przez redakcja | poniedziałek 17 sierpnia 2026 | aktualności
Otrzymali wypowiedzenia z pracy, lecz nie otrzymali należnych pensji.
Jak informuje „Gazeta Pomorska”, kilkudziesięciu pracowników firmy Form-Plast w Bydgoszczy znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. Nie otrzymali należnych wynagrodzeń.
Firma Form-Plast została założona w roku 1978. Wytwarzała plastikowe detale za pomocą wtryskarek. Pod koniec roku 2024 jej kondycja finansowa była na tyle kiepska, że rozpoczęto proces restrukturyzacji zadłużenia i próby porozumienia się z wierzycielami. Działania te nie przyniosły oczekiwanych skutków i 29 maja 2026 Sąd Rejonowy w Bydgoszczy ogłosił upadłość zakładu. Wyznaczył też syndyka masy upadłości przedsiębiorstwa.
Kilkudziesięciu zatrudnionym wręczono wówczas wypowiedzenia. Część z nich wysłano także na tzw. postojowe lub na zaległe urlopy. Jednak nikt z nich nie otrzymał do dzisiaj wynagrodzeń za maj i innych należnych środków. Czekają na to już trzy miesiące i wielu z nich ma fatalną sytuację finansową.
Syndyk masy upadłościowej bardzo lakonicznie poinformował czekających na zaległe pensje o wystąpieniu do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (składają się na niego głównie potrącenia z pensji zatrudnionych), ale póki co nie otrzymali oni żadnych środków.
przez redakcja | niedziela 16 sierpnia 2026 | opinie
Jeszcze jedna dyskusja o emeryturach? Brzmi jak zapowiedź kolejnego panelu „ekspertów”, podczas którego przez dwie godziny mowa o wskaźnikach, suwakach bezpieczeństwa i prognozach na rok 2050 – albo i dalszy. Na koniec wszyscy zgodzą się, że problem jest poważny, zrobią wspólne zdjęcie i rozejdą do domów. Z systemem emerytalnym nadal nie stanie się nic.
Polska polityka emerytalna od lat wygląda podobnie. Jedna ekipa podnosi wiek emerytalny, druga obiecuje, że go obniży. Jedni straszą bankructwem ZUS-u, drudzy odpowiadają trzynastą albo czternastą emeryturą. Obywatel ma dostać przelew, podziękować władzy i najlepiej nie pytać, kto za dwadzieścia czy trzydzieści lat będzie na ten przelew pracował.
Ludzie jednak pytają. W zakładach pracy, przy rodzinnych stołach i w zwykłych rozmowach coraz częściej słychać: „na nas już nie będzie miał kto pracować” albo „ja tej emerytury i tak nie zobaczę”. Można machnąć ręką i uznać to za typowe dla naszego narodu narzekanie na wszystko i wszystkich. Można jednak też dostrzec, że państwo utraciło coś ważniejszego niż równowagę w tabelach excela: zaufanie obywateli.
Przez lata wmawiano nam, że składka emerytalna działa prawie jak prywatna świnka skarbonka. Człowiek wpłaca, ZUS zapisuje, a po czterdziestu latach grzecznie oddaje. Niezła bajka, co? W rzeczywistości składki płacone dziś, finansują świadczenia wypłacane dziś. Pieniądze nie leżą w sejfie i czekają, aż Kowalski pójdzie na emeryturę. System utrzymują aktualni pracownicy, przedsiębiorcy i podatnicy, o czym wielu na co dzień zdaje się zapominać.
Nie ma więc emerytur bez ludzi. Można zmieniać wzory, przesuwać środki między funduszami i zamawiać następne prognozy, ale ustawą nie wyczaruje się milionów pracowników, których wcześniej się nie urodziło i nie wychowało. Zamiast kolejny raz łatać stary system, trzeba wreszcie zastanowić się nad nową umową społeczną. Prostszą, czytelniejszą i opartą nie tylko na solidarności, ale również na odpowiedzialności. Tak rozumiem emeryturę obywatelską dostosowaną do polskich warunków.
Punktem wyjścia powinno być zagwarantowanie każdemu obywatelowi minimum bezpieczeństwa na starość. Nie jałmużny i nie świadczenia pozwalającego wybierać między lekami a ogrzewaniem. Człowiek, który osiągnął wiek emerytalny, nie może zostać bez środków tylko dlatego, że całe życie zarabiał niewiele, chorował, opiekował się bliskimi albo na pewien czas wypadł z rynku pracy.
Pełna emerytura obywatelska wynosiłaby 50 procent mediany wynagrodzeń netto, lecz nie mniej niż 60 procent płacy minimalnej. Każdy obywatel zachowywałby natomiast prawo do minimalnego świadczenia zabezpieczającego przed ubóstwem, wynoszącego, powiedzmy, 70 procent pełnej emerytury obywatelskiej, lecz nie mniej niż połowę płacy minimalnej netto. Takie świadczenie rosłoby odpowiednio do lat wkładu we wspólnotę. Dzięki temu państwo gwarantowałoby każdemu minimum bezpieczeństwa, ale jednocześnie wyraźnie premiowałoby realny wkład w funkcjonowanie wspólnoty.
Po co dwa wskaźniki procentowe mediany i płacy minimalnej? Te dwa wskaźniki to dwa bezpieczniki, żeby świadczenie nie zostało przyspawane do poziomu biologicznego przetrwania, a zarazem nie zależało wyłącznie od tego, jaką kwotę płacy minimalnej wpisze do ustawy aktualna większość w sejmie. Emerytura powinna rosnąć razem z poziomem życia społeczeństwa, a nie tylko z obietnicami w kolejnej kampanii wyborczej.
Państwo ma gwarantować bezpieczeństwo, ale nie musi obiecywać każdemu identycznego poziomu życia niezależnie od zarobków, aktywności i własnych decyzji. Kto chce na starość żyć lepiej, powinien mieć prostą możliwość dodatkowego oszczędzania. Dziś dostaje PPK, IKE, IKZE i kilka innych skrótów, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak kolejne warianty tej samej instrukcji napisanej dla księgowych.
Zamiast mnożyć byty ponad potrzebę, należałoby połączyć te rozwiązania w jeden Narodowy Fundusz Oszczędności Emerytalnych. Każdy mógłby dobrowolnie wpłacać tam dodatkowe środki, korzystając z ulg podatkowych i preferencji za długoterminowe oszczędzanie. Zasada musi być jednak sztywna i nie do naginania: pieniądze pozostają prywatną własnością obywatela, podlegają dziedziczeniu i są oddzielone od bieżących finansów państwa. Żadnego „pożyczymy tylko na chwilę”, bo Polacy już nieraz słyszeli, że coś jest tymczasowe, po czym tymczasowość zdążyła się zestarzeć razem z nimi.
Publiczny filar bezpieczeństwa wymaga oczywiście finansowania. Największy ciężar nie powinien jednak spadać, jak to zwykle ma miejsce, na ludzi o przeciętnych dochodach, podczas gdy najlepiej zarabiający odczuwają go proporcjonalnie słabiej. Dlatego składka emerytalna mogłaby być umiarkowanie progresywna: 10 procent do wysokości mediany, 12 procent między jedną a dwiema medianami, 14 procent między dwiema a czterema oraz 16 procent powyżej czterech median.
W tym miejscu odezwą się zapewne dyżurni obrońcy najbogatszych, którzy często sami pracują za najniższą krajową albo niewiele więcej w lokalnym Januszeksie, lecz na samą myśl o wyższej składce dla milionera zaczynają bronić jego portfela jak cnoty własnej matki. Padnie słowo „komunizm”, może nawet kilka razy. Tyle że wysokie dochody nie powstają w próżni. Są możliwe dzięki bezpieczeństwu, infrastrukturze, wykształconym pracownikom i instytucjom utrzymywanym przez całe społeczeństwo. Kto korzysta z tego otoczenia najwięcej, może też w większym stopniu uczestniczyć w utrzymaniu jego podstaw. To nie rewolucja. To wzajemność.
Sama powszechna emerytura nie może jednak oznaczać, że państwo przestanie widzieć różnice w tym, kto ile wniósł do wspólnoty. Identyczne potraktowanie człowieka, który przez kilkadziesiąt lat pracował, wychowywał dzieci albo opiekował się osobą niepełnosprawną, oraz kogoś, kto bez żadnej przyczyny pozostawał całkowicie bierny, zwyczajnie nie byłoby sprawiedliwe. Byłoby wygodnym udawaniem, że każdy wniósł do społeczeństwa dokładnie tyle samo.
Prawo do podstawowej emerytury powinien zachować każdy obywatel. Pełna wysokość świadczenia zależałaby natomiast od udokumentowanego wkładu w funkcjonowanie wspólnoty. Podstawą pozostaje legalna praca, prowadzenie działalności i opłacanie składek. Nie ma sensu umniejszać roli ludzi, którzy codziennie finansują państwo.
Ale nie każdy ma przysłowiowy fart i przechodzi przez życie suchą stopą. Ktoś przez kilkanaście lat opiekuje się ciężko niepełnosprawnym dzieckiem wymagającym pomocy przez całą dobę. Nie ma wsparcia rodziny, nie może normalnie pracować i regularnie odkładać składek. Ktoś inny rezygnuje z zatrudnienia, aby zajmować się przykutym do łóżka rodzicem. Wykonuje pracę, za którą państwo w placówce opiekuńczej płaciłoby co miesiąc tysiące złotych, a mimo to w urzędowej tabeli nadal figuruje jako „nieaktywny zawodowo”. Trudno o bardziej ponury żart.
Okres rzeczywistego wychowywania dzieci oraz udokumentowanej, długotrwałej opieki nad osobą zależną powinien więc być liczony podobnie jak okres pracy. Bez komisji badającej moralność obywatela i bez konkursu na patriotyczne zasługi. Państwo ma już historię zatrudnienia, informacje o urlopach opiekuńczych, orzeczeniach o niepełnosprawności i sprawowanej opiece. Nie trzeba budować nowej biurokratycznej piramidy – wystarczy wreszcie sensownie wykorzystać dane, które już istnieją.
Każdy rok pracy, rzeczywistego wychowania dziecka albo faktycznej opieki oznaczałby punkt wkładu społecznego. Po osiągnięciu określonego progu obywatel otrzymywałby pełne świadczenie. Osoby, które progu nie osiągnęły, nadal zachowywałyby emeryturę podstawową, lecz w niższej wysokości, wyliczanej według jednej czytelnej zasady. Dziś wielu ludzi nie jest w stanie nawet oszacować przyszłej emerytury bez pomocy urzędnika i kalkulatora wyglądającego jak panel sterowania promem kosmicznym. System prostszy byłby nie tylko uczciwszy, lecz także tańszy w obsłudze.
Trzeba przy tym odróżnić świadomą wieloletnią bierność od biedy, choroby, bezrobocia czy zwykłego życiowego nieszczęścia. Państwo ma chronić ludzi, którzy nie mieli realnej możliwości pracy lub opieki. Nie może jednak zachowywać się tak, jakby wieloletni wysiłek oraz wieloletnia obojętność wobec własnych obowiązków były tym samym.
Szczególną rolę odgrywa tutaj demografia. W Polsce niemal każdy polityk lubi powiedzieć, że rodzina jest fundamentem narodu. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod podniosłym zdaniem trzeba położyć konkretną ustawę i konkretne pieniądze. Mamy 800+, które miało między innymi poprawić sytuację rodzin. Nie okazało się jednak magicznym zaklęciem na dzietność, bo dzieci nie rodzą się od samego przelewu, a polityka rodzinna to coś więcej niż jeden program. Jeżeli przyszłe emerytury będą finansować przyszli pracownicy, wychowanie dzieci nie jest wyłącznie prywatnym hobby rodziców. Jest wkładem w trwanie państwa. Dlatego pełne świadczenie powinno uwzględniać dodatek demograficzny. Nie za samo biologiczne rodzicielstwo, lecz za faktyczne wychowanie dziecka posiadającego polskie obywatelstwo i dorastającego w Polsce przez znaczącą część niepełnoletności. Sam podpis w akcie urodzenia nie wystarczy. Premia należy się za odpowiedzialność, nie za sam fakt spłodzenia potomka. Tu również warunki można sprawdzać na podstawie istniejących danych dotyczących opieki rodzicielskiej, miejsca zamieszkania i edukacji dziecka. Nie trzeba urządzać rodzicom egzaminu z uczuć ani wysyłać inspektora do każdego mieszkania. Administracja już dziś wie o obywatelu więcej, niż obywatel chciałby wiedzieć o administracji. Niech przynajmniej raz zrobi z tego użytek pożyteczny dla rodzin. Dodatek demograficzny powinien być finansowany z odrębnego Funduszu Demograficznego.
Część środków mogłaby pochodzić ze składki emerytalnej, ale nie wolno kolejny raz przerzucić całego rachunku na pracę. Źródłem powinny być również wpływy z podatku cyfrowego, skuteczniejsze pobieranie CIT, ograniczenie agresywnej optymalizacji podatkowej i część dywidend spółek Skarbu Państwa. Zwykły pracownik jest rozliczany z każdej złotówki. Wielka korporacja potrafi natomiast przez lata przekonywać, że wprawdzie zarabia w Polsce, ale zysk w tajemniczy sposób powstał akurat gdzie indziej. Gdy pojawia się pomysł skuteczniejszego opodatkowania takich firm, natychmiast słyszymy, że wszystkie zamkną biznes i uciekną z kraju. Nie uciekną od kilkudziesięciomilionowego rynku tylko dlatego, że przestaną płacić symboliczne kwoty, bo nadal w naszym kraju będą miały jak u Pana Boga za piecem. A nawet jeżeli zaczną grozić, państwo nie może za każdym razem reagować jak właściciel małego sklepu przestraszony, że obrazi największego klienta.
Kolejnym elementem reformy powinna być premia za późniejsze przejście na emeryturę. Nie każdy może i nie każdy powinien pracować dłużej. Robotnik po czterdziestu latach ciężkiej pracy fizycznej jest w innej sytuacji niż zdrowy pracownik biurowy. Nie ma sensu jednym ruchem suwaka przesuwać wieku emerytalnego wszystkim. Można jednak zachęcić tych, którzy chcą pracować dalej. Każdy dodatkowy rok mógłby podnosić świadczenie o kilka procent, do ustalonego limitu. Dobrowolność zamiast przymusu. Obywatel dostaje wyższą emeryturę, a system przez kilka kolejnych lat zyskuje pracownika i płatnika składek.
Reforma musi też odpowiedzieć na pytanie o cudzoziemców. Jeżeli emerytura obywatelska wynika z uczestnictwa we wspólnocie, nie może przysługiwać w pełnym wymiarze po krótkim pobycie i kilku latach pracy. Z drugiej strony człowiek, który przez piętnaście lat legalnie mieszkał w Polsce, pracował, płacił podatki i związał z naszym krajem swoje życie, nie jest przypadkowym gościem. Rozsądną granicą byłoby piętnaście lat legalnego pobytu, pracy oraz uczestnictwa w polskim systemie podatkowym i społecznym. Po spełnieniu tych warunków cudzoziemiec mógłby uzyskać prawo do podstawowego świadczenia. Dodatek demograficzny pozostawałby związany z wychowaniem w Polsce dziecka posiadającego polskie obywatelstwo. Solidarność nie jest darmowym biletem rozdawanym przy wjeździe. Wymaga wzajemności i trwałego uczestnictwa w życiu kraju. Ktoś zapewne wskaże, że Polacy po kilku latach pracy pobierają częściowe świadczenia z Francji, Niemiec czy Norwegii. Być może. Tyle że w pierwszej kolejności interesuje mnie wydolność polskiego systemu, polskiej ochrony zdrowia i szereg innych polskich spraw, a nie wydolność systemu innych krajów.
Nie da się też zbudować sprawiedliwego systemu bez uporządkowania przywilejów emerytalnych. Nie każda wcześniejsza emerytura jest niesprawiedliwa. Górnik pracujący pod ziemią, ratownik czy funkcjonariusz wykonujący zadania związane z rzeczywistym zagrożeniem zdrowia i życia – nie znajdują się w tej samej sytuacji, co pani Anetka z HR-u. Wyjątki muszą jednak wynikać z realnego ryzyka, nie z siły grupy zawodowej i jej zdolności do postawienia kolejnego rządu pod ścianą. Przez lata system obrósł wyjątkami, których nikt nie chce ruszyć, bo każdy ma własny związek zawodowy, środowisko albo politycznego opiekuna. Zwykły pracownik ma to finansować i jeszcze przyjąć do wiadomości, że „od zawsze tak było”. To żaden argument. Reforma powinna zachować wcześniejsze emerytury tam, gdzie istnieją medyczne i zawodowe podstawy, a stopniowo wygaszać je tam, gdzie zostały jedynie pamiątką po dawnych układach. Dotyczy to również służb mundurowych. Państwo musi doceniać dyspozycyjność, ryzyko i szczególny charakter tej pracy. Nie oznacza to jednak, że każdy funkcjonariusz, niezależnie od stanowiska i przebiegu służby, powinien kończyć aktywność zawodową według zasad stworzonych w innych warunkach demograficznych. Wiek emerytalny w służbach należałoby stopniowo podnieść do pięć lat, pozostawiając wyjątki dla stanowisk rzeczywiście wyniszczających zdrowie albo narażających życie.
Pozostaje najtrudniejsze: przejście ze starego systemu do nowego. Tutaj nie ma miejsca na rewolucyjne gesty wykonywane cudzym kosztem. Państwo nie może po dwudziestu czy trzydziestu latach powiedzieć człowiekowi, że zasady, według których planował przyszłość, właśnie przestały obowiązywać, bo ktoś w ministerstwie dostał nagłego olśnienia. Obecni emeryci zachowaliby swoje świadczenia. Osoby mające ponad dwadzieścia lat stażu pozostałyby w dotychczasowym systemie. Ludzie ze stażem krótszym niż piętnaście lat przeszliby do systemu nowego, a ci znajdujący się pomiędzy tymi grupami otrzymaliby jednorazowy wybór. Taki okres przejściowy chroni prawa nabyte i jednocześnie nie skazuje państwa na pół wieku utrzymywania kilku coraz bardziej zagmatwanych modeli. Polska administracja ma wyjątkowy talent do tworzenia rozwiązań przejściowych, które żyją dłużej niż rozwiązania docelowe. Nie warto dokładać kolejnych.
Ten model oczywiście nie jest gotową ustawą. Trzeba policzyć koszty, ustalić próg punktów wkładu, zasady uwzględniania choroby i bezrobocia, a także sprawdzić, jak reforma wpłynie na finanse publiczne w kolejnych dekadach. Od tego są ekonomiści, prawnicy i administracja. Nie po to jednak, by zamówić kolejny raport kończący się stwierdzeniem, że sprawa wymaga dalszych analiz. Kierunek jest czytelny. Każdy obywatel ma dostać gwarancję bezpieczeństwa na starość. Kto chce żyć lepiej, może budować prywatne i dziedziczone oszczędności. Praca nadal pozostaje podstawą systemu, ale państwo przestaje udawać, że wychowanie dzieci czy wieloletnia opieka nad ciężko chorym człowiekiem nie mają żadnej wartości, a przede wszystkim świadczenie emerytalne powinno być kwotą zapewniającą godną jesień naszego życia, a nie stawiającą człowieka w obliczu egzystencjalnych zmartwień i wyborów. Składka staje się bardziej solidarna, a demografia przestaje być tematem przemówienia wygłaszanego raz w roku. Od lat proponuje się nam wybór między neoliberalnym „radź sobie sam” a dokładaniem kolejnych świadczeń bez przebudowy systemu. Pierwsze podejście zostawia słabszych samych sobie. Drugie kupuje kilka miesięcy spokoju i kilka punktów w sondażach.
Nie wiem, czy przedstawiony tutaj model jest ostateczną odpowiedzią. Wiem natomiast, że obecnego systemu nie uratują kolejne piętnastki czy szesnastki dopisywane do emerytur. Możemy nadal pudrować konstrukcję, której coraz mniej ludzi ufa, albo potraktować temat poważnie. Nie przed następnymi wyborami, lecz przed następnym pokoleniem. Bo rachunek za brak decyzji i tak przyjdzie. Nie wystawią go opozycja, związkowcy ani minister finansów. Wystawi go demografia. A zapłacą go ci, których dziś nie ma jeszcze przy stole.
Kamil Królik Antończak
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez redakcja | środa 12 sierpnia 2026 | aktualności
Sąd Najwyższy uznał, że sprzeczny z prawem jest handel w niedzielę pod przykrywką „klubu czytelnika”.
Jak informuje portal Dla Handlu, nowy wyrok Sądu Najwyższego piętnuje obchodzenie prawa o zakazie handlu w niedziele w sklepach wielkopowierzchniowych i opartych na najemnej pracy osób niebędących właścicielami sklepu.
Sąd Najwyższy uchylił wyroki sądów niższych instancji w sprawie obchodzenia prawa przez właściciela supermarketu z polski południowo-wschodniej. Pod pretekstem uruchomienia „Klubu czytelnika” prowadził on handel w niedziele w placówce wielkopowierzchniowej i zatrudniającej personel najemny. Gdy został ukarany przez Państwową Inspekcję Pracy za ten proceder, odwołał się do sądu, twierdząc, że placówka prowadzi „klub czytelnika” i zajmuje się m.in. działalnością kulturalną, która jest dozwolona w niedziele.
Sąd rejonowy w Kolbuszowej, a następnie sąd okręgowy w Tarnobrzegu uchyliły decyzję PIP i uznały, że przedsiębiorca działał zgodnie z prawem. Prokurator Generalny wniósł o wydanie orzeczenia przez Sąd Najwyższy. Ten natomiast zakwestionował wcześnejsze orzeczenia.
Wyrok SN mówi, że placówki handlu wielkopowierzchniowego nie mogą omijać zakazu handlu w niedziele za pomocą tworzenia takich podmiotów jak „klub czytelników” i podobne. Gdy głównym przedmiotem aktywności firmy i całego miejsca jest działalność handlowa, nie dotyczy takich podmiotów zapis o ustawowych wyjątkach dla placówek kulturalnych, które przy okazji działania w niedziele mogą też dodatkowo pełnić funkcje handlowe. Wyjątki zapisane w ustawie o zakazie niedzielnego handlu mają dotyczyć wyłącznie podmiotów funkcjonujących w miejscach, gdzie rzeczywiście w niedziele prowadzona jest działalność kulturalna, oświatowa, sportowa, turystyczna lub wypoczynkowa.
przez redakcja | środa 12 sierpnia 2026 | aktualności
Związek zawodowy organizuje protest przeciwko działaniom dewelopera zagrażającym miejscom pracy.
Jak informuje portal Bielsko-Biała Nasze Miasto wkrótce odbędzie się protest w obronie miejsc pracy w firmach działających na terenie byłych zakładów Fiata w Bielsku-Białej. Akcję organizuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który uważa, że nowy właściciel terenu prowadzi działania wymierzone w kontynuację produkcji w tej lokalizacji.
Wielki zakład koncernu Fiat działał w tym miejscu do roku 2024, gdy został zlikwidowany. Teren nabyła firma dewelopersko-inwestycyjna DL Invest Group. Zamierza na nim zbudować m.in. wielkie centrum danych, przeciwko któremu protestuje część mieszkańców miasta i okolicy. Na terenie działają inne firmy, które niegdyś kooperowały z zakładami Fiata. Choć nowy nabywca deklarował chęć współpracy z nimi i podtrzymania produkcji, nowe działania wzbudziły niepokój związkowców.
Nieoczekiwanie, bez zapowiedzi i konsultacji, dotychczas darmowe parkingi dla pracowników firm działających na tym terenie, zostały zamienione w płatne – stawka dzienna to 20 zł. Oznacza to, że każdy z pracowników musi się liczyć z wydatkiem dodatkowych 400 zł miesięcznie. Przy obecnych zarobkach w działających tu firmach z branży automotive oznacza to duże wydatki i stawia pod znakiem zapytania sens takiej pracy. Działacze Inicjatywy Pracowniczej twierdzą, że takie działania mogą stanowić przymiarki do pozbycia się dotychczasowej produkcji z tego terenu.
Związkowcy z Komisji Międzyzakładowej podbeskidzkich struktur Inicjatywy Pracowniczej organizują protest w dniu 24 sierpnia pod bramą numer 2 dawnych zakładów Fiata. Magdalena Madzia z tego związku mówi: „Żądamy od spółki DL-Invest wycofania się z uruchomienia planowanych opłat oraz oczekujemy włączenia się Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej w mediacje w sprawie utrzymania obecnych miejsc pracy. Pracownicy wychodzą na ulicę przeciwko haraczowi za parking. Utrudnianie działalności gospodarczej, podwyżki czynszów, haracz dla pracowników 400 zł na miesiąc za postawienie auta na terenie parkingu pracowniczego, zwijanie się firm po przejęciu terenu przez patodewelopera DL Invest to codzienność po przejęciu terenu od Fiata”.
przez redakcja | środa 12 sierpnia 2026 | aktualności
Zakład o ponad 150-letniej tradycji jest bliski upadku.
Jak informuje portal Katowice Dziś, zagrożone jest dalsze istnienie Fabryki Elementów Złącznych w Siemianowicach Śląskich. Zakład został postawiony w stan likwidacji i lada moment mogą rozpocząć się zwolnienia całej załogi. Oznaczałoby to kres przedsiębiorstwa, którego korzenie sięgają roku 1868.
Obecny zakład ma początki w manufakturze Wilhelma Fitznera, która wytwarzała śruby, nity, nakrętki itp. Z czasem zakład rozrastał się, a produkował m.in. dla górnictwa, budownictwa i przemysłu maszynowego. Był jednym z największych przedsiębiorstw w Siemianowicach, w okresie PRL zatrudniał nawet 2000 osób. W roku 1999 został sprywatyzowany.
Pod koniec roku 2024 pojawiły się pierwsze niepokojące sygnały o kondycji firmy. Ruszyła wyprzedaż maszyn i urządzeń. Poprzedni właściciel sprzedał zakład Towarzystwu Finansowemu Silesia. Zamiast poprawy sytuacji doszło jednak do jej pogorszenia. W lipcu 2026 roku Fabrykę Elementów Złącznych postawiono w stan likwidacji.
Poszukiwany jest inwestor branżowy, mogący utrzymać produkcję i zatrudnienie. W momencie ogłoszenia stanu likwidacji zakład zatrudniał 60 osób, w tym część w wieku przedemerytalnym. Jako główna przyczyna problemów wskazywany jest duży wzrost cen energii. Jej koszty to około jednej trzeciej ogółu wydatków zakładu. Mimo programów wsparcia dla firm energochłonnych, branża metalowa nie została nimi objęta.
przez redakcja | wtorek 11 sierpnia 2026 | aktualności
Wielki koncern został ukarany za nadużywanie przewagi wobec rolników.
Jak informuje Portal spożywczy, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów interweniował w sprawie działań koncernu Bunge Polska. To krajowy oddział jednego z największych w skali świata koncernów agrospożywczych, wyspecjalizowanych przede wszystkim w produkcji tłuszczów roślinnych. W Polsce jest on właścicielem m.in. marki Olej Kujawski.
Koncern stosował niewłaściwe praktyki wobec polskich producentów rolnych. UOKiK przyjrzał się temu, jakie kontrakty zawiera koncern z polskimi dostawcami surowców do produkcji olejów. Zakwestionowano zapisy tych umów. Wielki biznes w całości przerzucał na dostawców ryzyko związane z nieprzewidzianymi zdarzeniami, np. pogodowymi, i nakładał na nich kary za niewywiązanie się z umów w takim przypadku. UOKiK uznał, że oznacza to nadużycie dominującej pozycji rynkowej przez koncern i wykorzystanie swojej przewagi względem niewielkich podmiotów, w dodatku w sferze, na którą nie mają oni wpływu.
„Producenci rolni są szczególnie wrażliwymi uczestnikami rynku. Specyfika ich działalności sprawia, że są narażeni na skutki zdarzeń niezależnych od nich, takich jak ekstremalne zjawiska pogodowe. Dlatego przedsiębiorcy nie mogą kształtować umów w sposób, który pozbawia rolników możliwości zwolnienia się z odpowiedzialności za niewykonanie umowy w tych okolicznościach. Działania, które podejmujemy na rynku rolno-spożywczym, służą nie tylko ochronie jego słabszych uczestników. Są także elementem wspierania bezpieczeństwa żywnościowego Polski” – stwierdza prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Decyzja UOKiK była możliwa na mocy wprowadzonej w 2021 roku ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej. Koncern Bunge przez lata, także po wprowadzeniu ustawy, stosował takie praktyki wobec dostawców płodów rolnych, przerzucając na nich całe ryzyko związane ze zjawiskami typu klęski żywiołowe.
Po interwencji UOKiK koncern zawnioskował o dobrowolne poddanie się karze oraz zmienił zapisy umów z kontrahentami. Kara wyniosła niemal 4,3 mln złotych, a przypadku braku współpracy ze strony koncernu byłaby znacznie wyższa.
przez redakcja | poniedziałek 10 sierpnia 2026 | aktualności
Podwyżka płacy minimalnej w przyszłym roku będzie bardzo niska, a właściwie fikcyjna.
Rząd liberalno-lewicowy podjął ostateczną decyzję w sprawie płacy minimalnej w roku 2027. Jej wzrost jest czysto teoretyczny. Minimalna pensja wyniesie od 1 stycznia 2027 roku 4950 zł brutto. To wzrost o 144 zł brutto. Godzinowa stawka minimalna na umowach śmieciowych rośnie natomiast o 90 groszy i wyniesie 32,3 zł brutto. Procentowo płaca minimalna rośnie o 3% rok do roku.
Inflacja prognozowana na rok 2027 wynosi wedle analityków od 2 do 3,3%, a i to jedynie przy założeniu, że nie będą miały miejsce żadne czynniki inflacjogenne, np. trwałe wzrosty cen paliwa itp. Oznacza to, że płaca minimalna, dotycząca około 2,5 mln najgorzej zarabiających, będzie stała w miejscu. Zbiednieją oni także względem lepiej zarabiających, bo szacowany średni wzrost płac w roku 2027 ma wynieść około 6%.
Podejmując decyzję o wzroście płacy minimalnej rząd liberalno-lewicowy całkowicie zlekceważył stanowisko związków zawodowych. Domagały się one wspólnie, aby wzrost płacy minimalnej był o 250 zł brutto większy, co pozwoliłoby poprawić sytuację najmniej zarabiających.
przez redakcja | poniedziałek 10 sierpnia 2026 | aktualności
Zakład do likwidacji, cała załoga bez pracy.
Jak informują portale dts24.pl i limanowa.in, zapadła decyzja o likwidacji Spółdzielni Pracy Meblomet w Mszanie Dolnej. Cała załoga straci pracę, majątek firmy zostaje wystawiony na licytację i tak kończy się ponad 70-letnia historia zakładu.
Firma powstała w roku 1953 w Krakowie, a trzy lata później przeniesiono ją do Mszany Dolnej. Zakład wytwarzał głównie metalowe elementy do produkcji mebli. Po przełomie ustrojowym zmniejszył zatrudnienie, ale udało mu się przetrwać. Wytwarzał m.in. elementy do produktów sieci Ikea.
W ostatnich latach mocno podupadł, głównie wskutek drastycznego wzrostu kosztów energii i cen surowców po napaści Rosji na Ukrainę. Wzrost kosztów produkcji przełożył się na wyższe ceny finalnych wyrobów, a to poskutkowało utratą części zamówień na rzecz producentów z tańszych krajów. Mimo to firmie udało się znaleźć nowe nisze rynkowe. Produkowała m.in. wyposażenie siłowni zewnętrznych, placów zabaw, stojaki rowerowe, metalowe konstrukcje ławek miejskich, ogrodzenia, a nawet stelaże urządzeń medycznych itp.
Restrukturyzacja zakładu wydawała się przynosić efekty. Jeszcze jesienią 2025 pozyskano nowy pakiet zamówień i prowadzono rekrutację pracowników. Niestety obecnie zapowiedziano likwidację firmy z powodu trwałej nierentowności, wywołanej m.in. stałym spadkiem zamówień na elementy do produkcji mebli z powodu stale kurczącej się skali ich produkcji w Polsce.
Pracę straci cała załoga – około 50 osób. O procedurze zwolnień grupowych powiadomiono już Powiatowy Urząd Pracy. Biurowiec, halę produkcyjną, magazyny i teren zakładu wystawiono na licytację. Stopa bezrobocia w powiecie limanowskim wynosiła przed tymi zwolnieniami 7,3%.
przez redakcja | niedziela 9 sierpnia 2026 | opinie
Istnieje pewna społeczna tendencja obrony wizji spójnych, harmonijnych całości i to właśnie dzisiaj, w momencie, gdy coraz trudniej utrzymać taki obraz rzeczywistości. Różnice i pęknięcia społeczne są ewidentne – brakuje wspólnej platformy nie tylko do porozumienia, ale w ogóle do rozmowy. Dobrze ujmuje to Slavoj Żiżek, kiedy zauważa, że o ile zachodni i wschodni dysydenci spotykają się ze sobą to nie mogą się dogadać, ponieważ ci pierwsi chcą rozmawiać w kategoriach walki klas, natomiast ci drudzy w kategoriach władzy i ucisku. Zawodzi, więc formalna podstawa porozumienia, obie strony mówią do siebie w dwóch różnych językach. Dlaczego zatem, skoro żyjemy w czasach ujawnienia tych problemów, nadal w kwestiach społecznych, nie zdajemy sobie z tego sprawy i posługujemy się fantazjami ideologicznymi, które mają to zakrywać? Czy chodzi o to, że społeczeństwo nie może funkcjonować bez złudzenia, że stanowi spójną całość?
Przykładem dobrze ilustrującym to formalne pęknięcie jest film Marka Koterskiego „Dzień świra”. Standardowe odczytanie filmu jest następujące: główny bohater, grany przez Marka Kondrata, jest tytułowym świrem, znerwicowanym mężczyzną w średnim wieku, który przechodzi kryzys egzystencjalny. Jednak film jest w gruncie rzeczy o czymś innym – ilekroć Marek Kondrat spotyka innego człowieka, nikt go nie rozumie ale i on nikogo nie może zrozumieć. Kiedy spotyka swojego syna, nie może zrozumieć sposobu jego myślenia. Podobnie gdy spotyka swoją matkę, a ona nie może zrozumieć jego (różnica wieku). Gdy spotyka kobiety w przedziale pociągu, słyszy tylko paplanie (różnica płci). Gdy spotyka sąsiada i odpowiada mu cytatem z literatury, ten przychodzi do niego w nocy i próbuje wytłumaczyć się z tego, że nie zrozumiał (różnica wykształcenia). Jednocześnie na tym całym społecznym tle widzimy bohatera jako właśnie tego jedynego, który nie jest „świrem”, w pełni rozumiemy jego frustrację. Dzieje się tak, ponieważ film opowiedziany z jego punktu widzenia pokazuje właśnie jak jednostka uniwersalizuje subiektywny dyskurs jako „obiektywny”. Film pokazuje ten komunikacyjny impas na przykładzie jednostki – a co jeśli spróbujemy go zrozumieć na przykładzie określonych grup ludzi?
Maciej Gdula opublikował na łamach Krytyki Politycznej tekst pt. „Klasa ludowa nie jest jakimś «innym narodem». Czego możemy się od niej nauczyć?”. Chciałbym się skupić na tezie zawartej w tym tytule. Tak zwana klasa ludowa (według autora to pracownicy fizyczni i osoby pracujące w usługach prostych, które jednocześnie posiadają niski lub średni kapitał kulturowy) to część (naszego?) społeczeństwa, a następnie autor podejmuje próby jej rehabilitacji poprzez argumenty mówiące o tym, że „klasa ludowa” jest w gruncie rzeczy mniej radykalna i bardziej szczęśliwa niż się powszechnie uważa oraz że dużo możemy się od niej nauczyć. Rehabilitacja wynika z tego, że autor próbuje pokazać „klasę ludową” w pozytywnym świetle i w ten sposób zmienić rzekomo dominujący sposób jej postrzegania (najwyraźniej dominujący w pewnych klasach). Tekst Gduli jest więc interesujący nie dlatego, że podejmuje temat konkretnej grupy społecznej, ale dlatego, że ujawnia problem (tkwiący w samym tekście) bardziej podstawowy: założenie istnienia wspólnoty, która obejmuje różne pozycje klasowe.
To założenie jest wyrażone w stwierdzeniu, że „klasa ludowa nie jest jakimś odrębnym narodem”. Na pierwszy rzut oka wydaje się sensowne i lewicowe. Problem w tym, że „klasa ludowa” jest w pewnym sensie odrębnym narodem. Dlaczego? Poseł Gdula zamierza włączyć „klasę ludową” w ramy narodu, który nigdy nie istniał, tj. nie istnieje naród jako neutralna całość stojąca ponad antagonizmami społecznymi. Społeczeństwo istnieje tylko poprzez próbę ustanowienia tego, co ma uchodzić za jego całość. Chodzi o problem tego, kto może występować jako reprezentant uniwersalnej wspólnoty. Każda próba przedstawienia społeczeństwa jako jednego narodu zakłada określony punkt widzenia, który sam jest społecznie usytuowany. Mamy więc do czynienia ze swoistym błędnym kołem. Próba przedstawienia narodu odbywa się w ramach tego samego narodu, który ma być dopiero przedstawiony, perspektywa jest więc pęknięta. Nie ma żadnego neutralnego, zewnętrznego obserwatora. Naród, który ma reprezentować całość, istnieje tylko właśnie w swojej części. To, co uniwersalne, jest zapośredniczone przez to, co szczególne – to klasyczny heglowski motyw. Pomijając kwestię, że sprawa „unarodowienia” ludu to raczej temat poprzednich wieków a nie współczesności, przejdźmy do rzeczy.
Oczywiście możemy nazwać klasy społeczne w różny sposób, podjąć bardziej lub mniej zniuansowaną próbę określenia ich. Natomiast w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że odmiana jest jednocześnie gatunkiem. Jedna konkretna klasa reprezentuje pojęcie narodu w ogóle. Czy sarmatami, czyli Polakami w Polsce szlacheckiej, nie była właśnie wyłącznie szlachta? Paradoks polegał na tym, że szlachta, będąc tylko jednym ze stanów, występowała jako naród sam w sobie. Czy podobnie nie było z trzecim stanem we Francji XVIII wieku, kiedy nabrał on świadomości, że to właśnie on jako stan jest prawdziwym narodem? W słynnej broszurze „Czym jest stan trzeci?” Sieyès pisał: „1. Czym jest stan trzeci? – Wszystkim. 2. Czym był dotychczas w ustroju politycznym? – Niczym”.
Aby nie szukać tak daleko, spójrzmy na to, jaka klasa dzisiaj jest tą, która pretenduje do roli narodu w ogóle. Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka” twierdził, że rozbiory Polski były spowodowane niedorozwojem polskich miast i w wyniku tego brakiem rozwiniętej warstwy mieszczańskiej. Jeśli spytać dzisiaj przeciętnego Polaka o to, z jakiej jest klasy czy warstwy społecznej, możemy być niemal pewni, że stwierdzi, iż należy do klasy średniej. Tak samo w mediach bardzo często możemy natknąć się na artykuły, które albo analizują aktualne (zawsze ponoć pogarszające się) położenie życiowe klasy średniej albo prezentujące stanowisko z perspektywy tej klasy. Czyżby więc spełniło się marzenie Dmowskiego o tym, że klasa mieszczańska, tj. dzisiejsza klasa średnia, wreszcie się w Polsce wykształciła i jest tym „prawdziwym narodem”?
Klasa średnia nie jest kategorią strukturalną, ponieważ ukrywa kluczowe podziały i władzę – nie mówi nam nic o tym, w jakim stosunku klasa średnia pozostaje do określonych zjawisk, np. wobec własności. Dzieje się tak chociażby dlatego, że pojęcie to ignoruje kryterium majątkowe wyłącznie na rzecz dochodowego. Zabieg ten, charakterystyczny dla dyskursu późnego kapitalizmu, jest narracją, która ma przesłonić prawdziwy horror sytuacji. Zadziwiająco dużo artykułów w mediach liberalnych jest poświęconych temu, że „klasa średnia zanika” albo że „klasa średnia ma coraz gorzej”, np. poprzez wysokie ceny mieszkań, inflację itd. Natomiast zanim zaczęto pisać w taki sposób, pisano o „powstawaniu” mitycznej polskiej klasy średniej, która będzie na wzór zachodni (jak wspomniałem: pisano tak przynajmniej od czasów Dmowskiego). Widzimy więc, że nastąpiło przejście od „jeszcze nie” do „już nie”.
Pozwala nam to sobie uświadomić, że słuszna była krytyka terminu „klasa średnia”. Nie dlatego, że nie ma żadnego stałego desygnatu tego pojęcia – właśnie dlatego nie ma stałego desygnatu, bo ono nic strukturalnie nie oznacza, nie ma żadnej uchwytnej struktury opartej np. na stosunku do środków produkcji, jest oparte wyłącznie na arbitralnym kryterium dochodowym. Termin ten może mieć znaczenie tylko czysto techniczne lub ideologiczne.
Musimy więc dla odkrycia aktualnego znaczenia pojęcia „naród” zdać sobie sprawę z funkcji terminu „klasa średnia” jako ideologicznej organizującej fantazji mającej maskować podział klasowy społeczeństwa. Naród – podobnie jak społeczeństwo – nie ma żadnego zewnętrznego punktu oparcia – każda perspektywa narodowa ma już formę klasową, a to oznacza, że nie da się perspektywy narodowej wydestylować jako czegoś odrębnego od perspektywy klasowej.
Zdrowy rozsądek podpowiada, że naród to pewna wspólnota, która ma wspólną historię. Historię narodu można porównać do historii podmiotu w rozumieniu lacanowskim – jest to retrospektywnie tworzona narracja symboliczna mająca opisać Realne, gdzie przyczyna i skutek zamieniają się miejscami. Żeby to zilustrować, można opisać następującą sytuację: pewna liberalna fundacja umieściła na swoim Facebooku następujący filmik w stylu tiktokowych rolek: na pierwszym slajdzie widzimy Wałęsę na tle stoczni gdańskiej z napisem „może spróbujemy wolnego rynku?”, następuje przesunięcie na następny slajd, gdzie widzimy Leszka Balcerowicza mówiącego: „OK”, rozlega się epicka muzyka, gdy w tle możemy ujrzeć warszawskie wieżowce. Przesłanie filmiku jest dość oczywiste – dzięki transformacji i wolnemu rynkowi jako naród osiągnęliśmy sukces w postaci warszawskich wieżowców i infrastruktury. Pytanie tylko, czy gdybyśmy zamiast tych wieżowców, pokazali fragment reportażu nt. bezrobocia w Wałbrzychu i konieczności pracy w biedaszybach – to filmik byłby nie mniej prawdziwy? Ujawnia się tutaj gigantyczna rola tego, co stwierdziliśmy wcześniej: kto mógłby stwierdzić, czy transformacja w Polsce zawiodła czy się udała, skoro każdy sąd na ten temat jest wpisany w wewnętrzne pole różnicy. Spór nie dotyczy faktów, lecz tego, która część doświadczenia ma prawo mówić jako doświadczenie całości. Nie jest to po prostu relatywizm, który mówiłby, że każda prawda jest uprawniona – chodzi raczej o to, że nie ma żadnej prawdy, która mówiłaby jako transcendentne ujęcie. Jest ona zawsze zdeterminowana przez formę wewnętrzną.
Wracając do opisanego filmiku – czy zatem naród ma wspólną historię? Realnym podlegającym symbolizacji jest tutaj transformacja ustrojowa, która jest skutkiem, a nie przyczyną aktu symbolizacji. Akt symbolizacji np. bogatego polityka może wyglądać w ten sposób: „Mamy wielkie wieżowce w Warszawie (przyczyna), ponieważ doszło do transformacji ustrojowej (skutek)”. Skutek w postaci ustanowienia transformacji ustrojowej jako przyczyny wynika z faktu retrospektywnego ustanowienia określonej narracji. Natomiast narracja wałbrzyskiego górnika wyglądałaby raczej: „Musimy kopać w biedaszybach, ponieważ transformacja ustrojowa zamknęła nasze kopalnie”. Widzimy więc, że spójna i wspólna historia narodu jest zwykłą fantazją, skoro w zależności od klasy społecznej z której pochodzi obserwator, zawsze wpisany już w samą obserwację, tworzy transformację ustrojową jako wydarzenie historyczne całkiem sprzeczne z tym opowiedzianym przez drugiego wpisanego obserwatora. W pewnym sensie więc historia biegnie właśnie w drugą stronę niż się zdroworozsądkowo wydaje, bo to właśnie podmiot ustawia dane wydarzenie jako przyczynę. Jedyna próba ustanawiania tej wspólnej historii może polegać tylko na tym, o czym była mowa wcześniej, tj. na podnoszeniu odmiany do rangi całości, do czego rości sobie zresztą prawa każda narracja, ukazując się jako obiektywna historia.
Nie ma żadnego neutralnego „narodu”, do którego można by łaskawie dokooptować klasę ludową. Istnieją jedynie poszczególne pozycje w strukturze ekonomicznej, przysłaniane przez ideologiczne narracje o sukcesie transformacji i mitycznej klasie średniej. Społeczeństwo nie znika dlatego, że ludzie nie żyją razem. Znika jedynie fantazja, że istnieje wspólnota, która mogłaby przemówić jednym głosem poza konfliktami, które ją tworzą. To, co nazywamy społeczeństwem, jest właśnie nazwą walki o to, która jego część będzie mogła wystąpić jako całość.
Gabriel Przybyłek
Grafika w nagłówku tekstu: Ali Sharifi from Pixabay
przez redakcja | środa 5 sierpnia 2026 | opinie
***
Biały punkt na mapie
zadumałam się nad tym za kogo uchodzę
zadumałam się mój jedyny nałóg to papierosy
zadumałam się kobieta ma prawo się wyszumieć
zadumałam się jestem feministyczną buddyjką
zadumałam się jestem przedstawicielką katolewicy
zadumał się nad tym za kogo uchodził za życia
zadumał się paląc papierosa i udając że czyta gazetę
zadumał się porównując córkę do Kazimiery Szczuki
zadumał się nad wszystkimi normalnymi feministkami takimi jak jego córka i Kazimiera Szczuka
zadumał się jest chadekiem
nonkonformizm jest dziedziczny i nawrotowy
——————————————–
Poliż mnie I’m polish
ojciec mojego ojca podobno miał problem z alkoholem
przyjeżdżamy na wakacje trzeźwy jak zawsze
w czasie drugiej wojny światowej
przeszedł z Wilna do Berlina
Na lewej ręce miał wgłębienie od pocisku
Nie był mańkutem
——————————————–
postmarksizm
Mój ojciec internowany w stanie wojennym
matka w ciąży
wieźli go do więzienia myślał zabiją mnie
potem nigdy nie przestał działać
balansować na granicy
dziwiłam się że nie publikował pod pseudonimem „Linoskoczek”
——————————————–
Syjonizm
w dzieciństwie zabierał mnie na marsze pamięci Żydów
zamordowanych w czasie II wojny światowej
był propalestyński zanim stało się to modne
ja zaś zrozumiałam dopiero później, że
ciała ułożone jedne przy drugich nie różnią się
od ciał położonych jedne na drugich
————————————————————————
Wizyta
Kiedyś gdy już nie studiowałam
pracowałam na cały etat
wolne chwile poświęcając aktywizmowi klimatycznemu
bo jeszcze wierzyłam w aktywizm klimatyczny
odwiedziłam ojca po trzymiesięcznej przerwie
on powitał mnie w progu jak gdyby nigdy nic
a wiesz w ogóle co ci z Greenpeace zrobili
rozwiesili billboard na Stadionie Narodowym
nie zrobili nic złego rzuciłam lekko w powietrze
o tym nie pomyślałem
zaczęłam się kajać przepraszać gorąco i tłumaczyć
ja w ogóle się nie gniewam
po to Cię wychowałem żebyś miała swoje życie
Aleksandra Bradel
przez Michał Rydlewski | niedziela 2 sierpnia 2026 | opinie
Dzień mojej Babci zaczynał się właściwie w dniu poprzednim, bo to wieczorem wyjmowała z zamrażarki mięso na obiad. Zawsze zdejmowała woreczek, wkładała do wysłużonej plastikowej miski i przykrywała talerzykiem. W telewizji usłyszała, że lepiej ten woreczek ściągać, tak mi mówiła. Zamrażarka lodówki zawsze była pełna do tego stopnia, że trudno się wysuwało plastikowe szuflady. Wcześniej, czyli przed zakupem lodówki z zamrażarką, w jednym z pokojów stała zamrażarka wielkości sporego biurka. Pokój ten nazywaliśmy wraz z moimi kuzynami zimnotą.
Babcia wszystko szykowała rano i to był czas porządkowania świata: przestrzeni oraz czasu. Nigdy nie widziałem jej leżącej w łóżku. Wstawała zaraz po tym, jak się obudziła. Z czasem miała coraz mniej do zrobienia, bo nie mieli wraz z mężem, moim Dziadkiem, już żadnych zwierząt. Pozostawał jedynie niewielki ogródek warzywny z kilkoma krzewami owocowymi i drzewem śliwkowym. Były też papierówki, ale od sąsiada, przez płot. Ogródek uprawiała pomimo utraty sił i zdrowia, w tym wzroku. Babcia już naprawdę słabo widząc, w podeszłym momencie życia, potrafiła przynieść wszystkie warzywa z ogródka i zrobić zupę. Była tak połączona ze światem, wręcz zespolona z nim, że wiedziała co gdzie jest z dokładnością do centymetra. Po jakimś czasie zrozumiałem, że niepracowanie było jakąś formą nie-Bycia. Praca była formą kontaktu ze światem, wręcz współ-bycia w nim i z nim. Nie widziałem na przykład nigdy, żeby coś się marnowało, coś było wyrzucane: począwszy od resztek jedzenia po małe woreczki foliowe. Wszystko był potrzebne, nic nie było zbędne. Dzisiaj powiedzielibyśmy o „zero waste”, ale to nie był trend, lecz zwyczajne życie.
Rano po odmrożeniu mięsa, a prawie zawsze był to kurczak, czasami tylko karkówka, przyprawiała je vegetą i pieprzem, czasami przyprawą do kurczaka, ale to dopiero wtedy, gdy takie saszetki-mieszanki pojawiły się w sklepach. Zawsze używała oleju kujawskiego. Do kurczaka dawała czasami cytrynę, co chyba przejęła od mojej Mamy albo z telewizji. Czasami małą łyżeczką wybierała pestki, które tam wpadły, albo kazała mnie to zrobić, bo słabo widziała. Zawsze przyprawiała mięso w tej samej wysłużonej misce, której używała do rozmrażania, a tak naprawdę do wszystkiego.
Babcia nie za bardzo lubiła nowości. Zawsze obierała ziemniaki małym nożykiem. Pamiętam, jak wróciłem z Irlandii i mówiłem, że obieraczką jest lepiej i szybciej, że wiem, bo przecież godzinami te ziemniaki w pracy obierałem. Wiedziała swoje i z czasem zrozumiałem, że przyzwyczajeń i opanowania pewnej poręczności w radzeniu sobie ze światem nie należy zmieniać, bo to jest jej świat, a nie mój. Babcia gotowała prosto i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mi nie smakowało. Zawsze potrafiła wykorzystać resztki jedzenia. Na przykład z ziemniaków wymieszanych z mąką ziemniaczaną robiła placuszki i smażyła na małej i starej „patelence” (moja Mama też tak czasami mówiła), posypując vegetą. Zresztą vegeta była niemal obowiązkowa do wszystkiego, jak maggi do rosołu. Kiedyś próbowałem zrobić te placuszki, bo nic w tym trudnego, ale nie smakowały tak samo. Nie ta patelenka, i nie to wszystko inne, które bezpowrotnie przeminęło wraz z ludźmi i ich rzeczami, z którymi byli zżyci.
Zawsze, gdy tylko skończyliśmy przygotowywane przez Babcię śniadanie, piłem z nią kawę w ciemnych kubkach z duraleksu. Prawie zawsze z jakimś ciastem. Babcia często robiła ciasta drożdżowe, przeważnie z truskawkami. Najczęściej piliśmy kawę w kuchni, patrząc przez okno na wiejską drogę, pola, gospodarstwo naprzeciwko. Babcia robiła kawę parzoną, ale gdy byłem ja albo gdy przychodziła sąsiadka, to wyciągała ekspres przelewowy. Zawsze lubiłem dźwięk tej wciąganej i wydychanej przez ekspres wody. Dzisiaj powiedzielibyśmy o „uważności”, ale to nie była kolejna terapeutyczna technika do opanowania, mająca na celu poprawić nasz psychiczny dobrostan w przeżywaniu świata, lecz samo jego przeżycie wynikające z bycia w nim i działania bez jakiegoś zwiększonego poziomu refleksji, gdyż to działanie było myśleniem.
Babcia nie lubiła zbyt słodkich ciast, nie przepadała za tortami. Słodyczy jadła mało, głównie czekoladę, ale zawsze chętnie wszystkiego próbowała. Nie mogła się nadziwić, ile potrafiliśmy zjeść słodyczy z kuzynami, i to jeszcze mieszając na przykład czekoladę ze słonymi paluszkami. Ale wszystkiego jedliśmy dużo i Babcia nam chętnie robiła na przykład frytki w głębokim oleju albo miksowała truskawki i robiła z tego lody. W jedzeniu kierowała się chyba zasadą umiaru, nie unikała niczego „niezdrowego” – jadła wszystko, ale nie była łakoma. Kostka czekolady smakowała jej bardziej niż cała tabliczka.
Nie miała obsesji na punkcie zdrowia, tego fetyszu ponowoczesności. Podejście Babci do zdrowia było uwarunkowane przekonaniem, że zdrowie to dar i nie jest zależne od człowieka. Babcia uważała, że w zasadzie zdrowie jest od Boga i jak ktoś ma zachorować, to zachoruje, więc troska o siebie na niewiele się zda. Brała leki na różne dolegliwości, z wiekiem było ich coraz więcej, ale myślę, że nigdy jakoś szczególnie nie wierzyła w ich skuteczność, tak jakby zdrowie oraz medycyna nie do końca się łączyły.
Chorowała na Parkinsona i czasami porównywała się do Papieża, który cierpiał na to samo. „Jak jemu nie pomogli, to mi ktoś pomoże, Michaś?”. Raczej żartowała ze zdrowia, mówiła, że jak boli to człowiek żyje. Była pogodzona z utratą sił i zdrowia. Wiem, że choroba sprawiała jej ból, ale nigdy nie słyszałem, aby się skarżyła. Czasami, jak ktoś był za bardzo troskliwy i dopytywał o jej stan zdrowia, mówiła nieco poirytowana, co miało dać asumpt do zakończenia rozmowy na ten temat, że ją boli i tyle. Czasami brała magnez, bo sądziła, że kawa go wypłukuje (co nie jest prawdą), ale i tak uważała, że kiedyś ludzie niczego nie łykali i jakoś żyli. W zasadzie miała rację, gdyż wszystkie te mody na suplementy czy też diety oczyszczające to pseudomedyczny wymysł wielkich korporacji farmaceutycznych. Po prostu życie toczyło się swoim rytmem zdrowia i choroby i trzeba było się do niego dostosować.
Wiele nowoczesnych rzeczy ją dziwiło, a niektóre uważała za bzdurne. Na przykład nie mogłem jej nigdy przekonać do wartości siłowni, bo uważała, że to marnowanie energii – w tym czasie można by zrobić coś pożytecznego, choćby przekopać ogródek czy porąbać drewno. Telefony komórkowe uważała za niepotrzebne. Ten w domu wystarczał. Babcia czasami dzwoniła do kogoś z rodziny, często z okolic, z których pochodziła, czyli Szymbarku na Podkarpaciu. Nie lubiła długo rozmawiać przez telefon i często z ironicznym uśmiechem komentowała zdolności do „rozgadywania się”.
Babcia, mówiąc dzisiejszym językiem, nie rozumiała także nowoczesnej potrzeby rozwoju przez całe życie. Uważała, że powinien być jakiś czas na szkołę, ewentualnie studia, i potem normalnie powinno się iść do pracy. Dziwiła ją czasami moja chęć ciągłego czytania, choć nie było w tym nic szczególnie krytycznego, raczej współczucie, że mam taką pracę i, co dziwniejsze, lubię ją. Babcia była świadkiem mojej męki z doktoratem, bo czasami, w wakacje, spędzałem w Uniejowicach całe tygodnie, żeby móc spokojnie pisać, co oznaczało, że siedziałem nad książkami od rana do wieczora.
W ramach mojego odpoczynku chodziliśmy z Babcią na spacery. Najczęściej tak zwaną czarną drogą albo do parku, w stronę dużej polany, która kończyła się nad rzeką i mostem. Czasami dochodziliśmy aż do sklepu i wiejskiej szkoły, do której chodziła moja Mama jako dziecko. Na tym boisku czasami grywałem z piłkę z kuzynami i dziećmi ze wsi. Do dzisiaj pamiętam masywne, drewniane – i uwaga – kwadratowe bramki (dużo bym dał, żeby poznać ich historię). Spacery były niezbyt dalekie, ale spokojne – i zawsze rozmawialiśmy. Wtedy te rozmowy wydawały mi się zwyczajne, nierzadko o niczym, ewentualnie o codzienności, choć czasami poruszaliśmy poważne tematy, na przykład sensu życia, wiary, rodziny, miłości. Myślę, że wtedy nie rozumiałem, jak mądre rzeczy mówi Babcia. Pamiętam dobrze moment, gdy Babcia przystanęła obok jakiegoś krzaka czy dopiero rosnącego drzewa i powiedziała: „Zobacz, Michaś, jakie te listki są piękne!”. Było w tym coś naiwnego, rozbrajająco dziecinnego. Wtedy mnie to trochę zaskoczyło i wywołało dziwne do oddania uczucie czułości i jednoczesnego zażenowania taką postawą starszej przecież kobiety. Dzisiaj wiem, że potrafiła widzieć piękno tam, gdzie mnie ono umykało. Często na przykład mówiła, gdy widziała kogoś młodego, nastolatka, że jest piękny, że młodość w ogóle jest piękna. Patrzyłem na tę samą osobę i widziałem raczej brak urody. Dzisiaj sam patrzę na młodych ludzi i widzę w nich więcej piękna niż oni zapewne widzą sami w sobie.
Babcia była telewizyjna oraz radiowa. Radia słuchała w kuchni, gdy coś robiła. Ze względu na głuchotę Dziadzia, telewizor zawsze była nastawiony dosyć głośno i można było wszystko usłyszeć w kuchni. Gdy chciała posłuchać czegoś swojego, to zamykała drzwi od kuchni. Dostała też odtwarzacz płyt kompaktowych i często słuchała piosenek Ireny Santor i Anny German, o których mówiła per „Santorka” i „Germanka”. Gdy dzisiaj słyszę piosenki tych artystek, to widzę Babcię zasłuchaną w nie przy kuchennym stole. Najbardziej lubiła „Człowieczy los” Germanki. „Zobacz, Michaś, jakie te piosenki są piękne”. Zresztą Babcia często używała słowa „zobacz”, i ja, co odkryłem niedawno, mam je w swoim idiolekcie. Zdarza mi się mijać miejsce zamieszkania Anny German we Wrocławiu. Zawsze wtedy myślę, jak życie ludzi jest splątane niewidzialną siecią mistycznych partycypacji. Piosenkarka nie miała pojęcia o istnieniu mojej Babci, a ja stojąc pod kamienicą na ulicy Trzebnickiej 5 czuję, jakbyśmy wszyscy się znali.
W niedzielę razem z Dziadziem oglądaliśmy we trójkę „Familiadę”. Babcia z Dziadziem prowadzili cichą rywalizację. Babcia czasami komentowała głupotę najwyżej punktowanych odpowiedzi, które nie były zgodne z większością ankietowanych. W ogóle lubiłem z nimi oglądać telewizję, bo była ona pretekstem do rozmów, komentarzy, pouczeń, nie mówiąc już o tym, że często widzieli co innego niż ja, choć patrzyliśmy na to samo. Przy okazji oglądania programu „Rolnik szuka żony” najbardziej zainteresowani byli wystrojem domów, zwierzętami i sprzętem gospodarskim. Popołudniowe oglądanie „Na dobre i na złe”, a wieczorem „M jak miłość” było rytuałem, dawało wgląd w historię bliskich im jakoś ludzi, bo w życiu moich Dziadków niewiele się działo. Prawie nie opuszczali Uniejowic, czasami jeździli do Złotoryi. Raz w wakacje pojechaliśmy do Gorlic do rodziny. Innym razem Dziadziuś był we Wrocławiu na badaniu słuchu przy Placu Targowym w budynku, którego już nie ma. Byli też wspólnie na obronie mojego doktoratu we Wrocławiu. Pamiętam dokładnie, gdzie siedzieli, jakie miejsce zajęła moja nieżyjąca już Mama. Babcia z Dziadziem siedzieli w drugim rzędzie, bardzo blisko, bo chcieli wszystko widzieć, za nimi siedziała moja Mama. Studenci zawsze siadają jak najdalej i te miejsca po moich bliskich zawsze są wolne. Mam często w tej sali zajęcia i muszę się pilnować, żeby nie myśleć zbyt wiele o czasie, trochę odgonić się od szeptanego tam szyfru, który podpowiada mi, co paradoksalne, że trzeba jednocześnie odejść i wyruszyć w nieznane oraz zakorzenić się na nowo w tym, co znane.
W tej sali prowadzę zajęcia z filozofii współczesnej. Gdy na ich użytek przygotowywałem wykład dotyczący Martina Heideggera, przeczytałem kilka jego tekstów wyrażających, jak to określają znawcy, humanizm rustykalny, czyli „Polną drogę” oraz „Twórczy krajobraz. Dlaczego pozostajemy na prowincji?”. Przypomniały mi one z całą mocą postać Babci, gdyż czytając je zdałem sobie sprawę, że już to wszystko widziałem, że lektura jest powtórzeniem czegoś, co znam z obserwacji jej życia.
Przypomniałem sobie tę scenę z listkami i pięknem właśnie wtedy, gdy czytałem Heideggera. Moja Babcia, ta niewykształcona, wierząca kobieta, która żyła tradycyjnie, rzadko kiedy upuszczająca Uniejowice, nie czuła żadnych deficytów Bycia – była połączona ze światem swojego obejścia tak mocno, jak tylko się dało.
Czasami też myślę o wspomnianej scenie naszego spaceru odnosząc ją do filmu Michelangelo Antonioniego „Powiększenie”. To film o widzeniu, którego kluczowa scena rozgrywa się właśnie w parku, gdzie bohater nie widzi tego, co się zdarzyło, gdyż robi zdjęcia. Wtedy, z Babcią w parku, i ja czegoś nie widziałem. Tak jak bohater fotografując nie widział, choć to, co się zdarzyło, utrwalił za niego aparat (co potem musi zobaczyć, zmieniając nastawienie z estetycznego na detektywistyczne), tak tym, co przysłoniło mi zobaczenie istoty tej sceny, było zbytnie intelektualizowanie. Gdy tylko zmieni się nastawienie czy całościowy nastrój, w spacerach z Babcią widzę wszystko to, co Heidegger nazywa autentycznością.
Innym tekstem, który ożywił wspomnienie Babci związane z jej pierwotnym nastawieniem do świata, wyrażającym się w zachwycie nad nim, była „Czułość” Jadwigi Mizińskiej. To niezwykle piękne epitafium wybitnej polskiej filozof kultury dla swojej Mamy chorej na Alzheimera. Wzruszająco opisuje przyjaźń Mamy ze zwierzętami i całą przyrodą, która przebywa już w innym świecie: świecie piękna, zachwytu i zupełnie innej filozofii patrzenia niż ta, którą dysponuje zdrowa autorka-córka. Ten świat to zaczarowany świat dzieciństwa, w którym wszystko jest magicznie ożywione, przemawia do człowieka własnym językiem, na który stajemy się głusi doroślejąc, i może, paradoksalnie, głupiejąc poprzez nabywanie rozumu. Na koniec życia Mamy autorki powraca ona do dzieciństwa, jej ciało jest tutaj, umysł tam, w przeszłości. Na powrót przeżywa historie sprzed lat, choć nie pamięta tego, co było dzień wcześniej. Cudownie móc powrócić tam, gdzie się było, jeszcze raz, być może mocnej niż wtedy, przeżyć to, co minęło. Zbliżając się do śmierci, zbliża się jednocześnie do początku, do patrzenia na świat takim, jaki on jest (tak chciałbym wierzyć).
Moja Babcia chorowała na Parkinsona, a nie na Alzheimera, ale od kiedy ją pamiętam „jako Babcię”, czułość wobec świata była jej naturalnym nastawieniem. Nie potrzebowała lektury „czułego narratora” (tekst Jadwigi Mizińskiej jest zresztą o niebo lepszy niż słynny esej Olgi Tokarczuk), tak jak nie potrzebowała czytać wielkich filozofów, gdyż miała własną filozofię, przecież nieodległą od tej Heideggera. Co więcej, głęboko przeżytą, a nie wystudiowaną jak moja. Szkoda, że zrozumiałem zbyt późno, iż obcując z Babcią, obcuję z kimś wielkim. Żałuję, że popełniłem typowy dla inteligenta błąd, mówiący, iż zwykli ludzie nie mogą równać się z wielkimi. Mogą, gdyż koniec końców wszyscy dochodzą do tego samego wniosku, od Martina Heideggera po moją Babcię, Genowefę Sienkiewicz. Nie musiała go formułować filozoficznym czy poetyckim językiem, gdyż ten wniosek był przez nią przeżywany, a jego komunikowanie odbywało się nie w piśmie, lecz w chodzeniu po czarnej drodze.
Moja Babcia zmarła kilka lat temu podczas snu, prawdopodobnie wczesnym rankiem. Mąż mojej Mamy, który jako pierwszy wszedł do jej pokoju, myślał, że śpi, bo jej twarz była lekko uśmiechnięta. Babcia umarła z uśmiechem na ustach. Po śmierci Babci i mojej Mamy kontynuuję ich czynności, robię to, co one, odtwarzam choćby przepisy, układam ubrania w określony sposób, trzymam porządek rzeczy, jaki one wymyśliły. Za chwilę będę robił obiad i włączę „Człowieczy los”, kurczaka przyprawię vegetą i pieprzem. Nie tylko ja tak robię. Czyni tak wiele osób, jak choćby Roland Barthes opisujący żałobę po stracie matki, co zdradza nieuchronność tradycji jako więzi. Działanie jako rytuał zapewnia łączność, bo jest jednoczesnym myśleniem, współ-byciem z tym, kogo już nie ma. Gdy czasami idę czarną drogą, wiem, że Babcia jest obok, jej realność jest wręcz namacalna. Patrzę na pola, niebo, drzewa, wystający zza horyzontu kawałek wieży kościoła w Zagrodnie, do którego chodziła. Myślę, że gdyby moja Babcia żyła, powiedziałaby: „Zobacz, Michaś, jakie życie jest piękne”.
dr hab. Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Moondance from Pixabay
przez redakcja | wtorek 28 lipca 2026 | klasyka, opinie
Pod takim tytułem („Precz z ugodą z Czechami”) umieścił „Robotnik” warszawski następujący artykuł:
Do Warszawy zjechała delegacja czeska na zaproszenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Trzech urzędników czeskich z trzema urzędnikami polskimi mają za zadanie wyjaśnić „ciemne punkty” rozstrzygnięcia Rady Ambasadorów z dnia 28 lipca 1920 roku.
Patronuje tym obradom minister spraw zagranicznych, a właściwie p. Piltz. Chciano by, dla uspokojenia sumienia tak bardzo obciążonego Śląska Cieszyńskiego, znaleźć plasterek zasklepiający ranę, z której sączy się krew najlepszych synów Polski.
Ministerstwo spraw zagranicznych, w osobach p. Piltza, Paderewskiego, Dmowskiego i mniej znanych figur pragnie „skończyć” jak najspieszniej ze sprawą Śląska.
Położenie Polaków pod zaborem czeskim jest okropne. Rządy sprawują bojówki, a władze, w najlepszym wypadku, obojętnie się przypatrują gwałtom, dokonywanym w biały dzień na bezbronnej ludności.
Czesi nie zachowują pozorów przyzwoitości. Nawet w okresie, kiedy delegacja czeska bawi w Warszawie i przy zielonym stole prowadzi rokowania z ministrem spraw zagranicznych, na Śląsku pod zaborem czeskim aresztuje się ludzi niewinnych, jak w Sibicy koło Cieszyna „czeskiego”. W Skrzeczoniu koło Bogumina 11 października czeska bojówka napadła na polską szkołę i wypędziła dzieci do czeskiej szkoły.
Czyż ugodowe zapędy wobec Czechów ze strony ministra spraw zagranicznych nie są poniżeniem godności państwa polskiego? Uginanie karku p. Piltza jest hańbą i przynosi szkodę narodowi polskiemu. Czy nie należałoby raczej Czechom postawić ultimatum? W takich warunkach nie można z nimi zasiadać przy jednym stole.
Jak długo rząd czeski nie zobowiąże się, że nie pozwoli bezkarnie rządzić bojówkom, nie można z Czechami układać się. Sprawa polska na Śląsku Cieszyńskim na tych układach może ponieść niepowetowane szkody. Ludność całej Polski z najwyższym niepokojem i nieufnością patrzy na praktyki p. Piltza, a sprawy śląskiej nie uważa bynajmniej za załatwioną. Nie dla wszystkich Rada Ambasadorów jest sakramentem którego tknąć się nie godzi.
Najpierw niech pp. Piltz i Paderewski, Zamojski i Grabski wyjaśnią tajemnicze praktyki z okresu Spa-Paryż z lipca 1920 r.
Jakie rozstrzygnięcie właściwie obowiązuje Polskę? Czy to z dnia 25 lipca, czy też z 28 lipca? Czy podpis p. Zamojskiego obowiązuje obie strony, czy też podpis p. Paderewskiego? Na ten temat ci panowie będą mieli dużo do powiedzenia, a zapyta o to sejmowa komisja zagraniczna.
Najwyższy czas wrócić do sprawy śląskiej, odgrzebać ją spod popiołu, tak skrupulatnie przez „prawdziwych” Polaków na tę nieszczęsną ziemię sypanego.
Z panami, którzy przyjechali do Warszawy, poważnie mówić nie można. Są oni przedstawicielami rządu, którego na Śląsku nikt nie słucha.
Obrady te żadnego pozytywnego rezultatu dać nie mogą, a nie przystoi mydlić oczu ciężko dotkniętej ludności Śląska Cieszyńskiego.
Interpelacja
posłów Regera, dra Kunickiego i towarzyszy ze Związku Polskich Posłów Socjalistycznych do Pana Ministra Spraw Zagranicznych w sprawie najświeższych gwałtów dokonanych na ludności polskiej przez władze czesko-słowackiej republiki.
Dnia 30 września br. doręczono pracownikom personelu stacyjnego kolei państwowych w Boguminie wypowiedzenie ze służby oraz z zajmowanych mieszkań z tym, że w służbie zostają zawieszeni od dnia 1 października rb. i że natychmiast mają zajmowane mieszkania opuścić. Skutkiem protestu, wniesionego przez konsula polskiego w Boguminie do dyrekcji kolei państwowych czeskich w Ołomuńcu oświadczono zrazu, że wypowiedzenie cofa się, następnie jednak dn. 4 bm. po południu wywieszono na tablicy ogłoszeń Biura Personalnego w Boguminie wezwanie do wszystkich pracowników, którym wypowiedzenie było cofnięte, że mają się natychmiast w Biurze zgłosić. Zgłaszającym się oświadczono, że wszystkie wypowiedzenia zostały utrzymane w mocy, że wydaleni mają natychmiast służbę opuścić i że z dniem 1 października wstrzymane im zostaną wszystkie pobory służbowe. Nic nie pomogło zwracanie uwagi na to, że według obowiązującej pragmatyki służbowej przysługuje wszystkim pracownikom kolejowym prawo do przynajmniej trzymiesięcznych poborów w razie wypowiedzenia. Termin do końca października przyznano tylko pracownikom etatowym, dla personelu nieetatowego zakreślono ten termin tylko na dni czternaście, tzn. że z tym dniem wstrzymano im pobory. Wszystkim zaś pracownikom wyraźnie zwrócono uwagę, że pomieszczenia służbowe muszą być opróżnione z dniem upływu wypowiedzenia.
Dnia 11 bm. podobny los spotkał dalszych 63 pracowników tejże kolei, zatrudnionych w ogrzewalni maszyn, przy czym wszyscy mają opuścić służbę i mieszkania swoje również w końcu października.
Dnia 12 bm. przewieziono z Bogumina na stronę polską trzysta pięćdziesiąt rodzin polskich wyrzuconych przez Czechów z Bogumina i okolic.
Dzieje się to wszystko wbrew zobowiązaniu przyjętemu przez Czechów w Traktacie Paryskim oraz wbrew postanowieniom konstytucji republiki czesko-słowackiej, gwarantującym ludności polskiej równouprawnienie, zabezpieczenie pracy, honoru, mienia i życia.
Zapytujemy Ministerstwo Spraw Zagranicznych, czy:
a) nie uznaje, że dopóki Czesi nie wypełnią przyjętych dotąd zobowiązań, nie należy i nie wolno wchodzić w żadne nowe z nimi układy, albowiem nie ma najmniejszej gwarancji, że nie dotrzymując dawnych układowi zechcą dotrzymać nowych.
b) jakich zamierza użyć środków i sposobów, aby wymusić na rządzie czeskim dotrzymania przyjętych zobowiązań?
Warszawa, dnia 15 października 1920 r.
Sejm domaga się jednomyślnie rewizji sprawy cieszyńskiej
Jak wiadomo, w mowie swej programowej prezydent ministrów poseł Witos imieniem całego rządu w słowach męskich i stanowczych napiętnował krzywdę, jaką wyrządzono narodowi polskiemu przez wyrok paryski.
Dyskusja nad oświadczeniem rządu dała wszystkim stronnictwom w Sejmie sposobność silnego podkreślenia, że sprawy śląskiej nikt w Polsce nie uważa za załatwioną.
I tak np. oświadczył poseł Głąbiński wśród oklasków Izby: „Co do stanowiska pana prezydenta [rady ministrów], gabinetu i rządu całego w sprawie Śląska Cieszyńskiego, Śląska Górnego i Gdańska, muszę oświadczyć, że się w zupełności z tym stanowiskiem godzimy. Co do Śląska Cieszyńskiego jesteśmy tego zdania, że wyrok, który wówczas zapadł, kiedy się zdawało zachodniej Europie, że Polski już nie ma, że będzie zgnieciona, jest niesprawiedliwy; państwa zachodnie przyjdą do tego przekonania, że Polska została skrzywdzona. Sądzę, że Czesi także nareszcie to zrozumieją, że ich własny interes i Polski wymaga, aby pomiędzy tymi państwami i narodami nie było stałej przepaści, ażeby stosunek między Polską a Czechami mógł być przyjazny i pokojowy, żeby zatem ta sprawa została ,w drodze ugodowej, w drodze kompromisowej załatwiona, ale załatwiona nie w ten sposób, jak opiewa wyrok Rady najwyższej, rozstrzygający tę sprawę.
Poseł towarzysz Moraczewski w ostrych słowach domagał się rewizji wyroku paryskiego i interwencji rządu polskiego wobec gwałtów czeskich: „Granice nasze zaczynają się ustalać. Pozostaje obecnie walka o Śląsk Górny, Wilno i Śląsk Cieszyński. Walka o Śląsk Cieszyński w znacznej mierze została przez nas przegrana, nie znaczy to jednak, by kwestia cieszyńska była już rozwiązaną. Sejm i naród cały nigdy nie pogodzą się z faktem, by rdzennie polski kraj z polską ludnością był na trwałe utracony. W obecnym zaś stanie rzeczy rząd musi wystąpić przeciw tym niesłychanym gwałtom, które dzieją się w zagrabionej nam przez Czechów części Śląska”.
Również posłowie Dubanowicz i Matakiewicz wspomnieli o Śląsku Cieszyńskim. Pos. Chądzyński podniósł, że „sejm nie ratyfikował rozstrzygnięcia Rady ambasadorów i ono go nie obowiązuje”. Stanu rzeczy w sprawie Cieszyńskiego nie uważa mówca za ostateczny. Poseł Adamski zaznaczył, że „sprawę Śląska uważamy jeszcze za nierozstrzygniętą. Doświadczenie każe nam wytężyć wszystkie siły, aby komedia mazurska i cieszyńska nie powtórzyły się na Górnym Śląsku”.
Poseł Woźnicki słusznie zupełnie stwierdził, że w ministerstwie spraw zagranicznych na krytykę zasługuje obsada poselstw zagranicznych. Na sprawie Śląska Cieszyńskiego zemściła się podróż ówczesnego prezydenta ministrów, Grabskiego, do Spaa. Prezydent Grabski nie miał prawa zawierać tam podobnej umowy, a Sejm prawdopodobnie uzna takie załatwienie sprawy za niemożliwe.
Poseł Federowicz stwierdził, że przepaść między nami a Czechami pogłębiła się jeszcze przez wrogie stanowisko Czech w chwili dla nas najcięższej.
Cały sejm jednomyślnie, wśród okrzyków: „Domagamy się rewizji sprawy cieszyńskiej!” – zaaprobował oświadczenia posłów.
W rozprawach nad oświadczeniem prezydenta ministrów przemawiał z kolei w piątek 15. października b. r. w Sejmie warszawskim poseł dr Józef Buzek, Ślązak [cieszyński] z pochodzenia. Ponieważ żaden z posłów śląskich do głosu już przyjść nie mógł, więc p. Buzek podjął się przypomnieć Sejmowi, Polsce całej i całemu światu niedolę ludu śląskiego. Poseł Buzek zaczął od scharakteryzowania ogólnych wyników pertraktacji ugodowych z Rosjanami w Rydze.
Poseł Buzek: Dzień 12 października br., to jest dzień podpisania preliminariów pokojowych w Rydze, jest dniem niezaprzeczonego tryumfu naszego. Walka o nasze granice zachodnie zakończyła się szeregiem klęsk: nie mamy bezwzględnie pewnego dostępu do morza, Mazury i Warmia definitywnie są stracone, czyli straciliśmy przeszło 12 000 km kw. ziemi polskiej z ludnością półmilionową.
Inaczej na Wschodzie. Nabywamy tam na Wschód od linii Curzona 130 000 km kw. z ludnością przeszło 5 milionów. Ten wynik zawdzięczamy przede wszystkim sobie samym.
Znamiennym jest, że po rozstrzygnięciu sprawy cieszyńskiej, pewien dyplomata angielski, na pytanie, dlaczego oddano Czechom kawał polskiej ziemi, odpowiedział, że w chwili wydania orzeczenia Rada Ambasadorów musiała liczyć się z upadkiem Polski jako faktem bezpośrednio grożącym.
Czesi pragną w ciągu lat najbliższych zupełnie wynarodowić przyznane im ziemie polskie, za pomocą brutalnych gwałtów, chociaż dnia 10 września 1919 r. zawarli z mocarstwami konwencję, w której zabezpieczają mniejszościom narodowym szereg praw, a zwłaszcza zupełne bezpieczeństwo, nadto przyznają szkołom mniejszości zupełnie swobodny rozwój, a nawet wypłacenie dotacji. Postanowienia te zostały także umieszczone w konstytucji czeskiej, uchwalonej 29 lutego 1920 r. Tymczasem co się dzieje? Czesi zaprowadzili na Śląsku i Orawie rządy obce, rozwiązali dawne rady gminne i zastąpili je mianowaną komisją, mianowanymi wójtami czeskimi.
Te zarządy gminne zupełnie bezprawnie wydalają ludność polską. Wczoraj jeden z naszych kolegów na dworcu w Dziedzicach spotkał 350 rodzin polskich, które Czesi wyrzucili ze swych siedzib. To teraz całkiem świeżo, oprócz dawniejszych 5000. Przed 10 dniami Czesi wydalili 63 kolejarzy, co czyni razem 126
Poseł Reger: Słuchajcie. Teraz mamy robić układy z tymi gałganami. Trzeba się zapytać, jakim prawem rząd prowadzi układy z Czechami.
Marszałek: Zwracam uwagę, że narodów, z którymi nie prowadzimy wojny, nie wolno tu nazywać gałganami.
Poseł Buzek: Czesi na zebraniach swoich bojówek uchwalają że ci a ci Polacy powinni w ciągu dni kilkunastu wysprzedać swoje mienie i wynieść się do Polski. Mam tu kilka takich wyroków, a mnóstwo podobnych kartek przesłano do naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych – i pytam się, jaki użytek ministerstwo zrobiło z tych faktów. Zdaniem moim, zanim Czesi nie dadzą gwarancji, że wykonają przepisy już istniejące, nie należy zawierać z nimi żadnych dalszych układów (Głośne brawa).
Największym skarbem naszej ludności są nasze szkoły, zdobyte tam ciężką walką. Dnia 10 sierpnia oddaliśmy Czechom 106 szkół polskich, 407 klas, 400 nauczycieli i 25 000 uczniów w szkołach polskich tych ziem. Gdy deputacja nauczycieli była u referenta szkolnego p. Barona w tej sprawie, powiedział on jej, że w ciągu 3 lat nie będzie tam wcale szkół polskich. I zdaje się, że tak rzeczywiście będzie, bo dotychczas już zniesiono 30 szkół, 110 klas, a 6300 dzieci zmuszono przejść do szkół czeskich.
Powyższe materiały ukazały się pierwotnie jako jeden blok tekstów w lokalnym tygodniku „Pobudka”, wydawanym w Cieszynie przez Polską Partię Socjalistyczną, nr 8, 24 października 1920 roku. Od tamtej pory nie były wznawiane. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Publikujemy je w 106. rocznicę arbitralnego przyznania ziemi zaolziańskiej Czechosłowacji przez aliantów, wbrew większościowej liczebności ludności polskiej na tym terenie.
przez redakcja | poniedziałek 27 lipca 2026 | aktualności
Sąd uznał, że zwolnienie lidera związkowego w publicznej spółce było bezprawne.
Jak informuje portal Tysol.pl, sąd w Katowicach uznał, że zwolnienie dwóch działaczy „Solidarności” w PKP Cargo odbyło się niezgodnie z prawem. Wśród zwolnionych był Henryk Grymel, wiceprzewodniczący struktur związku w PKP Cargo – Henryk Grymel, w przeszłości lider struktur „Solidarności” w całej branży kolejowej. Grymel został zwolniony z wieloaspektowym naruszeniem prawa – zarówno jako osoba objęta ochroną prawną jako lider struktur związku zawodowego, jak i w kresie ochrony przedemerytalnej, bowiem do osiągnięcia wieku emerytalnego brakowało mu dwóch miesięcy.
Sąd nakazał wypłacenie zwolnionym odszkodowań. Proces trwał niemal dwa lata. Henryk Grymel oraz inni pracownicy spółki zostali zwolnieni w okresie od lipca do września 2024 roku w ramach „restrukturyzacji” prowadzonej przez ówczesnego szefa PKP Cargo z nadania rządu Tuska – Marcina Wojewódkę, znanego z ultraliberalnych metod w firmach, którymi zarządzał.
Zwolnienia objęły wówczas 27% załogi PKP Cargo, czyli 3665 osób. Zarówno zwalniani, jak i sąd zwrócili uwagę, że w pierwszej kolejności były one wymierzone w pracowników zrzeszonych w „Solidarności”, bez uwzględniania przesłanek merytorycznych. Paweł Szczepańczyk, radca prawny śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, powiedział po wyroku: „Sędzia wskazała, że kryterium doboru do zwolnienia było dyskryminacyjne i odnosiło się do jego działalności związkowej, a osobą, która wskazała go do zwolnienia, był najprawdopodobniej prezes Marcin Wojewódka”.
Udział PKP Cargo w rynku kolejowych przewozów towarowych wynosił przed „reformami” 27,4% wedle stanu na maj 2026. Na koniec roku 2023 było to 31,35%.
przez Karol Trammer | niedziela 26 lipca 2026 | opinie
Kto przywrócił kolej do Łomży? Między politykami rozpala się spór o to, czyją zasługą są reaktywacje połączeń kolejowych.
Na tę chwilę czekano 33 lata – w połowie czerwca 2026 r. do liczącej 59 tys. mieszkańców Łomży, trzeciego pod względem ludności miasta w województwie podlaskim, wróciły połączenia kolejowe.
Łomża to dopiero pierwsze miasto, które odzyskało połączenia dzięki programowi Kolej Plus, ogłoszonemu przez rząd Prawa i Sprawiedliwości jesienią 2018 r.
Oddalanie się kolei
Pociągi pasażerskie przestały kursować do Łomży z końcem marca 1993 r. Choć był to czas nasilającej się degradacji kolei, to jednak podjęta za rządów premier Hanny Suchockiej o likwidacji połączeń do Łomży była o tyle zaskakująca, że dotknęła miasto, które liczyło wówczas 62 tys. mieszkańców i było stolicą województwa.
Dla Łomży najbliższą stacją czynną w ruchu pasażerskim stało się oddalone o 18 km Śniadowo na linii Ostrołęka – Łapy – Białystok. Jednakże w kwietniu 2000 r., po dokonanym przez rząd Jerzego Buzka masowym cięciu połączeń na 1028 km linii, pociągi przestały jeździć także na tej trasie. Wówczas najbliższą stacją pasażerską stała się oddalona o prawie 40 km Ostrołęka.
Degradacja kolei w regionie łomżyńskim zaczęła się w 1987 r., gdy przestał kursować pociąg relacji Łomża – Warszawa, który tę 161-kilometrową trasę pokonywał w aż 3 godz. 52 min.: z Łomży ruszał o 4:28 i do Warszawy docierał na 8:20.
Powrót bezpośrednich pociągów z Łomży do Warszawy zapowiadany jest na 2027 r. Mają one pokonywać tę trasę dwa razy szybciej niż 40 lat temu – Ministerstwo Infrastruktury zapowiada, że czas przejazdu wyniesie 1 godz. 50 min. Na razie z Łomży można dojechać bez przesiadek do Białegostoku, Ostrołęki i Olsztyna.
Sukces ma wielu ojców
– „Ja się bardzo cieszę, że możemy zrobić to, czego nie udało się zrobić poprzednikom” – powiedział premier Donald Tusk po dotarciu do Łomży specjalnym pociągiem w przeddzień reaktywacji. – „Nie przyjechałem do Łomży, żeby toczyć jakieś partyjne spory na temat kolei”.
Już na kilka dni przed reaktywacją zaczął się festiwal przekrzykiwania, czyją zasługą jest powrót połączeń kolejowych do Łomży. Reprezentująca to miasto posłanka Koalicji Obywatelskiej Alicja Łepkowska-Gołaś zamieściła na portalu Facebook nagranie, w którym mówi: „Poprzednicy snuli plany dalekosiężne, my działamy. Kolej już tu jest – w Łomży. I pamiętajcie: sukces ma wielu ojców, ale matka jest tylko jedna” – i na koniec mruga porozumiewawczo okiem. Z kolei minister rolnictwa Stefan Krajewski z Polskiego Stronnictwa Ludowego napisał na portalu X: „Jako minister i człowiek z Ziemi Łomżyńskiej od lat konsekwentnie zabiegałem o tę inwestycję. Dzisiejszy przyjazd pierwszego składu wspólnie z Premierem Donaldem Tuskiem i Ministrem Dariuszem Klimczakiem to dowód na to, że skutecznie dotrzymujemy słowa i walczymy z wykluczeniem komunikacyjnym naszego regionu”.
Narrację polityków koalicji próbowali ubiec działacze PiS. Łomżyńska posłanka tej partii Bogumiła Olbryś umieściła na Facebooku grafikę z hasłami „Kolej w Łomży powstała dzięki PiS” i „Bez PiS Łomża dalej stałaby w miejscu!”, a trzy dni przed powrotem kolei do Łomży zwołała w sejmie konferencję, na której działacze PiS przypominali swoje zasługi. – „Przywrócenie linii kolejowej do Łomży stało się możliwe poprzez decyzję rządu Prawa i Sprawiedliwości o przygotowaniu ustawy Kolej Plus” – podkreślał Andrzej Adamczyk, który był ministrem infrastruktury w latach 2015-2023. O obecnie rządzących mówił: „Kiedy przyjmowaliśmy projekt ustawy Kolej Plus, negatywnie się do niego odnosili. Dzisiaj zapewne staną w pierwszym szeregu do orderów”.
Faktem jest, że w styczniu 2020 r. Koalicja Obywatelska głosowała przeciwko ustawie zapewniającej finansowanie programu Kolej Plus (ustawę poparł nie tylko rządzący wówczas PiS, ale też PSL, Lewica i większość posłów Konfederacji).
Zemsta Prawa i Sprawiedliwości
Pierwotnie Łomża miała wrócić na mapę połączeń kolejowych sześć lat temu. Już bowiem w 2016 r. rządząca wówczas regionem koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego wpisała rewitalizację na listę inwestycji kolejowych przewidzianych do realizacji w ramach finansowanego z funduszy unijnych Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego 2014-2020. W 2016 r. wskazano, że rewitalizacja zostanie zrealizowana w latach 2019-2020.
Jednakże w połowie listopada 2018 r. PKP Polskie Linie Kolejowe zasugerowały samorządowi województwa podlaskiego, w którym władzę właśnie przejmował PiS, aby zrezygnować z rewitalizacji linii do Łomży, a przeznaczone na ten cel fundusze przesunąć na sfinansowanie remontów linii szerokotorowych obsługujących terminale przeładunkowe koło Sokółki i Hajnówki przy granicy z Białorusią.
Stało się to po tym, jak w wyborach na przełomie października i listopada 2018 r. Łomżanie na kolejną kadencję wybrali na prezydenta miasta Mariusza Chrzanowskiego, który skłócił się z PiS i wystartował bez poparcia tej partii. Przed wyborami Jarosław Kaczyński apelował do mieszkańców miasta o oddanie głosu na kontrkandydatkę dotychczasowego prezydenta: „Jedynym kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na urząd prezydenta Łomży jest Agnieszka Barbara Muzyk” – wskazywał, podkreślając, że „to dzięki niej Łomża jest już uwzględniana w planach rządowych, na przykład rozbudowy kolei”.
Po reelekcji prezydent Chrzanowski zaapelował do rządu, samorządu województwa podlaskiego i PKP PLK, żeby nie usuwać Łomży z planów reaktywacji kolei, ale w lutym 2019 r. premier Mateusz Morawiecki przypieczętował tę decyzję, składając podpis pod rządową uchwałą, która z Krajowego Programu Kolejowego do 2023 r. wykreśliła rewitalizację linii do Łomży, ograniczając to przedsięwzięcie tylko do opracowania dokumentacji projektowej – spółka PKP PLK zamówiła ją w listopadzie 2020 r.
Łomża wraca do łask
W 2020 r. – gdy według pierwotnych założeń pociągi miały już wrócić do Łomży – podlaski samorząd zgłosił do programu Kolej Plus koncepcję rewitalizacji linii do Łomży. Wróciła ona do łask za sprawą wicemarszałka województwa podlaskiego odpowiedzialnego za kolej Marka Olbrysia, polityka PiS z tego miasta, prywatnie męża posłanki Bogumiły Olbryś. Nie tylko zdecydował o zgłoszeniu linii do Kolei Plus, ale też doprowadził w marcu 2024 r. do zbliżenia kolei do swojego miasta poprzez reaktywację biegnącej przez południową część powiatu łomżyńskiego trasy Białystok – Łapy – Śniadowo – Ostrołęka, od której w Śniadowie odchodzi linia do Łomży.
Wiosną 2022 r. resort infrastruktury i PKP Polskie Linie Kolejowe ogłosiły listę koncepcji zakwalifikowanych do Kolei Plus – wśród nich znalazło się przedsięwzięcie „Stworzenie ciągu komunikacyjnego Łomża – Białystok poprzez rewitalizację wraz z elektryfikacją linii kolejowej Łomża – Śniadowo oraz elektryfikacja i odbudowa infrastruktury pasażerskiej na linii kolejowej na odcinku Śniadowo – Łapy”. Wówczas Olbryś oznajmił: „Mam nadzieję, że w 2028 r. będziemy odbierać tę inwestycję”.
W lipcu 2023 r. podlaski samorząd zawarł z PKP PLK umowę o przystąpieniu do programu Kolej Plus. Zadeklarowano wtedy, że przetarg na projekt i wykonanie rewitalizacji zostanie rozpisany do września 2023 r. Terminu nie udało się dotrzymać. Spółka PKP PLK ogłosiła przetarg dopiero w lipcu 2024 r. Było to już po zmianie władzy – premierem od pół roku był Donald Tusk, a od trzech miesięcy marszałkiem województwa podlaskiego był Łukasz Prokorym z Koalicji Obywatelskiej. Gdy ogłaszany był przetarg, zapowiedziano, że przedsięwzięcie zakończy się do 2029 r.
Plany mocno zmodyfikowaliśmy
Postępowanie przetargowe ze względu na szereg pytań od oferentów i składane przez nich odwołania mocno się wydłużyło – siedem razy przesuwano termin składania ofert, a umowę z wykonawcą, firmą ZUE, spółka PKP PLK podpisała dopiero w kwietniu 2025 r. Ale za to zapowiedziała, że reaktywacja połączeń do Łomży nastąpi już w 2026 r.: „Łomżanie znowu będą mogli podróżować pociągami, do których wsiądą na nowoczesnej, dostępnej i wygodnej stacji. Co ważne, zakładamy, że będzie to możliwe już w trakcie trwania inwestycji, rok po rozpoczęciu prac”.
Na pierwszym etapie przedsięwzięcia skupiono się na realizacji prac na 17-kilometrowej odnodze ze Śniadowa do Łomży, a więc odcinku kluczowym dla reaktywacji połączeń do tego miasta. Efekt prac na tej linii – która od 1993 r. była wykorzystywana tylko w ruchu towarowym – to podniesienie prędkości z 40 km/h do 120 km/h. Gruntownie przebudowano stację w Łomży, a także odbudowano przystanek Koziki i zbudowano nowy w Konarzycach.
– „Poprzednie plany mocno zmodyfikowaliśmy” – mówił w przeddzień reaktywacji wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. – „Zamiast powrotu kolei do Łomży w grudniu 2029 r., kolej wraca do Łomży w czerwcu 2026 r. Trzy i pół roku wcześniej”.
To przyspieszenie nie byłoby możliwe, gdyby nie zamówiona w 2020 r. dokumentacja projektowa dla odcinka Śniadowo – Łomża, którą teraz wykorzystano w ramach programu Kolej Plus. Dzięki temu wykonawca mógł od razu po zawarciu umowy z PKP PLK przystąpić do prac budowlanych.
Nowa stara łącznica
W ramach pierwszego etapu powstała też łącznica, która umożliwiła wyjazd z Łomży w kierunku Białegostoku bez zmiany kierunku jazdy na stacji Śniadowo. 900-metrowa łącznica to de facto odbudowany dawny przebieg linii. Jako że linię z Łomży do Śniadowa zbudowano w 1915 r. pod zaborem rosyjskim, to jej włączenie w linię Ostrołęka – Łapy zostało zorientowane w kierunku wschodnim. W 1953 r. układ śniadowskiego węzła został zmieniony – wówczas włączenie linii przekierowano na zachód. Wiązało się to ze zmianą lokalizacji stacji Śniadowo i przy okazji jej zbliżeniem do tego miasteczka. Teraz wyjazd z Łomży jest możliwy i na wschód, i na zachód.
Wraz z łącznicą powstał w miejscu dawnej lokalizacji stacji nowy przystanek. Jego nazwa wprowadziła lekki galimatias: dotychczas istniejąca stacja nazywa się Śniadowo, a nowy przystanek dostał nazwę Śniadowo-Stara Stacja. Co prawda, nazwę Śniadowo-Stara Stacja nosi miejscowość w pobliżu przystanku, jednakże leży on już w granicach miejscowości Mężenin i właśnie ta nazwa początkowo była brana uwagę dla nowego przystanku, potem jeszcze roboczo używano nazwy Śniadowo Łącznica.
Modyfikacja kontra elektryfikacja
Choć w nieco ponad rok udało się wykonać prace umożliwiające reaktywację połączeń do Łomży, to przyspieszenie nie oznacza, że zrealizowano już cały zakres przedsięwzięcia objętego programem Kolej Plus.
To, że nie ze wszystkim udało się zdążyć, widać było w dniu reaktywacji połączeń. Na stacji w Łomży brakowało części tablic, gablot i ławek. Do peronów w Konarzycach i Kozikach prowadziły prowizoryczne dojścia po żwirze, a dodatkowo na stacji Śniadowo na przebudowanym peronie nie było ławek ani wiat. W momencie reaktywacji ruchu na linii Śniadowo – Łomża nadal trwały prace na przejazdach kolejowo-drogowych i część z nich była zamknięta dla ruchu samochodów.
Przede wszystkim jednak na później zostawiono prace na linii Śniadowo – Łapy. Na razie na kilku jej fragmentach wykonano tylko podstawowe roboty, dzięki którym zwiększyła się prędkość – głównie z 80 km/h do 100 km/h. Na najbliższe lata zaplanowano szereg prac. – „Obejmą one branżę teletechniczną, elektroenergetykę nietrakcyjną, sterowanie ruchem kolejowym oraz infrastrukturę pasażerską. Ponadto realizowane będą roboty związane z wykonaniem nawierzchni kolejowej i drogowej na przejazdach kolejowo-drogowych” – mówi dwumiesięcznikowi „Z Biegiem Szyn” Anna Znajewska-Pawluk z PKP PLK, nie ukrywając, że pasażerowie muszą w związku z tym przygotować się na utrudnienia w ruchu pociągów: „O ile realizacja pozostałych robót nie będzie wymagała długotrwałych zamknięć linii Śniadowo – Łomża, na której roboty będą wykonywane przede wszystkim pomiędzy pociągami i nocą, o tyle przewidziane są zamknięcia linii Śniadowo – Łapy. Po uzyskaniu decyzji administracyjnych rozpoczną się roboty budowlane – ich zrealizowanie planowane jest do kwietnia 2029 r.”.
Na odcinku między Śniadowem a Łapami planowana jest odbudowa stacji Czerwony Bór, przeniesienie rozjazdów na stacji Czarnowo-Undy w celu wydłużenia torów stacyjnych dla długich składów towarowych oraz przebudowa układu torowego i budowa nowego peronu na stacji Sokoły. Ponadto planowana jest modernizacja przystanku Kulesze Kościelne i odbudowa przystanku w Czachach-Kołakach.
W zakres przedsięwzięcia nie weszła natomiast odbudowa zamkniętych od czasu likwidacji połączeń w 2000 r. przystanków Łubnica Łomżyńska, Wnory, Jamiołki, Roszki Leśne i Płonka. Nie będzie też odbudowy peronu na stacji Czarnowo-Undy. – „Wstępne studium planistyczno-prognostyczne przygotowane na zlecenie samorządu województwa podlaskiego nie rekomendowało odbudowy infrastruktury pasażerskiej w tych miejscach. Dlatego spółka PKP PLK ujęła je jedynie jako opcje, które ostatecznie nie zostały uruchomione” – tłumaczy Znajewska-Pawluk.
Odbudowę przystanków najpierw wpisano do Rządowego Programu Budowy lub Modernizacji Przystanków Kolejowych na lata 2021-2025, ale w 2023 r. przesunięto je na listę rezerwową, a następnie w 2024 r. wykreślono z programu przystankowego, przyjmując, że przystanki znajdą się w zakresie projektu realizowanego w ramach Kolei Plus. Finalnie jednak z odbudowy większości z nich zrezygnowano. Na 60-kilometrowym odcinku między Śniadowem a Łapami do postojów w Kuleszach Kościelnych i Sokołach dojdą tylko postoje w Czerwonym Borze i Czachach-Kołakach. Pociągi nadal będą przejeżdżać bez postoju przez szereg miejscowości, a odległości między punktami zatrzymania sięgać będą aż kilkunastu kilometrów. Odstąpiono też od części prac torowych na tym odcinku.
Gdy bowiem wiceminister Malepszak chwalił się mocną modyfikacją poprzednich planów, dzięki czemu przyspieszono powrót kolei do Łomży, to nie wspomniał o tym, że modyfikacja wiązała się z okrojeniem zakresu przedsięwzięcia w celu obniżenia jego kosztów.
Elektryfikacja, która zniknęła
Już na początkowym etapie zrezygnowano z elektryfikacji, mimo że przedsięwzięcie nosi nazwę „Stworzenie ciągu komunikacyjnego Łomża – Białystok poprzez rewitalizację wraz z elektryfikacją linii kolejowej Łomża – Śniadowo oraz elektryfikacja i odbudowa infrastruktury pasażerskiej na linii kolejowej na odcinku Śniadowo – Łapy”.
– „Decyzja o odstąpieniu od elektryfikacji zapadła w listopadzie 2021 r. po wykonaniu wstępnego studium planistyczno-prognostycznego i oszacowaniu kosztów wariantów z elektryfikacją i bez niej” – mówi Małgorzata Półtorak, rzeczniczka prasowa marszałka województwa podlaskiego. Decyzja ta zapadła jeszcze w czasie, gdy zarówno w podlaskim samorządzie, jak i w rządzie władzę sprawowało Prawo i Sprawiedliwość.
W zakres przedsięwzięcia nie weszła też instalacja na stacji w Łomży wyświetlaczy i systemu zapowiadania pociągów.
Za to trzy dni przed powrotem pociągów do Łomży minister infrastruktury Dariusz Klimczak obwieścił, że PKP zbuduje w tym mieście dworzec. To, że go brakuje, widać było już w dniu reaktywacji, kiedy przez Łomżę przeszły ulewy i podróżni musieli uciekać przed deszczem pod dach targu sąsiadującego ze stacją, bo nowe zadaszenia peronów nie chronią ani przed deszczem, ani przed wiatrem.
Są jednak wątpliwości, czy zaplanowany niewielki budynek dworca z poczekalnią o wymiarach 4,8 m na 7,2 m i ławką dla kilku osób, nie okaże się zbyt mały – szczególnie w obliczu rozwoju oferty przewozowej.
Łomża w kieszeni
Na razie oferta Polregio i PKP Intercity dla Łomży jest dość skromna jak na miasto liczące 59 tys. mieszkańców. Pociągi do Białegostoku ruszają o 5:39, 7:31, 11:18, 14:32, 19:13, 21:51, a do Ostrołęki o 6:13, 12:46, 14:46, 17:39 (o 6:13 i 14:46 jadą pociągi PKP Intercity do Olsztyna).
Spółka Polregio uruchomiła nowe pociągi relacji Łomża – Białystok i zmieniła trasę kursujących od 2024 r. pociągów relacji Ostrołęka – Białystok, które zaczęły zajeżdżać do Łomży. Odbywa się to na zasadzie wjazdu kieszeniowego – na stacji Śniadowo pociąg wjeżdża na odnogę do Łomży, gdzie zmienia kierunek i jedzie z powrotem, by następnie odbić na nową śniadowską łącznicę i potem kontynuować jazdę do Białegostoku. Dla jadących z Ostrołęki do Białegostoku czas podróży wydłużył się przez to z około 1 godz. 55 min. do ponad 2 godz. 15 min. Wjazd kieszeniowy do Łomży robią też pociągi PKP Intercity relacji Białystok – Olsztyn. Wraz z ich uruchomieniem połączenia PKP Intercity dotarły nie tylko do Łomży, ale też do Ostrołęki, Śniadowa, Chorzel i Wielbarka. To pierwsze od nastania rządu Donalda Tuska rozszerzenie sieci połączeń dalekobieżnych o nowe miejscowości.
Jako pociągi PKP Intercity kursują składy spalinowe SD85, wypożyczone przez państwową spółkę od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych, które sprowadziło je z Holandii, gdzie były eksploatowane w latach 1996-2017.
Istotne wzbogacenie oferty przyniesie uruchomienie pociągów relacji Łomża – Ostrołęka – Warszawa. Mają one kursować pięć razy dziennie. Koncept bezpośredniego połączenia Łomży z Warszawą powstał już za rządów obecnej koalicji pod okiem wiceministra Piotra Malepszaka.
We wrześniu 2025 r. na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności” PKP Intercity zapowiadało, że pociągi z Łomży do Warszawy ruszą w 2026 r. – początkowo miały być obsługiwane składami SD85, a potem nowymi spalinowo-elektrycznymi zespołami ESD162, których produkcja trwa w Newagu. W międzyczasie zapadła jednak decyzja, aby połączenie Łomży z Warszawą uruchomić dopiero po dostawie nowego taboru i do tego czasu zmodernizować linię Ostrołęka – Tłuszcz, by zapewnić podróż z Łomży do Warszawy w 1 godz. 50 min.
– „Uruchomienie połączeń Warszawa – Łomża jest planowane wstępnie do pierwszego kwartału 2027 r.” – mówiła w marcu 2026 r. portalowi Rynek Kolejowy Anna Szumańska, rzeczniczka Ministerstwa Infrastruktury. Natomiast w kwietniu 2026 r. na konferencji w Łomży wiceminister Malepszak mówił: „Uzależnione jest to formalnie od certyfikacji nowych pociągów, które teraz się produkują. Ten termin bezpieczniejszy, który mamy też zapewniony od PKP Intercity, to czerwiec 2027 r., bo wtedy te pociągi na pewno już mają jeździć”.
Przetarg na 35 składów elektryczno-spalinowych ogłosił w grudniu 2023 r. zarząd PKP Intercity jeszcze z nadania PiS, natomiast umowę z Newagiem zawarł w lipcu 2024 r. zarząd PKP Intercity powołany przez rząd Donalda Tuska.
Gadamy czy robimy
Choć trudno zamknąć w jednej kadencji kolejowe przedsięwzięcia, a na ich finalny efekt wpływają decyzje podejmowane za różnych rządów, to Donald Tusk postanowił pokazać reaktywację linii do Łomży jako przejaw tego, że jego rząd realnie rozwija kolej, a PiS tylko snuł plany: „Przez ostatnie lata widzieliśmy slajdy, mapy, szprychy, ustawy – jedna, druga. Tylko nic się tutaj nie działo” – mówił we wrześniu 2025 r., gdy wizytował przebudowywaną łomżyńską stację. – „Można napisać 500 fajnych programów, ale na końcu ktoś musi zacząć budować. I budować nie tylko tam, gdzie zawsze są kamery, gdzie jest zawsze zainteresowanie, ale także tam, gdzie ludzie mają poczucie: zapomnieli o nas. Nie, nikt nie zapomniał o Łomży”.
Powyższymi słowami premier próbował odwrócić uwagę od planów budowy nowej linii z Łomży do Giżycka, która miała stać się częścią zaplanowanej za rządów PiS przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny szprychy łączącej Warszawę z Krainą Wielkich Jezior Mazurskich. Początkowo rząd Tuska kontynuował prace planistyczne i we wrześniu 2024 r. zatwierdził wariant inwestorski przebiegu linii, ale potem porzucił tę koncepcję. Nie przeszkadzało to Tuskowi we wrześniu 2025 r. właśnie w Łomży oznajmić: „Poprzednicy gadali, a my robimy, nie gadamy”.
Niebawem słowa „Robimy, nie gadamy” stały się sloganem rządu Donalda Tuska.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/143 lipiec-sierpień 2026)
https://www.zbs.net.pl
przez redakcja | czwartek 23 lipca 2026 | aktualności
Przed urzędem miasta protestowali związkowcy domagający się poprawy sytuacji pracowników.
Jak informuje portal ctmyslowice.pl, przed urzędem miasta Mysłowice protestowali związkowcy zrzeszeni w organizacji WZZ Sierpień ’80. Byli to głównie pracownicy Zakładu Oczyszczania Miasta wspierani przez delegacje związkowców z innych okolicznych zakładów.
Kilkadziesiąt osób domagało się poprawy sytuacji płacowej i godnego traktowania zatrudnionych. Związkowcy twierdzą, że zarząd spółki miejskiej lekceważy pracowników i ich postulaty. Zaapelowali do władz miasta o interwencję w tej sprawie.
Struktury związku zawodowego Sierpień ’80 powstały w Zakładzie Oczyszczania Miasta wiosną 2025 roku. Związek od tamtej pory pozostaje w sporze z szefostwem firmy. Uważają oni, że spółka, która generuje duże przychody, w niewielkim stopniu dba o płace i warunki zatrudnienia szeregowych pracowników. Domagają się wzrostu płac o 800 zł dla pracowników fizycznych i o 500 zł dla pracowników administracyjnych. Uważają także, iż działalność związkowa jest utrudniana i domagają się zaprzestania takich praktyk. Zwracają także uwagę na złe warunki sanitarne w siedzibie firmy.
Związkowcy w przeddzień akcji protestacyjnej skierowali do prokuratury i Państwowej Inspekcji Pracy podejrzenie przestępstwa polegającego na utrudnianiu działalności związkowej – m.in. szykanowania związkowców, wywierania nacisków w celu wystąpienia ze związku itp.
przez redakcja | czwartek 23 lipca 2026 | aktualności
Maleją w Polsce produkcja i eksport AGD z powodu presji chińskiej konkurencji.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, narasta problem ekspansji w Europie produktów AGD z Chin. Tracą na tym m.in. polscy producenci, których skala wytwórczości maleje, podobnie jak eksport na rynki krajów unijnych.
Eksport produktów AGD z polskich zakładów na rynki krajów unijnych zmalał pod względem wartości spadł o 10% w roku 2025. W tym czasie eksport do Europy AGD wytworzonego w Chinach wzrósł o 7%. Maleje także rentowność produkcji w Polsce – chińska konkurencja sprawia, że producenci muszą obniżać ceny. Nie jest to jednak konkurencja uczciwa: chińskie firmy nie muszą przestrzegać wielu europejskich norm dotyczących np. ochrony środowiska czy zasad zatrudniania.
Nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Europy maleje produkcja AGD – są to w skali roku kilkuprocentowe spadki w większości produktów z tego sektora. Już niemal każdy co drugi produkt AGD w Europie pochodzi z importu z krajów pozaeuropejskich, głównie z Chin.
Przedstawiciele branży alarmują, że taka tendencja zagraża istnieniu fabryk i mocy produkcyjnych w Europie i że w przypadku braku przeciwdziałania zaczną się likwidacje zakładów i miejsc pracy.
przez redakcja | czwartek 23 lipca 2026 | aktualności
Sąd uznał, że zwolnienie z pracy działaczki związkowej było niezgodne z prawem.
Jak informuje bielska edycja „Gazety Wyborczej”, 21 lipca sąd wydał wyrok, w którym stwierdza, że bezprawne było zwolnienie z pracy przez sieć Kaufland działaczki związkowej Jolanty Żołnierczyk.
Pani Jolanta przez 9 lat pracowała w sklepie sieci Kaufland w Żywcu. Zaangażowała się w aktywność związkową i podjęła szereg działań. Między innymi zgłosiła do Państwowej Inspekcji Pracy fakt dyskryminacji płacowej kobiet, które wracają do pracy w tej sieci po urlopie macierzyńskim. Po powrocie do pracy otrzymywały one pensje takiej samej wysokości jak przed urlopem macierzyńskim, choć płace reszty załogi wzrosły w tym czasie. Jolanta Żołnierczyk nagłośniła takie praktyki sieci stosowane w całej Polsce.
Problem dotyczył co najmniej 200 pracownic. Państwowa Inspekcja Pracy po zbadaniu sprawy nakazała zaprzestania dyskryminacji płacowej matki powracających z urlopów macierzyńskich.
Kaufland zwolnił z pracy Jolantę Żołnierczyk w trybie dyscyplinarnym. Działaczka skierowała sprawę do sądu pracy, a ten nakazał dalsze jej zatrudnianie do czasu wyroku sądu – stało się to na mocy przepisów wprowadzonych latem 2023 roku przez rząd Prawa i Sprawiedliwości w celu ochrony działaczy związkowych przed zwalnianiem ich z pracy i pozbawianiem środków do życia.
Przedwczoraj sąd uznał, że zwolnienie Jolanty Żołnierczyk było bezprawne. Wyrok nie jest prawomocny, Kaufland może się od niego odwołać do wyższej instancji, ale wciąż musi zatrudniać działaczkę związku zawodowego Konfederacja Pracy.
przez redakcja | wtorek 21 lipca 2026 | aktualności
Związkowcy wywalczyli podwyżki po kilkumiesięcznym sporze z szefostwem.
Jak informuje Radio Bielsko, zakończono spór zbiorowy w zakładzie T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach z sektora automotive. Podpisano porozumienie między związkowcami a szefostwem firmy – na jego mocy zatrudnieni otrzymają podwyżki płac.
Spór toczył się od kilku miesięcy. Pracowników reprezentował związek zawodowy „Solidarność”. Działania te były odpowiedzią na stanowisko zarządu firmy, który nie przewidywał żadnych podwyżek w roku 2026. Wskutek działań związkowców podwyżki zostaną jednak przyznane.
Od 1 lipca podwyżki pensji zasadniczych wyniosą 250 zł brutto. Zwiększone zostaną także dodatki stażowe, czyli osoby pracujące w zakładzie najdłużej, otrzymają większe płace.
przez redakcja | wtorek 21 lipca 2026 | aktualności
Rząd liberałów szykuje rzeź opieki reumatologicznej.
Jak informuje portal Termedia.pl, nowe plany rządu liberałów zakładają prawdziwą rzeź szpitalnych oddziałów reumatologicznych. Przyjęte nowe kryteria kwalifikacji do finansowania przez NFZ są skonstruowane tak, że z obecnych 74 oddziałów reumatologii pozostałoby zaledwie 13. Środowiska lekarskie biją na alarm.
Ministerstwo Zdrowia przedstawiło 14 lipca tzw. nowy komponent mapy potrzeb zdrowotnych 2022–2026 dotyczący schematu zabezpieczenia opieki szpitalnej. Ma on być podstawą kolejnej „reformy” sieci szpitali i opieki zdrowotnej. Plany rządu liberałów oznaczają drastyczną likwidację oddziałów szpitalnych w zakresie reumatologii.
Jeśli przyjęte kryteria wejdą w życie, w całej Polsce pozostanie zaledwie 13 oddziałów reumatologicznych. Oznacza to likwidację ok. 80% takich placówek. Pacjenci z Pomorza oraz województw na wschodzie kraju zostaliby całkowicie pozbawieni takiej opieki nie tylko w swojej okolicy, ale wręcz w całych regionach.
Taki byłby efekt nowych kryteriów pozwalających na istnienie i finansowanie oddziałów reumatologicznych. Nowe kryteria obejmują m.in. co najmniej 1000 hospitalizacji rocznie z rozpoznaniem głównym związanym z chorobami zapalnymi; co najmniej 300 hospitalizacji rocznie związanych z chorobami układowymi tkanki łącznej; realizacja programów lekowych – dla co najmniej 120 pacjentów – w zakresie reumatologii, obejmujących m.in. reumatoidalne zapalenie stawów, młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa; co najmniej 120 pacjentów objętych wybranymi programami lekowymi w zakresie reumatologii.
Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku reumatologii dziecięcej. Wedle nowych kryteriów na dalsze działanie mogłoby liczyć tylko 10 oddziałów w całym kraju, gdyż tutaj roczny limit minimum pacjentów ustalono na 400 osób.
Środowisko reumatologów jest oburzone takimi planami. Dało temu wyraz 15 lipca na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Reumatycznych. Jego zdaniem kryterium 1000 hospitalizacji rocznie jest całkowicie absurdalne i znacznie większe niż w przypadku innych chorób, w tym takich o podobnym natężeniu w polskiej populacji.
Wiceprezes Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego, prof. Magdalena Krajewska-Włodarczyk, mówi: „Jeśli nowe kryteria byłyby podstawą przy planowaniu zmian w szpitalnictwie, to reumatologia w północnej Polsce i na ścianie wschodniej po prostu przestanie funkcjonować. Na Pomorzu zostanie tylko jeden oddział szpitalny. Województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie zostaną całkowicie pozbawione szpitalnego zaplecza reumatologicznego. Pacjenci po prostu nie trafią do ośrodków, które mogłyby ich leczyć. Chory z Giżycka nie będzie przyjeżdżać co miesiąc do Warszawy po to, by dostać dożylny wlew leku. To niemożliwe”.
przez redakcja | niedziela 19 lipca 2026 | opinie
Pierwszy maja przeszedł bez wielkich emocji. Niewiele uwagi zostało poświęcone temu staremu robotniczemu świętu. Aczkolwiek „Rzeczypospolita” zauważyła w krótkiej wzmiance, że „To święto poświęcone prawom pracowników, solidarności ludzi pracy, sprawiedliwości społecznej oraz szacunkowi dla pracy”.
„Tygodnik Solidarność” poinformował o zapowiedzi ogólnopolskiej demonstracji 20 maja 2026 przez NSZZ Solidarność, której celem jest „obrona godności ludzi pracy i przyszłości polskich rodzin” – zapowiada Dariusz Brzęczek, przewodniczący regionu opolskiego.
Chcę zwrócić uwagę na „godność pracy” w apelu NSZZ „Solidarność”. Godność pracy i bardziej ogólnie godność życia pojawia się jako jeden z dwóch podstawowych tematów, na które robotnicy strajkujący w różnych regionach Polski zwrócili swoją uwagę w wypowiedziach, które poniżej cytuję.
Poza tymi dwoma pismami, tylko „Tygodnik Powszechny” wziął byka za rogi i zagłębił się w analizę współczesnej sytuacji głównego bohatera tego święta: robotnika. Artykuł Marka Rabija, zatytułowany „Sprawdź, może i ty jesteś robotnikiem? Jak zmieniła się praca w Polsce”, zawiera refleksje dotyczące losu klasy robotniczej we współczesnej Polsce. Co ważne, tekst ten wprowadza z powrotem pojęcie robotnika do świadomości społecznej, z której to pojęcie zniknęło w pierwszych dekadach nowego stulecia.
Artykuł zainteresował mnie z prostego powodu. Razem z kolegą, młodym lewicowcem z Warszawy, postanowiliśmy dowiedzieć się, kim naprawdę są polscy robotnicy w roku 2025. Chcieliśmy odejść od ogólnych dyskusji politycznych i skupić się na prawdziwym życiu robotniczym. Refleksje Rabija mają charakter dedukcyjny – wychodzą od ogólnych obserwacji opartych na statystykach i związanych z nimi społecznych przekonaniach, by stopniowo dojść do pytania: „Kim są dzisiejsi robotnicy?”. Natomiast my podążamy w przeciwnym, indukcyjnym kierunku: poczynając od tego samego pytania: „Kim jesteśmy robotnicy polscy 2025”, to znaczy od pracy, życia i duszy robotniczej ku bardziej ogólnym hipotezom, takim jak istnienie wartości robotniczych jako podstawa budzącego się ruchu robotniczego.
Przeprowadziliśmy niemal dziesięć wywiadów wideo z robotnikami w różnych zakładach pracy – najczęściej tam, gdzie coś się działo, gdzie trwał konflikt albo narastało napięcie. Celem rozmów jest stworzenie filmu dokumentalnego „Kim jesteśmy, robotnicy polscy 2025”. Byliśmy między innymi na strajku w zakładzie Jeremias w Gnieźnie, podczas protestu w fabryce Valeo w Chrzanowie, rozmawialiśmy z robotnikiem prowadzącym strajk głodowy i jego kolegami w kopalni Bogdanka na Lubelszczyźnie, z pracownikami Huty Pokój w Rudzie Śląskiej (zakładu pozostającego w nieustannym zagrożeniu zamknięciem) – oraz z górnikiem z Katowic. Naturalnie, robotnicy z którymi rozmawialiśmy w czasie strajków, to działacze związków zawodowych, ludzie o wiodącym poziomie świadomości robotniczej. Pomimo niskiego poziomu uzwiązkowienia, ich głosy wskazują na optymistyczny kierunek rozwoju ruchu robotniczego.
My walczymy o godność
Nasze oddolne podejście ujawniło dwie niezwykle istotne cechy rodzącego się ruchu robotniczego, które – moim zdaniem – mają znaczenie dla całego polskiego społeczeństwa, a których analiza Rabija nie uchwyciła: poczucie ludzkiej godności oraz obecność dawnych wartości robotniczych.
Pojawienie się godności jako jednego z głównych celów walki robotniczej wynosi ją na wyższy, bardziej uniwersalny i – co najważniejsze – moralno-ludzki poziom. Nie chodzi już wyłącznie o walkę o wyższe płace, choć, jak mówi jeden z robotników w Gnieźnie, „chcemy płacy odpowiadającej naszej godności – godnej płacy”. Takiej, która pozwala człowiekowi odpocząć i nie liczyć w nieskończoność pieniędzy do następnej wypłaty; która pozwala prowadzić normalne, ludzkie życie – mieć czas i siłę, by pójść na działkę, na ryby, zabrać rodzinę na wycieczkę i wspólnie odpocząć.
Słynne boliwijskie powiedzenie z czasów prezydentury Evo Moralesa, pierwszego indiańskiego prezydenta Boliwii, chyba najlepiej oddaje poziom tej rodzącej się świadomości robotniczej: „My nie chcemy żyć lepiej. My chcemy żyć dobrze”.
Spójrzmy choćby na dramatycznie niski przyrost demograficzny, utrzymujący się w kraju od dziesięcioleci. Jest on także skutkiem niegodnego życia podporządkowanego wyścigowi szczurów, który transformacja ustrojowa w dużym stopniu ułatwiła i narzuciła. Taki model życia ogranicza obecność podstawowych ludzkich uczuć: miłości, głębokiej przyjaźni czy zwykłej radości życia.
Zdolność robotników do postrzegania siebie nie tylko jako siły roboczej, ale jako ludzi zasługujących na godność i szacunek – tak jak każdy obywatel i każda ludzka istota – może stać się fundamentem następnego etapu przemian społecznych.
Pojęcie godności rzadko pojawia się dziś w codziennych rozmowach współczesnej Polski, pogrążonej w wojnie Polaków z Polakami, wywołującej po obu stronach reakcje często skrajnie niegodne. W tej uderzającej różnicy między moralną postawą robotników a niemoralnością dominującej polityki kryje się coś wyjątkowego. Rodzący się ruch robotniczy ma bowiem do zaoferowania całemu krajowi coś znacznie ważniejszego niż tylko postulaty ekonomiczne: wysoką postawę moralną opartą na godności, wzajemnym szacunku i uznaniu człowieczeństwa drugiego człowieka. To zapalenie małej lampki godności w zakładzie Valeo przez organizatorów strajku może – i powinno – rozrosnąć się w wielkie ognisko, które puści z dymem to, co niegodne w polskiej rzeczywistości.
Robotnica z Valeo, organizatorka produkcji, mówi już w pierwszych słowach wywiadu:
„My tak naprawdę walczymy o godne traktowanie. Łamanie praw pracowniczych jest codziennością. Kto to widział, żeby menedżer szarpał strajkującego robotnika za rękę? Żeby przysyłano tutaj helikoptery, żeby nas zastraszyć? Gdzie są konsekwencje wobec winnych?”.
Strajkujący robotnicy z Jeremiasa w Gnieźnie tłumaczą z kolei, czym jest godna praca:
„Godna praca – i godna płaca – to taka praca, z której człowiek czerpie radość. Taka płaca, żeby mi starczyło i żebym nie musiał ciągle oglądać się za siebie. W sezonie dajemy z siebie sto procent, rodziny nam się rozpadają, a firma osiąga ogromne zyski. Godna praca to szacunek dla robotnika: za poświęcenie, za czas, za wiedzę i umiejętności. Żeby człowiek mógł chodzić z podniesionym czołem”.
„Ja naprawdę lubię pracować – mówi jeden z robotników. – Praca sprawia mi przyjemność. Ale kiedy atmosfera w zakładzie jest zgniła, praca przestaje się podobać. Na początku, kiedy Jeremias był budowany przez oryginalnego właściciela, traktowano nas bardzo dobrze. Trudno było się tam dostać, ale kto już się dostał, chodził z podniesionym czołem. Człowiek czuł szacunek w mieście. Wszystko zmieniło się wtedy, gdy fabrykę wykupił zachodni właściciel – od tego momentu zaczął liczyć się wyłącznie zysk”.
Robotnica z Valeo, główna organizatorka zwycięskiego strajku, wspomina, że jej największym zwycięstwem było odzyskanie przez ludzi poczucia godności:
„Wydaje mi się, że udało mi się zapalić tę lampkę…”.
Zapytana, czym jest dla niej godność człowieka, odpowiada:
„Dla mnie to szacunek dla drugiej osoby. To świadomość, że ona istnieje, że nie mogę jej skrzywdzić, że potrafię się do niej uśmiechać i nie traktuję jej jak robota. Poznałam wiele historii pracowników, którzy mają niesamowite problemy w życiu. Wydawało mi się kiedyś, że to ja mam ciężko, ale ludzie mają znacznie gorzej”.
Dla robotnicy z Valeo nie są to jednak tylko słowa. To również działanie. Gdy pytamy ją: „Co dalej po zwycięstwie?”, odpowiada:
„To nie jest tylko zwycięstwo pracy i naszych żądań. To także zwycięstwo między ludźmi. Tego nie można teraz zaniedbać. Trzeba dalej rozmawiać z robotnikami, pytać, co zmieniło się w pracy, co jeszcze trzeba poprawić. Dobrze, że po naszym strajku powstanie Komisja Społeczna, której celem będzie pilnowanie przestrzegania prawa pracy. Co miesiąc będziemy pisać raporty, podpisywać je i wysyłać”.
– „A kto będzie członkiem tej komisji?”.
– „Po jednym członku z dwóch związków zawodowych, jedna osoba od pracodawcy i jedna osoba z urzędu wojewódzkiego”.
– „Czy myśli pani, że to będzie efektywne?”.
– „Tak, przez pięć lat pisałam sama o kontrolę, ale to nigdy nie miało efektu, a teraz jeśli będziemy z całą komisją trzymali rękę na pulsie, to damy sobie z tym radę”.
– „A co dalej? Walczyliście o podwyżki? Czy jeszcze coś zdobyliście?”.
– Stabilność pracy. Jak umowa jest na trzy lata, to następna umowa ma być stała. Wiadomo, że dyrekcja woli niestałe umowy. Przyprowadzają ludzi z agencji pracy, którzy pracują za niższe pieniądze. Dzisiaj mieliśmy spotkanie w Ministerstwie Pracy. Wiele związków brało udział. Dyskutowaliśmy kwestię umów sieciowych. Trzeba stworzyć nowe prawo, które pozwoli na ich przedłużenie na stałe”.
Godność człowieka jest głęboko związana z szacunkiem wokół niego. W naszych wywiadach pytaliśmy się o to, czy jesteś szanowany jako robotnik, czy czujesz się szanowany? Czy ty masz szacunek jako robotnik?
Tak, czuję się robotnikiem
– „Tak, czuję się robotnikiem. Widzę siebie jako człowieka związanego z ruchem robotniczym. Nie widzę nic negatywnego w byciu robotnikiem. Przecież to my, robotnicy, zbudowaliśmy Polskę taką, jaka jest dzisiaj” – mówi hutnik ze Śląska.
– „Jestem dumny z bycia robotnikiem – mówi górnik i elektryk z Lubelszczyzny. – My jesteśmy solą tej ziemi”.
Robotnica z zakładów w Chrzanowie kładzie szczególny nacisk na słowa: jesteśmy aż robotnikami, a nie – tylko robotnikami. „Ja czuję się fundamentem tego zakładu”.
Chciałoby się odpowiedzieć: jesteś fundamentem nie tylko zakładu, ale całego życia w Polsce. Potwierdziła to dobitnie pandemia, kiedy jedynymi ludźmi obecnymi na ulicach i w miejscach pracy byli kurierzy rozwożący jedzenie, robotnicy odpowiedzialni za ogrzewanie i utrzymanie infrastruktury, pracownicy fabryk ryzykujący zdrowiem, tramwajarze i kolejarze prowadzący transport mimo zagrożenia chorobą. Essential workers – pracownicy niezbędni, dzięki którym życie mogło toczyć się dalej mimo rozprzestrzeniającego się Covidu. Wtedy nikt nie miał wątpliwości, kto naprawdę podtrzymuje współczesne życie: nie tylko w Polsce, lecz także w Europie Zachodniej i Ameryce. Wszystko zatrzymałoby się, gdyby nie oni – niezbędni robotnicy.
– „Nie, nie czujemy się szanowani” – mówią rozmówcy. Robotnik schodzi na dalszy plan w społeczeństwie, którego podstawowym ideałem stała się praca w korporacji, praca biurowa i sukces przedsiębiorcy postrzeganego jako „dawca pracy”. To przedsiębiorców widzi się jako tych, którzy tworzą miejsca pracy, organizują produkcję i czerpią z niej zyski. Niewątpliwie rola przedsiębiorcy jest równie ważna jak rola robotników i podział zysku musi to odzwierciedlać sprawiedliwie.
W telewizyjnych serialach bohaterowie noszą garnitury, mają teczki i pracują w biurach. Nie ma tam hydraulika z torbą narzędzi ani elektryka pracującego przy wysokim napięciu.
– „Nie czuję się szanowany” – powtarza jeden z rozmówców.
Wizja inteligencji, pracy umysłowej i przedsiębiorczości jako głównej siły napędowej kraju przesłania znaczenie pracy robotniczej oraz szacunek dla robotniczej walki i żądań. Inteligencja i przedsiębiorcy jako ci, którzy „dają pracę”. Tymczasem robotnicy coraz częściej zaczynają od nowa rozumieć coś fundamentalnego: to nie pracodawca daje pracę. To robotnicy dają swoją pracę. Tak zwany pracodawca wnosi kapitał, organizuje proces produkcji i czerpie z niego zysk. Zysk stał się więc miarą społecznego uznania, a nie sama praca.
Poczucie braku szacunku i godności powraca w niemal wszystkich wywiadach. Wyłania się z tego wyraźna dualność: z jednej strony, wewnątrz robotniczych mikrospołeczności – w zakładach pracy i wśród mieszkańców związanych z przemysłem – istnieje głęboki szacunek dla robotnika; z drugiej strony, wśród elit, dyrekcji i polityków robotnicy tego szacunku nie doświadczają.
Warto przyjrzeć się źródłom tej diametralnej różnicy. Rabij daje pewne wyobrażenie o warunkach, w których została ona wytworzona – o momencie, gdy „robotnik został na peronie”. Nie po raz pierwszy w najnowszej historii Polski. Przypomnijmy więc, jak do tego doszło.
„Terapia szokowa” zaordynowana polskiemu przemysłowi po transformacji 1989 roku – poza doraźnym opanowaniem inflacji – miała ograniczyć znaczenie przemysłu na rzecz usług i handlu. Jej społeczne skutki uboczne okazały się jednak upiorne. Nie brakowało wówczas języka pogardy wobec tych, którzy bali się wypaść z zakrętu transformacji. Stoczniowcom, hutnikom i górnikom protestującym przeciw likwidacji miejsc pracy przypinano etykietę „hamulcowych transformacji”. O pracownikach zakładów przeznaczonych do zamknięcia pisano, że są „roszczeniowi” i „nieelastyczni”.
Wartości robotnicze
Spójrzmy jednak, jak górnik z Katowic opisuje tamte czasy; zobaczmy, co działo się po drugiej stronie transformacji, od środka. Jak to się stało – pytamy – że robotnik zniknął ze świadomości społecznej? Jak doszło do tego, że przestał być w społeczeństwie szanowany?
– „Ja jestem z lat osiemdziesiątych, kiedy ślusarz remontowy to był ktoś. To była duma. Potrafiliśmy wszystko. Jakikolwiek problem pojawił się na produkcji czy w okolicznym mieście – my go rozwiązywaliśmy. Fachowość dawała pewność siebie, no i oczywiście pieniądze były dobre. Nasza praca była potrzebna i szanowana. Przyszedłem do kopalni, żeby uniknąć wojska, bo wcześnie założyłem rodzinę. Było nas wielu, z całego kraju. Robiliśmy najgorszą robotę, ale byliśmy zgrani, pomagaliśmy sobie nawzajem. Kiedyś menedżer powiedział mi, że dostałem premię. – «Dlaczego ja?» – spytałem. – «Czy inni też dostali?». – «Nie myśl o innych, bierz forsę i zmiataj» – odpowiedział. Ale ja powiedziałem: «Nie potrzebuję. Moi koledzy pracują równie ciężko». To właśnie budowało naszą świadomość”.
Warto zatrzymać się na chwilę przy wspomnianym mistrzostwie robotników w rozwiązywaniu problemów. Przypomnijmy sobie, że „rozwiązywanie problemów” stało się w ostatnich dekadach naczelnym hasłem współczesnej edukacji. Głównym celem tego hasła było przystosowanie obywateli do wymogów dzisiejszego życia, w którym kreatywność i umiejętność działania w sytuacjach kryzysowych uchodzą za podstawowy warunek rozwoju. Tymczasem robotnicy w zakładach pracy mieli – i nadal mają – tę zdolność w małym palcu.
– „A jaka jest, według ciebie, przyczyna tej kolosalnej zmiany w pozycji społecznej robotnika?”.
– „W PRL-u przesadzono z propagandą. Z jednej strony robotnik był ideologicznie przedstawiany jako najważniejszy i jako fundament państwa, a z drugiej sam widział, jak naprawdę jest traktowany. To oczywiście doprowadziło do «Solidarności», która ostatecznie obaliła socjalistyczne państwo. Po transformacji robotnicy zostali wykluczeni z udziału w polityce kraju i poczuli się oszukani. Zaczęli wątpić w swoją wartość. Ludzi pracujących najemnie zaczęto uważać za frajerów. «Cwaniakami» byli ci, którzy robili biznesy na targowiskach i szybko się dorabiali. Potem przyszły prywatyzacje i restrukturyzacje. Część średniego i wyższego nadzoru uwłaszczyła się na majątku zakładów. Co z tego, że spółka formalnie należała do robotników, skoro menedżerowie wykupywali udziały i sami stawali się właścicielami? Wielu z nas skusiło się na wyższe płace, ale jednocześnie straciliśmy opiekę zdrowotną, ludzie zaczęli chorować.
Drugą ważną sprawą była likwidacja szkół zawodowych. Przemysł zaczął podupadać – w górnictwie, hutnictwie, przemyśle maszynowym. Młodzież nie chciała już iść do zawodówek. Nawet rodzice, robotnicy z dziada pradziada, mówili dzieciom: «Nie wygłupiaj się, będziesz całe życie harował w ciężkich warunkach». Zachęcano raczej do pracy w usługach, gastronomii, stylizacji – to zaczęło być modne. A przecież zapotrzebowanie na pracowników fizycznych nadal istniało. Dzisiaj kopalnie zatrudniają ludzi bez wykształcenia zawodowego. Często nie wiedzą nawet dokładnie, co robią.
Etos pracy zaczął zanikać. Wszyscy mieli mieć średnie wykształcenie. W szkołach promowano zawody mało techniczne, ludzie przestali chodzić na politechniki. Zarówno PO, jak i PiS przekonywały społeczeństwo, że górnictwo jest czymś złym – bo Unia Europejska, klimat i wszystkie inne argumenty. Już w szkołach podstawowych uczono, że spalanie węgla jest szkodliwe. I to wszystko sprawiło, że robotnik zaczął być postrzegany bez szacunku”.
– „A jak ty sam uratowałeś się przed tym losem?”.
– „U mnie ogromną rolę odegrały tradycje rodzinne. Ojciec, dziadek, żona – wszyscy byli związani z górnictwem albo hutnictwem. Poza tym jako działacz związkowy, którego celem była pomoc kolegom, byłem bardziej świadomy od innych. Traktowałem tradycje robotnicze jako wartość, a nie jako obciążenie. Ludzie cenią to, co robię. Moi koledzy związkowcy pracują w ruchu ciągłym. To są ludzie szanowani, mają wpływ, siłę i autorytet. Można się od nich wiele nauczyć. Bronią cię, kiedy kierownictwo ma jakieś głupie, mobbingowe pomysły – a to jest dziś powszechne. Kiedy brygadzista albo sztygar walnie ręką w stół i ma poparcie związku, to to działa”.
I chyba właśnie tutaj jest nadzieja na odbudowę dawnych robotniczych wartości. Młodzi zaczynają rozumieć, że jeśli o nich zapomną, będzie im po prostu gorzej. Korporacjom zależy przecież na tym, żeby robotnicy konkurowali ze sobą, a nie wspierali się nawzajem.
Robotnica z Valeo potwierdza wagę tych słów: „Musimy sami wybudować swoje wartości, bo jeśli nie, to druga strona nas zetnie. Głowa do góry, idziemy naprzód!”.
Czym więc są wartości robotnicze? To odpowiedzialność za drugiego człowieka. Jak przypomina robotnica z Valeo – to odpowiedzialność za traktowanie innych z godnością. To solidarność wobec bossa, kapitalisty i ich przedstawicieli w sferze produkcji. To świadomość, że korporacje chcą rozbić robotniczą wspólnotę i że tej solidarności trzeba bronić za wszelką cenę. To także odpowiedzialność za samą produkcję: za jakość pracy, za jakość wyrobów, za poczucie dumy i sensu płynące z wykonywanego zawodu.
Zatem, choć prawdą jest – jak twierdzi Rabij – że robotnicy stali się w Polsce klasą wykluczoną, prawdą jest również to, że tworzą własną mikrospołeczność: środowisko o silnych zasadach, historycznie ugruntowanych wartościach wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności.
Czyż nie są to właśnie wartości, których dziś dramatycznie brakuje polskiemu społeczeństwu? Walka o godność, wzajemna solidarność, troska o więzi międzyludzkie – wszystko to mogłoby stać się przeciwwagą dla nieustannej „wojny polsko-polskiej”. Czy ta robotnicza mikrospołeczność nie ma przypadkiem czegoś niezwykle cennego do zaoferowania całemu społeczeństwu?
Nieudacznicy
To określenie z lat dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku stanowi fundament podziału na „cwaniaków” i „frajerów”, o którym wspomina górnik z Katowic. „Nieudacznicy” to ci, którym – jak mówiono – nie udało się wciągnąć w wir transformacji i szybkiego zysku. Negatywny konotacje opierają się na założeniu, że wszyscy pragną przede wszystkim pieniędzy, a w warunkach transformacji jednemu udaje się je zdobyć, drugiemu zaś nie. Nasze wywiady pokazują jednak błędność tego założenia.
Robotnicy, z którymi rozmawialiśmy, są robotnikami z wyboru, a nie z konieczności. Świadomie odrzucili pokusę łatwego zarobku, ponieważ chcieli pracować w zakładzie przemysłowym. Górnik z Katowic mówi, że – w przeciwieństwie do swoich kolegów, którzy poszli na studia, często związane z organizacją biznesu – jego „Opatrzność uratowała, kierując na halę fabryczną, a nie do zarządu, na tę inną drogę”.
Robotnica z Valeo trafiła do fabryki częściowo przypadkiem, lecz kiedy wstąpiła do związku zawodowego, zrozumiała, że właśnie tam jest jej miejsce: że może realizować się poprzez działalność związkową, bronić współpracowników i mówić prawdę.
Hutnik z Rudy Śląskiej, zapytany o to, co chciałby po sobie pozostawić, odpowiada: „Chciałbym, żeby moi koledzy na końcu powiedzieli, że byłem w porządku”. Górnik z Katowic, odpowiadając na to samo pytanie, mówi: „Że warto się stawiać, że warto walczyć, że warto przeżyć wszystkie trudności, bo to cię buduje – nie tylko jako pracownika, ale także jako człowieka”.
To nie są nieudacznicy. To ludzie, którzy świadomie wybierają drogę społecznego zaangażowania w zakładzie pracy, chcąc poprawić los robotników i mówić prawdę. To ludzie, którzy w świecie podporządkowanym logice indywidualnego sukcesu zachowują poczucie społecznej solidarności, odpowiedzialności i godności.
Hipoteza końcowa
Jest tu coś ważnego, co chciałbym na razie jedynie zasygnalizować jako hipotezę. Nie mamy jeszcze wystarczającej liczby wywiadów, by formułować ostateczne wnioski, jednak pewne idee powracają we wszystkich rozmowach, sugerując ich bardziej ogólny charakter.
Transformacja 1989 roku, wprowadzając nowe stosunki pracy, przyniosła jednocześnie – mówiąc najkrócej – kult jednostki: przedsiębiorczość indywidualną jako podstawę organizacji społeczeństwa poprzez konkurencję ekonomiczną, czyli walkę o pieniądz. Do pewnego stopnia było to zrozumiałą reakcją na system komunistyczny PRL-u, oparty na marksistowskiej wizji społecznego charakteru jednostki. Oba te spojrzenia okazują się jednak niewystarczające, gdy funkcjonują oddzielnie, a ich negatywne skutki są dziś dobrze widoczne.
W PRL-u konsekwencją tej jednostronności były prześladowania polityczne oraz niska wydajność pracy. W III Rzeczypospolitej skutkiem stało się dramatyczne pogłębienie nierówności społecznych – ogromna różnica między ilością środków dostępnych człowiekowi z ludu a człowiekowi należącemu do elit. Polska rozwija się gospodarczo i „rwie do przodu”, lecz owoce tego rozwoju trafiają do niewielkiej części społeczeństwa.
Widzimy więc, że każdy z tych dwóch modeli, traktowany osobno, prowadzi na manowce. Problem polega na tym, że każdy człowiek posiada zarówno wymiar indywidualny, jak i społeczny. Różnimy się jedynie proporcją między nimi. Jedni mają silniej rozwinięty element indywidualny, inni – społeczny. Kiedy jednak organizujemy społeczeństwo wyłącznie wokół jednego z tych wymiarów, pozostawiamy ludzi drugiego wymiaru na marginesie, odmawiając im pełnego i równoprawnego uczestnictwa w życiu społecznym.
I właśnie dlatego istnienie robotników w przemysłowych „mini-społeczeństwach” wydaje się dziś tak ważne. W obecnym świecie, przechylonym wyraźnie w stronę indywidualizmu, to tam odnajdujemy zachowane autentyczne więzi społeczne. Tam spotykamy ludzi głębokiej empatii i poczucia odpowiedzialności za innych; ludzi domagających się szacunku i godności – zarówno dla siebie jako robotników, jak i dla siebie jako ludzi.
Walka zawodowa nie jest walką wyłącznie o pieniądze. Jest również walką o zachowanie i rozszerzenie społecznego wymiaru życia, bez którego społeczeństwo nie może pozostać naprawdę zdrowe.
dr Bronislaw Czarnocha
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Strajk w firmie Jeremias, fot. ze strony internetowej związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.
przez redakcja | piątek 17 lipca 2026 | aktualności
Brytyjski rząd podjął decyzję o upaństwowieniu wielkiej huty należącej do kapitału chińskiego.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, brytyjski rząd dzięki specjalnej ustawie dokonał nacjonalizacji przedsiębiorstwa British Steel, która po prywatyzacji i kolejnych zmianach własnościowych należała w ostatnim czasie do chińskiej grupy kapitałowej Jingye.
Rząd Wielkiej Brytanii dokonał upaństwowienia przedsiębiorstwa, motywując to ochroną interesu narodowego. Do British Steel należy ostatnia duża działająca w Wielkiej Brytanii huta w Scunthorpe. Od kilku miesięcy chiński właściciel planował jej zamknięcie, motywując to wysokimi kosztami energii oraz zapaścią na europejskim rynku stali. Gdyby zakład został zamknięty, w Wielkiej Brytanii nie wytwarzano by stali pierwotnej na potrzeby budownictwa, kolei, przemysłu samochodowego, zbrojeniówki itp.
Peter Kyle, minister ds. biznesu, mówi, że gdyby huta została zamknięta, „bylibyśmy zdani na łaskę międzynarodowych rynków i dostaw zza granicy, jeśli chodzi o wyroby wykorzystywane przez naszą kolej i budownictwo”. Z kolei premier Keir Starmer dodawał: „British Steel jest częścią tkanki naszego kraju i jednym z filarów przemysłowej siły Brytanii”, a decyzja o nacjonalizacji „zabezpiecza przyszłość produkcji stali w Zjednoczonym Królestwie, chroni miejsca pracy wymagające wysokich kwalifikacji i zachowuje kluczową dla państwa zdolność”.
W obliczu gróźb wygaszenia wielkich pieców w hucie w Scunthorpe, rząd Wielkiej Brytanii nakłaniał chińskiego właściciela, aby sprzedał zakład innemu przedsiębiorstwu. Nie było jednak chętnych. W związku z tym podjęto decyzję o nacjonalizacji. Dokonano jej na mocy specjalnej ustawy, przyjętej w środę. Decyzja spotkała się z krytyką ze strony chińskich władz i zapowiedzią ubiegania się o odszkodowania.
Huta w Scunthorpe zatrudnia 2700 osób.
przez redakcja | czwartek 16 lipca 2026 | aktualności
Falę krytyki wywołał pomysł likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych.
Jak informuje Portal Samorządowy, Unia Uzdrowisk Polskich sprzeciwia się planom Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ministerstwo chce od początku roku 2027 zlikwidować Domy Wczasów Dziecięcych.
Unia Uzdrowisk Polskich wystosowała apel do MEN. Zwraca w nim uwagę na szkodliwość planowanej decyzji i brak do niej merytorycznych podstaw – ministerstwo twierdzi, że pobyt w takich placówkach koliduje z procesem dydaktycznym. Faktyczną przesłanką decyzji ministerialnych są „oszczędności budżetowe”: 30 milionów złotych na wstępie, a później po 9 milionów przez okres 10 lat.
Decyzja o likwidacji placówek wywołała falę krytyki. Grzegorz Cichy, prezes Unii Miasteczek Polskich i burmistrz Proszowic, twierdzi, że kilkudniowe pobyty w Domach Wczasów Dziecięcych to „szansa zwłaszcza dla dzieci z mniejszych ośrodków, które rzadziej wyjeżdżają na wczasy, mają więcej obowiązków domowych albo dalej do morza czy do atrakcyjnych miejsc w górach”. Obecny system dofinansowania tych wyjazdów sprawia, że są one znacznie tańsze od oferty komercyjnej, a mogą z nich korzystać także dzieci najuboższe oraz placówki szkolne z niewielkich niezamożnych miejscowości.
Unia Uzdrowisk Polskich apeluje do resortu edukacji o odstąpienie od planowanej likwidacji placówek. W Polsce działają 24 domy wczasów dziecięcych – 10 publicznych oraz 14 niepublicznych. Większość z nich powstała w latach 50. i 60.
przez redakcja | środa 15 lipca 2026 | aktualności
Wczoraj rolnicy protestowali przeciwko lekceważeniu narastających problemów branży.
Jak informuje portal Interia Biznes, we wtorek organizacje rolnicze zorganizowały protest pod siedzibą Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Uważają, że sytuacja ich branży jest fatalna i domagają się działań i wsparcia od rządu.
Protestujący akcentowali różne palące problemy sektor rolnego w Polsce. Ich zdaniem kondycja finansowa gospodarstw rolnych jest kiepska. Adrian Wawrzyniak, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych mówi portalowi Interia Biznes: „W Polsce dzisiaj gospodarstwa rodzinne są na skraju bankructwa. Ta sytuacja jest spowodowana m.in. brakiem odpowiedniej pomocy finansowej ze strony ministerstwa rolnictwa i rządu”. Przypomina on, że w kwietniu rządzący obiecywali wsparcie w kwestii kosztów nawozów i paliwa dla rolników, ale do dzisiaj nic nie zostało zrobione.
Protestujący zwracali uwagę na bardzo niskie ceny skupu produktów rolnych. Damian Murawiec z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników mówi portalowi Interia Biznes: „Mamy dramatycznie niski poziom cen – od około 3,50 do 4 zł za kilogram żywca. To są ceny, które można śmiało porównać do tych sprzed 20 lat”. To samo dotyczy cen pszenicy, która również jest skupowana po stawkach sprzed niemal dwóch dekad.
Wszystko to ma miejsce w sytuacji dużego wzrostu kosztów produkcji rolnej. Protestujący akcentowali przede wszystkim znaczny wzrost cen nawozów, który ma miejsce od kilku lat. Innym problemem są obecne koszty paliw, głównie oleju napędowego do maszyn rolniczych. Na kondycji gospodarstw odbijają się także wysokie ceny gazu, który jest wykorzystywany m.in. do ogrzewania pomieszczeń gospodarczych, w suszarniach płodów rolnych itp.
Innym z problemów jest coraz większy napływ produktów rolnych z innych krajów. Protestujący zwracali uwagę na luki i rozregulowanie systemu importu płodów rolnych, głównie z Niemiec i Holandii. Adam Wawrzyniak powiedział Interii Biznes: „Polska staje się pewnego rodzaju śmietnikiem Europy dla produktów, które za granicą powinny być wycofywane lub utylizowane. Te warzywa trafiają do Polski, są przepakowywane w paczkowniach, a następnie sprzedawane w dużych sieciach handlowych. W tym samym czasie polski ziemniak i polskie warzywa, świeżo zebrane z pól naszych rolników, nie mają zbytu”. Na to nakłada się dominacja sieci handlowych: „Rolnik za wyprodukowanie młodego ziemniaka otrzymuje 25-30 groszy, podczas gdy na półkach sklepowych kupujemy go za około 3 zł za kilogram. Dotyczy to wszystkich warzyw i owoców, które jako rolnicy dostarczamy. Domagamy się od Ministerstwa Rolnictwa, aby relacje na linii markety, przetwórcy i rolnicy zostały w odpowiedni sposób uregulowane”.
Protestujący zwracali uwagę na kiepską sytuację finansową gospodarstw rolnych i bierność rządu w tej sprawie. Wskazywali, że przekłada się to także na inne branże. Wiele inwestycji w rolnictwie zostało wstrzymanych. Stagnacja panuje także na rynku maszyn rolniczych, a brak popytu ze strony rolników przekłada się na problemy producentów.
przez redakcja | poniedziałek 13 lipca 2026 | aktualności
Kolejna fala likwidacji miejsc pracy w Łodzi i okolicy.
Jak informuje portal Tułódź.pl, przez Łódź i okoliczne miejscowości przetacza się kolejna fala zwolnień grupowych. Obejmuje ona przeróżne branże. Część firm zwolni nawet ponad 100 osób, a tylko w formule zwolnień grupowych żegna się z pracą już lub wkrótce ponad 700 osób.
Zwolnienia grupowe w ostatnim czasie zgłosiły następujące firmy: polski oddział Compal Europe – naprawa i serwis komputerów – 68 osób do zwolnienia; OSDW Azymut – handel hurtowy książkami i podobnymi produktami – 81 osób; Altor – budowa dróg i autostrad – 93 osoby; DesleeClama Poland z branży tekstylnej – 27 osób; Truvant Europe – produkcja opakowań – 121 osób; Stretto – branża programowania – 44 osoby; Harman Connected Services Poland z podobnej branży – 26 osób; HRP Grants – edukacja pozaszkolna – 30 osób; Janis – przemysł włókienniczy – 68 osób; Marel Shared Services Center – usługi doradcze – 66 osób; Ideal Europe – produkcja rowerów i wózków inwalidzkich – 30 osób.
Te zwolnienia już trwają lub zostaną zrealizowane najpóźniej do końca sierpnia.