich.

Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, sieć handlowa Biedronka zmieniła zasady premiowania swoich pracowników. Zdaniem związkowców z „Solidarności” działającej w Biedronce, nowy system premiowania jest niekorzystny dla pracowników. Związek zawodowy zbiera do 16 czerwca podpisy pracowników pod petycją o przywrócenie poprzedniego systemu premiowania.

Nowy system działa od początku roku. Zdaniem związkowców poprzedni był „bardziej zrozumiały i dawał realne, odczuwalne wsparcie finansowe”, a jego zasady były sprawiedliwe i motywujące do pracy. Związkowcy twierdzą, że „Z naszej codziennej pracy, rozmów ze współpracownikami oraz własnych doświadczeń wynika, że obecny system premiowania nie spełnia swojej roli. Premie są niskie, często nieprzekraczające 250 zł brutto miesięcznie, a osiągnięcie wyższej kwoty jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Wielu z nas nie rozumie, od czego dokładnie zależy wysokość premii, co powoduje poczucie niesprawiedliwości i braku wpływu na wynagrodzenie”.

Związkowcy domagają się przywrócenia starego systemu premiowania pracowników oraz rozmów z przedstawicielami zatrudnionych na temat ewentualnych zmian w zasadach przyznawania premii tak, aby odzwierciedlały one oczekiwania pracowników.

Zapracowany jak Polak

Zapracowany jak Polak

Polacy znajdują się w czołówce UE pod względem najdłuższego czasu pracy.

Jak informuje portal Money.pl na podstawie nowych danych Eurostatu, Polska należy do tych unijnych państw, w których średni tygodniowy czas pracy jest najdłuższy.

Średni tygodniowy czas pracy wynosi obecnie w Polsce 38,9 godzin. Tymczasem średnia unijna to 36 godzin. Polska jest trzecia na tym mało chwalebnym podium. Wyprzedają nas Grecy z 39,8 godzinami oraz Bułgarzy z 39.

Najkrótszy średni tygodniowy czas pracy jest w Holandii, gdzie wynosi 32,1 godzin. Drudzy są ex aequo Duńczycy, Niemcy i Austriacy, gdzie wynik wynosi 33,6 godzin.

Najdłużej pracuje się w UE w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie – 41,5 godz. tygodniowo. Drugie jest górnictwo i przemysł wydobywczy – 39,1 godz., a trzecie budownictwo z wynikiem 38,9 godz. Najkrócej pracują osoby zajmujące się najemnie gospodarstwem domowym – 26,7 godzin tygodniowo, oświatą – 31,9 godz., a także sztuką, rozrywką i rekreacją – 33 godz.

W analizach Eurostatu uwzględniani są pracownicy pełnoetatowi oraz osoby pracujące na niepełny etat.

Kraków bezrobocia

Kraków bezrobocia

Szybko rośnie skala zwolnień grupowych w Krakowie.

Jak informuje Dziennik Polski, krakowskie firmy w ciągu zaledwie miesiąca – od 1 kwietnia do 5 maja – zgłosiły zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych dotyczących ponad 1000 pracowników. Wraz z wcześniejszymi tego rodzaju zamiarami od 1 stycznia do początku maja zwolnienia grupowe mają w tym mieście objąć 2900 osób. To więcej niż w Krakowie zwolniono z pracy w całym roku 2024.

Wśród zwolnień ogłoszonych niedawno aż 725 osób straci pracę w dwóch korporacjach, które zajmują się rachunkowością, usługami księgowymi i doradztwem podatkowym. Duże zwolnienia, 139 osób, planuje firma zajmująca się remontami samochodów. Firma z branży IT planuje zwolnić 74 osoby.

Choć bezrobocie w Krakowie jest niskie i wynosiło na koniec marca 2,2%, to w ciągu roku wzrosło z poziomu 2%. O tyle samo wzrosło ono przez rok w województwie małopolskim i wynosi tam obecnie 4,4%.

Walka o bezpieczeństwo

Walka o bezpieczeństwo

13 maja 2025 roku pod Ministerstwem Infrastruktury odbył się protest dyżurnych ruchu. Uczestniczyli w niej przedstawiciele Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu (prowadził pikietę i przemawiał przewodniczący Aleksander Motyka), Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Federacji Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych, a także innych grup zawodowych (np. rewidenci taboru).

O co walczą dyżurni ruchu? Zależy im na zwiększaniu bezpieczeństwa ruchu kolejowego i eliminowaniu wszelkiego rodzaju zagrożeń. Sprzeciwiają się wprowadzaniu zmian w przepisach prawnych, które dokładają kolejnych obowiązków, przy jednoczesnym ograniczaniu zasobów ludzkich. Związkowcy wprost piszą: „niedopuszczalnym jest, aby czynności, które dotychczas wykonywało kilku a nawet kilkunastu pracowników przypisywać do wykonania jednej osobie, ponieważ prowadzi to wprost do sytuacji, w której dany pracownik jednej z tych czynności nie wykona, lub popełni tragiczny w skutkach błąd”.

Czego dyżurni ruchu domagają się od ministra?

1. powołania i wznowienia prac Zespołu do spraw Bezpieczeństwa w Transporcie Kolejowym (z udziałem przedstawicieli Departamentu Kolejnictwa Ministerstwa Infrastruktury, Zarządcy Infrastruktury, Przewoźników, Urzędu Transportu Kolejowego, Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych oraz zainteresowanych związków zawodowych)

2. wypracowania zasad i zawarcia porozumienia trójstronnego (strony: Ministerstwo Infrastruktury, PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. i związki zawodowe), regulującego zasady konsultacji i uzgadniania wszelkich zmian wpływających na warunki pracy oraz powodujących zwiększanie zakresu obowiązków dyżurnych ruchu i innych pracowników związanych z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego, w tym zespołów utrzymaniowych, z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem.

3. wprowadzenia rozwiązań prawnych bezwzględnie zakazujących dopuszczania do ruchu na terenie polskiej sieci kolejowej lokomotyw i innych pojazdów trakcyjnych , nie posiadających urządzeń rejestrujących obraz przedpola jazdy, lub posiadających takie urządzenia, ale niesprawne.

4. podjęcia działań (we współpracy z Ministerstwem Pracy, Centralnym Instytutem Ochrony Pracy i stroną społeczną) dotyczących wprowadzenia zmian w przepisach określających maksymalną liczbę monitorów ekranowych, przewidzianych do obsługi i nadzoru na danym stanowisku pracy, a także zobowiązania pracodawców do przeprowadzenia audytu dotyczącego obciążenia pracą na stanowiskach dyżurnych ruchu LCS (lokalne centra sterowania) i dużych stacji.

5. wznowienia w trybie pilnym prac nad rozwiązaniami prawnymi regulującymi czas pracy personelu kolejowego, ze szczególnym uwzględnieniem stanowisk pracy związanych bezpośrednio z prowadzeniem i bezpieczeństwem ruchu pociągów.

6. przeprowadzenia rewizji procedur awaryjnego prowadzenia ruchu pociągów nakładającego na pracowników zespołów utrzymaniowych, obowiązki układania i zabezpieczania drogi przejazdu.

7. wprowadzenia bezwzględnego zakazu obarczania pracowników posterunków ruchu czynnościami innymi niż tymi związanymi bezpośrednio z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego.

8. zobowiązania pracodawców, by przy wdrażaniu czy tworzeniu nowych wewnętrznych regulacji poprzedzali je wykonaniem rzetelnych chronometraży, mających na celu określenie realnego czasu i możliwości wykonywania przez pracownika czynności służbowych z uwzględnieniem czasu przemieszczania się, pory roku, warunków pracy w porze jasnej i ciemnej, w zgodzie z przepisami BHP, orzecznictwem sądowym i zasadami określonymi w materii układowej. Wprowadzenia bezwzględnego zakazu wykonywania prac w czynnych torach w pojedynkę, bez asekuracji w czasie i miejscu ich wykonywania.

9. publicznego raportu Ministra Infrastruktury w temat stanu bezpieczeństwa polskich kolei i obciążenia pracowników, zwłaszcza bezpośrednio związanych z prowadzeniem ruchu kolejowego.

Powyższe postulaty protestujących zostały przedstawione w petycji Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu PKP, skierowanej do Dariusza Klimczaka, ministra infrastruktury. Petycję poparły związki zawodowe: NSZZ Solidarność 80, Federacja Związków Zawodowych Pracowników Automatyki i Telekomunikacji PKP, Federacja Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych.

 

Pięć minut kosztem pięciu miast

Pięć minut kosztem pięciu miast

Od połowy czerwca 2025 r. pociąg InterCity „Brda” łączący Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą przestanie jeździć przez Nowy Dwór Mazowiecki, Ciechanów, Mławę, Działdowo, Iławę, Jabłonowo Pomorskie, Wąbrzeźno i Kowalewo Pomorskie. Tą nietypową trasą podróż z Warszawy do Bydgoszczy zajmuje 3 godz. 58 min. To czas przejazdu o nieco ponad godzinę dłuższy niż osiągany na trasie przez Kutno i Włocławek, którą jeżdżą pozostałe pociągi łączące Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą. Na tę trasę od czerwca 2025 r. zostanie skierowany również pociąg „Brda” – będzie miał jednak mniej postojów niż reszta kursujących nią pociągów.

Pociąg InterCity „Brda” bez zatrzymania pokona 178 km między Warszawą a Włocławkiem, przejeżdżając bez postojów przez Sochaczew, Łowicz i Kutno. Na dalszym odcinku pominie również Aleksandrów Kujawski i Solec Kujawski. Choć między Warszawą a Bydgoszczą pociąg zatrzyma się tylko dwa razy (we Włocławku i Toruniu), to w mieście docelowym obsłuży trzy stacje (Bydgoszcz Wschód, Bydgoszcz Leśna i Bydgoszcz Główna).

Z Warszawy do Bydgoszczy „Brda” będzie jechać 2 godz. 42 min., a więc tylko pięć minut krócej niż najszybszy pociąg ze wszystkimi postojami pośrednimi. Nieco większą różnicę uda się uzyskać przy jeździe z Bydgoszczy do Warszawy – w tym kierunku pociąg InterCity „Brda” będzie jechał 2 godz. 38 min., czyli 12 min. krócej od najszybszego pociągu ze wszystkimi postojami.

Pojawienie się pociągu relacji Bydgoszcz – Toruń – Włocławek – Warszawa bez postojów między tymi miastami to kolejny etap wprowadzania połączeń InterCity obsługujących tylko duże ośrodki. Od 2024 r. pociągi „Esperanto” i „Prząśniczka” obsługują relację Białystok – Warszawa – Łódź bez postojów między tymi miastami. Z Białegostoku do Warszawy pociągi te docierają w 1 godz. 30 min. – o 21 min. szybciej od składów zatrzymujących się po drodze w Łapach, Szepietowie, Czyżewie, Małkini, Łochowie, Tłuszczu i Wołominie.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

 

Pracy mniej

Pracy mniej

Sieć marketów remontowo-budowlanych zapowiedziała liczne zwolnienia z pracy.

Jak informuje Business Insider, znaczne zwolnienia zapowiedziała polska część sieci Castorama. Program restrukturyzacji ma objąć 2% polskiej załogi. Oznacza to zmiany zatrudnienia dla niemal 260 osób.

Na pewno pracę straci 80 z nich. Pozostałym mają zostać zaproponowane inne posady w tej samej sieci – ale niekoniecznie na tych samych warunkach płacy, godzin i miejsca pracy itp. Oznacza to prawdopodobnie większe zwolnienia niż zakładane.

Czas populizmu

Widmo krąży po świecie – widmo populizmu. Wszystkie potęgi ancien régime’u połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej i „postępowi” miliarderzy, Macron i Tusk, amerykańscy demokraci i niemieccy policjanci. Gdzie jest taka partia opozycyjna wobec (neo)liberałów, która by nie była okrzyczana za populistyczną przez swych przeciwników będących u władzy, przy pieniądzach i wpływach, w „wolnych mediach”, „niezależnych instytucjach” oraz „organizacjach pozarządowych”?

Powyższa parafraza pierwszych zdań niemodnego dzisiaj Manifestu, autorstwa niemodnych brodaczy, to nie tylko prowokacyjna igraszka słowna. To także rozpoznanie faktu, że władcy obecnego porządku nienawidzą populistów tak, jak niegdyś nienawidzili socjalistycznego ruchu robotniczego. Że sztandar populizmu bywa dzisiaj dla poniewieranych i wykluczonych tak samo pełen nadziei, jak niegdyś był sztandar czerwony. Ten sam, który w starej pieśni „płynął ponad trony” dawnych panów i władców, niosąc „zemsty grom, ludu gniew”.

Te analogie nie są oczywiście doskonałe, stuprocentowe. Byłoby dziecinne zestawiać tak odległe realia jeden do jednego. Ani populiści nie są doskonali i pozbawieni wad, zresztą nie były ich pozbawione rozmaite odłamy czy postaci dawnych radykalizmów. Ani sytuacja nie jest identyczna jak wtedy. Ani dążenia czy sposoby artykulacji oczekiwań jednych i drugich nie są bliźniacze.

Kustosze lewicowej tradycji obraziliby się za porównanie jej do teraźniejszych „faszystów”. A niejeden z populistów gorliwie odżegnałby się od skojarzeń z dawnymi socjalistami. Ale już dzisiejszy liberalny głuptas lub cwany propagandysta związany z tym obozem wypowiedzieliby jednym tchem „zagrożenia dla liberalnej demokracji”: komunizm, socjalizm, faszyzm, populizm.

Pewne jest, że populizm jest znienawidzony przez elity. I że jest – lub bywa – próbą artykulacji głosu słabych, wkurzonych, wykluczonych, odartych z godności i nadziei. Ma on niejedno imię i niejeden postulat, a pojemny worek z napisem „Populiści” to często tyleż bezradność poznawcza liberałów, ile ich iście goebbelsowska zagrywka, aby wszystkich przeciwników opluć jednako, bez oglądania się na spore różnice między opluwanymi.

W tym numerze „Nowego Obywatela” przyglądamy się oplutym. Bez uprzedzeń. Bez idealizowania. Bez uproszczeń. W wielu krajach, piórem wielu autorów i rozmówców wywodzących się z różnych opcji i środowisk. Nie twierdzimy, że każdy populista jest aniołem i zbawcą i że wszyscy oni mają zawsze rację. Ale zarazem nie mamy nic wspólnego z bezmyślnością/jednomyślnością i zadowoleniem liberałów, gdy coraz większe rzesze społeczeństwa odrzucają ich narrację i gdy wciąż rośnie sumaryczna fala poparcia dla populistów.

Populizm wywołuje strach elit, a do jego zwalczania rzucono ogromne siły polityczne, medialne i finansowe. I pewne jest, znów parafrazując dawny Manifest, że klasy ludowe, współcześni ciemiężeni i wykluczeni, nie mają w dzisiejszym świecie nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. A przynajmniej chleb i godność w swoich krajach.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/

80 lat Uniwersytetu Łódzkiego. Dziecko robotniczej Łodzi czy elitarna akademia?

80 lat Uniwersytetu Łódzkiego. Dziecko robotniczej Łodzi czy elitarna akademia?

Uniwersytet Łódzki wchodzi w jubileuszowy rok w cieniu starych sporów i nowych napięć. Historia uczelni robotniczej Łodzi spotyka się dziś z logiką rankingów, punktów i mierzalnej efektywności. W tle toczy się mniej widoczna, ale kluczowa rozmowa o tożsamości akademii: czy zdoła ona oprzeć się pokusie forsowanego przez Ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i pozostać otwarta nie tylko dla elit?

24 maja 1945 r. Rada Ministrów uchwaliła dekret powołujący do życia Uniwersytet Łódzki. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa z proklamacjami tego rodzaju, ówczesny rząd nie tyle stwarzał nową uczelnię, ile raczej potwierdzał pewien stan faktyczny – sankcjonował proces, który rozpoczął się wraz z początkiem marca, tj. dwa miesiące przed wejściem w życie aktu kapitulacji Niemiec.

Początków Uniwersytetu Łódzkiego upatrywać można zresztą jeszcze w czasach przedwojennych w powstałym w 1928 r. łódzkim oddziale Wolnej Wszechnicy Polskiej: warszawskiej uczelni kojarzonej z tradycjami lewicowymi, od początku otwartej dla słuchaczy o żydowskim pochodzeniu oraz osób spoza kręgu elit. Dość wspomnieć, że w Łodzi na przełomie 1936 i 1937 r., gdzie WWP prowadziła kilka kierunków studiów, m.in. filozofię, historię czy studia ekonomiczno-społeczne, ponad 35% wszystkich studentów pochodziło z rodzin pracowników fizycznych lub rolników. Jak pisano w tym okresie w kręgach endeckich, Wolna Wszechnica miała trudnić się „masową produkcją proletariatu inteligenckiego”, oferując „półinteligentom” zdobywanie „pozorów wyższego wykształcenia” (tygodnik „Myśl Narodowa” z 3 marca 1935). Wraz z końcem wojny rektor właśnie tej uczelni, prof. Teodor Vieweger, objął rolę pierwszego rektora pierwszego uniwersytetu państwowego robotniczej Łodzi.

Dwa dni przed proklamacją wspomnianego dekretu prof. Vieweger zginął w wypadku samochodowym. W połowie lipca jego funkcje przejął prof. Tadeusz Kotarbiński, etyk i logik, przedstawiciel szkoły lwowsko-warszawskiej – dziś unieśmiertelniony w brązie patron Uniwersytetu Łódzkiego, stojący na cokole przy drzwiach wejściowych Rektoratu. Jak na początku lat 50. pisał historyk prof. Marian Serejski, Uniwersytet w tym okresie „wkroczył zdecydowanie na tory normalnej szkoły akademickiej i ukształtował się na jej wzór” („Pierwsze pięć lat humanistyki na UŁ”).

Podkreślę przy tym, że przed ustawą o szkołach wyższych z 1951 r. uczelnie cieszyły się względną autonomią – nie istniały w każdym razie ścisłe wytyczne czy odgórne instrukcje, poprzez które władze centralne miałyby narzucać szkołom wyższym ich „oblicze społeczno-ideologiczne”. Z tej perspektywy pierwsze lata Uniwersytetu Łódzkiego możemy postrzegać w kategoriach otwartego procesu negocjowania jego charakteru. Uwidacznia to już choćby skład Komitetu Organizacyjnego. W źródłach z tego czasu powtarza się informacja, że większość jego członków „była znana z działalności w ruchach liberalno-postępowych lub wyraźnie lewicowych” (J. Chałasiński, „Początki Uniwersytetu robotniczej Łodzi”, s. 52), w rzeczywistości jednak historie „ojców (i jednej matki) założycieli” tej Uczelni były znacznie bardziej skomplikowane. I tak na przykład dr Jan Oko – profesor z Wilna, twórca filologii klasycznej w Łodzi, tj. mojej własnej Katedry i kierunku – jeszcze w 1939 r. sympatyzował z faszyzmem, pisząc peany na cześć Mussoliniego, „wielkiego wychowawcy swojego narodu” („Mussolini a pomniki starożytnego Rzymu” z „Kuriera Wileńskiego”). Tym samym u początku Uniwersytetu ścierały się ze sobą różne wrażliwości czy wizje powojennej akademii jako takiej: uczelni robotniczej, otwartej nie tylko dla wąskich elit; szkoły „miejskiej”, silnie osadzonej w kontekstach lokalnych i odpowiadającej na potrzeby społeczności Łodzi; uniwersytetu przedwojennego, elitarnego, „liberalno-mieszczańskiego”.

Wykluwająca się z tych napięć łódzka Uczelnia stała się przestrzenią ogólnopolskiego eksperymentu. Tak na przykład w 1946 r. wprowadzono do senatu – bodaj po raz pierwszy w Polsce – przedstawicieli społeczności studenckiej (niestety, decyzję po dwóch latach cofnięto z powodu nacisków Ministerstwa). W tym samym okresie w łódzkim czasopiśmie „Kuźnica” toczone były także debaty dotyczące m.in. idei autonomii uniwersyteckiej w perspektywie reform socjalistycznych.

Jak zauważył Michał Serejski, za rektoratu prof. Kotarbińskiego Uniwersytet Łódzki „wkroczył na tory” trzeciej z wyszczególnionych wizji, tj. uczelni elitarnej. Przy czym nie musiał być to proces podyktowany świadomą decyzją czy wypracowaną w toku debaty strategią. Dalszy bieg historii uczelni wyznaczyła raczej „pamięć instytucjonalna”, sięgająca czasów sanacji. Mam na myśli przyzwyczajenia kadry dydaktyczno-naukowej i wzorce pracy oraz nauczania, jakie większość z nich mniej lub bardziej świadomie reprodukowała przez kolejne lata. Nie oznacza to również, że dwa pozostałe kierunki na zawsze zniknęły z horyzontu strategii, celów czy tożsamości właściwych dla uniwersytetu i społeczności, które przez kolejne 80. lat będą go współtworzyć.

Przede wszystkim nie sposób oddzielić łódzkiej uczelni od kontekstów lokalnych, miejskich. Od samego początku ponad połowa osób studiujących pochodziła z województwa łódzkiego. Przyjazd studentów spoza regionu oznaczał zaś nie tylko przyrost tzw. kapitału społecznego, lecz także inwestycje w infrastrukturę (plan budowy miasteczka akademickiego przygotowano już w 1947 r.). Jednocześnie przemysłowa Łódź, posiadająca w II poł. XIX i na pocz. XX w. „charakter miasta półkolonialnego, pozbawionego całego szeregu instytucji właściwych wielkim miastom, a zwłaszcza instytucji kulturalnych”, staje się sprawdzianem dla marksistowskich wyobrażeń o roli nauki – zmierzających do „ścisłego powiązania działalności uniwersytetów z całością procesów społecznych w okresie przebudowy ustrojowej” (Jan Szczepański, „Uniwersytet Łódzki na tle potrzeb kulturalnych miasta Łodzi”, 1952). Otwartą kwestią pozostaje, czy UŁ wywiązał się z tego zadania. Dość wspomnieć jednak, że biblioteka akademicka, której zręby powstały już w lutym 1945 r., pięć lat później liczyła ponad 80-tysięczny księgozbiór, dostępny dla wszystkich mieszkańców.

Oprócz nowych obiektów, projektów rewitalizacyjnych czy działalności kulturalnej, obecność Uniwersytetu w mieście wyrażała się poprzez procesy demokratyzacji jego życia społecznego. Sztandarowym przykładem jest, rzecz jasna, trwający 28 dni i angażujący ponad 8 tys. osób okupacyjny strajk studencki – pokłosie sierpnia 1980 r., powstanie, które z protestami łódzkich pracowników dzieliło postulaty, klimat społecznego niezadowolenia czy formy oporu. Zaangażowanie osób studiujących w protesty w Łodzi sięga zresztą daleko wstecz: jego przejawy odnaleźć można już w latach 50. i źródłach dotyczących na przykład strajków tramwajarzy (zob. „Opowiedzieć Uniwersytet. Łódź akademicka w biografiach…”, 2015).

O ile Łódź XIX-wieczna zawdzięczała swój rozwój pracownicom i pracownikom fabrycznym, w XX wieku (zwłaszcza pod koniec tego stulecia) stała się miastem studenckim sensu stricto. W wypadku miasta postindustrialnego, które po roku 90. borykało się ze spadkiem produkcji przemysłowej, wysokim bezrobociem, niekorzystnymi trendami demograficznymi i innymi społecznymi kosztami tzw. transformacji ustrojowej Planu Balcerowicza, obecność tak wielu szkół wyższych stanowiła ratunek – a przynajmniej ważny punkt zaczepienia zarówno dla dalekosiężnych planów strategicznych, jak i bardziej ulotnych wyobrażeń i lokalnej tożsamości. Powojenna historia miasta w dość oczywisty sposób krzyżuje się więc z rozwojem samego Uniwersytetu – w kontekście przemian ustrojowych można zaś powtórzyć słowa prof. Stanisława Liszewskiego, byłego rektora UŁ: „Łódź akademicka to jest wszystko, co najlepsze mogło się przytrafić Łodzi”.

Uniwersytet Łódzki kończy 80. lat. Nadchodzi tym samym okres obchodów jubileuszowych i podsumowań – mam nadzieję, że także refleksji nad tożsamością wspólnoty akademickiej i kierunkiem jej dalszego rozwoju.

W dotychczasowych debatach dostrzegam napięcia, jakie zarysowały się już u jego początku. Z jednej strony słyszę o uczelni elitarnej – aspirującej do miana „uczelni badawczej” w rozumieniu ustawy ministra Jarosława Gowina z 2018 roku. W tym modelu na pierwsze miejsce wysuwa się ambicja stania się silnym i konkurencyjnym ośrodkiem naukowym. Z drugiej strony mówi się o uczelni młodej, awangardowej, inkluzywnej, „dziecku robotniczej Łodzi”, zrodzonym w okresie powojennym dzięki oddolnym wysiłkom lokalnych działaczy oświatowych.

Co istotne, tak jak w okresie powojennym kierunki rozwoju UŁ zdeterminowały dawne nawyki i wzorce pracy akademickiej, tak i dziś horyzont akademickiej „normalności” wyznacza ideologia neoliberalizmu lat 90., wywierająca na uczelnie wyższe wolnorynkową presję opłacalności czy krótkoterminowej „racjonalności” ekonomicznej, tym samym gubiąca dalekosiężne cele czy wartości (pisał o tym na początku b.r. dr Aleksander Ostapiuk). I podobnie jak miało to miejsce w okresie powojennym, realna autonomia akademii słabnie pod naciskiem forsowanych przez Ministerstwo modeli przemian („adaptacji”) uczelni wyższych. Zamiast bezpośrednich nacisków przymus sprawowany jest jednak poprzez subwencje, przyznawane, jak wiadomo, w oparciu o kategorie oraz rankingi, w większości oparte o kryteria ilościowe (liczbę publikacji), premiujące aspiracje elitarne (model uczelni badawczej), nie cele dydaktyczne czy wspieranie przez akademię demokracji i wartości społecznych.

Kryteria oceny działalności akademickiej w ostatnich latach stały się celem samym w sobie. Pogoń za tego rodzaju wskaźnikami nie może jednak przesłaniać nam fundamentalnych wartości, które definiują społeczności akademickie. Dość wspomnieć trzy filary Uniwersytetu Łódzkiego, zapisane w jego dokumentach strategicznych: kategorie wolności, odwagi i niezależności. Zobowiązują nas one do szerszego spojrzenia na rolę akademii i docenienia wizji uniwersytetu otwartego: inkluzywnego, wspierającego; uniwersytetu, którego władze będą opierać się pokusie forsowanego przez ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i doceniać nie tylko przyrost punktów za publikacje, lecz także wysiłki wkładane przez pracowników w dydaktykę czy budowanie lokalnych społeczności. Nie zapominajmy przy tym o silnych związkach uczelni z ich miejskim otoczeniem. Przy czym ostatni postulat stanowi obustronne zobowiązanie, angażujące także władze miejskie. Jeżeli chcą one, aby miasta, którymi zarządzają, cieszyły się renomą „akademickich”, same także muszą dać coś od siebie: budować miejskie akademiki, zapewniać dobry i tani transport zbiorowy czy we współpracy z władzami uniwersytetów oferować młodym pracownikom tanie mieszkania.

Bo jak pisano w „Dzienniku Łódzkim” z lutego 1946 r., „Trzeba gdzieś mieszkać, aby móc pracować. Muszą się znaleźć mieszkania dla nauczycielstwa uniwersyteckiego, a w mieszkaniach – elementarne zaopatrzenie”.

dr Jan Skarbek-Kazanecki

Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay

Przeciw imigranckiemu dumpingowi

Przeciw imigranckiemu dumpingowi

Pracownicy zakładów mięsnych są zwalniani, a w ich miejsce zatrudnia się tańszych imigrantów.

Jak informuje Gazeta Wyborcza, związkowcy w szczecińskim zakładzie Agryf protestowali wczoraj przeciwko zwolnieniom. Pracę na etatach tracą osoby z długim stażem i doświadczone, a w ich miejsce zatrudniani są przez agencję pracy tymczasowej imigranci z Ukrainy i krajów azjatyckich.

Niedawno w zakładzie doszło do zwolnienia 24 osób z działu wykrawania szynki. Zarząd firmy tłumaczył to jego nierentownością. Związkowcy twierdzą jednak, że w ich miejsce przyjmowani są do pracy ludzie zatrudniani przez agencję pracy tymczasowej. Różnica jest taka, że zwalnia się pracowników etatowych z długim stażem pracy, a w ich miejsce są przyjmowani imigranci.

Przeciwko temu związkowcy z „Solidarności” pikietowali w środę przed zakładem. Twierdzą, że zachowanie władz firmy jest haniebne. Zatrudnienie tracą osoby o wieloletnim stażu. W ich miejsce przychodzą tańsi pracownicy – imigranci zatrudniani przez agencje pracy tymczasowej. W dodatku pracują oni po 12-14 godzin dziennie, co jest niebezpieczne. W ocenie związkowców firma jest w dobrej kondycji i nie ma potrzeby ani zwolnień, ani stosowania takiego dumpingu kosztowego.

Agryf należy do koncernu Animex, który obecnie jest własnością chińskiej WH Group. To posiadacz marek m.in. Krakus, Morliny i Berlinki. Szczeciński zakład wytwarza m.in. szynkę Krakus i kiełbasę krakowską. W ciągu dwóch lat zatrudnienie etatowe w Agryfie zmniejszyło się z 1200 do 900 osób, a w tym czasie 100 osób zaczęto zatrudniać przez agencje pracy tymczasowej.

Zapaść w automoto

Zapaść w automoto

W ciągu roku nastąpił w Polsce wielki spadek produkcji samochodów.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, mamy fatalny trend w sektorze produkcji samochodów. Dane GUS mówią, że w marcu 2025 wyprodukowano w polskich fabrykach nieco ponad 10 tysięcy samochodów. To wobec tego samego miesiąca roku 2024 oznacza spadek aż o połowę. Jeszcze gorzej wygląda to dla I kwartału roku 2025. Wytworzono w nim niespełna 24 tys. aut. Wobec I kwartału poprzedniego roku oznacza to spadek aż o 70 procent. Ten spadek jest tym większy, że już rok 2024 nie był dobry dla tej branży. Wyprodukowano w nim w Polsce 216 tys. samochodów, podczas gdy w roku 2023 było to niemal 300 tys.

Spadek produkcji samochodów przekłada się na mniejsze zatrudnienie nie tylko w zakładach wytwarzających gotowy produkt końcowy. To także spadek zamówień i produkcji, czyli ubytek miejsc pracy także w firmach wytwarzających części i podzespoły na potrzeby fabryk samochodów. Oznacza to zwolnienia grupowe, a nawet zamykanie całych zakładów z tej branży.

Wznowienie likwidacji

Wznowienie likwidacji

Ministerstwo Infrastruktury dało zielone światło dla likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza. Linia koliduje z planami budowy drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna, czyli nowego przebiegu drogi wojewódzkiej 935. Chodzi o węzeł drogowy w raciborskiej dzielnicy Brzezie, który został zaprojektowany bez uwzględnienia linii kolejowej.

Proces likwidacji linii spółka PKP Polskie Linie Kolejowe wszczęła w lipcu 2015 r., ale został on przerwany po deklaracji rządu Prawa i Sprawiedliwości o wstrzymaniu postępowań likwidacyjnych. Wiceminister Piotr Malepszak w udzielonej 7 marca 2025 r. odpowiedzi na interpelację posłów PiS zapewnił: „W Ministerstwie Infrastruktury nie toczy się postępowanie administracyjne, wszczęte na wniosek zarządcy infrastruktury, w sprawie wyrażenia zgody na likwidację linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza lub jej odcinka. Do Ministerstwa Infrastruktury nie wpłynęło również powiadomienie o zamiarze likwidacji tej linii przez zarządcę”.

Tymczasem już 17 lutego 2025 r. resort dostał pismo, w którym spółka PKP PLK prosi o zgodę na likwidację linii. W odpowiedzi udzielonej spółce 25 marca 2025 r. dyrektor departamentu kolejnictwa Tomasz Warsza oznajmił: „Minister infrastruktury wyraża akceptację w odniesieniu do zasadności wznowienia procesu likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza na odcinku niezbędnym w zakresie poprowadzenia drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna”. Będzie to oznaczało, że ciągłość linii zostanie przerwana i jej reaktywacja w przyszłości stanie się niemożliwa.

Linia Racibórz Markowice – Olza przestała być wykorzystywana w 2012 r. po zakończeniu wydobycia węgla w Pszowie. Linia mogłaby jednak zapewnić dodatkowy dojazd do najintensywniej wykorzystywanego w ruchu towarowym przez granicę polsko-czeską przejścia Chałupki-Bohumín. Ponadto tuż przy nieczynnej linii znajduje się obsługiwana ciężarówkami duża kopalnia kruszyw.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer

Adieu, monsieur Bonżur!

Adieu, monsieur Bonżur!

18 maja odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Na rozstrzygnięcie wyborów, czyli tego, kto zostanie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, przyjdzie nam zapewne poczekać do drugiej tury, gdyż żaden z głównych kandydatów raczej nie zgromadzi takiej większości, czyli ponad pięćdziesięciu procent, aby wygrać w pierwszej turze. Na podstawie sondaży można zasadnie przewidywać, że w drugiej turze spotkają się Rafał Trzaskowski oraz Karol Nawrocki.

Kto wygra wybory bardzo trudno przewidzieć, gdyż różnica w oddanych głosach na pewno nie będzie wielka. Choć obaj główni konkurenci zapewniają o swojej „obywatelskości”, niezależności od głównych sił politycznych, do których przynależą, formalnie, jak Trzaskowski, lub nie, jak Nawrocki, to jasnym jest, że reprezentują Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. W wyborach prezydenckich idzie jednak o to, aby uzyskać głosy nie tylko swojego partyjnego elektoratu, ale także głosy wyborców innych partii oraz głosy oddawane na kogoś innego w pierwszej turze. Te przepływy nigdy nie są oczywiste, a to one są decydujące. Można przypuszczać, że wyborcy lewicowo-liberalni (Hołownia, Lewica) oddadzą swój głos na Trzaskowskiego, uznając go za tzw. mniejsze zło niż Nawrockiego. Nawrocki może liczyć na głosy kandydatów prawicowych, choć nie do końca jest przewidywalne, jak zachowają się wyborcy Sławomira Mentzena: czy będą głosowali bardziej bazą, tj. kwestiami ekonomicznymi, tutaj wolnorynkowymi, czy nadbudową, czyli światopoglądem. Nawiasem mówiąc zapewne obaj kandydaci w drugiej turze będą walczyli o głosy Konfederatów, zapewniając o swoim wolnorynkowym podejściu. Dodatkowo Trzaskowski będzie zapewne mówił o „umiarkowanym” podejściu względem tzw. obyczajówki – w tym sensie jego wykonany w czasie debaty gest odłożenia na bok tęczowej flagi podarowanej mu przez Nawrockiego, choć pewnie spontaniczny, nie był tak błędny, jak może się wydawać (pytanie, czy uda mu się przekonać konfederatów, że nie jest „Tęczowym Rafałem”?). Moim zdaniem większość wyborców Mentzena zagłosuje jednak na Nawrockiego i to te głosy zapewnią mu wygraną.

Śledząc kampanię wyborczą, jednocześnie spekulując nad rozstrzygnięciem uwarunkowanym m.in. dobrze lub źle prowadzoną kampanią, można powiedzieć o kilku kwestiach ujętych w perspektywie zmediatyzowania pola polityki.

Można tutaj poruszyć szereg zagadnień, jak np. rola memów czy debaty telewizyjne.

Memy to forma komunikacji internetowej o charakterze ironicznym, będąca szybkim komentarzem do rzeczywistości, która może wpływać na ukształtowanie wizerunku danego polityka poprzez skuteczne wyśmianie go, np. jego nieautentyczności. Przykładowo Trzaskowski został „Bonżurem”, a memy dotyczące jego podróży „telekomunikacją” miejską w Warszawie skutecznie pokazały, iż kreowanie się na zwykłego Warszawiaka nie bardzo ma sens. Polityk chce nas przekonać, że jest jednym z nas, lecz nie jest, gdyż w istocie jest „resortowym dzieckiem”.

W tym ujęciu wpisanie Trzaskowskiego w scenariusz panicza z bogatego domu, w przeciwieństwie do Nawrockiego jako „chłopaka z osiedla”, jest z pewnością na korzyść tego drugiego, albowiem większość ludzi nie miała zapewnionego startu takiego jak prezydent stolicy.

Ponadto przeczytanie w jednej z debat przez Krzysztofa Stanowskiego fragmentu książki „Rafał”, dotyczącego niezwykłej odwagi Trzaskowskiego wśród rekinów i walki z węgorzem, spowodowało, iż stał się raczej obiektem memiarskich drwin niż poważnego traktowania. Memy, jak kiedyś reklama, poprzez humor są w stanie związać nas z określonym wizerunkiem, analogicznie jak miało to miejsce w przypadku Bronisława Komorowskiego jako poczciwego, „bigosującego” wuja.

Rola debat telewizyjnych także nie jest bez znaczenia, szczególnie że były stosunkowo chętnie oglądane.

Pokazują one, że po pierwsze, klikalność i popularność w internecie nie przekłada się automatycznie na dobry występ w telewizji. Najlepszym chyba tego przykładem jest Sławomir Mentzen. Konfederacja jest partią internetowo bardzo sprawną, być może nawet najsprawniejszą w tym medium, gdyż potrafią stworzyć merytorycznie treściwy, zabawny oraz zapadający w pamięć tik-tokowy przekaz. Telewizja to jednak nie to samo, co internet, nagrywanie filmików i, koniec końców, kontrola przekazu.

Po debacie w Końskich, zorganizowanej przez sztab Trzaskowskiego, a przeprowadzonej przez TVP, stracił on pięć punktów procentowych, a tyle samo zyskał Nawrocki. Trudno rzecz jasna przesądzić, skąd taki spadek, jakie czynniki wchodzą w grę, ale z pewnością Trzaskowski wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii i refleksu oraz zestresowanego. To swoją drogą ciekawe, że politycy tak obeznani z mediami wciąż się denerwują, choć tego zdenerwowania nie było widać np. u Szymona Hołowni czy Marka Jakubiaka. Ten pierwszy jest wychowany przed kamerami, drugi z kolei, jak każdy, kto ma przemyślane poglądy i autentycznie wierzy w to, co mówi, szybko analizuje wypowiedzi innych i kontruje je ze swojego punktu widzenia. Podobnie jest z Adrianem Zandbergiem, który znakomicie, bo merytorycznie, wypada w debatach.

Myślę, że Trzaskowski zdaje sobie sprawę, iż jego przekaz nie jest spójny, i choć zapewne ma przećwiczone odpowiedzi na kłopotliwe pytania, to podskórnie czuje, że jest to nieprzekonujące – być może nawet dla niego samego. Widać, że w trudnych momentach, jak chociażby ten z flagą LGBT postawioną przed nim przez Nawrockiego, nie potrafi zareagować: gdyby naprawdę wspierał to środowisko, przyjąłby flagę i odpowiednio to skomentował, co przecież nie jest jakoś kłopotliwe – można było to świetnie obrócić na swoją korzyść. Zresztą gestu takiego można było się spodziewać, by przypomnieć tylko postawienie przez Andrzeja Dudę proporczyka z logiem PO przed Bronisławem Komorowskim w czasie walki o prezydenturę nieomal dekadę temu. Świetnie zachowała się Magdalena Biejat, która nie wstydziła się tęczowej flagi, a dzięki temu gestowi, jej poparcie wzrosło, gdyż okazała się autentycznie przywiązana do swoich wartości.

Pewnym kłopotem dla Trzaskowskiego okazała się także informacja, iż w jego sztabie, także przed debatą w Końskich, znalazła się znana psycholog Natalia de Barbaro, która miała go do tego występu przygotowywać. Psychologowie współpracują z politykami, jednak ujawnienie takiej informacji nie robi dobrego wrażenia, gdyż przedstawia Trzaskowskiego jako kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, tj. nie jest na tyle silny, aby sobie poradzić samodzielnie. Oczywiście w pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ale jednak pozostawia pewną wątpliwość względem siły jego charakteru, nawet jeśli tylko na poziomie emocji a nie racjonalności.

Ponadto należy docenić zorganizowanie debaty przez TV Republikę, która – zaryzykowałbym takie stwierdzenie – przełamała hegemonię mediów lewicowo-liberalnych. Brak udziału Trzaskowskiego w tej debacie nie zrobił dobrego wrażenia na Polakach, gdyż prawie 45 procent negatywnie oceniło decyzję o odmowie uczestniczenia w niej. Uważam, że Trzaskowski nie przyszedł, bo wiedział, że w mediach innych niż sprzyjające PO po prostu nie da sobie rady.

Jak medialnie „ustawić” starcie obu głównych kandydatów, aby wygrał Nawrocki?

Nawrocki musi stać się przedstawicielem całej opozycji, wszystkich tych, którzy nie chcą „domknięcia systemu”, by użyć sformułowania Grzegorza Schetyny zdradzającego rolę prezydenta z PO. Wszystkich ludzi niezadowolonych z obecnych rządów, a tych jest większość, która dodatkowo rośnie, niż zadowolonych. Trzaskowski musi zostać pokazany tym, kim jest: przedstawicielem liberalnych elit, którym zależy tylko na władzy (czytaj: dostępie do środków finansowych), podwładnym Donalda Tuska, słabo radzącym sobie prezydentem Warszawy, post-polityczną wydmuszką PR-ową bez własnego zdania i poglądów. Kimś, kto tak jak typowy przedstawiciel bezkrytycznego uwielbienia dla Unii Europejskiej, jest w gruncie rzeczy marionetką w rękach przedstawicieli tzw. starej Unii, co świetnie widać przy okazji m.in. obecnych planów rozwoju systemu przemysłu zbrojeniowego w krajach Unii.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

Na ratunek zakładom

Na ratunek zakładom

Związkowcy z zakładów Cegielskiego alarmują w sprawie trudnej sytuacji przedsiębiorstwa.

Jak informuje portal Defence24.pl, rośnie niepokój w zakładach im. H. Cegielskiego w Poznaniu. Związkowcy uważają, że w firmie dzieje się źle i apelują do posłów z regionu o interwencję w tej sprawie.

Niepokój związkowców budzi po pierwsze sytuacja finansowa przedsiębiorstwa, po drugie natomiast brak zamówień zbrojeniowych. Firma nie ma płynności finansowej, a wynagrodzenia zostały zamrożone. Brak zamówień ze strony sektora zbrojeniowego skutkuje brakiem dochodów. Firma, zamiast obiecywanego rozwoju, przeżywa stagnację.

We wrześniu 2023 roku, tuż przed wyborami, zakłady Cegielskiego włączono do struktur Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Planowano nowe kontrakty związane z rozwojem polskiej obronności. Miało to tchnąć w zakłady nowe życie. Po wyborach i zmianie władzy nic z tego nie wyszło. Kontrakty z PGZ nie napłynęły, nowej produkcji zbrojeniowej brak.

Przedstawiciele NSZZ „Solidarność” i Związku Zawodowego Metalowców alarmują, że w firmie dzieje się źle. Zaprosili posłów z Poznania i Wielkopolski na spotkanie omawiające sytuację w zakładzie. Weszli także w spór zbiorowy z władzami przedsiębiorstwa.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Radomil talk – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1633303)

Hutnicy walczą razem

Hutnicy walczą razem

Sześć największych związków zawodowych w hutnictwie szykuje demonstrację w obronie tego sektora.

Jak informuje portal Tysol.pl, 21 maja odbędzie się przed gmachem Sejmu demonstracja hutników w obronie tej branży i miejsc pracy w niej. Ponad podziałami organizuje demonstrację 6 największych związków zawodowych z tego sektora.

Protest organizują Krajowa Sekcja Hutnictwa NSZZ „Solidarność”, FZZ Metalowców i Hutników w Polsce, PZZ „Kadra”, OZZZ Pracowników Ruchu Ciągłego, „Solidarność 80” i WZZ „Sierpień 80”. Na konferencji prasowej ich przedstawiciele poinformowali w Katowicach o przyczynach protestu.

Szef hutniczej „Solidarności” Andrzej Karol powiedział: „W ciągu pięciu lat ceny energii dla przemysłu energochłonnego w Polsce wzrosły o 80 proc. Nasz przemysł nie jest gotowy, aby konkurować nawet w obrębie Unii Europejskiej, nie mówiąc już o krajach spoza UE”. Jego zdaniem skutkuje to zwolnieniami grupowymi – od roku 2024 było ich w polskim hutnictwie ponad 1200, a spodziewane są kolejne. Zlikwidowano także połowę mocy produkcyjnych w hutnictwie rur stalowych.

Związkowcy oczekują pilnych działań rządu w celu ochrony tego sektora. – „Potrzebne nam są pilne regulacje, ochrona rynku, zwrócenie uwagi rządzących na problemy hutnictwa. Stal jest nam potrzebna. Nie ma Polski bez stali” – mówiła Anastazja Karwat, przewodnicząca Sekcji Hutnictwa Ogólnokrajowego Zrzeszenia Związków Zawodowych Pracowników Ruchu Ciągłego.

Manifestacja w obronie hutnictwa odbędzie się 21 maja w Warszawie o godz. 12.00 pod Sejmem.

Kombinują przy ulgach?

Kombinują przy ulgach?

Poseł Michał Moskal krytykuje rząd za chaotyczne plany zmian w ulgach przejazdowych, które mogą uderzyć w kieszenie najbiedniejszych Polaków.

Poseł na Sejm RP Michał Moskal, wraz z posłami Andrzejem Adamczykiem, Mariuszem Błaszczakiem, Dariuszem Stefaniukiem i Anną Gembicką, złożył interpelację poselską (nr 9461) do Ministra Infrastruktury Dariusza Klimczaka z PSL, ostro krytykując rząd za chaotyczne i nieprzejrzyste plany zmiany systemu ulg przejazdowych na kolei i w autobusach. Interpelacja, zgłoszona 22 kwietnia 2025 r., ujawnia brak analiz, konsultacji i odpowiedzialności w pracach resortu, co może prowadzić do pozbawienia zniżek najbiedniejszych Polaków, w tym emerytów, osób z niepełnosprawnościami i rodzin wielodzietnych, korzystających z ulg w drodze do szkoły, uczelni czy lekarza.

Ulgi przejazdowe to zniżki na bilety kolejowe i autobusowe, przysługujące ustawowo różnym grupom społecznym, takim jak studenci, emeryci, osoby z niepełnosprawnościami, weterani, żołnierze czy rodziny wielodzietne. Najczęściej obejmują one zniżki od 37% do 95%, w zależności od grupy, i są zapisane w różnych ustawach. Umożliwiają one tańsze podróże, często kluczowe dla najuboższych, którzy korzystają z transportu publicznego, by dotrzeć do pracy, lekarza, szkoły czy uczelni. Według informacji medialnych, Ministerstwo Infrastruktury planuje „uproszczenie” systemu, ograniczając ulgi do dwóch poziomów – jednej wysokiej (ok. 50%) i jednej niższej – bez jasnych szczegółów, kto na tym straci.

„Rząd pod wodzą PSL-owskiego ministra Dariusza Klimczaka szykuje zmiany, które mogą być ciosem w kieszenie najbiedniejszych. Emeryci, studenci, osoby z niepełnosprawnościami, którzy dzięki ulgom jeżdżą na wizyty lekarskie czy do szkoły, mogą stracić dostęp do tańszych biletów. To skandaliczne, że resort działa w chaosie, bez analiz i konsultacji” – powiedział poseł Michał Moskal.

Interpelacja wskazuje na brak przejrzystości w planach resortu, który nie określił, które grupy stracą dotychczasowe zniżki, ani kiedy zmiany wejdą w życie – w 2025 czy 2026 r. Poseł Moskal krytykuje również przekazanie prac nad projektem departamentowi budżetu zamiast departamentowi kolejnictwa, co świadczy o braku koordynacji.

„Pytam, kto z kierownictwa Ministerstwa Infrastruktury pilotuje projekt zmian w ulgach przejazdowych – czy sam Minister Klimczak, czy jego podległy wiceminister? Brak jasności w tej sprawie to dowód na chaos i lekceważenie potrzeb najsłabszych grup społecznych” – stwierdził poseł Moskal.

Poseł Moskal pyta w interpelacji, dlaczego ministerstwo nie przedstawiło szczegółów zmian, czy analizowano wpływ na grupy zależne od ulg (emeryci, osoby z niepełnosprawnościami, rodziny wielodzietne), kiedy odbędą się konsultacje publiczne i jak rząd uzasadni obniżenie zniżek w dobie rosnących kosztów życia. Zwraca też uwagę na brak działań zapobiegających wykluczeniu transportowemu i pyta o alternatywne rozwiązania, które nie ograniczałyby uprawnień beneficjentów.

„W czasie galopującej inflacji rząd powinien wspierać najuboższych, a nie odbierać im ulgi na przejazdy do lekarza czy szkoły. Ministerstwo Infrastruktury działa po omacku, narażając Polaków na wykluczenie transportowe. To polityka antyspołeczna, za którą zapłacą najsłabsi” – podkreślił poseł Moskal.

Interpelacja nr 9461 została opublikowana na stronie Sejmu RP i jest dostępna pod tym linkiem: https://www.sejm.gov.pl/Sejm10.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=DG3AHC

Poseł Moskal wzywa rząd do wycofania się z chaotycznych planów, przeprowadzenia szerokich konsultacji społecznych i przedstawienia analiz, które zagwarantują, że żadna grupa nie straci dotychczasowych ulg.

„Nie pozwolimy, aby rząd po cichu odbierał Polakom prawo do tańszych podróży. Najbiedniejsi zasługują na wsparcie, a nie na kolejne obciążenia” – podsumował poseł Moskal.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)

Zwalniają w IT

Zwalniają w IT

Zwolnienia grupowe zapowiedziała firma z branży IT.

Jak informuje portal Biznes.o2.pl, zwolnienia grupowe zapowiedziała firma Atos. Działa ona w branży IT i w całej Polsce zatrudnia ponad 4000 osób. Teraz postanowiła zwolnić 58 osób w oddziale w Bydgoszczy. Pracownicy mówią, że skala zwolnień może być większa i wynieść 200 osób. Firma jest jednym z największych pracodawców w Bydgoszczy.

Na pewno wypowiedzenia dostanie 58 osób, tyle zgłoszono do urzędu pracy jako otrzymujące wypowiedzenia do końca kwietnia. W firmie panuje jednak strach przed dalszymi zwolnieniami. Pracownicy relacjonują mediom, że nagle otrzymują informacje o zwolnieniu. Dotyczy to także pracowników, wobec których nie było do niedawna żadnych zastrzeżeń, a teraz przedstawiane są im obszerne wykazy rzekomych słabości i błędów.

Podatkami w silnych, nie w słabych

Podatkami w silnych, nie w słabych

Jedno z miast w Czechach podnosi podatki centrom handlowym, aby nie podnosić ich mieszkańcom.

Jak informuje Patriot Magazin, na ciekawy pomysł wpadły władze morawskiego miasta Valašské Meziříčí w Republice Czeskiej. Aby zwiększyć wpływy podatkowe do budżetu miasta w obliczu wyższych kosztów, postanowiły dodatkowo opodatkować duże centra handlowe. Pozwoli to nie podwyższać podatków lokalnemu drobnemu biznesowi oraz mieszkańcom.

W stolicy subregionu Morawska Wołoszczyzna od 1 stycznia 2026 roku będą wyższe podatki dla lokalnych centrów i sieci handlowych, zdominowanych przez wielki zagraniczny biznes. Zapłacą one wyższe podatki od nieruchomości. Miasto w tym celu wprowadziło nowe regulacje, dzielące przestrzeń miasta i gminy na pięć kategorii podatkowych. Te zajmowane przez handel wielkopowierzchniowy zostaną objęte najwyższą stawką.

Mocniej opodatkowane będą strefy handlowe obejmujące supermarkety Billa, Kaufland, Lidl, Penny Markt, Tesco i Uni Hobby w całej gminie Valašské Meziříčí. Spodziewane wpływy z tego podatku wyniosą równowartość około pół miliona złotych. Wedle wyliczeń władz miasta pozwoli to nie tylko nie podnosić podatków od nieruchomości zwykłym mieszkańcom oraz drobnym lokalnym firmom, lecz także mieć nowe środki m.in. na remonty infrastruktury, nowe nasadzenia zieleni miejskiej itp.

Długie szukanie pracy

Długie szukanie pracy

Poszukiwanie pracy jest obecnie rekordowo długie od lat.

Jak informuje Polska Agencja Prasowa, z nowej edycji badań Monitora Rynku Pracy, przeprowadzonych przez Instytut Badawczy Randstad i Instytut Badań Pollster, wynika, że średni czas poszukiwania pracy jest obecnie rekordowo długi od lat.

Poszukiwanie pracy zajmuje obecnie średnio 3,3 miesiące. To wynik rekordowo długi w ostatnich latach. Takie realia mocno ograniczają perspektywę zmiany pracy. Na taką zmianę bowiem wciąż są chętni, ale nie mają oni możliwości podjęcia decyzji z powodu braku alternatyw. W raporcie napisano: „To, że rotacja pracowników nie należy do wysokich, nie tyle może wynikać z tego, że pracownicy nie chcą zmieniać miejsca zatrudnienia. Chęci są – na to wskazują deklaracje o poszukiwaniu pracy. Odsetek osób, które aktywnie poszukują pracy lub rozglądają się za możliwościami zmiany bije kolejne rekordy”.

47% zatrudnionych nie szuka aktywnie nowej pracy, ale analizuje oferty. 12% aktywnie poszukuje nowego zatrudnienia – to wzrost o cztery punkty procentowe w czasie kwartału. Znowu zmalał odsetek pracowników zadowolonych z warunków swojego zatrudnienia – obecnie wynosi on 71%. Szczególnie wysokie wskaźniki niezadowolenia są w sektorze handlowym oraz wśród inżynierów.

Apel do central związkowych

Apel do central związkowych

Związki zawodowe z kopalni Bogdanka apelują o wspólne działania w obronie polskiego przemysłu.

Związki zawodowe z kopalni Bogdanka – Związek Zawodowy Przeróbka, Związek Zawodowy Górników, „Solidarność” i Kadra – zaapelowały do liderów trzech dużych central związkowych o wspólne działania w obronie polskiego przemysłu. Oto treść ich apelu skierowanego do Piotra Dudy (szef Solidarności), Piotra Ostrowskiego (lider OPZZ) i Doroty Gardias (przewodnicząca Forum Związków Zawodowych):

Zwracamy się do was z gorącym apelem o wspólne i skoordynowane działania wszystkich trzech central na rzecz obrony miejsc pracy, polskiego przemysłu i sprawiedliwej transformacji oraz podjęcie ogólnopolskiej akcji protestacyjnej przeciwko destrukcyjnej polityce Zielonego Ładu. Uważamy, że sytuacja dojrzała do wspólnego wystąpienia w ogólnopolskiej manifestacji wszystkich central.

Organizacje związkowe Lubelskiego Węgla „Bogdanka” S.A. są zaangażowane w walkę z negatywnymi skutkami Zielonego Ładu i bezskuteczne domaganie się planów sprawiedliwej transformacji uwzględniającej potrzeby i interesy pracowników oraz społeczności lokalnych. Przez ostanie pół roku wykonaliśmy ogromną pracę. Dwie wielkie manifestacje, spotkania z mieszkańcami regionu, protest głodowy, kampania medialna. Wysyłaliśmy nasze stanowiska i żądania do wszystkich właściwych ministerstw, byliśmy na różnego rodzaju komisjach sejmowych. Zrobiliśmy wszystko, co się dało, żeby wprowadzić do debaty publicznej i nagłośnić tę najważniejszą dziś sprawę dla polskiego świata pracy.

Po kraju przetacza się fala zwolnień, zagrożone są kolejne gałęzie przemysłu. Kiedy rozmawiamy z kolegami i koleżankami i organizacjami z innych zakładów pracy, słyszymy, że jest oczekiwanie na zdecydowane działanie central związkowych. Nie możemy dopuścić do likwidacji kolejnych zakładów pracy i domknięcia systemu według neoliberalnej doktryny z lat 90., że pożądane jest żeby duże zakłady pracy upadały, bo są przeszkodą w reformach, gdyż są tam organizacje związkowe. Jeśli Zielony Ład, który jest neoliberalnym instrumentem ekonomicznym domknie ten system, to zagrożony jest także ruch pracowniczy, zbiorowe prawo pracy i jakość stosunków pracy w Polsce.

Wyczerpuje się formuła działań i protestów poszczególnych organizacji związkowych z osobna. Rząd nie reaguje. My oczywiście będziemy walczyć do końca o nasze prawa pracownicze i przyszłość naszego regionu, ale już dawno wiadomo, że Zielony Ład zagraża nie tylko górnikom. On zagraża wszystkim pracownikom w Polsce. Związki zawodowe mają obowiązek powiedzieć: „Stop prywatyzacji zysków i upublicznieniu strat. Nie będziemy płacić za wasz Zielony Ład”. Tylko zorganizowany ponad podziałami ogólnopolski ruch związkowy może tego dokonać i to jest właśnie ten moment na wspólne działanie.

Wzywamy do wspólnej, ogólnopolskiej manifestacji w Warszawie, która zjednoczy ruch związkowy wobec wspólnej sprawy oraz do wspólnego przygotowania strajku generalnego. Naszym zdaniem to ostatni moment. Potem nie będzie już komu tego zrobić, bo nie będzie nas.

Oblicza studenckiej walki

Oblicza studenckiej walki

***

 

Przedsłowie

W ciągu ostatnich lat, gdy studenci i studentki w Polsce na nowo zaczęli organizować się wokół spraw dziejących się tu i teraz, powróciło pytanie o formy oporu i ich społeczną skuteczność. „Od Jowity do Kamionki” to nie tylko tytuł, ale też metafora przemieszczania się studenckiego gniewu i nadziei – od lokalnych zajęć budynków po ogólnopolski rezonans.

Publikacja, którą oddajemy w ręce czytelniczek i czytelników Nowego Obywatela to analiza tych wydarzeń, ze szczególnym naciskiem na relacje medialne z okupowanego w maju zeszłego roku akademika Kamionka w Krakowie. To też próba uchwycenia, jak okupacje uniwersyteckich przestrzeni zmieniają język, w którym mówimy o protestach, władzy i sprawiedliwości społecznej. Autorki łączą perspektywę uczestniczącą z badawczą wrażliwością, przyglądając się, jak ruch studencki wpływa na dyskurs medialny – i co z tego wynika dla przyszłości społecznych mobilizacji w Polsce.

Zamiast nostalgii za dawnymi buntami, mamy tu żywą refleksję nad tym, jak dzisiejsze pokolenie formułuje swoje postulaty, jak radzi sobie z represjami i jak przebija się przez medialny szum, przyjmując momentami ton know-how dla wszystkich ruchów oddolnych, które próbują zyskać medialną widzialność.

Tekst, który macie Państwo przed sobą pochodzi z wydanej niemalże rok po zakończeniu strajku w domu studenckim Kamionka książki ,,Kamionka Zostanie”.

Cała książka dostępna jest za darmo pod linkiem: https://www.ozzip.pl/publikacje/ksiazki-i-broszury/item/3079-kamionka-zostanie-rok-okupacji

Zachęcamy do zapoznania się z zawartymi w niej tekstami!

Od Jowity do Kamionki. Jak studenckie okupacje zmieniają dyskurs medialny?

Od wielu lat media nie musiały zadawać sobie specjalnego trudu, by relacjonować strajki studenckie. Nie musiały, bo zwyczajnie ich nie było. Od kiedy studenci i studentki okupujący w 2018 roku rektorat UW w sprzeciwie wobec reformy Jarosława Gowina opuścili budynek, w Polsce ten rodzaj aktywności protestacyjnej po prostu nie miał miejsca.

Grudzień 2023 roku przyniósł istotne zmiany, a od okupacji poznańskiej Jowity mieliśmy i mamy do czynienia kolejno z: okupacją Domu Studenckiego „Kamionka” oraz okupacjami propalestyńskimi na Uniwersytetach Warszawskim, Jagiellońskim i Wrocławskim. To zasadnicza zmiana trendu. Nie sugerujemy tutaj, że ruch studencki to coś, co odrodziło się nagle po latach stagnacji. Zaznaczamy wyłącznie, że w dyskursie medialnym studenckie strajki okupacyjne to coś stosunkowo nieznanego i paradoksalnie… w dużym stopniu to od nas zależy, jak „przesunie się” mityczny „dyskurs”.

W książce „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego” mogłyśmy przeczytać tekst „Jak sprzedać radykalny protest mainstreamowym mediom”. Po okupacji Kamionki pora spojrzeć na media z nieco innej perspektywy. W końcu od zakończenia okupacji Jowity minął rok, od Kamionki zaś kilka miesięcy, a Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej ciągle działają i pozostają widoczne. Pochylmy się więc nad tym, jak relacjonowano majową okupację oraz co mówi to o obecnym miejscu ruchu studenckiego w mediach głównego nurtu? Zastanówmy się, jakie korzyści i wyzwania wiązały się z naszą obecnością w mainstreamie, co zmieniło się od okupacji Jowity i jaką rolę obecnie odgrywają te wydarzenia dla samych studiujących. Naszą analizę oparłyśmy z jednej strony na doświadczeniach z wewnątrz strajku, z drugiej – posłużyłyśmy się historyczną analizą dyskursu, mającą na celu dekonstrukcję warstwy językowej i ideologicznej danego przekazu, ujawnienie dominacji, nierówności, manipulacji, utartych motywów, kontekstów, a nawet budowania teorii spiskowych. Przyjrzałyśmy się około dwudziestu materiałom powstałym w różnych momentach procesu mobilizacji i walki o akademik, a płynące z analizy wnioski przedstawiamy w tym krótkim, ale, mamy nadzieję, prostym i przydatnym dla ruchów społecznych tekście.

Od działania do nagłówków

Choć konflikt wokół Jowity trwał miesiącami, jego eskalacja, a jednocześnie największe zainteresowanie z zewnątrz przypadło na okres prowadzonej w domu studenckim okupacji. Gabriela Wilczyńska, jedna z uczestniczek okupacji Jowity, relację z mediami wspomina następująco: „Pamiętam, że siedzieliśmy w środku i sprawdzaliśmy, czy wieść zaczęła się już nieść. Gdy pojawił się pierwszy artykuł, dalej poszło z górki”. Z kolei Amelia Antonowicz, uczestnicząca w okupacji Kamionki, zwraca uwagę: „Wraz z kolejnymi dniami, walka studentów z kryzysem mieszkaniowym przestała wzbudzać równie duże zainteresowanie”. Dodaje również, że odbiór strajkujących był zależny od mediów: „Były to reakcje oscylujące między dumą a niezrozumieniem, czasem nawet lekką kpiną, jakby w Jowicie odgrywany był jakiegoś rodzaju performans. Pamiętam wzrok dziennikarzy wyrażający zaciekawienie i współczucie, który wraz ze zmianą stron wypowiadających się w materiale momentalnie stawał się profesjonalny i poważny”. Dla strajkujących ogromnym zaskoczeniem było to, że wraz z okupacją po raz pierwszy w mediach pojawiły się ich postulaty oraz treści dotyczące kwestii socjalnych. Gabriela wspomina: „Mówiono o kryzysie mieszkaniowym, patrzono przychylnie na postulat utrzymania akademika, porównywano stan uczelni sprzed dekad z obecnym i faktycznie przebił się przekaz o młodości, którego wcześniej nie dostrzegaliśmy na taką skalę”. W naszej rozmowie Amelia zwróciła uwagę na sposób prowadzenia narracji przez media. Jak przekonacie się w dalszej części tekstu, szerszy kontekst konfliktu o akademik pojawił się w nich dopiero z czasem: „W gruncie rzeczy wszystkie nagłówki wyglądały bardzo podobnie, co tylko dowodziło, jak małe zainteresowanie wzbudzały kwestie kryzysu mieszkaniowego, polityki uczelni i prywatyzowania jej zaplecza socjalnego. Czytelników przyciągał przede wszystkim fakt „okupowania” czy „strajku”, a teksty dziennikarek i dziennikarzy często nie wychodziły poza stan DS „Jowita”, przez co sekcje komentarzy pod ich artykułami przepełnione były rozgoryczonymi trollami internetowymi”.

Rozmowa z mediami po zerwanych negocjacjach, 20.05.2024 r. (fot. Jakub Straszewski)

 

Z oczywistych względów pierwsza studencka okupacja od lat wzbudziła zainteresowanie mediów. Była „klikalna”, była interesująca, dotykała problemów ogromnej części społeczeństwa, bo przecież akademiki to także infrastruktura mieszkaniowa, a problemy mieszkaniowe w przypadku większości z nas nie znikają po studiach.

Kto mówił o Kamionce?

Z inicjatywy członków i członkiń Krakowskiego Koła Młodych OZZ IP media zostały zaangażowane w walkę o Kamionkę od samego początku. Już 23 kwietnia 2024 roku, czyli w dniu publikacji petycji w obronie Kamionki, pisały o niej lokalne media. Love Kraków [1], Eska Kraków [2] czy Radio Kraków [3] skupiały się na udostępnianiu informacji o akademiku, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie praca krakowskich działaczy. Informacje dotyczyły między innymi dobrego faktycznego stanu technicznego Kamionki wbrew wszelkim zapewnieniom Senatu Uczelni. O komentarz do sytuacji media prosiły zarówno działaczy Inicjatywy Pracowniczej, jak i rzecznika prasowego Uniwersytetu Jagiellońskiego – uwaga medialna była gdzieś pośrodku. W cieniu problemów socjalnych na prestiżowym uniwersytecie odbyła się kampania wyborcza przed wyborami na nowego rektora. Rektor elekt, profesor Piotr Jedynak, nie pozostał obojętny wobec medialnego szumu i przekazał „Gazecie Wyborczej” [4] informację o możliwości remontu Kamionki. Najpierw wyszedł do mediów, nie do studentów. To dość dobitny sygnał dbania przede wszystkim o swój dobry PR. Sama okupacja Kamionki została wspomniana w lokalnych mediach, jak choćby w „Gazecie Krakowskiej” czy TVP Kraków, a także ogólnopolskich tygodnikach i portalach. Wśród nich głos zabrała „Polityka”, w artykule z nagłówkiem Strajk okupacyjny w Kamionce. Studenci walczą o krakowski akademik [5]. Również na lewicującym OKO.press pojawiło się kilka artykułów, w materiałach wideo oddano głos członkiniom KMIP i opatrzonymi nagłówkiem wyrażającym studencką perspektywę: Okupacja akademika w Krakowie: UJ obiecuje, że Kamionka zostanie. Studenci nie wierzą [6]. W „Krytyce Politycznej” ukazywały się artykuły dokumentujące kolejno każdy przełomowy moment okupacji [7].

Kamionka w czasie strajku, 24.05.2024 r. (fot. Przemysław Mitka)

 

Nie zabrakło tekstów w najpopularniejszych portalach internetowych, jak choćby w Wirtualnej Polsce [8], Interii [9], Onecie [10] czy RMF24 [11]. Pierwszy z nich traktował o ratowaniu Kamionki i w akapicie o „tragicznej” sytuacji mieszkaniowej w Krakowie rysował kontekst protestu. Interia opowiadała o „obronie” akademika, umieszczając cytaty zarówno Rektora UJ, jak i członków Krakowskiego KMIP. Ostatni alarmował Studenci nadal okupują budynek! Najbardziej mainstreamowi mogliśmy się jednak poczuć dzięki materiałowi z „Wydarzeń 18.50” na Polsacie, a także artykułom i materiałom z TVN24. Imponujące lub nie – Polska znów mogła usłyszeć o studentach i naszych problemach. Czy uwaga była przelotna, a my staliśmy się kolejnym linkiem w otchłani internetu? Czy jednak to, jak nas przedstawiono, wpłynie na przyszłość ruchu studenckiego?

Teksty balansują na cienkiej granicy obiektywizmu, czasem nieznacznie tracąc równowagę, przechylając się w stronę pro- lub antystudencką. Nie znalazłyśmy jednak treści, które jednoznacznie potępiałyby działania protestujących. Popularne portale zachęcają do kliknięcia chwytliwymi nagłówkami, ukazują członków Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej na zdjęciach z transparentami, zapewniają krótki opis wydarzeń i niewielki, ale pomocny kontekst strajku okupacyjnego. Teksty stron, które spokojnie można określić mianem „lewicujących”, opisują szczegóły wydarzeń bardzo dokładnie, prezentując listę żądań studentów, ilustrując artykuły zdjęciami czy filmiki. Jak jednak mówili o nas i naszych protestach „najwięksi gracze”?

„Wydarzenia 18.50”

Materiał z Polsatu był na początku prac nad tekstem niczym lost media. Obie go pamiętałyśmy, widziałyśmy go na własne oczy i wydawało nam się, że istnieje. Dotarcie do niego nie było jednak takie proste. Nie udało się odnaleźć go na stronach Polsatu, nie pojawiał się również w kolejnych kartach żadnej z głównych wyszukiwarek. Z pomocą przyszło nam jednak Internet Archive, a nasze małe śledztwo dowiodło, że faktycznie o Kamionce mówiono w „Wydarzeniach”! Już choćby ta sytuacja obrazuje, jak ważne jest zbieranie danych, materiałów i dokumentowanie naszych działań – wiele rzeczy ginie w otchłani internetu, przesyconego „kontentem” na każdy możliwy temat.

Najważniejsze decyzje były podejmowane przez wszystkich okupujących na wspólnych zebraniach, 22.05.2024 r. (fot. Adam Ochwat)

 

20 maja 2024 roku miały mieć miejsce rozmowy protestujących z przedstawicielami Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Wydarzeniom” Polsatu nie mogła się trafić lepsza okazja do nagrania materiału o strajku. Oto w jednym miejscu spotykają się strony konfliktu sugerowanego już w tytule materiału: Spór o akademik. Stronami sporu byli oczywiście strajkujący i władze uniwersytetu. Takie postawienie sprawy burzy wizję jakiejkolwiek akademickiej wspólnoty. Podtrzymywany od pokoleń mit „wspólnoty” akademickiej stopniowo zajęły indywidualizacja systemowych problemów, nieustający pęd i powszechna rywalizacja. Nad wszystkim zaś panuje niepodzielnie absolutna „spychologia” stosowana przez władze uczelni.

Podczas wizyty dziennikarzy w Kamionce doszło do niespodziewanej sytuacji, idealnie oddającej siłę, którą dostrzegamy w przekazach medialnych. 20 maja 2024 roku mieliśmy rozpocząć mediacje, a realizacja postulatów doprowadziłaby do zakończenia strajku. Podążając za wieloletnim doświadczeniem naszego związku, wiedzieliśmy, że nie możemy dopuścić do rozmów za zamkniętymi drzwiami. To klasyczna taktyka pracodawców stosowana w celu złamania zjednoczonej wokół problemu załogi. Poza tym media w przypadku tak dużej dysproporcji autorytetów są bezwzględnym zabezpieczeniem przed przekraczaniem kompetencji przez władze. Mimo wszystko w tak stresującym momencie czujemy się bezpieczniej, wiedząc, że ktoś „z zewnątrz” zrelacjonuje sposób prowadzenia rozmów.

Głowy Uniwersytetu Jagiellońskiego przyjechały do nas jednak z innymi założeniami: już od początku, bez konsultacji z nami rozpoczęto wypraszanie mediów z pomieszczenia, w którym mieliśmy rozmawiać. Był to moment zerwania negocjacji, który w materiale dla Polsatu kanclerz Uniwersytetu Jagiellońskiego Monika Harpura podsumowała słowami: „Musimy przerwać te rozmowy na chwilę, aż emocje opadną. [Strajkujący] Nie są zainteresowani rzeczywistym rozwiązaniem tego konfliktu. Są zainteresowani tylko tym, żeby pozostać w budynku”. Słowa te padły przed Kamionką, po której opuszczeniu władze Uniwersytetu Jagiellońskiego od razu zawłaszczyły kamery i przedstawiały obszerną relację, konstruując negatywny wizerunek strajkujących jako rozemocjonowanych, radykalnych outsiderów. Bez wątpienia próbowano również wykorzystać media do kreowania retoryki wykluczenia, opierającej się na budowaniu dychotomii „my” kontra „oni”. Ten zabieg często prowadzi do obarczania „obcych” winą za zjawiska społeczne będące rezultatem znacznie bardziej złożonych procesów. Dodatkowo w trakcie konferencji prasowej posługiwano się retoryką strachu przy opisywaniu tego, co robimy w Kamionce. Bo to ze względu na nasz strajk i nieakceptowalną przez Uniwersytet Jagielloński taktykę (wszystkie sprawy według władz powinien rozwiązywać samorząd), stwarzamy zagrożenie. Żeby jeszcze bardziej nas „zabezpieczyć”, w budynku należało odciąć prąd i gaz, kreując własny wizerunek medialny jako strony zatroskanej i zaniepokojonej samą formą protestu.

Nakręcony przez Polsat materiał trwał około czterech minut. Większość tego ekranowego czasu otrzymali strajkujący. Nie stawia to oczywiście materiału ani stacji w pozycji polityczno-ideologicznie prostudenckiej, jednak z całą pewnością został przygotowany w sposób rzetelny, zarysowując szerszy kontekst konfliktu zrozumiały dla niezaangażowanych odbiorców. Przypomniano historię obronionej w grudniu 2023 roku Jowity oraz załączono wypowiedź Szymona Radomskiego z Inicjatywy Pracowniczej, dotyczącą relacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza ze studentami i studentkami chcącymi do Jowity wrócić. Radomski wskazywał w istocie na brak relacji pomiędzy władzą a studentami, wpisując tym samym całą sytuację w topos „ciężaru”, którym byłaby bezpośrednia relacja uczelni ze studentami – gdyby w ogóle istniała. Rozmowy i spotkania miałyby stanowić logistyczny problem i brzemię. W mniemaniu uczelni trudno je zrealizować. Bierność Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wobec Jowity, jak relacjonował w analizowanym materiale doktor Marcin Wysocki, nie wynikała z braku chęci czy zaangażowania w problem, ale raczej wynikała z czynnika zupełnie zewnętrznego, czyli „wyników konkursu architektonicznego”. W tej narracji nie ma winnych tragicznej sytuacji mieszkaniowej na poznańskim uniwersytecie. Zatem czy doszukiwanie się winnych nie jest siłowym stwarzaniem problemu? To pytanie wynikające z wykreowanej przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza narracji pada gdzieś między wierszami.

W materiale z „Wydarzeń” przedstawione zostały także statystyki dotyczące liczby miejsc w polskich domach studenckich, dołączono wypowiedź eksperta ds. rynku nieruchomości, który wypowiadał się na temat horrendalnych cen wynajmu mieszkań w Krakowie, a dziennikarka przygotowująca materiał zaznaczyła, że koszty życia studentek i studentów w ciągu ostatnich sześciu lat wzrosły dwukrotnie. Nie zabrakło także wypowiedzi samych strajkujących oraz kilku zdań o najważniejszym postulacie dotyczącym oddania Kamionki. W krótkim reportażu pokazano obrazy z codziennego życia w Kamionce podczas strajku, nasze pokoje i ogólnie panujący porządek. Usytuowało to materiał z Polsatu w kategorii rzetelnego sprawozdania.

TVN24

W przeciwieństwie do „Wydarzeń 18.50” materiały o Kamionce, które pojawiły się w TVN2415, są wciąż dostępne na oficjalniej stronie programu. Portal TVN24 zamieścił je, opatrując dwoma artykułami – z 21 oraz 28 maja 2024 roku. Pierwszy z nich nosi tytuł Studenci okupują nieczynny akademik, by „uchronić budynek przed sprzedażą”. Uczelnia zerwała rozmowy, drugi – Studenci kończą okupację akademika po porozumieniu z władzami uczelni.

Wybór treści TVN24 jednoznacznie wypływa z głównonurtowego charakteru stacji. Wiele osób regularnie ogląda ten kanał telewizyjny oraz przegląda serwis internetowy (według danych stacji, ponad 9 milionów użytkowników miesięcznie). Duża liczba widzów i czytelników mogła więc usłyszeć o okupacji w Domu Studenckim „Kamionka”. Oba teksty nie mają charakteru ani prouczelnianego, ani prostudenckiego. Opisują one niektóre wydarzenia strajku okupacyjnego, wśród nich: próby rozmów i ich zawieszenie, żądanie oddania Kamionki do użytku studentom, odcięcie prądu i gazu w akademiku przez władze uczelni, odejście od sprzedaży i deklaracja Uniwersytetu Jagiellońskiego w sprawie remontu, porozumienie stron. Materiały nawiązują do problemów młodego pokolenia związanych z edukacją wyższą oraz obecną sytuacją ekonomiczną, a także hierarchii charakteryzującej relację student–rektor. Natomiast nie pojawiają się w materiałach ani informacje dotyczące szerokiego kontekstu działań naszej organizacji, ani sformułowanie „ruch studencki”. Jest natomiast nawiązanie do okupacji Jowity z grudnia 2023 roku, ale jedynie pod postacią linku odsyłającego do poświęconego jej artykułu. Poprzednia okupacja została opisana nieco dokładniej, a informacje na jej temat umieszczono w znacznie szerszym kontekście.

W tym samym czasie pojawił się również około trzyminutowy materiał w „Faktach”. Przytoczmy jego fragment:

Grupa studentów 17 maja rozpoczęła strajk okupacyjny należącego do Uniwersytetu Jagiellońskiego nieczynnego Domu Studenckiego Kamionka, żądając wycofania się władz uczelni z decyzji o sprzedaży akademika, remontu budynku i możliwości zamieszkiwania tam od kolejnego roku akademickiego. Wskazywali na wysokie ceny mieszkań w Krakowie i duże zapotrzebowanie na miejsca w domach studenckich (TVN24, 28.05.2024).

„Ramowanie” (czyli sposób, w jaki informacje są przedstawiane, aby wpłynąć na interpretację lub postrzeganie danego tematu przez odbiorców) omówionych przez nas materiałów polega na przedstawieniu sytuacji w Kamionce jako konfliktu pomiędzy, z jednej strony, Kołami Młodych Inicjatywy Pracowniczej, a władzami Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz, z drugiej, głównym podmiotem strony uniwersyteckiej, Samorządem Studenckim. Zestawione zostają wypowiedzi i komunikaty prasowe dwóch stron, ich opinie i racje. W pierwszym artykule przeważają cytaty władz uczelni. Perspektywa studentów zostaje wyjaśniona dopiero na końcu przez przywołanie fragmentu oświadczenia KMIP i wypowiedzi jednej ze strajkujących. W artykule zamieszczonym później występuje większy balans wypowiedzi, aczkolwiek pojawia się stwierdzenie dotyczące stanowiska medialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego: „W dokumencie tym władze uczelni po raz kolejny potwierdziły, że jeszcze przed rozpoczęciem okupacji podjęły decyzję o wstrzymaniu procedury sprzedaży budynków dawnego akademika przy ul. Kamionka 11 i 11a”. Wszystko to cementuje obraz strony uczelnianej jako bardziej wiarygodnej, jednocześnie burząc wizję wspólnotowego charakteru uniwersytetu.

W tekstach uwypuklony zostaje aspekt prawny sytuacji, a relacja władzy mocno podkreślona. Dzieje się to poprzez użycie słów takich jak: „strony”, „władze”, „studenci”, „protestujący”, „uchwała”, „postulat”, „nielegalny”, „żądają”, „domagają się”. W tekstach brak słów silnie nacechowanych emocjonalnie – nie występują słowa „walka” czy „ratunek”. Określenia są pozornie neutralne. Mimo to malują one barwny obraz nierównych starań, oscylujących na granicy prawa i bezprawia. Z jednej strony uchwała, z drugiej – żądanie. Strona konfliktu nazywana Studentami i/lub Protestującymi zostaje przedstawiona jako grupa domagająca się czegoś od drugiej, silniejszej i praworządnej strony. Musi jednak uważać, żeby nie posunąć się zbyt daleko i nie zaprzepaścić szansy na osiągnięcie swojego celu. Dobrze odzwierciedla to relację faktycznie łączącą studentów z rektorem. Jedyną szansą na spełnienie naszych postulatów, podobnie jak w walkach na gruncie zakładu pracy, jest zbudowanie siły przetargowej, czyli zaangażowanie w konflikt jak największej liczby osób. Pojedynczy studenci, występując przeciw instytucji uniwersytetu, mogą zostać, niestety, łatwo zignorowani.

Artykuły relacjonują narracje, jakie przedstawiają na swój temat strony konfliktu. Segment tekstu z 21 maja nosi tytuł: Strajkują studenci UJ? „Są w mniejszości”. Autorzy przytaczają słowa Samorządu Studentów: „od początku strajku wśród protestujących zdecydowaną mniejszość (pojedyncze osoby) stanowią studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego – głównie są to osoby niezwiązane z UJ”. Tuż pod spodem cytat członków Krakowskiego KMIP: „Rektor nie uznał nas za reprezentantów interesu społeczności studenckiej i odesłał do samorządu, który zignorował nasze postulaty dotyczące DS Kamionka. Nie mieliśmy innego sposobu na kontynuowanie działań niż podjęcie akcji bezpośredniej”. Czy protestujący kłamią, że są studentami? A może rektor ignoruje swoich studentów? Autorzy nie stwierdzają, co jest prawdą. Unikają drażliwej kwestii, czy „jacyś związkowcy”, jak o sobie mówią, mogą być w ogóle studentami?

Oba materiały wideo o okupacji Kamionki przedstawione w TVN24 trwają ponad minutę. Przedstawiają perspektywy stron w sposób możliwie symetryczny – jeden zawiera cytat rzecznika prasowego Uniwersytetu Jagiellońskiego mówiącego o potrzebie zebrania przez Samorząd danych stwierdzających, czy Kamionka może być ponownie zamieszkana, drugi – studentki i przedstawicielki Inicjatywy Pracowniczej opowiadającej o trudnościach z otrzymaniem miejsca w akademiku. Słowom towarzyszy obraz wypowiadających je osób wraz z ujęciami: studentów w okupowanym akademiku podczas wykładu, rozkładu zajęć, korytarzy i plakatów. Widz zostaje zabrany do wnętrza Kamionki, gdzie obserwuje panujący spokój, czyta nasze postulaty na plakatach oraz ogląda wykłady prowadzone w ramach naszego miniaturowego uniwersytetu. Artykuły natomiast opatrzono zdjęciami, na których uwiecznieni zostali studenci i studentki oraz ich hasła, a także sam akademik z transparentem „Ratujmy Kamionkę”. Mityczni protestujący rzekomo niezwiązani z uniwersytetem mimo wszystko mają twarze, uśmiechy i realne potrzeby. Nie sieją chaosu, działają w sposób zorganizowany, mają swój cel.

W treściach TVN24 odnajdujemy retorykę oporu i konfliktu, a także topos niesprawiedliwości. Z jednej strony zwykli studenci zmagający się z ciężką sytuacją ekonomiczną spierają się z najstarszym uniwersytetem w Polsce w słusznej, z ich perspektywy, sprawie. Z drugiej strony zaskoczona, szanowana instytucja publiczna zmaga się z zakłócającymi porządek protestującymi.

Zarówno artykuły, jak i materiały wideo cechuje rzeczowa narracja, jednak są one krótkie i tym samym dosyć pobieżne. Jednocześnie nawet dzięki chwilowemu spojrzeniu do środka Kamionki widzimy życie, jakie protestujący tchnęli w niezamieszkany budynek. Przedstawione zostają nasze postulaty i mamy okazję sami się wypowiedzieć w swojej sprawie. Nie jesteśmy ignorowani – jesteśmy stroną konfliktu z żądaniami, która mimo dużo mniejszej siły ostatecznie osiąga swój cel. Co więcej, kilka miesięcy później, w „Faktach” TVN pojawia się materiał o wysokich cenach akademików. Pokazuje to, że być może nasze działania i obecność w mediach głównego nurtu wpłynęły na nie nieco bardziej trwały sposób.

Ruch studencki w mainstreamie – narzędzie czy iluzja?

W znacznym stopniu to my sami zadbaliśmy o pojawienie się studenckich postulatów w mediach głównego nurtu. Każde większe działanie było zaplanowane, a punktem tego planu, były również notki prasowe i zaproszenia kierowane do redakcji, do których udało nam się pozyskać kontakt. Ogromną trudnością jest jednak przebicie się do głównych graczy rynku informacyjnego. Każdego dnia mogą oni wybierać, które spośród licznych wydarzeń zrelacjonują i które z nich okażą się najbardziej interesujące dla ich odbiorców. Samo zaistnienie w mediach nie było, nie jest i nie może być celem samym w sobie. Największe zmiany wynikają z bezpośredniego oporu, a dotarcie do mediów w przypadku ruchu studenckiego jest zbyt małym krokiem, aby naprawić lata zaniedbań polskiej akademii. Należy o tym pamiętać, ponieważ bardzo łatwo wpaść w pułapkę mediatyzacji protestu, stylizowaniu go tak, aby był atrakcyjny dla mediów, aby przekaz był wystarczająco zachowawczy, by w ogóle się nim zainteresowano. Wymyślanie coraz to nowszych form mających szokować, ponieważ to, co szokujące z większym prawdopodobieństwem zainteresuje redakcje i pojawi się w publikatorach z przyciągającymi nagłówkami, nie jest właściwą drogą.

Media to jednak wciąż doskonałe narzędzie wywierania presji na strony konfliktu, mogące zabezpieczać przed łamaniem naszych praw. Funkcjonujące na kształt korporacji uczelnie stanowczo nie mogą pozwolić sobie na skazy na własnym PR-ze. Poza tym dominująca narracja o sytuacji młodych osób wchodzących na rynek pracy, studentek i studentów, przedstawia nas jako biernych, leniwych i roszczeniowych. Od pewnego czasu obok nagłówków karmiących negatywne przekonania na nasz temat (Pokolenie Z pójdzie do pracy? Wystarczy drobny kryzys i wracają do rodziców czy Albo mieszkanie na kredyt, albo podróże po świecie. Zetki muszą określić swoje priorytety), pojawiają się artykuły relacjonujące trudności, z którymi musimy się mierzyć (Studenci szukają mieszkań na wynajem: ceny zwalają z nóg). To duża odmiana w kraju karmionym od dekad neoliberalnymi złudzeniami dotyczącymi sukcesu, zaradności, prywatyzującymi każdą życiową trudność. Zakładamy, że liczba tych artykułów może rosnąć i zapewne z czasem będzie coraz mniej klikalna, ponieważ zwyczajnie oswoimy się z tematyką studencką w mediach. To jednak nic złego dla ruchu, ponieważ to, co robimy, nie powinno nikogo szokować. Zajmujemy się przecież zasadniczymi problemami życia codziennego.

Z jednej strony dla organizacji tak młodej jak nasza media mogą być też okazją do przyciągania nowych członkiń i członków, a tym samym nowych perspektyw i pomysłów, które mogą się przerodzić w nowe działania. Im więcej członków i członkiń w naszych szeregach, tym większa siła przebicia. Pozytywne narracje medialne są też w stanie wpłynąć na społeczną przychylność. W jednym momencie nie jesteśmy już niebezpiecznymi radykałami, lecz ludźmi protestującymi w słusznej sprawie. Z większym poparciem łatwiej osiągnąć nasz cel.

Z drugiej strony czyhają na nas zagrożenia, jak choćby „zmęczenie materiału”, którego zalążki dostrzegłyśmy w przypadku materiałów TVN24 na temat przeprowadzonych przez nas strajków okupacyjnych. Jak wspomniałyśmy, pierwszy z nich został potraktowany z większym zainteresowaniem niż drugi. Możliwe, że z kolejną okupacją to zainteresowanie będzie jeszcze mniejsze, również w przypadku innych stacji i stron internetowych. Media mają również tendencję do faworyzacji tematów sensacyjnych, nowych, szokujących – prawdopodobnie dlatego narracja konfliktu aż tak wybrzmiała w tekstach na temat Kamionki. W kalkulacjach mediów nie liczą się zwycięstwa, a liczba widzów i wyświetleń. Niskie zainteresowanie medialne grozi w dłuższej perspektywie trudnościami w spełnianiu naszych potrzeb przez uniwersytety, a ich reakcje są dziś, jak wspomniałyśmy, motywowane głównie strachem przed negatywnym PR-em.

Z kolei powielana narracja konfliktu może wpłynąć na postrzeganie członków KMIP jako buntowników rujnujących porządek, wprowadzających jeszcze większy chaos w i tak dosyć chaotyczną rzeczywistość, wiecznie walczących nie wiadomo o co, kiedy na świecie jest już tyle innych problemów. Inne organizacje – radykalne, głośne, często pojawiające się w mediach – są z pasją nienawidzone przez użytkowników internetu i widzów programów informacyjnych. Możemy oczywiście uznać, że nie przejmuje nas fakt posiadania złej sławy, jednak nie możemy zaprzeczać, że mogłaby ona zrodzić również negatywne konsekwencje. Dzięki takim narracjom mediom łatwo napędzać wojny pokoleniowe, obyczajowe, akademickie czy polityczne. Wojny te nie prowadzą do zwycięstwa żadnej ze stron i jedynie polaryzują społeczeństwo. Jednak nie warto rezygnować ze swojego wizerunku tylko po to, aby wpisać się w ramy medialnej akceptowalności.

Po dwóch okupacjach akademików członków i członkiń Kół Młodych przybywa. Rozmawiając z ludźmi z naszego otoczenia, często dowiadujemy się, że słyszeli o Jowicie lub Kamionce. Zwykle nawet słyszymy słowa poparcia dla sprawy. Widzimy pojedyncze artykuły i materiały nagłaśniające nasze problemy, pojawiające się w mediach różniących się od siebie światopoglądowo – przykładem jest wspomniany materiał na temat cen akademików w „Faktach” z 31 sierpnia 2024 oraz tekst Klubu Jagiellońskiego opatrzony nagłówkiem: Studia w Polsce tylko dla „bananów”? Studenci okupujący akademiki mają rację. Przebija się narracja inna niż ta wykorzystująca negatywne stereotypy, a studenci i studentki stają się widoczniejsi jako grupa społeczna, która również zmaga się z trudną sytuacją ekonomiczną, ciężko pracuje, próbuje łączyć koniec z końcem. Mimo że przed nami dużo pracy związanej z większą rozpoznawalnością (w tym wśród studentów i studentek) oraz zrzeszaniem większej liczby osób czy realizacją naszych postulatów, to jesteśmy na dobrej drodze. Podejmowane przez nas dotychczas decyzje i działania przynoszą pozytywne skutki. Mamy zalążek medialnej uwagi, mającej szansę stać się czymś więcej, a już teraz zmieniającej dyskurs medialny dotyczący studentów. Jak nie zaginąć w natłoku newsów, jednocześnie nie gubiąc sensu swoich działań? By o nas mówiono i pisano, musimy pozostać głośni, a jednocześnie szczerzy, aby nie wpaść w pułapkę medialnej gry wizerunków. Powinniśmy starać się aktualizować sposoby naszych działań, by nie doszło do przesytu, jednocześnie nie zapominając o skutecznych, sprawdzonych strategiach. Musimy nagłaśniać problemy, z jakimi spotykamy się na co dzień, nie tracić momentu, przeć naprzód. Musimy kraść uwagę medialną i korzystać z każdej szansy na wywiad, reportaż czy podcast. Jeśli tego nie zrobimy, z pewnością okazję wykorzysta ktoś z grona przedstawicieli władzy. Jest to lekcja o znaczeniu nie tylko dla Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej, ale wszystkich ruchów, walczących na rzecz trwałej zmiany społecznej.

Dominika Lichańska, Agata Zadrożna

 

Przypisy:

1. K. Poniewozik, UJ sprzedaje akademik, jest za daleko od uczelni, Love Kraków, https://lovekrakow.pl/aktualnosci/uj-sprzedaje-akademik-jest-za-daleko-od-uczelni-zdjecia_56234.html [dostęp: 30.10.2024].

2. S.Ka, Studenci UJ nie chcą sprzedaży akademików w Czyżynach. Rektor uczelni postanowił zareagować, Eska Kraków, https://krakow.eska.pl/studenci-uj-nie-chca-sprzedazy-akademikow-w-czyzynach-rektor-uczelni-postanowil-zareagowac-aa-rbht-nwyd-Eb97.html [dostęp: 30.10.2024].

3. M. Bożek, Co dalej z budynkami DS Kamionka w krakowskich Czyżynach? Zdaniem studentów niewielki remont mógłby wskrzesić dawny akademik UJ, Radio Kraków, https://www.radiokrakow.pl/aktualnosci/krakow/co-dalej-z-budynkami-ds-kamionka-w-krakowskich–czyzynach-zdaniem-studentow-niewielki-remont-moglby-wskrzesic-dawny-akademik-uj [dostęp: 30.10.2024].

4. K. Kaczorowska, Strajk okupacyjny w Kamionce: studenci walczą o krakowski akademik, Polityka, https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2257253,1,strajk-okupacyjny-w-kamionce-studenci-walcza-o-krakowski-akademik.read [dostęp: 30.10.2024].

5. M. Wandas, Okupacja akademika w Krakowie: UJ obiecuje, że Kamionka zostanie. Studenci nie wierzą, OKO.press, https://oko.press/okupacja-akademika-kamionka [dostęp: 30.10.2024]; M. Wansas, Kamionka, Kraków, UJ: okupacja, Oko.press, https://oko.press/kamionka-krakow-uj-okupacja [dostęp: 30.10.2024]; J Theus, Kamionka zostaje: UJ nie sprzeda krakowskiego akademika, który okupowali studenci, 2024, OKO.press, https://oko.press/na-zywo/na-zywo-relacja/kamionka-zostaje-uj-nie-sprzeda-krakowskiego-akademika-ktory-okupowali-studenci [dostęp: 30.10.2024].

6. K. Przyborska, Strajk okupacyjny domu studenckiego Kamionka: jest nadzieja na przełom, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/strajk-okupacyjny-domu-studenckiego-kamionka-jest-nadzieja-na-przelom/ [dostęp: 30.10.2024]; Redakcja, List otwarty do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego ws. okupacji domu studenckiego Kamionka, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/list-otwarty-do-wladz-uniwersytetu-jagiellonskiego-ws-okupacji-domu-studenckiego-kamionka/ [dostęp: 30.10.2024]; W. Malinowska, Historia Kamionki: co dają strajki studenckie?, Krytyka Polityczna, https://krytykapolityczna.pl/kraj/historia-kamionki-czyli-co-daja-strajki-studenckie-wyjasniamy/ [dostęp: 30.10.2024].

7. K. Staszko, Ratujmy Kamionkę: studenci UJ okupują były akademik, Wirtualna Polska, https://wiadomosci.wp.pl/ratujmy-kamionke-studenci-uj-okupuja-byly-akademik-7029596347521696a [dostęp: 30.10.2024].

8. J. Krzywiecki, Strajk okupacyjny w Krakowie: studenci bronią akademika, Interia, https://wydarzenia.interia.pl/malopolskie/news-strajk-okupacyjny-w-krakowie-studenci-bronia-akademika,nId,7517609 [dostęp: 30.10.2024].

9. M. Waluś, Studenci rozpoczęli okupację akademika w Krakowie: mają listę żądań, Onet, https://wiadomosci.onet.pl/krakow/studenci-rozpoczeli-okupacje-akademika-w-krakowie-maja-liste-zadan/rbhj7tg [dostęp: 30.10.2024].

10. A. Guz, UJ nie sprzeda akademika Kamionka: studenci nadal okupują budynek, RMF24, https://www.rmf24.pl/regiony/krakow/news-uj-nie-sprzeda-akademika-kamionka-studenci-nadal-okupuja-bud,nId,7529449 [dostęp: 30.10.2024].

11. S. Kulik, Akademiki drożeją, ale studenci wciąż je wybierają. Co ciekawe, nie w Warszawie są najdroższe pokoje, TVN24, https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu/akademiki-drozeja-ale-studenci-wciaz-je-wybieraja-co-ciekawe-nie-w-warszawie-sa-najdrozsze-pokoje-st8061605 [dostęp: 30.10.202