przez redakcja | sobota 31 maja 2025 | aktualności
Dziś, w obliczu milczenia i systematycznego zwalczania strajku przez władze rektorskie Uniwersytetu Warszawskiego, studenci okupujący Uniwersytet Warszawski zdecydowali się wejść w przestrzeń publiczną i przypomnieć o swoich postulatach. Pojawili się podczas promocji doktorskiej i wręczenia gratulacji doktorom habilitowanym, które odbywały się w ogrodach Biblioteki Uniwersyteckiej.
Ich obecność była odpowiedzią na ignorancję i milczenie władz – studenci przy użyciu megafonów zakłócili ceremonię, kierując swoje słowa bezpośrednio do przemawiającego rektora Alojzego Nowaka. Ich żądania są niezmienne od początku protestu: rozpoczęcie realnych negocjacji w sprawie otwarcia publicznych stołówek, m.in. na BUW-ie, Wydziale Fizyki i Chemii, oraz stworzenie konkretnego, długofalowego planu rozbudowy akademików, które obecnie nie spełniają podstawowych standardów dostępności i przystępności.
Protestujący przypomnieli również zebranym, że 25 października 2023 roku kolegium rektorskie opublikowało odpowiedź na list otwarty, w którym rektor Alojzy Nowak oraz kanclerz Robert Grey jednoznacznie zadeklarowali utworzenie uniwersyteckiej stołówki w lokalu po dawnej kawiarni „Rewers” w BUW-ie. Cytując: „zgodnie z decyzją Rektora w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej […] zostanie uruchomiona nowa stołówka uniwersytecka, na wzór stołówki przy ul. Oboźnej. Stołówki te funkcjonować mają równolegle i obie będą prowadzone przez Uniwersytet”. Deklaracja ta została jednak całkowicie zignorowana — lokal wynajęto prywatnemu podmiotowi, a kanclerz Grey publicznie udziela informacji sprzecznych z wcześniejszymi obietnicami.
– W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” kanclerz twierdzi, że bistro w BUWie powstanie – tymczasem w ubiegłym roku oficjalnie powiedziano nam, że nie ma planów zagospodarowania tej przestrzeni. Uniwersytet działa w sposób zupełnie nietransparentny, o planach kanclerza dowiadujemy się z prasy. Podobnie było z obietnicą otwarcia publicznej stołówki w BUWie – nagle nikt o tej oficjalnej deklaracji nie pamięta. Jak to możliwe, że nikt nie rozlicza rektorów z ich słów? To oburzające, że osoby pełniące tak wysokie stanowiska mogą rzucać słowa na wiatr w sprawach tak ważnych dla studentów – mówi Gabriela, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.
Zamiast dialogu — próba zagłuszenia. Rektor Nowak po raz kolejny odmówił uznania studentek za stronę do rozmów, choć równocześnie – w cynicznym geście – zapewniał zebranych, że „negocjacje trwają”. Prawda jest taka, że w poniedziałek 26 maja prorektor ds. studenckich zapowiedział ustnie zaproszenie protestujących na oficjalne negocjacje. Od tego czasu uniwersytet milczy, a część protestujących nocuje na zimnym dziedzińcu, bo utrudnia im się dostęp do budynku. Cały ten czas studentki okupują Uniwersytet, walcząc o lepsze warunki życia i studiowania dla całej społeczności uniwersyteckiej.
– Studentów traktuje się jak intruzów, nie partnerów do rozmowy. Jesteśmy zmuszeni do zakłócania takich uroczystości, bo rektor zamyka nam drzwi przed nosem. Dialog z władzami to fikcja – mówi Róża z Uniwersytetu Łódzkiego, która wspiera protest warszawskich studentów.
Podczas wydarzenia straż uniwersytecka zablokowała protestującym dostęp do sceny, otaczając je kordonem. W kulminacyjnym momencie doszło do fizycznej agresji wobec studentek — zostały one poszarpane przez uczestników ceremonii, na co straż uczelni nie zareagowała. Ich nietykalność cielesna została naruszona, a jedna z obecnych kobiet wyrwała protestującym megafon i rzuciła go na ziemię.
Studenci padli ofiarą nie tylko systemowego zaniedbania i bezczynności władz Uniwersytetu Warszawskiego, ale też fizycznej przemocy — na oczach rektora i gości uczelni, w miejscu, które powinno być przestrzenią dialogu i wspólnoty. Zamiast wsparcia – zostali potraktowani jak intruzi. Zamiast rozmowy, spotkali się z przemocą i upokorzeniem.
To, co wydarzyło się dziś, to nie tylko incydent — to symbol głębokiego kryzysu wspólnoty akademickiej. Uniwersytet Warszawski pokazał, że nie chce słuchać swoich studentów. Władze wolą chronić dobre samopoczucie elit niż wypełniać własne zobowiązania wobec społeczności, którą powinny reprezentować i wspierać.
Od 23 maja trwa studencki strajk okupacyjny na Uniwersytecie Warszawskim: https://obywatel3.macmas.pl/2025/05/24/studenci-strajkuja/
przez redakcja | piątek 30 maja 2025 | aktualności
Od trzech dni trwa strajk w zakładzie w Sosnowcu.
Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, od trzech dni trwają strajk i protest w zakładzie Bitron Appliance Poland sp. z o.o. w Sosnowcu. Na miejscu każdego dnia protestuje około 120–130 osób, a przewodniczący związku Grzegorz Stępień strajkuje już ponad 50 godzin bez przerwy.
Międzyzakładowy Związek Zawodowy OPZZ przy Bitron Appliance Poland zwrócił się 21 stycznia br. do Zarządu Bitron Appliance Poland sp. z o.o. z wnioskiem o zmianę warunków zatrudnienia pracowników. Ostatnie spotkanie z pracodawcą odbyło się 26 maja br. W związku z brakiem akceptacji któregokolwiek z przedstawionych postulatów, związkowcy od rana 28 maja rozpoczęli strajk.
Ich postulaty:
1. Podwyższenie od dnia Ol .01.2025 r wynagrodzenia zasadniczego dla pracowników produkcyjnych o kwotę 7 zł/h.
2. Podwyższenie od dnia 01.01.2025 r wynagrodzenia zasadniczego pracowników administracyjnych, pośrednich, produkcyjnych w kwocie 7zł x 168 h 1008 zł.
3. Wprowadzenie pięciodniowego systemu pracy dla operatorów na wydziale wtryskarek, analogicznie do pozostałych pracowników tego wydziału. Obecnie operatorzy jako jedyna grupa pracownicza pracują w systemie siedmiodniowym, co prowadzi do nierówności w warunkach zatrudnienia. Zmiana ta ma na celu ujednolicenie systemu pracy i dostosowanie do go standardów obowiązujących w całym wydziale, zgodnie z przepisami prawa pracy dotyczących równych warunków zatrudnienia.
4. Wprowadzenie pięciodniowego systemu pracy dla operatorów na wydziale eldom, gdzie obecnie obowiązuje sześciodniowy system pracy, aby zrównoważyć warunki zatrudnienia z innymi pracownikami tego wydziału.
5. Zwiększenie dodatku za pracę w soboty – 250 zł oraz niedzielę – 350 zł, aby odpowiednio wynagrodzić pracowników za pracę w dni wolne od standardowego czasu pracy, zgodnie z zasadami rekompensaty za pracę w dni poza regularnym harmonogramem.
6. Zwiększenie dodatku stażowego z dotychczasowego limitu do 30 lat pracy, co pozwoli na bardziej adekwatne wynagrodzenie pracowników z długim stażem pracy, motywując ich do dalszego rozwoju zawodowego i lojalności wobec firmy.
7. Podwyższenie dodatku stażowego z obecnych 20 zł do 40 zł za każdy kolejny przepracowany rok, przy zachowaniu zasady naliczania od kwoty bazowej 80 zł po 3 latach pracy. Zmiana ta ma na celu lepsze wynagrodzenie doświadczenia pracowników i dostosowanie dodatku do aktualnych realiów ekonomicznych.
8. Zwiększenie premii frekwencyjnej do kwoty 450 zł aby adekwatniej motywować pracowników za ich nieprzerwaną obecność w zaangażowanie w wykonywaniu obowiązków. Takie działanie przyczyni się do wzrostu motywacji oraz zwiększenia ogólnej efektywności pracy.
9. Wprowadzenie premii wielkanocnej w wysokości 350 zł, jako formy uznania dla pracowników za ich wkład i zaangażowanie w pracę przed okresem świątecznym, co pozwoli na budowanie pozytywnej atmosfery w zespole.
10. Wnosimy o wprowadzenie gwarancji zatrudnienia, która zapewni pracownikom stabilność oraz pewność kontynuacji pracy. Takie rozwiązanie przyczyni się do budowania długoterminowych, stabilnych relacji z pracodawcą, wspierając zaangażowanie i wzrost efektywności w pracy.
przez redakcja | środa 28 maja 2025 | aktualności
Lekarze i pacjenci protestowali w Warszawie.
Jak informuje radio RMF, w Warszawie odbyła się wczoraj demonstracja w sprawie ochrony zdrowia psychicznego. Na wspólnym proteście spotkali się lekarze-psychiatrzy oraz przedstawiciele organizacji pacjentów. Domagali się polepszenia dostępu do wsparcia w przypadku problemów ze zdrowiem psychicznym.
Bezpośrednią przyczyną protestu były decyzje Ministerstwa Zdrowia w sprawie finansowania Centrów Zdrowia Psychicznego. Finansowanie takich placówek zostało przedłużone o zaledwie pół roku, a w dodatku nie powstają żadne nowe placówki tego typu. Protest odbywał się pod hasłem „Zadbajmy o kondycję psychiczną Polaków”.
Obecnie nie wiadomo, czy Centra Zdrowia Psychicznego będą finansowane dłużej niż przez najbliższe pół roku. Ministerstwo Zdrowia nie przedstawiło żadnych planów w tej kwestii. CZP utworzono za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pierwsze placówki powstały w 2018, później tworzono kolejne. Miały one zapewnić szybki i łatwy dostęp do leczenia i wsparcia osobom w kryzysie zdrowia psychicznego. Dostęp do placówek miał być łatwy w każdym powiecie.
Utworzono 117 placówek w całym kraju. Od tamtej pory nie powstały nowe, a finansowanie dotychczas utworzonych jest po zmianie rządu niepewne. Według pierwotnych planów dostęp do CZP mieli uzyskać mieszkańcy całego kraju. Zatrzymanie rozwoju sieci tych placówek sprawiło, że taki dostęp posiada obecnie tylko nieco ponad połowa Polaków.
przez redakcja | wtorek 27 maja 2025 | aktualności
Związkowcy manifestowali przed elektrociepłownią, żądając wyższych płac.
Jak informuje portal Tysol.pl, w Częstochowie miała miejsce demonstracja związkowców. „Solidarność” przez godzinę blokowała wjazd do elektrociepłowni. Był to kolejny etap sporu o podwyżki płac.
Związkowcy są od trzech lat w sporze z władzami firmy. Częstochowska elektrociepłownia należy obecnie do kapitału fińskiego – koncernu Fortum Power and Heat. Związkowcy twierdzą, że szefostwo firmy od trzech lat nie uznaje sporu zbiorowego na tle płacowym. Przy pomocy kruczków prawnych utrudnia stwierdzenie legalności sporu przez stosowne instytucje.
Związkowcy domagają się znaczących podwyżek. Płace w zakładzie są zwiększane nawet poniżej wskaźnika inflacji, co oznacza, że pracownicy realnie zarabiają coraz mniej. Władze firmy nie reagują na żądania większych podwyżek, mimo że firma jest rentowna i przynosi duże zyski. Pod adresem szefostwa zakładu protestujący wznosili hasła: „Fortum zarabia miliony, a pracownik ogolony”, „Pracujemy uczciwie, chcemy zarabiać godziwie”, „Dość ignorowania potrzeb pracowników”.
Pracownicy przez godzinę blokowali wjazd na teren zakładu. Protestujących wsparli działacze „Solidarności” z innych częstochowskich zakładów oraz związkowcy ze struktur regionalnych.
W marcu „Solidarność” zorganizowała w Zabrzu podobny protest pod drugim z zakładów elektrociepłowniczych będących w Polsce własnością tego samego koncernu.
przez redakcja | poniedziałek 26 maja 2025 | aktualności
Okupacja Uniwersytetu Warszawskiego trwa już od piątku (23.05). Tutaj pisaliśmy o początkach protestu: https://obywatel3.macmas.pl/2025/05/24/studenci-strajkuja/ Studenci i studentki z całej Polski zajmują budynek samorządu studentów oraz przylegający do niego Mały Dziedziniec, spędzając noce w salach i namiotach. Straż akademicka wpuszcza uczestników do środka za okazaniem legitymacji. Na świeżym powietrzu odbywają się liczne wykłady studentów i wykładowców oraz wydawki posiłków.
– „Spędzam tu dzisiaj czas pomiędzy zajęciami. Można posiedzieć, pouczyć się, coś zjeść. Panuje tu bardzo przyjazna atmosfera” – mówi Natalia, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.
Dzisiaj na okupacji ponownie pojawił się prorektor Raś i przedstawiciele samorządu. Protestujący podtrzymali wolę podjęcia oficjalnych rozmów w poszerzonym gronie. Głównym żądaniem wobec władz uczelni, wielokrotnie podkreślanym w trakcie rozmów, jest otwieranie publicznych stołówek – zarządzanych i kontrolowanych bezpośrednio przez uniwersytet. Przedstawiciel samorządu studenckiego opowiadał się natomiast za otwarciem dowolnej stołówki, również prywatnej, twierdząc, że nie widzi różnicy między rozwiązaniem publicznym a komercyjnym. Dla protestujących różnica ta jest jednak zasadnicza – domagają się stołówki publicznej, dostępnej, nienastawionej na zysk i służącej całej społeczności akademickiej.
– „W dyskusjach z władzami ciągle powtarza się argument, że nie powinno nam zależeć na tym, żeby to uniwersytet prowadził stołówkę – że niby wystarczy znaleźć odpowiedniego inwestora. Nie zgadzamy się z tym – jak widzimy na przykładzie jedynej obecnie funkcjonującej publicznej stołówki, tylko w ten sposób da się osiągnąć jednocześnie wysoką jakość posiłków, stabilne warunki pracy i niskie ceny. Tylko uniwersytet, czyli państwo, może kierować się dobrem swojej społeczności, a nie kalkulacją zysków ze sprzedaży” wyjaśnia Gabriela, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.
Strajkujący przekazali również delegacji z UW swoje żądania w kwestii umożliwienia dostępu do budynku całej społeczności studenckiej, także tej spoza UW – obecnie do okupacji dołączają osoby z innych warszawskich uczelni, a także z Łodzi, Krakowa czy Poznania. Na ten moment, ze względu na decyzję władz, uczestnicy okupacji spoza Uniwersytetu Warszawskiego nie mogą swobodnie wchodzić i wychodzić z budynku, co uniemożliwia im korzystanie z toalet w nocy (w przypadku nocujących w namiotach) oraz opuszczanie budynku w ogóle (w przypadku tych, którym udało się wcześniej wejść do środka).
– „Od dwóch nocy śpimy pod namiotem, najpierw pod bramą a teraz na dziedzińcu. Ci, którym udało się wejść do środka, podają nam z okien tosty, mamy też dzięki nim prąd. Umyliśmy się u różnych znajomych, ale najgorsze jest spędzanie całej nocy bez dostępu do łazienki” – opowiada Dominika, studentka z Uniwersytetu Łódzkiego.
– „Na Uniwersytecie Jagiellońskim rektor zawiesił nas w prawach studentach za protestowanie w obronie Domu Studenckiego Kamionka. Wtedy również wspierali nas studenci z całej Polski, więc jesteśmy tutaj teraz w naszej wspólnej sprawie, nawet jeśli trzeba spać w namiocie. Nie możemy dać się podzielić!” – mówi Robert, zawieszony student z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Okupujący, mimo obowiązków związanych z sesją, czy pracą, zbierają się na Uniwersytecie w coraz większym gronie. Nie planują wyjść, dopóki oficjalne negocjacje, na które dalej czekają, nie przyniosą zadowalającego skutku.
– „Powiedziano nam, że uczelnia nie odpowiada za to, co tu robimy jako studenci innych uczelni, i że to w ogóle nie nasza sprawa. A to jest nasza sprawa, ponieważ w Poznaniu zmagamy się z dokładnie tymi samymi problemami, i też mówi się nam, że uczelnia nie może nic zrobić. To nasza wspólna sprawa” – wyjaśnia Tosia, studentka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
przez Michał Rydlewski | niedziela 25 maja 2025 | opinie
Film Dennisa O’ Rourke’a „Cannibal Tours” należy do klasyki filmu etnograficznego. Oglądał go każdy, kto zajmuje się antropologią wizualną. W rzeczywistości oznacza to jednak, że nie jest on szczególnie znany, tym bardziej że został nakręcony w 1988 roku. Wynika to m.in. z faktu zdystansowanego podejścia samych antropologów do zastąpienia pisma kamerą oraz z kłopotów z definicją filmu etnograficznego.
Niestety nie jest on także znany szerszej publiczności spoza dyscypliny antropologicznej. A szkoda, gdyż ten nieco ponad godzinny film krytycznie i bezkompromisowo ukazuje turystykę jako niszczycielską praktykę kultury zachodniej. W interpretacji australijskiego reżysera i niedoszłego antropologa jest ona elementem budowania zachodniej hegemonii kulturowej, kapitalistyczną przemocą i uzależnieniem innych kultur od własnych ekonomicznych i symbolicznych wyobrażeń oraz zgodnie w tym wyobrażeniem tych kultur tworzeniem, kontynuacją kolonializmu i wyzysku, choć ideologicznie transparentną.
O’ Rourke, który interpretuje praktykę turystyczną poprzez obrazy, rozpoczyna swój film czarnobiałymi zdjęciami niemieckich kolonizatorów. W ten sposób dobitnie uświadamia widzowi, czym w istocie jest ta, jakoby nie wyrządzająca nikomu krzywdy, praktyka. Miejscem jego zainteresowania jest część Nowej Gwinei, na podstawie której reżyser opisuje przyśpieszony proces modernizacji oraz dekolonizacji tamtejszego społeczeństwa. Szczególnie interesują go jednak odwiedzający to miejsce turyści, którzy przybywają tam po misjonarzach oraz kolonizatorach.
Wędrujący wzdłuż rzeki Sepik turyści, którzy, jak sami mówią, widzieli już prawie wszystko, zostali zwabieni nie tylko egzotycznym rajem, ale przede wszystkim opowieścią o kanibalach – stąd tytuł filmu, który można przetłumaczyć jako „Wyprawy do kanibali”. Dla etnologa, a polskiego widza w szczególności, słowa, które wypowiada względem czasów kolonialnych za panowania Wilhelma II jeden z niemieckich turystów: „To były dobre czasy”, brzmią tak, jak gdyby nic się nie zmieniło w mentalności tych ludzi, a przemianie uległy jedynie środki nadzoru i czerpania korzyści, w tym przyjemności.
Na zdjęciach białe stroje i mundury niemieckich kolonizatorów wyraźnie odznaczają się na tle przyrody oraz wyraźnie odróżniają ich od czarnej skóry mieszkańców tego rejonu świata. Przypominają oni Obcych, analogicznie jak wielki biały statek turystów, którym przybędą oni dekady później przypomina kosmiczny obiekt, którego rzeka Sepik jeszcze nie widziała. Ta obcość to nie tylko kontynuacja dyskursywna (od kolonizatorów po turystów), ale swoista klamra, która otwiera i zamyka film. Zresztą motto filmu dobitnie uświadamia, kto tak naprawdę jest Obcy: to ci, którzy przybywają, żeby zobaczyć obcą krainę, a nie ci, którzy w niej mieszkają. Faktycznie, żadna inna kultura nie wymyśliła takiej egzotycznej praktyki, dzisiaj już nieomal bez reszty służącej kapitałowi i zaspokajaniu chęci „autentycznych przeżyć” oraz klasowo uwarunkowanego prestiżu. Słowem: to My jesteśmy dziwni, a nie Oni.
Film O’ Rourke’a ma jednak znacznie mocniejszy wydźwięk, albowiem krytyka praktyki turystycznej jest tylko pretekstem do wystawienia bardzo negatywnej opinii kulturze zachodniej jako takiej. To kultura kanibali, którzy pożerają inne kultury, pożerają ich symbole i odzierają ze znaczenia artefakty i świętości, beztrosko przejmując i bawiąc się nimi we własnym interesie. Sprawia to, że ekonomicznie słabsi muszą podporządkowywać się silniejszemu i udawać tego, kim nie są, gdyż określonego ich widoku (określenie Johna Bergera) pożąda turysta, albowiem chce zobaczyć prawdziwych kanibali. Tożsamość tubylców staje się odgrywana na potrzeby turystów, którzy nie są zainteresowani ich prawdziwym życiem, ale chcą zobaczyć swoje wyobrażenie o kanibalach, choć ci już realnie nie istnieją. Tylko to wyobrażenie jest dla nich turystycznie pociągające, stąd świat pod ich kontrolą przemienia się w produkt, towar dostosowany do ich potrzeb, choć nawet sobie tego nie uświadamiają, gdyż nie są do tego poznawczo zdolni. W takim ujęciu tytuł filmu można przetłumaczyć jako „Wyprawy kanibali”.
Chodzi jednak nie tylko o wymiar kradzieży symbolicznej oraz degradacji tożsamościowej, ale także o wymiar ekonomiczny. W kilku scenach filmu widzimy bowiem, jak wprowadzone przez białego człowieka reguły wymiany są niesprawiedliwe, gdyż sprzyjają tylko turystom. Jeden z tubylców negatywnie ocenia praktykę targowania się przez turystów. „Kiedy ja idę do sklepu, to tam nie ma pierwszej ceny, drugiej ceny czy trzeciej ceny” – mówi. Zarabianie pieniędzy przez tubylców to także przymus zgody na sprowadzenie siebie do fotografowanego obiektu, upokorzenie poprzez uprzedmiotowienie. W jednej ze scen widzimy fotografowanego przez kilkoro turystów wyraźnie zakłopotanego mężczyznę. Jedna z kobiet wręcza mu monetę, dziękując za możliwość zrobienia zdjęcia. Wtedy reżyser ujawnia swoją obecność, pytając: „Trudno zarobić dolara?”. Tak – odpowiada. Trzeba zobaczyć tę scenę, aby poczuć, w jak wielkim stopniu mamy do czynienia ze spektaklem upokorzenia, w której relacja biznesowa jest korzystna tylko dla jednej ze stron.
Warto podkreślić, że robienie zdjęć przez turystów nie jest praktyką bezproblemową. Aparat, to nieodzowne narzędzie turysty, bez którego praktyka ta właściwie by nie istniała, którym „strzela” się zdjęcia tak, jak kiedyś strzelbą, pokazuje, jak bardzo obrazy, pożądane widoki mogą być przemocą: choć nie zabijają fizycznie, zabijają poczucie godności.
Tę godność krajowcom przywraca O’ Rourke, który, zgodnie z antropologicznym wymogiem zaangażowania, staje po ich stronie w tej nierównej ekonomicznie i symbolicznie walce. Już sam sposób obrazowania/kadrowania tubylców oraz turystów nie pozostawia w tym względzie wątpliwości.
Turyści są kadrowani prawie zawsze grupowo i w ruchu, co podkreśla ich plemienny charakter. Przedstawia ich jako intelektualnie oraz moralnie wątpliwych (co i rusz wygłaszają jakieś „mądrości”), gdyż są kulturowymi rasistami, uznającymi, iż w gruncie rzeczy niosą pomoc tubylcom, pomagają im, są zatem szlachetni. Co i rusz wygłaszają sądy, w których z poczuciem wyższości oceniają kulturę tubylców, zachowując się jak dziewiętnastowieczni badacze lub podróżnicy czy trawelebryci pokoju Wojciecha Cejrowskiego. Ocena przychodzi im z niebywałą łatwością, gdyż Oni są przecież prostsi, My zaś jesteśmy przedstawicielami kultury wyższej. Pokazuje to mentalną strukturę długiego trwania o charakterze kolonialnym, myślenie kalkami oświeceniowymi i modernistycznymi.
Ten kulturowy rasizm jest widoczny nie tylko w warstwie mentalnej, ale nawet fizyczno-cielesnej. W jednej ze scen włoska turystka mówi do partnera, że chce mieć zdjęcie z dziećmi, traktując je w zasadzie jak małpki w zoo, które sympatycznie wskoczą na ramię. Dzieci jednak nie wydają się dość słodkie, zresztą jak tubylcy w ogóle, którzy są nastawieni za swój zysk i wydają się aroganccy (wiadomo, powinni być mili), a kobieta nie chce zbyt bliskiej obecności dzieci stających obok niej. Odpowiednie zachowanie dystansu mówi znacznie więcej: ona nie chce z nimi zbyt bliskiego kontaktu. Małpki są fajne, ale jako egzotyczne ozdoby.
Przejmujący i jednocześnie irytujący jest fakt, że turyści zupełnie nie rozpoznają realnych efektów swojej praktyki. Nie są świadomi swojego kulturowego rasizmu. Nie pojmują nawet, że to, co widzą oraz fotografują, jest wyreżyserowane przez samych tubylców, którzy ze względu na finansowe korzyści wytwarzają artefakty, zamieniają się w kanibali, nie do końca rozumiejąc zachwyty turystów nad własną plemiennością, ich turystyczną potrzebę podróżowania i oglądania ich. Turyści w ogóle nie widzą, że to, co jest im dane, to sztuczny skansen, a nie rzeczywistość. Nie ma to dla nich jednak znaczenia, gdyż fotografia, jako martwy artefakt, i tak nie odróżni, czy człowiek w stroju kanibala naprawdę nim jest, czy jest tylko za niego przebrany. Fotografia jako turystyczna pamiątka postawiona na komodzie w Berlinie będzie pokazywała i zaświadczała o tym, czego pożąda turysta – wycieczkę do prawdziwych kanibali, kolejne egzotyczne i autentyczne miejsce poza cywilizacją, w którym byłem.
Z kolei tubylców O’ Rourke pokazuje w konwencji portretu. Historia portretu sięga czasów nowożytnych. Były one wykonywane tylko ważnym osobom. Tym samym O’ Rourke pokazuje, iż to oni mają coś ważnego i przede wszystkim sensownego do powiedzenia, to oni znacznie lepiej widzą, co się rzeczywiście dzieje z nimi samymi, z ich kulturą i czym dla nich jest modernizacyjny postęp. Jest wyzyskiem i niemożnością życia w taki sposób, w jaki się chce, jest koniecznością dostosowania do obcych i niezrozumiałych reguł.
O ile nowoczesno-kapitalistyczne reguły białego człowieka są dla tubylców sztuczne i nie chcą się do nich dostosować, „zgrać” z nimi, to tak naprawdę film O’ Rourka opowiada o plemieniu turystów, a szerzej – o tym, co się stało z Europejczykami. Reżyser jakoś szczególnie im nie współczuje z powodu zaistniałej, na ich przecież życzenie, sytuacji kulturowej.
Jaka to sytuacja?
To sytuacja wyalienowania nie tylko z natury, ale i z własnej kultury.
Pierwsze kadry filmu pokazują zbiornik wodny z delikatnymi falami. To natura. Po chwili słyszymy radiowe trzaski, jak gdyby ktoś chciał się „dostroić”, „złapać” fale, tutaj radiowe, lecz to się nie udaje. Fale technologii nie zapewniają kontaktu ani ze światem, ani z innymi ludźmi, szczególnie jeśli ci nadają na innych kanałach. To dobra metafora braku komunikacji pomiędzy turystami a tubylcami: jedni i drudzy nadają na odmiennych falach.
„Cannibal Tours” to zatem film o absolutnym braku możliwości i chęci komunikacji pomiędzy tubylcami a turystami. Ci drudzy chcą jedynie doświadczyć swojego wyobrażenia autentycznego kanibala, nie pojmując, iż jest to żywy skansen powstały w wyniku ich, turystów, kulturowego wyalienowania. Nie mogą się oni porozumieć z tubylcami, gdyż wtedy zabiłoby to ich wyobrażenie. Można wyciągnąć wniosek, iż żyją oni w świecie własnej iluzji, utracili kontakt z rzeczywistością, albowiem świat kanibali istnieje o tyle tylko, o ile istnieje ich wyobraźnia oraz przymus ekonomiczny powołujący ich do życia. Odmowa komunikacji to odmowa przyznania się do własnej kulturowej porażki.
Turyści, jako przedstawiciele egzotycznej i dziwacznej kultury, są z niej wyalienowani, gdyż ich praktyka polega na poszukiwaniu autentyczności. Nowoczesność odczarowała ich świat i uczyniła pozbawionym sensu. Poszukują wśród kanibali czegoś żywego, prawdziwego, sami bowiem są ze świata, który im to odebrał. Ich wędrowanie z kraju do kraju jest tylko sposobem ucieczki od samego siebie, sprawdzeniem, czy przypadkiem prawdziwiej i autentyczniej nie jest gdzie indziej. Gna ich po świecie tęsknota za czymś, co utracili, a fotografowanie ma w jakiś sposób zatrzymać czas, utrwalić coś, co i tak przeminie, przypomnieć po latach, jak ciekawe miało się życie. W tym sensie zarówno turyści, jak i tubylcy są w jakiś sposób nieszczęśliwi i skrzywdzeni, przy czym ci drudzy ponoszą niezawinione przez siebie konsekwencje działań kultury turystycznej.
Bardzo wymowne jest zakończenie filmu, a w zasadzie dwa jego zakończenia, i co warte podkreślenia, zakończenia niezwykle bogate symboliczne. To siła antropologicznej interpretacji w wykonaniu O’ Rourke’a zbliżającego go do sztuki filmowej jako takiej. Choć „Cannibal Tours” uznaje się za film etnograficzny, to reżyser skonstruował niezwykle bogaty znaczeniowo symbol, na który składają się sceny na statku, gdy turyści opuszczają zwiedzaną przez siebie wioskę.
Turyści, pomalowani przez mieszkańców w lokalne wzory, zaczynają swoją zabawę: pozują z groźnymi minami, napinają mięśnie. To pokaz ich siły i męskości, zachowują się jak wyruszający do walki wojownicy plemienni. Jednak wzory, które odmalowali na ich twarzach mieszkańcy wioski to nie wzory wojowników, lecz wzory, jakie malowano zmarłym. Ironia, ten przecież, jak nam się wydaje, europejski wynalazek, okazuje się gestem oporu tubylców, ale jednocześnie przenikliwą diagnozą kultury zachodniej: przynosicie tylko śmierć, jesteście tym, co zabiera życie. Potrafimy was opisać lepiej niż wy nas. Turyści jednak nie są świadomi tego, że stali się obiektem drwiny ze strony tych, których uważają za „prymitywniejszych”, więc świetnie się bawią, a ich wygłupy przeradzają się w błazenadę.
O’ Rourke poprzez zwolnienie tempa scen i odpowiedni montaż oraz dodanie muzyki klasycznej Mozarta, stwarza symboliczny obraz tańca śmierci. Mozart jest znakiem kultury wysokiej, znakiem wyższości białego człowieka nad plemiennym bębnem. Jednak ta kultura wcale nie jest wyższa, przekonuje O’ Rourke. Nie jest nią, gdyż jedyne co potrafi, to niszczyć inne kultury, także wtedy, gdy zniszczyła własną, rozplatając związek między znaczonym a znaczącym, kiedy znaki przestały cokolwiek znaczyć i można się nimi dowolnie wymieniać, gdyż do niczego już się nie odnoszą. Dom duchów zniszczono najpierw u siebie, potem zaś u tubylców. Jedyne, co zostaje, to głupkowata zabawa, pozór, iluzja, tania przyjemność, pseudonaukowe „mądrości” i niczym nieuzasadnione poczucie wyższości oraz utrata kontaktu z rzeczywistością. Bardzo Baudrillardowska diagnoza.
Kultura europejska, której wyrazem jest praktyka turystyczna jako jej znak rozpoznawczy, jest martwa, albowiem jest już bezpłodna. Z tego względu musi żywić się innymi kulturami, bo sama nie ma nic do zaoferowania. W ostatnich scenach filmu, już po partii napisów końcowych, widzimy mężczyznę i kobietę żartujących z nabytych przez siebie plemiennych penisów. Przedstawiciele wykastrowanej kultury muszą zabrać to, czego nie mają, a czego symbolem jest penis: sprawczości, siły, męskości, płodności. Europejczyk został wykastrowany, a przez to cech potrzebnych do życia musi szukać gdzie indziej, doprowadzając owe „gdzie indziej” do degradacji. W tym sensie przestaje się on żywić nawet innymi kulturami, on spożywa już resztki – stając się padlinożercą.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: mannette from Pixabay
przez redakcja | sobota 24 maja 2025 | aktualności
Od 23 maja trwa studencki strajk okupacyjny na Uniwersytecie Warszawskim.
Studentki i studenci zajmują budynek przy Krakowskim Przedmieściu w proteście wobec braku reakcji uczelni i państwa na rosnące koszty życia i postępującą prywatyzację uniwersytetu. Ważnym czynnikiem wpływającym na poziom życia społeczności akademickiej jest dostęp do tanich, publicznych stołówek na terenie uczelni.
Władze uczelni odcięły zajmowany budynek od świata zewnętrznego. Studenci oczekują, że uczelnia umożliwi prowadzenie otwartej okupacji (pozwalającej na zorganizowanie wykładów i warsztatów dla wszystkich zainteresowanych) i podejmie oficjalne negocjacje. Na obecny moment uczestnicy nie mają dostępu do jedzenia oraz pryszniców, a studenci chętni dołączyć do protestu nie zostają wpuszczani.
„Podjęliśmy się okupacji Uniwersytetu po wyczerpaniu innych ścieżek wyrażania naszego niezadowolenia z sytuacji panującej na uczelni. Rektor już ponad rok temu złożył obietnicę utworzenia na UW drugiej publicznej stołówki w jednym z wolnych lokali. Obecnie na uczelni funkcjonuje jedna stołówka, która ze względu na swoją wielkość nie jest wystarczająca na potrzeby naszej wielotysięcznej społeczności. Tylko publiczna stołówka jest w stanie zapewnić dostęp do dobrej jakości jedzenia w niskiej cenie” – mówi Jędrzej.
„Od ponad 2 lat walczymy o dostęp do taniego jedzenia, ponieważ uważamy że obowiązkiem uczelni jest umożliwienie studiowania niezależnie od tego, czy daną osobę stać na codzienne jedzenie na mieście w centrum Warszawy. Ten sam problem dotyczy innych miast akademickich, gdzie stołówki zostały sprywatyzowane. Próbowaliśmy rozmawiać z władzami, ale nie przyniosło to żadnych namacalnych skutków, jedynie puste obietnice” – dodaje Julia.
Studentki i studenci żądają od Uniwersytetu Warszawskiego:
1.Zapewnienia dostępu do posiłków ze stołówek prowadzonych przez Uniwersytet na wszystkich kampusach Uniwersytetu. Korzystanie z tanich posiłków nie powinno być przywilejem jednego kampusu, a normą obowiązująca powszechnie na Uniwersytecie Warszawskim.
2.Otwarcia prowadzonych przez Uniwersytet stołówek w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej, Wydziale Fizyki i Wydziale Psychologii. Domagają się wydania wiążącej decyzji dotyczącej utworzenia nowych stołówek do końca bieżącego roku akademickiego. Realizacja postulatu powinna przebiegać w sposób transparentny i jawny dla społeczności Uniwersytetu.
3.Przedstawienia planu budowy nowych Domów Studenckich do 31 grudnia 2025 r. Plan powinien być częścią wieloletniej strategii rozwoju zasobu mieszkalnego Uniwersytetu i zakładać zwiększanie liczby miejsc w Domach Studenckich.
Udostępnienia przestrzeni w budynku Zarządu Samorządu Studentów otwartej dla wszystkich studentek na cele swobodnej działalności naukowej, społecznej, politycznej i dydaktycznej. Przestrzeń ta powinna służyć społeczności studenckiej niezależnie od przynależności do formalnych organizacji uniwersyteckich oraz afiliacji politycznej.
4.Zapewnienia, że osoby uczestniczące w strajku nie poniosą żadnej odpowiedzialności prawnej ani dyscyplinarnej.
Ponadto strajkujący wysuwają wobec Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego następujące żądania:
1.Utworzenia funduszu przeznaczonego na tworzenie i prowadzenie publicznych stołówek na uczelniach w całym kraju. Należy opracować wytyczne dla władz uczelni w zakresie organizowania publicznej infrastruktury socjalnej i gastronomicznej.
2.Natychmiastowego potępienia represji wobec studentek i studentów Uniwersytetów Jagiellońskiego zawieszonych w prawach studenta w reakcji na ich działalność polityczną. Domagamy się wykorzystania wszelkich środków nacisku mających na celu umorzenie postępowań dyscyplinarnych oraz wycofanie wniosków o ściganie złożonych przez rektora i kanclerz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ministerstwo musi dążyć do skutecznego zapobiegania nadużyciom ze strony władz uczelni.
3.Przyznania dotacji celowej Uniwersytetowi Jagiellońskiemu na remont Domu Studenckiego „Kamionka”. Realizacja remontu powinna przebiegać w sposób jawny i transparentny.
Strajkujący oświadczają, że zakończą strajk, dopiero gdy zarówno UW jak i MNiSW oficjalne potwierdzą, że wszystkie postulaty zostaną spełnione.
Protestujący kierują swoje postulaty do władz uczelni oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
przez redakcja | czwartek 22 maja 2025 | aktualności
Trzy największe polskie centrale związkowe domagają się znacznych podwyżek w budżetówce i wzrostu płacy minimalnej.
Jak informuje strona internetowa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, trzy największe i reprezentatywne centrale związkowe w Polsce domagają się zdecydowanego wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz podwyższenia płacy minimalnej w 2026 roku. OPZZ wraz z Solidarnością i Forum Związków Zawodowych wspólnie i ponad podziałami apelują do rządu w tej sprawie.
Żądania związkowców są podyktowane wzrostem kosztów życia, spadku siły nabywczej wynagrodzeń oraz rosnącej luki płacowej między sektorem publicznym a prywatnym. W kwietniu 2025 roku przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw przekroczyło 9000 zł brutto. Tymczasem w wielu jednostkach budżetowych pensje są nadal o kilkadziesiąt procent niższe. Sektor ten traci konkurencyjność na rynku pracy. W niektórych instytucjach wskaźnik wakatów sięga 15–20 proc., a ogłaszane nabory kończą się fiaskiem.
Wspomniane trzy duże centrale związkowe oczekują wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej o 12 proc. w 2026 roku. Domagają się także wzrostu minimalnego wynagrodzenia do poziomu co najmniej 5015 zł brutto od 1 stycznia 2026. Oznacza to kwotowy wzrost o 349 zł, czyli 7,48 proc. wobec obecnej płacy minimalnej.
Taka podwyżka pozwoli zrekompensować rosnące koszty życia, a także utrzyma relację płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia na poziomie 52,7 proc. Związkowcy uważają także, iż wzrost płacy minimalnej ograniczy zjawisko tzw. pracujących biednych, czyli osób, których dochody, pomimo posiadania pracy, nie pozwalają na godne życie. Brak podwyżek płac prowadzi do marginalizacji dochodowej oraz utrwalenia nierówności dochodowych. Związkowcy przekonują również, że wzrost płacy minimalnej to jeden z najskuteczniejszych mechanizmów pobudzania popytu wewnętrznego.
przez redakcja | czwartek 22 maja 2025 | aktualności
O zaległe płace walczą pracownicy dużej firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, pracownicy firmy Aquinos Bedding Poland w Łodzi protestowali przed siedzibą firmy. Domagali się zaległych wynagrodzeń za kwiecień. Nie zostali wpuszczeni na teren zakładu.
Ponad 300 pracowników nie otrzymało dotychczas pensji za kwiecień. W dodatku od stycznia są na tzw. postojowym, co oznacza, że ich zarobki wynoszą 80% pensji. Zakładowa „Solidarność” interweniowała w tej sprawie w Państwowej Inspekcji Pracy oraz złożyła wniosek do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o wypłatę zaległych wynagrodzeń.
Protest pracowników wsparły struktury Ziemi Łódzkiej „Solidarności”. Szefostwo zakładu twierdzi, że wypłaci zaległe pensje do 10 czerwca po sprzedaży aktywów firmy. Aquinos Group to jeden z największych europejskich producentów mebli tapicerowanych i materaców.
przez redakcja | środa 21 maja 2025 | aktualności
Sukcesem zakończyło się referendum strajkowe.
Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza sukcesem zakończyło się prowadzone przez ten podmiot referendum strajkowe w zakładzie firmy Jeremias w Gnieźnie. Wzięła w nim udział odpowiednia liczba osób, aby było ważne – frekwencja wyniosła 67%. Z tego aż 72,3% pracowników zagłosowało za strajkiem, a przeciw było 24,6%.
Oznacza to poparcie dla ewentualnej akcji strajkowej w zakładzie. Spór związkowców z zarządem dotyczy podwyżek pensji (o 800 zł), dłuższej przerwy w pracy (30 minut), krótszego okresu rozliczenia nadgodzin oraz sprawiedliwych norm i premii.
Jeremias jest producentem kominów i systemów kominowych, europejskim potentatem w tej branży. Należy do kapitału niemieckiego, posiada w Polsce siedem zakładów produkcyjnych. W trakcie sporu zbiorowego związkowców z zarządem firmy ten ostatni zwolnił z pracy z zakładu w Gnieźnie po 16 latach zatrudnienia Mariusza Piotrowskiego – przewodniczącego komisji zakładowej związku a jednocześnie społecznego inspektora pracy, a wcześniej pracę stracił Dariusz Modrzejewski, pracownik lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP.
przez redakcja | środa 21 maja 2025 | aktualności
Coraz trudniej o pracę, szczególnie dla osób młodych oraz 50+.
Jak informuje Portal Samorządowy, nowy raport przygotowany dla Polskiej Agencji Rozwoju i Przedsiębiorczości wskazuje na negatywne tendencje na rynku pracy. Coraz większa konkurencja o miejsca pracy panuje wśród młodych pracowników oraz osób w wieku 50+, a czas szukania nowej pracy wydłużył się dla wszystkich.
Raport wskazuje, że w marcu 2025 roku do urzędów pracy zgłoszono 84,5 tys. nowych ofert zatrudnienia. To spadek rok do roku o niemal 13 procent. W tym czasie o 7,7 tys. wzrosła natomiast liczba zarejestrowanych bezrobotnych. W województwie podkarpackim na jedną ofertę zatrudnienia przypada aż 34 bezrobotnych.
Szczególnie trudna jest sytuacja młodych i starszych pracowników. Stopa bezrobocia rejestrowanego wśród osób poniżej 25 lat sięga 10,9%. Oznacza to, że jest ponad dwukrotnie wyższa niż średni krajowy poziom bezrobocia. Z kolei badania przeprowadzone wśród starszych pracowników pokazują, że 63% bezrobotnych w wieku powyżej 50 lat uważa na podstawie swoich doświadczeń, że taki wiek jest główną przeszkodą w znalezieniu zatrudnienia.
Ogólnie najtrudniejsza sytuacja jest w województwach warmińsko-mazurskim i podkarpackim, gdzie stopa bezrobocia wynosi ponad 8%.
Wydłuża się także czas poszukiwania pracy. Najgorzej jest w produkcji przemysłowej, gdzie poszukiwanie pracy zajmuje średnio 6,3 tygodnia, podczas gdy w roku 2022 było to 5,6 tygodnia. Średni czas rekrutacji na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie wynosi obecnie 5,4 tygodnia, a w 2022 r. było to 4,5 tygodnia. W handlu detalicznym obecny wskaźnik to 6 tygodni wobec 4,6 tygodnia przed trzema laty.
(Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)
przez Remigiusz Okraska | wtorek 20 maja 2025 | opinie
Komentarz powyborczy na szybko. Najpierw sprawy natury systemowej, później opinia o wynikach poszczególnych kandydatów.
Pierwsza tendencja, jaką widać wyraźnie, to blamaż obecnego rządu. Po zaledwie półtora roku istnienia ma on większość społeczeństwa przeciwko sobie i jest to wyraźny szybki zjazd sympatii i poparcia. A był to rząd ze sporym kredytem zaufania, nadziejami i oczekiwaniami zmian na lepsze. Właściwie nie posiada on już mandatu do rządzenia i należy dążyć do przyspieszonych wyborów, szczególnie gdyby kandydat neoliberalnego rządu na prezydenta przegrał w II turze.
Druga tendencja jest taka, że w Polsce narasta fala sprzeciwu wobec elitarnego liberalizmu. Nie jest on tożsamy z liberalizmem gospodarczym. Stanowi raczej syntezę poczynań liberalnej oligarchii politycznej, kręgów wielkobiznesowych oraz liberalnej agendy kulturowej. Opcja krytyczna wobec niego otrzymała ponad 50% poparcia, gdy agenda przeciwna jakieś 40%, nie licząc Zandberga, który się temu podziałowi nieco wymyka. To spór trudniejszy do opisania niż dotychczasowe podziały i standardowe etykietki, a zarazem jest to spór zarysowujący się coraz bardziej w skali świata.
Określiłbym go jako wojnę silniejszych i słabszych – silniejszych i słabszych wieloaspektowo. Ten konflikt nie przebiega po liniach lewicy i prawicy, socjalności i liberalizmu itp. Przebiega raczej po liniach bogatsi i biedniejsi, „rozwinięci” i „zacofani”, wielkomiejscy i prowincjonalni, modni i niemodni, globalni i lokalni, decyzyjni i pozbawieni sprawczości, więksi i mniejsi itp., itd. Łatwo ten podział przeoczyć, a przede wszystkim wyszydzać wywodami typu „nie powiesz chyba że Janusz Biznesu z firmą na prowincji jest słabszy niż doktorantka ze stolicy czy przeciętny korpoludek z Krakowa czy Wrocławia”. Otóż rzecz w tym, że rozmaite kapitały, szanse, możliwości i atuty działają razem i jest to działanie inne niż gdyby tylko postawić przeciwko sobie kapitały finansowe przykładowych ludzi w danym momencie ich życia. Po stronie umownej prawicy są dzisiaj nie tylko wprost biedni/biedniejsi, choć już wcześniej dokonał się właśnie taki klasowy transfer z lewa na prawo, sprzeczny z tym, co było dawniej. Po jej stronie są także ci, którzy mają mniej/gorzej na innych płaszczyznach: symbolicznej, kulturowej, terytorialnej, lajfstajlowej, pod względem szans na rozwój itp., itd.
„Lud” nie ma dzisiaj wiele wspólnego z kanonicznymi lewicowymi czytankami, ale ma wspólny mianownik w postaci obiektywnego bycia słabszymi czy przynajmniej subiektywnego czucia się takimi – a polityka i nastroje społeczne to nie tylko fakty i dane, ale także emocje. A emocje są takie, że jeśli masz 50 lat i nawet jako taki biznesik na prowincji, to w sensie wymiernych aktywów masz w tej chwili więcej niż 30-letni wielkomiejski „aktywista” czy „nowoczesny” korpoludek niewysokiego szczebla, ale pod wszelkimi innymi względami możesz mieć gorzej lub czuć się gorzej oraz być bombardowany pouczeniami ze strony takiej hiperelity, z którą „aktywista” i „nowocześniacy” mają więcej wspólnego niż ty z tą samą hiperlitą. A gdy ten prowincjonalny biznesik to podupadający sklepik czy jednoosobowa naprawa laptopów, to ich właściciele są kilka pięter niżej niż ciut starszy naukowiec, bardziej doświadczony pracownik korpo czy zawodowy działacz z dużego NGO. Czytanie dzisiejszego podziału społecznego po liniach wyłącznie dochodów w danym momencie czy teoretycznego stanu posiadania (środki produkcji) nie mówi nam o świecie wszystkiego. I nie tylko w Polsce, także w USA czy we Francji, gdzie te linie podziałów na lud i elitę z jej otoczeniem nie są lewicowo-prawicowe czy praca najemna kontra własny biznes, lecz przemieszane z innymi atutami i formami wykluczenia. Kto tego nie widzi, będzie ślepy i będzie przegrywał.
To bardzo ładnie widać zresztą w polskich wynikach wyborów wśród robotników. Nawrocki dostał poparcie ponad 35% z nich, Mentzen 23%, Trzaskowski już tylko 17%, za to Braun niemal 11%, a Zandberg niespełna 3%. I mniej więcej tak samo jest wtedy, gdy zastosujemy inne klucze tematyczne z podobnej działki: wykształcenie, prowincję/wielkomiejskość itp.
Liberalna hiperelita jest odrzucana przez szeroki front słabszych. Nie pomogą tu zaklęcia mówiące, że robotnicy mają „fałszywą świadomość”, skoro głosują na libertariańskiego Mentzena, że „brunatna fala” coś tam coś tam, że spora część kobiet „zbłądziła na manowce”, bo głosuje na Nawrockiego, Mentzena czy Brauna. To jest jedynie wyraz politycznej i poznawczej bezradności podlanej paternalistycznym mędrkowaniem i niezrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy „brunatnej fali”, to warto pogratulować tzw. antyfaszystom. To jedyny w świecie zawód, w którym możesz świetnie zarabiać, efekty twojej roboty są coraz gorsze, ale i tak, zamiast z niej wylecieć za marne wyniki – dostajesz kolejne zlecenia. Antyfaszyzm, czyli oficjalna ideologia współczesnej neoliberalnej oligarchii, to swoiste perpetuum mobile.
To wszystko nie oznacza, że Trzaskowski na pewno nie wygra w II turze. Liberalna hiperelita rzuci ogromne środki wszelakie, aby wygrał, nie cofnie się przed żadną prowokacją, kłamstwem itp. Po drugie, front „prawicowego” (piszę w cudzysłowie, bo w Polsce jest on obecnie faktycznie prawicowy, ale choćby sąsiednie Słowacja i Czechy przypominają, że to nie takie etykietki są kluczowe dla obecnego podziału społecznego) wkurzenia nie jest jednolity i wyniki jego kandydatów nie sumują się w prosty sposób. Ale mówię o tendencji i to o tendencji globalnej czy w „świecie zachodnim”. W nim hiperlita jest coraz bardziej odrzucana i coraz mocniej kontestowana przez szeroki front ludzi wykluczanych wieloaspektowo: nie tylko wprost finansowo czy zawodowo, ale także symbolicznie, kulturowo, terytorialnie itp. I to jest kluczowy trend polityczny nadchodzących czasów, zasadnicza linia podziałów. Nie lewice i prawice, nie socjal i wolnorynkizm itp., raczej obiektywne i nie mniej tym razem ważne subiektywne poczucie bycia słabszym, przegrywającym, marginalizowanym na różnych frontach lub którymś z nich.
No a teraz pora na personalia.
Trzaskowski – dostał fangę prosto w paniczowatą buźkę. Nie pomogła mu partia władzy, nie pomogła wieloletnia rozpoznawalność, nie pomogła wielka forsa, nie pomogło wsparcie 90% mediów publicznych i tych zwanych „wolnymi” (ich „wolność” świetnie widać właśnie w takich momentach, gdy jawnie i nachalnie stają po stronie neoliberalnej oligarchii), nie pomogło ujawnione kilka dni przed wyborami bezprawne skręcanie wyborów nielegalnym wspieraniem kampanii tego kandydata wielką forsą wydawaną na promocję internetową i na ataki na kontrkandydatów. Facet zrobił wynik mizerny jak na tyle aktywów, a tym bardziej gdy wiemy, że inni kandydaci neoliberalnej koalicji wypadli marnie i to nie oni odebrali mu głosy, jak było choćby w poprzednich wyborach z niezłym wynikiem Hołowni.
Nawrocki – niby to wynik tylko taki, jakie mniej więcej poparcie ma PiS. Ale dla faceta po pierwsze do niedawna szerzej nieznanego, po drugie mającego ostrą prawicową konkurencję, a po trzecie i najważniejsze zaatakowanego tak, jak potrafi tylko liberalna oligarchia. Przetrwał, wytrwał, prawie dogonił mydłka ze stołecznego ratusza, a przed II turą jest w ofensywie. W dodatku Nawrocki grał na swoich zasadach – on nie głosił niczego, w co by nie wierzył, nie lawirował. Tymczasem Trzaskowski, podobnie jak PO wcześniej, zrobili szmatę z własnych poglądów i wieloletniej narracji, idąc w antyimigranckość, antyukraińskość, obronę granicy, udawany twardy kurs wobec Niemiec, schowanie elitarnej „ekologii” i liberalnej obyczajówki itp. Co zresztą też znamionuje szerszą zmianę nastrojów społecznych.
Mentzen – nie zrobił wyniku, o jakim marzył, nie było mijanki z Nawrockim, na którą grała hiperelita liberalna i którą wieściło wielu analitycznych mózgowców o zawsze nietrafionych prognozach i zawsze dobrze za nie opłacanych. Ale zrobił wynik naprawdę konkretny, najwyższy w dziejach swojej formacji w jakichkolwiek wyborach, a w dodatku to jego narracja jest na topie i to właśnie on zrobił to, co od wielu lat zapowiadała lewica: zmienił dyskurs. Ja się z tym dyskursem nie zgadzam, ale obiektywnie to oni mają sukces.
Braun – papierek lakmusowy tego, jakie są nastroje, jak bardzo ludzie są wkurzeni na kształt świata. Może i wkurzeni ślepo i głupio, ale także na tym polega demokracja, a jeśli taka postać robi ponad 6% de facto z niczego, a przegania dwójkę kandydatów lewicy, w tym kandydatkę lewicy rządzącej, oraz marszałka sejmu i czarnego konia poprzednich wyborów, to mówi to samo za siebie, a załamywanie rąk i zaklęcia o brunatności są jedynie wyrazem bezradności w ogóle, a tym bardziej na tle tego, że Braun z takim wynikiem to dopiero trzeci pod względem poparcia kandydat mocno prawicowy.
Hołownia – totalna porażka, blamaż. Od popularności, niemal wizji bycia rozgrywającym i zdetronizowania Tuska/PO na liberalnej flance, po wynik poniżej progu wyborczego dla partii, a i to w momencie, gdy oprócz Polski 2050 był kandydatem PSL. To cena zapłacona za kunktatorstwo, bycie nieodróżnialnym od Trzaskowskiego, układ z PO, udział w marnych rządach, utratę efektu nowości i dołączenie do neoliberalnej oligarchii. W pełni zasłużona klęska, przypieczętowana w dodatku „przekazaniem” od razu głosów Trzaskowskiemu, czyli pełną wasalizacją. Cry, Szymon, cry.
Zandberg – i dobrze, i źle. Jak na kandydata partii z sondażowym poparciem 1-2%, partii obiektywnie słabej i ubogiej, jest to wynik niewątpliwie dobry. Tym lepszy, że uzyskał poparcie wyższe niż konkurentka z lewicy, która miała o wiele więcej aktywów od niego. To dobry punkt wyjścia do ofensywy i ugruntowania zauważalnego poparcia dla samodzielnej partii Razem. Z drugiej strony oczywiście jak na dekadę istnienia partii te niespełna 5% poparcia to wynik dość mizerny. Wystarczy porównać go z tym, co w podobnym czasie zrobiła Konfederacja, a tym bardziej gdy Zandberg nie miał bardzo silnej konkurencji z lewej. W dodatku kandydat największe poparcie zyskał w kręgach silnych i sytych, co stawia na głowie sens takiej lewicowości, a do tego część owego poparcia to chwilowy owczy pęd niestabilnych ludzi młodych i powtórzenie „efektu Zandberga” z roku 2015, później roztrwonionego, co jest dość słabym fundamentem pod budowę czegoś większego. Ale obiektywnie niezła robota na tle dotychczasowej mizerii tej partii. Oczywiście ten sukces został osiągnięty narracją i priorytetami, które tej partii tacy jak ja doradzali już dawno temu: dużo o socjalu, gospodarce i realnych problemach, a mało o obyczajówce i niszowych dziwactwach – no ale wtedy przez ludzi tej samej partii, która teraz to zrobiła, byliśmy masowo obrzucani błotem, a dzisiaj nas za to oczywiście nikt nie przeprosi i nie przyzna racji.
Biejat – wynik mizerny w ogóle, nawet poniżej sondażowych notowań Nowej Lewicy, a na tle wyniku Zandberga jest to wręcz blamaż. I trudno się dziwić, bo przestrzeń dla takich poglądów jest znikoma, gdy z jednej strony jest Trzaskowski, w którym nadzieje mogą lokować zarówno mniej bystrzy progresywiści obyczajowi, jak i skręcające w prawo, ale wciąż „nowoczesne” nieco progresywne mieszczaństwo (które już tak bardzo nie chce otwierania granic, Ukraińców, woke, ekologii i czego tam jeszcze, a Biejat wciąż chce), a z drugiej jest Zandberg, czyli opcja jako tako socjalna + wciąż nieprawicowa kulturowo. W dodatku to nie jest problem samej Biejat, bo ta partia przecież nie ma nikogo znacznie lepszego do wystawienia, lecz samej oferty partyjnej – dla kogo to w ogóle jest w tych czasach i dla kogo będzie, gdyby Razem jednak zaczęło orbitować w sondażach wokół progu wyborczego zamiast kręcić się w okolicach 1-2%.
Wyniki Hołowni i Biejat to zresztą prawdopodobnie wstęp do całkowitego zmarginalizowania ich formacji w koalicji rządowej. Tusk z jednej strony potrzebuje ich do większości, ale wie, że niemal nic nie znaczą, a oni jeszcze bardziej potrzebują Tuska, aby nie być zupełnym marginesem, a on to wykorzysta. Czyli będzie to rząd już zupełnie neoliberalno-hegemoniczny.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | niedziela 18 maja 2025 | aktualności
Biedronka zmieniła zasady premiowania pracowników na niekorzystne dla nich.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, sieć handlowa Biedronka zmieniła zasady premiowania swoich pracowników. Zdaniem związkowców z „Solidarności” działającej w Biedronce, nowy system premiowania jest niekorzystny dla pracowników. Związek zawodowy zbiera do 16 czerwca podpisy pracowników pod petycją o przywrócenie poprzedniego systemu premiowania.
Nowy system działa od początku roku. Zdaniem związkowców poprzedni był „bardziej zrozumiały i dawał realne, odczuwalne wsparcie finansowe”, a jego zasady były sprawiedliwe i motywujące do pracy. Związkowcy twierdzą, że „Z naszej codziennej pracy, rozmów ze współpracownikami oraz własnych doświadczeń wynika, że obecny system premiowania nie spełnia swojej roli. Premie są niskie, często nieprzekraczające 250 zł brutto miesięcznie, a osiągnięcie wyższej kwoty jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Wielu z nas nie rozumie, od czego dokładnie zależy wysokość premii, co powoduje poczucie niesprawiedliwości i braku wpływu na wynagrodzenie”.
Związkowcy domagają się przywrócenia starego systemu premiowania pracowników oraz rozmów z przedstawicielami zatrudnionych na temat ewentualnych zmian w zasadach przyznawania premii tak, aby odzwierciedlały one oczekiwania pracowników.
przez redakcja | piątek 16 maja 2025 | aktualności
Polacy znajdują się w czołówce UE pod względem najdłuższego czasu pracy.
Jak informuje portal Money.pl na podstawie nowych danych Eurostatu, Polska należy do tych unijnych państw, w których średni tygodniowy czas pracy jest najdłuższy.
Średni tygodniowy czas pracy wynosi obecnie w Polsce 38,9 godzin. Tymczasem średnia unijna to 36 godzin. Polska jest trzecia na tym mało chwalebnym podium. Wyprzedają nas Grecy z 39,8 godzinami oraz Bułgarzy z 39.
Najkrótszy średni tygodniowy czas pracy jest w Holandii, gdzie wynosi 32,1 godzin. Drudzy są ex aequo Duńczycy, Niemcy i Austriacy, gdzie wynik wynosi 33,6 godzin.
Najdłużej pracuje się w UE w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie – 41,5 godz. tygodniowo. Drugie jest górnictwo i przemysł wydobywczy – 39,1 godz., a trzecie budownictwo z wynikiem 38,9 godz. Najkrócej pracują osoby zajmujące się najemnie gospodarstwem domowym – 26,7 godzin tygodniowo, oświatą – 31,9 godz., a także sztuką, rozrywką i rekreacją – 33 godz.
W analizach Eurostatu uwzględniani są pracownicy pełnoetatowi oraz osoby pracujące na niepełny etat.
przez redakcja | piątek 16 maja 2025 | aktualności
Szybko rośnie skala zwolnień grupowych w Krakowie.
Jak informuje Dziennik Polski, krakowskie firmy w ciągu zaledwie miesiąca – od 1 kwietnia do 5 maja – zgłosiły zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych dotyczących ponad 1000 pracowników. Wraz z wcześniejszymi tego rodzaju zamiarami od 1 stycznia do początku maja zwolnienia grupowe mają w tym mieście objąć 2900 osób. To więcej niż w Krakowie zwolniono z pracy w całym roku 2024.
Wśród zwolnień ogłoszonych niedawno aż 725 osób straci pracę w dwóch korporacjach, które zajmują się rachunkowością, usługami księgowymi i doradztwem podatkowym. Duże zwolnienia, 139 osób, planuje firma zajmująca się remontami samochodów. Firma z branży IT planuje zwolnić 74 osoby.
Choć bezrobocie w Krakowie jest niskie i wynosiło na koniec marca 2,2%, to w ciągu roku wzrosło z poziomu 2%. O tyle samo wzrosło ono przez rok w województwie małopolskim i wynosi tam obecnie 4,4%.
przez redakcja | środa 14 maja 2025 | aktualności
13 maja 2025 roku pod Ministerstwem Infrastruktury odbył się protest dyżurnych ruchu. Uczestniczyli w niej przedstawiciele Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu (prowadził pikietę i przemawiał przewodniczący Aleksander Motyka), Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Federacji Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych, a także innych grup zawodowych (np. rewidenci taboru).
O co walczą dyżurni ruchu? Zależy im na zwiększaniu bezpieczeństwa ruchu kolejowego i eliminowaniu wszelkiego rodzaju zagrożeń. Sprzeciwiają się wprowadzaniu zmian w przepisach prawnych, które dokładają kolejnych obowiązków, przy jednoczesnym ograniczaniu zasobów ludzkich. Związkowcy wprost piszą: „niedopuszczalnym jest, aby czynności, które dotychczas wykonywało kilku a nawet kilkunastu pracowników przypisywać do wykonania jednej osobie, ponieważ prowadzi to wprost do sytuacji, w której dany pracownik jednej z tych czynności nie wykona, lub popełni tragiczny w skutkach błąd”.
Czego dyżurni ruchu domagają się od ministra?
1. powołania i wznowienia prac Zespołu do spraw Bezpieczeństwa w Transporcie Kolejowym (z udziałem przedstawicieli Departamentu Kolejnictwa Ministerstwa Infrastruktury, Zarządcy Infrastruktury, Przewoźników, Urzędu Transportu Kolejowego, Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych oraz zainteresowanych związków zawodowych)
2. wypracowania zasad i zawarcia porozumienia trójstronnego (strony: Ministerstwo Infrastruktury, PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. i związki zawodowe), regulującego zasady konsultacji i uzgadniania wszelkich zmian wpływających na warunki pracy oraz powodujących zwiększanie zakresu obowiązków dyżurnych ruchu i innych pracowników związanych z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego, w tym zespołów utrzymaniowych, z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem.
3. wprowadzenia rozwiązań prawnych bezwzględnie zakazujących dopuszczania do ruchu na terenie polskiej sieci kolejowej lokomotyw i innych pojazdów trakcyjnych , nie posiadających urządzeń rejestrujących obraz przedpola jazdy, lub posiadających takie urządzenia, ale niesprawne.
4. podjęcia działań (we współpracy z Ministerstwem Pracy, Centralnym Instytutem Ochrony Pracy i stroną społeczną) dotyczących wprowadzenia zmian w przepisach określających maksymalną liczbę monitorów ekranowych, przewidzianych do obsługi i nadzoru na danym stanowisku pracy, a także zobowiązania pracodawców do przeprowadzenia audytu dotyczącego obciążenia pracą na stanowiskach dyżurnych ruchu LCS (lokalne centra sterowania) i dużych stacji.
5. wznowienia w trybie pilnym prac nad rozwiązaniami prawnymi regulującymi czas pracy personelu kolejowego, ze szczególnym uwzględnieniem stanowisk pracy związanych bezpośrednio z prowadzeniem i bezpieczeństwem ruchu pociągów.
6. przeprowadzenia rewizji procedur awaryjnego prowadzenia ruchu pociągów nakładającego na pracowników zespołów utrzymaniowych, obowiązki układania i zabezpieczania drogi przejazdu.
7. wprowadzenia bezwzględnego zakazu obarczania pracowników posterunków ruchu czynnościami innymi niż tymi związanymi bezpośrednio z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego.
8. zobowiązania pracodawców, by przy wdrażaniu czy tworzeniu nowych wewnętrznych regulacji poprzedzali je wykonaniem rzetelnych chronometraży, mających na celu określenie realnego czasu i możliwości wykonywania przez pracownika czynności służbowych z uwzględnieniem czasu przemieszczania się, pory roku, warunków pracy w porze jasnej i ciemnej, w zgodzie z przepisami BHP, orzecznictwem sądowym i zasadami określonymi w materii układowej. Wprowadzenia bezwzględnego zakazu wykonywania prac w czynnych torach w pojedynkę, bez asekuracji w czasie i miejscu ich wykonywania.
9. publicznego raportu Ministra Infrastruktury w temat stanu bezpieczeństwa polskich kolei i obciążenia pracowników, zwłaszcza bezpośrednio związanych z prowadzeniem ruchu kolejowego.
Powyższe postulaty protestujących zostały przedstawione w petycji Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu PKP, skierowanej do Dariusza Klimczaka, ministra infrastruktury. Petycję poparły związki zawodowe: NSZZ Solidarność 80, Federacja Związków Zawodowych Pracowników Automatyki i Telekomunikacji PKP, Federacja Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych.
przez redakcja | poniedziałek 12 maja 2025 | aktualności
Od połowy czerwca 2025 r. pociąg InterCity „Brda” łączący Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą przestanie jeździć przez Nowy Dwór Mazowiecki, Ciechanów, Mławę, Działdowo, Iławę, Jabłonowo Pomorskie, Wąbrzeźno i Kowalewo Pomorskie. Tą nietypową trasą podróż z Warszawy do Bydgoszczy zajmuje 3 godz. 58 min. To czas przejazdu o nieco ponad godzinę dłuższy niż osiągany na trasie przez Kutno i Włocławek, którą jeżdżą pozostałe pociągi łączące Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą. Na tę trasę od czerwca 2025 r. zostanie skierowany również pociąg „Brda” – będzie miał jednak mniej postojów niż reszta kursujących nią pociągów.
Pociąg InterCity „Brda” bez zatrzymania pokona 178 km między Warszawą a Włocławkiem, przejeżdżając bez postojów przez Sochaczew, Łowicz i Kutno. Na dalszym odcinku pominie również Aleksandrów Kujawski i Solec Kujawski. Choć między Warszawą a Bydgoszczą pociąg zatrzyma się tylko dwa razy (we Włocławku i Toruniu), to w mieście docelowym obsłuży trzy stacje (Bydgoszcz Wschód, Bydgoszcz Leśna i Bydgoszcz Główna).
Z Warszawy do Bydgoszczy „Brda” będzie jechać 2 godz. 42 min., a więc tylko pięć minut krócej niż najszybszy pociąg ze wszystkimi postojami pośrednimi. Nieco większą różnicę uda się uzyskać przy jeździe z Bydgoszczy do Warszawy – w tym kierunku pociąg InterCity „Brda” będzie jechał 2 godz. 38 min., czyli 12 min. krócej od najszybszego pociągu ze wszystkimi postojami.
Pojawienie się pociągu relacji Bydgoszcz – Toruń – Włocławek – Warszawa bez postojów między tymi miastami to kolejny etap wprowadzania połączeń InterCity obsługujących tylko duże ośrodki. Od 2024 r. pociągi „Esperanto” i „Prząśniczka” obsługują relację Białystok – Warszawa – Łódź bez postojów między tymi miastami. Z Białegostoku do Warszawy pociągi te docierają w 1 godz. 30 min. – o 21 min. szybciej od składów zatrzymujących się po drodze w Łapach, Szepietowie, Czyżewie, Małkini, Łochowie, Tłuszczu i Wołominie.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | poniedziałek 12 maja 2025 | aktualności
Sieć marketów remontowo-budowlanych zapowiedziała liczne zwolnienia z pracy.
Jak informuje Business Insider, znaczne zwolnienia zapowiedziała polska część sieci Castorama. Program restrukturyzacji ma objąć 2% polskiej załogi. Oznacza to zmiany zatrudnienia dla niemal 260 osób.
Na pewno pracę straci 80 z nich. Pozostałym mają zostać zaproponowane inne posady w tej samej sieci – ale niekoniecznie na tych samych warunkach płacy, godzin i miejsca pracy itp. Oznacza to prawdopodobnie większe zwolnienia niż zakładane.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 12 maja 2025 | edytorial, Kwartalnik, nr 46/(97)
Widmo krąży po świecie – widmo populizmu. Wszystkie potęgi ancien régime’u połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej i „postępowi” miliarderzy, Macron i Tusk, amerykańscy demokraci i niemieccy policjanci. Gdzie jest taka partia opozycyjna wobec (neo)liberałów, która by nie była okrzyczana za populistyczną przez swych przeciwników będących u władzy, przy pieniądzach i wpływach, w „wolnych mediach”, „niezależnych instytucjach” oraz „organizacjach pozarządowych”?
Powyższa parafraza pierwszych zdań niemodnego dzisiaj Manifestu, autorstwa niemodnych brodaczy, to nie tylko prowokacyjna igraszka słowna. To także rozpoznanie faktu, że władcy obecnego porządku nienawidzą populistów tak, jak niegdyś nienawidzili socjalistycznego ruchu robotniczego. Że sztandar populizmu bywa dzisiaj dla poniewieranych i wykluczonych tak samo pełen nadziei, jak niegdyś był sztandar czerwony. Ten sam, który w starej pieśni „płynął ponad trony” dawnych panów i władców, niosąc „zemsty grom, ludu gniew”.
Te analogie nie są oczywiście doskonałe, stuprocentowe. Byłoby dziecinne zestawiać tak odległe realia jeden do jednego. Ani populiści nie są doskonali i pozbawieni wad, zresztą nie były ich pozbawione rozmaite odłamy czy postaci dawnych radykalizmów. Ani sytuacja nie jest identyczna jak wtedy. Ani dążenia czy sposoby artykulacji oczekiwań jednych i drugich nie są bliźniacze.
Kustosze lewicowej tradycji obraziliby się za porównanie jej do teraźniejszych „faszystów”. A niejeden z populistów gorliwie odżegnałby się od skojarzeń z dawnymi socjalistami. Ale już dzisiejszy liberalny głuptas lub cwany propagandysta związany z tym obozem wypowiedzieliby jednym tchem „zagrożenia dla liberalnej demokracji”: komunizm, socjalizm, faszyzm, populizm.
Pewne jest, że populizm jest znienawidzony przez elity. I że jest – lub bywa – próbą artykulacji głosu słabych, wkurzonych, wykluczonych, odartych z godności i nadziei. Ma on niejedno imię i niejeden postulat, a pojemny worek z napisem „Populiści” to często tyleż bezradność poznawcza liberałów, ile ich iście goebbelsowska zagrywka, aby wszystkich przeciwników opluć jednako, bez oglądania się na spore różnice między opluwanymi.
W tym numerze „Nowego Obywatela” przyglądamy się oplutym. Bez uprzedzeń. Bez idealizowania. Bez uproszczeń. W wielu krajach, piórem wielu autorów i rozmówców wywodzących się z różnych opcji i środowisk. Nie twierdzimy, że każdy populista jest aniołem i zbawcą i że wszyscy oni mają zawsze rację. Ale zarazem nie mamy nic wspólnego z bezmyślnością/jednomyślnością i zadowoleniem liberałów, gdy coraz większe rzesze społeczeństwa odrzucają ich narrację i gdy wciąż rośnie sumaryczna fala poparcia dla populistów.
Populizm wywołuje strach elit, a do jego zwalczania rzucono ogromne siły polityczne, medialne i finansowe. I pewne jest, znów parafrazując dawny Manifest, że klasy ludowe, współcześni ciemiężeni i wykluczeni, nie mają w dzisiejszym świecie nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. A przynajmniej chleb i godność w swoich krajach.
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/
przez dr Jan Skarbek-Kazanecki | niedziela 11 maja 2025 | opinie
Uniwersytet Łódzki wchodzi w jubileuszowy rok w cieniu starych sporów i nowych napięć. Historia uczelni robotniczej Łodzi spotyka się dziś z logiką rankingów, punktów i mierzalnej efektywności. W tle toczy się mniej widoczna, ale kluczowa rozmowa o tożsamości akademii: czy zdoła ona oprzeć się pokusie forsowanego przez Ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i pozostać otwarta nie tylko dla elit?
24 maja 1945 r. Rada Ministrów uchwaliła dekret powołujący do życia Uniwersytet Łódzki. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa z proklamacjami tego rodzaju, ówczesny rząd nie tyle stwarzał nową uczelnię, ile raczej potwierdzał pewien stan faktyczny – sankcjonował proces, który rozpoczął się wraz z początkiem marca, tj. dwa miesiące przed wejściem w życie aktu kapitulacji Niemiec.
Początków Uniwersytetu Łódzkiego upatrywać można zresztą jeszcze w czasach przedwojennych w powstałym w 1928 r. łódzkim oddziale Wolnej Wszechnicy Polskiej: warszawskiej uczelni kojarzonej z tradycjami lewicowymi, od początku otwartej dla słuchaczy o żydowskim pochodzeniu oraz osób spoza kręgu elit. Dość wspomnieć, że w Łodzi na przełomie 1936 i 1937 r., gdzie WWP prowadziła kilka kierunków studiów, m.in. filozofię, historię czy studia ekonomiczno-społeczne, ponad 35% wszystkich studentów pochodziło z rodzin pracowników fizycznych lub rolników. Jak pisano w tym okresie w kręgach endeckich, Wolna Wszechnica miała trudnić się „masową produkcją proletariatu inteligenckiego”, oferując „półinteligentom” zdobywanie „pozorów wyższego wykształcenia” (tygodnik „Myśl Narodowa” z 3 marca 1935). Wraz z końcem wojny rektor właśnie tej uczelni, prof. Teodor Vieweger, objął rolę pierwszego rektora pierwszego uniwersytetu państwowego robotniczej Łodzi.
Dwa dni przed proklamacją wspomnianego dekretu prof. Vieweger zginął w wypadku samochodowym. W połowie lipca jego funkcje przejął prof. Tadeusz Kotarbiński, etyk i logik, przedstawiciel szkoły lwowsko-warszawskiej – dziś unieśmiertelniony w brązie patron Uniwersytetu Łódzkiego, stojący na cokole przy drzwiach wejściowych Rektoratu. Jak na początku lat 50. pisał historyk prof. Marian Serejski, Uniwersytet w tym okresie „wkroczył zdecydowanie na tory normalnej szkoły akademickiej i ukształtował się na jej wzór” („Pierwsze pięć lat humanistyki na UŁ”).

Podkreślę przy tym, że przed ustawą o szkołach wyższych z 1951 r. uczelnie cieszyły się względną autonomią – nie istniały w każdym razie ścisłe wytyczne czy odgórne instrukcje, poprzez które władze centralne miałyby narzucać szkołom wyższym ich „oblicze społeczno-ideologiczne”. Z tej perspektywy pierwsze lata Uniwersytetu Łódzkiego możemy postrzegać w kategoriach otwartego procesu negocjowania jego charakteru. Uwidacznia to już choćby skład Komitetu Organizacyjnego. W źródłach z tego czasu powtarza się informacja, że większość jego członków „była znana z działalności w ruchach liberalno-postępowych lub wyraźnie lewicowych” (J. Chałasiński, „Początki Uniwersytetu robotniczej Łodzi”, s. 52), w rzeczywistości jednak historie „ojców (i jednej matki) założycieli” tej Uczelni były znacznie bardziej skomplikowane. I tak na przykład dr Jan Oko – profesor z Wilna, twórca filologii klasycznej w Łodzi, tj. mojej własnej Katedry i kierunku – jeszcze w 1939 r. sympatyzował z faszyzmem, pisząc peany na cześć Mussoliniego, „wielkiego wychowawcy swojego narodu” („Mussolini a pomniki starożytnego Rzymu” z „Kuriera Wileńskiego”). Tym samym u początku Uniwersytetu ścierały się ze sobą różne wrażliwości czy wizje powojennej akademii jako takiej: uczelni robotniczej, otwartej nie tylko dla wąskich elit; szkoły „miejskiej”, silnie osadzonej w kontekstach lokalnych i odpowiadającej na potrzeby społeczności Łodzi; uniwersytetu przedwojennego, elitarnego, „liberalno-mieszczańskiego”.
Wykluwająca się z tych napięć łódzka Uczelnia stała się przestrzenią ogólnopolskiego eksperymentu. Tak na przykład w 1946 r. wprowadzono do senatu – bodaj po raz pierwszy w Polsce – przedstawicieli społeczności studenckiej (niestety, decyzję po dwóch latach cofnięto z powodu nacisków Ministerstwa). W tym samym okresie w łódzkim czasopiśmie „Kuźnica” toczone były także debaty dotyczące m.in. idei autonomii uniwersyteckiej w perspektywie reform socjalistycznych.
Jak zauważył Michał Serejski, za rektoratu prof. Kotarbińskiego Uniwersytet Łódzki „wkroczył na tory” trzeciej z wyszczególnionych wizji, tj. uczelni elitarnej. Przy czym nie musiał być to proces podyktowany świadomą decyzją czy wypracowaną w toku debaty strategią. Dalszy bieg historii uczelni wyznaczyła raczej „pamięć instytucjonalna”, sięgająca czasów sanacji. Mam na myśli przyzwyczajenia kadry dydaktyczno-naukowej i wzorce pracy oraz nauczania, jakie większość z nich mniej lub bardziej świadomie reprodukowała przez kolejne lata. Nie oznacza to również, że dwa pozostałe kierunki na zawsze zniknęły z horyzontu strategii, celów czy tożsamości właściwych dla uniwersytetu i społeczności, które przez kolejne 80. lat będą go współtworzyć.
Przede wszystkim nie sposób oddzielić łódzkiej uczelni od kontekstów lokalnych, miejskich. Od samego początku ponad połowa osób studiujących pochodziła z województwa łódzkiego. Przyjazd studentów spoza regionu oznaczał zaś nie tylko przyrost tzw. kapitału społecznego, lecz także inwestycje w infrastrukturę (plan budowy miasteczka akademickiego przygotowano już w 1947 r.). Jednocześnie przemysłowa Łódź, posiadająca w II poł. XIX i na pocz. XX w. „charakter miasta półkolonialnego, pozbawionego całego szeregu instytucji właściwych wielkim miastom, a zwłaszcza instytucji kulturalnych”, staje się sprawdzianem dla marksistowskich wyobrażeń o roli nauki – zmierzających do „ścisłego powiązania działalności uniwersytetów z całością procesów społecznych w okresie przebudowy ustrojowej” (Jan Szczepański, „Uniwersytet Łódzki na tle potrzeb kulturalnych miasta Łodzi”, 1952). Otwartą kwestią pozostaje, czy UŁ wywiązał się z tego zadania. Dość wspomnieć jednak, że biblioteka akademicka, której zręby powstały już w lutym 1945 r., pięć lat później liczyła ponad 80-tysięczny księgozbiór, dostępny dla wszystkich mieszkańców.

Oprócz nowych obiektów, projektów rewitalizacyjnych czy działalności kulturalnej, obecność Uniwersytetu w mieście wyrażała się poprzez procesy demokratyzacji jego życia społecznego. Sztandarowym przykładem jest, rzecz jasna, trwający 28 dni i angażujący ponad 8 tys. osób okupacyjny strajk studencki – pokłosie sierpnia 1980 r., powstanie, które z protestami łódzkich pracowników dzieliło postulaty, klimat społecznego niezadowolenia czy formy oporu. Zaangażowanie osób studiujących w protesty w Łodzi sięga zresztą daleko wstecz: jego przejawy odnaleźć można już w latach 50. i źródłach dotyczących na przykład strajków tramwajarzy (zob. „Opowiedzieć Uniwersytet. Łódź akademicka w biografiach…”, 2015).
O ile Łódź XIX-wieczna zawdzięczała swój rozwój pracownicom i pracownikom fabrycznym, w XX wieku (zwłaszcza pod koniec tego stulecia) stała się miastem studenckim sensu stricto. W wypadku miasta postindustrialnego, które po roku 90. borykało się ze spadkiem produkcji przemysłowej, wysokim bezrobociem, niekorzystnymi trendami demograficznymi i innymi społecznymi kosztami tzw. transformacji ustrojowej Planu Balcerowicza, obecność tak wielu szkół wyższych stanowiła ratunek – a przynajmniej ważny punkt zaczepienia zarówno dla dalekosiężnych planów strategicznych, jak i bardziej ulotnych wyobrażeń i lokalnej tożsamości. Powojenna historia miasta w dość oczywisty sposób krzyżuje się więc z rozwojem samego Uniwersytetu – w kontekście przemian ustrojowych można zaś powtórzyć słowa prof. Stanisława Liszewskiego, byłego rektora UŁ: „Łódź akademicka to jest wszystko, co najlepsze mogło się przytrafić Łodzi”.
Uniwersytet Łódzki kończy 80. lat. Nadchodzi tym samym okres obchodów jubileuszowych i podsumowań – mam nadzieję, że także refleksji nad tożsamością wspólnoty akademickiej i kierunkiem jej dalszego rozwoju.
W dotychczasowych debatach dostrzegam napięcia, jakie zarysowały się już u jego początku. Z jednej strony słyszę o uczelni elitarnej – aspirującej do miana „uczelni badawczej” w rozumieniu ustawy ministra Jarosława Gowina z 2018 roku. W tym modelu na pierwsze miejsce wysuwa się ambicja stania się silnym i konkurencyjnym ośrodkiem naukowym. Z drugiej strony mówi się o uczelni młodej, awangardowej, inkluzywnej, „dziecku robotniczej Łodzi”, zrodzonym w okresie powojennym dzięki oddolnym wysiłkom lokalnych działaczy oświatowych.
Co istotne, tak jak w okresie powojennym kierunki rozwoju UŁ zdeterminowały dawne nawyki i wzorce pracy akademickiej, tak i dziś horyzont akademickiej „normalności” wyznacza ideologia neoliberalizmu lat 90., wywierająca na uczelnie wyższe wolnorynkową presję opłacalności czy krótkoterminowej „racjonalności” ekonomicznej, tym samym gubiąca dalekosiężne cele czy wartości (pisał o tym na początku b.r. dr Aleksander Ostapiuk). I podobnie jak miało to miejsce w okresie powojennym, realna autonomia akademii słabnie pod naciskiem forsowanych przez Ministerstwo modeli przemian („adaptacji”) uczelni wyższych. Zamiast bezpośrednich nacisków przymus sprawowany jest jednak poprzez subwencje, przyznawane, jak wiadomo, w oparciu o kategorie oraz rankingi, w większości oparte o kryteria ilościowe (liczbę publikacji), premiujące aspiracje elitarne (model uczelni badawczej), nie cele dydaktyczne czy wspieranie przez akademię demokracji i wartości społecznych.
Kryteria oceny działalności akademickiej w ostatnich latach stały się celem samym w sobie. Pogoń za tego rodzaju wskaźnikami nie może jednak przesłaniać nam fundamentalnych wartości, które definiują społeczności akademickie. Dość wspomnieć trzy filary Uniwersytetu Łódzkiego, zapisane w jego dokumentach strategicznych: kategorie wolności, odwagi i niezależności. Zobowiązują nas one do szerszego spojrzenia na rolę akademii i docenienia wizji uniwersytetu otwartego: inkluzywnego, wspierającego; uniwersytetu, którego władze będą opierać się pokusie forsowanego przez ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i doceniać nie tylko przyrost punktów za publikacje, lecz także wysiłki wkładane przez pracowników w dydaktykę czy budowanie lokalnych społeczności. Nie zapominajmy przy tym o silnych związkach uczelni z ich miejskim otoczeniem. Przy czym ostatni postulat stanowi obustronne zobowiązanie, angażujące także władze miejskie. Jeżeli chcą one, aby miasta, którymi zarządzają, cieszyły się renomą „akademickich”, same także muszą dać coś od siebie: budować miejskie akademiki, zapewniać dobry i tani transport zbiorowy czy we współpracy z władzami uniwersytetów oferować młodym pracownikom tanie mieszkania.
Bo jak pisano w „Dzienniku Łódzkim” z lutego 1946 r., „Trzeba gdzieś mieszkać, aby móc pracować. Muszą się znaleźć mieszkania dla nauczycielstwa uniwersyteckiego, a w mieszkaniach – elementarne zaopatrzenie”.
dr Jan Skarbek-Kazanecki
Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay
przez redakcja | czwartek 8 maja 2025 | aktualności
Pracownicy zakładów mięsnych są zwalniani, a w ich miejsce zatrudnia się tańszych imigrantów.
Jak informuje Gazeta Wyborcza, związkowcy w szczecińskim zakładzie Agryf protestowali wczoraj przeciwko zwolnieniom. Pracę na etatach tracą osoby z długim stażem i doświadczone, a w ich miejsce zatrudniani są przez agencję pracy tymczasowej imigranci z Ukrainy i krajów azjatyckich.
Niedawno w zakładzie doszło do zwolnienia 24 osób z działu wykrawania szynki. Zarząd firmy tłumaczył to jego nierentownością. Związkowcy twierdzą jednak, że w ich miejsce przyjmowani są do pracy ludzie zatrudniani przez agencję pracy tymczasowej. Różnica jest taka, że zwalnia się pracowników etatowych z długim stażem pracy, a w ich miejsce są przyjmowani imigranci.
Przeciwko temu związkowcy z „Solidarności” pikietowali w środę przed zakładem. Twierdzą, że zachowanie władz firmy jest haniebne. Zatrudnienie tracą osoby o wieloletnim stażu. W ich miejsce przychodzą tańsi pracownicy – imigranci zatrudniani przez agencje pracy tymczasowej. W dodatku pracują oni po 12-14 godzin dziennie, co jest niebezpieczne. W ocenie związkowców firma jest w dobrej kondycji i nie ma potrzeby ani zwolnień, ani stosowania takiego dumpingu kosztowego.
Agryf należy do koncernu Animex, który obecnie jest własnością chińskiej WH Group. To posiadacz marek m.in. Krakus, Morliny i Berlinki. Szczeciński zakład wytwarza m.in. szynkę Krakus i kiełbasę krakowską. W ciągu dwóch lat zatrudnienie etatowe w Agryfie zmniejszyło się z 1200 do 900 osób, a w tym czasie 100 osób zaczęto zatrudniać przez agencje pracy tymczasowej.
przez redakcja | czwartek 8 maja 2025 | aktualności
W ciągu roku nastąpił w Polsce wielki spadek produkcji samochodów.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, mamy fatalny trend w sektorze produkcji samochodów. Dane GUS mówią, że w marcu 2025 wyprodukowano w polskich fabrykach nieco ponad 10 tysięcy samochodów. To wobec tego samego miesiąca roku 2024 oznacza spadek aż o połowę. Jeszcze gorzej wygląda to dla I kwartału roku 2025. Wytworzono w nim niespełna 24 tys. aut. Wobec I kwartału poprzedniego roku oznacza to spadek aż o 70 procent. Ten spadek jest tym większy, że już rok 2024 nie był dobry dla tej branży. Wyprodukowano w nim w Polsce 216 tys. samochodów, podczas gdy w roku 2023 było to niemal 300 tys.
Spadek produkcji samochodów przekłada się na mniejsze zatrudnienie nie tylko w zakładach wytwarzających gotowy produkt końcowy. To także spadek zamówień i produkcji, czyli ubytek miejsc pracy także w firmach wytwarzających części i podzespoły na potrzeby fabryk samochodów. Oznacza to zwolnienia grupowe, a nawet zamykanie całych zakładów z tej branży.
przez redakcja | środa 7 maja 2025 | aktualności
Ministerstwo Infrastruktury dało zielone światło dla likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza. Linia koliduje z planami budowy drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna, czyli nowego przebiegu drogi wojewódzkiej 935. Chodzi o węzeł drogowy w raciborskiej dzielnicy Brzezie, który został zaprojektowany bez uwzględnienia linii kolejowej.
Proces likwidacji linii spółka PKP Polskie Linie Kolejowe wszczęła w lipcu 2015 r., ale został on przerwany po deklaracji rządu Prawa i Sprawiedliwości o wstrzymaniu postępowań likwidacyjnych. Wiceminister Piotr Malepszak w udzielonej 7 marca 2025 r. odpowiedzi na interpelację posłów PiS zapewnił: „W Ministerstwie Infrastruktury nie toczy się postępowanie administracyjne, wszczęte na wniosek zarządcy infrastruktury, w sprawie wyrażenia zgody na likwidację linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza lub jej odcinka. Do Ministerstwa Infrastruktury nie wpłynęło również powiadomienie o zamiarze likwidacji tej linii przez zarządcę”.
Tymczasem już 17 lutego 2025 r. resort dostał pismo, w którym spółka PKP PLK prosi o zgodę na likwidację linii. W odpowiedzi udzielonej spółce 25 marca 2025 r. dyrektor departamentu kolejnictwa Tomasz Warsza oznajmił: „Minister infrastruktury wyraża akceptację w odniesieniu do zasadności wznowienia procesu likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza na odcinku niezbędnym w zakresie poprowadzenia drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna”. Będzie to oznaczało, że ciągłość linii zostanie przerwana i jej reaktywacja w przyszłości stanie się niemożliwa.
Linia Racibórz Markowice – Olza przestała być wykorzystywana w 2012 r. po zakończeniu wydobycia węgla w Pszowie. Linia mogłaby jednak zapewnić dodatkowy dojazd do najintensywniej wykorzystywanego w ruchu towarowym przez granicę polsko-czeską przejścia Chałupki-Bohumín. Ponadto tuż przy nieczynnej linii znajduje się obsługiwana ciężarówkami duża kopalnia kruszyw.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer
przez Michał Rydlewski | środa 7 maja 2025 | opinie
18 maja odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Na rozstrzygnięcie wyborów, czyli tego, kto zostanie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, przyjdzie nam zapewne poczekać do drugiej tury, gdyż żaden z głównych kandydatów raczej nie zgromadzi takiej większości, czyli ponad pięćdziesięciu procent, aby wygrać w pierwszej turze. Na podstawie sondaży można zasadnie przewidywać, że w drugiej turze spotkają się Rafał Trzaskowski oraz Karol Nawrocki.
Kto wygra wybory bardzo trudno przewidzieć, gdyż różnica w oddanych głosach na pewno nie będzie wielka. Choć obaj główni konkurenci zapewniają o swojej „obywatelskości”, niezależności od głównych sił politycznych, do których przynależą, formalnie, jak Trzaskowski, lub nie, jak Nawrocki, to jasnym jest, że reprezentują Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. W wyborach prezydenckich idzie jednak o to, aby uzyskać głosy nie tylko swojego partyjnego elektoratu, ale także głosy wyborców innych partii oraz głosy oddawane na kogoś innego w pierwszej turze. Te przepływy nigdy nie są oczywiste, a to one są decydujące. Można przypuszczać, że wyborcy lewicowo-liberalni (Hołownia, Lewica) oddadzą swój głos na Trzaskowskiego, uznając go za tzw. mniejsze zło niż Nawrockiego. Nawrocki może liczyć na głosy kandydatów prawicowych, choć nie do końca jest przewidywalne, jak zachowają się wyborcy Sławomira Mentzena: czy będą głosowali bardziej bazą, tj. kwestiami ekonomicznymi, tutaj wolnorynkowymi, czy nadbudową, czyli światopoglądem. Nawiasem mówiąc zapewne obaj kandydaci w drugiej turze będą walczyli o głosy Konfederatów, zapewniając o swoim wolnorynkowym podejściu. Dodatkowo Trzaskowski będzie zapewne mówił o „umiarkowanym” podejściu względem tzw. obyczajówki – w tym sensie jego wykonany w czasie debaty gest odłożenia na bok tęczowej flagi podarowanej mu przez Nawrockiego, choć pewnie spontaniczny, nie był tak błędny, jak może się wydawać (pytanie, czy uda mu się przekonać konfederatów, że nie jest „Tęczowym Rafałem”?). Moim zdaniem większość wyborców Mentzena zagłosuje jednak na Nawrockiego i to te głosy zapewnią mu wygraną.
Śledząc kampanię wyborczą, jednocześnie spekulując nad rozstrzygnięciem uwarunkowanym m.in. dobrze lub źle prowadzoną kampanią, można powiedzieć o kilku kwestiach ujętych w perspektywie zmediatyzowania pola polityki.
Można tutaj poruszyć szereg zagadnień, jak np. rola memów czy debaty telewizyjne.
Memy to forma komunikacji internetowej o charakterze ironicznym, będąca szybkim komentarzem do rzeczywistości, która może wpływać na ukształtowanie wizerunku danego polityka poprzez skuteczne wyśmianie go, np. jego nieautentyczności. Przykładowo Trzaskowski został „Bonżurem”, a memy dotyczące jego podróży „telekomunikacją” miejską w Warszawie skutecznie pokazały, iż kreowanie się na zwykłego Warszawiaka nie bardzo ma sens. Polityk chce nas przekonać, że jest jednym z nas, lecz nie jest, gdyż w istocie jest „resortowym dzieckiem”.
W tym ujęciu wpisanie Trzaskowskiego w scenariusz panicza z bogatego domu, w przeciwieństwie do Nawrockiego jako „chłopaka z osiedla”, jest z pewnością na korzyść tego drugiego, albowiem większość ludzi nie miała zapewnionego startu takiego jak prezydent stolicy.
Ponadto przeczytanie w jednej z debat przez Krzysztofa Stanowskiego fragmentu książki „Rafał”, dotyczącego niezwykłej odwagi Trzaskowskiego wśród rekinów i walki z węgorzem, spowodowało, iż stał się raczej obiektem memiarskich drwin niż poważnego traktowania. Memy, jak kiedyś reklama, poprzez humor są w stanie związać nas z określonym wizerunkiem, analogicznie jak miało to miejsce w przypadku Bronisława Komorowskiego jako poczciwego, „bigosującego” wuja.
Rola debat telewizyjnych także nie jest bez znaczenia, szczególnie że były stosunkowo chętnie oglądane.
Pokazują one, że po pierwsze, klikalność i popularność w internecie nie przekłada się automatycznie na dobry występ w telewizji. Najlepszym chyba tego przykładem jest Sławomir Mentzen. Konfederacja jest partią internetowo bardzo sprawną, być może nawet najsprawniejszą w tym medium, gdyż potrafią stworzyć merytorycznie treściwy, zabawny oraz zapadający w pamięć tik-tokowy przekaz. Telewizja to jednak nie to samo, co internet, nagrywanie filmików i, koniec końców, kontrola przekazu.
Po debacie w Końskich, zorganizowanej przez sztab Trzaskowskiego, a przeprowadzonej przez TVP, stracił on pięć punktów procentowych, a tyle samo zyskał Nawrocki. Trudno rzecz jasna przesądzić, skąd taki spadek, jakie czynniki wchodzą w grę, ale z pewnością Trzaskowski wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii i refleksu oraz zestresowanego. To swoją drogą ciekawe, że politycy tak obeznani z mediami wciąż się denerwują, choć tego zdenerwowania nie było widać np. u Szymona Hołowni czy Marka Jakubiaka. Ten pierwszy jest wychowany przed kamerami, drugi z kolei, jak każdy, kto ma przemyślane poglądy i autentycznie wierzy w to, co mówi, szybko analizuje wypowiedzi innych i kontruje je ze swojego punktu widzenia. Podobnie jest z Adrianem Zandbergiem, który znakomicie, bo merytorycznie, wypada w debatach.
Myślę, że Trzaskowski zdaje sobie sprawę, iż jego przekaz nie jest spójny, i choć zapewne ma przećwiczone odpowiedzi na kłopotliwe pytania, to podskórnie czuje, że jest to nieprzekonujące – być może nawet dla niego samego. Widać, że w trudnych momentach, jak chociażby ten z flagą LGBT postawioną przed nim przez Nawrockiego, nie potrafi zareagować: gdyby naprawdę wspierał to środowisko, przyjąłby flagę i odpowiednio to skomentował, co przecież nie jest jakoś kłopotliwe – można było to świetnie obrócić na swoją korzyść. Zresztą gestu takiego można było się spodziewać, by przypomnieć tylko postawienie przez Andrzeja Dudę proporczyka z logiem PO przed Bronisławem Komorowskim w czasie walki o prezydenturę nieomal dekadę temu. Świetnie zachowała się Magdalena Biejat, która nie wstydziła się tęczowej flagi, a dzięki temu gestowi, jej poparcie wzrosło, gdyż okazała się autentycznie przywiązana do swoich wartości.
Pewnym kłopotem dla Trzaskowskiego okazała się także informacja, iż w jego sztabie, także przed debatą w Końskich, znalazła się znana psycholog Natalia de Barbaro, która miała go do tego występu przygotowywać. Psychologowie współpracują z politykami, jednak ujawnienie takiej informacji nie robi dobrego wrażenia, gdyż przedstawia Trzaskowskiego jako kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, tj. nie jest na tyle silny, aby sobie poradzić samodzielnie. Oczywiście w pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ale jednak pozostawia pewną wątpliwość względem siły jego charakteru, nawet jeśli tylko na poziomie emocji a nie racjonalności.
Ponadto należy docenić zorganizowanie debaty przez TV Republikę, która – zaryzykowałbym takie stwierdzenie – przełamała hegemonię mediów lewicowo-liberalnych. Brak udziału Trzaskowskiego w tej debacie nie zrobił dobrego wrażenia na Polakach, gdyż prawie 45 procent negatywnie oceniło decyzję o odmowie uczestniczenia w niej. Uważam, że Trzaskowski nie przyszedł, bo wiedział, że w mediach innych niż sprzyjające PO po prostu nie da sobie rady.
Jak medialnie „ustawić” starcie obu głównych kandydatów, aby wygrał Nawrocki?
Nawrocki musi stać się przedstawicielem całej opozycji, wszystkich tych, którzy nie chcą „domknięcia systemu”, by użyć sformułowania Grzegorza Schetyny zdradzającego rolę prezydenta z PO. Wszystkich ludzi niezadowolonych z obecnych rządów, a tych jest większość, która dodatkowo rośnie, niż zadowolonych. Trzaskowski musi zostać pokazany tym, kim jest: przedstawicielem liberalnych elit, którym zależy tylko na władzy (czytaj: dostępie do środków finansowych), podwładnym Donalda Tuska, słabo radzącym sobie prezydentem Warszawy, post-polityczną wydmuszką PR-ową bez własnego zdania i poglądów. Kimś, kto tak jak typowy przedstawiciel bezkrytycznego uwielbienia dla Unii Europejskiej, jest w gruncie rzeczy marionetką w rękach przedstawicieli tzw. starej Unii, co świetnie widać przy okazji m.in. obecnych planów rozwoju systemu przemysłu zbrojeniowego w krajach Unii.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay